Od wydawcy
Czy w Polsce nie ma cenzury? Oczywiście że
jest. Nieformalna oczywiście. Kryptonim tej komórki w moim przypadku to
WC GW (Wydział Cenzury Gazety Wyborczej). Otóż ten wydział postanowił
zniszczyć książkę Degrella "Wiek Hitlera". W togę cenzora przebrał się
tym razem niejaki "redaktor" Rafał Wójcik. Jak to w WC, nie liczą się
argumenty i rzetelna krytyka, to nie jest przecież obowiązkiem cenzora.
Jego celem jest zatrzymanie dystrybucji książki i wsadzenie wydawcy do
więzienia. W tym celu robi się nagonkę na wydawcę u dystrybutorów
książki. Czyli dzwoni się wcześniej i informuje, że będzie donos do
prokuratury na książkę i co oni na to. Zastraszeni dystrybutorzy -
EMPIK, Matras i Azymut wycofują się z dystrybucji książki. Jeden z dystrybutorów twierdzi, że mają taki zwyczaj, że w momencie zgłoszenia
niepoprawności książki do prokuratury, wycofują ją z obiegu. Innymi
słowy, ktoś, kto chciałby zniszczyć jakieś wydawnictwo, może to łatwo
zrobić, zgłaszając listę niepoprawnych książek do prokuratury!
Redaktor "Wyborczej" oczywiście nie stara się nawet polemizować z faktami przedstawionymi przez autora. To przecież nie o to chodzi.
Cenzor nie musi przecież polemizować. A poza tym do tego, żeby
polemizować, trzeba mieć jakąś wiedzę historyczną. A z tym już gorzej u autora artykułu. Grzmi oczywiście, że powinien być wstęp
"fachowca"-historyka, a nie jakiegoś tam Andrzeja Ryby, który ledwie
kończył historię na UMK w Toruniu i napisał jedynie około 100 wstępów i artykułów historycznych i wydaje książki historyczne raptem od jakichś
30 lat. Autor artykułu oczywiście z historią nie miał dotąd nic
wspólnego, co oczywiście nie przeszkadza mu wcale w krytyce książki i mojej skromnej osoby wydawcy. Parafrazując słowa piosenki p. Jerzego
Stuhra "Pisać każdy może, jeden lepiej, drugi gorzej".
Trudno polemizować z kimś, kto nie rozumie, jaka jest rola źródła
historycznego. Tak, tak, źródła, drogi "redaktorze". Otóż bez publikacji
"Mein Kampf", dzieł Stalina i Lenina, czy też innych prominentnych osób
związanych z totalitaryzmem jak moglibyśmy poznać ten totalitaryzm? A właśnie Degrell jest osobą blisko związaną z Hitlerem. Tak blisko, że
Hitler traktuje go niemal jak syna. I tacy jak on, stojący na
piedestale, mogą przedstawić nam historię z ich punktu widzenia -?to
jest, totalitaryzm postrzegany od środka. Bez takich książek nie można
by określić, co się tak naprawdę wydarzyło w Niemczech w XX w. I nie
moglibyśmy znaleźć odpowiedzi na pytanie, dlaczego naród niemiecki w blisko 100% popierał Hitlera prawie do samej kapitulacji. I skąd się
wziął ten ohydny niemiecki antysemityzm?
Książka Degrella jest skarbnicą w tym temacie. Śmiem twierdzić, że żadna
książka do tej pory wydana nie ukazuje lepiej tego co się działo w głowach Niemców, niż "Wiek Hitlera".
Źródła antysemityzmu niemieckiego autor szuka w próbach wprowadzenia
republik rad przez komunistów pochodzenia żydowskiego. Oczywiście Róża
Luxemburg czy Karl Liebknecht i inni przywódcy rewolucji niemieckiej są
pochodzenia żydowskiego. Żydzi dominowali w ruchach komunistycznych -
zarówno w Rosji, w Niemczech, na Węgrzech, czy też w Polsce po II wojnie
światowej (szczególnie w bezpiece) -?takie są niestety fakty. Dlaczego
tak się działo? Odpowiedź jest prosta. Cechą ruchów komunistycznych był
ich kosmopolityzm ("Proletariusze wszystkich krajów łączcie się"). I w tym kosmopolityzmie najlepiej odnajdowali się Żydzi. W ruchach
komunistycznych nikt nie pytał o narodowość, nie było więc tam
dyskryminacji Żydów. To był jedyny praktycznie ruch w Europie pierwszej
połowy XX w., w którym Żydzi mogli robić karierę polityczną i piastować
dowolne stanowiska (jak w Rosji) bez żadnych ograniczeń. Nic więc
dziwnego, że w 1939 roku część ludności żydowskiej witała z radością na
terenach wschodnich Polski Armię Czerwoną, a czasem stawała się
członkami sadów tymczasowych, na mocy postanowień których rozstrzeliwano
Polaków "burżuazyjnego pochodzenia" (vide "Wolność w niewoli" Wacława
Zagórskiego). Źródłem niemieckiego antysemityzmu były według Degrella
dwie rzeczy: rewolucja w Niemczech ("nóż wbity w plecy") oraz poczucie,
że oto "Żydzi bogacą się na wojnie, gdy my giniemy w okopach".
Abstrahując od tego, czy ten pogląd był słuszny czy nie, takie mogło być
poczucie ogółu społeczeństwa niemieckiego, a Hitler doskonale to
wykorzystał. Przed dojściem Hitlera do władzy Niemcy były na dnie
olbrzymiego kryzysu (6 mln bezrobotnych!). W tej sytuacji potrzebowano
winnego. Hitler łatwo go znalazł, grając na antysemityzmie. A naród
niemiecki przyjął to za pewnik.
Ta strona Hitlera, ukazana w tomie drugim, gdy w sposób demokratyczny
doszedł do władzy, jest może najmniej znana. No bo jak tu przyznać, że
totalitaryzm wykorzystał demokrację do przejęcia w sposób legalny
władzy? A potem w sposób równie demokratyczny, parlamentarny, tę
demokrację zabił?!
Stąd dosyć przewrotny podtytuł tego tomu Degrella: "Hitler demokrata".
Ale jak pisze autor, w tym okresie mieliśmy do czynienia z najlepszym
programem społecznym, jaki kiedykolwiek powstał w XX wieku, a być może w całej historii ludzkości!
Spróbujmy go przeanalizować.
1. Program budowy autostrad -?okazał się tym kołem zamachowym
gospodarki, który wraz z programem mieszkaniowym praktycznie w ciągu 2-3
lat zlikwidował sześciomilionowe bezrobocie!
2. Program mieszkaniowy -?mieszkanie dla każdego. Powszechne łatwo
dostępne kredyty, które najłatwiej było spłacić... dziećmi...Rodzinie
która miała jedno dziecko, umarzano bowiem 25% zadłużenia. A rodzinie
która miała 4 dzieci umarzano kredyt w całości! I w dodatku budżet nie
padł, ponieważ rodzice oddawali do budżetu pieniądze kupując różne
rzeczy dzieciom, co zwiększało wpływy z podatków do skarbu państwa.
3. Program socjalny -?żaden inny robotnik w Europie nie miał tak
długiego płatnego urlopu i nie miał takich dopłat do spędzania
wypoczynku w miejscowościach wypoczynkowych.
4. Stworzenie nowego prawa, zabezpieczającego prawa pracownicze w fabrykach robotnikom. Stworzenie instytucji sądów pracowniczych,
rozstrzygających spory między pracodawcą a pracobiorcą.
5. Wypuszczenie na rynek obligacji państwowych, które przyniosły szalony
wzrost środków do budżetu państwowego. To dzięki temu sfinansowano cały
program budowy autostrad.
6. Rewolucja mentalna, bodaj najważniejsza: każdy Niemiec jest równy i każdy jest ważnym ogniwem społeczeństwa, niezależnie od pozycji
społecznej, zawodu i umiejętności.
Nic więc dziwnego, że Niemcy w ciągu kilku lat, gdy tak bardzo poprawiła
im się jakość życia, po prostu uwielbiali Hitlera. A Hitler dbał przede
wszystkim o stopę życiową Niemców -?nawet wtedy, gdy już przegrywał
wojnę. To ludność niemiecka była bowiem bezpośrednim beneficjentem dóbr
zrabowanych w całej Europie (vide "Państwo Hitlera"). I tu leży klucz do
rozwiązania zagadki, dlaczego Niemcy tak pokochali Hitlera.
Z drugiej strony pamiętajmy, że owe przywileje socjalne dotyczyły tylko
Niemców. Żydzi niemieccy w tym samym czasie pozbawiani byli praw
obywatelskich, a wkrótce rozpoczęło się masowe ich mordowanie, podobnie
jak Żydów z innych krajów Europy. Nazizm był systemem zbrodniczym,
zwłaszcza dla wszystkich tych narodów, które Hitler w swojej obłąkańczej
teorii rasowej uznał za mało wartościowe lub bezwartościowe. Zgodnie z nią Żydzi powinni natychmiast zniknąć z powierzchni ziemi, a Słowianie
pracować dla dobra III Rzeszy aż do fizycznego wyniszczenia. O zbrodniach Hitlera i nazizmu napisano już bardzo dużo. Aby jednak
naprawdę zrozumieć fakt poparcia nazizmu przez prawie wszystkich Niemców
musimy sięgnąć do źródeł, relacji ludzi zagłębionych w systemie, takich
jak Degrell.
Tak zwana "poprawna politycznie historia" próbuje nam przedstawić dwa
narody niemieckie. Jeden -?to ten hitlerowski, zepsuty do szpiku kości,
zbrodniczy. A drugi to ten nagle cudownie odrodzony -?powojenny, gdzie
oto okazało się, że w Niemczech żyją sami demokraci, a tylko hitlerowski
"zamordyzm" powodował, że nie mogli uczestniczyć w tej poprawnej
demokracji. Zaprzeczeniem tej teorii jest właśnie Leon Degrell. To on
napisał, co tak naprawdę myśleli Niemcy. I to jego myśl jest tak cenna z punktu widzenia historyków. Bo właśnie on pokazał co myślała większość
Niemców o wojnie i Hitlerze! I to jest to tak cenne źródło historyczne.
Spojrzenie na historię XX wieku oczami kogoś, kto był postawiony na
świeczniku nazizmu, kto był kimś z wewnątrz systemu, z SS -?najbardziej
fanatycznej organizacji hitlerowskiej.
Oczywiście pan redaktor z "Wyborczej", czy jego kolega z "Faktu" raczej
nie rozumieją tych niuansów i wagi Degrella jako źródła historycznego.
Symptomatycznym przykładem nastrojów społecznych jest opis powrotu
Degrella z frontu wschodniego, gdzie Belgowie wylegli na ulicę, aby
witać ich bohatera. Za chwilę weszli tam alianci i Degrella zaocznie
skazano na śmierć w imieniu tegoż społeczeństwa belgijskiego, które tak
tłumnie go przed chwilą witało!
Więc co się stało z tym społeczeństwem? Nagle, w przeciągu paru dni
zmieniło ono poglądy o 180 stopni? Śmiechu warte!
Ciekawa jest teoria Degrella dotycząca roli SS na froncie wschodnim.
Według niego ten milion SS-manów ocalił Europe Zachodnią przed zalaniem
jej przez falę komunizmu. Według niego, gdyby nie poświęcenie się
fanatycznych oddziałów SS -?zarówno niemieckich jak i ochotniczych z całej Europy, czołgi Stalina zatrzymałyby się na Atlantyku i Europa
dzisiaj byłby komunistyczna. I chyba w tym przypadku Degrell niewiele
rozmija się z prawdą. Gdyby Sowieci doszli do Atlantyku przed lądowaniem
aliantów, nie byłoby mowy o wolnym Zachodzie!
Czy wobec tego winniśmy wystawiać pomniki SS-manom? Na pewno nie. To
byli zbrodniarze, winni rzeczy strasznych, masowych mordów i okrucieństw. Ale trzeba pamiętać o różnych aspektach działalności tych
oddziałów. Degrell chciał bronić Europy przed komunizmem!
I pozostał antykomunistą do ostatnich swoich dni. Próbowano go skazać za
zbrodnie wojenne, ale nie można było, bo nawet w czasach Norymbergii nie
znaleziono przeciwko niemu dowodów. Uznano go za winnego zdrady
ojczyzny. I skazano zaocznie. To że go skazano, nie usprawiedliwia
zwycięzców do ślepej zemsty i zezwierzęcenia. Bo tylko tak można nazwać
to, co zrobiono z dziećmi Degrella, o czym pisze wydawca amerykański. W tym momencie zwycięzcy niczym nie różnili się od nazistów.
Książkę Degrella wydaję nie po to, żeby szerzyć jego poglądy, czy też
opinie o charakterze rasistowskim i nazistowskim. Wydaję ją jako źródło
historyczne. I wierzę, że historycy i hobbyści kochający historię to
źródło docenią. I nie rozumiem powodów nagonki na moją osobę. W Polsce w ostatnich lat wydano m.in. pamiętniki Alberta Speera, Waltera
Schellenberga, trzytomowe dzienniki Josepha Goebbelsa, dzienniki Alfreda
Rosenberga. Ba! Wydano też i Degrella. Nikt wydawców tych książek nie
ścigał -?i słusznie, gdyż zostały one wydane jako źródła historyczne.
Także ja (podkreślam to jeszcze raz) wydaję książki Degrella w charakterze źródeł historycznych.
Chciałbym serdecznie podziękować następującym instytucjom i firmom:
1. "Gazecie Wyborczej" i "Faktowi" za rozreklamowanie Degrella i mojej
skromnej osoby.
2. Prokuraturze IPN za umorzenie sprawy o antypolonizm książki Degrella
z donosu "Gazety Wyborczej" i "Faktów".
3. Merlinowi za oparcie się napastliwemu atakowi GW na wycofanie tej
książki.
4. Bonito za dystrybucję tej książki mimo olbrzymich nacisków medialnych
i środowiskowych na rynku książki.
5. Wielu czytelnikom dzwoniącym do mnie ze słowami poparcia na wieść, że
przeciwko mnie toczy się śledztwo w Prokuraturze Gdańskiej.
6. Piotrowi Zychowiczowi z "Do rzeczy" za artykuł w mojej obronie.
7. Mateuszowi Łabuzowi z portalu "II wojna światowa" za wsparcie na
portalu i telefoniczne.
8. Mojemu synowi Marcinowi, za wzruszający list w mojej obronie
opublikowany na facebooku.
W chwili, gdy piszę te słowa, nadal toczy się postępowanie
prokuratorskie i nadal grozi mi do 3 lat więzienia.
Agora w osobie p. redaktora Pawła Stasińskiego przysłała mi list
odmawiający opublikowania mojego sprostowania, które wobec tego
publikuję w książce.
Kiedyś, w latach osiemdziesiątych XX wieku, byłem więziony za
działalność w obronie wolnego słowa. Za to, że kolportowałem podziemne
wydawnictwa trzymano mnie pół roku w ponurym areszcie na Młyńskiej w Poznaniu. Dzisiaj może być podobnie...
No cóż, historia po raz kolejny zatoczyła koło...
Andrzej Ryba
Rozdział 6. Siedem i pół marki
Rozdział 6
Siedem i pół marki
Hitler udał się do kawiarni na Herrnstrasse 45,
miejsca spotkań Niemieckiej Partii Robotników (DAP). Musiał przejść
długim ciemnym korytarzem zanim doszedł do sąsiadującego z nim małego
pokoiku słabo oświetlonego lampą naftową. Na miejscu było sześciu
członków komitetu. Odczytano protokoły z poprzednich zebrań. Odczytano
też trzy listy, na które udzielono odpowiedzi. Następnie skarbnik
podsumował stan finansów partii: majątek wynosił siedem i pół marki.
Hitler został siódmym członkiem komitetu i zarazem pięćset ósmym
członkiem partii, co było ze strony DAP wyrażeniem swego rodzaju
pobożnych życzeń, albowiem, aby zawyżyć liczbę członków, numerację
zaczęto od 501. Nawet jego nazwisko zostało raz jeszcze zapisane z błędem, co znajdzie odzwierciedlenie w rozmaitych dokumentach
partyjnych. Tym razem brzmiało "Adolphe Hittler".
Hitlera nie ogarnęło żadne uniesienie. Później tak wspominał owe
zebranie: "Nie było żadnego planu działania. Żadnych ulotek. Nie było
nawet legitymacji partyjnych. To był owoc manii zrzeszania się w najbardziej rozpaczliwej formie."
Jednak to właśnie z tego ciemnego pokoju na zapleczu i z owych siedmiu i pół marki w przeciągu kilku lat urośnie ostatecznie siła, która skupi i zwiąże razem większość niemieckiego społeczeństwa.
Jednak owego dnia, 16 września 1919 roku, Hitler zdał sobie sprawę, iż
będzie musiał tchnąć życie w tę maleńką i żałosną partyjkę.
W koszarach pożyczył zatem maszynę do pisania i osobiście wystukał
harmonogram przyszłych spotkań. Nie było wystarczającej ilości pieniędzy
na zakup znaczków, więc roznosił zaproszenia od drzwi do drzwi, a część
rozdał przechodniom. Nigdzie nie pojawiało się jego nazwisko, ponieważ
nie chciał alarmować pozostałych członków, już i tak lekko
zaniepokojonych jego entuzjazmem.
Namówienie ludzi było ciężką pracą. Na pierwsze spotkanie przyszło
jedenaście osób, na drugie trzynaście, na trzecie siedemnaście, na
czwarte dwadzieścia trzy, a na piątym pojawiło się trzydziestu czterech
słuchaczy. Hitler jednak akceptował ten powolny progres, jako coś
normalnego. W jego pojęciu, prawdziwa demokracja polegała na przekonaniu
każdego z osobna. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, iż tragiczny okres,
w jakim znajdują się Niemcy, wymusza potrzebę dotarcia do jak
największej liczby ludzi. W tym celu przekonał członków partii, aby
zebrać dostateczną ilość pieniędzy na zamieszczenie ogłoszenia w małej
patriotycznej gazecie Völkischer Beobachter. Było ono zaproszeniem do
przybycia w dniu 16 października 1919 roku na spotkanie w monachijskiej
piwiarni "Hofbräukeller". Hitler musiał być pełen optymizmu, gdyż na
miejscu mogło się pomieścić ponad sto osób.
Od czasu pobytu na froncie Hitler zdawał sobie sprawę, iż wyłącznie
propaganda jest w stanie poderwać i ponieść masy. Nie pojmował
propagandy w znaczeniu pejoratywnym, lecz widział ją jako oryginalny i nowoczesny środek rozpowszechniania i przekazywania wszelkich wartości
natury duchowej. Pomimo, że określenie to zostało w późniejszym okresie
zdeprecjonowane przez aliantów jako równoznaczne z mechanizmem szerzenia
kłamstwa, Hitler zawsze uważał propagandę za środek propagowania prawdy.
W gabinecie Hitlera najbardziej poczesne miejsce zajmowało Ministerstwo
Propagandy, kierowane przez jego zaufanego współpracownika, doktora
Josepha Goebbelsa. Definicja słowa, do której odwoływał się Hitler, nie
różniła się w swej istocie od pojęć wczesnych chrześcijan, dla których
propaganda była po prostu szerzeniem nauk Ewangelii.
Tak więc Hitler wiedział, że propaganda absolutna musi być tożsama z prawdą absolutną. Musi być powtarzana nieprzerwanie i w żadnym momencie
nie może iść na kompromis z kłamstwami nieprzyjaciół. Sama myśl o kompromisie dobra ze złem była w swej naturze absolutnie dla Hitlera
obca i jawiła mu się wyłącznie jako narzędzie w arsenale tchórzliwych
polityków, którego użycie instynktownie odrzucał. Wiedział także, że owi
politycy budzili w masach niesmak, zaś ludzie już dostatecznie długo
czekali na kogoś, w kogo mogliby uwierzyć. Podobnie jak Hitler, nie
mieli już ochoty na kompromisy. Dla mas i dla samego Hitlera prawda nie
podlegała żadnym negocjacjom i dlatego będzie ją podtrzymywał wbrew
wszystkim i wszystkiemu. Ponieważ Hitler stanowił rzadkie połączenie
idealisty z realistą, był świadom, iż propaganda winna być imponująca,
barwna, rozkrzyczana i zajmująca, a jednocześnie pouczająca.
Hitler stanie naprzeciwko swych największych wrogów na ich własnym
gruncie -?otoczony swymi patriotycznie nastawionymi zwolennikami
wymachującymi czerwonymi flagami. Wiedział, że czerwony jest pięknym i energetyzującym kolorem, na który marksiści nie powinni mieć monopolu.
Przejmie zatem ulice od finansowanych przez Żydów komunistycznych
zbirów. Stworzy uniformy dla najbardziej patriotycznych Niemców, które
będą dumą społeczeństwa oraz sztandary, które będą symbolizować
odrodzenie Niemiec. Stworzy własną prasę, co będzie oznaczać, iż po raz
pierwszy niemiecki przywódca będzie mógł bezpośrednio komunikować się z narodem, bez potrzeby polegania na mediach podlegających obcej kontroli.
Propaganda stanie się potężną awangardą prawdziwej ludowej rewolucji.
O ile Hitler opracował już swój plan działania, to wciąż nie posiadał
żadnych środków, aby wprowadzić go w życie. W przeciwieństwie do Lenina
i Trockiego, którzy otrzymywali milionowe zastrzyki od żydowskich
finansistów, Hitler i jego maleńka partia nie mieli nic. Będzie im
musiała wystarczyć wyobraźnia oraz własna praca.
Kiedy Hitler stanął wobec konieczności opłacenia wynajmu sali w piwiarni, kosztów ogrzewania i ulotek, uświadomił sobie, iż będzie
musiał odwołać się do wielkoduszności słuchaczy, których zaprosił na
spotkanie. Dlaczego mieliby nie zapłacić za możliwość posłuchania go,
skoro płaci się nawet najnędzniejszemu dziennikarzynie? Był przekonany,
że potrafi zabawić i pouczyć publikę, zainspirować ją i wzbudzić jej
entuzjazm lepiej niż pustogłowy aktor. Sądził, że jeśli nie będzie w stanie wypaść lepiej, niż najlepszy z aktorów, nie powinien w ogóle
zabierać głosu. Takim oto sposobem Hitler wynalazł, kierując się
instynktem politycznym, ale też zmuszony koniecznością, mechanizm
mityngu politycznego z biletem wstępu. Bilet był inwestycją, jaką ludzie
robili w partię, zaś partia będzie miała dług wdzięczności wyłącznie
wobec ludzi.
16 października 1919 roku w "Hofbräukeller" pojawiło się ponad sto osób.
Pierwszym mówcą był dr Erich Kuehr. Ale dopiero po wejściu na mównicę
Hitlera publiczność prawdziwie się ożywiła. Hitler ją zawojował.
Osobiście puścił tacę na zbiórkę pieniędzy: trzysta marek! Raport
monachijskiej policji z dnia 17 października 1919 roku mówi: "Jest
drobnym sklepikarzem, który ma właśnie zostać obwoźnym sprzedawcą." To
tyle, jeśli chodzi o komórkę policyjnego wywiadu!
Hitler napisał: "Przemawiałem przez trzydzieści minut. To, co wcześniej
widziałem jako możliwość, teraz stało się rzeczywistością. Byłem
utalentowanym mówcą." Ale to było coś więcej, niż zwykły dar. Żaden
człowiek w historii nie przejawił takiego geniuszu do używania słów i gestów i takiej umiejętności bezpośredniego komunikowania się ze swoimi
słuchaczami. Pół wieku później świat wciąż czeka na kogoś, kto mógłby
dorównać w tym względzie Hitlerowi. Był dla słowa tym, czym Wagner był
dla muzyki, choć Wagner i tak ma szczęście, że muzyka uchodzi za
pierwszą ze sztuk. Muzyka wykracza poza wszelkie granice i konwenanse,
ale zasięg mowy ograniczony jest tylko do tych, którzy są w stanie ją
zrozumieć. Hitler był świadom owej różnicy i ze wszystkich sił będzie
się starać, aby ją zatrzeć.
Wiele rzeczy uległo zmianie, odkąd trzy miesiące wcześniej Hitler
dołączył do Niemieckiej Partii Robotników. Teraz partia przeniosła się
do większego pomieszczenia pod browarem "Sternekerbräu". Zakupiła
maszynę do pisania, stół, kilka krzeseł i szafkę na dokumenty. W pokoju
zamiast lampy naftowej było już światło elektryczne. Wynajem kosztował
pięćdziesiąt marek miesięcznie -?siedem razy więcej niż cały majątek
partii w dniu, kiedy dołączył do niej Hitler.
Do grudnia 1919 roku partyjny skarbiec napęczniał kwotą trzech tysięcy
sześciuset marek. Po opłaceniu wszystkich zobowiązań wciąż jeszcze
pozostało siedemset marek. Ponieważ sukces zawdzięczano Hitlerowi,
partia wyznaczyła go na szefa propagandy. Mając w ręku mandat, bez
ociągania ruszył do przodu. Pobrał z partyjnej kasy siedemset marek i wynajął największą salę w Monachium, "Hofbräuhaus Festhall", która była
dziesięć razy większa niż wszystkie poprzednie miejsca spotkań. To było
ryzykowne przedsięwzięcie. W jaki sposób zdoła zapewnić taka widownię?
Doprowadzając do wściekłości komunistów, Hitler okleił Monachium
krwistoczerwonymi plakatami reklamującymi wiec oraz wysłał na ulice
wynajęte ciężarówki z czerwonymi flagami i megafonami. Wieczorem 24
lutego 1920 roku w "Hofbräuhaus Festhall" stawiło się z górą dwa tysiące
ludzi.
Hitler wciąż odmawiał pchania się na świecznik. Plakaty, które sam
opracował, nie wymieniały nawet jego nazwiska. Głównym mówcą był
Johannes Dingfelder. Jego wystąpienie nie przyciągnęło większej uwagi
nawet ze strony socjalistów czy komunistów, którzy przybyli w znacznej
liczbie.
Hitler wystąpił jako drugi, niezapowiedziany mówca. "Hofbräuhaus
Festhall" szybko wypełnił się odgłosem oklasków jego zwolenników oraz
obelgami i fruwającymi kuflami od piwa, rzucanymi w Hitlera przez
komunistów i socjalistów. W ruch poszły pięści.
W miarę jak Hitler mówił, tłum powoli się uciszał. Komuniści, którzy
przyszli głównie, aby buczeć, teraz chłonęli każde jego słowo. Hitler
wykładał słynne "dwadzieścia pięć punktów", które do 20 kwietnia 1945
roku miały stać się granitowym fundamentem narodowego socjalizmu.
Same w sobie, a także z perspektywy czasu, owe punkty nie wydają się
czymś nadzwyczajnym: niemieckie obywatelstwo zarezerwowane wyłącznie dla
osób krwi germańskiej -?ten pomysł miał już pięćdziesiąt lat. Kara
śmierci dla spekulantów i lichwiarzy -?dość popularna idea w owych
dniach powszechnego głodu. Ustawy dotyczące Żydów -?kolejny popularny
pomysł. Współdzielenie zysków przez robotników i firmy, emerytury dla
osób starszych, narodowa armia -?wszystko to były koncepcje, które
budziły głęboki oddźwięk, ale inne partie polityczne także wysuwały
podobne postulaty.
Czymś, co urzekło słuchających był mówca. Po każdym punkcie tłum zrywał
się na równe nogi w akompaniamencie wielkiej wrzawy. Po dwóch i pół
godzinie Hitler był mokry, jak po wyjściu z basenu. Słuchaczy ogarnęła
fala niepohamowanego entuzjazmu. Hitler całkowicie podbił ich serca.
Eckart, słynny monachijski pisarz, oddał Hitlerowi swój płaszcz, mówiąc
do zgromadzonych: "Ten człowiek wyzwoli Niemcy." Inny ze słuchaczy,
niesiony entuzjazmem, zawtórował mu: "Jeśli ktokolwiek może pewnego dnia
określić kształt Niemiec, to będzie to właśnie ten człowiek -?Hitler."
Ów entuzjasta nazywał się Julius Streicher.
Hitler zrobił też następującą ciekawą uwagę: "Właśnie narodził się
wilk." Od tamtego dnia to słowo będzie mu towarzyszyć wszędzie. Każda
kwatera Hitlera będzie oznaczona głową wilka lub podobną, wilczą
symboliką oznaczającą legowisko wilka.
Zgodnie z oczekiwaniami, organy prasowe establishmentu zlekceważyły
przełomowe spotkanie, poświęcając mu kilka linijek. "Niejaki pan Hitler,
po zaprezentowaniu programu partii, wygłosił odczyt", napisał
lewicowo-liberalny Munchner Post, "i mówił nieco jak komediant."
Trzeba zdać sobie sprawę, że "komediant" wypadł raczej dobrze, ponieważ
w tym samym roku liczba robotników wśród jego słuchaczy osiągnęła poziom
30% i wszyscy byli tymi, których przyciągnął z elektoratu socjalistów.
Jeśli chodzi o program "dwudziestu pięciu punktów", Hitler nie
przywiązywał do niego nazbyt istotnej uwagi. Niektóre z punktów, takie
jak znacjonalizowanie wielkich domów towarowych czy ziemi, wkrótce pójdą
w zapomnienie. Jednak kiedy Hitler dojdzie do władzy, reformy jakie
poczyni na tym polu będą miały pełne poparcie zarówno kupców, jak i rolników. Nigdy nie pozwalał, aby jakiekolwiek punkty programowe
podzieliły niemiecki naród. I choć nigdy ich oficjalnie nie
zmodyfikowano, nikt nie robił z tego powodu problemu: ludzie w większym
stopniu aprobowali konkretnego człowieka niż punkty programowe. Hitler
zyskał zaufanie i oddanie społeczeństwa.
Pomijając hollywoodzkie karykatury, Hitlera charakteryzował chłodny i realistyczny umysł. Jego własny program został w owym umyśle
perfekcyjnie opracowany. Jednak w 1920 roku było wciąż za wcześnie na
ujawnienie go w pełnym wymiarze. Hitler gardził pompatycznymi i pustymi
obietnicami polityków, a jego program był tym, który miał zakończyć
błędne koło niespełnionych przyrzeczeń. Myślał o wykorzystaniu talentów
i energii wszystkich klas społecznych. Chciał przeobrazić życie
przeciętnego niemieckiego robotnika. Pragnął trzykrotnie zwiększyć
produkcję przemysłową. Chciał zapewnić farmerom godne miejsce w hierarchii społecznej. Zabronić Żydom piastowania publicznych stanowisk.
Marzył o wyzwoleniu terytorium Rzeszy i powrocie na łono ojczyzny
dziesięciu milionów Niemców, wygnanych w niewolę traktatem wersalskim.
Jednak Hitler był realistą i zdawał sobie sprawę z faktu, iż
przedwczesne zaprezentowanie wszystkich tych planów, w połączeniu z ryzykiem, jakie niosą, może zostać źle odebrane. Na razie musiały mu
wystarczyć pewne niezachwiane kanony wiary, służące za swoiste "Tablice
Prawa". To, co najistotniejsze, w stosownym momencie zrodzi się z jego
umysłu i woli.
W przeciwieństwie do innych polityków z prawej strony sceny politycznej,
na chwilę obecną cieszących się znacznie większą estymą niż on, Hitler
doskonale wiedział, czego chciał. A teraz wiedział także, że jest w stanie osiągnąć rzeczy, na które nie porwałby się nikt inny. Nie był już
"niejakim panem Hitlerem", jak to uprzednio pisała o nim prasa. Stał się
Hitlerem, realną indywidualnością, z którą historia będzie musiała żyć -
czy chce, czy nie.
Rozdział 7. Jeden wódz
Rozdział 7
Jeden wódz
Sukces odniesiony w "Hofbräuhaus" przerwie
ostatnią więź łączącą Hitlera z koszarowym życiem. Armia zapewniała mu
miejsce do spania, coś do jedzenia i kilka marek na miesiąc. Było to
jedyne życie, jakie znał. Ale 2 kwietnia 1920 roku Hitler pożegna się z wojskiem i wyruszy na spotkanie całkiem nowego losu.
Demobilizacja uprawniała go do otrzymania pary skarpetek, pary slipów,
koszuli, pary spodni, płaszcza i wojskowych butów. Otrzymał także bonus
w postaci pięćdziesięciu marek, co z ledwością wystarczało na zakup
jedzenia na dwa tygodnie.
Na Thierschstrasse w Monachium wynajął mały pokój, cztery metry na trzy.
Było tam jedno okno, przez które wpadało trochę światła i żadnego
ogrzewania. Umeblowanie składało się z małego żelaznego łózka, dwóch
krzeseł, malutkiego stolika i umywalki. Hitler będzie tam mieszkać przez
całe lata. Kapitan Truman Smith, amerykański attaché wojskowy w Berlinie, który odwiedził Hitlera, aby na życzenie swojego ambasadora
przeprowadzić z nim rozmowę, tak określił to miejsce: "Pokój był biedny
i ponad wszelką miarę przygnębiający. Wyglądał jak klitka w nowojorskim
slumsie." Ów raport spowodował, że Departament Stanu zlekceważył Hitlera
jako niewartego uwagi, niemającego grosza przy duszy kloszarda.
Francuski ambasador François-Poncet był o wiele bardziej spostrzegawczy:
"Byłoby błędem sądzić, iż ten wizjoner nie jest realistą. Był nim w każdym calu, jednocześnie będąc bardzo wyrachowanym. Cechowało go
przeszywające spojrzenie, swoista psychiczna moc, która napędzała jego
żelazną wolę oraz niepospolita wytrwałość, wyjątkowa odwaga, zdolność do
podejmowania nagłych i bezlitosnych decyzji i wreszcie intuicja, która
ostrzegała go przed niebezpieczeństwem. Z jego ludźmi łączyła go więź,
jakby nadawali na tej samej fali."
Po każdym spotkaniu, na którym tłumy witały go wiwatami, Hitler wracał
samotnie do cichego, zimnego pokoju pod numerem 41 przy Thierschstrasse.
Komfort materialny nie był i nigdy nie będzie dla Hitlera czymś godnym
uwagi.
W przeciągu kilku najbliższych miesięcy po przedstawieniu swoich
"dwudziestu pięciu punktów", Hitler zorganizował czterdzieści sześć
wieców i spotkań, na których przemawiał do 62.371 ludzi, którzy
zapłacili za możliwość słuchania go. Było to większe audytorium niż
łączna liczba uczestników spotkań wszystkich partii lewicy.
Jak można było oczekiwać, jedno z jego wystąpień (13 sierpnia 1920 roku)
poświęcone było problemowi żydowskiemu. Plakaty krzyczały: "Dlaczego
jesteśmy przeciwko Żydom?" Hitler był zręczny i nie odpowiedział na to
pytanie z zaciekłością Lutra, który nazwał Izraelitów "nieszczęściem,
zarazą, plagą i przekleństwem dla chrześcijaństwa." "Jego przemowa",
mówi historyk John Toland, "była propagandowym majstersztykiem. Hitler
pokazał, iż w genialny sposób potrafi połączyć wydarzenia z przeszłości
i dnia dzisiejszego w wykalkulowaną formę mającą wzbudzić niechęć i nienawiść. Bezustannie przerywano mu wybuchami śmiechu i okrzykami
aprobaty. Publiczność osiemnastokrotnie nagradzała go burzą oklasków,
zaś reakcja była szczególnie żywa, gdy określał Żydów mianem "nomadów."
Wystąpienie to było jednym z niewielu, które zachowało się w całości.
Historyk Cartier, w którego posiadaniu była stenografowana kopia pełnego
tekstu przemówienia, komentował: "Tematami poruszanymi przez Hitlera
była praca i Żydzi. Jego podejście do problemu było nadzwyczaj surowe,
jednak pozostaje faktem, iż analiza tekstu przywodzi na myśl raczej
podejście wykładowcy, a nie podżegacza. Oczywiste jest, iż Hitler z ogromną uwagą przygotował wystąpienie i najprawdopodobniej zawczasu
nauczył się go na pamięć, co przy jego niezrównanej zdolności
zapamiętywania było dziecinną igraszką. Reakcja słuchaczy dowiodła, że
obecność Hitlera i jego zdolności oratorskie tchnęły w tekst prawdziwe
życie, skupiając uwagę odbiorców i rozbudzając ich uczucia. Przez
pierwsze dwadzieścia minut publiczność była raczej przygaszona, ale
potem jej reakcje stały się coraz częstsze i bardziej entuzjastyczne.
Hitler przykuł jej uwagę. Jedenastokrotnie był gorąco oklaskiwany przy
wtórze salw śmiechu, kiedy to uciekał się do sarkazmu i ironii z wprawą
wytrawnego aktora. Na koniec nagrodzono go burzą oklasków i zgotowano
owację na stojąco."
W podsumowaniu, Hitler zwracał się nie tylko do samych Niemców, ale
także do innych narodów: "Ludu Europy, uwolnij się od żydowskiego
jarzma. Ludu świata, jednocz się i stawiaj opór Żydom."
Było to nawoływanie do krucjaty, której istotą było jednakże ścisłe
ograniczenie jej do usunięcia ("Entfemung") Żydów, o którym Hitler
wspominał już w swoim raporcie dla Reichswehry z 1919 roku. Proponowane
przez Hitlera rozwiązanie polegać miało na usunięciu Żydów z wszelkich
szczebli władzy w Niemczech, co uniemożliwiłoby im zdominowanie Niemców
i kształtowanie ich losu. Nie była to nowa koncepcja. Przez ponad tysiąc
lat Europejczycy szukali sposobów na powstrzymanie Żydów przed
osiągnięciem prymatu w różnych krajach. Hitler nigdy nie tolerowałby
sytuacji, w której obcy będą sprawować kontrolę nad Niemcami, jeśli zaś
Żydom nie odpowiadałaby koncepcja Niemiec dla Niemców, mogli się
wynieść. To właśnie było sednem słynnego przemówienia Hitlera z 13
sierpnia 1920 roku -?jak poradzić sobie z problemem żydowskim -?i nic
poza tym.
Jednakże, dzięki wysiłkom powojennej propagandy, słowo "Entfemung"
celowo i błędnie tłumaczono w setkach antyniemieckich publikacji jako
"likwidację" lub "unicestwienie". Jako pierwsze owo sfabrykowane
znaczenie zaprezentowały wydawnictwa brytyjskie, z których trafiło ono
do opracowań francuskich, potem zaś pojawiło się w innych językach.
Ironią pozostaje fakt, iż owe wytwory propagandy były następnie
tłumaczone na język niemiecki, więc Niemcy zmuszeni byli czytać niczym
Ewangelię absolutnie błędny przekład z ich własnego języka. Ponieważ
drakońskie "antynazistowskie" przepisy narzucone po II wojnie światowej
przez aliantów określały cytowanie "nazistowskich" publikacji jako
przestępstwo, nie było możliwe powszechne sprostowanie błędnych
przekładów.
Tak więc tak zwane "ostateczne rozwiązanie", jakże często cytowane na
podstawie tekstu przemówienia Hitlera z 1920 roku, stało się jeszcze
jedną mistyfikacją, której wobec odbiorców dopuścili się polityczni
"historycy". W 1920 roku przeciętny Niemiec, w przeciwieństwie do
Hitlera, który pragnął wyłącznie usunięcia Żydów, nie przejawiał równie
łagodnych uczuć.
Umiarkowanie Hitlera było tym bardziej zauważalne, iż stanowiło jaskrawy
kontrast wobec powszechnego gniewu charakterystycznego dla owych dni.
Prawdziwą ironią historii jest to, iż właśnie owa wstrzemięźliwość
wykorzystana została w próbach zdyskredytowania Hitlera w oczach
Niemców, jako tego, który sam rzekomo był Żydem.
Teza ta była wysuwana w setkach książek przez pisarzy żydowskiego i nieżydowskiego pochodzenia. 14 października 1933 roku brytyjski Daily
Mirror7, należący do żydowskiego magnata prasowego Lorda
Beaverbrooka, opublikował fotografię żydowskiego nagrobka niejakiego
Ayrahama Eyliyohna, bukareszteńskiego Żyda, który według Mirror miał
być dziadkiem Hitlera. Twierdzenie to zostało powszechnie zaakceptowanie
w świecie anglojęzycznym i musiało czekać na historyka Wernera Masera,
który wykazał, iż jest absurdem: świadectwo urodzenia Eyliyohna było o pięć lat starsze niż świadectwo urodzenia ojca Hitlera. Następnie, z torturowanego norymberskiego więźnia Hansa Franka wyduszono "zeznanie",
iż babka Hitlera rzekomo zaszła w ciążę z Żydem. Odbiorcą owego
zadziwiającego oświadczenia był amerykański oficer nazwiskiem Sixtus
O'Connor, który owego Żyda określił jako niejakiego Frankeireithera z Grazu w Austrii.
Twierdzenie to zostało jakoby potwierdzone artykułem autorstwa dalekiego
krewnego Hitlera, opublikowanym w Paris Soir w dniu 5 sierpnia 1939
roku. I znów Maser wykazał, iż ani nazwisko Frankeireither, ani
Frankenberger, jak to również je określano, nie pojawia się w żadnych
archiwach Grazu. Co więcej, w okresie od XV wieku do dekady po śmierci
babki Hitlera w Grazu nie mieszkał nawet jeden Żyd. Maser, zapoznając
się z artykułem z Paris Soir był zaskoczony, iż nazwiska
Frankeireither i Frankenberger nawet się tam nie pojawiały. To kolejna
porcja norymberskich "dowodów" oparta na torturach i fałszerstwie.
Inną historią z pogranicza fantazji, szybko połkniętą przez aliantów,
było rzekome zniszczenie przez Hitlera austriackiej wsi Dollersheim -
miejsca urodzenia jego ojca. Zarzut został postawiony przez mającego
karę suspensy księdza nazwiskiem Jetzinger, który utrzymywał, iż w 1937
roku Hitler nakazał zrównanie wsi z ziemią, gdyż znajdowały się tam
kompromitujące materiały dotyczące jego pochodzenia.
"Dollersheim i okoliczne wsie już nie istnieją", napisał Jetzinger.
"Cały niegdyś żyzny i kipiący życiem region jest obecnie niczym więcej
jak pustkowiem. Na każdym kroku na ludzi czeka śmierć pod postacią
niewypałów. Byli mieszkańcy zostali rozproszeni po całym kraju. Przez
wiele lat Hitler napawał się rozkoszą na myśl, iż kazał wysadzić i zrównać z ziemią miejsce narodzin swego ojca, jak również grób
babki... Wszystko wskazuje na to, że wyrok śmierci na Dollersheim wydał
osobiście Hitler, zaś inspiracją do tego czynu była jego nieprzejednana
nienawiść wobec własnego ojca, którego z kolei ojcem mógł być Żyd."
Historia w iście freudowskim stylu, która jest kolejną fałszywką.
Historyk Maser stawia sprawę jasno: "Twierdzenie Jetzingera jest
piramidalnym absurdem. Po przyłączeniu Austrii do Rzeszy obok grobowca
Marii Anny Schicklgruber postawiono pamiątkowy obelisk z wyrytym krzyżem
i słowami: 'Tutaj leży babka Führera, Maria A. Hitler z domu
Schicklgruber.' Uczniowie szkół i członkowie Hitlerjugend często
przychodzili na grób i był on zawsze doskonale utrzymany."
Tuż przed II wojną światową Wehrmacht uruchomił w tym rejonie poligon.
Kilka stojących samotnie gospodarstw zostało uszkodzonych, jednak nie
uległy zniszczeniu żadne archiwa kościelne czy państwowe, jak również
nic nie stało się z wsią Dollersheim. Zniszczenie całego rejonu i okolic
Dollersheim nastąpiło pomiędzy 1945 i 1955 rokiem, za co odpowiedzialne
były sowieckie wojska okupacyjne. Fakt ten znany był oficjalnym
historykom, aczkolwiek przemilczano go. Wszystkie wymysły, począwszy od
nienawidzącego samego siebie Żyda Hitlera, poprzez nienawidzącego Żydów
innowiercy do szalonego i rozhisteryzowanego krzykacza były fałszywe.
Werner Maser był pod wrażeniem drobiazgowej staranności, z jaką Hitler
przygotowywał wszystko, co robił. Wszystkie jego notatki były oparte na
szerokim wyborze dokładnych źródeł: "Dwieście pięćdziesiąt stron
notatek, które, przygotowując się do wystąpień Hitler zrobił odręcznie
na początku swej kariery, dowodzą, iż miał znakomitą pamięć. Przy
ogromie materiału z jakim pracował, był świadom konkluzji przemówienia
już w momencie kreślenia jego pierwszego zdania. Garść nazwisk, kilka
zdań lub rysunków na kawałku papieru było wszystkim, czego potrzebował
do rozwinięcia swej argumentacji. Za każdym razem, kiedy jego spojrzenie
padało na jedno z tych słów, uruchamiał się automatyczny proces i Hitler
mówił, zawsze wiedząc, w jaki sposób użyć danego nazwiska, faktu,
szczegółu, pomysłu, przykładu czy symbolu."
Nie tylko geniusz jego oratorstwa zapewniał zwycięstwo, lecz także
posiadana wiedza, sposób, w jaki dogłębnie i starannie przygotowywał się
do wystąpień oraz wyjątkowa klarowność jego spojrzenia na świat.
Nikt inny w Niemczech nie mógł poszczycić się równie przenikliwym
umysłem i niezrównaną zdolnością do wyrażania myśli.
W weimarskim zgromadzeniu narodowym nie brakowało zdolnych ludzi. W każdym parlamencie na świecie jest pod dostatkiem oratorów, czasami
pretensjonalnych, czasami ambitnych, niekiedy chciwych i skorumpowanych,
lecz są także uczciwi rzecznicy ludu, a niektórych cechuje wręcz głęboka
inteligencja. I niezależnie czy są ograniczeni czy błyskotliwi, nie
zawsze muszą być od razu źli. Porażką jest sam system parlamentarny: to
demokracja pięciuset ludzi, z których żaden tak naprawdę nie jest w stanie zrobić użytku ze swych talentów czy w pełni korzystać z władzy.
System oscyluje w kierunku mechanizmu sprowadzającego wszystkich do
wspólnego mianownika mierności z korzyścią dla szefów i manipulatorów,
często ukrytych za kulisami. To anonimowy system, w którym nikt nie
ponosi odpowiedzialności, zaś interesy społeczeństwa są każdorazowo
zdradzane. Jeśli pojawi się ktoś z bodaj niewielką iskrą
indywidualności, zostanie nieuchronnie sparaliżowany przez hipokrytów i stratowany przez stado. Takim człowiekiem był Stresemann. W 1923 roku
zdławiono go pięć razy. W ten sposób nie można niczego osiągnąć, a już w szczególności, kiedy kraj stoi na krawędzi katastrofy.
Hitlera nienawidzono nie ze względu na jego porażki, ale z powodu jego
przymiotów. Żaden kraj nie przetrwa zdradzenia narodu przez miernoty i manipulatorów. Prawdziwa demokracja polega na zaufaniu, które naród
okazuje niekłamanemu przywódcy wierząc, że nie zawiedzie jego zaufania.
I tylko taki lider, cieszący się bezwzględnym poparciem narodu, jest
prawdziwie zdolny do zmobilizowania najbardziej kompetentnych jednostek
celem służenia ogółowi. Kompetencja jest zaprzeczeniem demokracji
miernot.
Tego typu demokracją była, niestety, Republika Weimarska i dla Niemiec
oznaczało to samobójstwo.
W marcu 1921 roku weimarscy politycy uciekli z Berlina do Stuttgartu w następstwie przewrotu finansowanego przez cudzoziemskiego Żyda
Trebitsch-Lincolna, co odbyło się przy współudziale barona von Luttwitza
i generała von Seeckta, szefa Reichswehry. Nominalnym przywódcą puczu
był półkrwi Żyd Wolfgang Kapp, lecz faktycznym szefem operacji był
Trebitsch-Lincoln. Jedynym członkiem gabinetu, który nie dał się
zastraszyć, był minister Noske.
21 marca 1921 roku Noske stanął twarzą w twarz z von Seecktem i korpusem
oficerskim i zażądał: "Wszyscy oficerowie, którzy są gotowi pójść za
mną, niech podniosą rękę." Zrobiło to tylko dwóch z nich. Von Seeckt
odpowiedział: "Reichswehra nie strzela do Reichswehry."
Hitler udał się do Berlina by osobiście ocenić sytuację. Zwrócił uwagę,
w jaki sposób parlament złożony z owiec został popchnięty w stronę
chaosu przez kilku żydowskich manipulatorów. Jednak rząd, jakby nie był
skompromitowany podpisaniem wersalskiego dyktatu, wciąż miał do
dyspozycji aparat administracyjny, co umożliwiało mu dławienie
nacjonalistycznej opozycji. Gabinet był zbyt tchórzliwy, by budować
silne Niemcy. Wszystkie organy władzy, policja i represyjna legislatura
nastawione były na zduszenie populizmu i nacjonalizmu. W ten sposób
sześćdziesiąt milionów Niemców trzymane było na smyczy przez własny,
lecz zarządzany z zewnątrz rząd, podczas gdy Hitlera popierało tylko
trzy tysiące ludzi.
Dla Hitlera będzie to oznaczało dwanaście lat walki, brnięcia pod prąd i stawiania czoła przeszkodom, aby dotrzeć do pozostałych sześćdziesięciu
milionów Niemców. Jednak nigdy ani przez chwilę nie wątpił, że osiągnie
swój cel.
Sytuacja, w jakiej znajdowały się Niemcy stawała się coraz bardziej
katastrofalna. Prowincja Górnego Śląska została przekazana Polsce, co
było równoznaczne z utratą dużej części zdolności wydobywczych węgla i produkcji stali. W Nadrenii masoni spod znaku Wielkiego Wschodu Francji
w jawny sposób prowadzili działalność wywrotową i nawoływali do buntu.
Na froncie ekonomicznym wartość niemieckiej marki spadała na łeb, na
szyję. Jedyną odpowiedzią na niemieckie wołania o pomoc były kolejne
żądania ze strony aliantów, które najdobitniej ilustrują rozkazujące
słowa żydowskiego ministra finansów Francji, Louisa-Luciena Klotza:
"Szwaby zapłacą."
Alianci zażądali, aby Niemcy przekazywały im dwa miliony ton węgla
miesięcznie. Niepodporządkowanie się decyzji groziło okupacją Niemiec.
Następne w kolejce były niewiarygodne żądania zapłacenia aliantom dwustu
dwudziestu sześciu miliardów marek w złocie na przestrzeni czterdziestu
dwóch lat -?suma absolutnie astronomiczna i niemożliwa do spłacenia. Do
tego dochodziło dwunastoprocentowe cło od całości niemieckiego eksportu,
co było równie niewykonalne, gdyż Rzesza była już ogołocona ze
wszystkiego. Rząd Niemiecki oddał wszystko, co tylko mógł, jednak
alianci twierdzili, że to wciąż za mało.
Poincaré, szef francuskiego rządu, za każdym razem, kiedy płatności były
spóźnione lub niewystarczające, dawał upust swemu niezadowoleniu
wysyłając do Niemiec alianckie jednostki: do Frankfurtu i Darmstadtu w 1920, do Düsseldorfu w 1921 roku i wreszcie w 1923 roku, kiedy to
najechał prowincję Ruhry przy użyciu wojsk francuskich i belgijskich.
Wszystkie te działania były manną z nieba dla komunistów. Alianckie
obciążenia ułatwiały im zadanie. Alianckie grabieże i postępujący
rozkład niemieckiego rządu sprawiały, że wywrotowa działalność
komunistów stawała się problemem równie dużym, jak po roku 1918.
Hitler był całkowicie świadom, że w starciu z czerwoną rewolucją
wspieraną moskiewskimi bagnetami jego kilka tysięcy wiernych stronników
nie ma wielkich szans. Swym zwolennikom powiedział otwarcie: "Ktokolwiek
stanie po naszej stronie, nie zdobędzie laurów, nie wspominając o korzyściach materialnych. Najprawdopodobniej skończy w więzieniu."
W rzeczywistości, wielu skończyło jeszcze gorzej. Długa batalia Hitlera
kosztować będzie życie 1.785 jego zwolenników. Rany z rąk komunistów
odniesie czterdzieści trzy tysiące z nich.
Ale to odwaga Hitlera i poświęcenie tych, którzy do niego dołączyli,
wywrze wrażenie na szarych ludziach. Hitler nigdy nie marnował okazji,
by przypomnieć tłumom: "Owi rycerze, hrabiowie i generałowie nigdy nic
nie zrobią. Ale ja zrobię! Zrobię to sam!" Nie były to próżne
przechwałki, lecz po prostu stwierdzenie faktu. Prawdziwości tego
stwierdzenia Hitler będzie w coraz większym stopniu dowodził.
Partie burżuazyjne zdecydowały się oprotestować miliardowe żądania
aliantów, jednak, kiedy stało się jasne, że komuniści mają zamiar
zakłócić protesty, szybko się z pomysłu wycofały. Ich tchórzostwo tak
rozwścieczyło Hitlera, iż zdecydował, że zorganizuje protest
samodzielnie. Było to 2 lutego 1921 roku. Hitler wynajął ogromną halę w cyrku Krone w Monachium. Celem rozpropagowania wiecu zarządził druk
tysięcy plakatów, jeszcze bardziej czerwonych niż zwykle, aby tym
bardziej rozwścieczyć marksistów oraz zasypał ulotkami dzielnice
robotnicze. Raz jeszcze rozesłał swych zagorzałych zwolenników w oflagowanych ciężarówkach. Tym razem na sztandarach po raz pierwszy
widniała swastyka. Sztandary były osobistym projektem Hitlera, opartym
na pomysłach wywodzących się ze starożytnej historii Niemiec. Pracował
nad nimi przez kilka nocy, ustalając ich wymiary i proporcje co do
milimetra. Wzmocnił wymowę krzyża poprzez nadanie kątów prostych
zaokrąglonym elementom, aby podkreślić ich symboliczną wymowę
nawiązującą do życia i energii, a następnie oparł projekt o kolorystykę
starej flagi Cesarstwa Niemieckiego, używając czerni, czerwieni i bieli.
Dwadzieścia lat później ta właśnie swastyka powiewać będzie od Narwiku
do Stalingradu.
2 lutego 1921 roku był to wciąż nieznany symbol. Jednak już od samego
początku wzbudził zaniepokojenie bawarskiego ministra spraw
wewnętrznych, który ogłosił, iż w przyszłości policja będzie mogła
używać siły w celu zapobieżenia publicznemu eksponowaniu symbolu.
Dwanaście lat później ten sam minister będzie pośpiesznie wywieszać ze
swego balkonu sztandar, który osobiście zdelegalizował.
Wieczorem w dniu wiecu, sala cyrku Krone wypełniła się po brzegi.
Pojawiło się ponad siedem tysięcy ludzi, z których każdy zapłacił za
wstęp, co miało niebagatelne znaczenie dla finansów partii -?zaskoczyło
to nawet Hitlera. Przemawiał do tłumu przez dwie i pół godziny. "Po
pierwszej pół godzinie bez przerwy przerywano mi oklaskami. Pod dwóch
godzinach aplauz zastąpiła niemal nabożna cisza. Gdy wypowiedziałem
ostatnie słowa, publiczność ogarnęła fala entuzjazmu i zgromadzeni
odśpiewali z zapałem 'Deutschland über alles.'"
Tak zwani polityczni eksperci, którzy do dzisiejszego dnia nie są w stanie pojąć swoistej chemii pomiędzy narodem i ich przywódcą, próbowali
owego dnia uzmysłowić sobie coś, co było dla nich rzeczą
niewytłumaczalną. Żydowski historyk Haffner tłumaczył sukces Hitlera
hipnozą: "Była to umiejętność hipnotyzowania, z rodzaju tych, które w każdym momencie i w każdych okolicznościach umożliwiają skoncentrowanej
sile woli objęcie kontroli nad nieprzytomnym, tym razem kolektywnym.
Hipnotyczny efekt, jaki Hitler wywierał na masy był jego atutem
politycznym o kapitalnym wręcz znaczeniu."
Hitler nie doczekał się w oczach Haffnera uznania za inne talenty, jak
również nie doczekali się ich sami Niemcy, posiadający swoją własną wolę
i umysły. Później jednak wydarzenia zmusiły Haffnera do weryfikacji jego
opinii: "Jeśli przyjrzeć się Hitlerowi bliżej, nawet przed ???? rokiem,
jego obserwatorzy i krytycy musieli być pod wrażeniem jeszcze jednej
rzeczy poza oczywistym talentem oratorskim: jego umiejętności
organizacyjnych, a mówiąc dokładniej, predyspozycji do zawładnięcia
ludźmi będącymi efektywnym instrumentem sprawowania władzy i dojścia do
perfekcji w posługiwaniu się nimi."
Po sukcesie spotkania w cyrku Krone, Hitler będzie organizować średnio
cztery wiece miesięcznie. Po opłaceniu kosztów zebrano sześćdziesiąt
tysięcy marek. Ponadto, członkowie partii płacili składki w wysokości
pięćdziesięciu fenigów miesięcznie, czyli sześciu marek rocznie. Jeśli
przemnoży się to przez tysiące, fundusze te staną się istotnym wkładem w rozwój nowego ruchu.
Jednakże sukces Hitlera szybko wzbudził zazdrość. Pierwotni założyciele
partii czuli się przytłoczeni przez zachodzące wydarzenia i krytycznie
odnosili się do działań, które określali mianem "szaleństw Hitlera."
Stopień nasycenia Monachium propagandą partii powodował u nich
przerażenie: cóż za marnotrawienie pieniędzy! Fakt, że kiedy Hitler do
nich dołączał to skarbiec partii zawierał siedem i pół marki, jakoś
umykał ich uwadze. Czuli się upokorzeni jego sukcesem i w pewnym sensie
odczuwali potrzebę sprowadzenia go do poziomu swojej przeciętności. W celu zmniejszenia jego wpływów pragnęli połączenia partii z innymi,
mniejszymi partiami, które wegetowały w podobny sposób, jak ich własna,
zanim Hitler stał się jej członkiem. Jednak w opinii Hitlera wchłonięcie
słabych i podrzędnych partyjek nigdy nie przełożyłoby się na powstanie
realnego potencjału, dlatego zawsze stał w opozycji do tego typu
projektów. Zdawał sobie sprawę, iż posiada dar zjednywania sobie mas i inspirowania ich do stania się prawdziwą siłą i nie chciał marnować
czasu na deliberacje z bezbarwnymi politykami. Wierzył, iż kiedy naród
raz już obierze przywódcę, będzie miał prawo oczekiwać od niego
odpowiedzialności, a nie uciekania od niej. Z kolei przywódca będzie
miał prawo oczekiwać bezwzględnego poparcia ze strony narodu. Wierzył w to przez całe swoje życie.
Tak więc małostkowi założyciele oryginalnej Niemieckiej Partii
Robotników zapragnęli przywołać Hitlera do porządku: jeszcze jeden
epizod w odwiecznej wojnie między miernością i talentem. Hitler wyjechał
na sześć tygodni do Berlina celem występowania na wiecach oraz odbycia
serii spotkań na wysokim szczeblu, w tym z generałem Ludendorffem,
admirałem Schroederem, Ernstem von Borsigiem, przewodniczącym zrzeszenia
przemysłu stalowego i hrabią von Reventlowem. Żona hrabiego, urodzona we
Francji hrabina d'Allemont, była oczarowana Hitlerem i w obecności gości
swego eleganckiego salonu powiedziała: "Ten człowiek jest przyszłym
Mesjaszem Niemiec."
Podczas gdy Hitler zabiegał o poparcie wpływowych osób dla jego partii,
dotarły do niego wieści o knowaniach w Monachium. Natychmiast wrócił,
aby stanąć przed partyjnymi biurokratami. Zamiast oczekiwanych wyjaśnień
spotkał się z pytaniami zadawanymi w nieprzyjazny sposób. Jakże mało
znali Hitlera jego partyjni koledzy! Jego reakcją było natychmiastowe
złożenie rezygnacji z członkostwa w partii.
Zarzuty wysuwane pod adresem Hitlera były równie fałszywe, co
absurdalne. Poza oskarżeniami dotyczącymi jego rzekomej żądzy władzy,
pomówiono go także o bycie kobieciarzem. Co ciekawe, miało się to
odnosić do kontaktów z kobietami ubranymi w drogie jedwabne majtki i palącymi papierosy. Nieszczęsny Hitler! I to wszystko w czasie, gdy
niczym mnich mieszkał w swoim nieogrzewanym, wynajętym pokoju.
Tymczasem szeregowi członkowie partii odmawiali zaakceptowania
rezygnacji Hitlera. W dniu 11 lipca 1921 roku poproszono go o zajęcie
stanowiska. Mając świadomość, że bez niego partia nie znaczy nic,
postawił jej ultimatum: jeśli chcą, aby został, wszyscy lamentujący
intryganci będą musieli zrezygnować z członkostwa; wszyscy głosujący
przeciwko niemu, obstrukcjoniści i zazdrosne miernoty będą musiały
odejść, zaś partia natychmiast zaakceptuje go w roli szefa z pełną
władzą wykonawczą. Krytykanccy podjudzacze byli zszokowani i nagle
uświadomili sobie, że porwali się na bardzo niezwykłego przeciwnika.
Drexler, jeden z głównych mącicieli, dosłownie padł Hitlerowi do stóp:
"Z szacunku dla pana ogromnej wiedzy i w podziękowaniu za bezinteresowną
pracę na rzecz rozwoju partii, jak również w uznaniu pana wyjątkowych
zdolności oratorskich, komitet gotów jest przyznać panu pełną władzę
wykonawczą i w jak najszybszym trybie ogłosić pana szefem partii,
natychmiast, kiedy tylko wycofa pan swoją rezygnację."
Jednak Hitler nie zaakceptował propozycji i bez konsultowania się z komitetem, który i tak się przed nim ukorzył, w dniu 29 lipca 1921 roku
odwołał się bezpośrednio do szeregowych członków partii. Pragnął, aby
jego władza pochodziła wprost od ludzi, a nie od garści małych
intrygantów. Jego przybycie na spotkanie zostało powitane burzą
oklasków. Przegłosowano warunki postawione przez Hitlera: pięćset
pięćdziesiąt trzy głosy "za" i jeden głos na "nie.".
Później, na wielkim wiecu w cyrku Krone, oficjalnie ratyfikowano
wszystkie warunki. Hitler stał się gospodarzem we własnym domu dzięki
praktycznie jednogłośnemu werdyktowi będącemu wyrażeniem woli członków
partii. To właśnie tego wieczoru po raz pierwszy został wodzem. Magiczne
słowo "Führer" zaczęło swą karierę.
Rozdział 8. Trzy szanse Hitlera
Rozdział 8
Trzy szanse Hitlera
"Tyle planów miałem w głowie. Całymi dniami
myślałem o tym, co byłbym w stanie zrobić, ale wszystko sprowadzało się
do jednego problemu: nie miałem nazwiska i tym samym żadnej realnej
siły, aby zrobić coś pożytecznego." Taki był tok myślenia Hitlera do
dnia, w którym podpisano traktat wersalski. Miał wtedy w kieszeni mniej
niż sto marek, nie znał prawie nikogo w Monachium, nie mógł polegać na
niczyim wsparciu. Będą musiały minąć jeszcze dwa lata, zanim jego
nazwisko będzie pisane poprawnie.
Media i historycy establishmentu zawsze twierdzili, że Hitler nie miał
programu. Miał coś więcej -?zasady. Programy muszą być adaptowane do
zmieniającej się sytuacji, podczas gdy zasady utrzymują swoją
integralność i kierunek. Programy, które nie są oparte na zasadach,
przypominają glinę bez rzeźbiarza.
W czasie samotnego pobytu w Wiedniu i podczas pięćdziesięciu jeden
miesięcy na froncie, Hitler był częścią rytmu, w jakim funkcjonował cały
naród i tym samym czuł jego psychiczną siłę, niczym maleńka gwiazda w przeogromnej konstelacji. Jedyną rzeczywistość dla Hitlera stanowiły
najwyższe zasady, które były dla niego drogowskazem. Kiedyś w Berlinie
powiedział mi, ze ludzie wielcy są obdarzeni duchowością, która pozwala
im wydźwignąć ludzkość z niewoli i mierności.
Pozbawiony jakichkolwiek środków materialnych, Hitler miał wyłącznie
swoją wiarę i swoje zasady. Początkowo sam nie zdawał sobie z tego
sprawy, ale miał jeszcze talent do używania słowa. Był to prawdziwy dar
od Boga. Najtęższe umysły mogą zacząć się jąkać czytając jedną czy dwie
strony tekstu w obecności tłumu. Niemcy od zawsze cierpiały na brak
dobrych mówców. Nawet weimarscy politycy wygłaszali publiczne
przemówienia w sposób sztywny i mało inspirujący. Hitler zauważył błysk
zainteresowania w oczach kolegów, gdy rozmawiał z nimi w okopach.
Dlaczego spijali słowa z jego ust -?był przecież nikim -?podczas gdy z pogardą odtrącali wykłady wielkich i możnych?
Na początku 1919 roku to, co pozostało z cesarskiej armii, stało się
ostatnim bastionem Niemiec w walce z komunistycznymi rewoltami. Tylko z najwyższym trudem zdemobilizowani oficerowie i żołnierze zdołali ocalić
Berlin i kilka innych miast. Ale cena była często wysoka: pojmanych
wojskowych ohydnie torturowano przed zabiciem. Patriotów atakowali także
niektórzy byli jeńcy wojenni, którzy trafili do rosyjskiej niewoli i zostali poddani przez marksistów praniu mózgów przed zwolnieniem do
Niemiec.
Patriotycznie nastawieni żołnierze organizowali się, by przeciągnąć na
swoją stronę owych zindoktrynowanych weteranów. Rozpoczęli kampanię
mającą na celu promowanie wartości narodowych i obywatelskich wśród
wszystkich, którzy służyli w siłach zbrojnych. Do prowadzenia skutecznej
akcji potrzebni byli wyszkoleni i zaufani patrioci. W tym celu na
uniwersytecie w Monachium uruchomiono specjalny kurs dla byłych
żołnierzy z poboru. Jednym ze słuchaczy był Hitler, którego patriotyzm i antykomunistyczne nastawienie zostały zauważone. Jednak wciąż był tylko
nieznanym eks-żołnierzem.
Po kilku dniach trwania kursu, profesor Karl Alexander von Mueller,
który wykładał polityczną historię wojny, zwrócił się do kapitana Karla
Mayera, oficera, który przysłał mu niewielką grupkę nowo zapisanych
słuchaczy, z następującym pytaniem: "Czy wiedział pan, że wśród
szkolonych osób macie utalentowanego mówcę?"
"Któż to taki?"
"Niejaki Hitler z Pułku Lista", odpowiedział von Mueller.
Profesor odkrył talenty Hitlera zupełnie przypadkowo: "Po moim
wykładzie, który wywołał ożywioną dyskusję, kiedy już miałem opuścić
salę, wpadłem na niewielką grupkę ludzi blokującą przejście. Wydawali
się być zafascynowani słowami człowieka o dziwnie gardłowym głosie...
Zaintrygowała mnie jego blada twarz, zupełnie niewojskowy pukiel
czarnych włosów na czole, przypominający pędzelek wąsik i duże
jasnoniebieskie i świecące oczy. Kiedy obserwowałem słuchających, miałem
wrażenie, że ich egzaltacja wraca do niego jak bumerang, wzmacniając
siłę jego płomiennej przemowy." Kapitan Meyer nie był tylko zwyczajnym
oficerem; był motorem napędowym sekcji szkolenia i propagandy przy samym
dowództwie. Opierając się na ocenie von Muellera, zareagował
natychmiast. Skierował Hitlera do pułku w Monachium, jako "zaufanego
przedstawiciela dowództwa regionalnego."
Ów nieoczekiwany awans Hitler zawdzięczał nie swoim ideom, a raczej, jak
to określił Mayer, "bardzo pięknej, czystej i celnej formie, jaką
nadawał swoim słowom." Mayer widział w Hitlerze żołnierza-patriotę
zdolnego do przekonania tych, których komuniści przekabacili w obozach
jenieckich. Wysłano go zatem do obozu Lechfeld, gdzie nie brakowało tego
typu ludzi. W przeciągu miesiąca Hitler przewrócił politycznie obóz do
góry nogami. Porucznik Bendt, bezpośredni przełożony Hitlera, wysłał do
Monachium następujący raport: "Dzięki jasności i prostocie wypowiedzi
Hitler sprawia, że jego idee są zrozumiałe dla wszystkich. Jest
urodzonym mówcą, który swym płomiennym zapałem oraz zachowaniem
sprawiającym, iż uważany jest za 'swojego", przykuwa uwagę słuchaczy i przekonuje ich do własnego sposobu myślenia."
Można powiedzieć, że Hitler-mówca został odkryty dzięki przypadkowi.
Jego sukces w Lechfeld dał mu w końcu nazwisko i zasłużone uznanie. Nie
był już anonimowym kapralem wśród czterystu tysięcy innych podoficerów.
Gdy w dniu 10 września 1919 roku otrzymał list od kapitana Mayera,
zaczynał się on od szczególnie uroczystego zwrotu "Sehr verehter Herr
Hitler." Dla kogoś, kto dobrze znal rygory podległości służbowej w niemieckiej armii, była to zmiana, w którą trudno było uwierzyć.
Uwagę przełożonych Hitlera zwrócił jeden z aspektów jego sukcesu w obozie Lechfeld: ustanowienie współzależności między komunistycznymi
rewoltami w Niemczech i nieprzerwaną obecnością Żydów w pierwszym
szeregu wywrotowców. Szef wydziału wywiadu i szkolenia poprosił Hitlera
o opracowanie raportu dotyczącego wpływów Żydów i judaizmu. Sprawozdanie
Hitlera było dość rewolucyjne. Przyznawał, że większość ludzi odbierała
cechy charakterystyczne dla Żydów jako odpychające, chociaż w jego
ocenie była to reakcja instynktowna, podczas gdy w jego przypadku
wynikała ze sfery intelektualnej. Przeprowadzając logiczną analizę
skonkludował, iż przez ostatnie dwa tysiące lat Żydzi podtrzymywali
odrębność rasową, wyróżniającą ich w każdej społeczności narodowej, w której w danym momencie akurat się znaleźli.
Tak oto pierwszym dokumentem politycznym Hitlera był wojskowy raport:
"O ile prawdą jest, iż niebezpieczeństwo jakie judaizm stwarza dla
narodu niemieckiego skutkuje odrazą, jaką Żydzi wywołują u znacznej
części naszego społeczeństwa, owa odraza nie jest wynikiem wiedzy na
temat zgubnego wpływu judaizmu na nasz naród, ale ma źródło w emocjach.
To poważny błąd. Obrona przed judaizmem nie powinna i nie może być
oparta na reakcjach emocjonalnych, ale na znajomości faktów. Po pierwsze
judaizm jest rasą, a nie społecznością religijną. Żydzi nigdy nie
określają się mianem Niemców, Polaków czy Amerykanów wiary żydowskiej,
ale zawsze uważają się za niemieckich Żydów, polskich Żydów czy
amerykańskich Żydów. Jedynym atrybutem zapożyczonym z obcych krajów jest
język. Żydzi nie muszą wyznawać judaizmu żeby być Żydami. Przez całe
wieki Żydzi zachowywali swoją charakterystykę rasową w najściślejszym
kręgu pokrewieństwa, robiąc to z dużo większą konsekwencją niż narody,
wśród których żyją. Tym samym mamy u siebie obcą nieniemiecka rasę,
która funkcjonuje pośród nas. Nie ma ona ani ochoty, ani możliwości
wyrzeczenia się swych cech rasowych czy sposobu odczuwania, myślenia lub
działania. Mimo to, owa obca rasa ma takie same prawa, jak my."
Hitler podsumował, iż reakcje emocjonalne znajdują ujście w pogromach,
podczas kiedy racjonalna reakcja powinna prowadzić do systematycznego i legalnego zniesienia specjalnych przywilejów, z jakich korzystają Żydzi.
Inne obce społeczności nie cieszyły się podobnymi specjalnymi względami,
więc tym samym Żydzi nie powinni funkcjonować jako uprzywilejowana rasa
wewnątrz narodu niemieckiego. Jednak ostatecznym celem było
zdystansowanie Żydów od Niemców. Słowo "zdystansować" jest tu godne
uwagi. Do końca życia Hitler będzie mówić o "zdystansowaniu" Żydów od
ludności niemieckiej. Słowo "eksterminacja" nigdy nie pojawi się w żadnym z zapisów, które wyszły spod jego pióra.
Raport Hitlera został dobrze przyjęty w kręgach wojskowych Monachium,
ale nie zawędrował nigdzie dalej.
Tragedia II wojny światowej została zmonopolizowana przez
pro-syjonistyczne lobby jako wyłączna tragedia Żydów. Jest to kłamstwo
historyczne spreparowane dla osiągnięcia zysków finansowych. Fakt, iż
niektórzy Żydzi ucierpieli w tak wielkiej pożodze, wywołanej zresztą
przez ich własnych przywódców, jest bezsporną prawdą. Jednakże
wyolbrzymianie tych cierpień jest tak dalece nieproporcjonalne, iż w ostatecznym rozrachunku staje się szkodliwe dla interesów, którym ma
służyć. Dopiero teraz profesjonalni historycy sprowadzają zapisy
dotyczące największego militarnego konfliktu w dziejach świata do sfery
faktów.
Po wyborach z 1933 roku, wygranych przez Hitlera, żydowscy przywódcy
dosłownie wypowiedzieli wojnę Niemcom. Była to wojna na tle rasowym,
którą Hitler zmuszony był toczyć. Jednak jego bronią w tym konflikcie
był oręż polityczny i społeczny i te właśnie metody legły u podstaw
największej politycznej i społecznej rewolucji, jaką kiedykolwiek
widział świat.
To właśnie w celu zdławienia tej rewolucji alianci raz jeszcze zostali
zmanipulowani i wplątani w konflikt zbrojny z Niemcami.
Nie jest żadnym zaskoczeniem, że w 1919 roku wojskowi zwierzchnicy
Hitlera byli zainteresowani problemem żydowskim, gdyż to właśnie Żydzi
przewodzili komunistycznej rewolucji w Niemczech. Fakt ten był jeszcze
jednym powodem, dla którego większość Niemców była nastawiona
antyżydowsko. Hitler podniósł te procesy emocjonalne do poziomu
intelektualnego. Patrioci wywodzący się z kręgów wojskowych stanowili
ostatnią rezerwę pokonanych Niemiec i jako jej ostatni bastion, byli
zainteresowani ratowaniem kraju przed jeszcze większym chaosem. Z tego
powodu przyglądali się zarówno partiom politycznym o podłożu
patriotycznym, jak i tym, które prowadziły działalność wywrotową.
Wywiad wojskowy w Monachium obserwował niewielką partię pod nazwą
Niemiecka Partia Robotników (DAP). Jej założycielem był ślusarz
pracujący na kolei, nazwiskiem Anton Drexler. Podstawą jego idei było
założenie, że ratunek dla Niemiec leży w trwałej zgodzie między
socjalizmem i nacjonalizmem. Była to oryginalna koncepcja, gdyż
ideologie te od zawsze były sobie śmiertelnie wrogie.
Już od czasu swego pobytu w Wiedniu, Hitler wiedział, że w rzeczywistości obie orientacje wzajemnie się uzupełniają. Drexler był
gorącym patriotą i zagorzałym zwolennikiem idei sprawiedliwości
społecznej, którą w owym czasie określano mianem socjalizmu. Tak
naprawdę, tego typu "patriotyczny" socjalizm pozostawał w skrajnej
opozycji do wypaczonego socjalizmu żydowskich finansistów i ich
marksistowskich morderców. Tak więc ojcem narodowego socjalizmu był nie
kto inny, jak uczciwy patriota-robotnik, który 5 stycznia 1919 roku wraz
ze swymi kolegami z pracy założył małą partię. Była to partia prawdziwie
robotnicza, niebędąca narzędziem w rękach międzynarodowej finansjery czy
żydowskich intelektualistów.
Od czasu do czasu DAP organizowała spotkania na pierwszym piętrze
piwiarni "Altes Rosenbad" i zapraszała na nie mieszkańców Monachium.
Zwykłe z ciekawości przychodziło po kilka osób.
Kapitan Meyer zdecydował o wysłaniu obserwatora na następne spotkanie
DAP. Po jego odkryciu przez profesora von Muellera i po dokonaniach w obozie Lechfeld, szczęście uśmiechnęło się do Hitlera po raz trzeci. Tym
razem spotkanie odbywało się na zapleczu piwiarni "Stemecker", zaś jako
zaproszony gość miał wystąpić ekonomista Gottfried Feder. Na spotkanie
przybyło czterdzieści pięć osób, wśród których było dwóch sklepikarzy,
szesnastu handlowców, artysta, profesor i córka sędziego. Po wysłuchaniu
zaproszonego mówcy, Hitler zanotował w swoim notatniku: "Śmieszne i małostkowe dzielenie włosa na czworo. Mam dosyć słuchania tych rzeczy!"
Gdy wychodził z sali, profesor nazwiskiem Baumann poprosił o możliwość
polemiki z nudną przemową ekonomisty.
Wstał i wygłosił tyradę na rzecz bawarskiego separatyzmu. Tego było już
dla Hitlera za wiele i choć był tam wyłącznie jako obserwator, wskoczył
na mównicę i z zaciekłością wytknął błędy w argumentacji profesora. Jego
elokwencja oraz logika uzasadnienia olśniła obecnych i wprawiła ich w podziw. Tym razem nie zwracał się do żołnierzy, ale do czterdziestu
pięciu cywilów, których nie obowiązywała wojskowa dyscyplina.
Tamtego wieczoru Hitler poczuł potęgę własnych słów. Był w stanie
przykuć uwagę słuchaczy i potrafił ich przekonać. Czuł nie tylko moc
własnej argumentacji, ale i swoistą wymianę energii między mówcą i publicznością. Był świadkiem, jak siła jego oratorstwa wlewała moc w tych, którzy go słuchali i jak z kolei oni oddawali mu ją w dwójnasób.
Owego dnia Hitler zrozumiał, że można zwyciężać samym słowem. Odkrył
samego siebie, zaś czterdziestu pięciu słuchaczy doznało najgłębszego
duchowego doświadczenia.
Tej samej nocy, po powrocie do koszar, Hitler nie mógł usnąć,
rozmyślając o nagłym objawieniu się potęgi jego elokwencji. Sięgnął do
kieszeni po małą broszurkę, którą otrzymał od Antona Drexlera i zabrał
się za jej studiowanie, rzucając przy tym okruchy chleba myszy, którą
miał w zwyczaju karmić co wieczór. W ogólnym sensie, broszurka wykładała
podstawową ideę, która była punktem startowym dla jego własnej
koncepcji: połączenie potencjału klas społecznych. Jednakże jej styl i sposób prezentowania koncepcji był słaby i nie wywierał stosownego
wrażenia.
Następnego dnia Hitler nie zaprzątał już sobie głowy spotkaniem,
absolutnie nie przypuszczając, iż może doprowadzić do kolejnych
kontaktów. Jednakże jego słuchacze, wręcz przeciwnie, wciąż byli
oczarowani i domagali się jego powrotu.
Pragnęli, aby wstąpił do partii i zaprosili go na zebranie komitetu.
Jeden z kolegów-mechaników powiedział Drexlerowi: "Ten człowiek naprawdę
potrafi mówić. Z pewnością moglibyśmy zrobić z niego użytek."
Dla Hitlera sprawa nie wyglądała równie prosto. Po pierwsze, nie był
człowiekiem, którego "można by użyć." Instynkt od zawsze podpowiadał mu,
że jego przeznaczeniem było przywództwo. Poza tym, partyjka wydawała się
mieć żałośnie nieistotne znaczenie, zaś jej program, poza pomysłem
pojednania klasowego, był przepojony duchem drobnomieszczaństwa. Była w nim mowa o "stole zastawionym dobrym jedzeniem", jako o jednym z filarów
szczęścia, co dla Hitlera nie było specjalnie istotne.
Hitler powiedział mi, że Drexler, mimo wszystko, jako ratunek dla
Niemiec wypracował ideę o wielkiej wadze, która współgrała z fundamentalną zasadą jego własnej koncepcji, jaką było przekonanie
narodu do wizji socjalizmu. Połączenie patriotyzmu ze sprawiedliwością
społeczną było pomysłem, który w przyszłości będzie stanowić siłę
napędową całej politycznej działalności Hitlera.
Hitler wahał się przez dwa dni. Ostatecznie doszedł do wniosku, że
chociaż jego słuchaczy nie będzie wielu, to sam jeden ma jeszcze
mniejsze szanse na zaistnienie. Czterdziestu pięciu ludzi to prawie nic,
ale to o czterdzieści pięć osób więcej, niż jeden Hitler. Niemiecka
Partia Robotników była mikroskopijna, ale istniała naprawdę, miała swoją
nazwę i pewnie lepiej było zaczynać od niej niż od zera.
W kwestii tej brzemiennej w skutki decyzji, Hitler wypowiedział się w następujący sposób: "Doszedłem do wniosku, że muszę wykonać ten pierwszy
krok. To była najbardziej ostateczna decyzja w moim życiu. Odwrotu nie
będzie."
Rozdział 9. Kto skończy z bankructwem?
Rozdział 9
Kto skończy z bankructwem?
"Mamy władzę. Teraz rozpoczyna się gigantyczna
praca." Hitler wypowiedział te słowa w nocy 20 stycznia 1934 roku, kiedy
przed oknami kancelarii Rzeszy przez bite pięć godzin przelewały się
wiwatujące tłumy. Jego walka polityczna trwała czternaście lat, sam zaś
miał czterdzieści trzy lata, czyli można założyć, że był u szczytu swych
możliwości intelektualnych i fizycznych. Kolejno podbijał serca milionów
rodaków i stworzył z nich najpotężniejszą siłę polityczną Niemiec,
partię otoczoną szańcem setek tysięcy szturmowców, z których trzy
czwarte było członkami klasy robotniczej.
Był niezwykle bystry. Zabawiał się ze swymi oponentami i kolejno
przekonywał ich do swojej koncepcji.
Stojąc w oknie kancelarii i pozdrawiając podniesioną ręka
rozentuzjazmowane tłumy, musiał zaznać uczucia triumfu. Ale jednocześnie
sprawiał w tym momencie wrażenie zupełnie odrętwiałego, czymś
pochłoniętego, jakby zagubionego w innym świecie.
Był to świat bardzo odległy od szaleństwa na ulicach, świat składający
się z sześćdziesięciu pięciu milionów obywateli, którzy kochali go lub
nienawidzili, ale którzy od tej nocy stali się jego odpowiedzialnością.
I wiedział, podobnie jak wiedzieli to prawie wszyscy Niemcy pod koniec
stycznia 1934 roku, że była to odpowiedzialność przytłaczająca i niemalże niemożliwa do udźwignięcia.
Po upływie ponad pół wieku, ludzie nie mają już żadnego pojęcia o sytuacji, w jakiej wówczas znajdowała się Rzesza. Wszyscy zdają się
sądzić, że Niemcy byli zawsze pulchni i syci.
Cóż można powiedzieć? Niemcy, których odziedziczył Hitler, byli
szkieletami.
W międzyczasie przez scenę polityczną przewinął się, często w wielkim
zamieszaniu, tuzin "demokratycznych" rządów. Zamiast ulżyć niedoli
społeczeństwa, rządy te tylko ją pogłębiały. Powodem był ich własny brak
stabilności i nieumiejętność trzymania się jednego planu przez okres
dłuższy niż rok czy dwa. Niemcy trafiły w ślepy zaułek, prowadzone przez
polityków, którzy teraz bili głową w mur. Ostatnie lata przyniosły także
falę samobójstw, zamykająca się liczbą dwustu dwudziestu czterech
tysięcy. To prawdziwie wstrząsający wskaźnik, świadczący o iście
przerażającym stopniu zubożenia i nędzy.
Na początku 1933 roku ubóstwo stało się w Niemczech zjawiskiem
praktycznie powszechnym. Po ulicach wałęsało się sześć milionów głodnych
bezrobotnych, otrzymujących nędzny zasiłek w wysokości niecałych
czterdziestu dwóch marek miesięcznie. Wielu z tych, którzy byli
pozbawieni możliwości zarobkowania, miało na utrzymaniu rodziny, co
oznaczało, że w sumie około dwudziestu milionów Niemców, jedna trzecia
populacji, zmuszona była walczyć o przetrwanie mając do dyspozycji
czterdzieści fenigów na osobę dziennie.
Poza tym, zasiłek dla bezrobotnych wypłacano tylko przez okres sześciu
miesięcy. Po tym okresie następował dramat: życie na minimalnym zasiłku
wydzielanym przez organizacje opieki społecznej.
Pomijając całkowitą niewystarczalność tego typu pomocy, nawet półroczne
próby ratowania przed pewną zgubą sześciu milionów bezrobotnych
doprowadziły zarówno organizacje lokalne, jak i struktury rządowe do
absolutnej ruiny. Tylko w 1932 roku tego typu pomoc pochłonęła cztery
miliardy marek, co stanowiło 57% wszystkich przychodów z tytułu
podatków, jakie płynęły do kas rządu federalnego i krajów związkowych.
Nielicznym szczęśliwcom, którzy mieli jakąś pracę, wcale nie wiodło się
o wiele lepiej. O 25% obniżono płace miesięczne i tygodniówki robotników
i pracowników najemnych. 21% z nich zarabiało od 100 do 250 marek na
miesiąc, z czego 69,2% zarabiało mniej, niż 1.200 marek w skali roku.
Obliczano, że liczba Niemców będących w stanie żyć bez ciągłej presji
finansowej nie przekracza stu tysięcy osób.
Przez ostatnie trzy lata przed dojściem Hitlera do władzy ogólne
przychody państwa spadły o ponad połowę, z poziomu dwudziestu trzech
miliardów marek do jedenastu.
Średni roczny dochód na głowę niemieckiego obywatela skurczył się z 1.187 marek w 1929 roku do 632 marek, poziomu niemalże nie do
zniesienia, w 1932 roku. Gdy Hitler dochodził do władzy, 90%
niemieckiego społeczeństwa było bez środków do życia.
Nikt nie był wolny od dławiących efektów bezrobocia. Intelektualiści
zostali tak samo ciężko doświadczeni jak robotnicy. Spośród 135.000
absolwentów uczelni, 60% nie miało pracy. Tylko niewielka część z nich
otrzymywała zasiłki dla bezrobotnych.
"Pozostali", pisał zagraniczny obserwator, Marcel Laloire w swej książce
"Nowe Niemcy", "polegają na swoich rodzicach lub śpią w noclegowniach. W ciągu dnia można ich zauważyć na berlińskich bulwarach z przyczepionymi
do pleców afiszami, głoszącymi, iż podejmą się każdej pracy."
Ale nie było już więcej żadnej pracy.
Podobnie dramatyczny spadek zatrudnienia nastąpił w chałupnictwie,
którym parało się około czterech milionów obywateli. Ich obszar
działania skurczył się o 55%, a ogólna wartość sprzedaży spadła z dwudziestu dwóch miliardów do jedenastu miliardów marek. Najbardziej
dotknięci bezrobociem byli pracownicy sektora budowlanego, gdzie
wskaźnik ten wynosił 90%.
Zrujnowani byli także farmerzy, a straty sektora rolniczego obliczano na
dwanaście miliardów marek. Wielu gospodarzy było zmuszonych do
obciążenia hipoteką swej ziemi i domów. W 1932 roku wysokość samych
odsetek od zaciągniętych kredytów, wymuszonych przez krach gospodarczy,
odpowiadała 20% wartości całej produkcji rolniczej kraju. Gdy
zdesperowani rolnicy nie byli w stanie dłużej wytrzymywać obciążeń
finansowych, ich majątek podlegał licytacji zgodnie z procedurami
prawnymi. W latach 1931-1932 zlikwidowano w ten sposób 17.157
gospodarstw rolnych o łącznej powierzchni ziemi uprawnej wynoszącej
462.485 hektarów.
Weimarska "demokracja" nie zrobiła absolutnie nic, by naprawić rażące
krzywdy, skutkujące zubożeniem milionów pracowników sektora rolniczego,
mimo, iż byli oni najciężej pracującymi obywatelami Niemiec i stanowili
najbardziej stabilną podstawę gospodarki kraju. Zostali obrabowani,
wydziedziczeni i porzuceni -?nic dziwnego zatem, że odpowiedzieli na
wezwanie Hitlera.
Na koniec stycznia 1934 roku sytuację rolników można określić mianem
tragicznej. Podobnie jak pozostała część niemieckiej klasy robotniczej,
farmerzy zostali zdradzeni przez swych marksistowskich przywódców i zmuszeni do wyboru między nędznymi zarobkami, marnymi i niepewnymi
zasiłkami lub zwyczajnym żebractwem.
Niemiecki przemysł, niegdyś sławny na całym świecie, od dawna już
przestał prosperować, pomimo milionów marek dotacji, które finansowi
magnaci czuli się w obowiązku pompować w kufry będących u władzy partii
w zamian za ich przychylność. Przez czternaście lat, noszący klapki na
oczach konserwatyści, pospołu z chrześcijańskimi demokratami z politycznego centrum, paśli się u żłobu z nie mniejszą łapczywością niż
ich oponenci z lewej strony sceny politycznej.
Nie ma nic za darmo. W polityce ten, kto bierze pieniądze, zakłada sobie
kajdany.
Pomimo ochoczej współpracy ze strony polityków starych partii i wszelakiej maści zapewnień i obietnic, grube ryby niemieckiego
kapitalizmu doświadczyły wyłącznie pasma katastrof. Popierane przez
nich, naprędce formowane rządy, tworzone w politycznym zamęcie dzięki
wzajemnym żądaniom i obietnicom, okazały się całkowicie nieefektywne.
Pogrążały się w kolejnych niepowodzeniach, nigdy nie mając ani czasu na
wywiązanie się z obietnic, ani woli do skupienia się na roli, jakiej od
nich oczekiwano.
Było oczywistym, iż jakiekolwiek plany ekonomiczne, stworzone w takim
zamęcie, skazane będą na niepowodzenie. Do osiągnięcia konkretnych celów
potrzebny jest czas. Wyłącznie w sytuacji, gdy dysponuje się czasem,
można poddać godne plany procesowi swoistego dojrzewania i równocześnie
znaleźć kompetentnych ludzi, którzy będą w stanie wcielić je w życie.
Przekupywanie partii politycznych nie wpłynęło także na poprawę ich
niemocy w radzeniu sobie z obciążeniami narzuconymi przez Traktat
Wersalski. W 1923 roku Francja praktycznie przejęła Zagłębie Ruhry i w ciągu sześciu miesięcy zmusiła weimarski rząd do godnej pożałowania
kapitulacji. Jak jednak mogły stawić opór tego typu polityczne wędrowne
ptaszki, bezustannie doświadczające partyjnych rozłamów i nienawidzące
się wzajemnie? W 1923 roku tylko w przeciągu kilku miesięcy na scenie
politycznej pojawiło się i szybko znikło siedem kolejnych gabinetów. Nie
miały one innego wyboru, jak tylko poddać się poniżającej alianckiej
kontroli i ulec separatystycznym intrygom knutym przez płatnych
rozłamowców Poincaré.
Wysokie cła narzucone na sprzedaż niemieckich towarów poza Niemcy szybko
wykluczyły jakiekolwiek szanse na rozwój niemieckiego eksportu. Zmuszona
do wypłacania zwycięzcom gigantycznych sum, Rzesza pozbawiała się
miliardów za miliardami, aż ostatecznie, doprowadzona do skrajnej nędzy,
musiała szukać ucieczki w ogromnych pożyczkach z zagranicy, przede
wszystkim ze Stanów Zjednoczonych.
Owe zadłużenie dopełniło zniszczenia Niemiec i w 1929 roku przyspieszyło
nadejście najbardziej niszczycielskiego kryzysu.
Wielcy przemysłowcy, przy całym ich łapówkarstwie na rzecz polityków,
okazali się całkowicie bezsilni: ich fabryki pustoszały, a ich
wygłodniali pracownicy, żyjący jak prawdziwi włóczędzy, gnieździli się w pobliskich dzielnicach robotniczych.
Kominy tysięcy niemieckich fabryk przypominały las martwych drzew.
Wiele z nich całkowicie upadło. Te, które jeszcze przetrwały,
funkcjonowały w ograniczonym zakresie. Produkcja przemysłowa Niemiec
spadła o połowę, z siedmiu miliardów marek w 1920 roku do trzech i pół w 1932 roku.
Znakomitym przykładem jest tutaj przemysł motoryzacyjny. W 1932 roku
niemiecka produkcja stanowiła proporcjonalnie tylko jedną dwunastą
produkcji Stanów Zjednoczonych i tylko jedną trzecią produkcji Francji:
682.376 samochodów w Niemczech (jeden na sto osób) w porównaniu z 1.855.174 samochodami we Francji, czyli w kraju, mającym dwadzieścia
milionów mieszkańców mniej niż Niemcy.
Podobny regres można było zauważyć w niemieckim eksporcie. Nadwyżka
handlowa skurczyła się z prawie trzech miliardów marek w 1931 roku do
667 milionów w 1932, co oznaczało spadek o 75%.
Przytłoczony problemami z płatnościami i ilością sald debetowych, nawet
wielki niemiecki Bank Centralny zaczął ulegać procesowi dezintegracji. W dniu dojścia Hitlera do władzy, Bank Centralny ponaglany o spłatę
zaciągniętych za granicą pożyczek dysponował łączną sumą osiemdziesięciu
trzech milionów marek, z których sześćdziesiąt cztery były przeznaczone
do rozdysponowania w następnym dniu.
Astronomiczne zadłużenie za granicą, którego wysokość przekraczała
trzyletnią wartość całego krajowego eksportu, było dla każdego Niemca
niczym kamień u szyi. Nie było możliwości odwołania się do krajowych
rezerw: operacje bankowe w Niemczech praktycznie ustały. Jedynym
wyjściem pozostawały podatki.
Niestety, państwowe przychody z tytułu opodatkowania także doświadczyły
gwałtownego załamania. Z 9 miliardów marek w 1930 roku skurczyły się do
7,8 miliarda w 1931 roku, a następnie spadły do poziomu 6,65 miliarda w 1932 roku, z czego tylko zasiłki dla bezrobotnych pochłonęły 4 miliardy.
Lokalne zadłużenie, liczone w miliardach, także rosło w zastraszającym
tempie. Oblężone przez miliony będących w potrzebie ludzi, same lokalne
władze samorządowe były w 1928 roku zadłużone na sumę 6,542 miliarda
marek, która do 1932 roku urosła do 11.295 miliardów, z czego 1.668
miliarda marek stanowiły pożyczki krótkoterminowe.
Jakiekolwiek nadzieje na spłacenie takiego deficytu za pomocą nowych
podatków wykraczało już nawet poza sferę marzeń. W okresie między rokiem
1925 i 1931 i tak już podniesiono podatki o 45%. W latach 1931-1932
Niemcom kanclerza Heinricha Brüninga, krajowi pozbawionych pracy
robotników i przemysłowców z na wpół martwymi fabrykami, zaaplikowano
dwadzieścia trzy "nadzwyczajne" ustawy. Jednakże to uciekanie się do
nadmiernych obciążeń podatkowych okazało się całkowicie bezużyteczne,
ponieważ analiza Banku Rozrachunków Międzynarodowych8,
ogłoszona w stosownym oświadczeniu, wykazywała, iż poziom podatków w Niemczech osiągnął tak wysoki pułap, iż dalsze ich podnoszenie było
niemożliwe.
Tak więc na finansowej szali z jednej strony widniało dziewiętnaście
miliardów w formie długu zagranicznego plus zadłużenie wewnętrzne w takiej samej wysokości, zaś na drugiej osiemdziesiąt trzy miliony marek
w walucie zagranicznej, znajdujące się w posiadania Reichsbanku. To tak,
jakby każdy Niemiec, będąc winny bankowi sześć tysięcy marek, miał w kieszeni czternaście marek na spłacenie długu.
Nieuchronnym skutkiem szerzącej się biedy i rosnącej niepewności co do
przyszłości był gwałtowny spadek liczby urodzin dzieci.
Gdy majątek gospodarstwa domowego kurczy się do czterech fenigów, lub
znika całkowicie, gdy rozum podpowiada, że nadchodzące dni przyniosą
jeszcze większe nieszczęścia, nikt nie myśli o powiększaniu rodziny,
którą trzeba będzie utrzymać.
W owych czasach wskaźnik narodzin był barometrem dobrobytu kraju.
Dziecko jest wielką pociechą, chyba, że do jego wykarmienia ma się tylko
okruchy chleba.
To był los, jaki w 1932 roku stał się udziałem setek tysięcy niemieckich
rodzin.
Za czasów Wilhelma II wskaźnik urodzin wynosił 33,4 na każde tysiąc
osób. W 1921 roku spadł do 25,9. Trzy lata później, w 1924 roku, obniżył
się do 15,1, aby pod koniec 1932 roku spaść do 14,7.
Należy zauważyć, że poziom ten i tak został osiągnięty jedynie dzięki
wyższemu wskaźnikowi urodzeń w rejonach wiejskich. W pięćdziesięciu
największych miastach Rzeszy śmiertelność przewyższała liczbę narodzin.
W 45% rodzin robotniczych w ostatnich latach nie zanotowano żadnych
nowych narodzin. Spadek liczby narodzin był najbardziej zauważalny w Berlinie, gdzie statystycznie na jedną rodzinę przypadało mniej niż
jedno dziecko, zaś wskaźnik narodzin wynosił 9,3 na tysiąc osób. Liczba
zgonów przewyższała liczbę urodzeń o 60%.
Jedyne, co w przeciwieństwie do wskaźników demograficznych zdawało się
przeżywać rozkwit, to sfera polityki -?świat polityków był
prawdopodobnie jedyną rzeczą w Niemczech, która w owych dramatycznych
czasach miała się dobrze. Od 1919 roku do 1932 roku Niemcy były
świadkami rządów ni mniej, ni więcej, tylko dwudziestu trzech gabinetów,
co oznaczało, iż średnio co siedem miesięcy następowała zmiana rządu.
Każda rozsądnie myśląca osoba nieuchronnie dojdzie do wniosku, że tego
typu bezustanne wstrząsy i wymiany politycznych gangów stawiały pod
znakiem zapytania samą istotę władzy.
Jeśli przełożyć to na funkcjonowanie własnej fabryki, to jak efektywna
byłaby jej praca, gdyby co siedem miesięcy wymieniano zarząd,
kierowników, kluczowy personel i wprowadzano nowe metody prowadzenia
interesów? Oczywistym jest, że nastąpiłaby plajta.
Co gorsza, Niemcy nie były fabryczką zatrudniającą stu czy dwustu
pracowników, lecz narodem złożonym z sześćdziesięciu pięciu milionów
obywateli zgniecionych wymuszeniami traktatu wersalskiego, stagnacją
gospodarczą, przerażającym bezrobociem i przyprawiającą o mdłości nędzą,
wspólną dla całego społeczeństwa.
Setki ministrów, którzy w ciągu trzynastu lat karuzelą przewinęli się
przez posady rządowe, uwikłanych w nieistotne parlamentarne sprzeczki,
stronnicze żądania i osobiste ambicje, nie było w stanie zapewnić nic,
poza pewnym upadkiem bałaganiarskich rządów sprawowanych przez
bezustannie rywalizujące partie.
Sytuację Niemiec dodatkowo komplikowała nieograniczona rywalizacja
dwudziestu krajów związkowych, która rozmywała władzę rządu na ośrodki
często stojące w bezpośredniej opozycji do Berlina. Mechanizm ten był
równoznaczny z bezustannym sabotowaniem tych resztek władzy centralnej,
które skupiał jeszcze w swych rękach rząd.
Wiekowe relikty partykularyzmu mocno usadowione w krajach związkowych
zazdrośnie strzegły swych przywilejów. Pokój westfalski z 1648 roku
podzielił Niemcy na ponad trzydzieści lilipucich państewek, w większości
operetkowych królestw, gdzie, kołysząc żabotami przy nabożnych ukłonach,
każdy marionetkowy król bawił się w Ludwika XIV.
Nawet na początku I wojny światowej (1914-1918), Rzesza Niemiecka
składała się z czterech odrębnych krajów, z których każdy miał swojego
władcę, swoją armię, flagę, tytuły szlacheckie i połyskujące kolorową
emalią odznaczenia.
Bawarczyk z uporem trzymał się swoich tradycyjnych lederhosen, swojego
kufla z piwem i swojej fajki. Szedł na wojnę, aby ich bronić. Saksończyk
chętnie obszedłby wyniosłego Prusaka. Każdy upierał się przy zachowaniu
swych praw, a odległy Berlin był dla wszystkich tylko cierniem.
Każdy z tych krajów związkowych posiadał swój własny rząd z przewodniczącym rady. Razem dawało to listę pięćdziesięciu dziewięciu
ministrów, którzy po dodaniu jedenastu ministrów Rzeszy i czterdziestu
dwóch senatorów z wolnych miast (którzy byli po prostu innym rodzajem
przewodniczących rad narodowych), tworzyli armię stu dwunastu ministrów,
z których każdy patrzył na sąsiada co najmniej złym okiem.
Jeśli chodzi o posłów w Rzeszy, to biorąc pod uwagę dwadzieścia dwa
kraje związkowe i czterdzieści dwa wolne miasta, ich ogólna liczba szła
w tysiące. Było ich między dwieście i trzysta tysięcy, wybieranych przez
tuziny rywalizujących ze sobą partii.
W czasie ostatnich wyborów do Reichstagu, ledwie na dwa miesiące przed
objęciem przez Hitlera stanowiska kanclerza, istniało nie mniej niż
trzydzieści siedem różnych partii politycznych, wystawiających do
rywalizacji o mandaty siedem tysięcy kandydatów, z których każdy
wyciągał rękę, rozpaczliwie próbując chwycić kawałek parlamentarnego
tortu.
Było to jakieś dziwactwo: im bardziej dyskredytował się system partyjny,
tym więcej pojawiało się czempionów demokracji, którzy ochoczo kłębili
się i przepychali, aby tylko zarobić dodatkowe kokosy.
Ci, których wybrano, na pozór zostawali tam na wieczność, pobierając
sute pensyjki (poseł zarabiał dziesięć razy więcej niż przeciętny
robotnik) i krzątając się w poszukiwaniu konkretnych dodatkowych
korzyści w formie uprzejmych przysług wyświadczanych przez
zainteresowaną klientelę, jak to na przykład zrobili socjalistyczni
posłowie z Berlina, którzy wyprosili u pewnych finansistów wspaniałe
futra dla swoich żon.
W demokracji mandat parlamentarny bywa sprawą o niezwykle przelotnym
charakterze, zaś stanowisk ministerialnych dotyczy to w jeszcze większym
stopniu. Pokusą jest zatem brać, dopóki dają.
Uczciwi czy nie, tych stu dwunastu ministrów i tysiące posłów
przekształciło Niemcy w kraj, którym nie dało się rządzić. Do stycznia
1933 roku cała ta armia całkowicie się zdyskredytowała. Fakt ów nie
podlegał żadnej dyskusji. Ktokolwiek mógłby objąć po nich schedę,
dziedziczyłby kraj leżący w gruzach.
Pól wieku później, w czasach, kiedy tak wielu ludzi żyje w dostatku,
trudno jest uwierzyć w to, że Niemcy stycznia 1933 roku były krajem,
który zawędrował na skraj przepaści. Jednak każdy, kto studiuje archiwa
i stosowne dokumenty z tamtych czasów, nie ma co do tego najmniejszych
wątpliwości. Tak było. Ani jedna liczba w tym bilansie porażek nie jest
zmyślona. W styczniu 1933 roku wykrwawione Niemcy były na kolanach.
Wszyscy poprzedni kanclerze, tacy jak Brüning, Papen i Schleicher,
którzy podjęli się postawienia Niemiec na nogi, zawiedli. Aby wziąć w garść kraj, który stoczył się na dno przepaści, tak jak Niemcy na
początku 1933 roku, potrzebny był prawdziwy geniusz, lub, jak to się
mówiło, ktoś niespełna rozumu.
Prezydent Stanów Zjednoczonych Franklin Roosevelt, któremu w tym samym
czasie powierzono uporanie się z amerykańskim kryzysem, miał do swej
dyspozycji ogromne rezerwy złota. Hitler, stojąc bez słowa w oknie
Kancelarii Rzeszy w pamiętną noc 30 stycznie 1933 roku, zdawał sobie
sprawę, że nie może liczyć na nic, poza pustym skarbcem. Nikt nie zrobi
mu najmniejszego prezentu. Stary Hindenburg przekazał mu wyliczenie
zadłużenia pełne przerażających liczb.
Lecz Hitler miał tego pełną świadomość. Czuł, że dysponuje siłą woli,
która podźwignie Niemcy politycznie, społecznie, finansowo i ekonomicznie. Będzie zaczynać od zera, lub też raczej od mniej niż zera.
Jednakże wiedział, jak z owego zera szybko uczynić Niemcy krajem
potężniejszym niż były kiedykolwiek wcześniej.
Czy mógł liczyć na poparcie?
Jako przeciwników wciąż miał miliony Niemców. Fakt, byli przeciwnikami
zagubionymi, zdradzonymi przez swoje partie polityczne, ale jeszcze
nieprzekonanymi do narodowego socjalizmu. W tę styczniowa noc, w całych
Niemczech Hitler mógł liczyć na poparcie trzynastu milionów wyborców, z których wielu wywodziło się spośród byłych socjalistów i komunistów.
Obie strony -?zwolennicy i przeciwnicy Hitlera -?z grubsza dorównywały
sobie liczebnie, jednak siły po lewej stronie sceny politycznej były
skłócone, zaś stronnicy Hitlera byli zjednoczeni. Był jeszcze jeden
istotny czynnik, który sprawiał, że narodowi socjaliści mieli ogromną
przewagę: ich przekonania i absolutna wiara w swojego przywódcę. Ich
doskonale zorganizowana partia zmierzyła się z największymi
przeciwnościami i skutecznie sobie z nimi poradziła. Nocą 30 stycznia
1933 roku wszyscy mieli świadomość zwycięstwa i byli nim uniesieni.
Hitler oficjalnie doszedł do władzy.
Rozdział 10. Zjednoczenie państwa
Rozdział 10
Zjednoczenie państwa
"Dumą mojego życia będzie, jeśli u schyłku
swoich dni będę mógł powiedzieć, że przekonałem do siebie niemieckiego
robotnika i wróciłem mu jego należne miejsce w Rzeszy." To były pierwsze
słowa Hitlera po objęciu funkcji kanclerza. Oznaczały, iż nie zamierza
wyłącznie wysłać ludzi z powrotem do pracy, ale dopilnować, by robotnik
nie tylko uzyskał prawa, ale by cieszył się prestiżem wśród narodowej
społeczności.
Jeśli wziąć pod uwagę stosunki z niemieckim człowiekiem pracy, owa
"społeczność narodowa" przez długi czas była raczej przysłowiową podłą
macochą. Walka klas nie była wyłącznym pomysłem marksistów. Była faktem
i częścią życia, w którym klasa uprzywilejowana, kapitaliści, dążyli do
zdominowania klasy robotniczej. W efekcie niemiecki robotnik, czując się
jak parias, poniekąd odłączył się od ojczyzny, która często uważała go
zaledwie za środek produkcji.
W rozumieniu kapitalistów, pieniądze były jedynym aktywnym środkiem
zapewniającym rozkwit krajowej ekonomii. Koncepcja ta w rozumieniu
Hitlera była fundamentalnie zła: to kapitał był instrumentem. Praca była
najistotniejszym elementem -?ludzkie dążenia, honor, pot i krew -?oto
ciało i dusza społeczeństwa.
Hitler nie pragnął ograniczyć się wyłącznie do położenia kresu walce
klasowej, lecz chciał na nowo przywrócić istocie ludzkiej szacunek i pierwszeństwo w obliczu prawa. Wartości te uważał za pryncypialne
czynniki wpływające na proces wytwarzania dóbr.
Można obyć się bez złota i Hitler to zrobi. Tuzin innych czynników może
zastąpić złoto jako środek stymulujący ożywienie gospodarcze i Hitler je
wymyśli. Jednak jeśli chodzi o pracę, nie zastąpi jej nic.
Aby przywrócić robotnika na łono ojczyzny, trzeba sprawić, iż człowiek
pracy zacznie ufać, że od teraz traktowany będzie na równi z innymi, a nie spychany do roli istoty podrzędnej społecznie, który to status na
zbyt długo przylgnął do niego w czasach rządów tak zwanych partii
demokratycznych z obu biegunów sceny politycznej. Żadna z tych partii
nigdy nie mogła zrozumieć, że w hierarchii ludzkich wartości praca
stanowi istotę życia, zaś materia, niech będzie to stal lub złoto, jest
wyłącznie narzędziem.
Cele wykraczały zatem daleko poza suchą koncepcję wysłania sześciu
milionów bezrobotnych z powrotem do pracy. Była to kwestia osiągnięcia
zwycięstwa w rewolucji totalnej: zmianie sposobu postrzegania klas i osiągnięciu ich zgodnej współpracy.
"Ludzie", zadeklarował Hitler, "nie pojawili się na tej ziemi dla dobra
ekonomii, a ekonomia nie istnieje dla dobra kapitału. Jest dokładnie
odwrotnie: kapitał ma służyć ekonomii, która z kolei ma służyć ludziom."
Nie wystarczyło zatem zwyczajnie otworzyć bramy fabryk i ponownie
zapełnić je robotnikami, ponieważ, gdyby trzymać się starych schematów,
pracownicy byliby niczym więcej, niż żywymi maszynami, anonimowymi i wymiennymi.
Wymagane było ponowne stworzenie moralnej równowagi między pracownikami,
istotami ludzkimi nadającymi kształt materiałom, a użytecznym i kontrolowanym kapitalizmem sprowadzonym do jego właściwej roli jako
narzędzia. Było to niczym zmiana całego świata, a to wymagało czasu.
Hitler miał pełną świadomość faktu, że rewolucja o takim zasięgu nie
przyniesie efektów w sytuacji, kiedy rząd centralny i rządy krajowe
trwają w stanie anarchii, co najwyżej drepcząc w miejscu, prawie nigdy
nic nie osiągając i często wymykając się spod kontroli. Nie osiągnie się
też przełomu w sposobie funkcjonowania społeczeństwa, kiedy tuziny
partii i tysiące posłów o wszelkich możliwych odcieniach
światopoglądowych bezustannie wtrącają się do sposobu funkcjonowania
systemu politycznego, który i tak miotał się bezładnie od roku 1919.
Odbudowanie instytucji państwowych i przywrócenie efektywności ich
działania w skali całego kraju było zatem warunkiem wstępnym do
jakiegokolwiek odrodzenia społecznego. Jak mówi rosyjskie przysłowie:
"Ryba psuje się od głowy."
To właśnie polityczna głowa Niemiec z okresu przed dojściem Hitlera do
władzy zaczynała się psuć. Tuzin kolejnych gabinetów Rzeszy,
skonfliktowanych i niepewnych, ostatecznie odszedł nawet bez
podejmowania prób obrony. Starzejący się marszałek von Hindenburg w latach 1931 i 1932 arbitralnie zastąpił je pół-dyktaturą, co do której
można było mieć wątpliwości, czy będzie w stanie cokolwiek osiągnąć.
Ostatni kanclerze, panowie Brüning, Papen i Schleicher, zdołali się
utrzymać przy władzy wyłącznie metodami podpisywania dekretów. Ich
władza, sztucznie narzucona poprzez nadużycie artykułu 84 niemieckiej
konstytucji, była niezwykle podatna na wszelkie niespodziewane perfidie.
Przykładem takiej sytuacji był rok 1932, kiedy to von Papen musiał
przełknąć szczególnie upokarzający wynik głosowania nad wotum
nieufności, na który złożyły się głosy 94% deputowanych do Reichstagu.
Dojście Hitlera do władzy położyło kres tego typu ekscesom politycznym.
Jednakże Hindenburg zażądał, aby nowy kanclerz był pilnowany przez swój
własny rząd niczym więzień. Hitler zobowiązany był do nominowania do
składu pierwszego rządu czterokrotnie większej liczby kandydatur
ministrów konserwatywnych -?innymi słowy reakcjonistów -?niż członków
własnej partii. Tym samym mógł zacząć pracę, mając za sobą tylko dwóch
narodowych socjalistów.
Reprezentanci Hindenburga otrzymali zadanie trzymania Hitlera na
krótkiej smyczy. Jednak już na pierwszym posiedzeniu Reichstagu w marcu
1933 roku, Hitler się z niej zerwał, i to nie za pomocą dekretu w niegdysiejszym stylu von Papena, a dzięki uzyskaniu absolutnej
większości parlamentarnej przyznającej mu pełną władzę na okres czterech
lat.
Cztery lata na planowanie, tworzenie, podejmowanie decyzji. W sensie
politycznym była to rewolucja: pierwsza rewolucja Hitlera.
Przeprowadzona w pełni demokratycznie, podobnie jak każdy etap jego
dojścia do władzy. Swój początkowy sukces zawdzięczał poparciu
elektoratu, zaś teraz, w podobnym duchu, realna i długoterminowa władza
została mu przyznana przez Reichstag głosami ponad trzech czwartych
posłów wybranych w systemie powszechnego głosowania.
Była to jedna z głównych zasad Hitlera: żadnej władzy bez wyraźnej i niewymuszonej zgody narodu. Lubił zawsze powtarzać: "Jeśli chcesz
rządzić ludźmi wyłącznie za pomocą narzucania władzy państwa, lepiej od
razu zaplanuj godzinę policyjną od dziewiątej wieczorem."
W żadnym kraju XX-wiecznej Europy władza głowy państwa nie była oparta
na tak przytłaczającym i wolnym przyzwoleniu narodu. Przed Hitlerem, od
1919 roku do 1932 roku, rządy określające same siebie szlachetnym mianem
demokratycznych, dochodziły do władzy minimalną większością 51% lub 52%
głosów, nie licząc przy tym wstrzymujących się od głosu.
"Nie jestem dyktatorem", zapewniał wielokrotnie Hitler, "i nigdy nim nie
będę. Narodowy socjalizm będzie zdecydowanie wymuszał metody
demokratyczne."
Władza nie jest równoznaczna z tyranią. Tyranem jest ktoś, kto przejmuje
władzę bez zgody narodu lub wbrew jego woli. Demokratę naród sam wynosi
do władzy. Jednak demokracja nie ogranicza się do pojedynczej formuły.
Mamy demokrację pośrednią i bezpośrednią. Możemy zatem mieć demokrację
autorytarną. Istotną rzeczą jest, iż ludzie jej chcieli, wybrali ją i ustanowili jej ostateczną formę.
Tak właśnie było w przypadku Hitlera. Jego dojście do władzy było ponad
wszystko demokratyczne. Może nam się to podobać lub nie, ale nie zmienia
to niepodważalnego faktu. Z roku na rok poparcie dla Hitlera wśród
społeczeństwa niemieckiego rosło. Inteligentniejsi z tych, którzy go
początkowo potępiali, nie mogli temu zaprzeczyć. Takim człowiekiem jest
profesor Joachim Fest, historyk o poglądach antynazistowskich, którego
pozwolę sobie trzykrotnie zacytować poniżej:
"Pragnieniem Hitlera nigdy nie było zwyczajne stworzenie reżimu opartego
na sile. Dostrzeganie wyłącznie jego żądzy władzy jest niezrozumieniem
natury tego człowieka i jego motywacji."
"Nie urodził się, by zostać zwykłym tyranem. Był owładnięty ideą swojej
misji."
"Nigdy bardziej niż w tamtej chwili nie czuł się tak zależny od mas i nigdy nie wyczekiwał ich reakcji z większym niepokojem" (J. Fest,
Hitler, the Führer, s. 44).
Słów tych nie napisał dr Goebbels, lecz bezlitosny analityk działań
Hitlera.
28 lutego 1933 roku, mniej niż w miesiąc po objęciu funkcji kanclerza,
wciąż pod bacznym nadzorem, Hitler zdołał uwolnić się od konserwatywnej
kurateli, którą Hindenburg miał nadzieję go skrępować. Pożar Reichstagu
umożliwił mu uzyskanie od starego marszałka pełnomocnictw dla "ochrony
narodu i państwa", które w znaczący sposób zwiększyły zasięg jego władzy
wykonawczej.
Jednakże Hitler pragnął uzyskać nie tyle ustępstwa ze strony łatwo
ulegającego wpływom starego człowieka, lecz przede wszystkim pełne
pełnomocnictwo przyznane przez najwyższą legalnie wybraną instytucję:
Reichstag. Hitler przygotował swój zamach stanu umiejętnie, cierpliwie i z przebiegłością, z której słynął.
"Cechowała go", mówi Fest, "inteligencja, która przede wszystkim
przejawiała się w poczuciu pewnego rytmu, który należy zachować przy
podejmowaniu decyzji."
Hitler przede wszystkim dołożył wszelkich starań, aby cała uwaga skupiła
się na starym marszałku, który uwielbiał odwoływać się do przeszłości. Z pozornie ogromną pokorą, w dniu 21 marca 1933 roku, przed inauguracją
nowego Reichstagu, Hitler przygotował w Poczdamie ceremonię na cześć
Hindenburga, która była organizacyjnym majstersztykiem, łączącym nastrój
refleksji, majestatyczności i piękna. Było w niej wszystko, co mogło
zaspokoić każdą próżność.
Hindenburg na dobre odwiesił już swój stary uniform z lat 1914-1918. Aby
stary wiarus mógł ponownie spotkać Niemców z dawnych lat, Hitler
ściągnął z całego kraju weteranów wszystkich wojen. Począwszy od wojny
1871 roku (sześćdziesiąt dwa lata wcześniej!) przeciwko Napoleonowi III,
przez wojnę z 1866 roku przeciwko Danii (sześćdziesiąt siedem lat
wcześniej!), aż do wojny z 1864 roku (sześćdziesiąt dziewięć lat
wcześniej!) z Cesarstwem Austriackim.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Alan Cassels, "Fascism", Nowy Jork, Thomas Y. Crowell Co., 1975, s. 247 [wróć]
2. Ibid., s. 247 [wróć]
3. Hitlera początkowo skierowano do ośrodka szkoleniowego dla rekrutów, podległego 2 Bawarskiemu Pułkowi Rezerwowemu, skąd jednak szybko przeniesiono go do złożonego z ochotników 16 Bawarskiego Pułku Rezerwowego (tzw. "Pułk Lista" 6 Bawarskiej Dywizji Rezerwowej), w którym służył do końca wojny (przyp. tłum.) [wróć]
4. 16 Bawarski Rezerwowy Pułk Piechoty został tak nazwany na cześć swojego dowódcy, pułkownika Alfreda Juliusa Eduarda Lista, poległego 31.10.1914 roku i od tej pory wzmiankowany jako "Pułk Lista" (przyp. tłum.) [wróć]
5. Wielki Wschód Francji (fr. Grand Orient de France) -?największa, założona w 1733 roku, organizacja masońska Francji (przyp. tłum.) [wróć]
6. Tak w oryginale. Zapewne chodzi o pracę "Schron w Fournes", najprawdopodobniej datowaną na 1915 rok (przyp. tłum.). [wróć]
7. Najprawdopodobniej chodzi tu o Daily Express (przyp. tłum.). [wróć]
8. Instytucja finansowa powołana w 1930 roku w celu zarządzania środkami pochodzącymi z reparacji wojennych Niemiec po I wojnie światowej (przy. tłum.). [wróć]
Sprostowanie
W artykule pana Rafała Wójcika "Wiek Hitlera w Polsce" zamieszczonym
21.09.2016 roku w "Gazecie Wyborczej" znalazło się wiele rzeczy
nieprawdziwych.
Pan Wójcik przedstawia mnie wyłącznie jako wydawcę specjalizującego się
w wydawaniu dzieł propagujących nazizm, co delikatnie mówiąc jest
nieprawdą. Pomija milczeniem fakt, że w pracy wydawcy wydałem mnóstwo
książek o treści patriotycznej, a nie raz były to pierwsze wydania
zapomnianych polskich autorów. Przytoczę tu chociażby takie pozycje jak
"Fala za falą" Pławskiego, "Powstańczy Tryptyk" Blichewicza "Szczerby"
(książka doczekała się entuzjastycznej recenzji w "Gazecie Wyborczej")
czy wydanie wspomnień Kazimierza Leskiego z płytą z jego głosem.
Za swoją działalność wydawniczą zostałem zresztą odznaczony orderem "Pro
memoria", "Zasłużony działacz kultury" (z rąk wiceministra kultury Arama
Rybickiego) i dwukrotnie za zasługi na rzecz pamięci o Polskiej
Marynarce Wojennej.
Przedstawienie mnie wyłącznie jako wydawcę książek o tematyce
nazistowskiej szkaluje moje dobre imię.
Autor zarzuca mi, że nie jestem "fachowym historykiem", w związku z tym
to nie ja powinienem pisać wstęp do książki Degrella. No cóż, dobrze
byłoby wiedzieć co autor ma na myśli używając tego pojęcia. Jeśli ktoś,
kto kończył historię na UMK w Toruniu, specjalizuje się w wydawaniu
książek historycznych od lat trzydziestu i napisał około 100 wstępów do
książek i artykułów historycznych nie jest "fachowcem" godnym napisać
wstęp do "Wieku Hitlera", to kto nim jest?
Z zaciekawieniem zerknąłem na Wikipedię, aby sprawdzić dorobek naukowy
redaktora Wójcika, który pozwala mu tak krytycznie mnie oceniać.
Niestety nic na ten temat nie znalazłem, ale to pewnie tym gorzej dla
Wikipedii!
Panu Wójcikowi nic nie przeszkadza jednak cytować "niefachowca" w swoim
artykule, gdzie przytacza całe fragmenty mojego wstępu, przy czym bez
żadnego słowa krytyki na temat tego co w nim napisałem!
Autor artykułu nie odnosi się wcale do treści książki, czyli historii
pierwszej wojny światowej w/g Degrella. Wnioskuję w związku z tym, że p.
Wójcik albo nie przeczytał tej książki, albo przestraszył się, że będzie
musiał skrytykować wielu "historyków-fachowców" francuskich o uznanym
dorobku naukowym, których Degrell tak często przytacza.
Pan Wójcik skontaktował się też z dystrybutorami książki "Wiek Hitlera"
-?EMPIK-iem, Bonito.pl, Matrasem próbując ich zastraszyć, sugerując że
książka nie powinna być przez nich dystrybuowana. Oczywiście też nie
odnosząc się do treści książki.
Jak widać nie chodziło p. Wójcikowi o merytoryczną dyskusję na temat
książki, ale o zniszczenie wydawnictwa, poprzez zablokowanie jego sieci
dystrybucyjnej.
I jeszcze jedno. Redaktor Wójcik nie zadał sobie na tyle trudu, aby
sprawdzić stopkę redakcyjną w książce "Wiek Hitlera", atakując
wydawnictwo Finna a nie rzeczywistego wydawcę, czyli spółkę Katmar. Ale...
przecież nie o prawdziwe informacje tu chodzi...
W spisie książek zamieszczonych w artykule, propagujących nazizm wg
redaktora Wójcika, znalazła się książka Siegfrieda Knappe: "Soldat:
Refleksje niemieckiego żołnierza". Jest to w rzeczywistości książka
antyhitlerowska, a sam Knappe, autor książki, wspomina, jak to będąc w bunkrze Hitlera zastanawiał się, czy nie strzelić mu w łeb.
No cóż, pan Wójcik jak widać gustuje w poglądach, że jeśli jakieś fakty
nie pasują do jego tezy, to tym gorzej dla faktów.
I na koniec o rzeczy obrzydliwej. Umieszczenie zdjęcia na którym obok
siebie są okładki z podobizną Adolfa Hitlera i Lecha Kaczyńskiego jest
zabiegiem godnym Josepha Goebbelsa. Gratuluję! Jak widać, redaktorzy
"Wyborczej" czerpią z dobrych wzorców.
Andrzej Ryba
Wstęp -?Leon Degrelle: Wojownik Zachodu
Oto inspirująca, choć tragiczna historia idealistycznego, niezłomnego i nieustraszonego przywódcy, któremu dane było przetrwać największe wichry
II wojny światowej tylko po to, by u samego schyłku życia zostać
dosięgniętym przez zdradę.
Michael Collins Piper
Leon Degrelle zmarł w Maladze, w Hiszpanii, w dniu 1 kwietnia 1994 roku w wieku 87 lat. Przed II wojną światową
Degrelle był najmłodszym przywódca politycznym Europy i ojcem ruchu
reksistowskiego w Belgii. W czasie wojny stał się bohaterem frontu
wschodniego, gdzie walczył broniąc Europy przed komunizmem. Jako mąż
stanu i żołnierz znał Hitlera, Mussoliniego, Churchilla, Franco, Lavala,
Pétaina i wielu innych przywódców europejskich z czasów tytanicznych
ideologicznych i militarnych zmagań, którymi była II wojna światowa.
Jako jedyny z nich przetrwał jeszcze niemalże pół wieku, pozostając
naocznym świadkiem tamtych wydarzeń.
Degrelle urodził się 15 czerwca 1906 roku w Bouillon w Luksemburgu, w rodzinie o francuskich korzeniach. Był synem dobrze prosperującego
browarnika, który wyemigrował z Francji do Luksemburga pięć lat przed
jego urodzinami, sprowokowany do tego kroku wydaleniem jezuitów przez
antyklerykalny rząd francuski. Mówiło się, że tylu mężczyzn z rodu
Degrellów zostało Jezuitami, iż każdy Degrelle jest "Jezuitą z ojca na
syna".
Młody Leon studiował na Uniwersytecie Louvain, gdzie uzyskał doktorat z prawa, ale pochłaniały go także inne dziedziny nauki, takie jak sztuka,
archeologia, filozofia i nauki polityczne. Jego naturalne zdolności
przywódcze stały się widoczne już w czasach studenckich. Do czasu
ukończenia dwudziestego roku życia ów wyjątkowo utalentowany młody
człowiek opublikował pięć książek i prowadził własny cotygodniowy
dziennik.
Głębokie przekonania katolickie sprawiły, iż Degrelle dołączył do
belgijskiej Akcji Katolickiej i, rzecz jasna, wkrótce stał się jednym z jej przywódców. Pasją Leona byli ludzie. Pragnął zjednywać sobie masy, w szczególności marksistowskie. Chciał, aby współdzieliły z nim jego
ideały dotyczące socjalnych i duchowych zmian w życiu społecznym. Marzył
o podniesieniu ludzi na duchu, o wykuciu dla nich trwałego, sprawnego i odpowiedzialnego państwa, opartego na zdrowym ludzkim rozsądku i funkcjonującego wyłącznie dla dobra ludu. Nic zatem dziwnego, że
Degrelle często powtarzał: "Albo masz za sobą ludzi, albo nie masz
niczego". Jednym słowem, Degrelle był populistą.
Mimo, iż nie miał jeszcze dwudziestu pięciu lat, był słuchany z ogromnym
zapałem. Jego książki i gazety były czytane wszędzie, gdyż zawsze
poruszały prawdziwe i istotne tematy. W krótkim okresie kilku lat
zjednał sobie dużą część społeczeństwa. Skorumpowany świat belgijskiej
polityki zwrócił baczną uwagę na tego parweniusza. Mimo, iż Degrelle
początkowo współpracował z belgijską Partią Katolicką (jedną z trzech,
poza liberałami i socjalistami, rządzących partii Belgii) w ostatecznym
rozrachunku doznał rozczarowania działaniami partyjnej kliki i zaczął
koncentrować swoje wysiłki na budowaniu swojego ruchu reksistowskiego.
Żądając radykalnych reform politycznych i ustanowienia autorytatywnego
"korporacyjnego" państwa sprawiedliwości społecznej i jedności
narodowej, Degrelle rozpoczął zdecydowaną i doskonale prowadzoną
kampanię propagandową przeciwko rządzącym partiom, które określał mianem
pourris, -?czyli "skorumpowanych" -?zaś cyniczne malwersacje finansowe
partyjnych klubów i ich popleczników, których Degrelle nazywał
"banksterami", sprawiły, że ruch reksistowski wywalczył ogromny
polityczny kapitał.
Ruch Degrella dostrzegał fakt, iż partie rządzące, tak skłonne do
współpracy, gdy chodziło o dzielenie łupów nagromadzonych przez
polityków, sprzyjały podziałom i konfliktom w Belgii. Historyk Alan
Cassels wskazywał, iż "Degrelle stopniowo stawał się coraz większym
antykapitalistą -?była to zmiana, będącą nie tyle odpowiedzią na Wielką
Depresję, co efektem wynikającym z rosnącej świadomości powiązań
pomiędzy biznesem i rządem, ujawnionych w kilku belgijskich skandalach."
1
Platforma partii reksistowskiej odzwierciedlała jej populistyczne
odchylenie: "Przede wszystkim stała w opozycji do superkapitalizmu w Belgii i w Kongo, a następnie odrzucała belgijskie partie i system
parlamentarny jako taki, uważając je za zwykłą przybudówkę zgniłego
świata biznesu. Banki miały być kontrolowane w bliżej nieustalony
sposób, zaś problem bezrobocia miał być rozwiązany metodami pewnego
rodzaju państwowego planowania. Robotnicy mieli być chronieni przez
system korporacyjny 'oparty na solidarności klas', a struktura
organizacyjna reksistowskich konfederacji została opracowana
teoretycznie i wyłożona na papierze dla handlu, przemysłu, rolnictwa,
rzemiosła, wolnych zawodów i nawet dla partyjnej administracji
belgijskiego Konga. Jednak i tak większość starego systemu pozostałaby
na miejscu; było miejsce dla monarchii, a wręcz i dla parlamentu, który
w okrojonej formie współdzieliłby władzę legislacyjną z korporacjami."2
24 maja 1936 roku reksistowscy kandydaci Degrella odnieśli wspaniałe
zwycięstwo w walce wyborczej z partiami o ustalonej pozycji, gromadząc
34 miejsca w Izbie Reprezentantów i w Senacie.
Jednakże już wkrótce rządzące belgijskie partie poderwały się do walki
by przeciwstawić się zagrożeniu, jakie dla ich władzy stwarzali
reksiści, czemu dały wyraz w utworzeniu jednolitej falangi przeciwko
młodemu populistycznemu przywódcy. Swego najbardziej namiętnego syna
potępiła nawet hierarchia kościoła katolickiego, działająca w interesach
"umiarkowania". Konsekwencją tych działań była powolna utrata znaczenia
przez ruch reksistowski. Mimo, iż w obliczu zgodnego nacisku
establishmentu jego partia zaczęła ulegać dezintegracji, Degrelle został
ponownie wybrany do Parlamentu z największą liczbą głosów spośród
wszystkich deputowanych.
Europa Degrella wciąż była podzielona na niewielkie kraje, z których
każdy był zazdrosny o każdego i zamknięty na kontakty z sąsiednimi
narodami. Pod koniec lat trzydziestych, gdy wojna wisiała w powietrzu,
Degrelle poświęcił swą uwagę na zapewnienie neutralności Belgii w celu
zapobieżenia ponownemu wykorzystaniu jego kraju jako bufora między
Niemcami i Francją w sytuacji, gdyby rozpoczęły się działania wojenne.
Lecz nawet wtedy, kiedy pracował nad krótkoterminową kwestią
integralności belgijskich granic, Degrelle, ze swą dalekowzrocznością
patrzył także na przyszłość kontynentu. W czasach studenckich podróżował
po Ameryce Łacińskiej, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Odwiedził
Afrykę Północną, Środkowy Wschód i, rzecz jasna, wszystkie kraje
europejskie. Uważał, iż przeznaczeniem Europy jest spełnienie wyjątkowej
roli, co wymagało zjednoczenia jej na bazie wspólnego dziedzictwa
kulturowego.
Mussolini zaprosił Degrella do Rzymu. Churchill przyjmował go w Londynie, zaś Hitler w Berlinie. Ryzykując swym życiem politycznym,
Degrelle podejmował desperackie wysiłki, aby powstrzymać proces
zapędzania Europy do nowej wojny. Jednakże odwieczna rywalizacja,
małostkowe animozje i podejrzenia pomiędzy Francją i Niemcami zostały
sprytnie wykorzystane. Powszechnie uznane partie oraz partia
komunistyczna pracowały po tej samej stronie barykady: na rzecz wojny.
Dla Kremla była to wyjątkowa okazja na skomunizowanie Europy -?po tym,
gdy będzie już wykrwawiona i osłabiona.
3 września 1939 roku -?pod wpływem nacisków ze strony zorganizowanych
kręgów światowego żydostwa, wspartych wysiłkami prezydenta Stanów
Zjednoczonych Franklina Roosevelta, (który utrzymywał bliskie stosunki z wpływowymi elitami żydowskimi w USA) -?Anglia wypowiedziała wojnę
Niemcom, chociaż Hitler zrobił wszystko, co w jego mocy, aby do owej
wojny nie dopuścić.
Gdy Belgia została wciągnięta do konfliktu w 1940 roku, polityczni
wrogowie Degrella dostrzegli okazję do usunięcia przywódcy reksistów. W dniu 10 maja 1940 roku został aresztowany przez lojalistów rządowych,
oskarżony o przynależność do "piątej kolumny" i osadzony w więzieniu,
gdzie był bity i torturowany. Uznany przez rodzinę za zmarłego, Degrelle
wylądował w obozie koncentracyjnym w południowej Francji. Gdy Niemcy,
życzliwie nastawieni do Degrella, dowiedzieli się o jego miejscu pobytu,
został on uwolniony i powrócił do Belgii, gdzie w rzeczywistości
początkowo unikał współpracy z niemieckimi siłami okupacyjnymi. Ironią
pozostaje fakt, iż odróżniało go to od wielu z jego oportunistycznych
oponentów ze sceny politycznej przedwojennej "demokratycznej" Belgii.
Jednak europejska wojna domowa trwała nadal, zaś komunistyczni władcy
przygotowywali się już do wyzbierania rozłamanych kawałków Europy.
Dowiadując się o planach inwazji Józefa Stalina do serca Zachodniej
Europy przez okupowaną przez Sowietów część Polski a następnie Niemcy,
Hitler uprzedził go, dokonując prewencyjnego uderzenia na Związek
Radziecki w dniu 22 czerwca 1941 roku.
Najważniejszy polityczny i wojskowy fenomen II wojny światowej jest
jednocześnie najmniej znany: Waffen-SS (dosłownie "uzbrojone oddziały
obronne"). A przecież Leon Degrelle był jednym z najsłynniejszych
żołnierzy Waffen-SS. Formacja ta była ideologiczną i militarną forpocztą
szturmową planowanego Nowego Porządku dla Europy. Po tym, jak Niemcy
rozpoczęły szturm bastionu międzynarodowego komunizmu, z każdego zakątka
Europy napłynęły tysiące młodych ludzi, mocno wierzących w to, że oto
ważą się także losy ich własnych krajów.
Ludzie ci, ochotnicy, położyli własne życie na szali walki z Sowietami
wierząc, iż po zniszczeniu bolszewickiego zagrożenia będą wspólnie
pracować nad stworzeniem zjednoczonej Europy. Ochotnicy zasilili szeregi
Waffen-SS, które urosło do liczby czterystu tysięcy nieniemieckich
Europejczyków walczących na froncie wschodnim. Schemat organizacyjny
Waffen-SS powiększył się o wiele nowych dywizji. Niemiecka część
formacji liczyła sześćset tysięcy ludzi.
Pomijając dawne wysiłki Napoleona, liczące milion żołnierzy Waffen-SS
stanowiło pierwszą prawdziwie paneuropejską armię, jaka kiedykolwiek
istniała. Zakładano, iż po wojnie każda jednostka tej armii zapewni
swojej nacji kadry dla struktur politycznych wolnych od małostkowych
nacjonalizmów przeszłości. Wszyscy żołnierze SS brali udział w tej samej
walce. Wszystkich łączyło to samo spojrzenie na świat. Wszyscy byli
towarzyszami broni i odnosili takie same rany.
Kiedy Hitler uderzył na Związek Radziecki, Degrelle zaoferował
utworzenie ochotniczego batalionu złożonego z Walończyków celem
zapewnienia honorowego miejsca dla francuskojęzycznych Belgów w nowej
Europie Hitlera. Po zaciągnięciu się jako prosty szeregowiec, Degrelle w uznaniu wyjątkowego bohaterstwa awansował przez wszystkie stopnie od
kaprala do generała. Osobiście brał udział w siedemdziesięciu pięciu
bezpośrednich starciach, był siedmiokrotnie ranny. Był kawalerem
najwyższych odznaczeń bojowych i jednocześnie pierwszym cudzoziemcem,
który otrzymał, przez wielu tak upragniony, Krzyż Rycerski Żelaznego
Krzyża z Liśćmi Dębu, osobiście wręczony mu przez Hitlera w czasie
ceremonii w Berlinie w dniu 27 sierpnia 1944 roku.
Warto zauważyć, że kiedy w 1941 roku Degrelle po raz pierwszy wyruszył
na front wschodni, miał już 35 lat i nigdy przedtem ani razu nie
wystrzelił z karabinu. I chociaż zaproponowano mu wysoki stopień -?jako
wyraz uznania dla jego wybitnych przedwojennych osiągnięć w roli
przywódcy partii reksistowskiej -?Degrelle, tak samo jak Piotr Wielki,
wybrał rangę szeregowca, dzieląc ze swymi towarzyszami broni wszelkie
niewygody i pnąc się po drabinie awansów wyłącznie dzięki swym
zdolnościom, aż do objęcia stanowiska dowódcy jednostki, którą stworzył:
brygady SS "Wallonien".
Nic zatem dziwnego, że jego koledzy-ochotnicy żartobliwie nazywali swego
towarzysza, który stał się ich dowódcą, "Skromniś Pierwszy, książę
Burgundii". Jednakże z ośmiuset pierwszych Walończyków, którzy wyruszyli
na front wschodni, tylko trzech przeżyło wojnę -?jednym z nich był
Degrelle. W tym okresie prawie dwa i pół tysiąca jego rodaków poległo,
służąc w mundurze Waffen-SS i walcząc z Sowietami.
Degrelle powiedział kiedyś o SS: "Gdyby Waffen-SS nie istniało, Europa
zostałaby całkowicie rozjechana przez Sowietów do 1944 roku. Dotarliby
do Paryża na długo przed Amerykanami. Odwaga żołnierzy Waffen-SS
powstrzymywała niszczycielką potęgę Sowietów pod Moskwą, Charkowem,
Czerkasami i Tarnopolem. Rosjanie stracili w ten sposób dwanaście
miesięcy. Bez oporu, stawianego przez SS, Sowieci byliby w Normandii
przed Eisenhowerem. Ludzie okazywali głęboką wdzięczność tym młodym
chłopakom, którzy poświęcali swoje życie. Od czasów wielkich zakonów
rycerskich okresu średniowiecza nie było tak bezinteresownego idealizmu
i heroizmu. W dzisiejszym wieku materializmu, członkowie Waffen-SS jawią
się jako jasne światło duchowości. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że
poświęcenie i niewiarygodne dokonania Waffen-SS doczekają się swego
własnego piewcy w rodzaju Schillera. SS wyróżnia się wielkością w nieszczęściu."
Po niemal czterech latach nieprzerwanych walk w piekle bitew, legion
Degrella był jedną z ostatnich jednostek, które wycofały się z Rosji.
Owa tytaniczna walka przeciwko połączonym siłom komunizmu i "zjednoczonych demokracji" opisana jest w jego słynnej epopei "Kampania
w Rosji", która przysporzyła mu europejskiej sławy, jako "Homerowi XX
wieku".
I kiedy po czterech latach walki z komunizmem na froncie wschodnim
Degrelle powrócił do Brukseli, zgotowano mu największe masowe przyjęcie
w historii Belgii. Dziesiątki tysięcy Belgów wyległo na ulice stolicy by
wiwatować na cześć powracającego generała. Wszystko to na dwa miesiące
przed aliancką inwazją ich kraju.
Jednakże Degrelle zdawał sobie sprawę, iż jako jeden z najbardziej
nieprzejednanych wrogów komunizmu, któremu udało się przetrwać wojnę,
stanie się niechybnym celem eksterminacji. Nie zamierzał klękać przed
zwycięzcami.
Gdy upadły Niemcy, Degrelle ruszył w kierunku Norwegii, która w owym
czasie wciąż znajdowała się pod niemiecką kontrolą. Tam wsiadł na pokład
samolotu transportowego, którym przeleciał nad okupowaną przez aliantów
Europą. Wraz z załogą przetrwał towarzyszący im przez całą drogę
nieprzerwany ogień artylerii przeciwlotniczej i lądował awaryjnie na
granicy hiszpańskiej, kiedy skończyło się paliwo. W czasie wymuszonego
lądowania Degrelle odniósł liczne obrażenia, w tym kilka złamań.
Dochodząc do siebie, spędził rok w szpitalach, z czego większość czasu w gipsie, niezdolny do ruchu. W typowym dla siebie odruchu, gdy tylko
odzyskał władzę w prawej ręce, rozpoczął pracę nad swym arcydziełem
"Kampania w Rosji", która wyszła we Francji w dwóch edycjach.
Wkrótce po zakończeniu działań wojennych alianci zagrozili inwazją
Hiszpanii, o ile Degrelle i były francuski premier Pierre Laval nie
zostaną wydani celem stracenia. Franco poszedł na kompromis. Wydał
Lavala, lecz odmówił przekazania aliantom Degrella, tłumacząc to
fizyczną niemożliwością ruszenia go ze szpitala.
Rok później Degrelle uzyskał schronienie w klasztorze. Jednakże w domu
członkowie jego rodziny, jak również jego przyjaciele i współpracownicy
podlegali aresztowaniom i byli zamęczani na śmierć przez
"demokratycznych wyzwolicieli" Belgii. Jego dzieci (siedem córek i mały
syn) zostały siłą wywiezione do ośrodków odosobnienia w różnych
częściach Europy, po tym jak zmieniono im nazwiska, by uniemożliwić
ponowne połączenie rodziny lub choćby próbę ustalenia ich losu. Władze
belgijskie zadecydowały, iż nigdy nie zezwoli im się na utrzymywanie
kontaktu ze swoim ojcem, czy nawet ze sobą.
Nowy belgijski rząd skazał Leona Degrella na karę śmieci in absentia
przy okazji trzech różnych procesów. Ustanowiono specjalne prawo, tak
zwane Lex Degrellana, zakazujące przesyłania, posiadania lub
otrzymywania jakichkolwiek publikacji jego autorstwa lub traktujących o Degrellu. "Kampania w Rosji" znalazła się tym samym na liście pozycji
zakazanych w Belgii.
Pozostawiony samemu sobie, Degrelle zaczął odbudowywać swoje zrujnowane
życie. Pełen energii i tak dla niego charakterystycznego niezłomnego
ducha, pracował jako pracownik fizyczny w firmie budowlanej. I znów,
podobnie jak na polu walki, gdzie z szeregowego doszedł do generała,
Degrelle dorobił się własnej, poważnej firmy budowlanej wykonującej
kluczowe zlecenia. Operatywność firmy i jakość wykonywanych przez nią
usług stały się tak znane, że rząd amerykański złożył mu zamówienie na
wykonanie prac związanych z istotnymi projektami obronnymi w Hiszpanii,
w tym lotniskami wojskowymi.
W międzyczasie, lojalni wysłannicy Degrella krążyli po Europie w poszukiwaniu jego porwanych dzieci. Wszystkie zostały odnalezione i wróciły pod czułą opiekę swego ojca.
W okresie czterdziestu lat Degrelle dwunastokrotnie wzywał rząd
belgijski do zorganizowania jego publicznego procesu z udziałem ławy
przysięgłych. Jego ponawiane żądania, aby być sadzonym przed legalnym
sądem (w przeciwieństwie do pokazowych inkwizytorskich procesów w stylu
Norymbergi) spotykały się z pełną zakłopotania i poczucia winy ciszą.
Jednocześnie miało miejsce kilka poważnych prób zmierzających do
zlikwidowania Degrelle w czasie, gdy przebywał w Hiszpanii. 5 lipca 1961
roku hiszpańska policja aresztowała dwóch osobników próbujących wjechać
do Hiszpanii od strony małej wioski w Pirenejach na granicy francuskiej.
Samochodem Lincoln Continental podróżował obywatel Izraela nazwiskiem
Zuis Alduide Idelon oraz druga osoba z francuskim paszportem wystawionym
na nazwisko Suison Jake De Mon.
Posiadali przy sobie broń, amunicję, zagraniczną walutę o wartości około
pół miliona dolarów amerykańskich, zestaw do narkozy, dokładny plan
hiszpańskiej willi i, wreszcie, pudło w kształcie trumny. Obydwaj
ostatecznie przyznali się, iż stanowili część specjalnej grupy
komandosów pracującej dla wywiadu Izraela, której zadaniem było porwanie
generała Degrella. Plan był następujący:
Część zespołu (składającego się w sumie z dziesięciu osób) miała przybyć
na posiadłość Degrella helikopterem, odurzyć go, porwać i wywieźć do
Tarragony. Tam, nieprzytomny Degrelle miał być umieszczony w pudle i przeniesiony nocą na pokład małej łodzi, która miała skierować się do
jednego z francuskich portów na wybrzeżu Morza Śródziemnego. Stamtąd
większy statek miał zabrać go do Izraela. Po przybyciu na miejsce miano
go pokazać publicznie, a następnie przekazać rządowi belgijskiemu lub po
prostu zlikwidować.
W ostatecznym rozrachunku hiszpańska policja zdołała aresztować
przywódcę grupy komandosów, obywatela Hiszpanii, komunistę Rubio de la
Goaquina, jak również sześciu jego ludzi. Dochodzenie wykazało, że plan
porwania był w części opracowany przez sowieckich agentów.
W 1983 roku hiszpańscy socjaliści, zjednoczeni w wysiłkach z międzynarodowymi żydowskimi grupami nacisku, rozpoczęły hałaśliwą
kampanię na rzecz deportowania Degrella z Hiszpanii, jednak ich wysiłki
spełzły na niczym. Nie powstrzymało to jednak środowisk żydowskich przed
rozpętaniem kolejnej ofensywy przeciwko generałowi. Tym razem przywódcą
stada był rabin Marvin Hier (nazywany przez swych krytyków "Rabbi
Łgarz") i jego kolega, rabin Abraham Cooper. Obydwaj stali na czele
bardzo dochodowego przedsięwzięcia zajmującego się pozyskiwaniem
funduszy, znanego jako Centrum Szymona Wiesenthala -?agencji z siedzibą
w Los Angeles, noszącej imię kontrowersyjnego samozwańczego "tropiciela
nazistów".
Ponieważ ostatecznie przyznano, iż najbardziej niesławny ze wszystkich
"nazistowskich zbiegów", dr Josef Mengele, był naprawdę martwy, a nie
"ukrywający się w Argentynie" (lub Boliwii, Paragwaju, Panamie czy też
innym podobnym miejscu), Hier i Cooper ewidentnie doszli do wniosku, iż
generał Degrelle będzie idealną "nazistowską bestią", nadająca się na
"chłopca z plakatu" dla instytucji pozyskującej fundusze.
Obaj panowie wyznaczyli nagrodę w wysokości stu tysięcy dolarów za
"ujęcie" Degrella, co samo w sobie było farsą, gdyż generał swobodnie i otwarcie żył w Hiszpanii, będąc popularną osobistością życia
towarzyskiego, często biesiadującą w otoczeniu grona przyjaciół, wśród
których było wielu jego wielbicieli z zagranicy, przybywających, aby
odwiedzić emerytowanego przywódcę wojskowego i europejskiego męża stanu.
Gang Hiera-Coopera pełnym głosem histerycznie nawoływał do osądzenia
Degrella za "zbrodnie wojenne" i, rzecz jasna, nakłaniał donatorów do
pomocy w finansowaniu publicznej kampanii przeciwko generałowi.
Interesującym faktem pozostaje, iż kilka lat wcześniej znany francuski
producent telewizyjny, Jean Charlier, który pracował nad materiałem
dokumentalnym o Degrellu, zwrócił się zarówno do "Synów Przymierza"
(B'nai B'rith), jak i do Szymona Wiesenthala z prośbą o informacje,
które mógłby wykorzystać w swoim programie, a które ujawniałyby naturę i brutalność owych "zbrodni wojennych" dokonanych przez Degrella.
Charliera poinformowano, iż nie ma dowodów przeciwko generałowi oraz, że
Belg nie jest poszukiwany przez jakikolwiek trybunał międzynarodowy jako
przestępca wojenny. Jednakże teraz, gdy w interesie (finansowym) Centrum
Szymona Wiesenthala leżało istnienie "zbrodniarza wojennego na
wolności", wersja uległa zmianie.
W owym czasie Degrelle skomentował całą sprawę w wywiadzie na
wyłączność, którego udzielił gazecie tygodniowej The Spotlight w dniu
28 października 1985 roku: "Dr Abraham Cooper doskonale zdaje sobie
sprawę, iż nie posiada najmniejszych dowodów przeciwko mnie. Sam
przyznaje, iż może opierać się wyłącznie na własnych podejrzeniach."
Degrelle podkreśli, iż Cooper powiedział między innymi: "Nie
zaskoczyłoby mnie, gdyby okazało się, że [Degrelle] popełnił krwawe
zbrodnie."
"Wyobrażacie sobie coś takiego?", pytał Degrelle. "Przez czterdzieści
lat niezliczone ilości razy podejmowano śledztwo przeciwko mnie i każde
z nich okazało się bezowocne z tej prostej przyczyny, iż nigdy nie
znaleziono nic przeciwko mnie. Cooper nie robi ceremonii, kiedy chce,
abym zapłacił nie za jakieś naganne postępowanie, ale za przekonania,
moje przekonania. Pragnąc zemścić się za idee człowieka, który myśli
inaczej niż on, żydowski dygnitarz rozpętuje zagraniczną obławę z nagrodą stu tysięcy dolarów dla kogokolwiek, kto pochwyci bestię żywcem.
Leon Degrelle, jak to dr Abraham Cooper o mnie powiedział, 'jest winien
promowania nazistowskich ideałów wśród młodych ludzi całego świata.
Będziemy go pilnie tropić i dopilnujemy, aby zapłacił za swoje
występki."
"Oto macie właściwe 'idee'", dodał Degrelle. "Nikt nie może mieć innych
przekonań, niż rabin Abraham. Rzadko spotyka się taki brak tolerancji,
szczególnie płynący z kraju pokroju Stanów Zjednoczonych, gdzie wolność
przekonań określa się jako świętą. Ta nagonka, zorganizowana przez
prywatne osoby, ma w sobie coś skandalicznego."
"Owi myśliwi mają do dyspozycji bardzo konkretne fundusze. Owe środki,
współczesna rzeka pieniędzy, do tego lata były przeznaczone na porwanie
Josefa Mengele. Ale właśnie ustalono, że Mengele nie żyje od pięciu lat
-?i to kiedy Wiesenthal obwieszczał całemu światu, że śledzi każdy jego
krok i już za moment go schwyta. Opisywał każdy etap swojego pościgu,
każdą kryjówkę, z której Mengele rzekomo umknął tuż przed pojawieniem
się Wiesenthala, a w której w rzeczywistości tamten nigdy nie
przebywał."
Degrelle dodał także, iż fakt wysłania za nim "listu gończego" przez
żydowskich przywódców nie napawa go strachem.
"Widziałem lepsze zabawy na froncie wschodnim. Moje życie toczy się
dokładnie tak, jak przedtem; sam kupuję swoje gazety i wychylam
szklaneczkę nad brzegiem morza. Nie zamierzam zatruwać tego, co
pozostało mi z życia problemami bezpieczeństwa. Wierzę w swoje szczęście
i wierzę w Boga. A On odróżnia tych goniących za milionami dolarów od
prześladowanych. Polegam na Jego opiece i Jego sprawiedliwości."
Chociaż Degrelle zdołał pokrzyżować plany Centrum Szymona Wiesenthala w stosunku do swojej osoby, jego zaprzysięgli wrogowie podjęli jeszcze
jedną, ostatnią próbę pozbycia się generała. Magazyn Hebdo,
publikowany przez francuski Front Narodowy, w dniu 27 grudnia 1985
ujawnił, iż około dziesięciu osób legitymujących się wenezuelskimi
paszportami i najprawdopodobniej powiązanych z Mossadem przybyło do
Madrytu w celu podjęcia kolejnej próby porwania Degrella. Także i ten
spisek został udaremniony przez czujne służby hiszpańskie.
Prawdopodobnie miały miejsce także i inne intrygi wymierzone w Degrella,
lecz stary generał nieprzerwanie pędził jawny tryb życia i kontynuował
swą osobistą krucjatę na rzecz prawdy w historii.
Pomimo postępujących lat, generał Degrelle zapoczątkował pracę nad
przedsięwzięciem, które byłoby ukoronowaniem jego triumfu jako płodnego
mistrza pióra i projektem godnym wirtuoza słowa, którego kiedyś
określono jako "jednego z najbardziej niezwykłych francuskojęzycznych
pisarzy." W ciągu swego życia Degrelle napisał ponad czterdzieści
książek i esejów obejmujących tematy od poezji do ekonomii i od
architektury do historii, lecz jego nowy zamysł był zaiste wielki w swym
zasięgu.
Belgijski mąż stanu rozpoczął pracę nad serią książek, która w zamyśle
miała składać się z czternastu tomów pod wspólnym tytułem "Wiek
Hitlera", skupiających się, rzecz jasna, na roli, jaką odegrał Adolf
Hitler w XX wieku i jego wpływie na czasy późniejsze.
Degrella napawała entuzjazmem możliwość swobodnego głoszenia poglądów i doceniał szansę, jaką była perspektywa wyrażenia swych myśli w języku
angielskim, co pozwalało na dotarcie do odbiorców, którzy z pewnością
nigdy nie mieli sposobności, aby usłyszeć opinię "drugiej strony",
dodatkowo wyrażoną jeszcze płynącym prosto z serca głosem człowieka,
który "był i widział".
Generał zanotował w owym czasie cierpką uwagę: "Kiedykolwiek słyszę
aliancką wersję historii, przypomina mi się opowiastka o reporterze,
którego wysłano do zrelacjonowania bójki. Skrupulatnie zapisał wszystkie
ciosy wymierzone przez jedną ze stron, nie zauważając żadnego z drugiej
strony. Jego historia stanowiła prawdziwe świadectwo agresji jednego
uczestnika bójki i maltretowania drugiego. Ale niedomówienie jest
kłamstwem. Nie zaprzeczam niczemu, co uczynił Hitler, ale wskazuję także
na to, co zrobili komuniści i ich zachodni alianci, pozwalając odbiorcy
wydać osąd."
Generałowi zagwarantowano, iż otrzyma wszelkie niezbędne fundusze na
sfinansowanie projektu i w niedługim czasie Degrelle ukończył pierwszy
tom -?okazałą książkę, wydaną przez mieszczący się w owym czasie w Torrance w Kalifornii, założony w 1978 roku przez Willisa Carto,
Institute for Historical Review (IHR), który stał się wiodąca siłą w nurcie określanym jako rewizjonizm historyczny.
Pierwszy tom pracy Degrella -?niekwestionowane arcydzieło -?nosił tytuł
"Hitler -?Urodzony w Wersalu". Oparty on jest na tezie, iż "bez układu
wersalskiego nigdy nie byłoby Hitlera" i że znana nam powszechnie
historia Hitlera i Niemiec może być zrozumiała wyłącznie w kontekście
traktatu wersalskiego i okrutnego ujarzmienia Niemiec przez ich
nieprzejednanych wrogów. Ta ponad pięćsetstronnicowa praca porusza
kwestię francusko-brytyjskich intryg w Europie Centralnej, problem
systematycznego zdradzania pryncypiów "czternastu punktów" Wilsona,
znaczenie tajnych paktów od samego początku skazujących misję Wilsona na
niepowodzenie, proceder cynicznego podziału ogromnych terytoriów
dokonany przez wielkie mocarstwa bez oglądania się na wiele milionów ich
nieszczęsnych mieszkańców -?w tym okaleczenie Niemiec i Austro-Węgier,
którym wydarto miliony Niemców (i niemieckich Austriaków), Węgrów i innych narodowości, zapędzonych jak trzodę pod nieprzyjazną władzę
sąsiednich krajów.
Pierwszy tom -?który spotkał się z szerokim uznaniem i sprawił, iż
rzesze czytelników z całego świata zapragnęły poznać więcej prac pióra
Degrella -?stał się fundamentem, na którym bazować miała przyszła seria
książek. Kolejnymi planowanymi tomami były: "Hitler Demokrata", "Hitler
i Niemcy", "Hitler i Kościół", "Hitler i Stany Zjednoczone", "Hitler i Stalin", "Hitler i Anglia", "Hitler i Francja", "Hitler i Banki",
"Hitler i Komuniści", "Hitler i Żydzi", "Hitler Polityk", "Hitler
Strateg" oraz "Hitler i Trzeci Świat".
Pełen entuzjazmu wobec nowego projektu, generał bez reszty poświęcił się
pracy z godnym podziwu zapałem. Mając 79 lat, Degrelle podjął się
zadania, na które niewielu ludzi w jego wieku mogłoby się porwać choćby
tylko w zamyśle. Do 1993 roku Degrelle ukończył sześć kolejnych tomów,
zaś IHR był w trakcie tłumaczenia i publikacji tomów numer 2 i 3. I wtedy wydarzyła się tragedia.
Institute for Historical Review został przejęty od wewnątrz -
dosłownie z lufą przytkniętą do skroni -?przez grupę konspiratorów,
których w owej zdradzie zakulisowo wspierał zagadkowy dziedzic
nieruchomości z San Francisco, który nie tylko pozostawał w bliskich
rodzinnych stosunkach z legendarną i potężną rodziną Strausów ze
słynnego nowojorskiego kręgu żydowskich elit, "Naszej Paczki", ale który
był także zaangażowany w działalność (zarówno na Środkowym Wschodzie,
jak i w Azji), którą można bezpośrednio powiązać z intrygami izraelskiej
agencji wywiadowczej, Mossadu, i współpracujących z nią elementów
wewnątrz amerykańskiej CIA.
Tak więc siły stojące za zniszczeniem IHR były niewątpliwie tymi samymi
siłami, które tak długo spiskowały przeciwko Degrellowi. Tym samym, nie
jest żadnym zaskoczeniem, iż natychmiast po przejęciu udziałów, klika,
która objęła kontrolę nad IHR obrała za cel serię wydawniczą Degrella
"Wiek Hitlera" i z powodzeniem doprowadziła do jej likwidacji.
Zabójcy IHR wychodzili ze skóry w swych atakach na prace generała. Jedno
z oficjalnych oświadczeń złożonych przez konspiratorów określało prace
Degrella jako "powodujące zażenowanie IHR ze względu na swą jawną
prohitlerowska wymowę". Inna deklaracja nazywała monumentalne dzieło
Degrella "białym słoniem z wymalowaną z boku dużą swastyką".
Kampanię przeciwko belgijskiemu generałowi można uznać za co najmniej
dziwaczną -?wystarczy tylko pamiętać o fakcie, iż "Wiek Hitlera" był
jednym z najwyżej ocenianych projektów IHR.
Co więcej, sprzedaż pierwszego tomu, "Urodzony w Wersalu" było dla
wydawnictwa ogromnym finansowym sukcesem i oczekiwano, że kolejne
planowane tomy będą równie popularne.
W każdym bądź razie storpedowanie pracy Degrella dokładnie obnażyło
agendę i motywy grupy kontrolującej obecnie IHR: jej misją było
zniszczenie ruchu historycznego rewizjonizmu u jego źródeł, zaś
dziedzictwo Degrella było pierwszoplanowym celem.
Ironią pozostaje fakt, że tysiące mil dalej, w Hiszpanii, generał
Degrelle, nie wiedząc o zdradzie IHR, kontynuował swą pracę, ufając, iż
ukończone manuskrypty znajdują się w bezpiecznych rękach wydawnictwa i są systematycznie przygotowywane do publikacji. Jednakże to, co
nastąpiło później, jest wydarzeniem, które jest trudne do pojęcia dla
normalnego ludzkiego umysłu. 28 stycznia 1994 roku konspiratorzy wysłali
list do Degrella. Czytamy w nim:
"Drogi generale Degrelle,
Naszym niełatwym obowiązkiem jest poinformowanie pana, iż kolegium
redakcyjne na podstawie już dostarczonych materiałów ustaliło, że
przedłożone przez pana kilka tomów biografii Adolfa Hitlera nie nadaje
się do publikacji. Problemy, które można wymienić, obejmują: całkowity
brak historycznego obiektywizmu; liczne błędy faktograficzne, nadmierne
poleganie na pewnych tekstach, często cytowanych, jak i pominięcie wielu
innych źródeł, oraz częste powtórzenia.
W chwili obecnej, na mocy decyzji zarządu oraz zgodnie z opinią naszego
prawnika, jesteśmy zmuszeni do proszenia pana o zaprzestanie pracy nad
projektem dotyczącym Hitlera."
List był podpisany: "z poważaniem." W 1985 roku, autor obraźliwego
listu, pisząc wstęp do "Kampanii w Rosji" Degrella, nazwał go "jedną z największych postaci tego i każdego innego wieku", i zadeklarował, iż
"Degrelle nie ucieka przed pisaniem niewygodnej prawdy i wydawaniem
trudnych osądów."
W rękach konspiratorów z IHR znajdowały się rękopisy prac już
ukończonych przez Degrella. Seria "Wiek Hitlera" została efektywnie
zamordowana. Konspiratorzy odmówili wydania cennych manuskryptów i na
dzień dzisiejszy, gdy pisane są te słowa (wiele lat później), nigdy ich
nie opublikowali i prawdopodobne jest, że materiały zostały zniszczone.
Mimo, że Degrelle miał już 87 lat, wciąż cieszył się godnym podziwu
zdrowiem i zachował pełną sprawność umysłową. Jednak nadejście
nikczemnego listu w powiązaniu z wydarzeniami w wydawnictwie, akurat w tak kluczowym czasie, u schyłku długiej kariery generała sprawiło, że
bardzo mocno to przeżył. Efektem była natychmiastowa choroba, a w dniu 1
kwietnia 1994 roku anioł śmierci ostatecznie przyszedł po człowieka,
który w przeszłości tyle razy go oszukał. Komunistyczne kule, miotacze
ognia, granaty, szrapnele, czołgi, plutony egzekucyjne, strażnicy
więzienni i oprawcy nie byli w stanie zabić Leona Degrella. Zrobiła to
zdrada.
Wdowa po generale, Pani Jeanne Degrelle, w liście z dnia 22 czerwca 1994
roku, opublikowanym w The Spotlight, skomentowała:
"Korzystam z tej okazji, by świadczyć przeciwko kłamstwom owych osób o wątpliwej reputacji. Mój mąż był drobiazgowy we wszystkich faktach
historycznych; był w posiadaniu ogromnych zasobów referencyjnych,
dokumentów historycznych i materiałów każdego szczebla. Wszystkie jego
prace, wydane i planowane, charakteryzował najwyższy poziom naukowy.
Liczni historycy z całego świata składali mu hołd za jego ogromny wkład
w historię świata."
Tragiczne okoliczności towarzyszące ostatnim miesiącom życia generała
Degrella i utrata jego cennych rękopisów muszą stanowić część swoistego
dowodu -?jakkolwiek niefortunny nie byłyby kontekst -?gdyż ilustrują, do
jakich granic gotowi są posunąć się jego wrogowie w swych próbach
uciszenia jego donośnego głosu w historii.
Wszakże pomimo skandalicznego rozwoju sytuacji, która doprowadziła do
zniszczenia IHR (i ostatecznie samego Degrella), nie wszystko było
stracone.
Za sprawą prawdziwego aktu Bożej łaski, zarówno Willis Carto, jak i żona
generała wciąż posiadali wcześniejsze szkice niektórych prac Degrella i dzięki nieocenionemu wsparciu ze strony pani Degrelle oraz żmudnemu
procesowi starannej rekonstrukcji -?wymagającej setek godzin pracy i wysiłków tłumaczy i redaktorów -?zespół The Barnes Review (nowego
magazynu założonego w 1994 roku przez Willisa Carto i lojalnych
rewizjonistów w następstwie zniszczenia IHR) był w stanie dosłownie
wskrzesić utracone prace Degrella -?lub co najmniej ich znaczną część.
Ocalony materiał -?publikowany na przestrzeni lat w The Barnes Review
-?koniec końców ukazuje się dzisiaj w całości jako "Hitler Demokrata" po
raz pierwszy w okładkach jednej książki.
Tak więc ostatecznie, tom ten jest nie tylko monumentalną pracą
historyczną, prawdziwie epicką, ale w pewnym sensie hołdem dla
człowieka, który go stworzył: generała Leona Degrella.
Jak więc można zakończyć ten wstęp, będący jakże skąpą oceną tego
wyjątkowego człowieka? Być może za najlepsze podsumowanie posłużą śmiałe
słowa samego generała Degrella, który pewnego razu, zapytany przez
dziennikarza, czy żałuje czegoś z czasów II wojny światowej,
odpowiedział:
"Tylko tego, że przegraliśmy."
Rozdział 1. Enigma Hitlera
Rozdział 1
Enigma Hitlera
"Hitler -?znałeś go -?jaki on był?" Od 1945
roku tysiąc razy zadawano mi to pytanie, i jest ono tym, na które
najtrudniej znaleźć odpowiedź. O II wojnie światowej, a w szczególności
o Hitlerze, napisano z górą dwieście tysięcy książek. Ale czy
którakolwiek z nich odkryła prawdziwego Hitlera?
"Enigma Hitlera wykracza poza wszelką ludzką zdolność pojmowania" -
napisał niemiecki liberalny tygodnik Die Zeit.
Salvador Dali, jedyny w swoim rodzaju geniusz sztuki, próbował ją
zgłębić w jednym ze swych najbardziej dramatycznych obrazów. Krajobraz
opadających zboczy gór niemalże wypełnia płótno, pozostawiając tylko
kilka jasnych metrów morskiego brzegu usianego delikatnie
miniaturyzowanymi ludzkimi postaciami: ostatnimi świadkami umierającego
spokoju. Wielka, płacząca krwawymi łzami słuchawka telefoniczna zwiesza
się z gałęzi martwego drzewa; tu i tam wiszą parasole i nietoperze,
których przesłanie jest wymownie identyczne.
Jak mówi Dali, "Parasol Chamberlaina pojawił się na tym obrazie w złowieszczym świetle, co podkreśla swą obecnością nietoperz; poruszyło
mnie to, kiedy go malowałem jako symbol niewiarygodnego bólu."
Następnie wyznał: "Czułem, że ten obraz okaże się głęboko proroczy. Lecz
muszę przyznać, że ja też nie rozgryzłem jeszcze zagadki Hitlera.
Pociągał mnie wyłącznie jako obiekt mojej szalonej wyobraźni, ponieważ
jawił mi się jako człowiek obdarzony darem dokonania nieporównywalnej z niczym zmiany." Cóż to za lekcja pokory dla krytyków, którzy od 1945
roku śpieszyli wydawać tysiące swych "ostatecznych" książek, większość z nich pogardliwych, na temat człowieka, który nie dawał spokoju
samokrytycznemu artyście do tego stopnia, że czterdzieści lat później
wciąż nie miał pewności, co do swojej własnej psychodelicznej wizji.
Poza Salvadorem Dali, któż jeszcze kiedykolwiek próbował zaprezentować
obiektywny portret tego wyjątkowego człowieka, którego Dali określił
mianem najbardziej wybuchowej postaci w historii ludzkości?
Góry książek na temat Hitlera, pełnych ślepej nienawiści i ignorancji
nie wnoszą wiele do prób wytłumaczenia lub przedstawienia
najpotężniejszego człowieka, jakiego widział świat. Zastanawiam się, czy
tysiące tak zasadniczo odmiennych portretów Hitlera w jakimś stopniu
przypominają człowieka, którego znałem? Hitlera siedzącego obok mnie,
stojącego, rozmawiającego, słuchającego. Stało się niemożliwością, aby
ludziom przez dekady karmionym fantastycznymi opowieściami wytłumaczyć,
że to, co czytali lub słyszeli w telewizji, zwyczajnie nijak ma się do
prawdy.
Ludzie przyzwyczaili się do odbierania fikcji, powtarzanej w kółko
tysiąc razy, jako prawdy. A przecież nigdy nie widzieli Hitlera, nigdy z nim nie rozmawiali, nigdy nie słyszeli jednego słowa z jego ust. Samo
nazwisko Hitlera natychmiast wyczarowuje wykrzywionego w grymasie
diabła, uosobienie wszelkich negatywnych uczuć. Niczym dzwonek Pawłowa,
sama wzmianka o Hitlerze ma uczynić prawdę i istotę rzeczy zbędnymi. Z czasem jednak historia zacznie domagać się czegoś więcej, niż tylko tego
typu uproszczonych osądów.
Hitler jest zawsze obecny w mojej pamięci: jako człowiek pokoju w 1936
roku, jako człowiek wojny w 1944. Jest niemożliwością, aby tak
niepospolity człowiek na zawsze nie naznaczył tych, którzy byli
bezpośrednimi świadkami jego życia. Nie ma dnia, aby Hitler nie pojawiał
się znowu w mojej pamięci; nie jako człowiek, który od dawna nie żyje,
ale jako realna istota, która przechadza się po swoim biurze, siada w fotelu, poprawia płonące brewiona w swoim kominku.
Pierwszą rzeczą, którą każdy zauważał, gdy tylko Hitler się pojawiał,
był jego mały wąsik. Niezliczoną ilość razy radzono mu, by go zgolił,
ale zawsze odmawiał: ludzie byli przyzwyczajeni do Hitlera takiego,
jakim był. Nie był zbyt wysoki. Napoleon czy Aleksander Wielki też nie
byli. Miał wyraziście niebieskie oczy, które wielu uważało za
urzekające, chociaż ja tak nie sądziłem. Nie wyczuwałem też prądów,
które, jak mówiono, płynęły z jego rąk. Miałem okazję ściskać jego dłoń
ładnych parę razy, ale jakoś nigdy nie trafił mnie piorun.
Jego twarz wyrażała uczucia lub obojętność w zależności od pasji lub
apatii, która ogarniała go w danej chwili. Czasami wyglądał jak
sparaliżowany, nie mówił ani słowa i tylko jego szczęki poruszały się,
jakby mieląc na pył coś, co mu przeszkadzało. Potem nagle się ożywiał i wybuchał potokiem słów skierowanych wyłącznie do ciebie, zupełnie jakby
zwracał się do dwumilionowego tłumu ludzi na lotnisku Tempelhof. I wtedy
jakby przechodził metamorfozę. Nawet jego cera, zwykle raczej szara,
rozjaśniała się w miarę, jak mówił. I nie ulega wątpliwości, że w takich
momentach Hitler był osobliwie fascynujący, zupełnie jakby posiadał
magiczną moc.
Wszystko, co mogłoby w jego uwagach wydać się zbyt poważne, szybko
łagodził nutą humoru. Barwne opisy, cięte riposty -?był w tym dobry. W mgnieniu oka potrafił namalować słowem obraz wywołujący uśmiech lub w jednej chwili przywołać nieoczekiwane i rozbrajające porównanie.
Potrafił być szorstki i wręcz nieustępliwy w swych osądach a jednocześnie zadziwiająco ugodowy, wrażliwy i ciepły.
Po 1945 roku Hitlera oskarżono o każde możliwe okrucieństwo, lecz bycie
okrutnym nie leżało w jego naturze. Kochał dzieci. Zupełnie naturalnym
odruchem było u niego zatrzymanie samochodu i dzielenie się prowiantem z młodymi rowerzystami, napotkanymi po drodze. Któregoś razu oddał swój
płaszcz bezdomnemu, brnącemu w deszczu. Zwykł przerywać o północy pracę,
by przygotować jedzenie dla swojego psa, Blondi. Jeśli nie lubił kotów,
to tylko ze względu na fakt, iż polowały na ptaki.
Nie mógł się zmusić do jedzenia mięsa, gdyż było to równoznaczne ze
śmiercią żywej istoty. Nie zgadzał się, by do przygotowania jego posiłku
poświęcono bodaj królika czy pstrąga. Na stole tolerował wyłącznie
jajka, albowiem zniesienie jaja oznaczało, iż kurę raczej oszczędzono, a nie zabito.
Obyczaje kulinarne Hitlera stanowiły wieczny powód mojego zdumienia.
Jakim sposobem ktoś potrafił żyć na tak rygorystycznej diecie, ktoś, kto
uczestniczył w tysiącach wyczerpujących spotkań, z których wracał
ociekając potem, często gubiąc przy tym kilogram lub dwa wagi? Ktoś, kto
spał po trzy czy cztery godziny na dobę; i wreszcie ktoś, kto od 1940 do
1945 roku dźwigał na swych barkach ciężar całego świata rządząc
trzystoma osiemdziesięcioma milionami Europejczyków? Jak -?pytałem sam
siebie -?mógł fizycznie przetrwać tylko na gotowanym jajku, kilku
pomidorach, dwóch czy trzech naleśnikach i talerzu klusek? Ale jakoś to
robił.
Pił wyłącznie wodę. Nie palił tytoniu i nie tolerował w swoim otoczeniu
osób palących. O godzinie pierwszej lub drugiej nad ranem wciąż
beztrosko rozmawiał przy kominku, mówiąc żywo i często zabawnie. Nigdy
nie zdradzał najmniejszych oznak zmęczenia. Publika, owszem, mogła padać
z nóg, ale nie Hitler.
Przedstawiano go jako starego i zmęczonego człowieka. Nic nie jest
bardziej dalekie od prawdy. We wrześniu 1944 roku, kiedy to opowiadano,
iż jest już nieźle trzęsącym się starcem, spędziłem z nim tydzień. Jego
stan fizyczny i psychiczny był wciąż wyjątkowy. Próba zamachu na jego
życie, podjęta 20 lipca, jeśli w ogóle na czymś zaważyła, to wręcz wlała
w niego nowe siły. Popijał herbatę w swojej kwaterze równie spokojnie,
jakbyśmy znajdowali się w jego prywatnym apartamencie w Kancelarii
Rzeszy jeszcze przed wojną lub podziwiali śnieg i błękitne niebo przez
jego wielkie okno w Berchtesgaden.
Faktem jest, że u schyłku życia zaczął się garbić, ale jego umysł był
wciąż jasny jak błyskawica. Testament, który z wyjątkowym spokojem
podyktował w przeddzień swojej śmierci, o trzeciej nad ranem 30 kwietnia
1945 roku, jest tego trwałym świadectwem. Napoleon w Fontainebleu nie
był wolny od ataków paniki tuż przed swoją abdykacją. Cezar osłupiał na
widok swych zabójców i nakrył głowę togą na moment przed tym, gdy jego
adoptowany syn wymierzył cios w jego pierś. Hitler, jak codziennie, po
prostu zjadł śniadanie, w ciszy uścisnął ręce swym współpracownikom i odszedł ku swej śmierci zupełnie jakby wybierał się na przechadzkę.
Kiedy to historia była świadkiem tak gigantycznej tragedii zakończonej z tak żelazną samokontrolą?
Najbardziej godną uwagi cechą Hitlera była jego prostota. Jego umysł
sprowadzał najbardziej złożone problemy do kilku nieskomplikowanych
zasad. Jego działania były ukierunkowane na pomysły i decyzje, które
mogły być zrozumiane przez wszystkich. Jego sposób myślenia był
przejrzysty dla robotnika z Essen, drobnego rolnika, przemysłowca z Zagłębia Ruhry i profesora uniwersytetu. Sama klarowność jego
rozumowania sprawiała, iż wszystko stawało się oczywiste.
Jego zachowanie i sposób życia nigdy nie zmieniły się o jotę, nawet, gdy
stał się władcą Niemiec. Żył i ubierał się oszczędnie. W początkowym
okresie swojego pobytu w Monachium nie wydawał na jedzenie więcej, niż
jedną markę dziennie. Na żadnym etapie swojego życia nie wydał ani
grosza na siebie. Przez trzynaście lat, które spędził w Kancelarii
Rzeszy, nigdy nie nosił przy sobie portfela ani nawet nie miał własnych
pieniędzy.
Hitler bym samoukiem i nie próbował tego faktu ukrywać. Niekiedy
irytowała go zarozumiałość zadowolonych z siebie intelektualistów i ich
błyszczące pomysły w krzykliwych opakowaniach. Swą własną wiedzę zdobył
poprzez bezustanną i selektywną naukę i wiedział znacznie więcej, niż
tysiące obwieszonych dyplomami erudytów.
Nie sądzę, by ktokolwiek czytał więcej niż on. Zwykł czytać każdego dnia
przynajmniej jedną książkę, zawsze zaczynając od wstępu i indeksu, aby
ocenić, czy książka wzbudzi jego zainteresowanie. Posiadał zdolność do
wydobycia istoty zagadnienia i zachowania jej w swym przypominającym
komputer umyśle. Słyszałem, jak mówił o trudnych naukowych pracach z bezbłędną dokładnością, nawet w czasie, gdy wojna szalała w najlepsze.
Jego intelektualna ciekawość nie znała granic. Doskonale znał dzieła
najbardziej różnorodnych autorów i nic nie było zbyt skomplikowane dla
jego zdolności pojmowania rzeczy. Posiadał głęboką wiedzę i zrozumienie
nauk Buddy, Konfucjusza i Jezusa Chrystusa, jak również Lutra, Kalwina
czy Savonaroli; dzieł gigantów literatury takich jak Dante, Schiller,
Szekspir, Goethe i pisarzy-analityków w rodzaju Renana czy Gobineau,
Chamberlaina i Sorela.
Doskonalił swą wiedzę z zakresu filozofii, studiując Arystotelesa i Platona. Mimo, iż ten ostatni niespecjalnie pasował do jego systemu
wartości, Hitler mimo wszystko potrafił wydobyć z niego to, co uważał za
wartościowe. Umiał cytować z pamięci całe ustępy z Schopenhauera i przez
długi czas nosił ze sobą kieszonkowe wydanie jego dzieł. Od Nietschego
nauczył się wiele o sile woli.
Jego głód wiedzy był niezaspokojony. Spędził setki godzin zagłębiając
się w prace Tacyta i Mommsena, studiował strategów wojskowych, takich
jak Clausewitz czy budowniczych imperiów jak Bismarck. Nic mu nie
umykało: historia świata czy historia cywilizacji, studia nad Biblią lub
Talmudem, filozofia tomistyczna i wszystkie arcydzieła Homera,
Sofoklesa, Horacego, Owidiusza, Tytusa Liwiusza i Cycerona. Postać
Juliana Apostaty znał tak dobrze, jakby żył w jego czasach.
Jego wiedza rozciągała się również na mechanikę. Wiedział jak działają
silniki, rozumiał balistykę różnych rodzajów broni i zadziwiał najtęższe
umysły medyczne swoją wiedzą na temat medycyny i biologii. Uniwersalność
wiedzy Hitlera może zaskakiwać lub drażnić tych, którzy nie byli jej
świadomi, niemniej jednak pozostaje ona historycznym faktem: Hitler był
jednym z najbardziej światłych umysłów XX wieku. Pod tym względem po
tysiąckroć przewyższał Churchilla, intelektualnego miernotę, czy też
Lavala, z jego ledwie pobieżną znajomością historii, lub Roosevelta,
albo Eisenhowera, który nigdy nie wzbił się ponad powieści
detektywistyczne.
Od najmłodszych lat Hitler był inny, niż pozostałe dzieci. Zawsze
posiadał swoistą wewnętrzna moc i kierował się swym duchem i instynktem.
Potrafił zręcznie rysować gdy miał tylko 11 lat. Jego szkice wykonane w tym wieku cechuje siła i wyrazistość, co szczególnie widać w jego
portrecie Wallensteina.
Jego pierwsze obrazy i akwarele, stworzone w wieku 15 lat, są pełne
poezji i wrażliwości. Jedna z jego najważniejszych prac, "Zamek Utopia",
dowodzi, iż jako artysta cechował się niezwykłą wyobraźnią.
Jego orientacja artystyczna przybierała różne formy. Pisywał poezje od
czasów chłopięcych. Swojej siostrze Pauli podarował kompletną sztukę
teatralną i zadziwił ją swym dziełem. W wieku 16 lat, w Wiedniu,
rozpoczął pracę nad operą. Zaprojektował nawet dekoracje, jak również i kostiumy. Oczywiście, postaciami byli wagnerowscy bohaterowie. W stopniu
większym niż artystą, Hitler był przede wszystkim architektem. Setki
jego prac są godne uwagi nie tylko ze względu na same obrazy, ale i na
architekturę. Potrafił odtworzyć z pamięci najdrobniejsze szczegóły
kopuły kościoła czy misterne kształty kutego żelaza. W rzeczywistości to
właśnie pragnienie zostania architektem sprowadziło Hitlera na początku
wieku do Wiednia.
Kiedy ogląda się setki jego obrazów, szkiców i rysunków z tamtego
okresu, dowodzących kunsztu w kreśleniu trójwymiarowych form,
zadziwiającym jest, iż jego egzaminatorzy z Akademii Sztuk Pięknych
dwukrotnie oblali go na kolejnych egzaminach. Niemiecki historyk Werner
Maser, niezaliczający się do przyjaciół Hitlera, poddał owych
egzaminatorów surowej krytyce: "Wszystkie jego prace są świadectwem
nadzwyczajnej wiedzy i talentu architektonicznego. Twórca Trzeciej
Rzeszy daje powody do wstydu dawnej wiedeńskiej Akademii Sztuk
Pięknych."
Oczarowany pięknem kościoła w opactwie benedyktynów, w którym w chłopięcych latach należał do chóru i służył jako ministrant, Hitler
marzył przelotnie o zostaniu benedyktyńskim mnichem. Ciekawostką
pozostaje fakt, iż to właśnie w tych właśnie czasach, za każdym razem,
kiedy uczestniczył we mszy, przechodził pod pierwszą swastyką, jaką dane
mu było ujrzeć: wyryta w kamieniu, widniała na tarczy herbowej nad
głównym portalem kościoła.
Ojciec Hitlera, który był celnikiem, miał nadzieję, iż syn pójdzie w ślady ojca i zostanie urzędnikiem państwowym. Jego nauczyciel zachęcał
go, by został mnichem. Zamiast tego, młody Hitler wyjechał, czy też
raczej uciekł, do Wiednia. I tam właśnie, będąc zmuszonym przez
biurokratyczne akademickie miernoty do rezygnacji ze swych ambicji, stał
się samotnikiem oddającym się przemyśleniom. Zagubiony w stolicy
Austro-Węgier, szukał swego przeznaczenia.
Przez pierwsze trzydzieści lat życia Hitlera, data 20 kwietnia 1889 roku
nikomu nic nie mówiła. To właśnie tego dnia Hitler przyszedł na świat w Braunau, małym miasteczku w dolinie rzeki Inn. Podczas swego
wiedeńskiego wygnania często wracał myślami do skromnego domu, a w szczególności do swojej matki. Gdy zachorowała, wrócił, aby się nią
zająć. Całymi tygodniami opiekował się nią, wykonywał wszelkie obowiązki
domowe i wspierał ją jak najbardziej kochający syn. Gdy ostatecznie
zmarła, w Wigilię Bożego Narodzenia, jego ból nie znał granic. Pogrążony
w rozpaczy, pochował matkę na małym wiejskim cmentarzu.
"Nigdy nie widziałem syna, który tak rozpacza", powiedział lekarz jego
matki, który zbiegiem okoliczności był Żydem. W swoim pokoju Hitler
zawsze trzymał starą fotografię swojej matki. Pamięć o matce, którą tak
bardzo kochał, pozostała z nim do dnia jego śmierci. Zanim odszedł z tego świata, 30 kwietnia 1945 roku, położył przed sobą jej zdjęcie.
Miała niebieskie oczy, jak on, i podobną twarz. Jej matczyna intuicja
podpowiadała jej, że syn jest inny, niż pozostałe dzieci. Zachowywała
się tak, jakby czuła, co będzie przeznaczeniem jej dziecka. Kiedy
umierała, zadręczała się aurą tajemniczości otaczającą jej syna.
Pomijając kontakty z matką, lata młodości Hitlera to życie w odosobnieniu. Jego największym marzeniem była ucieczka od całego świata.
Będąc w głębi ducha samotnikiem, Hitler wałęsał się po mieście, jadał
skromne posiłki, lecz za to pochłonął zbiory trzech bibliotek
publicznych. Unikał rozmów i miał niewielu przyjaciół.
Wydaje się niemal niemożliwością, by wyobrazić sobie przeznaczenie,
kiedy to człowiek zaczyna mając tak niewiele i osiąga takie szczyty.
Aleksander Wielki był synem króla. Napoleon był generałem w wieku 24 lat
i pochodził z dobrze sytuowanej rodziny. Piętnaście lat po przygodzie z Wiedniem, Hitler wciąż będzie nieznanym kapralem. Tysiące innych ludzi
miało po tysiąckroć większe możliwości, by odcisnąć swe piętno na losach
świata.
W owym czasie Hitler nie koncentrował się jeszcze na polityce, ale,
mimo, że jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy, to właśnie była droga,
do której był najbardziej predysponowany. Ostatecznie polityka będzie
harmonizować z jego zamiłowaniem do sztuki. Ludzie, masy, staną się
gliną, której rzeźbiarz nada nieśmiertelne kształty. Owa ludzka glina
stanie się dla niego dziełem sztuki niczym marmurowe rzeźby Myrona,
obrazy Hansa Makarta czy "Pierścień Nibelunga" Wagnera.
Jego umiłowanie muzyki, sztuki i architektury tak naprawdę nie oderwały
go od politycznego i towarzyskiego Wiednia. Aby przetrwać, pracował jako
zwykły pracownik najemny ramię w ramię z innymi robotnikami. Był
milczącym obserwatorem, ale nic nie umykało jego uwadze: ani próżność i egoizm burżuazji, ani moralne i materialne ubóstwo ludu, ani też setki
tysięcy robotników, którzy falą przelewali się szerokimi alejami
Wiednia, niosąc w sercach gniew.
Był zaskoczony rosnącą obecnością w Wiedniu brodatych Żydów, noszących
kaftany -?widok zupełnie w Linzu nieznany.
"Jak też oni mogą być Niemcami?" zadawał sobie pytanie.
Czytał statystyki: w 1860 roku w Wiedniu było sześćdziesiąt dziewięć
rodzin żydowskich; czterdzieści lat później liczba Żydów wynosiła
dwieście tysięcy. Byli wszędzie. Widział, jak zrzucają ze swych balkonów
drabinki sznurowe, aby pomóc innym Żydom we wspięciu się na górę.
Widział, jak zalewają uniwersytety, obsadzają stanowiska prawnicze i lekarskie, przejmują gazety.
Obecność w środowisku robotniczym uświadomiła Hitlerowi następstwa tego
napływu, jednak robotnicy nie byli jedynymi, którzy na tę sytuację
reagowali.
Wiele prominentnych osobistości zarówno w Austrii jak i na Węgrzech nie
ukrywało swojej niechęci na widok czegoś, co w ich mniemaniu było obcą
inwazją ich kraju. Burmistrz Wiednia, chrześcijański demokrata i znakomity mówca, był jednym z tych, których Hitler chętnie słuchał.
Hitler był również zaniepokojony losem ośmiu milionów austriackich
Niemców, których utrzymano poza granicami Niemiec i tym samym pozbawiono
należnego im obywatelstwa własnego kraju. Cesarza Franciszka Józefa
odbierał jako zgorzkniałego i małostkowego starca niezdolnego do
radzenia sobie z bieżącymi problemami i niepotrafiącego sprostać temu,
co przyniesie przyszłość.
Hitler wciąż zachowywał spokój, jednak stopniowo podsumowywał pewne
kwestie w swym umyśle. Po pierwsze, Austriacy byli częścią Niemiec,
wspólnej ojczyzny. Po drugie, Żydzi byli obcym elementem
wewnątrzniemieckiej społeczności. Po trzecie, patriotyzm miał sens tylko
wtedy, gdy był wspólny dla wszystkich klas społecznych. Zwykli ludzie, z którymi Hitler dzielił smutki i poniżenie byli tak samo częścią ojczyzny
jak milionerzy z wyższych sfer. Po czwarte, w każdym kraju walka klas
nieuchronnie skaże na ruinę zarówno robotników, jak ich szefów. Żadne
państwo nie jest w stanie przetrwać wojny klas; korzyści dla kraju może
przynieść wyłącznie współpraca pomiędzy robotnikami i ich przełożonymi.
Robotnicy muszą być szanowani i mieć możliwość życia w sposób godny i przyzwoity. Kreatywność nigdy nie powinna być tłumiona.
Gdy później Hitler twierdził, iż swą społeczną i polityczną doktrynę
ukształtował w Wiedniu, mówił prawdę. Spostrzeżenia, które poczynił w stolicy Austrii, dziesięć lat później stanęły na porządku dziennym.
W ten sposób Hitler przez kilka lat żył w przeludnionym Wiedniu niczym
faktyczny wyrzutek, jednak spokojnie obserwując przy tym wszystko wokół
siebie. Jego siła płynęła z wewnątrz. Nie pozwalał, aby inni myśleli za
niego. Wyjątkowe jednostki zawsze czują się samotnie w wielkim ludzkim
stadzie. Hitler odbierał swoją samotność jako wyjątkową okazję do
rozmyślań i nie pozwolił zalać się bezmyślnej fali.
Aby nie zagubić się na wielkich przestrzeniach wyjałowionej pustyni,
silny duch musi szukać przystani wewnątrz samego siebie. Hitler był
takim duchem.
Źródłem ognia -?prawdziwą błyskawicą -?w życiu Hitlera było słowo. Cały
swój artystyczny talent ukierunkował na osiągnięcie mistrzostwa w komunikacji i elokwencji. Hitler potrafił oczarowywać słowami i to słowa
sprawiały, że sam był jak zaczarowany. Znajdował absolutne spełnienie,
gdy magia jego słów inspirowała serca i umysły tłumów, do których
przemawiał. Gdy z mistycznym pięknem przekazywał nagromadzoną przez lata
życia wiedzę, za każdym razem czuł się odrodzony. Jego magiczna
elokwencja przez długi czas pozostanie rozległym polem badań dla
psychoanalityków. Kluczem do wszystkiego jest tutaj potęga słów Hitlera.
Bez nich nigdy nie byłoby ery Hitlera.
Czy Hitler wierzył w Boga?
Tak, głęboko wierzył w Boga. Nazywał go Wszechmogącym, panem
wszystkiego, co znane i nieznane.
Propagandyści przedstawiali go jako ateistę. Nie był nim. Gardził
pełnymi hipokryzji materialistami w sutannach, ale nie był w tym
osamotniony. Wierzył w konieczność istnienia standardów i teologicznych
dogmatów, bez których, co niezmiennie powtarzał, wielka instytucja
chrześcijańskiego kościoła zawaliłaby się. Te dogmaty gryzły się z jego
inteligencją, lecz dostrzegał jednocześnie fakt, iż dla umysłu ludzkiego
nie jest rzeczą łatwą pojęcie problemów stworzenia, jego bezgranicznego
zasięgu i zapierającego dech w piersiach piękna. Akceptował fakt, iż
każda istota ludzka ma potrzeby duchowe.
Śpiew słowika, wzory i kolory kwiatów sprawiały, iż bezustannie wracał
do wielkich problemów stworzenia. Nikt na tym świecie nie rozmawiał ze
mną w tak elokwentny sposób na temat istnienia Boga. Nie dlatego, że był
wychowany w duchu chrześcijańskim (chrześcijaństwo początkowo raczej go
szokowało), ale dlatego, iż jego analityczny umysł powiązał go z koncepcją Boga. Wiara Hitlera wykraczała poza schematy i przypadkowość.
Bóg był dla niego podstawą wszystkiego, tym, który decyduje o losie
wszystkich rzeczy i określa przeznaczenie jego i każdego innego
człowieka.
Hitler nie przywiązywał wielkiej wagi do swojego prywatnego życia. W Wiedniu pomieszkiwał w obskurnych, pełnych robactwa kwaterach. Ale nie
omieszkał wypożyczyć fortepianu, który zajął połowę jego pokoju, i skoncentrował się na komponowaniu swojej opery.
Żył chlebem, mlekiem i zupą jarzynową. Jego ubóstwo nie było udawane.
Nie posiadał nawet płaszcza. Zimą pracował przy odśnieżaniu ulic. Nosił
bagaże podróżnych na dworcu kolejowym. Spędził wiele tygodni w przytułkach dla bezdomnych. Ale nigdy nie przestał malować czy czytać.
Mimo skrajnego niedostatku, Hitler jakimś sposobem zdołał zachować
schludny wygląd. Właściciele i właścicielki mieszkań w Wiedniu i w Monachium zapamiętali go jako człowieka uprzejmego i o miłym
usposobieniu. Jego pokój był zawsze idealnie wysprzątany, jego skromny
dobytek był zawsze drobiazgowo posegregowany, a ubrania starannie
rozwieszone lub złożone. Sam prał i prasował swoje ubrania, czego w owych czasach nie robiło zbyt wielu mężczyzn. Do przetrwania nie
potrzebował prawie niczego. Sprzedaż kilku obrazów była wszystkim, co
było potrzebne do sfinansowania jego potrzeb.
Punktem zwrotnym w jego życiu stała się I wojna światowa. Postrzegał ją
jako rękę przeznaczenia.
Rozdział 2. Nieznany żołnierz
Rozdział 2
Nieznany żołnierz
W SIERPNIU 1914 roku nieznany artysta zostanie
nieznanym żołnierzem. Nawet jego nazwisko pisano błędnie: w oficjalnych
dokumentach widnieje jako "Hietler". Nikt nie wiedział o jego
zdolnościach malarskich czy miłości do muzyki. Jeśli chodzi o dar
oratorstwa, sam ledwie miał o nim jakiekolwiek wyobrażenie. Będzie
musiał dożyć trzydziestki, aby nagle zdać sobie z niego sprawę.
Poza tym, nikt w Niemczech nie miał pojęcia o marzeniu, motywującym tego
nieznanego austriackiego żołnierza do przeprowadzki z Wiednia do
Monachium, o namiętnym śnie o zjednoczonych, wielkich Niemcach. Jednak w Monachium, krawiec nazwiskiem Popp, który wynajął Hitlerowi niewielki
pokój, wspominał o karteczce przyczepionej do wezgłowia łóżka jego
lokatora:
Swobodnie, z otwartym sercem czekamy na ciebie.
Pełni wiary i gotowi do działania,
Czekamy na ciebie z radością.
Wielka niemiecka ojczyzno, pozdrawiamy cię.
W Monachium Hitler mieszkał przy Schleissheimerstrasse, niedaleko od
numeru 106, gdzie w anonimowości rezydował inny zapalony miłośnik
książek nazwiskiem Mayer. Jego prawdziwe nazwisko brzmiało Władimir
Iljicz Uljanow, później zmienione na Lenin.
Ironia nad ironiami: Hitler i Lenin spacerowali tymi samymi wąskimi
uliczkami nie znając się nawzajem i nawet nie śniąc, iż ich doktryny
któregoś dnia zderzą się w największej z wojen w historii.
Pod numerem 34 Hitler spędził setki godzin malując i czytając, nigdy nie
przyjmując przy tym żadnych gości. Podobnie jak w Wiedniu, żył niczym
pustelnik, rozmyślając o ocaleniu zachodniej cywilizacji. W tym samym
czasie Lenin snuł plany jej zniszczenia.
1 sierpnia 1914 roku, życie Hitlera wypełnione książkami, sztuką i samotnością, nagle rozsypało się na kawałki. Bez najmniejszego wahania
porzucił sztukę i naukę i, niczym człowiek dotknięty paraliżem, który,
cudownie uleczony odrzuca kule, cisnął precz wszystko, co wiązało się z jego ówczesnym cywilnym życiem.
"Móc wreszcie dowieść przed obliczem Boga szczerości mych przekonań było
prawdziwym błogosławieństwem. Byłem pewien, że kiedy nadejdzie właściwy
moment, wewnętrzny głos wskaże mi drogę."
W opinii Hitlera, wojna miała wszystko poukładać. W walce będzie się
liczył wyłącznie charakter. "Kiedy obaj idą do wojska, prezes zarządu
jest na równej stopie z psim fryzjerem." Chciwy i małostkowy świat
burżuazji, którym tak bardzo gardził, zostanie zmieciony. "Dla mnie było
to wybawieniem. Nie wstydzę się dziś powiedzieć: padłem na kolana i dziękowałem Bogu."
Miliony Europejczyków w całej Europie czuło się dokładnie tak samo. "Na
Berlin!", krzyczeli Francuzi. "Na Paryż!", skandowali Niemcy. W owych
dniach podsycanego patriotyzmu podniecenie sięgnęło zenitu zarówno wśród
robotników, jak i chłopów. Ale w przypadku Hitlera było to coś więcej
niż zwykły zalew emocji; był to prawdziwy wybuch przekonania, iż naród
niemiecki, sztucznie podzielony na Niemców i Austriaków, zostanie
zjednoczony przynajmniej przez wojnę.
W normalnych warunkach Hitler nigdy nie powinien zostać żołnierzem.
Przez wiele lat cierpiał na gruźlicę, a jeszcze kilka miesięcy przed
wybuchem wojny, 5 lutego 1914 roku, gdy zgłosił się do służby wojskowej,
odesłano go z kwitkiem: "Nie nadaje się do służby wojskowej lub
pomocniczej. Zbyt słaby. Odmowa."
Robił wszystko, co w jego mocy, by zmieniono tę decyzję. 3 sierpnia 1914
roku wysłał list do króla Bawarii, błagając, aby pozwolono mu zaciągnąć
się na ochotnika. Jego modlitwy zostały wysłuchane i armia go przyjęła.
Dołączył do 6 batalionu w 2 Bawarskim Pułku Piechoty. 3 Jego
towarzysz broni Hans Mend wspominał później, że gdy wydano Hitlerowi
jego karabin, "wpatrywał się w niego z taką samą przyjemnością, jaką
czerpie kobieta, która podziwia swoje diamenty." Na kilka godzin przed
odjazdem na front, Hitler wykrzyknął: "Jestem bardzo szczęśliwy!"
Kiedy w październiku 1914 roku ich eszelon mijał wielki posąg Germanii w dolinie Renu, Hitler i jego koledzy zaintonowali starą patriotyczną
pieśń "Straż na Renie". W liście, napisanym tego samego dnia do
właścicielki mieszkania wynajmowanego w Monachium, pani Popp, Hitler
zwierzył się: "Z trudem mogę pohamować swój entuzjazm. Ileż to razy
marzyłem, by sprawdzić swą siłę i dowieść mojej narodowej wiary!"
Pragnienie miało się teraz spełnić.
Jednak Hitler był tylko jeszcze jednym żołnierzem piechoty wśród tysiąca
innych w pociągu, zdążających ku polom bitewnym Flandrii. W tamtym
czasie nikt na świecie nie mógł przypuszczać, że ten ochotnik, który
nawet nie był Niemcem ani Bawarczykiem, będzie władać Europą od Narwiku
do Majkopu. Hitler, jednakże, nigdy nie miał cienia wątpliwości, że
wojna przypieczętuje jego spotkanie z przeznaczeniem.
Hitler walczył we wszystkich najcięższych bitwach: Yser, Ypres,
Flandria, Neuve Chapelle, La Bassee, Arras, Artois, Somma, Fromelles,
Alzacja-Lotaryngia, Ailette, Montdidier, Soissons, Reims, Oise, Marna,
Szampania, Vosle, Monchy, Bapaume. Wszystko w ciągu czterech lat. 5
października 1916 roku został ranny i trafił na dwa miesiące do
szpitala. Następnie powrócił na front, gdzie był do 15 października 1918
roku, kiedy to został ponownie hospitalizowany, tym razem z powodu
zatrucia gazem bojowym.
Przez całą wojnę wymieniano jego nazwisko w rozkazach w uznaniu odwagi i wyjątkowych zasług na polu walki. Odznaczono go Krzyżem Żelaznym II
klasy, Bawarskim Krzyżem Zasługi Wojskowej III klasy z mieczami i Krzyżem Żelaznym I klasy. Zarówno oficerowie jak i odznaczeni żołnierze
byli zawsze darzeni szacunkiem za swą odwagę i ideowość, Hitler jednak
zawsze sądził, że mógł zrobić jeszcze więcej.
U schyłku 1918 roku I wojna światowa zbliżała się do końca. Niemiecka
armia przy współudziale Lenina i Trockiego zniszczyła Rosję. W maju,
czerwcu i lipcu 1918 roku, generał Erich Ludendorff, militarny geniusz,
potrafił przemieszczać swoje siły ze wschodu na zachód i zadawać cios za
ciosem wojskom brytyjskim i francuskim. Francuski historyk Reymont
Cartier tak oceniał sytuację:
"Front rosyjski nie istnieje. Najlepsze niemieckie dywizje, cała ciężka
artyleria, wszyscy ludzie poniżej trzydziestego piątego roku życia,
wezbraną falą runęli z powrotem w kierunku zachodnim. Po raz pierwszy od
momentu rozpoczęcia działań wojennych, Niemcy mogły cieszyć się przewagą
ilościową: 192 dywizje przeciwko 174 dywizjom frontu
francusko-brytyjskiego. Kierowana przez Brytyjczyków Ententa była o krok
od klęski."
Stary pułk Hitlera, "Regiment List"4, brał udział w tej ostatniej
ofensywie od początku do końca. Hitler i jego towarzysze broni zwycięsko
szli do przodu, forsując rzekę Ailette pod Anizy, rzekę Aisne pod Pont
Fontenoy i ostatecznie dochodząc do bramy do Paryża, rzeki Marny, którą
przekroczyli. Było to 14 lipca 1918 roku, w Dniu Bastylii, święta
narodowego Francji, zadekretowanego przez watażków z loży Wielkiego
Wschodu Francji5 celem upamiętnienia ludobójstwa własnego
narodu dokonanego wiek wcześniej. Ale uroczystości szybko przerwano w miarę jak wzrastał powszechny niepokój spowodowany bliskim dudnieniem
niemieckiej artylerii.
Hitler był w szpicy posuwających się oddziałów. "Kapral Hitler",
stwierdził Cartier, "był wedle wszelkiego prawdopodobieństwa jednym z niemieckich żołnierzy, którzy w 1918 roku podeszli najbliżej do Paryża."
W rzeczywistości, Hitler nieomal zdołał dokonać najbardziej sensacyjnego
wyczynu w tej wojnie -?wzięcia do niewoli Clemenceau, premiera Francji.
W panice, oficjele Wielkiego Wschodu Francji wysłali Clemenceau na linię
frontu, aby podniósł morale wojska, w owym czasie bardzo niskie.
Nawołując żołnierzy do ataku, Clemenceau usiłował dać im przykład i nagle znalazł się wśród Niemców, otaczających go ze wszystkich stron. W ostatniej chwili zdołał umknąć, o włos unikając niewoli. Jednym z żołnierzy owego niemieckiego patrolu, który niemalże pochwycił
Clemenceau, był kapral Adolf Hitler. Jeszcze jedna z ironii losu!
Można tylko wyobrazić sobie Clemenceau, prowadzonego na kwatery "Pułku
Lista" przez kaprala Hitlera... Zamiast pozowania na "Ojca Zwycięstwa",
który to przydomek wysmażyła dla niego Loża, premier byłby tylko jeszcze
jednym przygnębionym jeńcem, którego do niewoli prowadzi nie kto inny,
jak Hitler.
Odwaga Hitlera na polu walki jest udokumentowana i została potwierdzona
zarówno przez armię, jak i przez jego towarzyszy broni. Dopiero, gdy
Hitler zaczął uczestniczyć w życiu politycznym, zapisy o przebiegu jego
służby nagle zaczęto podważać.
Kiedy polityczne pismaki Republiki Weimarskiej w desperackiej próbie
powstrzymania rosnącej popularności Hitlera usiłowały zdyskredytować
przebieg jego służby, skończyli w sądzie. W orzeczeniu ogłoszonym 10
marca 1932 roku w Hamburgu, krytykom Hitlera, wśród których był Heinrich
Braune i firma Auer & Company, nakazano odwołanie oskarżeń i wypłacenie odszkodowania. Kopia wyroku sądu znajduje się w archiwum
federalnym w Koblencji.
Po klęsce Niemiec w 1945 roku, historia stała się prywatnym polem do
popisu dla zwycięzców i polityczni "historycy" mieli prawdziwe używanie,
opowiadając niestworzone rzeczy o Hitlerze.
Prawdziwym historykom zajęło ponad pół wieku, aby raz na zawsze wyjaśnić
sprawę dla dobra uczciwości i prawdy historycznej.
Jedną z pewnych i niepodlegających dyskusji kwestii jest to, iż Hitler
spędził swoje cztery lata wojny na linii frontu. Brał udział w ponad
czterdziestu starciach, był ranny i zagazowany, więc jego odznaczenia
bojowe były zasłużone -?Krzyż Żelazny II klasy, (nadany 2 grudnia 1914
roku), Bawarski Krzyż Zasługi, Czarna Odznaka za Rany i wreszcie Żelazny
Krzyż I klasy.
Podpułkownik Michael Freiherr von Godin, we wniosku o odznaczenie
Hitlera Krzyżem Żelaznym I klasy, napisał: "Był przykładem opanowania,
zarówno podczas walk w okopach, jak i w atakach. W najtrudniejszych
warunkach i w najniebezpieczniejszych sytuacjach zawsze zgłaszał
gotowość do przenoszenia rozkazów i meldunków."
Pułkownik Anton Tubeuf, który wręczył Hitlerowi owe odznaczenie,
niezwykle rzadko nadawane szeregowym i kapralom, stwierdził ponadto:
"Hitler był zawsze gotów do pomocy w każdej sytuacji, zawsze zgłaszał
się na ochotnika do najtrudniejszych, najbardziej uciążliwych i najniebezpieczniejszych zadań i zawsze był gotów ryzykować życie dla
ojczyzny. Na poziomie czysto ludzkim był mi bliższy, niż którykolwiek z żołnierzy."
Pułkownik Walter Spatny, dowodzący 16 Pułkiem Piechoty, był równie
zgodny w swojej ocenie: "Hitler był inspiracją dla wszystkich swoich
kolegów. Robiła na nich wrażenie jego niezrównana odwaga i oddanie
służbie, co szczególnie widać było w walce. Jego kwalifikacje, skromność
i zasługujące na podziw odpowiedzialne podejście zyskały mu najwyższy
szacunek zarówno wśród bezpośrednich kolegów, jak i przełożonych."
W 1922 roku, w czasie, gdy Hitler wciąż był człowiekiem nieznanym,
generał Friedrich Petz podsumował uznanie dowództwa dla dzielnego i skromnego kaprala w następujących słowach: "Hitler był bystry, szybki i niesamowicie odporny. Jego najbardziej godną podziwu cechą była osobista
odwaga, która sprawiała, że w boju zawsze potrafił odnaleźć się w każdej, choćby najbardziej niebezpiecznej sytuacji."
Żaden z oficerów, którzy wypowiadali się na temat przebiegu jego służby
wojskowej, nie miał żadnej innej motywacji, poza chęcią mówienia prawdy.
Nie podlegali żadnemu naciskowi, ani też nie mogli liczyć na osiągnięcie
korzyści w zamian za taką, a nie inną wypowiedź. Z tego właśnie powodu
profesjonalni historycy opierają dziś swoją ocenę kariery wojskowej
Hitlera na licznie dostępnych świadectwach pochodzących z archiwów
wojskowych.
Nawet historycy niechętni Hitlerowi, jak Joachim C. Fest, przyznają, iż
"Hitler był odważnym i sprawnym żołnierzem oraz zawsze dobrym
towarzyszem broni." Sebastian Haffner, żydowski pisarz fanatycznie
nienawidzący Hitlera, zmuszony był zgodzić się, iż "Hitlera cechowała
odwaga, z którą nikt nie mógł się równać".
Po nieudanych próbach zdyskredytowania Hitlera w czasach Republiki
Weimarskiej, zapisy dotyczące przebiegu jego służby wojskowej nie były
podważane nawet przez żydowskie i brytyjskie machiny propagandowe. Także
jego gotowość do udzielania pomocy innym, odnotowana w czasie wojny, nie
była niczym nowym. Żyd nazwiskiem Karl Hanisch, który w pewnym okresie
był współlokatorem Hitlera w hoteliku, wspominał go jako miłego i sympatycznego człowieka, który przejawiał troskę o dobro swych
towarzyszy.
"Nikt nie próbował pozwalać sobie na zbyt dużo w stosunku do Hitlera",
relacjonował później Hanisch, "ale on nigdy nie był arogancki czy zbyt
dumny, za to zawsze był pierwszy do pomocy. Jeśli ktoś potrzebował
pięćdziesiąt halerzy żeby zapłacić za kolejny nocleg, Hitler bez namysłu
oddawał wszystko, co miał w kieszeni. Przy kilku okazjach sam inicjował
zbiórkę 'do kapelusza', jeśli była taka potrzeba."
Na froncie nigdy nie próbował robić na kimś wrażenia. Był przyjazny
wobec wszystkich. Rozmaite fotografie Hitlera z frontowych lat ukazują
go radośnie dzielącego posiłek czy chwile wypoczynku z jego kolegami.
Była jednak jedna cecha charakteru, która odróżniała go od jego
towarzyszy: jego uprzejmość. Wśród całego zalewu przekleństw i rynsztokowego języka, sposób wypowiadania się Hitlera pozostał grzeczny
i wyważony. Taką miał naturę i nie potrafił być inny, czy to pisząc, czy
mówiąc.
Gburowatość uważał za grób komunikacji i najwyższą obelgę. Jednocześnie
nie ganił nikogo za nieuprzejme czy obsceniczne uwagi bardziej, niż co
najwyżej przywołującym do porządku spojrzeniem. Nigdy nie śmiał się ze
sprośnych dowcipów, nie bawił go "burdelowy" humor i nigdy nie
uczestniczył w niekończących się dyskusjach o seksualnych podbojach, tak
charakterystycznych dla żołnierskich rozmów w okopach. Instynktownie
stronił od nadmiernych poufałości i czuł się dotknięty takim zachowaniem
ze strony innych. Należałoby się spodziewać, iż w takim środowisku
Hitler będzie bezlitośnie wyszydzany jako świętoszek, jednak wcale tak
nie było. W jakiś sposób zyskał szacunek, jakim ludzie nieczęsto
obdarzają innych.
Historycy często wskazywali na fakt, że jeśli spojrzymy na sferę
materialną, to zauważymy, iż Hitler urodził się biedny i zmarł biedny.
Pieniądze traktował jedynie w kategorii środka służącego do zaspokojenia
potrzeb ludzkości, a nie celu samego w sobie. W Wiedniu, czy też na
froncie, jego szczodrość była przysłowiowa. Zawsze był gotów oddać
połowę swojej racji żywnościowej żołnierzowi, który wydawał się być
bardziej głodny od niego. Rozdawał także swoje koce, gdyż czuł, że inni
potrzebują ich bardziej niż on. Jednocześnie był prawdopodobnie
najuboższym żołnierzem w pułku. Nigdy nie otrzymywał paczek
żywnościowych i polegał wyłącznie na skromnych przydziałowych racjach. I tak, jak zawsze pomagał potrzebującym ludziom, zawsze okazywał
współczucie zwierzętom i roślinom. Uważał, że stanowiły integralną część
wielkiego cyklu istnienia i tym samym powinny być kochane i szanowane.
Harmonia człowieka, świata zwierząt i natury była tematem, który często
poruszał w rozmowach ze mną.
Któregoś razu Hitler natrafił w okopie na teriera, który w pogoni za
szczurem przebiegł ze strony angielskiej do sektora niemieckiego.
Przygarnął małego psiaka, nazwał go Fuschl i otoczył wielką troską.
Nauczył psa ukrywać się na komendę i zawsze dbał o to, by zwierzak miał
co jeść i pić. Byli nierozłącznymi kompanami. Psa później mu ukradziono.
Pół wieku potem wciąż nie był w stanie mówić o tym bez widocznego żalu.
Z tej przyczyny cierpiał bardziej, niż z zimna, głodu czy z powodu
przerażających warunków okopowego życia. Hollywoodzka wizja okrutnego,
ogarniętego manią Hitlera została stworzona dla potrzeb wojennej
propagandy, ale absolutnie nie miała w sobie nic z prawdy.
Początkowo, gotowość Hitlera do zgłaszania się na ochotnika do
najbardziej karkołomnych misji stanowiła zagadkę dla innych żołnierzy.
Sądzili, że przesadza i najpierw mawiali, że "fakt, iż Hitler jest
idiotą nie oznacza, że wszyscy mamy tacy być". Ale ich kpiące zdziwienie
wkrótce zastąpił pełen szacunku podziw i zaczęli skłaniać się ku
przekonaniu, że czuwa nad nim jakaś specjalna ręka opatrzności. W chwilach wielkiej trwogi, gdy śmierć szalała ze wszystkich stron,
wszyscy żołnierze instynktownie starali się trzymać blisko niego, gdyż
wiedzieli, że dobre dziesięć razy zdołał umknąć przeznaczeniu, choć
wszystko wskazywało na to, że powinien zostać zabity.
Cartier przytacza tu bardzo konkretny przykład: "17 listopada 1917 roku,
na bliskich przedpolach Wytschaete, brytyjski pocisk przebił sufit
piwnicy, której pułk Hitlera używał jako punktu dowodzenia, eksplodował
tam i spowodował w efekcie straszliwą rzeź. Wszyscy, którzy tam się
znajdowali zostali zabici, ranni lub okaleczeni. Jedynym, który ocalał,
był Hitler. Dosłownie sekundy przed wybuchem pocisku wysłano go, by
przeniósł meldunek pod ciężkim ogniem nieprzyjaciela. Zadanie wykonał
bez jednego zadraśnięcia."
Ilość razy, kiedy to Hitler oszukiwał śmierć, zawsze stanowiła zagadkę
dla historyków. Hitler zaprzeczał statystykom tak wiele razy, że aż
trudno uwierzyć, że zawdzięczał to czystemu przypadkowi. Niewiele wiemy
o siłach, które wydają się chronić wybranych ludzi przed
niebezpieczeństwem i śmiercią. Jednak nasi celtyccy i germańscy
przodkowie zawsze uznawali je za coś realnego, a narody azjatyckie i arabskie wciąż je za takie uważają nawet dzisiaj. W każdym bądź razie
takie siły miały chronić Hitlera przez całe jego życie.
W listopadzie 1939 roku zakończył swoją przemowę w Monachium trzy minuty
wcześniej, niż planowano. Po tym, jak zszedł z mównicy, eksplodowała
bomba. Jakby w odpowiedzi na tajemne wezwanie, wyszedł na czas, aby nie
zostać rozniesionym na strzępy.
20 czerwca 1944 roku bomba Clausa von Stauffenberga została umieszczona
tuż przy nogach Hitlera w pokoju odpraw w jego kwaterze głównej.
Człowiek siedzący obok Hitlera poczytał to za nieuprzejmość i przesunął
teczkę dalej. Bez tego prostego gestu Hitler zostałby rozerwany na
kawałki. W rezultacie tego, co nastąpiło, bomba poszarpała tylko jego
mundur.
Hitler ani na moment nie uległ panice. "To brytyjska bomba. Płomień był
żółty", zauważył od niechcenia, zupełnie jakby jego los nie był czymś
wartym szerszej rozprawy.
Historycy często nawiązywali do owego mechanizmu przetrwania Hitlera na
froncie podczas I wojny światowej. W 1916 roku bitwa nad Sommą była
sceną rzezi ponad miliona Europejczyków, w większości Francuzów i Niemców. "Pułk Lista" trwał na pozycjach w ruinach wsi o nazwie La
Barque. Z dziewięciu kurierów, siedmiu zostało właśnie zabitych. Okopy
były zniszczone przez nieprzerwany ogień artylerii, a żołnierze kryli
się tu i ówdzie w lejach po pociskach. Punkt dowodzenia, w którym
przebywało dziesięciu oficerów i dwóch kurierów, ulokowany był w piwnicy
zrównanego z ziemią domu. Nagle pocisk eksplodował u samego wejścia,
wysyłając na tamten świat jedenastu z dwunastu obecnych. Przeżył tylko
Hitler.
Znany angielski dziennikarz Andrew Price przytaczał podobną historię
opowiedzianą mu przez Hitlera: "Wraz z kolegami jedliśmy nasze racje w okopie. Nagle odniosłem wrażenie, że jakiś głos mówi do mnie, 'wstawaj i wynoś się stąd.' Był to rozkaz tak jasny i natarczywy, że usłuchałem go
natychmiast, zupełnie, jakby mówił do mnie przełożony. Poderwałem się na
nogi i odszedłem jakieś dwadzieścia metrów okopem, niosąc swoje jedzenie
w menażce. Następnie usiadłem, uspokoiłem się i dalej jadłem swój
posiłek. Gdy tylko się za to zabrałem, w części okopu, który dopiero co
opuściłem, miała miejsce straszna eksplozja. Jakiś zabłąkany granat
wybuchł dokładnie nad grupką żołnierzy, z którymi siedziałem i zabił ich
wszystkich."
Także John Toland zastanawiał się, jaka to opatrzność czuwała nad
Hitlerem: "Na przestrzeni ostatnich miesięcy unikał śmierci niezliczoną
ilość razy." [Uwaga: tłumaczenie tego ustępu, z angielskiego na
niemiecki i z niemieckiego na angielski, które było dwukrotnie usuwane,
bez wątpienia wygląda na dalekie od autentycznego Tolanda -?Red.]
Nawet Joachim Fest był porażony osobliwą nietykalnością Hitlera: "Odwaga
i opanowanie, z jakim stawał w obliczu najbardziej śmiercionośnego
ognia, czyniła go w oczach towarzyszy broni niezniszczalnym. Powtarzali,
że tak długo, jak Hitler jest z nimi, nic się im nie stanie. Wydaje się,
że wywarło to na Hitlerze głębokie wrażenie i utwierdziło go w przekonaniu, iż ma do spełnienia specjalną misję."
Kapral Hitler nigdy nie przestawał zadziwiać swych towarzyszy. Był
zawsze uprzejmy i pomocny, nigdy nie wpadał w panikę, był zawsze tam,
gdzie szalała śmierć, za każdym razem wychodził bez szwanku i zawsze,
gdy miał chwilę wolnego czasu, coś skrobał na papierze: Hitler pisał
wiersze. I choć prawie siedemset obrazów i rysunków Hitlera zdołało
przetrwać wojenną zawieruchę, jego wierszom już się tak nie
poszczęściło. Większość z nich zniknęła w 1945 wraz z górami innych
rozkradzionych dokumentów. Z dwóch tysięcy ocalało około trzydziestu.
Niektóre trafiły do Archiwum Kongresu Stanów Zjednoczonych. Jeden z wierszy, napisany nocą w okopie w 1915 roku, okazał się proroczy:
Często nocą w zgorzknieniu,
Widzę dąb Wotana w cichej błyskawicy,
Gdy zlewa się w jedno z mistyczną siłą.
Księżyc czarem wypisuje runy.
Splamionych za dnia,
Oczyści magiczna formuła.
I fałszywi od prawdziwych oddzieleni będą,
Gdy nadejdą falangi mieczy.
Jego towarzysze nie mieli pojęcia, iż Hitler pisze wiersze, nie
wspominając o tak głębokiej poezji. Wiersze trzymał w swojej torbie i nigdy nikomu ich nie pokazywał. Kiedy Hitler mówił, wypowiadał się na
takie tematy jak defetyzm i Żydzi, usadowieni w ciepłych gabinetach w Niemczech, sabotujący wysiłek wojenny strajkami i działalnością
wywrotową. Chciał się ich wszystkich pozbyć.
W dniach ponurej i zabójczej okopowej wojny Hitler zabawiał swoich
kolegów szkicami i karykaturami, które potrafił narysować w kilka
sekund. Doceniał wartość humoru w każdej sytuacji i tym samym dawał
żołnierzom odrobinę tak potrzebnej ulgi.
W dniach, kiedy nie był na służbie lub w przerwach między walkami Hitler
malował obrazy zniszczeń, jakie niosła ze sobą wojna, ale także sceny
pełne ciszy i spokoju. Kontrast był uderzający: z jednej strony płonące
drzewa, rozdarte ciała, okopy, które stały się masowymi grobami; a z drugiej sielankowe pejzaże z polami pszenicy, rzekami, zagrodami,
przypominające twórczość Poussina.
Historyk Hitlera Werner Maser tak je opisał:
"Budynki, widziane poziomo, rzucają się w oczy swą fosforyzującą
delikatnością tańczących kolorów. Akwarela zatytułowana "Haubourdin",
która jest datowana na 1916 rok, jest zachwycająca: scena z obcego
kraju, widziana z perspektywy niemieckiego pejzażysty, staje się
doświadczeniem, które jest bliskie, znajome, żywe i pełne poezji. Ma się
wrażenie, że jest się w Norymberdze czy Rothenburgu. Dzieło jest lekkie,
żywe, wzruszające. Wspaniały rysunek "Ardoye en Flandre", pochodzący z lata 1917 roku, jest częścią serii trzech prac, z których dwie pozostałe
nie są datowane ("Dom z białym parkanem" i "Schron w Tonnes"6).
Wszystkie te prace zdradzają wyjątkowy talent i dowodzą znakomitego
postrzegania architektury."
Wielki angielski artysta Edward Gordon Craig wyraża się nie mniej
pochlebnie: "Akwarele Hitlera z okresu I wojny światowej są dziełami o prawdziwej wartości." Dzisiejsi znawcy i kolekcjonerzy, którzy
rywalizują o prace Hitlera, płacąc za nie ogromne sumy, z pewnością
zgadzają się z oceną Craiga.
Koledzy z pierwszej linii byli generalnie zainteresowani wyłącznie
szkicami ich samych, które Hitler rysował dla nich, aby mogli wysłać je
do swoich rodzin w domu. Jednakże znalazł się człowiek, który ukradł
skórzaną teczkę, w której Hitler starannie przechowywał swoje rysunki,
szkice i akwarele. Po latach cała zawartość teczki trafiła do sklepu z osobliwościami w Monachium. Wielbiciel zakupił je i wysłał je Hitlerowi,
który w tym czasie był już kanclerzem Niemiec.
Towarzysze broni Hitlera najbardziej jednak zapamiętali jego wybuchy
improwizowanego oratorstwa. Ludzie zawsze słuchali go, nie roniąc ani
słowa.
To była zapowiedź tego, co miało dopiero nadejść.
Rozdział 3. Lekcje z frontu
Rozdział 3
Lekcje z frontu
Od 1914 do 1919 roku front stał się dla Hitlera
drugim polem badań. Nie jest już, jak w Wiedniu, tylko zwykłym
obserwatorem. Jego los, podobnie jak milionów innych ludzi, rzucony jest
na szalę i podlega tym samym prawom. Z tymi ludźmi musi dzielić nie
tylko trudy walki, ale i każdą minutę codziennego życia czasu wojny.
Hitler, zawsze pruderyjny i poprawny, musi zanurzyć się w tej
gigantycznej mieszaninie, w tym żywym ludzkim wirze. Robi to z ochotą i czuje jedność z ludźmi. Instynktownie wyczuwa, iż jego los jest
powiązany z ich losem.
Żyje w bractwie tych, z którymi dzieli ciężkie doświadczenia,
cierpienie, strach i ciągłą bliskość śmierci. To braterstwo, którego
więzy umacnia każdy mijający dzień wojny, pozwalając rosnąć owemu
poczuciu solidarności, które od czasu Wiednia uważał za pierwszoplanową
konieczność polityczną. Teraz zdaje sobie sprawę z faktu, że ludzie to
gatunek stworzony do pracy zespołowej, zaś walka klasowa jest całkowitym
zaprzeczeniem ludzkiej natury. Widzi przed sobą tych, którzy jeszcze
kilka tygodni temu zostali rzuceni przeciwko sobie przez ich
marksistowskich treserów, zaś teraz wspólnie i zgodnie pracują ramię w ramię.
Rozsądek podpowiada mu, że jeśli przedstawiciele różnych klas
społecznych mogą być w tak naturalny sposób zjednoczeni w momencie gdy
stoją wobec poświęcenia na froncie wojny, z pewnością mogliby zostać
połączeni ideą wspólnej pracy i ratowania narodu.
Zauważa także, iż praca umysłowa i fizyczna same w sobie są niekompletne
i nigdy nie mogą być rozdzielane. Pracownikiem fizycznym musi kierować
idea w takim samym stopniu, w jakim pracownik umysłowy musi polegać na
fizycznej sile, aby być w stanie cokolwiek osiągnąć. To jest właśnie
istota sprawy i sedno ogromnego problemu społecznego, który, według
obserwacji Hitlera, znajduje rozwiązanie w warunkach frontowych. To
odkrycie odciśnie na nim piętno na zawsze. Czuje się częścią ludu i rozumie jego wielki potencjał.
Jeśli ludzie są w stanie zjednoczyć się w okopach, dlaczego wobec tego
mieliby być podzieleni w życiu cywilnym? Hitler ma już na to odpowiedź.
Brak jedności i niezgoda są owocami sztucznych machinacji społecznych
pasożytów, a wszystko dzieje się ze szkodą dla większości społeczeństwa.
Konkluzja ta sprowadzała się do założenia, iż cała tak zwana walka
społeczna -?pracodawcy przeciwko zatrudnionym, pokolenie przeciwko
pokoleniu, płeć przeciwko płci -?jest wywoływana przez skorumpowanych i chciwych manipulatorów skoncentrowanych wyłącznie na zniewoleniu ludu.
Każdy rodzaj walki klasowej kłóci się z samą istotą ludzkości i stoi w sprzeczności zarówno z prawami jednostki, jak i społeczności. Żadne
społeczeństwo nie może istnieć bez jedności i współpracy jego członków.
Hitler dochodzi także do wniosku, że walka klasowa nigdy jeszcze nie
przyniosła korzyści żadnej ze stron, zmanipulowanych do uczestnictwa w tego typu konfliktach. Efektem takiej walki zawsze była całkowita
przegrana całego kraju, społeczności, jednostek i nawet samych
manipulatorów, którzy nieuchronnie lądowali na pozycji władców
rządzących społeczeństwem w gruzach.
Wiara Hitlera w powszechną suwerenność, jedność i braterstwo zrodziła
się na froncie. Jest demokratą w najczystszym rozumieniu tego słowa.
Hitler powiedział mi, że na froncie nauczył się więcej, niż gdyby
studiował na uniwersytetach przez pięćdziesiąt lat. Pole bitwy jest
fontanną wiedzy niemającą sobie równych. Dla Hitlera, poznanie i zrozumienie istot ludzkich musiało poprzedzać wszelką inną wiedzę. Tylko
w ten sposób wiedza naukowa w naturalny sposób posuwałaby się ścieżką
wytyczoną przez ludzką psychologię.
Jeśli Hitler w późniejszym okresie uzyskał tak przytłaczające poparcie
narodu, było to wyłącznie zasługą znajomości każdego zakamarka ludzkiej
psychologii, wyniesioną z frontu.
Przymioty, które zapracowały na zdobycie szacunku towarzyszy broni,
pozostały niezmiennie takie same, kiedy później zwracał się do
milionowych tłumów. On i jego słuchacze byli jednością. Nigdy nie musiał
uciekać się do bombastycznego i pustego politycznego żargonu. Każde jego
słowo trafiało do serca. W niekłamany sposób mówił w imieniu ludu.
Front dał Hitlerowi także coś, co w okresie walki o władzę i później,
kiedy został kanclerzem, stało się jego najważniejszą siłą: poczucie
władzy. Nie można osiągnąć niczego wielkiego bez przywódcy o silnym
charakterze, zdolnego do myślenia, motywowania i brania
odpowiedzialności. Bez silnego mechanizmu władzy nie utrzymałby się
żaden okop, zaś bez stabilnego i trwałego systemu dowodzenia żadne
dalekosiężne plany, czy to ofensywne, czy defensywne, nigdy nie wyszłyby
poza sferę wyobrażeń. Ten, który dowodzi i ci, którzy słuchają rozkazów
muszą stanowić jedną siłę. Decyzje zawsze powinny pozostawać w gestii
tego, któremu powierzono zwierzchnictwo, odpowiedzialność i dano czas na
realizację zamierzeń. Władza, odpowiedzialność, ciągłość. To były nauki,
wyniesione przez Hitlera z frontu i to one stały się podstawą nowego
porządku społecznego, który miał ustanowić.
Życie obywatelskie, porządek publiczny, sprawiedliwość społeczna i zjednoczenie klas -?wszystko to miało podlegać tym samym regułom.
Najlepszy z najlepszych musi planować, kierować i z pełnym przekonaniem
inspirować, za powszechną zgodą, działania zmierzające do
urzeczywistnienia jego planów. To rodzaj świętej umowy, bez której żadne
społeczeństwo nie może długo istnieć. Społeczność oparta na takich
zasadach będzie kwitnąć i przetrwa każde grożące jej niebezpieczeństwo.
Gdy miliony swobodnie oddają swe serca i umysły temu, kto jest ich
ucieleśnieniem, mówimy o demokracji doskonałej, nie o mierności.
Joachim Fest potwierdza fakt zdobycia przez Hitlera owej wiedzy w czasie
pobytu na froncie: "Wojna była kluczowym czynnikiem w okresie
kształtowania się poglądów Hitlera. Było to doświadczenie z gatunku
czysto metafizycznych, które w pełni zaakceptował."
Bardziej niż wykłady w akademiach sztabu, wojna nauczyła także Hitlera
wielkich zasad taktyki. Widział ludzki strach i dostrzegał, jak można go
przezwyciężyć siłą własnej woli. To rodzaj moralnej, a nie fizycznej
odwagi. To siła ludzkiego charakteru nadaje wartośc istocie ludzkiej. Na
froncie Hitler setki razy widział skutki paniki: na sam widok
wyłaniającego się czołgu lub nawet odległego odgłosu silnika, żołnierzy
ogarniał strach, który sprawiał, że byli gotowi rzucić swą broń i uciec.
Widział też, że w takich krytycznych momentach prawdziwy przywódca mógł
zapobiec panice, jeśli potrafił w oka mgnieniu przekonać swych ludzi, że
paniczna rejterada o ćwierć mili do tyłu będzie oznaczać pewną śmierć -
nieprzyjacielskie czołgi w minutę dopadną cofających się, gdy ci będą
bezbronni.
Minęło dużo czasu od zakończenia I wojny światowej i niektórzy
panikujący generałowie Wehrmachtu proponowali w grudniu 1941 roku
wycofanie się od bram Moskwy, gdy temperatury spadły do trzydziestu i czterdziestu stopni poniżej zera. A cóż by znaleźli trzysta kilometrów
na zachód? Takie same zimno! I to bez zapasowych pozycji obronnych, bez
czołgów i artylerii, które trzeba by było porzucić w lodzie i śniegach
jeszcze przed rozpoczęciem wycofywania się. Odwrót często równa się
samobójstwu.
Szkoła I wojny światowej nauczyła Hitlera, iż zwycięzcą, w boju czy w walce politycznej, jest ten, kto przejmuje inicjatywę, kto wyznaczył
sobie cele, opracował własną taktykę i trzyma się swych planów, podczas
gdy ten, którego atakują, uderzając w jego najsłabszy punkt, bywa
zaskoczony i zdany na łaskę zwycięzcy.
Innym ważkim odkryciem, wyniesionym z frontowej szkoły, była dla Hitlera
rola propagandy.
Od 1914 do 1918 roku niemiecka propaganda była żałośnie nieskuteczna.
Natomiast alianci okazali się mistrzami w posługiwaniu się tą nową
bronią. Niewykluczone, że to właśnie propaganda bardziej przyczyniła się
do ich zwycięstwa niż nowe czołgi i miliony twardych chłopaków, którzy
nadciągnęli z odległej Ameryki w 1918 roku.
Antyniemiecka propaganda była prowadzona w sposób ciągły, nieustępliwy,
zaś stopień nafaszerowania jej złą wiarą osiągnął niemal apokaliptyczne
rozmiary.
Niemcy ledwie zdążyli przekroczyć granicę belgijską, gdy zaczęto
rozprzestrzeniać legendę o zdziczałych żołnierzach Kaisera, odcinających
ręce belgijskim dzieciom. Było to wierutne kłamstwo. Przez całe cztery
lata wojny ani jedno dziecko, belgijskie czy inne, nie zostało
okaleczone przez niemieckiego żołnierza. Delikatnie mówiąc, to zaiste
trudne do pojęcia, iż tak fantastyczne łgarstwo mogło się odbić tak
szerokim echem w najdalszych zakątkach globu, kiedy nie było
najmniejszego dowodu na jego istnienie.
Z jakimiż to okrzykami oburzenia powinny przybiec ofiary, kiedy po
wojnie Niemcy leżały powalone i pokonane, jeśli w ogóle takowe ofiary by
się znalazły? Żadna z nich nigdy się nie pojawiła i Brytyjczycy po cichu
uśpili całą historię -?bez, oczywiście, wygłaszania przeprosin za swe
monstrualne kłamstwo.
Przez całe cztery lata karmiono cały świat legendą "odciętych rąk" oraz
opowieściami o niemowlętach nadziewanych na bagnety i siostrach
Czerwonego Krzyża rozstrzeliwanych przez plutony egzekucyjne. Te wymysły
okazały się potężnym narzędziem służącym do rozbudzenia nienawiści do
Niemiec i do wszystkiego, co niemieckie.
Inną formą wojny psychologicznej było przerzucanie do niemieckich okopów
"wiadomości z domu". W owych "wieściach" opisywano nędzę, jaka spadła na
Niemcy, głodujących ludzi, dzieci z braku ubranek zawinięte w papier
pakowy, niedostatek trumien, których produkcji zaprzestano z braku
drewna itp. Ciągłe powtarzanie tych nieprawdziwych informacji o sytuacji
w ojczyźnie miało konkretny wpływ na wielu wycieńczonych żołnierzy. Tego
typu propaganda była w owym czasie czymś nowym i z pewnością zaskoczyła
nieprzygotowanych na nią Niemców.
Hitler opowiadał mi, jak bardzo był zszokowany czytając te ulotki. Bez
przerwy zadawał sobie pytanie: "Gdzie jest nasza własna propaganda lub
chociaż kontrpropaganda?" Materiału z pewnością nie brakowało.
Niemieckie lotnictwo mogło przecież zrzucać na alianckie pozycje ulotki
z prawdziwymi opisami, jak to pyszałkowaci generałowie poświęcają nad
Sommą, w Artois i pod Chemin des Dames ponad milion młodych ludzi tylko
po to, aby zdobyć i następnie utracić kilkaset metrów terenu, jak to na
ziemi niczyjej gniją trupy ich towarzyszy broni, pożerane przez tysiące
szczurów, jak to wysyła się na śmierć żołnierzy, pojąc ich uprzednio
alkoholem, jak wielkie pociski Grubej Berty lądują w środku Paryża i wreszcie, jak to w domu generałowie i politycy skaczą sobie do gardeł.
Jakie mogłyby być reperkusje rozprzestrzenienia prawdziwych informacji o tym, że Rosja, główny sojusznik aliantów, wije się w agonii krwawej
rewolucji, a Sankt Petersburg zajęli komuniści, co oznacza, iż
ściągnięte stamtąd niemieckie dywizje pojawią się na froncie zachodnim i będą przewyższać liczebnie siły koalicjantów? Istniało mnóstwo materiału
o niszczycielskim potencjale, do którego można było sięgnąć, nie
uciekając się, w przeciwieństwie do brytyjskiej propagandy, do
najmniejszego kłamstwa.
Niemcy Wilhelma II były całkowicie nieświadome wartości propagandy i prowadziły wojnę wyłącznie przy użyciu dział i karabinów. Jeśli Niemcy
przegrały I wojnę światową to w dużej części z powodu nieużywania
najpotężniejszej artylerii, czyli propagandy. To była kolejna lekcja,
której Hitler nigdy nie zapomni.
Wybuchy oburzenia Hitlera zawsze gromadziły w okopach wierną publikę.
"Towarzysze broni Hitlera", napisał John Toland, "byli porażeni jego
elokwencją i uwielbiali go słuchać."
Jego koledzy nazywali go pieszczotliwie "Ali" i generalnie zgadzali się
co do opinii, iż "Hitler żyje w innym świecie, ale jest pod każdym
względem dobrym człowiekiem", jak to określił jeden z żołnierzy.
Hitler perorował o samolubstwie burżuazji, bałaganiarskiej władzy
cesarskiej, miernocie urzędników. Ale koledzy pamiętają też pewną
proroczą wypowiedź, którą pewnego razu dane im było usłyszeć: "Któregoś
dnia o mnie usłyszycie. Ja po prostu czekam, aż nadejdzie mój czas."
Jackl Weiss, towarzysz broni Hitlera, opowiadał mi później: "Mówiliśmy
sobie, że młody Hitler może zostać posłem do bawarskiego Landtagu, ale
nikt nigdy nie przypuszczał, że któregoś dnia zostanie kanclerzem
Rzeszy."
W opinii oficerów, którzy byli jego dowódcami, Hitler był wyróżniającym
się żołnierzem. Dlaczego zatem przez cztery lata wybitnej służby nie
zrobiono z niego oficera? Został awansowany na kaprala w grudniu 1914
roku i 11 listopada 1918 roku wciąż był kapralem. Dlaczego? To ten sam
człowiek, który okaże się największym geniuszem wojskowym XX wieku, to
ten, który między 1939 i 1942 rokiem wyśle swe armie na podbój Europy od
Oslo do Moskwy, od Amsterdamu do Aten, od Paryża do Kaukazu.
A jednak Hitler, mimo swej wiecznej odwagi i czterdziestu pochwał za
udział w walkach, pozostanie przez całą wojnę tylko jednym z czterystu
tysięcy kaprali.
W stylu wiedeńskich profesorów, którzy nie pozwolili Hitlerowi wstąpić
do akademii sztuk pięknych, oficerowie utrzymali go poza kastą
oficerską. Oficjalny powód: brak cech przywódczych.
Grafolog, któremu w 1915 roku przedłożono list Hitlera celem zbadania,
niemający najmniejszego pojęcia, kto jest jego autorem, dokonał
następującej analizy:
"Autor listu obdarzony jest wielką inteligencją i godną uwagi zdolnością
przyswajania wiedzy, jak również umiejętnością adaptowania się do każdej
sytuacji. Reprezentuje prawdziwą moc."
Jednakże bezpośredni przełożony Hitlera, porucznik Wiedemann,
natychmiast skreślił go krótkim werdyktem: "Nie posiada zdolności do
dowodzenia innymi."
Czy możliwe jest, że podobnie jak w Wiedniu, wygodnie usadowione
biurokratyczne miernoty wyczuwały talent Hitlera i z tego powodu
próbowały go odtrącić? Talent i inteligencja zawsze były koszmarem dla
oportunistycznych etatowych urzędasów każdego rodzaju. Iluż to
prawdziwych geniuszy było dławionych przez podobne miernoty?
Hitler ze swojej strony nie zareagował na niesprawiedliwą ocenę.
Kolekcjonowanie naszywek na rękawie nie wzbudzało jego zainteresowania.
Uwielbiał swoją niebezpieczną rolę kuriera i miał inne rzeczy w głowie.
Na podobną żałosną małostkowość i tak nie będzie miejsca w programie,
jaki planował dla Niemiec.
Pod koniec 1916 roku Hitler został ranny odłamkiem szrapnela i był
leczony w szpitalu Beelitz pod Berlinem. Dwa lata później, gdy ucierpiał
w ataku gazowym i kiedy przyznano mu Krzyż Żelazny I klasy, wysłano go,
wbrew jego woli, na leczenie do Niemiec. Z obu tych krótkich wizyt w ojczyźnie wracał na front przerażony i rozgoryczony.
Życie w Niemczech lat 1916-1918 dalekie było od komfortowego.
Występowały poważne niedobory żywności i wszystko było racjonowane.
Jednak w porównaniu z żołnierzami, patrzącymi przez okrągłą dobę śmierci
w oczy i uzupełniającymi swoje głodowe racje szczurami pochwyconymi w okopach, ludzie w kraju mogli przynajmniej udać się do własnego domu i spać spokojnie; nic nie rozrywało nikogo na kawałki i nikogo czołgi nie
wgniatały w drut kolczasty. A jednak to właśnie owe stosunkowo
uprzywilejowane życie w domu sprowadzi na Niemcy klęskę.
Marksistowscy finansiści postrzegali wojnę jako ogromną szansę. W czasie, gdy miliony patriotycznie nastawionych Niemców walczyło na
frontach, komuniści będą opanowywać Niemcy za pomocą swych najemnych
band agitatorów. Ponieważ ogół społeczeństwa przejawiał głęboki
patriotyzm, początkowo ich działalność wywrotowa była prowadzona z dużą
ostrożnością i koncentrowała się na udawanej trosce o los ciężko
doświadczonych obywateli. W następnej kolejności agitatorzy byli
wysyłani do fabryk, gdzie mieli nakłaniać robotników do podjęcia
strajków. Tym samym komuniści powtarzali metody, które w październiku
1917 roku zapoczątkowały w Piotrogrodzie rozpad rosyjskiej machiny
wojennej. Pomimo rozpętania tego szczodrze finansowanego i zakrojonego
na szeroką skalę sabotażu, Niemcy zdołały się oprzeć naciskom, za
wyjątkiem Berlina, gdzie istniała największa koncentracja obcych
marksistowskich agitatorów. 28 stycznia 1918 roku nakłoniono do strajku
czterysta tysięcy robotników, którzy na tydzień wstrzymali pracę w ważnych zakładach produkujących amunicję.
To właśnie wtedy żołnierze heroicznie walczący na froncie zorientowali
się, że sabotażyści wbijają im nóż w plecy.
Wewnętrzny sabotaż w kraju zbiegł się z niemieckimi sukcesami
militarnymi za granicą. Rosja była wyłączona z wojny dzięki
marksistowskiej dywersji. Ci sami komuniści, którzy rozłożyli armię
rosyjską byli bezsilni wobec niemieckiej. Musieli kapitulować,
podpisując 3 marca 1918 roku traktat w Brześciu Litewskim. Niemieckie
zwycięstwa stworzyły na wschodzie zupełnie nowy świat. W Finlandii, w krajach nadbałtyckich, na Białorusi, Ukrainie i na Krymie pojawiły się
rządy przyjazne Niemcom, stojące w całkowitej opozycji do komunizmu.
Bogactwo i potencjał wschodu otworzyły swe podwoje dla niemieckiego
rozwoju. Niemcy, nawiązując stosunki dyplomatyczne ze zmniejszoną o połowę Rosją, zabezpieczyły swoją przyszłość.
Generał Ludendorff pośpiesznie przerzucał setki tysięcy żołnierzy na
front zachodni, aby zgnieść aliantów. Niemcy nigdy nie były bliższe
zwycięstwa, niż na wiosnę 1918 roku.
I to był dokładnie moment, w którym sponsorzy komunizmu zintensyfikowali
swoje wysiłki, koncentrując się na kampanii wywrotowej wewnątrz Niemiec.
Zmęczona i pełna niepokoju ludność cywilna była łatwym łupem dla
profesjonalnych dywersantów w rodzaju Liebknechtów, Luxemburgów i Eisnerów. Wszyscy byli Żydami, podobnie, jak ich mocodawcy z Nowego
Jorku i Moskwy. Dla niemieckiego społeczeństwa z roku 1918 ta inwazja
bezwzględnych obcych wywrotowców, zmierzających do zniszczenia kraju od
wewnątrz, była zupełnie nowym wyzwaniem, wobec którego dobroduszni i naiwni Niemcy byli bezbronni.
Hitler już wcześniej uznał zorganizowane żydostwo za śmiertelne
niebezpieczeństwo dla każdego kraju, kiedy to miał okazję być świadkiem
chciwości i bezwzględności, jakie towarzyszyły żydowskiemu zalewowi
Wiednia. Kiedy przebywał w szpitalu pod Berlinem, był także świadkiem
działań żydowskich agitatorów, którzy usiłowali demoralizować leczących
się żołnierzy, instruując ich, jak symulować choroby, aby wykręcić się
od służby na froncie. Za pomocą defetystycznej propagandy w podobny
sposób demoralizowano nowych rekrutów.
Hitler zauważył także, jak wielu młodych i zdrowych Żydów wygodnie
dekuje się na zapleczu wojny, jednocześnie udzielając wsparcia
komunistycznym żydowskim agitatorom. Jego oburzeniu zdawał się wtórować
sam Ludendorff, gdy mówił: "Jest absolutną koniecznością, abyśmy podjęli
bardziej zdecydowane działania mające na celu powoływanie pod broń
młodych Żydów, których do tej pory pozostawiono w zbyt błogim spokoju."
Ludendorff miał rację, jako że proporcjonalnie na frontach zginęło dwa
razy więcej Niemców niż Żydów.
Sprzeciw Hitlera budził także widok Żydów dorabiających się fortun na
operacjach czarnorynkowych i rozmaitych wojennych spekulacjach. W czasie, gdy na frontach lała się niemiecka krew, Żydzi bogacili się w domu i niszczyli kraj działaniami komunistycznych terrorystów. Hitler
był tak wściekły, że z trudem mówił, wyduszając z siebie tylko: "Właśnie
teraz robią wszystko, abyśmy przegrali wojnę; wbijają nam nóż w plecy."
Owe wrażenie podzielało wielu innych Niemców, którzy byli świadkami tego
samego, co obserwował Hitler. Opinię tę podzielało także wielu ludzi z zagranicy, w tym brytyjski generał Sir Frederick Maurice, który
wypowiedział się praktycznie w takim samym duchu w artykule dla "Daily
News", napisanym po 1918 roku. Francuski historyk Raymond Cartier,
odnosząc się do tego, jak odbierano owe działania w Niemczech, napisał,
że "Hindenburg, Otto Dibelius, wiodąca postać kościoła ewangelickiego,
kardynał Faulhaber z Monachium -?wszyscy zgadzali się w swej opinii, że
Niemcom wbito nóż w plecy." Ów cios, lub "Dolchstoss", jak mówiono w Niemczech, miał także związek z brytyjskimi i żydowskimi zabiegami,
zmierzającymi do popchnięcia Stanów Zjednoczonych do wojny. Oburzenie
Hitlera i jego wołanie o sprawiedliwość i pomszczenie "rzeki niemieckiej
krwi" opisuje też John Toland.
W ciągu pierwszych siedmiu miesięcy 1918 roku, pomimo sabotażu na
froncie wewnętrznym, Niemcy były o krok od zwycięstwa w wojnie.
Marszałek Foch, głównodowodzący siłami alianckimi, przyznał w dniu 15
lipca 1918 roku: "Jeśli Reims padnie, przegraliśmy wojnę." Reims był
faktycznie ostatnim punktem alianckiego oporu. Ponieważ Niemcy były tak
bliskie zwycięstwa, poczuły na sobie pełną moc żydowskiego sabotażu i interwencji milionów amerykańskich żołnierzy, stających po stronie
aliantów. Chociaż stosunek sił uległ zmianie, niemieccy żołnierze nadal
walczyli z niebywałą odwagą i uporem, sprawiając, iż wznowione ataki
aliantów utknęły w martwym punkcie. Raymond Cartier uczciwie przyznał:
"W żadnym miejscu front niemiecki nie został przerwany. Alianci wszędzie
spotkali się z zaciekłym oporem. Kapitan von Helldorf, wyznaczony na
tłumacza do rozmów w Spa dotyczących zawieszenia broni, potrzebował
czterdziestu ośmiu godzin na przekroczenie linii frontu, gdyż niemiecka
piechota nie chciała wstrzymać ognia. Dopiero stuprocentowy dowód na
podpisanie zawieszenia broni zdołał przekonać żołnierzy do zaprzestania
ostrzału, choć i tak wciąż byli pełni niedowierzania."
Hitler nie zobaczy tych ostatnich kilku tygodni wojny ze swojego okopu.
Dosłownie miesiąc wcześniej, w nocy 13 października 1918 roku,
Brytyjczycy wystrzelili tysiące pocisków z gazem musztardowym na pozycje
pułku Hitlera pod Werwick, w pobliżu Ypres we Flandrii. O świcie,
czterystu oślepionych ludzi, których oczy palił ból niczym od
rozżarzonych węgli, błąkało się po okolicy z wyciągniętymi przed siebie
rękami. Hitler był jednym z nich.
Przetransportowano go do szpitala w Pasewalk na Pomorzu, gdzie
orzeczono, iż stracił wzrok. Ostatecznie zdołał się wykurować, ale i tak
znaleźli się ludzie, którzy usiłowali wykorzystać tragiczny fakt
zranienia przeciwko niemu. Niejaki generał von Bredow, zżerany przez
nienawiść do Hitlera, oświadczył później, używając pseudomedycznego
żargonu, iż Hitler "cierpiał na histerię ślepoty." Ów nonsens został
następnie podchwycony przez niemieckich "ekspertów" narodowości
żydowskiej, na których ocenie polegał amerykański wywiad, kształtując
politykę Stanów Zjednoczonych. W Archiwum Narodowym w Waszyngtonie można
znaleźć "raport medyczny" autorstwa żydowskiego lekarza nazwiskiem
Kroner, stwierdzający, iż "psychopatia" oślepionego Hitlera stanowi
"upośledzenie umysłowe, najczęściej uwarunkowane dziedzicznie i w szczególności objawiające się słabością charakteru".
Inny żydowski lekarz, Rudolph Binion z Uniwersytetu Brandeis, nie chcąc
pozostać w tyle, pochwalił się tasiemcowatą opinią w iście freudowskim
stylu, w której źródeł oślepienia Hitlera gazem musztardowym doszukał
się w zapachu jodyny, obecnego ćwierć wieku wcześniej w pokoju, w którym
umierała jego matka. Według niego, owa jodyna wezbrała w jego pamięci i doprowadziła go do szaleństwa!
"Ów gaz musztardowy", napisał Binion, "był atomizowaną cieczą paląca
skórę w taki sam sposób, w jaki robi to jodoform. Hitlerowi ów trujący
gaz kojarzył się z zapachem jodoformu, który pamiętał z okresu śmierci
matki. Gdy był hospitalizowany w Pasewalk musiał być nieprzytomny i później wymagał kuracji psychiatrycznej."
Nie jest zatem zaskakującym fakt, ze rząd Stanów Zjednoczonych, karmiony
takimi danymi wywiadowczymi, uchodził w oczach brytyjskich i żydowskich
podżegaczy wojennych za naiwniaka, którego można zmanipulować do
przystąpienia do dwóch kolejnych wojen światowych.
Świat musiał zaczekać do 1973 roku, kiedy to niemiecki historyk Werner
Maser ostatecznie obalił te absurdy w swojej książce "Notatki i listy
Hitlera":
"Twierdzenie pozbawione jest jakichkolwiek podstaw. Dokumenty, których
nie można podważyć, świadczą o tym, iż okresowa utrata wzroku u Hitlera
była spowodowana zatruciem gazem musztardowym."
9 listopada 1918 roku do szpitala w Pasewalk wtargnęło trzech młodych
Żydów, triumfalnie obwieszczając, iż oto upadają Niemcy Wilhelma II.
Hitler usłyszał okrzyki, które wywołały u niego prawdziwe katusze. Wciąż
oślepiony, odnalazł drogę do łózka, gdzie nakrywszy głowę kocem szlochał
całymi godzinami. Jego kraj, jego ojczyzna leżała powalona i zniszczona,
być może na zawsze.
Wszystko, co przez te lata przepełniało jego duszę i umysł i co do
tamtej pory znajdowało ujście tylko w jego tyradach wygłaszanych w okopach, teraz raz jeszcze wezbrało w jego sercu. Nie mógł dłużej
pozostać obojętny. Walka musiała być kontynuowana w jedyny możliwy
obecnie sposób: odtąd zamiast w okopach, będzie ją toczyć na ulicach.
"Wszystko albo nic", poprzysiągł sobie. "Zdecydowałem, że zostanę
politykiem."
"Tamtej nocy", napisał John Toland, "w odludnym oddziale szpitala w Pasewalk narodziła się największą siła XX wieku."
Rozdział 4. Fiasko
Rozdział 4
Fiasko
Hitler być może będzie kiedyś "największą siłą
XX wieku", ale na razie był niczym i zdawał sobie z tego sprawę. "Z nieznanym nazwiskiem miałem bardzo małe widoki na prowadzenie
jakiejkolwiek pożytecznej działalności." Jak to ujął Joachim Fest: "Nikt
nie miał równie znikomych środków, ani podobnie niepozornego startu."
Hitler czuł się bardziej samotnie niż kiedykolwiek przedtem. Bardziej
niż w Wiedniu, gdyż nie sformułował jeszcze swojego planu politycznego.
21 listopada 1918, powoli odzyskując wzrok, opuścił szpital i udał się
do swoich koszar w Monachium.
Samotny i pozbawiany przyjaciół, jakie miał widoki na zbawienie Niemiec?
Na tym etapie z pewnością żadnych. Nie był nawet Niemcem.
Zresztą, jaki program polityczny można zaproponować Niemcom, którzy po
prostu walczyli, aby tylko przetrwać jeszcze jeden dzień? Ludzie
umierali z głodu, a miliony weteranów wojny było pozbawionych pracy.
Nie jest żadnym zaskoczeniem, że osoby odpowiedzialne za głód i bezrobocie wykorzystywały teraz zaistniałą sytuację. 10 listopada 1918
roku w Berlinie proklamowano dwie różne republiki. Na czele jednej stał
burżuazyjny socjalista nazwiskiem Scheidemann, na czele drugiej Żyd i komunista Liebknecht, który ponadto kierował szturmowymi oddziałami
komunistów, znanymi pod nazwą "Związku Spartakusa." Tego samego
listopadowego dnia spartakusowcy zaatakowali powracających z frontu
oficerów, raniąc wielu z nich, zrywając im epolety i odznaczenia. Był to
triumf rewolucji.
Wszystkie stare filary władzy cesarskich Niemiec, które mogły jeszcze
ratować sytuację, były ogarnięte paniką. W popłochu ewakuowano
Reichstag. Konserwatysta Stresemann, ogarnięty strachem, zamknął się w swoim biurze. Potrzebna była interwencja ekonomisty Schachta, który
namówił Stresemanna do wyjścia i dołączenia do rewolucji.: "Wszystko
rozgrywa się na lewicy, więc musimy grać po lewej stronie. Utwórzmy
zatem lewicową partię burżuazyjną." Stresemann pojął sugestię i, wraz z innymi burżuazyjnymi oportunistami, sformował Niemiecką Partię
Demokratyczną (DDP). Ten sam Schacht i ta sama partia równie szybko
przeskoczą na stronę Hitlera, kiedy narodowi socjaliści dojdą do władzy
w 1933 roku.
Od listopada 1918 roku do lutego 1919 roku Niemcy będą terroryzowani
przez komunistycznych zbirów. Bezsilny Hitler był świadkiem plądrowania
Monachium przez oprawców żydowskiego komunistycznego bossa Eisnera.
W Berlinie w ciągu dwóch miesięcy komuniści zmasakrowali ponad dziesięć
tysięcy ludzi. Jak Niemcy długie i szerokie, komuniści prowadzeni przez
żydowskich fanatyków szaleli na ulicach.
Ostatecznie ratunek przyszedł ze strony Gustawa Noske, z zawodu drwala i socjalisty z przekonania, który jednocześnie był w głębi serca patriotą.
Samodzielnie zgromadził niewielką liczbę naprędce uzbrojonych ochotników
i wystąpił przeciwko komunistom na ulicach Berlina. Patrioci walczyli z przeważającymi liczebnie siłami marksistów z prawdziwą furią. Zakrawa to
na cud, ale odbili Berlin. Ciała tysięcy komunistycznych zbirów zasłały
ulice. Wśród nich byli żydowscy przywódcy Liebknecht i Luxemburg.
Niestety, Noske nie mógł być naraz we wszystkich miejscach i marksiści
dalej siali spustoszenie w innych częściach Niemiec. W Bremie,
Oldenburgu, Brunszwiku, Hamburgu, w Saksonii i Zagłębiu Ruhry szalał
terror. Ale to w Monachium przemoc sięgnęła szczytu. Właśnie tam, brudny
i zarośnięty marksistowski szaleniec usadowił się w pałacu króla
Bawarii, który uciekł w panice. Kurt Eisner, ogłosiwszy się dyktatorem
Bawarii, nakazał masakrowanie Bawarczyków. Przy okazji spreparował także
zestaw dokumentów "dowodzących winy Niemiec za wywołanie I wojny
światowej" i przesłał go do Wersalu.
Eisner wypowiedział także wojnę Wirtembergii i Szwajcarii. Wreszcie, po
miesiącach krwawego chaosu, młody dwudziestodwuletni bawarski oficer,
ryzykując życiem, zastrzelił tyrana. Bawarczycy ogłosili go bohaterem,
ale chwila oddechu nie trwała długo. Lenin bezzwłocznie wysłał trzech
innych żydowskich watażków, aby zastąpili zabitego Eisnera.
Levien, Leviné i Axelrod. To oni będą "trojką" Bawarskiej Republiki Rad.
Od Lenina i Trockiego napłynęły następujące rozkazy: "Potroić płace,
przenieść robotników do bogatych dzielnic, odebrać kartki na żywność
wszystkim, którzy nie są robotnikami."
"Robotnicy", o których mowa, nie są robotnikami, ale ulicznymi zbirami
rekrutowanymi przez żydowskich komisarzy. Tym samym to Levien, Leviné i Axelrod decydują, kto jest robotnikiem, a kto nim nie jest. Nastąpiły
pogromy "wykształconych", których zaszeregowano jako "burżuazję". 29
kwietnia 1919 roku hrabina Westcarp i książę von Thurn und Taxis wraz z dwudziestką innych "przestępców klasowych" zostali zapędzeni do koszar
wojskowych i rozstrzelani. Szef Czeki, Latsis, poinstruował Leviena,
Leviné'a i Axelroda: "Eliminujemy burżuazję, jako klasę społeczną. Nie
musicie udowadniać, że ktoś działał przeciwko Związkowi Radzieckiemu.
Zapytajcie podejrzanego, do jakiej klasy należy, jakie jest jego
pochodzenie, wykształcenie i zawód. Odpowiedzi określą jego los."
Zgodnie z notatką ministerialną, nawet dzieci burżujów miały być
pozbawione kartek na mleko. Tak więc, gdy "nie-robotnicy", uznani za
takowych przez Czekę, są masakrowani i głodzeni na śmierć, Levien,
Leviné i Axelrod oddają się orgiom i nieustannemu obżarstwu w monachijskim pałacu królewskim. Francuski historyk André Brissaud opisze
później te sceny: "W czasie, gdy niepowstrzymanie szerzy się nędza i głód, areszty i zbiorowe egzekucje są na porządku dziennym. W międzyczasie rosyjskie trio instaluje się w pałacu królewskim, gdzie
szampan nie przestaje się lać strumieniami i orgie z udziałem
'więźniarek' trwają do białego świtu." Liberalny historyk Cartier
ubolewa: "Godnym pożałowania, ale i niepodważalnym faktem jest, iż
osobnicy, którzy pogrążyli Niemcy i Bawarię w chaosie, byli w ogromnej
większości Żydami."
Inny francuski historyk, Benoist-Méchin, pisze z kolei: "Tłumy
wymachujące czerwonymi sztandarami idą na wojnę z rządem w imię walki
klas. Próbują zdławić ostatnie patriotyczne instynkty. Jednak owe tłumy
nie działają spontanicznie. Prowadzone są przez legion bojowników i agitatorów. Kimże są ci agitatorzy? W Berlinie to Landsberg i Haase,
Liebknecht i Róża Luksemburg; w Monachium to Kurt Eisner, Lipp i Landauer, Toier, Leviné i Levien; w Zagłębiu Ruhry to Markus i Levinson;
w Magdeburgu Brandeis; w Dreźnie Lipinsky, Geyer i Fleissner; w Bremerhaven i w Kolonii to Grünewald i Kohn; w Palatynacie Lilienthal i Heine, na Łotwie Ulamanis. Wszyscy ci ludzie byli Żydami."
Dwaj inni Żydzi, Hirsch i Heine, rządzą Prusami, zaś trzech innych Żydów
z Reichstagu, Gothein, Kohn i Zinsheimer, podejmuje działanie w celu
postawienia przed sądem marszałka Hindenburga. Walther Rathenau, kolejny
Żyd, jest ministrem spraw zagranicznych Niemiec. Benoist-Méchin dodaje:
"Listę można ciągnąc w nieskończoność. Jak można nie dostrzec w tym
prawdziwego spisku?"
W tym samym czasie na Węgrzech, Béla Kun, Żyd pochodzący z centralnej
Europy, powołuje do życia kolejną sowiecką republikę. Dwudziestu pięciu
z trzydziestu dwóch jego ministrów jest Żydami.
Trzeci francuski historyk, Pierre Soisson, jest nie mniej wymowny w swej
wypowiedzi: "Trzeba zauważyć, że wielka liczba rewolucjonistów skrajnej
lewicy jest Żydami. Między innymi ten właśnie fakt ciężko zaważy na
losie mniejszości żydowskiej w Niemczech w okresie międzywojennym. Wielu
Niemcom Żydzi będą się kojarzyć z czerwonym terrorem, destrukcją i anarchią. Szeroko stosowany będzie termin "żydo-bolszewik" i można
bezpiecznie założyć, że jego źródłem jest pamięć o Liebknechtach,
Luxemburgach, Zetkinach i innych."
Niektórych ludzi drażnią te fakty. Wprawiają też w zakłopotanie wielu
Niemców, od 1945 roku bezustannie oskarżanych o eksterminację Żydów.
Jednakże pamięć o wydarzeniach z lat 1918-1919 nie może być ignorowana,
jeśli faktycznie pragniemy obiektywnie ocenić korzenie niemieckiego
antysemityzmu.
Ale tego typu niechęć do Żydów datuje się na czasy znacznie
poprzedzające wojnę światową. Nawiązuje ona do bardzo starych tradycji,
które we wszystkich krajach zachodniej Europy były normą. Już w III
wieku Izraelici, jak ich wtedy nazywano, zostali potępieni przez władze
Granady. Sam Stresemann w okresie studenckim był rzecznikiem ruchu
neo-germańskiego, który przed wojną wypowiadał się, delikatnie mówiąc, w bardzo krytyczny sposób o wpływach żydowskich w Niemczech.
Widok młodych Żydów wygodnie przeczekujących wojnę, masakry niemieckiej
ludności dokonywane przez żydowskich komunistów, jak również dowody na
to, iż prawie wszyscy przywódcy komunistyczni byli Żydami, nie
przyczyniły się do zjednania sobie Niemców.
O ile w okresie przedwojennym Niemcy nie byli miłośnikami żydowskiego
sposobu życia, to wciąż stosowali zasadę "żyj i daj żyć innym". Jednak
tuż po wojnie ogromna większość Niemców była oburzona tym, co przyszło
im zobaczyć i wycierpieć. Kiedy Hitler demaskował żydowsko-komunistyczne
zbrodnie i dywersje, wyrażał wyłącznie gniew narodu. W Niemczech nie
było jednej rodziny, która nie ucierpiałaby od okropności spowodowanych
przez Żydów.
Nawet najbardziej tchórzliwi politycy weimarscy otwarcie demaskowali
żydowskich komunistów jako obce sępy ze wschodu rozszarpujące powalone
Niemcy. W 1920 roku, minister spraw wewnętrznych, socjalista, otrzymał
następujący raport -?przytaczany we wspomnieniach Schachta -?nadesłany
przez szefa policji berlińskiej, także socjalistę, dotyczący jednego z przedmieść stolicy:
"W rejonie tym roi się od najbardziej plugawych elementów, które
stanowią nie tylko zagrożenie kryminalne, ale i polityczne, gdyż są
źródłem przywiezionych z Polski i Rosji bolszewickich idei, które
rozpropagowują na miejscu. Jednocześnie stwarzają niebezpieczeństwo dla
zdrowia publicznego, albowiem jest im obce wszelkie pojęcie czystości.
Mieszkają w brudzie, a domy, w których się gnieżdżą, są niewiarygodnie
przepełnione i roją się od wszy. Jednocześnie miejsca te są wypchane
produktami żywnościowymi i rozmaitymi delikatesami, które pozyskują
drogą szmuglu, aby je potem sprzedać. Pragnę podkreślić, iż kryzys
kwaterunkowy, z którym borykają się mieszkańcy płacący podatki, będzie
się nadmiernie pogłębiał z powodu przyjmowania przez nas zastępów obcych
elementów. Nie ma najmniejszego sensu okazywanie troski ludziom tego
pokroju, których działania dalekie są od uczciwych, którzy nie płacą
podatków, unikają wszelkiej kontroli, a z drugiej strony nie
przepuszczają żadnej okazji, by omijać niemieckie prawo i szkodzić
niemieckiemu dziedzictwu, do jego zniszczenia włącznie.
Tego typu oficjalne opinie, gdyby zostały zaprezentowane dzisiaj,
zmobilizowałyby każde żydowskie lobby, jednak Schacht dodał własny
komentarz do otrzymanego raportu: "Napływ żydowskich imigrantów ze
wschodu stanowił w tamtym latach powód do ogromnego niepokoju." Jego
konkluzja była następująca: "Przypadek Żydów stał się w konsekwencji
problemem, który początkowo miał zaprzątnąć umysły Niemców, a następnie
całego świata -?stał się źródłem niemieckiego antysemityzmu."
To wypowiedź tego samego Schachta, który pozostał służącym i powiernikiem żydowskich magnatów w Niemczech, Anglii i Ameryce przed
Hitlerem, w czasach Hitlera i po Hitlerze.
Równolegle z bałaganem politycznym istniał analogiczny bałagan moralny.
Oprócz polityki, Żydzi przejęli także przemysł rozrywkowy. "Owe sztuki
lat dwudziestych", pisał Joachim Fest, "zajmowały się tematami
ojcobójstwa, kazirodztwa, zbrodni i ich prowokacyjne przesłania
spotykały się z konkretnym aplauzem. W końcowej scenie opery Weila i Brechta "Rozkwit i upadek miasta Mahagonny", aktorzy wypełniają scenę
niosąc afisze ze sloganami 'Chaos naszym miastom', 'Wolny seks', 'Chwała
mordercom' czy 'Nieśmiertelność łajdakom'."
Kontrolowana przez Żydów prasa entuzjastycznie recenzowała tego typu
sztuki i opery, co zastraszało burżuazję i zmuszało ją do pełnej
przerażenia ciszy. Jeśli chodzi o niemieckich robotników, to
przeciwdziałanie zjawiskom podobnej natury leżało zupełnie poza ich
zasięgiem.
Również Hitler był bezsilny wobec tej żydowskiej inwazji. Chaos,
żydowskie masakry niewinnych i bezbronnych Niemców, deptanie wszelkich
wzorców i wartości oraz dosłowne niszczenie Niemiec: widział to
wszystko.
Sam jeden na tym świecie, cóż mógł uczynić? Jego pierwsza publiczna
reakcja dowiodła, że w życiu cywilnym jest równie odważny jak na
froncie. Gdy żydowscy komisarze przybyli do monachijskich koszar, aby
namawiać demobilizowanych żołnierzy do przyłączenia się do
komunistycznej rewolucji, Hitler wskoczył na krzesło i zakrzyknął do
swych kolegów-żołnierzy: "Nie jesteśmy gwardią rewolucyjną
odpowiedzialną za ochronę hałastry żydowskich próżniaków!"
Żydowska inwazja na Niemcy, jak również traktat wersalski, będą od
tamtej pory mobilizować wszystkie siły Hitlera.
Rozdział 5. Traktat lichwiarzy
Rozdział 5
Traktat lichwiarzy
28 LIPCA 1919 roku na sześćdziesiąt milionów
Niemców, niczym bomba, zwalił się traktat wersalski. Jego zadaniem było
zmiażdżenie ich do ostatniego człowieka. Stresemann porównał, jak w 1871
roku zwycięskie Niemcy potraktowały pokonaną Francję: "Niemcy, które
wygrały wojnę i okupowały część terytorium Francji, zdawały sobie sprawę
z konieczności naprawienia stosunków pomiędzy dwoma narodami." Francuski
dyplomata Saint Vallier oficjalnie wychwalał zachowanie niemieckiego
głównodowodzącego. Gdy francuski ambasador Gontaut-Biron wrócił do
Berlina, został powitany przez samego następcę tronu następującymi
słowami: "Na szczęście wojnę mamy za sobą i teraz musimy skupić się na
utrzymaniu pokoju." Również francuski prezydent Thiers stwierdził, iż
niemieckie naczelne dowództwo "zasługuje na szczerą wdzięczność
Francji." Francuski rząd zapłacił stosunkowo skromną kwotę Niemcom i wojna była naprawdę zakończona.
Tymczasem traktat wersalski nie będzie układem mądrych zwycięzców, lecz
"dyktatem despotów."
Historyk Cartier tak go podsumował: "Z perspektywy czasu rozważania na
temat owego pomnika pomyłek i ignorancji wywołują porażające refleksje.
Traktat oddał zdezorganizowanej i brutalnej Polsce ogromne terytoria
zamieszkałe przez Niemców. Zaprzeczył istocie polityki i geografii
poprzez stworzenie gdańskiego korytarza. Utworzył Czechosłowację,
Rumunię i Jugosławię -?napęczniałe mniejszościami narodowymi kraje,
które były zaprzeczeniem wilsonowskich zasad. Pozostawił w gestii
komisji ustalenie wysokości alianckich roszczeń, ale ogólną regułę oparł
na artykule 231, zgodnie z którym Niemcy miały wziąć pełną
odpowiedzialność za wywołanie wojny. Artykuł 228 stanowił żądanie
wydania przez Niemcy wszystkich 'zbrodniarzy wojennych', w tym Kaisera i każdego generała niemieckiej armii."
Traktat został narzucony przez aliantów, którzy do tej pory zdążyli
zupełnie się podzielić. Brytyjczycy, spuchnięci od niemieckiego majątku
przejętego po pokonaniu Rzeszy, byli teraz bardziej zainteresowani
osłabieniem Francji, niż wyciśnięciem dodatkowych środków od Niemiec.
Prezydent Wilson był rozgoryczony zignorowaniem jego "czternastu
punktów". Jeśli chodzi zaś o rząd francuski, był on zainteresowany
mściwym traktatem wyłącznie w aspekcie umotywowania uprzedniego posłania
na śmierć milionów młodych ludzi. Jednakże większość francuskich
dokumentalistów, w tym znamienici historycy Raymond Brizat i Pierre
Soissons, potępiła traktat. Późniejsza konkluzja Soissonsa była
następująca: "Wszystkie ziarna II wojny światowej zostały zasiane przez
traktat wersalski."
Po porażce Francji w 1870 roku, przez sześć miesięcy trwały rozmowy
pomiędzy francuskim przedstawicielem Julesem Favre i Bismarckiem, zanim
został podpisany wspólnie uzgodniony układ. Jeśli chodzi o traktat
wersalski, od stycznia do maja 1919 roku Niemcy były całkowicie
wyłączone z wszelkich nad nim dyskusji.
Alianci rzucali się sobie do gardeł, zaś francuscy politycy żądali ni
mniej, ni więcej, tylko całkowitego zniszczenia Niemiec. Stresemann,
który był gotów pójść na każde rozsądne ustępstwo, nie potrafił ukryć
swojego osłupienia na widok hipokryzji aliantów: "Owa międzynarodowa
konferencja ustalająca los Niemiec i odbywająca się bez udziału
niemieckich przedstawicieli jest kpiną ze wszystkich zasad, dla których,
wedle słów tych dżentelmenów, ruszyli rzekomo na wojnę z Niemcami."
Tym sposobem Niemcy, wyłączeni z rozmów, byli zmuszeni ścierpieć utratę
Alzacji i Lotaryngii wraz z całym majątkiem, zarówno publicznym jak i prywatnym, znajdującym się na obszarze tych prowincji. Prowincja Saary,
oddzielona od Niemiec, będzie przez piętnaście lat okradana ze swojego
węgla. Nadrenia znajdzie się w całości pod okupacją. Półtora miliona
Niemców zostanie rzuconych pod jarzmo Polski, a kolejny milion w Kraju
Sudetów trafi pod władanie Czechów. Niemieckie drogi wodne, w tym Kanał
Kiloński, zostaną oddane pod kontrolę aliantów.
Jednakże to zasada samostanowienia stanowiła główną podstawę zawieszenia
broni z 11 listopada 1918, na mocy którego Niemcy zgodziły się złożyć
broń. Traktat pogwałcił nawet i te solenne obietnice. W Prusach
Wschodnich zarządzono dwa plebiscyty w okręgach, na które pożądliwym
okiem spoglądała Polska. Efektem było miażdżące zwycięstwo zwolenników
pozostania w Niemczech. Mimo to alianci i tak popchnęli ludność w objęcia Polski. Dolaniem oliwy do ognia było nie tylko pozbawienie tych
ludzi niemieckiego obywatelstwa, ale i zmuszenie ich do płacenia
kontrybucji wojennych wymuszonych przez zwycięzców. Jednakże niemal
jednogłośne wyniki obydwu plebiscytów były dla aliantów dzwonkiem
alarmowym, co sprawiło, iż dopilnowali, aby sudeccy Niemcy zostali
rzuceni do czeskiego garnca bez możliwości powiedzenie choć jednego
słowa na ten temat. Na Górnym Śląsku, po osiemnastu miesiącach zbrojnej
polskiej interwencji i francuskich nacisków, ogłoszono w końcu
plebiscyt, na którym większość mieszkańców w liczbie 60% opowiedziała
się za pozostaniem w granicach Niemiec. Mimo to, Górny Śląsk i tak
trafił do Polski.
Jednak najbardziej bezczelnym naruszeniem wszelkich zasad pozostał
przykład Austrii. Znakomita większość Austriaków pragnęła zjednoczenia z Niemcami. Austriacki parlament, przy poparciu wyrażonym w powszechnym
referendum, uroczyście opowiedział się za unią z Niemcami. Jednakże
traktat wersalski zignorował wolną wolę narodu i sześciu milionom
Austriaków odmówiono prawa głosu.
Cartier opisywał, iż kiedy Demokratyczna Republika Austrii
zaprezentowała pierwszy artykuł swej nowej konstytucji, w którym Austria
deklarowała, iż stanowi integralną część niemieckiej republiki, "rząd
niemiecki jednogłośnie opowiedział się za przyjęciem Austrii do Rzeszy."
Autorzy traktatu wersalskiego ogłosili, iż ów powszechny głos nie ma
żadnej mocy prawnej. Prawo do samostanowienia mogło być stosowane
wyłącznie w sytuacjach, kiedy odpowiadało to aliantom.
Historyk Soissons potwierdzał, iż "austriackim Niemcom uniemożliwiono
połączenie z ich rodakami w Rzeszy, kiedy w tym samym czasie trzy i pół
miliona Niemców zostało wepchniętych do sztucznie sfabrykowanej
Czechosłowacji i oddanych pod władzę Czechów, którzy sami stanowili
mniejszość. Tym sposobem niemieckie terytoria zostały rozdzielone
pomiędzy narody, które nie były nawet stronami w wojnie, takie jak
Polacy, Duńczycy, Czesi i Słowacy. Niemcy naprawdę czuli, że łamią ich
kołem."
Wersal stał się giełdą, na której rozdano ponad dziesięć milionów
niechętnych temu ludzi. Seria dodatkowych traktatów, (St. Germain z 10
września 1920 roku i Trianon z 4 czerwca 1920) okaleczyła Węgry, siłą
wpychając miliony Węgrów pod władzę Rumunii i ponad dziewięć milionów
członków różnych narodowości pod rządy trzech milionów Serbów. Wszyscy
ci ludzie, niczym niewolnicy, nie mieli nic do powiedzenie w kwestii
własnego losu. W polską niewolę oddano nie tylko półtora miliona
Niemców, ale także miliony Ukraińców, Białorusinów, Rusinów i innych
nacji. Miliony Słowaków, Chorwatów, Słoweńców, Albańczyków, Bułgarów i Węgrów rzucono w paszczę ich odwiecznych wrogów, którzy prześladowali
ich i zabijali. Tak wyglądała polityka masońskiego rządu Francji,
polegająca na okrążeniu Niemiec sztucznymi państwami zarządzanymi przez
zaprzyjaźnionych członków Wielkiego Wschodu Francji, ukierunkowana na
zniszczenie Bawarii, Austrii i Węgier, które opierały się nowemu
światowemu porządkowi zgodnemu z wizją Loży.
Równie potworny był finansowy wymiar dyktatu. Brytyjczycy, którzy
zdążyli już obsłużyć się sami, przejmując niemieckie majątki i kolonie,
zachęcali Francuzów do wyciśnięcia z Niemców ostatniego feniga, co
gwarantowało, że Francja i Niemcy będą nieustannie skakać sobie do
gardeł. Brytyjski establishment zdawał sobie doskonale sprawę z faktu,
że z Rzeszy i tak nie da się już wydusić nic więcej. John Maynard
Keynes, doradca ekonomiczny rządu brytyjskiego, dokładnie wyliczył, że
Niemcy nie będą w stanie zapłacić nawet jednej dziesiątej kwot, których
domagali się alianci. Keynesa w owej kwestii szybko uciszono, a autorzy
traktatu kontynuowali krucjatę w celu wyciśnięcia z Niemiec iście
bajońskim sum. W rezultacie Niemcy zostaną doprowadzone do ruiny.
Dodatkiem do tego monumentu niesprawiedliwości było alianckie żądanie,
aby Niemcy wzięły na siebie wyłączną winę za I wojnę światową. Od
tamtego czasu historia w dostatecznym stopniu dowiodła, że główną
odpowiedzialność za wojnę ponosi panslawistyczny Sankt Petersburg i zrzędliwy francuski prawnik-prezydent Raymond Poincaré.
Traktat zobowiązywał ponadto Niemcy do aresztowania ponad siedmiuset
swych generałów i przekazania ich w ręce aliantów celem ukarania.
W ten sposób Niemcy na dziesięciolecia zostały skazane na powszechną
hańbę i ekonomiczne zniewolenie. Później Stresemann tak oto ubolewał na
tym faktem: "Alianci nie powiedzieli nam niczego oprócz kłamstw.
Szaleństwem z naszej strony było danie im wiary i złożenie broni przed
podpisaniem pokoju."
Dyktat wywołał powszechne oburzenie wśród społeczeństwa, zaś
socjalistyczny premier Scheideman złożył dymisję, twierdząc, iż "traktat
jest nie do zaakceptowania." Jego miejsce zajął inny socjalista, Bauer,
jednak nie był w stanie utrzymać jedności antytraktatowej koalicji.
Centrysta Erzberger skapitulował i poddał się dyktatowi. Przyjdzie mu
zapłacić za to życiem, gdy dziesięć miesięcy później młody niemiecki
patriota zastrzeli go "w odwecie za zdradę".
Jednakże rząd weimarski, bojąc się wściekłości narodu, nie podpisywał
traktatu do momentu, gdy alianci zagrozili inwazją Niemiec z użyciem
trzech milionów żołnierzy. Do tego czasu Niemcy były już rozbrojone i stały wobec pewnej porażki w obliczu silnego nieprzyjaciela, a w konsekwencji jeszcze większego okrojenia terytorium tego, co pozostało z Rzeszy.
Niemiecki parlament, dosłownie z lufą pistoletu przystawioną do skroni,
ratyfikował traktat na dwie godziny przed aliancką inwazją. Stresemann,
zwolennik pokoju, musiał przyznać: "Wymuszony podpis nie ma wagi. Ten
tyraniczny traktat jest zapowiedzią nowej wojny."
Alianci odbierali tego typu protesty z nienawiścią i pogardą. Nawet
wiele miesięcy po ratyfikacji, przedstawiciele Niemiec, którym nakazano
stawienie się przed aliantami celem odebrania instrukcji na okoliczność
wypełnienia traktatu, byli traktowani jak galernicy. Nie oszczędzono
choćby samego Schachta, tak dumnego ze swych braterskich kontaktów z tyranami Wielkiego Wchodu Francji. Wspominał potem, z jak pogardliwym
stosunkiem spotykali się Niemcy:
"Stałem na czele delegacji specjalistów różnych gałęzi przemysłu,
udającej się do Hagi w celu omówienia alianckich żądań dotyczących
naszego potasu i innych produktów chemicznych. Przyjęcie, z jakim się
spotkaliśmy, przywiodło mi na myśl perskich satrapów przyjmujących
petentów z podbitych Aten. Nie było śladu elementarnej uprzejmości. W czasie rozmów nasi delegaci musieli stać, ponieważ nie zadbano o krzesła
dla nich. Nie ukrywałem mojej złości z powodu chamstwa aliantów, a moi
koledzy błagali mnie, abym nie protestował. Mimo to, zwróciłem się do
alianckiego generała, przewodniczącego rozmowom: 'Umieszczono nas w najgorszych hotelach z podłym wyżywieniem. Nie zezwala nam się na
wychodzenie na zewnątrz, a w czasie rozmów zmuszą się nas do stania.
Żądam, aby położył pan kres tego typu postępkom.' Generał odpowiedział
mi chłodnym tonem: 'Zdaje się pan zapominać, że przegraliście wojnę.'
Wróciłem do Berlina wielce oświecony tym doświadczeniem." Niemieckie
społeczeństwo dusiło się od tego typu oszustw i poniżeń. W kraju było
pod dostatkiem intelektualistów, ludzi interesu i urzędników wysokiego
szczebla, jednak ani jeden z nich nie zdobył się na rzucenie wyzwania
takiemu stanowi rzeczy.
I to właśnie wtedy nieznany i samotny kapral rzucił hasło, by Niemcy
zaczęły stawiać opór. Jego podbój ludzkich umysłów graniczyć będzie z cudem. Stopniowe zdobywanie głosów milionów wyborców zajmie mu
czternaście lat, gdyż automatycznie miał przeciwko sobie grupy interesu
reprezentujące ustalony porządek.
Z drugiej strony Europy, Lenin z satysfakcją przyglądał się rozwojowi
wypadków, które prostą drogą prowadziły do kolejnej bratobójczej wojny
na kontynencie. Taki scenariusz idealnie pasował do jego planów podboju
świata: "Splądrowanym i rozdartym Niemcom został narzucony pokój katów i lichwiarzy." Dla Lenina nie była to tragedia, lecz sprzyjająca
okoliczność. To miała być europejska wojna domowa, po której jedynym
zwycięzcą będzie komunizm.
Zaczął się pojedynek między potężną Międzynarodówką Komunistyczną,
popieraną przez wysokie kręgi finansjery i byłym kapralem Hitlerem,
niepopieranym przez nikogo, poza prostymi ludźmi.