Wiek Hitlera Tom II. Hitler demokrata - Leon Degrelle

Kup ebooka

35.00 zł
29.03 zł (29,33 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od wydawcy

Czy w Pol­sce nie ma cen­zury? Oczy­wi­ście że jest. Nie­for­malna oczy­wi­ście. Kryp­to­nim tej komórki w moim przy­padku to WC GW (Wydział Cen­zury Gazety Wybor­czej). Otóż ten wydział posta­no­wił znisz­czyć książkę Degrella "Wiek Hitlera". W togę cen­zora prze­brał się tym razem nie­jaki "redak­tor" Rafał Wój­cik. Jak to w WC, nie liczą się argu­menty i rze­telna kry­tyka, to nie jest prze­cież obo­wiąz­kiem cen­zora. Jego celem jest zatrzy­ma­nie dys­try­bu­cji książki i wsa­dze­nie wydawcy do wię­zie­nia. W tym celu robi się nagonkę na wydawcę u dys­try­bu­to­rów książki. Czyli dzwoni się wcze­śniej i infor­muje, że będzie donos do pro­ku­ra­tury na książkę i co oni na to. Zastra­szeni dys­try­bu­to­rzy - EMPIK, Matras i Azy­mut wyco­fują się z dys­try­bu­cji książki. Jeden z dys­try­bu­to­rów twier­dzi, że mają taki zwy­czaj, że w momen­cie zgło­sze­nia nie­po­praw­no­ści książki do pro­ku­ra­tury, wyco­fują ją z obiegu. Innymi słowy, ktoś, kto chciałby znisz­czyć jakieś wydaw­nic­two, może to łatwo zro­bić, zgła­sza­jąc listę nie­po­praw­nych ksią­żek do pro­ku­ra­tury!

Redak­tor "Wybor­czej" oczy­wi­ście nie stara się nawet pole­mi­zo­wać z fak­tami przed­sta­wio­nymi przez autora. To prze­cież nie o to cho­dzi. Cen­zor nie musi prze­cież pole­mi­zo­wać. A poza tym do tego, żeby pole­mi­zo­wać, trzeba mieć jakąś wie­dzę histo­ryczną. A z tym już gorzej u autora arty­kułu. Grzmi oczy­wi­ście, że powi­nien być wstęp "fachowca"-histo­ryka, a nie jakie­goś tam Andrzeja Ryby, który led­wie koń­czył histo­rię na UMK w Toru­niu i napi­sał jedy­nie około 100 wstę­pów i arty­ku­łów histo­rycz­nych i wydaje książki histo­ryczne rap­tem od jakichś 30 lat. Autor arty­kułu oczy­wi­ście z histo­rią nie miał dotąd nic wspól­nego, co oczy­wi­ście nie prze­szka­dza mu wcale w kry­tyce książki i mojej skrom­nej osoby wydawcy. Para­fra­zu­jąc słowa pio­senki p. Jerzego Stuhra "Pisać każdy może, jeden lepiej, drugi gorzej".

Trudno pole­mi­zo­wać z kimś, kto nie rozu­mie, jaka jest rola źró­dła histo­rycz­nego. Tak, tak, źró­dła, drogi "redak­to­rze". Otóż bez publi­ka­cji "Mein Kampf", dzieł Sta­lina i Lenina, czy też innych pro­mi­nent­nych osób zwią­za­nych z tota­li­ta­ry­zmem jak mogli­by­śmy poznać ten tota­li­ta­ryzm? A wła­śnie Degrell jest osobą bli­sko zwią­zaną z Hitle­rem. Tak bli­sko, że Hitler trak­tuje go nie­mal jak syna. I tacy jak on, sto­jący na pie­de­stale, mogą przed­sta­wić nam histo­rię z ich punktu widze­nia -?to jest, tota­li­ta­ryzm postrze­gany od środka. Bez takich ksią­żek nie można by okre­ślić, co się tak naprawdę wyda­rzyło w Niem­czech w XX w. I nie mogli­by­śmy zna­leźć odpo­wie­dzi na pyta­nie, dla­czego naród nie­miecki w bli­sko 100% popie­rał Hitlera pra­wie do samej kapi­tu­la­cji. I skąd się wziął ten ohydny nie­miecki anty­se­mi­tyzm?

Książka Degrella jest skarb­nicą w tym tema­cie. Śmiem twier­dzić, że żadna książka do tej pory wydana nie uka­zuje lepiej tego co się działo w gło­wach Niem­ców, niż "Wiek Hitlera".

Źró­dła anty­se­mi­ty­zmu nie­miec­kiego autor szuka w pró­bach wpro­wa­dze­nia repu­blik rad przez komu­ni­stów pocho­dze­nia żydow­skiego. Oczy­wi­ście Róża Luxem­burg czy Karl Liebk­necht i inni przy­wódcy rewo­lu­cji nie­miec­kiej są pocho­dze­nia żydow­skiego. Żydzi domi­no­wali w ruchach komu­ni­stycz­nych - zarówno w Rosji, w Niem­czech, na Węgrzech, czy też w Pol­sce po II woj­nie świa­to­wej (szcze­gól­nie w bez­piece) -?takie są nie­stety fakty. Dla­czego tak się działo? Odpo­wiedź jest pro­sta. Cechą ruchów komu­ni­stycz­nych był ich kosmo­po­li­tyzm ("Pro­le­ta­riu­sze wszyst­kich kra­jów łącz­cie się"). I w tym kosmo­po­li­tyzmie naj­le­piej odnaj­do­wali się Żydzi. W ruchach komu­ni­stycz­nych nikt nie pytał o naro­do­wość, nie było więc tam dys­kry­mi­na­cji Żydów. To był jedyny prak­tycz­nie ruch w Euro­pie pierw­szej połowy XX w., w któ­rym Żydzi mogli robić karierę poli­tyczną i pia­sto­wać dowolne sta­no­wi­ska (jak w Rosji) bez żad­nych ogra­ni­czeń. Nic więc dziw­nego, że w 1939 roku część lud­no­ści żydow­skiej witała z rado­ścią na tere­nach wschod­nich Pol­ski Armię Czer­woną, a cza­sem sta­wała się człon­kami sadów tym­cza­so­wych, na mocy posta­no­wień któ­rych roz­strze­li­wano Pola­ków "bur­żu­azyj­nego pocho­dze­nia" (vide "Wol­ność w nie­woli" Wacława Zagór­skiego). Źró­dłem nie­miec­kiego anty­se­mi­ty­zmu były według Degrella dwie rze­czy: rewo­lu­cja w Niem­czech ("nóż wbity w plecy") oraz poczu­cie, że oto "Żydzi bogacą się na woj­nie, gdy my giniemy w oko­pach". Abs­tra­hu­jąc od tego, czy ten pogląd był słuszny czy nie, takie mogło być poczu­cie ogółu spo­łe­czeń­stwa nie­miec­kiego, a Hitler dosko­nale to wyko­rzy­stał. Przed doj­ściem Hitlera do wła­dzy Niemcy były na dnie olbrzy­miego kry­zysu (6 mln bez­ro­bot­nych!). W tej sytu­acji potrze­bo­wano win­nego. Hitler łatwo go zna­lazł, gra­jąc na anty­se­mi­ty­zmie. A naród nie­miecki przy­jął to za pew­nik.

Ta strona Hitlera, uka­zana w tomie dru­gim, gdy w spo­sób demo­kra­tyczny doszedł do wła­dzy, jest może naj­mniej znana. No bo jak tu przy­znać, że tota­li­ta­ryzm wyko­rzy­stał demo­kra­cję do prze­ję­cia w spo­sób legalny wła­dzy? A potem w spo­sób rów­nie demo­kra­tyczny, par­la­men­tarny, tę demo­kra­cję zabił?!

Stąd dosyć prze­wrotny pod­ty­tuł tego tomu Degrella: "Hitler demo­krata". Ale jak pisze autor, w tym okre­sie mie­li­śmy do czy­nie­nia z naj­lep­szym pro­gra­mem spo­łecz­nym, jaki kie­dy­kol­wiek powstał w XX wieku, a być może w całej histo­rii ludz­ko­ści!

Spró­bujmy go prze­ana­li­zo­wać.

1. Pro­gram budowy auto­strad -?oka­zał się tym kołem zama­cho­wym gospo­darki, który wraz z pro­gra­mem miesz­ka­nio­wym prak­tycz­nie w ciągu 2-3 lat zli­kwi­do­wał sze­ścio­mi­lio­nowe bez­ro­bo­cie!

2. Pro­gram miesz­ka­niowy -?miesz­ka­nie dla każ­dego. Powszechne łatwo dostępne kre­dyty, które naj­ła­twiej było spła­cić... dziećmi...Rodzi­nie która miała jedno dziecko, uma­rzano bowiem 25% zadłu­że­nia. A rodzi­nie która miała 4 dzieci uma­rzano kre­dyt w cało­ści! I w dodatku budżet nie padł, ponie­waż rodzice odda­wali do budżetu pie­nią­dze kupu­jąc różne rze­czy dzie­ciom, co zwięk­szało wpływy z podat­ków do skarbu pań­stwa.

3. Pro­gram socjalny -?żaden inny robot­nik w Euro­pie nie miał tak dłu­giego płat­nego urlopu i nie miał takich dopłat do spę­dza­nia wypo­czynku w miej­sco­wo­ściach wypo­czyn­ko­wych.

4. Stwo­rze­nie nowego prawa, zabez­pie­cza­ją­cego prawa pra­cow­ni­cze w fabry­kach robot­ni­kom. Stwo­rze­nie insty­tu­cji sądów pra­cow­ni­czych, roz­strzy­ga­ją­cych spory mię­dzy pra­co­dawcą a pra­co­biorcą.

5. Wypusz­cze­nie na rynek obli­ga­cji pań­stwo­wych, które przy­nio­sły sza­lony wzrost środ­ków do budżetu pań­stwo­wego. To dzięki temu sfi­nan­so­wano cały pro­gram budowy auto­strad.

6. Rewo­lu­cja men­talna, bodaj naj­waż­niej­sza: każdy Nie­miec jest równy i każdy jest waż­nym ogni­wem spo­łe­czeń­stwa, nie­za­leż­nie od pozy­cji spo­łecz­nej, zawodu i umie­jęt­no­ści.

Nic więc dziw­nego, że Niemcy w ciągu kilku lat, gdy tak bar­dzo popra­wiła im się jakość życia, po pro­stu uwiel­biali Hitlera. A Hitler dbał przede wszyst­kim o stopę życiową Niem­ców -?nawet wtedy, gdy już prze­gry­wał wojnę. To lud­ność nie­miecka była bowiem bez­po­śred­nim bene­fi­cjen­tem dóbr zra­bo­wa­nych w całej Euro­pie (vide "Pań­stwo Hitlera"). I tu leży klucz do roz­wią­za­nia zagadki, dla­czego Niemcy tak poko­chali Hitlera.

Z dru­giej strony pamię­tajmy, że owe przy­wi­leje socjalne doty­czyły tylko Niem­ców. Żydzi nie­mieccy w tym samym cza­sie pozba­wiani byli praw oby­wa­tel­skich, a wkrótce roz­po­częło się masowe ich mor­do­wa­nie, podob­nie jak Żydów z innych kra­jów Europy. Nazizm był sys­te­mem zbrod­ni­czym, zwłasz­cza dla wszyst­kich tych naro­dów, które Hitler w swo­jej obłą­kań­czej teo­rii raso­wej uznał za mało war­to­ściowe lub bezwar­to­ściowe. Zgod­nie z nią Żydzi powinni natych­miast znik­nąć z powierzchni ziemi, a Sło­wia­nie pra­co­wać dla dobra III Rze­szy aż do fizycz­nego wynisz­cze­nia. O zbrod­niach Hitlera i nazi­zmu napi­sano już bar­dzo dużo. Aby jed­nak naprawdę zro­zu­mieć fakt popar­cia nazi­zmu przez pra­wie wszyst­kich Niem­ców musimy się­gnąć do źró­deł, rela­cji ludzi zagłę­bio­nych w sys­te­mie, takich jak Degrell.

Tak zwana "poprawna poli­tycz­nie histo­ria" pró­buje nam przed­sta­wić dwa narody nie­miec­kie. Jeden -?to ten hitle­row­ski, zepsuty do szpiku kości, zbrod­ni­czy. A drugi to ten nagle cudow­nie odro­dzony -?powo­jenny, gdzie oto oka­zało się, że w Niem­czech żyją sami demo­kraci, a tylko hitle­row­ski "zamor­dyzm" powo­do­wał, że nie mogli uczest­ni­czyć w tej popraw­nej demo­kra­cji. Zaprze­cze­niem tej teo­rii jest wła­śnie Leon Degrell. To on napi­sał, co tak naprawdę myśleli Niemcy. I to jego myśl jest tak cenna z punktu widze­nia histo­ry­ków. Bo wła­śnie on poka­zał co myślała więk­szość Niem­ców o woj­nie i Hitle­rze! I to jest to tak cenne źró­dło histo­ryczne. Spoj­rze­nie na histo­rię XX wieku oczami kogoś, kto był posta­wiony na świecz­niku nazi­zmu, kto był kimś z wewnątrz sys­temu, z SS -?naj­bar­dziej fana­tycz­nej orga­ni­za­cji hitle­row­skiej.

Oczy­wi­ście pan redak­tor z "Wybor­czej", czy jego kolega z "Faktu" raczej nie rozu­mieją tych niu­an­sów i wagi Degrella jako źró­dła histo­rycz­nego. Symp­to­ma­tycz­nym przy­kła­dem nastro­jów spo­łecz­nych jest opis powrotu Degrella z frontu wschod­niego, gdzie Bel­go­wie wyle­gli na ulicę, aby witać ich boha­tera. Za chwilę weszli tam alianci i Degrella zaocz­nie ska­zano na śmierć w imie­niu tegoż spo­łe­czeń­stwa bel­gij­skiego, które tak tłum­nie go przed chwilą witało!

Więc co się stało z tym spo­łe­czeń­stwem? Nagle, w prze­ciągu paru dni zmie­niło ono poglądy o 180 stopni? Śmie­chu warte!

Cie­kawa jest teo­ria Degrella doty­cząca roli SS na fron­cie wschod­nim. Według niego ten milion SS-manów oca­lił Europe Zachod­nią przed zala­niem jej przez falę komu­ni­zmu. Według niego, gdyby nie poświę­ce­nie się fana­tycz­nych oddzia­łów SS -?zarówno nie­miec­kich jak i ochot­ni­czych z całej Europy, czołgi Sta­lina zatrzy­ma­łyby się na Atlan­tyku i Europa dzi­siaj byłby komu­ni­styczna. I chyba w tym przy­padku Degrell nie­wiele roz­mija się z prawdą. Gdyby Sowieci doszli do Atlan­tyku przed lądo­wa­niem alian­tów, nie byłoby mowy o wol­nym Zacho­dzie!

Czy wobec tego win­ni­śmy wysta­wiać pomniki SS-manom? Na pewno nie. To byli zbrod­nia­rze, winni rze­czy strasz­nych, maso­wych mor­dów i okru­cieństw. Ale trzeba pamię­tać o róż­nych aspek­tach dzia­łal­no­ści tych oddzia­łów. Degrell chciał bro­nić Europy przed komu­ni­zmem!

I pozo­stał anty­ko­mu­ni­stą do ostat­nich swo­ich dni. Pró­bo­wano go ska­zać za zbrod­nie wojenne, ale nie można było, bo nawet w cza­sach Norym­ber­gii nie zna­le­ziono prze­ciwko niemu dowo­dów. Uznano go za win­nego zdrady ojczy­zny. I ska­zano zaocz­nie. To że go ska­zano, nie uspra­wie­dli­wia zwy­cięz­ców do śle­pej zemsty i zezwie­rzę­ce­nia. Bo tylko tak można nazwać to, co zro­biono z dziećmi Degrella, o czym pisze wydawca ame­ry­kań­ski. W tym momen­cie zwy­cięzcy niczym nie róż­nili się od nazi­stów.

Książkę Degrella wydaję nie po to, żeby sze­rzyć jego poglądy, czy też opi­nie o cha­rak­te­rze rasi­stow­skim i nazi­stow­skim. Wydaję ją jako źró­dło histo­ryczne. I wie­rzę, że histo­rycy i hob­by­ści kocha­jący histo­rię to źró­dło doce­nią. I nie rozu­miem powo­dów nagonki na moją osobę. W Pol­sce w ostat­nich lat wydano m.in. pamięt­niki Alberta Spe­era, Wal­tera Schel­len­berga, trzy­to­mowe dzien­niki Jose­pha Goeb­belsa, dzien­niki Alfreda Rosen­berga. Ba! Wydano też i Degrella. Nikt wydaw­ców tych ksią­żek nie ści­gał -?i słusz­nie, gdyż zostały one wydane jako źró­dła histo­ryczne. Także ja (pod­kre­ślam to jesz­cze raz) wydaję książki Degrella w cha­rak­te­rze źró­deł histo­rycz­nych.

Chciał­bym ser­decz­nie podzię­ko­wać nastę­pu­ją­cym insty­tu­cjom i fir­mom:

1. "Gaze­cie Wybor­czej" i "Fak­towi" za roz­re­kla­mo­wa­nie Degrella i mojej skrom­nej osoby.

2. Pro­ku­ra­tu­rze IPN za umo­rze­nie sprawy o anty­po­lo­nizm książki Degrella z donosu "Gazety Wybor­czej" i "Fak­tów".

3. Mer­li­nowi za opar­cie się napa­stli­wemu ata­kowi GW na wyco­fa­nie tej książki.

4. Bonito za dys­try­bu­cję tej książki mimo olbrzy­mich naci­sków medial­nych i śro­do­wi­sko­wych na rynku książki.

5. Wielu czy­tel­ni­kom dzwo­nią­cym do mnie ze sło­wami popar­cia na wieść, że prze­ciwko mnie toczy się śledz­two w Pro­ku­ra­tu­rze Gdań­skiej.

6. Pio­trowi Zycho­wi­czowi z "Do rze­czy" za arty­kuł w mojej obro­nie.

7. Mate­uszowi Łabu­zowi z por­talu "II wojna świa­towa" za wspar­cie na por­talu i tele­fo­niczne.

8. Mojemu synowi Mar­ci­nowi, za wzru­sza­jący list w mojej obro­nie opu­bli­ko­wany na face­bo­oku.

W chwili, gdy piszę te słowa, na­dal toczy się postę­po­wa­nie pro­ku­ra­tor­skie i na­dal grozi mi do 3 lat wię­zie­nia.

Agora w oso­bie p. redak­tora Pawła Sta­siń­skiego przy­słała mi list odma­wia­jący opu­bli­ko­wa­nia mojego spro­sto­wa­nia, które wobec tego publi­kuję w książce.

Kie­dyś, w latach osiem­dzie­sią­tych XX wieku, byłem wię­ziony za dzia­łal­ność w obro­nie wol­nego słowa. Za to, że kol­por­to­wa­łem pod­ziemne wydaw­nic­twa trzy­mano mnie pół roku w ponu­rym aresz­cie na Młyń­skiej w Pozna­niu. Dzi­siaj może być podob­nie...

No cóż, histo­ria po raz kolejny zato­czyła koło...

Andrzej Ryba

Rozdział 6. Siedem i pół marki

Roz­dział 6 Sie­dem i pół marki

Hitler udał się do kawiarni na Her­rn­strasse 45, miej­sca spo­tkań Nie­miec­kiej Par­tii Robot­ni­ków (DAP). Musiał przejść dłu­gim ciem­nym kory­ta­rzem zanim doszedł do sąsia­du­ją­cego z nim małego poko­iku słabo oświe­tlo­nego lampą naf­tową. Na miej­scu było sze­ściu człon­ków komi­tetu. Odczy­tano pro­to­koły z poprzed­nich zebrań. Odczy­tano też trzy listy, na które udzie­lono odpo­wie­dzi. Następ­nie skarb­nik pod­su­mo­wał stan finan­sów par­tii: mają­tek wyno­sił sie­dem i pół marki.

Hitler został siód­mym człon­kiem komi­tetu i zara­zem pięć­set ósmym człon­kiem par­tii, co było ze strony DAP wyra­że­niem swego rodzaju poboż­nych życzeń, albo­wiem, aby zawy­żyć liczbę człon­ków, nume­ra­cję zaczęto od 501. Nawet jego nazwi­sko zostało raz jesz­cze zapi­sane z błę­dem, co znaj­dzie odzwier­cie­dle­nie w roz­ma­itych doku­men­tach par­tyj­nych. Tym razem brzmiało "Adol­phe Hit­tler".

Hitlera nie ogar­nęło żadne unie­sie­nie. Póź­niej tak wspo­mi­nał owe zebra­nie: "Nie było żad­nego planu dzia­ła­nia. Żad­nych ulo­tek. Nie było nawet legi­ty­ma­cji par­tyj­nych. To był owoc manii zrze­sza­nia się w naj­bar­dziej roz­pacz­li­wej for­mie."

Jed­nak to wła­śnie z tego ciem­nego pokoju na zaple­czu i z owych sied­miu i pół marki w prze­ciągu kilku lat uro­śnie osta­tecz­nie siła, która skupi i zwiąże razem więk­szość nie­miec­kiego spo­łe­czeń­stwa.

Jed­nak owego dnia, 16 wrze­śnia 1919 roku, Hitler zdał sobie sprawę, iż będzie musiał tchnąć życie w tę maleńką i żało­sną par­tyjkę.

W kosza­rach poży­czył zatem maszynę do pisa­nia i oso­bi­ście wystu­kał har­mo­no­gram przy­szłych spo­tkań. Nie było wystar­cza­ją­cej ilo­ści pie­nię­dzy na zakup znacz­ków, więc roz­no­sił zapro­sze­nia od drzwi do drzwi, a część roz­dał prze­chod­niom. Ni­gdzie nie poja­wiało się jego nazwi­sko, ponie­waż nie chciał alar­mo­wać pozo­sta­łych człon­ków, już i tak lekko zanie­po­ko­jo­nych jego entu­zja­zmem.

Namó­wie­nie ludzi było ciężką pracą. Na pierw­sze spo­tka­nie przy­szło jede­na­ście osób, na dru­gie trzy­na­ście, na trze­cie sie­dem­na­ście, na czwarte dwa­dzie­ścia trzy, a na pią­tym poja­wiło się trzy­dzie­stu czte­rech słu­cha­czy. Hitler jed­nak akcep­to­wał ten powolny pro­gres, jako coś nor­mal­nego. W jego poję­ciu, praw­dziwa demo­kra­cja pole­gała na prze­ko­na­niu każ­dego z osobna. Jed­no­cze­śnie zda­wał sobie sprawę, iż tra­giczny okres, w jakim znaj­dują się Niemcy, wymu­sza potrzebę dotar­cia do jak naj­więk­szej liczby ludzi. W tym celu prze­ko­nał człon­ków par­tii, aby zebrać dosta­teczną ilość pie­nię­dzy na zamiesz­cze­nie ogło­sze­nia w małej patrio­tycz­nej gaze­cie Völkischer Beobach­ter. Było ono zapro­sze­niem do przy­by­cia w dniu 16 paź­dzier­nika 1919 roku na spo­tka­nie w mona­chij­skiej piwiarni "Hofbräukeller". Hitler musiał być pełen opty­mi­zmu, gdyż na miej­scu mogło się pomie­ścić ponad sto osób.

Od czasu pobytu na fron­cie Hitler zda­wał sobie sprawę, iż wyłącz­nie pro­pa­ganda jest w sta­nie pode­rwać i ponieść masy. Nie poj­mo­wał pro­pa­gandy w zna­cze­niu pejo­ra­tyw­nym, lecz widział ją jako ory­gi­nalny i nowo­cze­sny śro­dek roz­po­wszech­nia­nia i prze­ka­zy­wa­nia wszel­kich war­to­ści natury ducho­wej. Pomimo, że okre­śle­nie to zostało w póź­niej­szym okre­sie zde­pre­cjo­no­wane przez alian­tów jako rów­no­znaczne z mecha­ni­zmem sze­rze­nia kłam­stwa, Hitler zawsze uwa­żał pro­pa­gandę za śro­dek pro­pa­go­wa­nia prawdy. W gabi­ne­cie Hitlera naj­bar­dziej pocze­sne miej­sce zaj­mo­wało Mini­ster­stwo Pro­pa­gandy, kie­ro­wane przez jego zaufa­nego współ­pra­cow­nika, dok­tora Jose­pha Goeb­belsa. Defi­ni­cja słowa, do któ­rej odwo­ły­wał się Hitler, nie róż­niła się w swej isto­cie od pojęć wcze­snych chrze­ści­jan, dla któ­rych pro­pa­ganda była po pro­stu sze­rze­niem nauk Ewan­ge­lii.

Tak więc Hitler wie­dział, że pro­pa­ganda abso­lutna musi być toż­sama z prawdą abso­lutną. Musi być powta­rzana nie­prze­rwa­nie i w żad­nym momen­cie nie może iść na kom­pro­mis z kłam­stwami nie­przy­ja­ciół. Sama myśl o kom­pro­misie dobra ze złem była w swej natu­rze abso­lut­nie dla Hitlera obca i jawiła mu się wyłącz­nie jako narzę­dzie w arse­nale tchórz­li­wych poli­ty­ków, któ­rego uży­cie instynk­tow­nie odrzu­cał. Wie­dział także, że owi poli­tycy budzili w masach nie­smak, zaś ludzie już dosta­tecz­nie długo cze­kali na kogoś, w kogo mogliby uwie­rzyć. Podob­nie jak Hitler, nie mieli już ochoty na kom­pro­misy. Dla mas i dla samego Hitlera prawda nie pod­le­gała żad­nym nego­cja­cjom i dla­tego będzie ją pod­trzy­my­wał wbrew wszyst­kim i wszyst­kiemu. Ponie­waż Hitler sta­no­wił rzad­kie połą­cze­nie ide­ali­sty z reali­stą, był świa­dom, iż pro­pa­ganda winna być impo­nu­jąca, barwna, roz­krzy­czana i zaj­mu­jąca, a jed­no­cze­śnie poucza­jąca.

Hitler sta­nie naprze­ciwko swych naj­więk­szych wro­gów na ich wła­snym grun­cie -?oto­czony swymi patrio­tycz­nie nasta­wio­nymi zwo­len­ni­kami wyma­chu­ją­cymi czer­wo­nymi fla­gami. Wie­dział, że czer­wony jest pięk­nym i ener­ge­ty­zu­ją­cym kolo­rem, na który mark­si­ści nie powinni mieć mono­polu. Przej­mie zatem ulice od finan­so­wa­nych przez Żydów komu­ni­stycz­nych zbi­rów. Stwo­rzy uni­formy dla naj­bar­dziej patrio­tycz­nych Niem­ców, które będą dumą spo­łe­czeń­stwa oraz sztan­dary, które będą sym­bo­li­zo­wać odro­dze­nie Nie­miec. Stwo­rzy wła­sną prasę, co będzie ozna­czać, iż po raz pierw­szy nie­miecki przy­wódca będzie mógł bez­po­śred­nio komu­ni­ko­wać się z naro­dem, bez potrzeby pole­ga­nia na mediach pod­le­ga­ją­cych obcej kon­troli. Pro­pa­ganda sta­nie się potężną awan­gardą praw­dzi­wej ludo­wej rewo­lu­cji.

O ile Hitler opra­co­wał już swój plan dzia­ła­nia, to wciąż nie posia­dał żad­nych środ­ków, aby wpro­wa­dzić go w życie. W prze­ci­wień­stwie do Lenina i Troc­kiego, któ­rzy otrzy­my­wali milio­nowe zastrzyki od żydow­skich finan­si­stów, Hitler i jego maleńka par­tia nie mieli nic. Będzie im musiała wystar­czyć wyobraź­nia oraz wła­sna praca.

Kiedy Hitler sta­nął wobec koniecz­no­ści opła­ce­nia wynajmu sali w piwiarni, kosz­tów ogrze­wa­nia i ulo­tek, uświa­do­mił sobie, iż będzie musiał odwo­łać się do wiel­ko­dusz­no­ści słu­cha­czy, któ­rych zapro­sił na spo­tka­nie. Dla­czego mie­liby nie zapła­cić za moż­li­wość posłu­cha­nia go, skoro płaci się nawet naj­nędz­niej­szemu dzien­ni­ka­rzy­nie? Był prze­ko­nany, że potrafi zaba­wić i pouczyć publikę, zain­spi­ro­wać ją i wzbu­dzić jej entu­zjazm lepiej niż pusto­głowy aktor. Sądził, że jeśli nie będzie w sta­nie wypaść lepiej, niż naj­lep­szy z akto­rów, nie powi­nien w ogóle zabie­rać głosu. Takim oto spo­so­bem Hitler wyna­lazł, kie­ru­jąc się instynk­tem poli­tycz­nym, ale też zmu­szony koniecz­no­ścią, mecha­nizm mityngu poli­tycz­nego z bile­tem wstępu. Bilet był inwe­sty­cją, jaką ludzie robili w par­tię, zaś par­tia będzie miała dług wdzięcz­no­ści wyłącz­nie wobec ludzi.

16 paź­dzier­nika 1919 roku w "Hofbräukeller" poja­wiło się ponad sto osób. Pierw­szym mówcą był dr Erich Kuehr. Ale dopiero po wej­ściu na mów­nicę Hitlera publicz­ność praw­dzi­wie się oży­wiła. Hitler ją zawo­jo­wał. Oso­bi­ście puścił tacę na zbiórkę pie­nię­dzy: trzy­sta marek! Raport mona­chij­skiej poli­cji z dnia 17 paź­dzier­nika 1919 roku mówi: "Jest drob­nym skle­pi­ka­rzem, który ma wła­śnie zostać obwoź­nym sprze­dawcą." To tyle, jeśli cho­dzi o komórkę poli­cyj­nego wywiadu!

Hitler napi­sał: "Prze­ma­wia­łem przez trzy­dzie­ści minut. To, co wcze­śniej widzia­łem jako moż­li­wość, teraz stało się rze­czy­wi­sto­ścią. Byłem uta­len­to­wa­nym mówcą." Ale to było coś wię­cej, niż zwy­kły dar. Żaden czło­wiek w histo­rii nie prze­ja­wił takiego geniu­szu do uży­wa­nia słów i gestów i takiej umie­jęt­no­ści bez­po­śred­niego komu­ni­ko­wa­nia się ze swo­imi słu­cha­czami. Pół wieku póź­niej świat wciąż czeka na kogoś, kto mógłby dorów­nać w tym wzglę­dzie Hitle­rowi. Był dla słowa tym, czym Wagner był dla muzyki, choć Wagner i tak ma szczę­ście, że muzyka ucho­dzi za pierw­szą ze sztuk. Muzyka wykra­cza poza wszel­kie gra­nice i kon­we­nanse, ale zasięg mowy ogra­ni­czony jest tylko do tych, któ­rzy są w sta­nie ją zro­zu­mieć. Hitler był świa­dom owej róż­nicy i ze wszyst­kich sił będzie się sta­rać, aby ją zatrzeć.

Wiele rze­czy ule­gło zmia­nie, odkąd trzy mie­siące wcze­śniej Hitler dołą­czył do Nie­miec­kiej Par­tii Robot­ni­ków. Teraz par­tia prze­nio­sła się do więk­szego pomiesz­cze­nia pod bro­wa­rem "Sternekerbräu". Zaku­piła maszynę do pisa­nia, stół, kilka krze­seł i szafkę na doku­menty. W pokoju zamiast lampy naf­to­wej było już świa­tło elek­tryczne. Wyna­jem kosz­to­wał pięć­dzie­siąt marek mie­sięcz­nie -?sie­dem razy wię­cej niż cały mają­tek par­tii w dniu, kiedy dołą­czył do niej Hitler.

Do grud­nia 1919 roku par­tyjny skar­biec napęcz­niał kwotą trzech tysięcy sze­ściu­set marek. Po opła­ce­niu wszyst­kich zobo­wią­zań wciąż jesz­cze pozo­stało sie­dem­set marek. Ponie­waż suk­ces zawdzię­czano Hitle­rowi, par­tia wyzna­czyła go na szefa pro­pa­gandy. Mając w ręku man­dat, bez ocią­ga­nia ruszył do przodu. Pobrał z par­tyj­nej kasy sie­dem­set marek i wyna­jął naj­więk­szą salę w Mona­chium, "Hofbräuhaus Festhall", która była dzie­sięć razy więk­sza niż wszyst­kie poprzed­nie miej­sca spo­tkań. To było ryzy­kowne przed­się­wzię­cie. W jaki spo­sób zdoła zapew­nić taka widow­nię? Dopro­wa­dza­jąc do wście­kło­ści komu­ni­stów, Hitler okleił Mona­chium krwi­sto­czer­wo­nymi pla­ka­tami rekla­mu­ją­cymi wiec oraz wysłał na ulice wyna­jęte cię­ża­rówki z czer­wo­nymi fla­gami i mega­fo­nami. Wie­czo­rem 24 lutego 1920 roku w "Hofbräuhaus Festhall" sta­wiło się z górą dwa tysiące ludzi.

Hitler wciąż odma­wiał pcha­nia się na świecz­nik. Pla­katy, które sam opra­co­wał, nie wymie­niały nawet jego nazwi­ska. Głów­nym mówcą był Johan­nes Ding­fel­der. Jego wystą­pie­nie nie przy­cią­gnęło więk­szej uwagi nawet ze strony socja­li­stów czy komu­ni­stów, któ­rzy przy­byli w znacz­nej licz­bie.

Hitler wystą­pił jako drugi, nie­za­po­wie­dziany mówca. "Hofbräuhaus Festhall" szybko wypeł­nił się odgło­sem okla­sków jego zwo­len­ni­ków oraz obe­lgami i fru­wa­ją­cymi kuflami od piwa, rzu­ca­nymi w Hitlera przez komu­ni­stów i socja­li­stów. W ruch poszły pię­ści.

W miarę jak Hitler mówił, tłum powoli się uci­szał. Komu­ni­ści, któ­rzy przy­szli głów­nie, aby buczeć, teraz chło­nęli każde jego słowo. Hitler wykła­dał słynne "dwa­dzie­ścia pięć punk­tów", które do 20 kwiet­nia 1945 roku miały stać się gra­ni­to­wym fun­da­men­tem naro­do­wego socja­li­zmu.

Same w sobie, a także z per­spek­tywy czasu, owe punkty nie wydają się czymś nad­zwy­czaj­nym: nie­miec­kie oby­wa­tel­stwo zare­zer­wo­wane wyłącz­nie dla osób krwi ger­mań­skiej -?ten pomysł miał już pięć­dzie­siąt lat. Kara śmierci dla spe­ku­lan­tów i lichwia­rzy -?dość popu­larna idea w owych dniach powszech­nego głodu. Ustawy doty­czące Żydów -?kolejny popu­larny pomysł. Współ­dzie­le­nie zysków przez robot­ni­ków i firmy, eme­ry­tury dla osób star­szych, naro­dowa armia -?wszystko to były kon­cep­cje, które budziły głę­boki oddźwięk, ale inne par­tie poli­tyczne także wysu­wały podobne postu­laty.

Czymś, co urze­kło słu­cha­ją­cych był mówca. Po każ­dym punk­cie tłum zry­wał się na równe nogi w akom­pa­nia­men­cie wiel­kiej wrzawy. Po dwóch i pół godzi­nie Hitler był mokry, jak po wyj­ściu z basenu. Słu­cha­czy ogar­nęła fala nie­po­ha­mo­wa­nego entu­zja­zmu. Hitler cał­ko­wi­cie pod­bił ich serca. Eckart, słynny mona­chij­ski pisarz, oddał Hitle­rowi swój płaszcz, mówiąc do zgro­ma­dzo­nych: "Ten czło­wiek wyzwoli Niemcy." Inny ze słu­cha­czy, nie­siony entu­zja­zmem, zawtó­ro­wał mu: "Jeśli kto­kol­wiek może pew­nego dnia okre­ślić kształt Nie­miec, to będzie to wła­śnie ten czło­wiek -?Hitler." Ów entu­zja­sta nazy­wał się Julius Stre­icher.

Hitler zro­bił też nastę­pu­jącą cie­kawą uwagę: "Wła­śnie naro­dził się wilk." Od tam­tego dnia to słowo będzie mu towa­rzy­szyć wszę­dzie. Każda kwa­tera Hitlera będzie ozna­czona głową wilka lub podobną, wil­czą sym­bo­liką ozna­cza­jącą lego­wi­sko wilka.

Zgod­nie z ocze­ki­wa­niami, organy pra­sowe esta­bli­sh­mentu zlek­ce­wa­żyły prze­ło­mowe spo­tka­nie, poświę­ca­jąc mu kilka lini­jek. "Nie­jaki pan Hitler, po zapre­zen­to­wa­niu pro­gramu par­tii, wygło­sił odczyt", napi­sał lewi­cowo-libe­ralny Munch­ner Post, "i mówił nieco jak kome­diant."

Trzeba zdać sobie sprawę, że "kome­diant" wypadł raczej dobrze, ponie­waż w tym samym roku liczba robot­ni­ków wśród jego słu­cha­czy osią­gnęła poziom 30% i wszy­scy byli tymi, któ­rych przy­cią­gnął z elek­to­ratu socja­li­stów.

Jeśli cho­dzi o pro­gram "dwu­dzie­stu pię­ciu punk­tów", Hitler nie przy­wią­zy­wał do niego nazbyt istot­nej uwagi. Nie­które z punk­tów, takie jak zna­cjo­na­li­zo­wa­nie wiel­kich domów towa­ro­wych czy ziemi, wkrótce pójdą w zapo­mnie­nie. Jed­nak kiedy Hitler doj­dzie do wła­dzy, reformy jakie poczyni na tym polu będą miały pełne popar­cie zarówno kup­ców, jak i rol­ni­ków. Ni­gdy nie pozwa­lał, aby jakie­kol­wiek punkty pro­gramowe podzie­liły nie­miecki naród. I choć ni­gdy ich ofi­cjal­nie nie zmo­dy­fi­ko­wano, nikt nie robił z tego powodu pro­blemu: ludzie w więk­szym stop­niu apro­bo­wali kon­kret­nego czło­wieka niż punkty pro­gramowe. Hitler zyskał zaufa­nie i odda­nie spo­łe­czeń­stwa.

Pomi­ja­jąc hol­ly­wo­odz­kie kary­ka­tury, Hitlera cha­rak­te­ry­zo­wał chłodny i reali­styczny umysł. Jego wła­sny pro­gram został w owym umy­śle per­fek­cyj­nie opra­co­wany. Jed­nak w 1920 roku było wciąż za wcze­śnie na ujaw­nie­nie go w peł­nym wymia­rze. Hitler gar­dził pom­pa­tycz­nymi i pustymi obiet­ni­cami poli­ty­ków, a jego pro­gram był tym, który miał zakoń­czyć błędne koło nie­speł­nio­nych przy­rze­czeń. Myślał o wyko­rzy­sta­niu talen­tów i ener­gii wszyst­kich klas spo­łecz­nych. Chciał prze­obra­zić życie prze­cięt­nego nie­miec­kiego robot­nika. Pra­gnął trzy­krot­nie zwięk­szyć pro­duk­cję prze­my­słową. Chciał zapew­nić far­me­rom godne miej­sce w hie­rar­chii spo­łecz­nej. Zabro­nić Żydom pia­sto­wa­nia publicz­nych sta­no­wisk. Marzył o wyzwo­le­niu tery­to­rium Rze­szy i powro­cie na łono ojczy­zny dzie­się­ciu milio­nów Niem­ców, wygna­nych w nie­wolę trak­ta­tem wer­sal­skim.

Jed­nak Hitler był reali­stą i zda­wał sobie sprawę z faktu, iż przed­wcze­sne zapre­zen­to­wa­nie wszyst­kich tych pla­nów, w połą­cze­niu z ryzy­kiem, jakie niosą, może zostać źle ode­brane. Na razie musiały mu wystar­czyć pewne nie­za­chwiane kanony wiary, słu­żące za swo­iste "Tablice Prawa". To, co naj­istot­niej­sze, w sto­sow­nym momen­cie zro­dzi się z jego umy­słu i woli.

W prze­ci­wień­stwie do innych poli­ty­ków z pra­wej strony sceny poli­tycz­nej, na chwilę obecną cie­szą­cych się znacz­nie więk­szą estymą niż on, Hitler dosko­nale wie­dział, czego chciał. A teraz wie­dział także, że jest w sta­nie osią­gnąć rze­czy, na które nie porwałby się nikt inny. Nie był już "nie­ja­kim panem Hitle­rem", jak to uprzed­nio pisała o nim prasa. Stał się Hitle­rem, realną indy­wi­du­al­no­ścią, z którą histo­ria będzie musiała żyć - czy chce, czy nie.

Rozdział 7. Jeden wódz

Roz­dział 7 Jeden wódz

Suk­ces odnie­siony w "Hofbräuhaus" prze­rwie ostat­nią więź łączącą Hitlera z kosza­ro­wym życiem. Armia zapew­niała mu miej­sce do spa­nia, coś do jedze­nia i kilka marek na mie­siąc. Było to jedyne życie, jakie znał. Ale 2 kwiet­nia 1920 roku Hitler poże­gna się z woj­skiem i wyru­szy na spo­tka­nie cał­kiem nowego losu.

Demo­bi­li­za­cja upraw­niała go do otrzy­ma­nia pary skar­pe­tek, pary sli­pów, koszuli, pary spodni, płasz­cza i woj­sko­wych butów. Otrzy­mał także bonus w postaci pięć­dzie­się­ciu marek, co z led­wo­ścią wystar­czało na zakup jedze­nia na dwa tygo­dnie.

Na Thier­sch­strasse w Mona­chium wyna­jął mały pokój, cztery metry na trzy. Było tam jedno okno, przez które wpa­dało tro­chę świa­tła i żad­nego ogrze­wa­nia. Ume­blo­wa­nie skła­dało się z małego żela­znego łózka, dwóch krze­seł, malut­kiego sto­lika i umy­walki. Hitler będzie tam miesz­kać przez całe lata. Kapi­tan Tru­man Smith, ame­ry­kań­ski attaché woj­skowy w Ber­li­nie, który odwie­dził Hitlera, aby na życze­nie swo­jego amba­sa­dora prze­pro­wa­dzić z nim roz­mowę, tak okre­ślił to miej­sce: "Pokój był biedny i ponad wszelką miarę przy­gnę­bia­jący. Wyglą­dał jak klitka w nowo­jor­skim slum­sie." Ów raport spo­wo­do­wał, że Depar­ta­ment Stanu zlek­ce­wa­żył Hitlera jako nie­war­tego uwagi, nie­ma­ją­cego gro­sza przy duszy klo­szarda.

Fran­cu­ski amba­sa­dor François-Pon­cet był o wiele bar­dziej spo­strze­gaw­czy: "Byłoby błę­dem sądzić, iż ten wizjo­ner nie jest reali­stą. Był nim w każ­dym calu, jed­no­cze­śnie będąc bar­dzo wyra­cho­wa­nym. Cecho­wało go prze­szy­wa­jące spoj­rze­nie, swo­ista psy­chiczna moc, która napę­dzała jego żela­zną wolę oraz nie­po­spo­lita wytrwa­łość, wyjąt­kowa odwaga, zdol­ność do podej­mo­wa­nia nagłych i bez­li­to­snych decy­zji i wresz­cie intu­icja, która ostrze­gała go przed nie­bez­pie­czeń­stwem. Z jego ludźmi łączyła go więź, jakby nada­wali na tej samej fali."

Po każ­dym spo­tka­niu, na któ­rym tłumy witały go wiwa­tami, Hitler wra­cał samot­nie do cichego, zim­nego pokoju pod nume­rem 41 przy Thier­sch­strasse. Kom­fort mate­rialny nie był i ni­gdy nie będzie dla Hitlera czymś god­nym uwagi.

W prze­ciągu kilku naj­bliż­szych mie­sięcy po przed­sta­wie­niu swo­ich "dwu­dzie­stu pię­ciu punk­tów", Hitler zor­ga­ni­zo­wał czter­dzie­ści sześć wie­ców i spo­tkań, na któ­rych prze­ma­wiał do 62.371 ludzi, któ­rzy zapła­cili za moż­li­wość słu­cha­nia go. Było to więk­sze audy­to­rium niż łączna liczba uczest­ni­ków spo­tkań wszyst­kich par­tii lewicy.

Jak można było ocze­ki­wać, jedno z jego wystą­pień (13 sierp­nia 1920 roku) poświę­cone było pro­ble­mowi żydow­skiemu. Pla­katy krzy­czały: "Dla­czego jeste­śmy prze­ciwko Żydom?" Hitler był zręczny i nie odpo­wie­dział na to pyta­nie z zacie­kło­ścią Lutra, który nazwał Izra­eli­tów "nie­szczę­ściem, zarazą, plagą i prze­kleń­stwem dla chrze­ści­jań­stwa." "Jego prze­mowa", mówi histo­ryk John Toland, "była pro­pa­gan­do­wym maj­stersz­ty­kiem. Hitler poka­zał, iż w genialny spo­sób potrafi połą­czyć wyda­rze­nia z prze­szło­ści i dnia dzi­siej­szego w wykal­ku­lo­waną formę mającą wzbu­dzić nie­chęć i nie­na­wiść. Bez­u­stan­nie prze­ry­wano mu wybu­chami śmie­chu i okrzy­kami apro­baty. Publicz­ność osiem­na­sto­krot­nie nagra­dzała go burzą okla­sków, zaś reak­cja była szcze­gól­nie żywa, gdy okre­ślał Żydów mia­nem "noma­dów."

Wystą­pie­nie to było jed­nym z nie­wielu, które zacho­wało się w cało­ści. Histo­ryk Car­tier, w któ­rego posia­da­niu była ste­no­gra­fo­wana kopia peł­nego tek­stu prze­mó­wie­nia, komen­to­wał: "Tema­tami poru­sza­nymi przez Hitlera była praca i Żydzi. Jego podej­ście do pro­blemu było nad­zwy­czaj surowe, jed­nak pozo­staje fak­tem, iż ana­liza tek­stu przy­wo­dzi na myśl raczej podej­ście wykła­dowcy, a nie pod­że­ga­cza. Oczy­wi­ste jest, iż Hitler z ogromną uwagą przy­go­to­wał wystą­pie­nie i naj­praw­do­po­dob­niej zawczasu nauczył się go na pamięć, co przy jego nie­zrów­na­nej zdol­no­ści zapa­mię­ty­wa­nia było dzie­cinną igraszką. Reak­cja słu­cha­czy dowio­dła, że obec­ność Hitlera i jego zdol­no­ści ora­tor­skie tchnęły w tekst praw­dziwe życie, sku­pia­jąc uwagę odbior­ców i roz­bu­dza­jąc ich uczu­cia. Przez pierw­sze dwa­dzie­ścia minut publicz­ność była raczej przy­ga­szona, ale potem jej reak­cje stały się coraz częst­sze i bar­dziej entu­zja­styczne. Hitler przy­kuł jej uwagę. Jede­na­sto­krot­nie był gorąco okla­ski­wany przy wtó­rze salw śmie­chu, kiedy to ucie­kał się do sar­ka­zmu i iro­nii z wprawą wytraw­nego aktora. Na koniec nagro­dzono go burzą okla­sków i zgo­to­wano owa­cję na sto­jąco."

W pod­su­mo­wa­niu, Hitler zwra­cał się nie tylko do samych Niem­ców, ale także do innych naro­dów: "Ludu Europy, uwol­nij się od żydow­skiego jarzma. Ludu świata, jed­nocz się i sta­wiaj opór Żydom."

Było to nawo­ły­wa­nie do kru­cjaty, któ­rej istotą było jed­nakże ści­słe ogra­ni­cze­nie jej do usu­nię­cia ("Ent­fe­mung") Żydów, o któ­rym Hitler wspo­mi­nał już w swoim rapor­cie dla Reich­swehry z 1919 roku. Pro­po­no­wane przez Hitlera roz­wią­za­nie pole­gać miało na usu­nię­ciu Żydów z wszel­kich szcze­bli wła­dzy w Niem­czech, co unie­moż­li­wi­łoby im zdo­mi­no­wa­nie Niem­ców i kształ­to­wa­nie ich losu. Nie była to nowa kon­cep­cja. Przez ponad tysiąc lat Euro­pej­czycy szu­kali spo­so­bów na powstrzy­ma­nie Żydów przed osią­gnię­ciem pry­matu w róż­nych kra­jach. Hitler ni­gdy nie tole­ro­wałby sytu­acji, w któ­rej obcy będą spra­wo­wać kon­trolę nad Niem­cami, jeśli zaś Żydom nie odpo­wia­da­łaby kon­cep­cja Nie­miec dla Niem­ców, mogli się wynieść. To wła­śnie było sed­nem słyn­nego prze­mó­wie­nia Hitlera z 13 sierp­nia 1920 roku -?jak pora­dzić sobie z pro­ble­mem żydow­skim -?i nic poza tym.

Jed­nakże, dzięki wysił­kom powo­jen­nej pro­pa­gandy, słowo "Ent­fe­mung" celowo i błęd­nie tłu­ma­czono w set­kach anty­nie­miec­kich publi­ka­cji jako "likwi­da­cję" lub "uni­ce­stwie­nie". Jako pierw­sze owo sfa­bry­ko­wane zna­cze­nie zapre­zen­to­wały wydaw­nic­twa bry­tyj­skie, z któ­rych tra­fiło ono do opra­co­wań fran­cu­skich, potem zaś poja­wiło się w innych języ­kach. Iro­nią pozo­staje fakt, iż owe wytwory pro­pa­gandy były następ­nie tłu­ma­czone na język nie­miecki, więc Niemcy zmu­szeni byli czy­tać niczym Ewan­ge­lię abso­lut­nie błędny prze­kład z ich wła­snego języka. Ponie­waż dra­koń­skie "anty­na­zi­stow­skie" prze­pisy narzu­cone po II woj­nie świa­to­wej przez alian­tów okre­ślały cyto­wa­nie "nazi­stow­skich" publi­ka­cji jako prze­stęp­stwo, nie było moż­liwe powszechne spro­sto­wa­nie błęd­nych prze­kładów.

Tak więc tak zwane "osta­teczne roz­wią­za­nie", jakże czę­sto cyto­wane na pod­sta­wie tek­stu prze­mó­wie­nia Hitlera z 1920 roku, stało się jesz­cze jedną misty­fi­ka­cją, któ­rej wobec odbior­ców dopu­ścili się poli­tyczni "histo­rycy". W 1920 roku prze­ciętny Nie­miec, w prze­ci­wień­stwie do Hitlera, który pra­gnął wyłącz­nie usu­nię­cia Żydów, nie prze­ja­wiał rów­nie łagod­nych uczuć.

Umiar­ko­wa­nie Hitlera było tym bar­dziej zauwa­żalne, iż sta­no­wiło jaskrawy kon­trast wobec powszech­nego gniewu cha­rak­te­ry­stycz­nego dla owych dni. Praw­dziwą iro­nią histo­rii jest to, iż wła­śnie owa wstrze­mięź­li­wość wyko­rzy­stana została w pró­bach zdys­kre­dy­to­wa­nia Hitlera w oczach Niem­ców, jako tego, który sam rze­komo był Żydem.

Teza ta była wysu­wana w set­kach ksią­żek przez pisa­rzy żydow­skiego i nieżydow­skiego pocho­dze­nia. 14 paź­dzier­nika 1933 roku bry­tyj­ski Daily Mir­ror7, nale­żący do żydow­skiego magnata pra­so­wego Lorda Beaver­bro­oka, opu­bli­ko­wał foto­gra­fię żydow­skiego nagrobka nie­ja­kiego Ayra­hama Eyliy­ohna, buka­resz­teń­skiego Żyda, który według Mir­ror miał być dziad­kiem Hitlera. Twier­dze­nie to zostało powszech­nie zaak­cep­to­wa­nie w świe­cie anglo­ję­zycz­nym i musiało cze­kać na histo­ryka Wer­nera Masera, który wyka­zał, iż jest absur­dem: świa­dec­two uro­dze­nia Eyliy­ohna było o pięć lat star­sze niż świa­dec­two uro­dze­nia ojca Hitlera. Następ­nie, z tor­tu­ro­wa­nego norym­ber­skiego więź­nia Hansa Franka wydu­szono "zezna­nie", iż babka Hitlera rze­komo zaszła w ciążę z Żydem. Odbiorcą owego zadzi­wia­ją­cego oświad­cze­nia był ame­ry­kań­ski ofi­cer nazwi­skiem Sixtus O'Con­nor, który owego Żyda okre­ślił jako nie­ja­kiego Fran­ke­ire­ithera z Grazu w Austrii.

Twier­dze­nie to zostało jakoby potwier­dzone arty­ku­łem autor­stwa dale­kiego krew­nego Hitlera, opu­bli­ko­wa­nym w Paris Soir w dniu 5 sierp­nia 1939 roku. I znów Maser wyka­zał, iż ani nazwi­sko Fran­ke­ire­ither, ani Fran­ken­ber­ger, jak to rów­nież je okre­ślano, nie poja­wia się w żad­nych archi­wach Grazu. Co wię­cej, w okre­sie od XV wieku do dekady po śmierci babki Hitlera w Grazu nie miesz­kał nawet jeden Żyd. Maser, zapo­zna­jąc się z arty­ku­łem z Paris Soir był zasko­czony, iż nazwi­ska Fran­ke­ire­ither i Fran­ken­ber­ger nawet się tam nie poja­wiały. To kolejna por­cja norym­ber­skich "dowo­dów" oparta na tor­tu­rach i fał­szer­stwie.

Inną histo­rią z pogra­ni­cza fan­ta­zji, szybko połkniętą przez alian­tów, było rze­kome znisz­cze­nie przez Hitlera austriac­kiej wsi Dol­ler­sheim - miej­sca uro­dze­nia jego ojca. Zarzut został posta­wiony przez mają­cego karę suspensy księ­dza nazwi­skiem Jet­zin­ger, który utrzy­my­wał, iż w 1937 roku Hitler naka­zał zrów­na­nie wsi z zie­mią, gdyż znaj­do­wały się tam kom­pro­mi­tu­jące mate­riały doty­czące jego pocho­dze­nia.

"Dol­ler­sheim i oko­liczne wsie już nie ist­nieją", napi­sał Jet­zin­ger. "Cały nie­gdyś żyzny i kipiący życiem region jest obec­nie niczym wię­cej jak pust­ko­wiem. Na każ­dym kroku na ludzi czeka śmierć pod posta­cią nie­wy­pa­łów. Byli miesz­kańcy zostali roz­pro­szeni po całym kraju. Przez wiele lat Hitler napa­wał się roz­ko­szą na myśl, iż kazał wysa­dzić i zrów­nać z zie­mią miej­sce naro­dzin swego ojca, jak rów­nież grób babki... Wszystko wska­zuje na to, że wyrok śmierci na Dol­ler­sheim wydał oso­bi­ście Hitler, zaś inspi­ra­cją do tego czynu była jego nie­prze­jed­nana nie­na­wiść wobec wła­snego ojca, któ­rego z kolei ojcem mógł być Żyd."

Histo­ria w iście freu­dow­skim stylu, która jest kolejną fał­szywką. Histo­ryk Maser sta­wia sprawę jasno: "Twier­dze­nie Jet­zin­gera jest pira­mi­dal­nym absur­dem. Po przy­łą­cze­niu Austrii do Rze­szy obok gro­bowca Marii Anny Schic­kl­gru­ber posta­wiono pamiąt­kowy obe­lisk z wyry­tym krzy­żem i sło­wami: 'Tutaj leży babka Führera, Maria A. Hitler z domu Schic­kl­gru­ber.' Ucznio­wie szkół i człon­ko­wie Hitler­ju­gend czę­sto przy­cho­dzili na grób i był on zawsze dosko­nale utrzy­many."

Tuż przed II wojną świa­tową Wehr­macht uru­cho­mił w tym rejo­nie poli­gon. Kilka sto­ją­cych samot­nie gospo­darstw zostało uszko­dzo­nych, jed­nak nie ule­gły znisz­cze­niu żadne archiwa kościelne czy pań­stwowe, jak rów­nież nic nie stało się z wsią Dol­ler­sheim. Znisz­cze­nie całego rejonu i oko­lic Dol­ler­sheim nastą­piło pomię­dzy 1945 i 1955 rokiem, za co odpo­wie­dzialne były sowiec­kie woj­ska oku­pa­cyjne. Fakt ten znany był ofi­cjal­nym histo­ry­kom, acz­kol­wiek prze­mil­czano go. Wszyst­kie wymy­sły, począw­szy od nie­na­wi­dzą­cego samego sie­bie Żyda Hitlera, poprzez nie­na­wi­dzą­cego Żydów inno­wiercy do sza­lo­nego i roz­hi­ste­ry­zo­wa­nego krzy­ka­cza były fał­szywe.

Wer­ner Maser był pod wra­że­niem dro­bia­zgo­wej sta­ran­no­ści, z jaką Hitler przy­go­to­wy­wał wszystko, co robił. Wszyst­kie jego notatki były oparte na sze­ro­kim wybo­rze dokład­nych źró­deł: "Dwie­ście pięć­dzie­siąt stron nota­tek, które, przy­go­to­wu­jąc się do wystą­pień Hitler zro­bił odręcz­nie na początku swej kariery, dowo­dzą, iż miał zna­ko­mitą pamięć. Przy ogro­mie mate­riału z jakim pra­co­wał, był świa­dom kon­klu­zji prze­mó­wie­nia już w momen­cie kre­śle­nia jego pierw­szego zda­nia. Garść nazwisk, kilka zdań lub rysun­ków na kawałku papieru było wszyst­kim, czego potrze­bo­wał do roz­wi­nię­cia swej argu­men­ta­cji. Za każ­dym razem, kiedy jego spoj­rze­nie padało na jedno z tych słów, uru­cha­miał się auto­ma­tyczny pro­ces i Hitler mówił, zawsze wie­dząc, w jaki spo­sób użyć danego nazwi­ska, faktu, szcze­gółu, pomy­słu, przy­kładu czy sym­bolu."

Nie tylko geniusz jego ora­tor­stwa zapew­niał zwy­cię­stwo, lecz także posia­dana wie­dza, spo­sób, w jaki dogłęb­nie i sta­ran­nie przy­go­to­wy­wał się do wystą­pień oraz wyjąt­kowa kla­row­ność jego spoj­rze­nia na świat.

Nikt inny w Niem­czech nie mógł poszczy­cić się rów­nie prze­ni­kli­wym umy­słem i nie­zrów­naną zdol­no­ścią do wyra­ża­nia myśli.

W weimar­skim zgro­ma­dze­niu naro­do­wym nie bra­ko­wało zdol­nych ludzi. W każ­dym par­la­men­cie na świe­cie jest pod dostat­kiem ora­to­rów, cza­sami pre­ten­sjo­nal­nych, cza­sami ambit­nych, nie­kiedy chci­wych i sko­rum­po­wa­nych, lecz są także uczciwi rzecz­nicy ludu, a nie­któ­rych cechuje wręcz głę­boka inte­li­gen­cja. I nie­za­leż­nie czy są ogra­ni­czeni czy bły­sko­tliwi, nie zawsze muszą być od razu źli. Porażką jest sam sys­tem par­la­men­tarny: to demo­kra­cja pię­ciu­set ludzi, z któ­rych żaden tak naprawdę nie jest w sta­nie zro­bić użytku ze swych talen­tów czy w pełni korzy­stać z wła­dzy. Sys­tem oscy­luje w kie­runku mecha­ni­zmu spro­wa­dza­ją­cego wszyst­kich do wspól­nego mia­now­nika mier­no­ści z korzy­ścią dla sze­fów i mani­pu­la­to­rów, czę­sto ukry­tych za kuli­sami. To ano­ni­mowy sys­tem, w któ­rym nikt nie ponosi odpo­wie­dzial­no­ści, zaś inte­resy spo­łe­czeń­stwa są każ­do­ra­zowo zdra­dzane. Jeśli pojawi się ktoś z bodaj nie­wielką iskrą indy­wi­du­al­no­ści, zosta­nie nie­uchron­nie spa­ra­li­żo­wany przez hipo­kry­tów i stra­to­wany przez stado. Takim czło­wie­kiem był Stre­se­mann. W 1923 roku zdła­wiono go pięć razy. W ten spo­sób nie można niczego osią­gnąć, a już w szcze­gól­no­ści, kiedy kraj stoi na kra­wę­dzi kata­strofy.

Hitlera nie­na­wi­dzono nie ze względu na jego porażki, ale z powodu jego przy­mio­tów. Żaden kraj nie prze­trwa zdra­dze­nia narodu przez mier­noty i mani­pu­la­to­rów. Praw­dziwa demo­kra­cja polega na zaufa­niu, które naród oka­zuje nie­kła­ma­nemu przy­wódcy wie­rząc, że nie zawie­dzie jego zaufa­nia. I tylko taki lider, cie­szący się bez­względ­nym popar­ciem narodu, jest praw­dzi­wie zdolny do zmo­bi­li­zo­wa­nia naj­bar­dziej kom­pe­tent­nych jed­no­stek celem słu­że­nia ogó­łowi. Kom­pe­ten­cja jest zaprze­cze­niem demo­kra­cji mier­not.

Tego typu demo­kra­cją była, nie­stety, Repu­blika Weimar­ska i dla Nie­miec ozna­czało to samo­bój­stwo.

W marcu 1921 roku weimar­scy poli­tycy ucie­kli z Ber­lina do Stut­t­gartu w następ­stwie prze­wrotu finan­so­wa­nego przez cudzo­ziem­skiego Żyda Tre­bitsch-Lin­colna, co odbyło się przy współ­udziale barona von Lut­twitza i gene­rała von Seeckta, szefa Reich­swehry. Nomi­nal­nym przy­wódcą puczu był pół­krwi Żyd Wol­fgang Kapp, lecz fak­tycz­nym sze­fem ope­ra­cji był Tre­bitsch-Lin­coln. Jedy­nym człon­kiem gabi­netu, który nie dał się zastra­szyć, był mini­ster Noske.

21 marca 1921 roku Noske sta­nął twa­rzą w twarz z von Seeck­tem i kor­pu­sem ofi­cer­skim i zażą­dał: "Wszy­scy ofi­ce­ro­wie, któ­rzy są gotowi pójść za mną, niech pod­niosą rękę." Zro­biło to tylko dwóch z nich. Von Seeckt odpo­wie­dział: "Reich­swehra nie strzela do Reich­swehry."

Hitler udał się do Ber­lina by oso­bi­ście oce­nić sytu­ację. Zwró­cił uwagę, w jaki spo­sób par­la­ment zło­żony z owiec został popchnięty w stronę cha­osu przez kilku żydow­skich mani­pu­la­to­rów. Jed­nak rząd, jakby nie był skom­pro­mi­to­wany pod­pi­sa­niem wer­sal­skiego dyk­tatu, wciąż miał do dys­po­zy­cji apa­rat admi­ni­stra­cyjny, co umoż­li­wiało mu dła­wie­nie nacjo­na­li­stycz­nej opo­zy­cji. Gabi­net był zbyt tchórz­liwy, by budo­wać silne Niemcy. Wszyst­kie organy wła­dzy, poli­cja i repre­syjna legi­sla­tura nasta­wione były na zdu­sze­nie popu­li­zmu i nacjo­na­li­zmu. W ten spo­sób sześć­dzie­siąt milio­nów Niem­ców trzy­mane było na smy­czy przez wła­sny, lecz zarzą­dzany z zewnątrz rząd, pod­czas gdy Hitlera popie­rało tylko trzy tysiące ludzi.

Dla Hitlera będzie to ozna­czało dwa­na­ście lat walki, brnię­cia pod prąd i sta­wia­nia czoła prze­szko­dom, aby dotrzeć do pozo­sta­łych sześć­dzie­się­ciu milio­nów Niem­ców. Jed­nak ni­gdy ani przez chwilę nie wąt­pił, że osią­gnie swój cel.

Sytu­acja, w jakiej znaj­do­wały się Niemcy sta­wała się coraz bar­dziej kata­stro­falna. Pro­win­cja Gór­nego Ślą­ska została prze­ka­zana Pol­sce, co było rów­no­znaczne z utratą dużej czę­ści zdol­no­ści wydo­byw­czych węgla i pro­duk­cji stali. W Nad­re­nii masoni spod znaku Wiel­kiego Wschodu Fran­cji w jawny spo­sób pro­wa­dzili dzia­łal­ność wywro­tową i nawo­ły­wali do buntu. Na fron­cie eko­no­micz­nym war­tość nie­miec­kiej marki spa­dała na łeb, na szyję. Jedyną odpo­wie­dzią na nie­miec­kie woła­nia o pomoc były kolejne żąda­nia ze strony alian­tów, które naj­do­bit­niej ilu­strują roz­ka­zu­jące słowa żydow­skiego mini­stra finan­sów Fran­cji, Louisa-Luciena Klotza: "Szwaby zapłacą."

Alianci zażą­dali, aby Niemcy prze­ka­zy­wały im dwa miliony ton węgla mie­sięcz­nie. Nie­pod­po­rząd­ko­wa­nie się decy­zji gro­ziło oku­pa­cją Nie­miec. Następne w kolejce były nie­wia­ry­godne żąda­nia zapła­ce­nia alian­tom dwu­stu dwu­dzie­stu sze­ściu miliar­dów marek w zło­cie na prze­strzeni czter­dzie­stu dwóch lat -?suma abso­lut­nie astro­no­miczna i nie­moż­liwa do spła­ce­nia. Do tego docho­dziło dwu­na­sto­pro­cen­towe cło od cało­ści nie­miec­kiego eks­portu, co było rów­nie nie­wy­ko­nalne, gdyż Rze­sza była już ogo­ło­cona ze wszyst­kiego. Rząd Nie­miecki oddał wszystko, co tylko mógł, jed­nak alianci twier­dzili, że to wciąż za mało.

Poincaré, szef fran­cu­skiego rządu, za każ­dym razem, kiedy płat­no­ści były spóź­nione lub nie­wy­star­cza­jące, dawał upust swemu nie­za­do­wo­le­niu wysy­ła­jąc do Nie­miec alianc­kie jed­nostki: do Frank­furtu i Darm­stadtu w 1920, do Düsseldorfu w 1921 roku i wresz­cie w 1923 roku, kiedy to naje­chał pro­win­cję Ruhry przy uży­ciu wojsk fran­cu­skich i bel­gij­skich.

Wszyst­kie te dzia­ła­nia były manną z nieba dla komu­ni­stów. Alianc­kie obcią­że­nia uła­twiały im zada­nie. Alianc­kie gra­bieże i postę­pu­jący roz­kład nie­miec­kiego rządu spra­wiały, że wywro­towa dzia­łal­ność komu­ni­stów sta­wała się pro­ble­mem rów­nie dużym, jak po roku 1918.

Hitler był cał­ko­wi­cie świa­dom, że w star­ciu z czer­woną rewo­lu­cją wspie­raną moskiew­skimi bagne­tami jego kilka tysięcy wier­nych stron­ni­ków nie ma wiel­kich szans. Swym zwo­len­ni­kom powie­dział otwar­cie: "Kto­kol­wiek sta­nie po naszej stro­nie, nie zdo­bę­dzie lau­rów, nie wspo­mi­na­jąc o korzy­ściach mate­rial­nych. Naj­praw­do­po­dob­niej skoń­czy w wię­zie­niu."

W rze­czy­wi­sto­ści, wielu skoń­czyło jesz­cze gorzej. Długa bata­lia Hitlera kosz­to­wać będzie życie 1.785 jego zwo­len­ni­ków. Rany z rąk komu­ni­stów odnie­sie czter­dzie­ści trzy tysiące z nich.

Ale to odwaga Hitlera i poświę­ce­nie tych, któ­rzy do niego dołą­czyli, wywrze wra­że­nie na sza­rych ludziach. Hitler ni­gdy nie mar­no­wał oka­zji, by przy­po­mnieć tłu­mom: "Owi ryce­rze, hra­bio­wie i gene­ra­ło­wie ni­gdy nic nie zro­bią. Ale ja zro­bię! Zro­bię to sam!" Nie były to próżne prze­chwałki, lecz po pro­stu stwier­dze­nie faktu. Praw­dzi­wo­ści tego stwier­dze­nia Hitler będzie w coraz więk­szym stop­niu dowo­dził.

Par­tie bur­żu­azyjne zde­cy­do­wały się opro­te­sto­wać miliar­dowe żąda­nia alian­tów, jed­nak, kiedy stało się jasne, że komu­ni­ści mają zamiar zakłó­cić pro­te­sty, szybko się z pomy­słu wyco­fały. Ich tchó­rzo­stwo tak roz­wście­czyło Hitlera, iż zde­cy­do­wał, że zor­ga­ni­zuje pro­test samo­dziel­nie. Było to 2 lutego 1921 roku. Hitler wyna­jął ogromną halę w cyrku Krone w Mona­chium. Celem roz­pro­pa­go­wa­nia wiecu zarzą­dził druk tysięcy pla­ka­tów, jesz­cze bar­dziej czer­wo­nych niż zwy­kle, aby tym bar­dziej roz­wście­czyć mark­si­stów oraz zasy­pał ulot­kami dziel­nice robot­ni­cze. Raz jesz­cze roze­słał swych zago­rza­łych zwo­len­ni­ków w ofla­go­wa­nych cię­ża­rów­kach. Tym razem na sztan­da­rach po raz pierw­szy wid­niała swa­styka. Sztan­dary były oso­bi­stym pro­jek­tem Hitlera, opar­tym na pomy­słach wywo­dzą­cych się ze sta­ro­żyt­nej histo­rii Nie­miec. Pra­co­wał nad nimi przez kilka nocy, usta­la­jąc ich wymiary i pro­por­cje co do mili­me­tra. Wzmoc­nił wymowę krzyża poprzez nada­nie kątów pro­stych zaokrą­glo­nym ele­men­tom, aby pod­kre­ślić ich sym­bo­liczną wymowę nawią­zu­jącą do życia i ener­gii, a następ­nie oparł pro­jekt o kolo­ry­stykę sta­rej flagi Cesar­stwa Nie­mieckiego, uży­wa­jąc czerni, czer­wieni i bieli. Dwa­dzie­ścia lat póź­niej ta wła­śnie swa­styka powie­wać będzie od Narwiku do Sta­lin­gradu.

2 lutego 1921 roku był to wciąż nie­znany sym­bol. Jed­nak już od samego początku wzbu­dził zanie­po­ko­je­nie bawar­skiego mini­stra spraw wewnętrz­nych, który ogło­sił, iż w przy­szło­ści poli­cja będzie mogła uży­wać siły w celu zapo­bie­że­nia publicz­nemu eks­po­no­wa­niu sym­bolu. Dwa­na­ście lat póź­niej ten sam mini­ster będzie pośpiesz­nie wywie­szać ze swego bal­konu sztan­dar, który oso­bi­ście zde­le­ga­li­zo­wał.

Wie­czo­rem w dniu wiecu, sala cyrku Krone wypeł­niła się po brzegi. Poja­wiło się ponad sie­dem tysięcy ludzi, z któ­rych każdy zapła­cił za wstęp, co miało nie­ba­ga­telne zna­cze­nie dla finan­sów par­tii -?zasko­czyło to nawet Hitlera. Prze­ma­wiał do tłumu przez dwie i pół godziny. "Po pierw­szej pół godzi­nie bez prze­rwy prze­ry­wano mi okla­skami. Pod dwóch godzi­nach aplauz zastą­piła nie­mal nabożna cisza. Gdy wypo­wie­dzia­łem ostat­nie słowa, publicz­ność ogar­nęła fala entu­zja­zmu i zgro­ma­dzeni odśpie­wali z zapa­łem 'Deutsch­land über alles.'"

Tak zwani poli­tyczni eks­perci, któ­rzy do dzi­siej­szego dnia nie są w sta­nie pojąć swo­istej che­mii pomię­dzy naro­dem i ich przy­wódcą, pró­bo­wali owego dnia uzmy­sło­wić sobie coś, co było dla nich rze­czą nie­wy­tłu­ma­czalną. Żydow­ski histo­ryk Haf­f­ner tłu­ma­czył suk­ces Hitlera hip­nozą: "Była to umie­jęt­ność hip­no­ty­zo­wa­nia, z rodzaju tych, które w każ­dym momen­cie i w każ­dych oko­licz­no­ściach umoż­li­wiają skon­cen­tro­wa­nej sile woli obję­cie kon­troli nad nie­przy­tom­nym, tym razem kolek­tyw­nym. Hip­no­tyczny efekt, jaki Hitler wywie­rał na masy był jego atu­tem poli­tycz­nym o kapi­tal­nym wręcz zna­cze­niu."

Hitler nie docze­kał się w oczach Haf­f­nera uzna­nia za inne talenty, jak rów­nież nie docze­kali się ich sami Niemcy, posia­da­jący swoją wła­sną wolę i umy­sły. Póź­niej jed­nak wyda­rze­nia zmu­siły Haf­f­nera do wery­fi­ka­cji jego opi­nii: "Jeśli przyj­rzeć się Hitle­rowi bli­żej, nawet przed ???? rokiem, jego obser­wa­to­rzy i kry­tycy musieli być pod wra­że­niem jesz­cze jed­nej rze­czy poza oczy­wi­stym talen­tem ora­tor­skim: jego umie­jęt­no­ści orga­ni­za­cyj­nych, a mówiąc dokład­niej, pre­dys­po­zy­cji do zawład­nię­cia ludźmi będą­cymi efek­tyw­nym instru­men­tem spra­wo­wa­nia wła­dzy i doj­ścia do per­fek­cji w posłu­gi­wa­niu się nimi."

Po suk­ce­sie spo­tka­nia w cyrku Krone, Hitler będzie orga­ni­zo­wać śred­nio cztery wiece mie­sięcz­nie. Po opła­ce­niu kosz­tów zebrano sześć­dzie­siąt tysięcy marek. Ponadto, człon­ko­wie par­tii pła­cili składki w wyso­ko­ści pięć­dzie­się­ciu feni­gów mie­sięcz­nie, czyli sze­ściu marek rocz­nie. Jeśli prze­mnoży się to przez tysiące, fun­du­sze te staną się istot­nym wkła­dem w roz­wój nowego ruchu.

Jed­nakże suk­ces Hitlera szybko wzbu­dził zazdrość. Pier­wotni zało­ży­ciele par­tii czuli się przy­tło­czeni przez zacho­dzące wyda­rze­nia i kry­tycz­nie odno­sili się do dzia­łań, które okre­ślali mia­nem "sza­leństw Hitlera." Sto­pień nasy­ce­nia Mona­chium pro­pa­gandą par­tii powo­do­wał u nich prze­ra­że­nie: cóż za mar­no­tra­wie­nie pie­nię­dzy! Fakt, że kiedy Hitler do nich dołą­czał to skar­biec par­tii zawie­rał sie­dem i pół marki, jakoś umy­kał ich uwa­dze. Czuli się upo­ko­rzeni jego suk­cesem i w pew­nym sen­sie odczu­wali potrzebę spro­wa­dze­nia go do poziomu swo­jej prze­cięt­no­ści. W celu zmniej­sze­nia jego wpły­wów pra­gnęli połą­cze­nia par­tii z innymi, mniej­szymi par­tiami, które wege­to­wały w podobny spo­sób, jak ich wła­sna, zanim Hitler stał się jej człon­kiem. Jed­nak w opi­nii Hitlera wchło­nię­cie sła­bych i pod­rzęd­nych par­ty­jek ni­gdy nie prze­ło­ży­łoby się na powsta­nie real­nego poten­cjału, dla­tego zawsze stał w opo­zy­cji do tego typu pro­jek­tów. Zda­wał sobie sprawę, iż posiada dar zjed­ny­wa­nia sobie mas i inspi­ro­wa­nia ich do sta­nia się praw­dziwą siłą i nie chciał mar­no­wać czasu na deli­be­ra­cje z bez­barw­nymi poli­ty­kami. Wie­rzył, iż kiedy naród raz już obie­rze przy­wódcę, będzie miał prawo ocze­ki­wać od niego odpo­wie­dzial­no­ści, a nie ucie­ka­nia od niej. Z kolei przy­wódca będzie miał prawo ocze­ki­wać bez­względ­nego popar­cia ze strony narodu. Wie­rzył w to przez całe swoje życie.

Tak więc małost­kowi zało­ży­ciele ory­gi­nal­nej Nie­miec­kiej Par­tii Robot­ni­ków zapra­gnęli przy­wo­łać Hitlera do porządku: jesz­cze jeden epi­zod w odwiecz­nej woj­nie mię­dzy mier­no­ścią i talen­tem. Hitler wyje­chał na sześć tygo­dni do Ber­lina celem wystę­po­wa­nia na wie­cach oraz odby­cia serii spo­tkań na wyso­kim szcze­blu, w tym z gene­ra­łem Luden­dorf­fem, admi­ra­łem Schro­ede­rem, Ern­stem von Bor­si­giem, prze­wod­ni­czą­cym zrze­sze­nia prze­my­słu sta­lo­wego i hra­bią von Reven­tlo­wem. Żona hra­biego, uro­dzona we Fran­cji hra­bina d'Alle­mont, była ocza­ro­wana Hitle­rem i w obec­no­ści gości swego ele­ganc­kiego salonu powie­działa: "Ten czło­wiek jest przy­szłym Mesja­szem Nie­miec."

Pod­czas gdy Hitler zabie­gał o popar­cie wpły­wo­wych osób dla jego par­tii, dotarły do niego wie­ści o kno­wa­niach w Mona­chium. Natych­miast wró­cił, aby sta­nąć przed par­tyj­nymi biu­ro­kra­tami. Zamiast ocze­ki­wa­nych wyja­śnień spo­tkał się z pyta­niami zada­wa­nymi w nie­przy­ja­zny spo­sób. Jakże mało znali Hitlera jego par­tyjni kole­dzy! Jego reak­cją było natych­mia­stowe zło­że­nie rezy­gna­cji z człon­ko­stwa w par­tii.

Zarzuty wysu­wane pod adre­sem Hitlera były rów­nie fał­szywe, co absur­dalne. Poza oskar­że­niami doty­czą­cymi jego rze­ko­mej żądzy wła­dzy, pomó­wiono go także o bycie kobie­cia­rzem. Co cie­kawe, miało się to odno­sić do kon­tak­tów z kobie­tami ubra­nymi w dro­gie jedwabne majtki i palą­cymi papie­rosy. Nie­szczę­sny Hitler! I to wszystko w cza­sie, gdy niczym mnich miesz­kał w swoim nie­ogrze­wa­nym, wyna­ję­tym pokoju.

Tym­cza­sem sze­re­gowi człon­ko­wie par­tii odma­wiali zaak­cep­to­wa­nia rezy­gna­cji Hitlera. W dniu 11 lipca 1921 roku popro­szono go o zaję­cie sta­no­wi­ska. Mając świa­do­mość, że bez niego par­tia nie zna­czy nic, posta­wił jej ulti­ma­tum: jeśli chcą, aby został, wszy­scy lamen­tu­jący intry­ganci będą musieli zre­zy­gno­wać z człon­ko­stwa; wszy­scy gło­su­jący prze­ciwko niemu, obstruk­cjo­ni­ści i zazdro­sne mier­noty będą musiały odejść, zaś par­tia natych­miast zaak­cep­tuje go w roli szefa z pełną wła­dzą wyko­naw­czą. Kry­ty­kanccy pod­ju­dza­cze byli zszo­ko­wani i nagle uświa­do­mili sobie, że porwali się na bar­dzo nie­zwy­kłego prze­ciw­nika. Dre­xler, jeden z głów­nych mąci­cieli, dosłow­nie padł Hitle­rowi do stóp: "Z sza­cunku dla pana ogrom­nej wie­dzy i w podzię­ko­wa­niu za bez­in­te­re­sowną pracę na rzecz roz­woju par­tii, jak rów­nież w uzna­niu pana wyjąt­ko­wych zdol­no­ści ora­tor­skich, komi­tet gotów jest przy­znać panu pełną wła­dzę wyko­naw­czą i w jak naj­szyb­szym try­bie ogło­sić pana sze­fem par­tii, natych­miast, kiedy tylko wycofa pan swoją rezy­gna­cję."

Jed­nak Hitler nie zaak­cep­to­wał pro­po­zy­cji i bez kon­sul­to­wa­nia się z komi­te­tem, który i tak się przed nim uko­rzył, w dniu 29 lipca 1921 roku odwo­łał się bez­po­śred­nio do sze­re­go­wych człon­ków par­tii. Pra­gnął, aby jego wła­dza pocho­dziła wprost od ludzi, a nie od gar­ści małych intry­gan­tów. Jego przy­by­cie na spo­tka­nie zostało powi­tane burzą okla­sków. Prze­gło­so­wano warunki posta­wione przez Hitlera: pięć­set pięć­dzie­siąt trzy głosy "za" i jeden głos na "nie.".

Póź­niej, na wiel­kim wiecu w cyrku Krone, ofi­cjal­nie raty­fi­ko­wano wszyst­kie warunki. Hitler stał się gospo­da­rzem we wła­snym domu dzięki prak­tycz­nie jed­no­gło­śnemu wer­dyk­towi będą­cemu wyra­że­niem woli człon­ków par­tii. To wła­śnie tego wie­czoru po raz pierw­szy został wodzem. Magiczne słowo "Führer" zaczęło swą karierę.

Rozdział 8. Trzy szanse Hitlera

Roz­dział 8 Trzy szanse Hitlera

"Tyle pla­nów mia­łem w gło­wie. Całymi dniami myśla­łem o tym, co był­bym w sta­nie zro­bić, ale wszystko spro­wa­dzało się do jed­nego pro­blemu: nie mia­łem nazwi­ska i tym samym żad­nej real­nej siły, aby zro­bić coś poży­tecz­nego." Taki był tok myśle­nia Hitlera do dnia, w któ­rym pod­pi­sano trak­tat wer­sal­ski. Miał wtedy w kie­szeni mniej niż sto marek, nie znał pra­wie nikogo w Mona­chium, nie mógł pole­gać na niczyim wspar­ciu. Będą musiały minąć jesz­cze dwa lata, zanim jego nazwi­sko będzie pisane popraw­nie.

Media i histo­rycy esta­bli­sh­mentu zawsze twier­dzili, że Hitler nie miał pro­gramu. Miał coś wię­cej -?zasady. Pro­gramy muszą być adap­to­wane do zmie­nia­ją­cej się sytu­acji, pod­czas gdy zasady utrzy­mują swoją inte­gral­ność i kie­ru­nek. Pro­gramy, które nie są oparte na zasa­dach, przy­po­mi­nają glinę bez rzeź­bia­rza.

W cza­sie samot­nego pobytu w Wied­niu i pod­czas pięć­dzie­się­ciu jeden mie­sięcy na fron­cie, Hitler był czę­ścią rytmu, w jakim funk­cjo­no­wał cały naród i tym samym czuł jego psy­chiczną siłę, niczym maleńka gwiazda w prze­ogrom­nej kon­ste­la­cji. Jedyną rze­czy­wi­stość dla Hitlera sta­no­wiły naj­wyż­sze zasady, które były dla niego dro­go­wska­zem. Kie­dyś w Ber­li­nie powie­dział mi, ze ludzie wielcy są obda­rzeni ducho­wo­ścią, która pozwala im wydźwi­gnąć ludz­kość z nie­woli i mier­no­ści.

Pozba­wiony jakich­kol­wiek środ­ków mate­rial­nych, Hitler miał wyłącz­nie swoją wiarę i swoje zasady. Począt­kowo sam nie zda­wał sobie z tego sprawy, ale miał jesz­cze talent do uży­wa­nia słowa. Był to praw­dziwy dar od Boga. Naj­tęż­sze umy­sły mogą zacząć się jąkać czy­ta­jąc jedną czy dwie strony tek­stu w obec­no­ści tłumu. Niemcy od zawsze cier­piały na brak dobrych mów­ców. Nawet weimar­scy poli­tycy wygła­szali publiczne prze­mó­wie­nia w spo­sób sztywny i mało inspi­ru­jący. Hitler zauwa­żył błysk zain­te­re­so­wa­nia w oczach kole­gów, gdy roz­ma­wiał z nimi w oko­pach. Dla­czego spi­jali słowa z jego ust -?był prze­cież nikim -?pod­czas gdy z pogardą odtrą­cali wykłady wiel­kich i moż­nych?

Na początku 1919 roku to, co pozo­stało z cesar­skiej armii, stało się ostat­nim bastio­nem Nie­miec w walce z komu­ni­stycz­nymi rewol­tami. Tylko z naj­wyż­szym tru­dem zde­mo­bi­li­zo­wani ofi­ce­ro­wie i żoł­nie­rze zdo­łali oca­lić Ber­lin i kilka innych miast. Ale cena była czę­sto wysoka: poj­ma­nych woj­sko­wych ohyd­nie tor­tu­ro­wano przed zabi­ciem. Patrio­tów ata­ko­wali także nie­któ­rzy byli jeńcy wojenni, któ­rzy tra­fili do rosyj­skiej nie­woli i zostali pod­dani przez mark­si­stów pra­niu mózgów przed zwol­nie­niem do Nie­miec.

Patrio­tycz­nie nasta­wieni żoł­nie­rze orga­ni­zo­wali się, by prze­cią­gnąć na swoją stronę owych zin­dok­try­no­wa­nych wete­ra­nów. Roz­po­częli kam­pa­nię mającą na celu pro­mo­wa­nie war­to­ści naro­do­wych i oby­wa­tel­skich wśród wszyst­kich, któ­rzy słu­żyli w siłach zbroj­nych. Do pro­wa­dze­nia sku­tecz­nej akcji potrzebni byli wyszko­leni i zaufani patrioci. W tym celu na uni­wer­sy­te­cie w Mona­chium uru­cho­miono spe­cjalny kurs dla byłych żoł­nie­rzy z poboru. Jed­nym ze słu­cha­czy był Hitler, któ­rego patrio­tyzm i anty­ko­mu­ni­styczne nasta­wienie zostały zauwa­żone. Jed­nak wciąż był tylko nie­zna­nym eks-żoł­nie­rzem.

Po kilku dniach trwa­nia kursu, pro­fe­sor Karl Ale­xan­der von Muel­ler, który wykła­dał poli­tyczną histo­rię wojny, zwró­cił się do kapi­tana Karla May­era, ofi­cera, który przy­słał mu nie­wielką grupkę nowo zapi­sa­nych słu­cha­czy, z nastę­pu­ją­cym pyta­niem: "Czy wie­dział pan, że wśród szko­lo­nych osób macie uta­len­to­wa­nego mówcę?"

"Któż to taki?"

"Nie­jaki Hitler z Pułku Lista", odpo­wie­dział von Muel­ler.

Pro­fe­sor odkrył talenty Hitlera zupeł­nie przy­pad­kowo: "Po moim wykła­dzie, który wywo­łał oży­wioną dys­ku­sję, kiedy już mia­łem opu­ścić salę, wpa­dłem na nie­wielką grupkę ludzi blo­ku­jącą przej­ście. Wyda­wali się być zafa­scy­no­wani sło­wami czło­wieka o dziw­nie gar­dło­wym gło­sie... Zain­try­go­wała mnie jego blada twarz, zupeł­nie nie­woj­skowy pukiel czar­nych wło­sów na czole, przy­po­mi­na­jący pędze­lek wąsik i duże jasno­nie­bie­skie i świe­cące oczy. Kiedy obser­wo­wa­łem słu­cha­ją­cych, mia­łem wra­że­nie, że ich egzal­ta­cja wraca do niego jak bume­rang, wzmac­nia­jąc siłę jego pło­mien­nej prze­mowy." Kapi­tan Meyer nie był tylko zwy­czaj­nym ofi­ce­rem; był moto­rem napę­do­wym sek­cji szko­le­nia i pro­pa­gandy przy samym dowódz­twie. Opie­ra­jąc się na oce­nie von Muel­lera, zare­ago­wał natych­miast. Skie­ro­wał Hitlera do pułku w Mona­chium, jako "zaufa­nego przed­sta­wi­ciela dowódz­twa regio­nal­nego."

Ów nie­ocze­ki­wany awans Hitler zawdzię­czał nie swoim ideom, a raczej, jak to okre­ślił Mayer, "bar­dzo pięk­nej, czy­stej i cel­nej for­mie, jaką nada­wał swoim sło­wom." Mayer widział w Hitle­rze żoł­nie­rza-patriotę zdol­nego do prze­ko­na­nia tych, któ­rych komu­ni­ści prze­ka­ba­cili w obo­zach jeniec­kich. Wysłano go zatem do obozu Lech­feld, gdzie nie bra­ko­wało tego typu ludzi. W prze­ciągu mie­siąca Hitler prze­wró­cił poli­tycz­nie obóz do góry nogami. Porucz­nik Bendt, bez­po­średni prze­ło­żony Hitlera, wysłał do Mona­chium nastę­pu­jący raport: "Dzięki jasno­ści i pro­sto­cie wypo­wie­dzi Hitler spra­wia, że jego idee są zro­zu­miałe dla wszyst­kich. Jest uro­dzo­nym mówcą, który swym pło­mien­nym zapa­łem oraz zacho­wa­niem spra­wiającym, iż uwa­żany jest za 'swo­jego", przy­kuwa uwagę słu­cha­czy i prze­ko­nuje ich do wła­snego spo­sobu myśle­nia."

Można powie­dzieć, że Hitler-mówca został odkryty dzięki przy­pad­kowi. Jego suk­ces w Lech­feld dał mu w końcu nazwi­sko i zasłu­żone uzna­nie. Nie był już ano­ni­mo­wym kapra­lem wśród czte­ry­stu tysięcy innych pod­ofi­ce­rów. Gdy w dniu 10 wrze­śnia 1919 roku otrzy­mał list od kapi­tana May­era, zaczy­nał się on od szcze­gól­nie uro­czy­stego zwrotu "Sehr vereh­ter Herr Hitler." Dla kogoś, kto dobrze znal rygory pod­le­gło­ści służ­bo­wej w nie­miec­kiej armii, była to zmiana, w którą trudno było uwie­rzyć.

Uwagę prze­ło­żo­nych Hitlera zwró­cił jeden z aspek­tów jego suk­cesu w obo­zie Lech­feld: usta­no­wie­nie współ­za­leż­no­ści mię­dzy komu­ni­stycz­nymi rewol­tami w Niem­czech i nie­prze­rwaną obec­no­ścią Żydów w pierw­szym sze­regu wywro­tow­ców. Szef wydziału wywiadu i szko­le­nia popro­sił Hitlera o opra­co­wa­nie raportu doty­czą­cego wpły­wów Żydów i juda­izmu. Spra­woz­da­nie Hitlera było dość rewo­lu­cyjne. Przy­zna­wał, że więk­szość ludzi odbie­rała cechy cha­rak­te­ry­styczne dla Żydów jako odpy­cha­jące, cho­ciaż w jego oce­nie była to reak­cja instynk­towna, pod­czas gdy w jego przy­padku wyni­kała ze sfery inte­lek­tu­al­nej. Prze­pro­wa­dza­jąc logiczną ana­lizę skon­klu­do­wał, iż przez ostat­nie dwa tysiące lat Żydzi pod­trzy­my­wali odręb­ność rasową, wyróż­nia­jącą ich w każ­dej spo­łecz­no­ści naro­do­wej, w któ­rej w danym momen­cie aku­rat się zna­leźli.

Tak oto pierw­szym doku­men­tem poli­tycz­nym Hitlera był woj­skowy raport:

"O ile prawdą jest, iż nie­bez­pie­czeń­stwo jakie juda­izm stwa­rza dla narodu nie­miec­kiego skut­kuje odrazą, jaką Żydzi wywo­łują u znacz­nej czę­ści naszego spo­łe­czeń­stwa, owa odraza nie jest wyni­kiem wie­dzy na temat zgub­nego wpływu juda­izmu na nasz naród, ale ma źró­dło w emo­cjach. To poważny błąd. Obrona przed juda­izmem nie powinna i nie może być oparta na reak­cjach emo­cjo­nal­nych, ale na zna­jo­mo­ści fak­tów. Po pierw­sze juda­izm jest rasą, a nie spo­łecz­no­ścią reli­gijną. Żydzi ni­gdy nie okre­ślają się mia­nem Niem­ców, Pola­ków czy Ame­ry­ka­nów wiary żydow­skiej, ale zawsze uwa­żają się za nie­miec­kich Żydów, pol­skich Żydów czy ame­ry­kań­skich Żydów. Jedy­nym atry­bu­tem zapo­ży­czo­nym z obcych kra­jów jest język. Żydzi nie muszą wyzna­wać juda­izmu żeby być Żydami. Przez całe wieki Żydzi zacho­wy­wali swoją cha­rak­te­ry­stykę rasową w naj­ści­ślej­szym kręgu pokre­wień­stwa, robiąc to z dużo więk­szą kon­se­kwen­cją niż narody, wśród któ­rych żyją. Tym samym mamy u sie­bie obcą nie­nie­miecka rasę, która funk­cjo­nuje pośród nas. Nie ma ona ani ochoty, ani moż­li­wo­ści wyrze­cze­nia się swych cech raso­wych czy spo­sobu odczu­wa­nia, myśle­nia lub dzia­ła­nia. Mimo to, owa obca rasa ma takie same prawa, jak my."

Hitler pod­su­mo­wał, iż reak­cje emo­cjo­nalne znaj­dują ujście w pogro­mach, pod­czas kiedy racjo­nalna reak­cja powinna pro­wa­dzić do sys­te­ma­tycz­nego i legal­nego znie­sie­nia spe­cjal­nych przy­wi­le­jów, z jakich korzy­stają Żydzi. Inne obce spo­łecz­no­ści nie cie­szyły się podob­nymi spe­cjal­nymi wzglę­dami, więc tym samym Żydzi nie powinni funk­cjo­no­wać jako uprzy­wi­le­jo­wana rasa wewnątrz narodu nie­miec­kiego. Jed­nak osta­tecz­nym celem było zdy­stan­so­wa­nie Żydów od Niem­ców. Słowo "zdy­stan­so­wać" jest tu godne uwagi. Do końca życia Hitler będzie mówić o "zdy­stan­so­wa­niu" Żydów od lud­no­ści nie­miec­kiej. Słowo "eks­ter­mi­na­cja" ni­gdy nie pojawi się w żad­nym z zapi­sów, które wyszły spod jego pióra.

Raport Hitlera został dobrze przy­jęty w krę­gach woj­sko­wych Mona­chium, ale nie zawę­dro­wał ni­gdzie dalej.

Tra­ge­dia II wojny świa­to­wej została zmo­no­po­li­zo­wana przez pro-syjo­ni­styczne lobby jako wyłączna tra­ge­dia Żydów. Jest to kłam­stwo histo­ryczne spre­pa­ro­wane dla osią­gnię­cia zysków finan­so­wych. Fakt, iż nie­któ­rzy Żydzi ucier­pieli w tak wiel­kiej pożo­dze, wywo­ła­nej zresztą przez ich wła­snych przy­wód­ców, jest bez­sporną prawdą. Jed­nakże wyol­brzy­mia­nie tych cier­pień jest tak dalece nie­pro­por­cjo­nalne, iż w osta­tecz­nym roz­ra­chunku staje się szko­dliwe dla inte­re­sów, któ­rym ma słu­żyć. Dopiero teraz pro­fe­sjo­nalni histo­rycy spro­wa­dzają zapisy doty­czące naj­więk­szego mili­tar­nego kon­fliktu w dzie­jach świata do sfery fak­tów.

Po wybo­rach z 1933 roku, wygra­nych przez Hitlera, żydow­scy przy­wódcy dosłow­nie wypo­wie­dzieli wojnę Niem­com. Była to wojna na tle raso­wym, którą Hitler zmu­szony był toczyć. Jed­nak jego bro­nią w tym kon­flik­cie był oręż poli­tyczny i spo­łeczny i te wła­śnie metody legły u pod­staw naj­więk­szej poli­tycz­nej i spo­łecz­nej rewo­lu­cji, jaką kie­dy­kol­wiek widział świat.

To wła­śnie w celu zdła­wie­nia tej rewo­lu­cji alianci raz jesz­cze zostali zma­ni­pu­lo­wani i wplą­tani w kon­flikt zbrojny z Niem­cami.

Nie jest żad­nym zasko­cze­niem, że w 1919 roku woj­skowi zwierzch­nicy Hitlera byli zain­te­re­so­wani pro­ble­mem żydow­skim, gdyż to wła­śnie Żydzi prze­wo­dzili komu­ni­stycz­nej rewo­lu­cji w Niem­czech. Fakt ten był jesz­cze jed­nym powo­dem, dla któ­rego więk­szość Niem­ców była nasta­wiona anty­ży­dow­sko. Hitler pod­niósł te pro­cesy emo­cjo­nalne do poziomu inte­lek­tu­al­nego. Patrioci wywo­dzący się z krę­gów woj­sko­wych sta­no­wili ostat­nią rezerwę poko­na­nych Nie­miec i jako jej ostatni bastion, byli zain­te­re­so­wani rato­wa­niem kraju przed jesz­cze więk­szym cha­osem. Z tego powodu przy­glą­dali się zarówno par­tiom poli­tycz­nym o pod­łożu patrio­tycz­nym, jak i tym, które pro­wa­dziły dzia­łal­ność wywro­tową.

Wywiad woj­skowy w Mona­chium obser­wo­wał nie­wielką par­tię pod nazwą Nie­miecka Par­tia Robot­ni­ków (DAP). Jej zało­ży­cie­lem był ślu­sarz pra­cu­jący na kolei, nazwi­skiem Anton Dre­xler. Pod­stawą jego idei było zało­że­nie, że ratu­nek dla Nie­miec leży w trwa­łej zgo­dzie mię­dzy socja­li­zmem i nacjo­na­li­zmem. Była to ory­gi­nalna kon­cep­cja, gdyż ide­olo­gie te od zawsze były sobie śmier­tel­nie wro­gie.

Już od czasu swego pobytu w Wied­niu, Hitler wie­dział, że w rze­czy­wi­sto­ści obie orien­ta­cje wza­jem­nie się uzu­peł­niają. Dre­xler był gorą­cym patriotą i zago­rza­łym zwo­len­ni­kiem idei spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej, którą w owym cza­sie okre­ślano mia­nem socja­li­zmu. Tak naprawdę, tego typu "patrio­tyczny" socja­lizm pozo­sta­wał w skraj­nej opo­zy­cji do wypa­czo­nego socja­li­zmu żydow­skich finan­si­stów i ich mark­si­stow­skich mor­der­ców. Tak więc ojcem naro­do­wego socja­li­zmu był nie kto inny, jak uczciwy patriota-robot­nik, który 5 stycz­nia 1919 roku wraz ze swymi kole­gami z pracy zało­żył małą par­tię. Była to par­tia praw­dzi­wie robot­ni­cza, nie­bę­dąca narzę­dziem w rękach mię­dzy­na­ro­do­wej finan­sjery czy żydow­skich inte­lek­tu­ali­stów.

Od czasu do czasu DAP orga­ni­zo­wała spo­tka­nia na pierw­szym pię­trze piwiarni "Altes Rosen­bad" i zapra­szała na nie miesz­kań­ców Mona­chium. Zwy­kłe z cie­ka­wo­ści przy­cho­dziło po kilka osób.

Kapi­tan Meyer zde­cy­do­wał o wysła­niu obser­wa­tora na następne spo­tka­nie DAP. Po jego odkry­ciu przez pro­fe­sora von Muel­lera i po doko­na­niach w obo­zie Lech­feld, szczę­ście uśmiech­nęło się do Hitlera po raz trzeci. Tym razem spo­tka­nie odby­wało się na zaple­czu piwiarni "Ste­mec­ker", zaś jako zapro­szony gość miał wystą­pić eko­no­mi­sta Got­t­fried Feder. Na spo­tka­nie przy­było czter­dzie­ści pięć osób, wśród któ­rych było dwóch skle­pi­ka­rzy, szes­na­stu han­dlow­ców, arty­sta, pro­fe­sor i córka sędziego. Po wysłu­cha­niu zapro­szo­nego mówcy, Hitler zano­to­wał w swoim notat­niku: "Śmieszne i małost­kowe dzie­le­nie włosa na czworo. Mam dosyć słu­cha­nia tych rze­czy!" Gdy wycho­dził z sali, pro­fe­sor nazwi­skiem Bau­mann popro­sił o moż­li­wość pole­miki z nudną prze­mową eko­no­mi­sty.

Wstał i wygło­sił tyradę na rzecz bawar­skiego sepa­ra­ty­zmu. Tego było już dla Hitlera za wiele i choć był tam wyłącz­nie jako obser­wa­tor, wsko­czył na mów­nicę i z zacie­kło­ścią wytknął błędy w argu­men­ta­cji pro­fe­sora. Jego elo­kwen­cja oraz logika uza­sad­nie­nia olśniła obec­nych i wpra­wiła ich w podziw. Tym razem nie zwra­cał się do żoł­nie­rzy, ale do czter­dzie­stu pię­ciu cywi­lów, któ­rych nie obo­wią­zy­wała woj­skowa dys­cy­plina.

Tam­tego wie­czoru Hitler poczuł potęgę wła­snych słów. Był w sta­nie przy­kuć uwagę słu­cha­czy i potra­fił ich prze­ko­nać. Czuł nie tylko moc wła­snej argu­men­ta­cji, ale i swo­istą wymianę ener­gii mię­dzy mówcą i publicz­no­ścią. Był świad­kiem, jak siła jego ora­tor­stwa wle­wała moc w tych, któ­rzy go słu­chali i jak z kolei oni odda­wali mu ją w dwój­na­sób.

Owego dnia Hitler zro­zu­miał, że można zwy­cię­żać samym sło­wem. Odkrył samego sie­bie, zaś czter­dzie­stu pię­ciu słu­cha­czy doznało naj­głęb­szego ducho­wego doświad­cze­nia.

Tej samej nocy, po powro­cie do koszar, Hitler nie mógł usnąć, roz­my­śla­jąc o nagłym obja­wie­niu się potęgi jego elo­kwen­cji. Się­gnął do kie­szeni po małą bro­szurkę, którą otrzy­mał od Antona Dre­xlera i zabrał się za jej stu­dio­wa­nie, rzu­ca­jąc przy tym okru­chy chleba myszy, którą miał w zwy­czaju kar­mić co wie­czór. W ogól­nym sen­sie, bro­szurka wykła­dała pod­sta­wową ideę, która była punk­tem star­to­wym dla jego wła­snej kon­cep­cji: połą­cze­nie poten­cjału klas spo­łecz­nych. Jed­nakże jej styl i spo­sób pre­zen­to­wa­nia kon­cep­cji był słaby i nie wywie­rał sto­sow­nego wra­że­nia.

Następ­nego dnia Hitler nie zaprzą­tał już sobie głowy spo­tka­niem, abso­lut­nie nie przy­pusz­cza­jąc, iż może dopro­wa­dzić do kolej­nych kon­tak­tów. Jed­nakże jego słu­cha­cze, wręcz prze­ciw­nie, wciąż byli ocza­ro­wani i doma­gali się jego powrotu.

Pra­gnęli, aby wstą­pił do par­tii i zapro­sili go na zebra­nie komi­tetu. Jeden z kole­gów-mecha­ni­ków powie­dział Dre­xle­rowi: "Ten czło­wiek naprawdę potrafi mówić. Z pew­no­ścią mogli­by­śmy zro­bić z niego uży­tek."

Dla Hitlera sprawa nie wyglą­dała rów­nie pro­sto. Po pierw­sze, nie był czło­wie­kiem, któ­rego "można by użyć." Instynkt od zawsze pod­po­wia­dał mu, że jego prze­zna­cze­niem było przy­wódz­two. Poza tym, par­tyjka wyda­wała się mieć żało­śnie nie­istotne zna­cze­nie, zaś jej pro­gram, poza pomy­słem pojed­na­nia kla­so­wego, był prze­po­jony duchem drob­no­miesz­czań­stwa. Była w nim mowa o "stole zasta­wio­nym dobrym jedze­niem", jako o jed­nym z fila­rów szczę­ścia, co dla Hitlera nie było spe­cjal­nie istotne.

Hitler powie­dział mi, że Dre­xler, mimo wszystko, jako ratu­nek dla Nie­miec wypra­co­wał ideę o wiel­kiej wadze, która współ­grała z fun­da­men­talną zasadą jego wła­snej kon­cep­cji, jaką było prze­ko­na­nie narodu do wizji socja­li­zmu. Połą­cze­nie patrio­ty­zmu ze spra­wie­dli­wo­ścią spo­łeczną było pomy­słem, który w przy­szło­ści będzie sta­no­wić siłę napę­dową całej poli­tycz­nej dzia­łal­no­ści Hitlera.

Hitler wahał się przez dwa dni. Osta­tecz­nie doszedł do wnio­sku, że cho­ciaż jego słu­cha­czy nie będzie wielu, to sam jeden ma jesz­cze mniej­sze szanse na zaist­nie­nie. Czter­dzie­stu pię­ciu ludzi to pra­wie nic, ale to o czter­dzie­ści pięć osób wię­cej, niż jeden Hitler. Nie­miecka Par­tia Robot­ni­ków była mikro­sko­pijna, ale ist­niała naprawdę, miała swoją nazwę i pew­nie lepiej było zaczy­nać od niej niż od zera.

W kwe­stii tej brze­mien­nej w skutki decy­zji, Hitler wypo­wie­dział się w nastę­pu­jący spo­sób: "Dosze­dłem do wnio­sku, że muszę wyko­nać ten pierw­szy krok. To była naj­bar­dziej osta­teczna decy­zja w moim życiu. Odwrotu nie będzie."

Rozdział 9. Kto skończy z bankructwem?

Roz­dział 9 Kto skoń­czy z ban­kruc­twem?

"Mamy wła­dzę. Teraz roz­po­czyna się gigan­tyczna praca." Hitler wypo­wie­dział te słowa w nocy 20 stycz­nia 1934 roku, kiedy przed oknami kan­ce­la­rii Rze­szy przez bite pięć godzin prze­le­wały się wiwa­tu­jące tłumy. Jego walka poli­tyczna trwała czter­na­ście lat, sam zaś miał czter­dzie­ści trzy lata, czyli można zało­żyć, że był u szczytu swych moż­li­wo­ści inte­lek­tu­al­nych i fizycz­nych. Kolejno pod­bi­jał serca milio­nów roda­ków i stwo­rzył z nich naj­po­tęż­niej­szą siłę poli­tyczną Nie­miec, par­tię oto­czoną szań­cem setek tysięcy sztur­mow­ców, z któ­rych trzy czwarte było człon­kami klasy robot­ni­czej.

Był nie­zwy­kle bystry. Zaba­wiał się ze swymi opo­nen­tami i kolejno prze­ko­ny­wał ich do swo­jej kon­cep­cji.

Sto­jąc w oknie kan­ce­la­rii i pozdra­wia­jąc pod­nie­sioną ręka roz­en­tu­zja­zmo­wane tłumy, musiał zaznać uczu­cia triumfu. Ale jed­no­cze­śnie spra­wiał w tym momen­cie wra­że­nie zupeł­nie odrę­twia­łego, czymś pochło­nię­tego, jakby zagu­bio­nego w innym świe­cie.

Był to świat bar­dzo odle­gły od sza­leń­stwa na uli­cach, świat skła­da­jący się z sześć­dzie­się­ciu pię­ciu milio­nów oby­wa­teli, któ­rzy kochali go lub nie­na­wi­dzili, ale któ­rzy od tej nocy stali się jego odpo­wie­dzial­no­ścią. I wie­dział, podob­nie jak wie­dzieli to pra­wie wszy­scy Niemcy pod koniec stycz­nia 1934 roku, że była to odpo­wie­dzial­ność przy­tła­cza­jąca i nie­malże nie­moż­liwa do udźwi­gnię­cia.

Po upły­wie ponad pół wieku, ludzie nie mają już żad­nego poję­cia o sytu­acji, w jakiej wów­czas znaj­do­wała się Rze­sza. Wszy­scy zdają się sądzić, że Niemcy byli zawsze pulchni i syci.

Cóż można powie­dzieć? Niemcy, któ­rych odzie­dzi­czył Hitler, byli szkie­le­tami.

W mię­dzy­cza­sie przez scenę poli­tyczną prze­wi­nął się, czę­sto w wiel­kim zamie­sza­niu, tuzin "demo­kra­tycz­nych" rzą­dów. Zamiast ulżyć nie­doli spo­łe­czeń­stwa, rządy te tylko ją pogłę­biały. Powo­dem był ich wła­sny brak sta­bil­no­ści i nie­umie­jęt­ność trzy­ma­nia się jed­nego planu przez okres dłuż­szy niż rok czy dwa. Niemcy tra­fiły w ślepy zaułek, pro­wa­dzone przez poli­ty­ków, któ­rzy teraz bili głową w mur. Ostat­nie lata przy­nio­sły także falę samo­bójstw, zamy­ka­jąca się liczbą dwu­stu dwu­dzie­stu czte­rech tysięcy. To praw­dzi­wie wstrzą­sa­jący wskaź­nik, świad­czący o iście prze­ra­ża­ją­cym stop­niu zubo­że­nia i nędzy.

Na początku 1933 roku ubó­stwo stało się w Niem­czech zja­wi­skiem prak­tycz­nie powszech­nym. Po uli­cach wałę­sało się sześć milio­nów głod­nych bez­ro­bot­nych, otrzy­mu­ją­cych nędzny zasi­łek w wyso­ko­ści nie­ca­łych czter­dzie­stu dwóch marek mie­sięcz­nie. Wielu z tych, któ­rzy byli pozba­wieni moż­li­wo­ści zarob­ko­wa­nia, miało na utrzy­ma­niu rodziny, co ozna­czało, że w sumie około dwu­dzie­stu milio­nów Niem­ców, jedna trze­cia popu­la­cji, zmu­szona była wal­czyć o prze­trwa­nie mając do dys­po­zy­cji czter­dzie­ści feni­gów na osobę dzien­nie.

Poza tym, zasi­łek dla bez­ro­bot­nych wypła­cano tylko przez okres sze­ściu mie­sięcy. Po tym okre­sie nastę­po­wał dra­mat: życie na mini­mal­nym zasiłku wydzie­la­nym przez orga­ni­za­cje opieki spo­łecz­nej.

Pomi­ja­jąc cał­ko­witą nie­wy­star­czal­ność tego typu pomocy, nawet pół­roczne próby rato­wa­nia przed pewną zgubą sze­ściu milio­nów bez­ro­bot­nych dopro­wa­dziły zarówno orga­ni­za­cje lokalne, jak i struk­tury rzą­dowe do abso­lut­nej ruiny. Tylko w 1932 roku tego typu pomoc pochło­nęła cztery miliardy marek, co sta­no­wiło 57% wszyst­kich przy­cho­dów z tytułu podat­ków, jakie pły­nęły do kas rządu fede­ral­nego i kra­jów związ­ko­wych.

Nie­licz­nym szczę­śliw­com, któ­rzy mieli jakąś pracę, wcale nie wio­dło się o wiele lepiej. O 25% obni­żono płace mie­sięczne i tygo­dniówki robot­ni­ków i pra­cow­ni­ków najem­nych. 21% z nich zara­biało od 100 do 250 marek na mie­siąc, z czego 69,2% zara­biało mniej, niż 1.200 marek w skali roku. Obli­czano, że liczba Niem­ców będą­cych w sta­nie żyć bez cią­głej pre­sji finan­so­wej nie prze­kra­cza stu tysięcy osób.

Przez ostat­nie trzy lata przed doj­ściem Hitlera do wła­dzy ogólne przy­chody pań­stwa spa­dły o ponad połowę, z poziomu dwu­dzie­stu trzech miliar­dów marek do jede­na­stu.

Średni roczny dochód na głowę nie­miec­kiego oby­wa­tela skur­czył się z 1.187 marek w 1929 roku do 632 marek, poziomu nie­malże nie do znie­sie­nia, w 1932 roku. Gdy Hitler docho­dził do wła­dzy, 90% nie­miec­kiego spo­łe­czeń­stwa było bez środ­ków do życia.

Nikt nie był wolny od dła­wią­cych efek­tów bez­ro­bo­cia. Inte­lek­tu­ali­ści zostali tak samo ciężko doświad­czeni jak robot­nicy. Spo­śród 135.000 absol­wen­tów uczelni, 60% nie miało pracy. Tylko nie­wielka część z nich otrzy­my­wała zasiłki dla bez­ro­bot­nych.

"Pozo­stali", pisał zagra­niczny obser­wa­tor, Mar­cel Lalo­ire w swej książce "Nowe Niemcy", "pole­gają na swo­ich rodzi­cach lub śpią w noc­le­gow­niach. W ciągu dnia można ich zauwa­żyć na ber­liń­skich bul­wa­rach z przy­cze­pio­nymi do ple­ców afi­szami, gło­szą­cymi, iż podejmą się każ­dej pracy."

Ale nie było już wię­cej żad­nej pracy.

Podob­nie dra­ma­tyczny spa­dek zatrud­nie­nia nastą­pił w cha­łup­nic­twie, któ­rym parało się około czte­rech milio­nów oby­wa­teli. Ich obszar dzia­ła­nia skur­czył się o 55%, a ogólna war­tość sprze­daży spa­dła z dwu­dzie­stu dwóch miliar­dów do jede­na­stu miliar­dów marek. Naj­bar­dziej dotknięci bez­ro­bo­ciem byli pra­cow­nicy sek­tora budow­la­nego, gdzie wskaź­nik ten wyno­sił 90%.

Zruj­no­wani byli także far­me­rzy, a straty sek­tora rol­ni­czego obli­czano na dwa­na­ście miliar­dów marek. Wielu gospo­da­rzy było zmu­szo­nych do obcią­że­nia hipo­teką swej ziemi i domów. W 1932 roku wyso­kość samych odse­tek od zacią­gnię­tych kre­dy­tów, wymu­szo­nych przez krach gospo­dar­czy, odpo­wia­dała 20% war­to­ści całej pro­duk­cji rol­ni­czej kraju. Gdy zde­spe­ro­wani rol­nicy nie byli w sta­nie dłu­żej wytrzy­my­wać obcią­żeń finan­so­wych, ich mają­tek pod­le­gał licy­ta­cji zgod­nie z pro­ce­du­rami praw­nymi. W latach 1931-1932 zli­kwi­do­wano w ten spo­sób 17.157 gospo­darstw rol­nych o łącz­nej powierzchni ziemi upraw­nej wyno­szą­cej 462.485 hek­ta­rów.

Weimar­ska "demo­kra­cja" nie zro­biła abso­lut­nie nic, by napra­wić rażące krzywdy, skut­ku­jące zubo­że­niem milio­nów pra­cow­ni­ków sek­tora rol­ni­czego, mimo, iż byli oni naj­cię­żej pra­cu­ją­cymi oby­wa­te­lami Nie­miec i sta­no­wili naj­bar­dziej sta­bilną pod­stawę gospo­darki kraju. Zostali obra­bo­wani, wydzie­dzi­czeni i porzu­ceni -?nic dziw­nego zatem, że odpo­wie­dzieli na wezwa­nie Hitlera.

Na koniec stycz­nia 1934 roku sytu­ację rol­ni­ków można okre­ślić mia­nem tra­gicz­nej. Podob­nie jak pozo­stała część nie­miec­kiej klasy robot­ni­czej, far­me­rzy zostali zdra­dzeni przez swych mark­si­stow­skich przy­wód­ców i zmu­szeni do wyboru mię­dzy nędz­nymi zarob­kami, mar­nymi i nie­pew­nymi zasił­kami lub zwy­czaj­nym żebrac­twem.

Nie­miecki prze­mysł, nie­gdyś sławny na całym świe­cie, od dawna już prze­stał pro­spe­ro­wać, pomimo milio­nów marek dota­cji, które finan­sowi magnaci czuli się w obo­wiązku pom­po­wać w kufry będą­cych u wła­dzy par­tii w zamian za ich przy­chyl­ność. Przez czter­na­ście lat, noszący klapki na oczach kon­ser­wa­ty­ści, pospołu z chrze­ści­jań­skimi demo­kra­tami z poli­tycz­nego cen­trum, paśli się u żłobu z nie mniej­szą łap­czy­wo­ścią niż ich opo­nenci z lewej strony sceny poli­tycz­nej.

Nie ma nic za darmo. W poli­tyce ten, kto bie­rze pie­nią­dze, zakłada sobie kaj­dany.

Pomimo ocho­czej współ­pracy ze strony poli­ty­ków sta­rych par­tii i wsze­la­kiej maści zapew­nień i obiet­nic, grube ryby nie­miec­kiego kapi­ta­li­zmu doświad­czyły wyłącz­nie pasma kata­strof. Popie­rane przez nich, naprędce for­mo­wane rządy, two­rzone w poli­tycz­nym zamę­cie dzięki wza­jem­nym żąda­niom i obiet­nicom, oka­zały się cał­ko­wi­cie nie­efek­tywne. Pogrą­żały się w kolej­nych nie­po­wo­dze­niach, ni­gdy nie mając ani czasu na wywią­za­nie się z obiet­nic, ani woli do sku­pie­nia się na roli, jakiej od nich ocze­ki­wano.

Było oczy­wi­stym, iż jakie­kol­wiek plany eko­no­miczne, stwo­rzone w takim zamę­cie, ska­zane będą na nie­po­wo­dze­nie. Do osią­gnię­cia kon­kret­nych celów potrzebny jest czas. Wyłącz­nie w sytu­acji, gdy dys­po­nuje się cza­sem, można pod­dać godne plany pro­ce­sowi swo­istego doj­rze­wa­nia i rów­no­cze­śnie zna­leźć kom­pe­tent­nych ludzi, któ­rzy będą w sta­nie wcie­lić je w życie.

Prze­ku­py­wa­nie par­tii poli­tycz­nych nie wpły­nęło także na poprawę ich nie­mocy w radze­niu sobie z obcią­że­niami narzu­co­nymi przez Trak­tat Wer­sal­ski. W 1923 roku Fran­cja prak­tycz­nie prze­jęła Zagłę­bie Ruhry i w ciągu sze­ściu mie­sięcy zmu­siła weimar­ski rząd do god­nej poża­ło­wa­nia kapi­tu­la­cji. Jak jed­nak mogły sta­wić opór tego typu poli­tyczne wędrowne ptaszki, bez­u­stan­nie doświad­cza­jące par­tyj­nych roz­ła­mów i nie­na­wi­dzące się wza­jem­nie? W 1923 roku tylko w prze­ciągu kilku mie­sięcy na sce­nie poli­tycznej poja­wiło się i szybko zni­kło sie­dem kolej­nych gabi­ne­tów. Nie miały one innego wyboru, jak tylko pod­dać się poni­ża­ją­cej alianc­kiej kon­troli i ulec sepa­ra­ty­stycz­nym intry­gom knu­tym przez płat­nych roz­ła­mow­ców Poincaré.

Wyso­kie cła narzu­cone na sprze­daż nie­miec­kich towa­rów poza Niemcy szybko wyklu­czyły jakie­kol­wiek szanse na roz­wój nie­miec­kiego eks­portu. Zmu­szona do wypła­ca­nia zwy­cięz­com gigan­tycz­nych sum, Rze­sza pozba­wiała się miliar­dów za miliar­dami, aż osta­tecz­nie, dopro­wa­dzona do skraj­nej nędzy, musiała szu­kać ucieczki w ogrom­nych pożycz­kach z zagra­nicy, przede wszyst­kim ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Owe zadłu­że­nie dopeł­niło znisz­cze­nia Nie­miec i w 1929 roku przy­spie­szyło nadej­ście naj­bar­dziej nisz­czy­ciel­skiego kry­zysu.

Wielcy prze­my­słowcy, przy całym ich łapów­kar­stwie na rzecz poli­ty­ków, oka­zali się cał­ko­wi­cie bez­silni: ich fabryki pusto­szały, a ich wygłod­niali pra­cow­nicy, żyjący jak praw­dziwi włó­czę­dzy, gnieź­dzili się w pobli­skich dziel­ni­cach robot­ni­czych.

Kominy tysięcy nie­miec­kich fabryk przy­po­mi­nały las mar­twych drzew.

Wiele z nich cał­ko­wi­cie upa­dło. Te, które jesz­cze prze­trwały, funk­cjo­no­wały w ogra­ni­czo­nym zakre­sie. Pro­duk­cja prze­my­słowa Nie­miec spa­dła o połowę, z sied­miu miliar­dów marek w 1920 roku do trzech i pół w 1932 roku.

Zna­ko­mi­tym przy­kła­dem jest tutaj prze­mysł moto­ry­za­cyjny. W 1932 roku nie­miecka pro­duk­cja sta­no­wiła pro­por­cjo­nal­nie tylko jedną dwu­na­stą pro­duk­cji Sta­nów Zjed­no­czo­nych i tylko jedną trze­cią pro­duk­cji Fran­cji: 682.376 samo­cho­dów w Niem­czech (jeden na sto osób) w porów­na­niu z 1.855.174 samo­cho­dami we Fran­cji, czyli w kraju, mają­cym dwa­dzie­ścia milio­nów miesz­kań­ców mniej niż Niemcy.

Podobny regres można było zauwa­żyć w nie­miec­kim eks­por­cie. Nad­wyżka han­dlowa skur­czyła się z pra­wie trzech miliar­dów marek w 1931 roku do 667 milio­nów w 1932, co ozna­czało spa­dek o 75%.

Przy­tło­czony pro­ble­mami z płat­no­ściami i ilo­ścią sald debe­to­wych, nawet wielki nie­miecki Bank Cen­tralny zaczął ule­gać pro­ce­sowi dez­in­te­gra­cji. W dniu doj­ścia Hitlera do wła­dzy, Bank Cen­tralny pona­glany o spłatę zacią­gnię­tych za gra­nicą poży­czek dys­po­no­wał łączną sumą osiem­dzie­się­ciu trzech milio­nów marek, z któ­rych sześć­dzie­siąt cztery były prze­zna­czone do roz­dy­spo­no­wa­nia w następ­nym dniu.

Astro­no­miczne zadłu­że­nie za gra­nicą, któ­rego wyso­kość prze­kra­czała trzy­let­nią war­tość całego kra­jo­wego eks­portu, było dla każ­dego Niemca niczym kamień u szyi. Nie było moż­li­wo­ści odwo­ła­nia się do kra­jo­wych rezerw: ope­ra­cje ban­kowe w Niem­czech prak­tycz­nie ustały. Jedy­nym wyj­ściem pozo­sta­wały podatki.

Nie­stety, pań­stwowe przy­chody z tytułu opo­dat­ko­wa­nia także doświad­czyły gwał­tow­nego zała­ma­nia. Z 9 miliar­dów marek w 1930 roku skur­czyły się do 7,8 miliarda w 1931 roku, a następ­nie spa­dły do poziomu 6,65 miliarda w 1932 roku, z czego tylko zasiłki dla bez­ro­bot­nych pochło­nęły 4 miliardy.

Lokalne zadłu­że­nie, liczone w miliar­dach, także rosło w zastra­sza­ją­cym tem­pie. Oblę­żone przez miliony będą­cych w potrze­bie ludzi, same lokalne wła­dze samo­rzą­dowe były w 1928 roku zadłu­żone na sumę 6,542 miliarda marek, która do 1932 roku uro­sła do 11.295 miliar­dów, z czego 1.668 miliarda marek sta­no­wiły pożyczki krót­ko­ter­mi­nowe.

Jakie­kol­wiek nadzieje na spła­ce­nie takiego defi­cytu za pomocą nowych podat­ków wykra­czało już nawet poza sferę marzeń. W okre­sie mię­dzy rokiem 1925 i 1931 i tak już pod­nie­siono podatki o 45%. W latach 1931-1932 Niem­com kanc­le­rza Hein­ri­cha Brüninga, kra­jowi pozba­wio­nych pracy robot­ni­ków i prze­my­słow­ców z na wpół mar­twymi fabry­kami, zaapli­ko­wano dwa­dzie­ścia trzy "nad­zwy­czajne" ustawy. Jed­nakże to ucie­ka­nie się do nad­mier­nych obcią­żeń podat­ko­wych oka­zało się cał­ko­wi­cie bez­u­ży­teczne, ponie­waż ana­liza Banku Roz­ra­chun­ków Mię­dzy­na­ro­do­wych8, ogło­szona w sto­sow­nym oświad­cze­niu, wyka­zy­wała, iż poziom podat­ków w Niem­czech osią­gnął tak wysoki pułap, iż dal­sze ich pod­no­sze­nie było nie­moż­liwe.

Tak więc na finan­so­wej szali z jed­nej strony wid­niało dzie­więt­na­ście miliar­dów w for­mie długu zagra­nicz­nego plus zadłu­że­nie wewnętrzne w takiej samej wyso­ko­ści, zaś na dru­giej osiem­dzie­siąt trzy miliony marek w walu­cie zagra­nicz­nej, znaj­du­jące się w posia­da­nia Reichs­banku. To tak, jakby każdy Nie­miec, będąc winny ban­kowi sześć tysięcy marek, miał w kie­szeni czter­na­ście marek na spła­ce­nie długu.

Nie­uchron­nym skut­kiem sze­rzą­cej się biedy i rosną­cej nie­pew­no­ści co do przy­szło­ści był gwał­towny spa­dek liczby uro­dzin dzieci.

Gdy mają­tek gospo­dar­stwa domo­wego kur­czy się do czte­rech feni­gów, lub znika cał­ko­wi­cie, gdy rozum pod­po­wiada, że nad­cho­dzące dni przy­niosą jesz­cze więk­sze nie­szczę­ścia, nikt nie myśli o powięk­sza­niu rodziny, którą trzeba będzie utrzy­mać.

W owych cza­sach wskaź­nik naro­dzin był baro­me­trem dobro­bytu kraju. Dziecko jest wielką pocie­chą, chyba, że do jego wykar­mie­nia ma się tylko okru­chy chleba.

To był los, jaki w 1932 roku stał się udzia­łem setek tysięcy nie­miec­kich rodzin.

Za cza­sów Wil­helma II wskaź­nik uro­dzin wyno­sił 33,4 na każde tysiąc osób. W 1921 roku spadł do 25,9. Trzy lata póź­niej, w 1924 roku, obni­żył się do 15,1, aby pod koniec 1932 roku spaść do 14,7.

Należy zauwa­żyć, że poziom ten i tak został osią­gnięty jedy­nie dzięki wyż­szemu wskaź­ni­kowi uro­dzeń w rejo­nach wiej­skich. W pięć­dzie­się­ciu naj­więk­szych mia­stach Rze­szy śmier­tel­ność prze­wyż­szała liczbę naro­dzin. W 45% rodzin robot­ni­czych w ostat­nich latach nie zano­to­wano żad­nych nowych naro­dzin. Spa­dek liczby naro­dzin był naj­bar­dziej zauwa­żalny w Ber­li­nie, gdzie sta­ty­stycz­nie na jedną rodzinę przy­pa­dało mniej niż jedno dziecko, zaś wskaź­nik naro­dzin wyno­sił 9,3 na tysiąc osób. Liczba zgo­nów prze­wyż­szała liczbę uro­dzeń o 60%.

Jedyne, co w prze­ci­wień­stwie do wskaź­ni­ków demo­gra­ficz­nych zda­wało się prze­ży­wać roz­kwit, to sfera poli­tyki -?świat poli­ty­ków był praw­do­po­dob­nie jedyną rze­czą w Niem­czech, która w owych dra­ma­tycz­nych cza­sach miała się dobrze. Od 1919 roku do 1932 roku Niemcy były świad­kami rzą­dów ni mniej, ni wię­cej, tylko dwu­dzie­stu trzech gabi­ne­tów, co ozna­czało, iż śred­nio co sie­dem mie­sięcy nastę­po­wała zmiana rządu. Każda roz­sąd­nie myśląca osoba nie­uchron­nie doj­dzie do wnio­sku, że tego typu bez­u­stanne wstrząsy i wymiany poli­tycz­nych gan­gów sta­wiały pod zna­kiem zapy­ta­nia samą istotę wła­dzy.

Jeśli prze­ło­żyć to na funk­cjo­no­wa­nie wła­snej fabryki, to jak efek­tywna byłaby jej praca, gdyby co sie­dem mie­sięcy wymie­niano zarząd, kie­row­ni­ków, klu­czowy per­so­nel i wpro­wa­dzano nowe metody pro­wa­dze­nia inte­re­sów? Oczy­wi­stym jest, że nastą­pi­łaby plajta.

Co gor­sza, Niemcy nie były fabryczką zatrud­nia­jącą stu czy dwu­stu pra­cow­ni­ków, lecz naro­dem zło­żo­nym z sześć­dzie­się­ciu pię­ciu milio­nów oby­wa­teli zgnie­cio­nych wymu­sze­niami trak­tatu wer­sal­skiego, sta­gna­cją gospo­dar­czą, prze­ra­ża­ją­cym bez­ro­bo­ciem i przy­pra­wia­jącą o mdło­ści nędzą, wspólną dla całego spo­łe­czeń­stwa.

Setki mini­strów, któ­rzy w ciągu trzy­na­stu lat karu­zelą prze­wi­nęli się przez posady rzą­dowe, uwi­kła­nych w nie­istotne par­la­men­tarne sprzeczki, stron­ni­cze żąda­nia i oso­bi­ste ambi­cje, nie było w sta­nie zapew­nić nic, poza pew­nym upad­kiem bała­ga­niar­skich rzą­dów spra­wo­wa­nych przez bez­u­stan­nie rywa­li­zu­jące par­tie.

Sytu­ację Nie­miec dodat­kowo kom­pli­ko­wała nie­ogra­ni­czona rywa­li­za­cja dwu­dzie­stu kra­jów związ­ko­wych, która roz­my­wała wła­dzę rządu na ośrodki czę­sto sto­jące w bez­po­śred­niej opo­zy­cji do Ber­lina. Mecha­nizm ten był rów­no­znaczny z bez­u­stan­nym sabo­to­wa­niem tych resz­tek wła­dzy cen­tral­nej, które sku­piał jesz­cze w swych rękach rząd.

Wie­kowe relikty par­ty­ku­la­ry­zmu mocno usa­do­wione w kra­jach związ­ko­wych zazdro­śnie strze­gły swych przy­wi­le­jów. Pokój west­fal­ski z 1648 roku podzie­lił Niemcy na ponad trzy­dzie­ści lili­pu­cich pań­ste­wek, w więk­szo­ści ope­ret­ko­wych kró­lestw, gdzie, koły­sząc żabo­tami przy naboż­nych ukło­nach, każdy mario­net­kowy król bawił się w Ludwika XIV.

Nawet na początku I wojny świa­to­wej (1914-1918), Rze­sza Nie­miecka skła­dała się z czte­rech odręb­nych kra­jów, z któ­rych każdy miał swo­jego władcę, swoją armię, flagę, tytuły szla­chec­kie i poły­sku­jące kolo­rową ema­lią odzna­cze­nia.

Bawar­czyk z upo­rem trzy­mał się swo­ich tra­dy­cyj­nych leder­ho­sen, swo­jego kufla z piwem i swo­jej fajki. Szedł na wojnę, aby ich bro­nić. Sak­soń­czyk chęt­nie obszedłby wynio­słego Pru­saka. Każdy upie­rał się przy zacho­wa­niu swych praw, a odle­gły Ber­lin był dla wszyst­kich tylko cier­niem.

Każdy z tych kra­jów związ­ko­wych posia­dał swój wła­sny rząd z prze­wod­ni­czą­cym rady. Razem dawało to listę pięć­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu mini­strów, któ­rzy po doda­niu jede­na­stu mini­strów Rze­szy i czter­dzie­stu dwóch sena­to­rów z wol­nych miast (któ­rzy byli po pro­stu innym rodza­jem prze­wod­ni­czą­cych rad naro­do­wych), two­rzyli armię stu dwu­na­stu mini­strów, z któ­rych każdy patrzył na sąsiada co naj­mniej złym okiem.

Jeśli cho­dzi o posłów w Rze­szy, to bio­rąc pod uwagę dwa­dzie­ścia dwa kraje związ­kowe i czter­dzie­ści dwa wolne mia­sta, ich ogólna liczba szła w tysiące. Było ich mię­dzy dwie­ście i trzy­sta tysięcy, wybie­ra­nych przez tuziny rywa­li­zu­ją­cych ze sobą par­tii.

W cza­sie ostat­nich wybo­rów do Reich­stagu, led­wie na dwa mie­siące przed obję­ciem przez Hitlera sta­no­wi­ska kanc­le­rza, ist­niało nie mniej niż trzy­dzie­ści sie­dem róż­nych par­tii poli­tycz­nych, wysta­wia­ją­cych do rywa­li­za­cji o man­daty sie­dem tysięcy kan­dy­da­tów, z któ­rych każdy wycią­gał rękę, roz­pacz­li­wie pró­bu­jąc chwy­cić kawa­łek par­la­men­tar­nego tortu.

Było to jakieś dzi­wac­two: im bar­dziej dys­kre­dy­to­wał się sys­tem par­tyjny, tym wię­cej poja­wiało się czem­pio­nów demo­kra­cji, któ­rzy ocho­czo kłę­bili się i prze­py­chali, aby tylko zaro­bić dodat­kowe kokosy.

Ci, któ­rych wybrano, na pozór zosta­wali tam na wiecz­ność, pobie­ra­jąc sute pen­syjki (poseł zara­biał dzie­sięć razy wię­cej niż prze­ciętny robot­nik) i krzą­ta­jąc się w poszu­ki­wa­niu kon­kret­nych dodat­ko­wych korzy­ści w for­mie uprzej­mych przy­sług wyświad­cza­nych przez zain­te­re­so­waną klien­telę, jak to na przy­kład zro­bili socja­li­styczni posło­wie z Ber­lina, któ­rzy wypro­sili u pew­nych finan­si­stów wspa­niałe futra dla swo­ich żon.

W demo­kra­cji man­dat par­la­men­tarny bywa sprawą o nie­zwy­kle prze­lot­nym cha­rak­te­rze, zaś sta­no­wisk mini­ste­rial­nych doty­czy to w jesz­cze więk­szym stop­niu. Pokusą jest zatem brać, dopóki dają.

Uczciwi czy nie, tych stu dwu­na­stu mini­strów i tysiące posłów prze­kształ­ciło Niemcy w kraj, któ­rym nie dało się rzą­dzić. Do stycz­nia 1933 roku cała ta armia cał­ko­wi­cie się zdys­kre­dy­to­wała. Fakt ów nie pod­le­gał żad­nej dys­ku­sji. Kto­kol­wiek mógłby objąć po nich schedę, dzie­dzi­czyłby kraj leżący w gru­zach.

Pól wieku póź­niej, w cza­sach, kiedy tak wielu ludzi żyje w dostatku, trudno jest uwie­rzyć w to, że Niemcy stycz­nia 1933 roku były kra­jem, który zawę­dro­wał na skraj prze­pa­ści. Jed­nak każdy, kto stu­diuje archiwa i sto­sowne doku­menty z tam­tych cza­sów, nie ma co do tego naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści. Tak było. Ani jedna liczba w tym bilan­sie pora­żek nie jest zmy­ślona. W stycz­niu 1933 roku wykrwa­wione Niemcy były na kola­nach.

Wszy­scy poprzedni kanc­le­rze, tacy jak Brüning, Papen i Schle­icher, któ­rzy pod­jęli się posta­wie­nia Nie­miec na nogi, zawie­dli. Aby wziąć w garść kraj, który sto­czył się na dno prze­pa­ści, tak jak Niemcy na początku 1933 roku, potrzebny był praw­dziwy geniusz, lub, jak to się mówiło, ktoś nie­spełna rozumu.

Pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych Fran­klin Roose­velt, któ­remu w tym samym cza­sie powie­rzono upo­ra­nie się z ame­ry­kań­skim kry­zy­sem, miał do swej dys­po­zy­cji ogromne rezerwy złota. Hitler, sto­jąc bez słowa w oknie Kan­ce­la­rii Rze­szy w pamiętną noc 30 stycz­nie 1933 roku, zda­wał sobie sprawę, że nie może liczyć na nic, poza pustym skarb­cem. Nikt nie zrobi mu naj­mniej­szego pre­zentu. Stary Hin­den­burg prze­ka­zał mu wyli­cze­nie zadłu­że­nia pełne prze­ra­ża­ją­cych liczb.

Lecz Hitler miał tego pełną świa­do­mość. Czuł, że dys­po­nuje siłą woli, która podźwi­gnie Niemcy poli­tycz­nie, spo­łecz­nie, finan­sowo i eko­no­micz­nie. Będzie zaczy­nać od zera, lub też raczej od mniej niż zera. Jed­nakże wie­dział, jak z owego zera szybko uczy­nić Niemcy kra­jem potęż­niej­szym niż były kie­dy­kol­wiek wcze­śniej.

Czy mógł liczyć na popar­cie?

Jako prze­ciw­ni­ków wciąż miał miliony Niem­ców. Fakt, byli prze­ciw­ni­kami zagu­bio­nymi, zdra­dzo­nymi przez swoje par­tie poli­tyczne, ale jesz­cze nie­prze­ko­na­nymi do naro­do­wego socja­li­zmu. W tę stycz­niowa noc, w całych Niem­czech Hitler mógł liczyć na popar­cie trzy­na­stu milio­nów wybor­ców, z któ­rych wielu wywo­dziło się spo­śród byłych socja­li­stów i komu­ni­stów.

Obie strony -?zwo­len­nicy i prze­ciw­nicy Hitlera -?z grub­sza dorów­ny­wały sobie liczeb­nie, jed­nak siły po lewej stro­nie sceny poli­tycz­nej były skłó­cone, zaś stron­nicy Hitlera byli zjed­no­czeni. Był jesz­cze jeden istotny czyn­nik, który spra­wiał, że naro­dowi socja­li­ści mieli ogromną prze­wagę: ich prze­ko­na­nia i abso­lutna wiara w swo­jego przy­wódcę. Ich dosko­nale zor­ga­ni­zo­wana par­tia zmie­rzyła się z naj­więk­szymi prze­ciw­no­ściami i sku­tecz­nie sobie z nimi pora­dziła. Nocą 30 stycz­nia 1933 roku wszy­scy mieli świa­do­mość zwy­cię­stwa i byli nim unie­sieni.

Hitler ofi­cjal­nie doszedł do wła­dzy.

Rozdział 10. Zjednoczenie państwa

Roz­dział 10 Zjed­no­cze­nie pań­stwa

"Dumą mojego życia będzie, jeśli u schyłku swo­ich dni będę mógł powie­dzieć, że prze­ko­na­łem do sie­bie nie­miec­kiego robot­nika i wró­ci­łem mu jego należne miej­sce w Rze­szy." To były pierw­sze słowa Hitlera po obję­ciu funk­cji kanc­le­rza. Ozna­czały, iż nie zamie­rza wyłącz­nie wysłać ludzi z powro­tem do pracy, ale dopil­no­wać, by robot­nik nie tylko uzy­skał prawa, ale by cie­szył się pre­sti­żem wśród naro­do­wej spo­łecz­no­ści.

Jeśli wziąć pod uwagę sto­sunki z nie­miec­kim czło­wie­kiem pracy, owa "spo­łecz­ność naro­dowa" przez długi czas była raczej przy­sło­wiową podłą maco­chą. Walka klas nie była wyłącz­nym pomy­słem mark­si­stów. Była fak­tem i czę­ścią życia, w któ­rym klasa uprzy­wi­le­jo­wana, kapi­ta­li­ści, dążyli do zdo­mi­no­wa­nia klasy robot­ni­czej. W efek­cie nie­miecki robot­nik, czu­jąc się jak parias, ponie­kąd odłą­czył się od ojczy­zny, która czę­sto uwa­żała go zale­d­wie za śro­dek pro­duk­cji.

W rozu­mie­niu kapi­ta­li­stów, pie­nią­dze były jedy­nym aktyw­nym środ­kiem zapew­nia­ją­cym roz­kwit kra­jo­wej eko­no­mii. Kon­cep­cja ta w rozu­mie­niu Hitlera była fun­da­men­tal­nie zła: to kapi­tał był instru­men­tem. Praca była naj­istot­niej­szym ele­men­tem -?ludz­kie dąże­nia, honor, pot i krew -?oto ciało i dusza spo­łe­czeń­stwa.

Hitler nie pra­gnął ogra­ni­czyć się wyłącz­nie do poło­że­nia kresu walce kla­so­wej, lecz chciał na nowo przy­wró­cić isto­cie ludz­kiej sza­cu­nek i pierw­szeń­stwo w obli­czu prawa. War­to­ści te uwa­żał za pryn­cy­pialne czyn­niki wpły­wa­jące na pro­ces wytwa­rza­nia dóbr.

Można obyć się bez złota i Hitler to zrobi. Tuzin innych czyn­ni­ków może zastą­pić złoto jako śro­dek sty­mu­lu­jący oży­wie­nie gospo­dar­cze i Hitler je wymy­śli. Jed­nak jeśli cho­dzi o pracę, nie zastąpi jej nic.

Aby przy­wró­cić robot­nika na łono ojczy­zny, trzeba spra­wić, iż czło­wiek pracy zacznie ufać, że od teraz trak­to­wany będzie na równi z innymi, a nie spy­chany do roli istoty pod­rzęd­nej spo­łecz­nie, który to sta­tus na zbyt długo przy­lgnął do niego w cza­sach rzą­dów tak zwa­nych par­tii demo­kra­tycz­nych z obu bie­gu­nów sceny poli­tycz­nej. Żadna z tych par­tii ni­gdy nie mogła zro­zu­mieć, że w hie­rar­chii ludz­kich war­to­ści praca sta­nowi istotę życia, zaś mate­ria, niech będzie to stal lub złoto, jest wyłącz­nie narzę­dziem.

Cele wykra­czały zatem daleko poza suchą kon­cep­cję wysła­nia sze­ściu milio­nów bez­ro­bot­nych z powro­tem do pracy. Była to kwe­stia osią­gnię­cia zwy­cię­stwa w rewo­lu­cji total­nej: zmia­nie spo­sobu postrze­ga­nia klas i osią­gnię­ciu ich zgod­nej współ­pracy.

"Ludzie", zade­kla­ro­wał Hitler, "nie poja­wili się na tej ziemi dla dobra eko­no­mii, a eko­no­mia nie ist­nieje dla dobra kapi­tału. Jest dokład­nie odwrot­nie: kapi­tał ma słu­żyć eko­no­mii, która z kolei ma słu­żyć ludziom."

Nie wystar­czyło zatem zwy­czaj­nie otwo­rzyć bramy fabryk i ponow­nie zapeł­nić je robot­ni­kami, ponie­waż, gdyby trzy­mać się sta­rych sche­ma­tów, pra­cow­nicy byliby niczym wię­cej, niż żywymi maszy­nami, ano­ni­mo­wymi i wymien­nymi.

Wyma­gane było ponowne stwo­rze­nie moral­nej rów­no­wagi mię­dzy pra­cow­ni­kami, isto­tami ludz­kimi nada­ją­cymi kształt mate­ria­łom, a uży­tecz­nym i kon­tro­lo­wa­nym kapi­ta­li­zmem spro­wa­dzo­nym do jego wła­ści­wej roli jako narzę­dzia. Było to niczym zmiana całego świata, a to wyma­gało czasu.

Hitler miał pełną świa­do­mość faktu, że rewo­lu­cja o takim zasięgu nie przy­nie­sie efek­tów w sytu­acji, kiedy rząd cen­tralny i rządy kra­jowe trwają w sta­nie anar­chii, co naj­wy­żej drep­cząc w miej­scu, pra­wie ni­gdy nic nie osią­ga­jąc i czę­sto wymy­ka­jąc się spod kon­troli. Nie osią­gnie się też prze­łomu w spo­so­bie funk­cjo­no­wa­nia spo­łe­czeń­stwa, kiedy tuziny par­tii i tysiące posłów o wszel­kich moż­li­wych odcie­niach świa­to­po­glą­do­wych bez­u­stan­nie wtrą­cają się do spo­sobu funk­cjo­no­wa­nia sys­temu poli­tycz­nego, który i tak mio­tał się bez­ład­nie od roku 1919.

Odbu­do­wa­nie insty­tu­cji pań­stwo­wych i przy­wró­ce­nie efek­tyw­no­ści ich dzia­ła­nia w skali całego kraju było zatem warun­kiem wstęp­nym do jakie­go­kol­wiek odro­dze­nia spo­łecz­nego. Jak mówi rosyj­skie przy­sło­wie: "Ryba psuje się od głowy."

To wła­śnie poli­tyczna głowa Nie­miec z okresu przed doj­ściem Hitlera do wła­dzy zaczy­nała się psuć. Tuzin kolej­nych gabi­ne­tów Rze­szy, skon­flik­to­wa­nych i nie­pew­nych, osta­tecz­nie odszedł nawet bez podej­mo­wa­nia prób obrony. Sta­rze­jący się mar­sza­łek von Hin­den­burg w latach 1931 i 1932 arbi­tral­nie zastą­pił je pół-dyk­ta­turą, co do któ­rej można było mieć wąt­pli­wo­ści, czy będzie w sta­nie cokol­wiek osią­gnąć.

Ostatni kanc­le­rze, pano­wie Brüning, Papen i Schle­icher, zdo­łali się utrzy­mać przy wła­dzy wyłącz­nie meto­dami pod­pi­sy­wa­nia dekre­tów. Ich wła­dza, sztucz­nie narzu­cona poprzez nad­uży­cie arty­kułu 84 nie­miec­kiej kon­sty­tu­cji, była nie­zwy­kle podatna na wszel­kie nie­spo­dzie­wane per­fi­die. Przy­kła­dem takiej sytu­acji był rok 1932, kiedy to von Papen musiał prze­łknąć szcze­gól­nie upo­ka­rza­jący wynik gło­so­wa­nia nad wotum nie­uf­no­ści, na który zło­żyły się głosy 94% depu­to­wa­nych do Reich­stagu. Doj­ście Hitlera do wła­dzy poło­żyło kres tego typu eks­ce­som poli­tycz­nym. Jed­nakże Hin­den­burg zażą­dał, aby nowy kanc­lerz był pil­no­wany przez swój wła­sny rząd niczym wię­zień. Hitler zobo­wią­zany był do nomi­no­wa­nia do składu pierw­szego rządu czte­ro­krot­nie więk­szej liczby kan­dy­da­tur mini­strów kon­ser­wa­tyw­nych -?innymi słowy reak­cjo­ni­stów -?niż człon­ków wła­snej par­tii. Tym samym mógł zacząć pracę, mając za sobą tylko dwóch naro­do­wych socja­li­stów.

Repre­zen­tanci Hin­den­burga otrzy­mali zada­nie trzy­ma­nia Hitlera na krót­kiej smy­czy. Jed­nak już na pierw­szym posie­dze­niu Reich­stagu w marcu 1933 roku, Hitler się z niej zerwał, i to nie za pomocą dekretu w nie­gdy­siej­szym stylu von Papena, a dzięki uzy­ska­niu abso­lut­nej więk­szo­ści par­la­men­tar­nej przy­zna­ją­cej mu pełną wła­dzę na okres czte­rech lat.

Cztery lata na pla­no­wa­nie, two­rze­nie, podej­mo­wa­nie decy­zji. W sen­sie poli­tycz­nym była to rewo­lu­cja: pierw­sza rewo­lu­cja Hitlera. Prze­pro­wa­dzona w pełni demo­kra­tycz­nie, podob­nie jak każdy etap jego doj­ścia do wła­dzy. Swój począt­kowy suk­ces zawdzię­czał popar­ciu elek­to­ratu, zaś teraz, w podob­nym duchu, realna i dłu­go­ter­mi­nowa wła­dza została mu przy­znana przez Reich­stag gło­sami ponad trzech czwar­tych posłów wybra­nych w sys­te­mie powszech­nego gło­so­wa­nia.

Była to jedna z głów­nych zasad Hitlera: żad­nej wła­dzy bez wyraź­nej i nie­wy­mu­szo­nej zgody narodu. Lubił zawsze powta­rzać: "Jeśli chcesz rzą­dzić ludźmi wyłącz­nie za pomocą narzu­ca­nia wła­dzy pań­stwa, lepiej od razu zapla­nuj godzinę poli­cyjną od dzie­wią­tej wie­czo­rem."

W żad­nym kraju XX-wiecz­nej Europy wła­dza głowy pań­stwa nie była oparta na tak przy­tła­cza­ją­cym i wol­nym przy­zwo­le­niu narodu. Przed Hitle­rem, od 1919 roku do 1932 roku, rządy okre­śla­jące same sie­bie szla­chet­nym mia­nem demo­kra­tycz­nych, docho­dziły do wła­dzy mini­malną więk­szo­ścią 51% lub 52% gło­sów, nie licząc przy tym wstrzy­mu­ją­cych się od głosu.

"Nie jestem dyk­ta­to­rem", zapew­niał wie­lo­krot­nie Hitler, "i ni­gdy nim nie będę. Naro­dowy socja­lizm będzie zde­cy­do­wa­nie wymu­szał metody demo­kra­tyczne."

Wła­dza nie jest rów­no­znaczna z tyra­nią. Tyra­nem jest ktoś, kto przej­muje wła­dzę bez zgody narodu lub wbrew jego woli. Demo­kratę naród sam wynosi do wła­dzy. Jed­nak demo­kra­cja nie ogra­ni­cza się do poje­dyn­czej for­muły. Mamy demo­kra­cję pośred­nią i bezpośred­nią. Możemy zatem mieć demo­kra­cję auto­ry­tarną. Istotną rze­czą jest, iż ludzie jej chcieli, wybrali ją i usta­no­wili jej osta­teczną formę.

Tak wła­śnie było w przy­padku Hitlera. Jego doj­ście do wła­dzy było ponad wszystko demo­kra­tyczne. Może nam się to podo­bać lub nie, ale nie zmie­nia to nie­pod­wa­żal­nego faktu. Z roku na rok popar­cie dla Hitlera wśród spo­łe­czeń­stwa nie­miec­kiego rosło. Inte­li­gent­niejsi z tych, któ­rzy go począt­kowo potę­piali, nie mogli temu zaprze­czyć. Takim czło­wie­kiem jest pro­fe­sor Joachim Fest, histo­ryk o poglą­dach anty­na­zi­stow­skich, któ­rego pozwolę sobie trzy­krot­nie zacy­to­wać poni­żej:

"Pra­gnie­niem Hitlera ni­gdy nie było zwy­czajne stwo­rze­nie reżimu opar­tego na sile. Dostrze­ga­nie wyłącz­nie jego żądzy wła­dzy jest nie­zro­zu­mie­niem natury tego czło­wieka i jego moty­wa­cji."

"Nie uro­dził się, by zostać zwy­kłym tyra­nem. Był owład­nięty ideą swo­jej misji."

"Ni­gdy bar­dziej niż w tam­tej chwili nie czuł się tak zależny od mas i ni­gdy nie wycze­ki­wał ich reak­cji z więk­szym nie­po­ko­jem" (J. Fest, Hitler, the Führer, s. 44).

Słów tych nie napi­sał dr Goeb­bels, lecz bez­li­to­sny ana­li­tyk dzia­łań Hitlera.

28 lutego 1933 roku, mniej niż w mie­siąc po obję­ciu funk­cji kanc­le­rza, wciąż pod bacz­nym nad­zo­rem, Hitler zdo­łał uwol­nić się od kon­ser­wa­tyw­nej kura­teli, którą Hin­den­burg miał nadzieję go skrę­po­wać. Pożar Reich­stagu umoż­li­wił mu uzy­ska­nie od sta­rego mar­szałka peł­no­moc­nictw dla "ochrony narodu i pań­stwa", które w zna­czący spo­sób zwięk­szyły zasięg jego wła­dzy wyko­naw­czej.

Jed­nakże Hitler pra­gnął uzy­skać nie tyle ustęp­stwa ze strony łatwo ule­ga­ją­cego wpły­wom sta­rego czło­wieka, lecz przede wszyst­kim pełne peł­no­moc­nic­two przy­znane przez naj­wyż­szą legal­nie wybraną insty­tu­cję: Reich­stag. Hitler przy­go­to­wał swój zamach stanu umie­jęt­nie, cier­pli­wie i z prze­bie­gło­ścią, z któ­rej sły­nął.

"Cecho­wała go", mówi Fest, "inte­li­gen­cja, która przede wszyst­kim prze­ja­wiała się w poczu­ciu pew­nego rytmu, który należy zacho­wać przy podej­mo­wa­niu decy­zji."

Hitler przede wszyst­kim doło­żył wszel­kich sta­rań, aby cała uwaga sku­piła się na sta­rym mar­szałku, który uwiel­biał odwo­ły­wać się do prze­szło­ści. Z pozor­nie ogromną pokorą, w dniu 21 marca 1933 roku, przed inau­gu­ra­cją nowego Reich­stagu, Hitler przy­go­to­wał w Pocz­da­mie cere­mo­nię na cześć Hin­den­burga, która była orga­ni­za­cyj­nym maj­stersz­ty­kiem, łączą­cym nastrój reflek­sji, maje­sta­tycz­no­ści i piękna. Było w niej wszystko, co mogło zaspo­koić każdą próż­ność.

Hin­den­burg na dobre odwie­sił już swój stary uni­form z lat 1914-1918. Aby stary wia­rus mógł ponow­nie spo­tkać Niem­ców z daw­nych lat, Hitler ścią­gnął z całego kraju wete­ra­nów wszyst­kich wojen. Począw­szy od wojny 1871 roku (sześć­dzie­siąt dwa lata wcze­śniej!) prze­ciwko Napo­le­onowi III, przez wojnę z 1866 roku prze­ciwko Danii (sześć­dzie­siąt sie­dem lat wcze­śniej!), aż do wojny z 1864 roku (sześć­dzie­siąt dzie­więć lat wcze­śniej!) z Cesar­stwem Austriac­kim.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Alan Cas­sels, "Fascism", Nowy Jork, Tho­mas Y. Cro­well Co., 1975, s. 247 [wróć]

2. Ibid., s. 247 [wróć]

3. Hitlera począt­kowo skie­ro­wano do ośrodka szko­le­nio­wego dla rekru­tów, pod­le­głego 2 Bawar­skiemu Puł­kowi Rezer­wo­wemu, skąd jed­nak szybko prze­nie­siono go do zło­żo­nego z ochot­ni­ków 16 Bawar­skiego Pułku Rezer­wo­wego (tzw. "Pułk Lista" 6 Bawar­skiej Dywi­zji Rezer­wo­wej), w któ­rym słu­żył do końca wojny (przyp. tłum.) [wróć]

4. 16 Bawar­ski Rezer­wowy Pułk Pie­choty został tak nazwany na cześć swo­jego dowódcy, puł­kow­nika Alfreda Juliusa Edu­arda Lista, pole­głego 31.10.1914 roku i od tej pory wzmian­ko­wany jako "Pułk Lista" (przyp. tłum.) [wróć]

5. Wielki Wschód Fran­cji (fr. Grand Orient de France) -?naj­więk­sza, zało­żona w 1733 roku, orga­ni­za­cja masoń­ska Fran­cji (przyp. tłum.) [wróć]

6. Tak w ory­gi­nale. Zapewne cho­dzi o pracę "Schron w Four­nes", naj­praw­do­po­dob­niej dato­waną na 1915 rok (przyp. tłum.). [wróć]

7. Naj­praw­do­po­dob­niej cho­dzi tu o Daily Express (przyp. tłum.). [wróć]

8. Insty­tu­cja finan­sowa powo­łana w 1930 roku w celu zarzą­dza­nia środ­kami pocho­dzą­cymi z repa­ra­cji wojen­nych Nie­miec po I woj­nie świa­to­wej (przy. tłum.). [wróć]

Sprostowanie

W arty­kule pana Rafała Wój­cika "Wiek Hitlera w Pol­sce" zamiesz­czo­nym 21.09.2016 roku w "Gaze­cie Wybor­czej" zna­la­zło się wiele rze­czy nie­praw­dzi­wych.

Pan Wój­cik przed­sta­wia mnie wyłącz­nie jako wydawcę spe­cja­li­zu­ją­cego się w wyda­wa­niu dzieł pro­pa­gu­ją­cych nazizm, co deli­kat­nie mówiąc jest nie­prawdą. Pomija mil­cze­niem fakt, że w pracy wydawcy wyda­łem mnó­stwo ksią­żek o tre­ści patrio­tycz­nej, a nie raz były to pierw­sze wyda­nia zapo­mnia­nych pol­skich auto­rów. Przy­to­czę tu cho­ciażby takie pozy­cje jak "Fala za falą" Pław­skiego, "Powstań­czy Tryp­tyk" Bli­che­wi­cza "Szczerby" (książka docze­kała się entu­zja­stycz­nej recen­zji w "Gaze­cie Wybor­czej") czy wyda­nie wspo­mnień Kazi­mie­rza Leskiego z płytą z jego gło­sem.

Za swoją dzia­łal­ność wydaw­ni­czą zosta­łem zresztą odzna­czony orde­rem "Pro memo­ria", "Zasłu­żony dzia­łacz kul­tury" (z rąk wice­mi­ni­stra kul­tury Arama Rybic­kiego) i dwu­krot­nie za zasługi na rzecz pamięci o Pol­skiej Mary­narce Wojen­nej.

Przed­sta­wie­nie mnie wyłącz­nie jako wydawcę ksią­żek o tema­tyce nazi­stow­skiej szka­luje moje dobre imię.

Autor zarzuca mi, że nie jestem "facho­wym histo­ry­kiem", w związku z tym to nie ja powi­nie­nem pisać wstęp do książki Degrella. No cóż, dobrze byłoby wie­dzieć co autor ma na myśli uży­wa­jąc tego poję­cia. Jeśli ktoś, kto koń­czył histo­rię na UMK w Toru­niu, spe­cja­li­zuje się w wyda­wa­niu ksią­żek histo­rycz­nych od lat trzy­dzie­stu i napi­sał około 100 wstę­pów do ksią­żek i arty­ku­łów histo­rycz­nych nie jest "fachow­cem" god­nym napi­sać wstęp do "Wieku Hitlera", to kto nim jest?

Z zacie­ka­wie­niem zer­k­ną­łem na Wiki­pe­dię, aby spraw­dzić doro­bek naukowy redak­tora Wój­cika, który pozwala mu tak kry­tycz­nie mnie oce­niać. Nie­stety nic na ten temat nie zna­la­złem, ale to pew­nie tym gorzej dla Wiki­pe­dii!

Panu Wój­ci­kowi nic nie prze­szka­dza jed­nak cyto­wać "nie­fa­chowca" w swoim arty­kule, gdzie przy­ta­cza całe frag­menty mojego wstępu, przy czym bez żad­nego słowa kry­tyki na temat tego co w nim napi­sa­łem!

Autor arty­kułu nie odnosi się wcale do tre­ści książki, czyli histo­rii pierw­szej wojny świa­to­wej w/g Degrella. Wnio­skuję w związku z tym, że p. Wój­cik albo nie prze­czy­tał tej książki, albo prze­stra­szył się, że będzie musiał skry­ty­ko­wać wielu "histo­ry­ków-fachow­ców" fran­cu­skich o uzna­nym dorobku nauko­wym, któ­rych Degrell tak czę­sto przy­ta­cza.

Pan Wój­cik skon­tak­to­wał się też z dys­try­bu­to­rami książki "Wiek Hitlera" -?EMPIK-iem, Bonito.pl, Matra­sem pró­bu­jąc ich zastra­szyć, suge­ru­jąc że książka nie powinna być przez nich dys­try­bu­owana. Oczy­wi­ście też nie odno­sząc się do tre­ści książki.

Jak widać nie cho­dziło p. Wój­ci­kowi o mery­to­ryczną dys­ku­sję na temat książki, ale o znisz­cze­nie wydaw­nic­twa, poprzez zablo­ko­wa­nie jego sieci dys­try­bu­cyj­nej.

I jesz­cze jedno. Redak­tor Wój­cik nie zadał sobie na tyle trudu, aby spraw­dzić stopkę redak­cyjną w książce "Wiek Hitlera", ata­ku­jąc wydaw­nic­two Finna a nie rze­czy­wi­stego wydawcę, czyli spółkę Kat­mar. Ale... prze­cież nie o praw­dziwe infor­ma­cje tu cho­dzi...

W spi­sie ksią­żek zamiesz­czo­nych w arty­kule, pro­pa­gu­ją­cych nazizm wg redak­tora Wój­cika, zna­la­zła się książka Sieg­frieda Knappe: "Sol­dat: Reflek­sje nie­miec­kiego żoł­nie­rza". Jest to w rze­czy­wi­sto­ści książka anty­hi­tle­row­ska, a sam Knappe, autor książki, wspo­mina, jak to będąc w bun­krze Hitlera zasta­na­wiał się, czy nie strze­lić mu w łeb.

No cóż, pan Wój­cik jak widać gustuje w poglą­dach, że jeśli jakieś fakty nie pasują do jego tezy, to tym gorzej dla fak­tów.

I na koniec o rze­czy obrzy­dli­wej. Umiesz­cze­nie zdję­cia na któ­rym obok sie­bie są okładki z podo­bi­zną Adolfa Hitlera i Lecha Kaczyń­skiego jest zabie­giem god­nym Jose­pha Goeb­belsa. Gra­tu­luję! Jak widać, redak­to­rzy "Wybor­czej" czer­pią z dobrych wzor­ców.

Andrzej Ryba

Wstęp -?Leon Degrelle: Wojownik Zachodu

Oto inspi­ru­jąca, choć tra­giczna histo­ria ide­ali­stycz­nego, nie­złom­nego i nie­ustra­szo­nego przy­wódcy, któ­remu dane było prze­trwać naj­więk­sze wichry II wojny świa­to­wej tylko po to, by u samego schyłku życia zostać dosię­gnię­tym przez zdradę.

Michael Col­lins Piper

Leon Degrelle zmarł w Mala­dze, w Hisz­pa­nii, w dniu 1 kwiet­nia 1994 roku w wieku 87 lat. Przed II wojną świa­tową Degrelle był naj­młod­szym przy­wódca poli­tycz­nym Europy i ojcem ruchu rek­si­stow­skiego w Bel­gii. W cza­sie wojny stał się boha­te­rem frontu wschod­niego, gdzie wal­czył bro­niąc Europy przed komu­ni­zmem. Jako mąż stanu i żoł­nierz znał Hitlera, Mus­so­li­niego, Chur­chilla, Franco, Lavala, Pétaina i wielu innych przy­wód­ców euro­pej­skich z cza­sów tyta­nicz­nych ide­olo­gicz­nych i mili­tar­nych zma­gań, któ­rymi była II wojna świa­towa. Jako jedyny z nich prze­trwał jesz­cze nie­malże pół wieku, pozo­sta­jąc naocz­nym świad­kiem tam­tych wyda­rzeń.

Degrelle uro­dził się 15 czerwca 1906 roku w Bouil­lon w Luk­sem­burgu, w rodzi­nie o fran­cu­skich korze­niach. Był synem dobrze pro­spe­ru­ją­cego bro­war­nika, który wyemi­gro­wał z Fran­cji do Luk­sem­burga pięć lat przed jego uro­dzi­nami, spro­wo­ko­wany do tego kroku wyda­le­niem jezu­itów przez anty­kle­ry­kalny rząd fran­cu­ski. Mówiło się, że tylu męż­czyzn z rodu Degrel­lów zostało Jezu­itami, iż każdy Degrelle jest "Jezu­itą z ojca na syna".

Młody Leon stu­dio­wał na Uni­wer­sy­te­cie Louvain, gdzie uzy­skał dok­to­rat z prawa, ale pochła­niały go także inne dzie­dziny nauki, takie jak sztuka, arche­olo­gia, filo­zo­fia i nauki poli­tyczne. Jego natu­ralne zdol­no­ści przy­wód­cze stały się widoczne już w cza­sach stu­denc­kich. Do czasu ukoń­cze­nia dwu­dzie­stego roku życia ów wyjąt­kowo uta­len­to­wany młody czło­wiek opu­bli­ko­wał pięć ksią­żek i pro­wa­dził wła­sny coty­go­dniowy dzien­nik.

Głę­bo­kie prze­ko­na­nia kato­lic­kie spra­wiły, iż Degrelle dołą­czył do bel­gij­skiej Akcji Kato­lic­kiej i, rzecz jasna, wkrótce stał się jed­nym z jej przy­wód­ców. Pasją Leona byli ludzie. Pra­gnął zjed­ny­wać sobie masy, w szcze­gól­no­ści mark­si­stow­skie. Chciał, aby współ­dzie­liły z nim jego ide­ały doty­czące socjal­nych i ducho­wych zmian w życiu spo­łecz­nym. Marzył o pod­nie­sie­niu ludzi na duchu, o wyku­ciu dla nich trwa­łego, spraw­nego i odpo­wie­dzial­nego pań­stwa, opar­tego na zdro­wym ludz­kim roz­sądku i funk­cjo­nu­ją­cego wyłącz­nie dla dobra ludu. Nic zatem dziw­nego, że Degrelle czę­sto powta­rzał: "Albo masz za sobą ludzi, albo nie masz niczego". Jed­nym sło­wem, Degrelle był popu­li­stą.

Mimo, iż nie miał jesz­cze dwu­dzie­stu pię­ciu lat, był słu­chany z ogrom­nym zapa­łem. Jego książki i gazety były czy­tane wszę­dzie, gdyż zawsze poru­szały praw­dziwe i istotne tematy. W krót­kim okre­sie kilku lat zjed­nał sobie dużą część spo­łe­czeń­stwa. Sko­rum­po­wany świat bel­gij­skiej poli­tyki zwró­cił baczną uwagę na tego par­we­niu­sza. Mimo, iż Degrelle począt­kowo współ­pra­co­wał z bel­gij­ską Par­tią Kato­licką (jedną z trzech, poza libe­ra­łami i socja­li­stami, rzą­dzą­cych par­tii Bel­gii) w osta­tecz­nym roz­ra­chunku doznał roz­cza­ro­wa­nia dzia­ła­niami par­tyj­nej kliki i zaczął kon­cen­tro­wać swoje wysiłki na budo­wa­niu swo­jego ruchu rek­si­stow­skiego.

Żąda­jąc rady­kal­nych reform poli­tycz­nych i usta­no­wie­nia auto­ry­ta­tyw­nego "kor­po­ra­cyj­nego" pań­stwa spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej i jed­no­ści naro­do­wej, Degrelle roz­po­czął zde­cy­do­waną i dosko­nale pro­wa­dzoną kam­pa­nię pro­pa­gan­dową prze­ciwko rzą­dzą­cym par­tiom, które okre­ślał mia­nem pour­ris, -?czyli "sko­rum­po­wa­nych" -?zaś cyniczne mal­wer­sa­cje finan­sowe par­tyj­nych klu­bów i ich poplecz­ni­ków, któ­rych Degrelle nazy­wał "bank­ste­rami", spra­wiły, że ruch rek­si­stow­ski wywal­czył ogromny poli­tyczny kapi­tał.

Ruch Degrella dostrze­gał fakt, iż par­tie rzą­dzące, tak skłonne do współ­pracy, gdy cho­dziło o dzie­le­nie łupów nagro­ma­dzo­nych przez poli­ty­ków, sprzy­jały podzia­łom i kon­flik­tom w Bel­gii. Histo­ryk Alan Cas­sels wska­zy­wał, iż "Degrelle stop­niowo sta­wał się coraz więk­szym anty­ka­pi­ta­li­stą -?była to zmiana, będącą nie tyle odpo­wie­dzią na Wielką Depre­sję, co efek­tem wyni­ka­ją­cym z rosną­cej świa­do­mo­ści powią­zań pomię­dzy biz­ne­sem i rzą­dem, ujaw­nio­nych w kilku bel­gij­skich skan­da­lach." 1

Plat­forma par­tii rek­si­stow­skiej odzwier­cie­dlała jej popu­li­styczne odchy­le­nie: "Przede wszyst­kim stała w opo­zy­cji do super­ka­pi­ta­li­zmu w Bel­gii i w Kongo, a następ­nie odrzu­cała bel­gij­skie par­tie i sys­tem par­la­men­tarny jako taki, uwa­ża­jąc je za zwy­kłą przy­bu­dówkę zgni­łego świata biz­nesu. Banki miały być kon­tro­lo­wane w bli­żej nie­usta­lony spo­sób, zaś pro­blem bez­ro­bo­cia miał być roz­wią­zany meto­dami pew­nego rodzaju pań­stwo­wego pla­no­wa­nia. Robot­nicy mieli być chro­nieni przez sys­tem kor­po­ra­cyjny 'oparty na soli­dar­no­ści klas', a struk­tura orga­ni­za­cyjna rek­si­stow­skich kon­fe­de­ra­cji została opra­co­wana teo­re­tycz­nie i wyło­żona na papie­rze dla han­dlu, prze­my­słu, rol­nic­twa, rze­mio­sła, wol­nych zawo­dów i nawet dla par­tyj­nej admi­ni­stra­cji bel­gij­skiego Konga. Jed­nak i tak więk­szość sta­rego sys­temu pozo­sta­łaby na miej­scu; było miej­sce dla monar­chii, a wręcz i dla par­la­mentu, który w okro­jo­nej for­mie współ­dzie­liłby wła­dzę legi­sla­cyjną z kor­po­ra­cjami."2

24 maja 1936 roku rek­si­stow­scy kan­dy­daci Degrella odnie­śli wspa­niałe zwy­cię­stwo w walce wybor­czej z par­tiami o usta­lo­nej pozy­cji, gro­ma­dząc 34 miej­sca w Izbie Repre­zen­tan­tów i w Sena­cie.

Jed­nakże już wkrótce rzą­dzące bel­gij­skie par­tie pode­rwały się do walki by prze­ciw­sta­wić się zagro­że­niu, jakie dla ich wła­dzy stwa­rzali rek­si­ści, czemu dały wyraz w utwo­rze­niu jed­no­li­tej falangi prze­ciwko mło­demu popu­li­stycz­nemu przy­wódcy. Swego naj­bar­dziej namięt­nego syna potę­piła nawet hie­rar­chia kościoła kato­lic­kiego, dzia­ła­jąca w inte­re­sach "umiar­ko­wa­nia". Kon­se­kwen­cją tych dzia­łań była powolna utrata zna­cze­nia przez ruch rek­si­stow­ski. Mimo, iż w obli­czu zgod­nego naci­sku esta­bli­sh­mentu jego par­tia zaczęła ule­gać dez­in­te­gra­cji, Degrelle został ponow­nie wybrany do Par­la­mentu z naj­więk­szą liczbą gło­sów spo­śród wszyst­kich depu­to­wa­nych.

Europa Degrella wciąż była podzie­lona na nie­wiel­kie kraje, z któ­rych każdy był zazdro­sny o każ­dego i zamknięty na kon­takty z sąsied­nimi naro­dami. Pod koniec lat trzy­dzie­stych, gdy wojna wisiała w powie­trzu, Degrelle poświę­cił swą uwagę na zapew­nie­nie neu­tral­no­ści Bel­gii w celu zapo­bie­że­nia ponow­nemu wyko­rzy­sta­niu jego kraju jako bufora mię­dzy Niem­cami i Fran­cją w sytu­acji, gdyby roz­po­częły się dzia­ła­nia wojenne. Lecz nawet wtedy, kiedy pra­co­wał nad krót­ko­ter­mi­nową kwe­stią inte­gral­no­ści bel­gij­skich gra­nic, Degrelle, ze swą dale­ko­wzrocz­no­ścią patrzył także na przy­szłość kon­ty­nentu. W cza­sach stu­denc­kich podró­żo­wał po Ame­ryce Łaciń­skiej, Sta­nach Zjed­no­czo­nych i Kana­dzie. Odwie­dził Afrykę Pół­nocną, Środ­kowy Wschód i, rzecz jasna, wszyst­kie kraje euro­pej­skie. Uwa­żał, iż prze­zna­cze­niem Europy jest speł­nie­nie wyjąt­ko­wej roli, co wyma­gało zjed­no­cze­nia jej na bazie wspól­nego dzie­dzic­twa kul­tu­ro­wego.

Mus­so­lini zapro­sił Degrella do Rzymu. Chur­chill przyj­mo­wał go w Lon­dy­nie, zaś Hitler w Ber­li­nie. Ryzy­ku­jąc swym życiem poli­tycz­nym, Degrelle podej­mo­wał despe­rac­kie wysiłki, aby powstrzy­mać pro­ces zapę­dza­nia Europy do nowej wojny. Jed­nakże odwieczna rywa­li­za­cja, małost­kowe ani­mo­zje i podej­rze­nia pomię­dzy Fran­cją i Niem­cami zostały spryt­nie wyko­rzy­stane. Powszech­nie uznane par­tie oraz par­tia komu­ni­styczna pra­co­wały po tej samej stro­nie bary­kady: na rzecz wojny. Dla Kremla była to wyjąt­kowa oka­zja na sko­mu­ni­zo­wa­nie Europy -?po tym, gdy będzie już wykrwa­wiona i osła­biona.

3 wrze­śnia 1939 roku -?pod wpły­wem naci­sków ze strony zor­ga­ni­zo­wa­nych krę­gów świa­to­wego żydo­stwa, wspar­tych wysił­kami pre­zy­denta Sta­nów Zjed­no­czo­nych Fran­klina Roose­velta, (który utrzy­my­wał bli­skie sto­sunki z wpły­wo­wymi eli­tami żydow­skimi w USA) -?Anglia wypo­wie­działa wojnę Niem­com, cho­ciaż Hitler zro­bił wszystko, co w jego mocy, aby do owej wojny nie dopu­ścić.

Gdy Bel­gia została wcią­gnięta do kon­fliktu w 1940 roku, poli­tyczni wro­go­wie Degrella dostrze­gli oka­zję do usu­nię­cia przy­wódcy rek­si­stów. W dniu 10 maja 1940 roku został aresz­to­wany przez loja­li­stów rzą­do­wych, oskar­żony o przy­na­leż­ność do "pią­tej kolumny" i osa­dzony w wię­zie­niu, gdzie był bity i tor­tu­ro­wany. Uznany przez rodzinę za zmar­łego, Degrelle wylą­do­wał w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym w połu­dnio­wej Fran­cji. Gdy Niemcy, życz­li­wie nasta­wieni do Degrella, dowie­dzieli się o jego miej­scu pobytu, został on uwol­niony i powró­cił do Bel­gii, gdzie w rze­czy­wi­sto­ści począt­kowo uni­kał współ­pracy z nie­miec­kimi siłami oku­pa­cyj­nymi. Iro­nią pozo­staje fakt, iż odróż­niało go to od wielu z jego opor­tu­ni­stycz­nych opo­nen­tów ze sceny poli­tycz­nej przed­wo­jen­nej "demo­kra­tycz­nej" Bel­gii.

Jed­nak euro­pej­ska wojna domowa trwała na­dal, zaś komu­ni­styczni władcy przy­go­to­wy­wali się już do wyzbie­ra­nia roz­ła­ma­nych kawał­ków Europy. Dowia­du­jąc się o pla­nach inwa­zji Józefa Sta­lina do serca Zachod­niej Europy przez oku­po­waną przez Sowie­tów część Pol­ski a następ­nie Niemcy, Hitler uprze­dził go, doko­nu­jąc pre­wen­cyj­nego ude­rze­nia na Zwią­zek Radziecki w dniu 22 czerwca 1941 roku.

Naj­waż­niej­szy poli­tyczny i woj­skowy feno­men II wojny świa­to­wej jest jed­no­cze­śnie naj­mniej znany: Waf­fen-SS (dosłow­nie "uzbro­jone oddziały obronne"). A prze­cież Leon Degrelle był jed­nym z naj­słyn­niej­szych żoł­nie­rzy Waf­fen-SS. For­ma­cja ta była ide­olo­giczną i mili­tarną for­pocztą sztur­mową pla­no­wa­nego Nowego Porządku dla Europy. Po tym, jak Niemcy roz­po­częły szturm bastionu mię­dzy­na­ro­do­wego komu­ni­zmu, z każ­dego zakątka Europy napły­nęły tysiące mło­dych ludzi, mocno wie­rzą­cych w to, że oto ważą się także losy ich wła­snych kra­jów.

Ludzie ci, ochot­nicy, poło­żyli wła­sne życie na szali walki z Sowie­tami wie­rząc, iż po znisz­cze­niu bol­sze­wic­kiego zagro­że­nia będą wspól­nie pra­co­wać nad stwo­rze­niem zjed­no­czo­nej Europy. Ochot­nicy zasi­lili sze­regi Waf­fen-SS, które uro­sło do liczby czte­ry­stu tysięcy nie­nie­miec­kich Euro­pej­czy­ków wal­czą­cych na fron­cie wschod­nim. Sche­mat orga­ni­za­cyjny Waf­fen-SS powięk­szył się o wiele nowych dywi­zji. Nie­miecka część for­ma­cji liczyła sześć­set tysięcy ludzi.

Pomi­ja­jąc dawne wysiłki Napo­le­ona, liczące milion żoł­nie­rzy Waf­fen-SS sta­no­wiło pierw­szą praw­dzi­wie paneu­ro­pej­ską armię, jaka kie­dy­kol­wiek ist­niała. Zakła­dano, iż po woj­nie każda jed­nostka tej armii zapewni swo­jej nacji kadry dla struk­tur poli­tycz­nych wol­nych od małost­ko­wych nacjo­na­li­zmów prze­szło­ści. Wszy­scy żoł­nie­rze SS brali udział w tej samej walce. Wszyst­kich łączyło to samo spoj­rze­nie na świat. Wszy­scy byli towa­rzy­szami broni i odno­sili takie same rany.

Kiedy Hitler ude­rzył na Zwią­zek Radziecki, Degrelle zaofe­ro­wał utwo­rze­nie ochot­ni­czego bata­lionu zło­żo­nego z Waloń­czy­ków celem zapew­nie­nia hono­ro­wego miej­sca dla fran­cu­sko­ję­zycz­nych Bel­gów w nowej Euro­pie Hitlera. Po zacią­gnię­ciu się jako pro­sty sze­re­go­wiec, Degrelle w uzna­niu wyjąt­ko­wego boha­ter­stwa awan­so­wał przez wszyst­kie stop­nie od kaprala do gene­rała. Oso­bi­ście brał udział w sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu bez­po­śred­nich star­ciach, był sied­mio­krot­nie ranny. Był kawa­le­rem naj­wyż­szych odzna­czeń bojo­wych i jed­no­cze­śnie pierw­szym cudzo­ziem­cem, który otrzy­mał, przez wielu tak upra­gniony, Krzyż Rycer­ski Żela­znego Krzyża z Liśćmi Dębu, oso­bi­ście wrę­czony mu przez Hitlera w cza­sie cere­mo­nii w Ber­li­nie w dniu 27 sierp­nia 1944 roku.

Warto zauwa­żyć, że kiedy w 1941 roku Degrelle po raz pierw­szy wyru­szył na front wschodni, miał już 35 lat i ni­gdy przed­tem ani razu nie wystrze­lił z kara­binu. I cho­ciaż zapro­po­no­wano mu wysoki sto­pień -?jako wyraz uzna­nia dla jego wybit­nych przed­wo­jen­nych osią­gnięć w roli przy­wódcy par­tii rek­si­stow­skiej -?Degrelle, tak samo jak Piotr Wielki, wybrał rangę sze­re­gowca, dzie­ląc ze swymi towa­rzy­szami broni wszel­kie nie­wy­gody i pnąc się po dra­bi­nie awan­sów wyłącz­nie dzięki swym zdol­no­ściom, aż do obję­cia sta­no­wi­ska dowódcy jed­nostki, którą stwo­rzył: bry­gady SS "Wal­lo­nien".

Nic zatem dziw­nego, że jego kole­dzy-ochot­nicy żar­to­bli­wie nazy­wali swego towa­rzy­sza, który stał się ich dowódcą, "Skrom­niś Pierw­szy, książę Bur­gun­dii". Jed­nakże z ośmiu­set pierw­szych Waloń­czy­ków, któ­rzy wyru­szyli na front wschodni, tylko trzech prze­żyło wojnę -?jed­nym z nich był Degrelle. W tym okre­sie pra­wie dwa i pół tysiąca jego roda­ków pole­gło, słu­żąc w mun­du­rze Waf­fen-SS i wal­cząc z Sowie­tami.

Degrelle powie­dział kie­dyś o SS: "Gdyby Waf­fen-SS nie ist­niało, Europa zosta­łaby cał­ko­wi­cie roz­je­chana przez Sowie­tów do 1944 roku. Dotar­liby do Paryża na długo przed Ame­ry­ka­nami. Odwaga żoł­nie­rzy Waf­fen-SS powstrzy­my­wała nisz­czy­cielką potęgę Sowie­tów pod Moskwą, Char­ko­wem, Czer­ka­sami i Tar­no­po­lem. Rosja­nie stra­cili w ten spo­sób dwa­na­ście mie­sięcy. Bez oporu, sta­wia­nego przez SS, Sowieci byliby w Nor­man­dii przed Eisen­ho­we­rem. Ludzie oka­zy­wali głę­boką wdzięcz­ność tym mło­dym chło­pa­kom, któ­rzy poświę­cali swoje życie. Od cza­sów wiel­kich zako­nów rycer­skich okresu śre­dnio­wie­cza nie było tak bez­in­te­re­sow­nego ide­ali­zmu i hero­izmu. W dzi­siej­szym wieku mate­ria­li­zmu, człon­ko­wie Waf­fen-SS jawią się jako jasne świa­tło ducho­wo­ści. Nie mam naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że poświę­ce­nie i nie­wia­ry­godne doko­na­nia Waf­fen-SS docze­kają się swego wła­snego piewcy w rodzaju Schil­lera. SS wyróż­nia się wiel­ko­ścią w nie­szczę­ściu."

Po nie­mal czte­rech latach nie­prze­rwa­nych walk w pie­kle bitew, legion Degrella był jedną z ostat­nich jed­no­stek, które wyco­fały się z Rosji. Owa tyta­niczna walka prze­ciwko połą­czo­nym siłom komu­ni­zmu i "zjed­no­czo­nych demo­kra­cji" opi­sana jest w jego słyn­nej epo­pei "Kam­pa­nia w Rosji", która przy­spo­rzyła mu euro­pej­skiej sławy, jako "Home­rowi XX wieku".

I kiedy po czte­rech latach walki z komu­ni­zmem na fron­cie wschod­nim Degrelle powró­cił do Bruk­seli, zgo­to­wano mu naj­więk­sze masowe przy­ję­cie w histo­rii Bel­gii. Dzie­siątki tysięcy Bel­gów wyle­gło na ulice sto­licy by wiwa­to­wać na cześć powra­ca­ją­cego gene­rała. Wszystko to na dwa mie­siące przed aliancką inwa­zją ich kraju.

Jed­nakże Degrelle zda­wał sobie sprawę, iż jako jeden z naj­bar­dziej nie­prze­jed­na­nych wro­gów komu­ni­zmu, któ­remu udało się prze­trwać wojnę, sta­nie się nie­chyb­nym celem eks­ter­mi­na­cji. Nie zamie­rzał klę­kać przed zwy­cięz­cami.

Gdy upa­dły Niemcy, Degrelle ruszył w kie­runku Nor­we­gii, która w owym cza­sie wciąż znaj­do­wała się pod nie­miecką kon­trolą. Tam wsiadł na pokład samo­lotu trans­por­to­wego, któ­rym prze­le­ciał nad oku­po­waną przez alian­tów Europą. Wraz z załogą prze­trwał towa­rzy­szący im przez całą drogę nie­prze­rwany ogień arty­le­rii prze­ciw­lot­ni­czej i lądo­wał awa­ryj­nie na gra­nicy hisz­pań­skiej, kiedy skoń­czyło się paliwo. W cza­sie wymu­szo­nego lądo­wa­nia Degrelle odniósł liczne obra­że­nia, w tym kilka zła­mań. Docho­dząc do sie­bie, spę­dził rok w szpi­ta­lach, z czego więk­szość czasu w gip­sie, nie­zdolny do ruchu. W typo­wym dla sie­bie odru­chu, gdy tylko odzy­skał wła­dzę w pra­wej ręce, roz­po­czął pracę nad swym arcy­dzie­łem "Kam­pa­nia w Rosji", która wyszła we Fran­cji w dwóch edy­cjach.

Wkrótce po zakoń­cze­niu dzia­łań wojen­nych alianci zagro­zili inwa­zją Hisz­pa­nii, o ile Degrelle i były fran­cu­ski pre­mier Pierre Laval nie zostaną wydani celem stra­ce­nia. Franco poszedł na kom­pro­mis. Wydał Lavala, lecz odmó­wił prze­ka­za­nia alian­tom Degrella, tłu­ma­cząc to fizyczną nie­moż­li­wo­ścią rusze­nia go ze szpi­tala.

Rok póź­niej Degrelle uzy­skał schro­nie­nie w klasz­to­rze. Jed­nakże w domu człon­ko­wie jego rodziny, jak rów­nież jego przy­ja­ciele i współ­pra­cow­nicy pod­le­gali aresz­to­wa­niom i byli zamę­czani na śmierć przez "demo­kra­tycz­nych wyzwo­li­cieli" Bel­gii. Jego dzieci (sie­dem córek i mały syn) zostały siłą wywie­zione do ośrod­ków odosob­nie­nia w róż­nych czę­ściach Europy, po tym jak zmie­niono im nazwi­ska, by unie­moż­li­wić ponowne połą­cze­nie rodziny lub choćby próbę usta­le­nia ich losu. Wła­dze bel­gij­skie zade­cy­do­wały, iż ni­gdy nie zezwoli im się na utrzy­my­wa­nie kon­taktu ze swoim ojcem, czy nawet ze sobą.

Nowy bel­gij­ski rząd ska­zał Leona Degrella na karę śmieci in absen­tia przy oka­zji trzech róż­nych pro­ce­sów. Usta­no­wiono spe­cjalne prawo, tak zwane Lex Degrel­lana, zaka­zu­jące prze­sy­ła­nia, posia­da­nia lub otrzy­my­wa­nia jakich­kol­wiek publi­ka­cji jego autor­stwa lub trak­tu­ją­cych o Degrellu. "Kam­pa­nia w Rosji" zna­la­zła się tym samym na liście pozy­cji zaka­za­nych w Bel­gii.

Pozo­sta­wiony samemu sobie, Degrelle zaczął odbu­do­wy­wać swoje zruj­no­wane życie. Pełen ener­gii i tak dla niego cha­rak­te­ry­stycz­nego nie­złom­nego ducha, pra­co­wał jako pra­cow­nik fizyczny w fir­mie budow­la­nej. I znów, podob­nie jak na polu walki, gdzie z sze­re­go­wego doszedł do gene­rała, Degrelle doro­bił się wła­snej, poważ­nej firmy budow­la­nej wyko­nu­ją­cej klu­czowe zle­ce­nia. Ope­ra­tyw­ność firmy i jakość wyko­ny­wa­nych przez nią usług stały się tak znane, że rząd ame­ry­kań­ski zło­żył mu zamó­wie­nie na wyko­na­nie prac zwią­za­nych z istot­nymi pro­jek­tami obron­nymi w Hisz­pa­nii, w tym lot­ni­skami woj­sko­wymi.

W mię­dzy­cza­sie, lojalni wysłan­nicy Degrella krą­żyli po Euro­pie w poszu­ki­wa­niu jego porwa­nych dzieci. Wszyst­kie zostały odna­le­zione i wró­ciły pod czułą opiekę swego ojca.

W okre­sie czter­dzie­stu lat Degrelle dwu­na­sto­krot­nie wzy­wał rząd bel­gij­ski do zor­ga­ni­zo­wa­nia jego publicz­nego pro­cesu z udzia­łem ławy przy­się­głych. Jego pona­wiane żąda­nia, aby być sadzo­nym przed legal­nym sądem (w prze­ci­wień­stwie do poka­zo­wych inkwi­zy­tor­skich pro­ce­sów w stylu Norym­bergi) spo­ty­kały się z pełną zakło­po­ta­nia i poczu­cia winy ciszą. Jed­no­cze­śnie miało miej­sce kilka poważ­nych prób zmie­rza­ją­cych do zli­kwi­do­wa­nia Degrelle w cza­sie, gdy prze­by­wał w Hisz­pa­nii. 5 lipca 1961 roku hisz­pań­ska poli­cja aresz­to­wała dwóch osob­ni­ków pró­bu­ją­cych wje­chać do Hisz­pa­nii od strony małej wio­ski w Pire­ne­jach na gra­nicy fran­cu­skiej. Samo­cho­dem Lin­coln Con­ti­nen­tal podró­żo­wał oby­wa­tel Izra­ela nazwi­skiem Zuis Aldu­ide Ide­lon oraz druga osoba z fran­cu­skim pasz­por­tem wysta­wio­nym na nazwi­sko Suison Jake De Mon.

Posia­dali przy sobie broń, amu­ni­cję, zagra­niczną walutę o war­to­ści około pół miliona dola­rów ame­ry­kań­skich, zestaw do nar­kozy, dokładny plan hisz­pań­skiej willi i, wresz­cie, pudło w kształ­cie trumny. Oby­dwaj osta­tecz­nie przy­znali się, iż sta­no­wili część spe­cjal­nej grupy koman­do­sów pra­cu­ją­cej dla wywiadu Izra­ela, któ­rej zada­niem było porwa­nie gene­rała Degrella. Plan był nastę­pu­jący:

Część zespołu (skła­da­ją­cego się w sumie z dzie­się­ciu osób) miała przy­być na posia­dłość Degrella heli­kop­te­rem, odu­rzyć go, porwać i wywieźć do Tar­ra­gony. Tam, nie­przy­tomny Degrelle miał być umiesz­czony w pudle i prze­nie­siony nocą na pokład małej łodzi, która miała skie­ro­wać się do jed­nego z fran­cu­skich por­tów na wybrzeżu Morza Śród­ziem­nego. Stam­tąd więk­szy sta­tek miał zabrać go do Izra­ela. Po przy­by­ciu na miej­sce miano go poka­zać publicz­nie, a następ­nie prze­ka­zać rzą­dowi bel­gij­skiemu lub po pro­stu zli­kwi­do­wać.

W osta­tecz­nym roz­ra­chunku hisz­pań­ska poli­cja zdo­łała aresz­to­wać przy­wódcę grupy koman­do­sów, oby­wa­tela Hisz­pa­nii, komu­ni­stę Rubio de la Goaqu­ina, jak rów­nież sze­ściu jego ludzi. Docho­dze­nie wyka­zało, że plan porwa­nia był w czę­ści opra­co­wany przez sowiec­kich agen­tów.

W 1983 roku hisz­pań­scy socja­li­ści, zjed­no­czeni w wysił­kach z mię­dzy­na­ro­do­wymi żydow­skimi gru­pami naci­sku, roz­po­częły hała­śliwą kam­pa­nię na rzecz depor­to­wa­nia Degrella z Hisz­pa­nii, jed­nak ich wysiłki speł­zły na niczym. Nie powstrzy­mało to jed­nak śro­do­wisk żydow­skich przed roz­pę­ta­niem kolej­nej ofen­sywy prze­ciwko gene­ra­łowi. Tym razem przy­wódcą stada był rabin Marvin Hier (nazy­wany przez swych kry­ty­ków "Rabbi Łgarz") i jego kolega, rabin Abra­ham Cooper. Oby­dwaj stali na czele bar­dzo docho­do­wego przed­się­wzię­cia zaj­mu­ją­cego się pozy­ski­wa­niem fun­du­szy, zna­nego jako Cen­trum Szy­mona Wie­sen­thala -?agen­cji z sie­dzibą w Los Ange­les, noszą­cej imię kon­tro­wer­syj­nego samo­zwań­czego "tro­pi­ciela nazi­stów".

Ponie­waż osta­tecz­nie przy­znano, iż naj­bar­dziej nie­sławny ze wszyst­kich "nazi­stow­skich zbie­gów", dr Josef Men­gele, był naprawdę mar­twy, a nie "ukry­wa­jący się w Argen­ty­nie" (lub Boli­wii, Para­gwaju, Pana­mie czy też innym podob­nym miej­scu), Hier i Cooper ewi­dent­nie doszli do wnio­sku, iż gene­rał Degrelle będzie ide­alną "nazi­stow­ską bestią", nada­jąca się na "chłopca z pla­katu" dla insty­tu­cji pozy­sku­ją­cej fun­du­sze.

Obaj pano­wie wyzna­czyli nagrodę w wyso­ko­ści stu tysięcy dola­rów za "uję­cie" Degrella, co samo w sobie było farsą, gdyż gene­rał swo­bod­nie i otwar­cie żył w Hisz­pa­nii, będąc popu­larną oso­bi­sto­ścią życia towa­rzy­skiego, czę­sto bie­sia­du­jącą w oto­cze­niu grona przy­ja­ciół, wśród któ­rych było wielu jego wiel­bi­cieli z zagra­nicy, przy­by­wa­ją­cych, aby odwie­dzić eme­ry­to­wa­nego przy­wódcę woj­sko­wego i euro­pej­skiego męża stanu.

Gang Hiera-Coopera peł­nym gło­sem histe­rycz­nie nawo­ły­wał do osą­dze­nia Degrella za "zbrod­nie wojenne" i, rzecz jasna, nakła­niał dona­to­rów do pomocy w finan­so­wa­niu publicz­nej kam­pa­nii prze­ciwko gene­ra­łowi. Inte­re­su­ją­cym fak­tem pozo­staje, iż kilka lat wcze­śniej znany fran­cu­ski pro­du­cent tele­wi­zyjny, Jean Char­lier, który pra­co­wał nad mate­ria­łem doku­men­tal­nym o Degrellu, zwró­cił się zarówno do "Synów Przy­mie­rza" (B'nai B'rith), jak i do Szy­mona Wie­sen­thala z prośbą o infor­ma­cje, które mógłby wyko­rzy­stać w swoim pro­gra­mie, a które ujaw­nia­łyby naturę i bru­tal­ność owych "zbrodni wojen­nych" doko­na­nych przez Degrella. Char­liera poin­for­mo­wano, iż nie ma dowo­dów prze­ciwko gene­ra­łowi oraz, że Belg nie jest poszu­ki­wany przez jaki­kol­wiek try­bu­nał mię­dzy­na­ro­dowy jako prze­stępca wojenny. Jed­nakże teraz, gdy w inte­re­sie (finan­so­wym) Cen­trum Szy­mona Wie­sen­thala leżało ist­nie­nie "zbrod­nia­rza wojen­nego na wol­no­ści", wer­sja ule­gła zmia­nie.

W owym cza­sie Degrelle sko­men­to­wał całą sprawę w wywia­dzie na wyłącz­ność, któ­rego udzie­lił gaze­cie tygo­dnio­wej The Spo­tli­ght w dniu 28 paź­dzier­nika 1985 roku: "Dr Abra­ham Cooper dosko­nale zdaje sobie sprawę, iż nie posiada naj­mniej­szych dowo­dów prze­ciwko mnie. Sam przy­znaje, iż może opie­rać się wyłącz­nie na wła­snych podej­rze­niach." Degrelle pod­kre­śli, iż Cooper powie­dział mię­dzy innymi: "Nie zasko­czy­łoby mnie, gdyby oka­zało się, że [Degrelle] popeł­nił krwawe zbrod­nie."

"Wyobra­ża­cie sobie coś takiego?", pytał Degrelle. "Przez czter­dzie­ści lat nie­zli­czone ilo­ści razy podej­mo­wano śledz­two prze­ciwko mnie i każde z nich oka­zało się bez­owocne z tej pro­stej przy­czyny, iż ni­gdy nie zna­le­ziono nic prze­ciwko mnie. Cooper nie robi cere­mo­nii, kiedy chce, abym zapła­cił nie za jakieś naganne postę­po­wa­nie, ale za prze­ko­na­nia, moje prze­ko­na­nia. Pra­gnąc zemścić się za idee czło­wieka, który myśli ina­czej niż on, żydow­ski dygni­tarz roz­pę­tuje zagra­niczną obławę z nagrodą stu tysięcy dola­rów dla kogo­kol­wiek, kto pochwyci bestię żyw­cem.

Leon Degrelle, jak to dr Abra­ham Cooper o mnie powie­dział, 'jest winien pro­mo­wa­nia nazi­stow­skich ide­ałów wśród mło­dych ludzi całego świata. Będziemy go pil­nie tro­pić i dopil­nu­jemy, aby zapła­cił za swoje występki."

"Oto macie wła­ściwe 'idee'", dodał Degrelle. "Nikt nie może mieć innych prze­ko­nań, niż rabin Abra­ham. Rzadko spo­tyka się taki brak tole­ran­cji, szcze­gól­nie pły­nący z kraju pokroju Sta­nów Zjed­no­czo­nych, gdzie wol­ność prze­ko­nań okre­śla się jako świętą. Ta nagonka, zor­ga­ni­zo­wana przez pry­watne osoby, ma w sobie coś skan­da­licz­nego."

"Owi myśliwi mają do dys­po­zy­cji bar­dzo kon­kretne fun­du­sze. Owe środki, współ­cze­sna rzeka pie­nię­dzy, do tego lata były prze­zna­czone na porwa­nie Josefa Men­gele. Ale wła­śnie usta­lono, że Men­gele nie żyje od pię­ciu lat -?i to kiedy Wie­sen­thal obwiesz­czał całemu światu, że śle­dzi każdy jego krok i już za moment go schwyta. Opi­sy­wał każdy etap swo­jego pościgu, każdą kry­jówkę, z któ­rej Men­gele rze­komo umknął tuż przed poja­wie­niem się Wie­sen­thala, a w któ­rej w rze­czy­wi­sto­ści tam­ten ni­gdy nie prze­by­wał."

Degrelle dodał także, iż fakt wysła­nia za nim "listu goń­czego" przez żydow­skich przy­wód­ców nie napawa go stra­chem.

"Widzia­łem lep­sze zabawy na fron­cie wschod­nim. Moje życie toczy się dokład­nie tak, jak przed­tem; sam kupuję swoje gazety i wychy­lam szkla­neczkę nad brze­giem morza. Nie zamie­rzam zatru­wać tego, co pozo­stało mi z życia pro­ble­mami bez­pie­czeń­stwa. Wie­rzę w swoje szczę­ście i wie­rzę w Boga. A On odróż­nia tych gonią­cych za milio­nami dola­rów od prze­śla­do­wa­nych. Pole­gam na Jego opiece i Jego spra­wie­dli­wo­ści."

Cho­ciaż Degrelle zdo­łał pokrzy­żo­wać plany Cen­trum Szy­mona Wie­sen­thala w sto­sunku do swo­jej osoby, jego zaprzy­się­gli wro­go­wie pod­jęli jesz­cze jedną, ostat­nią próbę pozby­cia się gene­rała. Maga­zyn Hebdo, publi­ko­wany przez fran­cu­ski Front Naro­dowy, w dniu 27 grud­nia 1985 ujaw­nił, iż około dzie­się­ciu osób legi­ty­mu­ją­cych się wene­zu­el­skimi pasz­por­tami i naj­praw­do­po­dob­niej powią­za­nych z Mos­sa­dem przy­było do Madrytu w celu pod­ję­cia kolej­nej próby porwa­nia Degrella. Także i ten spi­sek został uda­rem­niony przez czujne służby hisz­pań­skie.

Praw­do­po­dob­nie miały miej­sce także i inne intrygi wymie­rzone w Degrella, lecz stary gene­rał nie­prze­rwa­nie pędził jawny tryb życia i kon­ty­nu­ował swą oso­bi­stą kru­cjatę na rzecz prawdy w histo­rii.

Pomimo postę­pu­ją­cych lat, gene­rał Degrelle zapo­cząt­ko­wał pracę nad przed­się­wzię­ciem, które byłoby uko­ro­no­wa­niem jego triumfu jako płod­nego mistrza pióra i pro­jek­tem god­nym wir­tu­oza słowa, któ­rego kie­dyś okre­ślono jako "jed­nego z naj­bar­dziej nie­zwy­kłych fran­cu­sko­ję­zycz­nych pisa­rzy." W ciągu swego życia Degrelle napi­sał ponad czter­dzie­ści ksią­żek i ese­jów obej­mu­ją­cych tematy od poezji do eko­no­mii i od archi­tek­tury do histo­rii, lecz jego nowy zamysł był zaiste wielki w swym zasięgu.

Bel­gij­ski mąż stanu roz­po­czął pracę nad serią ksią­żek, która w zamy­śle miała skła­dać się z czter­na­stu tomów pod wspól­nym tytu­łem "Wiek Hitlera", sku­pia­ją­cych się, rzecz jasna, na roli, jaką ode­grał Adolf Hitler w XX wieku i jego wpły­wie na czasy póź­niej­sze.

Degrella napa­wała entu­zja­zmem moż­li­wość swo­bod­nego gło­sze­nia poglą­dów i doce­niał szansę, jaką była per­spek­tywa wyra­że­nia swych myśli w języku angiel­skim, co pozwa­lało na dotar­cie do odbior­ców, któ­rzy z pew­no­ścią ni­gdy nie mieli spo­sob­no­ści, aby usły­szeć opi­nię "dru­giej strony", dodat­kowo wyra­żoną jesz­cze pły­ną­cym pro­sto z serca gło­sem czło­wieka, który "był i widział".

Gene­rał zano­to­wał w owym cza­sie cierpką uwagę: "Kie­dy­kol­wiek sły­szę aliancką wer­sję histo­rii, przy­po­mina mi się opo­wiastka o repor­te­rze, któ­rego wysłano do zre­la­cjo­no­wa­nia bójki. Skru­pu­lat­nie zapi­sał wszyst­kie ciosy wymie­rzone przez jedną ze stron, nie zauwa­ża­jąc żad­nego z dru­giej strony. Jego histo­ria sta­no­wiła praw­dziwe świa­dec­two agre­sji jed­nego uczest­nika bójki i mal­tre­to­wa­nia dru­giego. Ale nie­do­mó­wie­nie jest kłam­stwem. Nie zaprze­czam niczemu, co uczy­nił Hitler, ale wska­zuję także na to, co zro­bili komu­ni­ści i ich zachodni alianci, pozwa­la­jąc odbiorcy wydać osąd."

Gene­ra­łowi zagwa­ran­to­wano, iż otrzyma wszel­kie nie­zbędne fun­du­sze na sfi­nan­so­wa­nie pro­jektu i w nie­dłu­gim cza­sie Degrelle ukoń­czył pierw­szy tom -?oka­załą książkę, wydaną przez miesz­czący się w owym cza­sie w Tor­rance w Kali­for­nii, zało­żony w 1978 roku przez Wil­lisa Carto, Insti­tute for Histo­ri­cal Review (IHR), który stał się wio­dąca siłą w nur­cie okre­śla­nym jako rewi­zjo­nizm histo­ryczny.

Pierw­szy tom pracy Degrella -?nie­kwe­stio­no­wane arcy­dzieło -?nosił tytuł "Hitler -?Uro­dzony w Wer­salu". Oparty on jest na tezie, iż "bez układu wer­sal­skiego ni­gdy nie byłoby Hitlera" i że znana nam powszech­nie histo­ria Hitlera i Nie­miec może być zro­zu­miała wyłącz­nie w kon­tek­ście trak­tatu wer­sal­skiego i okrut­nego ujarz­mie­nia Nie­miec przez ich nie­prze­jed­na­nych wro­gów. Ta ponad pięć­set­stron­ni­cowa praca poru­sza kwe­stię fran­cu­sko-bry­tyj­skich intryg w Euro­pie Cen­tral­nej, pro­blem sys­te­ma­tycz­nego zdra­dza­nia pryn­cy­piów "czter­na­stu punk­tów" Wil­sona, zna­cze­nie taj­nych pak­tów od samego początku ska­zu­ją­cych misję Wil­sona na nie­po­wo­dze­nie, pro­ce­der cynicz­nego podziału ogrom­nych tery­to­riów doko­nany przez wiel­kie mocar­stwa bez oglą­da­nia się na wiele milio­nów ich nie­szczę­snych miesz­kań­ców -?w tym oka­le­cze­nie Nie­miec i Austro-Węgier, któ­rym wydarto miliony Niem­ców (i nie­miec­kich Austria­ków), Węgrów i innych naro­do­wo­ści, zapę­dzo­nych jak trzodę pod nie­przy­ja­zną wła­dzę sąsied­nich kra­jów.

Pierw­szy tom -?który spo­tkał się z sze­ro­kim uzna­niem i spra­wił, iż rze­sze czy­tel­ni­ków z całego świata zapra­gnęły poznać wię­cej prac pióra Degrella -?stał się fun­da­men­tem, na któ­rym bazo­wać miała przy­szła seria ksią­żek. Kolej­nymi pla­no­wa­nymi tomami były: "Hitler Demo­krata", "Hitler i Niemcy", "Hitler i Kościół", "Hitler i Stany Zjed­no­czone", "Hitler i Sta­lin", "Hitler i Anglia", "Hitler i Fran­cja", "Hitler i Banki", "Hitler i Komu­ni­ści", "Hitler i Żydzi", "Hitler Poli­tyk", "Hitler Stra­teg" oraz "Hitler i Trzeci Świat".

Pełen entu­zja­zmu wobec nowego pro­jektu, gene­rał bez reszty poświę­cił się pracy z god­nym podziwu zapa­łem. Mając 79 lat, Degrelle pod­jął się zada­nia, na które nie­wielu ludzi w jego wieku mogłoby się porwać choćby tylko w zamy­śle. Do 1993 roku Degrelle ukoń­czył sześć kolej­nych tomów, zaś IHR był w trak­cie tłu­ma­cze­nia i publi­ka­cji tomów numer 2 i 3. I wtedy wyda­rzyła się tra­ge­dia.

Insti­tute for Histo­ri­cal Review został prze­jęty od wewnątrz - dosłow­nie z lufą przy­tkniętą do skroni -?przez grupę kon­spi­ra­to­rów, któ­rych w owej zdra­dzie zaku­li­sowo wspie­rał zagad­kowy dzie­dzic nie­ru­cho­mo­ści z San Fran­ci­sco, który nie tylko pozo­sta­wał w bli­skich rodzin­nych sto­sun­kach z legen­darną i potężną rodziną Strau­sów ze słyn­nego nowo­jor­skiego kręgu żydow­skich elit, "Naszej Paczki", ale który był także zaan­ga­żo­wany w dzia­łal­ność (zarówno na Środ­ko­wym Wscho­dzie, jak i w Azji), którą można bez­po­śred­nio powią­zać z intry­gami izra­el­skiej agen­cji wywia­dow­czej, Mos­sadu, i współ­pra­cu­ją­cych z nią ele­men­tów wewnątrz ame­ry­kań­skiej CIA.

Tak więc siły sto­jące za znisz­cze­niem IHR były nie­wąt­pli­wie tymi samymi siłami, które tak długo spi­sko­wały prze­ciwko Degrel­lowi. Tym samym, nie jest żad­nym zasko­cze­niem, iż natych­miast po prze­ję­ciu udzia­łów, klika, która objęła kon­trolę nad IHR obrała za cel serię wydaw­ni­czą Degrella "Wiek Hitlera" i z powo­dze­niem dopro­wa­dziła do jej likwi­da­cji.

Zabójcy IHR wycho­dzili ze skóry w swych ata­kach na prace gene­rała. Jedno z ofi­cjal­nych oświad­czeń zło­żo­nych przez kon­spi­ra­to­rów okre­ślało prace Degrella jako "powo­du­jące zaże­no­wa­nie IHR ze względu na swą jawną pro­hi­tle­row­ska wymowę". Inna dekla­ra­cja nazy­wała monu­men­talne dzieło Degrella "bia­łym sło­niem z wyma­lo­waną z boku dużą swa­styką".

Kam­pa­nię prze­ciwko bel­gij­skiemu gene­ra­łowi można uznać za co naj­mniej dzi­waczną -?wystar­czy tylko pamię­tać o fak­cie, iż "Wiek Hitlera" był jed­nym z naj­wy­żej oce­nia­nych pro­jek­tów IHR.

Co wię­cej, sprze­daż pierw­szego tomu, "Uro­dzony w Wer­salu" było dla wydaw­nic­twa ogrom­nym finan­so­wym suk­ce­sem i ocze­ki­wano, że kolejne pla­no­wane tomy będą rów­nie popu­larne.

W każ­dym bądź razie stor­pe­do­wa­nie pracy Degrella dokład­nie obna­żyło agendę i motywy grupy kon­tro­lu­ją­cej obec­nie IHR: jej misją było znisz­cze­nie ruchu histo­rycz­nego rewi­zjo­ni­zmu u jego źró­deł, zaś dzie­dzic­two Degrella było pierw­szo­pla­no­wym celem.

Iro­nią pozo­staje fakt, że tysiące mil dalej, w Hisz­pa­nii, gene­rał Degrelle, nie wie­dząc o zdra­dzie IHR, kon­ty­nu­ował swą pracę, ufa­jąc, iż ukoń­czone manu­skrypty znaj­dują się w bez­piecz­nych rękach wydaw­nic­twa i są sys­te­ma­tycz­nie przy­go­to­wy­wane do publi­ka­cji. Jed­nakże to, co nastą­piło póź­niej, jest wyda­rze­niem, które jest trudne do poję­cia dla nor­mal­nego ludz­kiego umy­słu. 28 stycz­nia 1994 roku kon­spi­ra­to­rzy wysłali list do Degrella. Czy­tamy w nim:

"Drogi gene­rale Degrelle,

Naszym nie­ła­twym obo­wiąz­kiem jest poin­for­mo­wa­nie pana, iż kole­gium redak­cyjne na pod­sta­wie już dostar­czo­nych mate­ria­łów usta­liło, że przed­ło­żone przez pana kilka tomów bio­gra­fii Adolfa Hitlera nie nadaje się do publi­ka­cji. Pro­blemy, które można wymie­nić, obej­mują: cał­ko­wity brak histo­rycz­nego obiek­ty­wi­zmu; liczne błędy fak­to­gra­ficzne, nad­mierne pole­ga­nie na pew­nych tek­stach, czę­sto cyto­wa­nych, jak i pomi­nię­cie wielu innych źró­deł, oraz czę­ste powtó­rze­nia.

W chwili obec­nej, na mocy decy­zji zarządu oraz zgod­nie z opi­nią naszego praw­nika, jeste­śmy zmu­szeni do pro­sze­nia pana o zaprze­sta­nie pracy nad pro­jek­tem doty­czą­cym Hitlera."

List był pod­pi­sany: "z powa­ża­niem." W 1985 roku, autor obraź­li­wego listu, pisząc wstęp do "Kam­pa­nii w Rosji" Degrella, nazwał go "jedną z naj­więk­szych postaci tego i każ­dego innego wieku", i zade­kla­ro­wał, iż "Degrelle nie ucieka przed pisa­niem nie­wy­god­nej prawdy i wyda­wa­niem trud­nych osą­dów."

W rękach kon­spi­ra­to­rów z IHR znaj­do­wały się ręko­pisy prac już ukoń­czo­nych przez Degrella. Seria "Wiek Hitlera" została efek­tyw­nie zamor­do­wana. Kon­spi­ra­to­rzy odmó­wili wyda­nia cen­nych manu­skryp­tów i na dzień dzi­siej­szy, gdy pisane są te słowa (wiele lat póź­niej), ni­gdy ich nie opu­bli­ko­wali i praw­do­po­dobne jest, że mate­riały zostały znisz­czone.

Mimo, że Degrelle miał już 87 lat, wciąż cie­szył się god­nym podziwu zdro­wiem i zacho­wał pełną spraw­ność umy­słową. Jed­nak nadej­ście nik­czem­nego listu w powią­za­niu z wyda­rze­niami w wydaw­nic­twie, aku­rat w tak klu­czo­wym cza­sie, u schyłku dłu­giej kariery gene­rała spra­wiło, że bar­dzo mocno to prze­żył. Efek­tem była natych­mia­stowa cho­roba, a w dniu 1 kwiet­nia 1994 roku anioł śmierci osta­tecz­nie przy­szedł po czło­wieka, który w prze­szło­ści tyle razy go oszu­kał. Komu­ni­styczne kule, mio­ta­cze ognia, gra­naty, szrap­nele, czołgi, plu­tony egze­ku­cyjne, straż­nicy wię­zienni i oprawcy nie byli w sta­nie zabić Leona Degrella. Zro­biła to zdrada.

Wdowa po gene­rale, Pani Jeanne Degrelle, w liście z dnia 22 czerwca 1994 roku, opu­bli­ko­wa­nym w The Spo­tli­ght, sko­men­to­wała:

"Korzy­stam z tej oka­zji, by świad­czyć prze­ciwko kłam­stwom owych osób o wąt­pli­wej repu­ta­cji. Mój mąż był dro­bia­zgowy we wszyst­kich fak­tach histo­rycz­nych; był w posia­da­niu ogrom­nych zaso­bów refe­ren­cyj­nych, doku­men­tów histo­rycz­nych i mate­ria­łów każ­dego szcze­bla. Wszyst­kie jego prace, wydane i pla­no­wane, cha­rak­te­ry­zo­wał naj­wyż­szy poziom naukowy. Liczni histo­rycy z całego świata skła­dali mu hołd za jego ogromny wkład w histo­rię świata."

Tra­giczne oko­licz­no­ści towa­rzy­szące ostat­nim mie­sią­com życia gene­rała Degrella i utrata jego cen­nych ręko­pi­sów muszą sta­no­wić część swo­istego dowodu -?jak­kol­wiek nie­for­tunny nie byłyby kon­tekst -?gdyż ilu­strują, do jakich gra­nic gotowi są posu­nąć się jego wro­go­wie w swych pró­bach uci­sze­nia jego dono­śnego głosu w histo­rii.

Wszakże pomimo skan­da­licz­nego roz­woju sytu­acji, która dopro­wa­dziła do znisz­cze­nia IHR (i osta­tecz­nie samego Degrella), nie wszystko było stra­cone.

Za sprawą praw­dzi­wego aktu Bożej łaski, zarówno Wil­lis Carto, jak i żona gene­rała wciąż posia­dali wcze­śniej­sze szkice nie­któ­rych prac Degrella i dzięki nie­oce­nio­nemu wspar­ciu ze strony pani Degrelle oraz żmud­nemu pro­ce­sowi sta­ran­nej rekon­struk­cji -?wyma­ga­ją­cej setek godzin pracy i wysił­ków tłu­ma­czy i redak­to­rów -?zespół The Bar­nes Review (nowego maga­zynu zało­żo­nego w 1994 roku przez Wil­lisa Carto i lojal­nych rewi­zjo­ni­stów w następ­stwie znisz­cze­nia IHR) był w sta­nie dosłow­nie wskrze­sić utra­cone prace Degrella -?lub co naj­mniej ich znaczną część.

Oca­lony mate­riał -?publi­ko­wany na prze­strzeni lat w The Bar­nes Review -?koniec koń­ców uka­zuje się dzi­siaj w cało­ści jako "Hitler Demo­krata" po raz pierw­szy w okład­kach jed­nej książki.

Tak więc osta­tecz­nie, tom ten jest nie tylko monu­men­talną pracą histo­ryczną, praw­dzi­wie epicką, ale w pew­nym sen­sie hoł­dem dla czło­wieka, który go stwo­rzył: gene­rała Leona Degrella.

Jak więc można zakoń­czyć ten wstęp, będący jakże skąpą oceną tego wyjąt­ko­wego czło­wieka? Być może za naj­lep­sze pod­su­mo­wa­nie posłużą śmiałe słowa samego gene­rała Degrella, który pew­nego razu, zapy­tany przez dzien­ni­ka­rza, czy żałuje cze­goś z cza­sów II wojny świa­to­wej, odpo­wie­dział:

"Tylko tego, że prze­gra­li­śmy."

Rozdział 1. Enigma Hitlera

Roz­dział 1 Enigma Hitlera

"Hitler -?zna­łeś go -?jaki on był?" Od 1945 roku tysiąc razy zada­wano mi to pyta­nie, i jest ono tym, na które naj­trud­niej zna­leźć odpo­wiedź. O II woj­nie świa­to­wej, a w szcze­gól­no­ści o Hitle­rze, napi­sano z górą dwie­ście tysięcy ksią­żek. Ale czy któ­ra­kol­wiek z nich odkryła praw­dzi­wego Hitlera?

"Enigma Hitlera wykra­cza poza wszelką ludzką zdol­ność poj­mo­wa­nia" - napi­sał nie­miecki libe­ralny tygo­dnik Die Zeit.

Salva­dor Dali, jedyny w swoim rodzaju geniusz sztuki, pró­bo­wał ją zgłę­bić w jed­nym ze swych naj­bar­dziej dra­ma­tycz­nych obra­zów. Kra­jo­braz opa­da­ją­cych zbo­czy gór nie­malże wypeł­nia płótno, pozo­sta­wia­jąc tylko kilka jasnych metrów mor­skiego brzegu usia­nego deli­kat­nie minia­tu­ry­zo­wa­nymi ludz­kimi posta­ciami: ostat­nimi świad­kami umie­ra­ją­cego spo­koju. Wielka, pła­cząca krwa­wymi łzami słu­chawka tele­fo­niczna zwie­sza się z gałęzi mar­twego drzewa; tu i tam wiszą para­sole i nie­to­pe­rze, któ­rych prze­sła­nie jest wymow­nie iden­tyczne.

Jak mówi Dali, "Para­sol Cham­ber­la­ina poja­wił się na tym obra­zie w zło­wiesz­czym świe­tle, co pod­kre­śla swą obec­no­ścią nie­to­perz; poru­szyło mnie to, kiedy go malo­wa­łem jako sym­bol nie­wia­ry­god­nego bólu."

Następ­nie wyznał: "Czu­łem, że ten obraz okaże się głę­boko pro­ro­czy. Lecz muszę przy­znać, że ja też nie roz­gry­złem jesz­cze zagadki Hitlera. Pocią­gał mnie wyłącz­nie jako obiekt mojej sza­lo­nej wyobraźni, ponie­waż jawił mi się jako czło­wiek obda­rzony darem doko­na­nia nie­po­rów­ny­wal­nej z niczym zmiany." Cóż to za lek­cja pokory dla kry­ty­ków, któ­rzy od 1945 roku śpie­szyli wyda­wać tysiące swych "osta­tecz­nych" ksią­żek, więk­szość z nich pogar­dli­wych, na temat czło­wieka, który nie dawał spo­koju samo­kry­tycz­nemu arty­ście do tego stop­nia, że czter­dzie­ści lat póź­niej wciąż nie miał pew­no­ści, co do swo­jej wła­snej psy­cho­de­licz­nej wizji.

Poza Salva­do­rem Dali, któż jesz­cze kie­dy­kol­wiek pró­bo­wał zapre­zen­to­wać obiek­tywny por­tret tego wyjąt­ko­wego czło­wieka, któ­rego Dali okre­ślił mia­nem naj­bar­dziej wybu­cho­wej postaci w histo­rii ludz­ko­ści?

Góry ksią­żek na temat Hitlera, peł­nych śle­pej nie­na­wi­ści i igno­ran­cji nie wno­szą wiele do prób wytłu­ma­cze­nia lub przed­sta­wie­nia naj­po­tęż­niej­szego czło­wieka, jakiego widział świat. Zasta­na­wiam się, czy tysiące tak zasad­ni­czo odmien­nych por­tre­tów Hitlera w jakimś stop­niu przy­po­mi­nają czło­wieka, któ­rego zna­łem? Hitlera sie­dzą­cego obok mnie, sto­ją­cego, roz­ma­wia­ją­cego, słu­cha­ją­cego. Stało się nie­moż­li­wo­ścią, aby ludziom przez dekady kar­mio­nym fan­ta­stycz­nymi opo­wie­ściami wytłu­ma­czyć, że to, co czy­tali lub sły­szeli w tele­wi­zji, zwy­czaj­nie nijak ma się do prawdy.

Ludzie przy­zwy­cza­ili się do odbie­ra­nia fik­cji, powta­rza­nej w kółko tysiąc razy, jako prawdy. A prze­cież ni­gdy nie widzieli Hitlera, ni­gdy z nim nie roz­ma­wiali, ni­gdy nie sły­szeli jed­nego słowa z jego ust. Samo nazwi­sko Hitlera natych­miast wycza­ro­wuje wykrzy­wio­nego w gry­ma­sie dia­bła, uoso­bie­nie wszel­kich nega­tyw­nych uczuć. Niczym dzwo­nek Paw­łowa, sama wzmianka o Hitle­rze ma uczy­nić prawdę i istotę rze­czy zbęd­nymi. Z cza­sem jed­nak histo­ria zacznie doma­gać się cze­goś wię­cej, niż tylko tego typu uprosz­czo­nych osą­dów.

Hitler jest zawsze obecny w mojej pamięci: jako czło­wiek pokoju w 1936 roku, jako czło­wiek wojny w 1944. Jest nie­moż­li­wo­ścią, aby tak nie­po­spo­lity czło­wiek na zawsze nie nazna­czył tych, któ­rzy byli bez­po­śred­nimi świad­kami jego życia. Nie ma dnia, aby Hitler nie poja­wiał się znowu w mojej pamięci; nie jako czło­wiek, który od dawna nie żyje, ale jako realna istota, która prze­cha­dza się po swoim biu­rze, siada w fotelu, popra­wia pło­nące bre­wiona w swoim kominku.

Pierw­szą rze­czą, którą każdy zauwa­żał, gdy tylko Hitler się poja­wiał, był jego mały wąsik. Nie­zli­czoną ilość razy radzono mu, by go zgo­lił, ale zawsze odma­wiał: ludzie byli przy­zwy­cza­jeni do Hitlera takiego, jakim był. Nie był zbyt wysoki. Napo­leon czy Alek­san­der Wielki też nie byli. Miał wyra­zi­ście nie­bie­skie oczy, które wielu uwa­żało za urze­ka­jące, cho­ciaż ja tak nie sądzi­łem. Nie wyczu­wa­łem też prą­dów, które, jak mówiono, pły­nęły z jego rąk. Mia­łem oka­zję ści­skać jego dłoń ład­nych parę razy, ale jakoś ni­gdy nie tra­fił mnie pio­run.

Jego twarz wyra­żała uczu­cia lub obo­jęt­ność w zależ­no­ści od pasji lub apa­tii, która ogar­niała go w danej chwili. Cza­sami wyglą­dał jak spa­ra­li­żo­wany, nie mówił ani słowa i tylko jego szczęki poru­szały się, jakby mie­ląc na pył coś, co mu prze­szka­dzało. Potem nagle się oży­wiał i wybu­chał poto­kiem słów skie­ro­wa­nych wyłącz­nie do cie­bie, zupeł­nie jakby zwra­cał się do dwu­mi­lio­no­wego tłumu ludzi na lot­ni­sku Tem­pel­hof. I wtedy jakby prze­cho­dził meta­mor­fozę. Nawet jego cera, zwy­kle raczej szara, roz­ja­śniała się w miarę, jak mówił. I nie ulega wąt­pli­wo­ści, że w takich momen­tach Hitler był oso­bli­wie fascy­nu­jący, zupeł­nie jakby posia­dał magiczną moc.

Wszystko, co mogłoby w jego uwa­gach wydać się zbyt poważne, szybko łago­dził nutą humoru. Barwne opisy, cięte ripo­sty -?był w tym dobry. W mgnie­niu oka potra­fił nama­lo­wać sło­wem obraz wywo­łu­jący uśmiech lub w jed­nej chwili przy­wo­łać nie­ocze­ki­wane i roz­bra­ja­jące porów­na­nie. Potra­fił być szorstki i wręcz nie­ustę­pliwy w swych osą­dach a jed­no­cze­śnie zadzi­wia­jąco ugo­dowy, wraż­liwy i cie­pły.

Po 1945 roku Hitlera oskar­żono o każde moż­liwe okru­cień­stwo, lecz bycie okrut­nym nie leżało w jego natu­rze. Kochał dzieci. Zupeł­nie natu­ral­nym odru­chem było u niego zatrzy­ma­nie samo­chodu i dzie­le­nie się pro­wian­tem z mło­dymi rowe­rzy­stami, napo­tka­nymi po dro­dze. Któ­re­goś razu oddał swój płaszcz bez­dom­nemu, brną­cemu w desz­czu. Zwykł prze­ry­wać o pół­nocy pracę, by przy­go­to­wać jedze­nie dla swo­jego psa, Blondi. Jeśli nie lubił kotów, to tylko ze względu na fakt, iż polo­wały na ptaki.

Nie mógł się zmu­sić do jedze­nia mięsa, gdyż było to rów­no­znaczne ze śmier­cią żywej istoty. Nie zga­dzał się, by do przy­go­to­wa­nia jego posiłku poświę­cono bodaj kró­lika czy pstrąga. Na stole tole­ro­wał wyłącz­nie jajka, albo­wiem znie­sie­nie jaja ozna­czało, iż kurę raczej oszczę­dzono, a nie zabito.

Oby­czaje kuli­narne Hitlera sta­no­wiły wieczny powód mojego zdu­mie­nia. Jakim spo­so­bem ktoś potra­fił żyć na tak rygo­ry­stycz­nej die­cie, ktoś, kto uczest­ni­czył w tysią­cach wyczer­pu­ją­cych spo­tkań, z któ­rych wra­cał ocie­ka­jąc potem, czę­sto gubiąc przy tym kilo­gram lub dwa wagi? Ktoś, kto spał po trzy czy cztery godziny na dobę; i wresz­cie ktoś, kto od 1940 do 1945 roku dźwi­gał na swych bar­kach cię­żar całego świata rzą­dząc trzy­stoma osiem­dzie­się­cioma milio­nami Euro­pej­czy­ków? Jak -?pyta­łem sam sie­bie -?mógł fizycz­nie prze­trwać tylko na goto­wa­nym jajku, kilku pomi­do­rach, dwóch czy trzech nale­śni­kach i tale­rzu klu­sek? Ale jakoś to robił.

Pił wyłącz­nie wodę. Nie palił tyto­niu i nie tole­ro­wał w swoim oto­cze­niu osób palą­cych. O godzi­nie pierw­szej lub dru­giej nad ranem wciąż bez­tro­sko roz­ma­wiał przy kominku, mówiąc żywo i czę­sto zabaw­nie. Ni­gdy nie zdra­dzał naj­mniej­szych oznak zmę­cze­nia. Publika, ow­szem, mogła padać z nóg, ale nie Hitler.

Przed­sta­wiano go jako sta­rego i zmę­czo­nego czło­wieka. Nic nie jest bar­dziej dale­kie od prawdy. We wrze­śniu 1944 roku, kiedy to opo­wia­dano, iż jest już nie­źle trzę­są­cym się star­cem, spę­dzi­łem z nim tydzień. Jego stan fizyczny i psy­chiczny był wciąż wyjąt­kowy. Próba zama­chu na jego życie, pod­jęta 20 lipca, jeśli w ogóle na czymś zawa­żyła, to wręcz wlała w niego nowe siły. Popi­jał her­batę w swo­jej kwa­te­rze rów­nie spo­koj­nie, jak­by­śmy znaj­do­wali się w jego pry­wat­nym apar­ta­men­cie w Kan­ce­la­rii Rze­szy jesz­cze przed wojną lub podzi­wiali śnieg i błę­kitne niebo przez jego wiel­kie okno w Berch­tes­ga­den.

Fak­tem jest, że u schyłku życia zaczął się gar­bić, ale jego umysł był wciąż jasny jak bły­ska­wica. Testa­ment, który z wyjąt­ko­wym spo­ko­jem podyk­to­wał w przed­dzień swo­jej śmierci, o trze­ciej nad ranem 30 kwiet­nia 1945 roku, jest tego trwa­łym świa­dec­twem. Napo­leon w Fon­ta­ine­bleu nie był wolny od ata­ków paniki tuż przed swoją abdy­ka­cją. Cezar osłu­piał na widok swych zabój­ców i nakrył głowę togą na moment przed tym, gdy jego adop­to­wany syn wymie­rzył cios w jego pierś. Hitler, jak codzien­nie, po pro­stu zjadł śnia­da­nie, w ciszy uści­snął ręce swym współ­pra­cow­ni­kom i odszedł ku swej śmierci zupeł­nie jakby wybie­rał się na prze­chadzkę.

Kiedy to histo­ria była świad­kiem tak gigan­tycz­nej tra­ge­dii zakoń­czo­nej z tak żela­zną samo­kon­trolą?

Naj­bar­dziej godną uwagi cechą Hitlera była jego pro­stota. Jego umysł spro­wa­dzał naj­bar­dziej zło­żone pro­blemy do kilku nie­skom­pli­ko­wa­nych zasad. Jego dzia­ła­nia były ukie­run­ko­wane na pomy­sły i decy­zje, które mogły być zro­zu­miane przez wszyst­kich. Jego spo­sób myśle­nia był przej­rzy­sty dla robot­nika z Essen, drob­nego rol­nika, prze­my­słowca z Zagłę­bia Ruhry i pro­fe­sora uni­wer­sy­tetu. Sama kla­row­ność jego rozu­mo­wa­nia spra­wiała, iż wszystko sta­wało się oczy­wi­ste.

Jego zacho­wa­nie i spo­sób życia ni­gdy nie zmie­niły się o jotę, nawet, gdy stał się władcą Nie­miec. Żył i ubie­rał się oszczęd­nie. W począt­ko­wym okre­sie swo­jego pobytu w Mona­chium nie wyda­wał na jedze­nie wię­cej, niż jedną markę dzien­nie. Na żad­nym eta­pie swo­jego życia nie wydał ani gro­sza na sie­bie. Przez trzy­na­ście lat, które spę­dził w Kan­ce­la­rii Rze­szy, ni­gdy nie nosił przy sobie port­fela ani nawet nie miał wła­snych pie­nię­dzy.

Hitler bym samo­ukiem i nie pró­bo­wał tego faktu ukry­wać. Nie­kiedy iry­to­wała go zaro­zu­mia­łość zado­wo­lo­nych z sie­bie inte­lek­tu­ali­stów i ich błysz­czące pomy­sły w krzy­kli­wych opa­ko­wa­niach. Swą wła­sną wie­dzę zdo­był poprzez bez­u­stanną i selek­tywną naukę i wie­dział znacz­nie wię­cej, niż tysiące obwie­szo­nych dyplo­mami eru­dy­tów.

Nie sądzę, by kto­kol­wiek czy­tał wię­cej niż on. Zwykł czy­tać każ­dego dnia przy­naj­mniej jedną książkę, zawsze zaczy­na­jąc od wstępu i indeksu, aby oce­nić, czy książka wzbu­dzi jego zain­te­re­so­wa­nie. Posia­dał zdol­ność do wydo­by­cia istoty zagad­nie­nia i zacho­wa­nia jej w swym przy­po­mi­na­ją­cym kom­pu­ter umy­śle. Sły­sza­łem, jak mówił o trud­nych nauko­wych pra­cach z bez­błędną dokład­no­ścią, nawet w cza­sie, gdy wojna sza­lała w naj­lep­sze.

Jego inte­lek­tu­alna cie­ka­wość nie znała gra­nic. Dosko­nale znał dzieła naj­bar­dziej róż­no­rod­nych auto­rów i nic nie było zbyt skom­pli­ko­wane dla jego zdol­no­ści poj­mo­wa­nia rze­czy. Posia­dał głę­boką wie­dzę i zro­zu­mie­nie nauk Buddy, Kon­fu­cju­sza i Jezusa Chry­stusa, jak rów­nież Lutra, Kal­wina czy Savo­na­roli; dzieł gigan­tów lite­ra­tury takich jak Dante, Schil­ler, Szek­spir, Goethe i pisa­rzy-ana­li­ty­ków w rodzaju Renana czy Gobi­neau, Cham­ber­la­ina i Sorela.

Dosko­na­lił swą wie­dzę z zakresu filo­zo­fii, stu­diu­jąc Ary­sto­te­lesa i Pla­tona. Mimo, iż ten ostatni nie­spe­cjal­nie paso­wał do jego sys­temu war­to­ści, Hitler mimo wszystko potra­fił wydo­być z niego to, co uwa­żał za war­to­ściowe. Umiał cyto­wać z pamięci całe ustępy z Scho­pen­hau­era i przez długi czas nosił ze sobą kie­szon­kowe wyda­nie jego dzieł. Od Nie­tschego nauczył się wiele o sile woli.

Jego głód wie­dzy był nie­za­spo­ko­jony. Spę­dził setki godzin zagłę­bia­jąc się w prace Tacyta i Mom­m­sena, stu­dio­wał stra­te­gów woj­sko­wych, takich jak Clau­se­witz czy budow­ni­czych impe­riów jak Bismarck. Nic mu nie umy­kało: histo­ria świata czy histo­ria cywi­li­za­cji, stu­dia nad Biblią lub Tal­mu­dem, filo­zo­fia tomi­styczna i wszyst­kie arcy­dzieła Homera, Sofo­klesa, Hora­cego, Owi­diu­sza, Tytusa Liwiu­sza i Cyce­rona. Postać Juliana Apo­staty znał tak dobrze, jakby żył w jego cza­sach.

Jego wie­dza roz­cią­gała się rów­nież na mecha­nikę. Wie­dział jak dzia­łają sil­niki, rozu­miał bali­stykę róż­nych rodza­jów broni i zadzi­wiał naj­tęż­sze umy­sły medyczne swoją wie­dzą na temat medy­cyny i bio­lo­gii. Uni­wer­sal­ność wie­dzy Hitlera może zaska­ki­wać lub draż­nić tych, któ­rzy nie byli jej świa­domi, nie­mniej jed­nak pozo­staje ona histo­rycz­nym fak­tem: Hitler był jed­nym z naj­bar­dziej świa­tłych umy­słów XX wieku. Pod tym wzglę­dem po tysiąc­kroć prze­wyż­szał Chur­chilla, inte­lek­tu­al­nego mier­notę, czy też Lavala, z jego led­wie pobieżną zna­jo­mo­ścią histo­rii, lub Roose­velta, albo Eisen­ho­wera, który ni­gdy nie wzbił się ponad powie­ści detek­ty­wi­styczne.

Od naj­młod­szych lat Hitler był inny, niż pozo­stałe dzieci. Zawsze posia­dał swo­istą wewnętrzna moc i kie­ro­wał się swym duchem i instynk­tem.

Potra­fił zręcz­nie ryso­wać gdy miał tylko 11 lat. Jego szkice wyko­nane w tym wieku cechuje siła i wyra­zi­stość, co szcze­gól­nie widać w jego por­tre­cie Wal­len­ste­ina.

Jego pierw­sze obrazy i akwa­rele, stwo­rzone w wieku 15 lat, są pełne poezji i wraż­li­wo­ści. Jedna z jego naj­waż­niej­szych prac, "Zamek Uto­pia", dowo­dzi, iż jako arty­sta cecho­wał się nie­zwy­kłą wyobraź­nią.

Jego orien­ta­cja arty­styczna przy­bie­rała różne formy. Pisy­wał poezje od cza­sów chło­pię­cych. Swo­jej sio­strze Pauli poda­ro­wał kom­pletną sztukę teatralną i zadzi­wił ją swym dzie­łem. W wieku 16 lat, w Wied­niu, roz­po­czął pracę nad operą. Zapro­jek­to­wał nawet deko­ra­cje, jak rów­nież i kostiumy. Oczy­wi­ście, posta­ciami byli wagne­row­scy boha­te­ro­wie. W stop­niu więk­szym niż arty­stą, Hitler był przede wszyst­kim archi­tek­tem. Setki jego prac są godne uwagi nie tylko ze względu na same obrazy, ale i na archi­tek­turę. Potra­fił odtwo­rzyć z pamięci naj­drob­niej­sze szcze­góły kopuły kościoła czy misterne kształty kutego żelaza. W rze­czy­wi­sto­ści to wła­śnie pra­gnie­nie zosta­nia archi­tek­tem spro­wa­dziło Hitlera na początku wieku do Wied­nia.

Kiedy ogląda się setki jego obra­zów, szki­ców i rysun­ków z tam­tego okresu, dowo­dzą­cych kunsztu w kre­śle­niu trój­wy­mia­ro­wych form, zadzi­wia­ją­cym jest, iż jego egza­mi­na­to­rzy z Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych dwu­krot­nie oblali go na kolej­nych egza­mi­nach. Nie­miecki histo­ryk Wer­ner Maser, nie­za­li­cza­jący się do przy­ja­ciół Hitlera, pod­dał owych egza­mi­na­to­rów suro­wej kry­tyce: "Wszyst­kie jego prace są świa­dec­twem nad­zwy­czaj­nej wie­dzy i talentu archi­tek­to­nicz­nego. Twórca Trze­ciej Rze­szy daje powody do wstydu daw­nej wie­deń­skiej Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych."

Ocza­ro­wany pięk­nem kościoła w opac­twie bene­dyk­ty­nów, w któ­rym w chło­pię­cych latach nale­żał do chóru i słu­żył jako mini­strant, Hitler marzył prze­lot­nie o zosta­niu bene­dyk­tyń­skim mni­chem. Cie­ka­wostką pozo­staje fakt, iż to wła­śnie w tych wła­śnie cza­sach, za każ­dym razem, kiedy uczest­ni­czył we mszy, prze­cho­dził pod pierw­szą swa­styką, jaką dane mu było ujrzeć: wyryta w kamie­niu, wid­niała na tar­czy her­bo­wej nad głów­nym por­ta­lem kościoła.

Ojciec Hitlera, który był cel­ni­kiem, miał nadzieję, iż syn pój­dzie w ślady ojca i zosta­nie urzęd­ni­kiem pań­stwo­wym. Jego nauczy­ciel zachę­cał go, by został mni­chem. Zamiast tego, młody Hitler wyje­chał, czy też raczej uciekł, do Wied­nia. I tam wła­śnie, będąc zmu­szo­nym przez biu­ro­kra­tyczne aka­de­mic­kie mier­noty do rezy­gna­cji ze swych ambi­cji, stał się samot­ni­kiem odda­ją­cym się prze­my­śle­niom. Zagu­biony w sto­licy Austro-Węgier, szu­kał swego prze­zna­cze­nia.

Przez pierw­sze trzy­dzie­ści lat życia Hitlera, data 20 kwiet­nia 1889 roku nikomu nic nie mówiła. To wła­śnie tego dnia Hitler przy­szedł na świat w Brau­nau, małym mia­steczku w doli­nie rzeki Inn. Pod­czas swego wie­deń­skiego wygna­nia czę­sto wra­cał myślami do skrom­nego domu, a w szcze­gól­no­ści do swo­jej matki. Gdy zacho­ro­wała, wró­cił, aby się nią zająć. Całymi tygo­dniami opie­ko­wał się nią, wyko­ny­wał wszel­kie obo­wiązki domowe i wspie­rał ją jak naj­bar­dziej kocha­jący syn. Gdy osta­tecz­nie zmarła, w Wigi­lię Bożego Naro­dze­nia, jego ból nie znał gra­nic. Pogrą­żony w roz­pa­czy, pocho­wał matkę na małym wiej­skim cmen­ta­rzu.

"Ni­gdy nie widzia­łem syna, który tak roz­pa­cza", powie­dział lekarz jego matki, który zbie­giem oko­licz­no­ści był Żydem. W swoim pokoju Hitler zawsze trzy­mał starą foto­gra­fię swo­jej matki. Pamięć o matce, którą tak bar­dzo kochał, pozo­stała z nim do dnia jego śmierci. Zanim odszedł z tego świata, 30 kwiet­nia 1945 roku, poło­żył przed sobą jej zdję­cie. Miała nie­bie­skie oczy, jak on, i podobną twarz. Jej mat­czyna intu­icja pod­po­wia­dała jej, że syn jest inny, niż pozo­stałe dzieci. Zacho­wy­wała się tak, jakby czuła, co będzie prze­zna­cze­niem jej dziecka. Kiedy umie­rała, zadrę­czała się aurą tajem­ni­czo­ści ota­cza­jącą jej syna.

Pomi­ja­jąc kon­takty z matką, lata mło­do­ści Hitlera to życie w odosob­nie­niu. Jego naj­więk­szym marze­niem była ucieczka od całego świata. Będąc w głębi ducha samot­ni­kiem, Hitler wałę­sał się po mie­ście, jadał skromne posiłki, lecz za to pochło­nął zbiory trzech biblio­tek publicz­nych. Uni­kał roz­mów i miał nie­wielu przy­ja­ciół.

Wydaje się nie­mal nie­moż­li­wo­ścią, by wyobra­zić sobie prze­zna­cze­nie, kiedy to czło­wiek zaczyna mając tak nie­wiele i osiąga takie szczyty. Alek­san­der Wielki był synem króla. Napo­leon był gene­ra­łem w wieku 24 lat i pocho­dził z dobrze sytu­owa­nej rodziny. Pięt­na­ście lat po przy­go­dzie z Wied­niem, Hitler wciąż będzie nie­zna­nym kapra­lem. Tysiące innych ludzi miało po tysiąc­kroć więk­sze moż­li­wo­ści, by odci­snąć swe piętno na losach świata.

W owym cza­sie Hitler nie kon­cen­tro­wał się jesz­cze na poli­tyce, ale, mimo, że jesz­cze nie zda­wał sobie z tego sprawy, to wła­śnie była droga, do któ­rej był naj­bar­dziej pre­dys­po­no­wany. Osta­tecz­nie poli­tyka będzie har­mo­ni­zo­wać z jego zami­ło­wa­niem do sztuki. Ludzie, masy, staną się gliną, któ­rej rzeź­biarz nada nie­śmier­telne kształty. Owa ludzka glina sta­nie się dla niego dzie­łem sztuki niczym mar­mu­rowe rzeźby Myrona, obrazy Hansa Makarta czy "Pier­ścień Nibe­lunga" Wagnera.

Jego umi­ło­wa­nie muzyki, sztuki i archi­tek­tury tak naprawdę nie ode­rwały go od poli­tycz­nego i towa­rzy­skiego Wied­nia. Aby prze­trwać, pra­co­wał jako zwy­kły pra­cow­nik najemny ramię w ramię z innymi robot­ni­kami. Był mil­czą­cym obser­wa­to­rem, ale nic nie umy­kało jego uwa­dze: ani próż­ność i ego­izm bur­żu­azji, ani moralne i mate­rialne ubó­stwo ludu, ani też setki tysięcy robot­ni­ków, któ­rzy falą prze­le­wali się sze­ro­kimi ale­jami Wied­nia, nio­sąc w ser­cach gniew.

Był zasko­czony rosnącą obec­no­ścią w Wied­niu bro­da­tych Żydów, noszą­cych kaftany -?widok zupeł­nie w Linzu nie­znany.

"Jak też oni mogą być Niem­cami?" zada­wał sobie pyta­nie.

Czy­tał sta­ty­styki: w 1860 roku w Wied­niu było sześć­dzie­siąt dzie­więć rodzin żydow­skich; czter­dzie­ści lat póź­niej liczba Żydów wyno­siła dwie­ście tysięcy. Byli wszę­dzie. Widział, jak zrzu­cają ze swych bal­ko­nów dra­binki sznu­rowe, aby pomóc innym Żydom we wspię­ciu się na górę. Widział, jak zale­wają uni­wer­sy­tety, obsa­dzają sta­no­wi­ska praw­ni­cze i lekar­skie, przej­mują gazety.

Obec­ność w śro­do­wi­sku robot­ni­czym uświa­do­miła Hitle­rowi następ­stwa tego napływu, jed­nak robot­nicy nie byli jedy­nymi, któ­rzy na tę sytu­ację reago­wali.

Wiele pro­mi­nent­nych oso­bi­sto­ści zarówno w Austrii jak i na Węgrzech nie ukry­wało swo­jej nie­chęci na widok cze­goś, co w ich mnie­ma­niu było obcą inwa­zją ich kraju. Bur­mistrz Wied­nia, chrze­ści­jań­ski demo­krata i zna­ko­mity mówca, był jed­nym z tych, któ­rych Hitler chęt­nie słu­chał.

Hitler był rów­nież zanie­po­ko­jony losem ośmiu milio­nów austriac­kich Niem­ców, któ­rych utrzy­mano poza gra­ni­cami Nie­miec i tym samym pozba­wiono należ­nego im oby­wa­tel­stwa wła­snego kraju. Cesa­rza Fran­ciszka Józefa odbie­rał jako zgorzk­nia­łego i małost­ko­wego starca nie­zdol­nego do radze­nia sobie z bie­żą­cymi pro­ble­mami i nie­po­tra­fią­cego spro­stać temu, co przy­nie­sie przy­szłość.

Hitler wciąż zacho­wy­wał spo­kój, jed­nak stop­niowo pod­su­mo­wy­wał pewne kwe­stie w swym umy­śle. Po pierw­sze, Austriacy byli czę­ścią Nie­miec, wspól­nej ojczy­zny. Po dru­gie, Żydzi byli obcym ele­men­tem wewnątrz­nie­miec­kiej spo­łecz­no­ści. Po trze­cie, patrio­tyzm miał sens tylko wtedy, gdy był wspólny dla wszyst­kich klas spo­łecz­nych. Zwy­kli ludzie, z któ­rymi Hitler dzie­lił smutki i poni­że­nie byli tak samo czę­ścią ojczy­zny jak milio­ne­rzy z wyż­szych sfer. Po czwarte, w każ­dym kraju walka klas nie­uchron­nie skaże na ruinę zarówno robot­ni­ków, jak ich sze­fów. Żadne pań­stwo nie jest w sta­nie prze­trwać wojny klas; korzy­ści dla kraju może przy­nieść wyłącz­nie współ­praca pomię­dzy robot­ni­kami i ich prze­ło­żo­nymi. Robot­nicy muszą być sza­no­wani i mieć moż­li­wość życia w spo­sób godny i przy­zwo­ity. Kre­atyw­ność ni­gdy nie powinna być tłu­miona.

Gdy póź­niej Hitler twier­dził, iż swą spo­łeczną i poli­tyczną dok­trynę ukształ­to­wał w Wied­niu, mówił prawdę. Spo­strze­że­nia, które poczy­nił w sto­licy Austrii, dzie­sięć lat póź­niej sta­nęły na porządku dzien­nym.

W ten spo­sób Hitler przez kilka lat żył w prze­lud­nio­nym Wied­niu niczym fak­tyczny wyrzu­tek, jed­nak spo­koj­nie obser­wu­jąc przy tym wszystko wokół sie­bie. Jego siła pły­nęła z wewnątrz. Nie pozwa­lał, aby inni myśleli za niego. Wyjąt­kowe jed­nostki zawsze czują się samot­nie w wiel­kim ludz­kim sta­dzie. Hitler odbie­rał swoją samot­ność jako wyjąt­kową oka­zję do roz­my­ślań i nie pozwo­lił zalać się bez­myśl­nej fali.

Aby nie zagu­bić się na wiel­kich prze­strze­niach wyja­ło­wio­nej pustyni, silny duch musi szu­kać przy­stani wewnątrz samego sie­bie. Hitler był takim duchem.

Źró­dłem ognia -?praw­dziwą bły­ska­wicą -?w życiu Hitlera było słowo. Cały swój arty­styczny talent ukie­run­ko­wał na osią­gnię­cie mistrzo­stwa w komu­ni­ka­cji i elo­kwen­cji. Hitler potra­fił ocza­ro­wy­wać sło­wami i to słowa spra­wiały, że sam był jak zacza­ro­wany. Znaj­do­wał abso­lutne speł­nie­nie, gdy magia jego słów inspi­ro­wała serca i umy­sły tłu­mów, do któ­rych prze­ma­wiał. Gdy z mistycz­nym pięk­nem prze­ka­zy­wał nagro­ma­dzoną przez lata życia wie­dzę, za każ­dym razem czuł się odro­dzony. Jego magiczna elo­kwen­cja przez długi czas pozo­sta­nie roz­le­głym polem badań dla psy­cho­ana­li­ty­ków. Klu­czem do wszyst­kiego jest tutaj potęga słów Hitlera.

Bez nich ni­gdy nie byłoby ery Hitlera.

Czy Hitler wie­rzył w Boga?

Tak, głę­boko wie­rzył w Boga. Nazy­wał go Wszech­mo­gą­cym, panem wszyst­kiego, co znane i nie­znane.

Pro­pa­gan­dy­ści przed­sta­wiali go jako ate­istę. Nie był nim. Gar­dził peł­nymi hipo­kry­zji mate­ria­li­stami w sutan­nach, ale nie był w tym osa­mot­niony. Wie­rzył w koniecz­ność ist­nie­nia stan­dar­dów i teo­lo­gicz­nych dogma­tów, bez któ­rych, co nie­zmien­nie powta­rzał, wielka insty­tu­cja chrze­ści­jań­skiego kościoła zawa­li­łaby się. Te dogmaty gry­zły się z jego inte­li­gen­cją, lecz dostrze­gał jed­no­cze­śnie fakt, iż dla umy­słu ludz­kiego nie jest rze­czą łatwą poję­cie pro­ble­mów stwo­rze­nia, jego bez­gra­nicz­nego zasięgu i zapie­ra­ją­cego dech w pier­siach piękna. Akcep­to­wał fakt, iż każda istota ludzka ma potrzeby duchowe.

Śpiew sło­wika, wzory i kolory kwia­tów spra­wiały, iż bez­u­stan­nie wra­cał do wiel­kich pro­ble­mów stwo­rze­nia. Nikt na tym świe­cie nie roz­ma­wiał ze mną w tak elo­kwentny spo­sób na temat ist­nie­nia Boga. Nie dla­tego, że był wycho­wany w duchu chrze­ści­jań­skim (chrze­ści­jań­stwo począt­kowo raczej go szo­ko­wało), ale dla­tego, iż jego ana­li­tyczny umysł powią­zał go z kon­cep­cją Boga. Wiara Hitlera wykra­czała poza sche­maty i przy­pad­ko­wość. Bóg był dla niego pod­stawą wszyst­kiego, tym, który decy­duje o losie wszyst­kich rze­czy i okre­śla prze­zna­cze­nie jego i każ­dego innego czło­wieka.

Hitler nie przy­wią­zy­wał wiel­kiej wagi do swo­jego pry­wat­nego życia. W Wied­niu pomiesz­ki­wał w obskur­nych, peł­nych robac­twa kwa­te­rach. Ale nie omiesz­kał wypo­ży­czyć for­te­pianu, który zajął połowę jego pokoju, i skon­cen­tro­wał się na kom­po­no­wa­niu swo­jej opery.

Żył chle­bem, mle­kiem i zupą jarzy­nową. Jego ubó­stwo nie było uda­wane. Nie posia­dał nawet płasz­cza. Zimą pra­co­wał przy odśnie­ża­niu ulic. Nosił bagaże podróż­nych na dworcu kole­jo­wym. Spę­dził wiele tygo­dni w przy­tuł­kach dla bez­dom­nych. Ale ni­gdy nie prze­stał malo­wać czy czy­tać.

Mimo skraj­nego nie­do­statku, Hitler jakimś spo­so­bem zdo­łał zacho­wać schludny wygląd. Wła­ści­ciele i wła­ści­cielki miesz­kań w Wied­niu i w Mona­chium zapa­mię­tali go jako czło­wieka uprzej­mego i o miłym uspo­so­bie­niu. Jego pokój był zawsze ide­al­nie wysprzą­tany, jego skromny doby­tek był zawsze dro­bia­zgowo pose­gre­go­wany, a ubra­nia sta­ran­nie roz­wie­szone lub zło­żone. Sam prał i pra­so­wał swoje ubra­nia, czego w owych cza­sach nie robiło zbyt wielu męż­czyzn. Do prze­trwa­nia nie potrze­bo­wał pra­wie niczego. Sprze­daż kilku obra­zów była wszyst­kim, co było potrzebne do sfi­nan­so­wa­nia jego potrzeb.

Punk­tem zwrot­nym w jego życiu stała się I wojna świa­towa. Postrze­gał ją jako rękę prze­zna­cze­nia.

Rozdział 2. Nieznany żołnierz

Roz­dział 2 Nie­znany żoł­nierz

W SIERP­NIU 1914 roku nie­znany arty­sta zosta­nie nie­znanym żoł­nie­rzem. Nawet jego nazwi­sko pisano błęd­nie: w ofi­cjal­nych doku­men­tach wid­nieje jako "Hie­tler". Nikt nie wie­dział o jego zdol­no­ściach malar­skich czy miło­ści do muzyki. Jeśli cho­dzi o dar ora­tor­stwa, sam led­wie miał o nim jakie­kol­wiek wyobra­że­nie. Będzie musiał dożyć trzy­dziestki, aby nagle zdać sobie z niego sprawę.

Poza tym, nikt w Niem­czech nie miał poję­cia o marze­niu, moty­wu­ją­cym tego nie­zna­nego austriac­kiego żoł­nie­rza do prze­pro­wadzki z Wied­nia do Mona­chium, o namięt­nym śnie o zjed­no­czo­nych, wiel­kich Niem­cach. Jed­nak w Mona­chium, kra­wiec nazwi­skiem Popp, który wyna­jął Hitle­rowi nie­wielki pokój, wspo­mi­nał o kar­teczce przy­cze­pio­nej do wez­gło­wia łóżka jego loka­tora:

Swo­bod­nie, z otwar­tym ser­cem cze­kamy na cie­bie.

Pełni wiary i gotowi do dzia­ła­nia,

Cze­kamy na cie­bie z rado­ścią.

Wielka nie­miecka ojczy­zno, pozdra­wiamy cię.

W Mona­chium Hitler miesz­kał przy Schle­is­she­imer­strasse, nie­da­leko od numeru 106, gdzie w ano­ni­mo­wo­ści rezy­do­wał inny zapa­lony miło­śnik ksią­żek nazwi­skiem Mayer. Jego praw­dziwe nazwi­sko brzmiało Wła­di­mir Iljicz Ulja­now, póź­niej zmie­nione na Lenin.

Iro­nia nad iro­niami: Hitler i Lenin spa­ce­ro­wali tymi samymi wąskimi ulicz­kami nie zna­jąc się nawza­jem i nawet nie śniąc, iż ich dok­tryny któ­re­goś dnia zde­rzą się w naj­więk­szej z wojen w histo­rii.

Pod nume­rem 34 Hitler spę­dził setki godzin malu­jąc i czy­ta­jąc, ni­gdy nie przyj­mu­jąc przy tym żad­nych gości. Podob­nie jak w Wied­niu, żył niczym pustel­nik, roz­my­śla­jąc o oca­le­niu zachod­niej cywi­li­za­cji. W tym samym cza­sie Lenin snuł plany jej znisz­cze­nia.

1 sierp­nia 1914 roku, życie Hitlera wypeł­nione książ­kami, sztuką i samot­no­ścią, nagle roz­sy­pało się na kawałki. Bez naj­mniej­szego waha­nia porzu­cił sztukę i naukę i, niczym czło­wiek dotknięty para­li­żem, który, cudow­nie ule­czony odrzuca kule, cisnął precz wszystko, co wią­zało się z jego ówcze­snym cywil­nym życiem.

"Móc wresz­cie dowieść przed obli­czem Boga szcze­ro­ści mych prze­ko­nań było praw­dzi­wym bło­go­sła­wień­stwem. Byłem pewien, że kiedy nadej­dzie wła­ściwy moment, wewnętrzny głos wskaże mi drogę."

W opi­nii Hitlera, wojna miała wszystko poukła­dać. W walce będzie się liczył wyłącz­nie cha­rak­ter. "Kiedy obaj idą do woj­ska, pre­zes zarządu jest na rów­nej sto­pie z psim fry­zje­rem." Chciwy i małost­kowy świat bur­żu­azji, któ­rym tak bar­dzo gar­dził, zosta­nie zmie­ciony. "Dla mnie było to wyba­wie­niem. Nie wsty­dzę się dziś powie­dzieć: padłem na kolana i dzię­ko­wa­łem Bogu."

Miliony Euro­pej­czy­ków w całej Euro­pie czuło się dokład­nie tak samo. "Na Ber­lin!", krzy­czeli Fran­cuzi. "Na Paryż!", skan­do­wali Niemcy. W owych dniach pod­sy­ca­nego patrio­ty­zmu pod­nie­ce­nie się­gnęło zenitu zarówno wśród robot­ni­ków, jak i chło­pów. Ale w przy­padku Hitlera było to coś wię­cej niż zwy­kły zalew emo­cji; był to praw­dziwy wybuch prze­ko­na­nia, iż naród nie­miecki, sztucz­nie podzie­lony na Niem­ców i Austria­ków, zosta­nie zjed­no­czony przy­naj­mniej przez wojnę.

W nor­mal­nych warun­kach Hitler ni­gdy nie powi­nien zostać żoł­nie­rzem. Przez wiele lat cier­piał na gruź­licę, a jesz­cze kilka mie­sięcy przed wybu­chem wojny, 5 lutego 1914 roku, gdy zgło­sił się do służby woj­sko­wej, ode­słano go z kwit­kiem: "Nie nadaje się do służby woj­sko­wej lub pomoc­ni­czej. Zbyt słaby. Odmowa."

Robił wszystko, co w jego mocy, by zmie­niono tę decy­zję. 3 sierp­nia 1914 roku wysłał list do króla Bawa­rii, bła­ga­jąc, aby pozwo­lono mu zacią­gnąć się na ochot­nika. Jego modli­twy zostały wysłu­chane i armia go przy­jęła. Dołą­czył do 6 bata­lionu w 2 Bawar­skim Pułku Pie­choty. 3 Jego towa­rzysz broni Hans Mend wspo­mi­nał póź­niej, że gdy wydano Hitle­rowi jego kara­bin, "wpa­try­wał się w niego z taką samą przy­jem­no­ścią, jaką czer­pie kobieta, która podzi­wia swoje dia­menty." Na kilka godzin przed odjaz­dem na front, Hitler wykrzyk­nął: "Jestem bar­dzo szczę­śliwy!"

Kiedy w paź­dzier­niku 1914 roku ich esze­lon mijał wielki posąg Ger­ma­nii w doli­nie Renu, Hitler i jego kole­dzy zain­to­no­wali starą patrio­tyczną pieśń "Straż na Renie". W liście, napi­sa­nym tego samego dnia do wła­ści­cielki miesz­ka­nia wynaj­mo­wa­nego w Mona­chium, pani Popp, Hitler zwie­rzył się: "Z tru­dem mogę poha­mo­wać swój entu­zjazm. Ileż to razy marzy­łem, by spraw­dzić swą siłę i dowieść mojej naro­do­wej wiary!"

Pra­gnie­nie miało się teraz speł­nić.

Jed­nak Hitler był tylko jesz­cze jed­nym żoł­nie­rzem pie­choty wśród tysiąca innych w pociągu, zdą­ża­ją­cych ku polom bitew­nym Flan­drii. W tam­tym cza­sie nikt na świe­cie nie mógł przy­pusz­czać, że ten ochot­nik, który nawet nie był Niem­cem ani Bawar­czy­kiem, będzie wła­dać Europą od Narwiku do Maj­kopu. Hitler, jed­nakże, ni­gdy nie miał cie­nia wąt­pli­wo­ści, że wojna przy­pie­czę­tuje jego spo­tka­nie z prze­zna­cze­niem.

Hitler wal­czył we wszyst­kich naj­cięż­szych bitwach: Yser, Ypres, Flan­dria, Neuve Cha­pelle, La Bas­see, Arras, Artois, Somma, Fro­mel­les, Alza­cja-Lota­ryn­gia, Ailette, Mont­di­dier, Sois­sons, Reims, Oise, Marna, Szam­pa­nia, Vosle, Mon­chy, Bapaume. Wszystko w ciągu czte­rech lat. 5 paź­dzier­nika 1916 roku został ranny i tra­fił na dwa mie­siące do szpi­tala. Następ­nie powró­cił na front, gdzie był do 15 paź­dzier­nika 1918 roku, kiedy to został ponow­nie hospi­ta­li­zo­wany, tym razem z powodu zatru­cia gazem bojo­wym.

Przez całą wojnę wymie­niano jego nazwi­sko w roz­ka­zach w uzna­niu odwagi i wyjąt­ko­wych zasług na polu walki. Odzna­czono go Krzy­żem Żela­znym II klasy, Bawar­skim Krzy­żem Zasługi Woj­sko­wej III klasy z mie­czami i Krzy­żem Żela­znym I klasy. Zarówno ofi­ce­ro­wie jak i odzna­czeni żoł­nie­rze byli zawsze darzeni sza­cun­kiem za swą odwagę i ide­owość, Hitler jed­nak zawsze sądził, że mógł zro­bić jesz­cze wię­cej.

U schyłku 1918 roku I wojna świa­towa zbli­żała się do końca. Nie­miecka armia przy współ­udziale Lenina i Troc­kiego znisz­czyła Rosję. W maju, czerwcu i lipcu 1918 roku, gene­rał Erich Luden­dorff, mili­tarny geniusz, potra­fił prze­miesz­czać swoje siły ze wschodu na zachód i zada­wać cios za cio­sem woj­skom bry­tyj­skim i fran­cu­skim. Fran­cu­ski histo­ryk Rey­mont Car­tier tak oce­niał sytu­ację:

"Front rosyj­ski nie ist­nieje. Naj­lep­sze nie­miec­kie dywi­zje, cała ciężka arty­le­ria, wszy­scy ludzie poni­żej trzy­dzie­stego pią­tego roku życia, wez­braną falą runęli z powro­tem w kie­runku zachod­nim. Po raz pierw­szy od momentu roz­po­czę­cia dzia­łań wojen­nych, Niemcy mogły cie­szyć się prze­wagą ilo­ściową: 192 dywi­zje prze­ciwko 174 dywi­zjom frontu fran­cu­sko-bry­tyj­skiego. Kie­ro­wana przez Bry­tyj­czy­ków Ententa była o krok od klę­ski."

Stary pułk Hitlera, "Regi­ment List"4, brał udział w tej ostat­niej ofen­sy­wie od początku do końca. Hitler i jego towa­rzy­sze broni zwy­cię­sko szli do przodu, for­su­jąc rzekę Ailette pod Anizy, rzekę Aisne pod Pont Fon­te­noy i osta­tecz­nie docho­dząc do bramy do Paryża, rzeki Marny, którą prze­kro­czyli. Było to 14 lipca 1918 roku, w Dniu Basty­lii, święta naro­do­wego Fran­cji, zade­kre­to­wa­nego przez wataż­ków z loży Wiel­kiego Wschodu Fran­cji5 celem upa­mięt­nie­nia ludo­bój­stwa wła­snego narodu doko­na­nego wiek wcze­śniej. Ale uro­czy­sto­ści szybko prze­rwano w miarę jak wzra­stał powszechny nie­po­kój spo­wo­do­wany bli­skim dud­nie­niem nie­miec­kiej arty­le­rii.

Hitler był w szpicy posu­wa­ją­cych się oddzia­łów. "Kapral Hitler", stwier­dził Car­tier, "był wedle wszel­kiego praw­do­po­do­bień­stwa jed­nym z nie­miec­kich żoł­nie­rzy, któ­rzy w 1918 roku pode­szli naj­bli­żej do Paryża."

W rze­czy­wi­sto­ści, Hitler nie­omal zdo­łał doko­nać naj­bar­dziej sen­sa­cyj­nego wyczynu w tej woj­nie -?wzię­cia do nie­woli Cle­men­ceau, pre­miera Fran­cji. W panice, ofi­cjele Wiel­kiego Wschodu Fran­cji wysłali Cle­men­ceau na linię frontu, aby pod­niósł morale woj­ska, w owym cza­sie bar­dzo niskie. Nawo­łu­jąc żoł­nie­rzy do ataku, Cle­men­ceau usi­ło­wał dać im przy­kład i nagle zna­lazł się wśród Niem­ców, ota­cza­ją­cych go ze wszyst­kich stron. W ostat­niej chwili zdo­łał umknąć, o włos uni­ka­jąc nie­woli. Jed­nym z żoł­nie­rzy owego nie­miec­kiego patrolu, który nie­malże pochwy­cił Cle­men­ceau, był kapral Adolf Hitler. Jesz­cze jedna z iro­nii losu!

Można tylko wyobra­zić sobie Cle­men­ceau, pro­wa­dzo­nego na kwa­tery "Pułku Lista" przez kaprala Hitlera... Zamiast pozo­wa­nia na "Ojca Zwy­cię­stwa", który to przy­do­mek wysma­żyła dla niego Loża, pre­mier byłby tylko jesz­cze jed­nym przy­gnę­bio­nym jeń­cem, któ­rego do nie­woli pro­wa­dzi nie kto inny, jak Hitler.

Odwaga Hitlera na polu walki jest udo­ku­men­to­wana i została potwier­dzona zarówno przez armię, jak i przez jego towa­rzy­szy broni. Dopiero, gdy Hitler zaczął uczest­ni­czyć w życiu poli­tycz­nym, zapisy o prze­biegu jego służby nagle zaczęto pod­wa­żać.

Kiedy poli­tyczne pismaki Repu­bliki Weimar­skiej w despe­rac­kiej pró­bie powstrzy­ma­nia rosną­cej popu­lar­no­ści Hitlera usi­ło­wały zdys­kre­dy­to­wać prze­bieg jego służby, skoń­czyli w sądzie. W orze­cze­niu ogło­szo­nym 10 marca 1932 roku w Ham­burgu, kry­ty­kom Hitlera, wśród któ­rych był Hein­rich Braune i firma Auer & Com­pany, naka­zano odwo­ła­nie oskar­żeń i wypła­ce­nie odszko­do­wa­nia. Kopia wyroku sądu znaj­duje się w archi­wum fede­ral­nym w Koblen­cji.

Po klę­sce Nie­miec w 1945 roku, histo­ria stała się pry­wat­nym polem do popisu dla zwy­cięz­ców i poli­tyczni "histo­rycy" mieli praw­dziwe uży­wa­nie, opo­wia­da­jąc nie­stwo­rzone rze­czy o Hitle­rze.

Praw­dzi­wym histo­ry­kom zajęło ponad pół wieku, aby raz na zawsze wyja­śnić sprawę dla dobra uczci­wo­ści i prawdy histo­rycz­nej.

Jedną z pew­nych i nie­pod­le­ga­ją­cych dys­ku­sji kwe­stii jest to, iż Hitler spę­dził swoje cztery lata wojny na linii frontu. Brał udział w ponad czter­dzie­stu star­ciach, był ranny i zaga­zo­wany, więc jego odzna­cze­nia bojowe były zasłu­żone -?Krzyż Żela­zny II klasy, (nadany 2 grud­nia 1914 roku), Bawar­ski Krzyż Zasługi, Czarna Odznaka za Rany i wresz­cie Żela­zny Krzyż I klasy.

Pod­puł­kow­nik Michael Fre­iherr von Godin, we wnio­sku o odzna­cze­nie Hitlera Krzy­żem Żela­znym I klasy, napi­sał: "Był przy­kła­dem opa­no­wa­nia, zarówno pod­czas walk w oko­pach, jak i w ata­kach. W naj­trud­niej­szych warun­kach i w naj­nie­bez­piecz­niej­szych sytu­acjach zawsze zgła­szał goto­wość do prze­no­sze­nia roz­ka­zów i mel­dun­ków."

Puł­kow­nik Anton Tubeuf, który wrę­czył Hitle­rowi owe odzna­cze­nie, nie­zwy­kle rzadko nada­wane sze­re­go­wym i kapra­lom, stwier­dził ponadto:

"Hitler był zawsze gotów do pomocy w każ­dej sytu­acji, zawsze zgła­szał się na ochot­nika do naj­trud­niej­szych, naj­bar­dziej uciąż­li­wych i naj­nie­bez­piecz­niej­szych zadań i zawsze był gotów ryzy­ko­wać życie dla ojczy­zny. Na pozio­mie czy­sto ludz­kim był mi bliż­szy, niż któ­ry­kol­wiek z żoł­nie­rzy."

Puł­kow­nik Wal­ter Spatny, dowo­dzący 16 Puł­kiem Pie­choty, był rów­nie zgodny w swo­jej oce­nie: "Hitler był inspi­ra­cją dla wszyst­kich swo­ich kole­gów. Robiła na nich wra­że­nie jego nie­zrów­nana odwaga i odda­nie służ­bie, co szcze­gól­nie widać było w walce. Jego kwa­li­fi­ka­cje, skrom­ność i zasłu­gu­jące na podziw odpo­wie­dzialne podej­ście zyskały mu naj­wyż­szy sza­cu­nek zarówno wśród bez­po­śred­nich kole­gów, jak i prze­ło­żo­nych."

W 1922 roku, w cza­sie, gdy Hitler wciąż był czło­wie­kiem nie­zna­nym, gene­rał Frie­drich Petz pod­su­mo­wał uzna­nie dowódz­twa dla dziel­nego i skrom­nego kaprala w nastę­pu­ją­cych sło­wach: "Hitler był bystry, szybki i nie­sa­mo­wi­cie odporny. Jego naj­bar­dziej godną podziwu cechą była oso­bi­sta odwaga, która spra­wiała, że w boju zawsze potra­fił odna­leźć się w każ­dej, choćby naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nej sytu­acji."

Żaden z ofi­ce­rów, któ­rzy wypo­wia­dali się na temat prze­biegu jego służby woj­sko­wej, nie miał żad­nej innej moty­wa­cji, poza chę­cią mówie­nia prawdy. Nie pod­le­gali żad­nemu naci­skowi, ani też nie mogli liczyć na osią­gnię­cie korzy­ści w zamian za taką, a nie inną wypo­wiedź. Z tego wła­śnie powodu pro­fe­sjo­nalni histo­rycy opie­rają dziś swoją ocenę kariery woj­sko­wej Hitlera na licz­nie dostęp­nych świa­dec­twach pocho­dzą­cych z archi­wów woj­sko­wych.

Nawet histo­rycy nie­chętni Hitle­rowi, jak Joachim C. Fest, przy­znają, iż "Hitler był odważ­nym i spraw­nym żoł­nie­rzem oraz zawsze dobrym towa­rzy­szem broni." Seba­stian Haf­f­ner, żydow­ski pisarz fana­tycz­nie nie­na­wi­dzący Hitlera, zmu­szony był zgo­dzić się, iż "Hitlera cecho­wała odwaga, z którą nikt nie mógł się rów­nać".

Po nie­uda­nych pró­bach zdys­kre­dy­to­wa­nia Hitlera w cza­sach Repu­bliki Weimar­skiej, zapisy doty­czące prze­biegu jego służby woj­sko­wej nie były pod­wa­żane nawet przez żydow­skie i bry­tyj­skie machiny pro­pa­gan­dowe. Także jego goto­wość do udzie­la­nia pomocy innym, odno­to­wana w cza­sie wojny, nie była niczym nowym. Żyd nazwi­skiem Karl Hanisch, który w pew­nym okre­sie był współ­lo­ka­to­rem Hitlera w hote­liku, wspo­mi­nał go jako miłego i sym­pa­tycz­nego czło­wieka, który prze­ja­wiał tro­skę o dobro swych towa­rzy­szy.

"Nikt nie pró­bo­wał pozwa­lać sobie na zbyt dużo w sto­sunku do Hitlera", rela­cjo­no­wał póź­niej Hanisch, "ale on ni­gdy nie był aro­gancki czy zbyt dumny, za to zawsze był pierw­szy do pomocy. Jeśli ktoś potrze­bo­wał pięć­dzie­siąt hale­rzy żeby zapła­cić za kolejny noc­leg, Hitler bez namy­słu odda­wał wszystko, co miał w kie­szeni. Przy kilku oka­zjach sam ini­cjo­wał zbiórkę 'do kape­lu­sza', jeśli była taka potrzeba."

Na fron­cie ni­gdy nie pró­bo­wał robić na kimś wra­że­nia. Był przy­ja­zny wobec wszyst­kich. Roz­ma­ite foto­gra­fie Hitlera z fron­to­wych lat uka­zują go rado­śnie dzie­lą­cego posi­łek czy chwile wypo­czynku z jego kole­gami. Była jed­nak jedna cecha cha­rak­teru, która odróż­niała go od jego towa­rzy­szy: jego uprzej­mość. Wśród całego zalewu prze­kleństw i rynsz­to­ko­wego języka, spo­sób wypo­wia­da­nia się Hitlera pozo­stał grzeczny i wywa­żony. Taką miał naturę i nie potra­fił być inny, czy to pisząc, czy mówiąc.

Gbu­ro­wa­tość uwa­żał za grób komu­ni­ka­cji i naj­wyż­szą obe­lgę. Jed­no­cze­śnie nie ganił nikogo za nie­uprzejme czy obsce­niczne uwagi bar­dziej, niż co naj­wy­żej przy­wo­łu­ją­cym do porządku spoj­rze­niem. Ni­gdy nie śmiał się ze spro­śnych dow­ci­pów, nie bawił go "bur­de­lowy" humor i ni­gdy nie uczest­ni­czył w nie­koń­czą­cych się dys­ku­sjach o sek­su­al­nych pod­bo­jach, tak cha­rak­te­ry­stycz­nych dla żoł­nier­skich roz­mów w oko­pach. Instynk­tow­nie stro­nił od nad­mier­nych poufa­ło­ści i czuł się dotknięty takim zacho­wa­niem ze strony innych. Nale­ża­łoby się spo­dzie­wać, iż w takim śro­do­wi­sku Hitler będzie bez­li­to­śnie wyszy­dzany jako świę­to­szek, jed­nak wcale tak nie było. W jakiś spo­sób zyskał sza­cu­nek, jakim ludzie nie­czę­sto obda­rzają innych.

Histo­rycy czę­sto wska­zy­wali na fakt, że jeśli spoj­rzymy na sferę mate­rialną, to zauwa­żymy, iż Hitler uro­dził się biedny i zmarł biedny. Pie­nią­dze trak­to­wał jedy­nie w kate­go­rii środka słu­żą­cego do zaspo­ko­je­nia potrzeb ludz­ko­ści, a nie celu samego w sobie. W Wied­niu, czy też na fron­cie, jego szczo­drość była przy­sło­wiowa. Zawsze był gotów oddać połowę swo­jej racji żyw­no­ścio­wej żoł­nie­rzowi, który wyda­wał się być bar­dziej głodny od niego. Roz­da­wał także swoje koce, gdyż czuł, że inni potrze­bują ich bar­dziej niż on. Jed­no­cze­śnie był praw­do­po­dob­nie naj­uboż­szym żoł­nie­rzem w pułku. Ni­gdy nie otrzy­my­wał paczek żyw­no­ścio­wych i pole­gał wyłącz­nie na skrom­nych przy­dzia­ło­wych racjach. I tak, jak zawsze poma­gał potrze­bującym ludziom, zawsze oka­zy­wał współ­czu­cie zwie­rzę­tom i rośli­nom. Uwa­żał, że sta­no­wiły inte­gralną część wiel­kiego cyklu ist­nie­nia i tym samym powinny być kochane i sza­no­wane. Har­mo­nia czło­wieka, świata zwie­rząt i natury była tema­tem, który czę­sto poru­szał w roz­mo­wach ze mną.

Któ­re­goś razu Hitler natra­fił w oko­pie na teriera, który w pogoni za szczu­rem prze­biegł ze strony angiel­skiej do sek­tora nie­miec­kiego. Przy­gar­nął małego psiaka, nazwał go Fuschl i oto­czył wielką tro­ską. Nauczył psa ukry­wać się na komendę i zawsze dbał o to, by zwie­rzak miał co jeść i pić. Byli nie­roz­łącz­nymi kom­pa­nami. Psa póź­niej mu ukra­dziono. Pół wieku potem wciąż nie był w sta­nie mówić o tym bez widocz­nego żalu. Z tej przy­czyny cier­piał bar­dziej, niż z zimna, głodu czy z powodu prze­ra­ża­ją­cych warun­ków oko­po­wego życia. Hol­ly­wo­odzka wizja okrut­nego, ogar­nię­tego manią Hitlera została stwo­rzona dla potrzeb wojen­nej pro­pa­gandy, ale abso­lut­nie nie miała w sobie nic z prawdy.

Począt­kowo, goto­wość Hitlera do zgła­sza­nia się na ochot­nika do naj­bar­dziej kar­ko­łom­nych misji sta­no­wiła zagadkę dla innych żoł­nie­rzy. Sądzili, że prze­sa­dza i naj­pierw mawiali, że "fakt, iż Hitler jest idiotą nie ozna­cza, że wszy­scy mamy tacy być". Ale ich kpiące zdzi­wie­nie wkrótce zastą­pił pełen sza­cunku podziw i zaczęli skła­niać się ku prze­ko­na­niu, że czuwa nad nim jakaś spe­cjalna ręka opatrz­no­ści. W chwi­lach wiel­kiej trwogi, gdy śmierć sza­lała ze wszyst­kich stron, wszy­scy żoł­nie­rze instynk­tow­nie sta­rali się trzy­mać bli­sko niego, gdyż wie­dzieli, że dobre dzie­sięć razy zdo­łał umknąć prze­zna­cze­niu, choć wszystko wska­zy­wało na to, że powi­nien zostać zabity.

Car­tier przy­ta­cza tu bar­dzo kon­kretny przy­kład: "17 listo­pada 1917 roku, na bli­skich przed­po­lach Wytscha­ete, bry­tyj­ski pocisk prze­bił sufit piw­nicy, któ­rej pułk Hitlera uży­wał jako punktu dowo­dze­nia, eks­plo­do­wał tam i spo­wo­do­wał w efek­cie strasz­liwą rzeź. Wszy­scy, któ­rzy tam się znaj­do­wali zostali zabici, ranni lub oka­le­czeni. Jedy­nym, który oca­lał, był Hitler. Dosłow­nie sekundy przed wybu­chem poci­sku wysłano go, by prze­niósł mel­du­nek pod cięż­kim ogniem nie­przy­ja­ciela. Zada­nie wyko­nał bez jed­nego zadra­śnię­cia."

Ilość razy, kiedy to Hitler oszu­ki­wał śmierć, zawsze sta­no­wiła zagadkę dla histo­ry­ków. Hitler zaprze­czał sta­ty­sty­kom tak wiele razy, że aż trudno uwie­rzyć, że zawdzię­czał to czy­stemu przy­pad­kowi. Nie­wiele wiemy o siłach, które wydają się chro­nić wybra­nych ludzi przed nie­bez­pie­czeń­stwem i śmier­cią. Jed­nak nasi cel­tyccy i ger­mań­scy przod­ko­wie zawsze uzna­wali je za coś real­nego, a narody azja­tyc­kie i arab­skie wciąż je za takie uwa­żają nawet dzi­siaj. W każ­dym bądź razie takie siły miały chro­nić Hitlera przez całe jego życie.

W listo­pa­dzie 1939 roku zakoń­czył swoją prze­mowę w Mona­chium trzy minuty wcze­śniej, niż pla­no­wano. Po tym, jak zszedł z mów­nicy, eks­plo­do­wała bomba. Jakby w odpo­wie­dzi na tajemne wezwa­nie, wyszedł na czas, aby nie zostać roz­nie­sio­nym na strzępy.

20 czerwca 1944 roku bomba Clausa von Stauf­fen­berga została umiesz­czona tuż przy nogach Hitlera w pokoju odpraw w jego kwa­te­rze głów­nej. Czło­wiek sie­dzący obok Hitlera poczy­tał to za nie­uprzej­mość i prze­su­nął teczkę dalej. Bez tego pro­stego gestu Hitler zostałby roze­rwany na kawałki. W rezul­ta­cie tego, co nastą­piło, bomba poszar­pała tylko jego mun­dur.

Hitler ani na moment nie uległ panice. "To bry­tyj­ska bomba. Pło­mień był żółty", zauwa­żył od nie­chce­nia, zupeł­nie jakby jego los nie był czymś war­tym szer­szej roz­prawy.

Histo­rycy czę­sto nawią­zy­wali do owego mecha­ni­zmu prze­trwa­nia Hitlera na fron­cie pod­czas I wojny świa­to­wej. W 1916 roku bitwa nad Sommą była sceną rzezi ponad miliona Euro­pej­czy­ków, w więk­szo­ści Fran­cu­zów i Niem­ców. "Pułk Lista" trwał na pozy­cjach w ruinach wsi o nazwie La Barque. Z dzie­wię­ciu kurie­rów, sied­miu zostało wła­śnie zabi­tych. Okopy były znisz­czone przez nie­prze­rwany ogień arty­le­rii, a żoł­nie­rze kryli się tu i ówdzie w lejach po poci­skach. Punkt dowo­dze­nia, w któ­rym prze­by­wało dzie­się­ciu ofi­ce­rów i dwóch kurie­rów, ulo­ko­wany był w piw­nicy zrów­na­nego z zie­mią domu. Nagle pocisk eks­plo­do­wał u samego wej­ścia, wysy­ła­jąc na tam­ten świat jede­na­stu z dwu­na­stu obec­nych. Prze­żył tylko Hitler.

Znany angiel­ski dzien­ni­karz Andrew Price przy­ta­czał podobną histo­rię opo­wie­dzianą mu przez Hitlera: "Wraz z kole­gami jedli­śmy nasze racje w oko­pie. Nagle odnio­słem wra­że­nie, że jakiś głos mówi do mnie, 'wsta­waj i wynoś się stąd.' Był to roz­kaz tak jasny i natar­czywy, że usłu­cha­łem go natych­miast, zupeł­nie, jakby mówił do mnie prze­ło­żony. Pode­rwa­łem się na nogi i odsze­dłem jakieś dwa­dzie­ścia metrów oko­pem, nio­sąc swoje jedze­nie w menażce. Następ­nie usia­dłem, uspo­ko­iłem się i dalej jadłem swój posi­łek. Gdy tylko się za to zabra­łem, w czę­ści okopu, który dopiero co opu­ści­łem, miała miej­sce straszna eks­plo­zja. Jakiś zabłą­kany gra­nat wybuchł dokład­nie nad grupką żoł­nie­rzy, z któ­rymi sie­dzia­łem i zabił ich wszyst­kich."

Także John Toland zasta­na­wiał się, jaka to opatrz­ność czu­wała nad Hitle­rem: "Na prze­strzeni ostat­nich mie­sięcy uni­kał śmierci nie­zli­czoną ilość razy." [Uwaga: tłu­ma­cze­nie tego ustępu, z angiel­skiego na nie­miecki i z nie­mieckiego na angiel­ski, które było dwu­krot­nie usu­wane, bez wąt­pie­nia wygląda na dale­kie od auten­tycz­nego Tolanda -?Red.]

Nawet Joachim Fest był pora­żony oso­bliwą nie­ty­kal­no­ścią Hitlera: "Odwaga i opa­no­wa­nie, z jakim sta­wał w obli­czu naj­bar­dziej śmier­cio­no­śnego ognia, czy­niła go w oczach towa­rzy­szy broni nie­znisz­czal­nym. Powta­rzali, że tak długo, jak Hitler jest z nimi, nic się im nie sta­nie. Wydaje się, że wywarło to na Hitle­rze głę­bo­kie wra­że­nie i utwier­dziło go w prze­ko­na­niu, iż ma do speł­nie­nia spe­cjalną misję."

Kapral Hitler ni­gdy nie prze­sta­wał zadzi­wiać swych towa­rzy­szy. Był zawsze uprzejmy i pomocny, ni­gdy nie wpa­dał w panikę, był zawsze tam, gdzie sza­lała śmierć, za każ­dym razem wycho­dził bez szwanku i zawsze, gdy miał chwilę wol­nego czasu, coś skro­bał na papie­rze: Hitler pisał wier­sze. I choć pra­wie sie­dem­set obra­zów i rysun­ków Hitlera zdo­łało prze­trwać wojenną zawie­ru­chę, jego wier­szom już się tak nie poszczę­ściło. Więk­szość z nich znik­nęła w 1945 wraz z górami innych roz­kra­dzio­nych doku­men­tów. Z dwóch tysięcy oca­lało około trzy­dzie­stu. Nie­które tra­fiły do Archi­wum Kon­gresu Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Jeden z wier­szy, napi­sany nocą w oko­pie w 1915 roku, oka­zał się pro­ro­czy:

Czę­sto nocą w zgorzk­nie­niu,

Widzę dąb Wotana w cichej bły­ska­wicy,

Gdy zlewa się w jedno z mistyczną siłą.

Księ­życ cza­rem wypi­suje runy.

Spla­mio­nych za dnia,

Oczy­ści magiczna for­muła.

I fał­szywi od praw­dzi­wych oddzie­leni będą,

Gdy nadejdą falangi mie­czy.

Jego towa­rzy­sze nie mieli poję­cia, iż Hitler pisze wier­sze, nie wspo­mi­na­jąc o tak głę­bo­kiej poezji. Wier­sze trzy­mał w swo­jej tor­bie i ni­gdy nikomu ich nie poka­zy­wał. Kiedy Hitler mówił, wypo­wia­dał się na takie tematy jak defe­tyzm i Żydzi, usa­do­wieni w cie­płych gabi­ne­tach w Niem­czech, sabo­tu­jący wysi­łek wojenny straj­kami i dzia­łal­no­ścią wywro­tową. Chciał się ich wszyst­kich pozbyć.

W dniach ponu­rej i zabój­czej oko­po­wej wojny Hitler zaba­wiał swo­ich kole­gów szki­cami i kary­ka­tu­rami, które potra­fił nary­so­wać w kilka sekund. Doce­niał war­tość humoru w każ­dej sytu­acji i tym samym dawał żoł­nie­rzom odro­binę tak potrzeb­nej ulgi.

W dniach, kiedy nie był na służ­bie lub w prze­rwach mię­dzy wal­kami Hitler malo­wał obrazy znisz­czeń, jakie nio­sła ze sobą wojna, ale także sceny pełne ciszy i spo­koju. Kon­trast był ude­rza­jący: z jed­nej strony pło­nące drzewa, roz­darte ciała, okopy, które stały się maso­wymi gro­bami; a z dru­giej sie­lan­kowe pej­zaże z polami psze­nicy, rze­kami, zagro­dami, przy­po­mi­na­jące twór­czość Pous­sina.

Histo­ryk Hitlera Wer­ner Maser tak je opi­sał:

"Budynki, widziane poziomo, rzu­cają się w oczy swą fos­fo­ry­zu­jącą deli­kat­no­ścią tań­czą­cych kolo­rów. Akwa­rela zaty­tu­ło­wana "Hau­bo­ur­din", która jest dato­wana na 1916 rok, jest zachwy­ca­jąca: scena z obcego kraju, widziana z per­spek­tywy nie­miec­kiego pej­za­ży­sty, staje się doświad­cze­niem, które jest bli­skie, zna­jome, żywe i pełne poezji. Ma się wra­że­nie, że jest się w Norym­ber­dze czy Rothen­burgu. Dzieło jest lek­kie, żywe, wzru­sza­jące. Wspa­niały rysu­nek "Ardoye en Flan­dre", pocho­dzący z lata 1917 roku, jest czę­ścią serii trzech prac, z któ­rych dwie pozo­stałe nie są dato­wane ("Dom z bia­łym par­ka­nem" i "Schron w Ton­nes"6). Wszyst­kie te prace zdra­dzają wyjąt­kowy talent i dowo­dzą zna­ko­mi­tego postrze­ga­nia archi­tek­tury."

Wielki angiel­ski arty­sta Edward Gor­don Craig wyraża się nie mniej pochleb­nie: "Akwa­rele Hitlera z okresu I wojny świa­to­wej są dzie­łami o praw­dzi­wej war­to­ści." Dzi­siejsi znawcy i kolek­cjo­ne­rzy, któ­rzy rywa­li­zują o prace Hitlera, pła­cąc za nie ogromne sumy, z pew­no­ścią zga­dzają się z oceną Cra­iga.

Kole­dzy z pierw­szej linii byli gene­ral­nie zain­te­re­so­wani wyłącz­nie szki­cami ich samych, które Hitler ryso­wał dla nich, aby mogli wysłać je do swo­ich rodzin w domu. Jed­nakże zna­lazł się czło­wiek, który ukradł skó­rzaną teczkę, w któ­rej Hitler sta­ran­nie prze­cho­wy­wał swoje rysunki, szkice i akwa­rele. Po latach cała zawar­tość teczki tra­fiła do sklepu z oso­bli­wo­ściami w Mona­chium. Wiel­bi­ciel zaku­pił je i wysłał je Hitle­rowi, który w tym cza­sie był już kanc­le­rzem Nie­miec.

Towa­rzy­sze broni Hitlera naj­bar­dziej jed­nak zapa­mię­tali jego wybu­chy impro­wi­zo­wa­nego ora­tor­stwa. Ludzie zawsze słu­chali go, nie roniąc ani słowa.

To była zapo­wiedź tego, co miało dopiero nadejść.

Rozdział 3. Lekcje z frontu

Roz­dział 3 Lek­cje z frontu

Od 1914 do 1919 roku front stał się dla Hitlera dru­gim polem badań. Nie jest już, jak w Wied­niu, tylko zwy­kłym obser­wa­to­rem. Jego los, podob­nie jak milio­nów innych ludzi, rzu­cony jest na szalę i pod­lega tym samym pra­wom. Z tymi ludźmi musi dzie­lić nie tylko trudy walki, ale i każdą minutę codzien­nego życia czasu wojny. Hitler, zawsze pru­de­ryjny i poprawny, musi zanu­rzyć się w tej gigan­tycz­nej mie­sza­ni­nie, w tym żywym ludz­kim wirze. Robi to z ochotą i czuje jed­ność z ludźmi. Instynk­tow­nie wyczuwa, iż jego los jest powią­zany z ich losem.

Żyje w brac­twie tych, z któ­rymi dzieli cięż­kie doświad­cze­nia, cier­pie­nie, strach i cią­głą bli­skość śmierci. To bra­ter­stwo, któ­rego więzy umac­nia każdy mija­jący dzień wojny, pozwa­la­jąc rosnąć owemu poczu­ciu soli­dar­no­ści, które od czasu Wied­nia uwa­żał za pierw­szo­pla­nową koniecz­ność poli­tyczną. Teraz zdaje sobie sprawę z faktu, że ludzie to gatu­nek stwo­rzony do pracy zespo­ło­wej, zaś walka kla­sowa jest cał­ko­wi­tym zaprze­cze­niem ludz­kiej natury. Widzi przed sobą tych, któ­rzy jesz­cze kilka tygo­dni temu zostali rzu­ceni prze­ciwko sobie przez ich mark­si­stow­skich tre­se­rów, zaś teraz wspól­nie i zgod­nie pra­cują ramię w ramię.

Roz­są­dek pod­po­wiada mu, że jeśli przed­sta­wi­ciele róż­nych klas spo­łecz­nych mogą być w tak natu­ralny spo­sób zjed­no­czeni w momen­cie gdy stoją wobec poświę­ce­nia na fron­cie wojny, z pew­no­ścią mogliby zostać połą­czeni ideą wspól­nej pracy i rato­wa­nia narodu.

Zauważa także, iż praca umy­słowa i fizyczna same w sobie są nie­kom­pletne i ni­gdy nie mogą być roz­dzie­lane. Pra­cow­ni­kiem fizycz­nym musi kie­ro­wać idea w takim samym stop­niu, w jakim pra­cow­nik umy­słowy musi pole­gać na fizycz­nej sile, aby być w sta­nie cokol­wiek osią­gnąć. To jest wła­śnie istota sprawy i sedno ogrom­nego pro­blemu spo­łecz­nego, który, według obser­wa­cji Hitlera, znaj­duje roz­wią­za­nie w warun­kach fron­to­wych. To odkry­cie odci­śnie na nim piętno na zawsze. Czuje się czę­ścią ludu i rozu­mie jego wielki poten­cjał.

Jeśli ludzie są w sta­nie zjed­no­czyć się w oko­pach, dla­czego wobec tego mie­liby być podzie­leni w życiu cywil­nym? Hitler ma już na to odpo­wiedź. Brak jed­no­ści i nie­zgoda są owo­cami sztucz­nych machi­na­cji spo­łecz­nych paso­ży­tów, a wszystko dzieje się ze szkodą dla więk­szo­ści spo­łe­czeń­stwa.

Kon­klu­zja ta spro­wa­dzała się do zało­że­nia, iż cała tak zwana walka spo­łeczna -?pra­co­dawcy prze­ciwko zatrud­nio­nym, poko­le­nie prze­ciwko poko­le­niu, płeć prze­ciwko płci -?jest wywo­ły­wana przez sko­rum­po­wa­nych i chci­wych mani­pu­la­to­rów skon­cen­tro­wa­nych wyłącz­nie na znie­wo­le­niu ludu. Każdy rodzaj walki kla­so­wej kłóci się z samą istotą ludz­ko­ści i stoi w sprzecz­no­ści zarówno z pra­wami jed­nostki, jak i spo­łecz­no­ści. Żadne spo­łe­czeń­stwo nie może ist­nieć bez jed­no­ści i współ­pracy jego człon­ków. Hitler docho­dzi także do wnio­sku, że walka kla­sowa ni­gdy jesz­cze nie przy­nio­sła korzy­ści żad­nej ze stron, zma­ni­pu­lo­wa­nych do uczest­nic­twa w tego typu kon­flik­tach. Efek­tem takiej walki zawsze była cał­ko­wita prze­grana całego kraju, spo­łecz­no­ści, jed­no­stek i nawet samych mani­pu­la­to­rów, któ­rzy nie­uchron­nie lądo­wali na pozy­cji wład­ców rzą­dzą­cych spo­łe­czeń­stwem w gru­zach.

Wiara Hitlera w powszechną suwe­ren­ność, jed­ność i bra­ter­stwo zro­dziła się na fron­cie. Jest demo­kratą w naj­czyst­szym rozu­mie­niu tego słowa.

Hitler powie­dział mi, że na fron­cie nauczył się wię­cej, niż gdyby stu­dio­wał na uni­wer­sy­te­tach przez pięć­dzie­siąt lat. Pole bitwy jest fon­tanną wie­dzy nie­ma­jącą sobie rów­nych. Dla Hitlera, pozna­nie i zro­zu­mie­nie istot ludz­kich musiało poprze­dzać wszelką inną wie­dzę. Tylko w ten spo­sób wie­dza naukowa w natu­ralny spo­sób posu­wa­łaby się ścieżką wyty­czoną przez ludzką psy­cho­lo­gię.

Jeśli Hitler w póź­niej­szym okre­sie uzy­skał tak przy­tła­cza­jące popar­cie narodu, było to wyłącz­nie zasługą zna­jo­mo­ści każ­dego zaka­marka ludz­kiej psy­cho­lo­gii, wynie­sioną z frontu.

Przy­mioty, które zapra­co­wały na zdo­by­cie sza­cunku towa­rzy­szy broni, pozo­stały nie­zmien­nie takie same, kiedy póź­niej zwra­cał się do milio­no­wych tłu­mów. On i jego słu­cha­cze byli jed­no­ścią. Ni­gdy nie musiał ucie­kać się do bom­ba­stycz­nego i pustego poli­tycz­nego żar­gonu. Każde jego słowo tra­fiało do serca. W nie­kła­many spo­sób mówił w imie­niu ludu.

Front dał Hitle­rowi także coś, co w okre­sie walki o wła­dzę i póź­niej, kiedy został kanc­le­rzem, stało się jego naj­waż­niej­szą siłą: poczu­cie wła­dzy. Nie można osią­gnąć niczego wiel­kiego bez przy­wódcy o sil­nym cha­rak­te­rze, zdol­nego do myśle­nia, moty­wo­wa­nia i bra­nia odpo­wie­dzial­no­ści. Bez sil­nego mecha­ni­zmu wła­dzy nie utrzy­małby się żaden okop, zaś bez sta­bil­nego i trwa­łego sys­temu dowo­dze­nia żadne dale­ko­siężne plany, czy to ofen­sywne, czy defen­sywne, ni­gdy nie wyszłyby poza sferę wyobra­żeń. Ten, który dowo­dzi i ci, któ­rzy słu­chają roz­ka­zów muszą sta­no­wić jedną siłę. Decy­zje zawsze powinny pozo­sta­wać w gestii tego, któ­remu powie­rzono zwierzch­nic­two, odpo­wie­dzial­ność i dano czas na reali­za­cję zamie­rzeń. Wła­dza, odpo­wie­dzial­ność, cią­głość. To były nauki, wynie­sione przez Hitlera z frontu i to one stały się pod­stawą nowego porządku spo­łecz­nego, który miał usta­no­wić.

Życie oby­wa­tel­skie, porzą­dek publiczny, spra­wie­dli­wość spo­łeczna i zjed­no­cze­nie klas -?wszystko to miało pod­le­gać tym samym regu­łom. Naj­lep­szy z naj­lep­szych musi pla­no­wać, kie­ro­wać i z peł­nym prze­ko­na­niem inspi­ro­wać, za powszechną zgodą, dzia­ła­nia zmie­rza­jące do urze­czy­wist­nie­nia jego pla­nów. To rodzaj świę­tej umowy, bez któ­rej żadne spo­łe­czeń­stwo nie może długo ist­nieć. Spo­łecz­ność oparta na takich zasa­dach będzie kwit­nąć i prze­trwa każde gro­żące jej nie­bez­pie­czeń­stwo. Gdy miliony swo­bod­nie oddają swe serca i umy­sły temu, kto jest ich ucie­le­śnie­niem, mówimy o demo­kra­cji dosko­na­łej, nie o mier­no­ści.

Joachim Fest potwier­dza fakt zdo­by­cia przez Hitlera owej wie­dzy w cza­sie pobytu na fron­cie: "Wojna była klu­czo­wym czyn­ni­kiem w okre­sie kształ­to­wa­nia się poglą­dów Hitlera. Było to doświad­cze­nie z gatunku czy­sto meta­fi­zycz­nych, które w pełni zaak­cep­to­wał."

Bar­dziej niż wykłady w aka­de­miach sztabu, wojna nauczyła także Hitlera wiel­kich zasad tak­tyki. Widział ludzki strach i dostrze­gał, jak można go prze­zwy­cię­żyć siłą wła­snej woli. To rodzaj moral­nej, a nie fizycz­nej odwagi. To siła ludz­kiego cha­rak­teru nadaje war­tośc isto­cie ludz­kiej. Na fron­cie Hitler setki razy widział skutki paniki: na sam widok wyła­nia­ją­cego się czołgu lub nawet odle­głego odgłosu sil­nika, żoł­nie­rzy ogar­niał strach, który spra­wiał, że byli gotowi rzu­cić swą broń i uciec.

Widział też, że w takich kry­tycz­nych momen­tach praw­dziwy przy­wódca mógł zapo­biec panice, jeśli potra­fił w oka mgnie­niu prze­ko­nać swych ludzi, że paniczna rej­te­rada o ćwierć mili do tyłu będzie ozna­czać pewną śmierć - nie­przy­ja­ciel­skie czołgi w minutę dopadną cofa­ją­cych się, gdy ci będą bez­bronni.

Minęło dużo czasu od zakoń­cze­nia I wojny świa­to­wej i nie­któ­rzy pani­ku­jący gene­ra­ło­wie Wehr­machtu pro­po­no­wali w grud­niu 1941 roku wyco­fa­nie się od bram Moskwy, gdy tem­pe­ra­tury spa­dły do trzy­dzie­stu i czter­dzie­stu stopni poni­żej zera. A cóż by zna­leźli trzy­sta kilo­me­trów na zachód? Takie same zimno! I to bez zapa­so­wych pozy­cji obron­nych, bez czoł­gów i arty­le­rii, które trzeba by było porzu­cić w lodzie i śnie­gach jesz­cze przed roz­po­czę­ciem wyco­fy­wa­nia się. Odwrót czę­sto równa się samo­bój­stwu.

Szkoła I wojny świa­to­wej nauczyła Hitlera, iż zwy­cięzcą, w boju czy w walce poli­tycz­nej, jest ten, kto przej­muje ini­cja­tywę, kto wyzna­czył sobie cele, opra­co­wał wła­sną tak­tykę i trzyma się swych pla­nów, pod­czas gdy ten, któ­rego ata­kują, ude­rza­jąc w jego naj­słab­szy punkt, bywa zasko­czony i zdany na łaskę zwy­cięzcy.

Innym waż­kim odkry­ciem, wynie­sio­nym z fron­to­wej szkoły, była dla Hitlera rola pro­pa­gandy.

Od 1914 do 1918 roku nie­miecka pro­pa­ganda była żało­śnie nie­sku­teczna. Nato­miast alianci oka­zali się mistrzami w posłu­gi­wa­niu się tą nową bro­nią. Nie­wy­klu­czone, że to wła­śnie pro­pa­ganda bar­dziej przy­czy­niła się do ich zwy­cię­stwa niż nowe czołgi i miliony twar­dych chło­pa­ków, któ­rzy nad­cią­gnęli z odle­głej Ame­ryki w 1918 roku.

Anty­nie­miecka pro­pa­ganda była pro­wa­dzona w spo­sób cią­gły, nie­ustę­pliwy, zaś sto­pień nafa­sze­ro­wa­nia jej złą wiarą osią­gnął nie­mal apo­ka­lip­tyczne roz­miary.

Niemcy led­wie zdą­żyli prze­kro­czyć gra­nicę bel­gij­ską, gdy zaczęto roz­prze­strze­niać legendę o zdzi­cza­łych żoł­nier­zach Kaisera, odci­na­ją­cych ręce bel­gij­skim dzie­ciom. Było to wie­rutne kłam­stwo. Przez całe cztery lata wojny ani jedno dziecko, bel­gij­skie czy inne, nie zostało oka­le­czone przez nie­miec­kiego żoł­nie­rza. Deli­kat­nie mówiąc, to zaiste trudne do poję­cia, iż tak fan­ta­styczne łgar­stwo mogło się odbić tak sze­ro­kim echem w naj­dal­szych zakąt­kach globu, kiedy nie było naj­mniej­szego dowodu na jego ist­nie­nie.

Z jaki­miż to okrzy­kami obu­rze­nia powinny przy­biec ofiary, kiedy po woj­nie Niemcy leżały powa­lone i poko­nane, jeśli w ogóle takowe ofiary by się zna­la­zły? Żadna z nich ni­gdy się nie poja­wiła i Bry­tyj­czycy po cichu uśpili całą histo­rię -?bez, oczy­wi­ście, wygła­sza­nia prze­pro­sin za swe mon­stru­alne kłam­stwo.

Przez całe cztery lata kar­miono cały świat legendą "odcię­tych rąk" oraz opo­wie­ściami o nie­mow­lę­tach nadzie­wa­nych na bagnety i sio­strach Czer­wo­nego Krzyża roz­strze­li­wa­nych przez plu­tony egze­ku­cyjne. Te wymy­sły oka­zały się potęż­nym narzę­dziem słu­żą­cym do roz­bu­dze­nia nie­na­wi­ści do Nie­miec i do wszyst­kiego, co nie­miec­kie.

Inną formą wojny psy­cho­lo­gicz­nej było prze­rzu­ca­nie do nie­miec­kich oko­pów "wia­do­mo­ści z domu". W owych "wie­ściach" opi­sy­wano nędzę, jaka spa­dła na Niemcy, gło­du­ją­cych ludzi, dzieci z braku ubra­nek zawi­nięte w papier pakowy, nie­do­sta­tek tru­mien, któ­rych pro­duk­cji zaprze­stano z braku drewna itp. Cią­głe powta­rza­nie tych nie­praw­dzi­wych infor­ma­cji o sytu­acji w ojczyź­nie miało kon­kretny wpływ na wielu wycień­czo­nych żoł­nie­rzy. Tego typu pro­pa­ganda była w owym cza­sie czymś nowym i z pew­no­ścią zasko­czyła nie­przy­go­to­wa­nych na nią Niem­ców.

Hitler opo­wia­dał mi, jak bar­dzo był zszo­ko­wany czy­ta­jąc te ulotki. Bez prze­rwy zada­wał sobie pyta­nie: "Gdzie jest nasza wła­sna pro­pa­ganda lub cho­ciaż kontrpro­pa­ganda?" Mate­riału z pew­no­ścią nie bra­ko­wało. Nie­miec­kie lot­nic­two mogło prze­cież zrzu­cać na alianc­kie pozy­cje ulotki z praw­dzi­wymi opi­sami, jak to pyszał­ko­waci gene­ra­ło­wie poświę­cają nad Sommą, w Artois i pod Che­min des Dames ponad milion mło­dych ludzi tylko po to, aby zdo­być i następ­nie utra­cić kil­ka­set metrów terenu, jak to na ziemi niczy­jej gniją trupy ich towa­rzy­szy broni, poże­rane przez tysiące szczu­rów, jak to wysyła się na śmierć żoł­nie­rzy, pojąc ich uprzed­nio alko­ho­lem, jak wiel­kie poci­ski Gru­bej Berty lądują w środku Paryża i wresz­cie, jak to w domu gene­ra­ło­wie i poli­tycy ska­czą sobie do gar­deł.

Jakie mogłyby być reper­ku­sje roz­prze­strze­nie­nia praw­dzi­wych infor­ma­cji o tym, że Rosja, główny sojusz­nik alian­tów, wije się w ago­nii krwa­wej rewo­lu­cji, a Sankt Peters­burg zajęli komu­ni­ści, co ozna­cza, iż ścią­gnięte stam­tąd nie­miec­kie dywi­zje poja­wią się na fron­cie zachod­nim i będą prze­wyż­szać liczeb­nie siły koali­cjan­tów? Ist­niało mnó­stwo mate­riału o nisz­czy­ciel­skim poten­cjale, do któ­rego można było się­gnąć, nie ucie­ka­jąc się, w prze­ci­wień­stwie do bry­tyj­skiej pro­pa­gandy, do naj­mniej­szego kłam­stwa.

Niemcy Wil­helma II były cał­ko­wi­cie nie­świa­dome war­to­ści pro­pa­gandy i pro­wa­dziły wojnę wyłącz­nie przy uży­ciu dział i kara­bi­nów. Jeśli Niemcy prze­grały I wojnę świa­tową to w dużej czę­ści z powodu nie­uży­wa­nia naj­po­tęż­niej­szej arty­le­rii, czyli pro­pa­gandy. To była kolejna lek­cja, któ­rej Hitler ni­gdy nie zapo­mni.

Wybu­chy obu­rze­nia Hitlera zawsze gro­ma­dziły w oko­pach wierną publikę. "Towa­rzy­sze broni Hitlera", napi­sał John Toland, "byli pora­żeni jego elo­kwen­cją i uwiel­biali go słu­chać."

Jego kole­dzy nazy­wali go piesz­czo­tli­wie "Ali" i gene­ral­nie zga­dzali się co do opi­nii, iż "Hitler żyje w innym świe­cie, ale jest pod każ­dym wzglę­dem dobrym czło­wie­kiem", jak to okre­ślił jeden z żoł­nie­rzy.

Hitler pero­ro­wał o samo­lub­stwie bur­żu­azji, bała­ga­niar­skiej wła­dzy cesar­skiej, mier­no­cie urzęd­ni­ków. Ale kole­dzy pamię­tają też pewną pro­ro­czą wypo­wiedź, którą pew­nego razu dane im było usły­szeć: "Któ­re­goś dnia o mnie usły­szy­cie. Ja po pro­stu cze­kam, aż nadej­dzie mój czas."

Jackl Weiss, towa­rzysz broni Hitlera, opo­wia­dał mi póź­niej: "Mówi­li­śmy sobie, że młody Hitler może zostać posłem do bawar­skiego Land­tagu, ale nikt ni­gdy nie przy­pusz­czał, że któ­re­goś dnia zosta­nie kanc­le­rzem Rze­szy."

W opi­nii ofi­ce­rów, któ­rzy byli jego dowód­cami, Hitler był wyróż­nia­ją­cym się żoł­nie­rzem. Dla­czego zatem przez cztery lata wybit­nej służby nie zro­biono z niego ofi­cera? Został awan­so­wany na kaprala w grud­niu 1914 roku i 11 listo­pada 1918 roku wciąż był kapra­lem. Dla­czego? To ten sam czło­wiek, który okaże się naj­więk­szym geniu­szem woj­sko­wym XX wieku, to ten, który mię­dzy 1939 i 1942 rokiem wyśle swe armie na pod­bój Europy od Oslo do Moskwy, od Amster­damu do Aten, od Paryża do Kau­kazu.

A jed­nak Hitler, mimo swej wiecz­nej odwagi i czter­dzie­stu pochwał za udział w wal­kach, pozo­sta­nie przez całą wojnę tylko jed­nym z czte­ry­stu tysięcy kaprali.

W stylu wie­deń­skich pro­fe­so­rów, któ­rzy nie pozwo­lili Hitle­rowi wstą­pić do aka­de­mii sztuk pięk­nych, ofi­ce­ro­wie utrzy­mali go poza kastą ofi­cer­ską. Ofi­cjalny powód: brak cech przy­wód­czych.

Gra­fo­log, któ­remu w 1915 roku przed­ło­żono list Hitlera celem zba­da­nia, nie­ma­jący naj­mniej­szego poję­cia, kto jest jego auto­rem, doko­nał nastę­pu­ją­cej ana­lizy:

"Autor listu obda­rzony jest wielką inte­li­gen­cją i godną uwagi zdol­no­ścią przy­swa­ja­nia wie­dzy, jak rów­nież umie­jęt­no­ścią adap­to­wa­nia się do każ­dej sytu­acji. Repre­zen­tuje praw­dziwą moc."

Jed­nakże bez­po­średni prze­ło­żony Hitlera, porucz­nik Wie­de­mann, natych­miast skre­ślił go krót­kim wer­dyk­tem: "Nie posiada zdol­no­ści do dowo­dze­nia innymi."

Czy moż­liwe jest, że podob­nie jak w Wied­niu, wygod­nie usa­do­wione biu­ro­kra­tyczne mier­noty wyczu­wały talent Hitlera i z tego powodu pró­bo­wały go odtrą­cić? Talent i inte­li­gen­cja zawsze były kosz­ma­rem dla opor­tu­ni­stycz­nych eta­to­wych urzę­da­sów każ­dego rodzaju. Iluż to praw­dzi­wych geniu­szy było dła­wio­nych przez podobne mier­noty?

Hitler ze swo­jej strony nie zare­ago­wał na nie­spra­wie­dliwą ocenę. Kolek­cjo­no­wa­nie naszy­wek na ręka­wie nie wzbu­dzało jego zain­te­re­so­wa­nia. Uwiel­biał swoją nie­bez­pieczną rolę kuriera i miał inne rze­czy w gło­wie. Na podobną żało­sną małost­ko­wość i tak nie będzie miej­sca w pro­gra­mie, jaki pla­no­wał dla Nie­miec.

Pod koniec 1916 roku Hitler został ranny odłam­kiem szrap­nela i był leczony w szpi­talu Beelitz pod Ber­li­nem. Dwa lata póź­niej, gdy ucier­piał w ataku gazo­wym i kiedy przy­znano mu Krzyż Żela­zny I klasy, wysłano go, wbrew jego woli, na lecze­nie do Nie­miec. Z obu tych krót­kich wizyt w ojczyź­nie wra­cał na front prze­ra­żony i roz­go­ry­czony.

Życie w Niem­czech lat 1916-1918 dale­kie było od kom­for­to­wego. Wystę­po­wały poważne nie­do­bory żyw­no­ści i wszystko było racjo­no­wane. Jed­nak w porów­na­niu z żoł­nie­rzami, patrzą­cymi przez okrą­głą dobę śmierci w oczy i uzu­peł­nia­ją­cymi swoje gło­dowe racje szczu­rami pochwy­co­nymi w oko­pach, ludzie w kraju mogli przy­naj­mniej udać się do wła­snego domu i spać spo­koj­nie; nic nie roz­ry­wało nikogo na kawałki i nikogo czołgi nie wgnia­tały w drut kol­cza­sty. A jed­nak to wła­śnie owe sto­sun­kowo uprzy­wi­le­jo­wane życie w domu spro­wa­dzi na Niemcy klę­skę.

Mark­si­stow­scy finan­si­ści postrze­gali wojnę jako ogromną szansę. W cza­sie, gdy miliony patrio­tycz­nie nasta­wio­nych Niem­ców wal­czyło na fron­tach, komu­ni­ści będą opa­no­wy­wać Niemcy za pomocą swych najem­nych band agi­ta­to­rów. Ponie­waż ogół spo­łe­czeń­stwa prze­ja­wiał głę­boki patrio­tyzm, począt­kowo ich dzia­łal­ność wywro­towa była pro­wa­dzona z dużą ostroż­no­ścią i kon­cen­tro­wała się na uda­wa­nej tro­sce o los ciężko doświad­czo­nych oby­wa­teli. W następ­nej kolej­no­ści agi­ta­to­rzy byli wysy­łani do fabryk, gdzie mieli nakła­niać robot­ni­ków do pod­ję­cia straj­ków. Tym samym komu­ni­ści powta­rzali metody, które w paź­dzier­niku 1917 roku zapo­cząt­ko­wały w Pio­tro­gro­dzie roz­pad rosyj­skiej machiny wojen­nej. Pomimo roz­pę­ta­nia tego szczo­drze finan­so­wa­nego i zakro­jo­nego na sze­roką skalę sabo­tażu, Niemcy zdo­łały się oprzeć naci­skom, za wyjąt­kiem Ber­lina, gdzie ist­niała naj­więk­sza kon­cen­tra­cja obcych mark­si­stow­skich agi­ta­to­rów. 28 stycz­nia 1918 roku nakło­niono do strajku czte­ry­sta tysięcy robot­ni­ków, któ­rzy na tydzień wstrzy­mali pracę w waż­nych zakła­dach pro­du­ku­ją­cych amu­ni­cję.

To wła­śnie wtedy żoł­nie­rze hero­icz­nie wal­czący na fron­cie zorien­to­wali się, że sabo­ta­ży­ści wbi­jają im nóż w plecy.

Wewnętrzny sabo­taż w kraju zbiegł się z nie­miec­kimi suk­ce­sami mili­tar­nymi za gra­nicą. Rosja była wyłą­czona z wojny dzięki mark­si­stow­skiej dywer­sji. Ci sami komu­ni­ści, któ­rzy roz­ło­żyli armię rosyj­ską byli bez­silni wobec nie­miec­kiej. Musieli kapi­tu­lo­wać, pod­pi­su­jąc 3 marca 1918 roku trak­tat w Brze­ściu Litew­skim. Nie­miec­kie zwy­cię­stwa stwo­rzyły na wscho­dzie zupeł­nie nowy świat. W Fin­lan­dii, w kra­jach nad­bał­tyc­kich, na Bia­ło­rusi, Ukra­inie i na Kry­mie poja­wiły się rządy przy­ja­zne Niem­com, sto­jące w cał­ko­wi­tej opo­zy­cji do komu­ni­zmu. Bogac­two i poten­cjał wschodu otwo­rzyły swe podwoje dla nie­miec­kiego roz­woju. Niemcy, nawią­zu­jąc sto­sunki dyplo­ma­tyczne ze zmniej­szoną o połowę Rosją, zabez­pie­czyły swoją przy­szłość.

Gene­rał Luden­dorff pośpiesz­nie prze­rzu­cał setki tysięcy żoł­nie­rzy na front zachodni, aby zgnieść alian­tów. Niemcy ni­gdy nie były bliż­sze zwy­cię­stwa, niż na wio­snę 1918 roku.

I to był dokład­nie moment, w któ­rym spon­so­rzy komu­ni­zmu zin­ten­sy­fi­ko­wali swoje wysiłki, kon­cen­tru­jąc się na kam­pa­nii wywro­to­wej wewnątrz Nie­miec. Zmę­czona i pełna nie­po­koju lud­ność cywilna była łatwym łupem dla pro­fe­sjo­nal­nych dywer­san­tów w rodzaju Liebk­nech­tów, Luxem­bur­gów i Eisne­rów. Wszy­scy byli Żydami, podob­nie, jak ich moco­dawcy z Nowego Jorku i Moskwy. Dla nie­miec­kiego spo­łe­czeń­stwa z roku 1918 ta inwa­zja bez­względ­nych obcych wywro­tow­ców, zmie­rza­ją­cych do znisz­cze­nia kraju od wewnątrz, była zupeł­nie nowym wyzwa­niem, wobec któ­rego dobro­duszni i naiwni Niemcy byli bez­bronni.

Hitler już wcze­śniej uznał zor­ga­ni­zo­wane żydo­stwo za śmier­telne nie­bez­pie­czeń­stwo dla każ­dego kraju, kiedy to miał oka­zję być świad­kiem chci­wo­ści i bez­względ­no­ści, jakie towa­rzy­szyły żydow­skiemu zale­wowi Wied­nia. Kiedy prze­by­wał w szpi­talu pod Ber­li­nem, był także świad­kiem dzia­łań żydow­skich agi­ta­to­rów, któ­rzy usi­ło­wali demo­ra­li­zo­wać leczą­cych się żoł­nie­rzy, instru­ując ich, jak symu­lo­wać cho­roby, aby wykrę­cić się od służby na fron­cie. Za pomocą defe­ty­stycz­nej pro­pa­gandy w podobny spo­sób demo­ra­li­zo­wano nowych rekru­tów.

Hitler zauwa­żył także, jak wielu mło­dych i zdro­wych Żydów wygod­nie dekuje się na zaple­czu wojny, jed­no­cze­śnie udzie­la­jąc wspar­cia komu­ni­stycz­nym żydow­skim agi­ta­to­rom. Jego obu­rze­niu zda­wał się wtó­ro­wać sam Luden­dorff, gdy mówił: "Jest abso­lutną koniecz­no­ścią, aby­śmy pod­jęli bar­dziej zde­cy­do­wane dzia­ła­nia mające na celu powo­ły­wa­nie pod broń mło­dych Żydów, któ­rych do tej pory pozo­sta­wiono w zbyt bło­gim spo­koju."

Luden­dorff miał rację, jako że pro­por­cjo­nal­nie na fron­tach zgi­nęło dwa razy wię­cej Niem­ców niż Żydów.

Sprze­ciw Hitlera budził także widok Żydów dora­bia­ją­cych się for­tun na ope­ra­cjach czar­no­ryn­ko­wych i roz­ma­itych wojen­nych spe­ku­la­cjach. W cza­sie, gdy na fron­tach lała się nie­miecka krew, Żydzi boga­cili się w domu i nisz­czyli kraj dzia­ła­niami komu­ni­stycz­nych ter­ro­ry­stów. Hitler był tak wście­kły, że z tru­dem mówił, wydu­sza­jąc z sie­bie tylko: "Wła­śnie teraz robią wszystko, aby­śmy prze­grali wojnę; wbi­jają nam nóż w plecy."

Owe wra­że­nie podzie­lało wielu innych Niem­ców, któ­rzy byli świad­kami tego samego, co obser­wo­wał Hitler. Opi­nię tę podzie­lało także wielu ludzi z zagra­nicy, w tym bry­tyj­ski gene­rał Sir Fre­de­rick Mau­rice, który wypo­wie­dział się prak­tycz­nie w takim samym duchu w arty­kule dla "Daily News", napi­sa­nym po 1918 roku. Fran­cu­ski histo­ryk Ray­mond Car­tier, odno­sząc się do tego, jak odbie­rano owe dzia­ła­nia w Niem­czech, napi­sał, że "Hin­den­burg, Otto Dibe­lius, wio­dąca postać kościoła ewan­ge­lic­kiego, kar­dy­nał Faul­ha­ber z Mona­chium -?wszy­scy zga­dzali się w swej opi­nii, że Niem­com wbito nóż w plecy." Ów cios, lub "Dolch­stoss", jak mówiono w Niem­czech, miał także zwią­zek z bry­tyj­skimi i żydow­skimi zabie­gami, zmie­rza­ją­cymi do popchnię­cia Sta­nów Zjed­no­czo­nych do wojny. Obu­rze­nie Hitlera i jego woła­nie o spra­wie­dli­wość i pomsz­cze­nie "rzeki nie­miec­kiej krwi" opi­suje też John Toland.

W ciągu pierw­szych sied­miu mie­sięcy 1918 roku, pomimo sabo­tażu na fron­cie wewnętrz­nym, Niemcy były o krok od zwy­cię­stwa w woj­nie. Mar­sza­łek Foch, głów­no­do­wo­dzący siłami alianc­kimi, przy­znał w dniu 15 lipca 1918 roku: "Jeśli Reims pad­nie, prze­gra­li­śmy wojnę." Reims był fak­tycz­nie ostat­nim punk­tem alianc­kiego oporu. Ponie­waż Niemcy były tak bli­skie zwy­cię­stwa, poczuły na sobie pełną moc żydow­skiego sabo­tażu i inter­wen­cji milio­nów ame­ry­kań­skich żoł­nie­rzy, sta­ją­cych po stro­nie alian­tów. Cho­ciaż sto­su­nek sił uległ zmia­nie, nie­mieccy żoł­nie­rze na­dal wal­czyli z nie­by­wałą odwagą i upo­rem, spra­wia­jąc, iż wzno­wione ataki alian­tów utknęły w mar­twym punk­cie. Ray­mond Car­tier uczci­wie przy­znał: "W żad­nym miej­scu front nie­miecki nie został prze­rwany. Alianci wszę­dzie spo­tkali się z zacie­kłym opo­rem. Kapi­tan von Hel­l­dorf, wyzna­czony na tłu­ma­cza do roz­mów w Spa doty­czą­cych zawie­sze­nia broni, potrze­bo­wał czter­dzie­stu ośmiu godzin na prze­kro­cze­nie linii frontu, gdyż nie­miecka pie­chota nie chciała wstrzy­mać ognia. Dopiero stu­pro­cen­towy dowód na pod­pi­sa­nie zawie­sze­nia broni zdo­łał prze­ko­nać żoł­nie­rzy do zaprze­sta­nia ostrzału, choć i tak wciąż byli pełni nie­do­wie­rza­nia."

Hitler nie zoba­czy tych ostat­nich kilku tygo­dni wojny ze swo­jego okopu. Dosłow­nie mie­siąc wcze­śniej, w nocy 13 paź­dzier­nika 1918 roku, Bry­tyj­czycy wystrze­lili tysiące poci­sków z gazem musz­tar­do­wym na pozy­cje pułku Hitlera pod Werwick, w pobliżu Ypres we Flan­drii. O świ­cie, czte­ry­stu ośle­pio­nych ludzi, któ­rych oczy palił ból niczym od roz­ża­rzo­nych węgli, błą­kało się po oko­licy z wycią­gnię­tymi przed sie­bie rękami. Hitler był jed­nym z nich.

Prze­trans­por­to­wano go do szpi­tala w Pase­walk na Pomo­rzu, gdzie orze­czono, iż stra­cił wzrok. Osta­tecz­nie zdo­łał się wyku­ro­wać, ale i tak zna­leźli się ludzie, któ­rzy usi­ło­wali wyko­rzy­stać tra­giczny fakt zra­nie­nia prze­ciwko niemu. Nie­jaki gene­rał von Bre­dow, zże­rany przez nie­na­wiść do Hitlera, oświad­czył póź­niej, uży­wa­jąc pseu­do­me­dycz­nego żar­gonu, iż Hitler "cier­piał na histe­rię śle­poty." Ów non­sens został następ­nie pod­chwy­cony przez nie­miec­kich "eks­per­tów" naro­do­wo­ści żydow­skiej, na któ­rych oce­nie pole­gał ame­ry­kań­ski wywiad, kształ­tu­jąc poli­tykę Sta­nów Zjed­no­czo­nych. W Archi­wum Naro­do­wym w Waszyng­to­nie można zna­leźć "raport medyczny" autor­stwa żydow­skiego leka­rza nazwi­skiem Kro­ner, stwier­dza­jący, iż "psy­cho­pa­tia" ośle­pio­nego Hitlera sta­nowi "upo­śle­dze­nie umy­słowe, naj­czę­ściej uwa­run­ko­wane dzie­dzicz­nie i w szcze­gól­no­ści obja­wia­jące się sła­bo­ścią cha­rak­teru".

Inny żydow­ski lekarz, Rudolph Binion z Uni­wer­sy­tetu Bran­deis, nie chcąc pozo­stać w tyle, pochwa­lił się tasiem­co­watą opi­nią w iście freu­dow­skim stylu, w któ­rej źró­deł ośle­pie­nia Hitlera gazem musz­tar­do­wym doszu­kał się w zapa­chu jodyny, obec­nego ćwierć wieku wcze­śniej w pokoju, w któ­rym umie­rała jego matka. Według niego, owa jodyna wez­brała w jego pamięci i dopro­wa­dziła go do sza­leń­stwa!

"Ów gaz musz­tar­dowy", napi­sał Binion, "był ato­mi­zo­waną cie­czą paląca skórę w taki sam spo­sób, w jaki robi to jodo­form. Hitle­rowi ów tru­jący gaz koja­rzył się z zapa­chem jodo­formu, który pamię­tał z okresu śmierci matki. Gdy był hospi­ta­li­zo­wany w Pase­walk musiał być nie­przy­tomny i póź­niej wyma­gał kura­cji psy­chia­trycz­nej."

Nie jest zatem zaska­ku­ją­cym fakt, ze rząd Sta­nów Zjed­no­czo­nych, kar­miony takimi danymi wywia­dow­czymi, ucho­dził w oczach bry­tyj­skich i żydow­skich pod­że­ga­czy wojen­nych za naiw­niaka, któ­rego można zma­ni­pu­lo­wać do przy­stą­pie­nia do dwóch kolej­nych wojen świa­to­wych.

Świat musiał zacze­kać do 1973 roku, kiedy to nie­miecki histo­ryk Wer­ner Maser osta­tecz­nie oba­lił te absurdy w swo­jej książce "Notatki i listy Hitlera":

"Twier­dze­nie pozba­wione jest jakich­kol­wiek pod­staw. Doku­menty, któ­rych nie można pod­wa­żyć, świad­czą o tym, iż okre­sowa utrata wzroku u Hitlera była spo­wo­do­wana zatru­ciem gazem musz­tar­do­wym."

9 listo­pada 1918 roku do szpi­tala w Pase­walk wtar­gnęło trzech mło­dych Żydów, trium­fal­nie obwiesz­cza­jąc, iż oto upa­dają Niemcy Wil­helma II. Hitler usły­szał okrzyki, które wywo­łały u niego praw­dziwe katu­sze. Wciąż ośle­piony, odna­lazł drogę do łózka, gdzie nakryw­szy głowę kocem szlo­chał całymi godzi­nami. Jego kraj, jego ojczy­zna leżała powa­lona i znisz­czona, być może na zawsze.

Wszystko, co przez te lata prze­peł­niało jego duszę i umysł i co do tam­tej pory znaj­do­wało ujście tylko w jego tyra­dach wygła­sza­nych w oko­pach, teraz raz jesz­cze wez­brało w jego sercu. Nie mógł dłu­żej pozo­stać obo­jętny. Walka musiała być kon­ty­nu­owana w jedyny moż­liwy obec­nie spo­sób: odtąd zamiast w oko­pach, będzie ją toczyć na uli­cach.

"Wszystko albo nic", poprzy­siągł sobie. "Zde­cy­do­wa­łem, że zostanę poli­ty­kiem."

"Tam­tej nocy", napi­sał John Toland, "w odlud­nym oddziale szpi­tala w Pase­walk naro­dziła się naj­więk­szą siła XX wieku."

Rozdział 4. Fiasko

Roz­dział 4 Fia­sko

Hitler być może będzie kie­dyś "naj­więk­szą siłą XX wieku", ale na razie był niczym i zda­wał sobie z tego sprawę. "Z nie­zna­nym nazwi­skiem mia­łem bar­dzo małe widoki na pro­wa­dze­nie jakiej­kol­wiek poży­tecz­nej dzia­łal­no­ści." Jak to ujął Joachim Fest: "Nikt nie miał rów­nie zni­ko­mych środ­ków, ani podob­nie nie­po­zor­nego startu." Hitler czuł się bar­dziej samot­nie niż kie­dy­kol­wiek przed­tem. Bar­dziej niż w Wied­niu, gdyż nie sfor­mu­ło­wał jesz­cze swo­jego planu poli­tycz­nego.

21 listo­pada 1918, powoli odzy­sku­jąc wzrok, opu­ścił szpi­tal i udał się do swo­ich koszar w Mona­chium.

Samotny i pozba­wiany przy­ja­ciół, jakie miał widoki na zba­wie­nie Nie­miec? Na tym eta­pie z pew­no­ścią żad­nych. Nie był nawet Niem­cem.

Zresztą, jaki pro­gram poli­tyczny można zapro­po­no­wać Niem­com, któ­rzy po pro­stu wal­czyli, aby tylko prze­trwać jesz­cze jeden dzień? Ludzie umie­rali z głodu, a miliony wete­ra­nów wojny było pozba­wio­nych pracy.

Nie jest żad­nym zasko­cze­niem, że osoby odpo­wie­dzialne za głód i bez­ro­bo­cie wyko­rzy­sty­wały teraz zaist­niałą sytu­ację. 10 listo­pada 1918 roku w Ber­li­nie pro­kla­mo­wano dwie różne repu­bliki. Na czele jed­nej stał bur­żu­azyjny socja­li­sta nazwi­skiem Sche­ide­mann, na czele dru­giej Żyd i komu­ni­sta Liebk­necht, który ponadto kie­ro­wał sztur­mo­wymi oddzia­łami komu­ni­stów, zna­nymi pod nazwą "Związku Spar­ta­kusa." Tego samego listo­pa­do­wego dnia spar­ta­ku­sowcy zaata­ko­wali powra­ca­ją­cych z frontu ofi­ce­rów, raniąc wielu z nich, zry­wa­jąc im epo­lety i odzna­cze­nia. Był to triumf rewo­lu­cji.

Wszyst­kie stare filary wła­dzy cesar­skich Nie­miec, które mogły jesz­cze rato­wać sytu­ację, były ogar­nięte paniką. W popło­chu ewa­ku­owano Reich­stag. Kon­ser­wa­ty­sta Stre­se­mann, ogar­nięty stra­chem, zamknął się w swoim biu­rze. Potrzebna była inter­wen­cja eko­no­mi­sty Schachta, który namó­wił Stre­se­manna do wyj­ścia i dołą­cze­nia do rewo­lu­cji.: "Wszystko roz­grywa się na lewicy, więc musimy grać po lewej stro­nie. Utwórzmy zatem lewi­cową par­tię bur­żu­azyjną." Stre­se­mann pojął suge­stię i, wraz z innymi bur­żu­azyj­nymi opor­tu­ni­stami, sfor­mo­wał Nie­miecką Par­tię Demo­kra­tyczną (DDP). Ten sam Schacht i ta sama par­tia rów­nie szybko prze­sko­czą na stronę Hitlera, kiedy naro­dowi socja­li­ści dojdą do wła­dzy w 1933 roku.

Od listo­pada 1918 roku do lutego 1919 roku Niemcy będą ter­ro­ry­zo­wani przez komu­ni­stycz­nych zbi­rów. Bez­silny Hitler był świad­kiem plą­dro­wa­nia Mona­chium przez opraw­ców żydow­skiego komu­ni­stycz­nego bossa Eisnera.

W Ber­li­nie w ciągu dwóch mie­sięcy komu­ni­ści zma­sa­kro­wali ponad dzie­sięć tysięcy ludzi. Jak Niemcy dłu­gie i sze­ro­kie, komu­ni­ści pro­wa­dzeni przez żydow­skich fana­ty­ków sza­leli na uli­cach.

Osta­tecz­nie ratu­nek przy­szedł ze strony Gustawa Noske, z zawodu drwala i socja­li­sty z prze­ko­na­nia, który jed­no­cze­śnie był w głębi serca patriotą. Samo­dziel­nie zgro­ma­dził nie­wielką liczbę naprędce uzbro­jo­nych ochot­ni­ków i wystą­pił prze­ciwko komu­ni­stom na uli­cach Ber­lina. Patrioci wal­czyli z prze­wa­ża­ją­cymi liczeb­nie siłami mark­si­stów z praw­dziwą furią. Zakrawa to na cud, ale odbili Ber­lin. Ciała tysięcy komu­ni­stycz­nych zbi­rów zasłały ulice. Wśród nich byli żydow­scy przy­wódcy Liebk­necht i Luxem­burg.

Nie­stety, Noske nie mógł być naraz we wszyst­kich miej­scach i mark­si­ści dalej siali spu­sto­sze­nie w innych czę­ściach Nie­miec. W Bre­mie, Olden­burgu, Brunsz­wiku, Ham­burgu, w Sak­so­nii i Zagłę­biu Ruhry sza­lał ter­ror. Ale to w Mona­chium prze­moc się­gnęła szczytu. Wła­śnie tam, brudny i zaro­śnięty mark­si­stow­ski sza­le­niec usa­do­wił się w pałacu króla Bawa­rii, który uciekł w panice. Kurt Eisner, ogło­siw­szy się dyk­ta­to­rem Bawa­rii, naka­zał masa­kro­wa­nie Bawar­czy­ków. Przy oka­zji spre­pa­ro­wał także zestaw doku­men­tów "dowo­dzą­cych winy Nie­miec za wywo­ła­nie I wojny świa­to­wej" i prze­słał go do Wer­salu.

Eisner wypo­wie­dział także wojnę Wir­tem­ber­gii i Szwaj­ca­rii. Wresz­cie, po mie­sią­cach krwa­wego cha­osu, młody dwu­dzie­sto­dwu­letni bawar­ski ofi­cer, ryzy­ku­jąc życiem, zastrze­lił tyrana. Bawar­czycy ogło­sili go boha­te­rem, ale chwila odde­chu nie trwała długo. Lenin bez­zwłocz­nie wysłał trzech innych żydow­skich wataż­ków, aby zastą­pili zabi­tego Eisnera.

Levien, Leviné i Axel­rod. To oni będą "trojką" Bawar­skiej Repu­bliki Rad. Od Lenina i Troc­kiego napły­nęły nastę­pu­jące roz­kazy: "Potroić płace, prze­nieść robot­ni­ków do boga­tych dziel­nic, ode­brać kartki na żyw­ność wszyst­kim, któ­rzy nie są robot­ni­kami."

"Robot­nicy", o któ­rych mowa, nie są robot­ni­kami, ale ulicz­nymi zbi­rami rekru­to­wa­nymi przez żydow­skich komi­sa­rzy. Tym samym to Levien, Leviné i Axel­rod decy­dują, kto jest robot­ni­kiem, a kto nim nie jest. Nastą­piły pogromy "wykształ­co­nych", któ­rych zasze­re­go­wano jako "bur­żu­azję". 29 kwiet­nia 1919 roku hra­bina West­carp i książę von Thurn und Taxis wraz z dwu­dziestką innych "prze­stęp­ców kla­so­wych" zostali zapę­dzeni do koszar woj­sko­wych i roz­strze­lani. Szef Czeki, Lat­sis, poin­stru­ował Leviena, Leviné'a i Axel­roda: "Eli­mi­nu­jemy bur­żu­azję, jako klasę spo­łeczną. Nie musi­cie udo­wad­niać, że ktoś dzia­łał prze­ciwko Związ­kowi Radziec­kiemu. Zapy­taj­cie podej­rza­nego, do jakiej klasy należy, jakie jest jego pocho­dze­nie, wykształ­ce­nie i zawód. Odpo­wie­dzi okre­ślą jego los."

Zgod­nie z notatką mini­ste­rialną, nawet dzieci bur­żu­jów miały być pozba­wione kar­tek na mleko. Tak więc, gdy "nie-robot­nicy", uznani za tako­wych przez Czekę, są masa­kro­wani i gło­dzeni na śmierć, Levien, Leviné i Axel­rod oddają się orgiom i nie­ustan­nemu obżar­stwu w mona­chij­skim pałacu kró­lew­skim. Fran­cu­ski histo­ryk André Bris­saud opi­sze póź­niej te sceny: "W cza­sie, gdy nie­po­wstrzy­ma­nie sze­rzy się nędza i głód, areszty i zbio­rowe egze­ku­cje są na porządku dzien­nym. W międzycza­sie rosyj­skie trio insta­luje się w pałacu kró­lew­skim, gdzie szam­pan nie prze­staje się lać stru­mie­niami i orgie z udzia­łem 'więź­nia­rek' trwają do bia­łego świtu." Libe­ralny histo­ryk Car­tier ubo­lewa: "God­nym poża­ło­wa­nia, ale i nie­pod­wa­żal­nym fak­tem jest, iż osob­nicy, któ­rzy pogrą­żyli Niemcy i Bawa­rię w cha­osie, byli w ogrom­nej więk­szo­ści Żydami."

Inny fran­cu­ski histo­ryk, Beno­ist-Méchin, pisze z kolei: "Tłumy wyma­chu­jące czer­wo­nymi sztan­da­rami idą na wojnę z rzą­dem w imię walki klas. Pró­bują zdła­wić ostat­nie patrio­tyczne instynkty. Jed­nak owe tłumy nie dzia­łają spon­ta­nicz­nie. Pro­wa­dzone są przez legion bojow­ni­ków i agi­ta­to­rów. Kimże są ci agi­ta­to­rzy? W Ber­li­nie to Lands­berg i Haase, Liebk­necht i Róża Luk­sem­burg; w Mona­chium to Kurt Eisner, Lipp i Lan­dauer, Toier, Leviné i Levien; w Zagłę­biu Ruhry to Mar­kus i Levin­son; w Mag­de­burgu Bran­deis; w Dreź­nie Lipin­sky, Geyer i Fle­is­sner; w Bre­mer­ha­ven i w Kolo­nii to Grünewald i Kohn; w Pala­ty­na­cie Lilien­thal i Heine, na Łotwie Ula­ma­nis. Wszy­scy ci ludzie byli Żydami."

Dwaj inni Żydzi, Hirsch i Heine, rzą­dzą Pru­sami, zaś trzech innych Żydów z Reich­stagu, Gothein, Kohn i Zin­she­imer, podej­muje dzia­ła­nie w celu posta­wie­nia przed sądem mar­szałka Hin­den­burga. Wal­ther Rathe­nau, kolejny Żyd, jest mini­strem spraw zagra­nicz­nych Nie­miec. Beno­ist-Méchin dodaje: "Listę można cią­gnąc w nie­skoń­czo­ność. Jak można nie dostrzec w tym praw­dzi­wego spi­sku?"

W tym samym cza­sie na Węgrzech, Béla Kun, Żyd pocho­dzący z cen­tral­nej Europy, powo­łuje do życia kolejną sowiecką repu­blikę. Dwu­dzie­stu pię­ciu z trzy­dzie­stu dwóch jego mini­strów jest Żydami.

Trzeci fran­cu­ski histo­ryk, Pierre Sois­son, jest nie mniej wymowny w swej wypo­wie­dzi: "Trzeba zauwa­żyć, że wielka liczba rewo­lu­cjo­ni­stów skraj­nej lewicy jest Żydami. Mię­dzy innymi ten wła­śnie fakt ciężko zaważy na losie mniej­szo­ści żydow­skiej w Niem­czech w okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym. Wielu Niem­com Żydzi będą się koja­rzyć z czer­wo­nym ter­ro­rem, destruk­cją i anar­chią. Sze­roko sto­so­wany będzie ter­min "żydo-bol­sze­wik" i można bez­piecz­nie zało­żyć, że jego źró­dłem jest pamięć o Liebk­nech­tach, Luxem­bur­gach, Zetki­nach i innych."

Nie­któ­rych ludzi draż­nią te fakty. Wpra­wiają też w zakło­po­ta­nie wielu Niem­ców, od 1945 roku bez­u­stan­nie oskar­ża­nych o eks­ter­mi­na­cję Żydów. Jed­nakże pamięć o wyda­rze­niach z lat 1918-1919 nie może być igno­ro­wana, jeśli fak­tycz­nie pra­gniemy obiek­tyw­nie oce­nić korze­nie nie­miec­kiego anty­se­mi­ty­zmu.

Ale tego typu nie­chęć do Żydów datuje się na czasy znacz­nie poprze­dza­jące wojnę świa­tową. Nawią­zuje ona do bar­dzo sta­rych tra­dy­cji, które we wszyst­kich kra­jach zachod­niej Europy były normą. Już w III wieku Izra­elici, jak ich wtedy nazy­wano, zostali potę­pieni przez wła­dze Gra­nady. Sam Stre­se­mann w okre­sie stu­denc­kim był rzecz­ni­kiem ruchu neo-ger­mań­skiego, który przed wojną wypo­wia­dał się, deli­kat­nie mówiąc, w bar­dzo kry­tyczny spo­sób o wpły­wach żydow­skich w Niem­czech.

Widok mło­dych Żydów wygod­nie prze­cze­ku­ją­cych wojnę, masa­kry nie­miec­kiej lud­no­ści doko­ny­wane przez żydow­skich komu­ni­stów, jak rów­nież dowody na to, iż pra­wie wszy­scy przy­wódcy komu­ni­styczni byli Żydami, nie przy­czy­niły się do zjed­na­nia sobie Niem­ców.

O ile w okre­sie przed­wo­jen­nym Niemcy nie byli miło­śni­kami żydow­skiego spo­sobu życia, to wciąż sto­so­wali zasadę "żyj i daj żyć innym". Jed­nak tuż po woj­nie ogromna więk­szość Niem­ców była obu­rzona tym, co przy­szło im zoba­czyć i wycier­pieć. Kiedy Hitler dema­sko­wał żydow­sko-komu­ni­styczne zbrod­nie i dywer­sje, wyra­żał wyłącz­nie gniew narodu. W Niem­czech nie było jed­nej rodziny, która nie ucier­pia­łaby od okrop­no­ści spo­wo­do­wa­nych przez Żydów.

Nawet naj­bar­dziej tchórz­liwi poli­tycy weimar­scy otwar­cie dema­sko­wali żydow­skich komu­ni­stów jako obce sępy ze wschodu roz­szar­pu­jące powa­lone Niemcy. W 1920 roku, mini­ster spraw wewnętrz­nych, socja­li­sta, otrzy­mał nastę­pu­jący raport -?przy­ta­czany we wspo­mnie­niach Schachta -?nade­słany przez szefa poli­cji ber­liń­skiej, także socja­li­stę, doty­czący jed­nego z przed­mieść sto­licy:

"W rejo­nie tym roi się od naj­bar­dziej plu­ga­wych ele­men­tów, które sta­no­wią nie tylko zagro­że­nie kry­mi­nalne, ale i poli­tyczne, gdyż są źró­dłem przy­wie­zio­nych z Pol­ski i Rosji bol­sze­wic­kich idei, które roz­pro­pa­go­wują na miej­scu. Jed­no­cze­śnie stwa­rzają nie­bez­pie­czeń­stwo dla zdro­wia publicz­nego, albo­wiem jest im obce wszel­kie poję­cie czy­sto­ści. Miesz­kają w bru­dzie, a domy, w któ­rych się gnież­dżą, są nie­wia­ry­god­nie prze­peł­nione i roją się od wszy. Jed­no­cze­śnie miej­sca te są wypchane pro­duk­tami żyw­no­ścio­wymi i roz­ma­itymi deli­ka­te­sami, które pozy­skują drogą szmu­glu, aby je potem sprze­dać. Pra­gnę pod­kre­ślić, iż kry­zys kwa­te­run­kowy, z któ­rym bory­kają się miesz­kańcy pła­cący podatki, będzie się nad­mier­nie pogłę­biał z powodu przyj­mo­wa­nia przez nas zastę­pów obcych ele­men­tów. Nie ma naj­mniej­szego sensu oka­zy­wa­nie tro­ski ludziom tego pokroju, któ­rych dzia­ła­nia dale­kie są od uczci­wych, któ­rzy nie płacą podat­ków, uni­kają wszel­kiej kon­troli, a z dru­giej strony nie prze­pusz­czają żad­nej oka­zji, by omi­jać nie­miec­kie prawo i szko­dzić nie­miec­kiemu dzie­dzic­twu, do jego znisz­cze­nia włącz­nie.

Tego typu ofi­cjalne opi­nie, gdyby zostały zapre­zen­to­wane dzi­siaj, zmo­bi­li­zo­wa­łyby każde żydow­skie lobby, jed­nak Schacht dodał wła­sny komen­tarz do otrzy­ma­nego raportu: "Napływ żydow­skich imi­gran­tów ze wschodu sta­no­wił w tam­tym latach powód do ogrom­nego nie­po­koju." Jego kon­klu­zja była nastę­pu­jąca: "Przy­pa­dek Żydów stał się w kon­se­kwen­cji pro­ble­mem, który począt­kowo miał zaprząt­nąć umy­sły Niem­ców, a następ­nie całego świata -?stał się źró­dłem nie­miec­kiego anty­se­mi­ty­zmu."

To wypo­wiedź tego samego Schachta, który pozo­stał słu­żą­cym i powier­ni­kiem żydow­skich magna­tów w Niem­czech, Anglii i Ame­ryce przed Hitle­rem, w cza­sach Hitlera i po Hitle­rze.

Rów­no­le­gle z bała­ga­nem poli­tycz­nym ist­niał ana­lo­giczny bała­gan moralny. Oprócz poli­tyki, Żydzi prze­jęli także prze­mysł roz­ryw­kowy. "Owe sztuki lat dwu­dzie­stych", pisał Joachim Fest, "zaj­mo­wały się tema­tami ojco­bój­stwa, kazi­rodz­twa, zbrodni i ich pro­wo­ka­cyjne prze­sła­nia spo­ty­kały się z kon­kret­nym aplau­zem. W koń­co­wej sce­nie opery Weila i Brechta "Roz­kwit i upa­dek mia­sta Maha­gonny", akto­rzy wypeł­niają scenę nio­sąc afi­sze ze slo­ga­nami 'Chaos naszym mia­stom', 'Wolny seks', 'Chwała mor­der­com' czy 'Nie­śmier­tel­ność łaj­da­kom'."

Kon­tro­lo­wana przez Żydów prasa entu­zja­stycz­nie recen­zo­wała tego typu sztuki i opery, co zastra­szało bur­żu­azję i zmu­szało ją do peł­nej prze­ra­że­nia ciszy. Jeśli cho­dzi o nie­miec­kich robot­ni­ków, to prze­ciw­dzia­ła­nie zja­wi­skom podob­nej natury leżało zupeł­nie poza ich zasię­giem.

Rów­nież Hitler był bez­silny wobec tej żydow­skiej inwa­zji. Chaos, żydow­skie masa­kry nie­win­nych i bez­bron­nych Niem­ców, dep­ta­nie wszel­kich wzor­ców i war­to­ści oraz dosłowne nisz­cze­nie Nie­miec: widział to wszystko.

Sam jeden na tym świe­cie, cóż mógł uczy­nić? Jego pierw­sza publiczna reak­cja dowio­dła, że w życiu cywil­nym jest rów­nie odważny jak na fron­cie. Gdy żydow­scy komi­sa­rze przy­byli do mona­chij­skich koszar, aby nama­wiać demo­bi­li­zo­wa­nych żoł­nie­rzy do przy­łą­cze­nia się do komu­ni­stycz­nej rewo­lu­cji, Hitler wsko­czył na krze­sło i zakrzyk­nął do swych kole­gów-żoł­nie­rzy: "Nie jeste­śmy gwar­dią rewo­lu­cyjną odpo­wie­dzialną za ochronę hała­stry żydow­skich próż­nia­ków!"

Żydow­ska inwa­zja na Niemcy, jak rów­nież trak­tat wer­sal­ski, będą od tam­tej pory mobi­li­zo­wać wszyst­kie siły Hitlera.

Rozdział 5. Traktat lichwiarzy

Roz­dział 5 Trak­tat lichwia­rzy

28 LIPCA 1919 roku na sześć­dzie­siąt milio­nów Niem­ców, niczym bomba, zwa­lił się trak­tat wer­sal­ski. Jego zada­niem było zmiaż­dże­nie ich do ostat­niego czło­wieka. Stre­se­mann porów­nał, jak w 1871 roku zwy­cię­skie Niemcy potrak­to­wały poko­naną Fran­cję: "Niemcy, które wygrały wojnę i oku­po­wały część tery­to­rium Fran­cji, zda­wały sobie sprawę z koniecz­no­ści napra­wie­nia sto­sun­ków pomię­dzy dwoma naro­dami." Fran­cu­ski dyplo­mata Saint Val­lier ofi­cjal­nie wychwa­lał zacho­wa­nie nie­miec­kiego głów­no­do­wo­dzą­cego. Gdy fran­cu­ski amba­sa­dor Gon­taut-Biron wró­cił do Ber­lina, został powi­tany przez samego następcę tronu nastę­pu­ją­cymi sło­wami: "Na szczę­ście wojnę mamy za sobą i teraz musimy sku­pić się na utrzy­ma­niu pokoju." Rów­nież fran­cu­ski pre­zy­dent Thiers stwier­dził, iż nie­miec­kie naczelne dowódz­two "zasłu­guje na szczerą wdzięcz­ność Fran­cji." Fran­cu­ski rząd zapła­cił sto­sun­kowo skromną kwotę Niem­com i wojna była naprawdę zakoń­czona.

Tym­cza­sem trak­tat wer­sal­ski nie będzie ukła­dem mądrych zwy­cięz­ców, lecz "dyk­ta­tem despo­tów."

Histo­ryk Car­tier tak go pod­su­mo­wał: "Z per­spek­tywy czasu roz­wa­ża­nia na temat owego pomnika pomy­łek i igno­ran­cji wywo­łują pora­ża­jące reflek­sje. Trak­tat oddał zdez­or­ga­ni­zo­wa­nej i bru­tal­nej Pol­sce ogromne tery­to­ria zamiesz­kałe przez Niem­ców. Zaprze­czył isto­cie poli­tyki i geo­gra­fii poprzez stwo­rze­nie gdań­skiego kory­ta­rza. Utwo­rzył Cze­cho­sło­wa­cję, Rumu­nię i Jugo­sła­wię -?napęcz­niałe mniej­szo­ściami naro­do­wymi kraje, które były zaprze­cze­niem wil­so­now­skich zasad. Pozo­sta­wił w gestii komi­sji usta­le­nie wyso­ko­ści alianc­kich rosz­czeń, ale ogólną regułę oparł na arty­kule 231, zgod­nie z któ­rym Niemcy miały wziąć pełną odpo­wie­dzial­ność za wywo­ła­nie wojny. Arty­kuł 228 sta­no­wił żąda­nie wyda­nia przez Niemcy wszyst­kich 'zbrod­nia­rzy wojen­nych', w tym Kaisera i każ­dego gene­rała nie­miec­kiej armii."

Trak­tat został narzu­cony przez alian­tów, któ­rzy do tej pory zdą­żyli zupeł­nie się podzie­lić. Bry­tyj­czycy, spuch­nięci od nie­miec­kiego majątku prze­ję­tego po poko­na­niu Rze­szy, byli teraz bar­dziej zain­te­re­so­wani osła­bie­niem Fran­cji, niż wyci­śnię­ciem dodat­ko­wych środ­ków od Nie­miec. Pre­zy­dent Wil­son był roz­go­ry­czony zigno­ro­wa­niem jego "czter­na­stu punk­tów". Jeśli cho­dzi zaś o rząd fran­cu­ski, był on zain­te­re­so­wany mści­wym trak­ta­tem wyłącz­nie w aspek­cie umo­ty­wo­wa­nia uprzed­niego posła­nia na śmierć milio­nów mło­dych ludzi. Jed­nakże więk­szość fran­cu­skich doku­men­ta­li­stów, w tym zna­mie­nici histo­rycy Ray­mond Bri­zat i Pierre Sois­sons, potę­piła trak­tat. Póź­niej­sza kon­klu­zja Sois­sonsa była nastę­pu­jąca: "Wszyst­kie ziarna II wojny świa­to­wej zostały zasiane przez trak­tat wer­sal­ski."

Po porażce Fran­cji w 1870 roku, przez sześć mie­sięcy trwały roz­mowy pomię­dzy fran­cu­skim przed­sta­wi­cie­lem Jule­sem Favre i Bismarc­kiem, zanim został pod­pi­sany wspól­nie uzgod­niony układ. Jeśli cho­dzi o trak­tat wer­sal­ski, od stycz­nia do maja 1919 roku Niemcy były cał­ko­wi­cie wyłą­czone z wszel­kich nad nim dys­ku­sji.

Alianci rzu­cali się sobie do gar­deł, zaś fran­cu­scy poli­tycy żądali ni mniej, ni wię­cej, tylko cał­ko­wi­tego znisz­cze­nia Nie­miec. Stre­se­mann, który był gotów pójść na każde roz­sądne ustęp­stwo, nie potra­fił ukryć swo­jego osłu­pie­nia na widok hipo­kry­zji alian­tów: "Owa mię­dzy­na­ro­dowa kon­fe­ren­cja usta­la­jąca los Nie­miec i odby­wa­jąca się bez udziału nie­miec­kich przed­sta­wi­cieli jest kpiną ze wszyst­kich zasad, dla któ­rych, wedle słów tych dżen­tel­me­nów, ruszyli rze­komo na wojnę z Niem­cami."

Tym spo­so­bem Niemcy, wyłą­czeni z roz­mów, byli zmu­szeni ścier­pieć utratę Alza­cji i Lota­ryn­gii wraz z całym mająt­kiem, zarówno publicz­nym jak i pry­wat­nym, znaj­du­ją­cym się na obsza­rze tych pro­win­cji. Pro­win­cja Saary, oddzie­lona od Nie­miec, będzie przez pięt­na­ście lat okra­dana ze swo­jego węgla. Nad­re­nia znaj­dzie się w cało­ści pod oku­pa­cją. Pół­tora miliona Niem­ców zosta­nie rzu­co­nych pod jarzmo Pol­ski, a kolejny milion w Kraju Sude­tów trafi pod wła­da­nie Cze­chów. Nie­mieckie drogi wodne, w tym Kanał Kiloń­ski, zostaną oddane pod kon­trolę alian­tów.

Jed­nakże to zasada samo­sta­no­wie­nia sta­no­wiła główną pod­stawę zawie­sze­nia broni z 11 listo­pada 1918, na mocy któ­rego Niemcy zgo­dziły się zło­żyć broń. Trak­tat pogwał­cił nawet i te solenne obiet­nice. W Pru­sach Wschod­nich zarzą­dzono dwa ple­bi­scyty w okrę­gach, na które pożą­dli­wym okiem spo­glą­dała Pol­ska. Efek­tem było miaż­dżące zwy­cię­stwo zwo­len­ni­ków pozo­sta­nia w Niem­czech. Mimo to alianci i tak popchnęli lud­ność w obję­cia Pol­ski. Dola­niem oliwy do ognia było nie tylko pozba­wie­nie tych ludzi nie­miec­kiego oby­wa­tel­stwa, ale i zmu­sze­nie ich do pła­ce­nia kon­try­bu­cji wojen­nych wymu­szo­nych przez zwy­cięz­ców. Jed­nakże nie­mal jed­no­gło­śne wyniki oby­dwu ple­bi­scy­tów były dla alian­tów dzwon­kiem alar­mo­wym, co spra­wiło, iż dopil­no­wali, aby sudeccy Niemcy zostali rzu­ceni do cze­skiego garnca bez moż­li­wo­ści powie­dze­nie choć jed­nego słowa na ten temat. Na Gór­nym Ślą­sku, po osiem­na­stu mie­sią­cach zbroj­nej pol­skiej inter­wen­cji i fran­cu­skich naci­sków, ogło­szono w końcu ple­bi­scyt, na któ­rym więk­szość miesz­kań­ców w licz­bie 60% opo­wie­działa się za pozo­sta­niem w gra­ni­cach Nie­miec. Mimo to, Górny Śląsk i tak tra­fił do Pol­ski.

Jed­nak naj­bar­dziej bez­czel­nym naru­sze­niem wszel­kich zasad pozo­stał przy­kład Austrii. Zna­ko­mita więk­szość Austria­ków pra­gnęła zjed­no­cze­nia z Niem­cami. Austriacki par­la­ment, przy popar­ciu wyra­żo­nym w powszech­nym refe­ren­dum, uro­czy­ście opo­wie­dział się za unią z Niem­cami. Jed­nakże trak­tat wer­sal­ski zigno­ro­wał wolną wolę narodu i sze­ściu milio­nom Austria­ków odmó­wiono prawa głosu.

Car­tier opi­sy­wał, iż kiedy Demo­kra­tyczna Repu­blika Austrii zapre­zen­to­wała pierw­szy arty­kuł swej nowej kon­sty­tu­cji, w któ­rym Austria dekla­ro­wała, iż sta­nowi inte­gralną część nie­miec­kiej repu­bliki, "rząd nie­miecki jed­no­gło­śnie opo­wie­dział się za przy­ję­ciem Austrii do Rze­szy." Auto­rzy trak­tatu wer­sal­skiego ogło­sili, iż ów powszechny głos nie ma żad­nej mocy praw­nej. Prawo do samosta­nowienia mogło być sto­so­wane wyłącz­nie w sytu­acjach, kiedy odpo­wia­dało to alian­tom.

Histo­ryk Sois­sons potwier­dzał, iż "austriac­kim Niem­com unie­moż­li­wiono połą­cze­nie z ich roda­kami w Rze­szy, kiedy w tym samym cza­sie trzy i pół miliona Niem­ców zostało wepchnię­tych do sztucz­nie sfa­bry­ko­wa­nej Cze­cho­sło­wa­cji i odda­nych pod wła­dzę Cze­chów, któ­rzy sami sta­no­wili mniej­szość. Tym spo­so­bem nie­miec­kie tery­to­ria zostały roz­dzie­lone pomię­dzy narody, które nie były nawet stro­nami w woj­nie, takie jak Polacy, Duń­czycy, Czesi i Sło­wacy. Niemcy naprawdę czuli, że łamią ich kołem."

Wer­sal stał się giełdą, na któ­rej roz­dano ponad dzie­sięć milio­nów nie­chęt­nych temu ludzi. Seria dodat­ko­wych trak­ta­tów, (St. Ger­main z 10 wrze­śnia 1920 roku i Tria­non z 4 czerwca 1920) oka­le­czyła Węgry, siłą wpy­cha­jąc miliony Węgrów pod wła­dzę Rumu­nii i ponad dzie­więć milio­nów człon­ków róż­nych naro­do­wo­ści pod rządy trzech milio­nów Ser­bów. Wszy­scy ci ludzie, niczym nie­wol­nicy, nie mieli nic do powie­dze­nie w kwe­stii wła­snego losu. W pol­ską nie­wolę oddano nie tylko pół­tora miliona Niem­ców, ale także miliony Ukra­iń­ców, Bia­ło­ru­si­nów, Rusi­nów i innych nacji. Miliony Sło­wa­ków, Chor­wa­tów, Sło­weń­ców, Albań­czy­ków, Buł­ga­rów i Węgrów rzu­cono w pasz­czę ich odwiecz­nych wro­gów, któ­rzy prze­śla­do­wali ich i zabi­jali. Tak wyglą­dała poli­tyka masoń­skiego rządu Fran­cji, pole­ga­jąca na okrą­że­niu Nie­miec sztucz­nymi pań­stwami zarzą­dza­nymi przez zaprzy­jaź­nio­nych człon­ków Wiel­kiego Wschodu Fran­cji, ukie­run­ko­wana na znisz­cze­nie Bawa­rii, Austrii i Węgier, które opie­rały się nowemu świa­to­wemu porząd­kowi zgod­nemu z wizją Loży.

Rów­nie potworny był finan­sowy wymiar dyk­tatu. Bry­tyj­czycy, któ­rzy zdą­żyli już obsłu­żyć się sami, przej­mu­jąc nie­miec­kie majątki i kolo­nie, zachę­cali Fran­cu­zów do wyci­śnię­cia z Niem­ców ostat­niego feniga, co gwa­ran­to­wało, że Fran­cja i Niemcy będą nie­ustan­nie ska­kać sobie do gar­deł. Bry­tyj­ski esta­bli­sh­ment zda­wał sobie dosko­nale sprawę z faktu, że z Rze­szy i tak nie da się już wydu­sić nic wię­cej. John May­nard Key­nes, doradca eko­no­miczny rządu bry­tyj­skiego, dokład­nie wyli­czył, że Niemcy nie będą w sta­nie zapła­cić nawet jed­nej dzie­sią­tej kwot, któ­rych doma­gali się alianci. Key­nesa w owej kwe­stii szybko uci­szono, a auto­rzy trak­tatu kon­ty­nu­owali kru­cjatę w celu wyci­śnię­cia z Nie­miec iście bajoń­skim sum. W rezul­ta­cie Niemcy zostaną dopro­wa­dzone do ruiny.

Dodat­kiem do tego monu­mentu nie­spra­wie­dli­wo­ści było alianc­kie żąda­nie, aby Niemcy wzięły na sie­bie wyłączną winę za I wojnę świa­tową. Od tam­tego czasu histo­ria w dosta­tecz­nym stop­niu dowio­dła, że główną odpo­wie­dzial­ność za wojnę ponosi pan­sla­wi­styczny Sankt Peters­burg i zrzę­dliwy fran­cu­ski praw­nik-pre­zy­dent Ray­mond Poincaré.

Trak­tat zobo­wią­zy­wał ponadto Niemcy do aresz­to­wa­nia ponad sied­miu­set swych gene­ra­łów i prze­ka­za­nia ich w ręce alian­tów celem uka­ra­nia.

W ten spo­sób Niemcy na dzie­się­cio­le­cia zostały ska­zane na powszechną hańbę i eko­no­miczne znie­wo­le­nie. Póź­niej Stre­se­mann tak oto ubo­le­wał na tym fak­tem: "Alianci nie powie­dzieli nam niczego oprócz kłamstw. Sza­leń­stwem z naszej strony było danie im wiary i zło­że­nie broni przed pod­pi­sa­niem pokoju."

Dyk­tat wywo­łał powszechne obu­rze­nie wśród spo­łe­czeń­stwa, zaś socja­li­styczny pre­mier Sche­ide­man zło­żył dymi­sję, twier­dząc, iż "trak­tat jest nie do zaak­cep­to­wa­nia." Jego miej­sce zajął inny socja­li­sta, Bauer, jed­nak nie był w sta­nie utrzy­mać jed­no­ści antytrak­tatowej koali­cji. Cen­try­sta Erz­ber­ger ska­pi­tu­lo­wał i pod­dał się dyk­ta­towi. Przyj­dzie mu zapła­cić za to życiem, gdy dzie­sięć mie­sięcy póź­niej młody nie­miecki patriota zastrzeli go "w odwe­cie za zdradę".

Jed­nakże rząd weimar­ski, bojąc się wście­kło­ści narodu, nie pod­pi­sy­wał trak­tatu do momentu, gdy alianci zagro­zili inwa­zją Nie­miec z uży­ciem trzech milio­nów żoł­nie­rzy. Do tego czasu Niemcy były już roz­bro­jone i stały wobec pew­nej porażki w obli­czu sil­nego nie­przy­ja­ciela, a w kon­se­kwen­cji jesz­cze więk­szego okro­je­nia tery­to­rium tego, co pozo­stało z Rze­szy.

Nie­miecki par­la­ment, dosłow­nie z lufą pisto­letu przy­sta­wioną do skroni, raty­fi­ko­wał trak­tat na dwie godziny przed aliancką inwa­zją. Stre­se­mann, zwo­len­nik pokoju, musiał przy­znać: "Wymu­szony pod­pis nie ma wagi. Ten tyra­niczny trak­tat jest zapo­wie­dzią nowej wojny."

Alianci odbie­rali tego typu pro­te­sty z nie­na­wi­ścią i pogardą. Nawet wiele mie­sięcy po raty­fi­ka­cji, przed­sta­wi­ciele Nie­miec, któ­rym naka­zano sta­wie­nie się przed alian­tami celem ode­bra­nia instruk­cji na oko­licz­ność wypeł­nie­nia trak­tatu, byli trak­to­wani jak galer­nicy. Nie oszczę­dzono choćby samego Schachta, tak dum­nego ze swych bra­ter­skich kon­tak­tów z tyra­nami Wiel­kiego Wchodu Fran­cji. Wspo­mi­nał potem, z jak pogar­dli­wym sto­sun­kiem spo­ty­kali się Niemcy:

"Sta­łem na czele dele­ga­cji spe­cja­li­stów róż­nych gałęzi prze­my­słu, uda­ją­cej się do Hagi w celu omó­wie­nia alianc­kich żądań doty­czą­cych naszego potasu i innych pro­duk­tów che­micz­nych. Przy­ję­cie, z jakim się spo­tka­li­śmy, przy­wio­dło mi na myśl per­skich satra­pów przyj­mu­ją­cych peten­tów z pod­bi­tych Aten. Nie było śladu ele­men­tar­nej uprzej­mo­ści. W cza­sie roz­mów nasi dele­gaci musieli stać, ponie­waż nie zadbano o krze­sła dla nich. Nie ukry­wa­łem mojej zło­ści z powodu cham­stwa alian­tów, a moi kole­dzy bła­gali mnie, abym nie pro­te­sto­wał. Mimo to, zwró­ci­łem się do alianc­kiego gene­rała, prze­wod­ni­czą­cego roz­mo­wom: 'Umiesz­czono nas w naj­gor­szych hote­lach z pod­łym wyży­wie­niem. Nie zezwala nam się na wycho­dze­nie na zewnątrz, a w cza­sie roz­mów zmu­szą się nas do sta­nia. Żądam, aby poło­żył pan kres tego typu postęp­kom.' Gene­rał odpo­wie­dział mi chłod­nym tonem: 'Zdaje się pan zapo­mi­nać, że prze­gra­li­ście wojnę.' Wró­ci­łem do Ber­lina wielce oświe­cony tym doświad­cze­niem." Nie­miec­kie spo­łe­czeń­stwo dusiło się od tego typu oszustw i poni­żeń. W kraju było pod dostat­kiem inte­lek­tu­ali­stów, ludzi inte­resu i urzęd­ni­ków wyso­kiego szcze­bla, jed­nak ani jeden z nich nie zdo­był się na rzu­ce­nie wyzwa­nia takiemu sta­nowi rze­czy.

I to wła­śnie wtedy nie­znany i samotny kapral rzu­cił hasło, by Niemcy zaczęły sta­wiać opór. Jego pod­bój ludz­kich umy­słów gra­ni­czyć będzie z cudem. Stop­niowe zdo­by­wa­nie gło­sów milio­nów wybor­ców zaj­mie mu czter­na­ście lat, gdyż auto­ma­tycz­nie miał prze­ciwko sobie grupy inte­resu repre­zen­tu­jące usta­lony porzą­dek.

Z dru­giej strony Europy, Lenin z satys­fak­cją przy­glą­dał się roz­wo­jowi wypad­ków, które pro­stą drogą pro­wa­dziły do kolej­nej bra­to­bój­czej wojny na kon­ty­nen­cie. Taki sce­na­riusz ide­al­nie paso­wał do jego pla­nów pod­boju świata: "Splą­dro­wa­nym i roz­dar­tym Niem­com został narzu­cony pokój katów i lichwia­rzy." Dla Lenina nie była to tra­ge­dia, lecz sprzy­ja­jąca oko­licz­ność. To miała być euro­pej­ska wojna domowa, po któ­rej jedy­nym zwy­cięzcą będzie komu­nizm.

Zaczął się poje­dy­nek mię­dzy potężną Mię­dzy­na­ro­dówką Komu­ni­styczną, popie­raną przez wyso­kie kręgi finan­sjery i byłym kapra­lem Hitle­rem, nie­po­pie­ra­nym przez nikogo, poza pro­stymi ludźmi.