Wiek Hitlera Tom 1 - Leon Degrelle

Kup ebooka

49.00 zł

-
Proszę czekać

Przedmowa do wydania polskiego

Ulu­bie­niec Hitlera pisze nową, szo­ku­jącą histo­rię XX-go wieku! I co wię­cej, na potwier­dze­nie swo­ich kon­tro­wer­syj­nych tez czę­sto przy­ta­cza doku­menty archi­walne lub cytuje publi­ka­cje cał­kiem wia­ry­god­nych euro­pej­skich histo­ry­ków.

Książka jest kapi­tal­nym dowo­dem na to, że nie ma histo­rii tzw. obiek­tyw­nej, czyli jedy­nej słusz­nej. Każdy histo­ryk stara się uwy­pu­klać jedne doku­menty kosz­tem innych, a czę­sto i cytuje jedne źró­dło, pomi­ja­jąc inne, które może zaprze­czyć wysu­nię­tej przez niego tezie. Na naszym podwórku czę­sto tak wła­śnie czy­nią histo­rycy piszący o Powsta­niu War­szaw­skim. (Jeśli jestem za, przy­ta­czam tylko doku­menty za, a jeśli prze­ciw, to odwrot­nie).

Nie ustrzegł się tego i Leon Degrelle. Pisząc z pozy­cji wyznawcy Hitlera nie mógł się wyzwo­lić od anty­ży­dow­skiej reto­ryki. Kry­ty­ku­jąc (słusz­nie lub nie) zacho­wa­nia nie­któ­rych osób pocho­dze­nia żydow­skiego, będą­cych na świecz­niku wła­dzy w Euro­pie, roz­sze­rza tą kry­tykę na wszyst­kich Żydów. I to jest wła­śnie anty­se­mi­tyzm, z któ­rego oko­wów Degrelle uciec nie może.

Ale odrzu­ca­jąc ten cały degrel­low­ski anty­se­mi­tyzm, a także anty­po­lo­nizm i anty­sla­wi­nizm, dosta­jemy do ręki fascy­nu­jącą książkę, pełną nie­zwy­kłych aneg­dot o ludziach wła­dzy przed i w cza­sie pierw­szej wojny świa­to­wej.

Degrelle, opi­su­jąc rze­czy­wi­stość euro­pej­ską cza­sów pierw­szej wojny świa­to­wej, nie stroni też od wycie­czek w przy­szłość, do cza­sów hitle­row­skich. Prze­szłość i przy­szłość czę­sto się u niego spla­tają, nic zresztą w tym dziw­nego, bo pierw­sza wojna świa­towa, według autora, była pra­przy­czyną dru­giej wojny świa­to­wej.

Ory­gi­nalna teza, że wojny tak naprawdę chcieli ludzie będący przy wła­dzy w Rosji, Fran­cji i Anglii, sta­wia naszą wie­dzę histo­ryczną w tym tema­cie na gło­wie. Co cie­kawe, Degrelle czę­sto przy­ta­cza prace fran­cu­skich histo­ry­ków, potwier­dza­ją­cych tą tezę.

Cały nakład tej książki, wydany w Bel­gii został w cało­ści znisz­czony.

W pew­nym sen­sie jest to książka do dzi­siaj zaka­zana. Jej jedyne wyda­nie uka­zało się w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Ale skoro żyjemy w cza­sach, w któ­rych legal­nie wydaje się "Main Kampf"...nie ma powodu aby nie wydać i tej książki.

I na końcu parę cyta­tów z Degrella:

"Co zna­czy cier­pie­nie, kiedy w życiu miało się kilka nie­śmier­tel­nych chwil? Przy­naj­mniej się żyło."

"Krót­kie czy dłu­gie życie jest coś warte jedy­nie wtedy, gdy nie będziemy musieli się go wsty­dzić."

Andrzej Ryba

Rozdział 7. Rosja przeprowadza mobilizację

Roz­dział 7 Rosja prze­pro­wa­dza mobi­li­za­cję

Dziw­nym jest fakt, iż tym, któ­remu nie­mal na wyłącz­ność powie­rzono obo­wiązki odpo­wie­dzial­nego za nad­zo­ro­wa­nie sto­sun­ków z Rosją, został Mau­rice Pale­olo­gue. Fran­cu­ski pre­mier, Viviani, spra­wo­wał także funk­cję mini­stra spraw zagra­nicz­nych, więc zgod­nie z kon­sty­tu­cją był zwierzch­ni­kiem Pale­olo­gue. Gdy Viviani podró­żo­wał do Sankt Peters­burga i z powro­tem, tym­cza­sowo peł­nią­cym obo­wiązki mini­stra spraw zagra­nicz­nych został mini­ster spra­wie­dli­wo­ści, Bie­nvenu-Mar­tin. Prawda jest taka, że Viviani nie cie­szył się zbyt wiel­kim auto­ry­te­tem. Poincaré trak­to­wał swo­jego pre­miera wynio­śle i podejrz­li­wie i czę­sto dzia­łał za jego ple­cami. Paléologue z kolei był pełen pogardy dla swego zwierzch­nika, o któ­rym powie­dział: "Viviani nie ma naj­mniej­szego poję­cia o spra­wach dyplo­ma­cji, jest nie­mrawy i naj­bar­dziej ordy­narny ze wszyst­kich naszych poli­ty­ków". Odsu­wany na bok, trak­to­wany z pogardą, Viviani nabawi się sza­leń­stwa i skoń­czy w przy­tułku.

Jeśli cho­dzi o tym­cza­so­wego mini­stra spraw zagra­nicz­nych, J.B. Bie­nvenu-Mar­tina, w cza­sie swego urzę­do­wa­nia nie ode­grał prak­tycz­nie żad­nej istot­nej roli. Abel Ferry, sekre­tarz stanu w mini­ster­stwie spraw zagra­nicz­nych napi­sał o nim w swych Car­nets: "Mini­ster poja­wia się tylko na czter­dzie­ści pięć minut dzien­nie i myszy har­cują". Gdy Beinvenu-Mar­tin był nie­obecny, a Viviani omi­jany, kory­ta­rze mini­ster­stwa spraw zagra­nicz­nych wypeł­niali nie­ofi­cjalni "dyplo­maci" i kom­bi­na­to­rzy w rodzaju Tar­dieu, który uwa­żał mini­ster­stwo za swoją pry­watną działkę i szwen­dał się po poko­jach na Quai d'Orsay z ele­gancką cygar­niczką w ustach, ster­czącą z jego smęt­nej twa­rzy czło­wieka-ryby. Naj­po­tęż­niej­szym czło­wie­kiem na miej­scu był nie Viviani czy Beinvenu-Mar­tin, ale dyrek­tor poli­tyczny, sekre­tarz gene­ralny Phi­lippe Ber­the­lot. Był ostat­nim, któ­rego można by uwa­żać za przed­sta­wi­ciela uczci­wej dyplo­ma­cji, opar­tej na wza­jem­nym zaufa­niu i media­cji: to Ber­the­lot odpo­wia­dał za edy­cję Żół­tej Księgi.

Gdy tylko "France" odbił od nabrzeża, Paléologue przy­stą­pił do pracy. Na następny dzień, 24 lipca, zapro­sił Sazo­nowa, rosyj­skiego mini­stra spraw zagra­nicz­nych, na lunch o dwu­na­stej trzy­dzie­ści. Przez następne trzy dni obaj pano­wie będą kon­fe­ro­wać nie­mal bez prze­rwy.

W cza­sie spo­tka­nia Paléologue prze­ka­zał Sazo­no­wowi hasło prze­wod­nie, które otrzy­mał wła­śnie tele­gra­ficz­nie od Poincaré pro­sto z pokładu okrętu: "Bądź twardy! Bądź twardy!" Fran­cu­skiemu dyplo­ma­cie sekun­do­wał drugi gość przy stole. Bry­tyj­ski amba­sa­dor, Sir Geo­rge Bucha­nan, rywa­li­zo­wał z Sazo­no­wem w entu­zja­zmie do sprawy rosyj­skiej. Będąc daleki od obiek­ty­wi­zmu i bez­stron­no­ści, jakich można by ocze­ki­wać od przed­sta­wi­ciela Bry­ta­nii, Bucha­nan był zago­rza­łym zwo­len­ni­kiem wiel­kiego księ­cia Miko­łaja i jego pan­sla­wi­stycz­nych ambi­cji. W cza­sie lun­chu, gdy Sazo­now i Paléologue naci­skali, by poparł Fran­cję i Rosję, odpo­wie­dział bez waha­nia: "Gło­si­cie kaza­nie do nawró­co­nego".

Sazo­now, który dopiero co poin­stru­ował serb­skiego pre­miera Pašića, aby ten odrzu­cił szó­sty punkt austriac­kich warun­ków uzgod­nie­nia sprawy Sara­jewa -?doty­czący powo­ła­nia wspól­nej komi­sji docho­dze­nio­wej -?widział w oznace ofi­cjal­nego bry­tyj­skiego popar­cia nie­zmierne wzmoc­nie­nie. Jesz­cze bar­dziej uwy­dat­nił swe sta­no­wi­sko, nama­wia­jąc Pašića, aby zarówno on, jak i serb­ski regent, opu­ścili natych­miast Bel­grad, przy­go­to­wu­jąc się do roz­po­czę­cia dzia­łań wojen­nych. Pašić dość szybko zasto­so­wał się do żąda­nia, odsy­ła­jąc natych­miast rodzinę do Paryża.

25 lipca Ser­bia zło­żyła swą kontr­pro­po­zy­cję Austrii, akcep­tu­jąc warunki, które były nie­istotne dla rządu Pašića i jego rosyj­skich moco­daw­ców, odrzu­ca­jąc jed­no­cze­śnie te, które z punktu widze­nia Austrii były naj­istot­niej­sze. Zgod­nie z roz­ka­zami Sazo­nowa, Pašić zapre­zen­to­wał amba­sa­do­rowi austriac­kiemu sta­no­wi­sko, z któ­rego wyni­kało, iż jego rząd dekla­ruje wolę uka­ra­nia spraw­ców, ale wyłącz­nie po uzna­niu ich winy po docho­dze­niu, w któ­rym nie będą brali udziału Austriacy. Bez wąt­pie­nia było to sta­no­wi­sko cał­ko­wi­cie zro­zu­miałe, jeśli weź­mie się pod uwagę fakt, iż Pašić dosko­nale zda­wał sobie sprawę, kto zor­ga­ni­zo­wał mor­der­czy spi­sek i że będzie się pamię­tać o tym, iż codzien­nie przy­cho­dził do swego biura w towa­rzy­stwie głów­nego spi­skowca Bał­ka­nów, rosyj­skiego amba­sa­dora Har­twiga. Jed­nak zarówno Pašić, jak i jego rosyj­scy men­to­ro­wie, zda­wali sobie sprawę, że odrzu­ce­nie żądań Austrii ozna­cza wojnę.

Tego samego dnia, gdy Sazo­now, Paléologue i Bucha­nan spi­sko­wali przy her­ba­cie, rosyj­skie kie­row­nic­two, ufnie świa­dome odpo­wie­dzi, jakiej następ­nego dnia Ser­bia udzieli Austria­kom, roz­po­częło mobi­li­za­cję swych potęż­nych armii. 24 lipca po połu­dniu Sazo­now przed­ło­żył carowi plan lokal­nej mobi­li­za­cji, która zakła­dała prze­sta­wie­nie na tryb wojenny oddzia­łów z okrę­gów woj­sko­wych Moskwy, Kijowa i Kaza­nia. Pra­wo­myślna histo­ria mówi o rosyj­skiej mobi­li­za­cji, która miała się odbyć tydzień póź­niej, czyli 30 lub 31 lipca. Wcze­śniej­sza regio­nalna, "wstępna" mobi­li­za­cja jest lek­ce­wa­żona i przyj­mo­wana zale­d­wie jako krok defen­sywny, mający uprze­dzić pazerną Austrię, zde­cy­do­waną zgnieść małą Ser­bię. Gene­ral­nie tuszuje się fakt, że rosyj­skie floty, Bał­tycka i Czar­no­mor­ska, rów­nież otrzy­mały roz­kaz mobi­li­za­cji. Jasno widać, że było to coś wię­cej, niż "regio­nalna" mobi­li­za­cja. Morze Czarne znaj­duje się daleko od któ­rych­kol­wiek akto­rów serb­skiego kry­zysu i żaden kanał nie łączy Bał­tyku z Duna­jem.

Naj­wy­raź­niej Rosja­nie wycią­gali rękę po owoc, na który od dawna z zazdro­ścią patrzyli ide­olo­go­wie rosyj­skiej eks­pan­sji: Czar­grad, Kon­stan­ty­no­pol, Stam­buł -?sto­lica Impe­rium Osmań­skiego, owoc wart o wiele wię­cej, niż owoce na wszyst­kich drze­wach Ser­bii.

Rów­nie jasne było to, iż prze­pro­wa­dza­jąc mobi­li­za­cję na Bał­tyku, rosyj­scy eks­pan­sjo­ni­ści przy­go­to­wują się do ude­rze­nia na Niemcy. Mobi­li­zu­jąc Flotę Bał­tycką, Rosja­nie decy­do­wali się na pro­wo­ka­cję, wobec któ­rej Kaiser i jego mini­stro­wie z led­wo­ścią mogli przejść obo­jęt­nie.

Car Miko­łaj II nie był czło­wie­kiem per­fid­nym. Nie skrzyw­dziłby muchy, nawet gdyby miał na tyle ener­gii. Ale był nie­wiele bar­dziej żwawy, niż żywy trup. Bli­ski przy­ja­ciel rosyj­skiego władcy powie­dział o nim tak: "Jeśli zadać mu ważne pyta­nie, ma się wra­że­nie, że wpada w kata­lep­tyczny trans".

Tym samym był miękki jak wosk w rękach dorad­ców i mini­strów w rodzaju Sazo­nowa. Mini­ster spraw zagra­nicz­nych szybko wymógł na nim zatwier­dze­nie planu czę­ścio­wej mobi­li­za­cji, który został następ­nie zaapro­bo­wany przez radę mini­strów w Kra­snym Siole w dniu 25 lipca. Regio­nalna, lub "czę­ściowa" mobi­li­za­cja, zapo­cząt­ko­wana tą decy­zją była, w świe­tle realiów woj­sko­wych tam­tego dnia, wszyst­kim, tylko nie czę­ściową mobi­li­za­cją. Raz ogło­szona, mobi­li­za­cja postę­po­wała zgod­nie z usta­lo­nymi pla­nami, któ­rych nie można było zmie­nić, co spra­wiało, że sta­wała się nie­odwo­łalna. Car słabo orien­to­wał się w kwe­stiach stra­te­gii i tak­tyki i znaj­do­wał się w sta­nie bło­giej nie­świa­do­mo­ści, że po zaak­cep­to­wa­niu żąda­nia Sazo­nowa prze­sta­wił swój kraj na kurs, z któ­rego nie można było zawró­cić.

Nawet wtedy, były takie jed­nostki rosyj­skie, które gorącz­kowo pusz­czono w ruch całe tygo­dnie przed pod­ję­ciem decy­zji o mobi­li­za­cji z dnia 24 lipca 1914 roku. Dwa­dzie­ścia dni wcze­śniej sześć­dzie­siąt tysięcy żoł­nie­rzy, któ­rzy wywarli tak wiel­kie wra­że­nie na pre­zy­den­cie Poincaré, gdy para­do­wali w takt fran­cu­skich mar­szów woj­sko­wych na bło­niach pod Kra­snym Sio­łem, zostało na roz­kaz sztabu gene­ral­nego prze­rzu­cone z Sybe­rii. Śniegi Sybe­rii sto­piły się w cza­sie kró­ciut­kiego, pół­noc­nego lata. W szta­bie gene­ral­nym cheł­piono się, że jed­nostki sybe­ryj­skie będą w Ber­li­nie, zanim śnieg powróci na ogromne rosyj­skie prze­strze­nie w Azji.

* * *

25 lipca wielki książę Miko­łaj zaba­wiał się na ogrom­nym ban­kie­cie dla woj­sko­wych elit. Tam wła­śnie Niem­ców po raz pierw­szy dobie­gły słu­chy o decy­zji rosyj­skiego władcy w kwe­stii wojny. Gene­rał von Che­lius, oso­bi­sty przed­sta­wi­ciel Kaisera na dwo­rze car­skim, sie­dział obok sta­rego przy­ja­ciela, barona Grun­walda, koniu­szego księ­cia Miko­łaja. Gdy wzno­szono toa­sty, rosyj­ski mar­sza­łek spoj­rzał poważ­nie na Niemca, z widocz­nym wzru­sze­niem pod­niósł w jego kie­runku kie­li­szek i powie­dział: "Mój drogi towa­rzy­szu, nie jestem upo­waż­niony, by mówić o decy­zjach, jakie pod­jęto dzi­siaj w połu­dnie, ale były one bar­dzo poważne".

Następ­nie, kła­dąc ręką na ramie­niu von Che­liusa, dodał: "Miejmy nadzieję, że przyj­dzie nam się spo­tkać w lep­szych cza­sach".

Tak więc było to poże­gna­nie. Rosyj­ski ofi­cer nie mógł być bar­dziej wymowny. Wie­dział, że nad­ciąga wojna, i że roz­staje się ze swoim przy­ja­cie­lem na godziny przed tym, zanim Ser­bia odrzuci warunki Austria­ków.

Jed­nak to wielki książę Miko­łaj był gwiazdą ban­kietu. Przed dwoma tysią­cami świeżo upie­czo­nych ofi­ce­rów z aka­de­mii woj­sko­wej w Sankt Peters­burgu (pospiesz­nie nomi­no­wa­nymi kilka godzin wcze­śniej), rosyj­ski wódz naczelny ode­grał pełne unie­sie­nia przed­sta­wie­nie teatralne, obli­czone na mak­sy­malne roz­pa­le­nie ich wojow­ni­czych uczuć. Sala wypeł­niła się rado­snymi pie­śniami, któ­rym towa­rzy­szył brzęk pustych kie­lisz­ków po wódce, rosyj­skim oby­cza­jem roz­bi­ja­nych o pod­łogę.

Tego dnia w Sankt Peters­burgu rado­wał się jesz­cze jeden Rosja­nin. Alek­san­der Izwol­ski, knu­jący wojenne intrygi od 1906 roku, który stwo­rzył rzekę, pły­nącą obok Sekwany do Paryża -?rzekę pie­nię­dzy, któ­rymi prze­ku­pił i sko­rum­po­wał prasę. Był na miej­scu, by wresz­cie ujrzeć owoce swej pracy. Powró­cił do swo­jej sto­licy, aby dopil­no­wać, żeby Poincaré nie spo­wol­nił biegu rze­czy przez trzy­ma­nie się pro­to­kołu dyplo­ma­tycz­nego czy też for­mal­nych pro­ce­dur. Nie musiał się mar­twić; Sazo­now i wielki książę Miko­łaj dobrze wyko­nali swoją robotę. Teraz Izwol­skiemu pozo­stało tylko powró­cić do Paryża, by obser­wo­wać osta­teczne fran­cu­skie przy­go­to­wa­nia i być w goto­wo­ści do prze­pchnię­cia fran­cu­skich przy­wód­ców przez kra­wędź, na wypa­dek gdyby w ostat­niej chwili zdra­dzili oznaki waha­nia.

Wie­czo­rem 25 lipca Izwol­ski wsiadł do pociągu do Paryża. Jego fran­cu­ski kolega, Pale­olo­gue, odrzu­ca­jąc wszel­kie pozory dys­kre­cji, towa­rzy­szył mu w dro­dze na sta­cję i odpro­wa­dził go do oso­bi­stego wagonu. Izwol­ski, o kwa­dra­to­wej twa­rzy, z rysami Kał­muka, cały pro­mie­niał. Z trium­fal­nym okrzy­kiem zapew­nił Fran­cuza: "Tym razem, to wojna!" Następ­nie obaj pano­wie, rosyj­skim oby­cza­jem, uca­ło­wali się w usta. Wkrótce potem pociąg fran­cu­skiego amba­sa­dora ruszył do Paryża.

Następ­nego ranka Paléologue zate­le­gra­fo­wał do Paryża, infor­mu­jąc swój rząd, iż rosyj­ska mobi­li­za­cja jest w toku. Ani tego dnia, 26 lipca, ani żad­nego następ­nego, fran­cu­skie kie­row­nic­two nie zapro­te­sto­wało ani nie uczy­niło żad­nego wysiłku, by w jaki­kol­wiek spo­sób powstrzy­mać te dzia­ła­nia, tym samym dostar­cza­jąc kolej­nego dowodu na zmowę rządu Poincaré z rosyj­skimi impe­ria­li­stami. Nie trzeba doda­wać, że edy­tor Żół­tej Księgi zde­cy­do­wał o pomi­nię­ciu tego tele­gramu w wyczer­pu­ją­cym rze­komo zbio­rze doku­men­ta­cji, zwią­za­nej z począt­kiem wojny.

Przez kilka lat Poincaré wie­rzył, że dzięki usu­nię­ciu z ofi­cjal­nej rzą­do­wej doku­men­ta­cji obcią­ża­ją­cych dowo­dów, doty­czą­cych wyda­rzeń z lipca 1914 roku, zdoła odwró­cić od sie­bie wszel­kie oskar­że­nia i podej­rze­nia. Jego pozba­wiona polotu men­tal­ność nie pozwo­liła mu prze­wi­dzieć, iż kata­klizm, wywo­łany przez jego wła­sne, skryte machi­na­cje, zapo­cząt­kuje fun­da­men­talne zmiany w poli­tycz­nym porządku, w któ­rym tak dobrze potra­fił się obra­cać. Dzie­sięć lat po woj­nie, Sier­giej Dmi­trie­wicz Sazo­now, rosyj­ski mini­ster spraw zagra­nicz­nych, z któ­rym Poincaré tak spryt­nie uzgod­nił kwe­stię wojny, znaj­dzie się na wygna­niu, z daleka od leżą­cej w gru­zach ojczy­stej Rosji, chło­sta­nej knu­tem tak strasz­li­wym, że nie mógłby o takim marzyć żaden z carów. Zawa­le­nie się sta­rego porządku osta­tecz­nie odarło go z chęci tuszo­wa­nia dzia­łań Poincaré. W swoim Sechs Schwere Jahre, (wyda­nym w języku angiel­skim pod tytu­łem Fate­ful Years), ujaw­nił prawdę o tele­gra­mie Paléologue do Paryża. Tym samym jesz­cze jedno histo­ryczne kłam­stwo roz­sy­pało się w proch.

Izwol­ski przy­był do Paryża w dniu 29 lipca. Tele­gram, rzecz jasna, dotarł tam przed nim i Poincaré był już dobrze przy­go­to­wany do współ­pracy z rosyj­skim amba­sa­do­rem, gdy ten zamel­do­wał się w Pałacu Eli­zej­skim. W głębi ducha fran­cu­ski pre­zy­dent był zachwy­cony pozba­wio­nym skru­pu­łów spo­so­bem, w jaki Rosja zamie­rzała prze­for­so­wać pro­blem z Niem­cami i Austrią. Poincaré pra­gnął wojny nawet bar­dziej żar­li­wie, niż sami Rosja­nie. Po dwóch latach sta­rań jego życze­nie miało się speł­nić.

Rozdział 8. Niemiecka powściągliwość

Roz­dział 8 Nie­miecka powścią­gli­wość

Począt­kowo rosyj­scy przy­wódcy wie­rzyli, nie bez dozy naiw­no­ści, że mobi­li­za­cja może zostać prze­pro­wa­dzona w tajem­nicy, pozwa­la­jąc ich ocię­ża­łym siłom zbroj­nym na zyska­nie dodat­ko­wego tygo­dnia, w ciągu któ­rego zdo­łają zgro­ma­dzić miliony powo­ła­nych pod broń ludzi i prze­rzu­cić ich nad gra­nicę nie­miecką i austro-węgier­ską.

Wie­ści wia­trem roze­szły się w ciągu dwu­dzie­stu czte­rech godzin -?na cztery strony świata. Nie­dy­skre­cji było wiele; od alu­zji Grun­walda wygło­szo­nej do von Che­liusa na ban­kie­cie w Kra­snym Siole do pozba­wio­nego roz­wagi zacho­wa­nia Izwol­skiego na dworcu kole­jo­wym.

Nowo­mia­no­wani ofi­ce­ro­wie z aka­de­mii woj­sko­wej byli nie mniej mało powścią­gliwi, zaś wielki książę Miko­łaj, z dum­nie wypiętą pier­sią, odgry­wał już rolę żoł­nie­rza-samo­chwały, ku podzi­wowi dam w rosyj­skiej sto­licy.

Jak dowie­dli tego bol­sze­wicy, publi­ku­jąc doku­menty z rosyj­skich archi­wów doty­czące sto­sun­ków fran­cu­sko-rosyj­skich w latach 1910 -?1914, car­ski reżim nie dowie­rzał swym fran­cu­skim alian­tom do samego momentu wybu­chu wojny. Oferta fran­cu­skiego złota i krwi, jako doda­tek do zgody na zakusy cara odno­śnie Kon­stan­ty­no­pola, Bał­ka­nów, Rusi, czę­ści Pol­ski znaj­du­ją­cej się w rękach Nie­miec i Austro-Węgier, jak rów­nież Ślą­ska, zadzi­wiła Rosjan jako nie­wy­mow­nie szczo­dra, nawet, jako rekom­pen­sata za wspar­cie w odzy­ska­niu Alza­cji i Lota­ryn­gii.

Aby upew­nić się, że Fran­cja nie wycofa się w ostat­niej chwili ze swo­ich zobo­wią­zań, Rosja­nie przy­śpie­szyli mobi­li­za­cję na tyle, na ile pozwa­lały im moż­li­wo­ści. Im szyb­ciej się spra­wią, tym pew­niej­sza będzie fran­cu­ska współ­praca, ale i tym szyb­ciej nowiny dotrą do przy­szłych wro­gów pan­sla­wi­stów. A podej­rze­nia po dru­giej stro­nie gra­nicy, w Niem­czech, już nara­stały.

25 lipca, cesarz Wil­helm był wciąż na morzu na swym jach­cie "Hohen­zol­lern", nie­świa­dom rosyj­skiej decy­zji o mobi­li­za­cji i odrzu­ce­nia przez Ser­bów żądań Austrii. W Ber­li­nie rząd nie­miecki zaczął otrzy­my­wać nie­po­ko­jące sygnały z Sankt Peters­burga. Do tego czasu, kanc­lerz Beth­mann-Hol­l­weg nie śpie­szył się zbyt­nio, by dać wiarę słu­chom, mówią­cym o rosyj­skim uczest­nic­twie w maka­brycz­nym wyda­rze­niu w Sara­je­wie. Mimo, iż był świa­dom rosyj­skich machi­na­cji na Bał­ka­nach, uwa­żał za nie­po­jęte, by car zna­lazł wspólny język z kró­lo­bój­cami.

To jego poprzed­nik, książę Bern­hard von Bülow, otwo­rzył mu oczy. Ze zło­śliwą satys­fak­cją przy­po­mniał, jak to w 1814 roku car Alek­san­der I upra­szał Ludwika XVIII, aby zna­leźć pracę panu Savary. Król odpo­wie­dział, że nie widzi takiej moż­li­wo­ści, gdyż Savary zasia­dał w try­bu­nale rewo­lu­cyj­nym, który posłał Ludwika XVI na gilo­tynę. "To wszystko?", wykrzyk­nął car, "gdy ja codzien­nie jadam obiad z Ben­nig­se­nem i Usza­ko­wem, któ­rzy udu­sili mojego ojca!"

Na początku lipca 1914 roku, Beth­mann-Hol­l­weg był obecny przy roz­mo­wie Kaisera z jego mini­strem wojny, gene­ra­łem Fal­ken­hay­nem. Gene­rał zapy­tał: "Czy ist­nieje potrzeba roz­po­czy­na­nia jakich­kol­wiek przy­go­to­wań wojen­nych?" Kaiser odpo­wie­dział prze­cząco: "Jestem cał­ko­wi­cie temu prze­ciwny", po czym dodał: "Życzę miłego lata" -?i ode­słał swego mini­stra.

Jak to póź­niej rela­cjo­no­wał książę von Bülow, następ­nego dnia, "tuż przed swoim odjaz­dem do Kilo­nii, w rejs na pół­noc, [Kaiser] przy­jął przed­sta­wi­cieli szta­bów gene­ral­nych armii i floty, infor­mu­jąc ich, że Austria ma zamiar zażą­dać od Ser­bii roz­li­cze­nia za mor­der­stwo w Sara­je­wie, ale że nie ma powo­dów, by oba­wiać się poważ­nego kon­fliktu, a co za tym idzie, nie ma potrzeby, aby czy­nić przy­go­to­wa­nia do dzia­łań woj­sko­wych na lądzie i na morzu". Dla pew­no­ści, jak to było w jego zwy­czaju, Wil­helm II ryk­nął salwą inwek­tyw pod adre­sem Ser­bii, wyra­ża­jąc nadzieję, iż Ser­bia zosta­nie zdrowo prze­trze­pana za swoją zbrod­nię. Nie­mniej jed­nak jasno zazna­czył, że środki repre­syjne pozo­stają wyłącz­nie w gestii Austria­ków.

Kanc­lerz Beth­mann-Hol­l­weg był jesz­cze mniej wojow­ni­czy -?mniej niż jego suwe­ren. Nawet gdy dotarły do niego wie­ści o podróży Poincaré do Rosji i poin­for­mo­wany został o wro­gim tonie fran­cu­skiej prasy, rela­cjo­nu­ją­cej sprawę zabój­ców z Sara­jewa, wciąż nie zro­bił nic. Pozo­stał w swym ber­liń­skim biu­rze, sie­dząc samot­nie niczym sfinks i czy­ta­jąc swego Pla­tona, ufny w swe prze­świad­cze­nie, iż wojna, o ile wybuch­nie, ogra­ni­czy się do Bał­ka­nów.

* * *

Jed­nak na początku lipca nie­któ­rzy nie­mieccy ofi­ce­ro­wie zaczęli zdra­dzać nie­po­kój. Hra­bia Wedel, doradca wydziału poli­tycz­nego w mini­ster­stwie spraw zagra­nicz­nych, zate­le­fo­no­wał do Ber­lina z Nor­der­ney na Wyspach Wschod­nio­fry­zyj­skich, gdzie spę­dzał waka­cje, z zapy­ta­niem, czy aby nie powi­nien powró­cić na miej­sce pracy. Powie­dziano mu, że nie ma potrzeby, by prze­ry­wał wypo­czy­nek oraz że jest to tylko fał­szywy alarm i że wszystko będzie w porządku.

Sekre­tarz stanu Delbrück, także prze­by­wa­jący na urlo­pie, zaczął się nie­po­koić dzie­sięć dni po Sara­je­wie. W dniu 9 lipca powró­cił do Ber­lina i zasu­ge­ro­wał kanc­le­rzowi, że być może mądrze będzie uru­cho­mić pro­ce­dury awa­ryjne, które kilka lat temu opra­co­wano na wypa­dek zagro­że­nia wojną. Nale­żało do nich, mię­dzy innymi, doko­na­nie dużych zaku­pów zboża na gieł­dzie w Rot­ter­da­mie i Delbrück kładł na ten ele­ment planu szcze­gólny nacisk. W rze­czy samej Fran­cuzi roz­po­częli gro­ma­dze­nie zapa­sów mąki już w stycz­niu 1914 roku, korzy­sta­jąc ze spe­cjal­nych fun­du­szy, zapew­nio­nych przez woj­sko. Beth­mann-Hol­l­weg zacho­wał cał­ko­wity spo­kój wobec bła­gań Delbrücka. "Jest abso­lut­nie wyklu­czone, aby Niemcy podej­mo­wały jakie­kol­wiek dzia­ła­nia, mogące być ode­brane, jako przy­go­to­wa­nia do wojny", odpo­wie­dział.

Delbrück, wciąż pełen obaw, wyja­wił swe zanie­po­ko­je­nie mini­strowi spraw zagra­nicz­nych, Got­tlie­bowi von Jagow, a następ­nie sekre­ta­rzowi skarbu, Kuh­nowi. Za każ­dym razem spo­ty­kał się z odmową, aż w końcu usły­szał pole­ce­nie powrotu na urlop. Wróci dopiero po dwóch tygo­dniach.

* * *

To Mon­ta­igne pięk­nie napi­sał: "Wszyst­kie pro­blemy tego świata biorą się z głu­poty". Ale Beth­mann-Hol­l­weg nie był głu­pim czło­wie­kiem. Płyn­nie posłu­gu­jący się języ­kami kla­sycz­nymi, uwiel­bia­jący Beetho­vena, bar­dzo zdolny admi­ni­stra­tor, geniusz pracy papier­ko­wej. Jed­nak kom­plet­nie bra­ko­wało mu prze­bie­gło­ści, by poru­szać się w zagma­twa­nym gąsz­czu intryg, który ota­czał sprawę Sara­jewa.

Będąc pobłaż­li­wym wobec Austro-Węgier, wyobra­żał sobie, że przy­wódcy cesar­stwa Habs­bur­gów powstrzy­mają swe obu­rze­nie, w przy­padku zaś, gdyby nie mogli wypra­co­wać poro­zu­mie­nia z Ser­bią, przy­naj­mniej ogra­ni­czą zasięg i cele kon­fliktu. Nie ulega wąt­pli­wo­ści, iż powi­nien był zapre­zen­to­wać rzą­dowi austriac­kiemu bar­dzo jasne sta­no­wi­sko, że Niemcy, cał­ko­wi­cie podzie­la­jące iry­ta­cję Austrii, nie pozwolą sobie na to, by dać się wcią­gnąć w wojnę z powodu Sara­jewa. Beth­mann-Hol­l­weg powi­nien zako­mu­ni­ko­wać fakt, że współ­czu­cie Kaisera jest soli­dar­no­ścią władcy i monar­chy, a nie watażki czy geo­po­li­tyka, poszu­ku­ją­cego oka­zji na rewi­zję gra­nic i pod­wa­że­nie ist­nie­ją­cych sto­sun­ków mię­dzy mocar­stwami w jakiej­kol­wiek czę­ści Europy, włącz­nie z Bał­ka­nami. Mimo tego, nie­miecki kanc­lerz pozwo­lił, aby przez pierw­sze trzy tygo­dnie lipca sprawy żyły wła­snym życiem, kiedy to Austriacy przy­go­to­wy­wali ulti­ma­tum, pod­czas gdy Niemcy, ani się od niego nie dystan­su­jąc, ani go nie popie­ra­jąc, nie byli gotowi ani do wojny, ani do pokoju.

* * *

Rewe­la­cje, ujaw­nione 25 lipca von Che­liu­sowi przez barona Grun­walda, zadzia­łały w biu­rze kanc­le­rza niczym wybuch bomby. Nade­szło wię­cej złych wie­ści. Nie­miec­kie straże na gra­nicy Prus Wschod­nich rapor­to­wały o nisz­cze­niu przez Rosjan poste­run­ków cel­nych i zdej­mo­wa­niu zasie­ków.

Z Sankt Peters­burga nade­szły kolejne infor­ma­cje o przy­go­to­wa­niach wojen­nych trwa­ją­cych w Moskwie i Kijo­wie. Wielki książę Miko­łaj prze­pro­wa­dził w para­dzie swą kawa­le­rię z Kra­snego Sioła do Sankt Peters­burga. Szes­na­ście puł­ków kawa­le­rii gwar­dii, Koza­ków, kira­sje­rów i dra­go­nów w peł­nym bojo­wym rynsz­tunku, w rytm stu­kotu kopyt, przy dźwię­kach trą­bek, pod roz­wi­nię­tymi sztan­da­rami puł­ko­wymi poru­szyło serca miesz­kań­ców sto­licy i wzbu­dziło strach cudzo­ziem­ców, przy­naj­mniej tych, któ­rzy byli dyplo­ma­tami kra­jów nie­pa­ła­ją­cych entu­zja­zmem do rosyj­skiego impe­ria­li­zmu. Nie­miecki amba­sa­dor, książę Pourtal?s, zło­żył wizytę Sazo­no­wowi. "Dalej się zbro­icie?", wypy­ty­wał nie­miecki dyplo­mata.

"To tylko środki zarad­cze... by nie zostać zasko­czo­nym. To nie jest kwe­stia mobi­li­za­cji", odpo­wie­dział Sazo­now.

"Tego typu kroki są nie­zwy­kle nie­bez­pieczne. Oba­wiam się, że mogą spo­wo­do­wać ade­kwatne posu­nię­cia dru­giej strony", zari­po­sto­wał Nie­miec.

Po kilku godzi­nach, szcze­góły tej roz­mowy przy­czy­niły się do rosną­cego poru­sze­nia w Ber­li­nie. Na myśl o tym, iż wiel­kie cesar­stwo rosyj­skie przy­go­to­wuje się do wojny, Beth­mann-Hol­l­weg wpadł w panikę. Wresz­cie pobu­dzony do dzia­ła­nia, w dniu 26 lipca wysłał tele­gram do swo­jego amba­sa­dora w Lon­dy­nie, księ­cia Lich­now­skiego, instru­ując go, by zło­żył wizytę bry­tyj­skiemu mini­strowi spraw zagra­nicz­nych, sir Edwar­dowi Grey­owi, pro­sząc go o natych­mia­stową inter­wen­cję w Sankt Peters­burgu i pro­test prze­ciwko jakiej­kol­wiek for­mie rosyj­skiej mobi­li­za­cji. Nic z tego nie wyszło: sir Edward udał się tam­tej nie­dzieli na ryby. W tym okre­sie roku pstrągi były naj­tłust­sze i naj­pięk­niej­sze. Grey napi­sał kie­dyś: "Jeśli cho­dzi o mnie, nie ma nic wspa­nial­szego nad rado­sne pod­nie­ce­nie, gdy na małą wędkę z dobrym osprzę­tem zła­pie się nad­spo­dzie­wa­nie wielką rybę".

Książę Lich­now­ski tego dnia nic nie zła­pał. Zmu­szony był cze­kać do ponie­działku, zanim mógł prze­ka­zać wia­do­mość od swo­jego kanc­le­rza.

W tym samym cza­sie inny węd­karz spę­dzał ostat­nie godziny waka­cji na swym jach­cie na peł­nym morzu. Cesarz Wil­helm był zły i zanie­po­ko­jony. Uwa­żał, że dzia­ła­nia (lub brak dzia­łań) jego kanc­le­rza są godne ubo­le­wa­nia. Został w końcu poin­for­mo­wany o nara­sta­ją­cym kry­zy­sie, ale wciąż cze­kał na osta­teczny tekst serb­skiej odpo­wie­dzi dla Austrii. Wie­deń, po otrzy­ma­niu noty, ocią­gał się cały dzień, zanim poin­for­mo­wał Ber­lin o jej tre­ści. Von Jagow, nie­miecki mini­ster spraw zagra­nicz­nych, zoba­czy tekst dopiero 27 lipca, dwa dni po tym, jak serb­ska odpo­wiedź dotarła do Wied­nia.

Wil­helm II wylą­do­wał w Kilo­nii w dniu 27 lipca i kilka godzin póź­niej dotarł swym spe­cjal­nym pocią­giem do Pocz­damu. Nie­szczę­sny Beth­mann-Hol­l­weg zoba­czył miaż­dżące spoj­rze­nie cesa­rza. Kanc­lerz, jąka­jąc się ze zmie­sza­nia, natych­miast zapro­po­no­wał swe ustą­pie­nie.

Kaiser chłodno odmó­wił. Jego odpo­wiedź brzmiała: "Nawa­rzy­łeś piwa. Teraz je wypi­jesz".

Następ­nego ranka, o godzi­nie siód­mej rano, Kaiser Wil­helm po raz pierw­szy ujrzał tekst serb­skiej odpo­wie­dzi. Nie był spe­cjal­nie prze­ra­żony: wie­rzył, że zabójcy powinni zostać ujęci i uka­rani, ale wciąż nic nie prze­ma­wiało za tym, że wojna jest nie­unik­niona.

Dowie­dział się, że Bry­tyj­czycy roz­wa­żają pro­po­zy­cję, by Austria oku­po­wała Bel­grad, dopóki kry­zys nie zosta­nie zaże­gnany. Pomysł, mimo iż wyglą­dał na zbyt śmiały, wciąż dawał nadzieję na jakieś roz­wią­za­nie, lep­sze niż powszechna bija­tyka.

Był też jesz­cze dodat­kowy pro­myk nadziei z Wied­nia. Cesa­rzowi Fran­cisz­kowi Józe­fowi wyrwała się uwaga, która zda­wała się suge­ro­wać, że drzwi do poko­jo­wego ure­gu­lo­wa­nia kry­zysu nie zostały zamknięte. "W końcu zerwa­nie sto­sun­ków dyplo­ma­tycz­nych", powie­dział Habs­burg, "nie musi ozna­czać casus belli".

Wil­hel­mowi II led­wie godzinę zajęło nakre­śle­nie planu wstęp­nego poro­zu­mie­nia poko­jo­wego mię­dzy Ser­bią i Austrią, opar­tego na suge­stii bry­tyj­skiego mini­ster­stwa spraw zagra­nicz­nych. Po godzin­nej kon­nej prze­jażdżce w parku, Kaiser powró­cił do swego biurka, by spi­sać pro­po­zy­cję w osta­tecz­nej for­mie. Zakła­dała ona tym­cza­sową oku­pa­cję Bel­gradu przez Austria­ków celem zagwa­ran­to­wa­nia dobrej woli Ser­bów w wyko­rze­nie­niu spi­sku, który zamor­do­wał przy­ja­ciela Wil­helma, arcy­księ­cia Fran­ciszka Fer­dy­nanda.

Rozdział 9. Królewskie słowo

Roz­dział 9 Kró­lew­skie słowo

Tym­cza­sem w Wiel­kiej Bry­ta­nii opi­nie w kwe­stii tego, co można zro­bić z burzą zbie­ra­jąca się nad kon­ty­nen­tem, były podzie­lone. Nie­chęć do Niem­ców, wywo­łana wzra­sta­jącą kon­ku­ren­cją nie­miec­kiej eko­no­mii, nie osła­bła, jak rów­nież nie znik­nęły obawy zwią­zane z roz­bu­dową nie­miec­kiej floty wojen­nej i mary­narki han­dlo­wej. Nie­mniej jed­nak zna­cząca część bry­tyj­skiej opi­nii publicz­nej, jak rów­nież prasy, była prze­ciwna przy­stą­pie­niu do wojny, szcze­gól­nie gdyby sko­rzy­stać na tym miała Rosja, która, ośmie­lona, mogłaby się­gnąć po hege­mo­nię w Euro­pie. Man­che­ster Guar­dian opu­bli­ko­wał mocny arty­kuł redak­cyjny, w któ­rym stwier­dzano: "Musimy przede wszyst­kim mieć pełną świa­do­mość tego, iż jeśli Rosja i Fran­cja wywo­łają wojnę, my nie pój­dziemy w ich ślady".

The Times widział zagro­że­nie na innym fron­cie. W prze­ni­kli­wej prze­po­wiedni, dziś mają­cej sens bar­dziej, niż kie­dy­kol­wiek, upo­mi­nał: "Totalna wojna w Euro­pie zagwa­ran­tuje, iż przy­szłość eko­no­miczna nale­żeć będzie do kon­ty­nentu ame­ry­kań­skiego, a w szcze­gól­no­ści do Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ame­ryki".

Jed­nak odle­głe zagro­że­nie ze strony ich ame­ry­kań­skich kuzy­nów zaj­mo­wało Bry­tyj­czy­ków mniej, niż groźba supre­ma­cji ogrom­nej i pry­mi­tyw­nej car­skiej Rosji, któ­rej sześć­dzie­siąt lat wcze­śniej Bry­ta­nia czuła się w obo­wiązku prze­ciw­sta­wiać na polach bitew­nych Krymu, i z którą nie­uf­nie sty­kała się na gra­ni­cach w cza­sie swego pano­wa­nia w Indiach. Nor­man Angell, pisząc dla The Times prze­wi­dy­wał: "Rezul­ta­tem naszego przy­stą­pie­nia do tej wojny będzie zapew­nie­nie zwy­cię­stwa Rosji i jej sło­wiań­skich sprzy­mie­rzeń­ców. Czy domi­nu­jąca sło­wiań­ska fede­ra­cja mająca, powiedzmy, dwie­ście milio­nów miesz­kań­ców, auto­kra­tycz­nie zarzą­dzana przez ludzi mają­cych bar­dzo ogólne poję­cie o cywi­li­za­cji, za to świet­nie wypo­sa­żona w narzę­dzia mili­tar­nej eks­pan­sji, może być mniej­szym zagro­że­niem dla Europy niż domi­nu­jące Niemcy ze swo­imi sześć­dzie­się­cioma pię­cioma milio­nami?... Ostat­nia wojna, jaką toczy­li­śmy na kon­ty­nen­cie, miała za cel zapo­bie­że­nie roz­ro­stowi Rosji. Teraz pro­po­nuje się nam, aby­śmy wal­czyli w imię jego pro­mo­wa­nia. Z opi­nią publiczną daleką od entu­zja­zmu na myśl o soju­szu z Rosją, poli­tycy Zjed­no­czo­nego Kró­le­stwa winni stą­pać ostroż­nie, nawet jeśli idea ogra­ni­cze­nia wzro­stu siły Nie­miec bar­dzo do nich prze­ma­wia".

Pomimo odwiecz­nych bry­tyj­skich ambi­cji do uzy­ska­nia kon­troli nad kon­ty­nen­tem, nie można utrzy­my­wać, że bry­tyj­ska klasa rzą­dząca była stwo­rzona do rzą­dze­nia Europą li tylko z racji swej nad­zwy­czaj­nej wyż­szo­ści. Zna­mie­nity Wil­liam Pitt, bez względu na swe osią­gnię­cia (i pomi­ja­jąc jego smutny koniec -?umarł w wieku czter­dzie­stu sied­miu lat, zgu­biony nawy­kiem popi­ja­nia porto), nie­spe­cjal­nie może być porów­ny­wany z Napo­le­onem. Prawdę mówiąc, wię­cej niż jeden bry­tyj­ski mąż stanu wyróż­nił się bra­kiem wyczy­nów inte­lek­tu­al­nych, począw­szy od nie­straw­nego Edwarda Greya, mini­stra spraw zagra­nicz­nych w 1914 roku, do znacz­nie prze­re­kla­mo­wa­nego Win­stona Chur­chilla, szkol­nego nie­udacz­nika.

Ben­ja­min Jowett, dyrek­tor kole­gium Bal­liol Uni­wer­sy­tetu Oks­fordz­kiego, wyda­lił Edwarda Greya, notu­jąc w dzien­niku: "Sir Edward Grey, wie­lo­krot­nie upo­mi­nany za próż­niac­two, wyka­zał się pełną igno­ran­cją w kwe­stii wie­dzy, którą miał przy­swoić w cza­sie waka­cji, jako warunku ponow­nego przy­ję­cia. Został wyda­lony z uczelni, acz­kol­wiek zezwo­lono mu na przy­by­cie w lipcu, celem zda­wa­nia egza­mi­nów".

Pomi­ja­jąc odku­pie­nie win na uczelni, Grey ni­gdy nie osią­gnął odpo­wied­niego poziomu zro­zu­mie­nia naro­dów na kon­ty­nen­cie. Podob­nie jak jego rodacy, poznał Europę wyłącz­nie jako tury­sta, gdy jechał do Indii w wago­nie sypial­nym. W Paryżu posta­wił stopę tylko raz, będąc człon­kiem świty króla Jerzego V w cza­sie wizyty pań­stwo­wej. Uwa­żał "cudzo­ziem­ców" za dziwne istoty, "strasz­li­wych intry­gan­tów", a któ­re­goś razu wyra­ził opi­nię, iż "zagra­niczni mężo­wie stanu powinni być kształ­ceni w angiel­skich szko­łach publicz­nych".

Zgod­nie z teo­riami sir Edwarda, gdyby Wil­helm II, Poincaré, Miko­łaj II, Fran­ci­szek Józek, a nawet budzący respekt Pašić byli ukształ­to­wani przez szkołę w Eton, Europa z pew­no­ścią osią­gnę­łaby stan har­mo­nii, szcze­gól­nie, gdyby absol­wenci oddali hołd Jego Wyso­ko­ści Kró­lowi. Angiel­ski obser­wa­tor zano­to­wał: "Sir Edward miał wro­dzone prze­ko­na­nie dzie­więt­na­sto­wiecz­nego Anglika, że rola Anglii w Euro­pie była podobna do roli pre­zy­denta, zwo­łu­ją­cego kon­fe­ren­cje i odda­ją­cego decy­du­jący głos".

Ten nie­na­ganny Anglik, ze swym para­so­lem i cylin­drem, pasjami uwiel­bia­jący łowić ryby i kata­lo­gu­jący ptaki obser­wo­wane we wła­snym ogro­dzie, w życiu pry­wat­nym był cza­ru­jący i miły. Ale jako straż­nik impe­rium był zupeł­nie innym czło­wie­kiem, czuj­nym i zazdro­snym o każ­dego, kto odwa­żyłby się wznieść na zawrotne wyżyny, zare­zer­wo­wane wyłącz­nie dla Bry­ta­nii. Na końcu, liczyła się dla niego wyłącz­nie bry­tyj­ska supre­ma­cja. Irland­czycy, Buro­wie, Szkoci, wszy­scy oni i miliony innych rzu­cali jej wyzwa­nie na swą zgubę. Teraz, cho­ciaż Grey ni­gdy nie był w sta­nie tego zauwa­żyć, owe uni­kalne połą­cze­nie wiel­kiej potęgi i zawę­żo­nego spoj­rze­nia po raz pierw­szy stało się pułapką nie tylko dla rywali Bry­ta­nii na kon­ty­nen­cie, ale także dla samej Bry­ta­nii i jej impe­rium.

* * *

Pod­czas gdy 26 lipca Grey spę­dzał nie­dzielny czas łowiąc ryby, zastę­pu­jący go w obo­wiąz­kach sekre­tarz stanu, sir Arthur Nicol­son, zapro­sił na kon­fe­ren­cję amba­sa­do­rów Austro-Węgier, Nie­miec i Rosji, celem wstęp­nego omó­wie­nia spo­so­bów roz­ła­do­wa­nia kry­zysu serb­skiego. Zabaw­nym zbie­giem oko­licz­no­ści, wszy­scy trzej amba­sa­do­ro­wie, będąc kuzy­nami, byli ze sobą spo­krew­nieni: Mens­dorff, Austriak; Bec­ken­dorff, który pomimo swo­jego nie­miec­kiego nazwi­ska był Rosja­ni­nem i Lich­now­ski, Nie­miec ze sło­wiań­skim nazwi­skiem (jego ojciec musiał ucie­kać z Austrii po tym, jak zabił węgier­skiego szlach­cica).

Lich­now­ski był oso­bli­wym amba­sa­do­rem. On i jego żona nie cier­pieli Kaisera, z czego jego żona zwie­rzyła się pew­nego razu pani Asqu­ith, żonie bry­tyj­skiego pre­miera. Podob­nie jak jego kuzyni, był rów­nie próżny, co obyty w świe­cie i w rze­czy­wi­sto­ści został wybrany przez Kaisera by zaba­wiać Bry­tyj­czy­ków i odwra­cać ich uwagę w cza­sie, gdy Rze­sza wzmac­nia swą flotę. Trzej amba­sa­do­ro­wie nie byli w sta­nie nawet się spo­tkać, gdyż ich rządy podzie­lały obawę, z jaką odno­siły się do ewen­tu­al­no­ści ich kno­wań, gdyby udało im się spo­tkać w dale­kim Lon­dy­nie. Nie­mniej sam fakt, że rząd bry­tyj­ski pod­jął, z pomi­nię­ciem Fran­cji, próbę zor­ga­ni­zo­wa­nia takiej kon­fe­ren­cji, rodził nikłą nadzieję, że jesz­cze nie wszystko jest stra­cone. W Austrii, naj­bar­dziej poszko­do­wa­nej ze wszyst­kich wiel­kich potęg, wciąż jesz­cze była wola do zgody. Zerwa­nie sto­sun­ków dyplo­ma­tycz­nych z Ser­bią wzbu­dziło wię­cej prze­stra­chu niż entu­zja­zmu.

Hra­bia Berch­told, mini­ster spraw zagra­nicz­nych, był wstrzą­śnięty roz­wo­jem sytu­acji. Współ­cze­sny mu obser­wa­tor tak o nim napi­sał: "Tego popo­łu­dnia Berch­told był naj­praw­do­po­dob­niej naj­bar­dziej prze­ra­żo­nym czło­wie­kiem w Euro­pie. Miał nadzieję, że zatrwoży Ser­bów. Oni jed­nak, mając pew­ność, że rosyj­ski kolos, ich tajny sprzy­mie­rze­niec, sta­nie za nimi w cięż­kiej chwili, nie ugięli się. I to wła­śnie wtedy Berch­tolda ogar­nęło prze­ra­że­nie."

* * *

Tym­cza­sem spo­tka­nie w pałacu Buc­kin­gham mię­dzy jego bra­tem, księ­ciem Hein­ri­chem, i jego kuzy­nem, Jerzym V, dało Kaise­rowi Wil­hel­mowi kolejny cień nadziei. Obaj kró­lew­scy kuzyni spę­dzili tego nie­dziel­nego ranka godzinę, pod­czas któ­rej Jerzy pora­dził księ­ciu, by ten bez­zwłocz­nie dołą­czył do swego brata w Ber­li­nie. Gdy Hein­rich zapy­tał króla, jakie są zamiary Bry­ta­nii, Jerzy, zgod­nie z rela­cją, jaką książę Hein­rich zło­żył Kaise­rowi, odpo­wie­dział: "Zro­bimy wszystko, co w naszej mocy, aby trzy­mać się od tego z daleka i pozo­sta­niemy neu­tralni".

Zgod­nie z notat­kami, które Jerzy V zacho­wał z roz­mowy, jego wer­sja odpo­wie­dzi była inna: "Nie wiem, co uczy­nimy. Nie mamy z nikim zatargu i mam nadzieję, że pozo­sta­niemy neu­tralni. Ale jeśli Niemcy wypo­wie­dzą wojnę Rosji, a Fran­cja dołą­czy do Rosji, oba­wiam się, że zosta­niemy w to wcią­gnięci. Jed­nak możesz być pewien, że ja i mój rząd zro­bimy wszystko, co w naszej mocy, by zapo­biec woj­nie w Euro­pie."

Trudno jest oce­nić, czy kuzyni źle się zro­zu­mieli, czy też król Jerzy wyco­fał się ze swych słów pod wpły­wem pre­sji. Jed­nak, gdy Kaiser usły­szał słowa swo­jego brata, ogar­nął go, jak to okre­ślił Georg Mal­colm Thom­son, "sen­ty­men­talny, monar­chi­styczny entu­zjazm. Oto było coś nie­współ­mier­nie bar­dziej istot­nego i cen­nego, niż cwa­niac­two poli­ty­ków. Ponad morzem zamętu i wrze­nia, namasz­czony przez Boga prze­ma­wiał do rów­nego sobie. 'Mam kró­lew­skie słowo!', wykrzyk­nął Wil­helm. 'To mi wystar­cza'."

Na nie­szczę­ście dla Europy, nawet jeśli Hein­rich dobrze wszystko zro­zu­miał, kró­lo­wie oraz ich słowo nie zna­czyli już wiele. I dokład­nie tego typu poli­tyk, jakim Wil­helm pogar­dzał, czło­wiek śli­ski i ambitny ponad miarę, miał wła­śnie zade­biu­to­wać na mię­dzy­na­ro­do­wej sce­nie poli­tycz­nej.

* * *

Pod­czas gdy Grey wra­cał z wyprawy węd­kar­skiej, bry­tyj­ski Pierw­szy Lord Admi­ra­li­cji ruszył do akcji. Był uro­dzo­nym awan­tur­ni­kiem, po czę­ści fan­ta­stą, który od momentu wej­ścia w wiek doj­rze­wa­nia poszu­ki­wał w świe­cie intryg i kon­flik­tów -?od Kuby po Trans­wal i od Sudanu po gra­nicę afgań­ską. Zapach pro­chu dzia­łał na niego, jak na innych afro­dy­zjak. Był już nie­złym moczy­gębą i tro­chę się jąkał. Nazy­wał się Win­ston Chur­chill.

Tego nie­dziel­nego ranka towa­rzy­szył swej rodzi­nie na plaży w Cro­mer. Wie­ści zagnały go z powro­tem do jego biurka w Admi­ra­li­cji. Jesz­cze zanim opu­ścił plażę, zadzwo­nił do księ­cia Louisa Mount­bat­tena, Pierw­szego Lorda Mor­skiego, i popro­sił go, by ten wydał roz­kazy zaka­zu­jące roz­pra­sza­nia floty bry­tyj­skiej w kanale La Man­che. W swym biu­rze, wyma­chu­jąc cyga­rem, naszki­co­wał komu­ni­kat, obwiesz­cza­jący światu pierw­sze nama­calne kroki, podej­mo­wane przez Anglię w ramach przy­go­to­wań pro­wa­dzą­cych do wojny. W zasięgu oka nie było żad­nych nie­miec­kich okrę­tów, ani też Niemcy nie mieli żad­nego planu wysy­ła­nia ich na wody Kanału. Wyko­nu­jąc tego rodzaju pro­wo­ka­cyjny gest, Bry­ta­nia w zręczny spo­sób sta­nęła w jed­nym rzę­dzie z Fran­cją. Jak to wykrzyk­nął jeden z poplecz­ni­ków Pierw­szego Lorda Admi­ra­li­cji: "Roz­kazy Chur­chilla, które wydał flo­cie, z pew­no­ścią zro­zu­mieją w Ber­li­nie!"

Nie­któ­rzy ludzie wciąż nie prze­sta­wali podej­mo­wać despe­rac­kich wysił­ków, by powstrzy­mać wojnę. Amba­sa­dor Lich­now­ski tele­gra­fo­wał do Ber­lina, prze­ka­zu­jąc pra­gnie­nie bry­tyj­skiego rządu, by Niemcy powstrzy­mały Austria­ków. Wil­helm był otwarty na prośbę Bry­tyj­czy­ków. Był prze­ko­nany, iż Austria zaga­lo­po­wała się ze swymi żąda­niami. W każ­dym razie ujaw­nie­nie nie­złom­nego soju­szu rosyj­sko-serb­skiego czy­niło kom­pro­mis koniecz­nym. Kaiser zano­to­wał w swym dzien­niku: "Nasza lojal­ność wobec Austria­ków pro­wa­dzi nas do poli­tycz­nej i eko­no­micz­nej destruk­cji".

Jed­nak kanc­lerz Beth­mann-Hol­l­weg nie potra­fił wyba­wić się od nawyku gra­nia na zwłokę. Po otrzy­ma­niu bry­tyj­skiej oferty, która była raczej pojed­naw­cza w sto­sunku do Austria­ków, gdyż zawie­rała pro­po­zy­cję cza­so­wej oku­pa­cji sto­licy Ser­bii przez siły austriac­kie, zako­mu­ni­ko­wał ją austriac­kiemu mini­ster­stwu spraw zagra­nicz­nych dopiero po nie­ja­kiej zwłoce, a i to z nie­chę­cią.

W tej kwe­stii praw­do­po­dob­nie można też poczy­nić wyrzuty sir Edwar­dowi Grey­owi za jego nie­chęć do ukła­da­nia się bez­po­śred­nio z austriac­kim mini­strem spraw zagra­nicz­nych, księ­ciem Berch­tol­dem. Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że śli­ma­cze tempo, w jakim Grey i Beth­mann-Hol­l­weg zabrali się do prób skon­tak­to­wa­nia się z Austria­kami, sta­nowi smutny kon­trast w sto­sunku do szyb­ko­ści, z jaką Chur­chill zabrał się za mobi­li­za­cję Royal Navy do wojny. Zamiast minut, jakie trwa­łoby prze­trans­mi­to­wa­nie istot­nej pro­po­zy­cji Greya bez­po­śred­nio do Wied­nia, bry­tyj­ska oferta dotarła tam dopiero po około pięć­dzie­się­ciu godzi­nach po odrzu­ce­niu przez Ser­bię żądań Austrii.

Beth­mann-Hol­l­weg zdo­łał także sabo­to­wać ostat­nią wia­do­mość Kaisera do Austria­ków, w dniu 28 lipca opóź­nia­jąc jej wysła­nie o dzie­więć godzin. Wszystko po to, by dołą­czyć zmiany doty­czące powięk­sze­nia obszaru pro­po­no­wa­nej oku­pa­cji o sąsied­nie tery­to­ria, o któ­rych nie było nawet słowa w pro­po­zy­cji bry­tyj­skiej sprzed dwóch dni. Zanim nad­szedł tele­gram, nad sto­licą Austrii zapa­dła noc. Pro­po­zy­cja Kaisera Wil­helma, aby zostać odczy­taną, będzie musiała zacze­kać do następ­nego dnia. Wtedy będzie już za późno, gdyż Berch­told zdą­żył pod­jąć decy­zję o woj­nie.

Ran­kiem 28 lipca Berch­told zre­da­go­wał i wysłał nastę­pu­jącą notę do rządu serb­skiego: "Kró­lew­ski Rząd Ser­bii nie odpo­wie­dział w spo­sób satys­fak­cjo­nu­jący na notę z 23 lipca 1914 roku, przed­sta­wioną przez austro-węgier­skiego amba­sa­dora w Bel­gra­dzie. Cesar­ski i Kró­lew­ski rząd jest tym samym zmu­szony do zabez­pie­cze­nia swych praw i inte­re­sów, i, co jest tego wyni­kiem, musi uciec się do uży­cia oręża. W rezul­ta­cie, Austro-Węgry uwa­żają się odtąd za pozo­sta­jące w sta­nie wojny z Ser­bią."

W Lon­dy­nie efekt austriac­kiego wypo­wie­dze­nia wojny był kata­stro­falny dla Nie­miec. Lord Kanc­lerz, Lord Hal­dane, dopa­trzył się w akcie Berch­tolda ręki pru­skich mili­ta­ry­stów, któ­rej wizja już wkrótce sta­nie się popu­lar­nym stra­sza­kiem na całym świe­cie. "Nie­miecki sztab gene­ralny sie­dzi w sio­dle", obwie­ścił.

Sir Edward Grey, wielce roz­gnie­wany, w rów­nym stop­niu oszu­ku­jąc sie­bie, co i Bry­tyj­czy­ków, wyra­ził opi­nię, iż "w Ber­li­nie knują coś dia­bel­skiego".

W Ber­li­nie Beth­mann-Hol­l­weg dostał surową repry­mendę od Kaisera. Wil­helm II był głę­boko wstrzą­śnięty austriac­kim wypo­wie­dze­niem wojny, któ­rego w naj­mniej­szym stop­niu nie pożą­dał, mimo swych prób usztyw­nie­nia sta­no­wi­ska Austrii wobec Ser­bów. Na nocie dyplo­ma­tycz­nej z Lon­dynu dopi­sał uwagę: "austriacka dwu­li­co­wość jest nie do zaak­cep­to­wa­nia. Odma­wiają udzie­la­nia nam jakich­kol­wiek infor­ma­cji."

O godzi­nie trze­ciej nad ranem, 29 lipca, po kilku godzi­nach ner­wo­wego cho­dze­nia w tę i z powro­tem po kory­ta­rzach biur na Wil­helm­strasse, Kaiser nakre­ślił treść tele­gramu do swo­jego amba­sa­dora w Wied­niu. Naka­zy­wał mu, w bar­dzo zwię­zły spo­sób, by "natych­miast poroz­ma­wiał z hra­bią Berch­tol­dem w szcze­gól­nie dobitny spo­sób." Poważna wojna wciąż nie była czymś nie­uchron­nym. Sir Edward Grey naka­zał swemu amba­sa­do­rowi zło­żyć wizytę Sazo­no­wowi w Sankt Peters­burgu i dora­dzać umiar­ko­wa­nie (znacz­nie szyb­sze i daleko bar­dziej bez­po­śred­nie potrak­to­wa­nie sprawy, niż podej­ście, które zapre­zen­to­wał w przy­padku rządu Austro-Węgier).

Austria, ze swej strony, wciąż wypusz­czała balony próbne. Mobi­li­za­cja zaj­mie Austria­kom pięt­na­ście dni. Dopiero po tym cza­sie będą mogli zaata­ko­wać Ser­bię.

Wil­helm II, lepiej niż kto­kol­wiek inny rozu­miał, że jest jesz­cze czas, aby wyne­go­cjo­wać pokój. Pod­jął próbę bez­po­śred­niego zaape­lo­wa­nia do swego kuzyna, cara Miko­łaja II w Sankt Peters­burgu, dokład­nie w tym samym cza­sie, gdy amba­sa­dor bry­tyj­ski mówił do Sazo­nowa: "Przy­by­łem, by bła­gać, aby­ście nie odwo­ły­wali się do żad­nych dzia­łań mili­tar­nych, które Niemcy mogłyby zin­ter­pre­to­wać, jako pro­wo­ka­cję." Jed­nak Sazo­now nie nale­żał do tych, któ­rych można łatwo poru­szyć. Przez ostat­nie cztery dni kon­fe­ro­wał z amba­sa­dorem fran­cu­skim, Pale­olo­gue, który powie­dział mu, iż "wojna może wybuch­nąć w każ­dej chwili. Taka ewen­tu­al­ność powinna leżeć u pod­staw naszych wszel­kich dzia­łań dyplo­ma­tycz­nych."

Sazo­now mógł tylko dać upust swemu szczę­ściu, zapew­nia­jąc Fran­cuza i powta­rza­jąc raz za razem: "Nasz sztab gene­ralny zaczyna się nie­cier­pli­wić".

Rozdział 10. Obciążające dokumenty

Roz­dział 10 Obcią­ża­jące doku­menty

Dys­ku­sja, którą Poincaré prze­pro­wa­dził w Sankt Peters­burgu z rosyj­skimi mini­strami i gene­ra­łami była czymś znacz­nie istot­niej­szym, niż nawo­ły­wa­niem i kwie­ci­stym pane­gi­ry­kiem. Roz­mowy były wyczer­pu­jące, szcze­gó­łowe i kon­kretne.

Rosja­nie zabie­gali o przy­zwo­le­nie na urze­czy­wist­nie­nie ich pra­gnie­nia skie­ro­wa­nia się na połu­dnie, ku Kon­stan­ty­no­po­lowi, co zbie­głoby się z prze­kro­cze­niem Kau­kazu i wkro­cze­niem do Arme­nii. Następ­nie pra­gnę­liby spoj­rzeć w kie­runku Jero­zo­limy i Kanału Sueskiego. Fran­cuzi zgo­dzą się na takie cele, ale nie wcze­śniej, niż w 1917 roku, na tydzień przed upad­kiem rządu car­skiego.

W lipcu 1914 roku fran­cu­skie kie­row­nic­two miało inne pomy­sły na wyko­rzy­sta­nie rosyj­skiej armii. Mimo, iż Poincaré wstęp­nie nie sprze­ci­wiał się rosyj­skim marze­niom o eks­pan­sji na połu­dnie, nale­gał, aby Rosja­nie prze­pro­wa­dzili główny atak prze­ciwko Niem­com w Pru­sach Wschod­nich w celu zwią­za­nia głów­nych sił nie­miec­kiej armii z daleka od gra­nic Fran­cji. Sazo­now i wielki książę Miko­łaj roz­wa­żali dokład­nie prze­ciwną kon­cep­cję. W ich mnie­ma­niu, fran­cu­skie zada­nie powinno pole­gać na wyczer­pa­niu Niem­ców na fron­cie zachod­nim, aby Rosja­nie uzy­skali wolną rękę na połu­dniu i na wscho­dzie. Każda ze stron sta­rała się ukryć ego­izm swych pomy­słów i za pomocą wstrzą­sa­ją­cych dowo­dów wspa­nia­ło­myśl­no­ści pró­bo­wała ocza­ro­wać drugą, by nagiąć ją do swo­jej woli. Żadna nie dała się oszu­kać.

Rów­no­le­gle, Rosja­nie pil­nie instru­owali swych serb­skich pro­te­go­wa­nych, jak mają się zacho­wać, gdy wybuch­nie wojna. 24 lipca Sazo­now prze­ka­zał serb­skiemu amba­sa­do­rowi kilka suge­stii, które bez­zwłocz­nie prze­te­le­gra­fo­wano do Bel­gradu. Jedną z reko­men­da­cji był pomysł natych­mia­sto­wej ewa­ku­acji sto­licy. Dwa­dzie­ścia lat póź­niej, zięć Pašića, Ste­fa­no­vić, opu­bli­kuje foto­ko­pię tele­gramu:

"Rada Pre­zy­dencka, Bel­grad, do rąk Pašića. Bar­dzo pilne. Tajne. Decy­zja rady mini­strów, pod prze­wod­nic­twem cara, dzi­siaj, godzina trze­cia, Kra­sne Sioło. STOP. Sazo­now poleca mi infor­mo­wać. Ogólna mobi­li­za­cja zarzą­dzona jak usta­lono w okrę­gach woj­sko­wych Ode­ssa Kijów Kazań Moskwa z mobi­li­za­cją Floty Bał­tyc­kiej i Czar­no­mor­skiej. STOP. Roz­kazy dla innych okrę­gów woj­sko­wych celem przy­śpie­sze­nia mobi­li­za­cji. STOP. Sazo­now potwier­dza dywi­zje sybe­ryj­skie skon­cen­tro­wane za Moskwą, Kaza­niem. STOP. Słu­cha­cze szkół woj­sko­wych pro­mo­wani. Urlopy ofi­ce­rów odwo­łane. STOP. Sazo­now prosi opra­co­wać wstępną odpo­wiedź na ulti­ma­tum w bar­dzo ugo­do­wym tonie ale kate­go­rycz­nie odrzu­cić wszyst­kie punkty, szcze­gól­nie szó­sty [doty­czący wspól­nej komi­sji docho­dze­nio­wej], pod­ry­wa­jący nasz pre­stiż. STOP. Car chce natych­mia­sto­wej mobi­li­za­cji, ale jeśli Austria zacznie dzia­ła­nia bojowe musimy się wyco­fać bez oporu by zacho­wać nie­na­ru­szone siły i cze­kać na roz­wój sytu­acji. STOP. Sazo­now nara­dzi się z Paléologue i Bucha­na­nem by usta­lić wspólne dzia­ła­nia i spo­sób dostar­cze­nia nam uzbro­je­nia. STOP. Rosja i Fran­cja na sta­no­wi­sku, że kon­flikt Austria-Ser­bia nie jest lokalny. Doty­czy więk­szej kwe­stii euro­pej­skiej do roz­wią­za­nia tylko przez wszyst­kie mocar­stwa. STOP. Kom­pe­tentne kręgi tutaj wyra­żają wielką złość na Austrię. STOP. Hasłem jest wojna. STOP. Cały naród rosyj­ski za wojną, wiel­kie owa­cje przed posel­stwem. STOP. Car odpo­wie oso­bi­ście tele­gra­mem do księ­cia regenta. STOP. Spa­laj­ko­vić." (Tele­gram nr 196/8; data 24 lipiec 1914; ref: serb­skie archi­wum dyplo­ma­tyczne, Rada Pre­zy­dencka, pod­pisy Pacu/Pašić; f. 19, op. 11/B, d. 7 "Peters­burg", 2-15 lipiec do 18-31 lipca 1914)

Dwa nie­za­leżne źró­dła zwe­ry­fi­ko­wały ten tele­gram. Kopię wysłano rów­nież do Paryża, jak rów­nież do serb­skiego posel­stwa w Lon­dy­nie. Tam, drugi sekre­tarz amba­sady, Petro­vić, do któ­rego obo­wiąz­ków nale­żało roz­szy­fro­wy­wa­nie wia­do­mo­ści, wyko­nał jego tajną kopię. Agenci serb­skich służb spe­cjal­nych tro­pili Petro­vića do chwili, gdy popeł­nił samo­bój­stwo, ale zanim to uczy­nił, prze­ka­zał doku­menty na prze­cho­wa­nie innej stro­nie. Dwa­dzie­ścia lat póź­niej kopię Petro­vića repro­du­ko­wano w Lon­dy­nie (Black Hand Over Europe).

Ponie­waż archiwa serb­skie ni­gdy nie zostały opu­bli­ko­wane w podob­nej for­mie, jak fran­cu­ska Żółta Księga (ani w innych zbio­rach wyda­wa­nych przez wal­czące strony w cza­sie wojny i po woj­nie) czy to przez Ser­bię, czy też przez jej spad­ko­biercę, rząd jugo­sło­wiań­ski, potwier­dze­nie auten­tycz­no­ści doku­men­tów opu­bli­ko­wa­nych przez Ste­fa­no­vića, Petro­vića et al., było utrud­nione. Fakt, iż bogata obję­to­ściowo kolek­cja, skru­pu­lat­nie zin­dek­so­wana, została opu­bli­ko­wana przez czo­ło­wego funk­cjo­na­riu­sza serb­skiego mini­ster­stwa spraw zagra­nicz­nych, nie pozwala przejść obok tych doku­men­tów obo­jęt­nie, jak pró­bo­wali to uczy­nić nie­któ­rzy pisa­rze. We Fran­cji w latach trzy­dzie­stych wszel­kie opra­co­wa­nia doty­czące serb­skich doku­men­tów szybko wyco­fy­wano z obiegu, co ma miej­sce także i dzi­siaj. Les Coupa­bles, któ­rych auto­rem był Henri Pozzi, wydane w 1938 roku, stało się best­sel­le­rem, który następ­nie znik­nął na pozór bez śladu. Nawet w Biblio­tece Naro­do­wej w Paryżu nie ma ani jed­nej kopii. Nie ma jej też w Biblio­tece Nauk Poli­tycz­nych, gdzie kry­tyczne stu­dia nad poten­cjal­nie bez­cen­nymi doku­men­tami zwią­za­nymi z poli­tyką zagra­niczną z pew­no­ścią są prio­ry­te­tem. Jeśli doku­menty nie są praw­dziwe, nie­chaj kłam­stwo będzie obna­żone. Inte­re­su­jące jest jed­nak to, że gdy zaczęły poka­zy­wać się we Fran­cji, prasa zamil­kła. Tylko pary­ska tygo­dniówka, Je suis par­tout, i bar­dzo ważna, poli­tyczna gazeta codzienna, L'Action Fran­ca­ise, poświę­ciły im jaką­kol­wiek uwagę. André Tar­dieu, magnat pra­sowy i bał­kań­ski intry­gant, bar­dzo mocno obcią­żony przez serb­skie doku­menty, zacho­wał po ich publi­ka­cji dziwne dla niego mil­cze­nie. Wielki fran­cu­ski histo­ryk i były mini­ster, Beno­ist-Méchin, wie­rzył, że są praw­dziwe. Po pięć­dzie­się­ciu latach od ich uka­za­nia, serb­skie doku­menty są waż­niej­sze niż kie­dy­kol­wiek, by roz­pla­tać paję­czynę zmowy i kon­spi­ra­cji, które roz­pę­tały I wojnę świa­tową.

Oto kolejna trans­kryp­cja serb­skiego tele­gramu:

Tele­gram 194/8, wysłany 22 lipca 1914 roku, gdy Poincaré wciąż prze­by­wał w Sankt Peters­burgu, przez serb­skiego amba­sa­dora:

"Prze­wod­ni­czący rady, Bel­grad, do rąk Pašića. Bar­dzo pilne. Tajne. Sazo­now prosi byśmy inten­sy­fi­ko­wali przy­go­to­wa­nia wojenne, ale uni­kali ofi­cjal­nych demon­stra­cji zanim nie ukoń­czymy przy­go­to­wań. STOP. Nego­cja­cje Sazo­nowa z Poincaré-Viviani bar­dzo cięż­kie. STOP. Obaj prze­ciwni dzia­ła­niom i usta­le­niom które mogą wcią­gnąć Fran­cję do wojny, gdyż inte­resy Fran­cji nie są brane pod uwagę. STOP. Postawa Pre­zy­denta Repu­bliki wobec Szapáry budzi wielką sen­sa­cję wśród ofi­cjal­nych krę­gów dyplo­ma­cji. STOP. Sazo­now nalega, że Fran­cja musi teraz znać usta­le­nia woj­skowe. STOP. Trans­fer wojsk sybe­ryj­skich do Europy zakoń­czony. STOP. Mobi­li­za­cja wiel­kich okrę­gów woj­sko­wych do zarzą­dze­nia natych­miast po wyjeź­dzie Poincaré-Viviani." (ref: serb­skie archi­wum dyplo­ma­tyczne, Rada Pre­zy­dencka, pod­pisy Pacu/Pašić; f. 19, op. 11/B, d. 7 "Peters­burg", 2-15 lipiec do 18-31 lipca 1914)

Inny tele­gram od amba­sa­dora Spa­laj­ko­vića do Pašića, tele­gram nr 197/8, uka­zuje, jak Sazo­now chwi­lowo kła­mie w roz­mo­wie z nazbyt docie­kli­wym Paléologue w cza­sie, gdy Poincaré wciąż jesz­cze nie poko­nał Bał­tyku. Czy­tamy w nim:

"Prze­wod­ni­czący rady, Bel­grad, do rąk Pašića. Bar­dzo pilne. Tajne. Tego wie­czoru Paléologue pyta Sazo­nowa czy to prawda o mobi­li­za­cji okrę­gów Ode­ssa Kazań Kijów i obu flot. STOP. Paléologue wyra­ził ostre nie­za­do­wo­le­nie jeśli dzia­ła­nie spo­wo­duje poważne kon­se­kwen­cje bez wie­dzy Fran­cji. STOP. Sazo­now ofi­cjal­nie zaprze­cza. STOP. Potwier­dza potrzebę uni­ka­nia naj­mniej­szej nie­dy­skre­cji. STOP. Sazo­now poin­for­muje Paléologue natych­miast jak Poincaré-Viviani będą poza Skan­dy­na­wią. STOP. Powia­do­mić Vesnić Gruić -?Spa­laj­ko­vić." (ref: serb­skie archi­wum dyplo­ma­tyczne, Rada Pre­zy­dencka, pod­pisy Pacu/Pašić; f. 19, op. 11/B, d. 7 "Peters­burg", 2-15 lipiec do 18-31 lipca 1914)

Trzeci tajny tele­gram, dato­wany na 25 lipca 1914 roku, tym razem adre­so­wany do serb­skiego amba­sa­dora w Paryżu, Milenko Vesnića, został wysłany przez rząd serb­ski z Bel­gradu, by zgod­nie z żąda­niami Sankt Peters­burga, unik­nąć wszel­kich nie­dy­skre­cji zwią­za­nych z trwa­ją­cymi przy­go­to­wa­niami woj­sko­wymi. Czy­tamy w nim:

"Bel­grad, lipiec 21-15, Posel­stwo serb­skie, Paryż, do rąk Vesnića. Bar­dzo pilne. Tajne. Nowe instruk­cje. Wstrzy­mać wszel­kie infor­ma­cje dot. środ­ków tutaj i w Peters­burgu. STOP. Potwier­dzić, że sytu­acja poważna, ale abso­lut­nie nie kry­tyczna pomimo bru­tal­nego ulti­ma­tum. STOP. Pod­kre­ślać nasze głę­bo­kie zain­te­re­so­wa­nie pojed­na­niem i naszą wiarę w rezul­taty inter­wen­cji wiel­kich przy­ja­znych kra­jów. STOP. Abso­lut­nie konieczne, by fran­cu­ska opi­nia publiczna i fran­cu­ski par­la­ment były nie­świa­dome wszyst­kich przy­go­to­wań woj­sko­wych tutaj i w Peters­burgu. STOP. Zgod­nie z życze­niem cara przy­śpie­szamy mobi­li­za­cję. Roz­po­częto prze­rzut archi­wów Nisz, skarb, ofi­cjalne służby. STOP. Ewa­ku­acja arse­nału Kra­gu­je­vac zakoń­czona. STOP. Infor­mo­wać Tar­dieu/Ber­the­lot. Usta­le­nia z Sazo­no­wem: ulti­ma­tum pojed­naw­cze treść nega­tywna. STOP. Wojna pewna. STOP. Pilne: uła­twić podróż do Lon­dynu. Zapew­nić bez­pie­czeń­stwo rodziny Madame Pašić i rodziny Pacu."

(ref: serb­skie archi­wum dyplo­ma­tyczne, Rada Pre­zy­dencka, pod­pisy Pacu/Pašić; f. 17, op. 8/PV, d. 9 "Paris", 2-15 lipiec do 18-31 lipca 1914)

Tele­gram ten, zare­je­stro­wany pod nr 432/VP/14, z poda­niem Bel­gradu, jako punktu nada­nia, nad­szedł do Paryża "nie­długo przed połu­dniem" i został zare­je­stro­wany pod nr 291/3, BP 31.

Jeden z kole­gów Pašića, który wypeł­niał misję we Fran­cji, napi­sał zadzi­wia­jącą notatkę, uka­zu­jącą sto­pień, do jakiego serb­ski rząd ukry­wał infor­ma­cje przed rzą­dem fran­cu­skim, jed­no­cze­śnie prze­ka­zu­jąc istotne tajem­nice pry­wat­nym oby­wa­te­lom Paryża:

"Tele­gram nr 432/VP/14, ode­brany przez serb­skiego amba­sa­dora Vesnića na krótko przed połu­dniem w dniu 25 lipca 1914 roku, po połu­dniu został przez niego prze­ka­zany na ręce André Tar­dieu i szefa bał­kań­skiej agen­cji pra­so­wej, Edgara Roelsa. Gdy Vesnić, wra­ca­jąc z Quai d'Orsay, wkro­czył do agen­cji Roelsa, wyglą­dał jak luna­tyk. Był tak pod­nie­cony, że wyglą­dał, jakby się dusił. "To wojna!", powie­dział do mnie kilka chwil póź­niej Boćko Cri­stić, "i pewne zwy­cię­stwo dla naszych dwóch kra­jów. Roels i Tar­dieu powie­dzieli tak amba­sa­do­rowi". Cri­stić był serb­skim dyplo­matą, attaché w Paryżu, który póź­niej zosta­nie jugo­sło­wiań­skim amba­sa­do­rem w Ate­nach.

Poza serb­skimi doku­men­tami opu­bli­ko­wa­nymi przez Ste­fa­no­vića, poja­wiły się inne wycieki z serb­skiej strony, rzu­ca­jące świa­tło na dzia­ła­nia Pašića i jego rządu. Wśród nich godne uwagi są sen­sa­cyjne donie­sie­nia Ljuby Jova­no­vića, byłego serb­skiego amba­sa­dora w Wied­niu. Jova­no­vić, jako dyplo­mata, miał dostęp do taj­nych archi­wów w Bel­gra­dzie. Kilka lat po woj­nie ujaw­nił, iż Spa­laj­ko­vić w dniu 24 lipca 1914 roku wysłał z Sankt Peters­burga dodat­kowy tele­gram, zawie­ra­jący słowa "w każ­dej chwili ocze­kuje się dra­stycz­nej decy­zji". Póź­niej, nie­miecki histo­ryk Webers­ber­ger opu­bli­kuje kopię skrawka papieru zapi­sa­nego ręką Pašića "odno­to­wu­jącą reje­stra­cję broni sara­jew­skich spi­skow­ców i wska­zu­jącą czło­wieka odpo­wie­dzial­nego za jej prze­wóz, nazwi­skiem Tan­ko­sić". Voya Tan­ko­sić był oso­bi­stym agen­tem Nikoli Pašića. Cho­ciaż doku­menty opu­bli­ko­wane po rewo­lu­cji przez rząd sowiecki zawie­rają wiele infor­ma­cji prze­czą­cych car­skim zapew­nie­niom o nie­win­no­ści w kwe­stii spi­sko­wa­nia na rzecz wojny, w archi­wach jest wiele luk, w szcze­gól­no­ści doty­czą­cych Ser­bii. Pod­czas gdy rosyj­skie zamiary wobec Istam­bułu czy Dar­da­neli, bli­skie kon­takty i wza­jemne oszu­stwa Poincaré i Izwol­skiego czy sys­te­ma­tyczne prze­ku­py­wa­nie fran­cu­skiej prasy są wyszcze­gól­nione w mnó­stwie doku­men­tów, ze świecą można szu­kać mate­ria­łów, doty­czą­cych intryg Har­twiga w Bel­gra­dzie, któ­rych kul­mi­na­cją było podwójne zabój­stwo w Sara­je­wie. Tych doku­men­tów bra­kuje.

Jest na to pro­ste wytłu­ma­cze­nie. Mię­dzy rewo­lu­cją, która wynio­sła do steru rząd Kie­reń­skiego w marcu 1917 roku, a bol­sze­wic­kim prze­wro­tem w paź­dzier­niku tego samego roku, mini­strem wojny został mia­no­wany Alek­san­der Iwa­no­wicz Wier­chow­ski. Ten sam Wier­chow­ski był prawą ręką puł­kow­nika Art­ma­nowa w Bel­gra­dzie, poma­ga­jąc mię­dzy innymi w orga­ni­za­cji spi­sku, zakoń­czo­nego zama­chem w Sara­je­wie. Mając przez kilka mie­sięcy dostęp do rosyj­skich archi­wów, był w sta­nie znisz­czyć wszystko, co mogło go obcią­żać.

* * *

Oczy­wi­ście, jeśli cho­dzi o fał­szo­wa­nie i ukry­wa­nie ofi­cjal­nych doku­men­tów, Rosja i Ser­bia miały rywala. Była to Fran­cja, gdzie wło­żono wielki wysi­łek w dopa­so­wa­nie archi­wów dyplo­ma­cji do ofi­cjal­nej pro­pa­gandy. Od pierw­szego tele­gramu amba­sa­dora Paléologue z 25 lipca 1914 roku, ofi­cjalne tek­sty były z zimną krwią w cało­ści zmie­niane. Histo­ryk Fabre Luce pisze:

"Krótki tekst, w któ­rym Paléologue donosi o rosyj­skiej mobi­li­za­cji, został zamie­niony fik­cyj­nym tek­stem, który za jej przy­czynę podaje gene­ralną mobi­li­za­cję austriacką oraz nie­miec­kie przy­go­to­wa­nia wojenne. Nie mogło jed­nak to być zawarte w tele­gra­mie amba­sa­dora. I nie bez powodu: w momen­cie, gdy Paléologue wysy­łał swój tele­gram, Austriacy nie zarzą­dzili jesz­cze mobi­li­za­cji." (L'Histo­ire démaquillée, s. 90)

Fabre Luce pisze dalej:

"Wszystko, co było potrzebne do odwró­ce­nia kolej­no­ści mobi­li­za­cji, to prze­krę­ce­nie wska­zó­wek zegara: w ten spo­sób, bez zmiany godziny, poranny tele­gram sta­wał się wie­czor­nym. Fał­szerstw doko­ny­wano od samego początku: komi­sja do spraw archi­wów usta­liła, że rejestr służby tele­gra­ficz­nej zawiera nie­pra­wi­dłowe ozna­cze­nia czasu."

I dalej:

"Robo­cze wer­sje tele­gra­mów wysy­ła­nych w tym okre­sie czę­sto zawie­rają poprawki, usu­nię­cia lub dopi­ski, nanie­sione mię­dzy liniami, zwy­kle ołów­kiem i w więk­szo­ści przy­pad­ków tym samym cha­rak­te­rem pisma, co ory­gi­nał. Bada­nie doku­men­tów przez komi­sję ujaw­niło, iż tego typu poprawki pra­wie zawsze doko­ny­wane były po fak­cie. Nie­które tele­gramy dziw­nie się spóź­niały, czy to na wej­ściu, czy na wyj­ściu. Ten, w któ­rym ofi­cjal­nie infor­mo­wano Paryż o powszech­nej mobi­li­za­cji w Rosji, wędro­wał do celu całe dzie­sięć godzin. Umiesz­czony był pomię­dzy dwoma innymi, mniej waż­nymi tele­gra­mami, któ­rym dotar­cie do Paryża zajęło, odpo­wied­nio, dwie i cztery godziny. Tak liczne wysiłki, aby oszu­kać bada­cza, w końcu zwra­cają jego uwagę dokład­nie na to, co wła­śnie usi­łuje się przed nim ukryć."

Europa w 1914 roku była ist­nym polem mino­wym, peł­nym fran­cu­skich i serb­skich puła­pek dyplo­ma­tycz­nych, po któ­rym nale­żało się poru­szać nie­zwy­kle ostroż­nie. Z nich wszyst­kich, serb­skie były mniej skom­pli­ko­wane -?Ser­bo­wie po pro­stu zado­wa­lali się eli­mi­no­wa­niem wszyst­kich doku­men­tów, mogą­cych spra­wić im kło­pot.

Rozdział 11. Car ulega

Roz­dział 11 Car ulega

Nie WCZE­ŚNIEJ, niż dopiero 26 lipca 1914 roku, krok masze­ru­ją­cych w Sankt Peters­burgu oddzia­łów zabrzmiał echem w Ber­li­nie, kiedy to nie­ja­sne pogło­ski o car­skiej decy­zji mobi­li­za­cji miliona żoł­nie­rzy zaczęły docie­rać do nie­miec­kiej sto­licy.

Beth­mann-Hol­l­weg natych­miast poin­for­mo­wał rząd bry­tyj­ski o swych oba­wach. W Wied­niu, dwa dni póź­niej, sytu­acja pogor­szyła się jesz­cze bar­dziej ze względu na opóź­nie­nie w dostar­cze­niu pojed­naw­czych pro­po­zy­cji Wil­helma II i sir Edwarda Greya. Duali­styczna monar­chia, wypo­wia­da­jąc wojnę, potrzą­sała sza­belką, choć trzeźwo myślące głowy postrze­gały te dzia­ła­nia, jako w znacz­nej mie­rze reto­ryczne: wciąż było praw­do­po­dobne, że wszystko zakoń­czy się na wysła­niu kilku sta­rych łajb w dół Dunaju, skąd cisną parę poci­sków na Bel­grad i tak już opusz­czony przez rząd serb­ski na roz­kaz jego car­skich sze­fów. Gdyby austriacki rząd naprawdę trak­to­wał sprawę poważ­nie, to dwa tygo­dnie potrzebne na zmo­bi­li­zo­wa­nie armii Austro-Węgier były wystar­cza­ją­cym cza­sem na nego­cja­cje.

Rzecz jasna, rosyj­scy pan­sla­wi­ści nie zamie­rzali pozwo­lić, by uda­rem­niono ich sta­ran­nie przy­go­to­wany plan pod­pa­le­nia Bał­ka­nów. Myśl o tym, iż czy­jaś mądra inter­wen­cja mogłaby w ostat­niej chwili pomie­szać im szyki, napa­wała ich stra­chem i wście­kło­ścią.

28 lipca Sazo­now zło­żył wizytę carowi i uzy­skał dwa ukazy, które natych­miast prze­ka­zał gene­ra­łowi Janusz­kie­wi­czowi. Pierw­szy ukaz był dekre­tem, zarzą­dza­ją­cym mobi­li­za­cję czte­rech okrę­gów woj­sko­wych - moskiew­skiego, kijow­skiego, ode­skiego i kazań­skiego, o co zadbano już 24 lipca, gdy rosyj­ski sztab gene­ralny uru­cho­mił odpo­wied­nie pro­ce­dury. Teraz dzia­ła­nia te zostały usank­cjo­no­wane przez rosyj­skiego auto­kratę.

Drugi dekret naka­zy­wał powszechną mobi­li­za­cję, która, jak już mówi­li­śmy, była nie­uchron­nym następ­stwem czę­ścio­wej mobi­li­za­cji, uru­cho­mio­nej zgod­nie z pla­nami sztabu gene­ral­nego. Car, który był rów­nie słabo poin­for­mo­wany o stra­te­gii mili­tar­nej swych gene­ra­łów, jak o wielu innych spra­wach swego impe­rium, był tego nie­świa­dom. Mimo­wol­nie dał się zwa­bić w pułapkę, z któ­rej sam nie był już w sta­nie się wyrwać i zna­lazł się w potrza­sku, który dopro­wa­dzi do śmierci zarówno jego, jak i jego rodziny oraz do wyma­za­nia dyna­stii Roma­no­wów z mapy Rosji.

Wszy­scy w Sankt Peters­burgu i Paryżu wie­dzieli, że mobi­li­za­cja ozna­czała wojnę. Było to oczy­wi­ste od pierw­szego dnia fran­cu­sko-rosyj­skiego układu z 1894 roku. Wypo­wie­dzi głów­nych akto­rów dra­matu potwier­dzają to. Gene­rał Obru­czew, który w momen­cie pod­pi­sa­nia układu był sze­fem rosyj­skiego sztabu, powie­dział: "W ślad za naszą mobi­li­za­cją powinny natych­miast iść akty wojny". Car (w owym cza­sie był to Alek­san­der III) zgo­dził się z tą opi­nią, mówiąc: "Dokład­nie w taki spo­sób to poj­muję". Gene­rał Bois­def­fre, pod­czas nego­cja­cji repre­zen­tu­jący Fran­cję, zaj­mo­wał tak samo jasne sta­no­wi­sko: "Mobi­li­za­cja jest wypo­wie­dze­niem wojny".

René Guerin, wielki fran­cu­ski inte­lek­tu­ali­sta i patriota, współ­au­tor (wraz z Poincaré) Les Responsabilités de la Guerre, napi­sał: "Jeśli mój zade­kla­ro­wany wróg wymie­rzy we mnie rewol­wer, muszę zakła­dać, że chce mnie zabić, i że mnie zabije. Czy, żeby być pew­nym jego inten­cji, powi­nie­nem pocze­kać, aż wystrzeli?"

28 lipca 1914 roku car­skie impe­rium wymie­rzyło swe działa. Gene­rał Dobro­rol­ski, odpo­wie­dzialny za rosyj­ską mobi­li­za­cję, był w tej kwe­stii bar­dzo jed­no­znaczny. Zgod­nie z jego opi­nią, od momentu otrzy­ma­nia roz­kazu o mobi­li­za­cji, roz­wój wypad­ków będzie "auto­ma­tyczny i nie­od­wra­calny."

"Wezwano mnie, abym pod­pa­lił stos świata", powie póź­niej, nie mru­gnąw­szy nawet okiem.

Car, pozwo­liw­szy, aby Sazo­now wymógł na nim dwa dekrety o mobi­li­za­cji, mruk­nął: "Pomyśl o tych tysią­cach ludzi, któ­rych pośle się na śmierć".

Ogrom­nie nie doce­nił skali nad­cią­ga­ją­cej rzezi.

W Ber­li­nie Kaiser Wil­helm wciąż pozo­stał nie­wzru­szony, nawet, gdy wyda­rze­nia lawiną toczyły się ku kata­stro­fie i cią­gle odma­wiał pogo­dze­nia się z nie­uchron­no­ścią wojny. Nie mogąc już spo­tkać się twa­rzą w twarz z Miko­ła­jem, któ­rego zapewne mógłby prze­ko­nać, miał jesz­cze do dys­po­zy­cji tele­graf, jako ostatni śro­dek. Car był teraz prak­tycz­nie więź­niem swych gene­ra­łów i mini­strów. Za nimi, poga­nia­jąc ich, stał fran­cu­ski amba­sa­dor Pale­olo­gue, pod­pusz­czany z kolei przez Poincaré.

Nie­mieccy przy­wódcy na próżno pró­bo­wali poru­szyć cesa­rzy Rosji i Austrii. Wil­helm bom­bar­do­wał Fran­ciszka Józefa tele­gra­mami, nama­wia­jąc go do nego­cja­cji z rosyj­skim kie­row­nic­twem. Kaiser słał też podobne wia­do­mo­ści do cara.

Kanc­lerz Beth­mann-Hol­l­weg wywie­rał wszel­kie formy naci­sku, od gróźb do per­swa­zji, na swego austriac­kiego odpo­wied­nika w rzą­dzie austro-węgier­skim, Berch­tolda, aby ten zaak­cep­to­wał angiel­ską pro­po­zy­cję cza­so­wej oku­pa­cji Bel­gradu przez Austrię, pod­czas gdy wiel­kie potęgi nego­cjo­wa­łyby spo­soby wyj­ścia z impasu. Jego amba­sa­dor w Wied­niu, hra­bia Tschir­schky, otrzy­mał nastę­pu­jący tele­gram: "Oczy­wi­ście jeste­śmy cał­ko­wi­cie gotowi na wypeł­nie­nie naszych sojusz­ni­czych zobo­wią­zań, ale nie możemy pozwo­lić, by Wie­deń wcią­gnął nas do ogól­no­świa­to­wego pożaru, igno­ru­jąc nasze rady. Zale­cam, aby natych­miast, z naci­skiem poroz­ma­wiał pan z hra­bią Berch­tol­dem."

Szes­na­ście lat póź­niej Poincaré przy­zna, iż "Berch­told odpo­wie­dział twier­dząco na pro­po­zy­cję i był gotów odstą­pić od rekom­pen­saty: wypy­ty­wany przez hra­biego Tschir­schky, dzia­ła­ją­cego według ści­słych instruk­cji, hra­bia Berch­told wyra­ził wolę zade­kla­ro­wa­nia, iż Austria nie będzie zgła­szać rosz­czeń tery­to­rial­nych." (Poincaré, Les Responsabilités de la Guerre, s.167)

Wia­do­mość od Wil­helma II, która w tym samym cza­sie dotarła do Miko­łaja II, była rów­nie wymowna: "Uży­wam wszyst­kich swo­ich wpły­wów u Austria­ków, by namó­wić ich do poszu­ki­wa­nia jakiej­kol­wiek pod­stawy poro­zu­mie­nia z wami." Sama obec­ność Wil­helma nie była potrzebna, by zabiegi te wywarły na Miko­łaju silne wra­że­nie. Car był na tyle poru­szony, że opu­ścił swój apar­ta­ment i zszedł do głów­nego holu, gdzie znaj­do­wał się jedyny tele­fon w pałacu. Z ustami przy samej słu­chawce, roz­ka­zał sze­fowi sztabu gene­ral­nego, gene­ra­łowi Janusz­kie­wi­czowi, aby natych­miast odwo­łał roz­kaz o powszech­nej mobi­li­za­cji, pozo­sta­wia­jąc w mocy wyłącz­nie roz­kaz o mobi­li­za­cji czę­ścio­wej. Janusz­kie­wicz, wsparty przez Suchom­li­nowa, odwa­żył się oddzwo­nić do cara. Według nich, "regio­nalna" mobi­li­za­cja wpro­wa­dzi w armii zamęt i unie­moż­liwi prze­pro­wa­dze­nie peł­nej mobi­li­za­cji, która, bio­rąc pod uwagę sytu­ację, jest jedyną formą mobi­li­za­cji, mającą jakie­kol­wiek zna­cze­nie woj­skowe.

Pod­po­rząd­ko­wa­nie się zmie­nio­nej decy­zji cara było dla sztabu gene­ral­nego nie­wy­ko­nalne, gdyż powszechna mobi­li­za­cja, bez wie­dzy Miko­łaja, i tak była już w toku. Fran­cu­ski attaché woj­skowy w Moskwie, kapi­tan Lagu­iche, 26 lipca dowie­dział się o kro­kach pod­ję­tych przez Rosjan, prze­by­wa­jąc daleko na zacho­dzie -?w War­sza­wie -?i tele­gra­ficz­nie poin­for­mo­wał o tym swój rząd.

29 lipca powszechną rosyj­ską mobi­li­za­cję pro­wa­dzono nie­malże otwar­cie wzdłuż gra­nicy Prus Wschod­nich. Jeden z rapor­tów gene­rała Dobro­wol­skiego stwier­dza: "W okręgu suwal­skim, który przy­lega do gra­nicy z Pru­sami Wschod­nimi, roz­po­częła się już powszechna mobi­li­za­cja." (L'Histo­ire démaquillée, s.66)

Nocą z 29 na 30 lipca 1914 roku roz­dzwo­niły się tele­fony -?trudno uwie­rzyć w uwagi, jakie wymie­niano na linii. Naj­pierw sam car, inge­ru­jąc w sprawy w spo­sób zupeł­nie inny niż władca o sła­bym cha­rak­te­rze, zadzwo­nił do szefa sztabu gene­ral­nego. Natych­miast po tym, Janusz­kie­wicz, zamiast wyko­nać pole­ce­nia cara, zate­le­fo­no­wał do mini­stra wojny, Suchom­li­nowa.

"Co mam robić?", pytał mini­stra.

"Nic nie rób!", odpo­wie­dział natych­miast Suchom­li­now.

Na dru­gim końcu linii, szef sztabu wykrzyk­nął tylko: "Dzięki Bogu!" Bez­po­średni, oso­bi­sty roz­kaz cara, został omi­nięty.

Następ­nego ranka, w dniu 30 lipca, Suchom­li­now okła­mał cara, infor­mu­jąc go, że zasto­so­wał się do roz­kazu odwo­ła­nia powszech­nej mobi­li­za­cji i że ogra­ni­czył pro­ce­dury wyłącz­nie do mobi­li­za­cji regio­nal­nej. W rze­czy­wi­sto­ści robił dokład­nie odwrot­nie.

W 1917 roku, gdy jego liczne przy­wary zapro­wa­dzą go przed obli­cze sądu, Suchom­li­now publicz­nie przy­zna się, iż "następ­nego ranka okła­ma­łem cara. Powie­dzia­łem mu, że czę­ściowa mobi­li­za­cja jest ogra­ni­czona wyłącz­nie do punk­tów dowo­dze­nia na połu­dnio­wym wscho­dzie."

Tam­tego ranka, następ­nym w kolejce do okła­my­wa­nia cara był Sazo­now. Wyja­śnił swemu monar­sze, iż Austria pro­wa­dzi już ope­ra­cje woj­skowe na tery­to­rium Rosji. Była to zupełna nie­prawda, z czego Sazo­now zda­wał sobie sprawę, ale nie trzeba pod­kre­ślać, że na nie­zde­cy­do­wa­nym monar­sze wywarło to wielce prze­ko­nu­jące wra­że­nie. Car prze­słał Kaise­rowi Wil­hel­mowi nastę­pu­jący, godny współ­czu­cia, tele­gram: "Prze­czu­wam, iż wkrótce ugnę się pod cię­ża­rem, jaki na mnie spada i będę zmu­szony pod­jąć osta­teczne kroki, zmie­rza­jące do wojny."

Sazo­now, wyko­rzy­stu­jąc swą prze­wagę, nie­mal wygnał cara z jego apar­ta­men­tów, gdzie monar­cha wraz z żoną doglą­dał syna, małego hemo­fi­lika i następcę tronu. Caryca Alek­san­dra, nie­na­wi­dząca wiel­kich ksią­żąt i ich pan­sla­wi­stycz­nych obse­sji, mając nerwy napięte do osta­tecz­no­ści, usi­ło­wała radzić mężowi, by się nie pod­da­wał.

Sazo­now wypu­ścił wtedy ostat­nią strzałę, która prze­szyła tę dumną i oddana żonę i matkę. Powie­dział jej: "Pro­sisz cara, by pod­pi­sał swój wła­sny wyrok śmierci."

Groźbę, led­wie skry­waną, dostrzega też Geo­rge Mal­colm Thom­son, pisząc: "W cza­sie tych wypeł­nio­nych gorączką godzin, w car­skim pałacu nad brze­giem morza, nikt nie mógł wyklu­czyć żad­nego, choćby nawet naj­bar­dziej nie­praw­do­po­dob­nego roz­woju sytu­acji." Był to szan­taż, pach­nący groźbą mor­der­stwa. Car otrzy­mał ostatni tele­gram od Kaisera: "Mój amba­sa­dor otrzy­mał instruk­cje, by zwró­cić uwagę waszego rządu na poważne zagro­że­nia i kon­se­kwen­cje, wyni­ka­jące z mobi­li­za­cji. Austro-Węgry mobi­li­zo­wały się wyłącz­nie prze­ciwko Ser­bii, sta­wia­jąc pod broń tylko część swo­jej armii. Jeśli Rosja mobi­li­zuje się prze­ciwko Austro-Węgrom, rola media­tora, którą zaak­cep­to­wa­łeś zgod­nie z wła­sną, wyraźną wolą, będzie zagro­żona, o ile w ogóle nie sta­nie się nie­moż­liwa. Cały cię­żar decy­zji spo­czywa teraz na two­ich bar­kach i ty ponie­siesz odpo­wie­dzial­ność za wojnę lub pokój. Willy."

Brze­mię decy­zji miaż­dżyło Miko­łaja II. Gdy wyczer­pały się moż­li­wo­ści uni­ków, car przy­jął par­tię wojny w swym gabi­ne­cie. Wpro­wa­dzeni przed obli­cze monar­chy, usta­wili się twa­rzami do niego: mini­ster wojny, gene­ra­ło­wie i cywilni ofi­cjele.

Sazo­now, wypo­wia­da­jąc się jasno i zde­cy­do­wa­nie, rzu­cił wyzwa­nie carowi: "Nie wydaje mi się, by Wasza Wyso­kość powinna się dłu­żej wahać w kwe­stii przy­wró­ce­nia dekretu o powszech­nej mobi­li­za­cji."

Car ponow­nie wymam­ro­tał swe obiek­cje: "Roz­waż, że ozna­cza to posła­nie na śmierć dzie­siątki tysięcy ludzi."

Sazo­now: "Wstrzy­ma­nie mobi­li­za­cji zakłóci porzą­dek w siłach zbroj­nych i zanie­po­koi naszych sojusz­ni­ków."

Było to kolejne oszu­stwo Sazo­nowa, za pomocą któ­rego suge­ro­wał, że Fran­cuzi będą zszo­ko­wani nie­zde­cy­do­wa­niem cara i uznają, iż naru­sza on warunki ich soju­szu. Rzecz jasna, w tym momen­cie Poincaré, który wła­śnie powró­cił ze swej podróży, odgry­wał w Paryżu rolę nie­wi­niątka.

W końcu wszy­scy się uci­szyli. Car, z wyba­łu­szo­nymi oczami i cho­ro­bli­wie pożół­kłą twa­rzą, nie odzy­wał się. Stał bez ruchu, jak ska­mie­niały.

Nagle ciszę prze­rwał gene­rał Tati­szew: "Tak, to trudna decy­zja."

Car drgnął, jakby ktoś wymie­rzył mu poli­czek. Prze­mie­rzył pokój tam i z powro­tem, po czym spoj­rzał pro­sto na swych słu­cha­czy. "Ja jestem tym, który decy­duje."

I zde­cy­do­wał. Roz­ka­zał Sazo­no­wowi, by poin­for­mo­wał Janusz­kie­wi­cza, iż ponow­nie pod­pi­suje dekret o powszech­nej mobi­li­za­cji.

Thom­son na zawsze utrwa­lił tę scenę: "Napię­cie w pokoju pry­sło. Sazo­now ukło­nił się i nie­malże bie­giem pobiegł do tele­fonu pię­tro niżej. Trium­fal­nie prze­ka­zał pole­ce­nie Janusz­kie­wi­czowi, doda­jąc: 'Teraz możesz roz­bić tele­fon'."

Rozdział 12. Tragiczna farsa

Roz­dział 12 Tra­giczna farsa

Dokład­nie w tym samym cza­sie, gdy car ule­gał naci­skom frak­cji wojen­nej, ran­kiem 29 lipca, pre­zy­dent Poincaré scho­dził w Dun­kierce z pokładu "France". Powrotny rejs do Fran­cji upły­nął mu na sta­wia­niu zasłony dym­nej i two­rze­niu alibi wobec jakich­kol­wiek oskar­żeń o to, że knuł wojnę. Po ogło­sze­niu powszech­nej mobi­li­za­cji w Rosji, Paléologue opóź­nił wysy­ła­nie tele­gra­mów do Paryża, a w nie­któ­rych przy­pad­kach cał­ko­wi­cie powstrzy­mał się przed ich nada­niem, w celu pod­trzy­ma­nia fasady nie­wie­dzy Poincaré, co do dzia­łań strony rosyj­skiej. 26 lipca Paléologue wstrzy­mał prze­ka­za­nie tele­gramu fran­cu­skiego attaché, Lagu­iche, dono­szą­cego o roz­po­czę­ciu taj­nej mobi­li­za­cji. Jed­nakże, gdy Poincaré został powi­tany w pociągu pre­zy­denc­kim w Dun­kierce przez mini­stra Reno­ulta, pre­zy­dent powie­dział do niego: "Nie da się tego zała­twić poko­jowo." Jak na kogoś, kto utrzy­my­wał, iż przez sześć dni nic nie sły­szał, zabrzmiało to strasz­nie pew­nie.

Bru­talna apro­bata Poincaré dla wojny wypo­wie­dziana została w momen­cie, gdy wojna nie była jesz­cze prze­są­dzona. Wysiłki na rzecz unor­mo­wa­nia sytu­acji były podej­mo­wane jesz­cze w Wied­niu i w Sankt Peters­burgu. Zabiegi Kaisera i jego kanc­le­rza zaczęły wpły­wać na Fran­ciszka Józefa i Berch­tolda. Hra­bia Berch­told zmo­dy­fi­ko­wał swe żąda­nia wobec Ser­bii i obec­nie był skłonny roz­wa­żyć rezy­gna­cję z żąda­nia wspól­nego, austriacko-serb­skiego docho­dze­nia w spra­wie zabój­stwa arcy­księ­cia. Jak pisze Fabre Luce: "Nie była to już kwe­stia zwy­kłego kamu­flażu. Nie! Notatka napi­sana ręką Berch­tolda dowo­dzi, że nawet w dniu 30 lipca 1914 roku skła­niał się on do kom­pro­misu w spra­wie serb­skiego docho­dze­nia, o ile Rosja ze swej strony zaak­cep­to­wa­łaby tym­cza­sową austriacką oku­pa­cję Bel­gradu." (L'Histo­ire démaquillée, s. 75)

Cza­sami nie­bez­pie­czeń­stwo wywo­łuje efekt spo­koju. Praw­do­po­dob­nie ni­gdy, od samego dnia zbrodni, 28 czerwca, strony nie były tak bli­sko osią­gnię­cia poro­zu­mie­nia.

* * *

Gdy ran­kiem 29 lipca Poincaré przy­był do Paryża, spo­tkał się z trium­fal­nym przy­ję­ciem na dworcu kole­jo­wym St. Lazare, które przy­go­to­wali jego współ­pra­cow­nicy, co nie zna­czy, że było ono przez to mniej gorące. Dzie­siątki tysięcy Fran­cu­zów, roz­pa­lone do czer­wo­no­ści przez szo­wi­ni­styczną prasę, zakor­ko­wało tro­tu­ary wzdłuż drogi do pałacu Eli­zej­skiego, okla­sku­jąc pre­zy­denta co naj­mniej tak, jakby był Napo­le­onem trium­fal­nie powra­ca­ją­cym z Elby. Tłum falą wylał się na Plac Zgody i zgro­ma­dził się przed ude­ko­ro­wa­nymi kirem posą­gami, repre­zen­tu­ją­cymi Metz i Stras­burg. Gdyby Poincaré nie był zago­rza­łym maso­nem, być może odśpie­wano by mu Te Deum w kate­drze Notre-Dame.

W każ­dym bądź razie i tak otrzy­mał świecką beaty­fi­ka­cję. Dziwny był wybuch takiego aplauzu w świe­tle zapew­nień Poincaré o jego nie­wie­dzy w kwe­stii nagłego biegu wypad­ków, jaki nastą­pił w cza­sie jego rejsu, i dziwne jest, że patrio­tyczne tłumy bra­wami przyj­mo­wały podróż­nika, utrzy­mu­ją­cego, że był zamro­czony. Ale ludzie z ulicy instynk­tow­nie przej­rzeli zasłonę rze­ko­mej nie­wie­dzy Poincaré, a za jego misty­fi­ka­cję kochali go jesz­cze bar­dziej.

Teraz jed­nak, po dwóch tygo­dniach wybie­gów, nade­szła godzina, w któ­rej Poincaré musiał w końcu w osta­teczny spo­sób odtrą­bić sygnał do wojny, przy czym cały czas zacho­wu­jąc wra­że­nie, iż nie inte­re­suje go nic, poza poko­jem.

Natych­miast po trium­fal­nym prze­jeź­dzie z dworca do Pałacu Eli­zej­skiego, Poincaré wezwał do sie­bie trzech ludzi: swego pre­miera, uprze­dza­jąco grzecz­nego Viviani, amba­sa­dora Wiel­kiej Bry­ta­nii, sir Fran­cisa Ber­tie i wytraw­nego pocią­ga­cza sznur­ków z Rosji, Izwol­skiego. Fran­cu­ski pre­zy­dent i rosyj­ski amba­sa­dor zaczęli ura­biać wytwor­nego amba­sa­dora z Bry­ta­nii, który w swym per­ło­wo­sza­rym, jedwab­nym cylin­drze, uzbro­jony w ele­gancki, wyście­łany na zie­lono para­sol, wyglą­dał jak ban­kier. Dziwne to było posie­dze­nie: dwaj odwieczni kon­spi­ra­to­rzy, Poincaré i Izwol­ski byli zmu­szeni do tego, aby masko­wać swe wspólne machi­na­cje z nie­da­le­kiej prze­szło­ści, jed­no­cze­śnie uda­jąc cał­ko­wi­cie fał­szywą przy­jaźń.

Prawda jest taka, że obaj pano­wie wza­jem­nie się nie­na­wi­dzili, czemu dowód dadzą ich powo­jenne oświad­cze­nia i pisar­stwo. Izwol­ski będzie twier­dzić, że Poincaré był kłamcą, który wszyst­kich oszu­ki­wał (w swych opi­niach nie był osa­mot­niony; mini­ster spraw wewnętrz­nych, Louis Jean Malvy, okre­śli swego byłego pre­zy­denta, jako "ego­istę, oszu­sta i tchó­rza"). W 1922 roku, przed obli­czem Izby Depu­to­wa­nych Poincaré będzie twier­dzić, że każdy fran­cu­ski mini­ster wie­dział, iż ni­gdy nie ufał on Izwol­skiemu. Napi­sze także, nie do końca zgod­nie prawdą, że "gdy­bym mógł czy­tać tele­gramy, które [Izwol­ski] wysy­łał swemu rzą­dowi, z pew­no­ścią zauwa­żył­bym w nich ustępy, które uza­sad­niały instynk­towną nie­uf­ność, jaką wzbu­dzał we mnie i w moich kole­gach." Tak oto wypo­wia­dali się o sobie pano­wie, któ­rzy wspól­nie spi­sko­wali nad sko­rum­po­wa­niem opi­nii publicz­nej we Fran­cji!

Bry­tyj­ski amba­sa­dor nie dawał się zła­pać na ich pochleb­stwa. Nie poczy­nił żad­nych obiet­nic. Jak zawsze, odpo­wie­dział, iż zre­fe­ruje sprawę swo­jemu rzą­dowi.

Jed­nak to wła­śnie na tym spo­tka­niu Poincaré dał Izwol­skiemu osta­teczne zapew­nie­nie zde­cy­do­wa­nego popar­cia dla rosyj­skiej mobi­li­za­cji; zapew­nie­nie, za które będzie pró­bo­wał uchy­lić się od odpo­wie­dzial­no­ści po woj­nie. Gdy współ­au­tor książki Poincaré o przy­czy­nach wojny, Guerin, zapy­tał go o rezul­tat spo­tka­nia, były fran­cu­ski pre­zy­dent odpo­wie­dział po pro­stu: "Zapy­taj Malvy."

Mini­ster Malvy dosko­nale zda­wał sobie sprawę z tego, co wyda­rzyło się w Pałacu Eli­zej­skim owego popo­łu­dnia. Wie­czo­rem tam­tego dnia odwie­dził swo­jego przy­ja­ciela, Jose­pha Cail­laux, i w wiel­kim wzbu­rze­niu prze­ka­zał mu nowiny, notu­jąc na miej­scu prze­bieg roz­mowy.

Malvy: "Rosja zapy­tała, czy możemy prze­pro­wa­dzić mobi­li­za­cję. Powie­dzie­li­śmy, że tak. Zobo­wią­za­li­śmy się do wspar­cia Rosji."

Cail­laux: "W takim razie wykra­cza­cie poza zobo­wią­za­nia trak­tatu!" Malvy mil­czy.

Cail­laux: "Oczy­wi­ście upew­ni­li­ście się, że Anglia się zga­dza?"

Malvy: "Nie było kwe­stii Anglii." (Amba­sa­dor bry­tyj­ski zdą­żył opu­ścić spo­tka­nie, zanim pyta­nie zostało zadane.)

Cail­laux: "Łaj­daki! Roz­pę­ta­li­ście wojnę!"

Sowiecka Czarna Księga zawie­rać będzie treść tele­gramu, który trium­fu­jący Izwol­ski, po wyj­ściu z Pałacu Eli­zej­skiego, prze­słał po połu­dniu Sazo­no­wowi: "Fran­cja cał­ko­wi­cie się z nami zga­dza!"

To wła­śnie tego tele­gramu użył Sazo­now, by osta­tecz­nie prze­ła­mać opór cara, co do nie­odwo­łal­nego uru­cho­mie­nia rosyj­skiej machiny wojen­nej.

* * *

Gdyby Poincaré fak­tycz­nie obsta­wał za poko­jem, wciąż mógłby poha­mo­wać pan­sla­wi­stycz­nych pod­że­ga­czy wojen­nych z oto­cze­nia cara, w tym samym cza­sie, gdy Kaiser Wil­helm i Beth­mann-Hol­l­weg uży­wali wszel­kiej mocy per­swa­zji, aby powstrzy­mać swo­ich austro-węgier­skich sojusz­ni­ków. Niemcy nie pra­gnęły iść na wojnę z Fran­cu­zami, ale spo­sób, w jaki Rze­sza była oto­czona przez Fran­cję i potężne cesar­stwo rosyj­skie spra­wiał, że despe­racka nie­miecka ofen­sywa prze­ciwko Fran­cji sta­wała się koniecz­no­ścią w momen­cie, gdy wro­gie kroki wyda­wały się nie do unik­nię­cia, czyli wtedy, gdy Rosja doko­nała mobi­li­za­cji. Tak wła­śnie wyglą­dała pułapka, jaką zasta­wili na Niemcy pan­sla­wi­ści do spółki z Poincaré.

Oczy­wi­ście zasta­wia­nie pułapki na Niem­ców nie było obo­wiąz­kiem narzu­co­nym Fran­cji z racji jej umowy z przy­wód­cami rosyj­skimi. Fran­cu­ski pre­zy­dent, gdyby miał taką wolę, mógłby odmó­wić Rosja­nom wspar­cia ich spi­sku wymie­rzo­nego prze­ciwko Niem­com, tak samo, jak rząd rosyj­ski odmó­wił popar­cia Fran­cji w cza­sie kry­zysu maro­kań­skiego dwa lata wcze­śniej. Izwol­ski zwró­cił wtedy uwagę Fran­cu­zom, że "Rosja pozo­staje bez­a­pe­la­cyj­nie wierna swemu przy­mie­rzu z Fran­cją, ale mia­łaby trud­no­ści z prze­ko­na­niem narodu rosyj­skiego do wojny z powodu Maroka. Poza tym, sojusz jest wyłącz­nie defen­sywny." Lub też, jak to wtedy ujął car Miko­łaj w roz­mo­wie z fran­cu­skim amba­sa­do­rem: "Nie pla­nuję pro­wa­dze­nia wojny poza sytu­acją, gdy doty­czy ona abso­lut­nie żywot­nych inte­re­sów."

Jed­nak dla Poincaré, kwe­stia odzy­ska­nia Alza­cji i Lota­ryn­gii była takim wła­śnie abso­lut­nie żywot­nym inte­re­sem i spro­wo­ko­wa­nie nie­miec­kiego ataku, eli­mi­nu­ją­cego potrzebę kło­po­tli­wych debat w par­la­men­cie, było spo­so­bem na osią­gnię­cie tego celu. Jego prze­bie­głe, skryte manewry, prze­pro­wa­dzane przy współ­udziale gar­ści zaufa­nych poma­gie­rów poli­tycz­nych, były cudem hipo­kry­zji i efek­tyw­no­ści, zgod­nej z dok­tryną makia­we­li­zmu. Poincaré będzie miał swoją wojnę, a Niemcy poniosą główne koszty moral­nego obu­rze­nia świa­to­wej opi­nii publicz­nej.

Tajem­ni­czość Poincaré spra­wiła, iż jego dwóch mini­strów spę­dziło noc pełną sza­lo­nych i komicz­nych nie­po­ro­zu­mień. Krótko po pół­nocy, fran­cu­ski mini­ster wojny, Adol­phe Mes­simy, został obu­dzony w swoim domu. Nawie­dził go gość, i to dość hała­śliwy: puł­kow­nik Igna­tiew, rosyj­ski attaché woj­skowy, który był mocno pod­pity. Puł­kow­nik przy­no­sił ofi­cjalne wie­ści od rządu rosyj­skiego, czyli podzię­ko­wa­nia za fran­cu­skie popar­cie dla rosyj­skiej mobi­li­za­cji. Mes­simy, prze­cie­ra­jąc oczy -?i wciąż nie­świa­dom zapew­nień Poincaré wygło­szo­nych ostat­niego popo­łu­dnia -?pró­bo­wał ukryć swoje zasko­cze­nie. Natych­miast zate­le­fo­no­wał do Viviani, który odpo­wie­dział dość elo­kwent­nie.

"Mój Boże!", wykrzyk­nął. "To jasne, że Rosja­nie są pija­kami i luna­ty­kami. Dopiero co mia­łem tu Izwol­skiego. Powiedz Igna­tie­wowi, żeby uni­kał fajer­wer­ków za wszelką cenę." Czy Viviani tylko uda­wał szczere obu­rze­nie? Czy pre­mier nie był świa­dom machi­na­cji Poincaré i dzia­łań Paléologue w Sankt Peters­burgu? Tele­gramy, słane przez Paléologue nad­cho­dziły późno i dla pew­no­ści szły okrężną drogą po to, aby uwia­ry­god­nić wer­sję Poincaré, iż rząd fran­cu­ski nie miał poję­cia o rosyj­skiej mobi­li­za­cji. Ale jest histo­ryk, który wie­rzy, że reak­cja pre­miera Viviani była uda­wana.

Fabre Luce pisze: "Viviani nie tyle cier­piał z powodu iry­ta­cji, iż obu­dzono go w środku nocy, ale z powodu tego, iż zna­lazł się w sytu­acji, gdzie koniecz­nym było przy­ję­cie odpo­wie­dzial­no­ści, któ­rej chciał unik­nąć. Po co 'tym Rosja­nom' jakieś ofi­cjalne potwier­dze­nie? Nie rozu­mieją deli­kat­nej alu­zji, że bez­gra­niczne wspar­cie, zade­kla­ro­wane w Sankt Peters­burgu, pozo­staje w mocy? Co za tępaki! Tak więc nie wystar­czył im tele­gram wysłany z pokładu okrętu i obiet­nica popar­cia, pono­wiona dzień wcze­śniej w Paryżu? Podobne myśli musiały kłę­bić się w gło­wie pre­miera, który przy oka­zji był też mini­strem spraw zagra­nicz­nych."

Izwol­ski wrę­czył pre­mie­rowi tele­gram, pod­pi­sany przez Sazo­nowa, w któ­rym zna­la­zły się nastę­pu­jące słowa: "Wyra­żamy rzą­dowi fran­cu­skiemu naszą głę­boką wdzięcz­ność za ofi­cjalna dekla­ra­cję, iż możemy liczyć na pełną współ­pracę naszego sojusz­nika." Ale tele­gram wycho­dził poza ramy stwier­dzeń, zawar­tych w zapew­nie­niu, wymam­ro­ta­nym przez Poincaré do Izwol­skiego. Dalej Sazo­now pisał: "teraz musimy tylko przy­spie­szyć nasze przy­go­to­wa­nia woj­skowe i sta­nąć wobec nie­uchron­no­ści wojny." Było jasne, że Viviani nie został o niczym poin­for­mo­wany! Pędem udał się do Pałacu Eli­zej­skiego, gdzie tym razem przy­szła kolej na pre­zy­denta, aby zostać wyrwa­nym ze snu i być zmu­szo­nym do pospiesz­nego ubra­nia się. Poincaré nie był w nastroju, by uspo­ka­jać pre­miera. Wark­nął: "Za kilka godzin podej­miemy ten temat na radzie mini­strów", po czym wró­cił do łóżka.

Tym­cza­sem w rezy­den­cji Mes­simy, Igna­tiew doma­gał się ofi­cjal­nej odpo­wie­dzi na tele­gram swo­jego mini­stra i ogar­nięty pijacką poryw­czo­ścią, odmó­wił rusze­nia się z miej­sca, dopóki tako­wej nie otrzyma. Mes­simy, pró­bu­jąc grać na zwłokę, powie­dział mu, że Rosja­nie będą musieli zwol­nic tempo swej mobi­li­za­cji. Igna­tiew odpo­wie­dział na to żar­li­wie, uży­wa­jąc meta­fory sto­sow­nej do swo­jego stanu, iż "nie mobi­li­zuje się małymi łykami; tak się pije kok­tajl."

Pró­bu­jąc zna­leźć sfor­mu­ło­wa­nie, które pozwo­li­łoby jemu i jego kole­gom na unik­nię­cie odpo­wie­dzial­no­ści, Viviani wpadł na pomysł posłu­że­nia się kon­cep­cją "taj­nej" rosyj­skiej mobi­li­za­cji. Mes­simy został więc poin­stru­owany, by prze­ka­zał puł­kow­ni­kowi, iż Rosja winna mobi­li­zo­wać swe połu­dniowe kor­pusy armijne przy zało­że­niu, że Fran­cja nie będzie o tym infor­mo­wana. Do Sazo­nowa Viviani napi­sał, iż Fran­cja przy­chyla się do rosyj­skiej decy­zji o pod­ję­ciu "defen­syw­nych i zapo­bie­gaw­czych kro­ków", tym samym uni­ka­jąc dawa­nia pre­tek­stu do mobi­li­za­cji Niem­com. Fran­cu­scy przy­wódcy ponow­nie poszli na rękę rosyj­skim pod­że­ga­czom wojen­nym.

Fabre Luce dobrze opi­sał tę scenę, jak rów­nież jej impli­ka­cje:

"Mes­simy i Igna­tiew objęli się w mil­cze­niu. Rosja­nin zauważy póź­niej: 'Czu­łem się jak czło­wiek, któ­remu zdjęto wielki cię­żar z ple­ców'." Naj­wi­docz­niej, pomimo wszel­kich zapew­nień, jakie otrzy­mał, do ostat­niej chwili zasta­na­wiał się, czy Fran­cja, kraj z więk­szo­ścią oby­wa­teli kocha­ją­cych pokój, sygna­ta­riusz defen­syw­nego paktu z Rosją, naprawdę zgo­dzi się zaak­cep­to­wać mobi­li­za­cję-agre­sję Rosji. I oto, tak! Rubi­kon został prze­kro­czony. Fran­cu­scy przy­wódcy doko­nali wyboru, ale pró­bo­wali ukryć swoją decy­zję. Grali hasłem taj­nej mobi­li­za­cji, pod­czas gdy zdrowy roz­są­dek i wypo­wie­dzi Rosjan potwier­dzały, że takie coś jest nie­moż­liwe. Paléologue wie­dział o tym: potwier­dzał to rosyj­ski doku­ment, ale amba­sa­dor uda­wał, że dołą­czył do gry i w dniu 30 lipca prze­ka­zał tele­gra­ficz­nie infor­ma­cję o tym, że rząd rosyj­ski zde­cy­do­wał o 'pod­ję­ciu taj­nych, pierw­szych kro­ków powszech­nej mobi­li­za­cji.' Rząd tym­cza­sem po pro­stu zwy­czaj­nie ogło­sił mobi­li­za­cję." (L'Histo­ire démaquillée, s. 70)

To było wła­śnie owe fran­cu­skie zapew­nie­nie popar­cia, które umoż­li­wiło rosyj­skim mini­strom i gene­ra­łom wywar­cie naci­sku na cara, kon­tu­nu­owa­nie mobi­li­za­cji wbrew jego roz­ka­zowi i w końcu na odcię­cie jego tele­fonu, by nie mógł już zmie­nić swej osta­tecz­nej decy­zji o woj­nie.

Tej samej nocy, dla gene­rała hra­biego Hel­muta von Moltke, szefa nie­miec­kiego sztabu gene­ral­nego, nastę­po­wały coraz bar­dziej ner­wowe godziny. Ryzy­ko­wał ni mniej, ni wię­cej, tylko per­spek­tywą prze­gra­nej wojny, o ile dałby wyprze­dzić się Rosja­nom w mobi­li­za­cji i pozwo­lić im na opa­no­wa­nie Nie­miec. Obec­nie wszystko wska­zy­wało na to, że ich mobi­li­za­cja jest w toku.

Bra­ta­nek wiel­kiego Moltke, pra­wej ręki Bismarcka, zwy­cięzcy Fran­cji i i Austrii, nie miał tem­pe­ra­mentu i żela­znej woli swego zna­mie­ni­tego wuja. Sam przy­znał: "Bra­kuje mi umie­jęt­no­ści podej­mo­wa­nia szyb­kich decy­zji. Nie mam na tyle tem­pe­ra­mentu, by ryzy­ko­wać wszystko jed­nym rzu­tem kości."

Zewnętrz­nie, gene­rał był wspa­niałą posta­cią, impo­nu­jącą, niczym Moj­żesz Michała Anioła, ale był w rów­nym stop­niu wojow­ni­kiem, co estetą. Mnó­stwo czy­tał, pre­fe­ru­jąc opa­słe tomy takich auto­rów, jak Nie­tsche czy Car­lyle. Był zago­rza­łym wiel­bi­cie­lem fla­mandz­kiego pisa­rza, Maeter­lincka, któ­rego "Pele­asa" i "Meli­sandę" prze­ło­żył na język nie­miecki. Malo­wał i potra­fił grać na skrzyp­cach, zaś pod wpły­wem żony maczał palce w męt­nych wodach teo­zo­fii.

W prze­ci­wień­stwie do innych Niem­ców, takich, jak hra­bia von Bülow, oba­wiał się rosyj­skiego eks­pan­sjo­ni­zmu. Wstrzą­sała nim wizja milio­nów twar­dych rosyj­skich chło­pów z ogrom­nego pań­stwa, roz­cią­ga­ją­cego się od Kłaj­pedy do Wła­dy­wo­stoku, przy­zwy­cza­jo­nych do nie­do­statku i wyszko­lo­nych w śle­pym posłu­szeń­stwie, któ­rzy niczym lawina zwa­lają się na Niemcy, już zagro­żone przez fran­cu­ską armię. Obie armie razem mają liczebną prze­wagę nad Niem­cami w sto­sunku cztery do jed­nego.

Moltke dostrze­gał rosnącą z roku na rok siłę Rosjan. Naj­więk­sza sła­bość Rosji, słabo roz­wi­nięta sieć komu­ni­ka­cyjna i trans­por­towa obsłu­gu­jąca jej gigan­tyczne tery­to­rium, była mia­rowo uspraw­niana dzięki ogrom­nemu napły­wowi fran­cu­skich fran­ków, o co zadbał Poincaré. W stronę Prus powoli wycią­gała się nowa, główna linia kole­jowa, która w ciągu kilku lat pozwoli na szyb­kie i sprawne prze­rzu­ce­nie milio­nów żoł­nie­rzy nad wschod­nią gra­nicę Nie­miec.

W lipcu 1914 roku prze­miesz­cza­nie się rosyj­skich sił w stronę Nie­miec wciąż było nie­mrawe i pełne kło­po­tów. Sieć kole­jowa i dro­gowa nie była dosta­tecz­nie roz­wi­nięta i poru­sza­nie się po szla­kach było powolne i nie­wy­godne. Zna­ko­mita więk­szość rosyj­skich oddzia­łów będzie musiała posu­wać się pie­szo po fatal­nych dro­gach. Jed­nak rosyj­skie przy­go­to­wa­nia wojenne trwały od tygo­dni. Oddziały z Sybe­rii wezwano do euro­pej­skiej czę­ści Rosji, a grupy armii na zacho­dzie prze­su­wały się w kie­runku gra­nicy.

Jedyny nie­miecki plan stra­te­giczny, plan Schlief­fena, zakła­dał uży­cie głów­nej czę­ści nie­mieckich wojsk prze­ciwko Fran­cji w okre­sie czter­dzie­stu dni. Tylko po tym cza­sie można było prze­rzu­cić więk­sze siły na front wschodni. Teraz zaś każdy mija­jący dzień pod­ko­py­wał nie­miecki mar­gi­nes bez­pie­czeń­stwa na wscho­dzie. Dla nie­mieckich gene­ra­łów, każdy dzień spę­dzony na nego­cja­cjach z przy­wód­cami rosyj­skimi, przy­bli­żał dla całego narodu moment mili­tar­nej klę­ski.

Rozdział 13. Śmierć pacyfisty

Roz­dział 13 Śmierć pacy­fi­sty

Raporty nie­miec­kich dyplo­ma­tów, słane z Sankt Peters­burga do Ber­lina, z każ­dym dniem były coraz bar­dziej nie­po­ko­jące. 30 lipca 1914 roku tele­gram nade­słany przez amba­sa­dora Pourtal?sa roz­wiał wszel­kie wąt­pli­wo­ści. Wymie­niał on po kolei wszyst­kie okręgi zachod­niej Rosji, w któ­rych mobi­li­za­cja szła pełną parą.

W guberni war­szaw­skiej, w owym cza­sie nie­da­leko od wschod­niej gra­nicy Nie­miec, oraz w guberni suwal­skiej, poło­żo­nej na progu Prus Wschod­nich, postępu rosyj­skiej mobi­li­za­cji nie dało się ukryć. Nie­mieccy szpie­dzy i infor­ma­to­rzy, jak rów­nież nie­miecki kon­sul, pod­kre­ślali nie­uchron­ność nadej­ścia Rosjan. Przy­go­to­wa­nia można też było obser­wo­wać z nie­mieckich budek straż­ni­czych na gra­nicy, skąd było widać rosyj­skie oddziały, w pośpie­chu nisz­czące wła­sne poste­runki gra­niczne, z któ­rych nocami buchały pło­mie­nie.

Do tego wie­czoru Moltke uzy­skał potwier­dze­nie z wia­ry­god­nych źró­deł, iż rosyj­ska mobi­li­za­cja jest powszechna i wła­śnie się odbywa. Następ­nego ranka zate­le­gra­fo­wał do swo­jego kolegi w Austrii, gene­rała Con­rada von Hötzendorfa: "Mobi­li­zuj­cie się! Niemcy będą mobi­li­zo­wać się z wami!" Nawet wtedy, Kaiser wciąż usi­ło­wał popchnąć Fran­ciszka Józefa w stronę nego­cja­cji z Rosja­nami. Austriacki mini­ster spraw zagra­nicz­nych, Berch­told, był zdez­o­rien­to­wany sprzecz­nymi wia­do­mo­ściami z Ber­lina.

"Kto dowo­dzi w Ber­li­nie?!", wykrzyk­nął. "Von Moltke czy Kaiser?"

Nie mamy wąt­pli­wo­ści, że von Moltke chwi­lowo wykro­czył poza swoje kom­pe­ten­cje. Ale tego samego ranka w Sankt Peters­burgu Pourtal?sowi udało się sta­nąć twa­rzą w twarz z Sazo­no­wem, dzier­żą­cym publiczny pla­kat mobi­li­za­cyjny. Niem­com zaczy­nało bra­ko­wać czasu i nawet Kaiser Wil­helm tra­cił wiarę w poko­jowe roz­wią­za­nie. Wia­do­mość od cara, iż nie może dłu­żej opie­rać się naci­skom swych dorad­ców, dotarła do niego 30 lipca i Wil­helm przy­znał, że "jego misja, jako roz­jemcy, skoń­czyła się."

Tym­cza­sem w Paryżu, Poincaré miał się wła­śnie pozbyć ostat­niego, poważ­nego fran­cu­skiego prze­ciw­nika swych pla­nów wojen­nych. Jean Jaur?s, przy­wódca fran­cu­skich socja­li­stów i dzia­łacz II Mię­dzy­na­ro­dówki Socja­li­stycz­nej był czło­wie­kiem oświe­co­nym, dobrze zorien­to­wa­nym w kla­syce grec­kiej i łaciń­skiej, który nauczył się hisz­pań­skiego, by prze­czy­tać w ory­gi­nale Don Kichote, jak rów­nież angiel­skiego, gdyż inte­re­so­wał go Hume i Szek­spir. Był wspa­nia­łym mówcą, który mimo błę­kit­nych oczu, pocho­dził z połu­dnia Fran­cji. Jaur?s pro­wa­dził godne sza­cunku, wręcz bur­żu­azyjne życie. Nie miał w sobie nic ze sprze­daj­no­ści, która pozwo­liła wielu fran­cu­skim poli­ty­kom na zgro­ma­dze­nie pry­wat­nych for­tun, pocho­dzą­cych zarówno z ich dzia­łal­no­ści publicz­nej, jak i mniej publicz­nej.

29 lipca Jaur?s doko­nał ostat­niego wysiłku, aby powstrzy­mać wojnę, prze­ma­wia­jąc na wiel­kim zjeź­dzie przy­wód­ców socja­li­stycz­nych z całej Europy, zebra­nych pod sztan­da­rem II Mię­dzy­na­ro­dówki Socja­li­stycz­nej w oka­za­łej sali Cyrku Kró­lew­skiego w Bruk­seli. Trzy­dzie­ści lat póź­niej autor tej książki będzie miał po raz pierw­szy oka­zję by w tej samej sali zwró­cić się do bruk­sel­skiej publicz­no­ści. Tam­tego dnia wystą­pie­nie Jaur?sa było wyjąt­kowo poru­sza­jące, gdyż w jego odczu­ciu pokój w Euro­pie nie był tak zagro­żony od cza­sów wojen napo­le­oń­skich sto lat wcze­śniej.

Na zakoń­cze­nie jego mowy roz­brzmiały gło­śne okrzyki "Precz z wojną!" i bez wąt­pie­nia wiele z nich wyrwało się z tych samych gar­deł, które kilka dni póź­niej wykrzy­czą pło­mienną apro­batę dla wojny w par­la­men­tach i zgro­ma­dze­niach naro­do­wych Europy. Mimo gło­śnej owa­cji, Jaur?s opu­ścił salę z cięż­kim ser­cem. Miał jesz­cze czas, by przed zła­pa­niem pociągu do Paryża zoba­czyć wspa­nia­ło­ści wystawy fla­mandz­kich pry­mi­ty­wi­stów w Muzeum Bruk­sel­skim.

W Paryżu podą­żył bez­po­śred­nio do mini­ster­stwa spraw zagra­nicz­nych, by pró­bo­wać uzy­skać obiet­nicę pre­miera Viviani, iż rząd będzie usi­ło­wał uspo­koić Rosjan. Kiedy dowie­dział się, że Poincaré obie­cał wła­śnie pełne popar­cie dla rosyj­skiej mobi­li­za­cji, ostrzegł pre­miera: "Jeste­ście ofia­rami spi­sku Izwol­skiego i Rosjan. Wszyst­kich was, trzpio­to­wa­tych mini­strów, oskar­żymy publicz­nie, nawet, jeśli mie­li­by­ście do nas strze­lać."

Opusz­cza­jąc budy­nek przy Quai d'Orsay, Jaur?s napo­tkał Izwol­skiego. Patrząc mu pro­sto w twarz, powie­dział: "Ta szu­mo­wina, Izwol­ski, będzie miała swoją wojenkę."

Tego samego wie­czoru Jaur?s prze­czy­tał w gaze­cie: "Gdyby Fran­cja miała przy­wódcę, który jest praw­dzi­wym męż­czy­zną, Jaur?s zostałby posta­wiony pod ścianą, obok pla­ka­tów mobi­li­za­cyj­nych." Krę­cąc głową, powie­dział pod nosem, "musimy być gotowi na to, że odstrzelą nas na pierw­szym rogu."

Tej samej nocy młody czło­wiek węszył wokół domu Jaur?sa na Passy. Gdy nad­szedł Jaur?s w towa­rzy­stwie kilku zna­jo­mych, młody czło­wiek, któ­rego nazwi­sko brzmiało Raoul Vil­lain, zapy­tał przy­god­nego gapia, który z męż­czyzn nazywa się Jaur?s. Dowie­dziaw­szy się, znik­nął w ciem­no­ści.

Następ­nego ranka, gdy na uli­cach Paryża roiło się od demon­stran­tów i prze­stra­szo­nych wła­ści­cieli rachun­ków ban­ko­wych (zabro­niono wła­śnie wypłat cze­ków powy­żej pięć­dzie­się­ciu fran­ków), Vil­lain tro­pił swą ofiarę. Po nie­po­wo­dze­niu w sie­dzi­bie redak­cji gazety Jaur?sa, Vil­lain w końcu wyśle­dził wiel­kiego socja­li­stę w jego ulu­bio­nej kafejce "Cro­is­sant".

Jaur?s sie­dział tam, podzi­wia­jąc foto­gra­fię wnuczki zaprzy­jaź­nio­nego dzien­ni­ka­rza. Okno przy jego sto­liku było otwarte, od ulicy oddzie­lała go tylko zasłona. Nie­po­strze­że­nie, czy­jaś ręka odsu­nęła mate­riał. Bły­snęło i dwa wystrzały roz­darły ciszę. Jaur?s upadł pro­sto na swój talerz. Jakaś kobieta krzyk­nęła: "Zabili Jaur?sa!". Ostatni wielki prze­ciw­nik wojny w ten spo­sób dołą­czył do ofiar z Sara­jewa.

Paryż obie­gła plotka, że Jaur?s został zastrze­lony przez car­skiego agenta, co zmu­siło rząd do zablo­ko­wa­nia ulicy Gre­nelle, przy któ­rej, niczym cyta­dela, wzno­siła się rosyj­ska amba­sada i gdzie tajna rosyj­ska poli­cja, Ochrana, miała swoją główną kwa­terę (dzi­siaj rosyj­ska amba­sada mie­ści biura znacz­nie potęż­niej­szego następcy Ochrany -?KGB). Ni­gdy nie poja­wiły się żadne dowody na to, że rosyj­skie tajne służby stały za zabój­stwem Jaur?sa i praw­do­po­dobne jest, iż Vil­lain, syn sza­leńca i fana­tyczny nacjo­na­li­sta, któ­rego umysł roz­pa­liła natar­czywe pod­że­ga­jąca do wojny prasa, dzia­łał w poje­dynkę. Mimo wszystko, jego kule rów­nie sku­tecz­nie pora­dziły sobie z ostat­nim fran­cu­skim gło­sem prze­ciwko woj­nie, jak kule naj­mi­tów rosyj­skich spi­skow­ców pora­dziły sobie z parą ksią­żęcą w Sara­je­wie.

Tego samego dnia, gdy w Paryżu zastrze­lono Jaur?sa, Poincaré zdo­łał wypchnąć z mia­sta, w towa­rzy­stwie dwóch poli­cjan­tów, swego nie­gdy­siej­szego wroga, Cail­laux.

Teraz droga do Ber­lina stała otwo­rem.

Rozdział 14. kłamstwa polityków

Roz­dział 14 kłam­stwa poli­ty­ków

Ran­kiem 1 sierp­nia atmos­fera panu­jąca w Ber­li­nie była pełna przy­gnę­bie­nia. Kanc­lerz Beth­mann-Hol­l­weg, patrząc w przy­szłość z głę­boką tro­ską, dłu­gimi kro­kami prze­mie­rzał wyło­żone dywa­nami pod­łogi swego biura, nie do końca zda­jąc sobie sprawę z tego, co robi.

Mal­colm Thom­son pisze:

"W miarę jak mijał wie­czór, w mini­ster­stwie spraw zagra­nicz­nych w Ber­li­nie pogłę­biało się przy­gnę­bie­nie. Gdy zaj­rzał tam The­odor Wolff z Ber­li­ner Tage­blatt, przy­wi­tała go gro­bowa cisza, w któ­rej dyplo­maci roz­my­ślali, sie­dząc w sta­ro­mod­nych fote­lach. Stary węgier­ski szlach­cic Szögyény, który był austriac­kim amba­sa­do­rem, wyglą­dał tak, jakby roz­pacz wyssała z niego ostat­nią kro­plę krwi. Jagow [nie­miecki mini­ster spraw zagra­nicz­nych] cho­dził w tę i z powro­tem z przy­le­pio­nym do twa­rzy, dwu­znacz­nym uśmie­chem."

W Wied­niu kanc­lerz Berch­told był w nie­wiele lep­szym sta­nie. Jak zawsze nie­na­gan­nie ubrany, z odpi­na­nym koł­nie­rzy­kiem i kra­wa­tem przy­pię­tym per­łową spinką, fasze­ro­wał się tablet­kami nasen­nymi. Nie dał rady zła­pać Rosjan za rękę, gdy ste­ro­wali serb­skim spi­skiem, co uczy­niło jego fan­fa­ro­nadę wobec rządu w Bel­gra­dzie mniej, niż bez­u­ży­teczną. Kaiser uwa­żał jego brak roz­wagi za nie­wy­ba­czalny błąd. Teraz było za późno i rosyj­skie armie będą wkrótce prze­kra­czać gra­nicę Austro-Węgier.

W Sankt Peters­burgu, przy­wód­ców frak­cji wojen­nej chwy­tały ostat­nie parok­sy­zmy paniki. Wielka Wojna naprawdę się zaczęła. Suchom­li­now, mini­ster wojny, cały się trząsł. Na swym biurku usta­wił rząd ikon i świec wotyw­nych i teraz co chwila się żegnał.

Praw­do­po­dob­nie jedy­nym, który zacho­wy­wał spo­kój, był Wil­helm II. Odmó­wił wyda­nia roz­kazu mobi­li­za­cji nie­miec­kiej armii, mimo peł­nych roz­pa­czy próśb gene­rała von Moltke. Cho­ciaż, jak przy­znała w 1935 roku fran­cu­sko-nie­miecka komi­sja bada­jąca przy­czyny wojny, "rosyj­ska powszechna mobi­li­za­cja stwo­rzyła nowy fait accom­pli, który pil­nie wyma­gał nie­miec­kiej reak­cji". Dopiero o godzi­nie siód­mej wie­czo­rem, 31 lipca, Kaiser posu­nął się do tego, by ofi­cjal­nie ogło­sić Kriegs­ge­fah­rzu­stand, "stan pogo­to­wia wojen­nego", który wciąż był tylko wstę­pem do mobi­li­za­cji.

Kriegs­ge­fah­rzu­stand -?dud­niący, zło­wiesz­czo brzmiący teu­to­nizm, któ­rego natych­miast nie omiesz­kali ucze­pić się pro­pa­gan­dy­ści we Fran­cji, malu­jąc obraz hord Hunów, prze­le­wa­ją­cych się przez gra­nicę. Ich przy­wódca, mówiący po nie­miecku Tar­dieu, kłam­li­wie zapew­niał publikę, iż słowo to ozna­cza, że Niemcy wła­śnie ogło­sili "stan wojny" i wywo­łał tym ogól­no­na­ro­dową histe­rię. Jak Fran­cja może się wahać, by biec pod sztan­dary, gdy Niemcy już masze­rują?

Pod­se­kre­tarz stanu Abel Ferry, uczciwy patriota, któ­remu pisane będzie ponieść śmierć na polu bitwy, jako jedyny spo­śród fran­cu­skich przy­wód­ców widział, czym naprawdę były manewry jego prze­ło­żo­nych. W swym dzien­niku zapi­sał: "Paję­czyna została posta­wiona i Niemcy wpa­dli w nią, jak wielka, bzy­cząca mucha."

Cesarz Wil­helm myślał w podobny spo­sób. Tego samego dnia odzwier­cie­dlił to, mówiąc: "Sieć spa­dła nam na głowy." Niemcy wdep­nęły w pułapkę. Fabre Luce napi­sze póź­niej:

"Cała histo­ria na nie­szczę­ście nie pozo­sta­wia miej­sca na naj­mniej­sze wąt­pli­wo­ści. Fran­cja nie przy­stą­piła do wojny wie­dziona hono­rem, jak to czę­sto uda­wali nasi przy­wódcy, ale wręcz prze­ciw­nie -?łamiąc repu­bli­kań­ską kon­sty­tu­cję z 1875 roku i naru­sza­jąc posta­no­wie­nia defen­syw­nego paktu, który pod­pi­sała z Rosją."

1 sierp­nia 1914 roku, o godzi­nie szó­stej, nie­miecki amba­sa­dor, Pourtal?s, zło­żył wizytę mini­strowi spraw zagra­nicz­nych Sazo­no­wowi, aby uzy­skać odpo­wiedź na nie­miecki apel o wstrzy­ma­nie rosyj­skiej mobi­li­za­cji. Sazo­now odpo­wie­dział: "Nasza mobi­li­za­cja musi być kon­ty­nu­owana. Przyj­mu­jąc to za bez­dy­sku­syjne, gotowi jeste­śmy do kon­tu­nu­owa­nia nego­cja­cji." Nego­cjo­wa­nie w sytu­acji, gdy trwała mobi­li­za­cja, było tylko rosyj­skim spo­so­bem na zdo­by­cie czasu.

Pourtal?s naci­skał dalej: "Powtó­rzę raz jesz­cze, Eks­ce­len­cjo, czy wstrzy­ma­cie mobi­li­za­cję?" Sazo­now, ze sku­pio­nym wzro­kiem, nie poru­szył się. Pourtal?s zadał pyta­nie dwu­krot­nie. Odpo­wiedź Sazo­nowa brzmiała: "Nie mam dla pana żad­nej innej odpo­wie­dzi."

Drżącą ręką Pourtal?s podał mini­strowi kartkę papieru, po czym zaczął łkać. Niemcy wypo­wie­działy wojnę Rosji.

Nie bacząc na wszystko, nie­miecki amba­sa­dor w Paryżu, baron von Schoen, w dniu 31 lipca pod­jął ostat­nią próbę unik­nię­cia wojny mię­dzy Fran­cją i Niem­cami. Dla wszyst­kich było jasne, że bez pomocy Fran­cji, Rosja nie ma szans w kon­fron­ta­cji z Niem­cami i Austro-Węgrami. Baron przy­niósł osta­teczną pro­po­zy­cję swego rządu dla pre­miera Viviani: jeśli Fran­cja pozo­sta­nie neu­tralna, Niemcy także pozo­staną neu­tralne. Póź­niej twier­dzić się będzie, że rząd nie­miecki doma­gał się prze­ka­za­nia wiel­kich fran­cu­skich twierdz w Toul i Ver­dun, jako gwa­ran­cji fran­cu­skiej neu­tral­no­ści (Fran­cuzi roz­szy­frują potem tele­gram do Scho­ena w tej spra­wie). W rze­czy­wi­sto­ści amba­sa­dor nie wspo­mniał nawet o takim żąda­niu i Fran­cuzi nie mogli o nim wów­czas wie­dzieć.

Odpo­wiedź, jakiej udzie­lił Viviani, nie miała nic wspól­nego z pięk­nymi i wznio­słymi zasa­dami, według któ­rych fran­cu­scy rzecz­nicy mieli w zwy­czaju two­rzyć swoją ofi­cjalną reto­rykę. Zawie­rała się w sied­miu sło­wach: " Fran­cja będzie się kie­ro­wać swo­imi wła­snymi inte­re­sami." W tym przy­padku, rzecz jasna, inte­re­sem Fran­cji było osła­bie­nie jej potęż­nego, nie­miec­kiego rywala i ponowne prze­ję­cie kon­troli nad Alza­cją i Lota­ryn­gią.

Publiczne dekla­ra­cje Poincaré bar­dziej odpo­wia­dały kwie­ci­stemu sty­lowi hipo­kry­zji Trze­ciej Repu­bliki: "W tej godzi­nie nie ma par­tii poli­tycz­nych, jest tylko Fran­cja, nie­ugięta i kocha­jąca pokój, Fran­cja wieczna. Jest tylko Ojczy­zna Prawa i Spra­wie­dli­wo­ści." Prawo ma sze­roki grzbiet i Poincaré będzie go ujeż­dżać jesz­cze przez kilka lat.

Dzień wcze­śniej Austro-Węgry pod­jęły próbę osta­tecz­nego zaape­lo­wa­nia do Fran­cji. Prośba została prze­ka­zana przez emi­sa­riu­szy kra­jów neu­tral­nych -?Rumu­nii i Szwaj­ca­rii. Rumun Laho­vary i Szwaj­car Lardy dostar­czyli pro­po­zy­cję na Quai d'Orsay, gdzie została chłodno odrzu­cona przez sekre­ta­rza Ber­the­lota. "Jest za późno", powie­dział. "Nie ma już moż­li­wo­ści wypro­sto­wa­nia stanu rze­czy." Póź­niej okaże się, że Ber­the­lot nawet nie zadał sobie trudu, by prze­ka­zać pro­po­zy­cję na ręce swego szefa, pre­miera Viviani.

W mię­dzy­cza­sie rząd fran­cu­ski, w nie mniej­szym stop­niu, niż jego rosyj­ski odpo­wied­nik, naci­skał na sprawną mobi­li­za­cję. Gene­rał Jof­fre mel­do­wał, że każ­do­ra­zowe opóź­nie­nie mobi­li­za­cji o dobę jest rów­no­znaczne z koniecz­no­ścią wyco­fa­nia się o pięt­na­ście do dwu­dzie­stu kilo­me­trów -?co sprawi, że w ciągu mie­siąca fran­cu­ska armia znaj­dzie się u stóp Wieży Eif­fela.

Już wkrótce zadość­uczy­niono proś­bie gene­ra­łów. 1 sierp­nia, o godzi­nie trze­ciej czter­dzie­ści pięć, mini­ster wojny prze­ka­zał zastępcy sztabu gene­ral­nego, gene­ra­łowi Ebene, roz­kaz o prze­pro­wa­dze­niu powszech­nej mobi­li­za­cji. W mia­stach, mia­stecz­kach i wsiach Fran­cji kolo­rami roz­kwi­tły pla­katy, zupeł­nie, jakby trwała kam­pa­nia wybor­cza. Śmierć zwy­cięży przy­tła­cza­jącą więk­szo­ścią gło­sów.

Raz jesz­cze rząd Poincaré spro­ku­ruje kłam­stwo, mające rato­wać mu twarz. Podob­nie jak sojusz­nicy w Rosji, któ­rzy twier­dzili, iż roz­po­częli mobi­li­za­cję po tym, jak ogło­siła ją Austria, rząd Poincaré utrzy­my­wać będzie, że dzia­ła­nia wymu­sili Niemcy, mobi­li­zu­jąc się wcze­śniej. Fak­tem pozo­staje zaś, że nie­miecki roz­kaz o mobi­li­za­cji nad­szedł o godzi­nie pią­tej po połu­dniu, pięt­na­ście minut po roz­kazie fran­cu­skim (Ber­lin i Paryż są w innych stre­fach cza­so­wych).

Kłam­stwa te będą bez­u­stan­nie powta­rzane przez lata i staną się krzep­kimi cegłami w murze, two­rzą­cym fasadę nie­miec­kiej winy. Cho­ciaż w 1923 roku Poincaré będzie zmu­szony przy­znać, iż jed­nak Rosja­nie uru­cho­mili mobi­li­za­cję przed Austria­kami, będzie także utrzy­my­wać, że został nie­świa­do­mie wpro­wa­dzony w błąd. Pomimo tego, czter­dzie­ści lat po woj­nie, stan­dar­dowe fran­cu­skie prace, takie jak pod­ręcz­nik histo­rii autor­stwa Boni­fa­cio, pod­stawa edu­ka­cji fran­cu­skich stu­den­tów, dalej będzie poda­wać jako datę rosyj­skiej mobi­li­za­cji 31 lipca 1914 roku.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przedmowa autora

Zabój­stwo, które mogło pozo­stać niczym innym, jak tylko obu­rza­ją­cym wyda­rze­niem w histo­rii ter­ro­ry­zmu, miało zamiast tego w decy­du­jący i kata­stro­falny spo­sób zawa­żyć na całym XX wieku. Spo­wo­do­wało wybuch "Wiel­kiej Wojny" z lat 1914-1918, uto­ro­wało Sowie­tom drogę ku Rewo­lu­cji Paź­dzier­ni­ko­wej w 1917 roku, umoż­li­wiło Hitle­rowi doj­ście do wła­dzy w 1933 roku i póź­niej­szą II wojnę świa­tową, a przede wszyst­kim spo­wo­do­wało kon­fron­ta­cję dwóch współ­cze­snych gigan­tów - Związku Radziec­kiego i Sta­nów Zjed­no­czo­nych, któ­rej kon­se­kwen­cją, prę­dzej czy póź­niej, może być nisz­czy­ciel­ska III wojna świa­towa.

Zabój­stwo arcy­księ­cia Fran­ciszka Fer­dy­nanda i jego żony w Sara­je­wie, w Bośni, w dniu 28 czerwca 1914 roku, które począt­kowo było jesz­cze jedną wia­do­mo­ścią z pierw­szych stron gazet, pozor­nie ska­zaną na prze­mi­nię­cie, jak jej podobne, po kilku dniach okaże się jed­nak owo­cem zawi­łego spi­sku. Począt­kowo sprawa wyda­wała się ogra­ni­czona do Ser­bii i Austrii, dwóch noto­rycz­nie skłó­co­nych ze sobą sąsia­dów. Ale nie minęły cztery tygo­dnie, gdy stało się jasne, iż Ser­bo­wie, będący przed­mu­rzem Bał­ka­nów, byli spryt­nie mani­pu­lo­wani przez pan­sla­wi­stów na rosyj­skim car­skim dwo­rze.

Austria ze swej strony złą­czona była z Niem­cami wię­zami soju­szu poli­tycz­nego i woj­sko­wego. Z kolei rząd rosyj­ski zwią­zany był pak­tem woj­sko­wym z wła­dzami Fran­cji, zde­spe­ro­wa­nej by odzy­skać Alza­cję i Lota­ryn­gię, które Niemcy anek­to­wały w 1871 roku. Ponadto, bry­tyj­ski esta­bli­sh­ment, w ciągu kilku ostat­nich lat roz­sier­dzony wzro­stem wpły­wów nie­miec­kiej gospo­darki i roz­bu­dową nie­miec­kiej floty, jesz­cze bar­dziej zbli­żył się do Fran­cji i jej nie­daw­nego rywala, Rosji. Tym samym powstały oko­licz­no­ści sprzy­ja­jące kata­kli­zmowi, któ­rego furia miała w bez­pre­ce­den­sowy spo­sób wstrzą­snąć Bia­łym świa­tem. W ciągu pię­ciu tygo­dni, dzięki kilku kulom wystrze­lo­nym przez mier­notę w sen­nym mie­ście na Bał­ka­nach, wiel­kie euro­pej­skie potęgi sko­czą sobie do gar­deł. W kon­se­kwen­cji, ponie­waż ani Potrójna Ententa Anglii, Fran­cji i Rosji, ani Dwu­przy­mie­rze Nie­miec i Austro-Węgier nie będą w sta­nie zmu­sić dru­giej strony do ustą­pie­nia, wal­czące pań­stwa nie znajdą lep­szego spo­sobu, niż wcią­gnię­cie do rzezi kolej­nych dzie­więt­na­stu kra­jów. Dzięki obiet­ni­com, rów­nie fał­szy­wym, co sprzecz­nym ze sobą, za pomocą taj­nych poro­zu­mień, kon­ku­ru­jące pań­stwa będą ofe­ro­wać dokład­nie te same tro­fea wojenne dwóm, a cza­sami trzem róż­nym kra­jom. Miliony ludzi zosta­nie sprze­da­nych niczym na aukcjach, bez swej wie­dzy i zgody, jako łup dla najbar­dziej zago­rza­łych prze­ciw­ni­ków swych wła­snych naro­dów.

Celem wzbu­dze­nia nie­na­wi­ści do Nie­miec i wydźwi­gnię­cia jej do poziomu histe­rii, kraje Ententy oskar­żać będą Niemcy o naj­bar­dziej odra­ża­jące okru­cień­stwa, kreu­jąc sza­leń­czą żądzę zemsty, która w połą­cze­niu z krót­ko­wzroczną chci­wo­ścią i głu­potą zwy­cięz­ców zro­dzi w efek­cie trak­tat wer­sal­ski. Układ ten, który zmiaż­dżył pierw­szą potęgę Europy, Niemcy, pod cię­ża­rem wstydu i repa­ra­cji wojen­nych, który ampu­to­wał żywotne tery­to­ria z ciała narodu i który uczy­nił go bez­bron­nym wobec wro­gów wewnętrz­nych i zewnętrz­nych, w kon­se­kwen­cji był sku­teczny jedy­nie w tym, iż spro­wo­ko­wał nową i nie­uchronną wojnę w Euro­pie. Inte­li­gentne mózgi Europy prze­wi­działy następ­stwa trak­tatu jesz­cze zanim został narzu­cony. Bry­tyj­ski pre­mier David Lloyd Geo­rge w 1919 roku uprze­dzał w Paryżu zwy­cię­skie pań­stwa: "Jeśli pokój zosta­nie zawarty na takich warun­kach, sta­nie się zarze­wiem nowej wojny." I tak też się stało, gdyż bez trak­tatu wer­sal­skiego byłoby nie­moż­li­wo­ścią, aby nie­znany żoł­nierz pie­choty, uro­dzony w Austrii i zahar­to­wany w wal­kach na fron­cie zachod­nim doszedł do abso­lut­nej wła­dzy w Niem­czech. Adolf Hitler przy­szedł na świat w Brau­nau am Inn, ale w sen­sie poli­tycz­nym zro­dził się w Wer­salu.

Dzień, w któ­rym pod­pi­sano trak­tat, 29 czerwca 1919 roku, nie tylko zakoń­czył I wojnę świa­tową -?zapo­cząt­ko­wał także II wojnę.

Rozdział 1. "Czarna Ręka" w Sarajewie

Roz­dział 1 "Czarna Ręka" w Sara­je­wie

28 CZERWCA 1914 roku był w całej Euro­pie dniem cie­płym i sło­necz­nym. Nie­wielu mogłoby przy­pusz­czać, iż ten z pozoru cichy, letni dzień zapi­sze się krwawo na kar­tach histo­rii, i że owa brze­mienna w skutki czerw­cowa data sta­nie się w tym wieku dla Europy zwia­stu­nem tak wielu kolej­nych, ską­pa­nych we krwi czerw­co­wych dni -?od trak­tatu wer­sal­skiego w 1919 roku do kapi­tu­la­cji Fran­cji w 1940 roku, do "Dnia D" i lądo­wa­nia w Nor­man­dii w 1944 roku i do roz­bioru sta­rego euro­pej­skiego porządku w Pocz­da­mie, w czerwcu 1945 roku.

Ni­gdzie słońce nie świe­ciło tak mocno, jak owego pamięt­nego dnia w Sara­je­wie -?sen­nym bał­kań­skim mia­steczku w Bośni. Dawna sie­dziba pro­win­cji Impe­rium Osmań­skiego wciąż miała orien­talny posmak, z bia­łymi wie­żami mina­re­tów wzno­szą­cymi się nad krę­tymi ulicz­kami bazaru. Mia­sto prze­szło pod admi­ni­stra­cję cesar­stwa austro-węgier­skiego w 1878 roku, zostało osta­tecz­nie anek­to­wane w 1908 roku i teraz było miej­scem, gdzie rzadko działo się coś nad­zwy­czaj­nego.

Tego jed­nak dnia odwie­dzał je naj­waż­niej­szy czło­wiek w monar­chii austro-węgier­skiej, arcy­książę Fran­ci­szek Fer­dy­nand. Był następcą habs­bur­skiego tronu, na któ­rym od sześć­dzie­się­ciu sze­ściu lat zasia­dał leciwy i scho­ro­wany, osiem­dzie­się­cio­sze­ścio­letni Fran­ci­szek Józef. Arcy­książę, na któ­rego piersi pobrzę­ki­wały medale, a hełm zdo­biły pyszne pióra, był czło­wiekiem krzep­kim, wiel­kim miło­śni­kiem polo­wań, który zapeł­nił pałace i dwory myśliw­skie Europy licz­nymi roga­tymi tro­fe­ami.

Następca tronu, jako głów­no­do­wo­dzący armią austro-węgier­ską, przy­był do Sara­jewa celem obser­wo­wa­nia manew­rów, które odby­wały się kilka mil poza mia­stem. Fran­ci­szek Fer­dy­nand wraz z mał­żonką jechał do miej­skiego ratu­sza nabrze­żem rzeki Mil­jacka prak­tycz­nie bez obstawy. Kolumna, skła­da­jąca się z czte­rech pojaz­dów, prze­była zale­d­wie połowę drogi, gdy młody zama­cho­wiec wymie­rzył bombę w arcy­księ­cia. Ładu­nek, ude­rza­jąc w tył samo­chodu arcy­księ­cia, ześli­zgnął się i eks­plo­do­wał pod następ­nym pojaz­dem, gdzie zra­nił dwóch ofi­ce­rów -?jed­nego z nich natych­miast prze­wie­ziono do pobli­skiego szpi­tala. Fran­ci­szek Fer­dy­nand i jego żona, wstrzą­śnięci, lecz cali i zdrowi, kon­ty­nu­owali podróż do ratu­sza, gdzie arcy­książę ostro zga­nił bur­mi­strza za taki prze­jaw braku gościn­no­ści w mie­ście. Następ­nie mała kolumna pojaz­dów skie­ro­wała się w stronę szpi­tala, gdzie opa­try­wano mło­dego, ran­nego ofi­cera.

Samo­chód jadący na czele kolumny omył­kowo skrę­cił w nie­wła­ściwą ulicę i pojazd arcy­księ­cia podą­żył za nim. Woj­skowy guber­na­tor Bośni, gene­rał Potio­rek, przy­tom­nie zasy­gna­li­zo­wał kie­rowcy, by ten cof­nął samo­chód i wró­cił na zapla­no­waną trasę. Gdy kie­rowca zaha­mo­wał, do przodu wystą­pił młody czło­wiek, który sta­ran­nie celu­jąc, dwu­krot­nie wystrze­lił w kie­runku otwar­tego pojazdu.

Jedna z kul tra­fiła Fran­ciszka Fer­dy­nanda w szyję. Druga ugo­dziła w brzuch jego żonę Zofię, księżną Hohen­berg. Gdy osu­nęła się na zie­lony mun­dur męża, zbry­zgany krwią, ten wyszep­tał, "Zofio, żyj dla naszych dzieci". Para zmarła kilka minut po ataku.

* * *

Wia­do­mość o zabój­stwie swego bra­tanka i następcy, cesarz Fran­ci­szek Józef przy­jął w swym wie­deń­skim pałacu Hofburg z nie­sto­sow­nym spo­ko­jem. Sędziwy czło­wiek żywił nie­chęć do Fran­ciszka Fer­dy­nanda, być może czę­ściowo z powodu, iż arcy­książę zastą­pił w kolejce do tronu jego wła­snego syna, Rudolfa, który dwa­dzie­ścia pięć lat wcze­śniej zmarł w pała­cyku myśliw­skim May­er­ling wraz ze swą kochanką, Marią Vet­serą, tra­giczną, samo­bój­czą śmier­cią.

Co gor­sza, żona Fran­ciszka Fer­dy­nanda, Zofia, choć pocho­dziła ze sta­rego, cze­skiego rodu ksią­żę­cego, była zbyt nisko uro­dzona, by odpo­wia­dać stan­dar­dom prawa i oby­cza­jów, które wyma­gały od habs­bur­skiej księż­nej znacz­nie wyż­szego tytułu i pocho­dze­nia. Gdy Fran­ci­szek Fer­dy­nand oże­nił się z nią w 1900 roku, musiał zrzec się wszel­kich praw dzie­dzi­cze­nia tronu Habs­bur­gów ze strony mał­żonki i ich wspól­nych dzieci. Mał­żeń­stwo mor­ga­na­tyczne -?nie­wy­ba­czalne prze­stęp­stwo w zawo­dzie cesa­rza! Jasne jest, iż pozwala się koro­no­wa­nym gło­wom na utrzy­my­wa­nie kocha­nek i nawet bękar­tów, uwa­ża­jąc je za dopusz­czalne "przy­gody serca". Ale gdyby Rudolf Habs­burg, Fran­ci­szek Fer­dy­nand, król Anglii Edward VIII lub król Bel­gii Leopold III nie zechcieli pod­po­rząd­ko­wać się odwiecz­nej tra­dy­cji wybie­ra­nia sto­sow­nych mał­żo­nek -?musie­liby się mieć na bacz­no­ści! Tak więc na pań­stwo­wym pogrze­bie Fran­ciszka Fer­dy­nanda i jego żony, który odbył się w Wied­niu, zamor­do­wana para podró­żo­wała osob­nymi kara­wa­nami. Pro­ce­sja pań­stwo­wych dygni­ta­rzy postę­po­wała za wspa­nia­łym kara­wa­nem arcy­księ­cia, ude­ko­ro­wa­nym czar­nymi pió­rami i cią­gnię­tym przez kare konie. Kara­wan Zofii, znacz­nie mniej oka­zały, jechał z tyłu. Jej trumnę usta­wiono w kate­drze o jeden sto­pień niżej, niż trumnę męża. Zamiast korony, poło­żono na niej wachlarz zwy­kłej damy dworu. Wie­kowy monar­cha wciąż wsty­dził się żony swo­jego bra­tanka, nawet po jej śmierci.

Fran­ci­szek Józef miał jesz­cze jeden powód, by nie przej­mo­wać się zbyt­nio gwał­tow­nym zej­ściem swo­jego następcy. Poglądy poli­tyczne księ­cia i jego pro­jekty reformy cesar­stwa były dla sta­rego monar­chy rze­czami wyklę­tymi, gdyż sam z każ­dym mija­ją­cym rokiem sta­wał się coraz bar­dziej kon­ser­wa­tywny. W 1867 roku oko­licz­no­ści zmu­siły Fran­ciszka Józefa (prze­grana rok wcze­śniej wojna z Pru­sami) do przy­zna­nia Węgrom nie­mal rów­no­rzęd­nych praw w pań­stwie, które stało się austro-węgier­ską monar­chią duali­styczną. W kolej­nych latach sło­wiań­scy pod­dani Habs­bur­gów zaczęli się doma­gać coraz więk­szych praw, a Fran­ci­szek Fer­dy­nand znany był ze swo­jego przy­chyl­nego sto­sunku do ich żądań do tego stop­nia, iż być może posu­nąłby się tak daleko, by wpro­wa­dzić monar­chię tria­li­styczną. Dla reak­cyj­nego w swych poglą­dach Fran­ciszka Józefa, jak rów­nież dla dum­nych Madzia­rów, zazdro­snych o swe przy­wi­leje, tria­lizm sta­no­wił śmier­telne zagro­że­nie dla monar­chii. Poza gra­ni­cami impe­rium rów­nież zna­la­zły się siły, dla któ­rych idee arcyksię­cia oka­zały się rów­nie nie­bez­pieczne.

Ser­bia, oddzie­lona od Austro-Węgier Duna­jem, była naj­bar­dziej aktyw­nym i agre­syw­nym ze wszyst­kich państw bał­kań­skich. Kraje bał­kań­skie, które przez wieki pozo­sta­wały pod wła­da­niem otto­mań­skiej Tur­cji, i któ­rych wielu oby­wa­teli prze­szło na islam -?Ser­bia, Buł­ga­ria, Alba­nia, Rumu­nia i Gre­cja -?uzy­skały sta­tus nie­pod­le­głych państw w dzie­więt­na­stym i na początku dwu­dzie­stego wieku. Odzy­skaw­szy nie­za­leż­ność, poświę­cały mnó­stwo ener­gii na próby wza­jem­nej domi­na­cji, sprze­cza­jąc się o pro­blemy nie do roz­wią­za­nia w rejo­nach tak etnicz­nie zróż­ni­co­wa­nych, jak Mace­do­nia i Tra­cja, i robiąc to z bar­ba­rzyń­skim zapa­łem, który był rów­nie nie­zmor­do­wany, co zabój­czy.

Przej­ściowo zjed­no­czone w 1912 roku, pań­stwa bał­kań­skie zdo­łały wyzwo­lić pozo­stałą część Bał­ka­nów spod pano­wa­nia turec­kiego, spy­cha­jąc Tur­ków na przed­mie­ścia Kon­stan­ty­no­pola -?ostatni ich bastion na euro­pej­skiej ziemi. Rok póź­niej Ser­bo­wie i Buł­ga­rzy rzu­cili się na sie­bie z dziką zacie­kło­ścią, zde­ter­mi­no­wani, by zawład­nąć Mace­do­nią. Nie­szczę­śni Mace­doń­czycy ponie­śli główne koszty tej walki, gdy tysiące z nich zostało zma­sa­kro­wa­nych, a jesz­cze wię­cej zapę­dzo­nych pod sztan­dary serb­skich i buł­gar­skich najeźdź­ców. Ser­bia zatrium­fo­wała, gdyż miała wspar­cie potęż­nego patrona, który był zde­cy­do­wany na posłu­że­nie się małym, bał­kań­skim pań­stwem do wywal­cze­nia punktu pod­par­cia w swym mar­szu na połu­dnie i zachód -?wszech­moc­nego Cesar­stwa Rosyj­skiego.

Poko­nani i upo­ko­rzeni przez Japo­nię w 1905 roku, car­scy impe­ria­li­ści musieli zre­zy­gno­wać ze swych ambi­cji roz­sze­rze­nia wpły­wów na wschód. Bez­pow­rot­nie minęły czasy, gdy wieki temu nie­zwy­cię­żeni Kozacy gnali po kry­sta­licz­nych śnie­gach Sybe­rii, a Wielki Niedź­wiedź zapusz­czał się na Ala­skę i do Kali­forni. Oka­zało się, że ocię­żała rosyj­ska mary­narka wojenna jest nie­efek­tywna i prze­sta­rzała. Po dzi­wacz­nym incy­den­cie na Morzu Pół­noc­nym, kiedy to rosyj­skie okręty ostrze­lały bry­tyj­skie statki rybac­kie, w prze­ko­na­niu, iż są to japoń­skie nisz­czy­ciele, flota car­ska prze­pły­nęła dzie­sięć tysięcy mil tylko po to, by japoń­ska flota admi­rała Togo mogła posłać ją na dno w Cie­śni­nie Cuszim­skiej w maju 1905 roku. Oka­zało się, że japoń­skie armie w Man­dżu­rii są lep­sze, niż rosyj­skie, co w efek­cie ozna­czało dla cara utratę Port Artura i reszty Man­dżu­rii.

Wkrótce potem cesar­scy impe­ria­li­ści zmie­nili stra­te­gię, poszu­ku­jąc spo­so­bów na wyko­rzy­sta­nie obaw i nadziei ich sło­wiań­skich kuzy­nów na Bał­ka­nach, w szcze­gól­no­ści Ser­bów i Buł­ga­rów, któ­rych kraje zapew­niały wygodny dostęp do Adria­tyku i owego stu­let­niego celu rosyj­skich carów - kolo­ro­wych kopuł i murów Kon­stan­ty­no­pola, bramy do cie­płych wód Morza Śród­ziem­nego.

* * *

W 1908 roku impe­ria­li­ści rosyj­scy, wciąż liżący rany po swej klę­sce na Dale­kim Wscho­dzie, oraz ich serb­scy pro­te­go­wani, zostali zmu­szeni do zaak­cep­to­wa­nia, na kon­fe­ren­cji w Lon­dy­nie, austro-węgier­skiej anek­sji Bośni i Her­ce­go­winy, która była tery­to­rium sło­wiań­skim na zachód od Ser­bii, na które Ser­bo­wie od dawna patrzyli z wiel­kim ape­ty­tem. Serb­ska kon­trola nad tymi rejo­nami zapew­ni­łaby ich car­skim panom dostęp do por­tów na wybrzeżu Adria­tyku, jed­nak Rosja­nie czuli się zbyt słabi mili­tar­nie, by pró­bo­wać prze­for­so­wać tę kwe­stię zbroj­nie.

Przy­wo­łane do porządku, lecz nie­zra­żone, impe­ria­li­styczne kręgi na dwo­rze cara Miko­łaja II, "pan­sla­wi­ści", zin­ten­sy­fi­ko­wały swe dzia­ła­nia. Car Miko­łaj -?nie­bez­pieczny, gdyż łatwo pod­da­jący się wpły­wom i wiecz­nie nie­zde­cy­do­wany -?dał im wolną rękę. Reżim z Sankt Peters­burga zamie­szał w bał­kań­skim kotle z jesz­cze więk­szym zapa­łem. Wobec rosną­cego napię­cia na linii Ser­bia -?Austro-Węgry, rosyj­scy agenci i doradcy wydali roz­kazy oraz dostar­czyli Ser­bom nie­zbędne środki. Rosyj­ski amba­sa­dor w Ser­bii, Miko­łaj Har­twig, nie­dy­skret­nie napo­mknął rumuń­skiemu mini­strowi Fila­liti w dniu 12 listo­pada 1912 roku: "Rosja liczy na to, że Ser­bia, powięk­szona o bał­kań­skie pro­win­cje Austro-Węgier, sta­nie się przed­mu­rzem pan­sla­wi­zmu".

Har­twig, jako car­ski amba­sa­dor w Bel­gra­dzie, był bez­dy­sku­syj­nym zarządcą mia­sta i czło­wie­kiem, któ­rego fran­cu­ski amba­sa­dor, Descos, okre­ślił, jako "praw­dzi­wego władcę Ser­bii." Inni nazy­wali Har­twiga po pro­stu "wice­kró­lem".

W teo­rii głową pań­stwa był król Ser­bii, Piotr I, ale król Piotr, wnuk han­dla­rza świń, zawdzię­czał wynie­sie­nie na tron klice serb­skich spi­skow­ców, któ­rzy zli­kwi­do­wali poprzed­niego króla, Alek­san­dra Obre­no­wi­cza i jego żonę, kró­lową Dragę, doko­nu­jąc w 1903 roku maka­brycz­nego aktu podwój­nego mor­der­stwa. Rodzina króla Pio­tra, Kara­dzior­dzie­wi­cze, przez więk­szą część poprzed­niego wieku pozo­sta­wała w cią­głym kon­flik­cie z ze swymi rywa­lami, Obre­no­wi­czami. Przy jed­nej z oka­zji szef klanu Obre­no­wi­czów zapre­zen­to­wał na dwo­rze suł­tana w Istam­bule sta­ran­nie zaso­loną głowę jed­nego z Kara­dzior­dzie­wi­czów. Pre­mie­rem przy Pio­trze I był Nikola Pašić, czło­wiek prze­bie­gły, acz dający sobą kie­ro­wać, który z dnia na dzień i bez zbęd­nych wyrzu­tów sumie­nia prze­sko­czył ze sta­no­wi­ska pre­miera, przy Alek­san­drze Obre­no­wi­czu, na sto­łek szefa rządu u króla wynie­sio­nego na tron przez zabój­ców. Bał się pod­że­ga­czy, któ­rzy zamor­do­wali rodzinę kró­lew­ską i z ochotą zgo­dził się słu­żyć, jako narzę­dzie potęż­nych i wpły­wo­wych Rosjan.

Prze­słu­cha­nie zabój­ców arcy­księ­cia Fran­ciszka Fer­dy­nanda w Sara­je­wie spo­wo­do­wało, powoli i nie­ubła­ga­nie, pewne impli­ka­cje, gdyż wyja­wiło powią­za­nia wska­zu­jące na naj­wyż­sze kręgi serb­skiego reżimu. Obaj ter­ro­ry­ści począt­kowo byli nie­zbyt roz­mowni -?Čabrinović, któ­rzy nie­cel­nie rzu­cił bombę w arcy­księ­cia i ranił dwóch ofi­ce­rów oraz Gaw­riło Prin­cip, który oddał śmier­telne strzały, zaprze­czali, jakoby brali udział w więk­szym spi­sku. Wymknęło im się tylko jedno nazwi­sko. Zapy­tani, kto szko­lił ich w uży­ciu broni strze­lec­kiej, odpo­wie­dzieli: "Ciga­no­vić." W rze­czy­wi­sto­ści Milan Ciga­no­vić, pra­cow­nik Kolei Serb­skich oraz czło­nek taj­nej orga­ni­za­cji ter­ro­ry­stycz­nej "Czarna Ręka", był oso­bi­stym agen­tem pre­miera Pašića.

Rozdział 2. Europa reaguje

Roz­dział 2 Europa reaguje

Jeśli rząd serb­ski uwa­żałby, iż jest poza wszel­kimi podej­rze­niami, powi­nien bez­zwłocz­nie roz­po­cząć publiczne docho­dze­nie w kwe­stii poważ­nego prze­stęp­stwa, w które uwi­kła­nych było pię­ciu oby­wa­teli jego kraju. Nie­pod­ję­cie śledz­twa, czy nawet powstrzy­ma­nie się przed wyda­niem ofi­cjal­nego oświad­cze­nia, mogło tylko wzmoc­nić rosnące austriac­kie podej­rze­nia co do tego, że w sprawę zamie­szane są ofi­cjalne czyn­niki serb­skie.

W rze­czy­wi­sto­ści kwe­stia spi­sku była znana Pašićowi już na tygo­dnie przed 28 czerwca. Angiel­ski histo­ryk Geo­rge Mal­colm Thom­son napi­sał póź­niej: "Ten wysoki, dobrze wyglą­da­jący męż­czy­zna, któ­rego sza­cowna broda i impo­nu­jąca pre­zen­cja skry­wały jed­nego z naj­bar­dziej szczwa­nych lisów na Bał­ka­nach, wie­dział o pla­no­wa­nym mor­der­stwie pra­wie natych­miast po tym, jak je uknuto. Być może usły­szał o nim przy­pad­kowo, a być może dzięki jakie­muś pod­słu­chi­wa­czowi z jed­nej z kilku w Bel­gra­dzie kafe­jek, gdzie dys­ku­to­wano na tematy poli­tyczne. Bar­dziej praw­do­po­dobne jest, iż jego agent, urzęd­nik kole­jowy, który był także człon­kiem "Czar­nej Ręki", prze­ka­zał mu tę infor­ma­cję." (The Twe­lve Days, s. 48).

W ten spo­sób intrygę można było zawczasu uda­rem­nić. W takim przy­padku jed­nak, Pašić z pew­no­ścią ścią­gnąłby na sie­bie zemstę "Czar­nej Ręki". Ponie­waż stary bro­dacz, wytrawny poli­tyk, cenił swoją skórę, oba­wiał się otwar­cie zgnieść spi­sek. Z dru­giej strony zale­żało mu też na tym, by zabez­pie­czyć się przed moż­li­wymi oskar­że­niami o współ­udział, które mogły paść ze strony Austria­ków. Wpadł na pomysł pod­rzu­ce­nia zawo­alo­wa­nego, del­fic­kiego ostrze­że­nia, które serb­ski amba­sa­dor w Wied­niu prze­ka­zał austriac­kiemu mini­strowi finan­sów, Leonowi Biliń­skiemu, Pola­kowi z Gali­cji, do któ­rego obo­wiąz­ków nale­żało mię­dzy innymi zarzą­dza­nie Bośnią. Biliń­ski, który nie nale­żał do lojal­nych zwo­len­ni­ków cesar­stwa austro-węgier­skiego (zbiegł w cza­sie wojny), albo nie prze­jął się nie­wy­raźną suge­stią serb­skiego amba­sa­dora, iż arcy­książę może mieć nie­for­tunny wypa­dek pod­czas swej wizyty w Bośni, lub też, jeśli został dosta­tecz­nie poin­for­mo­wany, nie zde­cy­do­wał się dzia­łać w opar­ciu o uzy­skane infor­ma­cje. Nie pod­jęto więc środ­ków zapo­bie­gaw­czych; Fran­ci­szek Fer­dy­nand podą­żył w kie­runku swego prze­zna­cze­nia. Poja­wiły się kolejne serb­skie powią­za­nia ze spi­skow­cami jesz­cze przed zabój­stwem: serb­ski następca tronu, Alek­san­der, spo­tkał się w Bel­gra­dzie z jed­nym z mor­der­ców.

Kto zapla­no­wał ope­ra­cję i nią kie­ro­wał? Wino­wajcą był nie kto inny, jak szef wywiadu woj­sko­wego, puł­kow­nik Dra­gu­tin Dmi­trie­vić, doświad­czony ter­ro­ry­sta i główne narzę­dzie w rękach Rosji na Bał­ka­nach. Jede­na­ście lat wcze­śniej, jako młody kapi­tan, Dmi­trie­vić brał udział w zamor­do­wa­niu serb­skiej pary kró­lew­skiej. Póź­niej spi­sko­wać będzie z zamia­rem doko­na­nia zabój­stwa cesa­rza Nie­miec, Wil­helma II, jak rów­nież będzie pla­no­wać zamor­do­wa­nie kró­lów Buł­ga­rii i Gre­cji. Dmi­trie­vić, pozo­sta­jąc na żoł­dzie rosyj­skiego amba­sa­dora, Har­twiga, dodat­kowo peł­nił funk­cję przy­wódcy taj­nej "Czar­nej Ręki", która wystę­pu­jąc prze­ciwko Austro-Węgrom, wyko­ny­wała krwawą robotę na rzecz Ser­bii i jej rosyj­skich moco­daw­ców.

* * *

Natych­mia­sto­wym następ­stwem ataku były austriac­kie podej­rze­nia, co do roli serb­skiego rządu, ale moż­liwe współ­uczest­nic­two rosyj­skie nie było nawet roz­pa­try­wane. Pod wpły­wem roz­wagi, ale także sła­bo­ści, spę­dzono cenne tygo­dnie na dro­bia­zgo­wym docho­dze­niu w spra­wie zbrodni na tyle, na ile było to moż­liwe w przy­padku prze­stęp­stwa, któ­rego korze­nie znaj­do­wały się po dru­giej stro­nie gra­nicy. Gdyby Austria, prak­tycz­nie pewna udziału Ser­bii, zażą­dała wyja­śnień po kilku dniach, gdy obu­rze­nie Europy spo­wo­do­wane maka­bryczną zbrod­nią wciąż się­gało zenitu, z łatwo­ścią dopro­wa­dzi­łoby to do sytu­acji, w któ­rej mały bał­kań­ski kraj zostałby przy­wo­łany do porządku bez pro­te­stów ze strony wiel­kich mocarstw. W 1801 i 1807 roku Bry­tyj­czycy ostrze­lali Kopen­hagę za sto razy mniej rażące pro­wo­ka­cje. Gdy Hus­sein Dey pac­nął wachla­rzem fran­cu­skiego kon­sula w Algie­rii w 1830 roku, Fran­cja desan­to­wała tam swe oddziały i zaanek­to­wała kraj. Wie­deń był jed­nak sto­licą kraju glę­dzą­cych star­ców i wymu­ska­nych tchó­rzy. Cesarz Fran­ci­szek Józef, który wciąż wzbu­dzał ogromny sza­cu­nek i cie­szył się ogrom­nymi wpły­wami, był starą, wycień­czoną zjawą, nie mającą już kom­pe­ten­cji poli­tycz­nych. Jego mini­ster spraw zagra­nicz­nych, Leopold Anton Zyg­munt Józef Kor­si­nus Fer­dy­nand Graf Berch­told w roli dyplo­maty lub poli­tyka nie czuł się dobrze. Jego gustom bar­dziej odpo­wia­dało życie pośród nie­koń­czą­cych się serii sztuk i kon­cer­tów, na fry­wol­nych salo­nach, wyści­gach kon­nych i w skle­pach z rzad­kimi księ­go­zbio­rami. Nie­czę­sto widy­wany bez swego wyso­kiego jedwab­nego cylin­dra, był wybred­nym ele­gan­tem i zapa­lo­nym miło­śni­kiem grec­kich kla­sy­ków. Prze­ni­kliwy obser­wa­tor napi­sał o nim: "Był z pew­no­ścią oddany kra­jowi, któ­remu słu­żył całą wie­dzą, na jaką było go stać -?z fatal­nym skut­kiem". Hra­bia Berch­told, podob­nie jak jego odpo­wied­nik na czele austro-węgier­skiej armii cesar­skiej, gene­rał Con­rad von Hot­zen­dorff, mili­ta­ry­styczny "poły­kacz ognia", pozba­wiony cie­nia wyczu­cia w dyplo­ma­cji, stał murem za pomy­słem zło­je­nia skóry Ser­bom. Żaden z nich jed­nak nie był w sta­nie poko­nać austriac­kiej iner­cji. Pierw­szy krok, który Austria był w sta­nie pod­jąć, miał miej­sce pra­wie w tydzień po zama­chu, gdy Fran­ci­szek Józef napi­sał list do cesa­rza Nie­miec, Wil­helma II, z prośbą o kon­sul­ta­cje przed pod­ję­ciem jakich­kol­wiek kro­ków prze­ciwko Ser­bii.

Wil­helm II, inte­li­gentny, lecz neu­ro­tyczny, był osobą kapry­śną. Mając inkli­na­cje do nano­sze­nia zło­śli­wych uwag na przed­kła­da­nych mu doku­men­tach pań­stwo­wych, w rodzaju "Ropu­chy!", "Kruki!", "Jezu­ici!", czę­sto odgry­wał rolę afek­tow­nego aktora w krót­ko­trwa­łych poli­tycz­nych dra­ma­tach, które jed­nak zwy­kle koń­czyły się bez­bo­le­śnie. 28 czerwca ode­brał w Ber­li­nie wie­ści o śmierci Fran­ciszka Fer­dy­nanda z prze­ra­że­niem, gdyż obaj pano­wie pozo­sta­wali w przy­jaźni. Odpi­sał na list Fran­ciszka Józefa, infor­mu­jąc go, iż Niemcy gotowe są wypeł­nić swe obo­wiązki sojusz­ni­cze wobec swego austriac­kiego alianta, gdyby oka­zało się, że Ser­bia wspo­ma­gała lub chro­niła zabój­ców. Jed­nakże inten­cją Wil­helma II nie było pro­wa­dze­nie Nie­miec do wojny na skalę euro­pej­ską, ani też roz­sze­rza­nie kon­fliktu poza gra­nice zachod­nich Bał­ka­nów.

Kaiser, do tej pory czę­sto przed­sta­wiany, jako roz­hi­ste­ry­zo­wany ogr z upo­rem miaż­dżący wszystko na swo­jej dro­dze, był tak daleki od myśli o przy­go­to­wa­niach do wojny, iż w dniu 6 lipca wyru­szył w trzy­ty­go­dniowy rejs swym jach­tem "Hohen­zol­lern" w kie­runku Nor­we­gii. Podob­nie, jak i on, jego mini­stro­wie udali się na waka­cje: von Jagow, mini­ster spraw zagra­nicz­nych, udał się w podróż poślubną; von Moltke, szef sztabu, prze­by­wał w uzdro­wi­sku Kar­lowe Wary, a admi­rał von Tir­pitz wypo­czy­wał w Tarasp, w Szwaj­ca­rii. Także kró­lo­wie Bawa­rii i Sak­so­nii opu­ścili swe sto­lice, uda­jąc się do rezy­den­cji ziem­skich w głębi kraju. Ani Cesarz, ani jego mini­stro­wie nie uru­cho­mili przed wyjaz­dem żad­nych pro­ce­dur alar­mo­wych. Nie pod­jęto kro­ków, mają­cych na celu zgro­ma­dze­nie zapa­sów zboża: w lipcu 1914 roku Niemcy nie zaku­piły nawet jed­nej tony mąki. Nawet przy­wódcy opo­zy­cji opu­ścili Ber­lin.

Pod­czas gdy zarówno Kaiser, jak i jego rząd nie mieli motywu -?i jesz­cze mniej chęci -?by pogrą­żać Europę w bra­to­bój­czej woj­nie, zupeł­nie inne odczu­cia pano­wały wśród przy­wód­ców fran­cu­skich. Fran­cuzi wciąż bole­śnie odczu­wali nie­miecką anek­sję Alza­cji i czę­ści Lota­ryn­gii z roku 1871. W Paryżu, na Placu Zgody, pomniki upa­mięt­nia­jące Metz i Stras­burg wciąż były prze­wią­zane kirem.

W 1914 roku byłem zale­d­wie ośmio­let­nim chłop­cem, uro­dzo­nym w bel­gij­skich Arde­nach po dru­giej stro­nie fran­cu­skiej gra­nicy. Nawet tam, w dłu­gich, cichych doli­nach odda­lo­nych nie­malże od wszyst­kiego, histo­ria Alza­cji i Lota­ryn­gii roz­pa­lała nasze emo­cje. Widząc jaskółki wra­ca­jące na wio­snę z połu­dnia, śpie­wa­li­śmy: "Oto ptak, który leci z Fran­cji", dokład­nie tak samo, jak robiły dzieci w Alza­cji na swym pru­skim zesła­niu. Podob­nie jak Fran­cuzi, z żalem myśle­li­śmy o Alza­cji i Lota­ryn­gii i czu­li­śmy urazę do Niem­ców: prze­klęci Pru­sacy będą musieli ją oddać, nawet, jeśli trzeba będzie użyć siły.

Niemcy, aspi­ru­jące do pozy­cji świa­to­wej potęgi eko­no­micz­nej i poli­tycz­nej, ze swą lud­no­ścią rosnącą o sześć­set tysięcy ludzi rocz­nie, nie zaprzą­tały sobie spe­cjal­nie głowy kwe­stią zade­mon­stro­wa­nia swo­jej domi­na­cji Fran­cu­zom. Sam Bismarck ni­gdy nie prze­ja­wiał entu­zja­zmu na myśl o anek­sji, a jego następcy gotowi byli na ustęp­stwa wobec Fran­cji. The­obald von Beth­mann-Hol­l­weg, w 1912 roku kanc­lerz cesar­stwa, pro­po­no­wał w tymże samym roku amba­sa­do­rowi fran­cu­skiemu w Ber­li­nie, Jule­sowi Cam­bon, nego­cja­cje z Fran­cją doty­czące neu­tral­no­ści i peł­nej auto­no­mii Alza­cji i Lota­ryn­gii, ale suge­stia została wynio­śle odrzu­cona. Fran­cja zama­ni­fe­sto­wała swą złą wolę. Niemcy zaś woleli łudzić się nadzieją, iż czas zale­czy rany Fran­cji.

* * *

Ofi­cjalna bry­tyj­ska reak­cja na zbrod­nię w Sara­je­wie była bar­dziej powścią­gliwa. Naj­więk­szym powo­dem do zmar­twień dla przed­sta­wi­cieli esta­bli­sh­mentu bry­tyj­skiego impe­rium była stała roz­bu­dowa nie­miec­kiej mary­narki wojen­nej i floty han­dlo­wej, które Wil­helm II kon­se­kwent­nie wspie­rał -?w kon­tra­ście do roz­wagi, jakiej dowiódł póź­niej Hitler, zga­dza­jąc się w 1935 roku na ogra­ni­cze­nie tonażu floty nie­miec­kiej do poziomu 35% Royal Navy. Tak naprawdę, dla angiel­skiej opi­nii publicz­nej, Bel­grad, nie wspo­mi­na­jąc o Sara­je­wie, był czymś nie­zna­nym. Dla lon­dyń­czy­ków Sin­ga­pur, Hong Kong, czy nawet Wyspy Fal­klandz­kie, były miej­scami nie­zbyt odle­głymi od ujścia Tamizy, ale Dunaj był dziką i nie­znaną rzeką na krańcu cywi­li­zo­wa­nego świata (podob­nie, jak dla Nevilla Cham­ber­la­ina Cze­cho­sło­wa­cja w 1938 roku sta­no­wiła "odle­gły kraj, o któ­rym nie­wiele wiemy").

W Bel­gra­dzie pre­mier Pašić, dowo­dząc nie­ma­łej hipo­kry­zji, zarzą­dził mszę za zmar­łego arcy­księ­cia i jego mał­żonkę. Ze łzami w oczach usil­nie pro­sił Wszech­moc­nego, by przy­jął na swe łono dwoje swych sług, Fran­ciszka Fer­dy­nanda i Zofię. Jego poza wydała się tak cyniczna, iż fran­cu­ski amba­sa­dor w Bel­gra­dzie, Descos, odmó­wił udziału w uro­czy­sto­ści.

Descos od dawna miał podej­rze­nia co do intryg serb­skiego rządu. Obser­wo­wał gwał­towną roz­bu­dowę serb­skiej armii, która rok wcze­śniej podwo­iła swoją liczeb­ność, wchła­nia­jąc dzie­siątki tysięcy mace­doń­skich rekru­tów. Kto zagra­żał temu kra­jowi?

Amba­sa­dor fran­cu­ski dostrze­gał korup­cję w inte­re­sach, dzięki któ­rej miliony fran­ków w zło­cie pły­nęły z Fran­cji do Ser­bii w postaci nisko­opro­cen­to­wa­nych poży­czek po tym, jak drogę uto­ro­wały im serb­skie łapówki, wrę­czane wpły­wo­wym Fran­cu­zom, głów­nie ze świata prasy. Fran­cu­ski sena­tor Hum­bert, wydawca Le Jour­nal, oso­bi­ście ode­brał pro­wi­zję w wyso­ko­ści 15% od war­to­ści dużego kon­traktu na dostawę woj­sko­wego obu­wia, które zaku­pił Bel­grad. Tego typu wyda­tek wyma­gał dra­stycz­nych oszczęd­no­ści w pro­ce­sie pro­duk­cji: skó­rzane obcasy zastą­piono kar­to­no­wymi i w związku z tym tra­giczny odwrót armii serb­skiej w 1915 roku będzie odby­wać się boso. Przy­pa­dek sena­tora Hum­berta nie był odosob­niony. Descos, dosta­tecz­nie już znie­sma­czony tym, co się dzieje, zażą­dał, aby zwol­niono go z ze sta­no­wi­ska amba­sa­dora - pełna hipo­kry­zji msza za zmar­łych była ostat­nią kro­plą, która prze­lała czarę. W tym samym cza­sie jego ustą­pie­nia zażą­dał też Pašić, i Descos opu­ścił Bel­grad, jako czło­wiek bar­dzo poiry­to­wany.

W mię­dzy­cza­sie Austriacy kon­ty­nu­owali swe śledz­two doty­czące zama­chu w Sara­je­wie. Po tym, jak poznano nazwi­sko Ciga­no­vića, austriaccy śled­czy dowie­dzieli się, dzięki uprzej­mo­ści rządu serb­skiego, iż aku­rat ten kon­spi­ra­tor w cudowny spo­sób znik­nął. Można przy­to­czyć tu lako­niczne stwier­dze­nie Pašića: "W dniu 28 czerwca udał się w nie­zna­nym kie­runku". Nie pojawi się przez ponad rok.

Gniew Austria­ków rósł powoli. Dopiero po trzech tygo­dniach przed obli­czem rządu Pašića poja­wił się austriacki amba­sa­dor w Bel­gra­dzie, Giesl, aby przed­sta­wić żąda­nie Austrii doty­czące powo­ła­nia komi­tetu docho­dze­nio­wego, skła­da­ją­cego się z przed­sta­wi­cieli obu kra­jów. Austriacy sfor­mu­ło­wali swe żąda­nia w surowy spo­sób. Po pierw­sze, posta­wili wymóg, by strona serb­ska w jed­no­znaczny spo­sób potę­piła zabój­stwo; po dru­gie, doma­gali się poważ­nego docho­dze­nia z udzia­łem przed­sta­wi­cieli Austrii. Rzecz jasna, rząd serb­ski opo­no­wał. Jak utrzy­my­wał pre­mier Pašić, nie było to tylko kwe­stią suwe­ren­no­ści Ser­bii. Zwie­rza­jąc się Dra­go­mi­rowi Ste­fa­no­vi­ćowi, swemu sekre­ta­rzowi spraw zagra­nicz­nych (i jed­no­cze­śnie swemu pasier­bowi), powie­dział: "Jeśli zaak­cep­tu­jemy to docho­dze­nie, zła­pią nas na gorą­cym uczynku".

W obli­czu żądań Austrii, Pašić zro­bił coś, w co trudno uwie­rzyć. Nie tylko zwle­kał i uni­kał odpo­wie­dzi na pyta­nia, ale uciekł. Każdy szcze­gół tej dzi­wacz­nej histo­rii stał się znany. Gdy amba­sa­dor Giesl w dniu 23 lipca poja­wił się w serb­skim Mini­ster­stwie Spraw Zagra­nicz­nych, zaopa­trzony w sto­sowne pismo do Pašića, jego sekre­tarz powi­tał go lapi­dar­nym: "Wyje­chał". Zapy­tany, dokąd, odpo­wie­dział emi­sa­riu­szowi, "W teren". Zgod­nie z infor­ma­cją urzęd­nika, nie było szans na skon­tak­to­wa­nie się z nim przez tele­fon, więc Austriak nie miał innego wyboru, jak zło­żyć ulti­ma­tum na ręce sekre­tarza.

W tym samym cza­sie Pašić prze­by­wał w Niszu, osiem­dzie­siąt kilo­me­trów na połu­dnie od sto­licy. Powia­do­miony o austriac­kich żąda­niach, Pašić, zamiast wró­cić natych­miast do Bel­gradu, jesz­cze tego samego popo­łu­dnia wsko­czył do pociągu i podą­żył na połu­dnie do Salo­nik, aby, jak to powie­dział kilku towa­rzy­szą­cym mu przy­ja­cio­łom, "inco­gnito spę­dzić tam kilka dni na odpo­czynku". Georg Mal­colm Thom­son tak okre­ślił zacho­wa­nie pod­stęp­nego poli­tyka: "Zamia­rem Pašića było pozo­sta­wa­nie 'poza zasię­giem' w kry­tycz­nym cza­sie, gdy ulti­ma­tum mogło być zaak­cep­to­wane lub odrzu­cone, gdyż oba roz­wią­za­nia były dla niego rów­nie nie­bez­pieczne".

Jed­nakże w Bel­gra­dzie książę regent, Alek­san­der, ina­czej poj­mo­wał obo­wiązki Pašića. Naka­zał naczel­ni­kowi sta­cji w Niszu, aby tele­gra­ficz­nie prze­ka­zał Pašićowi roz­kaz natych­mia­sto­wego powrotu. Jed­nak Pašić wciąż wyka­zy­wał upór, wsia­da­jąc do pociągu i kon­ty­nu­ując podróż na połu­dnie. Po godzi­nie skład został zatrzy­many i Pašić ponow­nie otrzy­mał pole­ce­nie nie­zwłocz­nego powrotu do Bel­gradu. Po kilku kolej­nych godzi­nach lawi­ro­wa­nia, Pašića opu­ściła deter­mi­na­cja i udał się w stronę sto­licy.

24 lipca o godzi­nie pią­tej rano, po przy­by­ciu na dwo­rzec w Bel­gra­dzie, Pašić, ze szkli­stym spoj­rze­niem i zmierz­wioną brodą, zro­bił coś wiele mówią­cego -?zamiast natych­miast zamel­do­wać się u regenta, udał się bez­po­śred­nio do amba­sady rosyj­skiej. Było oczy­wi­ste, kto spra­wuje w Ser­bii praw­dziwą wła­dzę.

* * *

Rosja, wcale nie bar­dziej niż Ser­bia, mogła sobie pozwo­lić na dokładne śledz­two w spra­wie sara­jew­skiego spi­sku. Zna­mienne są słowa, wypo­wie­dziane przez car­skiego mini­stra spraw zagra­nicz­nych, Sazo­nowa, który 24 lipca powie­dział, dowie­dziaw­szy się o for­mal­nych żąda­niach Austrii: "To ozna­cza wojnę w Euro­pie".

Natych­miast zawtó­ro­wał mu fran­cu­ski amba­sa­dor w Rosji, Mau­rice Pale­olo­gue, który pospie­szył do Sazo­nowa, nio­sąc posła­nie pre­zy­denta Poincaré: "Bądź­cie twar­dzi! Musimy być twar­dzi!". W dniu 24 lipca książę Alek­san­der wysłał do cara roz­pacz­liwe prze­sła­nie. Rosyj­ska reak­cja miała ujaw­nić, czy Rosja zde­cy­do­wana jest wes­przeć swo­jego serb­skiego wabika, czy też nie. Po kilku godzi­nach nade­szła tele­gra­ficzna odpo­wiedź i Pašić otwo­rzył ją trzę­są­cymi się rękoma. Prze­czy­tał ją szybko, po czym wykrzyk­nął: "Dobry, wielki, miło­sierny car!".

Mając popar­cie Rosji, Ser­bia nie będzie musiała poku­to­wać za swe występki.

Następ­nego dnia amba­sa­dor Giesl ponow­nie poja­wił się w biu­rze pre­miera, tym razem nie­długo przed godziną szó­stą po połu­dniu. Pašić był obecny i na austriac­kie ulti­ma­tum odpo­wie­dział zde­cy­do­wa­nym "nie". Odmowa sfor­mu­ło­wana była w wyra­fi­no­wa­nym, dyplo­ma­tycz­nym tonie i zawie­rała nawet pewne ustęp­stwa, jed­nakże Ser­bo­wie nie byli gotowi na wyda­nie Austria­kom zezwo­le­nia na pro­wa­dze­nie docho­dze­nia na tery­to­rium Ser­bii, nawet przy współ­udziale strony serb­skiej. Austriacki amba­sa­dor uprzej­mie zabrał swój melo­nik i wyszedł, aby zdą­żyć na pociąg do Wied­nia, odcho­dzący o godzi­nie osiem­na­stej trzy­dzie­ści. Sto­sunki dyplo­ma­tyczne zostały zerwane. W powie­trzu zapach­niało wojną.

Jak na iro­nię, trzy lata póź­niej, Pašić, celem osią­gnię­cia wła­snych celów poli­tycz­nych, ode­gra poka­zowe docho­dze­nie i pro­ces ofi­ce­rów, któ­rzy zor­ga­ni­zo­wali zamach. Fina­łem roz­prawy sądo­wej będzie egze­ku­cja puł­kow­nika Dmi­trie­vića i jego sie­pa­czy. W owym cza­sie, w roku 1917, Pašić, któ­rego armie zapę­dzono znad Dunaju nad Adria­tyk po zada­niu im strat w zabi­tych w wyso­ko­ści trzy­stu tysięcy ludzi, wpad­nie na pomysł pojed­na­nia się z Austro-Węgrami, na czele któ­rych stać będzie wów­czas cesarz Karol I. Mimo, iż Karol I nie był prze­ciwny ugo­dzie, fina­łem całej sprawy będzie nic innego, jak tylko koniec Dmi­trie­vića i jego kon­fe­de­ra­tów oraz ponure w swym wydźwięku ujaw­nie­nie cyni­zmu serb­skiego przy­wódcy.

Gdyby Dmi­trie­vić przy­znał się do winy w 1914 roku tak, jak zro­bił to w 1917, rząd Pašića bez wąt­pie­nia by upadł i ani Ser­bia, ani Europa nie zamie­ni­łyby się w morze ruin tak, jak to się stało w 1917 roku.

Jak ujaw­nił przed śmier­cią Dmi­trie­vić, praw­dzi­wym dyry­gen­tem całego spi­sku był rosyj­ski attaché woj­skowy, puł­kow­nik Wik­tor Art­ma­now, który na wcze­snym eta­pie przy­go­to­wań powie­dział do Dmi­trie­vića: "Dzia­łaj­cie. Jeśli was zaata­kują, nie będzie­cie sami." Dmi­trie­vić ujaw­nił w swych zezna­niach, iż Art­ma­now finan­so­wał spi­skow­ców, i że on sam nie uru­cho­mił machiny spi­sko­wej, zanim nie otrzy­mał final­nej zgody Rosjan. Jeśli cho­dzi o Art­ma­nowa, opu­ścił Bel­grad na długo przed 28 czerwca, dniem zama­chu. Tego dnia prze­by­wał w Zuri­chu i kon­ty­nu­ował swą nie­śpieszną podróż po Szwaj­ca­rii i Wło­szech, nie zapo­mi­na­jąc o pro­wa­dze­niu dokład­nego dzien­nika, który mógłby posłu­żyć mu za dowód, pozwa­la­jący na roz­li­cze­nie się z każ­dego dnia.

W Sankt Peters­burgu rząd car­ski w pośpie­chu przy­go­to­wy­wał się do wojny. W dniu 7 lipca 1914 roku, na dwa tygo­dnie przed dostar­cze­niem przez Austrię ulti­ma­tum dla Ser­bii, wydano roz­kazy doty­czące prze­rzu­ce­nia wojsk z Ser­bii do euro­pej­skiej czę­ści Rosji. Do 25 lipca oddziały te były już zakwa­te­ro­wane na tery­to­rium moskiew­skiego okręgu woj­sko­wego.

Gdyby Austria miała szansę prze­słu­cha­nia Dmi­trie­vića tak szybko, jak póź­niej zro­bili to ludzie Pašića, bły­ska­wicz­nie dowie­dzia­łaby się, że zała­twie­nie sprawy Sara­jewa nie zakoń­czy się małą sprzeczką pomię­dzy jej wła­snymi, pokaź­nymi siłami zbroj­nymi i woj­skami małej Ser­bii, lecz, że czeka na nią pię­cio­mi­lio­nowa armia naj­bar­dziej lud­nego pań­stwa Europy, gotowa siłą prze­ciw­sta­wić się impe­rium Habs­bur­gów.

Po śmierci Dmi­trie­vića, (któ­rej bez­sku­tecz­nie pró­bo­wało zapo­biec kilka kra­jów, pod­czas gdy Pašić nie mógł tole­ro­wać stanu, gdy ten wciąż żył i mówił), pamięć o nim zagi­nęła na ćwierć wieku, aż do chwili, gdy została wskrze­szona i doce­niona przez Josipa Broz Tito, innego ter­ro­ry­stę, który skrom­nie mia­no­wał się mar­szał­kiem. Dmi­trie­vić stał się boha­te­rem naro­do­wym i jed­nym z męczen­ni­ków w przy­szłej Jugo­sła­wii. Czło­wiek, który naci­snął spust, Gaw­riło Prin­cip, został podob­nie uho­no­ro­wany i w miej­scu, w któ­rym stał w Sara­je­wie i celo­wał z rewol­weru, znaj­duje się dziś pomnik.

W ten oto spo­sób Austro-Węgry zostały wcią­gnięte w pułapkę, która stała się naj­więk­szą i naj­bar­dziej nisz­czy­ciel­ską wojną, jaką widział do tej pory świat. Następ­nym celem rosyj­skich pro­wo­ka­to­rów będzie zwa­bie­nie w pułapkę Nie­miec. W dniu 31 lipca 1914 roku było to już fait accom­pli.

Rozdział 3. Niemieckie dynamo

Roz­dział 3 Nie­miec­kie dynamo

Prze­ciętny oby­wa­tel Zachodu -?Euro­pej­czyk, Ame­ry­ka­nin, czy też, kto tam jesz­cze chce­cie -?od dawna przyj­mo­wał za pew­nik, że główną odpo­wie­dzial­ność za I wojnę świa­tową ponosi cesarz Wil­helm II. Prze­cież pod koniec wojny nawet zwy­kle roz­sądny czło­wiek, jakim był bry­tyj­ski pre­mier David Lloyd Geo­rge, widząc zwy­cię­stwo w zasięgu ręki obwie­ścił, iż on i jego sojusz­nicy "Powie­szą Kaisera!" Póź­niej Lloyd Georg obie­cał Izbie Gmin, że cesarz-wino­wajca będzie obwo­żony uli­cami Lon­dynu w żela­znej klatce. Obiet­nica ta pozwo­liła mu zgrab­nie wygrać wybory w lutym 1919 roku.

Cho­ciaż Lloyd Geo­rge i motłoch, do któ­rego prze­ma­wiał, jak rów­nież bry­tyj­scy alianci i rewo­lu­cyjni spad­ko­biercy Wil­helma w Niem­czech zostali odarci ze swych pra­gnień, repu­ta­cja Kaisera została sku­tecz­nie zszar­gana przez ówcze­sną pro­pa­gandę wojenną i na zawsze zawi­sła na szu­bie­nicy histo­rii dzięki pisar­stwu wpły­wo­wych gre­miów histo­ry­ków. Ogłu­pia­jący efekt tej pro­pa­gandy był taki, że, mimo iż masa ludzi do dziś jest prze­ko­nana, że nie­miecki cesarz był wyjąt­ko­wym oka­zem odra­ża­ją­cego ogra, to nawet jedna osoba na tysiąc nie ma poję­cia o dzia­ła­niach Kaisera w tam­tych dniach. Wra­że­nie jest takie, że osiem milio­nów ludzi zgi­nęło w rzeź­niach Flan­drii i Gali­cji wyłącz­nie dzięki Kaise­rowi.

Trak­tat wer­sal­ski, który potwier­dził, iż wyłączną winę za wybuch wojny pono­szą Niemcy, rzecz jasna ni­gdy nie mógłby być narzu­cony, gdyby u jego pod­wa­lin nie leżała teza o nik­czem­no­ści Wil­helma II. Naj­mniej­sza wąt­pli­wość, co do rze­ko­mych wojen­nych kno­wań Wil­helma spra­wi­łaby, że cały oszu­kań­czy doku­ment stra­ciłby swą moc.

* * *

Jaka była rze­czy­wi­sta rola Wil­helma II w roz­pę­ta­niu wojny?

By rzec prawdę, trzeba zauwa­żyć, iż w dniu, kiedy Austro-Węgry wypo­wie­działy wojnę Ser­bii, cesa­rza od wielu dni nie było w Niem­czech. Jako zado­wo­lony urlo­po­wicz wciąż żeglo­wał po Morzu Pół­noc­nym na swym jach­cie "Hohen­zol­lern". Powia­do­miony o zbrodni w Sara­je­wie, wyra­ził swe prze­ra­że­nie i zapew­nił cesa­rza Fran­ciszka Józefa o swym peł­nym popar­ciu. Nie­mniej jed­nak w owym cza­sie wciąż odbie­rał całe wyda­rze­nie jako lokalny incy­dent, któ­rym Austro-Węgry -?za jed­nym zama­chem pozba­wione swego następcy tronu i głów­no­do­wo­dzą­cego armią -?mogły być w oczy­wi­sty spo­sób poważ­nie zanie­po­ko­jone. Wciąż nie­świa­dom tego, jakich rze­czy dowie­dzą się Austriacy w cza­sie prze­słu­cha­nia zama­chow­ców, cesarz wyje­chał na początku lipca z kraju, z moc­nym posta­no­wie­niem, by spę­dzić cały mie­siąc na morzu.

Gdyby impul­sywny władca rze­czy­wi­ście pra­gnął wznie­cić wojnę w Euro­pie, z pew­no­ścią zwró­ciłby więk­szą uwagę na dopil­no­wa­nie, by jego plany zostały wcie­lone w życie. Jed­nak pozwo­lił na to, aby jego szef sztabu, von Moltke, kon­ty­nu­ował swój wypo­czy­nek w Kar­lo­wych Warach, a admi­rał Tir­pitz wciąż spę­dzał czas na urlo­pie w Tarasp.

Zresztą, dla­czego Niemcy i ich przy­wódca mie­liby chcieć wojny? Do 1914 roku Niemcy osią­gnęły na kon­ty­nen­cie pry­mat eko­no­miczny bez jed­nego wystrzału. Zauwa­żył to fran­cu­ski histo­ryk Lavisse, który w kwiet­niu 1917 roku na odczy­cie wygło­szo­nym na Sor­bo­nie, odniósł się do okresu 1871-1914 w nastę­pu­ją­cych sło­wach: " Ni­gdy jesz­cze w żad­nym kraju histo­ria nie widziała tak zdu­mie­wa­ją­cego wzro­stu pro­duk­cji i ogól­nego dobro­bytu w tak krót­kim cza­sie".

Od 1870 roku liczba lud­no­ści Nie­miec zwięk­szyła się o pięt­na­ście milio­nów, pod­czas gdy liczba miesz­kań­ców Anglii utrzy­my­wała się na nie­zmien­nym pozio­mie, zaś Fran­cja znaj­do­wała się w okre­sie sta­gna­cji. Niemcy nie musieli już emi­gro­wać, gdyż kolo­salny wzrost eko­no­miczny kraju zapew­niał pracę dla wszyst­kich. W okre­sie mię­dzy 1900 i 1910 rokiem wydo­by­cie węgla nie­malże się podwo­iło. Nie­miecki prze­mysł meta­lur­giczny, che­miczny i wyro­bów pre­cy­zyj­nych nie miały sobie rów­nych na świe­cie. Pro­dukty nie­miec­kie wszę­dzie wzbu­dzały podziw, co w latach 1910-1913 pozwo­liło na podwo­je­nie eks­portu, który w tym ostat­nim roku osią­gnął war­tość dzie­się­ciu miliar­dów marek.

Towary eks­por­to­wano do odle­głych kra­jów -?Chin i obu Ame­ryk - nie­miec­kimi stat­kami, gdyż flota han­dlowa wkro­czyła wła­śnie w okres swo­jego naj­więk­szego roz­woju i ban­dera cesar­stwa była obecna na sied­miu morzach.

Nie­miecka eks­pan­sja robiła wra­że­nie, tym bar­dziej że przez kilka dzie­się­cio­leci odby­wała się bez pod­bo­jów mili­tar­nych, co było zauwa­żal­nie poko­jo­wym spo­so­bem roz­sze­rza­nia wpły­wów, szcze­gól­nie w porów­na­niu z krwa­wymi meto­dami takich impe­rial­nych potęg, jak Anglia i Fran­cja, nie wspo­mi­na­jąc o Ame­ryce, która uzy­skała nowe tery­to­ria kosz­tem Mek­syku.

Jakość nie­miec­kich towa­rów, w połą­cze­niu z efek­tyw­no­ścią nie­miec­kich przed­sta­wi­cieli han­dlo­wych, powo­do­wała budzącą obawy zazdrość, szcze­gól­nie wśród moż­nych angiel­skiego impe­ria­li­zmu. Wybitny fran­cu­ski histo­ryk, Pierre Reno­uvin, zauwa­żył: "Od 1900 roku Niemcy były na fali suk­cesu. Dzięki ini­cja­ty­wie swych han­dlow­ców-glob­tro­te­rów, któ­rzy dokła­dają wszel­kich sta­rań, by odgad­nąć potrzeby swych klien­tów i zaspo­koić ich gusta, jak rów­nież dzięki dobrym warun­kom ofe­ro­wa­nym przez eks­por­te­rów swym odbior­com, nie­miecki han­del bie­rze górę nad angiel­skim w Holan­dii, gdzie Rot­ter­dam jest dodat­kiem do Nad­re­nii; w Bel­gii, gdzie część firm w Antwer­pii jest w rękach czter­dzie­stu tysięcy Niem­ców; we Wło­szech, które kupują wyroby nie­mieckiego prze­my­sły che­micz­nego i meta­lur­gicz­nego; w Rosji, gdzie Niemcy mają prze­wagę odle­gło­ści i lep­szej zna­jo­mo­ści kraju, i nawet w Ser­bii. Wąski mar­gi­nes prze­wagi, jaką han­del bry­tyj­ski cie­szy się na ryn­kach Fran­cji, Hisz­pa­nii i Impe­rium Osmań­skiego, bez­u­stan­nie się zmniej­sza. Angiel­ski pro­du­cent i eks­por­ter dener­wuje się, gdyż wszę­dzie natra­fia na nie­miec­kich han­dlow­ców, któ­rzy wygry­zają go z inte­resu. Rywa­li­za­cja eko­no­miczna two­rzy zły kli­mat wśród opi­nii publicz­nej, co nie może nie mieć wpływu na sto­sunki poli­tyczne. (Reno­uvin, La crise euro­pe­enne, s. 142)

Do tego czasu morza przez dwa wieki były nie­malże pry­watną domeną impe­rium bry­tyj­skiego, a świa­towy han­del na prze­strzeni dzie­więt­na­stego wieku był zmo­no­po­li­zo­wany przez Bry­tyj­czy­ków. Zarówno Fran­cja, jak i Hisz­pa­nia zostały solid­nie prze­trze­pane za to, że nie chciały z odpo­wied­nim wdzię­kiem zgo­dzić się na supre­ma­cję Bry­ta­nii. Marze­nia Filipa II, króla Hisz­pa­nii oraz Napo­le­ona, cesa­rza Fran­cji, poszły na dno razem z ich flo­tami, zato­pio­nymi przez Royal Navy.

Wil­helm II, mając śmia­łość zbu­do­wać flotę mogącą obsłu­żyć sie­dem­dzie­siąt pro­cent zamor­skiego han­dlu Nie­miec, wywo­łał gniew aro­ganc­kiego mono­polu, któ­rego nawet Hitler nie miał odwagi anta­go­ni­zo­wać dobre dwa­dzie­ścia lat póź­niej. Kró­lowa Anglii wyra­ziła poglądy esta­bli­sh­mentu, mówiąc: "Wil­helm II bawi się w Char­le­ma­gne".

W więk­szo­ści przy­pad­ków bry­tyj­scy przy­wódcy z nie­chę­cią myśleli o publicz­nym roz­trzą­sa­niu swych obaw co do eks­pan­sji nie­miec­kiego prze­my­słu i floty. Niemcy ze swo­jej strony żyli nadzieją, iż uda im się uzgod­nić sprawy z Bry­tyj­czy­kami na zasa­dzie pew­nego rodzaju umowy dżen­tel­meń­skiej.

Jed­nak bry­tyj­ska odpo­wiedź nie była zachę­ca­jąca, szcze­gól­nie w kwe­stii roz­sze­rza­nia nie­miec­kich kolo­nii, które mogłyby wchło­nąć część rosną­cej popu­la­cji. Każdy wysi­łek w tym kie­runku był zazdro­śnie tor­pe­do­wany przez Wielką Bry­ta­nię. Mali sąsie­dzi, tacy jak Bel­gia czy Holan­dia, mogli posia­dać wiel­kie zamor­skie impe­ria, sześć­dzie­się­cio­krot­nie lub osiem­dzie­się­cio­krot­nie prze­wyż­sza­jące powierzch­nię metro­po­lii, ale one z dawien dawna uwa­żane były za posłusz­nych sate­li­tów. Niemcy zaś były potęż­nym rywa­lem.

Oczy­wi­sta prawda, iż do sku­tecz­nego kon­ku­ro­wa­nia z rosnącą potęgą nie­miec­kiej eko­no­mii Zjed­no­czone Kró­le­stwo musia­łoby pro­du­ko­wać towary rów­nie dobre i nie­dro­gie, jak te wytwa­rzane w Rze­szy, zupeł­nie umy­kała uwa­dze Bry­tyj­czy­ków. Zamiast pod­jąć wyzwa­nie, czuli się zagro­żeni. Samotni, wynio­śli i opry­skliwi, ruszyli na poszu­ki­wa­nie sprzy­mie­rzeń­ców prze­ciwko nie­miec­kiemu "zagro­żeniu". W 1904 roku Bry­ta­nia zapo­cząt­ko­wała zbli­że­nie ze swym odwiecz­nym wro­giem, Fran­cją, kiedy to oba kraje zawarły układ, znany pod nazwą Entente Cor­diale, który w rze­czy­wi­sto­ści zawsze pozo­sta­nie swo­istym Mesen­tente Cor­diale. W końcu jed­nak fakt, iż ocię­żały John Bull i zwinna Marianne ruszyli do tańca, ozna­czał punkt zwrotny w histo­rii.

Bry­tyj­ski esta­bli­sh­ment potrze­bo­wać będzie kata­kli­zmu dwóch wojen świa­to­wych w cza­sie jed­nego wieku, by dotarło do niego, iż jego świa­towy mono­pol osta­tecz­nie się skoń­czył, wyparty przez nie­pewne kon­do­mi­nium Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ame­ryki i Związku Sowiec­kiego.

* * *

Pomi­ja­jąc chy­bioną bry­tyj­ską ofertę por­tu­gal­skiej Angoli w zamian za zanie­cha­nie roz­bu­dowy floty, zło­żoną Niem­com w 1912 roku, Wil­helm II nie dał się odwieść od swych pla­nów i stocz­nie kon­ty­nu­owały prace pełną parą. By­naj­mniej nie zna­czyło to, iż Kaiser dążył do wojny. W rze­czy samej, w 1905 roku, z wła­snej ini­cja­tywy, prze­by­wa­jąc na waka­cjach na pokła­dzie swego jachtu u wybrzeży Danii, zawarł bra­ter­ską umowę z nie­gdy­siej­szym rosyj­skim rywa­lem, carem. Impe­ra­tor Rosji był z natury czło­wie­kiem łagod­nego uspo­so­bie­nia, ocie­ka­ją­cym dobrymi inten­cjami. Ale miał słabą wolę i będąc neu­ro­ty­kiem, był cią­gle oto­czony krę­giem pan­sla­wi­stycz­nych akty­wi­stów, wojow­ni­czych arcy­ksią­żąt, męt­nych sza­rych emi­nen­cji i wsze­la­kiej maści mani­pu­la­to­rów. Pomimo inten­cji Wil­helma, by przy­cią­gnąć Fran­cję do jego ser­decz­nego poro­zu­mie­nia z Rosją, sku­pione wokół cara ele­menty nie­przy­ja­zne nie­miecko-rosyj­skiemu odprę­że­niu, zdo­łały w ciągu czte­rech mie­sięcy stor­pe­do­wać poro­zu­mie­nie. Fran­cu­sko-rosyj­skie anty­nie­miec­kie poro­zu­mie­nie z 1894 roku pozo­stało w mocy i rosyj­scy impe­ria­li­ści spo­zie­rali na Śląsk (austro-węgier­ski) i Gali­cję wzro­kiem bar­dziej łako­mym, niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Fran­cuzi ze swo­jej strony, pod­nie­sieni na duchu per­spek­tywą wspar­cia ze strony potęż­nej armii rosyj­skiej, knuli, aby odzy­skać Alza­cję i Lota­ryn­gię.

Rozdział 4. Ambicja i rewanżyzm

Roz­dział 4 Ambi­cja i rewan­żyzm

Od 1871 ROKU Repu­blika Fran­cu­ska ogar­nięta była obse­sją odzy­ska­nia Alza­cji i Lota­ryn­gii. W tym samym roku, pod­czas obrad Zgro­ma­dze­nia Naro­do­wego w Bor­de­aux, Vik­tor Hugo trą­bił o swym nie­złom­nym odda­niu spra­wie utra­co­nych tery­to­riów. Po nim do chóru lite­rac­kich rewan­ży­stów dołą­czyli Dero­ulede, Bar­ras i Bour­get.

Jak­kol­wiek szla­chetne byłyby fran­cu­skie pro­te­sty, nie brały pod uwagę histo­rii -?szcze­gól­nie histo­rii swego wła­snego kraju. W prze­szło­ści Fran­cja była dość zręczna w anek­to­wa­niu tery­to­riów swo­ich sąsia­dów. W końcu, jakim spo­so­bem Nord, Dun­kierka, Lille, Arras i Douai, wszyst­kie mające nie­miec­kiego orła w tar­czy her­bo­wej, zna­la­zły się we Fran­cji? To samo doty­czy Rousil­lon, ory­gi­nal­nie będą­cego czę­ścią Kata­lo­nii, jak rów­nież Bur­gun­dii i Ver­dun, do 1552 roku nie­miec­kiego mia­sta kate­dral­nego. Toul stało się czę­ścią Fran­cji dopiero w 1648 roku, po zawar­ciu Pokoju West­fal­skiego.

A i same Alza­cja i Lota­ryn­gia zostały uzy­skane w nie­zbyt odle­głej prze­szło­ści. Lota­ryn­gia była nie­miecka przez tysiąc­le­cie. Pra­wie czte­ry­sta lat wcze­śniej cesarz Karol V marzył, aby uczy­nić ją wol­nym i nie­zby­wal­nym kra­jem, bufo­rem mię­dzy Fran­cją a Niem­cami. Fran­cuzi mieli jed­nak inne aspi­ra­cje. W roku 1633 zdo­byli Nancy; sto trzy­dzie­ści trzy lata póź­niej pozo­stała część Lota­ryn­gii została zajęta i anek­to­wana. Gdy Niemcy ode­brali pro­win­cję w 1870 roku, nale­żała do Fran­cu­zów led­wie ponad wiek.

Podobna sytu­acja była z Alza­cją. Trak­tat w Ver­dun z roku 843 uczy­nił ją czę­ścią Lota­ryn­gii. Dwa­dzie­ścia sie­dem lat póź­niej trak­tat w Meers­sen przy­znał ją Ludwi­kowi II Nie­miec­kiemu. Od XII do XV wieku była czę­ścią Księ­stwa Szwa­bii i prze­ży­wała roz­kwit gospo­dar­czy. I nie wcze­śniej niż w roku 1679, po tym, jak fran­cu­skie woj­ska dowo­dzone przez mar­szałka Turenne oka­zały się lep­sze niż armia Cesar­stwa Nie­miec­kiego, trak­tat w Nij­me­gen potwier­dził fran­cu­skie zwierzch­nic­two nad Alza­cją. Stras­burg pozo­sta­wał nie­miecki do 1681 roku, a pokaźne mia­sto Miluza opie­rało się Fran­cji do 1798 roku, kiedy to zostało osta­tecz­nie zdo­byte.

Jest w tym jakaś prawda, iż naj­młod­sze dziecko -?lub ostat­nia zdo­bycz - kochana jest naj­bar­dziej. Tak wyglą­dała histo­ria z Alza­cją i Lota­ryn­gią. I nie ulega wąt­pli­wo­ści, iż pro­win­cje te ode­gra­łyby zdrow­szą rolę w histo­rii Europy, gdyby dane im było stać się rdze­niem bufo­ro­wego pań­stwa dzie­lą­cego dwóch rywali, zamiast przez tysiąc lat sta­no­wić arenę bojów ich armii.

Niemcy cesa­rza Wil­helma II osta­tecz­nie zorien­to­wały się, że kwe­stia "utra­co­nych pro­win­cji" sta­nowi barierę nie do poko­na­nia na dro­dze do fran­cu­sko-nie­miec­kiego pojed­na­nia i w roku 1911 przy­znały Alza­cji i Lota­ryn­gii auto­no­mię w ramach Rze­szy. Zro­biono to, mimo dowo­dów na rosnącą akcep­ta­cję nie­miec­kiej wła­dzy wśród miej­sco­wej lud­no­ści, w takim wymia­rze, iż histo­ryk fran­cu­ski Reno­uvin zmu­szony był zauwa­żyć: "Oby­wa­tele Alza­cji i Lota­ryn­gii są świa­domi korzy­ści mate­rial­nych, jakie osią­gają dzięki ogól­nemu dobro­by­towi w Niem­czech. Nie muszą ucie­kać się do pro­te­stów, lecz wysy­łają swych repre­zen­tan­tów do Reich­stagu, gdzie ci zasia­dają razem z par­tiami nie­miec­kimi, zarówno kato­lic­kimi, jak i socja­li­stycz­nymi. (Reno­uvin, La crise euro­pe­enne, s.138)

Niemcy pró­bo­wały ugła­skać Fran­cję nie tylko w kwe­stii Alza­cji i Lota­ryn­gii, lecz także w mate­rii kolo­nii, jed­nak rząd fran­cu­ski pozo­stał nie­czuły na te zabiegi. W 1906 roku, rezy­gnu­jąc na rzecz Fran­cji z kon­troli nad Maro­kiem, Niemcy otrzy­mały w zamian wąski skra­wek jało­wego lądu w Afryce Rów­ni­ko­wej. Ponadto, nowi bry­tyj­scy sojusz­nicy Fran­cji wywarli pre­sję na Hisz­pa­nii, by odmó­wiła Niem­com zgody na poło­że­nie pod­mor­skiego kabla tele­gra­ficz­nego przez Wyspy Kana­ryj­skie, który miał zapew­nić łącz­ność tele­fo­niczną z kolo­niami w Afryce Cen­tral­nej.

Nie­zra­żony tym rząd nie­miecki zapro­po­no­wał Fran­cji ści­słą współ­pracę w 1912 roku. Sam pre­zy­dent Fran­cji, Poincaré, przy­zna w 1922 roku w Izbie Depu­to­wa­nych: "Nie ulega wąt­pli­wo­ści, iż przez cały 1912 rok Niemcy czy­niły szczere wysiłki, by sprzy­mie­rzyć się z nami w inte­re­sie zacho­wa­nia pokoju i we wspól­nym inte­re­sie całej Europy". Dodał następ­nie: "Ale Fran­cja nie była jesz­cze na to gotowa".

I taka, w końcu, była cała prawda. Bez względu na to, na jak duże ustęp­stwa gotowe były pójść Niemcy, nie mogło dojść do zbli­że­nia, dopóki fran­cu­ska trój­ko­lo­rowa flaga nie będzie powie­wać nad Alza­cją i Lota­ryn­gią. Jeśli inne pań­stwa zacho­wy­wa­łyby się wobec Fran­cji w podobny spo­sób, nie byłoby pojed­na­nia z Hisz­pa­nią, dopóki Fran­cja nie odda­łaby Per­pi­gnan Kata­lo­nii i nie byłoby pojed­na­nia z Bel­gią, zanim Fran­cja nie zwró­ci­łaby regionu Nord bel­gij­sko-fla­mandz­kiej ojczyź­nie. Jed­nak w kwe­stii rekon­kwi­sty swych utra­co­nych nad­gra­nicz­nych pro­win­cji Fran­cja nie kie­ro­wała się ideą pojed­na­nia, lecz wolała pole­gać na sile mili­tar­nej.

Przy­mie­rze Fran­cji z Impe­rium Rosyj­skim z roku 1894 było dziw­nym pak­tem. Paryż i Sankt Peters­burg dzie­liło wię­cej niż tysiąc mil -?ogromna odle­głość w cza­sach przed epoką awia­cji. Miesz­kańcy Fran­cji i ludzie żyjący w impe­rium carów nad wyraz się róż­nili. Wcze­śniej jedyne zna­czące kon­takty mię­dzy dwoma naro­dami spro­wa­dzały się do wro­go­ści, kiedy to Napo­leon w 1812 roku popro­wa­dził Wielką Armię do Moskwy i gdy fran­cu­scy Żuawi wspie­rali oddziały bry­tyj­skie pod­czas oku­pa­cji Krymu w 1854 roku.

Na razie jed­nak inte­resy Fran­cji i Rosji, a przy­naj­mniej inte­resy rzą­dzą­cych elit poli­tycz­nych, były zbieżne. Fran­cu­ska repu­blika potrze­bo­wała kilku milio­nów dodat­ko­wych żoł­nie­rzy i Rosja je miała. Rosja potrze­bo­wała miliar­dów fran­ków w zło­cie by finan­so­wać swe pan­sla­wi­styczne i dale­ko­wschod­nie pomy­sły i Fran­cja była gotowa je zapew­nić.

Żadna ze stron nie miała złu­dzeń, co do rze­czy­wi­stych impli­ka­cji takiego układu. Fran­cu­scy poli­tycy nie pałali sym­pa­tią do car­skiej auto­kra­cji, ani też pan­sla­wi­styczni rosyj­scy wielcy ksią­żęta nie mieli żad­nego sza­cunku wobec cze­goś, co nazy­wali fran­cu­ską "tłu­mo­kra­cją". Mimo to, woj­skowe więzy zacie­śniały się coraz bar­dziej -?sztaby gene­ralne ofi­cjal­nie utrzy­my­wały regu­larne kon­takty, urzą­dzano wspólne prze­glądy wojsk, a floty odwie­dzały się wza­jem­nie. Podły układ wkrótce zro­dzi owoce.

Wyda­rze­nia poli­tyczne w kraju spo­tę­go­wały fran­cu­ski kurs ku otwar­tej wro­go­ści wobec Nie­miec. W 1913 roku Ray­mond Poincaré, dotych­czas peł­niący obo­wiązki mini­stra spraw zagra­nicz­nych, został wybrany pre­zy­den­tem Repu­bliki Fran­cu­skiej. Gdy na początku tego roku Poincaré prze­jął Pałac Eli­zej­ski od pre­zy­denta Fal­lie­resa, ten miał powie­dzieć: "Oba­wiam się, że wojna wkra­cza za mną do pałacu". Geo­rge Mal­colm Tho­mas wyra­ził nastę­pu­jąca opi­nię: "Jest pewne, że Lota­ryń­czyk Poincaré nie czuł odrazy do wojny".

Fran­cu­ska par­tia rewan­ży­stów miała swych opo­nen­tów, nie­któ­rych o znacz­nych wpły­wach. Joseph Cail­laux, były pre­mier i mini­ster finan­sów, był potęż­nym mężem stanu, któ­rego Poincaré ogrom­nie się oba­wiał jako rywala. Jean Jau­res, pło­mienny socja­li­styczny mówca i pacy­fi­sta, był w sta­nie porwać masy, jak żaden z fran­cu­skich poli­ty­ków. Jed­nak z pre­zy­den­tem Poincaré sto­ją­cym mocno u steru, głosy te oka­zały się bez­silne i nie mogły wpły­nąć na woj­skowe i poli­tyczne machi­na­cje fran­cu­skiego rządu.

Poincaré nie był cie­płym czło­wie­kiem, nie był też elo­kwentny ani skłonny do zgody. Był suchy jak szczapa, z oczami wypcha­nej sowy. W cza­sach mojej mło­do­ści mia­łem oka­zję poznać go oso­bi­ście. Gdy go spo­tka­łem, byłem zdu­miony jego ostrym i nie­przy­jem­nym gło­sem. Wyda­wał się być zim­nym, małym czło­wiecz­kiem z policz­kami wydę­tymi przez wro­dzone roz­draż­nie­nie. Ze sta­lo­wo­sza­rymi boko­bro­dami, przy­po­mi­na­ją­cymi pędzel do gole­nia, spra­wiał wra­że­nie szczwa­nego lisa. Nie ufał innym ludziom, a oni nie ufali jemu. Całe życie mający skłon­no­ści do dzie­le­nia włosa na czworo, wypeł­niał całą swą poli­tyczną i dyplo­ma­tyczną aktyw­ność, swe wystą­pie­nia par­la­men­tarne i nawet swoje wspo­mnie­nia taką ilo­ścią kłamstw, wybie­gów, uni­ków, a momen­tami wręcz bania­luk, że sam ich ogrom był pora­ża­jący.

Wydaje się, że zacho­wy­wał uczci­wość w spra­wach wła­snych finan­sów, co jest rzad­ko­ścią wśród elit poli­tycz­nych i świata prasy, które zwy­kle pła­wią się w moral­nej zgni­liź­nie. Ale jego brudne, poli­tyczne sztuczki były nie­zli­czone! Lepiej byłoby, gdyby wypro­wa­dził z publicz­nej kasy kil­ka­set milio­nów fran­ków, zamiast posy­łać pół­tora miliona Fran­cu­zów na śmierć w krwa­wej łaźni I wojny świa­to­wej.

Poincaré nie mógł otwar­cie dążyć do wojny, cho­ciaż w duchu pra­gnął jej z całych sił. Gdy wojna w końcu nade­szła, powie­dział póź­niej, że była to "nie­spo­dzianka z nieba". Char­les de Gaulle, który nie miał sobie rów­nych, jeśli cho­dzi o zdol­ność do przej­rze­nia soko­lim okiem pod­świa­do­mo­ści swych roda­ków, napi­sał w La France et son armée: "Patrzył na nad­cho­dząca tra­ge­dię nie bez ukry­tych nadziei".

Jed­nakże w 1912 roku Poincaré nie był gotów, aby poświę­cić się spra­wie bał­kań­skich przy­gód rosyj­skich pan­sla­wi­stów. Nie mógł pomy­lić Bel­gradu czy Sara­jewa ze Stras­bur­giem. Odpo­wia­dało to Rosja­nom, któ­rzy doło­żyli wiel­kich sta­rań, by ukryć swe intrygi przed ich fran­cu­skim alian­tem.

W marcu 1912 roku, bez wie­dzy Fran­cu­zów, rosyj­ski amba­sa­dor i fak­tyczny peł­no­moc­nik w Bel­gra­dzie, Miko­łaj Har­twig, nakre­ślił tajne punkty układu mię­dzy Ser­bią i Buł­ga­rią, które okre­ślały liczbę buł­gar­skich jed­no­stek woj­sko­wych, jakie miały być posta­wione do dys­po­zy­cji Ser­bii w przy­padku wojny z Austro-Węgrami.

Poincaré był ziry­to­wany skry­to­ścią swego sojusz­nika, szcze­gól­nie po tym, gdy jego amba­sa­dor był w sta­nie wydo­być ze swych rosyj­skich kole­gów wyłącz­nie hipo­kry­zyjne zaprze­cze­nia. Poincaré przez jakiś czas był słabo poin­for­mo­wany o ruchach Rosji na Bał­ka­nach, może jesz­cze gorzej niż ich wspólny, nie­miecki wróg. Był nie­świa­dom kre­ślo­nych przez Rosję pla­nów pro­wi­zo­rycz­nych gra­nic jej bał­kań­skich sojusz­ni­ków przed kon­flik­tami z lat 1912 i 1913. Mimo swych zja­dli­wych zastrze­żeń, gdy dowie­dział się już prawdy, fran­cu­ski pre­zy­dent musiał prze­łknąć iry­tu­jące rosyj­skie wyja­śnie­nia tak, jakby były to poobied­nie mię­tówki.

W 1913 roku, gdy wresz­cie otrzy­mał tekst taj­nego poro­zu­mie­nia mię­dzy Rosją i Buł­ga­rią, mruk­nął do Sier­gieja Sazo­nowa, rosyj­skiego mini­stra spraw zagra­nicz­nych: "Mon­sieur Sazo­now, pozwolę sobie zwró­cić pana uwagę, iż trak­tat jest przy­mie­rzem wojny -?nie tylko prze­ciwko Tur­cji, ale i Austrii." (Poincaré, Les Bal­kans enfeu, s. 113)

Sazo­now odpo­wie­dział trzema sło­wami: "Muszę się zgo­dzić", ale nie pospie­szył z infor­ma­cjami odno­śnie rosyj­skich pla­nów na Bał­ka­nach.

Nowy pre­zy­dent nie tylko doło­żył wszel­kich sta­rań, by unie­moż­li­wić zawar­cie fran­cu­sko -?nie­miec­kiego poro­zu­mie­nia, ale posta­rał się, by zan­ta­go­ni­zo­wać Austro-Węgry, które w jego opi­nii, były zbyt dobrze nasta­wione do Fran­cji. Na przy­kład, Poincaré oso­bi­ście zdo­łał stor­pe­do­wać pożyczkę Banku Fran­cji dla Austro-Węgier, które cie­szyły się nie­za­chwianą finan­sową repu­ta­cją. Fran­cuzi do tej pory udzie­lili poży­czek na sumę czter­dzie­stu pię­ciu miliar­dów fran­ków w zło­cie, z czego jedna trze­cia przy­pa­dła na Rosję i to na bar­dzo szczo­drych warun­kach. Ser­bia rów­nież sko­rzy­stała z czę­ści tej fran­cu­skiej szczo­dro­bli­wo­ści. Bez względu na fakt, iż obję­cie pożyczką Austrii zwięk­szy­łoby znacz­nie fran­cu­skie wpływy u wiel­kiej, środ­ko­wo­eu­ro­pej­skiej potęgi, Poincaré zde­cy­do­wany był obra­zić teu­toń­skiego sojusz­nika znie­na­wi­dzo­nych Nie­miec.

Wycho­dząc z rów­nie gru­biań­skich zało­żeń, Poincaré doło­żył wszel­kich sta­rań, by obra­zić Wil­helma II. Na początku 1914 roku fran­cu­ski mini­ster Ari­stide Briand został uprzej­mie zapro­szony przez Wil­helma II na regaty w Kilo­nii. Poincaré zabro­nił mini­strowi uczest­nic­twa, stwier­dza­jąc, iż "zapro­sze­nie tego rodzaju jest skan­da­liczne i nie­po­ko­jące".

Fran­cu­scy dyplo­maci w Niem­czech wie­lo­krot­nie infor­mo­wali Paryż o życz­li­wych inten­cjach Nie­miec wobec Fran­cji. Amba­sa­dor Cam­bon prze­ka­zał tele­gra­ficz­nie z Ber­lina infor­ma­cję, którą w zaufa­niu otrzy­mał od barona Bey­ensa, bel­gij­skiego amba­sa­dora w Niem­czech: "Poza wszelką wąt­pli­wo­ścią pozo­staje fakt, iż nie­miecki kanc­lerz za wszelka cenę chce unik­nąć pożaru w Euro­pie".

Bły­sko­tliwy socja­li­styczny przy­wódca, Mar­cel Sam­bat, pod­kre­ślał zasad­ni­czą ostroż­ność Wil­helma II w swej książce Faitez la paix ou faites un roi: " Nie­miecki cesarz zno­sił prze­śmiewki czy wręcz zarzuty o tchó­rzo­stwo przez dwa­dzie­ścia pięć lat."

W miarę jak Rosja nasi­lała swe intrygi na Bał­ka­nach, Fran­cja sta­wała się coraz lepiej poin­for­mo­wana. Ser­bia inten­sy­fi­ko­wała przy­go­to­wa­nia prze­ciwko Austrii. Zaszy­fro­wany mel­du­nek, dato­wany na 28 marca 1914 roku, który swemu rzą­dowi prze­słał fran­cu­ski attaché woj­skowy w Sofii, dono­sił o uwa­gach, wygło­szo­nych poprzed­niego dnia przez króla Buł­ga­rii, Fer­dy­nanda, do swych dowód­ców woj­skowych: "Nie prze­szka­dzajmy Ser­bii. Ser­bo­wie sądzą, że są już na tyle silni, by poko­nać Austrię. Nie minie sześć mie­sięcy, a zaata­kują ją wspól­nie z Rosją".

Na trzy mie­siące przez Sara­je­wem fran­cu­ski rząd jaw­nie nie przej­mo­wał się wizją wybu­chu wojny mię­dzy Austrią i Ser­bią. Zamiast raczej poszu­ki­wać dróg media­cji, Fran­cja pil­nie dostar­czała Ser­bii środ­ków finan­so­wych, by ta mogła wzmac­niać swój arse­nał i zapasy mate­ria­łów wojen­nych. Duża fran­cu­ska pożyczka z wrze­śnia 1913 roku była do tego bodź­cem. Fran­cu­skie pie­nią­dze nie tylko uzbro­iły Ser­bów, ale uczy­niły boga­tymi ich przy­wód­ców.

Jako przy­kład korup­cji, zro­dzo­nej przez fran­cu­sko-serb­sko-rosyj­skie powią­za­nia, można uznać sprawę kara­bi­nów Mau­sera. 29 listo­pada 1913 roku sekre­tarz gene­ralny mini­stra spraw zagra­nicz­nych, Dra­go­mir Ste­fa­no­vić, nakre­ślił poniż­sze słowa w liście do fran­cu­skiego magnata finan­so­wego i pra­so­wego (Le Temps), Edgara Roelsa:

"Pano­wie,

Kwe­stia kara­bi­nów jest pilna. Pro­szę, byście trak­to­wali ją, jako sprawę naj­wyż­szej wagi. Pro­szę o poda­nie mi naj­wcze­śniej­szej daty, do któ­rej fabryka może upo­rać się z zamó­wie­niem. Cena kara­binu może wyno­sić nawet 80 fran­ków za sztukę (pro­wi­zje muszą być wli­czone w cenę).

Jak już infor­mo­wa­łem, mówimy tu wyłącz­nie o kara­bi­nie Mau­sera o kali­brze 7 mm, model 1910. Ponie­waż Mau­ser jest czę­ścią kar­telu z austriacką firmą Steyr Works, mamy obawy przed skła­da­niem zamó­wie­nia bez­po­śred­nio Mau­serowi, ponie­waż osta­tecz­nie broń pro­du­ko­wana będzie przez firmę Steyr i jej odbiór będzie nie­moż­liwy w momen­cie, gdy skom­pli­kuje się sytu­acja poli­tyczna. Zda­rzyło się tak już poprzed­nim razem, w 1908 roku. Dostawy, o któ­rych mowa, muszą być opła­cone wyłącz­nie z pożyczki, zacią­gnię­tej we Fran­cji. W żad­nym razie Mau­ser nie może być o niczym infor­mo­wany."

Kara­biny Mau­sera, zaku­pione przez Fran­cję, dotarły do Ser­bii w lutym i w marcu 1914 roku. Nastę­pu­jący serb­scy dygni­ta­rze otrzy­mali pro­wi­zje za swe wysiłki: pre­mier Pašić 4,5 do 5 pro­cent (w zależ­no­ści od wiel­ko­ści zamó­wie­nia), mar­sza­łek Put­nik 3 pro­cent, mar­sza­łek dworu i mar­sza­łek skarbu po 1 pro­cen­cie, a serb­ski gene­ra­lis­si­mus wycią­gnął 2 pro­cent.

Poziom nie­uczci­wo­ści osią­gnął takie wyżyny zło­dziej­stwa, że powo­jenna jugo­sło­wiań­ska Socja­li­styczna Par­tia Demo­kra­tyczna będzie w sta­nie oskar­żyć Nikolę Pašića o oso­bi­ste przy­własz­cze­nie miliona fran­ków w zło­cie, prze­ka­za­nego Ser­bii przez Rosję. Socja­li­ści oskarżą także byłego amba­sa­dora Ser­bii w Paryżu, M.R. Vesnića, o ucieczkę z kolej­nym milio­nem fran­ków w zło­cie, które prze­zna­czone były na opiekę nad ran­nymi serb­skimi żoł­nie­rzami.

Rosja także przy­stą­piła do pracy, pole­ga­ją­cej na wcią­gnię­ciu w sidła swej anty­au­striac­kiej agi­ta­cji istot­nego sojusz­nika Austro-Węgier, zwią­za­nego z nią pak­tem jesz­cze z 1883 roku -?Rumu­nii.

Wielki książę Miko­łaj, wuj cara, jeden z naj­bar­dziej zacie­kłych pan­sla­wi­stycz­nych pod­że­ga­czy wojen­nych, przy­był do Buka­resztu, by sko­rum­po­wać zarówno rząd rumuń­ski, jak i rodzinę kró­lew­ską. Momen­tal­nie osią­gnął suk­ces z rumuń­skim pre­mie­rem, Take Ione­scu. Dra­go­mir Ste­fa­no­vić ujaw­niał póź­niej w swych Wspo­mnie­niach i doku­men­tach serb­skiego dyplo­maty: "W grud­niu 1912 roku Take Ione­scu dwu­krot­nie spo­tkał się z wiel­kim księ­ciem Miko­ła­jem w obec­no­ści naszego chargé d'affa­ires przy posel­stwie rosyj­skim. To wła­śnie przy oka­zji dru­giego z tych spo­tkań usta­lono osta­teczną kwotę, jaką otrzyma rumuń­ski mąż stanu, jako cenę za pomoc, którą obie­cał przy pro­mo­wa­niu rosyj­skiej pro­pa­gandy anty­au­striac­kiej. Kwota wyno­sić miała pięć tysięcy fran­ków w zło­cie mie­sięcz­nie".

Take Ione­scu gwa­ran­to­wał wiel­kiemu księ­ciu Miko­ła­jowi, iż w razie kon­fliktu austriacko-rosyj­skiego, wraz ze swymi przy­ja­ciółmi, przy wspar­ciu głów­nych oso­bi­sto­ści woj­sko­wych, a w szcze­gól­no­ści gene­ra­łów Fili­pe­scu i Ave­re­scu, unie­moż­liwi kró­lowi Karo­lowi i jego pro­nie­miec­kim mini­strom wypeł­nie­nie zobo­wią­zań, wyni­ka­ją­cych z soju­szu, łączą­cego od 1883 roku rządy Rumu­nii i Austrii.

Mar­chi­lo­man, poprzed­nik Ione­scu na sta­no­wi­sku pre­miera, zdo­łał uzy­skać i opu­bli­ko­wać foto­gra­fie pokwi­to­wań Ione­scu. Ujaw­niono także, iż Ione­scu był doto­wany przez tajny fun­dusz z Włoch. On sam zaś, spon­so­ro­wał fran­cu­ską gazetę codzienną Le Temps i jej przed­sta­wi­ciel­stwo na Bał­ka­nach -?pie­nią­dze te, rzecz jasna, pocho­dziły od Rosjan, któ­rzy z kolei otrzy­my­wali je w for­mie ogrom­nych poży­czek z Fran­cji.

Ste­fa­no­vić zano­to­wał w swych wspo­mnie­niach: "Jeśli cho­dzi o nas [serb­skie Mini­ster­stwo Spraw Zagra­nicz­nych], od stycz­nia 1913 roku byli­śmy pewni, że gdy nadej­dzie decy­du­jący moment, Rumu­nia poma­sze­ruje z nami prze­ciwko Austro-Węgrom".

Niemcy szybko zro­zu­mieli, na czym polega rosyj­ska aktyw­ność w Rumu­nii. W stycz­niu 1913 roku nie­miecki amba­sa­dor w Buka­resz­cie tele­gra­fo­wał do Ber­lina: "Liczba szpie­gów i taj­nych agen­tów, któ­rych Rosja od mie­sięcy utrzy­muje w Rumu­nii staje się roz­rzutna. Wszy­scy kon­cen­trują swoje wysiłki na pod­że­ga­niu kraju prze­ciwko Austrii. Zapy­tuję sam sie­bie, do czego w efek­cie dążą".

Ze swo­jej strony, nie­miecki amba­sa­dor w Ate­nach, hra­bia Kuadt, tele­gra­fo­wał w dniu 1 marca 1913 roku: "Rosyj­ska pro­pa­ganda prze­są­czą się do naj­niż­szych warstw spo­łe­czeń­stwa Rumu­nii".Amba­sa­dor nie­miecki w Austro-Węgrzech, von Tschir­schky, stwier­dził, że Rosja­nie zgro­ma­dzili fun­dusz łapów­kowy w wyso­ko­ści milio­nów rubli, prze­zna­czony na prze­ku­py­wa­nie Rumu­nów, w czym dziel­nie sekun­do­wali im Fran­cuzi w oso­bie fran­cu­skiego amba­sa­dora w Buka­resz­cie, Blon­dela. Na jego zapro­sze­nie, w celu sze­rze­nia pro­pa­gandy wymie­rzo­nej w Austro-Węgry, do Rumu­nii pły­nął nie­prze­rwany stru­mień fran­cu­skich poli­ty­ków i dzien­ni­ka­rzy, wśród któ­rych był także André Tar­dieu z Le Temps.

We Fran­cji Tar­dieu był bli­skim powier­ni­kiem amba­sa­dora Rosji, Alek­san­dra Izwol­skiego, który w 1912 roku pisał do swego mini­stra spraw zagra­nicz­nych, Sazo­nowa: "Udzie­lam wywia­dów panu Tar­dieu co drugi dzień". Tar­dieu był śli­skim i pozba­wio­nym skru­pu­łów gra­czem, spi­sku­ją­cym z nie­miec­kim dyplo­matą w Paryżu odno­śnie stwo­rze­nia nie­le­gal­nego kon­sor­cjum gumo­wego w Kongo, co, poprzez pod­sta­wio­nych ludzi, przy­nio­słoby mu milio­nowe zyski. Pomy­słowi zmowy poło­żył w końcu kres straż­nik finan­sowy fran­cu­skiego Zgro­ma­dze­nia Naro­do­wego, Joseph Cail­laux.

Na sześć mie­sięcy przed Sara­je­wem, Tar­dieu otrzy­mał zie­lone świa­tło do zaofe­ro­wa­nia Rumu­nom Tran­syl­wa­nii, czę­ści Austro-Węgier, w zamian za ich współ­pracę. W pro­wo­ka­cyjny spo­sób Tar­dieu wygło­sił w Buka­resz­cie publiczny odczyt zaty­tu­ło­wany "Tran­syl­wa­nia jest Alza­cją i Lota­ryn­gią Rumu­nii".

W dniu 24 czerwca, na cztery dni przed zamor­do­wa­niem arcy­księ­cia i jego żony, Take Ione­scu tele­gra­fo­wał do Tar­dieu, uży­wa­jąc zako­do­wa­nych sfor­mu­ło­wań: "Zgoda w ogól­nym zary­sie, wszyst­kie punkty zado­wa­la­jące, wspólne inte­resy usta­lone wczo­raj po roz­mo­wie z Sazo­no­wem, Bra­tianu. Zasada uzna­nia naszych rosz­czeń do Tran­syl­wa­nii, Buko­winy, Banatu. STOP. Obec­nie nie­od­po­wied­nie wszel­kie komen­ta­rze, list w dro­dze kurie­rem dyplo­ma­tycz­nym".

Tego samego dnia Rosja potwier­dziła fran­cu­skie gwa­ran­cje dla Rumu­nii.

Póź­niej Geo­r­ges Cle­men­ceau oświad­czy: "Ze wszyst­kich świń na tej woj­nie Rumuni byli naj­bar­dziej świń­scy". Być może z tym stwier­dze­niem można by dys­ku­to­wać: świństw było wtedy pełno dookoła, szcze­gól­nie na Bał­ka­nach.

Rozdział 5. Poincaré i Caillaux

Roz­dział 5 Poincaré i Cail­laux

Nie­za­leż­nie od deter­mi­na­cji, z jaką fran­cu­scy poli­tycy parli do wojny, wciąż nale­żało jesz­cze spra­wić, by masy Fran­cu­zów rzu­ciły się w kie­runku oko­pów. W tym momen­cie poli­tycy w rodzaju Poincaré uznali tajną pomoc rosyj­ską za bez­cenną.

Była to dzi­waczna, lecz wza­jem­nie korzystna umowa. Rosja­nie doto­wali fran­cu­skie gazety, które lob­bo­wały na rzecz finan­so­wego i woj­sko­wego wspar­cia dla Rosji, co spra­wiało, iż Rosja mogła prze­zna­czać jesz­cze więk­sze środki finan­sowe na łapówki. Pod­że­ga­cze wojenni fran­cu­skiej poli­tyki zbie­rali owoce pracy prasy, bez­u­stan­nie biją­cej w bęben wro­go­ści do Państw Cen­tral­nych -?Nie­miec i Austrii. Zna­le­zie­nie na tyle prze­kup­nych dzien­ni­ka­rzy, by nagłówki i wstęp­niaki były kre­ślone ręką obcych sił, nie nale­żało do naj­trud­niej­szych zadań. W rze­czy­wi­sto­ści więk­szym pro­ble­mem dla Rosjan było wybra­nie tych naj­bar­dziej uży­tecz­nych spo­śród tłumu chęt­nych, któ­rzy prze­py­chali się do przodu w nadziei na łapówkę.

Artur Raf­fa­ło­wicz, przed­sta­wi­ciel rosyj­skiego mini­ster­stwa finan­sów w Paryżu, rapor­to­wał pre­mie­rowi, hra­biemu Witte: " Ponie­waż nie można kupić wszyst­kich, trzeba będzie doko­ny­wać selek­cji". Dodał też: "Codzien­nie można się nauczyć pogardy dla kogoś nowego."

Od samego początku 1912 roku rosyj­scy spe­cja­li­ści od prze­kup­stwa wyło­żyli setki tysięcy fran­ków w zło­cie. Wciąż rosnące tempo sub­wen­cji wywin­do­wało ich poziom do kwoty trzy­stu pięć­dzie­się­ciu tysięcy fran­ków w zło­cie mie­sięcz­nie. Ogólne wydatki na łapówki osią­gnęły w końcu dzie­siątki milio­nów.

Po prze­ję­ciu wła­dzy przez bol­sze­wi­ków w 1917 roku, opu­bli­ko­wali oni tajne doku­menty uka­zu­jące zasięg tych machi­na­cji, a wśród nich tele­gram Raf­fa­ło­wi­cza z 26 lutego 1913 roku, tym razem adre­so­wany do amba­sa­dora Izwol­skiego: "Pie­nią­dze te dostar­czy pan pouf­nie, bez­po­śred­nio z rąk do rąk, jako wyna­gro­dze­nie za współ­pracę uzgod­nioną z Le Temps, L'Eclair i Echo de Paris".

Jeden z pra­cow­ni­ków Poincaré napi­sał o wydaw­nic­twach, pozo­sta­ją­cych na liście płac pan­sla­wi­stów: "Wstrętna lista, na któ­rej, złą­czone tą samą dzia­łal­no­ścią i tym samym wsty­dem, kotłują się Le Figaro Gastona Cal­mette, Radi­cal, Jour­nal des Débats, Henri Let­te­ier i jego Jour­nal, La République Fran­ca­ise, Le Matin, L'Echo de Paris i L'Eclair i wresz­cie, domi­nu­jący nad całą resztą, redak­tor działu poli­tyki zagra­nicz­nej Le Temps, przy­szły nego­cja­tor pokoju i pre­mier, André Tar­dieu, któ­rego dopiero co widzie­li­śmy przy pracy w Rumu­nii. Był ozdob­nym piór­kiem przy rosyj­skim kape­lu­szu. Kilka lat wcze­śniej jego gazeta w dużym stop­niu sym­pa­ty­zo­wała z Austro-Węgrami."; w liście do Sankt Peters­burga, dato­wa­nym 16 lutego 191 roku, Izwol­ski napi­sał: "Gazeta Le Temps pana Tar­dieu korzy­sta z każ­dej spo­sob­no­ści by uka­zać dobre fran­cu­sko-rosyj­skie sto­sunki w złym świe­tle".

Rok póź­niej, amba­sa­dor mógł już napi­sać: "Pan Tar­dieu nie traci ani chwili, by oddać swe pióro na me usługi".

Serb­ski rząd nie ocią­gał się i dołą­czył do prze­kup­nej gry, wie­dziony przy­kła­dem swych rosyj­skich patro­nów. Jak ujaw­nił Dra­go­mir Ste­fa­no­vić, na dwa lata przed Sara­je­wem Ser­bo­wie prze­ka­zali czo­ło­wym tytu­łom pra­so­wym Fran­cji łączną sumę pół­tora miliona fran­ków w zło­cie - "nie­wiel­kie napiwki", by użyć słów pre­miera Pašića. Serb­skie pie­nią­dze opła­ciły powsta­nie wpły­wo­wej, bał­kań­skiej redak­cji Le Temps, pro­wa­dzo­nej przez wszech­obec­nego Tar­dieu, która dostar­czała fran­cu­skim gaze­tom dobre dzie­więć­dzie­siąt pro­cent ich mate­riału z Bał­ka­nów. Rosyj­ski amba­sa­dor w Ser­bii, Har­twig, odgry­wał istotną rolę w ich kształ­to­wa­niu, a sama redak­cja posłu­gi­wała się wła­snym kodem, któ­rego nie był w sta­nie odcy­fro­wać nawet fran­cu­ski rząd.

Wobec zalewu infor­ma­cji ze strony opła­ca­nej prasy, fran­cu­ska opi­nia publiczna nie mogła długo pozo­sta­wać neu­tralna. Jeden z kole­gów Cle­men­ceau napi­sze póź­niej: "Naj­bar­dziej bez­czelna mowa-trawa i naj­bar­dziej bez­wstydne kłam­stwa, po tym jak zostały opu­bli­ko­wane i sko­men­to­wane przez Le Temps, Echo de Paris i Jour­nal des Débats - które w owym cza­sie były uwa­żane przez nasze klasy rzą­dzące za dobrze poin­for­mo­wane i opi­nio­twór­cze organy pra­sowe, godne cał­ko­wi­tego zaufa­nia -?były prze­dru­ko­wy­wane przez wszyst­kie pro­win­cjo­nalne gazety. Miliony ludzi, pocho­dzą­cych zarówno z niż­szych, jak i z wyż­szych warstw klasy śred­niej, eme­ryci, robot­nicy i chłopi, przez dwa­dzie­ścia lat patrzyli, jak ich oszczęd­no­ści wędrują w for­mie poży­czek do Rosji, "przy­ja­ciółki i sojusz­niczki", pod­czas gdy oni cze­kali, by móc poświę­cić dla niej swoje życie".

Poincaré nie uczy­nił nic, by prze­szko­dzić rosyj­skim pla­nom opła­ca­nia wol­nej prasy we Fran­cji. Gdy w 1912 roku odwie­dził go Izwol­ski z zary­sem swego planu sko­rum­po­wa­nia fran­cu­skiej prasy, był w sta­nie szybko prze­zwy­cię­żyć jego obawy. Agent Izwol­skiego, nie­jaki Davi­doff, utrzy­mu­jący kon­takty z Poincaré, pew­nego dnia usły­szał jak ten mruk­nął świę­tosz­ko­wa­tym tonem: "W miarę moż­li­wo­ści trzeba będzie roz­dzie­lać [pie­nią­dze] na nie­wiel­kie sumy, i prze­ka­zy­wać je z wielką roz­wagą i dys­kre­cją". Poincaré zada­wał się też z cie­szą­cym się jesz­cze gor­szą sławą typem, nazwi­skiem Lenoir, do któ­rego obo­wiąz­ków nale­żało oso­bi­ste wrę­cza­nie wypcha­nych kopert sze­fom mediów.

Poincaré wyja­śniał póź­niej, raczej obłud­nie, iż być może spo­tkał Leno­ira jeden, jedyny raz, ale w żad­nym razie "nie miał oka­zji z nim roz­ma­wiać." Jed­nakże fakt, iż jego żydow­ski mini­ster finan­sów, Klotz, bar­dziej ubru­dził sobie ręce w tym pro­ce­de­rze, nie­spe­cjal­nie oczysz­cza Poincaré. Klotz, który na pew­nym eta­pie wręcz zażą­dał, aby Rosja­nie prze­ka­zy­wali łapówki z wyprze­dze­niem, "ponie­waż gabi­net fran­cu­ski znaj­duje się w ogól­nie trud­nej sytu­acji", zakoń­czy po woj­nie swą karierę w skan­da­liczny spo­sób -?w sądzie kar­nym.

Pomimo rosną­cej spo­łecz­nej sym­pa­tii do Rosji i Ser­bii, fran­cu­skie masy wciąż nie miały ochoty na wojnę. Poli­tykę Poincaré uwa­żano za zbyt mili­ta­ry­styczną, szcze­gól­nie, kiedy to w 1914 roku fran­cu­ski pre­zy­dent zapra­gnął prze­dłu­że­nia okresu służby woj­sko­wej z dwóch do trzech lat. Pomimo wzmo­żo­nej kam­pa­nii pra­so­wej, napę­dza­nej przez rosyj­skie pie­nią­dze ("Klotz", jak dono­sił Raf­fa­ło­wicz do Sankt Peters­burga, "żąda dru­giej tran­szy: trzeba wiel­kiej kam­pa­nii, aby prze­pchnąć trzy lata [prze­pis]"), pro­jekt został odrzu­cony w gło­so­wa­niu. W naj­bar­dziej wpły­wo­wych fran­cu­skich krę­gach naj­sil­niej­sza opo­zy­cja wobec woj­sko­wych pla­nów Poincaré sper­so­ni­fi­ko­wana była w oso­bie Jose­pha Cail­laux.

Cail­laux, który zmarł w 1944 roku, jest dziś posta­cią w więk­szo­ści zapo­mnianą, ale nie­wy­klu­czone, że być może był naj­bar­dziej inte­li­gent­nym i kom­pe­tent­nym poli­ty­kiem fran­cu­skim owego czasu. Char­les De Gaulle uwa­żał go za pierw­szego euro­pej­skiego męża stanu, który rozu­miał istotną rolę eko­no­mii w życiu publicz­nym. Podob­nie jak jego prze­ciw­nik Poincaré, Cail­laux był twardy, wład­czy i auto­ry­tarny. Byli uro­dzo­nymi wro­gami, któ­rych prze­zna­cze­niem było ście­ra­nie się ze sobą w cza­sie swych karier. Cail­laux, w prze­ci­wień­stwie do wielu Fran­cu­zów, nie był twar­do­gło­wym niem­co­żercą. Sza­no­wał nie­miecką potęgę woj­skową i uwa­żał, że kolos zza Renu mógłby dać jego wła­snemu kra­jowi kilka istot­nych lek­cji z zakresu pracy, porządku i uno­wo­cze­śnia­nia prze­my­słu. Cail­laux wie­rzył, że oba kraje powinny się raczej uzu­peł­niać, niż pro­wa­dzić rywa­li­za­cję, zaognioną róż­ni­cami w tem­pe­ra­men­cie i psy­cho­lo­gii. Każda ze stron miała wiele do zaofe­ro­wa­nia i obie mogły osią­gnąć stan nie­zwy­kłej sym­biozy. Zbyt późno wielu Niem­ców i Fran­cu­zów doszło do wnio­sku, że Cail­laux miał rację. O ileż lepiej byłoby, gdyby Fran­cuzi wyja­śnili dzie­lące ich róż­nice z Niem­cami kali­bru von Bismarcka, czy nawet von Bülowa, niż żeby Ade­nauer, kanc­lerz okro­jo­nych Nie­miec i Char­les De Gaulle, pre­zy­dent Fran­cji, musieli zjeź­dzić pół świata, by zako­py­wać topór wojenny po osiem­dzie­się­ciu latach kata­stro­fal­nej nie­na­wi­ści. W 1914 roku wyda­wało się, że Cail­laux miał duże szanse na wygra­nie wybo­rów i obję­cie sta­no­wi­ska Pre­zesa Rady Mini­strów, co zmu­si­łoby Poincaré, pre­zy­denta Repu­bliki Fran­cu­skiej, do powie­rze­nia znacz­nej czę­ści rzą­dów wła­śnie jemu. Ale cóż wyszłoby wtedy z pło­mien­nych pla­nów Poincaré na odzy­ska­nie Alza­cji i Lota­ryn­gii?

Pozy­cję Poincaré w walce z Cail­laux wzmac­niał fakt, iż wielu Fran­cu­zów było rów­nie nie­prze­jed­na­nych w kwe­stii "utra­co­nych" pro­win­cji jak on sam i nie zno­siło Cail­laux za jego roz­są­dek w tej spra­wie. W głębi ducha Fran­cuzi są bar­dzo szo­wi­ni­styczni. W ich mnie­ma­niu Bel­go­wie to "mali Bel­go­wie", któ­rzy poro­zu­mie­wają się dziw­nym beł­ko­tem. Hisz­pa­nie to "na wpół Afry­ka­nie", Anglicy zaś to uro­dzeni hipo­kryci, a Ame­ry­ka­nie są nie­wiele lepsi, niż na wpół dzi­kie bestie. Świat zewnętrzny nie wzbu­dza wiel­kiego zain­te­re­so­wa­nia Fran­cu­zów i nie mają potrzeby, by o nim coś wie­dzieć. Char­les Maur­ras, naj­bar­dziej fran­cu­ski z fran­cu­skich inte­lek­tu­ali­stów, w wieku lat czter­dzie­stu ni­gdy nie odwie­dził fran­cu­sko­ję­zycz­nej czę­ści Bel­gii, poza jedy­nym przy­pad­kiem, gdy prze­jeż­dżał tam­tędy w ramach kil­ku­go­dzin­nej wycieczki. Pierre Laval, który jede­na­sto­krot­nie zaj­mo­wał sta­no­wi­ska mini­ste­rialne, przy­znał w roz­mo­wie ze mną, że prze­jeż­dżał przez Bel­gię tylko raz, jadąc nocą przez Li?ge w wago­nie sypial­nym. Żeby nie było wąt­pli­wo­ści, Fran­cuzi zoba­czyli szmat Europy pod­czas dzie­się­ciu wie­ków pod­bo­jów: Bruk­selę, Rzym, Madryt, Wie­deń, Ber­lin, Moskwę i dwu­dzie­stu róż­nych najaz­dów na Niemcy. Ale nie­na­wi­dzą dys­ku­sji na te tematy. To wła­śnie na podob­nej awer­sji do cudzo­ziem­ców oraz nie­umie­jęt­no­ści dostrze­że­nia racji dru­giej strony pod­czas debaty poli­tycz­nej, Poincaré oparł swoją wła­sną karierę poli­tyczną. Nie­stru­dze­nie agi­to­wał za poli­tyką rewanżu i siły mili­tar­nej. Cail­laux odwa­żył się brnąć pod prąd popu­lar­nego szo­wi­ni­zmu i fakt ten zyskał mu miliony wro­gów.

Przy oka­zji kło­po­tli­wej kwe­stii zwią­za­nej z trzy­let­nią służbą woj­skową, zalety Poincaré, umoż­li­wia­jące mu gra­nie na popu­lar­nych nastro­jach tłumu, zde­rzyły się z rów­nie wielką tro­ską wielu Fran­cu­zów o wła­sną skórę i swą oso­bi­stą wol­ność. Przy­jem­nie agi­to­wało się za Alza­cją i Lota­ryn­gią w kafej­kach, wspa­niale było wiwa­to­wać na Champs Elysées w cza­sie woj­sko­wych defi­lad z oka­zji rocz­nicy zdo­by­cia Basty­lii... ale oso­bi­ste poświę­ce­nie kosz­tem wła­snego życia i wła­snych rodzin wyma­gało głęb­szych prze­my­śleń. Poincaré musiał zna­leźć jakiś spo­sób na pognę­bie­nie rywala. Zna­lazł go w sła­bo­ści Cail­laux do kobiet. Pomimo swej łysiny, Cail­laux miał powo­dze­nie u płci pięk­nej. Jak wielu fran­cu­skich poli­ty­ków, rado­śnie galo­po­wał od kochanki do kochanki i, jak w przy­padku wielu męż­czyzn na świecz­niku, jego pozy­cja spra­wiała, że kobiety gnały za nim. Hitler, który był dość kon­ser­wa­tywny w tej mate­rii, poka­zał mi kie­dyś szu­fladę wypeł­nioną listami od uro­dzi­wych kobiet w naj­róż­niej­szym wieku, które bła­gały go, by został ojcem ich dziecka. W miło­ści -?Napo­leon dobrze to okre­ślił -?bez­pie­czeń­stwo polega na ucieczce. Cesarz wie­lo­krot­nie zmu­szony był brać nogi za pas. Cail­laux nie był rów­nie skory do rej­te­rady. Po tym, jak mniej lub bar­dziej skry­cie korzy­stał z uro­ków jed­nej ze swych wiel­bi­cie­lek, poślu­bił ją. To była ładna, mod­nie się ubie­ra­jąca, popie­la­to­blon­d­włosa Hen­rietta. Byli bar­dzo w sobie zako­chani.

Naprawdę, nic nie można było zarzu­cić temu związ­kowi, szcze­gól­nie w myśl dzi­siej­szych stan­dar­dów. Poincaré powi­nien być ostat­nim, który węszy wokół tej małej idylli, tym bar­dziej, że jego wła­sny zwią­zek z kobietą mniej niż nie­winną byłby sen­sa­cją, szcze­gól­nie, gdy pani jego serca, po zde­cy­do­wa­nie mało cno­tli­wej karie­rze, zażą­dała, by ona i jej stary anty­kle­ry­kał wzięli pota­jemny ślub w obec­no­ści biskupa. To samo doty­czyło czło­wieka, który miał się stać prawą ręką Poincaré w wyre­ży­se­ro­wa­nej prze­ciwko Cail­laux "Ope­ra­cji Halka" -?Louisa Bar­thou, który nie mógł raczej zostać lau­re­atem nagrody za cno­tliwy tryb życia.

Georg Mal­colm Thom­son nakre­ślił taki obraz sytu­acji:

"Wcze­sną wio­sną 1914 roku Cail­laux był dla pre­zy­denta Poincaré źró­dłem poważ­nych zmar­twień. Wybory szy­ko­wano na maj; nastroje spo­łe­czeń­stwa dry­fo­wały w lewo. W takich oko­licz­no­ściach byłoby trudno odmó­wić rywa­lowi teki pre­miera. Cail­laux w swej bez­gra­nicz­nej pew­no­ści sie­bie wie­rzył, że może ubić inte­res z Niem­cami! Dla Poincaré byłby to koniec jego sztyw­nej poli­tyki wro­go­ści wobec potęgi zza Renu." (The Twe­lve Days, s.66)

Poincaré i jego asy­stenci opra­co­wali plan zni­we­cze­nia szans Cail­laux, który zakła­dał, jak można się było spo­dzie­wać, posłu­że­nie się prasą. Le Figaro, kie­ro­wane przez ubo­giego nie­gdyś Gastona Cal­mette, który korzy­stał z hoj­nych dota­cji rosyj­skich (pozo­sta­wił w testa­men­cie trzy­na­ście milio­nów fran­ków), roz­po­częło 10 maja 1914 roku kam­pa­nię nisz­cze­nia Cail­laux takimi sło­wami: "Nad­szedł teraz decy­du­jący moment, w któ­rym nie możemy uchy­lać się przed dzia­ła­niem, nawet gdyby nasza moral­ność i oso­bi­ste upodo­ba­nia je potę­piały".

Krótko mówiąc, gazeta uzy­skała dostęp do miło­snych listów Cail­laux i jego żony, pisa­nych w cza­sach, gdy była jesz­cze jego kochanką. Cail­laux pod­pi­sy­wał się "Jo-Jo", Hen­riette, "Ri-Ri". Listy były dokład­nie tym, co kochan­ko­wie pisy­wali do sie­bie przez wieki; przy­zna­niem się do namięt­no­ści, bucha­ją­cych niczym wul­kan, cza­sami zupeł­nie poważ­nymi, czę­sto peł­nymi wiary, lecz w żad­nym razie nie prze­zna­czo­nymi dla postron­nych oczu.

16 maja, kiedy Ri-Ri rzu­ciła okiem na tytu­łową stronę Le Figaro, odkryła, iż wia­do­mo­ścią dnia jest pierw­szy list, który Jo-Jo do niej napi­sał. To była praw­dziwa breja: nie oszczę­dzono naj­bar­dziej intym­nych szcze­gó­łów. Gazeta obwiesz­czała, iż pozo­stałe listy zostaną opu­bli­ko­wane w kolej­nych wyda­niach. Pani Cail­laux rzu­ciła się w ramiona męża. Łka­jąc, bła­gała go: "Czy pozwo­lisz tym dzien­ni­kar­skim hie­nom na buszo­wa­nie po naszym budu­arze?"

Ona sama nie zamie­rzała im na to pozwo­lić. Po tym, jak znany pary­ski sędzia odpra­wił ją z kwit­kiem, wzru­sza­jąc ramio­nami i mówiąc: "Oto cena za bycie czę­ścią poli­tyki.", zdo­była pisto­let i udała się do redak­cji Le Figaro, gdzie, po wej­ściu do biura Gastona Cal­mette, opróż­niła maga­zy­nek, posy­ła­jąc sześć kul w tego, który ją znie­sła­wił. W rze­czy­wi­stość pani Cail­laux powinna była mie­rzyć wyżej. Mar­twy Cal­mette był zale­d­wie naj­mitą. Gdy wieść o zemście Ri-Ri obie­gła Paryż, wstrzą­śnięty Bar­thou pognał do swego moco­dawcy w pałacu pre­zy­denc­kim. Sam Poincaré zre­la­cjo­no­wał póź­niej tę scenę dzien­ni­ka­rzowi P.B. Gheusi mówiąc, jak to Bar­thou opadł na jego biurko, prze­ra­żony fatal­nymi w skut­kach kon­se­kwen­cjami arty­ku­łów.

"Ja jestem tym, który napi­sał wszyst­kie arty­kuły prze­ciwko Cail­laux! - wykrzyk­nął. -?To ja jestem winien tra­ge­dii. Muszę wymie­rzyć sobie karę!"

Nie trzeba doda­wać, że Bar­thou nie wymie­rzył sobie kary. To się rzadko zda­rza w poli­tyce. Kil­ka­krot­nie zdąży jesz­cze być mini­strem i pozo­sta­nie lojal­nym pachoł­kiem Poincaré lub kogo­kol­wiek, kto aku­rat będzie jego aktu­al­nym moco­dawcą.

Będąc mężem kobiety aresz­to­wa­nej jak zwy­kła prze­stęp­czyni, mini­ster finan­sów Cail­laux nie miał innego wyboru, jak tylko ustą­pić. Opo­zy­cja, mając ściętą głowę, nie sta­no­wiła wię­cej zagro­że­nia dla pla­nów Poincaré. Cail­laux pozo­stał tema­tem dow­ci­pów, nawet na uli­cach Paryża. Czerw­cowy pro­ces jego żony stał się sen­sa­cją, gdy Hen­riette zemdlała na ławie oskar­żo­nych, niczym boha­terka kla­sycz­nej tra­ge­dii. Jej unie­win­nie­nie było wiel­kim roz­cza­ro­wa­niem. 27 lipca, gdy została oczysz­czona z zarzu­tów, wojna była kwe­stią godzin.

Rozdział 6. Zamorskie konspiracje

Roz­dział 6 Zamor­skie kon­spi­ra­cje

Przez pierw­sze dwa tygo­dnie lipca pre­zy­dent Poincaré cier­pli­wie cze­kał, aż jego sojusz­nicy w oto­cze­niu cara przy­go­tują rosyj­skie siły do wojny. Ogromne odle­gło­ści i sto­sun­kowo pry­mi­tywna sieć trans­por­towa spra­wiały, iż mobi­li­za­cja w Rosji była sprawą znacz­nie bar­dziej cza­so­chłonną, niż w dobrze zor­ga­ni­zo­wa­nych kra­jach Europy, więc fran­cu­ski przy­wódca był począt­kowo pobłaż­liwy wobec przy­sło­wio­wej ocię­ża­ło­ści rosyj­skiego niedź­wie­dzia.

Jed­nakże w poło­wie lipca Poincaré zaczął zdra­dzać oznaki zde­ner­wo­wa­nia. Zatro­skany postę­pami rosyj­skich przy­go­to­wań i zde­cy­do­wany, jak to okre­ślił Geo­rge Thom­son, aby "wstrzyk­nąć tro­chę stali w krę­go­słup tego potęż­nego, lecz nie­pew­nego alianta", Poincaré zaokrę­to­wał się w Calais na krą­żow­nik "France" i wyru­szył w dniu 15 lipca do Sankt Peters­burga.

Sześć dni póź­niej, on sam, oraz jego pre­mier, Rene Viviani, zostali powi­tani w rosyj­skiej sto­licy z pompą, na którą może się zdo­być tylko auto­krata. W Peter­ho­fie, let­niej rezy­den­cji carów, Poincaré zapo­znał się z cesar­ską rodziną, w szcze­gól­no­ści zaś z czte­rema cór­kami cara, które obda­ro­wał naręcz­nymi zegar­kami wysa­dza­nymi dia­men­tami. Jed­no­cze­śnie ukrad­kiem, z wyra­cho­wa­niem się im przy­glą­dał, pomny spro­śnych plo­tek, które krą­żyły o ich kon­tak­tach ze zło­wiesz­czym świę­tym mężem, Raspu­ti­nem. Poincaré poda­ro­wał carowi i carycy gobe­liny oraz zestaw zło­tych ozdób do podróż­nego wagonu monar­chy. Wkrótce fran­cu­ski pre­zy­dent i rosyj­ski car pogrą­żeni byli w głę­bo­kiej dys­ku­sji, o ile można nazwać dys­ku­sją jed­no­stronną ora­cję, którą wygło­sił mały, sen­ten­cjo­nalny Poincaré, pod­czas gdy car sie­dział bez wyrazu, mil­cząc.

Car Miko­łaj II nie był czło­wie­kiem, który powi­nien rzą­dzić impe­rium. Apa­tyczny i nie­zde­cy­do­wany, wzięty pod pan­to­fel przez swą nie­miecka żonę, Alek­san­drę, na każ­dym kroku chro­niony przez setkę gwar­dzi­stów, nie miał nikogo, kto ochro­niłby go przed sko­rum­po­wa­nymi igno­ran­tami i waze­li­nia­rzami, któ­rzy two­rzyli jego ofi­cjalną świtę. Gorie­my­kin, jego pre­mier, nie nada­wał się do niczego innego ponad zwi­nię­cie się na sofie z lite­ra­turą wąt­pli­wej jako­ści w ręku i z papie­ro­sem zwi­sa­ją­cym z popę­ka­nych warg. Makla­kow, mini­ster spraw wewnętrz­nych, zawdzię­czał swą karierę zdol­no­ści uda­wa­nia zwie­rząt, czym roz­ba­wiał młode księżne: odgry­wa­jąc pan­terę, ska­kał dziko po pod­ło­dze, pod­czas gdy dziew­częta cho­wały się i krzy­czały, uda­jąc prze­strach.

Mini­ster wojny, W.A. Suchom­li­now, był wiecz­nie zadłu­żo­nym, nało­go­wym hazar­dzi­stą. Nie­długo przed wizytą Poincaré udzie­lił wywiadu pod tytu­łem "Rosja jest gotowa", który był sze­roko publi­ko­wany we fran­cu­skiej pra­sie, co spo­wo­do­wało oży­wie­nie na gieł­dzie, które Suchom­li­now zdo­łał obró­cić na swą korzyść. Jeden z jego głów­nych wie­rzy­cieli pozo­sta­wał w bli­skim kon­tak­cie z wywia­dem nie­miec­kim.

Praw­dziwą siłę napę­dową za papier-mâché fasady car­skiego dworu two­rzyli inni ludzie. Rosyj­ski mini­ster spraw zagra­nicz­nych, S.D. Sazo­now, przez ostat­nie dzie­się­cio­le­cie odgry­wał naj­waż­niej­szą rolę w intry­gach na Bał­ka­nach. Alek­san­der Izwol­ski, były mini­ster spraw zagra­nicz­nych i w 1914 roku amba­sa­dor we Fran­cji, odgry­wał w dyplo­ma­cji rolę nie­wiele mniej­szą niż Sazo­now. Dalej szły ważne oso­bi­sto­ści pan­sla­wi­zmu, sku­pione w szta­bie gene­ral­nym i w naj­wyż­szym dowódz­twie, wśród któ­rych prym wiódł wuj cara, wielki książę Miko­łaj, naczelny dowódca wojsk rosyj­skich.

To z Sazo­no­wem Poincaré toczył naj­bar­dziej istotne roz­mowy. Sazo­now, zręcz­nie wspie­rany przez swego poprzed­nika, Izwol­skiego, zawsze był i pozo­stał twar­dym nego­cja­to­rem. Dwa lata wcze­śniej Poincaré z mocą utrzy­my­wał, iż Fran­cja nie da się wcią­gnąć do rodzą­cej się na Bał­ka­nach wojny. Poincaré powie­dział wtedy do Sazo­nowa: "Nie licz­cie na naszą pomoc woj­skową na Bał­ka­nach nawet wtedy, gdy zosta­nie­cie zaata­ko­wani przez Austrię". W sierp­niu 1912 roku Poincaré pod­trzy­mał sta­no­wi­sko swego rządu, mówiąc: "Jeśli zaj­dzie sto­sowna oko­licz­ność, wywią­żemy się z naszych zobo­wią­zań. Jed­nak nie licz­cie na nasze wspar­cie woj­skowe na Bał­ka­nach jeśli zosta­nie­cie zaata­ko­wani przez Austrię lub, gdy wasz atak na nią spo­wo­duje inter­wen­cję Nie­miec". (Poincaré, Les Responsabilités de la guerre, s. 53)

Pomi­ja­jąc te, jak rów­nież inne ostrze­że­nia, skal­ku­lo­wane tak, by upew­nić się, że wybuch wojny nastąpi w cza­sie odpo­wied­nim dla Fran­cji, w czerwcu 1914 roku Poincaré zna­lazł się w sytu­acji, w któ­rej był zależny od impe­rium rosyj­skiego. Nici sta­ran­nie zapla­no­wa­nych spi­sków Sazo­nowa i Izwol­skiego opla­tały fran­cu­skie wła­dze: droga do odzy­ska­nia Alza­cji i Lota­ryn­gii rze­czy­wi­ście będzie musiała wieść przez Ser­bię i to nie­ma­łym kosz­tem.

Zacho­wa­nie Poincaré w Sankt Peters­burgu dowo­dzi jego przy­zwo­le­nia na udział w bał­kań­skiej gma­twa­ni­nie. Pośpie­szył ze sło­wami pocie­chy dla serb­skiego amba­sa­dora w Rosji, Spa­laj­ko­vića, któ­remu powie­dział: "Nie oba­wiaj­cie się. Macie we Fran­cji odda­nego przy­ja­ciela." Spa­laj­ko­vić, o któ­rym jego zwierzch­nik w Bel­gra­dzie, sekre­tarz spraw zagra­nicz­nych, powie­dział kie­dyś, "Zawsze się zasta­na­wiam, czy Spa­laj­ko­vić jest bar­dziej dra­niem, czy głup­cem, lub czy jest tak głupi, jak jest nie­uczciwy", stał się pierw­szym serb­skim dyplo­matą, który dowie­dział się o szcze­rej decy­zji Poincaré, by zwią­zać Fran­cję z Ser­bią i Rosją -?co by się nie działo. Popar­ciu dla Ser­bii, które fran­cu­scy przy­wódcy zama­ni­fe­sto­wali w Sankt Peters­burgu, towa­rzy­szył pokaz wro­go­ści wobec Austro-Węgier. Pre­mier Viviani, pod­czas pobytu w sto­licy Rosji, prze­słał dyrek­tywę do dyplo­ma­tów fran­cu­skich pozo­sta­ją­cych za gra­nicą, która odda­wała ducha oświad­cze­nia wygło­szo­nego przez pre­zy­denta Poincaré: "Fran­cja nie będzie tole­ro­wać mie­sza­nia się Austrii w sprawy Ser­bii."

Na przy­ję­ciu dla dyplo­ma­tów, wyda­nym przez Poincaré w Pałacu Zimo­wym, w szo­ku­jący spo­sób doko­nał per­so­nal­nego ataku na austriac­kiego amba­sa­dora w Rosji, hra­biego Szapáry tak, iż ten "wyszedł z sie­bie", jak to póź­niej opi­sał amba­sa­dor Hisz­pa­nii, hra­bia Car­ta­geny w swo­ich Memo­irs of a Diplo­mat. Nawet sam Poincaré, ura­żony zma­so­waną kry­tyką, jaka spa­dła na niego za to dyplo­ma­tyczne faux pas, poczuł się zmu­szony do męt­nego wytłu­ma­cze­nia swo­jego wybu­chu w swej książce L'Union sacrée, gdzie pisze: "Napo­mkną­łem amba­sa­do­rowi, że Ser­bia ma przy­ja­ciół w Rosji, któ­rzy z pew­no­ścią byliby zasko­czeni, gdyby stała się ona celem suro­wych dzia­łań i że owe zdzi­wie­nie mogą podzie­lać inne kraje, które są przy­ja­ciółmi Rosji".

Poincaré mógł przy­naj­mniej prze­ka­zać austriac­kiemu mini­strowi swe ubo­le­wa­nie z powodu gwał­tow­nej i bru­tal­nej śmierci następcy tronu. Tym­cza­sem uwaga, w for­mie, w jakiej została poczy­niona na przy­ję­ciu dyplo­ma­tycz­nym, dowo­dziła nie tylko żało­snego braku kul­tury, ale świad­czyła też o świa­do­mej chęci doko­na­nia obrazy i wywo­ła­nia pro­wo­ka­cji.

Poza swo­imi roz­mo­wami z Sazo­no­wem i Izwol­skim, z któ­rymi Poincaré bli­sko współ­pra­co­wał w Paryżu zarówno w spra­wach dyplo­ma­cji, jak i w kwe­stii odra­ża­ją­cego wpływu na naj­więk­szych fran­cu­skich dzien­ni­ka­rzy, pre­zy­dent spo­tkał się też z wiel­kim księ­ciem Miko­ła­jem, dowódcą naczel­nym armii rosyj­skiej. Wielki książę był ponad dwu­me­tro­wym gigan­tem o manie­rach rów­nie impo­nu­ją­cych, jak jego wzrost. Znany ze swej bru­tal­no­ści, cie­szył się nie­zwy­kłą popu­lar­no­ścią wśród pro­stych żoł­nie­rzy, gdyż, ku zachwy­towi swych soł­da­tów, miał inkli­na­cje do wymie­rza­nia bez­li­to­snych kar cie­le­snych nawet naj­wy­żej posta­wio­nym ze swych pod­wład­nych. Jego maniera wymie­rza­nia szyb­kiego kop­niaka w obfity gene­ral­ski pośla­dek usta­no­wiła swo­istą demo­kra­cję kar, którą w latach trzy­dzie­stych prze­bije dopiero Sta­lin w cza­sie swych maso­wych czy­stek wśród kor­pusu ofi­cer­skiego.

W pan­sla­wi­zmie Miko­łaja i jego brata, wiel­kiego księ­cia Pio­tra, sekun­do­wały im ich żony, Ana­sta­zja i Milica, ogni­ste córki króla maleń­kiej Czar­no­góry, Miko­łaja. Król Miko­łaj, wieczny sknera, któ­rego poszu­ki­wa­nia boga­tej żony zain­spi­ro­wały "Wesołą Wdówkę" Lehára, rzą­dził kra­jem w aspek­cie etnicz­nym i histo­rycz­nym bli­sko zwią­za­nym z Ser­bią, który jed­nak pod jego rzą­dami skie­ro­wał się w stronę poli­tyki udo­bru­cha­nia Austrii. Jego córki, spad­ko­bier­czy­nie dłu­giej tra­dy­cji wen­detty, były rów­nie śmiałe, co cza­ru­jące. Naśmie­wały się z lizu­so­stwa dwo­ra­ków, sku­pio­nych wokół rodziny car­skiej i wyda­wały się być zawsze gotowe do tocze­nia bojów z kim­kol­wiek. W cza­sie wizyty fran­cu­skiej głowy pań­stwa ich naj­więk­szym wro­giem były Niemcy i obie zło­śnice szybko owi­nęły Poincaré wokół małego palca.

Na ban­kie­cie, który fran­cu­ski amba­sa­dor, Mau­rice Pale­olo­gue, wydał na cześć cara i swego pre­zy­denta, Alek­san­dra i Milica oso­bi­ście deko­ro­wały stół, roz­sta­wia­jąc wszę­dzie bukiety kwia­tów. Przed posęp­nym Poincaré posta­wiły złote pudełko na cukierki, po otwar­ciu któ­rego oka­zało się, że zawiera garść ziemi z jego ojczy­stej Lota­ryn­gii -?cen­trum jego rewan­ży­stycz­nych ambi­cji przez cały okres kariery. Aby jesz­cze bar­dziej pod­grzać krew pre­zy­denta Fran­cji, wielki książę Miko­łaj zaaran­żo­wał ogromną rewię woj­skową na bło­niach pod Kra­snym Sio­łem. Wraz z carem oglą­dali sześć­dzie­siąt tysięcy wąsa­tych żoł­nie­rzy, któ­rzy para­do­wali przed nimi, chłop w chłopa jak dęby. Ich okrzyki przy­wo­ły­wały obraz wil­ków gna­ją­cych po bez­kre­snym ste­pie. Wtó­ro­wało im dud­nie­nie kopyt kozac­kich koni, które galo­pem nio­sły swych jeźdź­ców, jakby roz­pa­lo­nych wódką. Najbar­dziej inspi­ru­jący dla pre­zy­denta był moment, gdy rosyj­skie orkie­stry zagrały fran­cu­skie mar­sze -?Le Régiment de Sam­bre et Meuse, Fiers Enfants de la Lor­ra­ine -?i grały, aż zaczęła roz­pie­rać go duma.

Pod koniec parady Poincaré pozwo­lił sobie na pro­roc­two, doty­czące rosyj­skiej armii. "Będą w Ber­li­nie przed Wszyst­kich Świę­tych", prze­po­wie­dział. Co do rosyj­skich oddzia­łów w Ber­li­nie, mały praw­nik z Lota­ryn­gii pomy­lił się o trzy­dzie­ści jeden lat. I nie będzie nimi dowo­dzić car ani jego krewni. Ale Poincaré pozwo­lił sobie na pew­ność. Pię­cio­mi­lio­nowa rosyj­ska armia zmie­cie znacz­nie mniej­sze siły Kaisera i za kilka tygo­dni będzie poić konie w Szpre­wie. A do Świąt Bożego Naro­dze­nia Stras­burg i Metz znowu będą fran­cu­skie.

Teraz, gdy Poincaré i jego dyplo­maci obrali kurs ku woj­nie, będą podej­mo­wać wszel­kie dzia­ła­nia, aby ukryć jej praw­dziwy powód: będą grać na zwłokę, opo­wia­dać pod­no­szące na duchu kłam­stwa, na wielką skalę prak­ty­ko­wać oszu­stwa i nawet ucie­kać się do fał­szer­stwa -?czyli robić wszystko to, co doświad­czeni dyplo­maci potra­fią robić naj­le­piej, gdy wymaga tego ich zawo­dowy obo­wią­zek. Rzecz jasna będą to wybiegi tak dys­kretne, że bar­dzo nie­wielu nabie­rze choćby mgli­stych podej­rzeń; jeśli zda­rzy się naj­gor­sze, sprawcy co naj­wy­żej zaprze­czą obu­rzo­nym tonem. Dzia­ła­jąc w tym duchu Poincaré, który opu­ści Sankt Peters­burg i uda się do Fran­cji w dniu 23 lipca, zaprze­czy, jakoby osią­gnął jakie­kol­wiek poro­zu­mie­nie z Rosja­nami. Według jego słów, "Pan Viviani i ja relak­so­wa­li­śmy się i odpo­czy­wa­li­śmy". Ści­ślej rzecz ujmu­jąc, nie dowie­dział się niczego nowego: "Nie mamy żad­nych wie­ści, lub też pra­wie żad­nych". Jak to opi­sał histo­ryk Fabre Luce, "Poincaré odgry­wał rolę głu­cho­nie­mego".

Fran­cu­ski pre­zy­dent doło­żył abso­lut­nie wszel­kich sta­rań, aby nie kie­ro­wać na Quai d'Orsay żad­nych, poten­cjal­nie obcią­ża­ją­cych memo­ran­dów. Pod­czas gdy fran­cu­ska dele­ga­cja przy­go­to­wy­wała się do odpły­nię­cia do ojczy­zny i gdy wymie­niano ostat­nie uści­ski, Sazo­now nagry­zmo­lił tekst koń­co­wej, wspól­nej dekla­ra­cji rosyj­sko-fran­cu­skiej, a następ­nie wrę­czył ją pre­zy­dentowi Poincaré. Fran­cuz odczy­tał począ­tek szkicu: "Oba rządy osią­gnęły ide­alną zgod­ność w zakre­sie swych poglą­dów oraz wza­jem­nych celów, zmie­rza­ją­cych do utrzy­ma­nia rów­no­wagi sił w Euro­pie, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem Pół­wy­spu Bał­kań­skiego".

Poincaré napi­sał póź­niej w L'Union sacrée: "Viviani i ja sądzi­li­śmy, iż sfor­mu­ło­wa­nia, w któ­rych nie mówi się o pokoju, zbyt mocno zwiążą nas z rosyj­ską poli­tyką na Bał­ka­nach. Mając to na uwa­dze, zmo­dy­fi­ko­wa­li­śmy szkic dekla­ra­cji tak, by zapew­nić sobie swo­bodę dzia­ła­nia." (L'Union sacrée, s. 279)

To pełne hipo­kry­zji stwier­dze­nie, któ­remu w owym cza­sie prze­czyło każde jego rów­no­le­głe dzia­ła­nie, Poincaré zapra­gnął wzmoc­nić kolejną dekla­ra­cją, że w cza­sie tych naj­waż­niej­szych dni tuż przed wybu­chem wojny, "wszy­scy wie­dzieli, iż pan Viviani i ja znaj­do­wa­li­śmy się na peł­nym morzu, z daleka zarówno od wybrzeży Fran­cji, jak i Rosji". W poli­tyce hipo­kry­zja jest cnotą. Na nie­szczę­ście dla poli­ty­ków, histo­ria ma ten­den­cję do podą­ża­nia ich śla­dem i uka­zuje ich pry­watę i wykręty, jako to, czym są naprawdę, czyli łgar­stwem. Wysiłki Poincaré, by zatrzeć za sobą ślady, wkrótce wyszły na jaw.

Bry­tyj­ski amba­sa­dor w Sankt Peters­burgu, Sir John Bucha­nan, nie­złomny prze­ciw­nik Nie­miec i bli­ski przy­ja­ciel fran­cu­skiego amba­sa­dora w Rosji, Pale­olo­gue, ujaw­nił w swo­ich wspo­mnie­niach tajem­nicę taj­nych usta­leń Poincaré z Rosja­nami. Bucha­nan dowie­dział się o nich od swego przy­ja­ciela wkrótce po tym, jak Poincaré odpły­nął do Fran­cji.

Natych­miast po tym, jak Bucha­nan zazna­jo­mił się z praw­dziwą sytu­acją, zate­le­gra­fo­wał do Lon­dynu z infor­ma­cją, że Poincaré będzie bro­nić Ser­bów, że nie można już dłu­żej liczyć na to, iż fran­cu­ski przy­wódca będzie zaporą na dro­dze rosyj­skiego pan­sla­wi­zmu oraz, że Fran­cuzi i Rosja­nie "uro­czy­ście raty­fi­ko­wali zobo­wią­za­nia soju­szu".

Na tym samym rapor­cie, Sir Eyre Crowe, zastępca sekre­ta­rza w mini­ster­stwie spraw zagra­nicz­nych, dopi­sał swoje pod­su­mo­wa­nie: "Minął czas, gdy możemy ukła­dać się z Fran­cją odno­śnie utrzy­ma­nia dzia­łań Rosji w pew­nych gra­ni­cach. Jest oczy­wi­ste, iż Fran­cja i Rosja zde­cy­do­wane są rzu­cić ręka­wicę".

Po wyjeź­dzie Poincaré, Mau­rice Paléologue powró­cił do roli naj­waż­niej­szego Fran­cuza w Rosji. Przez ostat­nie dzie­sięć dni lipca będzie odgry­wać rolę naczel­nego oszu­sta niczym naj­lep­szy wir­tuoz. Ostat­nie instruk­cje Poincaré dla swego amba­sa­dora, prze­ka­zane tuż przed tym, jak krą­żow­nik "France" pod­niósł kotwicę, były spre­cy­zo­wane: "Sprawą nad­rzędną jest, by Sazo­now pozo­stał twardy, pod­czas gdy my będziemy go popie­rać." Słowa te zostały udo­ku­men­to­wane przez kilka źró­deł, przede wszyst­kim zaś przez doku­menty rosyj­skiej dyplo­ma­cji, które Sowieci, w począt­ko­wym napły­wie rewo­lu­cyj­nego zapału, nie­tak­tow­nie opu­bli­ko­wali w gaze­cie Prawda zimą 1917-1918 roku.

Pomimo swych zaprze­czeń, pod­czas podróży powrot­nej Poincaré utrzy­my­wał kon­takt zarówno z Pary­żem, jak i z Sankt Peters­bur­giem. Zgod­nie z tym, co mówił Pale­olo­gue, oso­bi­ście wysy­łał do swo­jego pre­zy­denta ważne infor­ma­cje w cza­sie gdy ten prze­by­wał na pokła­dzie krą­żow­nika "France", jak rów­nież odbie­rał od Poincaré dodat­kowe instruk­cje, takie jak tele­gram uświa­da­mia­jący mu wagę "udzie­le­nia peł­nego wspar­cia rzą­dowi car­skiemu".

Fran­cu­ski histo­ryk Fabre Luce w swej wybit­nej L'Histo­ire démaquillée, pod­su­mo­wał fakty, doty­czące powrot­nej podróży pre­zy­denta Poincaré:

"Podró­żu­jący [Poincaré i Viviani] zda­wali sobie sprawę, iż rząd rosyj­ski nie prze­wi­duje serb­skiej zgody [na akcep­ta­cję austriac­kich warun­ków], która w każ­dym przy­padku i tak zale­żała od Rosji i zde­cy­do­wali się na mobi­li­za­cję prze­ciwko Austrii w przy­padku zerwa­nia sto­sun­ków mię­dzy Ser­bią i Austrią. Stąd też ich świa­doma komu­ni­ka­cja tele­gra­ficzna z Sankt Peters­bur­giem, potwier­dza­jąca obiet­nicę wspar­cia. Jed­nak Poincaré upar­cie trzy­mał się roli głu­cho­nie­mego i archiwa na Quai d'Orsay zostaną zma­ni­pu­lo­wane tak, by wszelka łącz­ność ze świa­tem zewnętrz­nym wyglą­dała na ogra­ni­czoną do abso­lut­nego mini­mum."

Kilka mie­sięcy po roz­po­czę­ciu dzia­łań wojen­nych rząd fran­cu­ski opu­bli­kuje zbiór doku­men­tów, rze­komo dowo­dzą­cych nie­win­no­ści swego postę­po­wa­nia i wska­zu­ją­cych jed­no­cze­śnie na agre­sywne zacho­wa­nie Nie­miec w okre­sie bez­po­śred­nio poprze­dza­ją­cym wybuch wojny. Jak zosta­nie ujaw­nione po woj­nie, w zbio­rze tym, okre­śla­nym jako fran­cu­ska Żółta Księga, jest wię­cej, niż jedno istotne prze­ocze­nie. W rze­czy­wi­sto­ści wszyst­kie wia­do­mo­ści, jakie wymie­nili mię­dzy sobą Poincaré i Paléologue w cza­sie, gdy fran­cu­ski pre­zy­dent pełną parą zmie­rzał ku brze­gom Fran­cji, zostaną w cało­ści lub czę­ściowo pomi­nięte. Dość wiele mówią­cym jest fakt, iż pełen tekst dekla­ra­cji Sazo­nowa i Poincaré, w któ­rym ten nie­po­trzeb­nie wtrą­cił kłam­liwe nawią­za­nie do obu­stron­nego pra­gnie­nia zacho­wa­nia pokoju, w ogóle nie poja­wia się w Żół­tej Księ­dze. Fabre Lucas zauważa:

"Dziwną rze­czą jest to, że tele­gram, który ze względu na tę dodaną uwagę, może zostać ode­brany przez naiw­nego obser­wa­tora, jako oznaka poko­jo­wych zamie­rzeń podró­żu­ją­cych, został pomi­nięty w pierw­szej Żół­tej Księ­dze opu­bli­ko­wa­nej przez rząd fran­cu­ski. Czy zro­biono to dla­tego, że dodat­kowa uwaga pre­miera Viviani zupeł­nie nie pasuje do dzia­łań podej­mo­wa­nych w następ­nych dniach? Czy też dla­tego, by stwo­rzyć wra­że­nie, że podró­żu­jący nie byli niczego świa­domi i nie pod­jęli żad­nych kro­ków?"

I znowu, istot­nego tele­gramu, w któ­rym Poincaré instru­uje amba­sa­dora Paléologue by udzie­lić Rosja­nom mak­sy­mal­nego popar­cia, nie można doszu­kać się w Żół­tej Księ­dze. Póź­niej fran­cu­ski pre­zy­dent obłud­nie zade­kla­ruje: "Nic nam nie wia­domo o żad­nych zamor­skich kon­spi­ra­cjach", czemu bez­wstyd­nie wtó­ro­wać będzie Paléologue twier­dząc, że skoro głowa pań­stwa i szef rządu byli na morzu, gdzie nie mogli być dobrze zazna­jo­mieni z sytu­acją, nie mogli też prze­sy­łać mu żad­nych instruk­cji.

Tego typu mani­pu­lo­wa­nie prawdą pocią­gnie za sobą liczne fał­szer­stwa doku­men­tów: tek­sty wia­do­mo­ści będą publi­ko­wane z pomi­nię­ciem kom­pro­mi­tu­ją­cych frag­men­tów, będą zaś dołą­czane wymy­ślone ustępy i zupełne fał­szer­stwa. Żaden ofi­cjalny tekst, fran­cu­ski czy też rosyj­ski, dato­wany od ranka 24 lipca 1914 roku, nie może być przyj­mo­wany przez poważ­nego histo­ryka na "piękne oczy", o ile nie zosta­nie uprzed­nio pod­dany naj­do­kład­niej­szej ana­li­zie.

Stu­dent histo­rii, zaj­mu­jąc się wybu­chem pierw­szej wojny świa­to­wej, spo­tyka się z zale­wem kłamstw i wie­lo­sło­wia. Nie trzeba doda­wać, że w swym cza­sie dały się temu zwieść miliony naiw­nych ludzi. Miliony i dzie­siątki milio­nów wciąż wie­rzą ofi­cjal­nemu kłam­stwu, na długo po tym, gdy udo­wod­niono, że takim było. Nie­które z naj­bar­dziej pora­ża­ją­cych oszustw pozo­stały nie­malże nie­zau­wa­żone ze względu na oso­bi­ste inte­resy poli­ty­ków i nadwor­nych histo­ry­ków, któ­rzy z nie­prawdy uczy­nili oręż, mający porwać masy, dopro­wa­dzić je do kolek­tyw­nej histe­rii i uczy­nić bez­myśl­nymi, by w spo­koj­niej­szych cza­sach uda­rem­nić im wszel­kie próby wycią­gnię­cia wnio­sków z błę­dów i nie dopu­ścić do zwąt­pie­nia w słowo poli­tycz­nej elity.

Dowiemy się, w jaki spo­sób histo­ria mobi­li­za­cji armii róż­nych państw została zafał­szo­wana, a w szcze­gól­no­ści jak przy­wódcy Fran­cji i Rosji, pędząc na rzeź osiem milio­nów ludzi, sfał­szo­wali daty mobi­li­za­cji w Austrii i Rosji. Od pamięt­nego lipca 1914 roku będzie musiało upły­nąć osiem lat, zanim Poincaré, przy­party do muru przez Ligę Praw Czło­wieka, zmu­szony będzie przy­znać, iż doku­ment, z któ­rym afi­szo­wał się czę­ściej, niż z innymi -?austriac­kie zarzą­dze­nie o mobi­li­za­cji -?został sfał­szo­wany. Przy­zna­nie się nie wróci życia ani jed­nemu z pole­głych pod Che­min-des-dames, Ver­dun czy Tan­nen­ber­giem.