Wiek Hitlera Tom 1 - Leon Degrelle
49.00 zł

Reflow text when sidebars are open.
Ulubieniec Hitlera pisze nową, szokującą historię XX-go wieku! I co więcej, na potwierdzenie swoich kontrowersyjnych tez często przytacza dokumenty archiwalne lub cytuje publikacje całkiem wiarygodnych europejskich historyków.
Książka jest kapitalnym dowodem na to, że nie ma historii tzw. obiektywnej, czyli jedynej słusznej. Każdy historyk stara się uwypuklać jedne dokumenty kosztem innych, a często i cytuje jedne źródło, pomijając inne, które może zaprzeczyć wysuniętej przez niego tezie. Na naszym podwórku często tak właśnie czynią historycy piszący o Powstaniu Warszawskim. (Jeśli jestem za, przytaczam tylko dokumenty za, a jeśli przeciw, to odwrotnie).
Nie ustrzegł się tego i Leon Degrelle. Pisząc z pozycji wyznawcy Hitlera nie mógł się wyzwolić od antyżydowskiej retoryki. Krytykując (słusznie lub nie) zachowania niektórych osób pochodzenia żydowskiego, będących na świeczniku władzy w Europie, rozszerza tą krytykę na wszystkich Żydów. I to jest właśnie antysemityzm, z którego okowów Degrelle uciec nie może.
Ale odrzucając ten cały degrellowski antysemityzm, a także antypolonizm i antyslawinizm, dostajemy do ręki fascynującą książkę, pełną niezwykłych anegdot o ludziach władzy przed i w czasie pierwszej wojny światowej.
Degrelle, opisując rzeczywistość europejską czasów pierwszej wojny światowej, nie stroni też od wycieczek w przyszłość, do czasów hitlerowskich. Przeszłość i przyszłość często się u niego splatają, nic zresztą w tym dziwnego, bo pierwsza wojna światowa, według autora, była praprzyczyną drugiej wojny światowej.
Oryginalna teza, że wojny tak naprawdę chcieli ludzie będący przy władzy w Rosji, Francji i Anglii, stawia naszą wiedzę historyczną w tym temacie na głowie. Co ciekawe, Degrelle często przytacza prace francuskich historyków, potwierdzających tą tezę.
Cały nakład tej książki, wydany w Belgii został w całości zniszczony.
W pewnym sensie jest to książka do dzisiaj zakazana. Jej jedyne wydanie ukazało się w Stanach Zjednoczonych. Ale skoro żyjemy w czasach, w których legalnie wydaje się "Main Kampf"...nie ma powodu aby nie wydać i tej książki.
I na końcu parę cytatów z Degrella:
"Co znaczy cierpienie, kiedy w życiu miało się kilka nieśmiertelnych chwil? Przynajmniej się żyło."
"Krótkie czy długie życie jest coś warte jedynie wtedy, gdy nie będziemy musieli się go wstydzić."
Andrzej Ryba
Rozdział 7 Rosja przeprowadza mobilizację
Dziwnym jest fakt, iż tym, któremu niemal na wyłączność powierzono obowiązki odpowiedzialnego za nadzorowanie stosunków z Rosją, został Maurice Paleologue. Francuski premier, Viviani, sprawował także funkcję ministra spraw zagranicznych, więc zgodnie z konstytucją był zwierzchnikiem Paleologue. Gdy Viviani podróżował do Sankt Petersburga i z powrotem, tymczasowo pełniącym obowiązki ministra spraw zagranicznych został minister sprawiedliwości, Bienvenu-Martin. Prawda jest taka, że Viviani nie cieszył się zbyt wielkim autorytetem. Poincaré traktował swojego premiera wyniośle i podejrzliwie i często działał za jego plecami. Paléologue z kolei był pełen pogardy dla swego zwierzchnika, o którym powiedział: "Viviani nie ma najmniejszego pojęcia o sprawach dyplomacji, jest niemrawy i najbardziej ordynarny ze wszystkich naszych polityków". Odsuwany na bok, traktowany z pogardą, Viviani nabawi się szaleństwa i skończy w przytułku.
Jeśli chodzi o tymczasowego ministra spraw zagranicznych, J.B. Bienvenu-Martina, w czasie swego urzędowania nie odegrał praktycznie żadnej istotnej roli. Abel Ferry, sekretarz stanu w ministerstwie spraw zagranicznych napisał o nim w swych Carnets: "Minister pojawia się tylko na czterdzieści pięć minut dziennie i myszy harcują". Gdy Beinvenu-Martin był nieobecny, a Viviani omijany, korytarze ministerstwa spraw zagranicznych wypełniali nieoficjalni "dyplomaci" i kombinatorzy w rodzaju Tardieu, który uważał ministerstwo za swoją prywatną działkę i szwendał się po pokojach na Quai d'Orsay z elegancką cygarniczką w ustach, sterczącą z jego smętnej twarzy człowieka-ryby. Najpotężniejszym człowiekiem na miejscu był nie Viviani czy Beinvenu-Martin, ale dyrektor polityczny, sekretarz generalny Philippe Berthelot. Był ostatnim, którego można by uważać za przedstawiciela uczciwej dyplomacji, opartej na wzajemnym zaufaniu i mediacji: to Berthelot odpowiadał za edycję Żółtej Księgi.
Gdy tylko "France" odbił od nabrzeża, Paléologue przystąpił do pracy. Na następny dzień, 24 lipca, zaprosił Sazonowa, rosyjskiego ministra spraw zagranicznych, na lunch o dwunastej trzydzieści. Przez następne trzy dni obaj panowie będą konferować niemal bez przerwy.
W czasie spotkania Paléologue przekazał Sazonowowi hasło przewodnie, które otrzymał właśnie telegraficznie od Poincaré prosto z pokładu okrętu: "Bądź twardy! Bądź twardy!" Francuskiemu dyplomacie sekundował drugi gość przy stole. Brytyjski ambasador, Sir George Buchanan, rywalizował z Sazonowem w entuzjazmie do sprawy rosyjskiej. Będąc daleki od obiektywizmu i bezstronności, jakich można by oczekiwać od przedstawiciela Brytanii, Buchanan był zagorzałym zwolennikiem wielkiego księcia Mikołaja i jego panslawistycznych ambicji. W czasie lunchu, gdy Sazonow i Paléologue naciskali, by poparł Francję i Rosję, odpowiedział bez wahania: "Głosicie kazanie do nawróconego".
Sazonow, który dopiero co poinstruował serbskiego premiera Pašića, aby ten odrzucił szósty punkt austriackich warunków uzgodnienia sprawy Sarajewa -?dotyczący powołania wspólnej komisji dochodzeniowej -?widział w oznace oficjalnego brytyjskiego poparcia niezmierne wzmocnienie. Jeszcze bardziej uwydatnił swe stanowisko, namawiając Pašića, aby zarówno on, jak i serbski regent, opuścili natychmiast Belgrad, przygotowując się do rozpoczęcia działań wojennych. Pašić dość szybko zastosował się do żądania, odsyłając natychmiast rodzinę do Paryża.
25 lipca Serbia złożyła swą kontrpropozycję Austrii, akceptując warunki, które były nieistotne dla rządu Pašića i jego rosyjskich mocodawców, odrzucając jednocześnie te, które z punktu widzenia Austrii były najistotniejsze. Zgodnie z rozkazami Sazonowa, Pašić zaprezentował ambasadorowi austriackiemu stanowisko, z którego wynikało, iż jego rząd deklaruje wolę ukarania sprawców, ale wyłącznie po uznaniu ich winy po dochodzeniu, w którym nie będą brali udziału Austriacy. Bez wątpienia było to stanowisko całkowicie zrozumiałe, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, iż Pašić doskonale zdawał sobie sprawę, kto zorganizował morderczy spisek i że będzie się pamiętać o tym, iż codziennie przychodził do swego biura w towarzystwie głównego spiskowca Bałkanów, rosyjskiego ambasadora Hartwiga. Jednak zarówno Pašić, jak i jego rosyjscy mentorowie, zdawali sobie sprawę, że odrzucenie żądań Austrii oznacza wojnę.
Tego samego dnia, gdy Sazonow, Paléologue i Buchanan spiskowali przy herbacie, rosyjskie kierownictwo, ufnie świadome odpowiedzi, jakiej następnego dnia Serbia udzieli Austriakom, rozpoczęło mobilizację swych potężnych armii. 24 lipca po południu Sazonow przedłożył carowi plan lokalnej mobilizacji, która zakładała przestawienie na tryb wojenny oddziałów z okręgów wojskowych Moskwy, Kijowa i Kazania. Prawomyślna historia mówi o rosyjskiej mobilizacji, która miała się odbyć tydzień później, czyli 30 lub 31 lipca. Wcześniejsza regionalna, "wstępna" mobilizacja jest lekceważona i przyjmowana zaledwie jako krok defensywny, mający uprzedzić pazerną Austrię, zdecydowaną zgnieść małą Serbię. Generalnie tuszuje się fakt, że rosyjskie floty, Bałtycka i Czarnomorska, również otrzymały rozkaz mobilizacji. Jasno widać, że było to coś więcej, niż "regionalna" mobilizacja. Morze Czarne znajduje się daleko od którychkolwiek aktorów serbskiego kryzysu i żaden kanał nie łączy Bałtyku z Dunajem.
Najwyraźniej Rosjanie wyciągali rękę po owoc, na który od dawna z zazdrością patrzyli ideologowie rosyjskiej ekspansji: Czargrad, Konstantynopol, Stambuł -?stolica Imperium Osmańskiego, owoc wart o wiele więcej, niż owoce na wszystkich drzewach Serbii.
Równie jasne było to, iż przeprowadzając mobilizację na Bałtyku, rosyjscy ekspansjoniści przygotowują się do uderzenia na Niemcy. Mobilizując Flotę Bałtycką, Rosjanie decydowali się na prowokację, wobec której Kaiser i jego ministrowie z ledwością mogli przejść obojętnie.
Car Mikołaj II nie był człowiekiem perfidnym. Nie skrzywdziłby muchy, nawet gdyby miał na tyle energii. Ale był niewiele bardziej żwawy, niż żywy trup. Bliski przyjaciel rosyjskiego władcy powiedział o nim tak: "Jeśli zadać mu ważne pytanie, ma się wrażenie, że wpada w kataleptyczny trans".
Tym samym był miękki jak wosk w rękach doradców i ministrów w rodzaju Sazonowa. Minister spraw zagranicznych szybko wymógł na nim zatwierdzenie planu częściowej mobilizacji, który został następnie zaaprobowany przez radę ministrów w Krasnym Siole w dniu 25 lipca. Regionalna, lub "częściowa" mobilizacja, zapoczątkowana tą decyzją była, w świetle realiów wojskowych tamtego dnia, wszystkim, tylko nie częściową mobilizacją. Raz ogłoszona, mobilizacja postępowała zgodnie z ustalonymi planami, których nie można było zmienić, co sprawiało, że stawała się nieodwołalna. Car słabo orientował się w kwestiach strategii i taktyki i znajdował się w stanie błogiej nieświadomości, że po zaakceptowaniu żądania Sazonowa przestawił swój kraj na kurs, z którego nie można było zawrócić.
Nawet wtedy, były takie jednostki rosyjskie, które gorączkowo puszczono w ruch całe tygodnie przed podjęciem decyzji o mobilizacji z dnia 24 lipca 1914 roku. Dwadzieścia dni wcześniej sześćdziesiąt tysięcy żołnierzy, którzy wywarli tak wielkie wrażenie na prezydencie Poincaré, gdy paradowali w takt francuskich marszów wojskowych na błoniach pod Krasnym Siołem, zostało na rozkaz sztabu generalnego przerzucone z Syberii. Śniegi Syberii stopiły się w czasie króciutkiego, północnego lata. W sztabie generalnym chełpiono się, że jednostki syberyjskie będą w Berlinie, zanim śnieg powróci na ogromne rosyjskie przestrzenie w Azji.
* * *
25 lipca wielki książę Mikołaj zabawiał się na ogromnym bankiecie dla wojskowych elit. Tam właśnie Niemców po raz pierwszy dobiegły słuchy o decyzji rosyjskiego władcy w kwestii wojny. Generał von Chelius, osobisty przedstawiciel Kaisera na dworze carskim, siedział obok starego przyjaciela, barona Grunwalda, koniuszego księcia Mikołaja. Gdy wznoszono toasty, rosyjski marszałek spojrzał poważnie na Niemca, z widocznym wzruszeniem podniósł w jego kierunku kieliszek i powiedział: "Mój drogi towarzyszu, nie jestem upoważniony, by mówić o decyzjach, jakie podjęto dzisiaj w południe, ale były one bardzo poważne".
Następnie, kładąc ręką na ramieniu von Cheliusa, dodał: "Miejmy nadzieję, że przyjdzie nam się spotkać w lepszych czasach".
Tak więc było to pożegnanie. Rosyjski oficer nie mógł być bardziej wymowny. Wiedział, że nadciąga wojna, i że rozstaje się ze swoim przyjacielem na godziny przed tym, zanim Serbia odrzuci warunki Austriaków.
Jednak to wielki książę Mikołaj był gwiazdą bankietu. Przed dwoma tysiącami świeżo upieczonych oficerów z akademii wojskowej w Sankt Petersburgu (pospiesznie nominowanymi kilka godzin wcześniej), rosyjski wódz naczelny odegrał pełne uniesienia przedstawienie teatralne, obliczone na maksymalne rozpalenie ich wojowniczych uczuć. Sala wypełniła się radosnymi pieśniami, którym towarzyszył brzęk pustych kieliszków po wódce, rosyjskim obyczajem rozbijanych o podłogę.
Tego dnia w Sankt Petersburgu radował się jeszcze jeden Rosjanin. Aleksander Izwolski, knujący wojenne intrygi od 1906 roku, który stworzył rzekę, płynącą obok Sekwany do Paryża -?rzekę pieniędzy, którymi przekupił i skorumpował prasę. Był na miejscu, by wreszcie ujrzeć owoce swej pracy. Powrócił do swojej stolicy, aby dopilnować, żeby Poincaré nie spowolnił biegu rzeczy przez trzymanie się protokołu dyplomatycznego czy też formalnych procedur. Nie musiał się martwić; Sazonow i wielki książę Mikołaj dobrze wykonali swoją robotę. Teraz Izwolskiemu pozostało tylko powrócić do Paryża, by obserwować ostateczne francuskie przygotowania i być w gotowości do przepchnięcia francuskich przywódców przez krawędź, na wypadek gdyby w ostatniej chwili zdradzili oznaki wahania.
Wieczorem 25 lipca Izwolski wsiadł do pociągu do Paryża. Jego francuski kolega, Paleologue, odrzucając wszelkie pozory dyskrecji, towarzyszył mu w drodze na stację i odprowadził go do osobistego wagonu. Izwolski, o kwadratowej twarzy, z rysami Kałmuka, cały promieniał. Z triumfalnym okrzykiem zapewnił Francuza: "Tym razem, to wojna!" Następnie obaj panowie, rosyjskim obyczajem, ucałowali się w usta. Wkrótce potem pociąg francuskiego ambasadora ruszył do Paryża.
Następnego ranka Paléologue zatelegrafował do Paryża, informując swój rząd, iż rosyjska mobilizacja jest w toku. Ani tego dnia, 26 lipca, ani żadnego następnego, francuskie kierownictwo nie zaprotestowało ani nie uczyniło żadnego wysiłku, by w jakikolwiek sposób powstrzymać te działania, tym samym dostarczając kolejnego dowodu na zmowę rządu Poincaré z rosyjskimi imperialistami. Nie trzeba dodawać, że edytor Żółtej Księgi zdecydował o pominięciu tego telegramu w wyczerpującym rzekomo zbiorze dokumentacji, związanej z początkiem wojny.
Przez kilka lat Poincaré wierzył, że dzięki usunięciu z oficjalnej rządowej dokumentacji obciążających dowodów, dotyczących wydarzeń z lipca 1914 roku, zdoła odwrócić od siebie wszelkie oskarżenia i podejrzenia. Jego pozbawiona polotu mentalność nie pozwoliła mu przewidzieć, iż kataklizm, wywołany przez jego własne, skryte machinacje, zapoczątkuje fundamentalne zmiany w politycznym porządku, w którym tak dobrze potrafił się obracać. Dziesięć lat po wojnie, Siergiej Dmitriewicz Sazonow, rosyjski minister spraw zagranicznych, z którym Poincaré tak sprytnie uzgodnił kwestię wojny, znajdzie się na wygnaniu, z daleka od leżącej w gruzach ojczystej Rosji, chłostanej knutem tak straszliwym, że nie mógłby o takim marzyć żaden z carów. Zawalenie się starego porządku ostatecznie odarło go z chęci tuszowania działań Poincaré. W swoim Sechs Schwere Jahre, (wydanym w języku angielskim pod tytułem Fateful Years), ujawnił prawdę o telegramie Paléologue do Paryża. Tym samym jeszcze jedno historyczne kłamstwo rozsypało się w proch.
Izwolski przybył do Paryża w dniu 29 lipca. Telegram, rzecz jasna, dotarł tam przed nim i Poincaré był już dobrze przygotowany do współpracy z rosyjskim ambasadorem, gdy ten zameldował się w Pałacu Elizejskim. W głębi ducha francuski prezydent był zachwycony pozbawionym skrupułów sposobem, w jaki Rosja zamierzała przeforsować problem z Niemcami i Austrią. Poincaré pragnął wojny nawet bardziej żarliwie, niż sami Rosjanie. Po dwóch latach starań jego życzenie miało się spełnić.
Rozdział 8 Niemiecka powściągliwość
Początkowo rosyjscy przywódcy wierzyli, nie bez dozy naiwności, że mobilizacja może zostać przeprowadzona w tajemnicy, pozwalając ich ociężałym siłom zbrojnym na zyskanie dodatkowego tygodnia, w ciągu którego zdołają zgromadzić miliony powołanych pod broń ludzi i przerzucić ich nad granicę niemiecką i austro-węgierską.
Wieści wiatrem rozeszły się w ciągu dwudziestu czterech godzin -?na cztery strony świata. Niedyskrecji było wiele; od aluzji Grunwalda wygłoszonej do von Cheliusa na bankiecie w Krasnym Siole do pozbawionego rozwagi zachowania Izwolskiego na dworcu kolejowym.
Nowomianowani oficerowie z akademii wojskowej byli nie mniej mało powściągliwi, zaś wielki książę Mikołaj, z dumnie wypiętą piersią, odgrywał już rolę żołnierza-samochwały, ku podziwowi dam w rosyjskiej stolicy.
Jak dowiedli tego bolszewicy, publikując dokumenty z rosyjskich archiwów dotyczące stosunków francusko-rosyjskich w latach 1910 -?1914, carski reżim nie dowierzał swym francuskim aliantom do samego momentu wybuchu wojny. Oferta francuskiego złota i krwi, jako dodatek do zgody na zakusy cara odnośnie Konstantynopola, Bałkanów, Rusi, części Polski znajdującej się w rękach Niemiec i Austro-Węgier, jak również Śląska, zadziwiła Rosjan jako niewymownie szczodra, nawet, jako rekompensata za wsparcie w odzyskaniu Alzacji i Lotaryngii.
Aby upewnić się, że Francja nie wycofa się w ostatniej chwili ze swoich zobowiązań, Rosjanie przyśpieszyli mobilizację na tyle, na ile pozwalały im możliwości. Im szybciej się sprawią, tym pewniejsza będzie francuska współpraca, ale i tym szybciej nowiny dotrą do przyszłych wrogów panslawistów. A podejrzenia po drugiej stronie granicy, w Niemczech, już narastały.
25 lipca, cesarz Wilhelm był wciąż na morzu na swym jachcie "Hohenzollern", nieświadom rosyjskiej decyzji o mobilizacji i odrzucenia przez Serbów żądań Austrii. W Berlinie rząd niemiecki zaczął otrzymywać niepokojące sygnały z Sankt Petersburga. Do tego czasu, kanclerz Bethmann-Hollweg nie śpieszył się zbytnio, by dać wiarę słuchom, mówiącym o rosyjskim uczestnictwie w makabrycznym wydarzeniu w Sarajewie. Mimo, iż był świadom rosyjskich machinacji na Bałkanach, uważał za niepojęte, by car znalazł wspólny język z królobójcami.
To jego poprzednik, książę Bernhard von Bülow, otworzył mu oczy. Ze złośliwą satysfakcją przypomniał, jak to w 1814 roku car Aleksander I upraszał Ludwika XVIII, aby znaleźć pracę panu Savary. Król odpowiedział, że nie widzi takiej możliwości, gdyż Savary zasiadał w trybunale rewolucyjnym, który posłał Ludwika XVI na gilotynę. "To wszystko?", wykrzyknął car, "gdy ja codziennie jadam obiad z Bennigsenem i Uszakowem, którzy udusili mojego ojca!"
Na początku lipca 1914 roku, Bethmann-Hollweg był obecny przy rozmowie Kaisera z jego ministrem wojny, generałem Falkenhaynem. Generał zapytał: "Czy istnieje potrzeba rozpoczynania jakichkolwiek przygotowań wojennych?" Kaiser odpowiedział przecząco: "Jestem całkowicie temu przeciwny", po czym dodał: "Życzę miłego lata" -?i odesłał swego ministra.
Jak to później relacjonował książę von Bülow, następnego dnia, "tuż przed swoim odjazdem do Kilonii, w rejs na północ, [Kaiser] przyjął przedstawicieli sztabów generalnych armii i floty, informując ich, że Austria ma zamiar zażądać od Serbii rozliczenia za morderstwo w Sarajewie, ale że nie ma powodów, by obawiać się poważnego konfliktu, a co za tym idzie, nie ma potrzeby, aby czynić przygotowania do działań wojskowych na lądzie i na morzu". Dla pewności, jak to było w jego zwyczaju, Wilhelm II ryknął salwą inwektyw pod adresem Serbii, wyrażając nadzieję, iż Serbia zostanie zdrowo przetrzepana za swoją zbrodnię. Niemniej jednak jasno zaznaczył, że środki represyjne pozostają wyłącznie w gestii Austriaków.
Kanclerz Bethmann-Hollweg był jeszcze mniej wojowniczy -?mniej niż jego suweren. Nawet gdy dotarły do niego wieści o podróży Poincaré do Rosji i poinformowany został o wrogim tonie francuskiej prasy, relacjonującej sprawę zabójców z Sarajewa, wciąż nie zrobił nic. Pozostał w swym berlińskim biurze, siedząc samotnie niczym sfinks i czytając swego Platona, ufny w swe przeświadczenie, iż wojna, o ile wybuchnie, ograniczy się do Bałkanów.
* * *
Jednak na początku lipca niektórzy niemieccy oficerowie zaczęli zdradzać niepokój. Hrabia Wedel, doradca wydziału politycznego w ministerstwie spraw zagranicznych, zatelefonował do Berlina z Norderney na Wyspach Wschodniofryzyjskich, gdzie spędzał wakacje, z zapytaniem, czy aby nie powinien powrócić na miejsce pracy. Powiedziano mu, że nie ma potrzeby, by przerywał wypoczynek oraz że jest to tylko fałszywy alarm i że wszystko będzie w porządku.
Sekretarz stanu Delbrück, także przebywający na urlopie, zaczął się niepokoić dziesięć dni po Sarajewie. W dniu 9 lipca powrócił do Berlina i zasugerował kanclerzowi, że być może mądrze będzie uruchomić procedury awaryjne, które kilka lat temu opracowano na wypadek zagrożenia wojną. Należało do nich, między innymi, dokonanie dużych zakupów zboża na giełdzie w Rotterdamie i Delbrück kładł na ten element planu szczególny nacisk. W rzeczy samej Francuzi rozpoczęli gromadzenie zapasów mąki już w styczniu 1914 roku, korzystając ze specjalnych funduszy, zapewnionych przez wojsko. Bethmann-Hollweg zachował całkowity spokój wobec błagań Delbrücka. "Jest absolutnie wykluczone, aby Niemcy podejmowały jakiekolwiek działania, mogące być odebrane, jako przygotowania do wojny", odpowiedział.
Delbrück, wciąż pełen obaw, wyjawił swe zaniepokojenie ministrowi spraw zagranicznych, Gottliebowi von Jagow, a następnie sekretarzowi skarbu, Kuhnowi. Za każdym razem spotykał się z odmową, aż w końcu usłyszał polecenie powrotu na urlop. Wróci dopiero po dwóch tygodniach.
* * *
To Montaigne pięknie napisał: "Wszystkie problemy tego świata biorą się z głupoty". Ale Bethmann-Hollweg nie był głupim człowiekiem. Płynnie posługujący się językami klasycznymi, uwielbiający Beethovena, bardzo zdolny administrator, geniusz pracy papierkowej. Jednak kompletnie brakowało mu przebiegłości, by poruszać się w zagmatwanym gąszczu intryg, który otaczał sprawę Sarajewa.
Będąc pobłażliwym wobec Austro-Węgier, wyobrażał sobie, że przywódcy cesarstwa Habsburgów powstrzymają swe oburzenie, w przypadku zaś, gdyby nie mogli wypracować porozumienia z Serbią, przynajmniej ograniczą zasięg i cele konfliktu. Nie ulega wątpliwości, iż powinien był zaprezentować rządowi austriackiemu bardzo jasne stanowisko, że Niemcy, całkowicie podzielające irytację Austrii, nie pozwolą sobie na to, by dać się wciągnąć w wojnę z powodu Sarajewa. Bethmann-Hollweg powinien zakomunikować fakt, że współczucie Kaisera jest solidarnością władcy i monarchy, a nie watażki czy geopolityka, poszukującego okazji na rewizję granic i podważenie istniejących stosunków między mocarstwami w jakiejkolwiek części Europy, włącznie z Bałkanami. Mimo tego, niemiecki kanclerz pozwolił, aby przez pierwsze trzy tygodnie lipca sprawy żyły własnym życiem, kiedy to Austriacy przygotowywali ultimatum, podczas gdy Niemcy, ani się od niego nie dystansując, ani go nie popierając, nie byli gotowi ani do wojny, ani do pokoju.
* * *
Rewelacje, ujawnione 25 lipca von Cheliusowi przez barona Grunwalda, zadziałały w biurze kanclerza niczym wybuch bomby. Nadeszło więcej złych wieści. Niemieckie straże na granicy Prus Wschodnich raportowały o niszczeniu przez Rosjan posterunków celnych i zdejmowaniu zasieków.
Z Sankt Petersburga nadeszły kolejne informacje o przygotowaniach wojennych trwających w Moskwie i Kijowie. Wielki książę Mikołaj przeprowadził w paradzie swą kawalerię z Krasnego Sioła do Sankt Petersburga. Szesnaście pułków kawalerii gwardii, Kozaków, kirasjerów i dragonów w pełnym bojowym rynsztunku, w rytm stukotu kopyt, przy dźwiękach trąbek, pod rozwiniętymi sztandarami pułkowymi poruszyło serca mieszkańców stolicy i wzbudziło strach cudzoziemców, przynajmniej tych, którzy byli dyplomatami krajów niepałających entuzjazmem do rosyjskiego imperializmu. Niemiecki ambasador, książę Pourtal?s, złożył wizytę Sazonowowi. "Dalej się zbroicie?", wypytywał niemiecki dyplomata.
"To tylko środki zaradcze... by nie zostać zaskoczonym. To nie jest kwestia mobilizacji", odpowiedział Sazonow.
"Tego typu kroki są niezwykle niebezpieczne. Obawiam się, że mogą spowodować adekwatne posunięcia drugiej strony", zaripostował Niemiec.
Po kilku godzinach, szczegóły tej rozmowy przyczyniły się do rosnącego poruszenia w Berlinie. Na myśl o tym, iż wielkie cesarstwo rosyjskie przygotowuje się do wojny, Bethmann-Hollweg wpadł w panikę. Wreszcie pobudzony do działania, w dniu 26 lipca wysłał telegram do swojego ambasadora w Londynie, księcia Lichnowskiego, instruując go, by złożył wizytę brytyjskiemu ministrowi spraw zagranicznych, sir Edwardowi Greyowi, prosząc go o natychmiastową interwencję w Sankt Petersburgu i protest przeciwko jakiejkolwiek formie rosyjskiej mobilizacji. Nic z tego nie wyszło: sir Edward udał się tamtej niedzieli na ryby. W tym okresie roku pstrągi były najtłustsze i najpiękniejsze. Grey napisał kiedyś: "Jeśli chodzi o mnie, nie ma nic wspanialszego nad radosne podniecenie, gdy na małą wędkę z dobrym osprzętem złapie się nadspodziewanie wielką rybę".
Książę Lichnowski tego dnia nic nie złapał. Zmuszony był czekać do poniedziałku, zanim mógł przekazać wiadomość od swojego kanclerza.
W tym samym czasie inny wędkarz spędzał ostatnie godziny wakacji na swym jachcie na pełnym morzu. Cesarz Wilhelm był zły i zaniepokojony. Uważał, że działania (lub brak działań) jego kanclerza są godne ubolewania. Został w końcu poinformowany o narastającym kryzysie, ale wciąż czekał na ostateczny tekst serbskiej odpowiedzi dla Austrii. Wiedeń, po otrzymaniu noty, ociągał się cały dzień, zanim poinformował Berlin o jej treści. Von Jagow, niemiecki minister spraw zagranicznych, zobaczy tekst dopiero 27 lipca, dwa dni po tym, jak serbska odpowiedź dotarła do Wiednia.
Wilhelm II wylądował w Kilonii w dniu 27 lipca i kilka godzin później dotarł swym specjalnym pociągiem do Poczdamu. Nieszczęsny Bethmann-Hollweg zobaczył miażdżące spojrzenie cesarza. Kanclerz, jąkając się ze zmieszania, natychmiast zaproponował swe ustąpienie.
Kaiser chłodno odmówił. Jego odpowiedź brzmiała: "Nawarzyłeś piwa. Teraz je wypijesz".
Następnego ranka, o godzinie siódmej rano, Kaiser Wilhelm po raz pierwszy ujrzał tekst serbskiej odpowiedzi. Nie był specjalnie przerażony: wierzył, że zabójcy powinni zostać ujęci i ukarani, ale wciąż nic nie przemawiało za tym, że wojna jest nieunikniona.
Dowiedział się, że Brytyjczycy rozważają propozycję, by Austria okupowała Belgrad, dopóki kryzys nie zostanie zażegnany. Pomysł, mimo iż wyglądał na zbyt śmiały, wciąż dawał nadzieję na jakieś rozwiązanie, lepsze niż powszechna bijatyka.
Był też jeszcze dodatkowy promyk nadziei z Wiednia. Cesarzowi Franciszkowi Józefowi wyrwała się uwaga, która zdawała się sugerować, że drzwi do pokojowego uregulowania kryzysu nie zostały zamknięte. "W końcu zerwanie stosunków dyplomatycznych", powiedział Habsburg, "nie musi oznaczać casus belli".
Wilhelmowi II ledwie godzinę zajęło nakreślenie planu wstępnego porozumienia pokojowego między Serbią i Austrią, opartego na sugestii brytyjskiego ministerstwa spraw zagranicznych. Po godzinnej konnej przejażdżce w parku, Kaiser powrócił do swego biurka, by spisać propozycję w ostatecznej formie. Zakładała ona tymczasową okupację Belgradu przez Austriaków celem zagwarantowania dobrej woli Serbów w wykorzenieniu spisku, który zamordował przyjaciela Wilhelma, arcyksięcia Franciszka Ferdynanda.
Rozdział 9 Królewskie słowo
Tymczasem w Wielkiej Brytanii opinie w kwestii tego, co można zrobić z burzą zbierająca się nad kontynentem, były podzielone. Niechęć do Niemców, wywołana wzrastającą konkurencją niemieckiej ekonomii, nie osłabła, jak również nie zniknęły obawy związane z rozbudową niemieckiej floty wojennej i marynarki handlowej. Niemniej jednak znacząca część brytyjskiej opinii publicznej, jak również prasy, była przeciwna przystąpieniu do wojny, szczególnie gdyby skorzystać na tym miała Rosja, która, ośmielona, mogłaby sięgnąć po hegemonię w Europie. Manchester Guardian opublikował mocny artykuł redakcyjny, w którym stwierdzano: "Musimy przede wszystkim mieć pełną świadomość tego, iż jeśli Rosja i Francja wywołają wojnę, my nie pójdziemy w ich ślady".
The Times widział zagrożenie na innym froncie. W przenikliwej przepowiedni, dziś mającej sens bardziej, niż kiedykolwiek, upominał: "Totalna wojna w Europie zagwarantuje, iż przyszłość ekonomiczna należeć będzie do kontynentu amerykańskiego, a w szczególności do Stanów Zjednoczonych Ameryki".
Jednak odległe zagrożenie ze strony ich amerykańskich kuzynów zajmowało Brytyjczyków mniej, niż groźba supremacji ogromnej i prymitywnej carskiej Rosji, której sześćdziesiąt lat wcześniej Brytania czuła się w obowiązku przeciwstawiać na polach bitewnych Krymu, i z którą nieufnie stykała się na granicach w czasie swego panowania w Indiach. Norman Angell, pisząc dla The Times przewidywał: "Rezultatem naszego przystąpienia do tej wojny będzie zapewnienie zwycięstwa Rosji i jej słowiańskich sprzymierzeńców. Czy dominująca słowiańska federacja mająca, powiedzmy, dwieście milionów mieszkańców, autokratycznie zarządzana przez ludzi mających bardzo ogólne pojęcie o cywilizacji, za to świetnie wyposażona w narzędzia militarnej ekspansji, może być mniejszym zagrożeniem dla Europy niż dominujące Niemcy ze swoimi sześćdziesięcioma pięcioma milionami?... Ostatnia wojna, jaką toczyliśmy na kontynencie, miała za cel zapobieżenie rozrostowi Rosji. Teraz proponuje się nam, abyśmy walczyli w imię jego promowania. Z opinią publiczną daleką od entuzjazmu na myśl o sojuszu z Rosją, politycy Zjednoczonego Królestwa winni stąpać ostrożnie, nawet jeśli idea ograniczenia wzrostu siły Niemiec bardzo do nich przemawia".
Pomimo odwiecznych brytyjskich ambicji do uzyskania kontroli nad kontynentem, nie można utrzymywać, że brytyjska klasa rządząca była stworzona do rządzenia Europą li tylko z racji swej nadzwyczajnej wyższości. Znamienity William Pitt, bez względu na swe osiągnięcia (i pomijając jego smutny koniec -?umarł w wieku czterdziestu siedmiu lat, zgubiony nawykiem popijania porto), niespecjalnie może być porównywany z Napoleonem. Prawdę mówiąc, więcej niż jeden brytyjski mąż stanu wyróżnił się brakiem wyczynów intelektualnych, począwszy od niestrawnego Edwarda Greya, ministra spraw zagranicznych w 1914 roku, do znacznie przereklamowanego Winstona Churchilla, szkolnego nieudacznika.
Benjamin Jowett, dyrektor kolegium Balliol Uniwersytetu Oksfordzkiego, wydalił Edwarda Greya, notując w dzienniku: "Sir Edward Grey, wielokrotnie upominany za próżniactwo, wykazał się pełną ignorancją w kwestii wiedzy, którą miał przyswoić w czasie wakacji, jako warunku ponownego przyjęcia. Został wydalony z uczelni, aczkolwiek zezwolono mu na przybycie w lipcu, celem zdawania egzaminów".
Pomijając odkupienie win na uczelni, Grey nigdy nie osiągnął odpowiedniego poziomu zrozumienia narodów na kontynencie. Podobnie jak jego rodacy, poznał Europę wyłącznie jako turysta, gdy jechał do Indii w wagonie sypialnym. W Paryżu postawił stopę tylko raz, będąc członkiem świty króla Jerzego V w czasie wizyty państwowej. Uważał "cudzoziemców" za dziwne istoty, "straszliwych intrygantów", a któregoś razu wyraził opinię, iż "zagraniczni mężowie stanu powinni być kształceni w angielskich szkołach publicznych".
Zgodnie z teoriami sir Edwarda, gdyby Wilhelm II, Poincaré, Mikołaj II, Franciszek Józek, a nawet budzący respekt Pašić byli ukształtowani przez szkołę w Eton, Europa z pewnością osiągnęłaby stan harmonii, szczególnie, gdyby absolwenci oddali hołd Jego Wysokości Królowi. Angielski obserwator zanotował: "Sir Edward miał wrodzone przekonanie dziewiętnastowiecznego Anglika, że rola Anglii w Europie była podobna do roli prezydenta, zwołującego konferencje i oddającego decydujący głos".
Ten nienaganny Anglik, ze swym parasolem i cylindrem, pasjami uwielbiający łowić ryby i katalogujący ptaki obserwowane we własnym ogrodzie, w życiu prywatnym był czarujący i miły. Ale jako strażnik imperium był zupełnie innym człowiekiem, czujnym i zazdrosnym o każdego, kto odważyłby się wznieść na zawrotne wyżyny, zarezerwowane wyłącznie dla Brytanii. Na końcu, liczyła się dla niego wyłącznie brytyjska supremacja. Irlandczycy, Burowie, Szkoci, wszyscy oni i miliony innych rzucali jej wyzwanie na swą zgubę. Teraz, chociaż Grey nigdy nie był w stanie tego zauważyć, owe unikalne połączenie wielkiej potęgi i zawężonego spojrzenia po raz pierwszy stało się pułapką nie tylko dla rywali Brytanii na kontynencie, ale także dla samej Brytanii i jej imperium.
* * *
Podczas gdy 26 lipca Grey spędzał niedzielny czas łowiąc ryby, zastępujący go w obowiązkach sekretarz stanu, sir Arthur Nicolson, zaprosił na konferencję ambasadorów Austro-Węgier, Niemiec i Rosji, celem wstępnego omówienia sposobów rozładowania kryzysu serbskiego. Zabawnym zbiegiem okoliczności, wszyscy trzej ambasadorowie, będąc kuzynami, byli ze sobą spokrewnieni: Mensdorff, Austriak; Beckendorff, który pomimo swojego niemieckiego nazwiska był Rosjaninem i Lichnowski, Niemiec ze słowiańskim nazwiskiem (jego ojciec musiał uciekać z Austrii po tym, jak zabił węgierskiego szlachcica).
Lichnowski był osobliwym ambasadorem. On i jego żona nie cierpieli Kaisera, z czego jego żona zwierzyła się pewnego razu pani Asquith, żonie brytyjskiego premiera. Podobnie jak jego kuzyni, był równie próżny, co obyty w świecie i w rzeczywistości został wybrany przez Kaisera by zabawiać Brytyjczyków i odwracać ich uwagę w czasie, gdy Rzesza wzmacnia swą flotę. Trzej ambasadorowie nie byli w stanie nawet się spotkać, gdyż ich rządy podzielały obawę, z jaką odnosiły się do ewentualności ich knowań, gdyby udało im się spotkać w dalekim Londynie. Niemniej sam fakt, że rząd brytyjski podjął, z pominięciem Francji, próbę zorganizowania takiej konferencji, rodził nikłą nadzieję, że jeszcze nie wszystko jest stracone. W Austrii, najbardziej poszkodowanej ze wszystkich wielkich potęg, wciąż jeszcze była wola do zgody. Zerwanie stosunków dyplomatycznych z Serbią wzbudziło więcej przestrachu niż entuzjazmu.
Hrabia Berchtold, minister spraw zagranicznych, był wstrząśnięty rozwojem sytuacji. Współczesny mu obserwator tak o nim napisał: "Tego popołudnia Berchtold był najprawdopodobniej najbardziej przerażonym człowiekiem w Europie. Miał nadzieję, że zatrwoży Serbów. Oni jednak, mając pewność, że rosyjski kolos, ich tajny sprzymierzeniec, stanie za nimi w ciężkiej chwili, nie ugięli się. I to właśnie wtedy Berchtolda ogarnęło przerażenie."
* * *
Tymczasem spotkanie w pałacu Buckingham między jego bratem, księciem Heinrichem, i jego kuzynem, Jerzym V, dało Kaiserowi Wilhelmowi kolejny cień nadziei. Obaj królewscy kuzyni spędzili tego niedzielnego ranka godzinę, podczas której Jerzy poradził księciu, by ten bezzwłocznie dołączył do swego brata w Berlinie. Gdy Heinrich zapytał króla, jakie są zamiary Brytanii, Jerzy, zgodnie z relacją, jaką książę Heinrich złożył Kaiserowi, odpowiedział: "Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby trzymać się od tego z daleka i pozostaniemy neutralni".
Zgodnie z notatkami, które Jerzy V zachował z rozmowy, jego wersja odpowiedzi była inna: "Nie wiem, co uczynimy. Nie mamy z nikim zatargu i mam nadzieję, że pozostaniemy neutralni. Ale jeśli Niemcy wypowiedzą wojnę Rosji, a Francja dołączy do Rosji, obawiam się, że zostaniemy w to wciągnięci. Jednak możesz być pewien, że ja i mój rząd zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by zapobiec wojnie w Europie."
Trudno jest ocenić, czy kuzyni źle się zrozumieli, czy też król Jerzy wycofał się ze swych słów pod wpływem presji. Jednak, gdy Kaiser usłyszał słowa swojego brata, ogarnął go, jak to określił Georg Malcolm Thomson, "sentymentalny, monarchistyczny entuzjazm. Oto było coś niewspółmiernie bardziej istotnego i cennego, niż cwaniactwo polityków. Ponad morzem zamętu i wrzenia, namaszczony przez Boga przemawiał do równego sobie. 'Mam królewskie słowo!', wykrzyknął Wilhelm. 'To mi wystarcza'."
Na nieszczęście dla Europy, nawet jeśli Heinrich dobrze wszystko zrozumiał, królowie oraz ich słowo nie znaczyli już wiele. I dokładnie tego typu polityk, jakim Wilhelm pogardzał, człowiek śliski i ambitny ponad miarę, miał właśnie zadebiutować na międzynarodowej scenie politycznej.
* * *
Podczas gdy Grey wracał z wyprawy wędkarskiej, brytyjski Pierwszy Lord Admiralicji ruszył do akcji. Był urodzonym awanturnikiem, po części fantastą, który od momentu wejścia w wiek dojrzewania poszukiwał w świecie intryg i konfliktów -?od Kuby po Transwal i od Sudanu po granicę afgańską. Zapach prochu działał na niego, jak na innych afrodyzjak. Był już niezłym moczygębą i trochę się jąkał. Nazywał się Winston Churchill.
Tego niedzielnego ranka towarzyszył swej rodzinie na plaży w Cromer. Wieści zagnały go z powrotem do jego biurka w Admiralicji. Jeszcze zanim opuścił plażę, zadzwonił do księcia Louisa Mountbattena, Pierwszego Lorda Morskiego, i poprosił go, by ten wydał rozkazy zakazujące rozpraszania floty brytyjskiej w kanale La Manche. W swym biurze, wymachując cygarem, naszkicował komunikat, obwieszczający światu pierwsze namacalne kroki, podejmowane przez Anglię w ramach przygotowań prowadzących do wojny. W zasięgu oka nie było żadnych niemieckich okrętów, ani też Niemcy nie mieli żadnego planu wysyłania ich na wody Kanału. Wykonując tego rodzaju prowokacyjny gest, Brytania w zręczny sposób stanęła w jednym rzędzie z Francją. Jak to wykrzyknął jeden z popleczników Pierwszego Lorda Admiralicji: "Rozkazy Churchilla, które wydał flocie, z pewnością zrozumieją w Berlinie!"
Niektórzy ludzie wciąż nie przestawali podejmować desperackich wysiłków, by powstrzymać wojnę. Ambasador Lichnowski telegrafował do Berlina, przekazując pragnienie brytyjskiego rządu, by Niemcy powstrzymały Austriaków. Wilhelm był otwarty na prośbę Brytyjczyków. Był przekonany, iż Austria zagalopowała się ze swymi żądaniami. W każdym razie ujawnienie niezłomnego sojuszu rosyjsko-serbskiego czyniło kompromis koniecznym. Kaiser zanotował w swym dzienniku: "Nasza lojalność wobec Austriaków prowadzi nas do politycznej i ekonomicznej destrukcji".
Jednak kanclerz Bethmann-Hollweg nie potrafił wybawić się od nawyku grania na zwłokę. Po otrzymaniu brytyjskiej oferty, która była raczej pojednawcza w stosunku do Austriaków, gdyż zawierała propozycję czasowej okupacji stolicy Serbii przez siły austriackie, zakomunikował ją austriackiemu ministerstwu spraw zagranicznych dopiero po niejakiej zwłoce, a i to z niechęcią.
W tej kwestii prawdopodobnie można też poczynić wyrzuty sir Edwardowi Greyowi za jego niechęć do układania się bezpośrednio z austriackim ministrem spraw zagranicznych, księciem Berchtoldem. Nie ulega wątpliwości, że ślimacze tempo, w jakim Grey i Bethmann-Hollweg zabrali się do prób skontaktowania się z Austriakami, stanowi smutny kontrast w stosunku do szybkości, z jaką Churchill zabrał się za mobilizację Royal Navy do wojny. Zamiast minut, jakie trwałoby przetransmitowanie istotnej propozycji Greya bezpośrednio do Wiednia, brytyjska oferta dotarła tam dopiero po około pięćdziesięciu godzinach po odrzuceniu przez Serbię żądań Austrii.
Bethmann-Hollweg zdołał także sabotować ostatnią wiadomość Kaisera do Austriaków, w dniu 28 lipca opóźniając jej wysłanie o dziewięć godzin. Wszystko po to, by dołączyć zmiany dotyczące powiększenia obszaru proponowanej okupacji o sąsiednie terytoria, o których nie było nawet słowa w propozycji brytyjskiej sprzed dwóch dni. Zanim nadszedł telegram, nad stolicą Austrii zapadła noc. Propozycja Kaisera Wilhelma, aby zostać odczytaną, będzie musiała zaczekać do następnego dnia. Wtedy będzie już za późno, gdyż Berchtold zdążył podjąć decyzję o wojnie.
Rankiem 28 lipca Berchtold zredagował i wysłał następującą notę do rządu serbskiego: "Królewski Rząd Serbii nie odpowiedział w sposób satysfakcjonujący na notę z 23 lipca 1914 roku, przedstawioną przez austro-węgierskiego ambasadora w Belgradzie. Cesarski i Królewski rząd jest tym samym zmuszony do zabezpieczenia swych praw i interesów, i, co jest tego wynikiem, musi uciec się do użycia oręża. W rezultacie, Austro-Węgry uważają się odtąd za pozostające w stanie wojny z Serbią."
W Londynie efekt austriackiego wypowiedzenia wojny był katastrofalny dla Niemiec. Lord Kanclerz, Lord Haldane, dopatrzył się w akcie Berchtolda ręki pruskich militarystów, której wizja już wkrótce stanie się popularnym straszakiem na całym świecie. "Niemiecki sztab generalny siedzi w siodle", obwieścił.
Sir Edward Grey, wielce rozgniewany, w równym stopniu oszukując siebie, co i Brytyjczyków, wyraził opinię, iż "w Berlinie knują coś diabelskiego".
W Berlinie Bethmann-Hollweg dostał surową reprymendę od Kaisera. Wilhelm II był głęboko wstrząśnięty austriackim wypowiedzeniem wojny, którego w najmniejszym stopniu nie pożądał, mimo swych prób usztywnienia stanowiska Austrii wobec Serbów. Na nocie dyplomatycznej z Londynu dopisał uwagę: "austriacka dwulicowość jest nie do zaakceptowania. Odmawiają udzielania nam jakichkolwiek informacji."
O godzinie trzeciej nad ranem, 29 lipca, po kilku godzinach nerwowego chodzenia w tę i z powrotem po korytarzach biur na Wilhelmstrasse, Kaiser nakreślił treść telegramu do swojego ambasadora w Wiedniu. Nakazywał mu, w bardzo zwięzły sposób, by "natychmiast porozmawiał z hrabią Berchtoldem w szczególnie dobitny sposób." Poważna wojna wciąż nie była czymś nieuchronnym. Sir Edward Grey nakazał swemu ambasadorowi złożyć wizytę Sazonowowi w Sankt Petersburgu i doradzać umiarkowanie (znacznie szybsze i daleko bardziej bezpośrednie potraktowanie sprawy, niż podejście, które zaprezentował w przypadku rządu Austro-Węgier).
Austria, ze swej strony, wciąż wypuszczała balony próbne. Mobilizacja zajmie Austriakom piętnaście dni. Dopiero po tym czasie będą mogli zaatakować Serbię.
Wilhelm II, lepiej niż ktokolwiek inny rozumiał, że jest jeszcze czas, aby wynegocjować pokój. Podjął próbę bezpośredniego zaapelowania do swego kuzyna, cara Mikołaja II w Sankt Petersburgu, dokładnie w tym samym czasie, gdy ambasador brytyjski mówił do Sazonowa: "Przybyłem, by błagać, abyście nie odwoływali się do żadnych działań militarnych, które Niemcy mogłyby zinterpretować, jako prowokację." Jednak Sazonow nie należał do tych, których można łatwo poruszyć. Przez ostatnie cztery dni konferował z ambasadorem francuskim, Paleologue, który powiedział mu, iż "wojna może wybuchnąć w każdej chwili. Taka ewentualność powinna leżeć u podstaw naszych wszelkich działań dyplomatycznych."
Sazonow mógł tylko dać upust swemu szczęściu, zapewniając Francuza i powtarzając raz za razem: "Nasz sztab generalny zaczyna się niecierpliwić".
Rozdział 10 Obciążające dokumenty
Dyskusja, którą Poincaré przeprowadził w Sankt Petersburgu z rosyjskimi ministrami i generałami była czymś znacznie istotniejszym, niż nawoływaniem i kwiecistym panegirykiem. Rozmowy były wyczerpujące, szczegółowe i konkretne.
Rosjanie zabiegali o przyzwolenie na urzeczywistnienie ich pragnienia skierowania się na południe, ku Konstantynopolowi, co zbiegłoby się z przekroczeniem Kaukazu i wkroczeniem do Armenii. Następnie pragnęliby spojrzeć w kierunku Jerozolimy i Kanału Sueskiego. Francuzi zgodzą się na takie cele, ale nie wcześniej, niż w 1917 roku, na tydzień przed upadkiem rządu carskiego.
W lipcu 1914 roku francuskie kierownictwo miało inne pomysły na wykorzystanie rosyjskiej armii. Mimo, iż Poincaré wstępnie nie sprzeciwiał się rosyjskim marzeniom o ekspansji na południe, nalegał, aby Rosjanie przeprowadzili główny atak przeciwko Niemcom w Prusach Wschodnich w celu związania głównych sił niemieckiej armii z daleka od granic Francji. Sazonow i wielki książę Mikołaj rozważali dokładnie przeciwną koncepcję. W ich mniemaniu, francuskie zadanie powinno polegać na wyczerpaniu Niemców na froncie zachodnim, aby Rosjanie uzyskali wolną rękę na południu i na wschodzie. Każda ze stron starała się ukryć egoizm swych pomysłów i za pomocą wstrząsających dowodów wspaniałomyślności próbowała oczarować drugą, by nagiąć ją do swojej woli. Żadna nie dała się oszukać.
Równolegle, Rosjanie pilnie instruowali swych serbskich protegowanych, jak mają się zachować, gdy wybuchnie wojna. 24 lipca Sazonow przekazał serbskiemu ambasadorowi kilka sugestii, które bezzwłocznie przetelegrafowano do Belgradu. Jedną z rekomendacji był pomysł natychmiastowej ewakuacji stolicy. Dwadzieścia lat później, zięć Pašića, Stefanović, opublikuje fotokopię telegramu:
"Rada Prezydencka, Belgrad, do rąk Pašića. Bardzo pilne. Tajne. Decyzja rady ministrów, pod przewodnictwem cara, dzisiaj, godzina trzecia, Krasne Sioło. STOP. Sazonow poleca mi informować. Ogólna mobilizacja zarządzona jak ustalono w okręgach wojskowych Odessa Kijów Kazań Moskwa z mobilizacją Floty Bałtyckiej i Czarnomorskiej. STOP. Rozkazy dla innych okręgów wojskowych celem przyśpieszenia mobilizacji. STOP. Sazonow potwierdza dywizje syberyjskie skoncentrowane za Moskwą, Kazaniem. STOP. Słuchacze szkół wojskowych promowani. Urlopy oficerów odwołane. STOP. Sazonow prosi opracować wstępną odpowiedź na ultimatum w bardzo ugodowym tonie ale kategorycznie odrzucić wszystkie punkty, szczególnie szósty [dotyczący wspólnej komisji dochodzeniowej], podrywający nasz prestiż. STOP. Car chce natychmiastowej mobilizacji, ale jeśli Austria zacznie działania bojowe musimy się wycofać bez oporu by zachować nienaruszone siły i czekać na rozwój sytuacji. STOP. Sazonow naradzi się z Paléologue i Buchananem by ustalić wspólne działania i sposób dostarczenia nam uzbrojenia. STOP. Rosja i Francja na stanowisku, że konflikt Austria-Serbia nie jest lokalny. Dotyczy większej kwestii europejskiej do rozwiązania tylko przez wszystkie mocarstwa. STOP. Kompetentne kręgi tutaj wyrażają wielką złość na Austrię. STOP. Hasłem jest wojna. STOP. Cały naród rosyjski za wojną, wielkie owacje przed poselstwem. STOP. Car odpowie osobiście telegramem do księcia regenta. STOP. Spalajković." (Telegram nr 196/8; data 24 lipiec 1914; ref: serbskie archiwum dyplomatyczne, Rada Prezydencka, podpisy Pacu/Pašić; f. 19, op. 11/B, d. 7 "Petersburg", 2-15 lipiec do 18-31 lipca 1914)
Dwa niezależne źródła zweryfikowały ten telegram. Kopię wysłano również do Paryża, jak również do serbskiego poselstwa w Londynie. Tam, drugi sekretarz ambasady, Petrović, do którego obowiązków należało rozszyfrowywanie wiadomości, wykonał jego tajną kopię. Agenci serbskich służb specjalnych tropili Petrovića do chwili, gdy popełnił samobójstwo, ale zanim to uczynił, przekazał dokumenty na przechowanie innej stronie. Dwadzieścia lat później kopię Petrovića reprodukowano w Londynie (Black Hand Over Europe).
Ponieważ archiwa serbskie nigdy nie zostały opublikowane w podobnej formie, jak francuska Żółta Księga (ani w innych zbiorach wydawanych przez walczące strony w czasie wojny i po wojnie) czy to przez Serbię, czy też przez jej spadkobiercę, rząd jugosłowiański, potwierdzenie autentyczności dokumentów opublikowanych przez Stefanovića, Petrovića et al., było utrudnione. Fakt, iż bogata objętościowo kolekcja, skrupulatnie zindeksowana, została opublikowana przez czołowego funkcjonariusza serbskiego ministerstwa spraw zagranicznych, nie pozwala przejść obok tych dokumentów obojętnie, jak próbowali to uczynić niektórzy pisarze. We Francji w latach trzydziestych wszelkie opracowania dotyczące serbskich dokumentów szybko wycofywano z obiegu, co ma miejsce także i dzisiaj. Les Coupables, których autorem był Henri Pozzi, wydane w 1938 roku, stało się bestsellerem, który następnie zniknął na pozór bez śladu. Nawet w Bibliotece Narodowej w Paryżu nie ma ani jednej kopii. Nie ma jej też w Bibliotece Nauk Politycznych, gdzie krytyczne studia nad potencjalnie bezcennymi dokumentami związanymi z polityką zagraniczną z pewnością są priorytetem. Jeśli dokumenty nie są prawdziwe, niechaj kłamstwo będzie obnażone. Interesujące jest jednak to, że gdy zaczęły pokazywać się we Francji, prasa zamilkła. Tylko paryska tygodniówka, Je suis partout, i bardzo ważna, polityczna gazeta codzienna, L'Action Francaise, poświęciły im jakąkolwiek uwagę. André Tardieu, magnat prasowy i bałkański intrygant, bardzo mocno obciążony przez serbskie dokumenty, zachował po ich publikacji dziwne dla niego milczenie. Wielki francuski historyk i były minister, Benoist-Méchin, wierzył, że są prawdziwe. Po pięćdziesięciu latach od ich ukazania, serbskie dokumenty są ważniejsze niż kiedykolwiek, by rozplatać pajęczynę zmowy i konspiracji, które rozpętały I wojnę światową.
Oto kolejna transkrypcja serbskiego telegramu:
Telegram 194/8, wysłany 22 lipca 1914 roku, gdy Poincaré wciąż przebywał w Sankt Petersburgu, przez serbskiego ambasadora:
"Przewodniczący rady, Belgrad, do rąk Pašića. Bardzo pilne. Tajne. Sazonow prosi byśmy intensyfikowali przygotowania wojenne, ale unikali oficjalnych demonstracji zanim nie ukończymy przygotowań. STOP. Negocjacje Sazonowa z Poincaré-Viviani bardzo ciężkie. STOP. Obaj przeciwni działaniom i ustaleniom które mogą wciągnąć Francję do wojny, gdyż interesy Francji nie są brane pod uwagę. STOP. Postawa Prezydenta Republiki wobec Szapáry budzi wielką sensację wśród oficjalnych kręgów dyplomacji. STOP. Sazonow nalega, że Francja musi teraz znać ustalenia wojskowe. STOP. Transfer wojsk syberyjskich do Europy zakończony. STOP. Mobilizacja wielkich okręgów wojskowych do zarządzenia natychmiast po wyjeździe Poincaré-Viviani." (ref: serbskie archiwum dyplomatyczne, Rada Prezydencka, podpisy Pacu/Pašić; f. 19, op. 11/B, d. 7 "Petersburg", 2-15 lipiec do 18-31 lipca 1914)
Inny telegram od ambasadora Spalajkovića do Pašića, telegram nr 197/8, ukazuje, jak Sazonow chwilowo kłamie w rozmowie z nazbyt dociekliwym Paléologue w czasie, gdy Poincaré wciąż jeszcze nie pokonał Bałtyku. Czytamy w nim:
"Przewodniczący rady, Belgrad, do rąk Pašića. Bardzo pilne. Tajne. Tego wieczoru Paléologue pyta Sazonowa czy to prawda o mobilizacji okręgów Odessa Kazań Kijów i obu flot. STOP. Paléologue wyraził ostre niezadowolenie jeśli działanie spowoduje poważne konsekwencje bez wiedzy Francji. STOP. Sazonow oficjalnie zaprzecza. STOP. Potwierdza potrzebę unikania najmniejszej niedyskrecji. STOP. Sazonow poinformuje Paléologue natychmiast jak Poincaré-Viviani będą poza Skandynawią. STOP. Powiadomić Vesnić Gruić -?Spalajković." (ref: serbskie archiwum dyplomatyczne, Rada Prezydencka, podpisy Pacu/Pašić; f. 19, op. 11/B, d. 7 "Petersburg", 2-15 lipiec do 18-31 lipca 1914)
Trzeci tajny telegram, datowany na 25 lipca 1914 roku, tym razem adresowany do serbskiego ambasadora w Paryżu, Milenko Vesnića, został wysłany przez rząd serbski z Belgradu, by zgodnie z żądaniami Sankt Petersburga, uniknąć wszelkich niedyskrecji związanych z trwającymi przygotowaniami wojskowymi. Czytamy w nim:
"Belgrad, lipiec 21-15, Poselstwo serbskie, Paryż, do rąk Vesnića. Bardzo pilne. Tajne. Nowe instrukcje. Wstrzymać wszelkie informacje dot. środków tutaj i w Petersburgu. STOP. Potwierdzić, że sytuacja poważna, ale absolutnie nie krytyczna pomimo brutalnego ultimatum. STOP. Podkreślać nasze głębokie zainteresowanie pojednaniem i naszą wiarę w rezultaty interwencji wielkich przyjaznych krajów. STOP. Absolutnie konieczne, by francuska opinia publiczna i francuski parlament były nieświadome wszystkich przygotowań wojskowych tutaj i w Petersburgu. STOP. Zgodnie z życzeniem cara przyśpieszamy mobilizację. Rozpoczęto przerzut archiwów Nisz, skarb, oficjalne służby. STOP. Ewakuacja arsenału Kragujevac zakończona. STOP. Informować Tardieu/Berthelot. Ustalenia z Sazonowem: ultimatum pojednawcze treść negatywna. STOP. Wojna pewna. STOP. Pilne: ułatwić podróż do Londynu. Zapewnić bezpieczeństwo rodziny Madame Pašić i rodziny Pacu."
(ref: serbskie archiwum dyplomatyczne, Rada Prezydencka, podpisy Pacu/Pašić; f. 17, op. 8/PV, d. 9 "Paris", 2-15 lipiec do 18-31 lipca 1914)
Telegram ten, zarejestrowany pod nr 432/VP/14, z podaniem Belgradu, jako punktu nadania, nadszedł do Paryża "niedługo przed południem" i został zarejestrowany pod nr 291/3, BP 31.
Jeden z kolegów Pašića, który wypełniał misję we Francji, napisał zadziwiającą notatkę, ukazującą stopień, do jakiego serbski rząd ukrywał informacje przed rządem francuskim, jednocześnie przekazując istotne tajemnice prywatnym obywatelom Paryża:
"Telegram nr 432/VP/14, odebrany przez serbskiego ambasadora Vesnića na krótko przed południem w dniu 25 lipca 1914 roku, po południu został przez niego przekazany na ręce André Tardieu i szefa bałkańskiej agencji prasowej, Edgara Roelsa. Gdy Vesnić, wracając z Quai d'Orsay, wkroczył do agencji Roelsa, wyglądał jak lunatyk. Był tak podniecony, że wyglądał, jakby się dusił. "To wojna!", powiedział do mnie kilka chwil później Boćko Cristić, "i pewne zwycięstwo dla naszych dwóch krajów. Roels i Tardieu powiedzieli tak ambasadorowi". Cristić był serbskim dyplomatą, attaché w Paryżu, który później zostanie jugosłowiańskim ambasadorem w Atenach.
Poza serbskimi dokumentami opublikowanymi przez Stefanovića, pojawiły się inne wycieki z serbskiej strony, rzucające światło na działania Pašića i jego rządu. Wśród nich godne uwagi są sensacyjne doniesienia Ljuby Jovanovića, byłego serbskiego ambasadora w Wiedniu. Jovanović, jako dyplomata, miał dostęp do tajnych archiwów w Belgradzie. Kilka lat po wojnie ujawnił, iż Spalajković w dniu 24 lipca 1914 roku wysłał z Sankt Petersburga dodatkowy telegram, zawierający słowa "w każdej chwili oczekuje się drastycznej decyzji". Później, niemiecki historyk Webersberger opublikuje kopię skrawka papieru zapisanego ręką Pašića "odnotowującą rejestrację broni sarajewskich spiskowców i wskazującą człowieka odpowiedzialnego za jej przewóz, nazwiskiem Tankosić". Voya Tankosić był osobistym agentem Nikoli Pašića. Chociaż dokumenty opublikowane po rewolucji przez rząd sowiecki zawierają wiele informacji przeczących carskim zapewnieniom o niewinności w kwestii spiskowania na rzecz wojny, w archiwach jest wiele luk, w szczególności dotyczących Serbii. Podczas gdy rosyjskie zamiary wobec Istambułu czy Dardaneli, bliskie kontakty i wzajemne oszustwa Poincaré i Izwolskiego czy systematyczne przekupywanie francuskiej prasy są wyszczególnione w mnóstwie dokumentów, ze świecą można szukać materiałów, dotyczących intryg Hartwiga w Belgradzie, których kulminacją było podwójne zabójstwo w Sarajewie. Tych dokumentów brakuje.
Jest na to proste wytłumaczenie. Między rewolucją, która wyniosła do steru rząd Kiereńskiego w marcu 1917 roku, a bolszewickim przewrotem w październiku tego samego roku, ministrem wojny został mianowany Aleksander Iwanowicz Wierchowski. Ten sam Wierchowski był prawą ręką pułkownika Artmanowa w Belgradzie, pomagając między innymi w organizacji spisku, zakończonego zamachem w Sarajewie. Mając przez kilka miesięcy dostęp do rosyjskich archiwów, był w stanie zniszczyć wszystko, co mogło go obciążać.
* * *
Oczywiście, jeśli chodzi o fałszowanie i ukrywanie oficjalnych dokumentów, Rosja i Serbia miały rywala. Była to Francja, gdzie włożono wielki wysiłek w dopasowanie archiwów dyplomacji do oficjalnej propagandy. Od pierwszego telegramu ambasadora Paléologue z 25 lipca 1914 roku, oficjalne teksty były z zimną krwią w całości zmieniane. Historyk Fabre Luce pisze:
"Krótki tekst, w którym Paléologue donosi o rosyjskiej mobilizacji, został zamieniony fikcyjnym tekstem, który za jej przyczynę podaje generalną mobilizację austriacką oraz niemieckie przygotowania wojenne. Nie mogło jednak to być zawarte w telegramie ambasadora. I nie bez powodu: w momencie, gdy Paléologue wysyłał swój telegram, Austriacy nie zarządzili jeszcze mobilizacji." (L'Histoire démaquillée, s. 90)
Fabre Luce pisze dalej:
"Wszystko, co było potrzebne do odwrócenia kolejności mobilizacji, to przekręcenie wskazówek zegara: w ten sposób, bez zmiany godziny, poranny telegram stawał się wieczornym. Fałszerstw dokonywano od samego początku: komisja do spraw archiwów ustaliła, że rejestr służby telegraficznej zawiera nieprawidłowe oznaczenia czasu."
I dalej:
"Robocze wersje telegramów wysyłanych w tym okresie często zawierają poprawki, usunięcia lub dopiski, naniesione między liniami, zwykle ołówkiem i w większości przypadków tym samym charakterem pisma, co oryginał. Badanie dokumentów przez komisję ujawniło, iż tego typu poprawki prawie zawsze dokonywane były po fakcie. Niektóre telegramy dziwnie się spóźniały, czy to na wejściu, czy na wyjściu. Ten, w którym oficjalnie informowano Paryż o powszechnej mobilizacji w Rosji, wędrował do celu całe dziesięć godzin. Umieszczony był pomiędzy dwoma innymi, mniej ważnymi telegramami, którym dotarcie do Paryża zajęło, odpowiednio, dwie i cztery godziny. Tak liczne wysiłki, aby oszukać badacza, w końcu zwracają jego uwagę dokładnie na to, co właśnie usiłuje się przed nim ukryć."
Europa w 1914 roku była istnym polem minowym, pełnym francuskich i serbskich pułapek dyplomatycznych, po którym należało się poruszać niezwykle ostrożnie. Z nich wszystkich, serbskie były mniej skomplikowane -?Serbowie po prostu zadowalali się eliminowaniem wszystkich dokumentów, mogących sprawić im kłopot.
Rozdział 11 Car ulega
Nie WCZEŚNIEJ, niż dopiero 26 lipca 1914 roku, krok maszerujących w Sankt Petersburgu oddziałów zabrzmiał echem w Berlinie, kiedy to niejasne pogłoski o carskiej decyzji mobilizacji miliona żołnierzy zaczęły docierać do niemieckiej stolicy.
Bethmann-Hollweg natychmiast poinformował rząd brytyjski o swych obawach. W Wiedniu, dwa dni później, sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej ze względu na opóźnienie w dostarczeniu pojednawczych propozycji Wilhelma II i sir Edwarda Greya. Dualistyczna monarchia, wypowiadając wojnę, potrząsała szabelką, choć trzeźwo myślące głowy postrzegały te działania, jako w znacznej mierze retoryczne: wciąż było prawdopodobne, że wszystko zakończy się na wysłaniu kilku starych łajb w dół Dunaju, skąd cisną parę pocisków na Belgrad i tak już opuszczony przez rząd serbski na rozkaz jego carskich szefów. Gdyby austriacki rząd naprawdę traktował sprawę poważnie, to dwa tygodnie potrzebne na zmobilizowanie armii Austro-Węgier były wystarczającym czasem na negocjacje.
Rzecz jasna, rosyjscy panslawiści nie zamierzali pozwolić, by udaremniono ich starannie przygotowany plan podpalenia Bałkanów. Myśl o tym, iż czyjaś mądra interwencja mogłaby w ostatniej chwili pomieszać im szyki, napawała ich strachem i wściekłością.
28 lipca Sazonow złożył wizytę carowi i uzyskał dwa ukazy, które natychmiast przekazał generałowi Januszkiewiczowi. Pierwszy ukaz był dekretem, zarządzającym mobilizację czterech okręgów wojskowych - moskiewskiego, kijowskiego, odeskiego i kazańskiego, o co zadbano już 24 lipca, gdy rosyjski sztab generalny uruchomił odpowiednie procedury. Teraz działania te zostały usankcjonowane przez rosyjskiego autokratę.
Drugi dekret nakazywał powszechną mobilizację, która, jak już mówiliśmy, była nieuchronnym następstwem częściowej mobilizacji, uruchomionej zgodnie z planami sztabu generalnego. Car, który był równie słabo poinformowany o strategii militarnej swych generałów, jak o wielu innych sprawach swego imperium, był tego nieświadom. Mimowolnie dał się zwabić w pułapkę, z której sam nie był już w stanie się wyrwać i znalazł się w potrzasku, który doprowadzi do śmierci zarówno jego, jak i jego rodziny oraz do wymazania dynastii Romanowów z mapy Rosji.
Wszyscy w Sankt Petersburgu i Paryżu wiedzieli, że mobilizacja oznaczała wojnę. Było to oczywiste od pierwszego dnia francusko-rosyjskiego układu z 1894 roku. Wypowiedzi głównych aktorów dramatu potwierdzają to. Generał Obruczew, który w momencie podpisania układu był szefem rosyjskiego sztabu, powiedział: "W ślad za naszą mobilizacją powinny natychmiast iść akty wojny". Car (w owym czasie był to Aleksander III) zgodził się z tą opinią, mówiąc: "Dokładnie w taki sposób to pojmuję". Generał Boisdeffre, podczas negocjacji reprezentujący Francję, zajmował tak samo jasne stanowisko: "Mobilizacja jest wypowiedzeniem wojny".
René Guerin, wielki francuski intelektualista i patriota, współautor (wraz z Poincaré) Les Responsabilités de la Guerre, napisał: "Jeśli mój zadeklarowany wróg wymierzy we mnie rewolwer, muszę zakładać, że chce mnie zabić, i że mnie zabije. Czy, żeby być pewnym jego intencji, powinienem poczekać, aż wystrzeli?"
28 lipca 1914 roku carskie imperium wymierzyło swe działa. Generał Dobrorolski, odpowiedzialny za rosyjską mobilizację, był w tej kwestii bardzo jednoznaczny. Zgodnie z jego opinią, od momentu otrzymania rozkazu o mobilizacji, rozwój wypadków będzie "automatyczny i nieodwracalny."
"Wezwano mnie, abym podpalił stos świata", powie później, nie mrugnąwszy nawet okiem.
Car, pozwoliwszy, aby Sazonow wymógł na nim dwa dekrety o mobilizacji, mruknął: "Pomyśl o tych tysiącach ludzi, których pośle się na śmierć".
Ogromnie nie docenił skali nadciągającej rzezi.
W Berlinie Kaiser Wilhelm wciąż pozostał niewzruszony, nawet, gdy wydarzenia lawiną toczyły się ku katastrofie i ciągle odmawiał pogodzenia się z nieuchronnością wojny. Nie mogąc już spotkać się twarzą w twarz z Mikołajem, którego zapewne mógłby przekonać, miał jeszcze do dyspozycji telegraf, jako ostatni środek. Car był teraz praktycznie więźniem swych generałów i ministrów. Za nimi, poganiając ich, stał francuski ambasador Paleologue, podpuszczany z kolei przez Poincaré.
Niemieccy przywódcy na próżno próbowali poruszyć cesarzy Rosji i Austrii. Wilhelm bombardował Franciszka Józefa telegramami, namawiając go do negocjacji z rosyjskim kierownictwem. Kaiser słał też podobne wiadomości do cara.
Kanclerz Bethmann-Hollweg wywierał wszelkie formy nacisku, od gróźb do perswazji, na swego austriackiego odpowiednika w rządzie austro-węgierskim, Berchtolda, aby ten zaakceptował angielską propozycję czasowej okupacji Belgradu przez Austrię, podczas gdy wielkie potęgi negocjowałyby sposoby wyjścia z impasu. Jego ambasador w Wiedniu, hrabia Tschirschky, otrzymał następujący telegram: "Oczywiście jesteśmy całkowicie gotowi na wypełnienie naszych sojuszniczych zobowiązań, ale nie możemy pozwolić, by Wiedeń wciągnął nas do ogólnoświatowego pożaru, ignorując nasze rady. Zalecam, aby natychmiast, z naciskiem porozmawiał pan z hrabią Berchtoldem."
Szesnaście lat później Poincaré przyzna, iż "Berchtold odpowiedział twierdząco na propozycję i był gotów odstąpić od rekompensaty: wypytywany przez hrabiego Tschirschky, działającego według ścisłych instrukcji, hrabia Berchtold wyraził wolę zadeklarowania, iż Austria nie będzie zgłaszać roszczeń terytorialnych." (Poincaré, Les Responsabilités de la Guerre, s.167)
Wiadomość od Wilhelma II, która w tym samym czasie dotarła do Mikołaja II, była równie wymowna: "Używam wszystkich swoich wpływów u Austriaków, by namówić ich do poszukiwania jakiejkolwiek podstawy porozumienia z wami." Sama obecność Wilhelma nie była potrzebna, by zabiegi te wywarły na Mikołaju silne wrażenie. Car był na tyle poruszony, że opuścił swój apartament i zszedł do głównego holu, gdzie znajdował się jedyny telefon w pałacu. Z ustami przy samej słuchawce, rozkazał szefowi sztabu generalnego, generałowi Januszkiewiczowi, aby natychmiast odwołał rozkaz o powszechnej mobilizacji, pozostawiając w mocy wyłącznie rozkaz o mobilizacji częściowej. Januszkiewicz, wsparty przez Suchomlinowa, odważył się oddzwonić do cara. Według nich, "regionalna" mobilizacja wprowadzi w armii zamęt i uniemożliwi przeprowadzenie pełnej mobilizacji, która, biorąc pod uwagę sytuację, jest jedyną formą mobilizacji, mającą jakiekolwiek znaczenie wojskowe.
Podporządkowanie się zmienionej decyzji cara było dla sztabu generalnego niewykonalne, gdyż powszechna mobilizacja, bez wiedzy Mikołaja, i tak była już w toku. Francuski attaché wojskowy w Moskwie, kapitan Laguiche, 26 lipca dowiedział się o krokach podjętych przez Rosjan, przebywając daleko na zachodzie -?w Warszawie -?i telegraficznie poinformował o tym swój rząd.
29 lipca powszechną rosyjską mobilizację prowadzono niemalże otwarcie wzdłuż granicy Prus Wschodnich. Jeden z raportów generała Dobrowolskiego stwierdza: "W okręgu suwalskim, który przylega do granicy z Prusami Wschodnimi, rozpoczęła się już powszechna mobilizacja." (L'Histoire démaquillée, s.66)
Nocą z 29 na 30 lipca 1914 roku rozdzwoniły się telefony -?trudno uwierzyć w uwagi, jakie wymieniano na linii. Najpierw sam car, ingerując w sprawy w sposób zupełnie inny niż władca o słabym charakterze, zadzwonił do szefa sztabu generalnego. Natychmiast po tym, Januszkiewicz, zamiast wykonać polecenia cara, zatelefonował do ministra wojny, Suchomlinowa.
"Co mam robić?", pytał ministra.
"Nic nie rób!", odpowiedział natychmiast Suchomlinow.
Na drugim końcu linii, szef sztabu wykrzyknął tylko: "Dzięki Bogu!" Bezpośredni, osobisty rozkaz cara, został ominięty.
Następnego ranka, w dniu 30 lipca, Suchomlinow okłamał cara, informując go, że zastosował się do rozkazu odwołania powszechnej mobilizacji i że ograniczył procedury wyłącznie do mobilizacji regionalnej. W rzeczywistości robił dokładnie odwrotnie.
W 1917 roku, gdy jego liczne przywary zaprowadzą go przed oblicze sądu, Suchomlinow publicznie przyzna się, iż "następnego ranka okłamałem cara. Powiedziałem mu, że częściowa mobilizacja jest ograniczona wyłącznie do punktów dowodzenia na południowym wschodzie."
Tamtego ranka, następnym w kolejce do okłamywania cara był Sazonow. Wyjaśnił swemu monarsze, iż Austria prowadzi już operacje wojskowe na terytorium Rosji. Była to zupełna nieprawda, z czego Sazonow zdawał sobie sprawę, ale nie trzeba podkreślać, że na niezdecydowanym monarsze wywarło to wielce przekonujące wrażenie. Car przesłał Kaiserowi Wilhelmowi następujący, godny współczucia, telegram: "Przeczuwam, iż wkrótce ugnę się pod ciężarem, jaki na mnie spada i będę zmuszony podjąć ostateczne kroki, zmierzające do wojny."
Sazonow, wykorzystując swą przewagę, niemal wygnał cara z jego apartamentów, gdzie monarcha wraz z żoną doglądał syna, małego hemofilika i następcę tronu. Caryca Aleksandra, nienawidząca wielkich książąt i ich panslawistycznych obsesji, mając nerwy napięte do ostateczności, usiłowała radzić mężowi, by się nie poddawał.
Sazonow wypuścił wtedy ostatnią strzałę, która przeszyła tę dumną i oddana żonę i matkę. Powiedział jej: "Prosisz cara, by podpisał swój własny wyrok śmierci."
Groźbę, ledwie skrywaną, dostrzega też George Malcolm Thomson, pisząc: "W czasie tych wypełnionych gorączką godzin, w carskim pałacu nad brzegiem morza, nikt nie mógł wykluczyć żadnego, choćby nawet najbardziej nieprawdopodobnego rozwoju sytuacji." Był to szantaż, pachnący groźbą morderstwa. Car otrzymał ostatni telegram od Kaisera: "Mój ambasador otrzymał instrukcje, by zwrócić uwagę waszego rządu na poważne zagrożenia i konsekwencje, wynikające z mobilizacji. Austro-Węgry mobilizowały się wyłącznie przeciwko Serbii, stawiając pod broń tylko część swojej armii. Jeśli Rosja mobilizuje się przeciwko Austro-Węgrom, rola mediatora, którą zaakceptowałeś zgodnie z własną, wyraźną wolą, będzie zagrożona, o ile w ogóle nie stanie się niemożliwa. Cały ciężar decyzji spoczywa teraz na twoich barkach i ty poniesiesz odpowiedzialność za wojnę lub pokój. Willy."
Brzemię decyzji miażdżyło Mikołaja II. Gdy wyczerpały się możliwości uników, car przyjął partię wojny w swym gabinecie. Wprowadzeni przed oblicze monarchy, ustawili się twarzami do niego: minister wojny, generałowie i cywilni oficjele.
Sazonow, wypowiadając się jasno i zdecydowanie, rzucił wyzwanie carowi: "Nie wydaje mi się, by Wasza Wysokość powinna się dłużej wahać w kwestii przywrócenia dekretu o powszechnej mobilizacji."
Car ponownie wymamrotał swe obiekcje: "Rozważ, że oznacza to posłanie na śmierć dziesiątki tysięcy ludzi."
Sazonow: "Wstrzymanie mobilizacji zakłóci porządek w siłach zbrojnych i zaniepokoi naszych sojuszników."
Było to kolejne oszustwo Sazonowa, za pomocą którego sugerował, że Francuzi będą zszokowani niezdecydowaniem cara i uznają, iż narusza on warunki ich sojuszu. Rzecz jasna, w tym momencie Poincaré, który właśnie powrócił ze swej podróży, odgrywał w Paryżu rolę niewiniątka.
W końcu wszyscy się uciszyli. Car, z wybałuszonymi oczami i chorobliwie pożółkłą twarzą, nie odzywał się. Stał bez ruchu, jak skamieniały.
Nagle ciszę przerwał generał Tatiszew: "Tak, to trudna decyzja."
Car drgnął, jakby ktoś wymierzył mu policzek. Przemierzył pokój tam i z powrotem, po czym spojrzał prosto na swych słuchaczy. "Ja jestem tym, który decyduje."
I zdecydował. Rozkazał Sazonowowi, by poinformował Januszkiewicza, iż ponownie podpisuje dekret o powszechnej mobilizacji.
Thomson na zawsze utrwalił tę scenę: "Napięcie w pokoju prysło. Sazonow ukłonił się i niemalże biegiem pobiegł do telefonu piętro niżej. Triumfalnie przekazał polecenie Januszkiewiczowi, dodając: 'Teraz możesz rozbić telefon'."
Rozdział 12 Tragiczna farsa
Dokładnie w tym samym czasie, gdy car ulegał naciskom frakcji wojennej, rankiem 29 lipca, prezydent Poincaré schodził w Dunkierce z pokładu "France". Powrotny rejs do Francji upłynął mu na stawianiu zasłony dymnej i tworzeniu alibi wobec jakichkolwiek oskarżeń o to, że knuł wojnę. Po ogłoszeniu powszechnej mobilizacji w Rosji, Paléologue opóźnił wysyłanie telegramów do Paryża, a w niektórych przypadkach całkowicie powstrzymał się przed ich nadaniem, w celu podtrzymania fasady niewiedzy Poincaré, co do działań strony rosyjskiej. 26 lipca Paléologue wstrzymał przekazanie telegramu francuskiego attaché, Laguiche, donoszącego o rozpoczęciu tajnej mobilizacji. Jednakże, gdy Poincaré został powitany w pociągu prezydenckim w Dunkierce przez ministra Renoulta, prezydent powiedział do niego: "Nie da się tego załatwić pokojowo." Jak na kogoś, kto utrzymywał, iż przez sześć dni nic nie słyszał, zabrzmiało to strasznie pewnie.
Brutalna aprobata Poincaré dla wojny wypowiedziana została w momencie, gdy wojna nie była jeszcze przesądzona. Wysiłki na rzecz unormowania sytuacji były podejmowane jeszcze w Wiedniu i w Sankt Petersburgu. Zabiegi Kaisera i jego kanclerza zaczęły wpływać na Franciszka Józefa i Berchtolda. Hrabia Berchtold zmodyfikował swe żądania wobec Serbii i obecnie był skłonny rozważyć rezygnację z żądania wspólnego, austriacko-serbskiego dochodzenia w sprawie zabójstwa arcyksięcia. Jak pisze Fabre Luce: "Nie była to już kwestia zwykłego kamuflażu. Nie! Notatka napisana ręką Berchtolda dowodzi, że nawet w dniu 30 lipca 1914 roku skłaniał się on do kompromisu w sprawie serbskiego dochodzenia, o ile Rosja ze swej strony zaakceptowałaby tymczasową austriacką okupację Belgradu." (L'Histoire démaquillée, s. 75)
Czasami niebezpieczeństwo wywołuje efekt spokoju. Prawdopodobnie nigdy, od samego dnia zbrodni, 28 czerwca, strony nie były tak blisko osiągnięcia porozumienia.
* * *
Gdy rankiem 29 lipca Poincaré przybył do Paryża, spotkał się z triumfalnym przyjęciem na dworcu kolejowym St. Lazare, które przygotowali jego współpracownicy, co nie znaczy, że było ono przez to mniej gorące. Dziesiątki tysięcy Francuzów, rozpalone do czerwoności przez szowinistyczną prasę, zakorkowało trotuary wzdłuż drogi do pałacu Elizejskiego, oklaskując prezydenta co najmniej tak, jakby był Napoleonem triumfalnie powracającym z Elby. Tłum falą wylał się na Plac Zgody i zgromadził się przed udekorowanymi kirem posągami, reprezentującymi Metz i Strasburg. Gdyby Poincaré nie był zagorzałym masonem, być może odśpiewano by mu Te Deum w katedrze Notre-Dame.
W każdym bądź razie i tak otrzymał świecką beatyfikację. Dziwny był wybuch takiego aplauzu w świetle zapewnień Poincaré o jego niewiedzy w kwestii nagłego biegu wypadków, jaki nastąpił w czasie jego rejsu, i dziwne jest, że patriotyczne tłumy brawami przyjmowały podróżnika, utrzymującego, że był zamroczony. Ale ludzie z ulicy instynktownie przejrzeli zasłonę rzekomej niewiedzy Poincaré, a za jego mistyfikację kochali go jeszcze bardziej.
Teraz jednak, po dwóch tygodniach wybiegów, nadeszła godzina, w której Poincaré musiał w końcu w ostateczny sposób odtrąbić sygnał do wojny, przy czym cały czas zachowując wrażenie, iż nie interesuje go nic, poza pokojem.
Natychmiast po triumfalnym przejeździe z dworca do Pałacu Elizejskiego, Poincaré wezwał do siebie trzech ludzi: swego premiera, uprzedzająco grzecznego Viviani, ambasadora Wielkiej Brytanii, sir Francisa Bertie i wytrawnego pociągacza sznurków z Rosji, Izwolskiego. Francuski prezydent i rosyjski ambasador zaczęli urabiać wytwornego ambasadora z Brytanii, który w swym perłowoszarym, jedwabnym cylindrze, uzbrojony w elegancki, wyściełany na zielono parasol, wyglądał jak bankier. Dziwne to było posiedzenie: dwaj odwieczni konspiratorzy, Poincaré i Izwolski byli zmuszeni do tego, aby maskować swe wspólne machinacje z niedalekiej przeszłości, jednocześnie udając całkowicie fałszywą przyjaźń.
Prawda jest taka, że obaj panowie wzajemnie się nienawidzili, czemu dowód dadzą ich powojenne oświadczenia i pisarstwo. Izwolski będzie twierdzić, że Poincaré był kłamcą, który wszystkich oszukiwał (w swych opiniach nie był osamotniony; minister spraw wewnętrznych, Louis Jean Malvy, określi swego byłego prezydenta, jako "egoistę, oszusta i tchórza"). W 1922 roku, przed obliczem Izby Deputowanych Poincaré będzie twierdzić, że każdy francuski minister wiedział, iż nigdy nie ufał on Izwolskiemu. Napisze także, nie do końca zgodnie prawdą, że "gdybym mógł czytać telegramy, które [Izwolski] wysyłał swemu rządowi, z pewnością zauważyłbym w nich ustępy, które uzasadniały instynktowną nieufność, jaką wzbudzał we mnie i w moich kolegach." Tak oto wypowiadali się o sobie panowie, którzy wspólnie spiskowali nad skorumpowaniem opinii publicznej we Francji!
Brytyjski ambasador nie dawał się złapać na ich pochlebstwa. Nie poczynił żadnych obietnic. Jak zawsze, odpowiedział, iż zreferuje sprawę swojemu rządowi.
Jednak to właśnie na tym spotkaniu Poincaré dał Izwolskiemu ostateczne zapewnienie zdecydowanego poparcia dla rosyjskiej mobilizacji; zapewnienie, za które będzie próbował uchylić się od odpowiedzialności po wojnie. Gdy współautor książki Poincaré o przyczynach wojny, Guerin, zapytał go o rezultat spotkania, były francuski prezydent odpowiedział po prostu: "Zapytaj Malvy."
Minister Malvy doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co wydarzyło się w Pałacu Elizejskim owego popołudnia. Wieczorem tamtego dnia odwiedził swojego przyjaciela, Josepha Caillaux, i w wielkim wzburzeniu przekazał mu nowiny, notując na miejscu przebieg rozmowy.
Malvy: "Rosja zapytała, czy możemy przeprowadzić mobilizację. Powiedzieliśmy, że tak. Zobowiązaliśmy się do wsparcia Rosji."
Caillaux: "W takim razie wykraczacie poza zobowiązania traktatu!" Malvy milczy.
Caillaux: "Oczywiście upewniliście się, że Anglia się zgadza?"
Malvy: "Nie było kwestii Anglii." (Ambasador brytyjski zdążył opuścić spotkanie, zanim pytanie zostało zadane.)
Caillaux: "Łajdaki! Rozpętaliście wojnę!"
Sowiecka Czarna Księga zawierać będzie treść telegramu, który triumfujący Izwolski, po wyjściu z Pałacu Elizejskiego, przesłał po południu Sazonowowi: "Francja całkowicie się z nami zgadza!"
To właśnie tego telegramu użył Sazonow, by ostatecznie przełamać opór cara, co do nieodwołalnego uruchomienia rosyjskiej machiny wojennej.
* * *
Gdyby Poincaré faktycznie obstawał za pokojem, wciąż mógłby pohamować panslawistycznych podżegaczy wojennych z otoczenia cara, w tym samym czasie, gdy Kaiser Wilhelm i Bethmann-Hollweg używali wszelkiej mocy perswazji, aby powstrzymać swoich austro-węgierskich sojuszników. Niemcy nie pragnęły iść na wojnę z Francuzami, ale sposób, w jaki Rzesza była otoczona przez Francję i potężne cesarstwo rosyjskie sprawiał, że desperacka niemiecka ofensywa przeciwko Francji stawała się koniecznością w momencie, gdy wrogie kroki wydawały się nie do uniknięcia, czyli wtedy, gdy Rosja dokonała mobilizacji. Tak właśnie wyglądała pułapka, jaką zastawili na Niemcy panslawiści do spółki z Poincaré.
Oczywiście zastawianie pułapki na Niemców nie było obowiązkiem narzuconym Francji z racji jej umowy z przywódcami rosyjskimi. Francuski prezydent, gdyby miał taką wolę, mógłby odmówić Rosjanom wsparcia ich spisku wymierzonego przeciwko Niemcom, tak samo, jak rząd rosyjski odmówił poparcia Francji w czasie kryzysu marokańskiego dwa lata wcześniej. Izwolski zwrócił wtedy uwagę Francuzom, że "Rosja pozostaje bezapelacyjnie wierna swemu przymierzu z Francją, ale miałaby trudności z przekonaniem narodu rosyjskiego do wojny z powodu Maroka. Poza tym, sojusz jest wyłącznie defensywny." Lub też, jak to wtedy ujął car Mikołaj w rozmowie z francuskim ambasadorem: "Nie planuję prowadzenia wojny poza sytuacją, gdy dotyczy ona absolutnie żywotnych interesów."
Jednak dla Poincaré, kwestia odzyskania Alzacji i Lotaryngii była takim właśnie absolutnie żywotnym interesem i sprowokowanie niemieckiego ataku, eliminującego potrzebę kłopotliwych debat w parlamencie, było sposobem na osiągnięcie tego celu. Jego przebiegłe, skryte manewry, przeprowadzane przy współudziale garści zaufanych pomagierów politycznych, były cudem hipokryzji i efektywności, zgodnej z doktryną makiawelizmu. Poincaré będzie miał swoją wojnę, a Niemcy poniosą główne koszty moralnego oburzenia światowej opinii publicznej.
Tajemniczość Poincaré sprawiła, iż jego dwóch ministrów spędziło noc pełną szalonych i komicznych nieporozumień. Krótko po północy, francuski minister wojny, Adolphe Messimy, został obudzony w swoim domu. Nawiedził go gość, i to dość hałaśliwy: pułkownik Ignatiew, rosyjski attaché wojskowy, który był mocno podpity. Pułkownik przynosił oficjalne wieści od rządu rosyjskiego, czyli podziękowania za francuskie poparcie dla rosyjskiej mobilizacji. Messimy, przecierając oczy -?i wciąż nieświadom zapewnień Poincaré wygłoszonych ostatniego popołudnia -?próbował ukryć swoje zaskoczenie. Natychmiast zatelefonował do Viviani, który odpowiedział dość elokwentnie.
"Mój Boże!", wykrzyknął. "To jasne, że Rosjanie są pijakami i lunatykami. Dopiero co miałem tu Izwolskiego. Powiedz Ignatiewowi, żeby unikał fajerwerków za wszelką cenę." Czy Viviani tylko udawał szczere oburzenie? Czy premier nie był świadom machinacji Poincaré i działań Paléologue w Sankt Petersburgu? Telegramy, słane przez Paléologue nadchodziły późno i dla pewności szły okrężną drogą po to, aby uwiarygodnić wersję Poincaré, iż rząd francuski nie miał pojęcia o rosyjskiej mobilizacji. Ale jest historyk, który wierzy, że reakcja premiera Viviani była udawana.
Fabre Luce pisze: "Viviani nie tyle cierpiał z powodu irytacji, iż obudzono go w środku nocy, ale z powodu tego, iż znalazł się w sytuacji, gdzie koniecznym było przyjęcie odpowiedzialności, której chciał uniknąć. Po co 'tym Rosjanom' jakieś oficjalne potwierdzenie? Nie rozumieją delikatnej aluzji, że bezgraniczne wsparcie, zadeklarowane w Sankt Petersburgu, pozostaje w mocy? Co za tępaki! Tak więc nie wystarczył im telegram wysłany z pokładu okrętu i obietnica poparcia, ponowiona dzień wcześniej w Paryżu? Podobne myśli musiały kłębić się w głowie premiera, który przy okazji był też ministrem spraw zagranicznych."
Izwolski wręczył premierowi telegram, podpisany przez Sazonowa, w którym znalazły się następujące słowa: "Wyrażamy rządowi francuskiemu naszą głęboką wdzięczność za oficjalna deklarację, iż możemy liczyć na pełną współpracę naszego sojusznika." Ale telegram wychodził poza ramy stwierdzeń, zawartych w zapewnieniu, wymamrotanym przez Poincaré do Izwolskiego. Dalej Sazonow pisał: "teraz musimy tylko przyspieszyć nasze przygotowania wojskowe i stanąć wobec nieuchronności wojny." Było jasne, że Viviani nie został o niczym poinformowany! Pędem udał się do Pałacu Elizejskiego, gdzie tym razem przyszła kolej na prezydenta, aby zostać wyrwanym ze snu i być zmuszonym do pospiesznego ubrania się. Poincaré nie był w nastroju, by uspokajać premiera. Warknął: "Za kilka godzin podejmiemy ten temat na radzie ministrów", po czym wrócił do łóżka.
Tymczasem w rezydencji Messimy, Ignatiew domagał się oficjalnej odpowiedzi na telegram swojego ministra i ogarnięty pijacką porywczością, odmówił ruszenia się z miejsca, dopóki takowej nie otrzyma. Messimy, próbując grać na zwłokę, powiedział mu, że Rosjanie będą musieli zwolnic tempo swej mobilizacji. Ignatiew odpowiedział na to żarliwie, używając metafory stosownej do swojego stanu, iż "nie mobilizuje się małymi łykami; tak się pije koktajl."
Próbując znaleźć sformułowanie, które pozwoliłoby jemu i jego kolegom na uniknięcie odpowiedzialności, Viviani wpadł na pomysł posłużenia się koncepcją "tajnej" rosyjskiej mobilizacji. Messimy został więc poinstruowany, by przekazał pułkownikowi, iż Rosja winna mobilizować swe południowe korpusy armijne przy założeniu, że Francja nie będzie o tym informowana. Do Sazonowa Viviani napisał, iż Francja przychyla się do rosyjskiej decyzji o podjęciu "defensywnych i zapobiegawczych kroków", tym samym unikając dawania pretekstu do mobilizacji Niemcom. Francuscy przywódcy ponownie poszli na rękę rosyjskim podżegaczom wojennym.
Fabre Luce dobrze opisał tę scenę, jak również jej implikacje:
"Messimy i Ignatiew objęli się w milczeniu. Rosjanin zauważy później: 'Czułem się jak człowiek, któremu zdjęto wielki ciężar z pleców'." Najwidoczniej, pomimo wszelkich zapewnień, jakie otrzymał, do ostatniej chwili zastanawiał się, czy Francja, kraj z większością obywateli kochających pokój, sygnatariusz defensywnego paktu z Rosją, naprawdę zgodzi się zaakceptować mobilizację-agresję Rosji. I oto, tak! Rubikon został przekroczony. Francuscy przywódcy dokonali wyboru, ale próbowali ukryć swoją decyzję. Grali hasłem tajnej mobilizacji, podczas gdy zdrowy rozsądek i wypowiedzi Rosjan potwierdzały, że takie coś jest niemożliwe. Paléologue wiedział o tym: potwierdzał to rosyjski dokument, ale ambasador udawał, że dołączył do gry i w dniu 30 lipca przekazał telegraficznie informację o tym, że rząd rosyjski zdecydował o 'podjęciu tajnych, pierwszych kroków powszechnej mobilizacji.' Rząd tymczasem po prostu zwyczajnie ogłosił mobilizację." (L'Histoire démaquillée, s. 70)
To było właśnie owe francuskie zapewnienie poparcia, które umożliwiło rosyjskim ministrom i generałom wywarcie nacisku na cara, kontunuowanie mobilizacji wbrew jego rozkazowi i w końcu na odcięcie jego telefonu, by nie mógł już zmienić swej ostatecznej decyzji o wojnie.
Tej samej nocy, dla generała hrabiego Helmuta von Moltke, szefa niemieckiego sztabu generalnego, następowały coraz bardziej nerwowe godziny. Ryzykował ni mniej, ni więcej, tylko perspektywą przegranej wojny, o ile dałby wyprzedzić się Rosjanom w mobilizacji i pozwolić im na opanowanie Niemiec. Obecnie wszystko wskazywało na to, że ich mobilizacja jest w toku.
Bratanek wielkiego Moltke, prawej ręki Bismarcka, zwycięzcy Francji i i Austrii, nie miał temperamentu i żelaznej woli swego znamienitego wuja. Sam przyznał: "Brakuje mi umiejętności podejmowania szybkich decyzji. Nie mam na tyle temperamentu, by ryzykować wszystko jednym rzutem kości."
Zewnętrznie, generał był wspaniałą postacią, imponującą, niczym Mojżesz Michała Anioła, ale był w równym stopniu wojownikiem, co estetą. Mnóstwo czytał, preferując opasłe tomy takich autorów, jak Nietsche czy Carlyle. Był zagorzałym wielbicielem flamandzkiego pisarza, Maeterlincka, którego "Peleasa" i "Melisandę" przełożył na język niemiecki. Malował i potrafił grać na skrzypcach, zaś pod wpływem żony maczał palce w mętnych wodach teozofii.
W przeciwieństwie do innych Niemców, takich, jak hrabia von Bülow, obawiał się rosyjskiego ekspansjonizmu. Wstrząsała nim wizja milionów twardych rosyjskich chłopów z ogromnego państwa, rozciągającego się od Kłajpedy do Władywostoku, przyzwyczajonych do niedostatku i wyszkolonych w ślepym posłuszeństwie, którzy niczym lawina zwalają się na Niemcy, już zagrożone przez francuską armię. Obie armie razem mają liczebną przewagę nad Niemcami w stosunku cztery do jednego.
Moltke dostrzegał rosnącą z roku na rok siłę Rosjan. Największa słabość Rosji, słabo rozwinięta sieć komunikacyjna i transportowa obsługująca jej gigantyczne terytorium, była miarowo usprawniana dzięki ogromnemu napływowi francuskich franków, o co zadbał Poincaré. W stronę Prus powoli wyciągała się nowa, główna linia kolejowa, która w ciągu kilku lat pozwoli na szybkie i sprawne przerzucenie milionów żołnierzy nad wschodnią granicę Niemiec.
W lipcu 1914 roku przemieszczanie się rosyjskich sił w stronę Niemiec wciąż było niemrawe i pełne kłopotów. Sieć kolejowa i drogowa nie była dostatecznie rozwinięta i poruszanie się po szlakach było powolne i niewygodne. Znakomita większość rosyjskich oddziałów będzie musiała posuwać się pieszo po fatalnych drogach. Jednak rosyjskie przygotowania wojenne trwały od tygodni. Oddziały z Syberii wezwano do europejskiej części Rosji, a grupy armii na zachodzie przesuwały się w kierunku granicy.
Jedyny niemiecki plan strategiczny, plan Schlieffena, zakładał użycie głównej części niemieckich wojsk przeciwko Francji w okresie czterdziestu dni. Tylko po tym czasie można było przerzucić większe siły na front wschodni. Teraz zaś każdy mijający dzień podkopywał niemiecki margines bezpieczeństwa na wschodzie. Dla niemieckich generałów, każdy dzień spędzony na negocjacjach z przywódcami rosyjskimi, przybliżał dla całego narodu moment militarnej klęski.
Rozdział 13 Śmierć pacyfisty
Raporty niemieckich dyplomatów, słane z Sankt Petersburga do Berlina, z każdym dniem były coraz bardziej niepokojące. 30 lipca 1914 roku telegram nadesłany przez ambasadora Pourtal?sa rozwiał wszelkie wątpliwości. Wymieniał on po kolei wszystkie okręgi zachodniej Rosji, w których mobilizacja szła pełną parą.
W guberni warszawskiej, w owym czasie niedaleko od wschodniej granicy Niemiec, oraz w guberni suwalskiej, położonej na progu Prus Wschodnich, postępu rosyjskiej mobilizacji nie dało się ukryć. Niemieccy szpiedzy i informatorzy, jak również niemiecki konsul, podkreślali nieuchronność nadejścia Rosjan. Przygotowania można też było obserwować z niemieckich budek strażniczych na granicy, skąd było widać rosyjskie oddziały, w pośpiechu niszczące własne posterunki graniczne, z których nocami buchały płomienie.
Do tego wieczoru Moltke uzyskał potwierdzenie z wiarygodnych źródeł, iż rosyjska mobilizacja jest powszechna i właśnie się odbywa. Następnego ranka zatelegrafował do swojego kolegi w Austrii, generała Conrada von Hötzendorfa: "Mobilizujcie się! Niemcy będą mobilizować się z wami!" Nawet wtedy, Kaiser wciąż usiłował popchnąć Franciszka Józefa w stronę negocjacji z Rosjanami. Austriacki minister spraw zagranicznych, Berchtold, był zdezorientowany sprzecznymi wiadomościami z Berlina.
"Kto dowodzi w Berlinie?!", wykrzyknął. "Von Moltke czy Kaiser?"
Nie mamy wątpliwości, że von Moltke chwilowo wykroczył poza swoje kompetencje. Ale tego samego ranka w Sankt Petersburgu Pourtal?sowi udało się stanąć twarzą w twarz z Sazonowem, dzierżącym publiczny plakat mobilizacyjny. Niemcom zaczynało brakować czasu i nawet Kaiser Wilhelm tracił wiarę w pokojowe rozwiązanie. Wiadomość od cara, iż nie może dłużej opierać się naciskom swych doradców, dotarła do niego 30 lipca i Wilhelm przyznał, że "jego misja, jako rozjemcy, skończyła się."
Tymczasem w Paryżu, Poincaré miał się właśnie pozbyć ostatniego, poważnego francuskiego przeciwnika swych planów wojennych. Jean Jaur?s, przywódca francuskich socjalistów i działacz II Międzynarodówki Socjalistycznej był człowiekiem oświeconym, dobrze zorientowanym w klasyce greckiej i łacińskiej, który nauczył się hiszpańskiego, by przeczytać w oryginale Don Kichote, jak również angielskiego, gdyż interesował go Hume i Szekspir. Był wspaniałym mówcą, który mimo błękitnych oczu, pochodził z południa Francji. Jaur?s prowadził godne szacunku, wręcz burżuazyjne życie. Nie miał w sobie nic ze sprzedajności, która pozwoliła wielu francuskim politykom na zgromadzenie prywatnych fortun, pochodzących zarówno z ich działalności publicznej, jak i mniej publicznej.
29 lipca Jaur?s dokonał ostatniego wysiłku, aby powstrzymać wojnę, przemawiając na wielkim zjeździe przywódców socjalistycznych z całej Europy, zebranych pod sztandarem II Międzynarodówki Socjalistycznej w okazałej sali Cyrku Królewskiego w Brukseli. Trzydzieści lat później autor tej książki będzie miał po raz pierwszy okazję by w tej samej sali zwrócić się do brukselskiej publiczności. Tamtego dnia wystąpienie Jaur?sa było wyjątkowo poruszające, gdyż w jego odczuciu pokój w Europie nie był tak zagrożony od czasów wojen napoleońskich sto lat wcześniej.
Na zakończenie jego mowy rozbrzmiały głośne okrzyki "Precz z wojną!" i bez wątpienia wiele z nich wyrwało się z tych samych gardeł, które kilka dni później wykrzyczą płomienną aprobatę dla wojny w parlamentach i zgromadzeniach narodowych Europy. Mimo głośnej owacji, Jaur?s opuścił salę z ciężkim sercem. Miał jeszcze czas, by przed złapaniem pociągu do Paryża zobaczyć wspaniałości wystawy flamandzkich prymitywistów w Muzeum Brukselskim.
W Paryżu podążył bezpośrednio do ministerstwa spraw zagranicznych, by próbować uzyskać obietnicę premiera Viviani, iż rząd będzie usiłował uspokoić Rosjan. Kiedy dowiedział się, że Poincaré obiecał właśnie pełne poparcie dla rosyjskiej mobilizacji, ostrzegł premiera: "Jesteście ofiarami spisku Izwolskiego i Rosjan. Wszystkich was, trzpiotowatych ministrów, oskarżymy publicznie, nawet, jeśli mielibyście do nas strzelać."
Opuszczając budynek przy Quai d'Orsay, Jaur?s napotkał Izwolskiego. Patrząc mu prosto w twarz, powiedział: "Ta szumowina, Izwolski, będzie miała swoją wojenkę."
Tego samego wieczoru Jaur?s przeczytał w gazecie: "Gdyby Francja miała przywódcę, który jest prawdziwym mężczyzną, Jaur?s zostałby postawiony pod ścianą, obok plakatów mobilizacyjnych." Kręcąc głową, powiedział pod nosem, "musimy być gotowi na to, że odstrzelą nas na pierwszym rogu."
Tej samej nocy młody człowiek węszył wokół domu Jaur?sa na Passy. Gdy nadszedł Jaur?s w towarzystwie kilku znajomych, młody człowiek, którego nazwisko brzmiało Raoul Villain, zapytał przygodnego gapia, który z mężczyzn nazywa się Jaur?s. Dowiedziawszy się, zniknął w ciemności.
Następnego ranka, gdy na ulicach Paryża roiło się od demonstrantów i przestraszonych właścicieli rachunków bankowych (zabroniono właśnie wypłat czeków powyżej pięćdziesięciu franków), Villain tropił swą ofiarę. Po niepowodzeniu w siedzibie redakcji gazety Jaur?sa, Villain w końcu wyśledził wielkiego socjalistę w jego ulubionej kafejce "Croissant".
Jaur?s siedział tam, podziwiając fotografię wnuczki zaprzyjaźnionego dziennikarza. Okno przy jego stoliku było otwarte, od ulicy oddzielała go tylko zasłona. Niepostrzeżenie, czyjaś ręka odsunęła materiał. Błysnęło i dwa wystrzały rozdarły ciszę. Jaur?s upadł prosto na swój talerz. Jakaś kobieta krzyknęła: "Zabili Jaur?sa!". Ostatni wielki przeciwnik wojny w ten sposób dołączył do ofiar z Sarajewa.
Paryż obiegła plotka, że Jaur?s został zastrzelony przez carskiego agenta, co zmusiło rząd do zablokowania ulicy Grenelle, przy której, niczym cytadela, wznosiła się rosyjska ambasada i gdzie tajna rosyjska policja, Ochrana, miała swoją główną kwaterę (dzisiaj rosyjska ambasada mieści biura znacznie potężniejszego następcy Ochrany -?KGB). Nigdy nie pojawiły się żadne dowody na to, że rosyjskie tajne służby stały za zabójstwem Jaur?sa i prawdopodobne jest, iż Villain, syn szaleńca i fanatyczny nacjonalista, którego umysł rozpaliła natarczywe podżegająca do wojny prasa, działał w pojedynkę. Mimo wszystko, jego kule równie skutecznie poradziły sobie z ostatnim francuskim głosem przeciwko wojnie, jak kule najmitów rosyjskich spiskowców poradziły sobie z parą książęcą w Sarajewie.
Tego samego dnia, gdy w Paryżu zastrzelono Jaur?sa, Poincaré zdołał wypchnąć z miasta, w towarzystwie dwóch policjantów, swego niegdysiejszego wroga, Caillaux.
Teraz droga do Berlina stała otworem.
Rozdział 14 kłamstwa polityków
Rankiem 1 sierpnia atmosfera panująca w Berlinie była pełna przygnębienia. Kanclerz Bethmann-Hollweg, patrząc w przyszłość z głęboką troską, długimi krokami przemierzał wyłożone dywanami podłogi swego biura, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co robi.
Malcolm Thomson pisze:
"W miarę jak mijał wieczór, w ministerstwie spraw zagranicznych w Berlinie pogłębiało się przygnębienie. Gdy zajrzał tam Theodor Wolff z Berliner Tageblatt, przywitała go grobowa cisza, w której dyplomaci rozmyślali, siedząc w staromodnych fotelach. Stary węgierski szlachcic Szögyény, który był austriackim ambasadorem, wyglądał tak, jakby rozpacz wyssała z niego ostatnią kroplę krwi. Jagow [niemiecki minister spraw zagranicznych] chodził w tę i z powrotem z przylepionym do twarzy, dwuznacznym uśmiechem."
W Wiedniu kanclerz Berchtold był w niewiele lepszym stanie. Jak zawsze nienagannie ubrany, z odpinanym kołnierzykiem i krawatem przypiętym perłową spinką, faszerował się tabletkami nasennymi. Nie dał rady złapać Rosjan za rękę, gdy sterowali serbskim spiskiem, co uczyniło jego fanfaronadę wobec rządu w Belgradzie mniej, niż bezużyteczną. Kaiser uważał jego brak rozwagi za niewybaczalny błąd. Teraz było za późno i rosyjskie armie będą wkrótce przekraczać granicę Austro-Węgier.
W Sankt Petersburgu, przywódców frakcji wojennej chwytały ostatnie paroksyzmy paniki. Wielka Wojna naprawdę się zaczęła. Suchomlinow, minister wojny, cały się trząsł. Na swym biurku ustawił rząd ikon i świec wotywnych i teraz co chwila się żegnał.
Prawdopodobnie jedynym, który zachowywał spokój, był Wilhelm II. Odmówił wydania rozkazu mobilizacji niemieckiej armii, mimo pełnych rozpaczy próśb generała von Moltke. Chociaż, jak przyznała w 1935 roku francusko-niemiecka komisja badająca przyczyny wojny, "rosyjska powszechna mobilizacja stworzyła nowy fait accompli, który pilnie wymagał niemieckiej reakcji". Dopiero o godzinie siódmej wieczorem, 31 lipca, Kaiser posunął się do tego, by oficjalnie ogłosić Kriegsgefahrzustand, "stan pogotowia wojennego", który wciąż był tylko wstępem do mobilizacji.
Kriegsgefahrzustand -?dudniący, złowieszczo brzmiący teutonizm, którego natychmiast nie omieszkali uczepić się propagandyści we Francji, malując obraz hord Hunów, przelewających się przez granicę. Ich przywódca, mówiący po niemiecku Tardieu, kłamliwie zapewniał publikę, iż słowo to oznacza, że Niemcy właśnie ogłosili "stan wojny" i wywołał tym ogólnonarodową histerię. Jak Francja może się wahać, by biec pod sztandary, gdy Niemcy już maszerują?
Podsekretarz stanu Abel Ferry, uczciwy patriota, któremu pisane będzie ponieść śmierć na polu bitwy, jako jedyny spośród francuskich przywódców widział, czym naprawdę były manewry jego przełożonych. W swym dzienniku zapisał: "Pajęczyna została postawiona i Niemcy wpadli w nią, jak wielka, bzycząca mucha."
Cesarz Wilhelm myślał w podobny sposób. Tego samego dnia odzwierciedlił to, mówiąc: "Sieć spadła nam na głowy." Niemcy wdepnęły w pułapkę. Fabre Luce napisze później:
"Cała historia na nieszczęście nie pozostawia miejsca na najmniejsze wątpliwości. Francja nie przystąpiła do wojny wiedziona honorem, jak to często udawali nasi przywódcy, ale wręcz przeciwnie -?łamiąc republikańską konstytucję z 1875 roku i naruszając postanowienia defensywnego paktu, który podpisała z Rosją."
1 sierpnia 1914 roku, o godzinie szóstej, niemiecki ambasador, Pourtal?s, złożył wizytę ministrowi spraw zagranicznych Sazonowowi, aby uzyskać odpowiedź na niemiecki apel o wstrzymanie rosyjskiej mobilizacji. Sazonow odpowiedział: "Nasza mobilizacja musi być kontynuowana. Przyjmując to za bezdyskusyjne, gotowi jesteśmy do kontunuowania negocjacji." Negocjowanie w sytuacji, gdy trwała mobilizacja, było tylko rosyjskim sposobem na zdobycie czasu.
Pourtal?s naciskał dalej: "Powtórzę raz jeszcze, Ekscelencjo, czy wstrzymacie mobilizację?" Sazonow, ze skupionym wzrokiem, nie poruszył się. Pourtal?s zadał pytanie dwukrotnie. Odpowiedź Sazonowa brzmiała: "Nie mam dla pana żadnej innej odpowiedzi."
Drżącą ręką Pourtal?s podał ministrowi kartkę papieru, po czym zaczął łkać. Niemcy wypowiedziały wojnę Rosji.
Nie bacząc na wszystko, niemiecki ambasador w Paryżu, baron von Schoen, w dniu 31 lipca podjął ostatnią próbę uniknięcia wojny między Francją i Niemcami. Dla wszystkich było jasne, że bez pomocy Francji, Rosja nie ma szans w konfrontacji z Niemcami i Austro-Węgrami. Baron przyniósł ostateczną propozycję swego rządu dla premiera Viviani: jeśli Francja pozostanie neutralna, Niemcy także pozostaną neutralne. Później twierdzić się będzie, że rząd niemiecki domagał się przekazania wielkich francuskich twierdz w Toul i Verdun, jako gwarancji francuskiej neutralności (Francuzi rozszyfrują potem telegram do Schoena w tej sprawie). W rzeczywistości ambasador nie wspomniał nawet o takim żądaniu i Francuzi nie mogli o nim wówczas wiedzieć.
Odpowiedź, jakiej udzielił Viviani, nie miała nic wspólnego z pięknymi i wzniosłymi zasadami, według których francuscy rzecznicy mieli w zwyczaju tworzyć swoją oficjalną retorykę. Zawierała się w siedmiu słowach: " Francja będzie się kierować swoimi własnymi interesami." W tym przypadku, rzecz jasna, interesem Francji było osłabienie jej potężnego, niemieckiego rywala i ponowne przejęcie kontroli nad Alzacją i Lotaryngią.
Publiczne deklaracje Poincaré bardziej odpowiadały kwiecistemu stylowi hipokryzji Trzeciej Republiki: "W tej godzinie nie ma partii politycznych, jest tylko Francja, nieugięta i kochająca pokój, Francja wieczna. Jest tylko Ojczyzna Prawa i Sprawiedliwości." Prawo ma szeroki grzbiet i Poincaré będzie go ujeżdżać jeszcze przez kilka lat.
Dzień wcześniej Austro-Węgry podjęły próbę ostatecznego zaapelowania do Francji. Prośba została przekazana przez emisariuszy krajów neutralnych -?Rumunii i Szwajcarii. Rumun Lahovary i Szwajcar Lardy dostarczyli propozycję na Quai d'Orsay, gdzie została chłodno odrzucona przez sekretarza Berthelota. "Jest za późno", powiedział. "Nie ma już możliwości wyprostowania stanu rzeczy." Później okaże się, że Berthelot nawet nie zadał sobie trudu, by przekazać propozycję na ręce swego szefa, premiera Viviani.
W międzyczasie rząd francuski, w nie mniejszym stopniu, niż jego rosyjski odpowiednik, naciskał na sprawną mobilizację. Generał Joffre meldował, że każdorazowe opóźnienie mobilizacji o dobę jest równoznaczne z koniecznością wycofania się o piętnaście do dwudziestu kilometrów -?co sprawi, że w ciągu miesiąca francuska armia znajdzie się u stóp Wieży Eiffela.
Już wkrótce zadośćuczyniono prośbie generałów. 1 sierpnia, o godzinie trzeciej czterdzieści pięć, minister wojny przekazał zastępcy sztabu generalnego, generałowi Ebene, rozkaz o przeprowadzeniu powszechnej mobilizacji. W miastach, miasteczkach i wsiach Francji kolorami rozkwitły plakaty, zupełnie, jakby trwała kampania wyborcza. Śmierć zwycięży przytłaczającą większością głosów.
Raz jeszcze rząd Poincaré sprokuruje kłamstwo, mające ratować mu twarz. Podobnie jak sojusznicy w Rosji, którzy twierdzili, iż rozpoczęli mobilizację po tym, jak ogłosiła ją Austria, rząd Poincaré utrzymywać będzie, że działania wymusili Niemcy, mobilizując się wcześniej. Faktem pozostaje zaś, że niemiecki rozkaz o mobilizacji nadszedł o godzinie piątej po południu, piętnaście minut po rozkazie francuskim (Berlin i Paryż są w innych strefach czasowych).
Kłamstwa te będą bezustannie powtarzane przez lata i staną się krzepkimi cegłami w murze, tworzącym fasadę niemieckiej winy. Chociaż w 1923 roku Poincaré będzie zmuszony przyznać, iż jednak Rosjanie uruchomili mobilizację przed Austriakami, będzie także utrzymywać, że został nieświadomie wprowadzony w błąd. Pomimo tego, czterdzieści lat po wojnie, standardowe francuskie prace, takie jak podręcznik historii autorstwa Bonifacio, podstawa edukacji francuskich studentów, dalej będzie podawać jako datę rosyjskiej mobilizacji 31 lipca 1914 roku.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zabójstwo, które mogło pozostać niczym innym, jak tylko oburzającym wydarzeniem w historii terroryzmu, miało zamiast tego w decydujący i katastrofalny sposób zaważyć na całym XX wieku. Spowodowało wybuch "Wielkiej Wojny" z lat 1914-1918, utorowało Sowietom drogę ku Rewolucji Październikowej w 1917 roku, umożliwiło Hitlerowi dojście do władzy w 1933 roku i późniejszą II wojnę światową, a przede wszystkim spowodowało konfrontację dwóch współczesnych gigantów - Związku Radzieckiego i Stanów Zjednoczonych, której konsekwencją, prędzej czy później, może być niszczycielska III wojna światowa.
Zabójstwo arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i jego żony w Sarajewie, w Bośni, w dniu 28 czerwca 1914 roku, które początkowo było jeszcze jedną wiadomością z pierwszych stron gazet, pozornie skazaną na przeminięcie, jak jej podobne, po kilku dniach okaże się jednak owocem zawiłego spisku. Początkowo sprawa wydawała się ograniczona do Serbii i Austrii, dwóch notorycznie skłóconych ze sobą sąsiadów. Ale nie minęły cztery tygodnie, gdy stało się jasne, iż Serbowie, będący przedmurzem Bałkanów, byli sprytnie manipulowani przez panslawistów na rosyjskim carskim dworze.
Austria ze swej strony złączona była z Niemcami więzami sojuszu politycznego i wojskowego. Z kolei rząd rosyjski związany był paktem wojskowym z władzami Francji, zdesperowanej by odzyskać Alzację i Lotaryngię, które Niemcy anektowały w 1871 roku. Ponadto, brytyjski establishment, w ciągu kilku ostatnich lat rozsierdzony wzrostem wpływów niemieckiej gospodarki i rozbudową niemieckiej floty, jeszcze bardziej zbliżył się do Francji i jej niedawnego rywala, Rosji. Tym samym powstały okoliczności sprzyjające kataklizmowi, którego furia miała w bezprecedensowy sposób wstrząsnąć Białym światem. W ciągu pięciu tygodni, dzięki kilku kulom wystrzelonym przez miernotę w sennym mieście na Bałkanach, wielkie europejskie potęgi skoczą sobie do gardeł. W konsekwencji, ponieważ ani Potrójna Ententa Anglii, Francji i Rosji, ani Dwuprzymierze Niemiec i Austro-Węgier nie będą w stanie zmusić drugiej strony do ustąpienia, walczące państwa nie znajdą lepszego sposobu, niż wciągnięcie do rzezi kolejnych dziewiętnastu krajów. Dzięki obietnicom, równie fałszywym, co sprzecznym ze sobą, za pomocą tajnych porozumień, konkurujące państwa będą oferować dokładnie te same trofea wojenne dwóm, a czasami trzem różnym krajom. Miliony ludzi zostanie sprzedanych niczym na aukcjach, bez swej wiedzy i zgody, jako łup dla najbardziej zagorzałych przeciwników swych własnych narodów.
Celem wzbudzenia nienawiści do Niemiec i wydźwignięcia jej do poziomu histerii, kraje Ententy oskarżać będą Niemcy o najbardziej odrażające okrucieństwa, kreując szaleńczą żądzę zemsty, która w połączeniu z krótkowzroczną chciwością i głupotą zwycięzców zrodzi w efekcie traktat wersalski. Układ ten, który zmiażdżył pierwszą potęgę Europy, Niemcy, pod ciężarem wstydu i reparacji wojennych, który amputował żywotne terytoria z ciała narodu i który uczynił go bezbronnym wobec wrogów wewnętrznych i zewnętrznych, w konsekwencji był skuteczny jedynie w tym, iż sprowokował nową i nieuchronną wojnę w Europie. Inteligentne mózgi Europy przewidziały następstwa traktatu jeszcze zanim został narzucony. Brytyjski premier David Lloyd George w 1919 roku uprzedzał w Paryżu zwycięskie państwa: "Jeśli pokój zostanie zawarty na takich warunkach, stanie się zarzewiem nowej wojny." I tak też się stało, gdyż bez traktatu wersalskiego byłoby niemożliwością, aby nieznany żołnierz piechoty, urodzony w Austrii i zahartowany w walkach na froncie zachodnim doszedł do absolutnej władzy w Niemczech. Adolf Hitler przyszedł na świat w Braunau am Inn, ale w sensie politycznym zrodził się w Wersalu.
Dzień, w którym podpisano traktat, 29 czerwca 1919 roku, nie tylko zakończył I wojnę światową -?zapoczątkował także II wojnę.
Rozdział 1 "Czarna Ręka" w Sarajewie
28 CZERWCA 1914 roku był w całej Europie dniem ciepłym i słonecznym. Niewielu mogłoby przypuszczać, iż ten z pozoru cichy, letni dzień zapisze się krwawo na kartach historii, i że owa brzemienna w skutki czerwcowa data stanie się w tym wieku dla Europy zwiastunem tak wielu kolejnych, skąpanych we krwi czerwcowych dni -?od traktatu wersalskiego w 1919 roku do kapitulacji Francji w 1940 roku, do "Dnia D" i lądowania w Normandii w 1944 roku i do rozbioru starego europejskiego porządku w Poczdamie, w czerwcu 1945 roku.
Nigdzie słońce nie świeciło tak mocno, jak owego pamiętnego dnia w Sarajewie -?sennym bałkańskim miasteczku w Bośni. Dawna siedziba prowincji Imperium Osmańskiego wciąż miała orientalny posmak, z białymi wieżami minaretów wznoszącymi się nad krętymi uliczkami bazaru. Miasto przeszło pod administrację cesarstwa austro-węgierskiego w 1878 roku, zostało ostatecznie anektowane w 1908 roku i teraz było miejscem, gdzie rzadko działo się coś nadzwyczajnego.
Tego jednak dnia odwiedzał je najważniejszy człowiek w monarchii austro-węgierskiej, arcyksiążę Franciszek Ferdynand. Był następcą habsburskiego tronu, na którym od sześćdziesięciu sześciu lat zasiadał leciwy i schorowany, osiemdziesięciosześcioletni Franciszek Józef. Arcyksiążę, na którego piersi pobrzękiwały medale, a hełm zdobiły pyszne pióra, był człowiekiem krzepkim, wielkim miłośnikiem polowań, który zapełnił pałace i dwory myśliwskie Europy licznymi rogatymi trofeami.
Następca tronu, jako głównodowodzący armią austro-węgierską, przybył do Sarajewa celem obserwowania manewrów, które odbywały się kilka mil poza miastem. Franciszek Ferdynand wraz z małżonką jechał do miejskiego ratusza nabrzeżem rzeki Miljacka praktycznie bez obstawy. Kolumna, składająca się z czterech pojazdów, przebyła zaledwie połowę drogi, gdy młody zamachowiec wymierzył bombę w arcyksięcia. Ładunek, uderzając w tył samochodu arcyksięcia, ześlizgnął się i eksplodował pod następnym pojazdem, gdzie zranił dwóch oficerów -?jednego z nich natychmiast przewieziono do pobliskiego szpitala. Franciszek Ferdynand i jego żona, wstrząśnięci, lecz cali i zdrowi, kontynuowali podróż do ratusza, gdzie arcyksiążę ostro zganił burmistrza za taki przejaw braku gościnności w mieście. Następnie mała kolumna pojazdów skierowała się w stronę szpitala, gdzie opatrywano młodego, rannego oficera.
Samochód jadący na czele kolumny omyłkowo skręcił w niewłaściwą ulicę i pojazd arcyksięcia podążył za nim. Wojskowy gubernator Bośni, generał Potiorek, przytomnie zasygnalizował kierowcy, by ten cofnął samochód i wrócił na zaplanowaną trasę. Gdy kierowca zahamował, do przodu wystąpił młody człowiek, który starannie celując, dwukrotnie wystrzelił w kierunku otwartego pojazdu.
Jedna z kul trafiła Franciszka Ferdynanda w szyję. Druga ugodziła w brzuch jego żonę Zofię, księżną Hohenberg. Gdy osunęła się na zielony mundur męża, zbryzgany krwią, ten wyszeptał, "Zofio, żyj dla naszych dzieci". Para zmarła kilka minut po ataku.
* * *
Wiadomość o zabójstwie swego bratanka i następcy, cesarz Franciszek Józef przyjął w swym wiedeńskim pałacu Hofburg z niestosownym spokojem. Sędziwy człowiek żywił niechęć do Franciszka Ferdynanda, być może częściowo z powodu, iż arcyksiążę zastąpił w kolejce do tronu jego własnego syna, Rudolfa, który dwadzieścia pięć lat wcześniej zmarł w pałacyku myśliwskim Mayerling wraz ze swą kochanką, Marią Vetserą, tragiczną, samobójczą śmiercią.
Co gorsza, żona Franciszka Ferdynanda, Zofia, choć pochodziła ze starego, czeskiego rodu książęcego, była zbyt nisko urodzona, by odpowiadać standardom prawa i obyczajów, które wymagały od habsburskiej księżnej znacznie wyższego tytułu i pochodzenia. Gdy Franciszek Ferdynand ożenił się z nią w 1900 roku, musiał zrzec się wszelkich praw dziedziczenia tronu Habsburgów ze strony małżonki i ich wspólnych dzieci. Małżeństwo morganatyczne -?niewybaczalne przestępstwo w zawodzie cesarza! Jasne jest, iż pozwala się koronowanym głowom na utrzymywanie kochanek i nawet bękartów, uważając je za dopuszczalne "przygody serca". Ale gdyby Rudolf Habsburg, Franciszek Ferdynand, król Anglii Edward VIII lub król Belgii Leopold III nie zechcieli podporządkować się odwiecznej tradycji wybierania stosownych małżonek -?musieliby się mieć na baczności! Tak więc na państwowym pogrzebie Franciszka Ferdynanda i jego żony, który odbył się w Wiedniu, zamordowana para podróżowała osobnymi karawanami. Procesja państwowych dygnitarzy postępowała za wspaniałym karawanem arcyksięcia, udekorowanym czarnymi piórami i ciągniętym przez kare konie. Karawan Zofii, znacznie mniej okazały, jechał z tyłu. Jej trumnę ustawiono w katedrze o jeden stopień niżej, niż trumnę męża. Zamiast korony, położono na niej wachlarz zwykłej damy dworu. Wiekowy monarcha wciąż wstydził się żony swojego bratanka, nawet po jej śmierci.
Franciszek Józef miał jeszcze jeden powód, by nie przejmować się zbytnio gwałtownym zejściem swojego następcy. Poglądy polityczne księcia i jego projekty reformy cesarstwa były dla starego monarchy rzeczami wyklętymi, gdyż sam z każdym mijającym rokiem stawał się coraz bardziej konserwatywny. W 1867 roku okoliczności zmusiły Franciszka Józefa (przegrana rok wcześniej wojna z Prusami) do przyznania Węgrom niemal równorzędnych praw w państwie, które stało się austro-węgierską monarchią dualistyczną. W kolejnych latach słowiańscy poddani Habsburgów zaczęli się domagać coraz większych praw, a Franciszek Ferdynand znany był ze swojego przychylnego stosunku do ich żądań do tego stopnia, iż być może posunąłby się tak daleko, by wprowadzić monarchię trialistyczną. Dla reakcyjnego w swych poglądach Franciszka Józefa, jak również dla dumnych Madziarów, zazdrosnych o swe przywileje, trializm stanowił śmiertelne zagrożenie dla monarchii. Poza granicami imperium również znalazły się siły, dla których idee arcyksięcia okazały się równie niebezpieczne.
Serbia, oddzielona od Austro-Węgier Dunajem, była najbardziej aktywnym i agresywnym ze wszystkich państw bałkańskich. Kraje bałkańskie, które przez wieki pozostawały pod władaniem ottomańskiej Turcji, i których wielu obywateli przeszło na islam -?Serbia, Bułgaria, Albania, Rumunia i Grecja -?uzyskały status niepodległych państw w dziewiętnastym i na początku dwudziestego wieku. Odzyskawszy niezależność, poświęcały mnóstwo energii na próby wzajemnej dominacji, sprzeczając się o problemy nie do rozwiązania w rejonach tak etnicznie zróżnicowanych, jak Macedonia i Tracja, i robiąc to z barbarzyńskim zapałem, który był równie niezmordowany, co zabójczy.
Przejściowo zjednoczone w 1912 roku, państwa bałkańskie zdołały wyzwolić pozostałą część Bałkanów spod panowania tureckiego, spychając Turków na przedmieścia Konstantynopola -?ostatni ich bastion na europejskiej ziemi. Rok później Serbowie i Bułgarzy rzucili się na siebie z dziką zaciekłością, zdeterminowani, by zawładnąć Macedonią. Nieszczęśni Macedończycy ponieśli główne koszty tej walki, gdy tysiące z nich zostało zmasakrowanych, a jeszcze więcej zapędzonych pod sztandary serbskich i bułgarskich najeźdźców. Serbia zatriumfowała, gdyż miała wsparcie potężnego patrona, który był zdecydowany na posłużenie się małym, bałkańskim państwem do wywalczenia punktu podparcia w swym marszu na południe i zachód -?wszechmocnego Cesarstwa Rosyjskiego.
Pokonani i upokorzeni przez Japonię w 1905 roku, carscy imperialiści musieli zrezygnować ze swych ambicji rozszerzenia wpływów na wschód. Bezpowrotnie minęły czasy, gdy wieki temu niezwyciężeni Kozacy gnali po krystalicznych śniegach Syberii, a Wielki Niedźwiedź zapuszczał się na Alaskę i do Kaliforni. Okazało się, że ociężała rosyjska marynarka wojenna jest nieefektywna i przestarzała. Po dziwacznym incydencie na Morzu Północnym, kiedy to rosyjskie okręty ostrzelały brytyjskie statki rybackie, w przekonaniu, iż są to japońskie niszczyciele, flota carska przepłynęła dziesięć tysięcy mil tylko po to, by japońska flota admirała Togo mogła posłać ją na dno w Cieśninie Cuszimskiej w maju 1905 roku. Okazało się, że japońskie armie w Mandżurii są lepsze, niż rosyjskie, co w efekcie oznaczało dla cara utratę Port Artura i reszty Mandżurii.
Wkrótce potem cesarscy imperialiści zmienili strategię, poszukując sposobów na wykorzystanie obaw i nadziei ich słowiańskich kuzynów na Bałkanach, w szczególności Serbów i Bułgarów, których kraje zapewniały wygodny dostęp do Adriatyku i owego stuletniego celu rosyjskich carów - kolorowych kopuł i murów Konstantynopola, bramy do ciepłych wód Morza Śródziemnego.
* * *
W 1908 roku imperialiści rosyjscy, wciąż liżący rany po swej klęsce na Dalekim Wschodzie, oraz ich serbscy protegowani, zostali zmuszeni do zaakceptowania, na konferencji w Londynie, austro-węgierskiej aneksji Bośni i Hercegowiny, która była terytorium słowiańskim na zachód od Serbii, na które Serbowie od dawna patrzyli z wielkim apetytem. Serbska kontrola nad tymi rejonami zapewniłaby ich carskim panom dostęp do portów na wybrzeżu Adriatyku, jednak Rosjanie czuli się zbyt słabi militarnie, by próbować przeforsować tę kwestię zbrojnie.
Przywołane do porządku, lecz niezrażone, imperialistyczne kręgi na dworze cara Mikołaja II, "panslawiści", zintensyfikowały swe działania. Car Mikołaj -?niebezpieczny, gdyż łatwo poddający się wpływom i wiecznie niezdecydowany -?dał im wolną rękę. Reżim z Sankt Petersburga zamieszał w bałkańskim kotle z jeszcze większym zapałem. Wobec rosnącego napięcia na linii Serbia -?Austro-Węgry, rosyjscy agenci i doradcy wydali rozkazy oraz dostarczyli Serbom niezbędne środki. Rosyjski ambasador w Serbii, Mikołaj Hartwig, niedyskretnie napomknął rumuńskiemu ministrowi Filaliti w dniu 12 listopada 1912 roku: "Rosja liczy na to, że Serbia, powiększona o bałkańskie prowincje Austro-Węgier, stanie się przedmurzem panslawizmu".
Hartwig, jako carski ambasador w Belgradzie, był bezdyskusyjnym zarządcą miasta i człowiekiem, którego francuski ambasador, Descos, określił, jako "prawdziwego władcę Serbii." Inni nazywali Hartwiga po prostu "wicekrólem".
W teorii głową państwa był król Serbii, Piotr I, ale król Piotr, wnuk handlarza świń, zawdzięczał wyniesienie na tron klice serbskich spiskowców, którzy zlikwidowali poprzedniego króla, Aleksandra Obrenowicza i jego żonę, królową Dragę, dokonując w 1903 roku makabrycznego aktu podwójnego morderstwa. Rodzina króla Piotra, Karadziordziewicze, przez większą część poprzedniego wieku pozostawała w ciągłym konflikcie z ze swymi rywalami, Obrenowiczami. Przy jednej z okazji szef klanu Obrenowiczów zaprezentował na dworze sułtana w Istambule starannie zasoloną głowę jednego z Karadziordziewiczów. Premierem przy Piotrze I był Nikola Pašić, człowiek przebiegły, acz dający sobą kierować, który z dnia na dzień i bez zbędnych wyrzutów sumienia przeskoczył ze stanowiska premiera, przy Aleksandrze Obrenowiczu, na stołek szefa rządu u króla wyniesionego na tron przez zabójców. Bał się podżegaczy, którzy zamordowali rodzinę królewską i z ochotą zgodził się służyć, jako narzędzie potężnych i wpływowych Rosjan.
Przesłuchanie zabójców arcyksięcia Franciszka Ferdynanda w Sarajewie spowodowało, powoli i nieubłaganie, pewne implikacje, gdyż wyjawiło powiązania wskazujące na najwyższe kręgi serbskiego reżimu. Obaj terroryści początkowo byli niezbyt rozmowni -?Čabrinović, którzy niecelnie rzucił bombę w arcyksięcia i ranił dwóch oficerów oraz Gawriło Princip, który oddał śmiertelne strzały, zaprzeczali, jakoby brali udział w większym spisku. Wymknęło im się tylko jedno nazwisko. Zapytani, kto szkolił ich w użyciu broni strzeleckiej, odpowiedzieli: "Ciganović." W rzeczywistości Milan Ciganović, pracownik Kolei Serbskich oraz członek tajnej organizacji terrorystycznej "Czarna Ręka", był osobistym agentem premiera Pašića.
Rozdział 2 Europa reaguje
Jeśli rząd serbski uważałby, iż jest poza wszelkimi podejrzeniami, powinien bezzwłocznie rozpocząć publiczne dochodzenie w kwestii poważnego przestępstwa, w które uwikłanych było pięciu obywateli jego kraju. Niepodjęcie śledztwa, czy nawet powstrzymanie się przed wydaniem oficjalnego oświadczenia, mogło tylko wzmocnić rosnące austriackie podejrzenia co do tego, że w sprawę zamieszane są oficjalne czynniki serbskie.
W rzeczywistości kwestia spisku była znana Pašićowi już na tygodnie przed 28 czerwca. Angielski historyk George Malcolm Thomson napisał później: "Ten wysoki, dobrze wyglądający mężczyzna, którego szacowna broda i imponująca prezencja skrywały jednego z najbardziej szczwanych lisów na Bałkanach, wiedział o planowanym morderstwie prawie natychmiast po tym, jak je uknuto. Być może usłyszał o nim przypadkowo, a być może dzięki jakiemuś podsłuchiwaczowi z jednej z kilku w Belgradzie kafejek, gdzie dyskutowano na tematy polityczne. Bardziej prawdopodobne jest, iż jego agent, urzędnik kolejowy, który był także członkiem "Czarnej Ręki", przekazał mu tę informację." (The Twelve Days, s. 48).
W ten sposób intrygę można było zawczasu udaremnić. W takim przypadku jednak, Pašić z pewnością ściągnąłby na siebie zemstę "Czarnej Ręki". Ponieważ stary brodacz, wytrawny polityk, cenił swoją skórę, obawiał się otwarcie zgnieść spisek. Z drugiej strony zależało mu też na tym, by zabezpieczyć się przed możliwymi oskarżeniami o współudział, które mogły paść ze strony Austriaków. Wpadł na pomysł podrzucenia zawoalowanego, delfickiego ostrzeżenia, które serbski ambasador w Wiedniu przekazał austriackiemu ministrowi finansów, Leonowi Bilińskiemu, Polakowi z Galicji, do którego obowiązków należało między innymi zarządzanie Bośnią. Biliński, który nie należał do lojalnych zwolenników cesarstwa austro-węgierskiego (zbiegł w czasie wojny), albo nie przejął się niewyraźną sugestią serbskiego ambasadora, iż arcyksiążę może mieć niefortunny wypadek podczas swej wizyty w Bośni, lub też, jeśli został dostatecznie poinformowany, nie zdecydował się działać w oparciu o uzyskane informacje. Nie podjęto więc środków zapobiegawczych; Franciszek Ferdynand podążył w kierunku swego przeznaczenia. Pojawiły się kolejne serbskie powiązania ze spiskowcami jeszcze przed zabójstwem: serbski następca tronu, Aleksander, spotkał się w Belgradzie z jednym z morderców.
Kto zaplanował operację i nią kierował? Winowajcą był nie kto inny, jak szef wywiadu wojskowego, pułkownik Dragutin Dmitriević, doświadczony terrorysta i główne narzędzie w rękach Rosji na Bałkanach. Jedenaście lat wcześniej, jako młody kapitan, Dmitriević brał udział w zamordowaniu serbskiej pary królewskiej. Później spiskować będzie z zamiarem dokonania zabójstwa cesarza Niemiec, Wilhelma II, jak również będzie planować zamordowanie królów Bułgarii i Grecji. Dmitriević, pozostając na żołdzie rosyjskiego ambasadora, Hartwiga, dodatkowo pełnił funkcję przywódcy tajnej "Czarnej Ręki", która występując przeciwko Austro-Węgrom, wykonywała krwawą robotę na rzecz Serbii i jej rosyjskich mocodawców.
* * *
Natychmiastowym następstwem ataku były austriackie podejrzenia, co do roli serbskiego rządu, ale możliwe współuczestnictwo rosyjskie nie było nawet rozpatrywane. Pod wpływem rozwagi, ale także słabości, spędzono cenne tygodnie na drobiazgowym dochodzeniu w sprawie zbrodni na tyle, na ile było to możliwe w przypadku przestępstwa, którego korzenie znajdowały się po drugiej stronie granicy. Gdyby Austria, praktycznie pewna udziału Serbii, zażądała wyjaśnień po kilku dniach, gdy oburzenie Europy spowodowane makabryczną zbrodnią wciąż sięgało zenitu, z łatwością doprowadziłoby to do sytuacji, w której mały bałkański kraj zostałby przywołany do porządku bez protestów ze strony wielkich mocarstw. W 1801 i 1807 roku Brytyjczycy ostrzelali Kopenhagę za sto razy mniej rażące prowokacje. Gdy Hussein Dey pacnął wachlarzem francuskiego konsula w Algierii w 1830 roku, Francja desantowała tam swe oddziały i zaanektowała kraj. Wiedeń był jednak stolicą kraju ględzących starców i wymuskanych tchórzy. Cesarz Franciszek Józef, który wciąż wzbudzał ogromny szacunek i cieszył się ogromnymi wpływami, był starą, wycieńczoną zjawą, nie mającą już kompetencji politycznych. Jego minister spraw zagranicznych, Leopold Anton Zygmunt Józef Korsinus Ferdynand Graf Berchtold w roli dyplomaty lub polityka nie czuł się dobrze. Jego gustom bardziej odpowiadało życie pośród niekończących się serii sztuk i koncertów, na frywolnych salonach, wyścigach konnych i w sklepach z rzadkimi księgozbiorami. Nieczęsto widywany bez swego wysokiego jedwabnego cylindra, był wybrednym elegantem i zapalonym miłośnikiem greckich klasyków. Przenikliwy obserwator napisał o nim: "Był z pewnością oddany krajowi, któremu służył całą wiedzą, na jaką było go stać -?z fatalnym skutkiem". Hrabia Berchtold, podobnie jak jego odpowiednik na czele austro-węgierskiej armii cesarskiej, generał Conrad von Hotzendorff, militarystyczny "połykacz ognia", pozbawiony cienia wyczucia w dyplomacji, stał murem za pomysłem złojenia skóry Serbom. Żaden z nich jednak nie był w stanie pokonać austriackiej inercji. Pierwszy krok, który Austria był w stanie podjąć, miał miejsce prawie w tydzień po zamachu, gdy Franciszek Józef napisał list do cesarza Niemiec, Wilhelma II, z prośbą o konsultacje przed podjęciem jakichkolwiek kroków przeciwko Serbii.
Wilhelm II, inteligentny, lecz neurotyczny, był osobą kapryśną. Mając inklinacje do nanoszenia złośliwych uwag na przedkładanych mu dokumentach państwowych, w rodzaju "Ropuchy!", "Kruki!", "Jezuici!", często odgrywał rolę afektownego aktora w krótkotrwałych politycznych dramatach, które jednak zwykle kończyły się bezboleśnie. 28 czerwca odebrał w Berlinie wieści o śmierci Franciszka Ferdynanda z przerażeniem, gdyż obaj panowie pozostawali w przyjaźni. Odpisał na list Franciszka Józefa, informując go, iż Niemcy gotowe są wypełnić swe obowiązki sojusznicze wobec swego austriackiego alianta, gdyby okazało się, że Serbia wspomagała lub chroniła zabójców. Jednakże intencją Wilhelma II nie było prowadzenie Niemiec do wojny na skalę europejską, ani też rozszerzanie konfliktu poza granice zachodnich Bałkanów.
Kaiser, do tej pory często przedstawiany, jako rozhisteryzowany ogr z uporem miażdżący wszystko na swojej drodze, był tak daleki od myśli o przygotowaniach do wojny, iż w dniu 6 lipca wyruszył w trzytygodniowy rejs swym jachtem "Hohenzollern" w kierunku Norwegii. Podobnie, jak i on, jego ministrowie udali się na wakacje: von Jagow, minister spraw zagranicznych, udał się w podróż poślubną; von Moltke, szef sztabu, przebywał w uzdrowisku Karlowe Wary, a admirał von Tirpitz wypoczywał w Tarasp, w Szwajcarii. Także królowie Bawarii i Saksonii opuścili swe stolice, udając się do rezydencji ziemskich w głębi kraju. Ani Cesarz, ani jego ministrowie nie uruchomili przed wyjazdem żadnych procedur alarmowych. Nie podjęto kroków, mających na celu zgromadzenie zapasów zboża: w lipcu 1914 roku Niemcy nie zakupiły nawet jednej tony mąki. Nawet przywódcy opozycji opuścili Berlin.
Podczas gdy zarówno Kaiser, jak i jego rząd nie mieli motywu -?i jeszcze mniej chęci -?by pogrążać Europę w bratobójczej wojnie, zupełnie inne odczucia panowały wśród przywódców francuskich. Francuzi wciąż boleśnie odczuwali niemiecką aneksję Alzacji i części Lotaryngii z roku 1871. W Paryżu, na Placu Zgody, pomniki upamiętniające Metz i Strasburg wciąż były przewiązane kirem.
W 1914 roku byłem zaledwie ośmioletnim chłopcem, urodzonym w belgijskich Ardenach po drugiej stronie francuskiej granicy. Nawet tam, w długich, cichych dolinach oddalonych niemalże od wszystkiego, historia Alzacji i Lotaryngii rozpalała nasze emocje. Widząc jaskółki wracające na wiosnę z południa, śpiewaliśmy: "Oto ptak, który leci z Francji", dokładnie tak samo, jak robiły dzieci w Alzacji na swym pruskim zesłaniu. Podobnie jak Francuzi, z żalem myśleliśmy o Alzacji i Lotaryngii i czuliśmy urazę do Niemców: przeklęci Prusacy będą musieli ją oddać, nawet, jeśli trzeba będzie użyć siły.
Niemcy, aspirujące do pozycji światowej potęgi ekonomicznej i politycznej, ze swą ludnością rosnącą o sześćset tysięcy ludzi rocznie, nie zaprzątały sobie specjalnie głowy kwestią zademonstrowania swojej dominacji Francuzom. Sam Bismarck nigdy nie przejawiał entuzjazmu na myśl o aneksji, a jego następcy gotowi byli na ustępstwa wobec Francji. Theobald von Bethmann-Hollweg, w 1912 roku kanclerz cesarstwa, proponował w tymże samym roku ambasadorowi francuskiemu w Berlinie, Julesowi Cambon, negocjacje z Francją dotyczące neutralności i pełnej autonomii Alzacji i Lotaryngii, ale sugestia została wyniośle odrzucona. Francja zamanifestowała swą złą wolę. Niemcy zaś woleli łudzić się nadzieją, iż czas zaleczy rany Francji.
* * *
Oficjalna brytyjska reakcja na zbrodnię w Sarajewie była bardziej powściągliwa. Największym powodem do zmartwień dla przedstawicieli establishmentu brytyjskiego imperium była stała rozbudowa niemieckiej marynarki wojennej i floty handlowej, które Wilhelm II konsekwentnie wspierał -?w kontraście do rozwagi, jakiej dowiódł później Hitler, zgadzając się w 1935 roku na ograniczenie tonażu floty niemieckiej do poziomu 35% Royal Navy. Tak naprawdę, dla angielskiej opinii publicznej, Belgrad, nie wspominając o Sarajewie, był czymś nieznanym. Dla londyńczyków Singapur, Hong Kong, czy nawet Wyspy Falklandzkie, były miejscami niezbyt odległymi od ujścia Tamizy, ale Dunaj był dziką i nieznaną rzeką na krańcu cywilizowanego świata (podobnie, jak dla Nevilla Chamberlaina Czechosłowacja w 1938 roku stanowiła "odległy kraj, o którym niewiele wiemy").
W Belgradzie premier Pašić, dowodząc niemałej hipokryzji, zarządził mszę za zmarłego arcyksięcia i jego małżonkę. Ze łzami w oczach usilnie prosił Wszechmocnego, by przyjął na swe łono dwoje swych sług, Franciszka Ferdynanda i Zofię. Jego poza wydała się tak cyniczna, iż francuski ambasador w Belgradzie, Descos, odmówił udziału w uroczystości.
Descos od dawna miał podejrzenia co do intryg serbskiego rządu. Obserwował gwałtowną rozbudowę serbskiej armii, która rok wcześniej podwoiła swoją liczebność, wchłaniając dziesiątki tysięcy macedońskich rekrutów. Kto zagrażał temu krajowi?
Ambasador francuski dostrzegał korupcję w interesach, dzięki której miliony franków w złocie płynęły z Francji do Serbii w postaci niskooprocentowanych pożyczek po tym, jak drogę utorowały im serbskie łapówki, wręczane wpływowym Francuzom, głównie ze świata prasy. Francuski senator Humbert, wydawca Le Journal, osobiście odebrał prowizję w wysokości 15% od wartości dużego kontraktu na dostawę wojskowego obuwia, które zakupił Belgrad. Tego typu wydatek wymagał drastycznych oszczędności w procesie produkcji: skórzane obcasy zastąpiono kartonowymi i w związku z tym tragiczny odwrót armii serbskiej w 1915 roku będzie odbywać się boso. Przypadek senatora Humberta nie był odosobniony. Descos, dostatecznie już zniesmaczony tym, co się dzieje, zażądał, aby zwolniono go z ze stanowiska ambasadora - pełna hipokryzji msza za zmarłych była ostatnią kroplą, która przelała czarę. W tym samym czasie jego ustąpienia zażądał też Pašić, i Descos opuścił Belgrad, jako człowiek bardzo poirytowany.
W międzyczasie Austriacy kontynuowali swe śledztwo dotyczące zamachu w Sarajewie. Po tym, jak poznano nazwisko Ciganovića, austriaccy śledczy dowiedzieli się, dzięki uprzejmości rządu serbskiego, iż akurat ten konspirator w cudowny sposób zniknął. Można przytoczyć tu lakoniczne stwierdzenie Pašića: "W dniu 28 czerwca udał się w nieznanym kierunku". Nie pojawi się przez ponad rok.
Gniew Austriaków rósł powoli. Dopiero po trzech tygodniach przed obliczem rządu Pašića pojawił się austriacki ambasador w Belgradzie, Giesl, aby przedstawić żądanie Austrii dotyczące powołania komitetu dochodzeniowego, składającego się z przedstawicieli obu krajów. Austriacy sformułowali swe żądania w surowy sposób. Po pierwsze, postawili wymóg, by strona serbska w jednoznaczny sposób potępiła zabójstwo; po drugie, domagali się poważnego dochodzenia z udziałem przedstawicieli Austrii. Rzecz jasna, rząd serbski oponował. Jak utrzymywał premier Pašić, nie było to tylko kwestią suwerenności Serbii. Zwierzając się Dragomirowi Stefanovićowi, swemu sekretarzowi spraw zagranicznych (i jednocześnie swemu pasierbowi), powiedział: "Jeśli zaakceptujemy to dochodzenie, złapią nas na gorącym uczynku".
W obliczu żądań Austrii, Pašić zrobił coś, w co trudno uwierzyć. Nie tylko zwlekał i unikał odpowiedzi na pytania, ale uciekł. Każdy szczegół tej dziwacznej historii stał się znany. Gdy ambasador Giesl w dniu 23 lipca pojawił się w serbskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych, zaopatrzony w stosowne pismo do Pašića, jego sekretarz powitał go lapidarnym: "Wyjechał". Zapytany, dokąd, odpowiedział emisariuszowi, "W teren". Zgodnie z informacją urzędnika, nie było szans na skontaktowanie się z nim przez telefon, więc Austriak nie miał innego wyboru, jak złożyć ultimatum na ręce sekretarza.
W tym samym czasie Pašić przebywał w Niszu, osiemdziesiąt kilometrów na południe od stolicy. Powiadomiony o austriackich żądaniach, Pašić, zamiast wrócić natychmiast do Belgradu, jeszcze tego samego popołudnia wskoczył do pociągu i podążył na południe do Salonik, aby, jak to powiedział kilku towarzyszącym mu przyjaciołom, "incognito spędzić tam kilka dni na odpoczynku". Georg Malcolm Thomson tak określił zachowanie podstępnego polityka: "Zamiarem Pašića było pozostawanie 'poza zasięgiem' w krytycznym czasie, gdy ultimatum mogło być zaakceptowane lub odrzucone, gdyż oba rozwiązania były dla niego równie niebezpieczne".
Jednakże w Belgradzie książę regent, Aleksander, inaczej pojmował obowiązki Pašića. Nakazał naczelnikowi stacji w Niszu, aby telegraficznie przekazał Pašićowi rozkaz natychmiastowego powrotu. Jednak Pašić wciąż wykazywał upór, wsiadając do pociągu i kontynuując podróż na południe. Po godzinie skład został zatrzymany i Pašić ponownie otrzymał polecenie niezwłocznego powrotu do Belgradu. Po kilku kolejnych godzinach lawirowania, Pašića opuściła determinacja i udał się w stronę stolicy.
24 lipca o godzinie piątej rano, po przybyciu na dworzec w Belgradzie, Pašić, ze szklistym spojrzeniem i zmierzwioną brodą, zrobił coś wiele mówiącego -?zamiast natychmiast zameldować się u regenta, udał się bezpośrednio do ambasady rosyjskiej. Było oczywiste, kto sprawuje w Serbii prawdziwą władzę.
* * *
Rosja, wcale nie bardziej niż Serbia, mogła sobie pozwolić na dokładne śledztwo w sprawie sarajewskiego spisku. Znamienne są słowa, wypowiedziane przez carskiego ministra spraw zagranicznych, Sazonowa, który 24 lipca powiedział, dowiedziawszy się o formalnych żądaniach Austrii: "To oznacza wojnę w Europie".
Natychmiast zawtórował mu francuski ambasador w Rosji, Maurice Paleologue, który pospieszył do Sazonowa, niosąc posłanie prezydenta Poincaré: "Bądźcie twardzi! Musimy być twardzi!". W dniu 24 lipca książę Aleksander wysłał do cara rozpaczliwe przesłanie. Rosyjska reakcja miała ujawnić, czy Rosja zdecydowana jest wesprzeć swojego serbskiego wabika, czy też nie. Po kilku godzinach nadeszła telegraficzna odpowiedź i Pašić otworzył ją trzęsącymi się rękoma. Przeczytał ją szybko, po czym wykrzyknął: "Dobry, wielki, miłosierny car!".
Mając poparcie Rosji, Serbia nie będzie musiała pokutować za swe występki.
Następnego dnia ambasador Giesl ponownie pojawił się w biurze premiera, tym razem niedługo przed godziną szóstą po południu. Pašić był obecny i na austriackie ultimatum odpowiedział zdecydowanym "nie". Odmowa sformułowana była w wyrafinowanym, dyplomatycznym tonie i zawierała nawet pewne ustępstwa, jednakże Serbowie nie byli gotowi na wydanie Austriakom zezwolenia na prowadzenie dochodzenia na terytorium Serbii, nawet przy współudziale strony serbskiej. Austriacki ambasador uprzejmie zabrał swój melonik i wyszedł, aby zdążyć na pociąg do Wiednia, odchodzący o godzinie osiemnastej trzydzieści. Stosunki dyplomatyczne zostały zerwane. W powietrzu zapachniało wojną.
Jak na ironię, trzy lata później, Pašić, celem osiągnięcia własnych celów politycznych, odegra pokazowe dochodzenie i proces oficerów, którzy zorganizowali zamach. Finałem rozprawy sądowej będzie egzekucja pułkownika Dmitrievića i jego siepaczy. W owym czasie, w roku 1917, Pašić, którego armie zapędzono znad Dunaju nad Adriatyk po zadaniu im strat w zabitych w wysokości trzystu tysięcy ludzi, wpadnie na pomysł pojednania się z Austro-Węgrami, na czele których stać będzie wówczas cesarz Karol I. Mimo, iż Karol I nie był przeciwny ugodzie, finałem całej sprawy będzie nic innego, jak tylko koniec Dmitrievića i jego konfederatów oraz ponure w swym wydźwięku ujawnienie cynizmu serbskiego przywódcy.
Gdyby Dmitriević przyznał się do winy w 1914 roku tak, jak zrobił to w 1917, rząd Pašića bez wątpienia by upadł i ani Serbia, ani Europa nie zamieniłyby się w morze ruin tak, jak to się stało w 1917 roku.
Jak ujawnił przed śmiercią Dmitriević, prawdziwym dyrygentem całego spisku był rosyjski attaché wojskowy, pułkownik Wiktor Artmanow, który na wczesnym etapie przygotowań powiedział do Dmitrievića: "Działajcie. Jeśli was zaatakują, nie będziecie sami." Dmitriević ujawnił w swych zeznaniach, iż Artmanow finansował spiskowców, i że on sam nie uruchomił machiny spiskowej, zanim nie otrzymał finalnej zgody Rosjan. Jeśli chodzi o Artmanowa, opuścił Belgrad na długo przed 28 czerwca, dniem zamachu. Tego dnia przebywał w Zurichu i kontynuował swą nieśpieszną podróż po Szwajcarii i Włoszech, nie zapominając o prowadzeniu dokładnego dziennika, który mógłby posłużyć mu za dowód, pozwalający na rozliczenie się z każdego dnia.
W Sankt Petersburgu rząd carski w pośpiechu przygotowywał się do wojny. W dniu 7 lipca 1914 roku, na dwa tygodnie przed dostarczeniem przez Austrię ultimatum dla Serbii, wydano rozkazy dotyczące przerzucenia wojsk z Serbii do europejskiej części Rosji. Do 25 lipca oddziały te były już zakwaterowane na terytorium moskiewskiego okręgu wojskowego.
Gdyby Austria miała szansę przesłuchania Dmitrievića tak szybko, jak później zrobili to ludzie Pašića, błyskawicznie dowiedziałaby się, że załatwienie sprawy Sarajewa nie zakończy się małą sprzeczką pomiędzy jej własnymi, pokaźnymi siłami zbrojnymi i wojskami małej Serbii, lecz, że czeka na nią pięciomilionowa armia najbardziej ludnego państwa Europy, gotowa siłą przeciwstawić się imperium Habsburgów.
Po śmierci Dmitrievića, (której bezskutecznie próbowało zapobiec kilka krajów, podczas gdy Pašić nie mógł tolerować stanu, gdy ten wciąż żył i mówił), pamięć o nim zaginęła na ćwierć wieku, aż do chwili, gdy została wskrzeszona i doceniona przez Josipa Broz Tito, innego terrorystę, który skromnie mianował się marszałkiem. Dmitriević stał się bohaterem narodowym i jednym z męczenników w przyszłej Jugosławii. Człowiek, który nacisnął spust, Gawriło Princip, został podobnie uhonorowany i w miejscu, w którym stał w Sarajewie i celował z rewolweru, znajduje się dziś pomnik.
W ten oto sposób Austro-Węgry zostały wciągnięte w pułapkę, która stała się największą i najbardziej niszczycielską wojną, jaką widział do tej pory świat. Następnym celem rosyjskich prowokatorów będzie zwabienie w pułapkę Niemiec. W dniu 31 lipca 1914 roku było to już fait accompli.
Rozdział 3 Niemieckie dynamo
Przeciętny obywatel Zachodu -?Europejczyk, Amerykanin, czy też, kto tam jeszcze chcecie -?od dawna przyjmował za pewnik, że główną odpowiedzialność za I wojnę światową ponosi cesarz Wilhelm II. Przecież pod koniec wojny nawet zwykle rozsądny człowiek, jakim był brytyjski premier David Lloyd George, widząc zwycięstwo w zasięgu ręki obwieścił, iż on i jego sojusznicy "Powieszą Kaisera!" Później Lloyd Georg obiecał Izbie Gmin, że cesarz-winowajca będzie obwożony ulicami Londynu w żelaznej klatce. Obietnica ta pozwoliła mu zgrabnie wygrać wybory w lutym 1919 roku.
Chociaż Lloyd George i motłoch, do którego przemawiał, jak również brytyjscy alianci i rewolucyjni spadkobiercy Wilhelma w Niemczech zostali odarci ze swych pragnień, reputacja Kaisera została skutecznie zszargana przez ówczesną propagandę wojenną i na zawsze zawisła na szubienicy historii dzięki pisarstwu wpływowych gremiów historyków. Ogłupiający efekt tej propagandy był taki, że, mimo iż masa ludzi do dziś jest przekonana, że niemiecki cesarz był wyjątkowym okazem odrażającego ogra, to nawet jedna osoba na tysiąc nie ma pojęcia o działaniach Kaisera w tamtych dniach. Wrażenie jest takie, że osiem milionów ludzi zginęło w rzeźniach Flandrii i Galicji wyłącznie dzięki Kaiserowi.
Traktat wersalski, który potwierdził, iż wyłączną winę za wybuch wojny ponoszą Niemcy, rzecz jasna nigdy nie mógłby być narzucony, gdyby u jego podwalin nie leżała teza o nikczemności Wilhelma II. Najmniejsza wątpliwość, co do rzekomych wojennych knowań Wilhelma sprawiłaby, że cały oszukańczy dokument straciłby swą moc.
* * *
Jaka była rzeczywista rola Wilhelma II w rozpętaniu wojny?
By rzec prawdę, trzeba zauważyć, iż w dniu, kiedy Austro-Węgry wypowiedziały wojnę Serbii, cesarza od wielu dni nie było w Niemczech. Jako zadowolony urlopowicz wciąż żeglował po Morzu Północnym na swym jachcie "Hohenzollern". Powiadomiony o zbrodni w Sarajewie, wyraził swe przerażenie i zapewnił cesarza Franciszka Józefa o swym pełnym poparciu. Niemniej jednak w owym czasie wciąż odbierał całe wydarzenie jako lokalny incydent, którym Austro-Węgry -?za jednym zamachem pozbawione swego następcy tronu i głównodowodzącego armią -?mogły być w oczywisty sposób poważnie zaniepokojone. Wciąż nieświadom tego, jakich rzeczy dowiedzą się Austriacy w czasie przesłuchania zamachowców, cesarz wyjechał na początku lipca z kraju, z mocnym postanowieniem, by spędzić cały miesiąc na morzu.
Gdyby impulsywny władca rzeczywiście pragnął wzniecić wojnę w Europie, z pewnością zwróciłby większą uwagę na dopilnowanie, by jego plany zostały wcielone w życie. Jednak pozwolił na to, aby jego szef sztabu, von Moltke, kontynuował swój wypoczynek w Karlowych Warach, a admirał Tirpitz wciąż spędzał czas na urlopie w Tarasp.
Zresztą, dlaczego Niemcy i ich przywódca mieliby chcieć wojny? Do 1914 roku Niemcy osiągnęły na kontynencie prymat ekonomiczny bez jednego wystrzału. Zauważył to francuski historyk Lavisse, który w kwietniu 1917 roku na odczycie wygłoszonym na Sorbonie, odniósł się do okresu 1871-1914 w następujących słowach: " Nigdy jeszcze w żadnym kraju historia nie widziała tak zdumiewającego wzrostu produkcji i ogólnego dobrobytu w tak krótkim czasie".
Od 1870 roku liczba ludności Niemiec zwiększyła się o piętnaście milionów, podczas gdy liczba mieszkańców Anglii utrzymywała się na niezmiennym poziomie, zaś Francja znajdowała się w okresie stagnacji. Niemcy nie musieli już emigrować, gdyż kolosalny wzrost ekonomiczny kraju zapewniał pracę dla wszystkich. W okresie między 1900 i 1910 rokiem wydobycie węgla niemalże się podwoiło. Niemiecki przemysł metalurgiczny, chemiczny i wyrobów precyzyjnych nie miały sobie równych na świecie. Produkty niemieckie wszędzie wzbudzały podziw, co w latach 1910-1913 pozwoliło na podwojenie eksportu, który w tym ostatnim roku osiągnął wartość dziesięciu miliardów marek.
Towary eksportowano do odległych krajów -?Chin i obu Ameryk - niemieckimi statkami, gdyż flota handlowa wkroczyła właśnie w okres swojego największego rozwoju i bandera cesarstwa była obecna na siedmiu morzach.
Niemiecka ekspansja robiła wrażenie, tym bardziej że przez kilka dziesięcioleci odbywała się bez podbojów militarnych, co było zauważalnie pokojowym sposobem rozszerzania wpływów, szczególnie w porównaniu z krwawymi metodami takich imperialnych potęg, jak Anglia i Francja, nie wspominając o Ameryce, która uzyskała nowe terytoria kosztem Meksyku.
Jakość niemieckich towarów, w połączeniu z efektywnością niemieckich przedstawicieli handlowych, powodowała budzącą obawy zazdrość, szczególnie wśród możnych angielskiego imperializmu. Wybitny francuski historyk, Pierre Renouvin, zauważył: "Od 1900 roku Niemcy były na fali sukcesu. Dzięki inicjatywie swych handlowców-globtroterów, którzy dokładają wszelkich starań, by odgadnąć potrzeby swych klientów i zaspokoić ich gusta, jak również dzięki dobrym warunkom oferowanym przez eksporterów swym odbiorcom, niemiecki handel bierze górę nad angielskim w Holandii, gdzie Rotterdam jest dodatkiem do Nadrenii; w Belgii, gdzie część firm w Antwerpii jest w rękach czterdziestu tysięcy Niemców; we Włoszech, które kupują wyroby niemieckiego przemysły chemicznego i metalurgicznego; w Rosji, gdzie Niemcy mają przewagę odległości i lepszej znajomości kraju, i nawet w Serbii. Wąski margines przewagi, jaką handel brytyjski cieszy się na rynkach Francji, Hiszpanii i Imperium Osmańskiego, bezustannie się zmniejsza. Angielski producent i eksporter denerwuje się, gdyż wszędzie natrafia na niemieckich handlowców, którzy wygryzają go z interesu. Rywalizacja ekonomiczna tworzy zły klimat wśród opinii publicznej, co nie może nie mieć wpływu na stosunki polityczne. (Renouvin, La crise europeenne, s. 142)
Do tego czasu morza przez dwa wieki były niemalże prywatną domeną imperium brytyjskiego, a światowy handel na przestrzeni dziewiętnastego wieku był zmonopolizowany przez Brytyjczyków. Zarówno Francja, jak i Hiszpania zostały solidnie przetrzepane za to, że nie chciały z odpowiednim wdziękiem zgodzić się na supremację Brytanii. Marzenia Filipa II, króla Hiszpanii oraz Napoleona, cesarza Francji, poszły na dno razem z ich flotami, zatopionymi przez Royal Navy.
Wilhelm II, mając śmiałość zbudować flotę mogącą obsłużyć siedemdziesiąt procent zamorskiego handlu Niemiec, wywołał gniew aroganckiego monopolu, którego nawet Hitler nie miał odwagi antagonizować dobre dwadzieścia lat później. Królowa Anglii wyraziła poglądy establishmentu, mówiąc: "Wilhelm II bawi się w Charlemagne".
W większości przypadków brytyjscy przywódcy z niechęcią myśleli o publicznym roztrząsaniu swych obaw co do ekspansji niemieckiego przemysłu i floty. Niemcy ze swojej strony żyli nadzieją, iż uda im się uzgodnić sprawy z Brytyjczykami na zasadzie pewnego rodzaju umowy dżentelmeńskiej.
Jednak brytyjska odpowiedź nie była zachęcająca, szczególnie w kwestii rozszerzania niemieckich kolonii, które mogłyby wchłonąć część rosnącej populacji. Każdy wysiłek w tym kierunku był zazdrośnie torpedowany przez Wielką Brytanię. Mali sąsiedzi, tacy jak Belgia czy Holandia, mogli posiadać wielkie zamorskie imperia, sześćdziesięciokrotnie lub osiemdziesięciokrotnie przewyższające powierzchnię metropolii, ale one z dawien dawna uważane były za posłusznych satelitów. Niemcy zaś były potężnym rywalem.
Oczywista prawda, iż do skutecznego konkurowania z rosnącą potęgą niemieckiej ekonomii Zjednoczone Królestwo musiałoby produkować towary równie dobre i niedrogie, jak te wytwarzane w Rzeszy, zupełnie umykała uwadze Brytyjczyków. Zamiast podjąć wyzwanie, czuli się zagrożeni. Samotni, wyniośli i opryskliwi, ruszyli na poszukiwanie sprzymierzeńców przeciwko niemieckiemu "zagrożeniu". W 1904 roku Brytania zapoczątkowała zbliżenie ze swym odwiecznym wrogiem, Francją, kiedy to oba kraje zawarły układ, znany pod nazwą Entente Cordiale, który w rzeczywistości zawsze pozostanie swoistym Mesentente Cordiale. W końcu jednak fakt, iż ociężały John Bull i zwinna Marianne ruszyli do tańca, oznaczał punkt zwrotny w historii.
Brytyjski establishment potrzebować będzie kataklizmu dwóch wojen światowych w czasie jednego wieku, by dotarło do niego, iż jego światowy monopol ostatecznie się skończył, wyparty przez niepewne kondominium Stanów Zjednoczonych Ameryki i Związku Sowieckiego.
* * *
Pomijając chybioną brytyjską ofertę portugalskiej Angoli w zamian za zaniechanie rozbudowy floty, złożoną Niemcom w 1912 roku, Wilhelm II nie dał się odwieść od swych planów i stocznie kontynuowały prace pełną parą. Bynajmniej nie znaczyło to, iż Kaiser dążył do wojny. W rzeczy samej, w 1905 roku, z własnej inicjatywy, przebywając na wakacjach na pokładzie swego jachtu u wybrzeży Danii, zawarł braterską umowę z niegdysiejszym rosyjskim rywalem, carem. Imperator Rosji był z natury człowiekiem łagodnego usposobienia, ociekającym dobrymi intencjami. Ale miał słabą wolę i będąc neurotykiem, był ciągle otoczony kręgiem panslawistycznych aktywistów, wojowniczych arcyksiążąt, mętnych szarych eminencji i wszelakiej maści manipulatorów. Pomimo intencji Wilhelma, by przyciągnąć Francję do jego serdecznego porozumienia z Rosją, skupione wokół cara elementy nieprzyjazne niemiecko-rosyjskiemu odprężeniu, zdołały w ciągu czterech miesięcy storpedować porozumienie. Francusko-rosyjskie antyniemieckie porozumienie z 1894 roku pozostało w mocy i rosyjscy imperialiści spozierali na Śląsk (austro-węgierski) i Galicję wzrokiem bardziej łakomym, niż kiedykolwiek wcześniej. Francuzi ze swojej strony, podniesieni na duchu perspektywą wsparcia ze strony potężnej armii rosyjskiej, knuli, aby odzyskać Alzację i Lotaryngię.
Rozdział 4 Ambicja i rewanżyzm
Od 1871 ROKU Republika Francuska ogarnięta była obsesją odzyskania Alzacji i Lotaryngii. W tym samym roku, podczas obrad Zgromadzenia Narodowego w Bordeaux, Viktor Hugo trąbił o swym niezłomnym oddaniu sprawie utraconych terytoriów. Po nim do chóru literackich rewanżystów dołączyli Deroulede, Barras i Bourget.
Jakkolwiek szlachetne byłyby francuskie protesty, nie brały pod uwagę historii -?szczególnie historii swego własnego kraju. W przeszłości Francja była dość zręczna w anektowaniu terytoriów swoich sąsiadów. W końcu, jakim sposobem Nord, Dunkierka, Lille, Arras i Douai, wszystkie mające niemieckiego orła w tarczy herbowej, znalazły się we Francji? To samo dotyczy Rousillon, oryginalnie będącego częścią Katalonii, jak również Burgundii i Verdun, do 1552 roku niemieckiego miasta katedralnego. Toul stało się częścią Francji dopiero w 1648 roku, po zawarciu Pokoju Westfalskiego.
A i same Alzacja i Lotaryngia zostały uzyskane w niezbyt odległej przeszłości. Lotaryngia była niemiecka przez tysiąclecie. Prawie czterysta lat wcześniej cesarz Karol V marzył, aby uczynić ją wolnym i niezbywalnym krajem, buforem między Francją a Niemcami. Francuzi mieli jednak inne aspiracje. W roku 1633 zdobyli Nancy; sto trzydzieści trzy lata później pozostała część Lotaryngii została zajęta i anektowana. Gdy Niemcy odebrali prowincję w 1870 roku, należała do Francuzów ledwie ponad wiek.
Podobna sytuacja była z Alzacją. Traktat w Verdun z roku 843 uczynił ją częścią Lotaryngii. Dwadzieścia siedem lat później traktat w Meerssen przyznał ją Ludwikowi II Niemieckiemu. Od XII do XV wieku była częścią Księstwa Szwabii i przeżywała rozkwit gospodarczy. I nie wcześniej niż w roku 1679, po tym, jak francuskie wojska dowodzone przez marszałka Turenne okazały się lepsze niż armia Cesarstwa Niemieckiego, traktat w Nijmegen potwierdził francuskie zwierzchnictwo nad Alzacją. Strasburg pozostawał niemiecki do 1681 roku, a pokaźne miasto Miluza opierało się Francji do 1798 roku, kiedy to zostało ostatecznie zdobyte.
Jest w tym jakaś prawda, iż najmłodsze dziecko -?lub ostatnia zdobycz - kochana jest najbardziej. Tak wyglądała historia z Alzacją i Lotaryngią. I nie ulega wątpliwości, iż prowincje te odegrałyby zdrowszą rolę w historii Europy, gdyby dane im było stać się rdzeniem buforowego państwa dzielącego dwóch rywali, zamiast przez tysiąc lat stanowić arenę bojów ich armii.
Niemcy cesarza Wilhelma II ostatecznie zorientowały się, że kwestia "utraconych prowincji" stanowi barierę nie do pokonania na drodze do francusko-niemieckiego pojednania i w roku 1911 przyznały Alzacji i Lotaryngii autonomię w ramach Rzeszy. Zrobiono to, mimo dowodów na rosnącą akceptację niemieckiej władzy wśród miejscowej ludności, w takim wymiarze, iż historyk francuski Renouvin zmuszony był zauważyć: "Obywatele Alzacji i Lotaryngii są świadomi korzyści materialnych, jakie osiągają dzięki ogólnemu dobrobytowi w Niemczech. Nie muszą uciekać się do protestów, lecz wysyłają swych reprezentantów do Reichstagu, gdzie ci zasiadają razem z partiami niemieckimi, zarówno katolickimi, jak i socjalistycznymi. (Renouvin, La crise europeenne, s.138)
Niemcy próbowały ugłaskać Francję nie tylko w kwestii Alzacji i Lotaryngii, lecz także w materii kolonii, jednak rząd francuski pozostał nieczuły na te zabiegi. W 1906 roku, rezygnując na rzecz Francji z kontroli nad Marokiem, Niemcy otrzymały w zamian wąski skrawek jałowego lądu w Afryce Równikowej. Ponadto, nowi brytyjscy sojusznicy Francji wywarli presję na Hiszpanii, by odmówiła Niemcom zgody na położenie podmorskiego kabla telegraficznego przez Wyspy Kanaryjskie, który miał zapewnić łączność telefoniczną z koloniami w Afryce Centralnej.
Niezrażony tym rząd niemiecki zaproponował Francji ścisłą współpracę w 1912 roku. Sam prezydent Francji, Poincaré, przyzna w 1922 roku w Izbie Deputowanych: "Nie ulega wątpliwości, iż przez cały 1912 rok Niemcy czyniły szczere wysiłki, by sprzymierzyć się z nami w interesie zachowania pokoju i we wspólnym interesie całej Europy". Dodał następnie: "Ale Francja nie była jeszcze na to gotowa".
I taka, w końcu, była cała prawda. Bez względu na to, na jak duże ustępstwa gotowe były pójść Niemcy, nie mogło dojść do zbliżenia, dopóki francuska trójkolorowa flaga nie będzie powiewać nad Alzacją i Lotaryngią. Jeśli inne państwa zachowywałyby się wobec Francji w podobny sposób, nie byłoby pojednania z Hiszpanią, dopóki Francja nie oddałaby Perpignan Katalonii i nie byłoby pojednania z Belgią, zanim Francja nie zwróciłaby regionu Nord belgijsko-flamandzkiej ojczyźnie. Jednak w kwestii rekonkwisty swych utraconych nadgranicznych prowincji Francja nie kierowała się ideą pojednania, lecz wolała polegać na sile militarnej.
Przymierze Francji z Imperium Rosyjskim z roku 1894 było dziwnym paktem. Paryż i Sankt Petersburg dzieliło więcej niż tysiąc mil -?ogromna odległość w czasach przed epoką awiacji. Mieszkańcy Francji i ludzie żyjący w imperium carów nad wyraz się różnili. Wcześniej jedyne znaczące kontakty między dwoma narodami sprowadzały się do wrogości, kiedy to Napoleon w 1812 roku poprowadził Wielką Armię do Moskwy i gdy francuscy Żuawi wspierali oddziały brytyjskie podczas okupacji Krymu w 1854 roku.
Na razie jednak interesy Francji i Rosji, a przynajmniej interesy rządzących elit politycznych, były zbieżne. Francuska republika potrzebowała kilku milionów dodatkowych żołnierzy i Rosja je miała. Rosja potrzebowała miliardów franków w złocie by finansować swe panslawistyczne i dalekowschodnie pomysły i Francja była gotowa je zapewnić.
Żadna ze stron nie miała złudzeń, co do rzeczywistych implikacji takiego układu. Francuscy politycy nie pałali sympatią do carskiej autokracji, ani też panslawistyczni rosyjscy wielcy książęta nie mieli żadnego szacunku wobec czegoś, co nazywali francuską "tłumokracją". Mimo to, wojskowe więzy zacieśniały się coraz bardziej -?sztaby generalne oficjalnie utrzymywały regularne kontakty, urządzano wspólne przeglądy wojsk, a floty odwiedzały się wzajemnie. Podły układ wkrótce zrodzi owoce.
Wydarzenia polityczne w kraju spotęgowały francuski kurs ku otwartej wrogości wobec Niemiec. W 1913 roku Raymond Poincaré, dotychczas pełniący obowiązki ministra spraw zagranicznych, został wybrany prezydentem Republiki Francuskiej. Gdy na początku tego roku Poincaré przejął Pałac Elizejski od prezydenta Fallieresa, ten miał powiedzieć: "Obawiam się, że wojna wkracza za mną do pałacu". George Malcolm Thomas wyraził następująca opinię: "Jest pewne, że Lotaryńczyk Poincaré nie czuł odrazy do wojny".
Francuska partia rewanżystów miała swych oponentów, niektórych o znacznych wpływach. Joseph Caillaux, były premier i minister finansów, był potężnym mężem stanu, którego Poincaré ogromnie się obawiał jako rywala. Jean Jaures, płomienny socjalistyczny mówca i pacyfista, był w stanie porwać masy, jak żaden z francuskich polityków. Jednak z prezydentem Poincaré stojącym mocno u steru, głosy te okazały się bezsilne i nie mogły wpłynąć na wojskowe i polityczne machinacje francuskiego rządu.
Poincaré nie był ciepłym człowiekiem, nie był też elokwentny ani skłonny do zgody. Był suchy jak szczapa, z oczami wypchanej sowy. W czasach mojej młodości miałem okazję poznać go osobiście. Gdy go spotkałem, byłem zdumiony jego ostrym i nieprzyjemnym głosem. Wydawał się być zimnym, małym człowieczkiem z policzkami wydętymi przez wrodzone rozdrażnienie. Ze stalowoszarymi bokobrodami, przypominającymi pędzel do golenia, sprawiał wrażenie szczwanego lisa. Nie ufał innym ludziom, a oni nie ufali jemu. Całe życie mający skłonności do dzielenia włosa na czworo, wypełniał całą swą polityczną i dyplomatyczną aktywność, swe wystąpienia parlamentarne i nawet swoje wspomnienia taką ilością kłamstw, wybiegów, uników, a momentami wręcz banialuk, że sam ich ogrom był porażający.
Wydaje się, że zachowywał uczciwość w sprawach własnych finansów, co jest rzadkością wśród elit politycznych i świata prasy, które zwykle pławią się w moralnej zgniliźnie. Ale jego brudne, polityczne sztuczki były niezliczone! Lepiej byłoby, gdyby wyprowadził z publicznej kasy kilkaset milionów franków, zamiast posyłać półtora miliona Francuzów na śmierć w krwawej łaźni I wojny światowej.
Poincaré nie mógł otwarcie dążyć do wojny, chociaż w duchu pragnął jej z całych sił. Gdy wojna w końcu nadeszła, powiedział później, że była to "niespodzianka z nieba". Charles de Gaulle, który nie miał sobie równych, jeśli chodzi o zdolność do przejrzenia sokolim okiem podświadomości swych rodaków, napisał w La France et son armée: "Patrzył na nadchodząca tragedię nie bez ukrytych nadziei".
Jednakże w 1912 roku Poincaré nie był gotów, aby poświęcić się sprawie bałkańskich przygód rosyjskich panslawistów. Nie mógł pomylić Belgradu czy Sarajewa ze Strasburgiem. Odpowiadało to Rosjanom, którzy dołożyli wielkich starań, by ukryć swe intrygi przed ich francuskim aliantem.
W marcu 1912 roku, bez wiedzy Francuzów, rosyjski ambasador i faktyczny pełnomocnik w Belgradzie, Mikołaj Hartwig, nakreślił tajne punkty układu między Serbią i Bułgarią, które określały liczbę bułgarskich jednostek wojskowych, jakie miały być postawione do dyspozycji Serbii w przypadku wojny z Austro-Węgrami.
Poincaré był zirytowany skrytością swego sojusznika, szczególnie po tym, gdy jego ambasador był w stanie wydobyć ze swych rosyjskich kolegów wyłącznie hipokryzyjne zaprzeczenia. Poincaré przez jakiś czas był słabo poinformowany o ruchach Rosji na Bałkanach, może jeszcze gorzej niż ich wspólny, niemiecki wróg. Był nieświadom kreślonych przez Rosję planów prowizorycznych granic jej bałkańskich sojuszników przed konfliktami z lat 1912 i 1913. Mimo swych zjadliwych zastrzeżeń, gdy dowiedział się już prawdy, francuski prezydent musiał przełknąć irytujące rosyjskie wyjaśnienia tak, jakby były to poobiednie miętówki.
W 1913 roku, gdy wreszcie otrzymał tekst tajnego porozumienia między Rosją i Bułgarią, mruknął do Siergieja Sazonowa, rosyjskiego ministra spraw zagranicznych: "Monsieur Sazonow, pozwolę sobie zwrócić pana uwagę, iż traktat jest przymierzem wojny -?nie tylko przeciwko Turcji, ale i Austrii." (Poincaré, Les Balkans enfeu, s. 113)
Sazonow odpowiedział trzema słowami: "Muszę się zgodzić", ale nie pospieszył z informacjami odnośnie rosyjskich planów na Bałkanach.
Nowy prezydent nie tylko dołożył wszelkich starań, by uniemożliwić zawarcie francusko -?niemieckiego porozumienia, ale postarał się, by zantagonizować Austro-Węgry, które w jego opinii, były zbyt dobrze nastawione do Francji. Na przykład, Poincaré osobiście zdołał storpedować pożyczkę Banku Francji dla Austro-Węgier, które cieszyły się niezachwianą finansową reputacją. Francuzi do tej pory udzielili pożyczek na sumę czterdziestu pięciu miliardów franków w złocie, z czego jedna trzecia przypadła na Rosję i to na bardzo szczodrych warunkach. Serbia również skorzystała z części tej francuskiej szczodrobliwości. Bez względu na fakt, iż objęcie pożyczką Austrii zwiększyłoby znacznie francuskie wpływy u wielkiej, środkowoeuropejskiej potęgi, Poincaré zdecydowany był obrazić teutońskiego sojusznika znienawidzonych Niemiec.
Wychodząc z równie grubiańskich założeń, Poincaré dołożył wszelkich starań, by obrazić Wilhelma II. Na początku 1914 roku francuski minister Aristide Briand został uprzejmie zaproszony przez Wilhelma II na regaty w Kilonii. Poincaré zabronił ministrowi uczestnictwa, stwierdzając, iż "zaproszenie tego rodzaju jest skandaliczne i niepokojące".
Francuscy dyplomaci w Niemczech wielokrotnie informowali Paryż o życzliwych intencjach Niemiec wobec Francji. Ambasador Cambon przekazał telegraficznie z Berlina informację, którą w zaufaniu otrzymał od barona Beyensa, belgijskiego ambasadora w Niemczech: "Poza wszelką wątpliwością pozostaje fakt, iż niemiecki kanclerz za wszelka cenę chce uniknąć pożaru w Europie".
Błyskotliwy socjalistyczny przywódca, Marcel Sambat, podkreślał zasadniczą ostrożność Wilhelma II w swej książce Faitez la paix ou faites un roi: " Niemiecki cesarz znosił prześmiewki czy wręcz zarzuty o tchórzostwo przez dwadzieścia pięć lat."
W miarę jak Rosja nasilała swe intrygi na Bałkanach, Francja stawała się coraz lepiej poinformowana. Serbia intensyfikowała przygotowania przeciwko Austrii. Zaszyfrowany meldunek, datowany na 28 marca 1914 roku, który swemu rządowi przesłał francuski attaché wojskowy w Sofii, donosił o uwagach, wygłoszonych poprzedniego dnia przez króla Bułgarii, Ferdynanda, do swych dowódców wojskowych: "Nie przeszkadzajmy Serbii. Serbowie sądzą, że są już na tyle silni, by pokonać Austrię. Nie minie sześć miesięcy, a zaatakują ją wspólnie z Rosją".
Na trzy miesiące przez Sarajewem francuski rząd jawnie nie przejmował się wizją wybuchu wojny między Austrią i Serbią. Zamiast raczej poszukiwać dróg mediacji, Francja pilnie dostarczała Serbii środków finansowych, by ta mogła wzmacniać swój arsenał i zapasy materiałów wojennych. Duża francuska pożyczka z września 1913 roku była do tego bodźcem. Francuskie pieniądze nie tylko uzbroiły Serbów, ale uczyniły bogatymi ich przywódców.
Jako przykład korupcji, zrodzonej przez francusko-serbsko-rosyjskie powiązania, można uznać sprawę karabinów Mausera. 29 listopada 1913 roku sekretarz generalny ministra spraw zagranicznych, Dragomir Stefanović, nakreślił poniższe słowa w liście do francuskiego magnata finansowego i prasowego (Le Temps), Edgara Roelsa:
"Panowie,
Kwestia karabinów jest pilna. Proszę, byście traktowali ją, jako sprawę najwyższej wagi. Proszę o podanie mi najwcześniejszej daty, do której fabryka może uporać się z zamówieniem. Cena karabinu może wynosić nawet 80 franków za sztukę (prowizje muszą być wliczone w cenę).
Jak już informowałem, mówimy tu wyłącznie o karabinie Mausera o kalibrze 7 mm, model 1910. Ponieważ Mauser jest częścią kartelu z austriacką firmą Steyr Works, mamy obawy przed składaniem zamówienia bezpośrednio Mauserowi, ponieważ ostatecznie broń produkowana będzie przez firmę Steyr i jej odbiór będzie niemożliwy w momencie, gdy skomplikuje się sytuacja polityczna. Zdarzyło się tak już poprzednim razem, w 1908 roku. Dostawy, o których mowa, muszą być opłacone wyłącznie z pożyczki, zaciągniętej we Francji. W żadnym razie Mauser nie może być o niczym informowany."
Karabiny Mausera, zakupione przez Francję, dotarły do Serbii w lutym i w marcu 1914 roku. Następujący serbscy dygnitarze otrzymali prowizje za swe wysiłki: premier Pašić 4,5 do 5 procent (w zależności od wielkości zamówienia), marszałek Putnik 3 procent, marszałek dworu i marszałek skarbu po 1 procencie, a serbski generalissimus wyciągnął 2 procent.
Poziom nieuczciwości osiągnął takie wyżyny złodziejstwa, że powojenna jugosłowiańska Socjalistyczna Partia Demokratyczna będzie w stanie oskarżyć Nikolę Pašića o osobiste przywłaszczenie miliona franków w złocie, przekazanego Serbii przez Rosję. Socjaliści oskarżą także byłego ambasadora Serbii w Paryżu, M.R. Vesnića, o ucieczkę z kolejnym milionem franków w złocie, które przeznaczone były na opiekę nad rannymi serbskimi żołnierzami.
Rosja także przystąpiła do pracy, polegającej na wciągnięciu w sidła swej antyaustriackiej agitacji istotnego sojusznika Austro-Węgier, związanego z nią paktem jeszcze z 1883 roku -?Rumunii.
Wielki książę Mikołaj, wuj cara, jeden z najbardziej zaciekłych panslawistycznych podżegaczy wojennych, przybył do Bukaresztu, by skorumpować zarówno rząd rumuński, jak i rodzinę królewską. Momentalnie osiągnął sukces z rumuńskim premierem, Take Ionescu. Dragomir Stefanović ujawniał później w swych Wspomnieniach i dokumentach serbskiego dyplomaty: "W grudniu 1912 roku Take Ionescu dwukrotnie spotkał się z wielkim księciem Mikołajem w obecności naszego chargé d'affaires przy poselstwie rosyjskim. To właśnie przy okazji drugiego z tych spotkań ustalono ostateczną kwotę, jaką otrzyma rumuński mąż stanu, jako cenę za pomoc, którą obiecał przy promowaniu rosyjskiej propagandy antyaustriackiej. Kwota wynosić miała pięć tysięcy franków w złocie miesięcznie".
Take Ionescu gwarantował wielkiemu księciu Mikołajowi, iż w razie konfliktu austriacko-rosyjskiego, wraz ze swymi przyjaciółmi, przy wsparciu głównych osobistości wojskowych, a w szczególności generałów Filipescu i Averescu, uniemożliwi królowi Karolowi i jego proniemieckim ministrom wypełnienie zobowiązań, wynikających z sojuszu, łączącego od 1883 roku rządy Rumunii i Austrii.
Marchiloman, poprzednik Ionescu na stanowisku premiera, zdołał uzyskać i opublikować fotografie pokwitowań Ionescu. Ujawniono także, iż Ionescu był dotowany przez tajny fundusz z Włoch. On sam zaś, sponsorował francuską gazetę codzienną Le Temps i jej przedstawicielstwo na Bałkanach -?pieniądze te, rzecz jasna, pochodziły od Rosjan, którzy z kolei otrzymywali je w formie ogromnych pożyczek z Francji.
Stefanović zanotował w swych wspomnieniach: "Jeśli chodzi o nas [serbskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych], od stycznia 1913 roku byliśmy pewni, że gdy nadejdzie decydujący moment, Rumunia pomaszeruje z nami przeciwko Austro-Węgrom".
Niemcy szybko zrozumieli, na czym polega rosyjska aktywność w Rumunii. W styczniu 1913 roku niemiecki ambasador w Bukareszcie telegrafował do Berlina: "Liczba szpiegów i tajnych agentów, których Rosja od miesięcy utrzymuje w Rumunii staje się rozrzutna. Wszyscy koncentrują swoje wysiłki na podżeganiu kraju przeciwko Austrii. Zapytuję sam siebie, do czego w efekcie dążą".
Ze swojej strony, niemiecki ambasador w Atenach, hrabia Kuadt, telegrafował w dniu 1 marca 1913 roku: "Rosyjska propaganda przesączą się do najniższych warstw społeczeństwa Rumunii".Ambasador niemiecki w Austro-Węgrzech, von Tschirschky, stwierdził, że Rosjanie zgromadzili fundusz łapówkowy w wysokości milionów rubli, przeznaczony na przekupywanie Rumunów, w czym dzielnie sekundowali im Francuzi w osobie francuskiego ambasadora w Bukareszcie, Blondela. Na jego zaproszenie, w celu szerzenia propagandy wymierzonej w Austro-Węgry, do Rumunii płynął nieprzerwany strumień francuskich polityków i dziennikarzy, wśród których był także André Tardieu z Le Temps.
We Francji Tardieu był bliskim powiernikiem ambasadora Rosji, Aleksandra Izwolskiego, który w 1912 roku pisał do swego ministra spraw zagranicznych, Sazonowa: "Udzielam wywiadów panu Tardieu co drugi dzień". Tardieu był śliskim i pozbawionym skrupułów graczem, spiskującym z niemieckim dyplomatą w Paryżu odnośnie stworzenia nielegalnego konsorcjum gumowego w Kongo, co, poprzez podstawionych ludzi, przyniosłoby mu milionowe zyski. Pomysłowi zmowy położył w końcu kres strażnik finansowy francuskiego Zgromadzenia Narodowego, Joseph Caillaux.
Na sześć miesięcy przed Sarajewem, Tardieu otrzymał zielone światło do zaoferowania Rumunom Transylwanii, części Austro-Węgier, w zamian za ich współpracę. W prowokacyjny sposób Tardieu wygłosił w Bukareszcie publiczny odczyt zatytułowany "Transylwania jest Alzacją i Lotaryngią Rumunii".
W dniu 24 czerwca, na cztery dni przed zamordowaniem arcyksięcia i jego żony, Take Ionescu telegrafował do Tardieu, używając zakodowanych sformułowań: "Zgoda w ogólnym zarysie, wszystkie punkty zadowalające, wspólne interesy ustalone wczoraj po rozmowie z Sazonowem, Bratianu. Zasada uznania naszych roszczeń do Transylwanii, Bukowiny, Banatu. STOP. Obecnie nieodpowiednie wszelkie komentarze, list w drodze kurierem dyplomatycznym".
Tego samego dnia Rosja potwierdziła francuskie gwarancje dla Rumunii.
Później Georges Clemenceau oświadczy: "Ze wszystkich świń na tej wojnie Rumuni byli najbardziej świńscy". Być może z tym stwierdzeniem można by dyskutować: świństw było wtedy pełno dookoła, szczególnie na Bałkanach.
Rozdział 5 Poincaré i Caillaux
Niezależnie od determinacji, z jaką francuscy politycy parli do wojny, wciąż należało jeszcze sprawić, by masy Francuzów rzuciły się w kierunku okopów. W tym momencie politycy w rodzaju Poincaré uznali tajną pomoc rosyjską za bezcenną.
Była to dziwaczna, lecz wzajemnie korzystna umowa. Rosjanie dotowali francuskie gazety, które lobbowały na rzecz finansowego i wojskowego wsparcia dla Rosji, co sprawiało, iż Rosja mogła przeznaczać jeszcze większe środki finansowe na łapówki. Podżegacze wojenni francuskiej polityki zbierali owoce pracy prasy, bezustannie bijącej w bęben wrogości do Państw Centralnych -?Niemiec i Austrii. Znalezienie na tyle przekupnych dziennikarzy, by nagłówki i wstępniaki były kreślone ręką obcych sił, nie należało do najtrudniejszych zadań. W rzeczywistości większym problemem dla Rosjan było wybranie tych najbardziej użytecznych spośród tłumu chętnych, którzy przepychali się do przodu w nadziei na łapówkę.
Artur Raffałowicz, przedstawiciel rosyjskiego ministerstwa finansów w Paryżu, raportował premierowi, hrabiemu Witte: " Ponieważ nie można kupić wszystkich, trzeba będzie dokonywać selekcji". Dodał też: "Codziennie można się nauczyć pogardy dla kogoś nowego."
Od samego początku 1912 roku rosyjscy specjaliści od przekupstwa wyłożyli setki tysięcy franków w złocie. Wciąż rosnące tempo subwencji wywindowało ich poziom do kwoty trzystu pięćdziesięciu tysięcy franków w złocie miesięcznie. Ogólne wydatki na łapówki osiągnęły w końcu dziesiątki milionów.
Po przejęciu władzy przez bolszewików w 1917 roku, opublikowali oni tajne dokumenty ukazujące zasięg tych machinacji, a wśród nich telegram Raffałowicza z 26 lutego 1913 roku, tym razem adresowany do ambasadora Izwolskiego: "Pieniądze te dostarczy pan poufnie, bezpośrednio z rąk do rąk, jako wynagrodzenie za współpracę uzgodnioną z Le Temps, L'Eclair i Echo de Paris".
Jeden z pracowników Poincaré napisał o wydawnictwach, pozostających na liście płac panslawistów: "Wstrętna lista, na której, złączone tą samą działalnością i tym samym wstydem, kotłują się Le Figaro Gastona Calmette, Radical, Journal des Débats, Henri Letteier i jego Journal, La République Francaise, Le Matin, L'Echo de Paris i L'Eclair i wreszcie, dominujący nad całą resztą, redaktor działu polityki zagranicznej Le Temps, przyszły negocjator pokoju i premier, André Tardieu, którego dopiero co widzieliśmy przy pracy w Rumunii. Był ozdobnym piórkiem przy rosyjskim kapeluszu. Kilka lat wcześniej jego gazeta w dużym stopniu sympatyzowała z Austro-Węgrami."; w liście do Sankt Petersburga, datowanym 16 lutego 191 roku, Izwolski napisał: "Gazeta Le Temps pana Tardieu korzysta z każdej sposobności by ukazać dobre francusko-rosyjskie stosunki w złym świetle".
Rok później, ambasador mógł już napisać: "Pan Tardieu nie traci ani chwili, by oddać swe pióro na me usługi".
Serbski rząd nie ociągał się i dołączył do przekupnej gry, wiedziony przykładem swych rosyjskich patronów. Jak ujawnił Dragomir Stefanović, na dwa lata przed Sarajewem Serbowie przekazali czołowym tytułom prasowym Francji łączną sumę półtora miliona franków w złocie - "niewielkie napiwki", by użyć słów premiera Pašića. Serbskie pieniądze opłaciły powstanie wpływowej, bałkańskiej redakcji Le Temps, prowadzonej przez wszechobecnego Tardieu, która dostarczała francuskim gazetom dobre dziewięćdziesiąt procent ich materiału z Bałkanów. Rosyjski ambasador w Serbii, Hartwig, odgrywał istotną rolę w ich kształtowaniu, a sama redakcja posługiwała się własnym kodem, którego nie był w stanie odcyfrować nawet francuski rząd.
Wobec zalewu informacji ze strony opłacanej prasy, francuska opinia publiczna nie mogła długo pozostawać neutralna. Jeden z kolegów Clemenceau napisze później: "Najbardziej bezczelna mowa-trawa i najbardziej bezwstydne kłamstwa, po tym jak zostały opublikowane i skomentowane przez Le Temps, Echo de Paris i Journal des Débats - które w owym czasie były uważane przez nasze klasy rządzące za dobrze poinformowane i opiniotwórcze organy prasowe, godne całkowitego zaufania -?były przedrukowywane przez wszystkie prowincjonalne gazety. Miliony ludzi, pochodzących zarówno z niższych, jak i z wyższych warstw klasy średniej, emeryci, robotnicy i chłopi, przez dwadzieścia lat patrzyli, jak ich oszczędności wędrują w formie pożyczek do Rosji, "przyjaciółki i sojuszniczki", podczas gdy oni czekali, by móc poświęcić dla niej swoje życie".
Poincaré nie uczynił nic, by przeszkodzić rosyjskim planom opłacania wolnej prasy we Francji. Gdy w 1912 roku odwiedził go Izwolski z zarysem swego planu skorumpowania francuskiej prasy, był w stanie szybko przezwyciężyć jego obawy. Agent Izwolskiego, niejaki Davidoff, utrzymujący kontakty z Poincaré, pewnego dnia usłyszał jak ten mruknął świętoszkowatym tonem: "W miarę możliwości trzeba będzie rozdzielać [pieniądze] na niewielkie sumy, i przekazywać je z wielką rozwagą i dyskrecją". Poincaré zadawał się też z cieszącym się jeszcze gorszą sławą typem, nazwiskiem Lenoir, do którego obowiązków należało osobiste wręczanie wypchanych kopert szefom mediów.
Poincaré wyjaśniał później, raczej obłudnie, iż być może spotkał Lenoira jeden, jedyny raz, ale w żadnym razie "nie miał okazji z nim rozmawiać." Jednakże fakt, iż jego żydowski minister finansów, Klotz, bardziej ubrudził sobie ręce w tym procederze, niespecjalnie oczyszcza Poincaré. Klotz, który na pewnym etapie wręcz zażądał, aby Rosjanie przekazywali łapówki z wyprzedzeniem, "ponieważ gabinet francuski znajduje się w ogólnie trudnej sytuacji", zakończy po wojnie swą karierę w skandaliczny sposób -?w sądzie karnym.
Pomimo rosnącej społecznej sympatii do Rosji i Serbii, francuskie masy wciąż nie miały ochoty na wojnę. Politykę Poincaré uważano za zbyt militarystyczną, szczególnie, kiedy to w 1914 roku francuski prezydent zapragnął przedłużenia okresu służby wojskowej z dwóch do trzech lat. Pomimo wzmożonej kampanii prasowej, napędzanej przez rosyjskie pieniądze ("Klotz", jak donosił Raffałowicz do Sankt Petersburga, "żąda drugiej transzy: trzeba wielkiej kampanii, aby przepchnąć trzy lata [przepis]"), projekt został odrzucony w głosowaniu. W najbardziej wpływowych francuskich kręgach najsilniejsza opozycja wobec wojskowych planów Poincaré spersonifikowana była w osobie Josepha Caillaux.
Caillaux, który zmarł w 1944 roku, jest dziś postacią w większości zapomnianą, ale niewykluczone, że być może był najbardziej inteligentnym i kompetentnym politykiem francuskim owego czasu. Charles De Gaulle uważał go za pierwszego europejskiego męża stanu, który rozumiał istotną rolę ekonomii w życiu publicznym. Podobnie jak jego przeciwnik Poincaré, Caillaux był twardy, władczy i autorytarny. Byli urodzonymi wrogami, których przeznaczeniem było ścieranie się ze sobą w czasie swych karier. Caillaux, w przeciwieństwie do wielu Francuzów, nie był twardogłowym niemcożercą. Szanował niemiecką potęgę wojskową i uważał, że kolos zza Renu mógłby dać jego własnemu krajowi kilka istotnych lekcji z zakresu pracy, porządku i unowocześniania przemysłu. Caillaux wierzył, że oba kraje powinny się raczej uzupełniać, niż prowadzić rywalizację, zaognioną różnicami w temperamencie i psychologii. Każda ze stron miała wiele do zaoferowania i obie mogły osiągnąć stan niezwykłej symbiozy. Zbyt późno wielu Niemców i Francuzów doszło do wniosku, że Caillaux miał rację. O ileż lepiej byłoby, gdyby Francuzi wyjaśnili dzielące ich różnice z Niemcami kalibru von Bismarcka, czy nawet von Bülowa, niż żeby Adenauer, kanclerz okrojonych Niemiec i Charles De Gaulle, prezydent Francji, musieli zjeździć pół świata, by zakopywać topór wojenny po osiemdziesięciu latach katastrofalnej nienawiści. W 1914 roku wydawało się, że Caillaux miał duże szanse na wygranie wyborów i objęcie stanowiska Prezesa Rady Ministrów, co zmusiłoby Poincaré, prezydenta Republiki Francuskiej, do powierzenia znacznej części rządów właśnie jemu. Ale cóż wyszłoby wtedy z płomiennych planów Poincaré na odzyskanie Alzacji i Lotaryngii?
Pozycję Poincaré w walce z Caillaux wzmacniał fakt, iż wielu Francuzów było równie nieprzejednanych w kwestii "utraconych" prowincji jak on sam i nie znosiło Caillaux za jego rozsądek w tej sprawie. W głębi ducha Francuzi są bardzo szowinistyczni. W ich mniemaniu Belgowie to "mali Belgowie", którzy porozumiewają się dziwnym bełkotem. Hiszpanie to "na wpół Afrykanie", Anglicy zaś to urodzeni hipokryci, a Amerykanie są niewiele lepsi, niż na wpół dzikie bestie. Świat zewnętrzny nie wzbudza wielkiego zainteresowania Francuzów i nie mają potrzeby, by o nim coś wiedzieć. Charles Maurras, najbardziej francuski z francuskich intelektualistów, w wieku lat czterdziestu nigdy nie odwiedził francuskojęzycznej części Belgii, poza jedynym przypadkiem, gdy przejeżdżał tamtędy w ramach kilkugodzinnej wycieczki. Pierre Laval, który jedenastokrotnie zajmował stanowiska ministerialne, przyznał w rozmowie ze mną, że przejeżdżał przez Belgię tylko raz, jadąc nocą przez Li?ge w wagonie sypialnym. Żeby nie było wątpliwości, Francuzi zobaczyli szmat Europy podczas dziesięciu wieków podbojów: Brukselę, Rzym, Madryt, Wiedeń, Berlin, Moskwę i dwudziestu różnych najazdów na Niemcy. Ale nienawidzą dyskusji na te tematy. To właśnie na podobnej awersji do cudzoziemców oraz nieumiejętności dostrzeżenia racji drugiej strony podczas debaty politycznej, Poincaré oparł swoją własną karierę polityczną. Niestrudzenie agitował za polityką rewanżu i siły militarnej. Caillaux odważył się brnąć pod prąd popularnego szowinizmu i fakt ten zyskał mu miliony wrogów.
Przy okazji kłopotliwej kwestii związanej z trzyletnią służbą wojskową, zalety Poincaré, umożliwiające mu granie na popularnych nastrojach tłumu, zderzyły się z równie wielką troską wielu Francuzów o własną skórę i swą osobistą wolność. Przyjemnie agitowało się za Alzacją i Lotaryngią w kafejkach, wspaniale było wiwatować na Champs Elysées w czasie wojskowych defilad z okazji rocznicy zdobycia Bastylii... ale osobiste poświęcenie kosztem własnego życia i własnych rodzin wymagało głębszych przemyśleń. Poincaré musiał znaleźć jakiś sposób na pognębienie rywala. Znalazł go w słabości Caillaux do kobiet. Pomimo swej łysiny, Caillaux miał powodzenie u płci pięknej. Jak wielu francuskich polityków, radośnie galopował od kochanki do kochanki i, jak w przypadku wielu mężczyzn na świeczniku, jego pozycja sprawiała, że kobiety gnały za nim. Hitler, który był dość konserwatywny w tej materii, pokazał mi kiedyś szufladę wypełnioną listami od urodziwych kobiet w najróżniejszym wieku, które błagały go, by został ojcem ich dziecka. W miłości -?Napoleon dobrze to określił -?bezpieczeństwo polega na ucieczce. Cesarz wielokrotnie zmuszony był brać nogi za pas. Caillaux nie był równie skory do rejterady. Po tym, jak mniej lub bardziej skrycie korzystał z uroków jednej ze swych wielbicielek, poślubił ją. To była ładna, modnie się ubierająca, popielatoblondwłosa Henrietta. Byli bardzo w sobie zakochani.
Naprawdę, nic nie można było zarzucić temu związkowi, szczególnie w myśl dzisiejszych standardów. Poincaré powinien być ostatnim, który węszy wokół tej małej idylli, tym bardziej, że jego własny związek z kobietą mniej niż niewinną byłby sensacją, szczególnie, gdy pani jego serca, po zdecydowanie mało cnotliwej karierze, zażądała, by ona i jej stary antyklerykał wzięli potajemny ślub w obecności biskupa. To samo dotyczyło człowieka, który miał się stać prawą ręką Poincaré w wyreżyserowanej przeciwko Caillaux "Operacji Halka" -?Louisa Barthou, który nie mógł raczej zostać laureatem nagrody za cnotliwy tryb życia.
Georg Malcolm Thomson nakreślił taki obraz sytuacji:
"Wczesną wiosną 1914 roku Caillaux był dla prezydenta Poincaré źródłem poważnych zmartwień. Wybory szykowano na maj; nastroje społeczeństwa dryfowały w lewo. W takich okolicznościach byłoby trudno odmówić rywalowi teki premiera. Caillaux w swej bezgranicznej pewności siebie wierzył, że może ubić interes z Niemcami! Dla Poincaré byłby to koniec jego sztywnej polityki wrogości wobec potęgi zza Renu." (The Twelve Days, s.66)
Poincaré i jego asystenci opracowali plan zniweczenia szans Caillaux, który zakładał, jak można się było spodziewać, posłużenie się prasą. Le Figaro, kierowane przez ubogiego niegdyś Gastona Calmette, który korzystał z hojnych dotacji rosyjskich (pozostawił w testamencie trzynaście milionów franków), rozpoczęło 10 maja 1914 roku kampanię niszczenia Caillaux takimi słowami: "Nadszedł teraz decydujący moment, w którym nie możemy uchylać się przed działaniem, nawet gdyby nasza moralność i osobiste upodobania je potępiały".
Krótko mówiąc, gazeta uzyskała dostęp do miłosnych listów Caillaux i jego żony, pisanych w czasach, gdy była jeszcze jego kochanką. Caillaux podpisywał się "Jo-Jo", Henriette, "Ri-Ri". Listy były dokładnie tym, co kochankowie pisywali do siebie przez wieki; przyznaniem się do namiętności, buchających niczym wulkan, czasami zupełnie poważnymi, często pełnymi wiary, lecz w żadnym razie nie przeznaczonymi dla postronnych oczu.
16 maja, kiedy Ri-Ri rzuciła okiem na tytułową stronę Le Figaro, odkryła, iż wiadomością dnia jest pierwszy list, który Jo-Jo do niej napisał. To była prawdziwa breja: nie oszczędzono najbardziej intymnych szczegółów. Gazeta obwieszczała, iż pozostałe listy zostaną opublikowane w kolejnych wydaniach. Pani Caillaux rzuciła się w ramiona męża. Łkając, błagała go: "Czy pozwolisz tym dziennikarskim hienom na buszowanie po naszym buduarze?"
Ona sama nie zamierzała im na to pozwolić. Po tym, jak znany paryski sędzia odprawił ją z kwitkiem, wzruszając ramionami i mówiąc: "Oto cena za bycie częścią polityki.", zdobyła pistolet i udała się do redakcji Le Figaro, gdzie, po wejściu do biura Gastona Calmette, opróżniła magazynek, posyłając sześć kul w tego, który ją zniesławił. W rzeczywistość pani Caillaux powinna była mierzyć wyżej. Martwy Calmette był zaledwie najmitą. Gdy wieść o zemście Ri-Ri obiegła Paryż, wstrząśnięty Barthou pognał do swego mocodawcy w pałacu prezydenckim. Sam Poincaré zrelacjonował później tę scenę dziennikarzowi P.B. Gheusi mówiąc, jak to Barthou opadł na jego biurko, przerażony fatalnymi w skutkach konsekwencjami artykułów.
"Ja jestem tym, który napisał wszystkie artykuły przeciwko Caillaux! - wykrzyknął. -?To ja jestem winien tragedii. Muszę wymierzyć sobie karę!"
Nie trzeba dodawać, że Barthou nie wymierzył sobie kary. To się rzadko zdarza w polityce. Kilkakrotnie zdąży jeszcze być ministrem i pozostanie lojalnym pachołkiem Poincaré lub kogokolwiek, kto akurat będzie jego aktualnym mocodawcą.
Będąc mężem kobiety aresztowanej jak zwykła przestępczyni, minister finansów Caillaux nie miał innego wyboru, jak tylko ustąpić. Opozycja, mając ściętą głowę, nie stanowiła więcej zagrożenia dla planów Poincaré. Caillaux pozostał tematem dowcipów, nawet na ulicach Paryża. Czerwcowy proces jego żony stał się sensacją, gdy Henriette zemdlała na ławie oskarżonych, niczym bohaterka klasycznej tragedii. Jej uniewinnienie było wielkim rozczarowaniem. 27 lipca, gdy została oczyszczona z zarzutów, wojna była kwestią godzin.
Rozdział 6 Zamorskie konspiracje
Przez pierwsze dwa tygodnie lipca prezydent Poincaré cierpliwie czekał, aż jego sojusznicy w otoczeniu cara przygotują rosyjskie siły do wojny. Ogromne odległości i stosunkowo prymitywna sieć transportowa sprawiały, iż mobilizacja w Rosji była sprawą znacznie bardziej czasochłonną, niż w dobrze zorganizowanych krajach Europy, więc francuski przywódca był początkowo pobłażliwy wobec przysłowiowej ociężałości rosyjskiego niedźwiedzia.
Jednakże w połowie lipca Poincaré zaczął zdradzać oznaki zdenerwowania. Zatroskany postępami rosyjskich przygotowań i zdecydowany, jak to określił George Thomson, aby "wstrzyknąć trochę stali w kręgosłup tego potężnego, lecz niepewnego alianta", Poincaré zaokrętował się w Calais na krążownik "France" i wyruszył w dniu 15 lipca do Sankt Petersburga.
Sześć dni później, on sam, oraz jego premier, Rene Viviani, zostali powitani w rosyjskiej stolicy z pompą, na którą może się zdobyć tylko autokrata. W Peterhofie, letniej rezydencji carów, Poincaré zapoznał się z cesarską rodziną, w szczególności zaś z czterema córkami cara, które obdarował naręcznymi zegarkami wysadzanymi diamentami. Jednocześnie ukradkiem, z wyrachowaniem się im przyglądał, pomny sprośnych plotek, które krążyły o ich kontaktach ze złowieszczym świętym mężem, Rasputinem. Poincaré podarował carowi i carycy gobeliny oraz zestaw złotych ozdób do podróżnego wagonu monarchy. Wkrótce francuski prezydent i rosyjski car pogrążeni byli w głębokiej dyskusji, o ile można nazwać dyskusją jednostronną orację, którą wygłosił mały, sentencjonalny Poincaré, podczas gdy car siedział bez wyrazu, milcząc.
Car Mikołaj II nie był człowiekiem, który powinien rządzić imperium. Apatyczny i niezdecydowany, wzięty pod pantofel przez swą niemiecka żonę, Aleksandrę, na każdym kroku chroniony przez setkę gwardzistów, nie miał nikogo, kto ochroniłby go przed skorumpowanymi ignorantami i wazeliniarzami, którzy tworzyli jego oficjalną świtę. Goriemykin, jego premier, nie nadawał się do niczego innego ponad zwinięcie się na sofie z literaturą wątpliwej jakości w ręku i z papierosem zwisającym z popękanych warg. Maklakow, minister spraw wewnętrznych, zawdzięczał swą karierę zdolności udawania zwierząt, czym rozbawiał młode księżne: odgrywając panterę, skakał dziko po podłodze, podczas gdy dziewczęta chowały się i krzyczały, udając przestrach.
Minister wojny, W.A. Suchomlinow, był wiecznie zadłużonym, nałogowym hazardzistą. Niedługo przed wizytą Poincaré udzielił wywiadu pod tytułem "Rosja jest gotowa", który był szeroko publikowany we francuskiej prasie, co spowodowało ożywienie na giełdzie, które Suchomlinow zdołał obrócić na swą korzyść. Jeden z jego głównych wierzycieli pozostawał w bliskim kontakcie z wywiadem niemieckim.
Prawdziwą siłę napędową za papier-mâché fasady carskiego dworu tworzyli inni ludzie. Rosyjski minister spraw zagranicznych, S.D. Sazonow, przez ostatnie dziesięciolecie odgrywał najważniejszą rolę w intrygach na Bałkanach. Aleksander Izwolski, były minister spraw zagranicznych i w 1914 roku ambasador we Francji, odgrywał w dyplomacji rolę niewiele mniejszą niż Sazonow. Dalej szły ważne osobistości panslawizmu, skupione w sztabie generalnym i w najwyższym dowództwie, wśród których prym wiódł wuj cara, wielki książę Mikołaj, naczelny dowódca wojsk rosyjskich.
To z Sazonowem Poincaré toczył najbardziej istotne rozmowy. Sazonow, zręcznie wspierany przez swego poprzednika, Izwolskiego, zawsze był i pozostał twardym negocjatorem. Dwa lata wcześniej Poincaré z mocą utrzymywał, iż Francja nie da się wciągnąć do rodzącej się na Bałkanach wojny. Poincaré powiedział wtedy do Sazonowa: "Nie liczcie na naszą pomoc wojskową na Bałkanach nawet wtedy, gdy zostaniecie zaatakowani przez Austrię". W sierpniu 1912 roku Poincaré podtrzymał stanowisko swego rządu, mówiąc: "Jeśli zajdzie stosowna okoliczność, wywiążemy się z naszych zobowiązań. Jednak nie liczcie na nasze wsparcie wojskowe na Bałkanach jeśli zostaniecie zaatakowani przez Austrię lub, gdy wasz atak na nią spowoduje interwencję Niemiec". (Poincaré, Les Responsabilités de la guerre, s. 53)
Pomijając te, jak również inne ostrzeżenia, skalkulowane tak, by upewnić się, że wybuch wojny nastąpi w czasie odpowiednim dla Francji, w czerwcu 1914 roku Poincaré znalazł się w sytuacji, w której był zależny od imperium rosyjskiego. Nici starannie zaplanowanych spisków Sazonowa i Izwolskiego oplatały francuskie władze: droga do odzyskania Alzacji i Lotaryngii rzeczywiście będzie musiała wieść przez Serbię i to niemałym kosztem.
Zachowanie Poincaré w Sankt Petersburgu dowodzi jego przyzwolenia na udział w bałkańskiej gmatwaninie. Pośpieszył ze słowami pociechy dla serbskiego ambasadora w Rosji, Spalajkovića, któremu powiedział: "Nie obawiajcie się. Macie we Francji oddanego przyjaciela." Spalajković, o którym jego zwierzchnik w Belgradzie, sekretarz spraw zagranicznych, powiedział kiedyś, "Zawsze się zastanawiam, czy Spalajković jest bardziej draniem, czy głupcem, lub czy jest tak głupi, jak jest nieuczciwy", stał się pierwszym serbskim dyplomatą, który dowiedział się o szczerej decyzji Poincaré, by związać Francję z Serbią i Rosją -?co by się nie działo. Poparciu dla Serbii, które francuscy przywódcy zamanifestowali w Sankt Petersburgu, towarzyszył pokaz wrogości wobec Austro-Węgier. Premier Viviani, podczas pobytu w stolicy Rosji, przesłał dyrektywę do dyplomatów francuskich pozostających za granicą, która oddawała ducha oświadczenia wygłoszonego przez prezydenta Poincaré: "Francja nie będzie tolerować mieszania się Austrii w sprawy Serbii."
Na przyjęciu dla dyplomatów, wydanym przez Poincaré w Pałacu Zimowym, w szokujący sposób dokonał personalnego ataku na austriackiego ambasadora w Rosji, hrabiego Szapáry tak, iż ten "wyszedł z siebie", jak to później opisał ambasador Hiszpanii, hrabia Cartageny w swoich Memoirs of a Diplomat. Nawet sam Poincaré, urażony zmasowaną krytyką, jaka spadła na niego za to dyplomatyczne faux pas, poczuł się zmuszony do mętnego wytłumaczenia swojego wybuchu w swej książce L'Union sacrée, gdzie pisze: "Napomknąłem ambasadorowi, że Serbia ma przyjaciół w Rosji, którzy z pewnością byliby zaskoczeni, gdyby stała się ona celem surowych działań i że owe zdziwienie mogą podzielać inne kraje, które są przyjaciółmi Rosji".
Poincaré mógł przynajmniej przekazać austriackiemu ministrowi swe ubolewanie z powodu gwałtownej i brutalnej śmierci następcy tronu. Tymczasem uwaga, w formie, w jakiej została poczyniona na przyjęciu dyplomatycznym, dowodziła nie tylko żałosnego braku kultury, ale świadczyła też o świadomej chęci dokonania obrazy i wywołania prowokacji.
Poza swoimi rozmowami z Sazonowem i Izwolskim, z którymi Poincaré blisko współpracował w Paryżu zarówno w sprawach dyplomacji, jak i w kwestii odrażającego wpływu na największych francuskich dziennikarzy, prezydent spotkał się też z wielkim księciem Mikołajem, dowódcą naczelnym armii rosyjskiej. Wielki książę był ponad dwumetrowym gigantem o manierach równie imponujących, jak jego wzrost. Znany ze swej brutalności, cieszył się niezwykłą popularnością wśród prostych żołnierzy, gdyż, ku zachwytowi swych sołdatów, miał inklinacje do wymierzania bezlitosnych kar cielesnych nawet najwyżej postawionym ze swych podwładnych. Jego maniera wymierzania szybkiego kopniaka w obfity generalski pośladek ustanowiła swoistą demokrację kar, którą w latach trzydziestych przebije dopiero Stalin w czasie swych masowych czystek wśród korpusu oficerskiego.
W panslawizmie Mikołaja i jego brata, wielkiego księcia Piotra, sekundowały im ich żony, Anastazja i Milica, ogniste córki króla maleńkiej Czarnogóry, Mikołaja. Król Mikołaj, wieczny sknera, którego poszukiwania bogatej żony zainspirowały "Wesołą Wdówkę" Lehára, rządził krajem w aspekcie etnicznym i historycznym blisko związanym z Serbią, który jednak pod jego rządami skierował się w stronę polityki udobruchania Austrii. Jego córki, spadkobierczynie długiej tradycji wendetty, były równie śmiałe, co czarujące. Naśmiewały się z lizusostwa dworaków, skupionych wokół rodziny carskiej i wydawały się być zawsze gotowe do toczenia bojów z kimkolwiek. W czasie wizyty francuskiej głowy państwa ich największym wrogiem były Niemcy i obie złośnice szybko owinęły Poincaré wokół małego palca.
Na bankiecie, który francuski ambasador, Maurice Paleologue, wydał na cześć cara i swego prezydenta, Aleksandra i Milica osobiście dekorowały stół, rozstawiając wszędzie bukiety kwiatów. Przed posępnym Poincaré postawiły złote pudełko na cukierki, po otwarciu którego okazało się, że zawiera garść ziemi z jego ojczystej Lotaryngii -?centrum jego rewanżystycznych ambicji przez cały okres kariery. Aby jeszcze bardziej podgrzać krew prezydenta Francji, wielki książę Mikołaj zaaranżował ogromną rewię wojskową na błoniach pod Krasnym Siołem. Wraz z carem oglądali sześćdziesiąt tysięcy wąsatych żołnierzy, którzy paradowali przed nimi, chłop w chłopa jak dęby. Ich okrzyki przywoływały obraz wilków gnających po bezkresnym stepie. Wtórowało im dudnienie kopyt kozackich koni, które galopem niosły swych jeźdźców, jakby rozpalonych wódką. Najbardziej inspirujący dla prezydenta był moment, gdy rosyjskie orkiestry zagrały francuskie marsze -?Le Régiment de Sambre et Meuse, Fiers Enfants de la Lorraine -?i grały, aż zaczęła rozpierać go duma.
Pod koniec parady Poincaré pozwolił sobie na proroctwo, dotyczące rosyjskiej armii. "Będą w Berlinie przed Wszystkich Świętych", przepowiedział. Co do rosyjskich oddziałów w Berlinie, mały prawnik z Lotaryngii pomylił się o trzydzieści jeden lat. I nie będzie nimi dowodzić car ani jego krewni. Ale Poincaré pozwolił sobie na pewność. Pięciomilionowa rosyjska armia zmiecie znacznie mniejsze siły Kaisera i za kilka tygodni będzie poić konie w Szprewie. A do Świąt Bożego Narodzenia Strasburg i Metz znowu będą francuskie.
Teraz, gdy Poincaré i jego dyplomaci obrali kurs ku wojnie, będą podejmować wszelkie działania, aby ukryć jej prawdziwy powód: będą grać na zwłokę, opowiadać podnoszące na duchu kłamstwa, na wielką skalę praktykować oszustwa i nawet uciekać się do fałszerstwa -?czyli robić wszystko to, co doświadczeni dyplomaci potrafią robić najlepiej, gdy wymaga tego ich zawodowy obowiązek. Rzecz jasna będą to wybiegi tak dyskretne, że bardzo niewielu nabierze choćby mglistych podejrzeń; jeśli zdarzy się najgorsze, sprawcy co najwyżej zaprzeczą oburzonym tonem. Działając w tym duchu Poincaré, który opuści Sankt Petersburg i uda się do Francji w dniu 23 lipca, zaprzeczy, jakoby osiągnął jakiekolwiek porozumienie z Rosjanami. Według jego słów, "Pan Viviani i ja relaksowaliśmy się i odpoczywaliśmy". Ściślej rzecz ujmując, nie dowiedział się niczego nowego: "Nie mamy żadnych wieści, lub też prawie żadnych". Jak to opisał historyk Fabre Luce, "Poincaré odgrywał rolę głuchoniemego".
Francuski prezydent dołożył absolutnie wszelkich starań, aby nie kierować na Quai d'Orsay żadnych, potencjalnie obciążających memorandów. Podczas gdy francuska delegacja przygotowywała się do odpłynięcia do ojczyzny i gdy wymieniano ostatnie uściski, Sazonow nagryzmolił tekst końcowej, wspólnej deklaracji rosyjsko-francuskiej, a następnie wręczył ją prezydentowi Poincaré. Francuz odczytał początek szkicu: "Oba rządy osiągnęły idealną zgodność w zakresie swych poglądów oraz wzajemnych celów, zmierzających do utrzymania równowagi sił w Europie, ze szczególnym uwzględnieniem Półwyspu Bałkańskiego".
Poincaré napisał później w L'Union sacrée: "Viviani i ja sądziliśmy, iż sformułowania, w których nie mówi się o pokoju, zbyt mocno zwiążą nas z rosyjską polityką na Bałkanach. Mając to na uwadze, zmodyfikowaliśmy szkic deklaracji tak, by zapewnić sobie swobodę działania." (L'Union sacrée, s. 279)
To pełne hipokryzji stwierdzenie, któremu w owym czasie przeczyło każde jego równoległe działanie, Poincaré zapragnął wzmocnić kolejną deklaracją, że w czasie tych najważniejszych dni tuż przed wybuchem wojny, "wszyscy wiedzieli, iż pan Viviani i ja znajdowaliśmy się na pełnym morzu, z daleka zarówno od wybrzeży Francji, jak i Rosji". W polityce hipokryzja jest cnotą. Na nieszczęście dla polityków, historia ma tendencję do podążania ich śladem i ukazuje ich prywatę i wykręty, jako to, czym są naprawdę, czyli łgarstwem. Wysiłki Poincaré, by zatrzeć za sobą ślady, wkrótce wyszły na jaw.
Brytyjski ambasador w Sankt Petersburgu, Sir John Buchanan, niezłomny przeciwnik Niemiec i bliski przyjaciel francuskiego ambasadora w Rosji, Paleologue, ujawnił w swoich wspomnieniach tajemnicę tajnych ustaleń Poincaré z Rosjanami. Buchanan dowiedział się o nich od swego przyjaciela wkrótce po tym, jak Poincaré odpłynął do Francji.
Natychmiast po tym, jak Buchanan zaznajomił się z prawdziwą sytuacją, zatelegrafował do Londynu z informacją, że Poincaré będzie bronić Serbów, że nie można już dłużej liczyć na to, iż francuski przywódca będzie zaporą na drodze rosyjskiego panslawizmu oraz, że Francuzi i Rosjanie "uroczyście ratyfikowali zobowiązania sojuszu".
Na tym samym raporcie, Sir Eyre Crowe, zastępca sekretarza w ministerstwie spraw zagranicznych, dopisał swoje podsumowanie: "Minął czas, gdy możemy układać się z Francją odnośnie utrzymania działań Rosji w pewnych granicach. Jest oczywiste, iż Francja i Rosja zdecydowane są rzucić rękawicę".
Po wyjeździe Poincaré, Maurice Paléologue powrócił do roli najważniejszego Francuza w Rosji. Przez ostatnie dziesięć dni lipca będzie odgrywać rolę naczelnego oszusta niczym najlepszy wirtuoz. Ostatnie instrukcje Poincaré dla swego ambasadora, przekazane tuż przed tym, jak krążownik "France" podniósł kotwicę, były sprecyzowane: "Sprawą nadrzędną jest, by Sazonow pozostał twardy, podczas gdy my będziemy go popierać." Słowa te zostały udokumentowane przez kilka źródeł, przede wszystkim zaś przez dokumenty rosyjskiej dyplomacji, które Sowieci, w początkowym napływie rewolucyjnego zapału, nietaktownie opublikowali w gazecie Prawda zimą 1917-1918 roku.
Pomimo swych zaprzeczeń, podczas podróży powrotnej Poincaré utrzymywał kontakt zarówno z Paryżem, jak i z Sankt Petersburgiem. Zgodnie z tym, co mówił Paleologue, osobiście wysyłał do swojego prezydenta ważne informacje w czasie gdy ten przebywał na pokładzie krążownika "France", jak również odbierał od Poincaré dodatkowe instrukcje, takie jak telegram uświadamiający mu wagę "udzielenia pełnego wsparcia rządowi carskiemu".
Francuski historyk Fabre Luce w swej wybitnej L'Histoire démaquillée, podsumował fakty, dotyczące powrotnej podróży prezydenta Poincaré:
"Podróżujący [Poincaré i Viviani] zdawali sobie sprawę, iż rząd rosyjski nie przewiduje serbskiej zgody [na akceptację austriackich warunków], która w każdym przypadku i tak zależała od Rosji i zdecydowali się na mobilizację przeciwko Austrii w przypadku zerwania stosunków między Serbią i Austrią. Stąd też ich świadoma komunikacja telegraficzna z Sankt Petersburgiem, potwierdzająca obietnicę wsparcia. Jednak Poincaré uparcie trzymał się roli głuchoniemego i archiwa na Quai d'Orsay zostaną zmanipulowane tak, by wszelka łączność ze światem zewnętrznym wyglądała na ograniczoną do absolutnego minimum."
Kilka miesięcy po rozpoczęciu działań wojennych rząd francuski opublikuje zbiór dokumentów, rzekomo dowodzących niewinności swego postępowania i wskazujących jednocześnie na agresywne zachowanie Niemiec w okresie bezpośrednio poprzedzającym wybuch wojny. Jak zostanie ujawnione po wojnie, w zbiorze tym, określanym jako francuska Żółta Księga, jest więcej, niż jedno istotne przeoczenie. W rzeczywistości wszystkie wiadomości, jakie wymienili między sobą Poincaré i Paléologue w czasie, gdy francuski prezydent pełną parą zmierzał ku brzegom Francji, zostaną w całości lub częściowo pominięte. Dość wiele mówiącym jest fakt, iż pełen tekst deklaracji Sazonowa i Poincaré, w którym ten niepotrzebnie wtrącił kłamliwe nawiązanie do obustronnego pragnienia zachowania pokoju, w ogóle nie pojawia się w Żółtej Księdze. Fabre Lucas zauważa:
"Dziwną rzeczą jest to, że telegram, który ze względu na tę dodaną uwagę, może zostać odebrany przez naiwnego obserwatora, jako oznaka pokojowych zamierzeń podróżujących, został pominięty w pierwszej Żółtej Księdze opublikowanej przez rząd francuski. Czy zrobiono to dlatego, że dodatkowa uwaga premiera Viviani zupełnie nie pasuje do działań podejmowanych w następnych dniach? Czy też dlatego, by stworzyć wrażenie, że podróżujący nie byli niczego świadomi i nie podjęli żadnych kroków?"
I znowu, istotnego telegramu, w którym Poincaré instruuje ambasadora Paléologue by udzielić Rosjanom maksymalnego poparcia, nie można doszukać się w Żółtej Księdze. Później francuski prezydent obłudnie zadeklaruje: "Nic nam nie wiadomo o żadnych zamorskich konspiracjach", czemu bezwstydnie wtórować będzie Paléologue twierdząc, że skoro głowa państwa i szef rządu byli na morzu, gdzie nie mogli być dobrze zaznajomieni z sytuacją, nie mogli też przesyłać mu żadnych instrukcji.
Tego typu manipulowanie prawdą pociągnie za sobą liczne fałszerstwa dokumentów: teksty wiadomości będą publikowane z pominięciem kompromitujących fragmentów, będą zaś dołączane wymyślone ustępy i zupełne fałszerstwa. Żaden oficjalny tekst, francuski czy też rosyjski, datowany od ranka 24 lipca 1914 roku, nie może być przyjmowany przez poważnego historyka na "piękne oczy", o ile nie zostanie uprzednio poddany najdokładniejszej analizie.
Student historii, zajmując się wybuchem pierwszej wojny światowej, spotyka się z zalewem kłamstw i wielosłowia. Nie trzeba dodawać, że w swym czasie dały się temu zwieść miliony naiwnych ludzi. Miliony i dziesiątki milionów wciąż wierzą oficjalnemu kłamstwu, na długo po tym, gdy udowodniono, że takim było. Niektóre z najbardziej porażających oszustw pozostały niemalże niezauważone ze względu na osobiste interesy polityków i nadwornych historyków, którzy z nieprawdy uczynili oręż, mający porwać masy, doprowadzić je do kolektywnej histerii i uczynić bezmyślnymi, by w spokojniejszych czasach udaremnić im wszelkie próby wyciągnięcia wniosków z błędów i nie dopuścić do zwątpienia w słowo politycznej elity.
Dowiemy się, w jaki sposób historia mobilizacji armii różnych państw została zafałszowana, a w szczególności jak przywódcy Francji i Rosji, pędząc na rzeź osiem milionów ludzi, sfałszowali daty mobilizacji w Austrii i Rosji. Od pamiętnego lipca 1914 roku będzie musiało upłynąć osiem lat, zanim Poincaré, przyparty do muru przez Ligę Praw Człowieka, zmuszony będzie przyznać, iż dokument, z którym afiszował się częściej, niż z innymi -?austriackie zarządzenie o mobilizacji -?został sfałszowany. Przyznanie się nie wróci życia ani jednemu z poległych pod Chemin-des-dames, Verdun czy Tannenbergiem.