Rozdział 6
02.06.1932 r. - Aleksandrówka Swaty
"Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela". - Mt. 19,6
Całe następne dni rodzina Pawlaków poświęciła na przygotowaniu przyjścia swatów do Jadwigi. Helena uwijała się w kuchni gotując potrawy: pierogi, rosół, pieczeń ze schabu w sosie, chleb z znakiem krzyża udekorowany makiem i ciasto drożdżowe z jabłkami. Ojciec bimber pędził z braćmi Jadwiżki... Nadszedł ten dzień...
- Jadźka... Jadźka! - zaczęła budzić ją Danka. - ino wstawaj matula kazała cię obudzić... o dwunastej swaty będą... czas się ubrać i śniadanie zjeść... obrządek przy kurach musisz zrobić, najpierw ubierz ubranie robocze, a potem ludowy...
- Juze wstaję ino - powiedziała ziewając Jadwiga i wstała z siennika. Założyła cienką lnianą białą sukienkę i chustkę na głowę. Wzięła następnie kosze - z ziarnem jeden i drugi na jajka i poszła do kurnika. - Cip, cip, cip, taś taś! - wołała do kur rzucając im ziarno, a ptaki rzucały się na nie jak oszalałe, a ta weszła do kurnika i zebrała ponad trzy tuziny jaj, gdyż kury dorodne mieli.
- Wróciła do chałupy zdejmując chustkę, a matka podawała na śniadanie zupę mleczną, a do picia kawę zbożową.
- Mamuś, a jak tatulo się zgodzi na ślub Jadzi i Lutka to będzie wieczerza panieńska? - zapytała Bronia.
Oj będzie, będzie, ale dopiero dzień przed ślubem, a co do daty ślubu najpierw trza zrobić zmówiny, by uzgodnić, kiedy data i chylo gości. - powiedziała matka.
- A szkoda, że tak długo...
- Dlaczegóż to? - zapytała Danka.
- No bo mi Wiktusia mówiła, że jak wydawali za mąż jej brejdaczkę Brygidę. To na panieńskim wianek i rózgę weselną pletli i korowaj piekli! A jo ciasta piec lubi. Dlatego się doczekać nie mogę.
- Doczekasz się... doczekasz się słoneczko - powiedział Czesław, całując córkę w czubek głowę.
- Skończyli śniadanie. Nadeszła jedenasta, była godzina do przybycia Jadzinych swatów. Wszyscy się przebrali w ludowe stroje, a Helena przewinęła małego Stasia szybko. Jadzia sięgnęła do swojej szufladki w poszukiwaniu swoich czerwonych korali, ale ich tamuj nie było! Nagle usłyszała trzask, odwróciła głowę i... ujrzała straszny widok. Wszędzie czerwone, drewniane koraliki rozsypały się po podłodze, a wokół nich siedział Staś śmiejący się z tego wszystkiego, który sam zniszczył jej naszyjnik. Serce jej momentalnie zamarło, a gardło ścisnęło się.
- Stasiek... - powiedziała załamana Jadzia.
- Przyszła do izby matka widząc bałagan przeraziła się mocno.
- Matko przenajświętsza, a cóż tu się stało? - zapytała.
- Stasio się bawił moimi koralami... co jo zrobię tak bez nich? Mój strój będzie wybrakowany...
- Matka zastanowiła się przez chwilę.
- Biegnij szybko do Elżbiety Dębskiej. Niech ci ona je pożyczy! Telko sybko, bo swaty zaraz przyjadą!
- Pobiegła przez pole omal się nie przewracając do chałupy Elżbiety i Stefana Dębskich. Zapukała do drewnianych drzwi i otworzyła je starsza kobieta. Nią właśnie była Elżbieta.
- O Jadziunia co cię sprowadza hawtuj? - zapytała kobieta uśmiechając się.
- Swaty do mnie przyjeżdżają zaraz, a mój braciszek Stasio zniscył moje koraliki. I czy mogłabyś mi je... pożyczyć?
- Pożyczyć? Oczywiście kochianiutka! Łoj to panienko długo ni będziesz juze!
Wyszła z sieni, a potem wróciła z sznurem czerwonych korali.
- Niech ci Bóg błogosławi. Niech ino zrękowiny się udajo. - Dziękuję! O dziękuje! - i ucałowała dłoń staruszki.
Wróciła do chałupy, gdzie rodzice i rodzeństwo czekali na nią i swatów.
- Coś długo ich ni ma... - powiedział Czesław - Danka idź do na dwór zobaczyć czy one nie jado.
Wyszła z domu, a po chwili zaczęła krzyczeć.
- Jado! Jado! Swaty jado!
- Juze czas... - powiedziała do siebie Jadzia.
Nadjechali: Lucjan, jego ojciec Ludwik, trójka jego przyjaciół, którzy byli juze dawno mężami - Edmund, Cyprian i Jędrzej oraz z księdzem Feliksem. Wysiedli z furmanki i zapukali do drzwi. Czesław poprawiając kamizelkę wyszedł do sieni i otworzył im drzwi.
- Czy państwo macie jałówkę do kojfnącia? - zapytał Lucjan.
To oznaczało pytanie czy panna jest na wydaniu.
- Ano mamy zapraszam! - powiedział uśmiechający się ojciec i ich wpuścił do mieszkania.
- Dla gospodarza prosz - powiedział Ludwik, wręczając gospodarzowi dużą półlitrową butelkę domowej wódki.
- A podziękował, podziękował! Siadajta, siadajta Hela juze obiad podaję!
Zaczęli najpierw jeść obiad od zupy do deseru. Obiad był długi ponad godzinę trwał. Jadzia czuła lekki stres związany z zrękowinami. Z nerwów zaczęła się bawić lekko koralami.
Zaczęły się zrękowiny.
- No to gadajcie po coś tu przyjechaliście Lutek.
- Pragnę prosić o blat pańskiej córki. - odpowiedział.
- A powiedz ino mi... jaką przyszłość zafundujesz mojej córce?
- Obiecuję, że dobrom...
- Lucjan ma postawioną niedawno chałupę, i osiem morgów przepisane i parobka. - powiedział jego ojciec.
A ostatnio i konia kupił, krowę, dwanaście kur, cztery gęsi i świnioków z dwa. - powiedział Jędrzej.
- A studnie ma? - zapytał Czesław.
- Jeszcze nie mam, ino budować po ślubie będę...
- A dziecioków chylo planujisz?
- Chylo Bóg da, tyle będziem miał z Jadwigą, ale tak z szóstkę... trzech silnych chłopaków i z trzy dziewczochy...
Czesław przytaknął głową porozumiewawczo.
- A co z posagiem?
- Postanowiliśmy... o chylo przytaknięcie... dać wam tysiąc złotych, krowę i dwa morgi...
- Kusząca propozycja...
- A wy co dacie?
- Tysiąc złotych mam zaoszczędzone z spadku po moim łojcu... to wam damy, a do domu parę ubrań dla młodych, świnty obraz, pościel ino w Woli kupimy...
- Brzmi idealnie zgadzam się w takim razie co do posagu.
- No jo tyż, ino tak myślałem, że się dogadamy co do niego. Tyś dobry człek Ludwik. - powiedział Czesław.
- I ty Czesiu, i ty Czesiu.