W biurze Agencji Literackiej TERCET panowała nietypowa dla tej firmy cisza, którą zakłócał jedynie szum czterech potężnych wentylatorów ustawionych w rogach pokoju. Okna zasłonięte roletami odcinały dostęp ostremu słońcu, ale nawet pootwierane szeroko, w nadziei na przeciąg, drzwi nie przynosiły ulgi. Nie przynosiły jej też ustawione na najwyższe obroty wentylatory.
Piotr Chmura, jedyny sekretarek na świecie, co kilkanaście minut kursował do łazienki, po raz kolejny zlewał zimną wodą ręcznik i zarzucał go sobie na kark, nie przejmując się ściekającymi kroplami. Wracał do sekretariatu, siadał przed szalejącym wentylatorem i marzył o wycieczce na najbliższy lodowiec.
Przy drugim wentylatorze, na macie chłodzącej leżała jak kłoda umęczona krótkim spacerem Muza, pojękując od czasu do czasu rzewnie.
W pokoju obok siedziały cztery wiedźmy, wlewając w siebie hektolitry rozmaitych płynów i usiłując pracować.
W kuchni, nie zważając na upał, miotała się Manuela, piekąc kolejne partie muffinek. Tym razem klientka zażyczyła sobie babeczek z musem waniliowym.
Nachalny aromat wanilii snuł się po wszystkich pomieszczeniach, wwiercał w nosy, właził do w każdy zakamarek. Nagle nie było już tlenu. Była tylko rozgrzana wanilia.
To nie mogło się dobrze skończyć.
Siedząca przy drzwiach Anka poderwała gwałtownie głowę znad komputera i w jej oczach błysnęło szaleństwo.
- Korniszony! - stwierdziła stanowczo i grzmotnęła o blat biurka drewnianą linijką, budząc tym współpracownice z waniliowego letargu. - Wieelki słój korniszonów! Z najostrzejszą papryką świata!
W oczach Gośki zamigotało rozmarzenie.
- Beczka kiszonej kapusty - powiedziała rozwlekle. - Może być nawet taka uklepana nogami. Siedzę w uczciwej drewnianej beczce i rąbię cholernie kwaśną kapustę... Zimną... Kwas mi cieknie po brodzie...
- Śledzie! - dołożyła Majka i rzuciła redaktor Knypek ostrzegawcze spojrzenie, ale ta nawet się nie skrzywiła, zajęta własną wizją. - Wszystko jedno z czym! Cały stół zastawiony śledziami!
- Ogórki kiszone z beczki świeżo wyciągniętej ze stawu. - Ida prawie się oblizała. - I zimny, pachnący kwas... Czy ja jestem wredna? - ściszyła głos. - Ona... Manuela nie wyłazi z kuchni, gorąco tam jak w tropikach, Piotrowi się już nawet gadać nie chce... Dlaczego nie może być, jak dawniej? Mnie się już nawet do pracy nie chce przychodzić... Naprawdę życzę Manueli, żeby jej się wreszcie już poukładało, ale... No... Kurczę, mam ochotę komuś przywalić!
- My też - oświadczyły jednym głosem Gośka i Anka.
Majka przeleciała wzrokiem po współtowarzyszkach biurowej niedoli i doceniła wagę komunikatu. Nie mogła wyrzucić nieszczęsnej Manueli na bruk zwłaszcza, że ta robiła wszystko, by jak najszybciej się wyprowadzić. Ale nie mogła też zlekceważyć sygnałów płynących od pozostałych wiedźm. Sygnałów, które wyraźnie mówiły, że lada chwila zawór bezpieczeństwa może puścić. No i sama miała dosyć tych cholernych słodkości. I zapachowo i konsumpcyjnie. Potarła teraz czoło, próbując zmusić przegrzany umysł do działania i nagle doznała olśnienia.
- Wiem! - oznajmiła z błyskiem w oku. - Zrobimy sobie przymusowe wakacje!
- Ja nie chcę do spa! - zaprotestowała od razu Gośka. - Tam grzeje. Przyzwyczaiłam się do swoich zmarszczek i one do mnie też. Nie zrobię im takiego świństwa... Chyba, że na krioterapię, to chętnie. W ramach ochłody.
- Do żadnego spa, zarazo. - Majka niecierpliwie machnęła ręką, jakby odganiała muchę. - Mam chatę na Podlasiu. Dużą. Wszystkie się zmieścimy i jeszcze będzie miejsce dla niespodziewanych gości. To parterowy dom, bo tam innych nie ma, ale strych przerobiłam na pokoje... Zabieram was do Babinek!
- Nie chcę żadnych babinek! - zbuntowała się Anka. - Muszę znosić was i wystarczy. Towarzystwo staruszek to za dużo na moją wytrzymałość.
- Babinki to osada, moja biedna, przegrzana Anusiu. - Majka przewróciła oczami. - Cztery chałupy na krzyż, szczera pustka, piękne okoliczności przyrody i błogi spokój. Pojedziemy na tydzień. Może tyle wystarczy, żeby Manuela się dofinansowała na to swoje upatrzone mieszkanie do wynajęcia.
- Kuchnia tam jest? - zainteresowała się zachłannie Gośka.
- To nie jest szkoła przetrwania, tylko normalny dom - poinformowała ją sucho przyjaciółka. - Jest duża kuchnia wyposażona tak, że oko ci zbieleje. Jest ogród i świeże jarzynki. I sad śliwkowy. I las pełen wszelkiego dobra, a na pewno grzybów. Do tego blisko Bug i łąki.
- Studnia? - badała coraz bardziej zainteresowana Gośka.
- Woda jest doprowadzona! Wychodka za chałupą też nie ma! Jak zobaczysz pokój kąpielowy...
- ...zbieleje mi oko - dokończyła Gośka radośnie i zatarła ręce. - Jadę! Będę siedzieć w kuchni i olewać resztę świata!
- Piotr też pojedzie z nami? - zapytała Ida.
- Pojedziemy na dwa samochody, bo muszę zabrać Czorta i Muzę. - Majka pokręciła głową. - Gośka się wciśnie ze mną i zwierzakami, a sekretarek weźmie ciebie i Ankę, ale będzie musiał wrócić i dopilnować interesu. Ktoś musi odbierać przesyłki. Wyślę go na drugi turnus po naszym powrocie. Odpocznie sobie.
- Zrobię mu zapasy, żeby nam tam z głodu nie padł - obiecała uszczęśliwiona Gośka. - Kiedy jedziemy?
- Jutro - powiedziała stanowczo Majka. - Nie będę ryzykować.