Wiedźmy i wizyta starszej pani. Wiedźmy. Tom 5 - Małgorzata J.Kursa

Kup ebooka

46.90 zł
38.93 zł (39,67 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Gru­dzień w Agen­cji Li­te­rac­kiej TER­CET był za­wsze naj­bar­dziej pra­co­wi­tym mie­sią­cem. Majka pra­wie nie wy­cho­dziła ze swo­jego ga­bi­netu, skru­pu­lat­nie prze­glą­da­jąc i se­gre­gu­jąc do­ku­menty po­trzebne do rocz­nego roz­li­cze­nia skar­bo­wego. Ida i Agata miały na gło­wie or­ga­ni­zo­wany co roku przez agen­cyjny por­tal Książka dla Cie­bie kon­kurs na Książki Roku. Gośka jako au­torka była wy­łą­czona z po­mocy przy kon­kur­sie, więc spa­dła na nią ob­sługa por­talu. Piotr wziął na sie­bie pocztę i od­biór prze­sy­łek. Po­nie­waż wszy­scy byli za­jęci, at­mos­fera stała się nieco ner­wowa (co w za­sa­dzie było normą w TER­CE­CIE), ale awan­tury ga­sły tak szybko, jak wy­bu­chały. Bra­ko­wało na nie czasu. Każdy pil­no­wał się tylko, by nie pod­paść Majce, która z ca­łego serca nie zno­siła pa­pier­ko­wej ro­boty.

Wiedźmy po­grą­żone były w pracy, kiedy w drzwiach sta­nął se­kre­ta­rek i oznaj­mił ostrze­gaw­czo:

- Bu­bu­lina tu idzie. Radź­cie so­bie same. Na mnie ona źle działa. - Za­wró­cił na pię­cie i za­mknął się w se­kre­ta­ria­cie.

Gośka po­de­rwała głowę znad kom­pu­tera i z na­dzieją stwier­dziła:

- Ona już jakby znor­mal­niała. Może nam od­pu­ści dar­mowe po­rady.

- Do­brze by było. - Po twa­rzy Idy prze­mknął zło­wrogi uśmiech. - Nie mam dziś na­stroju na wy­słu­chi­wa­nie me­dycz­nych wy­nu­rzeń Bu­bu­liny. Po­dej­rze­wam, że Majka też, a chyba do niej przy­cho­dzi...

- Kto do mnie przy­cho­dzi? - chciała wie­dzieć sze­fowa, która wła­śnie wy­nu­rzyła się ga­bi­netu. - Mu­szę na­pić się kawy, za­nim utonę w tych pa­pie­rach. Nie mia­łam po­ję­cia, że mia­ły­śmy aż tak pra­co­wity rok...

- Bu­bu­lina tu idzie - wy­ja­śniła Agata, prze­cie­ra­jąc zmę­czone od pa­trze­nia w mo­ni­tor kom­pu­tera oczy. - Pew­nie chce so­bie do­ro­bić przed świę­tami i bę­dzie cię mę­czyć o zle­ce­nie na prze­kład.

Majka wes­tchnęła i opa­dła na krze­sło przy swoim biurku.

- Tu ją przyjmę. U sie­bie mam wszę­dzie po­roz­kła­dane se­gre­ga­tory... Cho­lera, mó­wi­łam jej na psim spa­ce­rze, że mamy tu urwa­nie głowy!

- Zro­bię ci tę kawę. - Gośka z wy­raźną ulgą ode­rwała się od pracy. - Po­tem do­piero za­biję tę nową dzie­weczkę z pro­mo­cji, która już trzeci raz do­maga się wy­sła­nych ty­dzień temu ad­re­sów kon­kur­so­wych na­szego pa­tro­natu... - Po­śpiesz­nie po­gnała do kuchni.

- Po­sta­ram się szybko ją spła­wić - obie­cała Majka, wi­dząc skrzy­wione miny swo­ich pod­wład­nych.

- Po­sta­raj się, bo ina­czej krew się po­leje - mruk­nęła Ida.

- Zro­bi­ła­byś jej przy­jem­ność - po­wie­działa z wes­tchnie­niem Agata. - Od razu po­le­cia­łaby do naj­bliż­szego szpi­tala. Ona na­prawdę jest ciężko wal­nięta na umy­śle.

Ewa Le­śniew­ska nie­mal wpły­nęła do po­koju, prze­szła mię­dzy biur­kami, ciężko opa­dła na go­ścinne krze­sło i za­częła się wa­chlo­wać odzianą w ele­gancką rę­ka­wiczkę dło­nią. Na twa­rzy miała krwi­ste ru­mieńce, a w oczach skry obu­rze­nia.

- Wy­dawca cię oszu­kał? - Majka unio­sła brwi. - Tym mogę się za­jąć, choć roz­pacz­li­wie nie mam czasu. Chyba że źle się czu­jesz, ale to ra­czej nie do nas. Ja mogę cię po­ra­to­wać naj­wy­żej wodą.

- Na łeb chyba - wy­mam­ro­tała pod no­sem nie­po­korna Ida.

- Wodą! Tak, ko­niecz­nie! - jęk­nęła z wdzięcz­no­ścią tłu­maczka. - Mam glo­busa w gar­dle! To jest straszny kraj! Zlek­ce­wa­żyli mnie!

- Wy­dawcy? - za­py­tała współ­czu­jąco Gośka, która wła­śnie we­szła z fi­li­żanką kawy dla sze­fo­wej. - Nie martw się. Nasz praw­nik to za...

- Le­ka­rze!!! - za­wyła hi­ste­rycz­nie Ewa, nie­mal wy­szar­pu­jąc szklankę z wodą, którą po­dała jej naj­bli­żej sie­dząca Agata. Wy­piła łap­czy­wie i wzięła głę­boki od­dech. Na­głego ska­mie­nie­nia re­dak­tor Kny­pek nie za­re­je­stro­wała. - To jest jedna wielka si­twa! Już trzeci ga­stro­log od­mó­wił mi skie­ro­wa­nia na ko­lo­no­sko­pię! A ja mu­szę! Mu­szę mieć pew­ność, że one da­lej są ta­kie śliczne, czy­ściut­kie i ró­żowe!

- One? - Majka spoj­rzała na nią tępo. - Co ty masz w so­bie ró­żo­wego?

- Je­lita prze­cież!

Sto­jąca jak słup Gośka zzie­le­niała. Fi­li­żanka wy­pa­dła jej z rąk. Na szczę­ście prze­trwała upa­dek, ale swoją za­war­to­ścią ozdo­biła pod­łogę. Re­dak­tor Kny­pek schy­liła się jak au­to­mat, pod­nio­sła na­czy­nie, wy­ko­nała gwał­towny zwrot w tył i wy­pa­dła z po­koju.

W oczach Idy bły­snęło obrzy­dze­nie, na ob­li­czu Agaty - zgroza. Tylko na Majce obu­rzone oświad­cze­nie Bu­bu­liny nie zro­biło wra­że­nia. Mach­nęła nie­cier­pli­wie ręką, jakby od­ga­niała mu­chę i oznaj­miła su­cho:

- Kwa­li­fi­ku­jesz się na na­tych­mia­stową te­ra­pię...

- Prze­cież wiem! - prze­rwała jej Ewa. - Ale nikt nie chce mi wy­pi­sać skie­ro­wa­nia!

- Mó­wię o psy­chia­trze, nie o ga­stro­logu - wy­ja­śniła Majka zimno. - O ko­lo­no­sko­pii tru­łaś mi dwa mie­siące temu w cza­sie spa­ceru z psami. Przez go­dzinę! Twoje cho­lerne ró­żowe je­lita śniły mi się w nocy! Pew­nie wciąż mają się świet­nie w prze­ci­wień­stwie do two­jego mó­zgu. Nikt nor­malny nie lata co dwa mie­siące do le­ka­rza, żeby oglą­dać swoje flaki! To są in­wa­zyjne ba­da­nia! - Ką­tem oka do­strze­gła, że Gośka wró­ciła z mo­pem i w mil­cze­niu za­brała się do wy­cie­ra­nia pod­łogi. - Mamy ko­niec roku. Wszyst­kie je­ste­śmy za­wa­lone ro­botą, a ty mi tu glę­dzisz o je­li­tach?! Zrób so­bie ko­lo­no­sko­pię mó­zgu i daj mi spo­kój!!!

- Ko­lo­no­sko­pia mó­zgu? - wy­ją­kała wstrzą­śnięta jej re­ak­cją Bu­bu­lina. - Nie sły­sza­łam o ta­kim ba... - urwała i w oku jej bły­snęło. - Ale po­py­tam. Po­py­tam na pewno. Cie­kawe, jak wy­gląda mój mózg...

Wście­kły bul­got do­cho­dzący z pra­wej strony ostrzegł sze­fową TER­CETU, że sy­tu­acja robi się nie­bez­pieczna. Spoj­rzała na re­dak­tor Kny­pek, która z unie­sio­nym bo­jowo mo­pem szy­ko­wała się wła­śnie do ataku, wy­sko­czyła zza biurka i w ostat­niej chwili zła­pała ją za ra­mię.

- Psy­chicz­nych się nie bije - wy­szep­tała jej z na­ci­skiem do ucha i, ku jej uldze, roz­wście­czona wiedźma usłu­chała. - Idź do kuchni i zrób mi drugą kawę, a będę cię wiel­bić do końca ży­cia.

Gośka wy­szła bez słowa, a Majka zwró­ciła zimny wzrok na Le­śniew­ską, która pa­trzyła na nią wy­cze­ku­jąco.

- Wyjdź stąd, Ewa. Masz do­ży­wotni za­kaz po­ja­wia­nia się w agen­cji. Bez cie­bie się obejdę, bez mo­ich wiedźm nie.

Tłu­maczka spoj­rzała z nie­do­wie­rza­niem na sze­fową TER­CETU i po­woli wstała.

- A moje tłu­ma­cze­nia? Już mi nie bę­dziesz po­ma­gać? - za­py­tała z urazą.

- Prze­staw się na kon­takt te­le­fo­niczny lub ma­ilowy - oznaj­miła su­cho Majka. - Spa­cery w twoim to­wa­rzy­stwie też ja­koś prze­żyję, ale o swo­ich pra­cow­ni­ków mu­szę dbać, a twoje wi­zyty źle im ro­bią na wszystko. Nie będę ry­zy­ko­wać.

Je­chała do McDo­nalda, czu­jąc, jak bur­czy jej w brzu­chu. Głodna była nie­moż­li­wie i na samą myśl o so­czy­stym Big Macu ślinka na­pły­nęła jej do ust. Ten cho­lerny Raf­cio uprze­dził te­le­fo­nicz­nie, że wróci późno i zo­sta­wił ją bez obiadu. Cym­bał! Wczo­raj miał czas, mógł za­peł­nić lo­dówkę, żeby mu żona z głodu nie pa­dła. On się obi­jał w tej swo­jej fir­mie, a ona ciężko pra­co­wała umy­słowo! Pi­sa­nie to ha­rówka, to obo­lały od sie­dze­nia ty­łek, spuch­nięte nogi, bo­lące nad­garstki i szyja. No i walka z wła­snym ta­len­tem, który szyb­ciej two­rzy ob­razy w gło­wie, niż ręka na­dąża je za­pi­sy­wać... Tak, ta­lent miała wy­bitny, ale skąd taki Raf­cio mógł mieć o tym po­ję­cie? Wszystko było w nim pro­za­iczne - mi­kry wzrost, ni­jaka twarz, w któ­rej nie było nic cha­rak­te­ry­stycz­nego, ciemne włosy za­cze­sy­wane do tyłu, by ukryć po­ja­wia­jącą się na czubku ły­sinę i kłap­cia­ste uszy. Czy ktoś taki po­wi­nien no­sić tak nie­biań­skie, ulotne imię, jak Ra­fael? Te­ściowa miała pre­ten­sje, że Raf­cio pa­suje psu, a nie do­ro­słemu męż­czyź­nie, ale Ka­ta­rzyna swoje wie­działa - jej mąż ab­so­lut­nie nie wy­glą­dał jak Ra­fael. Miał tylko dwie za­lety, choć jedna jakby już stra­ciła na ak­tu­al­no­ści - pra­co­wał w fir­mie, która wciąż świet­nie mu pła­ciła oraz za­chwy­ciły go bujne kształty obec­nej mał­żonki. Na po­czątku, bo ostat­nio co­raz czę­ściej wy­ma­wiał się zmę­cze­niem i Ka­ta­rzyna za­czy­nała po­dej­rze­wać, że coś się za tym kryje. Snu z po­wiek jej to nie spę­dzało, bo do­sko­nale wie­działa, że w ra­zie roz­wodu wy­doi z męża, ile się da i uprzy­krzy mu ży­cie, ale sama myśl o ja­kiejś spryt­nej młod­szej flą­drze była iry­tu­jąca.

Ka­ta­rzyna Ga­dacz, z domu Świnka, była pi­sarką (a przy­naj­mniej za taką się uwa­żała) i to nie byle jaką. Z nie­usta­ją­cym za­pa­łem i zna­jo­mo­ścią te­matu pi­sy­wała oby­cza­jówki i ro­manse z wąt­kami ero­tycz­nymi, które czy­tel­niczki wchła­niały z za­par­tym tchem i roz­pa­lo­nymi po­licz­kami. Przy­naj­mniej ta­kie ko­men­ta­rze po­ja­wiały się na jej stro­nie au­tor­skiej.

Ka­ta­rzyna szcze­rze wie­rzyła w swój wielki ta­lent, ale do pi­sar­skiej ka­riery pod­cho­dziła re­ali­stycz­nie. Czy­tel­niczki chwa­liły, na spo­tka­niach au­tor­skich miała pełne sale, na tar­gach stały ko­lejki po au­to­grafy, a wy­dawcy pła­cili słabo. Po­dej­rze­wała, że ją oszu­kują, ale nie za­mie­rzała iść w koszty, by to spraw­dzać. Zro­biła coś in­nego. Pu­ściła w świat in­for­ma­cję, że za­mie­rza na­pi­sać kry­mi­nał i za­częła szu­kać ofiary. Szybko wy­ty­po­wała po­pu­lar­nego au­tora, który nie ukry­wał, że bez wy­siłku utrzy­muje się z pi­sa­nia i do­pięła swego - udało się jej prze­ko­nać go, że wiel­kie ga­ba­ryty Ka­ta­rzyny Ga­dacz kryją w rze­czy­wi­sto­ści de­li­katną, ro­man­tyczną ko­bietkę o ogrom­nym po­ten­cjale li­te­rac­kim, która nie ma siły prze­bi­cia, w związku z czym wy­dawcy lek­ce­ważą jej pro­mo­cję i któ­rej wkład we wspólną książkę stwo­rzy nową ja­kość w pol­skim kry­mi­nale. Za­pew­niła, że od lat au­tora z ca­łych sił po­dzi­wia i bę­dzie mu wdzięczna do gro­bo­wej de­ski. Wdzięcz­ność jej szybko prze­szła, bo - ow­szem - teo­re­tycz­nie pi­sali po­wieść we dwoje, na okładce wid­niało rów­nież jej na­zwi­sko, na pro­mo­cyj­nych spo­tka­niach au­tor­skich oboje zro­bili fu­rorę, książka sprze­da­wała się jak świeże bu­łeczki i Ka­ta­rzyna za­ro­biła wię­cej na tej jed­nej, niż na swo­ich po­zo­sta­łych, ale... No wła­śnie. Podły, bez­czelny au­tor po­peł­nił zbrod­nię nie tylko w fa­bule, ale i na jej wy­piesz­czo­nym tek­ście, z któ­rego oca­lały je­dy­nie nie­wiel­kie frag­menty. Ten aro­gancki łaj­dak usu­nął bo­wiem bez kon­sul­ta­cji naj­pięk­niej­sze sceny ero­tyczne w pol­skiej li­te­ra­tu­rze, nie do­ce­nił "nici mi­ło­ści" oraz in­nych me­ta­for opi­su­ją­cych skom­pli­ko­wane uczu­cia doj­rza­łych bo­ha­te­rów i okroił ca­łość nie­mi­ło­sier­nie, po­zo­sta­wia­jąc głów­nie wła­sne wy­po­ciny. Wła­ści­wie Ka­ta­rzyna po­winna była unieść się ho­no­rem i za­żą­dać usu­nię­cia swo­jego na­zwi­ska z okładki tego wy­bra­ko­wa­nego "dzieła". Nie zro­biła tego, po­nie­waż miała świa­do­mość, że ho­nor w za­sa­dzie nie przy­nosi żad­nych wy­mier­nych ko­rzy­ści, a kil­ka­dzie­siąt ty­sięcy na kon­cie daje przy­jemne po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Ze­mściła się na pod­lecu po swo­jemu - zna­jo­mym au­to­rom i blo­ger­kom opi­sy­wała na pri­vie, jak strasz­nie zo­stała przez niego oszu­kana, do­kła­da­jąc w ko­lej­nych wer­sjach nowe szcze­góły. Ak­tu­al­nie była na eta­pie przy­pi­sy­wa­nia mu skąp­stwa, za­wo­do­wej za­wi­ści i ta­lentu do wy­łu­dza­nia kasy.

Ka­ta­rzyna zje­chała na par­king przed McDo­nal­dem, za­par­ko­wała i, po­wstrzy­mu­jąc stę­ka­nie, wy­gra­mo­liła się z sa­mo­chodu. Kiedy szła ku re­stau­ra­cji, ką­tem oka doj­rzała wga­pia­ją­cych się w nią dwóch mu­sku­lar­nych fa­ce­tów sto­ją­cych obok po­tęż­nej cię­ża­rówki. Po­czuła sa­tys­fak­cję. Nie dzi­wiło jej to za­pa­trze­nie. Krótko ob­cięte kasz­ta­nowe włosy, kol­czyk w no­sie, mocny ma­ki­jaż, modna kurtka za­kry­wa­jąca roz­ło­ży­ste bio­dra, opięte czar­nymi leg­gin­sami nogi (kon­kretne, a nie pa­ty­ko­wate, jak u tych me­dial­nych la­le­czek), botki na wy­so­kich ob­ca­sach - nie­je­den chłop śli­nił się na jej wi­dok. Nie wy­glą­dała na swoje czter­dzie­ści pięć lat. I do­sko­nale wie­działa, że z tymi dam­skimi chu­chrami męż­czyźni lu­bili się po­ka­zy­wać, ale po no­cach ma­rzyli o ta­kich ko­bie­tach, jak ona. No, może nieco niż­szych, ale ona aku­rat lu­biła wy­so­kie ob­casy i nie za­mie­rzała z nich re­zy­gno­wać z po­wodu psy­chicz­nego dys­kom­fortu płci prze­ciw­nej. Była wielka i ob­fita. I nie prze­szka­dzało jej to.

Ka­ta­rzyna we­szła do re­stau­ra­cji i od razu skie­ro­wała się w stronę kon­tu­aru, za któ­rym stała młoda pra­cow­nica.

- Big Mac i mała cola - burk­nęła z roz­draż­nie­niem, bo ulu­bione za­pa­chy wzmo­gły jej ape­tyt. - To na miej­scu. Na wy­nos pro­szę za­pa­ko­wać dwa Big Maki, dwa Bur­gery Ja­la­pe?o, dwa Red Chik­kery, dwa Chic­ken Boxy, dużą colę i duże frytki. Płacę go­tówką.

Pra­cow­nica wbiła za­mó­wie­nie na kasę i po­wie­działa zmę­czo­nym gło­sem:

- Sto dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć sześć­dzie­siąt. Pro­szę, to pani nu­me­rek.

- Ceny tu ma­cie zło­dziej­skie - stwier­dziła Ka­ta­rzyna gniew­nie, kła­dąc na pod­stawce bank­not dwu­stu­zło­towy.

Dziew­czyna bez słowa wzięła bank­not, po­dała pa­ra­gony oraz wy­druk z nu­me­rem za­mó­wie­nia i za­częła grze­bać w szu­flad­kach kasy.

- Przy­kro mi, ale nie mam wy­dać. Czy mogę...

- Nie! Nie może pani! - oświad­czyła Ka­ta­rzyna gło­sem, w któ­rym dźwię­czała fu­ria. - Ży­czę so­bie na­leż­nych mi czter­dzie­stu gro­szy! Tu dwa­dzie­ścia, tu czter­dzie­ści i za­wsze się uzbiera! Płacę po­datki w tym kraju i nie mam za­miaru do­to­wać bie­doty! - Sta­now­czym ge­stem wy­cią­gnęła rękę po resztę.

W ca­łej sali zro­biło się ci­cho. Spoj­rze­nia go­ści zo­gni­sko­wały się na obu ko­bie­tach. Ka­ta­rzyna miała to w no­sie; z ja­do­wi­tym pół­u­śmiesz­kiem pa­trzyła na za­czer­wie­nioną, zmie­szaną mło­dziutką dziew­czynę w służ­bo­wym uni­for­mie. Na­gle za ladą po­ja­wił się przy­stojny chło­pak w fir­mo­wej blu­zie, od­su­nął ko­le­żankę, zgar­nął na tackę bur­gera, po­sta­wił na kon­tu­arze, do­ło­żył bu­telkę Coca-Coli, po czym wy­su­płał z kie­szeni garść mo­net, zna­lazł dwie dwu­dzie­sto­gro­szówki i z na­masz­cze­niem po­ło­żył na wy­cią­gnię­tej dłoni klientki.

- Pro­szę uprzej­mie. Oto pani reszta. Ży­czymy mi­łego dnia. - Za­gar­nął ra­mie­niem zde­ner­wo­waną ka­sjerkę i po­cią­gnął ją na za­ple­cze, mam­ro­cząc pod no­sem: - Wredny babsz­tyl... Nie przej­muj się. Każdy z nas za­li­czył kie­dyś ta­kiego klienta... Ochłoń tro­chę. Za­stą­pię cię, do­póki ta pu­der­nica nie znik­nie. Mam na­dzieję, że się udławi.

Do Ka­ta­rzyny nie do­tarły jego słowa, bo fakt, że po­sta­wiła na swoim, upo­ka­rza­jąc przy oka­zji idiotkę, która nie roz­po­znała w niej zna­nej pi­sarki, prze­sło­nił wszystko. Za­ci­snęła dłoń na dwu­dzie­sto­gro­szów­kach, zgar­nęła po­ży­wie­nie i usia­dła przy po­bli­skim sto­liku. Wgry­zła się ła­ko­mie w wielką bułę, nie zwra­ca­jąc uwagi na pełne dez­apro­baty miny go­ści sie­dzą­cych w po­bliżu. Ja­dła tak, jakby od ty­go­dnia nie miała nic w ustach. Po­chło­nęła bur­gera bły­ska­wicz­nie, po­piła colą i ro­zej­rzała się, go­towa do awan­tury, ale na mo­ni­to­rze wy­świe­tlił się nu­mer jej za­mó­wie­nia, więc po­de­rwała się nie­zgrab­nie, rzu­ciła na ladę kwit, zła­pała wielką, na­pa­ko­waną wy­so­ko­ka­lo­rycz­nym żar­ciem torbę z logo McDo­nalda i z uśmiesz­kiem sa­tys­fak­cji opu­ściła nie­przy­ja­zny lo­kal. Swoje zwy­cię­stwo po­sta­no­wiła uczcić wi­zytą w po­bli­skim bu­tiku, który był nie­przy­zwo­icie drogi. W prze­ci­wień­stwie do bie­doty, któ­rej re­pre­zen­tantką było to fi­zycz­nie pra­cu­jące cielę, stać ją było na za­kupy w ta­kich miej­scach.

Rzu­ciła torbę z pro­wian­tem na tylne sie­dze­nie sa­mo­chodu i, z pew­nym tru­dem, wci­snęła się za kie­row­nicę. Prze­mknęło jej przez głowę, że w za­sa­dzie na wła­snym kon­cie uzbie­rała dość, by ku­pić auto bar­dziej do­sto­so­wane do jej ga­ba­ry­tów, ale za­raz skar­ciła się w du­chu. To były jej oso­bi­ste pie­nią­dze wy­łu­dzane przez lata od przy­pad­kowo po­zna­nej sfik­so­wa­nej ka­na­dyj­skiej sta­ruszki. Nikt poza nią (no i ban­kiem) nie miał po­ję­cia, że czka­jąca - nie­po­jętą dla nor­mal­nych lu­dzi - em­pa­tią bab­cia przez nie­mal trzy lata re­gu­lar­nie za­si­lała jej konto co­mie­sięcz­nymi wpła­tami. I nikt jej do tego nie zmu­szał! Sama chciała! Prze­cież to nie Ka­ta­rzyny wina, że fa­bułę pi­sa­nej przez nią kilka lat temu książki (prawda, opo­wie­dzianą z emo­cjami, bo cóż to za pi­sarka, która ich nie ma) uznała za prawdę i ofe­ro­wała po­moc, szcze­rze prze­jęta tra­ge­dią. Ka­ta­rzyna z jed­nej strony bar­dzo się ucie­szyła, że opo­wieść o ciężko do­świad­czo­nej matce wal­czą­cej o te­ra­pię dla cho­rego synka wy­wiera na przy­pad­ko­wej słu­chaczce aż ta­kie wra­że­nie. Z dru­giej... Bab­cia au­ten­tycz­nie się prze­jęła. Je­śli za­czę­łaby jej tłu­ma­czyć, że to tylko fik­cja li­te­racka... Cho­lera wie, co ta­kiej za­gra­nicz­nej sta­ruszce eg­zy­stu­ją­cej na co dzień w ka­na­dyj­skich luk­su­sach może strze­lić do głowy. Może uzna ją za wy­rodną matkę, która się wy­piera wła­snego dziecka? Ka­ta­rzyna wo­lała nie ry­zy­ko­wać. Ode­grała wielką scenę wdzięcz­no­ści i przy­jęła ofertę. Przez trzy lata miała do­dat­kowe za­ję­cie, bo co mie­siąc zda­wała w e-ma­ilach ra­port z po­stę­pów le­cze­nia swego nie­ist­nie­ją­cego syna. Rok temu stwier­dziła, że już tego do­syć i oznaj­miła babci, że te­ra­pia po­mo­gła, dziecko wy­zdro­wiało, w związku z czym bar­dzo dzię­kuje i prosi o za­nie­cha­nie wpłat. Wo­lała nie ry­zy­ko­wać. Bab­cia nie była naj­młod­sza, a spad­ko­bier­ców mo­gły za­in­te­re­so­wać co­mie­sięczne wpłaty na pol­skie konto.

Pod­je­chała do bu­tiku i na wi­dok wy­stawy hu­mor od razu jej się po­pra­wił. Eks­pe­dientce chyba rów­nież, bo uśmiech­nęła się sze­roko, wi­dząc klientkę, która ni­gdy nie wy­cho­dziła ze sklepu z pu­stymi rę­kami.

- Mamy nowy to­war - za­szcze­bio­tała na po­wi­ta­nie. - Na pewno wy­bie­rze pani coś dla sie­bie.

Ka­ta­rzyna tylko ski­nęła głową i ru­szyła po­mię­dzy wie­szaki. Jej uwagę na­tych­miast przy­cią­gnęła zwie­sza­jąca się z jed­nego z nich piana fal­ba­nek. Już jako ma­ło­let­nie dziew­czę ma­rzyła o kiecce z fal­ba­nami, ale matka z upo­rem od­ma­wiała za­kupu, upie­ra­jąc się głu­pio, że to fa­son nie dla niej. Na­wet ślubną suk­nię ro­dzi­cielka na­była we­dle wła­snego gu­stu, lek­ce­wa­żąc upodo­ba­nia córki, któ­rej po no­cach śniły się ko­ronki, tiule i spód­nica typu wielka, biała beza.

Ka­ta­rzyna zdarła ze sto­jaka wie­szak z su­kienką i we­szła do przy­mie­rzalni. Szybko zdjęła z sie­bie wierzch­nie okry­cie i bluzkę, która była pod nim. Trzę­są­cymi się z nie­cier­pli­wo­ści rę­kami na­rzu­ciła kre­ację przez głowę, mo­dląc się, by roz­miar pa­so­wał. Udało się. Ob­cią­gnęła na bio­drach ło­so­siową sa­tynę, spoj­rzała w lu­stro i do­piero te­raz do­strze­gła, że su­kienka z le­wej strony miała roz­cię­cie się­ga­jące aż do uda. O mało się nie prze­wra­ca­jąc, Ka­ta­rzyna zsu­nęła leg­ginsy i sta­nęła bo­kiem do lu­stra. To było to! Nie dość, że su­kienka dys­po­no­wała wy­ma­rzo­nymi fal­ba­nami, to dzięki roz­cię­ciu wi­doczny był wielki mo­tyl wy­ta­tu­owany na udzie. Wresz­cie zrobi so­bie nie­sza­blo­nowe zdję­cie na okładki ksią­żek - czy­tel­nicy zo­ba­czą w niej silną ko­bietę o wraż­li­wo­ści mo­tyla... Uśmiech­nęła się sze­roko i już spo­koj­nie prze­brała we wła­sne ciu­chy. Po dro­dze do kasy zgar­nęła jesz­cze z wie­szaka czarno-białą tu­nikę i swe­ter w ty­pie pe­le­ryny, na­wet ich nie mie­rząc. Pła­cąc kartą nad­ska­ku­ją­cej eks­pe­dientce, która pie­czo­ło­wi­cie pa­ko­wała jej za­kupy, Ka­ta­rzyna zer­kała wzro­kiem ba­zy­liszka na inną klientkę. Młoda dziew­czyna o świe­żej buzi i fi­gu­rze mo­delki prze­glą­dała ciu­chy o dużo mniej­szej nu­me­ra­cji i na­gle oczy jej bły­snęły. Po­śpiesz­nie chwy­ciła wie­szak z kre­acją i po­de­szła do sprze­daw­czyni, która wła­śnie po­da­wała spa­ko­wane za­kupy Ka­ta­rzy­nie.

- Prze­pra­szam, ile kosz­tuje ta su­kienka?

Eks­pe­dientka rzu­ciła okiem na skra­wek zwiew­nego, przej­rzy­stego błę­kitu.

- Osiem­set pięć­dzie­siąt zło­tych. To koń­cówka ostat­niej hisz­pań­skiej ko­lek­cji.

Nie­do­szła klientka po­czer­wie­niała, wes­tchnęła i za­wró­ciła ku sto­ja­kowi, by od­wie­sić su­kienkę na miej­sce. Ka­ta­rzyna ode­brała pa­ra­gon i torbę z za­ku­pami, ale nim wy­szła z bu­tiku, wy­pu­ściła za­trutą strzałę:

- To nie jest sklep dla ho­łoty. Ele­gan­cja kosz­tuje!

Nie wi­działa już miny zszo­ko­wa­nej dziew­czyny i nie usły­szała ko­men­ta­rza eks­pe­dientki:

- Boże, co za straszna baba... Niech się pani nie mar­twi. Za ty­dzień sze­fowa zrobi prze­cenę, bo przyj­dzie nowy to­war. Upchnę tę kieckę, żeby za bar­dzo nie rzu­cała się w oczy i niech pani zaj­rzy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki