Rozdział pierwszy
Przebudzenie było wznoszeniem się ku powierzchni płynnego świata wody. Nie tego się Kai spodziewał. Sięgnął w ową ciemność, która była czarnym morzem, falującym, opadającym się i wznoszącym jak pływy. Coś było nie tak z jego ciałem; wszystko wydawało się niemożliwie odległe. Wydobył myśl i zawołał: Ziede?
Odpowiedziała niespiesznie, dziwnym, niskim głosem. Nie mógł jej zobaczyć. Szepnęła: Ja śpię, Kai.
Nie śpisz, mówisz do mnie. Powinien wiedzieć, gdzie jest; zawsze wiedział, gdzie jest. Głęboko w sercu miała kroplę jego krwi, zestaloną w czerwoną perłę.
Mówiłam, żebyś się nie budził... Urwała. Ospały głos nagle stał się czujny i naglący. Kai. Gdzie ja jestem? Nie mogę się ruszyć.
Nic tu nie miało sensu. Sięgał najdalej, jak mógł, usiłując namacać cokolwiek, coś konkretnego. Postarał się, aby jego wewnętrzny głos brzmiał spokojnie, choć wrażenie tonięcia sugerowało, że nie spodobałyby mu się odpowiedzi na żadne z jego pytań. Ja też nie bardzo wiem, gdzie jestem, pomyślał przez perłę. Czuł, że coś strasznego może mu się objawić w każdej chwili, ale trzymał to na dystans. Wolał się skupić na tym, żeby dotrzeć do Ziede. Zebrał elementy swojego ciała dryfujące w mrocznej wodzie, która zapewne nie była wodą, aby spoić swoją istność z powrotem w jedno ciało. Tyle że jego ciała tam nie było.
Kai stłumił przypływ paniki. Panikę należało odłożyć na później.
Mentalny głos Ziede był napięty, kiedy znów przemówiła. Pospiesz się, Kai. Gdziekolwiek jestem, nic nie widzę, nie mogę zrobić ruchu. Oddycham, ale nie czuję... Nie czuję, żeby moja pierś się poruszała. Wyczuł jej stłumiony strach, gdy dodała: Nie mogę znaleźć Tahren, ona nie odpowiada.
Coś odcięło ich od świata zewnętrznego. Nie próbuj się ruszać. Po prostu czekaj, polecił. Skoro potrafi myśleć, nie jest bezbronny.
Zogniskował całą swoją uwagę, aż czarne morze ustąpiło, przechodząc w ciemne kamienne ściany dużej, okrągłej komnaty, po których z mrocznego stropu spływała woda. Mszyste wodorosty wypełniały szpary pomiędzy kamieniami; gdzieś z tyłu, zza jego pleców, sączyło się światło. Kai potrzebował się ruszyć, gdyż lewitowanie w postaci amorficznej chmury było dla niego czymś nowym i wysoce niepokojącym. Wyobraził sobie, że ma ciało, więc przyciągnął ręce do tułowia i obrócił się, aby spojrzeć w dół.
Na swoje ciało.
Leżało na katafalku, w szklanej trumnie. Twarz była odsłonięta, a resztę spowijał czarny całun. Policzki były chude, twarz zapadnięta, ale ciągle można go było rozpoznać. "Musiały minąć miesiące... może rok?" Skoro ktoś mu to zrobił, to co zrobiono Ziede?
Ziede, powiedziałaś, że nie możesz się ruszać, nie widzisz. W tym przerażającym, nieznanym pomieszczeniu nie było drugiej trumny czy skrzyni. Niczego, co by mogło ją pomieścić. Woda znikała w ukośnych odpływach w podłodze. Woda. Musiała wypełniać tę komorę, aby utrzymać Kaia w jego bezwładnym ciele. Kiedy jej poziom opadł, wyłonił się i wybudził. Będąc bezcielesnym, nie mógł się sam poruszać - zatem czy komora została wyniesiona nad wodę? Tylko jakie to miało znaczenie, kiedy Ziede mogła zostać pochowana żywcem, a on nie miał jak jej uwolnić? Wiedział, że musi zdobyć więcej informacji.
Masz węch? Co czujesz?
Tylko zapach tkaniny... Jakby stary jedwab. I po chwili: Kai, co to ma być? Gdzie my jesteśmy?
Nie wiem. Musiała być w czymś zamknięta, może w trumnie wyściełanej jedwabiem. Zacisnąłby w desperacji powieki, gdyby jego oczy nie zgniły w tej trumnie w mokrym dole. Ziede, obawiam się, że... Urwał. Coś sprawiło, że woda wyciekała z tej dziwacznej komory grobowej.
Coś się zbliżało.
Zakrzywiona ściana przed katafalkiem rozsunęła się bezszelestnie, wpuszczając wąską smugę przytłumionego niebieskiego światła. Z otworu wyłoniły się postacie, niewyraźne i odległe. Kaiowi trudno było się skupić w tej niematerialnej formie.
Pięć ludzkich postaci wlokących ze sobą dwa worki. Z ciałami.
Złożyli swoje brzemię na podłodze, przy zakrzywionej ścianie.
Mniejsze ciało wierzgało i szamotało się, aż któryś je kopnął i skuliło się w kącie. Drugie leżało w bezruchu.
Kai wyczuł woń śmierci tej zwiotczałej postaci. Pomyślał o Ziede, uwięzionej i bezradnej, którą musi uratować - i ból tej myśli dał mu iskrę mocy.
Ciało było puste; jego mieszkaniec uleciał, lecz ciągle jeszcze emanowało z niego ciepło. To wystarczyło. Kai ponownie obrócił się wokół własnej osi, skoncentrował całą swoją istotę i spadł przez pustkę prosto w to ciepło.
Dźwięki, kolory i doznania wróciły wezbraną falą; obolałe stawy, zgrzyt kości trafiającej na kość, wyschnięte, palące gardło, wilgotny materiał oblepiający długie, niezborne kończyny. Jednak ból wygenerował odbudowującą moc, która przeniknęła przez to nowe ciało.
Kai wsparł się na łokciach i uniósł głowę, robiąc świszczący wdech. Ciemne loki opadały mu poniżej ramion, wplątane w ciężki żałobny całun z tkaniny i metalowej siatki. Skóra na jego dłoniach miała znajomy, ciepły brązowy kolor. Miał na sobie długą czarną spódnicę i tunikę - pospolitą odmianę tradycyjnego wschodniego ubioru. Za to nie miał nic pod spodem, a ubranie było poplamione krwią i czymś jeszcze gorszym. Zaczerpnął kolejny haust powietrza, wilgotnego, stęchłego od pleśni i zgnilizny. Stracił poczucie Ziede, ale to mogło być chwilowe. Miał nadzieję, że odzyska kontakt, choć przebieg tego dnia był dość nieprzewidywalny.
Śmiertelnicy przyglądali się szklanej trumnie. Jeden z nich szturchnął wieko. Kai nie zadomowił się jeszcze w swoim nowym mózgu i nie rozumiał ich mowy.
Czterech miało ubrania podobne do tych, jakie noszą marynarze z południowo-wschodnich archipelagów - bawełniane szarawary ściągane w kostkach, krótkie rozpinane bluzy i szerokie skórzane pasy. Dwóch z nich miało również koszule, długie do kolan, bardziej typowe dla kobiet z tego regionu. Ich skóra była jasna, choć ogorzała od wiatru i słońca, a długie, proste, jasne włosy nosili spięte lub związane z tyłu. Piąta osoba należała do tego samego typu, tyle że była starsza, a jej ubiór świadczył o zamożności - czerwony płaszcz do kolan narzucony na długą, ciemną tunikę i spódnicę, zwisające z pasa błyszczące srebrne łańcuchy i onyksowe ozdoby. Kai wyczuł w nim demaskatora - na co wskazywała także zadufana i jawnie wroga postawa mężczyzny. Słowa znowu zaczęły coś znaczyć. Osoba skulona pod ścianą obok Kaia szepnęła:
- Byłeś martwy.
Wspomnienia jego nowego ciała były chaotyczne i porwane. Łatwo bladły, ale jedno wyszeptało: "Dziewczynka, zbyt młoda, żeby tu być". Musiał wyciągnąć szyję, żeby ją zobaczyć, zmagając się z bolesnym ciężarem przetykanej metalem zasłony gniotącej mu głowę. Dziewczynka była drobna, ubrana w podartą, brudną koszulę i spodnie do kolan - łachy zbyt cienkie jak na chłód panujący w krypcie. Mocno kręcone włosy miała krótko obcięte, a jej skóra była ciemnobrązowa. Mogła pochodzić ze wschodniego wybrzeża. Mówiła imperialnym arikeńskim, dominującym językiem handlowym, który przykrył jej naturalny akcent, tak że Kai nie potrafił go rozpoznać.
Jednocześnie czasowa studnia mocy, stworzona przez ból Kaia, przywracała do życia jego nowe ciało. Kości same się nastawiały i zrastały, podobnie jak rozerwane organy; złamany nos odzyskiwał kształt, z pogruchotanych szczęk wyrastały nowe zęby, aż ostry ból omal nie powalił Kaia na ziemię. On trzymał go w karbach oddechami, aż krew przestała mu wrzeć w żyłach, po czym cofnął zrekonstruowaną żuchwę, która z pyknięciem wskoczyła w zawiasy.
- Czy my się znamy? - zapytał szeptem.
Wzdrygnęła się i pewnie odsunęłaby się od niego w gwałtownym odruchu, lecz nie chciała ściągać na siebie uwagi. Patrząc na niego wielkimi oczami, potrząsnęła głową.
- Nie... Nie bardzo. Twoje oczy...
Kai pociągnął zasłonę, aby ukryć górną część twarzy.
- Tak będzie lepiej. On... ona? Oni? Już ich tu nie ma.
Dziewczyna wstrzymała oddech. Rozumiała, lecz wolałaby nie rozumieć. W drugim końcu krypty demaskator polecił:
- Zabierzcie ją.
Marynarz odwrócił się i podszedł do nich. Schylił się po dziewczynę i powiedział:
- Ty pierwsza.
Kai rzucił się na niego. Mężczyzna chwycił go i jednym ruchem poderwał na nogi, ale kiedy spojrzał mu w twarz, w jego oczach pojawiło się zaskoczenie. Kobieta marynarz zaprotestowała.
- Nie, nie ten! To ten drugi!
- Myślałem, że on nie żyje - odezwał się ktoś inny.
Oni również posługiwali się imperialnym arikeńskim - z tym że demaskator wyrażał się starannie, a marynarze mieli mocny akcent i przeciągali samogłoski.
- Och, proszę, zabierzcie mnie! - poprosił Kai. - Chcę iść pierwszy. - Wyszarpnął się mężczyźnie i chwiejnym krokiem podszedł do trumny. Złapał się rogu katafalku i oparł się o niego plecami, stając twarzą w twarz z pechową bandą grobowych rabusiów.
- Mam go sprowadzić z powrotem? - rzucił, pokazując ruchem głowy na swoje dawne ciało. Skrzywił się, kiedy ciężka metaliczna woalka boleśnie podrażniła mu skórę. - Nie mam za wiele czasu, więc miejmy to już za sobą.
Kobieta marynarz zaśmiała się i wyciągnęła długi sztylet.
- Teraz będzie już wystarczająco martwy - powiedziała.
Można by ją uznać za atrakcyjną, z urodą kryjącą się pod wygarbowaną słońcem i wiatrami skórą twarzy. W głowie Kaia objawiło się jej imię - fragment pamięci, który wyrył się w jego mózgu w agonii i nie chciał zaniknąć. Nazywała się Tarrow i początkowo udawała miłą, więc jej zdrada tym bardziej bolała.
Pod woalką, w półmroku krypty śmiertelnicy nie mogli zobaczyć twarzy Kaia, ale demaskator wpatrywał się w niego i w jego wzroku narastało zrozumienie podszyte grozą.
- Zaczekajcie - powiedział.
Ale Tarrow chciała uczynić jeszcze więcej szkody. Zamachnęła się i dźgnęła Kaia w pierś, aż osunął się na katafalk. Ból zaciemnił mu wzrok, kiedy stal rozcięła i tak już zmaltretowane ciało.
Odskoczyła i Kai chwycił ostrze. Cięło mu palce, gdy wyciągał sztylet z piersi. Cisnął go w kąt, ignorując krew, która ciekła, gdy rana się zasklepiała. Nowa studnia mocy, która wybiła pod jego skórą, pulsowała niczym drugie serce.
- No proszę - powiedział, odrzucając z twarzy woalkę. - Kto następny?
Teraz już nikt się nie śmiał. W krypcie zapadła cisza, przerywana jedynie kapaniem i bulgotaniem uchodzącej wody.
- Zbliż się, Tarrow - nakazał Kai, koncentrując swoją wolę i uśmiechając się, choć płacił za to bólem ścięgien i kości szczęk, ciągle wrażliwych po regeneracji.
Tarrow, bezsilna jak owad w bursztynie, zbliżała się sztywnym krokiem, opierając się całą siłą swojej psychiki, śmiesznie słabą. Kai podprowadził kobietę na tyle blisko, żeby mógł ją chwycić za gardło.
- Powiedz mi, czy znałaś jego imię? - zapytał. - Imię tego, którego przyprowadziłaś tu na śmierć?
Tarrow wydała zdławiony dźwięk. Demaskator próbował uderzyć w Kaia intencją, która unieruchomiłaby jego nowe ciało, ale ból napełnił Kaia tak straszliwą mocą, że unicestwił intencję, zanim zdążyła się sformułować. A potem ją odwrócił, włożywszy w to prawie całą swoją chwilową moc, i unieruchomił demaskatora wraz z pozostałymi marynarzami, przykuwając ich do miejsca. Szamotali się bezsilnie, niezdolni poruszyć nogami ani wyciągnąć broni. Któryś jęknął i Kai w pierwszym odruchu omal nie zmiażdżył gardła Tarrow, lecz powstrzymał się w ostatniej chwili, unikając niepotrzebnego wydatku energii. W głosie jednego z mężczyzn zabrzmiała nuta paniki, gdy rzucił:
- Menlas, mówiłeś, że nad nim zapanujesz, więc...
- Zamknij się! - warknął demaskator głosem schrypniętym od szoku i desperacji, na próżno usiłując się poruszyć.
- Przywiedliśmy ci ofiary - zwrócił się do Kaia. - Apelujemy, abyś...
- Przywiedliście mi dziecko i młodzika tak bliskiego śmierci, że nie przetrwałby po wyjściu z tego miejsca. Chcieliście mnie zwabić do słabego, bezbronnego ciała, abym stał się waszym niewolnikiem? - Śmiech Kaia brzmiał jak zgrzyt, bo jego płuca ciągle się regenerowały. Wyraz twarzy Menlasa powiedział mu, że jest bliski prawdy. - To tak nie działa, demaskatorze - dodał, po czym oderwał duszę Tarrow od ciała i pożarł jej życie.
Z następnym uderzeniem jego serca pusta powłoka opadła na podłogę.
Łamali się jak patyki. Krzyki i błagania były irytujące i głośne - zwłaszcza że wychodziły z ust śmiertelników, którzy nie przejmowali się zwykle krzykami i błaganiami swoich jeńców.
Kai szybko pochłonął dwóch kolejnych, aby uzupełnić ubytek mocy użytej do unieruchomienia całej bandy. Następnie uwolnił z niewidzialnych okowów demaskatora i ostatniego z marynarzy, nie bojąc się, że uciekną. Wciąż był zaskakująco wściekły i chciał to wszystko z siebie wyrzucić, zanim znów przyjdzie mu działać racjonalnie. Ciężka metaliczna woalka, wciąż tkwiąca we włosach i torturująca skórę głowy z pewnością mu nie pomagała.
Kiedy z ostatniego marynarza pozostała wyssana cielesna powłoka, Kai, siedząc demaskatorowi na piersi, zapytał:
- Kto mnie tutaj wsadził?
Menlas dziko potrząsnął głową, z trudem łapiąc powietrze. Może pytanie było źle sformułowane.
- Kto mi to zrobił? Kto mnie zamknął w tym grobowcu? I skąd wiedziałeś, że tu jestem?
- Nie mogę... Opowieści mówiły... ja...
Serce tego idioty nie wytrzymało. Zirytowany Kai wyssał z niego życie, zanim tamten zdążył umrzeć i je zmarnować.
Wstał, energicznie otrzepując spódnicę.
- Zrobione - powiedział do dziewczynki.
Trzęsła się, skulona pod ścianą, ale wszystko uważnie obserwowała. Kopnął ciało kobiety leżące w pobliżu, ściągnął z niej długą koszulę i cisnął ją dziewczynie.
- Masz, nałóż to i wstań. Nie zamierzam cię zjeść, jesteśmy przyjaciółmi.
Szybko złapała koszulę i wciągnęła ją przez głowę, po czym wstała, potykając się o swoje stopy - gołe, brudne, poznaczone skaleczeniami i siniakami.
- Co... co zamierzasz zrobić?
- Muszę kogoś odnaleźć. - Kai pochylił się nad kolejnym wyssanym ciałem, rozwiązał trupowi pasy bandażowych butów, odwinął je i rzucił w stronę dziewczynki. Przeczucie obecności Ziede narastało na peryferiach jego świadomości, ale wciąż nie potrafił określić kierunku. - Słuchaj, czy była jeszcze jedna trumna? Widziałaś jakąś?
Dziewczyna włożyła buty i ruszyła z nim do wyjścia, ciągle niepewnym krokiem i ciągle drżąca.
- Nie. Widziałam tylko schody.
Kai przeszedł przez otwór w ścianie. Prowadził on do przejścia skąpanego w niebieskim świetle, które padało z polerowanych kamieni w kopulastym suficie. Potężna sieć intencji, które towarzyszyły budowie tego miejsca, była wpisana w każdy kawałek skały.
Ktoś wykorzystał istniejącą strukturę i przystosował ją do swoich celów. Korytarz zakrzywiał się wokół potężnego skalnego wspornika, przechodząc w schody prowadzące na górę. Po wydeptanych stopniach z białego kamienia wciąż spływała woda.
- Musisz robić takie rzeczy ludziom, żeby przeżyć? - zapytała nagle dziewczyna.
- Nie - odpowiedział. - Zrobiłem tak, bo chciałem. A źli ludzie smakują lepiej niż dobrzy. - Wyciągnął do niej rękę.
Spojrzała na niego brązowymi oczami, szeroko otwartymi w półmroku, które wydawały się wielkie na posiniaczonej twarzy, zapadniętej z głodu. Chwyciła jego dłoń. Skórę miała zimną z wyczerpania i napięcia.
Kai, holując ją za sobą, piął się w górę spiralą schodów, aż ich studnia otworzyła się na szeroką salę o wysokim suficie, usianym jeszcze większą ilością niebieskich świecących kamieni. W jej drugim końcu znajdowała się przezroczysta kryształowa kula, odbijająca się w ponurej szarozielonej wodzie. Przepływające obok nich ryby świadczyły, że znajduje się tu duży zbiornik wodny. Teraz, gdy Kai miał już sprawny nos, wyczuwał zapach soli, która przez lata wsiąkała w spoiwo kamieni.
Ktoś zadał sobie wiele trudu, aby mieć gwarancję, że Kai nie ocknie się na tyle wcześnie, aby uciec ze swoich zwłok. Resztę ścian sali wypełniały duże kwadratowe kasetony z ozdobnymi ramami, takimi jak te, które otaczały framugę drzwi, ale ich wnętrza były puste. Kai, prowadząc za sobą dziewczynkę, obszedł centralny filar i za nim, w oddali, zobaczyli kolejne kręcone schody, prowadzące jeszcze wyżej.
- Co to za miejsce? - zapytał.
- Wyspa, ale jakby wieża, cała z kamienia - wyjaśniła dziewczyna. Skrzywiła się, pocierając zakrwawiony nos. - Wprowadzili nas przez jej szczyt. Ej, co to...
Kai gestem nakazał jej milczenie. Jego wyczucie Ziede nasiliło się tutaj, w końcu sali. Skupił się na cienkiej nici, która łączyła go z perłą w jej sercu. Ziede?
Ciągle tu była. Głos miała beznamiętny, mocno kontrolowany.
Puścił dłoń dziewczyny i zaczął sunąć wzdłuż ściany, badając ją metodycznie. Każdy rzeźbiony kaseton był częścią intencji spojonej z tym miejscem. Nie wyczuł za nimi życia, ale miał wrażenie, że jest tam pusta przestrzeń; jakaś ukryta komnata wykuta w kamieniu. Miejsce, gdzie niczego nie było, nawet rozkładających się zwłok. "Ona musi tu być", pomyślał.
Wreszcie po drugiej stronie wyczuł zajętą pustkę. Coś dużego i ciężkiego wypełniało przestrzeń. Gdyby znalazł jakieś narzędzie, mógłby się przebić przez warstwę polerowanego kamienia, ale na razie spróbował prostszego sposobu.
Zaczął macać płaskorzeźby przedstawiające skorupiaki i węże wodne w poszukiwaniu ukrytej szczeliny lub jakiegoś punktu zaczepienia. Kucnął i przesunął palcami wzdłuż dolnej krawędzi. Natrafił na małe wgłębienie i kiedy je nacisnął, ze środka dobiegło głuche tąpnięcie.
Kai wyprostował się i cofnął, prawie wpadając na dziewczynkę stojącą tuż za nim. To było ciekawe. Świadczyło o jej charakterze, a może raczej o niedawnych przeżyciach - najwyraźniej uznała, że Kai jest mniej przerażający niż wszystko, co mogło ją jeszcze spotkać w tym miejscu.
Panel pękł i rozpadł się, zasypując pyłem posadzkę. We wnęce, na gładkim kamiennym postumencie, stał ciemny marmurowy sarkofag. Kai chwycił jego rzeźbioną krawędź i pociągnął. Rozległ się szczęk, zadziałała przeciwwaga i ciężka pokrywa się odsunęła.
Wieko trumny nie było szklane, tylko kamienne - wypukłe i rzeźbione. Kai namacał spoinę i pchnął z całej siły. Wieko odskoczyło i z ogłuszającym trzaskiem spadło na podłogę.
W trumnie leżała Ziede.
Miała zamknięte oczy. Kai położył dłoń na jej czole. Była żywa; ciepła i żywa. Nie postarzała się ani nie zmieniła w żaden inny sposób. Ta sama ciemnobrązowa skóra, wysokie czoło i długi, prosty nos, te same czarne włosy, zaczesane do tyłu i splecione przy samej skórze w dziesiątki warkoczyków ułożonych rzędami. Tę fryzurę najczęściej nosiła. Ubrana była jak na ceremonię albo uroczystość, w drapowaną, obcisłą tunikę z jedwabiu w kolorze tętniczej krwi. Kai wyczuł schemat intencji, która utrzymywała jej życie w zawieszeniu, i złamał go delikatnym, lecz stanowczym gestem.
Pierś Ziede uniosła się w gwałtownym oddechu. Kai wsunął pod nią ręce i jednym ruchem wyjął z trumny. Otworzyła oczy i chwyciła go za barki, wbijając mu paznokcie w skórę.
Głos Kaia stał się niski z powodu wzruszenia i ogromnej ulgi.
- Jesteś bezpieczna, Ziede.
Zamrugała zaskoczona na widok nieznanej twarzy. Kai powoli ją postawił, podtrzymując za ramiona, żeby nie upadła.
Byli teraz tego samego wzrostu. Jego stare ciało było niższe i dawniej musiał zadzierać głowę, żeby na nią spojrzeć. Dotknęła jego policzka.
- Czy to tam jesteś? - spytała i od razu sobie odpowiedziała. - Tak, to ty. Zabili cię?
- Ktoś to zrobił. - Wciąż czuł taką ulgę, że trudno mu było myśleć.
Postukał w krawędź kamiennego sarkofagu.
- Wsadzili mnie do czegoś takiego.
Jej wzrok pobiegł ku skalnej niszy, w której pochowano ją żywcem, i ramiona jej opadły.
- Nie pamiętam, jak się tu znaleźliśmy. - Zmarszczyła czoło. - I nie pamiętam, żebym była tak ubrana.
- Ja też nie pamiętam. - Pomasował jej plecy. - Wszystko w porządku?
- Tak. - Uspokoiła się i wzięła głęboki oddech. - Więc nie mamy pojęcia, jak długo...?
- Wyglądałem, jakbym nie żył od jakiegoś roku. - Odwrócił się do dziewczyny. Z Ziede Kai rozmawiał w saredyjskim - pierwszym języku śmiertelników, jakiego się nauczył. Przeszedł na imperialny arikeński, aby dziewczynka mogła go zrozumieć. - Czy Bashat bar Calis z Benais-arik nadal jest przywódcą Wschodzącego Świata? - zapytał.
- Chyba tak - odpowiedziała. Usiadła na podłodze i przygryzając wargę, zaczęła poprawiać paski skórzanych sandałów na pokancerowanych stopach. - Chodzi o imię na monetach?
Za mało informacji, więc Kai cisnął dalej:
- Pamiętasz, jaki to miesiąc w rachubie imperialnej?
Ściągnęła brwi w namyśle.
- To był koniec trzeciego miesiąca słonecznego. Prawie koniec. Nie zmienili jeszcze znaku na kalendarzowej wieży. Pięć dni zajęło dotarcie tutaj.
- Dobrze. - Uspokojony Kai odwrócił się do Ziede. - Czy mogłabyś mi to zdjąć z głowy? - Pokazał na splątaną masę włosów, tkaniny i ozdobionych klejnotami łańcuszków. Liczył, że Ziede, mając konkretne zadanie, szybciej wróci do rzeczywistości, a poza tym miał już dosyć tego paskudztwa.
Obróciła go i namacała wypustkę podtrzymującą zasłonę.
- Masz to wbite w czaszkę? - zapytała, przechodząc na arikeński.
- Przynajmniej tak mi się wydaje - odparł. Każdy ruch głowy, każde szarpnięcie upiornej woalki sprawiało, że miał ochotę zabić co najmniej dziesięciu innych marynarzy i demaskatorów, może nawet obdzierając ich żywcem ze skóry, jeśli nie zdołałby wymyślić nic lepszego.
- To tylko zasłona na twarz z łańcuszkami - rzuciła dziewczyna, ciągle usiłując dopasować buty.
- Kto to jest? - zapytała zirytowana Ziede, dłubiąc paznokciami w splątanych łańcuszkach.
- Teraz ją poznałem - wyjaśnił Kai.
Chciał się zrelaksować pod troskliwym dotykiem Ziede wyplątującej z jego włosów ozdobne narzędzie tortur, ale wciąż nie miał na to czasu.
- Jestem Sanja - przedstawiła się dziewczynka, wstając. - I nie chcę tu być.
- Tak, nazywa się Sanja - potwierdził. - Przyprowadzili tego dzieciaka jako ofiarę.
Prawdopodobnie Menlas chciał ją zabić, aby wzmocnić intencję, którą planował użyć do zniewolenia Kaia. Najwyraźniej posiadł wystarczająco dużą wiedzę, aby stać się niebezpiecznym, głównie dla siebie.
- Hej, Sanjo, a czy któreś z nas wygląda, jakby chciało tu być? - zapytała ją Ziede.
- Nie. - Dziewczynka wyzywająco uniosła podbródek, ale głos jej lekko drżał. - Przyprowadziłeś mnie dla niej? - zaatakowała Kaia. - W razie gdyby potrzebowała nowego ciała?
Ziede zaśmiała się gorzko.
- Nie mogę wejść w nowe ciało, żywe czy martwe. To sztuczka Kaia.
- Dlatego musieliśmy odnaleźć Ziede, póki jeszcze oddychała - wyjaśnił Kai.
Sanja wciąż wydawała się zbyt zszokowana, aby się odprężyć. Po prostu westchnęła i z roztargnieniem skubała rękaw swojej nowej koszuli. Kai ciągnął, zwracając się do Ziede:
- Mówiłaś, że nie możesz dotrzeć do Tahren.
- Cały czas próbowałam. - Głos Ziede brzmiał spokojnie i pewnie; trzeba było ją dobrze znać, aby wyczuć w nim emocje.
Tahren dostała perłę serca od Ziede i nawet jeśli dzieliła ich zbyt duża odległość, aby używać pereł do komunikacji, powinna w pewnym stopniu wyczuwać obecność Kaia.
Gdyby Tahren również została zaatakowana, ich sytuacja byłaby dużo gorsza, niż się wydawała.
- Jej tu nie ma i nikogo innego nie wyczuwam - stwierdził Kai.
Dłonie Ziede zajęte rozplątywaniem łańcuszków znieruchomiały na moment, po czym powróciły do przerwanego zajęcia.
- Gdyby Tahren była wolna, przyszłaby po nas. Rozerwałaby świat na strzępy, żeby nas znaleźć. Dahin... On też by nas nie zostawił - powiedziała.
Kaiowi ścisnęło się gardło. Dahin mógł być skłócony z Tahren, ale nic go nie dzieliło od Kaia i Ziede. I nieważne, jak bardzo on i Dahin by się kłócili, nadal by chronił Tahren, a ona broniłaby go przed każdym zagrożeniem.
- Wiemy tylko, że ich tutaj nie ma - powiedział Kai. - Coś może przesłaniać perłę Tahren. Może nas szuka, a może chroni innych w domu. Nie dojdziemy do tego, dopóki się nie dowiemy, co się stało.
Ziede odpowiedziała mu ze złowrogim spokojem:
- Jeśli ruszą choć jeden włos na upartej głowie Tahren, zabiję ich.
Jeszcze jedno pociągnięcie i zasłona z łańcuszków opadła. Ziede cisnęła ją na ziemię i przeczesała palcami loki Kaia, wytrząsając z nich resztki ozdób.
- Zabijemy ich. - Kai pomasował obolałą skórę głowy, czując, jak ustępuje napięcie szyi i pleców. - Skąd pochodzisz, Sanjo? - zagadnął dziewczynę.
- Z Zatoki Kwiatów. Kupili nas oboje. - Zawahała się na moment. Ciągle obejmowała się ramionami, ale już mniej drżała. - Dlaczego wcześniej nie zapytałeś, kim jestem?
- Nie chciałem, dopóki nie byłaś gotowa mi odpowiedzieć.
Kai z grubsza wiedział, gdzie znajduje się Morze Kwiatów, ale nie potrafił określić jego położenia względem miejsca, w którym się znajdowali. Zatoka była wolnym miastem, poza zasięgiem Wschodzącego Świata; ostatnim ocalałym fragmentem ziem Nebush. Po wojnie niemal zrównane z ziemią, zostało na nowo zasiedlone przez morskich rozbójników i teraz znów było ruchliwym portem. Idealne miejsce ukrycia dla demaskatora.
- Przybyli z zatoki łodzią? - zapytał.
- Na muszlorybie. - Sanja wzruszyła chudymi ramionami. - Pierwszy raz widziałam coś takiego z bliska.
- Zatem Menlas demaskator musiał być potężnym magiem.
- Albo tak mu się wydawało - stwierdziła Sanja kwaśno.
Kai energicznie podrapał się po zmaltretowanej skórze głowy.
- Dobra, zaczekajcie tutaj, a ja pójdę przeszukać ciała. Przyniosę ci jakieś ubranie, Ziede.
Kiedy zrobił ruch, by odejść, Ziede powiedziała:
- Kai, powinieneś poszukać perły w swoim sercu.
Zawahał się i pokręcił głową.
- Nie ma jej tam, Ziede.
- Udowodnij mi to - odparła z naciskiem, kiedy się oddalał. - Muszę mieć dowód.