Wiedźmi król - H.e. Edgmon

Kup ebooka

42.90 zł
34.32 zł (30,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

Od­wró­cona Śmierć

Otwie­ram tylne drzwi, żeby wy­pu­ścić psy do ogrodu, i wi­dzę Naduę z se­ka­to­rem wbi­tym jak nóż w skrzy­dło mo­jego na­rze­czo­nego.

Spo­dzie­wa­łem się, że ten dzień się spier­doli. Każ­dego ranka wy­cią­gam jedną kartę ta­rota, żeby mieć po­ję­cie, co mnie czeka. Taka odro­bina ma­gii, na którą na­dal so­bie po­zwa­lam. Je­dyna oprócz blizn pa­miątka po daw­nym ży­ciu. Dziś rano wy­cią­gną­łem od­wró­coną Śmierć.

Opór wo­bec zmian. Uparte trzy­ma­nie się prze­szło­ści. Roz­go­ry­cze­nie. Prze­miana.

Wie­dzia­łem, że zda­rzy się coś nie­do­brego, ale nie są­dzi­łem, że tym czymś bę­dzie on.

Emyr North. Książę pół­noc­no­ame­ry­kań­skich wró­żek.

Za­wsze się oba­wia­łem, że na jego wi­dok od razu zejdę na za­wał, ale tak się nie dzieje, choć moje serce, to małe dzi­kie zwie­rzątko, robi wszystko, by wy­drzeć mi się z piersi.

Dasz radę, chło­paku.

Emyr wy­gląda jak przed trzema laty, a za­ra­zem ina­czej. Za­pa­mię­ta­łem go jako tycz­ko­wa­tego wy­rostka, te­raz wszystko jest w nim więk­sze. Jego chło­pięce ciało wy­cią­gnęło się i roz­ro­sło w ciało męż­czy­zny. Dawna pa­ty­ko­wa­tość ustą­piła miej­sca mu­sku­la­tu­rze jak spod dłuta rzeź­bia­rza. Prze­rósł mnie o do­bre trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów. Wszyst­kie ele­menty jego ciała są więk­sze, ale to bez zna­cze­nia - wszę­dzie bym je roz­po­znał.

Po obu jego bo­kach roz­po­ście­rają się wiel­kie brą­zowe skrzy­dła, skó­rza­ste, cien­kie i po­zna­czone ży­łami, za­koń­czone zło­tymi pa­zur­kami. Wy­ra­sta­jące z czoła rogi zwi­nęły mu się w dwie ja­sno­brą­zowe spi­rale i błysz­czą zło­ci­ście we wcze­sno­po­po­łu­dnio­wym tek­sań­skim słońcu. Dłu­gie kły ły­skają zło­wiesz­czo spod gór­nej wargi.

Gdy wi­dzia­łem go po raz ostatni, był jesz­cze chłop­cem. Te­raz jest po­two­rem.

Wszyst­kie wróżki to po­twory.

Ja też je­stem po­two­rem.

Jest bar­dziej za­dbany niż kie­dyś. Gdy uga­nia­li­śmy się po la­sach, za­wsze miał ko­lana uwa­lane zie­mią i pełno li­ści we wło­sach. Te­raz jego nie­mal ob­sy­dia­nowa skóra jest nie­ska­zi­telna. Dłu­gie włosy za­cze­sał do tyłu i wy­go­lił so­bie skro­nie, tak żeby nic nie za­sła­niało jego fe­no­me­nal­nie spi­cza­stych uszu.

Ma na so­bie ciem­no­ró­żowy, pra­wie czer­wony gar­ni­tur w de­li­katny, nie­mal zle­wa­jący się z tka­niną złoty kwia­towy de­seń. Z sep­tum zwisa mu łań­cu­szek przy­pięty do zło­tej na­usz­nicy. Na dłu­gich pal­cach błysz­czy ko­lek­cja pier­ścieni, szyję ozdo­bił na­szyj­ni­kami. Po­wieki po­cią­gnął czar­nym ey­eli­ne­rem i przy­pró­szył zło­tym cie­niem.

War­stwa chło­pię­cej de­li­kat­no­ści zo­stała ze­stru­gana i od­sło­niła ma­je­sta­tyczną syl­we­tkę wo­jow­nika. Choć z rany na skrzy­dle ciek­nie mu krew, wy­gląda jak pan i władca.

Jedno nie ule­gło zmia­nie. Bi­jąca od niego ener­gia opro­mie­nia go jak złota au­re­ola, ota­cza­jąc ostre kon­tury twa­rzy i spły­wa­jąc po ra­mio­nach. Emyr ja­śnieje bla­skiem ni­czym ja­kiś zło­wrogi anioł.

Oczy­wi­ście jest piękny. Ale był taki już trzy lata temu. Gdzieś mam jego urodę.

Nie chcę go tu­taj. Że też mu­siał mnie zna­leźć.

Psy, za­zwy­czaj ko­chane, te­raz do­stają szału. Przy­pa­dają do Emyra, uja­da­jąc jak na wi­dok kró­lika, który wy­ściu­bił nos zza płotu. Emyr nie zwraca na nie uwagi. Psów jest sześć, nie­które ważą po pięć­dzie­siąt kilo, ale on ani drgnie. Nie drgnęły też palce Nadui za­ci­śnięte na rę­ko­je­ściach se­ka­tora.

Ist­nieją trzy ro­dzaje wró­żych mocy: moc in­tu­icji, moc ma­ni­pu­lo­wa­nia ma­te­rią i oso­bami oraz moc uzdra­wia­nia. Emyr jest uzdro­wi­cie­lem, po­trafi le­czyć za po­mocą ma­gii. Uzdra­wia­nie to coś wię­cej niż le­cze­nie ran za­da­nych bro­nią. Po­wszech­nie wia­domo, że uzdro­wi­ciele prze­mie­niają ja­łowe pola w bujne ogrody. Naj­po­tęż­niejsi mogą na­wet wskrze­szać zmar­łych.

Nie wiem, jak po­tężna jest moc Emyra, ale na­wet pod­rzędny uzdro­wi­ciel po­ra­dziłby so­bie z po­do­bną raną. Tak czy owak, musi go bo­leć.

Spoj­rze­nie jego ciem­nych oczu za­trzy­muje się na mo­jej twa­rzy i przez uła­mek se­kundy wy­daje mi się, że mój na­rze­czony stra­cił re­zon.

Ja nie je­stem piękny. Gdy wi­dział mnie ostat­nim ra­zem, mo­głem taki być, ale to już prze­szłość. Osoba, któ­rej szu­kał przez cały ten czas, nie ist­nieje.

Emyr szybko się opa­no­wuje. Na jego twa­rzy znowu ma­luje się spo­kojna czuj­ność. Otwiera usta i wy­po­wiada moje imię. Tyle że to nie jest moje imię, cho­ciaż nie­wąt­pli­wie zo­stało skie­ro­wane do mnie. Nie je­stem w sta­nie za­re­ago­wać na mój de­ad­name, bo już sam dźwięk głosu Emyra po­wo­duje, że nogi się pode mną ugi­nają. Me­lo­dyjny ba­ry­ton, głęb­szy, niż za­pa­mię­ta­łem. Spół­gło­ski twarde, a sa­mo­gło­ski słod­kie jak miód.

Niech mnie ktoś za­bije.

Wy­tro­pił mnie. Od mo­jej ucieczki mi­nęły trzy lata. Zna­la­złem nową ro­dzinę i no­wego sie­bie. Wy­rze­kłem się ma­gii i stop­niowo wta­pia­łem w ludzki świat, aż prak­tycz­nie sta­łem się du­chem. A on mimo wszystko mnie zna­lazł. Nie wiem, jak mo­głem my­śleć, że wróżki da­dzą mi spo­kój. Skąd po­mysł, że nic mi nie grozi?

- Wy­att? - głos Nadui jest ochry­pły, trzy­dzie­ści lat pa­le­nia i wy­szcze­ki­wa­nia po­le­ceń zro­biło swoje. - To twój ko­lega?

Za­mie­rza­łem pa­lić głupa, ale chyba nic z tego nie wyj­dzie.

Nadua jest po­dej­rza­nie spo­kojna jak na ko­goś, w czyim ogro­dzie zma­te­ria­li­zo­wała się ja­kaś ro­gata istota, ale nie mam czasu się nad tym za­sta­na­wiać. Nadua nie wie, czym tak na­prawdę je­stem. Je­dyną wta­jem­ni­czoną osobą jest jej córka i moja je­dyna przy­ja­ciółka - Briar. Prze­cięt­nemu czło­wie­kowi w tej sy­tu­acji pu­ści­łyby nerwy, ale prawda jest taka, że przez dwa lata na­szej zna­jo­mo­ści ni­gdy nie wi­dzia­łem, żeby Nadua dała się po­nieść ner­wom.

Tak czy owak, zde­ner­wo­wa­nie by­łoby w tej chwili jak naj­bar­dziej na miej­scu.

- Yyy... - stę­kam. Czyli jed­nak na­dal umiem mó­wić. Przy­naj­mniej jako tako.

- Wy­att? - mówi Emyr py­ta­ją­cym to­nem.

Nie wiem, czego ocze­kuje - wy­ja­śnie­nia, skąd to imię, czy po­twier­dze­nia, że się znamy. W każ­dym ra­zie nie mam siły za­re­ago­wać. Kilka razy otwie­ram i za­my­kam usta. W końcu wy­rzu­cam ręce w po­wie­trze i wy­pa­lam:

- Briar z Sun­nym upie­przyli całą kuch­nię.

Sunny to mąż Nadui i oj­ciec Briar. Kiedy prze­cho­dzi­łem przez kuch­nię w dro­dze do drzwi, aku­rat opo­rzą­dzał z córką je­le­nia, któ­rego wczo­raj wie­czo­rem przy­wiózł na pace pick-upa. Ro­dzina Be­gayów-Brow­nów od czasu do czasu wrzuca na ruszt zwie­rzynę po­trą­coną przez sa­mo­chód, co samo w so­bie jest spoko, tylko że Sunny i Briar ni­gdy nie wy­trą krwi, jak na­leży.

Nadua le­ciutko ob­raca głowę - na tyle, żeby zła­pać ze mną kon­takt wzro­kowy. Spoj­rze­nie jej brą­zo­wych oczu tnie mnie jak my­śliw­ski nóż, któ­rym jej mąż opra­wia w domu mar­twe zwie­rzę. To ten typ osoby, przed którą nic się nie ukryje, przez co mam nie­przy­jemne wra­że­nie, że czyta mi w my­ślach. To uczu­cie to­wa­rzy­szy mi, od­kąd mnie zna­la­zła. Mia­łem wtedy pięt­na­ście lat, by­łem sa­motny, głodny i prze­ra­żony. Scho­wa­łem się w bi­blio­tece w San An­to­nio, za tyl­nymi re­ga­łami, i mia­łem na­dzieję, że do rana nikt mnie nie znaj­dzie i nie wy­ko­pie na dwór. Nadua ka­zała mi wstać, otu­liła mnie swoim swe­trem, po czym cmok­nęła i za­wio­zła mnie do domu, do La­redo, jak­bym był bez­pań­skim psem na­po­tka­nym przy dro­dze. Od tam­tej pory na­leżę do ro­dziny.

Nie wiem, co wy­pa­trzyła w mo­ich oczach, ale w końcu wy­rywa se­ka­tor ze skrzy­dła Emyra, rzuca nam groźne spoj­rze­nie, po czym od­wraca się i od­cho­dzi szyb­kim kro­kiem. Jej ener­gia, ciem­no­czer­wona jak glina jej ro­dzin­nej ziemi, zo­staje przy Emy­rze tak długo, jak tylko się da, jak na maksa na­cią­gnięta guma, aż wresz­cie ze świ­stem wraca na plecy Nadui. Ta za­trzy­muje się przy mnie z chmurną miną, marsz­cząc gę­ste ciemne brwi.

- Idź­cie za szopę, nim Doli go zo­ba­czy - mówi na od­chod­nym.

Nie wiem, czego się spo­dzie­wa­łem, ale na pewno nie ta­kiej uwagi.

Gdy ostat­nio wi­dzia­łem Doli, ośmio­let­nią sio­strę Briar, sie­działa u babci na ko­la­nach i oglą­dała te­le­wi­zję. No więc tak. Rze­czy­wi­ście. Jej matka ma za­trwa­ża­jąco sta­lowe nerwy, ale dziecko to dziecko, Emyr pew­nie śniłby się ma­łej po no­cach. Doli pod­cho­dzi nie­uf­nie na­wet do Świę­tego Mi­ko­łaja. W ubie­głym roku już pod ko­niec li­sto­pada za­częła ry­czeć, że nie chce, żeby ja­kiś dziwny i rze­komo wszech­mocny sta­ruch wła­mał się do domu, aż Sunny mu­siał jej wy­tłu­ma­czyć, że Święty Mi­ko­łaj nie ist­nieje.

Za­pada ci­sza.

Emyr sięga ręką do krwa­wią­cej rany - je­den błysk zło­tego świa­tła i po zra­nie­niu nie ma śladu. Wróżki nie po­tra­fią la­tać (choć po­do­bno, gdy żyły w Fa­ery, miały taką moc), więc ranny czy nie, Emyr i tak ni­g­dzie by nie po­le­ciał. Ale do­brze, przy­naj­mniej nie roz­nie­sie krwi po ca­łym ogro­dzie.

Na­wet na chwilę nie spusz­cza wzroku z mo­jej twa­rzy.

Cie­kawe, co so­bie my­śli. Wczu­wa­nie się w in­nych ni­gdy nie było moją mocną stroną, ale daw­niej bez trudu czy­ta­łem Emy­rowi w my­ślach - przy­cho­dziło mi to rów­nie ła­two, co od­dy­cha­nie. Było, mi­nęło.

Jak na po­łowę maja w Tek­sa­sie nie jest znowu tak go­rąco, około dwu­dzie­stu sze­ściu stopni, ale słońce daje cen­tral­nie na nas, przez co wy­daje się, że jest cie­plej. A może to wina mo­jej czar­nej bluzy z kap­tu­rem. Albo pocę się z zu­peł­nie in­nego po­wodu.

- Nie mo­głeś się za­cza­ro­wać, za­nim tu przy­sze­dłeś? - py­tam w końcu, z wy­rzu­tem po­ka­zu­jąc na niego ręką. Noż kurde. Wróżki czę­sto są w roz­jaz­dach, re­gu­lar­nie opusz­czają swoje za­ka­mu­flo­wane kró­le­stwa lub do nich wra­cają. Ale na czas po­dróży ra­czej kryją skrzy­dła pod ma­gicz­nym ka­mu­fla­żem.

Emyr ściąga brwi i zerka w dół na sie­bie, jakby za­sko­czony tym, jak wy­gląda.

- Czar się zu­żył... Wie­dzia­łem, że za­raz cię znajdę, nic in­nego mnie nie ob­cho­dziło. Gdy się zo­rien­to­wa­łem, było już za późno.

Był do tego stop­nia po­chło­nięty tro­pie­niem mnie, że na nic nie zwa­żał. Ta myśl... nic mi nie robi. Nic a nic. Mam to gdzieś.

- Nie przej­muj się - do­daje, wzru­sza­jąc non­sza­lancko ra­mie­niem. - Nikt oprócz tej ko­biety mnie nie wi­dział. Póź­niej ktoś ze Straży wy­maże jej wspo­mnie­nia.

Mó­wiąc o Straży, ma na my­śli po­li­cję z Asa­linu, wró­żego kró­le­stwa rzą­dzo­nego przez jego ro­dzi­ców.

- Chyba śnisz - sy­czę, ob­na­ża­jąc kły. - Trzy­maj swoje pały z dala od tego domu.

Emyr za­trzy­muje wzrok na mo­ich ustach. Kły wiedźm są mniej­sze niż wró­żek, zwy­kle nie do od­róż­nie­nia od ludz­kich. Ale trzy lata temu, gdy by­łem na ja­kimś to­tal­nym za­du­piu na środ­ko­wym Za­cho­dzie, po­sze­dłem do ła­zienki na sta­cji ben­zy­no­wej i po­trak­to­wa­łem swoje kły pil­ni­kiem. Opi­ło­wa­łem te bez­u­ży­teczne ka­wałki ko­ści tak, że stały się bro­nią. Cie­kawe, czy wła­śnie one przy­kuły uwagę Emyra.

Emy­rze, dziew­czynka, którą ko­cha­łeś, nie żyje.

Ką­tem oka do­strze­gam cień po­ru­sza­jący się w oknie i przy­po­mina mi się, że Nadua ka­zała nam się scho­wać. Z ci­chym wark­nię­ciem wsa­dzam ręce do kie­szeni bluzy i ru­szam ospale w kie­runku szopy. Emyr idzie kilka kro­ków za mną.

Więk­szość psów prze­stała się nim in­te­re­so­wać i tylko Bella - gru­biutki, prę­go­wany miks pit­bulla z nie wia­domo czym - jesz­cze się nie znie­chę­ciła. Truchta obok nas, a wy­wa­lony z upału ję­zyk majta się jej wo­kół py­ska. Za szopą ob­ra­cam się twa­rzą do Emyra. Bella ob­wą­chuje mu rękę, a on, prze­krzy­wiw­szy głowę, ob­raca dłoń wierz­chem do dołu i pod­sta­wia jej pod nos swoje szpony. Bella sta­ran­nie wy­li­zuje mu wnę­trze dłoni, po czym za­lega w cie­niu u jego stóp i za­myka śle­pia.

Emyr po­now­nie zwraca ku mnie wzrok.

Sto­imy bli­żej sie­bie niż chwilę temu. Sto­imy tak bli­sko, że czuję jego za­pach: piż­mowo-dymny z odro­biną cze­goś ko­bie­cego, kwia­to­wego i słod­kiego, coś jakby kan­dy­zo­wane płatki dzi­kiej róży. Pach­nie Asa­li­nem. A może nie tyle Asa­li­nem, ile... do­mem.

Do­bra, nie­ważne.

Jego złota ener­gia pod­ska­kuje w po­wie­trzu obok mo­jej, jakby spraw­dza­jąc, na ile może so­bie po­zwo­lić. W od­po­wie­dzi spo­wi­ja­jąca mnie czerń - mrok, który stale przy­lega do mo­jej skóry - kła­pie pasz­czą na Emyra. Jego ener­gia, od­trą­cona, kuli się i owija wo­kół jego ra­mion.

Ener­gia jest czymś, co ma każdy: wróżki, wiedźmy, lu­dzie. Lu­dzie nie są w sta­nie jej zo­ba­czyć, ale na­wet im zda­rza się ją po­czuć. Tyle że na­zy­wają ja­koś ina­czej, bo­dajże "aurą". Ener­gia każ­dej osoby ma inny ko­lor.

Kie­dyś uwa­ża­łem, że Emyr jest złoty jak słońce, a moja czerń to rzu­cany przez niego cień. Na­dal tak my­ślę, tylko że te­raz na­brało to no­wego zna­cze­nia.

- Wy­att? - Emyr znowu wy­ma­wia moje imię, tym ra­zem ci­szej.

Ob­ser­wuje mnie z cha­rak­te­ry­styczną, trudną do opi­sa­nia miną. To coś dziw­nego - ni to za­nie­po­ko­je­nie, ni to zmie­sza­nie, ni to coś, czego ni­gdy nie umia­łem na­zwać, a co cza­sem ma­luje się na twa­rzach wró­żek wpa­trzo­nych w swo­ich prze­zna­czeń­ców.

Prze­zna­czeńcy. Od dawna nie uwa­żam się za ni­czy­jego prze­zna­czeńca. Kie­dyś no­si­łem ten ty­tuł z odro­biną aro­ganc­kiej dumy. Rzadko się zda­rza, żeby wiedźma i wróżka były so­bie prze­zna­czone, a ja bez wąt­pie­nia by­łem je­dyną wiedźmą za­rę­czoną z wró­żym księ­ciem. Stale pod kró­lew­ską pro­tek­cją. Nikt nie miał prawa się do mnie przy­pie­przać. Te­raz uwa­żam, że ter­min "prze­zna­cze­niec" na ki­lo­metr cuch­nie ja­kimś po­rą­ba­nym bio­lo­gicz­nym de­ter­mi­ni­zmem, z któ­rym nie chcę mieć nic wspól­nego.

Ale to spoj­rze­nie... Są w nim i nie­po­kój, i zmie­sza­nie, i coś, na wi­dok czego dło­nie zwi­jają mi się w pię­ści.

Co on wi­dzi, gdy tak na mnie pa­trzy? W sen­sie - wiem, co wi­dzi, mam w domu lu­stro. Li­czy­łem, że w pew­nym mo­men­cie wy­strzelę w górę, ale nic z tego. Nie do­bi­łem na­wet do me­tra sześć­dzie­się­ciu. Od­kąd Nadua zgar­nęła mnie z ulicy, przy­bra­łem tro­chę na wa­dze, bo kuch­nia Sunny'ego oraz fast fo­ody są tak pyszne, że nie da rady się nie ob­ja­dać. W ubie­głym roku zgo­li­łem so­bie włosy i od tam­tej pory nie da­łem im od­ro­snąć. Czarna bluza za­krywa bli­zny i ma­skuje ewen­tu­alny za­rys klatki pier­sio­wej nie do końca spłasz­czo­nej bin­de­rem.

No więc tak, wiem, co Emyr ma przed oczami. Py­ta­nie, co o tym my­śli.

- Wy­att - po­twier­dzam, hardo za­dzie­ra­jąc pod­bró­dek i prak­tycz­nie wy­zy­wa­jąc go, żeby pal­nął coś głu­piego, coś, czego nie chcę usły­szeć.

- Za­imki? - sły­szę w od­po­wie­dzi.

Nie ta­kiej re­ak­cji się spo­dzie­wa­łem. Czyż­bym się prze­sły­szał?

Mi­nął rok, od­kąd wy­outo­wa­łem się przed moją małą przy­braną ro­dziną. Przy­jęli to le­piej, niż się spo­dzie­wa­łem. Może po pro­stu wie­dzieli, co się święci. Wcze­śniej przez bli­sko rok oglą­da­łem na YouTu­bie mi­liony fil­mi­ków z trans chło­pa­kami re­la­cjo­nu­ją­cymi swoje tran­zy­cje i cały czas wma­wia­łem so­bie, że je­stem tylko ich so­jusz­ni­kiem. Gdy w końcu wy­zna­łem Briar, że je­stem trans, po pro­stu uści­snęła mi dłoń i od­parła, że jest ze mnie dumna. W jej gło­sie nie było sły­chać naj­mniej­szego za­sko­cze­nia.

For­mal­nie rzecz bio­rąc, w świe­cie wró­żek zda­rzają się osoby trans. Sły­sza­łem o trans­pł­cio­wo­ści, jesz­cze za­nim za­miesz­ka­łem wśród lu­dzi. Tylko że tam trans­pł­ciowe osoby są prak­tycz­nie nie­wi­do­czne, a mo­jej trans­pł­cio­wo­ści nikt by nie za­ak­cep­to­wał. W oczach wró­żek mia­łem tylko jedno za­da­nie. Od­kąd po­zna­łem Emyra, gdy by­li­śmy jesz­cze nie­win­nymi dzie­cia­kami uga­nia­ją­cymi się po pa­łacu, moja war­tość spro­wa­dzała się do tego, co mo­głem zro­bić dla Tronu. Czyli do uro­dze­nia na­stęp­ców. Bo wła­śnie o to cho­dzi w tej ca­łej wró­żej więzi: żeby zna­leźć so­bie jak naj­bar­dziej kom­pa­ty­bilną ge­ne­tycz­nie osobę part­ner­ską w celu spło­dze­nia moż­li­wie naj­do­sko­nal­szego po­tom­stwa.

A przy­naj­mniej tak nam opo­wia­dają.

Gdy do­ra­sta­łem, wi­dziano we mnie je­dy­nie ma­szynkę do ro­dze­nia dzieci i na­po­mi­nano, że mam być wdzięczny za za­szczyt, jaki mnie spo­tkał. Bo prze­cież ro­dzina kró­lew­ska mo­gła się mnie po pro­stu po­zbyć i w ten spo­sób ukryć hańbę, jaką jest więź księ­cia z wiedźmą.

Fakt, że je­stem męż­czy­zną, praw­do­po­dob­nie zo­stałby uznany za prze­jaw nie­wdzięcz­no­ści.

- On, jego - od­po­wia­dam, mie­rząc Emyra scep­tycz­nym spoj­rze­niem.

Emyr przez mo­ment za­ci­ska pię­ści. Za­koń­czone pa­zur­kami czubki jego skrzy­deł prężą się, po czym opa­dają mu na ra­miona.

- A ci lu­dzie? Kim oni są? - od­zywa się po dłuż­szej chwili.

- Moją ro­dziną - od­po­wia­dam bez wa­ha­nia. Bo to prawda: są moją ro­dziną.

Po­czu­cie winy od­zywa się bo­le­snym skur­czem w żo­łądku. Za wszelką cenę chcia­łem ich chro­nić. Zwłasz­cza Briar. A co zro­bi­łem? Spro­wa­dzi­łem im pod drzwi po­tworne nie­bez­pie­czeń­stwo.

Choć może nie dla­tego czuję się winny. Mia­łem już w ży­ciu jedną ro­dzinę i do­brze pa­mię­tam, co ją spo­tkało z mo­jego po­wodu.

Przy­gry­zam we­wnętrzną stronę po­liczka i cze­kam, aż po­czuję w ustach me­ta­liczny smak. Splu­wam, krwawa plwo­cina lą­duje u mo­ich stóp.

- Co oni o nas wie­dzą? - pyta Emyr.

- Nic - od­po­wia­dam, nieco mi­ja­jąc się z prawdą. Briar wszystko wie.

Emyr chyba czuje, że kła­mię. Wy­czu­wa­nie emo­cji, czy­ta­nie w my­ślach i tym po­do­bne są do­meną em­pa­tów. On nie jest em­patą, ale dość długo nie od­rywa ode mnie oczu, po czym fuka z roz­draż­nie­niem, roz­dy­ma­jąc noz­drza. Wziąw­szy się pod boki, wzru­sza sze­ro­kimi ra­mio­nami.

- W po­rządku. To bez zna­cze­nia. Wy­jeż­dżasz ju­tro z sa­mego rana.

- Jesz­cze czego - od­war­kuję. - Straż każe mnie za­bić. Do­brze o tym wiesz.

- Po­nie­siesz kon­se­kwen­cje swo­ich czy­nów - przy­znaje Emyr, co nie na­pawa mnie otu­chą. - Ale nie po­zwolę, żeby ska­zano cię na śmierć. Prze­cież wiem, że nie chcia­łeś ni­kogo skrzyw­dzić.

- A je­śli ci po­wiem, że chcia­łem? - Cho­lera, mo­głem się ugryźć w ję­zyk. W gar­dle mam gulę, pod po­wie­kami czuję pie­cze­nie. Pa­trzę Emy­rowi pro­sto w oczy. - A gdy­bym ci po­wie­dział, że wszystko, co zro­bi­łem tam­tej nocy, zro­bi­łem umyśl­nie?

Wy­raz jego twa­rzy zmie­nia się do­słow­nie na uła­mek se­kundy, na­tych­miast na po­wrót za­stą­piony przez wy­ćwi­czoną minę osoby pa­nu­ją­cej nad emo­cjami. Ale ja pod tą ma­ską spo­koju do­strze­gam prze­ra­że­nie.

- To bez zna­cze­nia - od­po­wiada w końcu. - Po­trze­buję cię. Je­śli bę­dzie trzeba, ujarz­mimy twoją ma­gię.

Po karku prze­biega mi dreszcz. Jak by to miało wy­glą­dać? W jaki spo­sób wróżki mia­łyby mnie ujarz­mić?

- Wiem, że masz prze­rą­bane z tą całą wię­zią, ale ude­rzasz pod nie­wła­ściwy ad­res. Uda­waj, że mnie nie zna­la­złeś. Tak bę­dzie le­piej dla nas obu.

Swoją drogą, jak on mnie zna­lazł?

- Nie­stety - ce­dzi Emyr - bio­lo­gia zde­cy­do­wała, że je­steś dla mnie je­dy­nym wła­ści­wym ad­re­sem.

Bio­lo­gia. Czuję, jak w mo­ich ży­łach za­czyna skwier­czeć. Serce już pom­puje żar do krwio­biegu, za­raz po­czuję go w dło­niach. Tłu­mię go zwy­kłym spo­so­bem.

Swoją drogą, Emyr tro­chę mija się z prawdą. O ile mi wia­domo, wróżki złą­czone wię­zią czują prze­możne pra­gnie­nie, by spę­dzić ży­cie ze swoim prze­zna­czeń­cem, ale w prak­tyce nikt ich nie zmu­sza. Emyr mógł splu­nąć na bio­lo­gię i zwią­zać się z kim­kol­wiek. Cały czas li­czy­łem, że tak wła­śnie zrobi.

I jak zwy­kle się prze­li­czy­łem.

- Tron nas po­trze­buje. Nas obu. Nie mo­żemy dłu­żej cze­kać.

- Nie­stety - od­po­wia­dam, wy­ma­wia­jąc zgło­ski ostro i do­bit­nie - moja bio­lo­gia zde­cy­do­wała, że Tron może mnie cmok­nąć.

Emyr po­syła mi wście­kłe spoj­rze­nie. Jego skrzy­dła znowu drgają, a ostre końce jego ro­gów zwę­żają się jesz­cze bar­dziej. Przy­glą­dam się temu z nie­zdrową fa­scy­na­cją.

- Wiesz, że je­steś jesz­cze bar­dziej wku­rza­jący niż kie­dyś? - mówi.

Co ty po­wiesz? - my­ślę so­bie, kpiąco uno­sząc brwi, ale nie silę się na od­po­wiedź.

Znowu za­lega ci­sza, za­kłó­cana je­dy­nie po­chra­py­wa­niem Belli i do­bie­ga­jącą z od­dali ga­lo­padą psów bu­szu­ją­cych gdzieś w ogro­dzie. Emyr przy­gryza kłami dolną wargę. Ręce splótł przed sobą, dłu­gimi szpo­nami dra­pie so­bie wierzch dłoni. Mi­jają ko­lejne chwile. Chło­pak za­czyna się ba­wić kol­czy­kiem dyn­da­ją­cym mu w oko­licy szyi. Mógł­bym go za­py­tać, czy to moja uroda ode­brała mu mowę, ale za­miast tego tylko się na niego ga­pię.

- Pa­mię­tasz mo­jego ku­zyna De­reka? - pyta w końcu.

De­rek. Na dźwięk tego imie­nia skręca mnie w żo­łądku. Po karku roz­lewa się cie­pło. Oczy­wi­ście, że pa­mię­tam De­reka Pierce'a.

Moje na­prawdę szczę­śliwe wspo­mnie­nia z Asa­linu są wy­ryw­kowe: głów­nie mgli­ste prze­bły­ski typu las, dym, palce Emyra sple­cione z mo­imi. Dzie­cięce za­bawy w wy­obra­ża­nie so­bie, że je­ste­śmy kimś in­nym. Nie­zdarne próby z ma­gią, jak­bym cho­dził w za du­żych bu­tach. I moje serce - tak świe­tli­ste, jak te­raz jest mroczne.

Do­piero z cza­sem, w miarę jak za­tra­ca­łem dzie­cięcą na­iw­ność, sprawy za­częły przy­bie­rać zły ob­rót. Po­woli do­cie­rało do mnie, ja­kie na­prawdę są wróżki, a ich plany wo­bec mnie prze­stały mi od­po­wia­dać. Co­raz czę­ściej kłó­ci­li­śmy się z Emy­rem. Dzie­cięca przy­jaźń i to coś doj­rze­wa­jące mię­dzy nami za­częły się gma­twać, a ja stop­niowo tra­ci­łem pew­ność, że chcę spę­dzić ży­cie u boku Emyra. Uświa­do­mi­łem so­bie, że mój na­rze­czony ni­czym się nie różni od in­nych wró­żek: że pa­trzy na mnie przez pry­zmat tego, do czego może mnie wy­ko­rzy­stać.

Gdy my­ślę o Asa­li­nie, na pierw­szy plan wy­su­wają się złe wspo­mnie­nia, nie przy­sła­niają one jed­nak wspo­mnień o De­reku, moim dzie­cię­cym cru­shu. Jako star­szy ode mnie o co naj­mniej dzie­sięć lat ku­zyn mo­jego na­rze­czo­nego był nie­zbyt sto­sow­nym obiek­tem wes­tchnień, ale co z tego. Dał­bym so­bie głowę uciąć, że gdy pew­nego razu zo­ba­czy­łem go w je­zio­rze z gołą klatą, coś we mnie drgnęło.

- De­rek... Chyba ko­ja­rzę - od­po­wia­dam.

- Zo­stał ko­men­dan­tem Straży. Ma te­raz sporą wła­dzę i nie­małe wpływy. I po­sta­no­wił za­wal­czyć o Tron.

Mru­gam. Emyr brzmi po­nuro, jakby prze­ka­zy­wał mi bar­dzo złą wia­do­mość. Szcze­rze? Nic mnie to nie ob­cho­dzi.

- I co z tego?

Na twa­rzy Emyra ma­luje się szok. Oczy mu się roz­sze­rzają, wi­dać nie ta­kiej re­ak­cji się spo­dzie­wał.

- Jak to co z tego? To ka­ta­strofa - pry­cha, krę­cąc głową. - De­rek chce mnie usu­nąć z ko­lejki do Tronu i sa­memu prze­jąć kró­le­stwo. Kwe­stio­nuje moje prawo do suk­ce­sji.

- Bo je­steś ad­op­to­wany? - py­tam, uno­sząc brew.

Wróżki do dziś się nie otrzą­snęły po skan­dalu wy­wo­ła­nym przez Ka­dri i Le­oni­dasa, czyli ro­dzi­ców Emyra. Choć są oni parą prze­zna­czeń­ców, a prze­zna­cze­nie po­do­bno za­sa­dza się na bio­lo­gii i per­fek­cyj­nym do­pa­so­wa­niu re­pro­duk­cyj­nym, Ka­dri ni­gdy nie uro­dziła na­stępcy Tronu. Bez­płod­ność nie jest wśród wró­żek ni­czym nie­spo­ty­ka­nym, ale zda­rza się rów­nie rzadko co trans­pł­cio­wość czy więź wróżki z wiedźmą.

Nie spo­dzie­wa­łem się, że De­rek spró­buje się­gnąć po ko­ronę, ale nie je­stem za­sko­czony, że ktoś kwe­stio­nuje prawo Emyra do Tronu.

- Ow­szem - po­ta­kuje Emyr. - Księgi mil­czą na te­mat ta­kiego przy­padku jak mój. Suk­ce­sja za­wsze opie­rała się na wię­zach krwi. De­rek za­rzuca nam, że chcemy ze­rwać z pra­starą tra­dy­cją. I nie jest w tym osa­mot­niony. Ze­brał całą bandę po­plecz­ni­ków, któ­rzy or­ga­ni­zują pi­kiety i ślą pe­ty­cje do Try­bu­nału. Je­ste­śmy o krok od wy­bu­chu wojny do­mo­wej. - Emyr zniża głos do chra­pli­wego szeptu: - Już na­wet nie wiem, komu mogę ufać.

- Hmm. Prze­rą­bane.

Emyr prze­jeż­dża dło­nią po twa­rzy, pa­zury dra­pią mu skórę od czoła po po­liczki.

- Je­steś nie­zno­śny - ję­czy.

- Tak sły­sza­łem. Wy­obra­żam so­bie, że jako mój mąż miał­byś na­prawdę prze­rą­bane.

- Szcze­rze mó­wiąc... - Emyr opusz­cza rękę, krę­cąc głową. - Nie­ko­niecz­nie. Słu­gusy De­reka prze­ko­nały miesz­kań­ców, że ni­gdy nie wró­cisz do Asa­linu. De­rek roz­po­wiada, że za­mie­rzam rzą­dzić w po­je­dynkę, przez co nie spło­dzę po­tom­ków.

- No i?

- Za­mie­rzam po­ka­zać, że się myli! - Wy­rzuca ręce w górę, za­ła­many moją tę­potą. - We dwóch stwo­rzymy wspólny front prze­ciwko bun­tow­ni­kom. Z tobą u boku zdo­łam uspo­koić tych, któ­rzy oba­wiają się o przy­szłość Tronu.

- Je­stem ści­ga­nym prze­stępcą. Wąt­pię, żeby twoi pod­dani chcieli mnie wi­dzieć na Tro­nie.

Emyr za­sta­na­wia się chwilę, przy­glą­da­jąc mi się ba­daw­czo.

- Obie­ca­łem, że będę cię chro­nić, co nie? - mówi w końcu, wzru­sza­jąc ra­mio­nami. - Poza tym zo­sta­łeś po­tur­bo­wany przez los, więc jak tu cię nie ko­chać? Bę­dziesz po­strze­gany jako ktoś, kto nie miał nic i oto sie­dzi u boku króla. Hi­sto­ria jak z bajki.

- Czyli mam być tylko ład­nym do­dat­kiem - stwier­dzam. Na tym wła­śnie po­lega pro­blem. Ci, któ­rzy chcą de­cy­do­wać o mo­jej przy­szło­ści, nie wi­dzą we mnie peł­no­praw­nej osoby, tylko pio­nek, który mu­szą prze­su­nąć po sza­chow­nicy, żeby osią­gnąć swój cel.

Nie wie­dzieć czemu fakt, że Emyr też ma do mnie taki sto­su­nek, spra­wia mi więk­szy ból. Może ja­kaś na­iwna część mnie - se­kretna, ukryta część, do któ­rej za nic bym się nie przy­znał - miała na­dzieję, że aku­rat on mnie zro­zu­mie? Że gdy do­trze do niego, jak bar­dzo nie chcę tego ślubu, da mi spo­kój?

Kie­dyś go ko­cha­łem, a on ko­chał mnie... na swój spo­sób. Było, mi­nęło.

- Nie, masz być moim mał­żon­kiem - od­po­wiada, uno­sząc brwi. - Nie da się ukryć, że to nie­złe love story.

"Mał­żo­nek". To słowo spra­wia, że żo­łą­dek pod­cho­dzi mi do gar­dła. Jesz­cze chwila i pusz­czę pa­wia.

- Nie ma i nie bę­dzie żad­nego love story - pro­te­stuję, ale Emyr zdaje się mnie nie sły­szeć.

Prze­cha­dza się w tę i z po­wro­tem, po­cie­ra­jąc pal­cami je­den z wi­sio­rów.

- Gdy na­sze pierw­sze dziecko bę­dzie już w dro­dze... - cią­gnie, ale mu prze­ry­wam.

- Co bę­dzie w dro­dze?

- Dziecko. - Za­trzy­muje się na chwilę, by łyp­nąć na mnie spod zmru­żo­nych po­wiek, po czym wzna­wia prze­chadzkę. - Mu­simy so­bie spra­wić ma­łych na­stęp­ców Tronu. Wtedy De­rek nie bę­dzie miał pod­staw, by pod­wa­żać moje prawa. Opi­nia pu­bliczna ko­cha kró­lew­skie dzieci jesz­cze bar­dziej niż hi­sto­rie nie­szczę­śni­ków, któ­rzy mieli pod górkę.

Wła­śnie dla­tego za­czą­łem ża­ło­wać na­szych za­rę­czyn. Ocze­kuje się ode mnie, że w ra­mach ja­kiejś po­li­tycz­nej gry, którą mam w głę­bo­kim po­wa­ża­niu, wy­rzeknę się swo­jego ży­cia, swo­jej wol­no­ści, pod­mio­to­wo­ści. Mam roz­da­wać uśmie­chy, ma­chać do pod­da­nych i niań­czyć ja­kie­goś ry­czą­cego, wiecz­nie uty­tła­nego ba­chora tylko po to, żeby Emyr mógł za­sia­dać na Tro­nie.

Na samą myśl chce mi się wyć. Albo pu­ścić coś z dy­mem. Albo jedno i dru­gie.

Mam sie­dem­na­ście lat. Chcę so­bie po­żyć. Na­wet gdy­bym w ja­kiejś rów­no­le­głej rze­czy­wi­sto­ści za­ko­chał się w Emy­rze i chciał się z nim hajt­nąć, nie był­bym go­tów na dziecko. Emyr ma nie­równo pod su­fi­tem.

By­łoby su­per, gdyby De­rek jed­nak zdo­był wła­dzę.

- Jak so­bie wy­obra­żasz te "sta­ra­nia o ma­łych na­stęp­ców Tronu"?

Emyr prze­wraca oczami. Tak, kurwa: prze­wraca oczami. Mam ochotę wy­szar­pać mu je z oczo­do­łów.

- O ile wiem, ta­kie pary jak my co rusz mają dzieci. Coś się wy­my­śli.

- Nie je­ste­śmy parą.

Emyr splata ręce na piersi.

- Za­rę­czy­li­śmy się i mamy wziąć ślub. To czym je­ste­śmy, je­śli nie parą?

- A twoi ro­dzice? - Z braku do­brej ri­po­sty od­po­wia­dam py­ta­niem na py­ta­nie. - Na ra­zie to oni rzą­dzą. Czemu sami nie spa­cy­fi­kują De­reka?

Emyr wy­krzy­wia usta, przez jego twarz prze­biega coś jakby nie­po­kój.

- Ro­dzi­com na­leży się od­po­czy­nek - mówi. - Już dawno po­winni byli ustą­pić i prze­ka­zać mi ko­ronę, ale boją się re­ak­cji De­reka i jego po­plecz­ni­ków. - Za­ci­ska szczęki. Wy­raz jego twa­rzy prze­cho­dzi z za­tro­ska­nego w gniewny. - Dla­tego mu­simy się jak naj­szyb­ciej po­brać. Gdy umoc­nimy na­szą po­zy­cję, ro­dzice będą mo­gli przejść na eme­ry­turę, a my wstą­pimy na Tron. Poza tym - do­daje, wzru­sza­jąc ra­mio­nami - taka była umowa. Masz sie­dem­na­ście lat. We­dług praw Fa­ery je­steś peł­no­letni. Pora speł­nić wa­runki przy­sięgi.

- Nie miesz­kamy w Fa­ery! - ri­po­stuję. - Nikt tam nie mieszka, od­kąd w szes­na­stym wieku nasi przod­ko­wie prze­szli przez drzwi pro­wa­dzące na Zie­mię! A poza tym my na nic się nie uma­wia­li­śmy. To inni umó­wili się w na­szej spra­wie.

Emyr nie­znacz­nie kręci głową, a na jego twarz po­wraca wy­raz sto­ic­kiej re­zy­gna­cji.

- Nie­ważne. Przy­sięga po­zo­staje przy­sięgą.

Gdy tak mie­rzymy się wzro­kiem, opada na nas ja­kiś nie­wy­po­wie­dziany cię­żar.

Bra­kuje mi ar­gu­men­tów. Chcę, żeby zro­zu­miał, w jak po­pie­przo­nej sy­tu­acji mnie sta­wia, ale chyba nic nie wskó­ram. Emyr wbił so­bie do głowy, że tylko ze mną u boku może uchro­nić kró­le­stwo przed wojną. Jak mam go prze­ko­nać do zmiany zda­nia?

Pro­szę, nie zmu­szaj mnie do mał­żeń­stwa. Nie chcę być kró­lem wró­żek. Je­stem stwo­rzony do tego, by być ni­kim. Dla­czego nie po­zwa­lasz mi być ni­kim?

Ga­pimy się na sie­bie tak długo, aż daje się za­uwa­żyć, że słońce ociu­pinę prze­su­nęło się po nie­bie. Emyr w końcu wzdy­cha.

- Ju­tro o dzie­wią­tej mamy sa­mo­lot z La­redo do Ro­che­ster. Naj­póź­niej o siód­mej masz być na lot­ni­sku.

- Pro­szę... - To słowo szczy­pie mnie w ję­zyk jak kwas. Nie­na­wi­dzę pro­sić, czuję się wtedy jak skom­lący pies. Ale nie wiem, co in­nego mógł­bym zro­bić. - Je­śli chcesz mnie prze­ko­nać do ślubu, mu­sisz dać mi tro­chę czasu. Nie mogę ot tak wsiąść ju­tro do sa­mo­lotu. Zo­stań tu. Po­roz­ma­wiajmy.

Z nie­zdrową fa­scy­na­cją przy­glą­dam się, jak ostry ko­niu­szek kła wbija mu się w miękką wargę.

- Czego jak czego, ale czasu to my aku­rat nie mamy - oznaj­mia w końcu Emyr, krę­cąc głową.

I tyle mi przy­szło z pro­sze­nia.

- Mogę znowu uciec.

- A ja znowu cię znajdę - od­po­wiada, trze­po­cząc skrzy­dłami. - Chcesz być zbie­giem przez resztę ży­cia?

Mam uwie­rzyć, że in­te­re­suje go, czego chcę?

- Wal się - mó­wię, bo nic lep­szego nie przy­cho­dzi mi do głowy.

Dal­sze wy­da­rze­nia na­stę­pują tak na­gle, że nie mam czasu za­re­ago­wać. Tak rap­tow­nie, że choć­bym chciał, nie mógł­bym nad tym za­pa­no­wać.

Emyr wy­ciąga ku mnie rękę. Oplata pal­cami mój nad­gar­stek, pa­zur jego kciuka wbija mi się w skórę. Nie­zbyt mocno. Nie czuję bólu. Ale to bez zna­cze­nia.

Moja przy­ku­rzona, przez lata nie­uży­wana ma­gia bu­dzi się gwał­tow­nie. Czerń - ta sama smo­li­sta czerń, która stale ko­ły­sze się wo­kół mnie - te­raz plami mi dło­nie. Wbrew mo­jej woli każdy opu­szek roz­bły­skuje ogniem, jak­bym za­miast pal­ców miał dzie­sięć za­pa­łek. Wolną ręką in­stynk­tow­nie ude­rzam Emyra w pierś. Ten się cofa, zwal­nia­jąc uchwyt i wy­ba­łu­sza­jąc na mnie oczy.

W od­po­wie­dzi na za­gro­że­nie ma­gia Emyra za­lewa jego ręce zło­tem od dłoni aż po łok­cie. Jego oczy błysz­czą tym sa­mym bla­skiem, a rogi zwi­jają się jesz­cze cia­śniej.

Ale już po stra­chu. Nic się nie stało. Wszystko koń­czy się rów­nie szybko, jak się za­częło. Pło­mie­nie ga­sną, zo­stają tylko smugi dymu. Moje dło­nie z po­wro­tem ro­bią się białe.

Wy­rzut ad­re­na­liny spra­wił, że nie mogę ze­brać my­śli. I jesz­cze to ło­mo­czące serce...

Je­dwabna ko­szula Emyra zwę­gliła się w miej­scu, któ­rego do­tkną­łem. Emyr wy­trzesz­cza oczy, jakby się mnie bał.

I słusz­nie. Po­wi­nien się bać. Ja sam tro­chę się sie­bie boję.

Mia­łem na­dzieję, że raz na za­wsze skoń­czy­łem z ogniem.

Ciało Emyra też wraca do nor­mal­no­ści. Pa­trzy na mnie tak, jakby nie był pe­wien, co ze mną po­cząć.

Po­wi­nie­nem być z sie­bie dumny. Chcę, żeby się mnie bał.

Ale nie po­tra­fię my­śleć o so­bie ina­czej niż ze wstrę­tem.

- Wi­dzimy się ju­tro, pod­pa­la­czu - rzuca Emyr na od­chod­nym.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Od au­tora

Droga osobo czy­ta­jąca tę książkę!

Moja de­biu­tancka po­wieść Wiedźmi król nie jest pierw­szą książką w moim do­robku. Wcze­śniej przez lata in­ten­syw­nie pra­co­wa­łem nad in­nymi tek­stami. Od za­wsze wie­dzia­łem, że chcę zo­stać pi­sa­rzem. Było to dla mnie oczy­wi­ste, od­kąd jako dziecko spę­dza­łem czas na szwen­da­niu się po mo­kra­dłach na moim ro­dzin­nym po­łu­dniu i roz­ma­wia­niu z wy­ima­gi­no­wa­nymi isto­tami. W ota­cza­ją­cym mnie świe­cie by­łem obecny głów­nie cia­łem. Reszta mnie prze­by­wała gdzie in­dziej, w roz­ma­itych wy­obra­żo­nych świa­tach, a pi­sar­stwo po­zwo­liło mi stwo­rzyć wrota, przez które inni mo­gli do mnie do­łą­czyć.

Tylko co z tego, skoro cały czas się ba­łem. Dy­go­ta­łem ze stra­chu. Bo wi­dzisz, tek­sty sprzed Wiedź­miego króla były na­prawdę nie­złe: wło­ży­łem w nie ka­wał serca, po­sta­ra­łem się, żeby były cie­kawe, i z każ­dym ko­lej­nym sta­wa­łem się tro­chę lep­szym pi­sa­rzem. Rzecz w tym, że bra­ko­wało im szcze­ro­ści. Głę­boko pra­gną­łem po­ka­zać lu­dziom swój we­wnętrzny świat, ale uwa­ża­łem, że nie wszystko na­daje się do po­ka­za­nia. Od­kąd się­gam pa­mię­cią, wma­wiano mi, że pew­nych rze­czy po­wi­nie­nem się wsty­dzić, więc nie wie­rzy­łem, że kto­kol­wiek bę­dzie chciał o nich czy­tać. Jak mo­głem ocze­ki­wać, że Ty, Osobo czy­ta­jąca tę książkę, za­ak­cep­tu­jesz te aspekty mo­jej oso­bo­wo­ści, z któ­rymi ja sam nie mo­głem się po­go­dzić?

Wiedźmi król jest efek­tem tego, że sta­wi­łem czoło lę­kom. Two­rząc po­stać Wy­atta Cro­fta, jak ni­gdy do­tąd czer­pa­łem z sa­mego sie­bie. Wy­att jest w du­żej mie­rze taki jak ja. Ob­da­rzy­łem go ce­chami, które na­uczono mnie ukry­wać. Trans­pł­cio­wość, ho­mo­sek­su­al­ność, traumę i gniew - to wszystko do­stał po mnie. Siłą rze­czy prze­la­łem też na niego moje po­czu­cie wstydu. A gdy da­łem so­bie prawo do pi­sa­nia o tych wszyst­kich spra­wach, sa­mo­ak­cep­ta­cja przy­cho­dziła mi co­raz ła­twiej. Skoro po­ko­cha­łem Wy­atta - skoro zro­zu­mia­łem, że to po pro­stu chło­pak, który ra­dzi so­bie, jak umie, w sy­tu­acjach bez wyj­ścia i mimo swo­ich wad za­słu­guje na szczę­ście - so­bie sa­memu mo­głem oka­zać po­do­bne zro­zu­mie­nie.

W re­zul­ta­cie Wiedźmi król stał się książką o sa­mo­ak­cep­ta­cji, na którą za­słu­gu­jemy wła­śnie ze względu na to, kim je­ste­śmy. Cier­pie­nie i trudy, ja­kich Wy­att do­świad­cza jako wiedźma, od­zwier­cie­dlają trud­no­ści, z ja­kimi na co dzień bo­ry­kają się osoby LGBTQ+, w tym zwłasz­cza osoby trans­pł­ciowe. Wy­att musi so­bie ra­dzić z utratą osób, które po­winny były go wspie­rać, i z to­wa­rzy­szą­cym tej stra­cie po­czu­ciem winy. Z re­żi­mem, który nie chce go zro­zu­mieć i trak­tuje jak pa­riasa. Z po­czu­ciem, że nie ma wpływu na swoją przy­szłość i musi od­gry­wać na­rzu­coną mu rolę.

Nie­stety, po­nie­waż w końcu da­łem so­bie przy­zwo­le­nie na pod­ję­cie te­matu traumy, pod­czas lek­tury tra­fisz na tre­ści, które mogą wy­wo­ły­wać dys­kom­fort, a kon­kret­nie: prze­moc, prze­moc wo­bec dziecka, mo­le­sto­wa­nie sek­su­alne dziecka i na­paść na dziecko, alu­zje do pe­do­fi­lii, my­śli sa­mo­bój­cze i wzmianki o sa­mo­bój­stwie, mis­gen­de­ring, nie­wier­ność, bez­płod­ność i po­ro­nie­nie. Chcę, żeby osoby czy­tel­ni­cze we­szły w świat tej po­wie­ści ze świa­do­mo­ścią, co mogą w nim za­stać.

Jed­no­cze­śnie pa­mię­taj, żeby nie szu­flad­ko­wać tej książki jako hi­sto­rii o qu­eero­wym cier­pie­niu. Masz w rę­kach opo­wieść o qu­eero­wej na­dziei. Wy­att ma nie­sa­mo­witą zdol­ność za­cho­wy­wa­nia po­czu­cia hu­moru na­wet w ob­li­czu grozy. Ma moce, któ­rych jesz­cze so­bie nie uświa­da­mia. Do­świad­cza ak­cep­ta­cji i praw­dzi­wej mi­ło­ści: na każdą osobę, którą stra­cił przez to, kim jest, przy­pada ktoś, kto szcze­rze ko­cha jego naj­bar­dziej au­ten­tyczne ob­li­cze. I to także od­zwier­cie­dla do­świad­cze­nia na­szej spo­łecz­no­ści. Na­sze traumy nie okre­ślają nas w stu pro­cen­tach.

Praca nad tą książką po­mo­gła mi ule­czyć rany. Co prawda na­dal tro­chę się boję - w końcu wrę­czam ob­cym lu­dziom ka­wa­łek wła­snej du­szy - ale je­stem też pe­łen na­dziei. Wie­rzę, że ta po­wieść trafi w ręce tych, któ­rzy naj­bar­dziej jej po­trze­bują. Mam na­dzieję, że hi­sto­ria Wy­atta Cię po­ru­szy i być może To­bie też przy­nie­sie odro­binę uko­je­nia.

A te­raz chodź, ra­zem prze­kro­czymy te wrota.

H.E. Edg­mon