Jagna Rolska – autorka i współautorka powieści fantastycznych i obyczajowych, w tym bestsellerowego Kaprysu milionera wyróżnionego tytułem Książki Roku 2020 w plebiscycie portalu Granice.pl oraz SeeIT nominowanego do Nagrody im. Janusza A. Zajdla, a także w konkursie Lubimyczytac.pl na Książkę Roku 2019 w kategorii science fiction. Debiutowała w 2011 roku na łamach miesięcznika "Science Fiction, Fantasy i Horror". Jest zastępczynią redaktora naczelnego portalu Fahrenheit.
Działo się to roku Pańskiego 1878 i choć minęło osiem długich i raczej spokojnych lat spędzonych na Rybakach, wciąż pamiętam wydarzenia tamtego dnia, jakby to miało miejsce wczoraj. Wiara moja jest niezachwianą, lecz rozum, wystawiony na próbę, nadal nie wie, czego był świadkiem tamtej nocy świętojańskiej. Ale zanim do tego doszło, muszę opowiedzieć, skąd się wziąłem na półwyspie Heli, miejscu ustronnym, odsuniętym od spraw kraju, jak tylko się da, lecz nie tak niegościnnym, jak się powszechnie zwykło przypuszczać. Przybyłem objąć parafię w Jastarni wczesną wiosną, gdy piaski jeszcze były grząskie po zimowych sztormach, a wóz zaprzężony w woła prawie utonął w depce. Depka, jak wyjaśnił miejscowy woźnica, to obniżenie terenu, gdzie jeszcze i w dzisiejszych czasach Wielkie Morze przelewa się do zatoki, nazywanej przez miejscowych wikiem. Cud jeno sprawił, że pospołu z woźnicą wyprowadziliśmy zwierzę z piaszczystej pułapki, a wóz, rozmontowawszy na części, wyciągnęliśmy na stały grunt. Niezbyt ciepło witała mnie półwyspa, lecz niezrażony tym złym proroctwem, objąłem parafię jastarnicką po zmarłym poprzedniku. Sam budynek kościoła wielce me serce ucieszył. Zbudowany z zasmołowanych na czarno desek miał dach pokryty czerwoną dachówką, a drzwi i okna pomalowane na modro. Wkrótce się przekonałem, że to ulubiony kolor tutejszych ludzi. Kiedy cały kraj nazywa to miejsce półwyspą Heli, miejscowi mówią, że mieszkają na Rybakach. A modry kolor przeważa w domach, nawet podłogi z desek tak malują, mają spodnie, koszule, kubraki w tejże barwie. Niebieski odstrasza owady, więc w tym zamiłowaniu objawia się także mądrość ludowa. Barwa przypomina też morze. Życie w tym niezwykłym miejscu sprawia, że więcej czasu spędzam na obcowaniu z malowniczą naturą niż w kościele. Świątyni nie zaniedbuję, rzecz jasna, lecz półwyspa ma tak wiele do zaoferowania, że wciąż nie mam dość jej boskich przymiotów.
Rozpisałem się, a przecież miałem mówić o tamtej nocy świętojańskiej, ku mojej zgryzocie wciąż nazywanej tu Nocą Kupały. Zawsze szczyciłem się przenikliwym rozumem, więc do dzisiaj mi wstyd, że wówczas mój umysł zwątpił w istnienie tylko jednego, boskiego bytu nadprzyrodzonego, i wciąż nie wiem, co mnie spotkało. Trzeba krajanom wiedzieć, że świętego Jana tutaj obchodzi się zupełnie inaczej niż u nas. Cała rybacka brać wychodzi na małą plażę nad wikiem i przede wszystkim pragnie rozproszyć mrok. Każda z maszoperii, czyli związków rybackich, funduje smołowaną beczkę, którą zatyka się na wysoką żerdź. Płonące ognie rozciągają się po całym wybrzeżu, a jeśli pogoda sprzyja, widać je ze Swarzewa, Pucka i nawet z Gdańska. Młodzież bardzo jest grzeczna na półwyspie i zupełnie niechętna grzechowi. Aż się serce duszpasterza raduje na ten widok. Tańczą, a potem śpiewają pobożne pieśni. Nigdym nie widział żadnych parek pospiesznie umykających w zarośla. Takie rzeczy na Rybakach zupełnie nie mają miejsca. Panny cnotliwe, a kawalerowie wybierają sobie żony z najbliższego otoczenia. Ot, nie chcą się bratać z nikim z kraju, a i przy ożenku wcale nie myślą o posagu. Sami posiadają niewiele, choć głodu nie cierpią. Rzecz w tym, że wszyscy są sobie równi, panów nie mają, więc i godność zachowują. Nie tak jak chłopi wewnątrz kraju. Ciekawostką jest też, że tutejsi dużą wagę przykładają do kształcenia dzieci. Wszystkie chodzą do szkoły, a zawdzięczają to nieurodzajnej ziemi. Parzyc, czyli łąk, jest na półwyspie niewiele, roli prawie wcale, więc ani prace rolne, ani pasterskie nie odciągają najmłodszych od nauki. Na połowy nikt dzieci nie zabiera, więc mają czas na szkołę, w czasie gdy ojcowie, często z narażeniem życia, wypływają na połowy. Życie na Rybakach nie rozpieszcza. Hartuje ludzi, jednocześnie sprawiając, że więzi między nimi są nadzwyczaj silne, a uczciwość ceni się tutaj wyżej od pieniędzy.
Przyznać muszę, że choć ta ich hardość z początku nieco mnie zbijała z tropu, teraz, po latach tu spędzonych, dumni ludzie morza stali się moją rodziną i wielce ich poważam. Choć oczywiście staram się zbytnio nie bratać. Kapłaństwo zobowiązuje do godnego zachowania.