Rozdział 3. Sloane
Rozdział 3
Sloane
Przebudziłam się, jak zwykle, bardzo
szybko. Nawyk błyskawicznego przechodzenia ze snu do stanu pełnego
rozbudzenia wyrobiłam sobie przez lata spędzone w podróży. Zamrugałam,
patrząc na przyklejone do sufitu plastikowe gwiazdy świecące w ciemności
i poświęciłam chwilę na ponowne zorientowanie się w sytuacji.
Byłam w Briarhaven.
Leżałam w moim dziecięcym łóżku, które okazało się zaskakująco wygodne,
biorąc pod uwagę, jak wiele czasu minęło, odkąd spałam w nim po raz
ostatni. Zapach śniadania drażnił mi nozdrza, a przez lekko uchylone
drzwi sypialni docierały do mnie strzępki rozmów. Przez chwilę
pozwoliłam swoim myślom wędrować w stronę wspomnień z dzieciństwa.
W te dobre poranki grała muzyka disco, a ubrana w coś kolorowego lub
błyszczącego Broca śpiewała, a może nawet tańczyła, poruszając biodrami,
w rytm piosenek z radia. Była okropną kucharką, ale kochaną babcią, a moja miłość do muzyki i niewybrednych posiłków pochodziła bezpośrednio
od niej. Większość ludzi zapytana o swoje ulubione śniadanie z dzieciństwa, prawdopodobnie myślała o czymś w rodzaju naleśników lub
gofrów. Moim ulubionym daniem był ser w tubce -?oczywiście najlepiej
marki Primula9 -?na krakersach Ritza z jednym małym kawałkiem
bekonu na wierzchu. W połączeniu z filiżanką parującej herbaty stanowiło
to moje idealne śniadanie. Broca nie była osobą, która zwracałaby uwagę
na szczegóły, jak przepisy kulinarne, czy wykonywanie nudnych prac
domowych. Po co miałaby to robić, skoro czekały przyjemniejsze rzeczy,
na przykład taniec czy nauczanie magii?
W poranki, których nie wspominam najlepiej, moja matka krzyczała na ojca
lub to on krzyczał na nią i przynajmniej jedno naczynie zawsze zostawało
stłuczone. Moja matka miała talent do dramatyzowania i czasami
zastanawiałam się, czy lubiła się kłócić tylko po to, żeby mieć pretekst
do rozbicia czegokolwiek. Jej magia zajmowała się sprzątaniem bałaganu,
więc rozbijanie talerzy nie miało żadnych konsekwencji poza absolutnie
niepasującą do siebie zastawą stołową. No i przerażeniem córek.
Niektórzy ludzie chyba rozbijali rzeczy dla czystej potrzeby rzucenia
czymkolwiek.
Zauważywszy moją torbę u stóp łóżka, westchnęłam z ulgą. Nova
prawdopodobnie zmierzyła się ze śniegiem i wciągnęła ją po schodach.
Przeciągając się, narzuciłam na siebie koc i podeszłam do okna, aby
przyjrzeć się Briarhaven w świetle dziennym. Śnieg nadal padał, ale
nieco mniej intensywnie, niż poprzedniego wieczoru. Starszy mężczyzna
odśnieżający chodnik przed swoim domem dojrzał mnie w oknie, wyprostował
się i uniósł dwa palce, bynajmniej nie w geście pokoju. Przyglądał mi
się spod krzaczastych brwi, więc uśmiechnęłam się promiennie, machając
do niego entuzjastycznie, celowo błędnie interpretując jego niegrzeczny
gest.
Nocą musiało gęsto sypać, bo śnieg osiągnął co najmniej kilkaście
centymetrów głębokości, a w miejscach, gdzie wiatr zepchnął go w zaspy,
musiało być go jeszcze więcej. Piaskarki rozrzucały sól na ulicach.
Przejechał Śniegożerca i wybuchnęłam śmiechem, przypominając sobie
skłonność Szkotów do nadawania piaskarkom zabawnych nazw. Moim ulubionym
był Harry Pługger, chociaż Lyra wolała Eda Śnieżana. Nova preferowała
Pług Vadera i Pługinatora i nie mogłam jej za to winić. Obie nazwy mogły
śmiało konkurować o tytuł najoryginalniejszej. Sól rozsypywała się na
świeżo oczyszczonej ulicy, ale śnieg padał coraz intensywniej, jakby
zirytowany faktem, że ktoś próbował zrujnować jego ciężką pracę.
Westchnęłam. Byłam przyzwyczajona do życia z klątwą, co nie oznaczało,
że w pełni ją akceptowałam. Nie mogłam winić Broki za nakazanie nam
powrotu do domu, aby spróbować przełamać tę przeklętą... no cóż, klątwę, i żyć bez zasad narzuconych nam przez pewną bardzo rozgniewaną czarownicę
o złamanym sercu. Tym bardziej że cała sytuacja miała miejsce wieki
temu. Częste przeprowadzki stawały się męczące, a była to tylko część
problemu, z którym zmuszona była mierzyć się moja rodzina.
Nieźle się zapowiada, prawda? No właśnie nie bardzo.
Otuliłam się mocniej kocem, czując niepokój w głębi serca. Pomyślałam o kolejnej części klątwy, która, według wszystkich znaków na niebie i ziemi, miała mnie dopaść już następnego dnia.
Dwudzieste piąte urodziny. Dzień, kiedy wszystkie czarownice osiągały
pełnię mocy.
Z miejsca, z którego spoglądałam na miasto, Briarhaven rozciągało się
krętymi uliczkami, tworząc swego rodzaju labirynt, a nad wszystkim
górował wystający zza wzgórza zamek. W świetle dziennym, z pokrytymi
śniegiem dachami, dymem wydobywającym się z kominów i słońcem
prześwitującym przez ciężkie chmury, miasto wyglądało uroczo i przytulnie. Sanktuarium dla magicznych istot -?czarownic, wróżek,
skrzatów i wielu innych -?o którym zwykli ludzie nie mieli pojęcia, a także jedyne miejsce, w którym MacGregorowie zdołali mieszkać dłużej niż
rok. W tej chwili część mnie pragnęła się tu osiedlić, głównie dlatego,
że byłam zmęczona ciągłym podróżowaniem. Jednocześnie przygnębiające
wspomnienia z dzieciństwa sprawiały, że nie mogłam się doczekać, aby
wyjechać.
Może Broca miała rację. Może jej wizja o trzech siostrach łamiących
klątwę mogła się spełnić. Nie byłaby to pierwsza sytuacja, w której
Broca miała rację, chociaż starałam się, żeby nigdy jej o tym nie
wspominać. Nie ma potrzeby karmić jej i tak już wybujałego ego.
Moje oczy skierowały się w stronę zamku. Czy Knox stał właśnie w oknie?
Może patrzył w milczeniu na swoje miasto i z daleka posyłał nam
nienawistne spojrzenie?
Ku mojej niezmiernej irytacji, pojawił się w moich snach.
Przycisnął mnie do samochodu, a jego grzeszne usta wędrujące po mej
szyi sprawiały, że lodowaty śnieg topniał na naszej rozgrzanej skórze.
- Sloane? Nie śpisz? -?Dobiegł mnie głos Novy stojącej u podnóża
schodów.
-?Nie, już schodzę. -?Najlepiej będzie od razu przerwać myślenie o nim,
ponieważ brak mężczyzn w moim życiu miał na mnie najwyraźniej bardzo
zgubny wpływ. Włożyłam podartą bluzę z kapturem -?prezent od Broki,
którą zostawiłam w swoim pokoju lata temu. Cekiny na przodzie układały
się w świecący napis "Mam różdżkę i nie zawaham się jej użyć".
Wciągnęłam na nogi legginsy i grube wełniane skarpety, po czym zeszłam
na pogrążony w chaosie parter domu.
Broca siedziała w fotelu z nogami wyciągniętymi do góry, ubrana w jaskraworóżowy szlafrok z piórami na mankietach i doklejonymi sztucznymi
diamentami. Równie dobrze mogłaby wylegiwać się na pokładzie
ekskluzywnego jachtu, a nie na wyblakłym fotelu pod oknem w salonie. W tle rozbrzmiewała muzyka disco, a babcia trzymała rękę w powietrzu,
lekko manewrując naczyniami za pomocą magii, podczas gdy Lyra i Nova
chowały się w kuchni.
-?Nie pomagasz -?warknęła Lyra z irytacją.
Wszystko opadło na blat, gdy rozległo się pukanie do drzwi.
-?Kto, u licha, ma czelność pukać do naszych drzwi przed ósmą rano? Nie
mają nic lepszego do roboty? Na przykład pójść do pracy? -?Udałam, że
posyłam komuś prawy sierpowy, wyobrażając sobie Knoxa ponownie stojącego
na naszym ganku. Przeszłam przez pokój i otworzyłam drzwi, gotowa
powiedzieć mu, co o nim myślę, ale zamiast niego ujrzałam kobietę w jasnoróżowym kostiumie z idealnie ułożonymi blond włosami i sztucznym
uśmiechem na twarzy. Za nią stały jeszcze dwie kobiety, jedna
uśmiechnięta, druga patrząca na śnieg z nieukrywaną irytacją.
-?Witamy w Briarhaven!
-?O cholera, to ta androidka -?syknęła Nova, stając za moimi plecami i kładąc mi rękę na ramieniu.
-?Jesteśmy szalenie rade, iż czarownice z klanu MacGregor w końcu
powróciły, tym bardziej że byłyśmy zmuszone wziąć na swoje barki ciężar
waszych obowiązków w Urokach. Na pewno jesteście zmęczone podróżą, a biorąc pod uwagę stan tego domu... -?kobieta spojrzała ponad naszymi
plecami na zakurzone prześcieradła pokrywające większość mebli w salonie, a jej twarz wyrażała nieskrywaną dezaprobatę -?...pomyślałam, że
nie będziecie miały sił, by cokolwiek ugotować. Przyniosłam wam
zapiekankę, powinna wystarczyć na dzisiaj.
-?Uroki? -?szepnęła Nova. Wzruszyłam tylko ramionami, niepewna, czy
bezpiecznie jest wykonywać jakiekolwiek gwałtowne ruchy w pobliżu
androidki. Cofnęłam się, gdy wszystkie trzy kobiety weszły do środka i uniosłam brwi, gdy Różowy Kostiumik sięgnęła do swojej małej torebki i wyjęła z niej parującą zapiekankę. Pojemnik był co najmniej trzy razy
większy od torebki.
-?Przyznaję, sprytna sztuczka -?rzekła Lyra.
-?Nazywam się Mandy Meadows, jestem przywódczynią Uroków i chciałam wraz
z moim komitetem oficjalnie was powitać -?wykrzyknęła Mandy radosnym,
mechanicznym głosem. -?Co prawda wasza babcia zdołała zachować należne
wam miejsca, uczestnicząc w naszych spotkaniach przez Zoom, ale o ileż
lepiej będzie spotykać się na żywo, teraz, gdy jesteście na miejscu.
Nie do końca rozumiałam paplaninę Mandy, za bardzo skupiając się na jej
sztucznym uśmiechu i wytrzeszczonych niebieskich oczach.
-?Chwileczkę, co proszę? Należne nam miejsca gdzie? -?Obróciłam się, aby
spojrzeć na Brocę. -?O czym ona mówi?
-?Och, kochanienkie, o waszym sabacie oczywiście.
-?Naszym sabacie? -?Lyra z podekscytowaniem nabrała powietrza. Zawsze
najbardziej z naszej trójki interesowała się opowieściami o czarownicach, które serwowała nam mama. Mnie na rękę było ignorowanie
naszego pochodzenia, ponieważ jak dotąd przynosiło nam ono tylko
nieszczęście i zakłócało codzienną rutynę. Pojawienie się Mandy Meadows,
wyglądającej jak członkini elitarnego klubu dla wyższych sfer, w dodatku
na lekkim haju, przywróciło nas do rzeczywistości i przypomniało o naszym dziedzictwie.
-?Wasza matka nie opowiadała wam o naszym sabacie? -?Broca zmarszczyła
brwi.
-?Nie. -?Nieomal warknęłam.
-?Ależ nie ma mowy o pomyłce. -?Mandy uśmiechnęła się promiennie i kiwała głową, moim zdaniem nieco zbyt entuzjastycznie, jak jedna z tych
figurek z ruchomą głową, które kupuje się na stacjach benzynowych i przyczepia do deski rozdzielczej. -?Przysługują wam dziedziczne miejsca
w najbardziej elitarnym sabacie w Briarhaven -?Urokach.
Dobra, czas zdusić to nieporozumienie w zarodku.
-?Nie mam pojęcia, o czym mówisz. -?Podeszłam do Mandy, delikatnie
chwyciłam ją za ramię i popchnąłam w stronę drzwi. -?Ale jestem pewna,
że znajdziemy inny moment, żeby o tym porozmawiać. Mamy za sobą kilka
długich dni w podróży i nie widziałyśmy naszej babci od lat. -?Mama
zrobiła wszystko, co mogła, żeby odciąć nas od Broki, ciągając nas za
sobą po Stanach Zjednoczonych, a kiedy byłam już wystarczająco dorosła,
aby zająć się moimi siostrami, skupiłam się po prostu na próbie
usamodzielnienia. I szczerze mówiąc, żadna z nas nie była wtedy gotowa
na powrót do Szkocji. Teraz, widząc Brocę ponownie, zdałam sobie sprawę,
jak bardzo za nią tęskniłyśmy.
-?Znam świetną panią od sprzątania -?padło z ust jednej z kobiet, która
wyglądała, jakby koniecznie chciała jakoś pomóc. Ubrana była w neonoworóżowy kostium. Stała z rozczochraną fryzurą i ogromną torbą na
ramieniu, która wyglądała, jakby mogła pomieścić broń wystarczającą do
pokonania małej armii.
-?Jestem Felicity Sheridan, wiceprezeska Uroków. Zero dramy, tylko
czary! -?Przysięgam, że prawie zasalutowała. Spojrzałam przez ramię na
Novę, która bezgłośnie powtórzyła: "Zero dramy, tylko czary". Posłałam
jej ostrzegawcze spojrzenie, po czym odwróciłam się ku trzeciej
kobiecie, patrzącej na mnie z wyrazem zrozumienia. -?Tam Sullivan.
Skarbnik i twardzielka w każdym calu, jeśli wypada mi tak o sobie
powiedzieć. -?Tam uścisnęła moją dłoń z taką siłą, że aż zatrzeszczały
mi kości. Była kobietą po pięćdziesiątce, ubraną w dres Adidasa, z krótko przystrzyżonymi włosami i błyszczącymi, inteligentnymi oczami. -
Nie pozwól tym dwóm zrobić sobie prania mózgu.
-?Na litość boską, Tam. Dopiero co je poznałaś -?syknęła Mandy,
posyłając koleżance gniewne spojrzenie.
-?Ktoś musi przygotowywać ludzi na wasz temperament.
-?Doprawdy? Czyżbyśmy miały aż tak trudne charaktery? Lubię myśleć, że
wszyscy nas lubią. Jak watę cukrową czy lizaki. -?Felicity położyła ręce
na biodrach, przypominając wściekłego gnoma z niechlujnym kokiem na
głowie.
-?Od kiedy to wszyscy lubią watę cukrową? -?Tam schowała ręce w kieszeniach.
Felicity jęknęła, jakby Tam właśnie powiedziała jej, że codziennie przed
śniadaniem topi kocięta.
-?Australijczycy nazywają watę cukrową wróżkowymi nitkami -?zauważyła
Lyra. Kiedy byłyśmy dziećmi, nie było żadnych radosnych rodzinnych
wycieczek do cyrku. Gdy tylko przeprowadziłyśmy się do Stanów
Zjednoczonych i przejęłam obowiązki opieki nad siostrami, starałam się
to zmienić. Teraz nie mogłam oderwać wzroku od tych trzech osobliwych
kobiet.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Sla?n abhaile -?zwrot w języku irlandzkim. Używany, gdy życzymy komuś bezpiecznej drogi do domu. Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki. [wróć]
2. Jedynie z serc płynie -?Robert Burns Z wierszy szkockich, Pierwszy list do Daviego kolegi po piórze, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1956, s. 32. [wróć]
3. Highland coo -?krowa szkockiej rasy Highland, samiec teoretycznie nazywa się Highland bull, ale powszechnie używa się nazwy Highland coo również dla samców. [wróć]
4. Mabon -?święto równonocy jesiennej. [wróć]
5. Oset to narodowy kwiat Szkocji i jeden z jej symboli. [wróć]
6. Shite -?(czyt. szajt) szkocka wersja angielskiego słowa shit, które w tym kontekście przetłumaczylibyśmy na nasze "cholera". [wróć]
7. Lass -?dziewczyna (słowo używane powszechnie w Szkocji). [wróć]
8. Aye -?tak (słowo używane powszechnie w Szkocji). [wróć]
9. Primula -?brytyjska marka znana z produkcji serów topionych w tubkach, założona w 1924. [wróć]
Słowniczek szkockich słów i wyrażeń
Słowniczek szkockich słów i wyrażeń:
bit o' banter /byt o banta/ -?Szkoci uwielbiają się nawzajem
drażnić; dokuczanie sobie jest bardzo mile widziane
bloody /bladi/ -?słowo używane dla podkreślenia; przekleństwo
bonnie /boni/ -?ładny
brekkie /breki/ -?śniadanie
c?ilidh /kejli/ -?impreza towarzyska ze szkocką muzyką
ludową i śpiewem lub tradycyjny szkocki taniec
eejit /idżyt/ -?idiota
give it laldy/laldie /gyw yt laldi/ -?(tryb rozkazujący) rób
coś z energią lub entuzjazmem
gritter /gryter/ -?pojazd służący do posypywania dróg solą w warunkach oblodzenia lub potencjalnego oblodzenia
guising /gajzyn/ -?zbieranie cukierków
hen -?kobieta
Highland coo 3/hajland ku/ -?krowa
Irn Bru /ajn bru/ -?szkocki napój gazowany
"It's a dreich day" /ytz e drichk dej/ -?zimno, wilgotno, ponuro
och -?używane do wyrażania wielu emocji, zazwyczaj zaskoczenia, żalu
lub niedowierzania
quaich /kłajk/ -?małe naczynie z dwoma uchwytami, często używane
podczas szkockich wesel
sledging /sledżyn/ -?jazda na sankach
stovies /stouwiz/ -?danie z ziemniaków
duszonych w garnku
tea /ti/ -?w Szkocji termin "tea" często odnosi się do posiłku
spożywanego w porze kolacji
tetchy /teczi/ -?zrzędliwy, rozdrażniony
wee /łi/ -?mały, niewielki
wheesht (haud your wheesht) /łiszt (hod yer łiszt)/ -?bądź cicho,
zamknij się
Prolog. Bonelle MacGregor
Prolog
Bonelle MacGregor
Dnia świętowania nie powinno kończyć się
klątwą, ale nie zawsze można przewidzieć, co przyniesie przyszłość.
Niezależnie od tego, jak wielką magią się dysponuje.
Mabon4 zwiastował nadejście jesieni, podkreślając równowagę
światła i ciemności, lecz dla jednego magicznego miasteczka położonego
wśród wzgórz Szkocji oznaczał również długo oczekiwany powrót ich
księcia. Briarhaven było domem zarówno dla czarownic, wróżek, jak i śmiertelników i właśnie wrzało z podekscytowania z powodu przybycia ich
ukochanego, a co najważniejsze -?samotnego, księcia.
Chodziły słuchy, iż to właśnie w tym roku wybierze sobie żonę.
Niejedna panna obudziła się dziś z uśmiechem na ustach i nadzieją w sercu, ponieważ istniała szansa, nieważne jak nikła, że zakończy go z koroną na głowie.
Mieszkała tu też jednak jedna młoda czarownica, dla której powrót
księcia nie miał większego znaczenia.
W wieku dwudziestu czterech lat Bonelle MacGregor nie obchodziły ani
kapryśne miłostki ani poszukiwanie męża. Zamiast tego z niecierpliwością
oczekiwała rozkwitu swojej magii w nadchodzącym roku. Już czuła, jak
pierwsze pędy rozwijają się w niej, zapowiadając nadejście mocy. Bonelle
z radością, a wręcz niecierpliwością wyczekiwała tego momentu. Spisała
wiele grymuarów własnymi zaklęciami, które bardzo chciała jak
najszybciej wypróbować. W duchu czuła, że gdy tylko jej magia
rozkwitnie, będzie mogła zrobić wiele dobrego dla ludzi ze swojego
miasteczka.
Podobnych trosk nie miała bynajmniej jej najlepsza przyjaciółka, Vaila,
która nie przejmowała się, czy będzie mogła wykorzystywać swoją magię do
pomocy innym, skoro przecież czekał na nią poszukujący małżonki książę.
Vaila tak bardzo przeżywała powrót następcy tronu, że tego ranka już
dwukrotnie wpadła w histerię, nie mogąc wybrać, którą suknię założyć na
tańce przy ognisku. Po trzeciej zmianie wstążek we włosach Vaili,
Bonelle czmychnęła na zewnątrz pod byle pretekstem. Musiała zbadać
prawdziwość plotki, którą zasłyszała wcześniej tego dnia.
Do miasteczka miał przybyć nieznany wędrowiec.
Mając nadzieję na znalezienie nowych ksiąg, szczególnie jeśli
zawierałyby egzotyczne zaklęcia z odległych krain, Bonelle wymknęła się
z miejsca, gdzie więdnące polne kwiaty zdobiły łąki otaczające wioskę.
Dochodzący do jej uszu rytm bębnów dorównywał biciu jej serca. W cieniu
drzew stał powóz, a obok niego mężczyzna o szerokich ramionach i szczupłej sylwetce, którą niewątpliwie zawdzięczał trudom życia w podróży. Przybysz wykładał właśnie swoje towary.
-?Witajcie, uprzejmy panie. -?Skinęła lekko głową. Wóz, choć z daleka
wydawał się skromny, z bliska prezentował się okazale.
-?Witajcie, szanowna panienko. Czy mogę pozwolić sobie zaprezentować
moje dobra? -?Mężczyzna był brudny, jak to bywa w przypadku ludzi,
którzy życie spędzają głównie na szlaku. Twarz miał pokrytą kurzem, a za
paznokciami dojrzała błoto. To jednak od jego niezwykłych błękitnych
oczu nie mogła oderwać spojrzenia. Zdawało jej się, że dostrzega w nich
wirujące tysiące prawd, a także magię, tajemnicę i władzę. Zabrakło jej
słów.
-?Może coś błyszczącego dla ślicznej dziewczyny? -?Wędrowiec poruszył
się, podnosząc kawałek aksamitnej tkaniny, zasłaniającej tacę ze złotą
biżuterią. To wystarczyło, by urok prysł. Zmarszczyła nos.
-?Nie przepadam za błyskotkami. -?Bonelle zacisnęła usta, celowo
starając się nie patrzeć wprost na mężczyznę, aby nie zrobić czegoś
głupiego. Na przykład zacząć wypytwać o sekrety wszechświata. -?Ale
uwielbiam książki. Czy ma pan opowieści z dalekich krain? Bardzo
chciałabym powiększyć swoją bibliotekę. Książki zawierają nieskończoną
ilość światów i tyluż nowych towarzyszy.
-?Nie mogę się nie zgodzić, mała czarownico. -?Jego łagodny głos
sprawił, że przeszedł ją dreszcz, a jakaś niewidząca nić zaczęła ją do
niego przyciągać. -?Możliwe, że mam coś specjalnie dla ciebie.
Podróżnik wręczył jej trzy oprawione w skórę księgi, których okładki
były zabarwione na ten sam piękny niebieski kolor, co jego wagon.
-?Jestem pewna, że nie mogę sobie na nie pozwolić -?zaoponowała Bonelle,
zaskoczona jakością opraw.
-?Potraktuj je, jako prezent.
-?Ach, nie jestem aż tak naiwna, by przyjmować prezenty od nieznajomych
podróżników. -?Roześmiała się, wpatrując się w niego. Musiał być wróżem,
oni zawsze byli skorzy do psikusów. -?Mam pieniądze.
Sięgnęła do kieszeni i położyła trzy srebrne monety w jego dłoni, po
czym wzdrygnęła się, poczuwszy iskrę energii przebiegającą po jej
ramieniu.
-?Skoro nalegasz. -?Mężczyzna zamknął palce na monetach, a kiedy
ponownie otworzył rękę, nie został po nich nawet ślad. Zanim zdążyła
zapytać go o jego podróże po dalekich krainach, za jej plecami rozległy
się głosy zbliżających się klientów. Bonelle odwróciła się błyskawiczne
i pobiegła w stronę domu, aby schować gymuary w bezpiecznym miejscu w swojej chatce. Chociaż bardzo chciała niezwłocznie zanurzyć się w każdej
historii zawartej na tych delikatnych stronach, niechętnie schowała je i wróciła na uroczystości. W końcu obiecała Vaili, że będzie z nią tańczyć
wokół ogniska.
-?Tu jesteś. -?Przyjaciółka chwyciła ją za ramię i poprowadziła w kierunku pląsająych panien. Ogień trzaskał radośnie. -?Nie patrz w tamtym kierunku, ale przybył książę! Powiedziano mi, że zaprosi jedną z dziewcząt, aby dziś wieczorem usiadła obok niego przy głównym stole.
-?I to jest dobra wiadomość? -?zapytała Bonelle z pełną powagą, ale
Vaila tylko przewróciła oczami i pociągnęła przyjaciółkę do przodu.
Rozbrzmiały bębny, dołączyły do nich dudy, a Bonelle podniosła głowę,
gdy lodowaty wiatr musnął jej policzki, niosąc ze sobą zapowiedź zimy.
Pozłacane liście fruwały na wietrze, gdy tancerki zaczęły poruszać się w jednostajnym rytmie. Poczuła dreszcz, przeszywający jej ramiona, a gdy
spojrzała za siebie, rozpoznała podróżnika, którego spotkała wcześniej
tego dnia. Stał z założonymi rękami i pochyloną głową, zajęty rozmową z mężczyzną, którego rozpoznała równie szybko.
Książę.
Ubrany był w tunikę w kolorze głębokiej czerwieni, a na głowie nosił
prostą złotą koronę. Jego miodowo-blond włosy falowały na wietrze, a lodowato niebieskie oczy pozostawały skupione na tancerzach, mimo że
pochylał się, by słuchać wędrowca.
Taniec dobiegł końca, zanim zdążyła głębiej zastanowić się, skąd
podróżnik może znać księcia. Następca tronu wystąpił naprzód, klaszcząc
w dłonie. Bonelle zastygła w miejscu. Za jej plecami trzeszczał ogień.
-?To już -?syknęła Vaila do jej ucha.
-?Dlaczego nie pozwolił nam dokończyć tańca? -?zapytała Bonelle z irytacją. Tradycja pozostawała tradycją, a taniec był jej częścią.
-?Ponieważ był tak zachwycony moją urodą, że od razu wybierze mnie na
swoją damę do towarzystwa podczas dzisiejszej kolacji. A może nawet na
swoją żonę. -?Paznokcie Vaili wbiły się boleśnie w ramię Bonelle, ale
ta powstrzymała grymas na twarzy.
-?Moje urocze panie... -?Książę wyciągnął ręce przed siebie, uśmiechając
się. -?Proszę wybaczyć, iż przerywam ten piękny taniec, ale byłem tak
zachwycony jedną z was, piękne damy, że po prostu nie mogłem zwlekać z wyborem jej na swoją towarzyszkę podczas dzisiejszego wieczoru.
Ramiona Bonelle napięły się na te słowa. Jej magia zadrżała:
obezwładniające emocje wypełniły powietrze i przywołały moc tuż pod
powierzchnię. Książę podszedł bliżej i stanął przed nimi, a Vaila
wypuściła powoli powietrze, odchylając głowę do tyłu i unosząc wysoko
podbródek.
-?Moja czarująca pani, czy zechcesz mi towarzyszyć tego wieczoru? -
Wyciągnął rękę.
-?Ależ oczywiście... -?Słowa Vaili zamarły, gdy dłoń księcia zatrzymała
się tuż poniżej mostka Bonelle, czekając, aż ona ją ujmie. Dziewczyna
wpatrywała się w dłoń, na której u podstawy palca wskazującego spoczywał
gruby złoty pierścień z misternym herbem. Z trudem łapała oddech,
podczas gdy Vaila sapnęła obok niej.
-?Nie. -?Ciche, proste słowo porwane przez wiatr, a jednak zdołała je
uchwycić. Serce ścisnęło jej się na widok cierpienia Vaili. Po raz
kolejny poczuła magię rozgrzewającą się pod skórą, jakby błagającą o uwolnienie, a jednak związaną niemymi zasadami. W przeciwieństwie do
Vaili, która wkroczyła w swoją magię rok wcześniej, Bonelle nie wolno
było uwolnić swojej magii przed ukończeniem dwudziestu piątego roku
życia.
Czas zwolnił.
Bonelle zignorowała konwenanse i podnosząc głowę, zwróciła się do swojej
najlepszej przyjaciółki, której twarz wykrzywiona była w gniewie. Ciemna
magia wyciekała z jej skóry, gdy zaczęły płynąć słowa:
Na zmory i osty, na cierni pełne dłonie,
Przeklinam twę magię, niech słabnie i płonie.
Nieszczęście nawiedzie każde miejsce, w którym zapuścisz korzenie,
przynosząc smutek, ruinę i nienawistne spojrzenie.
Lepka klątwa spadła na Bonelle, i otoczyła ją, niczym pajęczyna.
Zatoczyła się do tyłu i podniosła ręce, usiłując powstrzymać krwawą
magię, która wylewała się ze złamanego serca Vaili.
Zaczęły zalewać ją cienie, a chmury, do tej pory jedynie szare, nabrały
odcienia morderczej czerni. Krzyk rozdarł niebo, a krew zamarzła w żyłach Bonelle. Odwróciła się, by uciekać, lecz zaczepiła stopą o korzeń
i nieomal by się potknęła, gdyby czyjeś ramiona nie przytrzymały jej,
zaciągając w cień drzew, gdzie bezceremonialnie upuściły ją na ziemię.
Upadła na kolana, palcami chwytając wilgotny mech pokrywający ściółkę
lasu. Łzy napłynęły jej do oczu, ale powstrzymała je, łapczywie łapiąc
powietrze. W jej głowie wirowały setki myśli.
-?Zbliżają się żarowilki. Musisz uciekać. -?Na te słowa Bonelle zerwała
się na równe nogi, ogarnięta strachem.
-?Wezwała żarowilki? -?wykrzyknęła. Serce zabiło jej mocniej, gdy w końcu przyjrzała się mężczyźnie, który zaciągnął ją do lasu. Nie był to
byle strażnik, ale podróżnik we własnej osobie.
-?Jej klątwa je wezwała. Każde miasto, w którym się zatrzymasz, spotka
nieszczęście.
Bonelle gapiła się na niego z otwartymi ustami, po czym odwróciła się,
by spojrzeć w kierunku miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą bawili się
ludzie. Teraz pozostały po nich jedynie rozrzucone na trawie opadłe
liście. Skręciło ją w żołądku na widok cienia żarowilka przemykającego
przez łąkę.
-?Kim jesteś? -?Bezsensowne pytanie w najgorszym możliwym momencie, ale
Bonelle musiała poznać imię mężczyzny, który właśnie skazywał ją na
wygnanie.
-?Eoin Douglas. Pierwszy Rycerz Zakonu Żelaznego Ostu5, obrońca
Briarhaven.
-?Obroń mnie. Proszę -?błagała Bonelle.
Zamarł, spoglądając to na nią, to na łąkę, ale kiedy kolejny krzyk
zatrząsł gałęziami nad ich głowami, podjął decyzję.
Bonelle znała ją, jeszcze zanim się odezwał.
-?Uciekaj, MacGregor. Zabieraj swoją klątwę i uciekaj stąd.
Rozdział 1. Sloane MacGregor
Rozdział 1
Sloane MacGregor
Witajcie w Briarhaven, najbardziej
magicznym miasteczku w całej Szkocji.
Zerknęłam na film odtwarzany na telefonie mojej siostry Lyry i dojrzałam
kobietę w różowym kostiumie i idealnie ułożonych blond włosach,
szczerzącą zęby do kamery. Jej uśmiech kontrastował z napiętą skórą
twarzy, a szeroko otwarte oczy miały w sobie coś szalonego.
-?Wydaje się nieco spięta -?zauważyłam, ponownie kierując wzrok na drogę
wijącą się wśród koron drzew o poskręcanych gałęziach.
-?Wygląda, jak jakaś androidka -?stwierdziła Nova, najmłodsza z naszej
trójki, pochylając się do przodu z tylnego siedzenia.
-?Pamiętajcie, żeby zarezerwować bilety z wyprzedzeniem, aby móc
skorzystać z oferty VIP, którą oferujemy w Briarhaven. Jeśli będziecie
mieli szczęście, może nawet uda wam się otrzymać podwyższony standard
naszego Pakietu Pełni Księżyca! -?Głos Różowego Kostiumiku brzmiał tak
samo sztucznie, jak prezentowała się jej twarz.
-?Przypomina mi trochę ludzi, którzy namawiają cię na zakup dodatkowego
ubezpieczenia, gdy kupujesz jakiś nowy gadżet elektroniczny -?dodałam.
-?I pamiętajcie... w Briarhaven wierzymy w trzy rzeczy: magię, radość i arkana! Czary-mary odfruwamy!
-?Czary-mary, odfruwamy? - powtórzyła Nova, odchylając się do tyłu.
Parsknęłam śmiechem.
-?Arkana? -?Lyra powoli cedziła sylaby. -?Kiedy ostatni raz
słyszałyście, żeby ktoś użył słowa "arkana"?
-?Zdarza się -?powiedziała Nova, mrugając do mnie we wstecznym lusterku.
-?Chociaż moim zdaniem zdecydowanie zbyt rzadko.
Zwolniłam, gdy zbliżałyśmy się do wąskiego zakrętu na wzgórzach.
-?Arkana życia i przyszłości. -?Lyra spojrzała groźnie, wydając z siebie
ciche westchnienie i opadając na siedzenie.
Uśmiechnęłam się do mojej boleśnie pięknej siostry. Lyra miała ten typ
urody, który sprawiał, że oglądali się za nią zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Zatrzymującym ją policjantom brakowało słów i nigdy nie
wystawiali jej mandatów, a dorośli mężczyźni wysyłali jej
ekstrawaganckie prezenty. Najbardziej ekstrawaganckim prezentem, jaki
ja kiedykolwiek otrzymałam od chłopaka, był kupon na lody "kup jeden,
drugi dostaniesz gratis" w Dairy Queen.
Jak na zawołanie, zza zakrętu wyłonił się pokryty pnączami i cierniami
rustykalny drewniany znak. Zdawał się chować przy drodze pod cienistą
altaną drzew, które stawały się gęstsze i ciemniejsze w miarę, gdy
zbliżałyśmy się w ich stronę.
"Briarhaven. Liczba mieszkańców: 3333".
-?Cztery trójki, jakże oryginalne. -?Niemal słyszałam, jak Nova
przewraca oczami na tylnym siedzeniu.
Nova przywodziła mi na myśl kolce ukryte wśród róż. Była początkującą
tatuażystką, która zdobywała rzesze obserwatorów w mediach
społecznościowych i od chwili narodzin była o wiele fajniejsza, niż ja
kiedykolwiek będę miała szansę się stać.
-?Zaraz zaraz, czy wy to widzicie? Cholera, to miasto faktycznie
przeszło niezłą metamorfozę. -?Lyra pochyliła się do przodu, gdy
opuściłyśmy tunel drzew i przed nami rozciągnęło się Briarhaven w całej
okazałości. Położona u podnóża spiczastych gór wioska była kolorowa i urocza, jakby ktoś domalował na płótnie koloru głębokiej zieleni tuziny
różnobarwnych plam. Złote drzewa, których liście właśnie zaczynały
przybierać bursztynowy odcień, pokrywały wzgórza, a w oddali srebrzyście
lśniło jezioro. Od czasu naszej ostatniej wizyty miasto wydawało się
przemienić w park rozrywki. Dosłownie przypominało jedną wielką atrakcję
turystyczną.
Zszokowane tą przemianą, mogłyśmy tylko gapić się z otwartymi ustami,
powoli przejeżdżając przez rynek. Złociste promienie słońca przebijały
się przez puszyste, śnieżnobiałe chmury. Chodniki były pełne turystów:
niektórzy ubrani byli w kostiumy z czarodziejskimi kapeluszami lub
sztucznymi uszami wróżek. Wiatr rozwiewał pomarańczowe liście po
ulicach, a przy chodniku ustawiono stragan ze świeżo zebranymi jabłkami.
Plakat informujący o zbliżającym się konkursie kostiumów na Halloween
był przyklejony do czarnego słupa ze staromodną latarnią na szczycie.
Pokręciłam głową. Jak turyści mogliby konkurować z prawdziwymi
magicznymi istotami w kwestii przebierania się na Halloween?
-?Niesamowite, co zdołali osiągąć w ciągu ostatnich ośmiu lat. Prawie
nie poznaję tego miejsca -?rzekła Nova. Skinęłam głową, czując
narastające napięcie, bo właśnie skręciłyśmy w ulicę doskonale znaną mi
z naszego dzieciństwa. Przemknęło mi przez myśl, że wygląda jak aleja
wspomnień. Zgodnie zamilkłyśmy, gdy zatrzymałam się przed zaniedbaną
chatą ukrytą pośród rzędu domów jednorodzinnych, które przeszły taką
samą rewolucję, jak reszta miasteczka. Nasz dom zdecydowanie odstawał od
reszty i to w negatywnym tego słowa znaczeniu.
-?Obraz nędzy i rozpaczy.
-?Żadnej nędzy, raczej... -?urwałam, patrząc przez okno samochodu na dom,
w którym spędziłyśmy większość dzieciństwa. Dwupiętrowy, porośnięty
bluszczem zasłaniającym szare kamienne ściany, z jedną, ledwo wiszącą i do tego przekrzywioną, okiennicą. Doskonale rozumiałam niepewną sytuację
tej okiennicy: ja też się ledwo trzymałam.
-?Totalna rudera -?zasugerowała Lyra. Nova skinęła głową w zgodzie, a ja
westchnęłam.
-?Potencjał. -?Odpiąłam pas bezpieczeństwa, uchyliłam drzwi samochodu,
wstałam i przeciągnęłam się. Rześka jesienna bryza musnęła moje włosy, a kolorowe liście opadły mi pod stopy. Prezent od natury, pożegnalna feria
barw przed zimowym snem roślin. Przyjrzawszy się uważnie, dostrzegłam
nici wspomnień owijające dom -?fragmenty kłótni, nieudane zaklęcia,
rzadkie chwile, gdy rozbrzmiewał tu śmiech. Uważałam to miejsce za dom,
ponieważ to właśnie tutaj klan MacGregorów mieszkał najdłużej. Udało nam
się zostać w tym miejscu kilka lat, zanim klątwa, która nękała naszą
rodzinę -?niczym brzęczący komar, gdy desperacko pragniesz snu -?zmusiła
nas do odejścia.
Minęły lata, odkąd ostatni raz byłyśmy w Briarhaven i nigdy bym tu nie
wróciła, gdyby nie jeden konkretny powód.
Powodem była kobieta, której nie mogłam odmówić. Wezwała mnie do domu,
abym złamała klątwę rzuconą na naszą rodzinę.
Owa kobieta stała teraz w otwartych drzwiach naszego zrujnowanego domu z chodzikiem ozdobionym jedwabnymi wstążkami, w podomce i okularach, które
błyszczały z daleka. Elegancka, siwa fryzura w stylu boba otaczała
radosną twarz, która dopiero zaczynała zdradzać oznaki wieku, a na jej
ramieniu siedział czeszący swoje pióra sokół. Broca MacGregor, panie i panowie. Legenda we własnej osobie.
-?Wyglądasz, jakbyś czekała na wiadomość o śmierci swojego bogatego męża
w jakichś podejrzanych okolicznościach -?zawołałam.
-?Męża? -?zapytała Broca tonem, jakbym właśnie pokazała jej pełzającego
karalucha. -?Po co brać męża, skoro o wiele więcej radości sprawia samo
randkowanie?
-?I to mówi kobieta, która ma na koncie pięciu byłych mężów. -?Obeszłam
samochód i otworzyłam bagażnik, aby wyjąć nasze torby i walizki, podczas
gdy Lyra i Nova wyskoczyły z samochodu. Pobiegły uściskać naszą babcię,
która przyjechała do miasteczka wcześniej tego samego dnia,
prawdopodobnie na tronie niesionym przez kilku krzepkich osobników płci
męskiej. Jako matriarchalna czarownica, Broca była dotknięta tą samą
klątwą, co my i spędziła ostatnie osiem lat metodycznie przeskakując od
mężczyzny, do mężczyzny w całej Europie, z których każdy był bardziej
ekscentryczny od poprzedniego.
-?I właśnie z tego powodu wiem, że faceci są lekko strawni jako
kochankowie, ale ledwo znośni jako mężowie.
-?Czy musimy już rozmawiać o twoich kochankach? Dopiero co
przyjechałyśmy po całononcnej podróży, a ja potrzebowałam kieliszka
wina, zanim będę w stanie podjąć się tego typu rozmowy. Sięgnęłam do
bagażnika, wyjęłam swoją torbę i położyłam ją na ziemi. Obok niej
wylądowała chmura płatków śniegu.
Shite6.
Jęknęłam, wyprostowałam się i zobaczyłam, że wszystkie trzy kobiety
patrzą gniewnie w niebo. Sokół Broki -?jej zwierzę opiekuńcze o imieniu
Iris -?zaprotestował głośnym skrzekiem, wzbił się w powietrze i zniknął
wśród wzgórz.
Kilka stuleci temu pewna czarownica o złamanym sercu rzuciła na naszą
przodkinię niezwykle pomysłową, choć bardzo irytującą klątwę. W rezultacie od tamtej pory żadna z kobiet klanu MacGregor nie była w stanie osiedlić się na dłużej w jednym miejscu, ponieważ gdy tylko
zamieszkiwałyśmy gdzieś na dłużej, miasto dotykały różnorakie fatum i klęski żywiołowe. Co więcej, kiedy w wieku dwudziestu pięciu lat
wkraczałyśmy w pełni w świat magii, często musiałyśmy radzić sobie z jej
nieprzewidywalnym zachowaniem.
-?Czy to musi być akurat śnieg? -?zapytała Lyra, uderzając o ziemię
obcasem szpilki od Christiana Louboutina.
-?Przynajmniej nie kolejna plaga gąsienic. -?Nova zapięła skórzaną
kurtkę i zmrużyła oczy, patrząc na zgromadzone nad nami ciemne chmury.
-?Fuj. -?Lyra odwróciła się w jej stronę. -?Uzgodniłyśmy chyba, że nigdy
więcej nie będziemy o tym wspominać. Miesiącami nie mogłam spać przez
koszmary o robalach.
-?Nic dziwnego, skoro larwy zagnieździły ci się we włosach. Może
myślały, że to ich nora.
Lyra sapnęła i wygładziła swoje bujne włosy. Potrzebowała trzydniowego
weekendu w luksusowym spa, aby upewnić się, że pozbyła się wszelkich
śladów śluzu. Dopiero wtedy była w stanie zapomnieć o tej konkretnej
wersji naszej klątwy.
-?Gąsienice nie chowają się w norach. Tworzą gniazda i wychodząc,
przeobrażają w zjawiskowe piękności.
-?Nie gniazda, tylko kokony, Lyra.
-?Jak dla mnie, to jedno i to samo. -?Przeszedł ją widoczny dreszcz, gdy
podmuch wiatru okrył nasze stopy śniegiem.
Uśmiechając się, bo sprzeczki moich młodszych sióstr były dla mnie
dziwnym źródłem pocieszenia, dotarłam do drzwi wejściowych.
-?Wejdźmy do środka i włączmy ogrzewanie, Broco. -?Wybudowany na planie
prostokątu dom miał cztery sypialnie i dwie łazienki na piętrze oraz
salon z otwartą kuchnią i jadalnią na parterze. Chociaż został zbudowany
w czasach, gdy pokoje były małe i wszędzie wstawiano drzwi,
prawdopodobnie w celu zatrzymania ciepła, gdzieś po drodze ściany
zostały usunięte, aby stworzyć jedną przestronną strefę mieszkalną, a dwa ceglane filary pełniły rolę głównych podpór fundamentowych. Jako
dziecko biegałam wokół tych filarów, uciekając przed próbuącym mnie
złapać tatą, podczas gdy mama popijała kawę w fotelu przy oknie, przez
które przez większą część poranka wpadało słońce. Tak właśnie pamiętałam
dobre dni.
Zostawiwszy torbę przy drzwiach, podeszłam powoli do Broki, która
kierowała się w stronę fotela z moich wspomnień, i pomogłam jej usiąść.
Lyra przeszła do kuchni, aby przejrzeć zawartość szafek, prawdopodobnie
w poszukiwaniu herbaty, podczas gdy Nova sprawdzała, czy z kranów leci
bieżąca woda. Rozejrzałam się i westchnęłam. Pozostałe meble pokrywały
zakurzone prześcieradła, w rogach okien gromadziły się pajęczyny, a więcej niż jedna żarówka już dawno się przepaliła.
Usłyszawszy pukanie do drzwi odwróciłyśmy się jednocześnie w ich stronę.
Ktoś wszedł do środka, zanim zdążyłam porządnie rozejrzeć się po pokoju,
nie mówiąc już o podejściu, by mu otworzyć.
-?Kto tak po prostu wchodzi do cudzego domu? -?zapytałam, przechodząc
przez salon, gotowa do walki.
Zamarłam z otwartymi ustami.
W drzwiach stał najseksowniejszy mężczyzna, jakiego kiedykolwiek
widziałam na żywo. Twarz miał jak z bajki, muskularne ramiona idealnie
prezentowały się w przylegającym do ciała T-shircie, który miał na
sobie, nie zważając na wirujący na zewnątrz śnieg.
Bezwstydnie gapiłam się na faceta stojącego w progu, myśląc jedynie o tym, jaki był wspaniały. Nieposkromione ciemne włosy, przenikliwe
niebieskie oczy i ostro zarysowany podbródek pokryty ciemnym zarostem
sprawiały, że nie chciałam oderwać od niego wzroku. Tak na wszelki
wypadek, jakby miało się okazać, że zniknie. Był jak czarujący książę z bajki, a nie mężczyzna z krwi i kości.
-?O rany -?westchnęła Lyra z drugiego końca pokoju, a ja skinęłam głową
w milczeniu, w pełni się z nią zgadzając.
-?Drogie panie -?jego głos, słodki niczym whisky, sprawił, że w mojej
piersi rozlało się ciepło. Moja magia zamigotała we mnie, jakby
przeciągała się po długim odpoczynku, gotowa powitać świat. Ona być może
była gotowa, ale ja nie. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowałam, było
rozbudzenie mojej magii dziesięć sekund po niechcianym powrocie do
Briarhaven. Chociaż do moich dwudziestych piątych urodzin pozostawały
jeszcze dwa dni, świadomość, że wkrótce osiągnę pełnię mocy,
towarzyszyła mi już od lat. Dla większości czarownic był to dzień
świętowania. Dla mnie? Coś jak oczekiwanie na uderzenie młotka sędziego
ogłaszającego wyrok.
-?Niestety, będę musiał prosić was o opuszczenie tego miejsca.
Po tych słowach schylił się, podniósł moją torbę, wyszedł na śnieg i włożył ją z powrotem do bagażnika mojego samochodu.
Nigdy wcześniej moja opinia o kimś nie zmieniła się równie szybko.
Odwróciłam się i spojrzałam gniewnie na pozostałe kobiety.
-?Widzicie? Wiedziałam, że powrót był błędem. -?I wybiegłam na zewnątrz.
Rozdział 2. Sloane
Rozdział 2
Sloane
Nie możecie tutaj zostać.
Jego głęboki głos wywołał dreszcz na mojej skórze. Zatrzymałam się
gwałtownie przy naszym pospiesznie zakupionym samochodzie, który
zdecydowanie swoje dobre dni miał już za sobą. Spojrzałam w górę, w górę
i w górę, aż pochmurne, arktycznie niebieskie oczy spotkały moje.
Oczywiście był też nieznośnie wysoki. To naprawdę niesprawiedliwe, że
niektórzy ludzie, jak Lyra, trafiają genetyczną szóstkę w totka.
Oczywiście piękno jest kwestią subiektywną, ale podejrzewam, że trudno
byłoby mi znaleźć kogoś, kto nie uznałby tego mężczyzny za atrakcyjnego.
-?Słucham? Mogę robić, co tylko zechcę, dziękuję bardzo. -?Zamrugałam,
wyciągając torbę z bagażnika i zmusiłam się do przełamania hipnozy,
którą piękni ludzie nieświadomie wywierają na innych. Nie mogli nic na
to poradzić, czego nauczyłam się, mając Lyrę jako siostrę. Ale jeśli
chciało się przeprowadzić sensowną rozmowę, najlepiej było nie patrzeć
im bezpośrednio w oczy. Coś, jak z patrzeniem w stronę słońca.
-?Nie do końca, nie w tej kwestii. Musicie wyjechać z Briarhaven. -
Prawdziwa twarz czarującego księcia z bajki. Gapiłam się na niego, gdy
wyrwał mi torbę z ręki i ponownie włożył ją do samochodu.
Jedną z lekcji, jakie wyciągnęłam z częstych przeprowadzek w związku z nękającą nas klątwą, była ograniczona tolerancja na słabe zagrywki
ludzi. Nie musiałam akceptować takiego zachowania. W małych miasteczkach
ludzie w większości musieli utrzymywać dobre stosunki z sąsiadami, nawet
jeśli mieli odmienne poglądy lub byli nieprzyjemni. Ale nie ja. Nigdy
nie mieszkałyśmy gdzieś wystarczająco długo, aby musieć dogadywać się z sąsiadami lub polegać na nich podczas katastrofy w mieście lub innej
tego typu sytuacji, więc kiedy ludzie zachowywali się jak dupki, mogłam
po prostu zwrócić im na to uwagę, nie zastanawiając się, jak może to
potencjanie wpłynąć na moją reputację. Dokładnie tak miałam zamiar
postąpić ze swoją nową najmniej ulubioną osobą na świecie.
-?Masz problemy ze słuchem? Mogę robić, co tylko mi się podoba. Spadaj
na drzewo, Czarusiu. -?Wyciągnęłam torbę z samochodu i pobiegłam w kierunku domu.
-?Uważasz, że jestem czarujący? -?Odwróciłam się i zobaczyłam, jak kącik
jego ust unosi się w seksownym półuśmiechu, zamrażając mnie w miejscu w próbie zignorowania nagłego przypływu pożądania. Krzyknęłam cicho, gdy
przemknął obok, zatrzymując mnie kilka kroków od drzwi i chwytając za
uchwyt mojej torby. Wyrywając ją z moich rąk, ruszył z powrotem w stronę
samochodu, odpychając mnie jak komara. Ogarnęła mnie wściekłość.
Rzuciłam się do przodu i chwyciłam drugą stronę materiału, zmuszając go
do zwolnienia tempa. Autentyczne zdziwienie wykwitło na jego twarzy.
-?Co ty, do diabła, wyprawiasz? -?zapytałam, szarpiąc mocniej.
Czaruś pociągnął bagaż do przodu, jakby przesądzając, że postawi na
swoim, a ja ślizgałam się na śniegu, który już zdążył zgromadzić się u naszych stóp.
-?Uważaj sobie, kolego. Nie zamierzam...
Poślizgnęłam się po raz kolejny i zabrakło mi tchu, gdy machając rękoma
usiłowałam złapać równowagę, po czym prawie wylądowałam w śniegu.
Niestety, a może na szczęście, w zależności od punktu widzenia, w panice
zdołałam złapać za klejnoty rodowe Czarusia. Sapnął zaskoczony, ale
jakimś cudem udało mu się uchwycić mnie jedną ręką, zanim upadłam na
chodnik, drugą sięgając w stronę swoich dóbr cielesnych.
I powiem wam, z całkowicie obiektywnego punktu widzenia, jego dobra
były wysokiej jakości.
Żaden mężczyzna nie powinien być obdarzony tak wieloma pozytywnymi
cechami fizycznymi. Oznaczało to niewątpliwie, że w innych obszarach
musiały występować u niego poważne braki. Prawdopodobnie chodziło o jego
osobowość. Albo o jego oczywiste oczekiwanie, iż wszyscy powinni
wykonywać jego polecenia. Skupiając się na negatywnych aspektach, aby
zignorować pragnienie, które trzepotało w mojej piersi jak motyl
próbujący uciec, spojrzałam gniewnie na jego idealną twarz. Jego ramię
nadal obejmowało moją talię i nie mogłam nie zauważyć, że był zbudowany
praktycznie z samych mięśni.
No jakżeby inaczej.
Czaruś delikatnie poprawił swoją pozycję, lekko się skrzywił, a ja
posłałam mu swoje najtwardsze spojrzenie.
-?Nie zamierzam za to przepraszać. Sam się o to prosiłeś.
-?Zrozumiałem. -?W jego głosie dało się wyczuć delikatną nutę akcentu
północnej Szkocji, a moje wnętrzności skręciły się na ten dźwięk.
Mężczyzna miał czelność odwrócić się i ponownie ruszyć w stronę mojej
torby, a ja miałam ochotę podetnąć mu nogi szybkim kopniakiem.
Powstrzymała mnie świadomość, że prawdopodobnie złamałabym sobie stopę o te jego wszystkie mięśnie. Niemniej jednak może udałoby mi się zadać mu
cios karate w obojczyk, aby go odstraszyć. Westchnęłam, stanęłam między
nim a torbą i machnęłam mu ręką przed twarzą.
-?Halo? Proszę pana? Czy jest tam ktoś?
Uniósł brwi, ale nie odpowiedział.
-?Nie? Nic? Jesteś po prostu tym typem silnego, milczącego mężczyzny,
co? Jestem pewna, że to działa na większość kobiet w okolicy, ale nie na
nas. Cokolwiek wyprawiasz, po prostu przestań. To jest dom naszej babci
i mamy pełne prawo ją odwiedzać.
-?Wiem dokładnie, kim jesteś, Sloane.
Dlaczego, no dlaczego moje imię brzmiało tak dobrze w ustach tego
gościa? Miałam ochotę wygiąć się w łuk jak kotka i przytulić do niego.
Absurdalne uczucie.
-?W takim razie masz nade mną przewagę, bo ja nie mam pojęcia, kim
jesteś ty. -?Przeszył mnie dreszcz, gdy zerwał się wiatr, a śnieg
topniał na moich policzkach.
-?Knox Douglas.
-?Knox? -?Otworzyłam usta ze zdziwienia. Ostatni raz, kiedy widziałam
Knoxa Douglasa, był chudym chłopcem z prywatnej szkoły, ale nawet wtedy
wszystkie dziewczyny w mieście były w nim zakochane. To naprawdę
niesprawiedliwe, jak bardzo ten mężczyzna rozkwitł od czasu, kiedy
widziałam go po raz ostatni. U mnie jedyne "rozkwity" to potówki na
twarzy -?efekt tego, że Lyra zaciągnęła mnie do siódmego kręgu piekła,
czyli na swoje zajęcia pilatesu. Wyszłam stamtąd, łapiąc powietrze i przysięgając, że oddam swoje pierworodne dziecko, byle już nigdy więcej
w nich nie uczestniczyć.
Zanim zdążyłam mrugnąć, on ponownie chwycił bagaż. Zablokowałam go,
uderzając ręką w jego brzuch i odsuwając od torby.
-?Jesteś jedną z tych osób, którym nikt nie odmawia, prawda? -
zapytałam.
Na twarzy Knoxa pojawił się wyraz zdziwienia, jakby nigdy wcześniej nie
brał pod uwagę możliwości, że ktoś mógłby odmówić wykonania
jakiegokolwiek z jego poleceń.
-?Ach, lass7, trafiłaś w sedno. W końcu jestem burmistrzem.
-?Założę się, że byłeś jedynym kandydatem. -?Uśmiechnęłam się
sarkastycznie, wyrywając mu bagaż z rąk i wciągając go do środka, gdzie
moja rodzina stała kilka kroków dalej, chowając się przed śniegiem
wpadającym do środka.
-?Aye8, zgadza się. -?Potężna sylwetka Knoxa wypełniła nasze
drzwi.
-?Jestem w szoku. -?Mężczyźni tacy jak on irytowali kobiety takie jak
ja. Nie irytowali Lyry, ponieważ oboje mówili tym samym językiem świata,
w którym drzwi same się przed nimi otwierały, prezenty pojawiały się na
progu, a rachunki za kolację były zawsze w cudowny sposób opłacane. Ale
ja? Ja nie żyłam w tamtym świecie.
-?No proszę, czy to nie wee Knox Douglas, ależ wydoroślałeś. Dawno cię
nie widziałam. -?Broca podeszła na tyle blisko, na ile pozwalał jej
chodzik, a Knox uśmiechnął się do niej. To właśnie ten uśmiech mnie
urzekł.
Przestałam myśleć logicznie.
-?Czy to nie słynne czarownice z klanu MacGregor powróciły do
Briarhaven? Miło cię widzieć, Broco, nawet jeśli wyglądasz na odrobinę
poobijaną.
-?Och, to tylko niewielki siniak. Nie ma się czym przejmować. -?Uiosłam
brwi, przysłuchując się babci flirtującej z Knoxem. Nie wydawało mi się,
że wymianę stawu biodrowego można by zakwalifikować do kategorii
niewielkiego siniaka.
-?Skoro tak miło jest ją widzieć, to dlaczego próbujesz nas wyrzucić?
Knox odwrócił się w moją stronę, a uśmiech zniknął z jego twarzy. W duchu pochwaliłam swoją umiejętność irytowania nawet
najprzystojniejszych mężczyzn.
-?Cieszy mnie, że wszystko u was dobrze -?poprawił się Knox. -?Ale
Briarhaven nie wydaje się mieć dobrze przy waszej obecności, w związku z czym naprawdę muszę nalegać, abyście wyjechały.
-?Kto powiedział, że Briarhaven nie ma się dobrze? -?zapytała Nova,
która swoim ponurym spojrzeniem i z wytatuowanymi ramionami wyglądała na
prawdziwą twardzielkę. Mogła dodać zaczepnym tonem: "Masz problem,
koleś?" i prawdopodobnie uszłoby jej to na sucho.
Ja wyglądałabym jak zrzędliwa bibliotekarka, który karci kogoś za
oddanie książki z opóźnieniem.
-?No właśnie, kto tak twierdzi? -?Wow, świetna odzywka, brawo ja.
Spojrzenie Knoxa powróciło w moją stronę, a mnie zaparło dech w piersiach i poczułam, że pochylam się, naprawdę pochylam, do przodu,
jakby jego bliskość w jakiś sposób przyciągała mnie swoją siłą
grawitacyjną. Czyżby stosował na mnie jakąś magiczną sztuczkę, która
miała mnie do niego przekonać? Jeśli tak, to tylko potęgowało to moją
irytację, ponieważ nie cierpiałam, gdy ludzie używali na mnie magii, czy
jakichkolwiek innych środków przymusu. Knox odwrócił się i wskazał na
frontowe drzwi, za którymi szalał śnieg.
-?Dowód rzeczowy A.
-?Nic niezwykłego w Szkocji -?prychnęła Nova, krzyżując ręce na piersi.
-?A może odrobina śniegu wystarczy, żebyś uciekł z powrotem do swojego
zamku pełnego przeciągów?
-?Nie uciekam, a mój zamek jest wystarczająco szczelny, bym nie
przejmował się mroźnymi, zimowymi nocami.
Zapomniałam, że mieszka w zamku. Moja irytacja sięgnęła zenitu.
-?Drogie panie, rozumiem, że chcecie być w domu, aby pomóc Broce, ale
wasza obecność tutaj ma negatywny wpływ na turystykę. Minęło już trochę
czasu, odkąd rodzina MacGregorów mieszkała w mieście, a od czasu waszego
wyjazdu wiele się tu zmieniło. Ciężko pracowaliśmy, aby zbudować naszą
reputację, zaprojektować starannie przemyślane i dobrze zaplanowane
miasto, którego motyw przewodni pozwala ludziom takim jak my bezpiecznie
tu mieszkać, a także zachęca turystów do wydawania pieniędzy. To
sytuacja, na której wszyscy zyskują, a o którą ciężko walczyliśmy.
Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebujemy lub chcemy, jest trio roztrzepanych
czarownic, które wszystko nam zepsują.
-?Roztrzepanych? -?Uniosłam brew, odsuwając Lyrę na bok i zbliżając się
do niego. Przypominając sobie coś z dzieciństwa, szturchnęłam Knoxa w klatkę piersiową. -?Nie jesteś już mile widziany w tym domu.
Ku mojej ogromnej radości magia starego domu nadal działała. Knox został
wyrzucony ze środka na ganek, a drzwi zatrzasnęły się z hukiem przed
jego nosem.
-?No, całkiem fajna sztuczka -?stwierdziła Nova.
-?Czy on jest wampirem? Myślałam, że to działa tylko na wampiry. -?Lyra
odwróciła się do mnie, a na jej ślicznej twarzy malowało się zdziwienie.
-?To zaklęcie ochronne -?powiedziała Broca, podchodząc do nas. -
Naładowałam bariery, kiedy wróciłam, i muszę przyznać, że jestem z siebie bardzo zadowolona. Zadziałało świetnie. Dobra robota, Sloane.
Rozległo się pukanie do drzwi.
-?Idź sobie! -?krzyknęłyśmy równocześnie.
-?Drogie panie, musimy porozmawiać. Wasza klątwa zniszczy miasto, a ja
nie mogę na to pozwolić. Podajcie swoją cenę.
Spojrzałyśmy po sobie.
-?Czy on właśnie próbuje nas przekupić? -?Nie kryłam zdziwienia.
-?Ciekawe, ile zaoferuje. Miałam na oku nowy robot kuchenny. -?Lyra
dotknęła wypielęgnowanym paznokciem swoich ust. Była urodzoną
influencerką, a jej talentem była umiejętność świetnego gotowania.
Prowadziła popularny kanał kulinarny na YouTube, dzięki czemu mogła
sobie pozwolić na tyle robotów kuchennych, ile tylko pragnęła.
-?Może wystarczająco, żeby otworzyć salon tatuażu? -?zastanawiała się
Nova.
-?Nie potrzebujemy jego pieniędzy -?przypomniała im Broca. Bycie
czarownicą miało swoje zalety, a jedną z nich była niezwykła umiejętność
trafnych inwestycji na przestrzeni lat. Może nie nazwałabym tego
konkretnie wykorzystywaniem poufnych informacji, ale nie
powiedziałabym też, że nasze inwestycje nie były tu i ówdzie dodatkowo
wspierane przez magiczne zdolności.
Pukanie nie ustawało.
-?Nigdzie się nie wybieram.
Wyobraziłam sobie, jak siedzi na naszym ganku, aż cały pokrywa się
śniegiem i trochę zrobiło mi się go żal. Westchnęłam, uchyliłam drzwi i wyjrzałam na zewnątrz. Śnieg nadal padał, grube, puszyste płatki
tańczyły w świetle latarni, osadzając się na idealnej linii szczęki
Knoxa.
-?Ktoś mógłby powiedzieć, że głupotą byłoby siedzenie na ganku i zamarznięcie na śmierć podczas śnieżycy, więc chciałabym wierzyć, że
masz wystarczająco dużo instynktu samozachowawczego, aby wrócić do domu.
-?Pójdę sobie, gdy wy sobie pójdziecie. -?Knox uniósł brodę, a w jego
oczach pojawił się uparty błysk.
-?Ile ty masz lat, dwanaście? Pójdę, jeśli ty pójdziesz? -?Podniosłam
ręce. -?Ty serio mówiłeś prawdę: ludzie nigdy ci nie odmawiają, co? -
Zamrugał, a w jego oczach pojawiła się frustracja.
-?Jak już wspomniałem, nie zdarza się to tutaj zbyt często.
-?A więc potraktuj to jako lekcję życia. -?Bezczelnie sięgnęłam przez
drzwi i poklepałam go po policzku w najbardziej protekcjonalny sposób,
jaki tylko potrafiłam. Frustracja na jego przystojnej twarzy zmieniła
się w irytację, a ja nie mogłam być bardziej zadowolona z siebie. -?Dla
twojej wiadomości, jesteśmy tu, aby przełamać klątwę. Wkrótce wszystko
naprawimy, a twoje cenne miasto nie ucierpi. W międzyczasie proponuję
wyciągnąć łyżwy i cieszyć się wczesną zimą.
Jego oczy zwęziły się.
-?Cudowny pomysł. -?Sarkazm wyciekał z każdego słowa. -?Chociaż
zdecydowanie wolę łatwiejsze rozwiązanie -?wasz wyjazd.
-?Nie zawsze możemy dostać to, czego chcemy, czyż nie?
-?Powtarzam, że zazwyczaj nie spotykam się z tego typu problemem.
-?Mówił ci ktoś kiedyś, że jesteś arogancki? -?Czy on naprawdę nie
zamierzał zostawić nas w spokoju? Cała sytuacja przestała być irytująca
i stała się wkurzająca.
-?Nie przypominam sobie. -?Knox skrzyżował ramiona, rozważając moje
słowa. Naprawdę je rozważał, a nie tylko udawał, żeby mnie zbyć. -?Po
prostu zazwyczaj wszystko idzie po mojej myśli. -?Nie miałam co do tego
wątpliwości, biorąc pod uwagę jego urok i przystojną aparycję.
-?Potrafię to zrozumieć -?zgodziła się Lyra za moimi plecami.
-?Posłuchaj, Knox. Jesteśmy w Briarhaven od około trzech sekund. W tym
czasie ledwo zdążyłam przytulić babcię, nie mówiąc już o tym, żeby
wymyślić, jak i kiedy przełamać klątwę. Czy mogę więc uprzejmie
zasugerować, żebyś się odczepił i dał nam chwilę na złapanie oddechu? Z prawnego punktu widzenia nie masz podstaw, aby nas eksmitować, a jeśli
będziesz nadal sprawiał kłopoty, zadzwonię na policję.
W odpowiedzi uśmiechnął się szeroko, ujawniając dołeczek w jednym z policzków. Westchnąłam i lekko uderzyłam głową o framugę drzwi.
-?Proszę, nie mów mi, że jesteś też policjantem?
-?Nie ma tu zbytniego zapotrzebowania na policję, Sloane.
Znów to samo: moje imię na jego ustach. Dlaczego brzmiało tak dobrze?
-?Proszę, po prostu odejdź. Błagam cię. Jechałyśmy tutaj całe wieki.
Poinformuję cię o postępach w zniesieniu klątwy, jak tylko będę
cokolwiek wiedziała. Wiesz, co na pewno nie będzie pomocne?
-?Co takiego? -?Knox skrzyżował ręce na piersi.
-?Ty. Twoja obecność tutaj. Przeszkadzanie nam. -?Po tych słowach
zamknęłam drzwi, a kiedy zapadła cisza, wypuściłam drżący oddech. Tępy
ból pulsował mi w czole i zdałam sobie sprawę, że nie pragnę niczego
bardziej, niż zanurzyć twarz w poduszce na jakieś dziesięć godzin.
-?Idę do łóżka. Uprzejmie proszę wszystkich, aby zostawili mnie w spokoju.
Wbiegłam po schodach, kierując się automatycznie do swojego pokoju z dzieciństwa, a głos Novy ciągnął się za mną.
-?Nie przejmuj się Sloane, Broco. Ma po prostu zły humor. I, szczerze
mówiąc, prowadziła samochód przez wiele godzin. Wyśpi się, to poczuje
się lepiej.
-?Nie przypuszczam, aby to jazda samochodem wprawiła ją w taki nastrój.