Rozdział 3
Zgodnie ze słowami Asa Aria czekała pod Otchłanią. Z daleka rozpoznałam jej atletyczną sylwetkę i ciasne rzędy bokserskich warkoczy przylegających do czaszki. Stała na chodniku w czarnym topie i szortach, nic sobie nie robiąc z temperatury. Ramiona zaplotła na piersi, a minę miała ponurą.
- Kiepsko z nim - powiedziałam, otwierając drzwi od strony pasażera.
Nachyliła się, by zajrzeć do środka. Jej oczy połyskiwały czerwienią, ledwie nad sobą panowała, ale niemal natychmiast gniew ustąpił zaskoczeniu.
- Oro? Po kiego chuja się do ciebie włamywał? - warknęła.
- Jeśli zdołasz go połatać, może się dowiemy. I to nie on się włamywał, tylko ten z bagażnika, choć dla niego już za późno na cokolwiek - odparłam.
Demon oddychał, ale płytko, a jego mokra od potu skóra przybrała niezdrowy, szarawy odcień. Koszula na piersi całkiem przesiąkła krwią.
- Dobra, poskładamy go i pozwolimy mu śpiewać - powiedziała wspaniałomyślnie demonica, a potem szturchnięciem odsunęła mnie na bok.
Bez najmniejszego wysiłku wyciągnęła demona z samochodu i uniosła jak dziecko w kołysce potężnych ramion. Przytrzymałam mu głowę, która opadła do tyłu, mocniej otwierając ranę na szyi. Aria wniosła go do Otchłani, demonicznego klubu sportowego i siłowni, ale też bazy Asa i miejsca, o którym myślałam jak o ambasadzie demonicznej w Thornie.
Demony w środku udawały, że kręcą się na matach i markowały jakieś ćwiczenia, choć ich uwaga skupiała się wyłącznie na nas. No tak, wieści o zdarzeniu już się rozniosły. Aria, nie zatrzymując się, wrzasnęła:
- Kal, przynieś zwłoki z bagażnika Dory!
- A co ja, kurwa, tragarz?! - odkrzyknął, jednak gdy nic nie odpowiedziała, ruszył do wyjścia.
Ona tymczasem poniosła rannego korytarzem prowadzącym do biur Asa, ale przystanęła przed drzwiami z tabliczką "tylko dla personelu" i kiwnęła głową.
- Otwórz i wciśnij zero - powiedziała.
Spodziewałam się jakiegoś pomieszczenia, może schowka na szczotki, zamiast tego zobaczyłam otwartą stalową klatkę windy. Żadnych drzwi, żadnych ochronnych krat, za to dość przestrzeni, by zmieściły się dwie pary szpitalnych noszy. Nie byłam pewna, czy chcę wiedzieć, po co Asowi tak wielka winda towarowa. Zresztą do dziś nie miałam pojęcia, że pod Otchłanią jest piwnica.
Weszłam, a podłoga zadrżała pod moimi stopami. Wcisnęłam zero na panelu. Poza zerem były tam guziki oznaczone P i H. Aria wkroczyła za mną, a drewniane drzwi zatrzasnęły się za nią z trzaskiem. Winda gwałtownie ruszyła, kołysząc się w sposób, który nie budził mojego zaufania, jakby wisiała na jednym, przecierającym się sznurku. Brak krat zmusił mnie, bym cofnęła się na środek windy, gdy ściany z przodu i z tyłu zaczęły się błyskawicznie przesuwać. Opadaliśmy zdecydowanie niżej niż jedno piętro. Zaczęłam podejrzewać, że piwnica Asa jest również schronem.
Gdy dotarliśmy na miejsce, komora windy łupnęła o dno szybu z głośnym tąpnięciem.
- Wciśnij P, żeby Kal nie musiał tamtego znosić po schodach - powiedziała Aria i ruszyła korytarzem. Jeśli demon ciążył jej w objęciach, nie dawała tego po sobie poznać.
Fotokomórki zapalały żarówkę za żarówką na naszej drodze. Po jakichś dwudziestu krokach dotarłyśmy do wielkich, stalowych dwuskrzydłowych drzwi. Aria popchnęła je barkiem i weszła do środka, a ja podążyłam za nią. Pomieszczenie przywodziło na myśl krzyżówkę ambulatorium, kostnicy i pracowni alchemicznej.
Trzy stalowe stoły na kółkach, jakby żywcem wyjęte z katalogu dla patologów, stały na środku pomieszczenia. Ściany i podłogę wyłożono białymi kaflami, z kratkami odpływów rozmieszczonymi w regularnych odstępach. Z sufitu zwisały szpitalne jarzeniówki, a precyzyjniejsze światło dawały stojące przy stołach reflektory chirurgiczne.
Aria ułożyła demona na jednym ze stołów i podeszła do przeszklonej szafki wypełnionej narzędziami - zarówno takimi, jakie można było spotkać w szpitalach, jak i tymi przeniesionymi żywcem z sali tortur. Na półkach stały dziesiątki butelek, fiolek w drewnianych stojakach i słoików wypełnionych rzeczami, których nie uświadczysz w ludzkich placówkach medycznych.
Wyciągnęła brązową dwulitrową butlę z gumowym wężykiem na szyjce, stalową nerkę z igłami i kilkoma rodzajami nożyczek czy klampów oraz słój żółtego proszku. Odstawiła wszystko na wózek na kółkach i dołożyła z szuflady czarną grudę wielkości pięści - mieniła się tęczą w świetle lamp.
Nie wiedziałam, czy mogę jej jakoś pomóc, czy powinnam się ewakuować, zanim dotrze do niej, że zabrała mnie w miejsce, o którego istnieniu pewnie nawet nie powinnam wiedzieć. Pocierałam dłonie lepkie od zasychającej krwi, niepewna, co robić. Musiała to wyczuć, bo rzuciła mi blady uśmiech i poleciła:
- Zapal świece.
Dopiero teraz zauważyłam pięć prostych stalowych świeczników ustawionych wokół stołu. W każdym tkwiła ciemnowiśniowa świeca rozmiaru małej gromnicy. Jedna stała nad głową leżącego demona, dwie po prawej stronie, dwie po lewej. Zerknęłam na podłogę. Dyskretnie wyrysowane na białych kaflach srebrny pentagram i sygile pokrywały całą przestrzeń pod stołem operacyjnym, wzór wpisano w idealny okrąg. Aria rzuciła mi paczkę długich zapałek. Zapalałam świece, poruszając się od szczytu pentagramu zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Gdy miałam zapalić ostatnią, powiedziała:
- Lepiej zostań po drugiej stronie. To, co się wydarzy, może być nieco zbyt intensywne dla kogoś, kto nie jest nasz.
Zaufałam jej i zapalając ostatnią świecę, dopilnowałam, by obie moje stopy zostały na zewnątrz wzoru. Ledwie zdmuchnęłam zapałkę, magia zasyczała na podłodze, uzbrajając krąg, a płomienie świec zmieniły kolor na intensywnie niebieski i podskoczyły pół metra w górę. Magia budowała się intensywnie, zapach siarki zakręcił mnie w nosie i pokrył gorzkawą warstwą tył gardła. Urzeczona obserwowałam zwinne i pewne ruchy Arii. Nigdy wcześniej nie widziałam demonicznego opatrywania ran i fascynowało mnie, jak bardzo różni się od tego, co znałam.
Aria zdążyła rozwinąć bandaże, wrzuciła je do stalowej nerki. Usłyszałam nieprzyjemne plaśnięcie przemoczonej tkaniny. Rana z miejsca trysnęła krwią, niepokojąco jaskrawą. Transport zdecydowanie nie przysłużył się Oro.
Demonica ucisnęła ją palcami i zaczęła polewać płynem z butli, ciemnym, o gryzącym zapachu przywodzącym na myśl ocet i jodynę. Płyn pienił się w kontakcie z tkankami, co musiało boleć, bo Oro, choć nieprzytomny, jęknął i próbował się poruszyć.
- Uspokój się, a poskładam cię do kupy - mruknęła Aria, nie przestając polewać rany. Zabarwiony krwią płyn spływał rynienką wzdłuż stołu do szklanego pojemnika w nogach pacjenta.
Skrzydła drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka wtoczył się Kal, niosący zwłoki demona. Zrzucił swój balast na drugi stół z niekłamanym obrzydzeniem. Nie dziwiłam się. Temu transport przysłużył się jeszcze mniej.
Przez ten krótki czas, który minął, odkąd dowlekłam go do samochodu, sporo się zmieniło. Wnętrzności nie połyskiwały już żywą czerwienią, były pociemniałe, jakby nabrzmiałe, a smród jego bebechów kojarzył się teraz nie tylko ze śmiercią, ale też z głębokim rozkładem. Skóra, wcześniej pokryta czerwonymi pęcherzami i zwęglona na dłoniach, przybrała nieprzyjemnie zielony odcień, napuchła i zaczynała odłazić płatami.
- Co do cholery? - zapytałam zaskoczona.
- Pewnie pieczęć - odpowiedział Kal, zaciekle szorując ręce nad zlewem.
- Nigdy wcześniej nie widziałam, by robiła coś takiego - zaprotestowałam. - Miała tylko przytrzymać jego duszę, żeby nie zdołał przeskoczyć.
Kal wzruszył ramionami.
- Nie moja działka. Jeszcze coś, o pani? - zapytał z nieskrywanym sarkazmem, zerkając na Arię.
Nawet na niego nie spojrzała, skupiona na szyciu rany.
- Jesteś wolny - rzuciła wyniośle. - Może nie wspomnę Asowi, że bezczelnie dyskutowałeś z rozkazami.
- Jędza - wymamrotał, opuszczając pomieszczenie.
Aria gmerała palcami w ranie i przeciągała przez tkanki czarną nić nawleczoną na zakrzywioną igłę. Sprawnie wiązała supełki, mamrocząc zaklęcia. Po kilku minutach wyprostowała się i odłożyła igłę oraz resztkę nici. Sięgnęła po słój i obficie obsypała ranę żółtą substancją. Rozszedł się gorzki zapach, a rana znów się zapieniła, ale piana nie spływała po szyi na stół, tylko twardniała w żółtawo-różową skorupę. Jako żywo przypominała piankę montażową, choć śmierdziała dużo gorzej. Poza tym pianki montażowej nikt nie użyłby do łatania ran... a przynajmniej taką żywiłam nadzieję.
Aria przez chwilę obserwowała skorupę, jakby chcąc się upewnić, że nie przecieka, po czym westchnęła z zadowoleniem.
- Przeżyje - powiedziała.
Wzięła w dłoń czarną bryłkę i potrzymała ją przez kilka sekund nad płomieniem świecy, a potem nad raną. Grube, lśniące krople skapywały niczym wosk na zaschniętą pianę, aż stworzyły dodatkową warstwę ochronną, połyskującą w świetle jak osad z benzyny na kałuży.
- Lepsze niż bandaże - przyznałam zaskoczona.
- Jeśli jesteś demonem. U ciebie przeżarłoby się do kości. - Parsknęła śmiechem, widząc moją minę. - Zleci chwila, zanim się ocknie, ale zdążyłaś go dowieźć na czas.
- Nie wiedziałam, że jesteś wiedźmą - powiedziałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
Spojrzała na mnie z uwagą, bez złości.
- W piekle nie ma wiedźm, nie słyszałaś? Ale moja rodzina posługuje się własną magią. Czasami robię z niej użytek. Nic, o czym warto by szeroko rozpowiadać - dodała.
Przekręciłam wyimaginowany kluczyk na ustach i wyrzuciłam go za plecy. Nie całkiem rozumiałam rozróżnienie, które właśnie podkreśliła, ale nie zamierzałam drążyć.
- Zajmę się tym drugim, zanim całkiem się rozbabrze - mruknęła z grymasem na twarzy.
Nie przesadzała. W życiu nie widziałam, by rozkład przebiegał tak szybko. Spalona wcześniej skóra na dłoniach teraz zrobiła się luźna i w każdej chwili mogła ześlizgnąć się z kości. Jakby w te dwadzieścia czy trzydzieści minut zdezintegrowała się podskórna warstwa tłuszczu, a mięśnie zmieniły w budyń.
- To nie jest normalne - szepnęłam.
- Nie jest - zgodziła się i popchnęła stół na kółkach, wyprowadzając go z pomieszczenia.
Poszłam za nią, ciekawa, co zamierza.
As miał pod Otchłanią więcej sekretów, niż mogłam się spodziewać. Nie tylko piwnicę z ambulatorium, ale i chłodnię!
Nie taką jak w kostnicy, ze schludnymi lodówkami, o nie! Bloki lodu wielkie jak zamrażarki skrzyniowe leżały na pokrytej kafelkami podłodze niczym lodowe katafalki. Na dwóch spoczywały zwłoki. Przykryto je białymi prześcieradłami, ale kształt pod nimi nie budził żadnych wątpliwości. Aria przysunęła stół do wolnego bloku i zepchnęła trupa na lód. Gdyby nie miał na sobie ubrania, które wciąż trzymało go w całości, sztuczka mogłaby się nie udać.
Podskoczyłam, słysząc głośne tąpnięcie. Winda, domyśliłam się. Po chwili do chłodni wparował As. Był brudny, jakby czołgał się przez kanały. Ubranie pokrywały białe rozbryzgi, a na twarzy wciąż krwawiło kilka nacięć. Oczy płonęły wściekłością.
Aria zerknęła na niego niewzruszona i powiedziała:
- Oro się wyliże. Ale tego nie znam.
As wypuścił głośno powietrze i przez chwilę gapił się na rozbabrane zwłoki.
- Zobacz, czy zdołasz coś z niego wyciągnąć - zarządził. - Dora, chodź na górę, to nie będzie miły widok. Opowiesz mi, co się, do kurwy nędzy, wydarzyło.
Paliłam się, by zrelacjonować mu, co zaszło, ale znów dała o sobie znać moja paranoja.
- Możemy skoczyć do mnie? Bjarke i Salcia są sami w mieszkaniu. Leon stoi na straży, ale wolałabym osobiście...
- Miron już tam jest - uspokoił mnie.
Odetchnęłam.
- Dobra, i tak musimy porozmawiać - powiedziałam.
I nie chodziło tylko o próbę włamania.
Jeśli ktoś mógł wiedzieć coś o demonie, który buszował w snach Salci, to właśnie on, mistrz szpiegów i najlepiej poinformowany demon na dworze Baala. Miałam dosyć defensywy na moim podwórku, zdecydowanie wolałabym przystąpić do ataku na terenie tego gnoja. Bo byłam właściwie pewna, że to wszystko jest połączone. Szłam o zakład, że włamanie nie było przypadkowe i to nie ja byłam celem napastnika.