Wiedźma. Powieść sensacyjna z życia sfer towarzyskich - Stanisław Antoni Wotowski

Kup ebooka

12.00 zł
8.80 zł (8,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ III.  MARYSIEŃKA...

 

Marysieńka znalazłszy się z powrotem w więziennej celi, odetchnęła z ulgą. Nareszcie jest sama i może skupić myśli. Choć celka jest malutka i ledwie kawałek nieba przez okratowane okno świta, a na stojącym w rogu stołku wygodnie usiąść można z trudem, nikt jej tu nie dręczy, nie śledzi, nie bada. Szczęście, że Marysieńki nie zamknięto, z jedną z wielu kobiet, o zepsutych i obrzękłych z pijaństwa twarzach, jakie spotykała na przechadzkach i korytarzach więzienia.

O, bo Marysieńka pragnęła się zastanowić. Od kilku dni, które minęły od chwili tragicznej śmierci męża, żyła niby w półśnie, sama nie wiedząc na jakim świecie się znajduje. Chwilami wydawało jej się, iż to koszmar tylko który wnet zakończyć się musi. I to zabójstwo Tadeusza i rzucone na nią niesprawiedliwie oskarżenie i niezrozumiałe zeznanie Klary...

A jednocześnie przychodziła dręcząca wątpliwość, kim był w rzeczy samej jej mąż, kim był Tadeusz?

Kochała go przedtem tak bardzo, a teraz...

Bo cóż, właściwie było jej wiadome o nim? Że cieszył się zaufaniem zwierzchników i uchodził za wzorowego urzędnika? Że w czasie kilkumiesięcznego ich pożycia stworzył pozory, iż jest najuczciwszym człowiekiem? A przeszłość? Czy zbadała kiedy przeszłość Tadeusza?

Twierdził, że pochodzi z bogatej rodziny, lecz z tą rodziną nie utrzymuje stosunków. Wogóle o swych krewnych mówił niechętnie i nikt z nich nie pojawił się na ślubie. Czyżby istniała jaka plama na poprzedniem życiu Tadeusza? Zagadka, straszna zagadka.

Skąd wziął pieniądze na urządzenie luksusowego mieszkania? On, który każdy grosz starannie obejrzał zanim go wydał, a z Marysieńką spierał się długo o najdrobniejszy domowy wydatek. Ten oszczędny Tadeusz, noszący w domu najtańszą bieliznę, "tam" w swej garsonierze sadził się na drogie przybory tualetowe i pyjamy...

Za czyje pieniądze utrzymywał jaskinię rozpusty? Swoje? Kochanki? I kto go zabił, kto zabił?

Może kochanka, znudzona podwójną grą, może zazdrosny mąż? Może... może... Bo przecież ktoś wiedział o tajemnicy Tadeusza, skoro jej nadesłał anonimowy list. Teraz rozumiała cel tego listu. Wyznaczono umyślnie godzinę ósmą, chcąc ją tam ściągnąć, gdy jego wcześniej zamierzano zamordować. Zabito go i drzwi zostawiono otwarte... aby rzucić na Marysieńkę podejrzenie, aby ją opleść siecią potwornego spisku, aby ją zaprowadzić tam, gdzie rzeczywiście się teraz znalazła. Okropne! A Klara? Zapewne jest jednem z narzędzi intrygi, bo całe zeznanie o sztylecie zostało od początku do końca zmyślone... Zeznanie, które ostatecznie pogrążyło Marysieńkę.

Ujęła w drobne rączki swą biedną, zbolałą główkę, szepcząc z rozpaczą:

- Straszne!... Straszne...

Tak, pojmuje, że jest zgubiona bezpowrotnie. Po oświadczeniu Klary, nikt nie uwierzy jej zaprzeczeniom. Sędzia śledczy wyznaczył kaucję w wysokości dwudziestu tysięcy - sumę o której nawet nie śmiała pomyśleć - i Marysieńka nigdy nie wyjdzie z więzienia. Obecnie, to dopiero początek, a na ile lat opiewać będzie wyrok? Skażą ją na zasadzie poszlak, na pewno. Bo któż się za nią ujmie, kto udowodni jej niewinność, kto dopomoże?

Jest sama, zupełnie sama na świecie...

Rozejrzała się bezradnie po maleńkiej celce, w której już zapadał mrok długiego zimowego wieczoru, a dwie wielkie łzy spłynęły po policzkach.

Załkałaby spazmatycznym płaczem, gdyby w tejże chwili nie rozległ się zgrzyt zasów u drzwi jej celi. Drgnęła... Widocznie nadchodził dozorca, aby podać posiłek, lub też wydać jakie zlecenie.

Istotnie drzwi się rozwarły, a z za nich zabrzmiał ostry głos:

- Nr. 114 do kancelarji! Wzywa naczelnik!

Marysieńka już wiedziała, że "Nr. 114" to ona, aresztantka Pohorecka. Lecz w jakim celu miała się stawić u zwierzchnika więzienia?

- Do naczelnika? - powtórzyła z przestrachem, gdyż wszystko obecnie napełniało ją lękiem. - Po co?

- Nie moja rzecz! - padła opryskliwa odpowiedź. - Tam się pani dowie!

Poprawiwszy machinalnie włosy i obciągnąwszy sukienkę (w najbardziej dramatycznych nawet momentach kobieta pozostaje kobietą) Marysieńka podążyła pokornie za dozorcą.

Mijając długi szereg korytarzy, o groźnych kratach i sygnałach alarmowych, rozmyślała nad tem w jakim celu ją wiodą do kancelarji i jaka to nowa przykrość tam ją czeka. Bo tylko spodziewać się może przykrości. A nuż dodatkowe badanie!

Po każdem badaniu czuła się tak, jak gdyby z niej całą wyssano krew. A może sama nie wiedząc o tem, popełniła wykroczenie przeciw przepisom więziennym i za to chcą ją obecnie ukarać? Zamkną do ciemnicy o chlebie i wodzie, bo i o takiem obostrzeniu słyszała Marysieńka.

Drżąc cała przystanęła na progu kancelarji, nie śmiąc podnieść oczu na naczelnika, starszego już mężczyznę, o wojskowej postawie, w ciemno bronzowym mundurze z zielonemi naszywkami.

Lecz ku jej zdziwieniu, naczelnik odezwał się do niej więcej niż uprzejmie.

- Mogę pani powinszować! - rzekł.

- Powinszować? - powtórzyła, nie pojmując.

- Tak! Jest pani wolna! Otrzymałem przed chwilą pismo od sędziego śledczego!

- Wolna? - zawołała, nie wierząc własnym uszom. - Więc sędzia cofnął swe poprzednie postanowienie?

Naczelnik potrząsnął głową.

- Bynajmniej nie cofnął! Lecz za panią złożono kaucję w kwocie dwadzieścia tysięcy złotych! Posiada pani widocznie bogatych przyjaciół! W dzisiejszych czasach dwadzieścia tysięcy złotych gotówką, to nielada pieniądz.

Oczy Marysieńki ze zdumieniem rozszerzyły się niepomiernie.

- Ale kto?... kto?.. - wyszeptała.

- Powinna tego pani się domyśleć prędzej odemnie! - odrzekł. - Ktoś zapewne, komu na pani zależy a przytem człowiek skromny!... Bo, składając kaucję, jak widzę z akt, nie podał swego nazwiska!

- Nie podał nazwiska?

Stała, niczem przykuta, do miejsca. Naczelnik uznał za stosowne zakończyć rozmowę.

- O ile więc pani chce, może natychmiast opuścić więzienie. Chyba - zażartował, - że tak dobrze u nas się czuje, iż woli przenocować?

- Nie! Już idę! - z przestrachem wymówiła Marysieńka.

Była wolna.

Marysieńka dążyła pośpiesznie w stronę domu...

Była już siódma wieczór, kiedy otwarto przed nią bramy więzienia. Dwie sprawy zaprzątały jej myśl.

Kim był ów nieznany wybawca, który obdarzył ją niespodzianie chwilową wolnością? Oraz zagadnienie drugie, bodaj jeszcze ważniejsze. Rozmowa z Klarą.

O, zamierzała porządnie przyprzeć Klarę do muru. A nuż pokojówka, ujrzawszy ją na swobodzie, zmieni swe zeznanie, wyzna, że pomyliła się, lub skłamała, albo pod gradem zapytań Marysieńki zechce powiedzieć, kto ją do podobnie fałszywych oświadczeń nakłonił.

Nagle drgnęła. Głośne okrzyki sprzedawców gazet ulicznych przerwały tok jej myśli. To biegli chłopcy z jakimś dodatkiem nadzwyczajnym, a śród ich wywoływań donośnie brzmiało dobrze znane Marysieńce nazwisko.

"Dodatek nadzwyczajny! Zwolnienie Marji Pohoreckiej za kaucją, oskarżonej o zabójstwo męża, w tajemniczych okolicznościach...."

Cała krew zbiegła jej do serca. Więc już wiedziano o tem, już tę wieść niosły jako najnowszą sensację pisma.

Wydało jej się nagle, że wszyscy ją znają, wszyscy zwracają na nią uwagę, a gdy wsiądzie do elektrycznego wozu, dziesiątki niedyskretnych spojrzeń, jak żądła os, wbija się w jej twarz.

Nie, woli na piechotę odbyć tę daleką drogę. Wtuliwszy twarz w wysoko postawiony kołnierz futra i unikając bardziej ludnych ulic, zmęczona i spocona zarówno długą wędrówką, jak i nerwowem podnieceniem, Marysieńka, po upływie trzech kwadransów, dobrnęła na Koszykową.

Szybko weszła do wnętrza i na chwilę przystanęła na podwórku.

O, tam na drugiem piętrze w oficynie jest ich mieszkanko. Małe, trzypokojowe mieszkanko, w którem, niestety, tak krótko trwało jej szczęście! Ciemno w niem teraz. Ciemno, nawet w kuchence. Czyżby Klara wyszła?

- O, to panią puścili? - zabrzmiał koło Marysieńki wtem jakiś zdziwiony kobiecy głos. - Już pani wyszła z wiezienia?

Odwróciła się. Koło niej stała dozorczyni domu i patrzyła na Marysieńkę, szeroko wytrzeszczywszy oczy, jakgdyby ujrzała samego djabła.

- Już puścili? - powtórzyła.

- Tak! - odrzekła, strapiona nieco tem powitaniem. - Jestem na wolności! A czy u mnie w mieszkaniu - zmieniła temat - nikogo niema? Klara jest nieobecna?

- Panna Klara wyprowadziła się! - mruknęła dozorczyni.

- Wyprowadziła?

- Pewnie! - zabrzmiała złośliwa odpowiedź. - Nie będzie przecie służyć u takiej pani, co... Ani też czekać, póki ją z aresztu zwolnią...

Marysieńka jeszcze nie pojęła obraźliwości tonu dozorczyni. Zaniepokoiło ją niespodziane zniknięcie Klary.

- Złota pani! - poczęła prosić. - Nie wie pani, dokąd ta Klara się przeniosła? Może zna pani jej nowy adres?

Dozorczyni wzruszyła ramionami.

- A może miała się przedemną wyspowiadać? Skąd mam wiedzieć! Wczoraj w południe wyjechała i kwita!

Co powiedziawszy, odeszła, mamrocząc coś pod nosem. Mamrotanie to jednak na tyle było wyraźne, że Marysieńka je posłyszała dobrze:

- Wstydu taka niema! - zabrzmiały uwagi pani dozorczyni. - Męża zabiła i do domu się taska! I już ją puścili! Gdzie sprawiedliwość na świecie? Jedna obraza Boska...

Policzki Marysieńki zapłonęły szkarłatem. Wydawało się, że za chwilę krew z nich tryśnie. Zbrodniarka! Wszyscy poczytują ją za zbrodniarkę! Nawet dozorczyni! Gdziekolwiek się pokaże, wytykać poczną palcami, odsuną się, niczem od trędowatej. Jak w takich warunkach myśleć o udowodnieniu swej niewinności, szczególniej po ucieczce Klary? Bo nie ulega wątpliwości, że Klara spełniwszy zdradziecką rolę, uciekła i trudno będzie ją teraz odszukać.

Nisko opuściwszy główkę i, modląc się w duszy, aby nie napotkać nikogo z sąsiadów, powoli wstępowała na schody. Na szczęście, schody były puste i Marysieńka bez przeszkód dotarła na drugie piętro. W woreczku, prócz drobnych monet, znajdował się klucz od mieszkania. Przekręciła go w zamku i weszła do wnętrza, szybko zatrzaskując drzwi za sobą.

Chwila szukania po omacku - i zabłysło elektryczne światło.

Jest z powrotem w tem mieszkaniu, które niedawno jeszcze stanowiło jej radość i dumę. Lecz, jakże ono się wydaje obecnie ponure i smutne. Choć, zdawałoby się, na pozór, nic się nie zmieniło.

Krążyła po pokoikach, rozglądając się dokoła uważnie. Władze policyjne nie robiły, zapewne, tu rewizji, bo wszystko leżało na swem miejscu, jak w chwili, kiedy stąd odchodziła, udając się do tej przeklętej spelunki.

W sypialni spoczywa na krześle, zrzucony w pośpiechu szlafrok Marysieńki. Na tualecie flakony, rozstawione w nieładzie.

Och, ileż wspomnień nasuwają te ściany! Jak często w tej sypialni powtarzał jej Tadeusz, że ją uwielbia i kocha, że jest jedynem jego szczęściem na świecie. W stołowym tyle razy wyczekiwała na niego z obiadem, gdy spóźniał się z biura, nie pozwalając Klarze dotknąć się do potraw, byle był zadowolony z ich maleńkiego gospodarstwa. A w gabinecie, jeszcze widzi głowę Tadeusza, pochyloną nad biurkiem, gdzie wieczorami pracował, chcąc powiększyć, jak mówił, ich niewielkie, domowe fundusze. A teraz? Sama nie wie, czy ma rozpaczać po stracie męża, czy też znienawidzieć jego pamięć.

Marysieńka pogasiła w innych pokojach światła i, zasiadłszy w gabinecie, na fotelu przed biurkiem, znów pogrążyła się w niewesołe dumy.

Co dalej robić? Co postanowić? Przecież w tem mieszkaniu, w tym domu nie pozostanie, mogąc być w każdej chwili narażona na pogardliwe odezwania się dozorczyni i sąsiadów. Najmądrzej byłoby zabrać najkonieczniejsze przedmioty i wynająwszy sobie gdzieindziej pokoik, postarać się o dobrego obrońcę. Lecz za co? Posiada w woreczku niecałą złotówkę, bo kasę domową stale trzymał Tadeusz i jej wydzielał codziennie na wydatki. Nawet dziś na kolację nie starczy. Oczekiwać, póki nieznany przyjaciel się nie zjawi, ten, który złożył za nią kaucję? Ale, czy zechce on się nadal interesować Marysieńką i czy wogóle się zjawi?

Więc? Przebiegła w myślach swój niewielki majątek. Posiada obrączkę, jakiś skromny pierścionek, złoty zegarek. Jeśli to jutro sprzeda otrzyma najwyżej kilkadziesiąt złotych... A może Tadeusz gdzieś pozostawił pieniądze...

Machinalnie poruszyła szufladą biurka. Tego samego, na którem miał spoczywać ów nieszczęsny sztylet. Biurko było staroświeckie z bronzowemi okuciami o jednej środkowej i kilku bocznych szufladach. Tadeusz mówił o niem, że jest to pamiątka rodzinna i nie pozwalał nikomu doń się dotykać. Ku wielkiemu zdziwieniu Marysieńki, szuflada ustąpiła, a na wierzchu znajdujących się w niej papierów, spostrzegła wiązkę kluczy. Widocznie musiał je Tadeusz w pośpiechu zapomnieć, udając się na spotkanie, które mu przyniosło śmierć.

Teraz w głowie Marysieńki zaświtała myśl. Już nie o pieniądze chodziło. Przetrząśnie biurko, do którego za życia męża nie miała dostępu, sprawdzi, co zawiera. Może szczęśliwym trafem odnajdzie tam jakikolwiek ślad, mogący rozświetlić mroki potwornej tajemnicy.

Lecz nadzieja szybko ustąpiła zniechęceniu. Bo choć Marysieńka przekładała papier po papierze i list po liście, nic nie znajdowało się w biurku takiego, coby ją mogło dłużej zatrzymać. Same papiery treści obojętnej, banalne listy od dalszych i bliższych znajomych. Wreszcie wysunęła ostatnią, dalszą szufladę. I tu oczekiwał ją tenże sam zawód. Rozczarowana, podejrzewając już Klarę, iż ta znalazłszy się ostatnio bez świadków w mieszkaniu, powyciągała z biurka co ciekawsze papiery, chciała Marysieńka zaprzestać swych bezowocnych poszukiwań - gdy wtem jej palce natrafiły na jakiś ukryty w głąb szuflady guziczek.

Nacisnęła odruchowo. Rozległ się suchy trzask - i Marysieńka pochyliła się, chcąc poznać przyczynę, jaka go spowodowała.

W głębi szuflady znajdowało się świetnie ukryte maleńkie schowanko. Za dotknięciem sprężyny, maskująca je deseczka odpadła i teraz widniał tam niewielki, ciemny otwór.

Palce Marysieńki zagłębiły się w nim nerwowo... Nie wiele wyciągnęła. Medaljon i arkusik papieru. Lecz widok i tych przedmiotów napełnił ją drżeniem.

Przedewszystkiem medaljon. Był on złoty, zakryty i należało górną pokrywkę podważyć, aby przekonać się, czyją podobiznę wewnątrz zawiera. Odkładając to na później, Marysieńka pochwyciła łapczywie arkusik, zapełniony szczelnie drobnem, męskiem pismem.

Spojrzała nań i zbladła.

Wszak to pismo jej męża, a list adresowany jest do niej! Czytała:

Marysieńko!

Są rzeczy straszne, w które nie wiem, czy cię mam wtajemniczać! Jeśli kładę ten list nie na wierzchu biurka, a do schowanka, to dlatego, że przypuszczam, iż może uda mi się ocalić życie. O ile go jednak, zaniepokojona moją długą nieobecnością, tu odnajdziesz, wiedz o tem, że zginąłem. Nie płacz! Nie wart byłem ciebie! Ukrywałem bardzo wiele przed Tobą!... Lecz nie czas teraz na żale! Czytaj uważnie, co masz dalej mówić, aby mnie pomścić, a ocalić siebie. Bo i na Ciebie, moje maleństwo, zastawiono groźne sieci! Pamiętaj..."

Marysieńka czytałaby może dalej, drżąc całem ciałem z podniecenia, słowa dziwnego listu, gdyby w tejże chwili jej uwagi nie zwrócił jaki trzask.

Jakby ktoś skradał się po cichu z sąsiedniej sypialni w stronę gabinetu.

Niemożebne! Toć w mieszkaniu jest sama. Pamięta doskonale, że drzwi wejściowe starannie zamknęła za sobą.

Chciała podjąć z powrotem przerwane odczytywanie listu - lecz trzask się znowu ponowił.

Dziwne...

Wtem wzrok Marysieńki padł na wiszące w pobliżu biurka lustro. Znajdowało się ono na ścianie przeciwległej do sypialni i rozróżnić w nim można było znakomicie co się tam działo.

Spojrzała w to lustro, a z gardła jej wydarł się zduszony okrzyk przestrachu.

- Kto tu?...

Bo oto spostrzegła w zwierciadle najwyraźniej postać jakiejś kobiety. Obraz ten trwał jeno sekundę, lecz zdołała rozróżnić pasmo siwych włosów, spadających na czoło i straszliwą nienawiścią wykrzywione oblicze. A nad głową, wysoko podniesioną rękę ze sztyletem...

Siwowłosa kobieta z tym przeklętym sztyletem? Ależ to chyba halucynacja, wytwór wzburzonych nerwów Marysieńki?!

- Kto tu? - powtórzyła, podnosząc się ze swego miejsca.

Lecz zanim zdołała postąpić choć o jeden krok naprzód, stało się najgroźniejsze.

Nagle w gabinecie światło zgasło i w całem mieszkanku zapanowały ciemności.

Marysieńka poczuła, jak chłodne krople potu roszą jej czoło. Więc nie fantazja? To ta ohydna wiedźma popsuła elektryczność, by w mroku tem bezkarniej na nią się rzucić.

- Ratunku! - zawołała, ile w piersi starczyło sił. - Ratunku!

Lecz czy posłyszą? Czy nadbiegną na pomoc? Może głos Marysieńki nie zdoła się przedrzeć po za grube mury?

A tu znowu skrzypnęła podłoga. Wróg nieubłagany, trzymając śmiercionośną broń w ręku zbliżał się powoli.

Przerażenie Marysieńki było tak wielkie, że nie miała nawet czasu się zastanawiać kim jest ta nieznajoma, która w podobnie tajemniczy sposób wtargnęła do mieszkania. Obecnie widziała jeden dla siebie ratunek. Przedostać się do okna, wybić szybę, krzykiem zwołać ludzi na pomoc.

Okno było odległe o kilka kroków od biurka. Lecz nieznajoma czaiła się w ciemnościach. Czaiła się, by zadać śmiertelny cios; bo to oznaczał sztylet, podniesiony do góry. Marysieńce się zdawało, że przestąpiła przez próg i o parę kroków od siebie słyszała przytłumiony oddech.

Bez namysłu rzuciła się przed siebie.

Już miała dosięgnąć okna, już jej palce dotykały szyby, gdy wtem upiorna, koścista dłoń pochwyciła ją za szyję. Ale nie ta dłoń była najgroźniejsza, lecz ta druga, która trzymała sztylet, niosący śmierć...

Marysieńka, wiedziona instynktem, wyciągnęła odruchowo rękę i w ciemnościach pochwyciła czyjeś ramię.

Udało się! To właśnie ta ręka trzymała morderczą broń!

Walcząc rozpaczliwie o życie, ściskała teraz z całej mocy pochwycone ramię, pragnąc je obezwładnić.

Lecz nie na wiele to się zdało. Bo dłoń, która pochwyciła szyję, oplotła gardło, niby żelazną obręczą.

Daremnie szarpnęła się Marysieńka, chcąc się wyrwać ze straszliwego uścisku. Daremnie pragnęła wyrzucić głos z siebie. Z jej piersi wydobył się tylko zduszony jęk, a kościste palce dusiły coraz mocniej i coraz bezwzględniej...

Wreszcie poczuła Marysieńka, że jej braknie tchu...

Za sekundę ulegnie i puści tę okropną, niosącą niechybną śmierć dłoń...

- Koniec! - prześwidrowała jej mózg ostra myśl.

Wtem, gdy już sądziła, że nie uniknie śmierci, a groźny sztylet zatopi się w jej piersi, jak kilka dni temu się zatopił w sercu Tadeusza, u wejściowych drzwi rozległ się ostry dzwonek.

Ostry, niecierpliwy. Tak dzwoni ktoś, kto pragnie prędko wejść do mieszkania. Czyżby sąsiedzi posłyszeli jej krzyki oraz odgłos walki i śpieszyli z pomocą?

Żelazne kleszcze, ściskające gardło Marysieńki, raptownie oderwały się od szyi ofiary. Był już po temu najwyższy czas, bo nieszczęsna, prawie nieprzytomna, usuwała się na podłogę.

- Ratujcie! Zbrodniarka... - wykrztusiła teraz, zbierając resztki sił.

W odpowiedzi zabrzmiało w pokoju stłumione przekleństwo, później ciche, oddalające się kroki - i nagle zapanowała martwa cisza.

- Ucieka!... Zbrodniarka ucieka! - wykrztusiła Marysieńka.

Lecz dokąd mogła zbiec? Przecież przy frontowych drzwiach są ludzie! A może ucieka w równie tajemniczy sposób, jak się zakradła?

A dzwonki u wejścia stawały się coraz natarczywsze, coraz gwałtowniejsze.

Licząc na to, że zaczajona w dalszych pokojach nieznajoma, nie ośmieli się napaść powtórnie, Marysieńka, po omacku, chwiejąc się na nogach i potrącając meble, śród ciemności, dotarła do przedpokoju. Szybko otworzyła drzwi.

Sądziła, że ujrzy tłum niespokojnych, rozgorączkowanych sąsiadów, tymczasem...

Przed nią stał tylko szpakowaty mężczyzna, ubrany wytwornie. W jego lewem oku połyskiwał monokl.

- Pani Pohorecka? - począł, skłoniwszy się na jej widok.

- Ja!.. ja... - jęła mówić gorączkowo, - samo niebo mi pana zesłało, choć nie wiem kim pan jest! Przed chwilą chciano mnie zamordować! Zbrodniarka jeszcze znajduje się w mieszkaniu!... Proszę wezwać policję!

Błysk zadowolenia przebiegł po twarzy wytwornego pana.

- Więc zdążyłem na czas! - szepnął. - Powiada pani, zbrodniarka? O, to obejdziemy się bez pomocy policji!

Wyciągnąwszy browning z tylnej kieszeni, śmiało wszedł do wnętrza mieszkania.

 

ROZDZIAŁ II. ZBRODNIARKA.

 

Wzrok sędziego śledczego surowo spoczywał na młodej kobiecie.

- Więc, oskarżona Marja Pohorecka, stanowczo nie przyznaje się do winy?

- Panie sędzio!

- Fakty przemawiają same za siebie...

Bezradnie załamała ręce.

- Jestem posądzona o zabójstwo męża, dlatego tylko, że się znalazłam w tem przeklętem mieszkaniu? Że pierwsza wykryłam zbrodnię?

- Prócz pani tam nikogo przedtem nie było!

- Ależ - poczęła się gorąco tłumaczyć - przysięgam, panie sędzio, że gdy weszłam do otwartego mieszkania, mój mąż już nie żył. Przed paru minutami został zamordowany.

- Przez kogo?

- Nie wiem... nie wiem!... Zbrodniarz zdążył już zbiec!.. Zresztą - nagle w jej głowie błysnęło wspomnienie - kiedy wchodziłam na schody, otarła się o mnie jakaś czarno ubrana, zawoalowana kobieta...

- Jak wyglądała?

- Bliżej określić nie potrafię! Nie zauważyłam rysów twarzy! Byłam tak zdenerwowana! Ona to może...

Sędzia uśmiechnął się lekko.

- Wszystko pięknie! Pani relację o tem, jak się miały fakty, słyszę nie po raz pierwszy i nie mogę, niestety, jej dać wiary... Może uwierzyłbym i w bajeczkę o otwartem mieszkaniu i w opowieść o tajemniczej nieznajomej, gdyby przeciw pani nie istniał pewien niezbity, a druzgocący dowód!

Marysieńka była coraz więcej zdumiona.

- Druzgocący dowód? - powtórzyła.

Sędzia śledczy, starszy, siwowłosy mężczyzna, otworzył jedną z szuflad biurka, i szybko wyjął stamtąd jakiś przedmiot i rzucił go na stół.

- Oto sztylet, którym został zamordowany mąż pani! Proszę go dokładnie obejrzeć!

Drgnęła, widząc tę ohydną broń, ledwie tłumiwszy okrzyk przestrachu. Lecz bardziej ją jeszcze przeraziło następne zapytanie:

- Cóż, nie poznaje go pani? Wszak powinien jej być dobrze znany?

Mimowoli, niby pociągnięta magnetycznym prądem, wpijała się teraz oczami w ten sztylet. Na swe szczęście, znała dobrze ten cienki nóż z połyskującej stali, zakończony złoconą, w kształcie trupiej czaszki rękojeścią. Leżał on stale na biurku męża i służył, jako nieszkodliwa zabawka do przecinania kartek papieru i książek. Więc tym nożem zabito Tadeusza? W jaki sposób? Skąd w tym mieszkaniu właśnie jego sztylet się znalazł?

- Niemożebne! - wydarł się Marysieńce zdławiony okrzyk.

- A jednak ustalone niezbicie! - zabrzmiał w odpowiedzi ironiczny głos sędziego. - Oto narzędzie zbrodni! I pani ten sztylet ze sobą przyniosła!

- Przenigdy! - zaprzeczyła. - Nic nie pojmuję... Ale... Może Tadeusz ze sobą go zabrał i ten zbrodniarz, czy zbrodniarka... Ja miałabym zabić mego męża? Dlaczego mnie spotyka podobny zarzut, panie sędzio? Ja miałabym przynieść ten sztylet ze sobą?

- Tak stwierdził świadek.

- Świadek stwierdził, że ja go ze sobą przyniosłam? Bezczelne kłamstwo! Któż taki?

- Pani służąca! Klara Pawlikówna!

- Ach, Klara!

Siwowłosy, siedzący za biurkiem mężczyzna, mówił teraz powoli i dobitnie, przeglądając leżące przed nim akta.

- Klara Pawlikówna wyraźnie zeznaje, iż widziała ten sztylet na stole jeszcze w godzinach popołudniowych, w mieszkaniu pani. Leżał, jak zwykle, na biurku. Twierdzi stanowczo, że było to po obiedzie, gdy mąż pani wyszedł powtórnie rzekomo do biura. Nie mógł go więc zabrać z sobą...

- Ależ i ja nie zabrałam...

Sędzia wzruszył tylko ramionami.

- Zapewne duch przyniósł sztylet! - odparł. - Ponieważ jednak w śledztwie nie wolno mi dopuszczać do uczestnictwa duchów, muszę postawić inny wniosek. I aby pani udowodnić, że na nic się nie przydadzą jej ciągłe zaprzeczania, zdecydowałem się ją skonfrontować z Pawlikówną...

- Jak najchętniej! Toć wydawało się jej chyba...

Zimna, urzędowa kancelarja o biało pomalowanych ścianach wirowała przed oczami Marysieńki. Doznawała wrażenia, że u jej stóp rozwiera się jakaś otchłań i że ona w tę otchłań się stacza.

Tymczasem sędzia nacisnął, umieszczony na biurku dzwonek i po chwili na progu gabinetu ukazała się smukła sylwetka przystojnej dziewczyny.

- Klara Pawlikówna.

Klara była ubrana skromnie, lecz szykownie i swym wyglądem nie przypominała służącej. Jej oczy, w których igrały nieokreślone, zielonkawe ogniki, nie spoczęły teraz na "pani". Trzymała je wbite uporczywie w podłogę, a najlżejsze drgnięcie twarzy nie zdradzało, jakie uczucia obecnie przeżywa.

- Panno Pawlikówno! - oświadczył sędzia śledczy poważnie. - Jej zeznanie posiada dla sprawy pierwszorzędne znaczenie i dlatego zawezwałem ją powtórnie! Proszę raz jeszcze nam powiedzieć, o której godzinie widziała panienka sztylet - uniósł nóż nieco do góry - w mieszkaniu państwa Pohoreckich?

- Popołudniu! - twardym głosem, nie podnosząc oczu, wyrzekła Klara. - Może około godziny szóstej.

- Ach, tak. Gdy pan wyszedł już z domu!

- Napewno! - jeszcze mocniej podkreśliła Klara. - Ten sztylet zwrócił dlatego moją uwagę, że pan porozrzucał papiery na stole, ja je uporządkowałam, a na wierzchu położyłam nóż! Nie może więc być najlżejszej wątpliwości.

Marysieńkę ogarniało zdumienie. Klara twierdzi, że porządkowała jakieś papiery na biurku, które mąż porozrzucał. Ależ, najprzód Tadeusz żadnych w domu nie przeglądał papierów, tylko zjadł obiad i wyszedł, a powtóre ona a nie Klara zajmowała się porządkami.

- Nie przypominam sobie... - bąknęła.

Sędzia tymczasem dalej nalegał.

- Czy panienka nie myli się, co do dnia? Może te szczegóły, o których nam opowiada działy się wcześniej więc w przeddzień?

- Nie panie sędzio! - padła kategoryczna odpowiedź. - Nie! To o czem mówię, miało miejsce w dzień zabójstwa...

Straszliwe podejrzenie zrodziło się nagle w duszy Marysieńki. Stale coś odpychało ją od Klary i napawało nieokreślonym lękiem.

Kiedy przed paru miesiącami przyjęła tę dziewczynę odrazu uderzyło ją, że Klara nie wygląda na "służącą". Zlitowała się jednak nad nią, tembardziej, że Klara twierdziła, iż pochodzi z lepszej rodziny, a tylko z powodu ciężkich warunków obecnych, zmuszona jest podjąć się każdej pracy. Później jednak Marysieńka pożałowała swego kroku. Bo choć Klara wszystkie swe obowiązki spełniała nienagannie, w zachowaniu się "pokojówki" było coś tak dziwnego i zagadkowego, że nieraz to raziło i różne domysły nasuwało Marysieńce.

Zadrżało w niej wszystko.

- Czemu kłamiesz? - krzyknęła ostro, zrywając się ze swego miejsca.

Sędzia śledczy ruchem ręki nakazał jej milczenie.

- Proszę nie obrażać świadka! - rzekł. - Świadek mówi prawdę!

W tejże chwili opuszczone do dołu oczy Klary podniosły się, uderzając z mocą w Marysieńkę.

- Nie kłamię! - wydarł się z jej piersi okrzyk. - Nie kłamię! A skoro mnie do tego pani zmusza, więcej jeszcze powiem!

Sędzia drgnął radośnie.

- Więcej? - powtórzył.

- Tak! - mówiła teraz dobitnie dziewczyna. - Wahałam się, czy zgubić ostatecznie panią Pohorecką, czy też zataić, to co wiem! Lecz nie warta aby ją oszczędzać i grzechu nie wezmę na swe sumienie!

- Krócej... Krócej... - naglił sędzia.

- Kiedy pani moja wyszła po siódmej wieczór z domu - wyrzuciła z siebie - znów przeszłam koło biurka i spostrzegłam, że sztyletu na miejscu, na którem go położyłam, nie było. Zniknął... Zdziwiło mnie to bardzo, lecz później dopiero zrozumiałam wszystko! Pani Pohorecka wzięła go ze sobą...

Marysieńka nie mogła powstrzymać się dłużej.

- Czemu mnie gubisz - zawołała - ty podła dziewczyno? Czyż uczyniłam ci jaką krzywdę?

Iskierki okrucieństwa, niby u drapieżnej tygrysicy zapłonęły w oczach służącej.

- Spełniam tylko swój obowiązek! - twardo odrzekła.

- Żmijo! Ty.. Ja pojmuję...

Ale sędzia śledczy znów energicznie powstrzymał Marysieńkę.

- Oskarżona zechce zachowywać się spokojnie, gdyż zmuszony będę zastosować represje...

Poczem zwrócił się w stronę Klary, kończąc niemiłą konfrontację:

- Świadek Pawlikówna jest wolna! Dziękuję panience za zeznanie!

Skinął lekko głową. Dziewczyna, jakgdyby tylko oczekiwała na ten znak, również odpowiedziała pełnym szacunku pochyleniem głowy i szybko opuściła gabinet, nie rzuciwszy nawet okiem na swą "panią".

Marysieńka, która pod wpływem ostrych słów sędziego na chwilkę umilkła, znów dała folgę swemu oburzeniu.

- Panie sędzio!... Przysięgam... Nie brałam noża!... Ta Klara... umyślnie. Zawsze ją podejrzewałam... Niepojęta intryga...

Gorące słowa nieszczęsnej kobiety odbiły się o chłód urzędnika.

- Podejrzewa pani - oświadczył zimno - swą pokojówkę, iż umyślnie fałszywie zeznaje, aby panią zgubić? Jakież dane pani ma na to?

- Dane? dane? ... - wypowiedziała niepewnym głosem.

Istotnie, jakie miała dane, aby oskarżyć Klarę. A jednak była przekonana, że dziewczyna jest narzędziem jakiegoś niezrozumiałego, wokół osoby Marysieńki uknutego spisku, lecz czyż posiada, prócz wewnętrznego przekonania, najlżejsze choćby dowody?

- Przeszłość tej... Klary... przeszłość - wyrzuciła gorączkowo. - Ona nie wygląda na służącą, ona coś ukrywa...

Sędzia znów skrzywił się ironicznie.

- Stara się pani - rzekł - podważyć wszelkiemi możliwemi sposobami moje zaufanie do świadka! Niestety, trud daremny! Sprawdziłem dokładnie przeszłość służącej Pawlikówny i nic jej zarzucić nie można! Pochodzi ona, istotnie, z lepszej sfery, a nie mogąc nigdzie znaleźć zajęcia, zgodziła się zostać służącą... To nie grzech! Dziś są takie czasy, że inżynierowie wykonywują wszelkie roboty w fabryce, a prawnicy zostają akwizytorami ogłoszeniowymi... Praca nie hańbi i z tego tytułu pannie Pawlikównie o stronnicze zeznania, lub chęć intrygi posądzać nie wolno!

Marysieńka poczuła, jak dokoła niej zacieśnia się coraz mocniej niewidzialna sieć.

- Och, jakaż ja nieszczęśliwa! - nagle wybuchnęła płaczem.

Łkała coraz silniej, coraz gwałtowniej. Tak łka małe dziecko, które znalazło się niespodziewanie w jaskini lwa; rozumie, że oczekuje je nieuchronna zguba, a znikąd nie może się spodziewać ratunku. Konwulsyjne dreszcze wstrząsały jej drobną postacią, a ładną twarzyczkę wykrzywiał wyraz straszliwego bólu.

Rozpacz młodej kobiety była tak wielka i niekłamana, że uczyniła ona nawet wrażenie na sędziu śledczym, przywykłym do niejednej dramatycznej sceny.

- Rozumiem! - szepnął, tłomacząc sobie po swojemu ten wybuch rozpaczy. - Rozumiem... Wyrzuty sumienia! Czyż nie lepiej było przyznać się, wszystko szczerze opowiedzieć od początku!

- Kiedy... ja... naprawdę!... - jęknęła wśród szlochów.

Nie zwrócił uwagi na wykrzyknik.

- A całą sprawę tak łatwo odtworzyć - mówił, chodząc teraz po pokoju. - Widzę ją jasno, jak na dłoni. Pobraliście się przed pół rokiem, poznawszy się w instytucji, w której pracowaliście wspólnie. Pani mąż, jako referent, pani, jako maszynistka. Znała pani swego męża, jako człowieka statecznego, solidnego i była przekonana, że nic nie zakłóci spokoju waszego świeżo uwitego gniazdka. Choć mąż był tylko o kilka lat starszy od pani, na życie zapatrywał się niezwykle rozważnie, a na kobiety, pozornie nie zwracał uwagi. Wtem otrzymuje pani od kogoś złośliwego anonimowy list, pisany na maszynie, - autora listu nie udało się odszukać - że mąż panią zdradza. Oburzona do głębi, iż w parę już miesięcy po ślubie w tak niegodny sposób on z panią postępuje, pałając zemstą, pędzi pani do wskazanego mieszkania, aby z niewiernym się rozprawić. Z domu zabiera pani sztylet, chcąc wymierzyć sobie na niewiernym, a może na kochance jego, sprawiedliwość. Pani gniew potęguje jeszcze ta okoliczność, że gdy weszła pani do bramy, sprawdziła, że mieszkanie, do którego pani się udawała figuruje na liście lokatorów pod nazwiskiem jej męża.

- Co? - zawołała Marysieńka, pod wpływem zdumienia, ocknąwszy się na chwilę ze swego bólu. - To... to... mieszkanie... było własnością Tadeusza. Toć tam znajdowało się tyle kosztownych sprzętów. Skąd wziął na nie pieniądze?

- Nie wiedziała pani o tem? - zdziwił się sędzia z kolei. - A ja sądziłem, że ta właśnie okoliczność spotęgowała pani oburzenie! Tak, wynajął je pan Pohorecki, mniej więcej przed miesiącem i urządził, przyznać należy, bardzo luksusowo. I ja się nad tem zastanawiałem, skąd wziął na to środki...

- Ależ u nas w domu wszystko urządzone było więcej, niż skromnie - zawołała. - Trzymanie służącej uważałam za zbytek! Toć Tadeusz zarabiał około pięciuset złotych miesięcznie, a ja, w biurze, po obcięciu płac, niecałe dwieście!

- Tu właśnie - uderzył się sędzia śledczy w czoło, jakby go dręczyła uporczywa myśl - jest zagadka, której rozwiązać nie umiem! Skąd nieboszczyk wziął środki na podobne życie nad stan! Bo w biurze nie miał on styczności z pieniędzmi i o żadnej defraudacji nie może być mowy...

- Kto, kto mu dał na to? - zawołała w podnieceniu Marysieńka. - Kochanka? Ta z którą spędzał miłe chwile w tej jaskini rozpusty? Panie sędzio! Błagam, powiedz pan! To są nieznane dla mnie szczegóły! Co znaleziono w tem mieszkaniu?

- Mogę zaspokoić pani ciekawość, a właściwie wcale jej nie zaspokoję! Nic nie znaleziono. Przybory tualetowe, należące do pani męża, bieliznę, kosztowną piżamę. Pozatem nic! Ani listu, ani fotografji, ani najdrobniejszego nawet świstka, który mógłby naprowadzić na ślad, kto w tej garsonierze bywał. Również dozorca nie umie określić wyglądu osób, niewiast szczególnie, jakie to mieszkanko odwiedzały...

- Dziwne, bardzo dziwne!... - bąkała, zamyśliwszy się Marysieńka. - Straszliwa zagadka!

Ale sędzia śledczy, odbiegłszy na chwilę, znów stawał się surowym a nieubłaganym urzędnikiem.

- Są to szczegóły ciekawe, lecz, niestety, nie zmniejszające w niczem pani winy. Wpadła pani do mieszkania i widząc męża w tej atmosferze, tchnącej zmysłowym wyuzdaniem, w przystępie szału i zazdrości, może po gwałtownej scenie, wbiła pani w jego piersi sztylet, przyniesiony ze sobą. Jak ściśle odbyła się scena zabójstwa, nie wiem i jedna pani mogłaby coś bliższego w tej sprawie powiedzieć...

Marysieńka nerwowo poderwała się ze swego miejsca:

- Nie zabiłam! Klnę się na Boga, nie zabiłam! - Wszystkie wnioski pana sędziego są fałszywe! Przysięgam, że wypadki odbyły się tak, jak je panu opisałam. Drzwi stały otwarte i...

Sędzia wykonał jakiś nieokreślony ruch ręką.

- Nie będziemy - przerwał - wciąż powtarzać w kółko jedno i to samo! Nie chce pani się przyznać, to jej rzecz! Nie mogę jej zmusić do przyznania się! Ale w oczach prawa jest pani winna i nie potrafi pani niczem obalić zebranych przeciw sobie dowodów! Uporczywe zaprzeczanie tylko pogarsza sytuację! Wobec tego, zmuszony jestem zastosować, jako środek zapobiegawczy, aż do czasu rozpatrzenia sprawy dalsze osadzenie w więzieniu, o ile nie złoży pani kaucji w wysokości dwudziestu tysięcy złotych.

Załamała ręce.

- Dwadzieścia tysięcy złotych! To majątek! Ależ ja nie mam grosza!

- Trudno! - mruknął i znów nie patrząc na Marysieńkę nacisnął dzwonek. - Wiem, że kaucja wysoka, ale i pani przestępstwo należy do najcięższych...

Marysieńka spojrzała nań błagalnie.

- Panie sędzio... Ja mam wrócić do tej strasznej celi?... Okropne...

Dalsze słowa zamarły na jej ustach. Na progu gabinetu ukazał się policjant, ten sam, który ją tutaj przyprowadził. Dalej miała przekonywać, błagać, poniżać się?... Tłomaczyć to, czemu nie chciano dać wiary? Daremnie...

Po chwili ponura, okratowana karetka więzienna wiozła Marysieńkę do groźnego gmachu, który, niestety, dobrze już jej był znany z parodniowego tam przedtem pobytu.

Podczas, kiedy w jednym z pokojów pierwszego piętra, w gabinecie sędziego śledczego, odbywała się ta tragiczna konfrontacja Marysieńki i Pawlikówny, na ulicy, nieopodal tego domu, stał jakiś starszy mężczyzna, otulony w bogate futro. Był to wysoki, nieco szpakowaty pan, o wygolonej starannie i dumnej twarzy, który niby to obojętnie spozierał przed siebie, lecz ktoby go lepiej znał odgadłby wnet że ta pozorna obojętność pokrywa podniecenie i niepokój. Z poza monokla w złotej oprawie, osadzonego w lewem oku, padały niecierpliwe błyski, a trzymana w ręce cieniutka laseczka raz po raz uderzała w płyty chodnika. Choć dnia tego szczypał porządny mróz, nie poruszał się on ze swego miejsca i wszystko świadczyło o tem, że oczekuje on na jakąś wiadomość, którą mu mają przynieść lada chwila.

Wreszcie drgnął. Z gmachu sądowego wyłoniła się wysoka sylwetka Klary i pośpiesznie poczęła się oddalać. Lecz nieznajomy nie podążył w ślad za dziewczyną, a tylko nieokreślony grymas twarzy zaznaczył, że jej widok budzi w nim dziwne uczucie.

Dalej pozostał na swym posterunku. Dopiero, gdy w kilkanaście minut potem, znów z sądu wysunęła się postać jakiegoś niepozornego jegomościa, uśmiechnął się radośnie.

Jegomość śpiesznie zbliżał się w stronę nieznajomego. Ten, gdy się zrównali, szepnął:

- Udawaj pan, że mnie nie znasz! Skręcimy do pierwszej bramy!

Niepozorny człeczyna, ubrany w wyszarzałe paletko i wykoszlawione buty, z wyglądu sądząc jakiś trzeciorzędny pośrednik, czy emerytowany woźny, pośpiesznie spełnił rozkaz, a wślad za nim udał się elegancki szpakowaty mężczyzna.

- Pan hrabia tak sam na ulicy - począł uniżenie kłaniać się człeczyna. - Bez swego auta?

- Nie chciałem zbytecznych świadków! - mruknął, nazwany hrabią. - Szoferzy mają zbyt długie języki!

- Słusznie, słusznie, panie hrabio!

Wykwintny pan, nerwowo poprawiając monokl rzucił szybkie zapytanie:

- Co z tamtem?

- Ze sprawą Pohoreckiej?

- Jest decyzja?

Człeczyna nachylił się blisko i poufale szeptał:

- Ta Klara pogrążyła Marysieńkę ostatecznie! Wszystko zdołałem wywąchać! Kosztowała sporo, ale wiem....

- Więc?

- Sędzia wyznaczył kaucję w wysokości dwudziestu tysięcy złotych!

- Ho... ho... - mruknął hrabia i trudno było odgadnąć czy zadowolenie, czy przykrość mu sprawiła ta wiadomość.

- Zaraz Marysieńkę powiozą do więzienia! - gadał dalej stary, mrużąc ironicznie oko. - I nieprędko stamtąd się wydostanie!

- No, tak! - mruknął elegancki pan, a monokl znów ukrył dziwny błysk oka.

- Czy pan hrabia ma dla mnie nowe zlecenia?

- Chwilowo żadnych, panie Dziurdziszewski.

Elegancki dżentelmen wsunął rękę do kieszeni, wyciągnął zwitek banknotów i niedbale, podał je swemu pomocnikowi. Poczem, odwróciwszy się, odszedł, nie skinąwszy mu nawet na pożegnanie głową, jak gdyby się nigdy nie znali.

 

ROZDZIAŁ I. DZIWNE MIESZKANIE.

 

Pani Marysieńka Pohorecka cisnęła z gniewem list na stół. Złośliwy żart, czy też prawda? Raz jeszcze powtórzyła w myślach słowa dziwnego ostrzeżenia, jakie widniało na pomiętej kartce:

"Twój mąż cię zdradza oddawna. Jeśli chcesz się o tem przekonać, udaj się dziś o godzinie 8 wieczór na ulicę Kopernika Nr. 58. Dozorcy o nic się nie pytaj, skręć odrazu do oficyny, po lewej stronie podwórza. Na drugie piętro. Tam odnajdziesz czternasty numer mieszkania. Zadzwoń śmiało, a dowiesz się wielu ciekawych rzeczy."

W oczach młodej kobiety zakręciły się łzy. Nerwowo przeszła się parę razy po pokoju, a wiszące na ścianie lustro odbiło zgrabną, szczupłą sylwetkę dwudziestokilkuletniej brunetki, ubranej skromnie, lecz gustownie, której ładną twarzyczkę wykrzywił obecnie wyraz wielkiego zawodu i bólu.

Więc Tadeusz ją zdradzał? Okropne! W kilka miesięcy zaledwie po ślubie? On, który wydawał się uosobieniem wszystkich cnót, powagi i rozsądku. Czyż mogła się tego spodziewać?

Zbliżyła się do szafy, aby wyjąć okrycie, gdy wtem tuż obok niej zabrzmiał głos.

- Pani wychodzi? A kolacja?

Drgnęła. Na progu stała młoda i przystojna pokojówka, ubrana niemal elegancko, aż za szykownie, jak na mieszkanko, w którem usługiwała. Złoto blond włosy były ukarbowane starannie, czarną sukienkę zdobił śnieżno biały fartuszek, a na zgrabnych nóżkach połyskiwały lśniące lakierki.

- Pani wychodzi? - padło z jej ust powtórne zapytanie.

- Tak... tak... - Marysieńka zmieszała się nagle, jakgdyby subretka mogła odgadnąć jej myśli i ruchem pośpiesznym ukryła leżący jeszcze dotychczas na stole anonimowy list. - Wychodzę, ale za chwilę wrócę.

- A co mam powiedzieć - oczy dziewczyny świdrowały Marysieńkę, - jeśli pan przedtem nadejdzie.

- Nic... nic... panno Klaro! - mruknęła, unikając jej wzroku oraz szybko nakładając kapelusik na główkę i bez pomocy pokojówki wciągając palto. - Nic! - a w myślach dodała. - Czegoż mi się tak przygląda? Czyżby odgadła, o co chodzi? Przebrzydła dziewczyna!...

Tamta wciąż nie spuszczała wzroku.

- Niedługo powrócę! - rzekła Marysieńka na odchodnem, czując, że coś powiedzieć wypada.

Klara skinęła głową. Przeprowadziła swą "panią", aż do wyjścia z niewielkiego trzypokojowego mieszkanka i starannie zamknęła drzwi za nią, poczem powróciła do sypialni. Z kolei spojrzała na zegarek, a jej twarz wykrzywił jakiś szatański wyraz.

- Powiadasz, że prędko powrócisz? - szepnęła jakoś mściwie. - A mnie się zdaje... nieprędko, a może i wcale...

Była zima. Padał śnieg, a wiatr siekł policzki Marysieńki. Lecz obchodziło ją to mało.

Podążyła powolnemi krokami wprost przed siebie. Wtem ogarnęła ją wątpliwość.

A jeśli to żart? Jeśli ktoś zadrwił z niej tylko, przysyłając podobne ostrzeżenie.

Marysieńka przystanęła na chwilę, smutnie potrząsając główką.

Za pięć ósma...

Szybciej zabiło jej serce, a krew czerwienią oblała policzki.

Marysieńka skręciła gwałtownie i szybko znalazła się na mrocznej ulicy Kopernika. Jeszcze chwila wędrówki... A potem... Jeden dom, drugi, trzeci... Ot, tu... Poczuła, jak w piersiach jej braknie powietrza. Więc tu... W tym przeklętym domu... Jej Tadeusz w ramionach jakiejś ohydnej rozpustnicy...

Raptownie wpadła do bramy, przebyła ją, nie zatrzymawszy się i znalazła się na dość obszernem podwórku.

Teraz, na chwilę, zabrakło jej odwagi... Co powie, gdy ich tam ujrzy? Jak się zachowa? A może jej wcale nie wpuszczą?

Lecz niechaj się dzieje, co chce!...

Jednym susem Marysieńka znalazła się na schodach. Podniecenie jej było tak wielkie, iż nie zauważyła nawet, że wbiegając na nie, otarła się o jakąś wysoką, czarno ubraną kobietę, której twarz zasłaniał welon.

Czarno ubrana kobieta! O, czemuż Marysieńka nie przyjrzała się jej bacznie.

Lecz cóż ją teraz obchodziły osoby, napotkane po drodze. Sama, nie wiedząc kiedy, wpadła na drugie piętro.... Wszystko się zgadza? Tak, mieszkanie Nr. 14...

Szybko nacisnęło dzwonek.

Ostry odgłos rozległ się wewnątrz mieszkania. Tak ostry, że Marysieńka aż drgnęła.

Ale... Przeszła jedna, druga sekunda.. Wreszcie pół minuty, a po drugiej stronie drzwi panowała martwa cisza.

Zniecierpliwiona Marysieńka jeszcze energiczniej nacisnęła dzwonek. Po tem, raz drugi i trzeci.

I znów ta sama cisza...

Więc nikt się nie odzywa, nie wpuszczą jej, udają, że nikogo w domu niema, przeczuwając niebezpieczeństwo.

Gniew, złączony z zazdrością targnął duszą Marysieńki. Nie, ona nie ustąpi, jeśli zdecydowała się tu przyjść, zbada sprawę do końca. Narobi takiego hałasu, iż tamci zmuszeni będą otworzyć.

Z wielką pasją pochwyciła za klamkę, zamierzając potrząsnąć drzwiami z całej mocy. Ale zbytecznym stał się ten wysiłek. Ledwie dotknęła klamki, drzwi rozwarły się same. Nie były zamknięte od wewnątrz...

Cóż to miało oznaczać?

Teraz miała wolne wejście do mieszkanka. Ostrożnie zerknęła do środka. Typowe jednopokojowe mieszkanko z korytarzykiem i kuchenką.

Śmiało postąpiła naprzód kilka kroków i pchnęła te drugie drzwi tajemnicze.

Nie omyliły jej przewidywania! Ukazał się oświetlony pokój. Rozejrzała się ze zdziwieniem.

Pokój był pusty...

Cóż to miało oznaczać. Opuściła go czuła parka, zapomniawszy drzwi zamknąć za sobą? Czy też wyszli na chwilę i niezadługo powrócą?

Nagle w jej głowie zaświtała myśl o czarno ubranej kobiecie, napotkanej na schodach, na którą przedtem nie zwróciła uwagi. Ona to wyszła z mieszkania? Lecz czemuż pozostawiła drzwi otwarte?

W każdym razie Tadeusza tu niema. Zdążył uciec? A może go wcale nie było? Czemu wogóle ją tu ściągnięto?

Naraz, z poza parawanu dobiegł ją jakiś szmer.

Czyżby tam zaczaił się kto, pragnąc ukryć swą obecność?

Szmer sprawiał raczej wrażenie, że tam za parawanem powoli spływa woda, a jej krople miarowo, w odstępach, uderzają o podłogę...

Źle zakręcony kran?

Marysieńka nie mogła pohamować dłużej swej ciekawości. Nie zważając na skutki jakie mógł wywołać jej postępek, przypadła do parawanu i uchyliła raptownie jedno ze skrzydeł.

A wtedy z jej piersi wydarł się zduszony okrzyk.

Okrzyk przerażenia...

Tam, w fotelu leżał bezwładnie mężczyzna, z głową zwisłą na poręcz, a z jego piersi cienką strugą sączyła się krew, powoli spływająca na podłogę...

Marysieńka drżąc cała ze strachu postąpiła naprzód.

Tak, niema najmniejszej wątpliwości... Zamordowany. W ranie tkwiła głęboko, wbita aż po główkę, rękojeść sztyletu...

Przezwyciężając lęk, pochyliła się nad zabitym - i teraz z jej gardła wydarł się już nie krzyk, a nieludzki jęk bólu...

Tadeusz... Jej Tadeusz... Jej Tadzio...

Przed nią spoczywał jej mąż, zamordowany snać zaledwie przed chwilą, w tej ohydnej spelunce... Niczem oszalała wypadła na schody.

- Ludzie! Ratunku! Morderstwo...

Po chwili mieszkanko i pokój były pełne ludzi. Zewsząd widniały twarze podniecone, niespokojne... A śród nich, Marysieńka, blada, z nieprzytomnemi oczami bełkotała jakieś słowa bez związku.

- Kto pani jest? - rozległo się naraz nad nią ostre zapytanie.

To przedstawiciel urzędu śledczego poczynał ją badać, jako pierwszą, którą zastano na miejscu zbrodni.

- Ja... żona... - ledwo wyszeptała.

- Dobra żona! - wtem zabrzmiał ostry wykrzyknik. - To ona zabiła męża!