Wiedźma Księżyca, Król Pająk. Trylogia ciemnej gwiazdy. Tom 2 - Marlon James

Kup ebooka

59.99 zł
32.99 zł (46,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Jednej nocy prze­by­wa­łam w wyśnio­nej dżun­gli. Nie był to sen, tylko wspo­mnie­nie, które dopa­dło mnie, by zawład­nąć śpiącą głową. Oto dziew­czynka. Dziew­czynka, co żyje w sta­rym kopcu ter­mi­tów. I jej bra­cia, oni miesz­kają w dużej cha­cie i mówią, że kopiec przy­po­mina odwró­cone gni­jące serce olbrzyma, lecz ona nie wie, co to zna­czy. Oto dziew­czynka, przy­ci­ska mocno wargi do pustego brzu­cha kopca o ścia­nach z czer­wo­nej gliny szorst­kiej pod pal­cami. Bez okien, chyba że dziurę nazwiesz oknem, to wtedy tak, dużo okien, roz­wie­rają się wszę­dzie dokoła i wtedy świa­tło prze­cina ciało dziew­czynki, od góry do dołu, na skos, i gorąco wkrada się i zagnież­dża, i wiatr wije się po pustej prze­strzeni. Ter­mity dawno wynio­sły się z kopca. To miej­sce, w któ­rym nikt nie trzy­małby psa, ale ją tam trzy­mają.

Dwie nogi rosną coraz dłuż­sze, choć cią­gle patyki, głowa więk­sza, ale klatka pier­siowa pła­ska jak zie­mia, bo może dziew­czynka dopiero w przeded­niu czasu, kiedy jej ciało się uwolni, lecz nikt nie tru­dzi się liczyć jej lat. A prze­cież odzna­czają to każ­dej let­niej pory, odzna­czają gnie­wem i smut­kiem. Bra­cia. Odzna­czają czas jej naro­dzin. W tych dniach czują, że złość spo­wija ich jak chmura i dziew­czynkę należy za to winić. Ona zwiera usta, bo to wyraz sta­now­czo­ści, a wargi ma napięte jak kłyk­cie zaci­śnię­tych rąk. Posta­no­wie­nie osa­dza się na jej twa­rzy, zestro­jo­nej z umy­słem. Już. Zde­cy­do­wała. Uciek­nie, wypeł­znie z tej nory, będzie bie­gła i nie usta­nie. Jeśli palce odpadną od stóp, będzie bie­gła na pię­tach, jeśli odpadną pięty, pobie­gnie na kola­nach, odpadną kolana, będzie peł­zać. Jak dzie­ciątko powra­ca­jące do matki, o, może tak. Jakby powra­cała do swo­jej umar­łej matki, która za krótko żyła, aby nadała jej imię.

Nikłym świa­tłem prze­ni­ka­ją­cym przez otwory w kopcu dziew­czynka odli­cza upływ dni. Po smro­dzie kro­wiego łajna poznaje, że jeden z braci orze zie­mię, by zasa­dzić nowe uprawy, co ozna­cza, że jest albo arb, albo gidada, dzie­wiąty lub dzie­siąty dzień mie­siąca kamsa. Jesz­cze jedno spoj­rze­nie dokoła i widzi duży liść, na któ­rym poprzed­niego wie­czoru pac­nęli kleks kle­iku, jeden z dwóch posił­ków przy­pa­da­ją­cych na ćwierć księ­życa. Tak ją żywią. Jeżeli pamię­tają. Bo naj­czę­ściej dają jej gło­do­wać, a jak sobie w końcu o niej przy­po­mną nocną porą, to mówią, że za późno i niech duchy ją nakar­mią we śnie.

Oto dziew­czynka. Popatrz, jak nasłu­chuje. To dzięki bra­ciom, gdy wrzesz­czą o sadze­niu prosa albo o wytchnie­niu dla ziemi, odróż­nia jedną porę roku od dru­giej. Dni desz­czowe i dni suszy pod­po­wia­dają resztę. Do tego bra­cia wycią­gają ją z kopca na sznu­rze przy­cze­pio­nym do obrę­czy na szyi, przy­wią­zują do konara i wloką przez pole, pokrzy­ku­jąc, by rękami orała w kro­wim łaj­nie, kozim łaj­nie, łaj­nie świń­skim i jele­nim. Wbi­jaj palce mocno w zie­mię i mie­szaj to gówno, by uro­sła twoja strawa, mimo że na nią nie zasłu­gu­jesz. Dziew­czynka uro­dzona z brze­mie­niem winy na grzbie­cie. Winy, któ­rej ni­gdy w pełni nie odkupi trzem bra­ciom.

Oto chłopcy. Dwaj starsi śmieją się z naj­młod­szego, który wrzesz­czy. Stoją tacy, jak się naro­dzili, noszą tylko żółte, czer­wone i nie­bie­skie nara­mien­niki i nago­le­nice ze słomy i maleń­kie sło­miane osłony na kłyk­cie. Starsi obaj mają hełmy, które wyglą­dają jak sło­miane klatki na głowę. Hełmy w żółci i zie­leni. Dziew­czynka wypełza ze swo­jego pieca, żeby się im przyj­rzeć. Naj­star­szy brat wywija kijem wyso­kim jak chata. Kręci się i wiruje, podry­guje, jakby tań­czył. Nagle odwraca się, w pod­skoku bie­rze zamach i wali kijem śred­niego brata w szyję.

-?Synu kurwy!

-?My z jed­nej matki -?odpo­wiada naj­star­szy i w śmiech. Obraca się w oka­mgnie­niu, a jed­nak za wolno. Kij pali go ogniem w lewe ramię. Odwija się z recho­tem, choć cios uto­czył mu krwi. Teraz to zrobi. Chwyta kij obu­rącz jak sie­kierę i rzuca się w pogoń za bra­tem, sypiąc na niego ciosy. Średni brat ude­rza dwa razy, ale star­szy jest dla niego za szybki. Świst, świst, świst, łup, łup, łup. Cię­cie w pierś, cię­cie w lewe ramię, cię­cie w dolną wargę, roz­kra­wa­jące ją na pół.

-?To tylko zabawa -?mówi średni brat, wyplu­wa­jąc krew.

Naj­młod­szy pró­buje zawią­zać hełm na małej gło­wie, bez powo­dze­nia.

-?Poko­nam was obu -?chełpi się.

-?Tylko popatrz na gnoja. Wiesz, dla­czego cho­dzimy do dongi, chłop­czyku? -?pyta naj­star­szy.

-?A co ja, głupi? Cho­dzi­cie, żeby wygry­wać na kije. Żeby zabić dur­nia, co was wyzwie do walki.

Obaj starsi patrzą na naj­młod­szego, jakby obcy poja­wił się wśród nich.

-?Za mały jesteś, bra­ciszku.

-?Chcę się bawić!

-?Poję­cia nie masz o don­dze -?zwraca się do niego naj­star­szy. -?Wiesz, po co ten kij?

-?Ty głu­chy? Powie­dzia­łem, że będę wal­czył i zabi­jał!

-?Nie, mały gnojku. To pierw­szy kij. Jak zwy­cię­żysz, uży­wasz dru­giego. Spy­taj każ­dej ład­nej dziew­czyny, co przy­cho­dzi oglą­dać walki.

Szcze­rzy się do śred­niego brata, ten szcze­rzy się do niego. Naj­młod­szy zagu­biony.

-?Prze­cież w walce używa się jed­nego kija, nie dwa.

-?Mówi­łem. Za mały jesteś.

Średni brat wska­zuje pal­cem kutasa naj­młod­szego brata.

-?Ha, u małego to nie kij, tylko paty­czek.

Dwaj starsi śmieją się tak długo, że na twa­rzy trze­ciego poja­wia się wście­kłość, ale nie dla­tego, że nie rozu­mie, lecz wła­śnie dla­tego, że zro­zu­miał. Dziew­czynka patrzy. Jak on chwyta kij, jak bie­rze duży zamach, jak mocno bije, tra­fia­jąc śred­niego brata w plecy. Naj­star­szy wrzesz­czy, odwraca się i ude­rza kijem naj­młod­szego w czoło, zamie­rza się drugi raz i wali go w zgię­cia kolan. Okłada po całym ciele. Naj­młod­szy wyje, średni chwyta naj­star­szego za rękę. Odcho­dzą, zosta­wia­jąc tam­tego szlo­cha­ją­cego w pyle. Ale gdy tylko widzi, że nikt nie patrzy, prze­staje pła­kać i bie­gnie za nimi. Dziew­czynka wypełza do reszty z kopca i bie­rze kij, który zosta­wili. Grub­szy i tward­szy, niż się spo­dzie­wała, w dodatku długi. Trzy razy jej wzro­stu. Bie­rze zamach i wali w zie­mię, wzbi­ja­jąc kurz.

Czekamy, aż matka krzyk­nie cztery razy, tak wła­śnie robimy, mówi do niej naj­star­szy brat. Dzień minął, ale noc jesz­cze nie nade­szła, a on dwa razy szarp­nął za łań­cuch, żeby wypeł­zła, choć naj­czę­ściej po pro­stu wyciąga ją ze środka bez uprze­dze­nia, aż ona się dusi, nim ją do końca wywle­cze. Wino pal­mowe wiruje mu w gło­wie, co ozna­cza, że będzie mówił, a dokoła nikogo, by to sły­szeć. Szar­pie za łań­cuch, jakby cią­gnął upar­tego osła, i to jedyny raz, kiedy pozwala jej zbli­żyć się do domu. Gdy tak się dzieje, dziew­czynkę dopada mgli­ste wspo­mnie­nie, jak ojciec pod­nosi ją z uśmie­chem, ale uśmiech zaraz kwa­śny i na mgnie­nie oka ona unosi się w powie­trzu, po czym spada na zie­mię. Cze­kamy, aż matka krzyk­nie cztery razy, mówi, bo cztery razy ozna­cza chłopca, a trzy dziew­czynkę. Matka nie krzyk­nęła ani razu.

Naj­star­szy brat opo­wiada histo­rię, ale z powodu wina pal­mo­wego opo­wiada bez składu. Widzisz mojego ojca? Widzisz jego dumę, kiedy brzuch matki zaczyna ster­czeć, jakby ją pro­wa­dził? Z trzech synów wkrótce zrobi się czte­rech, a jak to będzie córka, ojciec wyda ją dobrze za mąż, jeśli się wzbo­gaci, lub sprzeda, jeśli będzie biedny. Twoi bra­cia patrzą, jak ojciec liczy, póki nie pojawi się dziecko, bo matka poszła rodzić w domu swo­jej matki. Wszy­scy cze­kamy na wieść o chłopcu, a naj­młod­szy brat naj­bar­dziej, bo w końcu prze­sta­nie być naj­młod­szy i zacznie robić rze­czy, które robią starsi bra­cia. Twój ojciec czeka na wie­ści, ale też odpo­czywa, prze­cież wresz­cie usły­szał, jak żona powie­działa: Mężu, ten mały dom już nam nie wystar­czy. Roz­bu­do­wał go więc, wybi­ja­jąc ścianę do spi­chle­rza i powięk­sza­jąc pokój dla dwóch naj­star­szych chłop­ców, potem dodał kolejny dla naj­młod­szego i tego, który nad­cho­dził, i jesz­cze jeden dla igieł i tka­nin matki, bo to naj­wspa­nial­sza z kobiet. I jeden dla babci, któ­rej nie­na­wi­dzi, ale nie mógłby pozwo­lić jej miesz­kać samot­nie. Cze­kamy, aż matka krzyk­nie cztery razy. Ale cztery krzyki nie nad­cho­dzą, trzy krzyki też nie. Kiedy docie­ramy do chaty, bab­cia mówi: Dziecko wyszło naj­pierw nóżką, z pępo­winą na szyi. Moja córka krwa­wiła, krwa­wiła i krwa­wiła, aż cała się wykrwa­wiła, potem oczy jej zbie­lały i ode­szła. Ko oro­dżi ade­kuu ebila afin­gui, powie­działa bab­cia, ale to nie była jesz­cze pora jej odpo­czynku. Mała dia­blico, mat­ko­bój­czyni, jesteś jak jeden paproch, co całe oko zaślepi.

Spójrz, jak ścią­gasz klą­twy na ten dom! Jed­nego ranka ojciec pła­cze, tań­czy następ­nego, potem zło­rze­czy przod­kom w nocy za ich nie­go­dziwe zabawy. Radzi­li­śmy się kapłana, mówi. Nosimy amu­let, wzy­wamy bogów pio­runa i bez­piecz­nej wędrówki, nie jemy tłusz­czu, fasoli ani mięsa upo­lo­wa­nego strzałą, dla­czego więc bogo­wie spro­wa­dzają na nas utra­pie­nie? Ona raduje się swoim brzu­chem, raduje się mężem, nie kła­dziemy się razem przez sześć księ­ży­ców, dla­czego więc bogo­wie spro­wa­dzają na nas utra­pie­nie? Dla­czego, skoro doko­nu­jemy liba­cji i odda­jemy chwałę bogini rzek, która włada wodą w kobie­cym łonie? Nikt nie nazwał go sza­leń­cem, dopóki pew­nego dnia nie zoba­czy­li­śmy, jak zwi­nął się w kłę­bek, z kola­nami nad klatką pier­siową, i naszczał sobie do ust. Odtąd obwo­ła­li­śmy go sza­leń­cem. Trze­ciego dnia po naro­dzi­nach cere­mo­nia nada­nia imie­nia, ale nikt nie przy­szedł i nikt nie odszedł. Nikt nie odważy się dać ci imie­nia, bo jesteś klą­twą, a jedyne gor­sze, jak uro­dzić klą­twę, to nadać jej miano, bo wtedy za każ­dym razem, gdy je wypo­wia­dasz, przy­wo­łu­jesz nie­szczę­ście. Nie ma więc dla cie­bie imie­nia. I jesz­cze to, mała istoto, że nikt nie napluje ci do ust raj­skim pie­przem, abyś nie stała się kobietą zhań­bioną, i nikt nie zrobi ci naszyj­nika z żelaza, by odgro­dzić cię od świata duchów.

Nowa noc. Dziew­czynka czuje szarp­nię­cie łań­cu­cha na szyi, które prze­cho­dzi w cią­gnię­cie i zaraz wywle­ka­nie z kopca, wywle­ka­nie tak gwał­towne, że wyto­czyła się przez mały otwór, zosta­wia­jąc po sobie więk­szą dziurę. Wle­cze­nie trwa, w bło­cie, po ziemi, przez kurze gówno, o mało nie łamiąc jej karku, aż chwy­ciła za łań­cuch i widzi, że zbliża się do domu. Odwraca się, ale nie może dostrzec, by kto­kol­wiek ją cią­gnął, sły­szy tylko szu­ra­nie po ziemi. Olbrzymi biało-żółty pyton zaha­czył o łań­cuch ogo­nem, nie­świa­dom, że wle­cze za sobą dziew­czynkę. Dziew­czynka lęka się, co wąż zrobi, gdy dotrze do domu śpią­cych braci. Ale z jej ust nie wydo­bywa się żaden krzyk, żaden wrzask, żaden płacz.

I wtedy ogon pytona zsuwa się z łań­cu­cha. Nie zsuwa się, bo prze­cież ona cały czas widzi go w ciem­no­ści. Ogon maleje i maleje, jakby wąż wsy­sał sam sie­bie. Ogon maleje, a pyton robi się szer­szy, więk­szy, jak kokon, bo coś mocno kotłuje się pod jego skórą. Wiją się białe i żółte guzy, roz­cią­gają, kręcą i toczą, aż nagle dwie ręce prze­bi­jają się przez skórę i roz­ry­wają całe ciało. Skóra zsuwa się na zie­mię i powstaje naga kobieta.

Rusza w stronę domu, ani razu nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Dziew­czynka podąża za nią w odle­gło­ści kilku kro­ków. Na tyłach kobieta-pyton wspina się przez okno do pokoju śred­niego brata. Dziew­czynka sie­dzi w kurzu i ciem­no­ści wsłu­chana w ciszę, aż z pokoju dobiega chło­pięcy krzyk. Krzyk coraz gło­śniej­szy, na tyle dono­śny, że ona pod­rywa się na nogi i pod­biega do okna, jed­nak za wysoko, więc szuka w mroku cze­goś, na czym mogłaby sta­nąć. Znaj­duje tylko sto­łek ze zła­maną nogą. Kaga­nek słabo oświe­tla pokój. Brat leży na pod­ło­dze ujeż­dżany przez kobietę-pytona, pod­ska­ku­jącą w górę, w dół, jakby pró­bo­wała coś chwy­cić, szar­pie się i wije niczym pod gra­dem sil­nych cio­sów. Potem krzy­czy, że go wykoń­czyła, że nie żyje, i całe jego ciało wiot­czeje na pod­ło­dze. Jesz­cze potem zaczyna pła­kać, a kobieta-pyton mil­czy przez cały czas. Nikt tu nie przy­cho­dzi, tylko ta kurwa wiedźma, mówi brat. Ja nie kurwa ani wiedźma, odpo­wiada ona, za to ty prze­klęty. Ty i twoi bra­cia, i twój sza­lony ojciec, i nie­żywa matka. Tak prze­klęci, że tylko kurwy się do was zbli­żają.

-?Powi­nie­neś zabić tę małą -?mówi kobieta-pyton.

-?Już pró­bo­wa­łem, ale ona wraca -?odpo­wiada brat.

Dziew­czynka o mało nie spad­nie ze stołka.

-?Cztery dni po tym, jak wtrą­ciła mojego ojca w obłęd, a matkę w zaświaty, my, moi bra­cia i ja, zabra­li­śmy ją i zosta­wi­li­śmy w głę­bo­kim buszu. Dasz wiarę, że to prze­klęte dziecko zna­la­zło drogę powrotną? Nawet jesz­cze nie racz­ko­wała. Ludzie w wio­sce mówią, że yum­boe, wróżki leśne, kar­mią ją nek­ta­rem i pokru­szo­nymi orze­chami. Mała cza­ro­dziejka, tak ją nazy­wają. To z jej powodu wio­ska nas unika. Obwi­niają nas, gdy nie spad­nie deszcz albo plony liche. Posłu­chaj­cie, mówię ludziom, chodź­cie i ją sobie weź­cie, jak chce­cie. Nie obcho­dzi mnie, co zro­bi­cie. Ale nikt nie przyj­dzie. Nas trzech, my żywimy się tym, co ludzie nam zosta­wią, chyba że sami coś wyho­du­jemy. To przez nią się od nas odwró­cili. To przez nią nie będę miał żad­nej oblu­bie­nicy oprócz cie­bie.

-?Ja nie twoja oblu­bie­nica -?odpo­wiada kobieta-pyton.

Wiele księ­ży­ców prze­mija, zabie­ra­jąc ze sobą całe lata. Teraz jest więk­sza, włosy zwi­sają z głowy brud­nymi kępami, póki ich nie wyrwie, a głos ma taki, aż bra­ciom zdaje się cza­sem, że sły­szą matkę. Nauczyła się, jak postę­pują duzi ludzie, bo ani jedno wypo­wie­dziane słowo jej nie umknęło. Wię­cej niż dwa razy naj­młod­szy brat chciał ją spo­licz­ko­wać, ale zła­pała go za rękę i to ona go ude­rzyła. Nikt nie nauczył jej pie­śni, więc uło­żyła wła­sną i zaczyna już dostrze­gać niebo za koń­cem sznura. Ale wciąż mieszka w kopcu ter­mi­tów, wciąż orze w ziemi i kozim gów­nie, dostaje cięgi dla zabawy, a naj­młod­szy brat obala ją kop­nia­kami na zie­mię i dep­cze po niej, wci­ska­jąc ją głę­boko w błoto. Jak chcia­łaś zabić naszą matkę, to trzeba było przy­naj­mniej uro­dzić się chłop­cem, mówi. Ona czuje, że prze­cho­dzi przez wiele księ­ży­ców i lat, a bra­cia cią­gle żyją w dniu jej naro­dzin, w dniu śmierci wspól­nej matki.

Za każ­dym razem, kiedy dwaj starsi ruszają na wschód, bo mówią, że w wio­sce żadna kobieta ich nie zechce, naj­młod­szy przy­cho­dzi po nią. Jego twarz mówi jej, że cały dzień myślał o złu. Moi starsi bra­cia mają szczę­ście, bo docze­kali cere­mo­nii, nim nasza matka umarła, opo­wiada. Mają szczę­ście, bo stali się męż­czy­znami. A ty ode­bra­łaś mi moje szczę­ście. Żaden ze star­szy­zny mnie nie obrzeza i nie uczyni męż­czy­zną, bośmy wszy­scy prze­klęci. Po wdep­ty­wa­niu jej w zie­mię co dzień przez dni osiem dzie­wią­tego wdep­cze ją w cier­nie.

Ona wie, dla­czego jej nie­na­wi­dzą, prze­cież mówią to każ­dego wie­czoru. Mała dia­blico, mat­ko­bój­czyni, kiedy mama prze­sta­nie pła­kać, pytają. Kiedy prze­sta­nie bia­do­lić w zaświa­tach o małej nie­cno­cie, która pora­ziła i roz­cięła jej koo, która ją zabiła. Dziew­czyna nasłu­chuje pła­czu matki z kra­iny umar­łych, ale nic nie sły­szy. Tylko ciszę. Mil­czy, gdy biją ją za to, że prosi o więk­szą strawę z mniej­szą zgni­li­zną. Mil­czy, kiedy mówią: Nie każ nam iść do zaświa­tów i bła­gać ich władcę, by zabrał cię i oddał nam matkę. Mil­czy, bo już wie, że tego pró­bują. Tak powie­dział tam­tej nocy średni brat do pyto­nicy.

Trzej bra­cia, wszy­scy nie­go­dziwi. Naj­star­szy chłosz­cze ją, zosta­wia­jąc dwa ślady na jej twa­rzy. Średni gło­dzi ją, mówiąc, że skoro ona ma się za kobietę, niech sama ugo­tuje sobie jedze­nie. Naj­młod­szy naj­gor­szy, bo nikt nie chce go uro­czy­ście obrze­zać, by stał się męż­czy­zną, a wszystko przez nią. Zabiję cię, nim sta­niesz się kobietą, mówi. I mówi jesz­cze tak: Wezmę nóż i wytnę ci główkę koo, bo żadna kobieta nie odważy się cię tknąć. Nie jesteś ani chło­piec, ani dziew­czyna. Jesteś potwór.

Za każ­dym razem dziew­czyna odbiera to ina­czej. Kiedy naj­pierw nazwali ją potwo­rem, dra­pała się po skó­rze aż do krwi, roz­złosz­czona, że nie widzi żad­nych łusek, które mogłaby zrzu­cić. Ogryza paznok­cie, żeby nie wyro­sły pazury. Kiedy czuje swę­dze­nie mię­dzy oczami, myśli, że otwiera się trze­cie. Albo że włosy wyro­sną na całym jej ciele jak u toko­lo­sze, czar­nego kosma­tego demona, któ­rym stra­szy ją naj­star­szy brat, mówiąc, że dopad­nie ją we śnie. Pew­nego dnia wysta­wiła głowę z kopca i zoba­czyła kobietę prze­cho­dzącą obok chaty, wyśmie­wa­jącą się z jej braci, bo ktoś musiał doło­żyć swoją klą­twę do ich klą­twy, skoro ich stan taki zły. Może ona jest potwo­rem. Małą dia­blicą. Mat­ko­bój­czy­nią. Dziew­czyną, która, jak mówi pyto­nica, dora­stała, nie zazna­jąc mat­czy­nego mleka. Nic dziw­nego, że małe cycuszki nie chcą uro­snąć. Brat mówi, że rośliny wydają plon zgod­nie ze swoim mia­nem, skoro więc mówi się, że ona potwo­rem, to potwo­rem będzie. A kiedy mijają lata i dziew­czyna widzi, jak swo­bod­nie ludzie uży­wają tego słowa, uzna, że nawet jeśli nie jest potwo­rem, to na pewno klą­twą, którą matka wypu­ściła na świat. Ty nawet nie ładna, mówi średni brat. Dziew­czyna prze­suwa dłońmi po swoim ciele, czu­jąc każdą ster­czącą szorstką kość, te bio­drowe naj­więk­sze i naj­gor­sze, a wma­wiana brzy­dota staje się pew­ni­kiem.

Lecz bra­cia też kła­mią. Oto chłopcy, oto średni bie­rze naszyj­nik, co go naj­star­szy wygrał w don­dze, a potem szep­cze, że to naj­młod­szy ukradł. Dwie noce póź­niej olbrzy­mia pyto­nica prze­pada w siną dal z mosięż­nym naszyj­nikiem na szyi. Naj­star­szy brat bije naj­młod­szego, a naj­młod­szy z kolei bije dziew­czynę, ale to jesz­cze nie dość. Naj­młod­szy wsy­puje tru­ci­znę do stru­mie­nia, z któ­rego zawsze pije kobieta-pyton. I dopada ją tak ciężka cho­roba, że za jed­nym tchnie­niem wia­tru przy­bywa posła­niec śmierci. Średni brat krzy­czy: Kim jest ta nie­szczę­sna nie­zna­joma?, bo nie może nikomu powie­dzieć, nawet bra­ciom, że każ­dej nocy wyczy­niał z nią coś zaka­za­nego i roz­bi­jał jaja, które ona cza­sem skła­dała w tra­wach przy kory­cie rzeki. A naj­star­szy, zawsze kiedy pod wła­da­niem wina pal­mo­wego, opo­wiada o męż­czyź­nie, któ­rego zabił, i o kobie­cie, którą zgwał­cił, i o męż­czyź­nie, któ­rego zgwał­cił, i o kobie­cie, którą zabił. Upłyną księ­życe i lata upłyną, nim dziew­czyna zro­zu­mie, że niczego, co wycho­dzi z ust jej braci, nie wolno brać za prawdę, nawet jeśli mówią, że woda jest mokra, a ogień gorący.

Oto pro­szę. Posta­no­wione. Zde­cy­do­wała dzie­sięć i dwa księ­życe wstecz. Na szyi obręcz, do niej przy­wią­zany sznur. Sznur wystar­cza­jąco długi, żeby wypeł­znąć z kopca, przejść przez podwó­rze, pod­kraść się do płotu, prze­śli­zgnąć obok traw, świń, kur, myszy i innych zwie­rząt żyją­cych w zagro­dzie. Tak oto od dzie­się­ciu i dwóch księ­ży­ców o świ­cie każ­dego dnia gry­zie przy szyi sznur, któ­rego końca oni nie widzą, bo nikt nie chce patrzeć na nią z bli­ska. Tylko tro­chę za jed­nym razem, cza­sem led­wie kęs, a mię­dzy zaci­śnię­ciem zębów a splu­nię­ciem gry­zie i gry­zie. Potem, zapló­tł­szy słaby węzeł, udaje, że cią­gle jest przy­wią­zana, i krzywi się, jakby cią­gnęli ją mocno. Zbliża się czas sadze­nia i bra­cia wkrótce przyjdą, pokrzy­ku­jąc, Pora orki, mała bru­da­sko. Nie, to pora ucieczki.

Sza­rzeje dzień, który wybrała, słońce czarne się robi nad głową. Ciemno jak w nocy. Obręcz wciąż na szyi. Wyczoł­gała się z kopca i owi­nęła dłu­gim sznu­rem w bio­drach, aż wygląda, jakby dusiły ją sploty wężowe. Wątłe świa­tło każe jej myśleć, że słońce zaszło, a prze­cież wisi jesz­cze wysoko na nie­bie, tuż za połu­dniową porą, ten pier­ścień pło­nący wokół czar­nego środka. Ona za długo patrzy na słońce, a kiedy pró­buje biec, świa­tło ośle­pia oczy. W powie­trzu blask, na ziemi blask. Wszystko jaśnieje, wszystko pło­nie na biało. Kury gda­czą oszo­ło­mione, gdy dziew­czyna roz­trąca je kop­nia­kami na dro­dze i w biegu do furtki wpada wprost na tors.

-?To nie­do­brze wygląda, ty mały smro­dzie.

Naj­młod­szy brat.

-?Gdzie się wybie­rasz?

Naj­pierw pomy­ślał, że wybie­gła poha­sać ze świ­niami, jedy­nymi zwie­rzę­tami brud­niej­szymi od niej, ale potem zoba­czył sznur zawi­nięty na ciele. Ty małe gówno, mówi i chwyta ją za włosy. Ona wyje z bólu, ale nie zapła­cze. Wrzesz­czy i kopie, a on krzy­czy, Tak, wrzeszcz i bry­kaj jak zwie­rzę, i szuka końca sznura, żeby zakrę­cić nią jak bącz­kiem. Ale wtedy ona kopie go w goleń, cel­nie, i on pusz­cza. Rzuca jej wście­kłe spoj­rze­nie, nie mówi nic. Naj­młod­szy brat upusz­cza kor­de­las na zie­mię i wyciąga z sarongu skó­rzany pas do bicia. Uśmie­cha się tak sze­roko, że twarz wygląda jak prze­cięta na pół. Dziew­czyna chwyta coś małego, co ukryła przy sobie, a on rzuca się na nią jak gepard, lecz ona roz­trza­skuje mu to na twa­rzy, mały kozi pęcherz wypeł­niony jej szczy­nami sprzed wielu księ­ży­ców, zmie­sza­nymi z pyłem ziemi. Szczy­pie, jak brat pró­buje wytrzeć oczy. Krzy­czy, zaci­śnięte powieki puchną. Ośle­pia­łaś mnie, beczy i kaszle palony ogniem szczyn w ustach. Ona chce dalej ucie­kać, ale w sza­mo­ta­ni­nie on chwyta sznur i cią­gnie, cią­gnie i cią­gnie. Ona czuje, że ucieka i zara­zem cofa się, i nie może tego powstrzy­mać, ryje pię­tami w bło­cie, kurzym gów­nie, świń­skim łaj­nie. Mały smro­dzie, krzy­czy brat, wezmę to, co biorę zawsze, a potem cię zabiję, dodaje. Nie szu­kaj moich braci, żaden z nich mnie nie powstrzyma. Oho. Strach mija. Bra­cia nie przy­szliby, żeby ją ura­to­wać, ale żeby go poha­mo­wać. Jak czło­wiek, co widzi, że zaraz nadep­niesz na cierń, więc ostrzeże cierń. Wciąż ślepy i ucze­piony sznura, naj­młod­szy cią­gnie raz za razem, ręka za ręką. Ona pozwala mu się przy­wlec, a potem chwyta kor­de­las. Już bli­sko, krzy­czy on, czuję, i tak, jest już naprawdę bli­sko. Sznur więzi ją w talii, szar­pie i się zaci­ska, ale ona się nie broni i teraz brat wychwy­tuje od niej smród świń­skiego łajna. Dziew­czyna bie­rze zamach i rąbie z całej siły.

-?Odcię­łaś mi rękę! Ty suko! Ty mała suko!

Naj­młod­szy wyje, bia­doli, prze­klina, szuka swo­jej dłoni. Dziew­czyna w końcu ucieka. Sznur wije się za nią, a na nim wciąż zaci­śnięta ręka brata.

Potem jest wię­cej słońca przy­pie­ka­ją­cego skórę i ośle­pia­ją­cego oczy i ścieżka sze­roka na dwa rydwany i odrę­twie­nie stóp idą­cych nazbyt długo. Bieg od chaty do chaty, od ścieżki do ścieżki, od krzaka do krzaka, od drzewa do drzewa, aż w końcu las, by ukryć się przed braćmi, któ­rzy na pewno jej szu­kają i skrzyk­nęli innych do tro­pie­nia. Cztery dni pod gołym nie­bem, wię­cej bez jedze­nia i jesz­cze jeden księ­życ upły­nie, nim dziew­czyna pad­nie. Czuje sen, choć nie śpi, a kiedy nie śpi, poru­sza się, cho­ciaż nogi odrę­twiałe. Sznur był tak napięty, że dusił cię jak wąż, roz­brzmiewa ochry­pły głos kobiety pochy­la­ją­cej się nad nią. Gdzie twoja matka?, pyta, a dziew­czyna dygo­cze i dygo­cze, jakby świeże powie­trze wyrwało ją z odrę­twie­nia. Jesz­cze jeden dzień i pod­skok wozu wyrywa ją ze snu. Kobieta pyta, dokąd zmie­rzasz, dziew­czyno, ale nie ma odpo­wie­dzi. Nie­ważne, mówi kobieta. Jadą do Kon­goru.

Oto dziew­czyna. Kobieta sie­dząca na wozie mieszka w domu przy ulicy, gdzie wszystko jest nie­bie­skie. W domu z dwoma pię­trami i dwiema dra­bi­nami oraz z dzie­siątką kobiet. Kobiet z cza­ru­ją­cym koo, tak mówią męż­czyźni. Ta na wozie, zwąca sie­bie panną Azorą, mówi o nich "moje kurwy", bo nie ma zwy­czaju zasła­niać się pięk­nym sło­wem. Dla­czego przy­pro­wa­dzi­łaś tutaj kolejną?, pyta jedna z kobiet, która w ciągu sied­miu dni od przy­by­cia dziew­czyny ani razu nie wło­żyła odzie­nia. Inte­res idzie dobrze, ale powoli, odpo­wiada panna Azora i patrzy na przy­gar­niętą, jakby sama zasta­na­wiała się, dla­czego wzięła dodat­kowy ładu­nek.

-?Nie­długo trzeba będzie zaklesz­czyć dziurkę w dzbanku.

-?Nie umiem pra­co­wać w gli­nie -?odpo­wiada dziew­czyna.

Kobiety w śmiech, a panna Azora poru­sza cicho ustami, jakby liczyła w myśli.

Rok gna za rokiem, gdy dziew­czyna liczy dni u panny Azory, ale cza­sem chcia­łaby, żeby lata przy­gnały z powro­tem. Rok gna za rokiem i zaokrą­gla jej bio­dra i ciało na zadku. Lata zdzie­rają jej głos, potem wygła­dzają go na nowo i sama już się gubi. Lata spra­wiają, że to samo oko widzi to samo, ale postrzega ina­czej. Męż­czyzn postrzega ina­czej. Pannę Azorę ina­czej. Nie, postrzega ją taką, jaka zawsze była, i jak ona postrzega dziew­czynę. My razem kobiety, ale nie nazy­waj nas sio­strami, mówi któ­raś. Pierw­szego roku dwie ode­szły, rok póź­niej jedna wró­ciła. Trzech męż­czyzn umiera w tym domu, pierw­szy aku­rat wtedy, gdy wszedł w Dinti. Po dwóch przy­szli inni męż­czyźni, ale trzeci był wędrow­cem, za któ­rego spa­le­nie musiały zapła­cić pew­nemu kup­cowi. Spro­wa­dzona przez pannę Azorę nie ma imie­nia, ale jest jedyną dziew­czyną wśród kobiet, więc wołają na nią Dziew­czyna. To ją wysy­łają do rzeź­nika po flaki i gicze, bo jemu żal biduli, więc daje jej wię­cej. Dziew­czyna karmi się życz­li­wo­ścią jed­nych kobiet i wystrzega nie­go­dzi­wo­ści innych. Dziew­czyna kryje się, gdy kobieta mówi: Ukryj się i nie wychodź, bo pewien męż­czyzna przyj­dzie z pew­nym żąda­niem i cho­ciaż panna Azora kocha swoje dzieci, bar­dziej od nich lubi pie­nią­dze. Dziew­czyna bawi się gałązką na ziemi w pomiesz­cze­niu na tyłach i nazywa ją sio­strą, aż do dnia, kiedy budzi się i zosta­wia sio­strę-gałązkę na kle­pi­sku. Dziew­czyna pod­pa­truje kurwy, aż do nocy mogące ucho­dzić za każ­dego, tylko nie kurwę. Tymcza­sem panna Azora nie spusz­cza jej z oka. Mówi: Dziew­czyno, uro­słaś przez lata, ale twoja twarz zacięta, jak­byś widziała tylko ludzi, któ­rzy cię skrzyw­dzili, a twój pod­bró­dek za ostry, oczy nadto głę­bo­kie, nos za duży, cycki za małe, nogi za dłu­gie, ręce za obrotne, język za prędki. Potem chwyta dziew­czynę i ściąga z niej koszulę przez głowę. Ona dygo­cze, bo poznała wstyd przez lata okry­wa­nia się w domu, w któ­rym kobiety się nie okry­wają. Wyzbądź się tego gówna, mówi panna Azora, przy­glą­da­jąc się dziew­czy­nie. Wstydu nie można kupić ani sprze­dać. Twoja koo też się zmie­nia, dodaje i każe Dinti przy­nieść szmaty.

-?Księ­życ nie­długo przyj­dzie do cie­bie, żeby upo­mnieć się o swoje - mówi.

-?Potem przyjdą męż­czyźni -?dodaje Dinti i chi­cho­cze.

Słowa panny Azory rychło się speł­niają i po raz pierw­szy dziew­czynę bolą sutki, puch­nie jej brzuch, łupie w gło­wie i gdzie­kol­wiek usią­dzie w ciągu trzech nocy, wszę­dzie zosta­wia ślady krwi. W dol­nej czę­ści brzu­cha szar­pie i rwie, kiedy poma­cać, a ból odbija się echem w lędź­wiach i udach. Dziew­czyna nie prze­staje pła­kać. Ni­gdy nie widzia­łam, żeby któ­ra­kol­wiek tak ciężko to prze­cho­dziła, mówi panna Azora, po czym wkła­dają ją do kadzi i leją cie­płą wodę na ramiona. Panna Azora głasz­cze ją po gło­wie i śpie­wem koły­sze ją do snu. Nie roz­pa­czaj, Dziew­czyno, mówi, jesteś teraz kobietą.

Pół księ­życa póź­niej panna Azora prze­nosi ją do naj­mniej­szego pokoju w domu, do tego, który nazy­wają Komodą. To jej pierw­sze łóżko w życiu, gruba pościel wypchana pie­rzem, a w kącie mied­nica i dzban z wodą, a prze­cież nie do picia. Tej samej nocy jedna z dzie­się­ciu kobiet zakrada się do jej łóżka z okna powy­żej. To ja, mówi Yanya. Kobieta patrzy na Dziew­czynę, wzdy­cha gło­śno i prze­cią­gle i mówi: Postę­po­wa­nia Azory nie wolno ci brać za życz­li­wość. Ona przy­go­to­wuje cię do bycia kolejną zaka­zaną lilią. Zaka­zana lilia jest dla męż­czy­zny o szcze­gól­nych potrze­bach, choć w takim męż­czyź­nie nie ma nic szcze­gól­nego poza wypchaną sakiewką. To taki, co jak widzi kole­żanki bawiące się z jego córeczką, ledwo panuje nad żądzą, by któ­rejś nie zła­pać i nie zacią­gnąć w busz. Ale panna Azora naj­pierw poczeka, popa­trzy, byś pod­ro­sła, tro­chę się pogru­biła. Potem zrobi tak, że pew­nej nocy wyśle na cie­bie męż­czy­znę bez ostrze­że­nia. Woli postą­pić w ten spo­sób, nasy­łać ich na cie­bie, dopiero potem wyja­śni, że jak ci to nie w smak, zawsze możesz odejść. Tak wła­śnie zrobi, tak zro­biła z nami wszyst­kimi. Ale ty też możesz coś zro­bić, mówi Yanya, jed­nak nie chce zdra­dzić, co stało się z ostat­nią zaka­zaną lilią. Pod­suwa Dziew­czy­nie wore­czek i dodaje: Wymie­szaj tyle, ile mie­ści się w dwóch pal­cach, i dopil­nuj, by wypili.

Czte­rej pierwsi męż­czyźni obda­ro­wują pannę Azorę wypchaną sakiewką i sze­ro­kim uśmie­chem, mówią, że leżeć na takiej jak ta to leżeć na obłoku. W isto­cie ten obłok to nie koo mię­dzy jej nogami, ale poduszka, na któ­rej zasy­piają, każdy bez wyjątku. Tylko piąty gwałci Dziew­czynę, i to gwałci tak długo, aż mijają dwie piosnki śpie­wane przez nią w gło­wie, dopiero potem pije. Męż­czyźni zawsze budzą się wyła­do­wani i pyszni, pewni, że zosta­wili w niej bękar­cie bliź­nięta. Po spo­tka­niu z pią­tym Dziew­czyna zaczyna ich okra­dać.

Jej worek się zapeł­nia. Złoto, sre­bro, żelazo, kauri i sztabki. I kol­czyki, kol­czyki w nosie, pier­ścionki na pal­cach, naszyj­niki, orzeszki kola, syn­se­pal, tali­zmany, amu­lety, wysu­szone serce, kości zwie­rząt, żetony do gry w bao, klej­noty z jade­itu, drew­niane fety­sze, kaolin i mała figurka wyrżnięta z onyksu. Męż­czy­zna mówi żonie, że naj­pew­niej zgu­biło się na dro­dze, w rzece, prze­pa­dło w morzu lub zostało wykra­dzione z jego szat. O wiele łatwiej prze­bo­leć, nawet jeśli wia­domo, kto zabrał, bo od powie­dze­nia, że coś cen­nego znik­nęło, gor­sze byłoby wyja­śnie­nie, jakim spo­so­bem wró­ciło. Dla­tego wciąż przy­cho­dzą i roz­py­tują o dziew­czynę z obło­kiem mię­dzy udami. Azora podej­rzewa, że dzieje się coś dziw­nego, bo prze­cież ta młódka nie ma w sobie nic, co urze­kłoby męż­czy­znę, ale nie zamie­rza sar­kać na zara­biany pie­niądz.

Docho­dzi do pew­nych wyda­rzeń. Maga­natti dżarra, dwu­dzie­sta noc księ­życa cikaua. Męż­czy­zna robi to, co czuje, że zro­bić musi, a kobieta musi się tym zado­wo­lić. W swoim przy­bytku panna Azora prze­klina leniwą noc. Więk­szość kobiet w sieni, gdzie wła­ści­cielka wita męż­czyzn i pro­wa­dzi roz­li­cze­nia. Yanya i druga kobieta sie­dzą naprze­ciw sie­bie, dwie inne stoją razem przy oknie na prawo, Dziew­czyna przy­cup­nęła na pod­ło­dze na końcu pokoju, poza zasię­giem kar­cą­cej ręki panny Azory, która cho­dzi w tę i we w tę, zło­rze­cząc. Prze­sądy o noc­nym nie­bie, mówi jedna z kobiet, ale to nie podoba się pan­nie Azo­rze. Zaczyna się zasta­na­wiać, czy nie roz­pusz­czono nowej plotki o kobie­tach, potęż­niej­szej od wszyst­kich poprzed­nich, które wpraw­dzie nie powstrzy­mały żad­nego męż­czyzny, spra­wiły za to, że żony poczuły się lepiej. Znowu gadają, że my dotknięte wstrętną cho­robą?, pyta, ale nikt nie umie odpo­wie­dzieć, bo żadna z nich nie prze­bywa w towa­rzy­stwie kobiet innych niż one same. Jeśli męż­czyzna nie przycho­dzi do koo, koo musi iść do męż­czyzny, mówi panna Azora i roz­ka­zuje Yanyi wyjść na ulicę i ścią­gnąć suk­nię, aby każdy przecho­dzień mógł zoba­czyć jej piersi.

-?Dla­czego ja, panno Azoro?

-?A jak myślisz, dziew­czyno? Bo cycki u Dinti marne jak u kozy i bo ja ni­gdy nie mówię dwa razy, oto dla­czego. Teraz idź...

Dzieje się powoli, ale szybko. Jeden długi czarny palec zaci­ska się na szyi panny Azory, potem dwa, potem trzy i cztery. Nim któ­ra­kol­wiek z kobiet zdąży krzyk­nąć, chwy­tają pannę Azorę, pory­wają ją w górę i rzu­cają nią w ścianę po dru­giej stro­nie pokoju. Leży nie­ru­chomo na pod­ło­dze. Teraz kobiety krzy­czą i ucie­kają. Żadna nie usły­szała nadej­ścia, nie zoba­czyła, nie poczuła woni. Dwa kroki w głąb pomiesz­cze­nia i już widać, że to coś płci męskiej, wrzesz­czy tak gło­śno, że nie­któ­rym kobie­tom krwa­wią uszy. Wygląda jak stwór, co poru­szałby się powoli, ale w oka­mgnie­niu chwyta drugą kobietę, pró­bu­jącą uciec, i nią też ciska. Z wrza­skiem miaż­dży krze­sło. On, to coś. Wysoki, że głową ociera się o sufit, jedna ręka wygląda na wiotką i sła­bo­witą, drugą, grubą jak jego ciało, dotyka pod­łogi. Dwie nogi rosłe na podo­bień­stwo drzew, jedna krót­sza. Rusza się i wierci jak pająk, roz­trza­skuje stoły, misy i wazony, rzuca wszyst­kim, na czym zaci­śnie dłu­gie palce. Potem dostrzega dziew­czynę i wrzesz­czy. Rusza wprost na nią. Ona chyżo wspina się po dra­bi­nie -?ni­gdy nie wdra­py­wała się tak szybko -?i ucieka do swo­jego pokoju. Tłu­cze­nie, wrza­ski, krzyki zbli­żają się i w końcu małe drzwi zostają wyrwane z zawia­sów. Bestia wciąż wyje. Dziew­czyna dygo­cze tak mocno, że za każ­dym mru­gnię­ciem try­skają łzy spod powiek.

-?Lepiej dzię­kuj bogom, że nie jesteś chłop­cem, zło­dziejko. Ina­czej musia­ła­bym wezwać dzie­się­ciu ludzi, by wycią­gnęli Ukun­dunkę z two­jej zasra­nej nory -?mówi kobieta.

Dama wyglą­da­jąca na kogoś wiel­kiego rodu i zna­cze­nia. Ciemne usta i sze­roki nos uło­żone w mars, gniew­nie ścią­gnięte brwi poni­żej wzoru z bia­łych kro­pek, spły­wa­ją­cego na lewy poli­czek. Ighiya na gło­wie niczym bujny czarny kwiat, na ramio­nach długi biały koc Baso­tho z wize­run­kiem czar­nego wojow­nika z dzidą i tar­czą. Kobieta wysoka i roz­ło­ży­sta, ale nie gruba. Wygląda, jakby mogła objąć naraz wszyst­kie swoje dzieci. Policzki kobiety takiej, która śmieje się bez uprze­dze­nia, bez żartu. Dziew­czyna wciąż dygo­cze. Ukun­dunka szar­pie za pościel, jakby chciał ją przy­cią­gnąć.

-?Gdzie to jest, dzie­wu­cho?

Nie może wydu­sić z sie­bie słowa.

-?Gdzie... gdzie... gdzie... -?jąka się.

-?Gdzie tali­zman, głu­pia. Moja figurka z onyksu. Nie każ mi pro­sić, bo ina­czej polecę mu cię obszu­kać.

Ukun­dunka opusz­cza głowę tuż przed twa­rzą Dziew­czyny. Łeb długi jak u konia, śle­pia jak u wilka, zębi­ska kro­ko­dyle. Oddech nie do opi­sa­nia.

-?Oni są jed­nym i tym samym, poj­mu­jesz? Ukun­dunka i tali­zman są wspól­no­ścią. Opo­wiem ci pewną histo­rię. Kie­dyś, po wielu latach mał­żeń­stwa, powie­dzia­łam do męża: Naj­droż­szy, wszy­scy wie­dzą, że jesteś waż­nym czło­wie­kiem. Wszy­scy wie­dzą, że donio­słe sprawy trzy­mają cię poza domem do późna w nocy. A bogo­wie wie­dzą, jak się mar­twię. Mar­twię się tak bar­dzo, że popro­si­łam zakli­na­cza bli­skiego bogom, by zro­bił coś, co uchroni cię od złego. Tak jest, mężu, mówię. Noś ten tali­zman zawsze przy sobie, a wtedy Ukun­dunka będzie cię chro­nił. Taki ważny czło­wiek jak ty, mający wszę­dzie wro­gów, mógłby skoń­czyć w rowie! Zatem każ­dej nocy, kiedy obrócę klep­sy­drę wię­cej niż pięć razy, a mąż nie powraca, wysy­łam Ukun­dunkę na poszu­ki­wa­nie tali­zmanu. Aby mąż był bez­pieczny, poj­mu­jesz? Pew­nej nocy nie dość, że wró­cił późno, to wró­cił bez tali­zmanu. Powie­dział, że go zgu­bił. Powie­dział, że nie warto szu­kać, bo nie wie, gdzie prze­padł. Mówię: Nie martw się, mężu, rychło go znajdę i zajmę się tym, kto go zabrał. I teraz pro­szę, spo­czywa na łonie byle kurwy.

-?Ja nie kurwa.

-?Miesz­kasz w bur­delu, więc chyba mniszką nie jesteś?

-?Ja nie kurwa.

-?Kucharką też prze­cież nie jesteś.

-?Ja nie kurwa, och.

-?Dla­czego więc ten pokój pach­nie męż­czy­znami?

Dziew­czyna nie umie odpo­wie­dzieć. Mogłaby odrzec, że tak, pokój pach­nie męż­czy­znami, ale te smrody nie od niej. Lecz roz­mowa o mik­stu­rach nasen­nych dopro­wa­dzi­łaby do tego, że panna Azora dowie­dzia­łaby się prawdy. Szlach­cianka patrzy uważ­nie, przy­gląda się dziew­czy­nie.

-?Może dasz mu dziecko? Ja z pew­no­ścią nie zamie­rzam ska­zać się na żadne, a już na pewno nie z nim. Ha, widzę zgrozę na two­jej twa­rzy. Naprawdę jesteś małą dziew­czynką.

-?Ja się ni­gdy nie kur­wię. Nie kur­wię z żad­nym z nich.

-?Ni­gdy, hę?

-?Tylko ich okra­dam.

Dziew­czyna bar­dziej zatrwo­żona spoj­rze­niem kobiety niż sykiem Ukun­dunki. Ale potem mars u tam­tej prze­cho­dzi w uśmiech.

-?Złoto? Kauri? Pie­nią­dze? Mów do mnie, dzie­wu­cho.

Dziew­czyny nie stać na nic poza wpa­try­wa­niem się w szlach­ciankę. Zasta­na­wia się, czy tak wła­śnie postę­pują doro­słe kobiety, obna­żają i obna­żają, zaska­kują i zaska­kują, aż w końcu u niej tylko osłu­pie­nie.

-?Biorę wszystko, co mają, a co nie powinno luźno zwi­sać. I zatrzy­muję sobie, bo panna Azora nic nam nie daje.

-?Zupeł­nie nic? A odzie­nie?

-?Odzie­nie kupu­jemy. Mówię, że nic nam nie daje. Z wyjąt­kiem jed­nego. Wszyst­kim nam zapew­nia gwałt za pierw­szym razem, gdy nas sprze­daje, i liczy sobie za to od męż­czy­zny potrójną stawkę. Więc przy­go­to­wuję dla nich mik­sturę, a potem ich okra­dam.

-?Eh. Zatem oni nic od cie­bie nie dostają, a ty bie­rzesz od nich całe mnó­stwo? Widzisz, dziew­czyno, miesz­kasz w złym domu.

-?Nie zosta­wię jed­nej wła­ści­cielki dla dru­giej.

-?Kto powie­dział, że u cie­bie w ogóle jest cokol­wiek do wzię­cia na wła­sność?

Tej nocy Dziew­czyna odcho­dzi ze szlach­cianką. Panna Azora nic nie mówi. Panna Azora nie rusza się z miej­sca, gdzie rzu­cił ją Ukun­dunka, więc kto wie, jaki los stał się jej udzia­łem. Szlach­cianka pyta Dziew­czynę o imię.

-?Nie mam imie­nia.

-?Co? A jak ludzie cię nazy­wają?

-?Mała, małe gówno, mała dziew­czynka, mała kurwa, dziew­czynka, zaka­zana lilia.

-?Star­czy. Wybierz sobie imię i odtąd tak będziemy na cie­bie wołać.

-?Na matkę woła­łam Sogo­lon.

Oto dziew­czyna, przyj­muje imię swo­jej matki, umar­łej sto sie­dem­dzie­siąt i sie­dem lat wcze­śniej. Sto sie­dem­dzie­siąt i sie­dem razy wielka tykwa świata obró­ciła się wokół słońca.

Sogo­lon.

2

Sogo­lon, prze­stań wcho­dzić na ściany. Nie jesteś już małą dziew­czynką.

Oto dziew­czyna. Pra­gnie powie­dzieć pani Komu­ono, że nie wpada na ściany z przy­zwy­cza­je­nia ani nie chce zro­bić sobie krzywdy. Ale to cie­kawe, to uczu­cie ude­rza­nia w coś tak sztyw­nego, co nie przyj­muje naporu jak bawełna, nie tłumi go jak zie­mia, nie pozwala się w nim zato­pić jak w bło­cie ani zgar­nąć tro­chę jak gliny. To nowe uczu­cie, że cię zatrzy­muje, nie­ważne, jak mocno się roz­pę­dzisz. Drogi naprzód nie prze­bę­dziesz, jeśli zaporą kamień. Żad­nego odbi­cia, żad­nego echa, żad­nego dźwięku, koniec. A jed­nak ściana to nie kamień, nawet jeśli z kamie­nia czę­ściowo zro­biona. Szorstka i ziar­ni­sta, ale nie jak zie­mia, bar­dziej jak pia­sek, jakby ktoś zna­lazł spo­sób na połą­cze­nie pia­sku, żeby był moc­niej­szy od drewna. I zimna, ściana zawsze zimna, jak obuch sie­kiery wcze­snym ran­kiem, co ją kucharka wrzuca do dzbanka z winem dla schło­dze­nia. Dwa poranki, może trzy, może dzie­sięć, Sogo­lon pod­cho­dzi do ściany, do ciem­nego końca w kuchni, do tyl­nej ściany od strony ogrodu, w środku spi­chle­rza, gdzie­kol­wiek, byleby nikt jej nie widział, i liże.

W tych ścia­nach smak to nie­je­dyna róż­nica. Od pierw­szego dnia, kiedy Sogo­lon weszła tyl­nymi drzwiami, i pra­wie każ­dego następ­nego pani chwali się, że to nie­zwy­kły dom. Nie żadne pospo­lite kon­gor­skie domo­stwo, lecz sie­dziba godna każ­dego wiel­moży nad Morzem Pia­sków. Nie szczę­dzimy wysił­ków, aby nasz dom wyglą­dał jak ze wschod­niego snu, mówi pani. Sogo­lon nie zawi­tała jesz­cze do żad­nego innego domu w Kon­go­rze, nie ma więc porów­na­nia. Po pierw­sze, sufit jest wyż­szy niż czło­wiek sto­jący na ramio­nach dru­giego. Ściany szorst­kie jak kamień, ale ukształ­to­wane ręcz­nie jak domy z gliny w Mitu. Okna więk­sze niż w innych kon­gor­skich domach, w któ­rych wyglą­dają jak włazy. Ostre drew­niane belki nośne, wyso­kie i poza zasię­giem ręki, jak boko­brody na ścia­nie, a na nich wiszą pasy, mie­cze, maski, fety­sze i tar­cze. Niżej, ale wciąż wysoko, tka­niny z całego Pół­noc­nego i Połu­dnio­wego Kró­le­stwa i dal­szych krain. Przy lewym oknie stoi sto­łek pana, na któ­rym nie wolno sia­dać nikomu innemu. Kie­dyś usiadł tam nie­wol­nik, powie­działa kucharka. Pan kazał sędziemu wychło­stać chłopca, aż mały głu­piec prze­stał odróż­niać wodę od szczyn. W całym domu dywany i poduszki na pod­ło­dze dla każ­dego, kto chciałby spo­cząć. Wszystko w czer­wone, żółte, zie­lone i nie­bie­skie wzory.

Nie­jed­nego dnia Sogo­lon krąży i wciąż znaj­duje się w nowym pokoju. Albo w pokoju, co księ­życ wcze­śniej wyda­wał się duży, a teraz jest mały. W pomiesz­cze­niach nie­gdyś gorą­cych czuć zimno. Pokoje, co przed­tem obok kuchni, teraz daleko w głębi kory­ta­rza, w czę­ści domu, do któ­rej nie zacho­dzi nawet pan. Pokój się nie prze­mie­ścił, Sogo­lon to wie, ale tak wła­śnie się czuje, bo zbyt wiele ich, by spa­mię­tać, który jest który. Być może dla­tego nie może zli­czyć, ilu ludzi mieszka w tym domu. Pani i pan. Gruba kucharka, która nie widzi potrzeby, by wyja­wić swoje imię, więc Sogo­lon go nie zna. Chuda nie­wol­nica, która przed­sta­wiła się jako nie­wol­nica, dopiero póź­niej wyznała, że ona Nanil. Chło­piec, który opie­kuje się pań­skimi końmi, tego dowie­działa się Sogo­lon od kucharki. Pew­nego dnia widzi tego chłopca wypro­wa­dza­ją­cego konia i jed­no­cze­śnie zamia­ta­ją­cego dach. Bliź­niaki, ale nikt jej tego nie powie­dział. Mówią do niej tylko wtedy, gdy potrzeba.

Nie jesteś już małą dziew­czynką, powta­rza pani Komu­ono, a to jed­nego dnia zna­czy jedno, dru­giego inne. Sogo­lon roz­my­śla nie o tym, kiedy prze­sta­nie być mała, ale kiedy mała być zaczęła. Kur­czak ni­gdy nie powie, że jest małym kur­cza­kiem, ani koza nie mówi, Patrz, jaką byłam sła­bo­witą kozą. Kto miał jej to powie­dzieć prócz braci i panny Azory? Dla panny Azory wiek dziew­częcy był stratą czasu, sta­nem nie­zdar­no­ści, któ­rego każda mądra kobieta powinna szybko się wyzbyć. Ale raduj się, mówiła, bo nie­któ­rzy z nich wolą, byś wyglą­dała jak mała dziew­czynka.

Pani Komu­ono powta­rza kilka razy, że osta­teczne prze­zna­cze­nie czeka na Sogo­lon gdzie indziej, ale ona lubi jej dom. Słowa te spra­wiają, że dziew­czyna zasta­na­wia się, czy pani przy­spo­sa­bia ją, by stała się darem dla domu zakon­nego lub obozu star­szy­zny w zamian za więk­szą ilość zło­tych monet, które tak uwiel­bia liczyć. Oto słowa pani Komu­ono. Wyobraź to sobie, hę?, mówi, chwy­ta­jąc kilka monet. Wyobraź sobie dom, do któ­rego pan wnosi jedy­nie swoje imię. Ani monet, ani bile­tów pie­nięż­nych, ani kauri. Jego imię to jedyny poży­tek. Grioci, któ­rzy upa­mięt­niają dzieje rodziny w poezji i pie­śni, potra­fią prze­śle­dzić jego rodo­wód aż do powsta­nia samego Fasisi. Komu­ono, gepardy ze sta­rej sawanny. Gdyby tylko byli praw­dzi­wymi gepar­dami. Gdyby tylko byli praw­dziwą rze­czą, którą można kupić, sprze­dać lub poda­ro­wać. Lecz gdy twoje miano brzmi Komu­ono, wiele drzwi wciąż się otwiera, nie­wiele zatrza­skuje.

I pan. Wszy­scy stali się jed­nym męż­czy­zną, ci, któ­rzy przy­cho­dzili do jej pokoju, więc nie potrafi odróż­nić go od innych. Zasy­piali na jej obłoku, nim pod­jęli trud roz­mowy, a ci, któ­rzy pró­bo­wali mówić, nie uznali jej za wartą jakiej­kol­wiek wymiany słów. W końcu to nie za tę dziurę zapła­cili, chyba że kobietą byłaby Dinti. A ten, który nie mówił i nie pił wina, zgwał­cił ją. Sogo­lon odci­ska ślad w swoim umy­śle, wspo­mnie­nie ich zapa­chu, jeśli nie twa­rzy, i przy­sięga, że pew­nej nocy przyj­dzie do nich z nożem. Ale kiedy widzi pana tego domu, nie potrafi okre­ślić, czy jest męż­czy­zną pierw­szym, czy ostat­nim, czy w ogóle któ­rym­kol­wiek z nich. Widzi nie zna­czy poznaje. Ni­gdy go nie poznała, nawet zaraz po swoim przy­by­ciu. Nie­wol­nica powie­działa jej: Dziew­czyno, nie waż się choćby patrzeć w jego stronę, bo to czło­wiek, któ­rego wzy­wano daw­niej na dwór kró­lew­ski. A gdy Sogo­lon spy­tała, dla­czego już go nie wzy­wają, nie­wol­nica odrze­kła tylko: Kim jesteś, by ocze­ki­wać, że władca środ­ko­wych krain zniży się do wyja­śnia­nia ci cze­go­kol­wiek? Dla męż­czy­zny takiego jak on dziew­czyna taka jak ty to powie­trze. Co zna­czy, myśli Sogo­lon, że ni­gdy nie powinna wcho­dzić mu w drogę, bo choć to Nanil wypo­wiada słowa, żadne nie pocho­dzi od niej.

Nie potrafi pamię­tać pana, ale odzna­cza sobie, jak on ją zapa­mię­tał. Widzi to w oka­za­ło­ści na jego twa­rzy, zwłasz­cza w oczach, które się roz­sze­rzają, gdy jest zasko­czony, zamy­kają mocno, gdy roz­złosz­czony, są roz­bie­gane, gdy robi się prze­bie­gły, tracą wyraz, gdy oszu­kuje, i mrużą się, gdy zaprze­cza. Przy­naj­mniej ni­gdy nie mru­gają z pożą­da­nia, któ­rego nadej­ścia Sogo­lon wciąż się oba­wia. Wszystko to widzi rów­nież pani i czer­pie z tego tak wiele przy­jem­no­ści, że Sogo­lon zaczyna się zasta­na­wiać, czy to nie jakaś gra. Wystar­czy posłu­chać ich w alko­wie, gdzie pan przy­go­to­wuje się do dru­giego odpo­czynku, a pani stroi się i robi sobie umczo­kozo, nano­sząc linię kro­pek bia­łej ochry od lewej brwi w dół nosa, ust, aż do ostat­niego punktu na bro­dzie. Z kimś waż­nym zamie­rza się spo­tkać lub coś waż­nego zamie­rza zro­bić.

-?Żono, znaj­du­jesz pospo­litą dzie­wu­chę i przy­pro­wa­dzasz ją tutaj, jakby była domo­wym zwie­rząt­kiem, które rodzina wyrzu­ciła na ulicę?

-?Mężu, to ty zgu­bi­łeś tali­zman. Ja tylko poszłam go odna­leźć.

-?I przy­gar­nę­łaś tę dzie­wu­chę?

-?Na to wygląda. Może bogo­wie posta­no­wili pobło­go­sła­wić nas jakimś owo­cem. I dobrze, bo zna­la­złam...

-?Bogo­wie zna­leźli dla cie­bie zło­dziejkę?

-?Jeśli zło­dziejkę, to bar­dzo prze­bie­głą, drogi mężu. Jak skra­dła go z two­jej szyi?

Pan mil­czy przez chwilę. Potem pyta:

-?G-g-gdzie ją zna­la­złaś?

-?W jakimś rowie, drogi mężu. Leżała tam, a obok tali­zman, jakby go pil­no­wała. Wyglą­dało jak znak. Zaufaj bogom.

-?W jakimś rowie? W jakim?

-?Rów to rów, mój drogi mężu.

-?Ona nie może zostać w tym domu.

-?A dokąd ma pójść? Jest tylko dziew­czyną, z któ­rej nie ma użytku. Dom robi się coraz więk­szy, zapo­trze­bo­wa­nia na służbę przy­bywa. Kim ona dla cie­bie?

-?Dla mnie? Nie znam jej.

-?Zawsze mówisz, że chcesz mieć dziecko.

-?Ni­gdy tak nie mówię.

-?To prawda. Bo twoje słowa to: Bez­płodna suko, gdzie moi potom­ko­wie? Wygu­bisz mój ród. Zatem to nowy dzień dla cie­bie i dla tego domu. Dzieci mogą jesz­cze nadejść. Wła­ści­wie to jedno już tu jest.

-?Ona nie jest dziec­kiem.

-?Czy­imś dziec­kiem na pewno jest.

-?Nie lubię jej.

-?Podobno jej nie znasz.

-?Pier­do­lić bogów, kobieto. Chcesz mi zro­bić na prze­kór?

-?Na prze­kór? Jak to, mężu? Powie­działa, że zna­la­zła tali­zman w tym samym rowie, w któ­rym myśmy ją zna­leźli. Z pew­no­ścią to sprawka bogów. Mówię sobie: Żono, dla­czego mąż twój miałby cho­dzić w pobliżu jakie­goś rowu? W dziel­nicy Gal­lun­kobe. Jak naszyj­nik spadł mu z szyi, skoro nić nie­prze­rwana? Dla­czego miałby w ogóle tam cho­dzić? Ale bogo­wie zawsze mówią, że należy ufać mężowi, bo wie­dzie nas w praw­dzie, więc posta­na­wiam zaufać. A zwa­żyw­szy na to, z jakim odda­niem ta dziew­czyna chro­niła to, co jest bez­cenne dla mnie i dla nas obojga, z pew­no­ścią czło­wiek tak sły­nący z dobrych uczyn­ków jak ty okaże jej tro­chę życz­li­wo­ści.

-?Więc rzuć jej trzy złote monety i ode­ślij ją precz.

-?Jak byle kurwę?

Pan Komu­ono odka­słuje. Mówi, że nie wie nic o han­dlo­wa­niu z kur­wami. Sogo­lon nasłu­chuje z sieni, poza zasię­giem ich oczu. Nikt nie sły­szy jej chi­chotu. Pani to prze­bie­gła kobieta, nawet jeśli mówi Sogo­lon pro­sto w twarz tylko o tym, co ta robi źle. Dziew­czyno, źle jesz. Nie prze­żu­waj jak krowa. Tak się je. Pomyśl o kawałku chleba, nim go ode­rwiesz, i nie odry­waj szer­szego niż twoja dłoń. Koź­liny wygar­nij nie wię­cej, niż zmie­ścisz w opusz­kach pal­ców. Gryź powoli i nie pozwól, by kto­kol­wiek usły­szał lub zoba­czył, co jesz, bo w ten spo­sób wzbu­dzisz obrzy­dze­nie u każ­dego, kto patrzy. Dziew­czyno, źle się myjesz. Co zna­czy, że w ogóle się nie myjesz z wyjąt­kiem chwili, kiedy zagrożę, że wyrzucę z tego domu cie­bie razem z twoim smro­dem. Tak się myje czło­wiek. Idź do komory z wodą przy spi­chle­rzu i wyszo­ruj skórę pia­skiem. Szo­ruj mię­dzy pier­siami, szo­ruj pod sto­pami, szo­ruj łok­cie, żeby nie wyglą­dały jak kurze pięty, ale koo obmyj deli­kat­nie, z nie­wielką ilo­ścią wody, bo ina­czej ją znisz­czysz. Dziew­czyno, źle nosisz głowę. Nawet nie pró­buj ighiyi -?nie pocho­dzisz z sza­no­wa­nej rodziny. Weź tę tka­ninę i niech sprzą­taczka nauczy cię, jak zawi­nąć gele. Nie masz dużo wło­sów, a te, co masz, nie­ładne. Dziew­czyno, źle cho­dzisz. Tak się cho­dzi. Patrz, jak ingk­sangk­sosi się pre­zen­tuje, skrzy­dła zło­żone niby u męż­czy­zny spla­ta­ją­cego dło­nie za ple­cami, pod­bró­dek wysu­nięty, głowa wysoko, jakby niósł dzban oliwy. Przy każ­dym kroku zwróć uwagę naj­pierw na kolana, które uno­szą się, ale u kobiety nie za wysoko, a stopy, gdy doty­kają ziemi, sta­wiaj bez zakłó­ceń, jak­byś szła na pal­cach. Mam być jak dia­belny ptak?, pyta Sogo­lon, zoba­czyw­szy, że sekre­tarz zadep­tał na śmierć i pożarł węża. Pani Komu­ono nagra­dza ją ude­rze­niem w twarz. To gada­nie baby z gno­jo­wi­ska, mówi. Wkrótce wyro­śniesz z lat dziew­czę­cych i musisz być na to gotowa.

Na co gotowa, o to Sogo­lon nie pyta. Panna Azora mówiła, że ona już prze­żyła dziew­częce lata. Sogo­lon nie chce roz­gnie­wać pani Komu­ono i stra­cić jej życz­li­wo­ści. Wie, że pani ją spo­sobi, choć nie wie do czego, a wygląda to cał­kiem podob­nie, jak robiła panna Azora. Sogo­lon obser­wuje uważ­nie każ­dego męż­czy­znę i kobietę, któ­rzy odwie­dzają ten dom, a jest ich nie­mało. Czeka w ciem­nych kory­ta­rzach, by słu­chać o tym, kto stra­cił sprzą­taczkę, kto potrze­buje córki, który chło­piec wła­śnie prze­szedł rytuał męsko­ści lub który wódz roz­cza­ro­wany naj­now­szą żoną. Lub, jako że pani uwiel­bia liczyć monety, kto wła­śnie doro­bił się ład­nych pie­nię­dzy. Lata spę­dzone z panną Azorą nauczyły Sogo­lon rozumu. Wie, że bez posagu nie ma war­to­ści dla męż­czy­zny. Chyba że męż­czy­zna chce syna i wię­cej synów i nie obcho­dzi go, z jakiej dziury wyjdą na świat.

Oto dziew­czyna, wygląda z domu na oko­licę, wciąż pocie­ra­jąc rękami dokoła tego, co nazy­wane oknem. Sze­roki dach, może to miej­sce, gdzie męż­czyźni spo­ty­kają się i roz­pra­wiają o mądrych spra­wach lub piją. Dach ze scho­dami na inny dach, więc być może rodzina już duża i coraz więk­sza. Dachy cza­sami takie same jak ściana do nich pro­wa­dząca, ze śla­dami rąk, które wygła­dziły glinę. Dalej wysoka, cienka wieża, wię­zie­nie, a może tam mia­sto prze­cho­wuje sorgo na wypa­dek głodu. A może dom naj­chud­szych i naj­ro­ślej­szych ludzi we wszyst­kich dzie­wię­ciu świa­tach. Sogo­lon poli­czyła pię­tra przy oknach. Trzy domy wyso­kie na trzy pię­tra z oknami nad oknami, a potem czwarty dom wysoki na jedno pię­tro i bez okien. Trzy bogate rodziny i jedna biedna, tak myśli. Zasta­na­wia się, jakie kobiety w nich miesz­kają. Mia­sto dachów, któ­rych wyso­ko­ści nie potrafi oce­nić, bo więk­szość taka sama. Dla­tego tych kilka na sześć, a nawet osiem pię­ter kłuje niebo. Ten sam kolor wszyst­kich ścian. Brąz, ochra, pia­sek lub twarda zie­mia. Okna, dzieło mało mistrzow­skiego rze­mio­sła, roz­dzia­wiają się jak otwory w gnieź­dzie os.

Mia­sto zmie­nia się nocą. Teraz przy­po­mina grzbiet zwie­rzę­cia, czarne z cie­niem i kol­cami oprócz okien, w któ­rych migo­cze poma­rań­czowe świa­tło. Lampy w kilku oknach wyglą­dają samot­nie. Wię­cej okien z przy­ćmio­nym bla­skiem, bo ogień bar­dziej odsu­nięty, w piecu z przy­go­to­wy­wa­nym mię­sem lub pod garn­kiem na pod­ło­dze, z parzącą się kawą. Dalej w głębi mia­sta świa­tła nawet nie migo­czą. A daleko na pół­nocy, pośrodku Kon­goru, na szczy­cie naj­wyż­szej wieży posąg ptaka przy­cup­nię­tego na czubku, jakby chciał odle­cieć. Wieża Czar­nego Kro­gulca, tak nazywa ją kucharka, gdy wypro­wa­dza Sogo­lon na ulicę. Dziew­czyna pamięta jedy­nie drogę wijącą się, skrę­ca­jącą i roz­le­wa­jącą tak sze­roko, że trzy wozy po jed­nej stro­nie mogą wymi­nąć trzy po dru­giej, a potem zwę­ża­jącą się na tyle, że kobiety mogą się na niej zmie­ścić tylko poje­dyn­czo. Aby opu­ścić Tarobe, o któ­rym kucharka z dumą opo­wiada Sogo­lon jako o naj­bo­gat­szej dziel­nicy w mie­ście, należy albo ruszyć na połu­dnie w kie­runku koryta wysy­cha­ją­cej rzeki, nad którą nie­wol­nice wydo­by­wają wodę z błota, zanu­rza­jąc szmaty, a następ­nie wyży­mają je nad kubłami, aby oddzie­lić brud, albo na pół­noc dokąd­kol­wiek indziej. Idziemy ulicą gra­niczną przy dokach por­to­wych, aż docho­dzimy do innej drogi, sze­ro­kiej i ruchli­wej, która zapro­wa­dzi nas w głąb dziel­nicy Nimbe, gdzie ludzie pro­wa­dzą reje­stry wszyst­kiego, co cho­dzi, roz­mnaża się i sra, mówi kucharka. Sogo­lon już pada z nóg, za to tamta nie­stru­dzona. Musi zakrzyk­nąć, że dalej nie ujdzie, by kucharka zagwiz­dała na wóz, który zabie­rze je na drugą stronę, obok Wieży Czar­nego Kro­gulca, do dziel­nicy Nimbe, gdzie zamie­rzają zro­bić spra­wunki. Potrze­bu­jemy nowego kaganka, dwóch, jak uda się zaosz­czę­dzić, mówi kucharka. A tutaj, w Nimbe, jest naj­lep­szy wytwórca lamp, naj­lep­szy wytwórca wszyst­kiego, skoro pytasz, choć Sogo­lon nie pyta. Zadzi­wiona, jak moż­liwe, że te mury tak wyso­kie, aż słońce nie widzi ulicy. Sprzeczka przy­ciąga ją z powro­tem do kucharki, wrzesz­czą­cej na kupca z powodu ceny lampy. Klną i grożą sobie nawza­jem, aż w końcu kucharka mówi, że gdyby chciała mieć do czy­nie­nia ze zło­dzie­jami, zabra­łaby swój zad na pół­noc. Na pół­noc. Ale tam wła­śnie idą w dru­giej kolej­no­ści. Do dziel­nicy Gal­lun­kobe, gdzie w więk­szo­ści domy wydają się opa­słe, przy­sa­dzi­ste i takie same. I wszy­scy tak samo marsz­czą brwi. Nie mów pani, że tu idziemy, naka­zuje kucharka. I ni­gdy tu nie wra­caj. Pro­wa­dzi ją za rękę przez ulice i marsz­czy czoło, gdy Sogo­lon mówi, że dawno prze­stała być małą dziew­czynką. Jak pusz­czę twoją rękę w dziel­nicy Gal­lun­kobe, to już ni­gdy nie zoba­czysz domu naszej pani, upo­mina kucharka i zosta­wia Sogo­lon, aby podzi­wiała widok sprze­da­ją­cych, kupu­ją­cych, piją­cych, śmie­ją­cych się, tar­gu­ją­cych ludzi, roz­wi­ja­nych tka­nin, rąba­nego mięsa, szlach­cia­nek w eskor­cie straż­ni­ków wyso­kich jak wieże, ostrze­gł­szy ją, żeby uni­kała nie­bez­pie­czeństw.

Nie­bez­pie­czeń­stwo jest w tam­tej zagro­dzie, w miej­scu, któ­rego miana Sogo­lon ni­gdy nie poznała, z trzema braćmi, któ­rzy czy­hali, by ją zabić. Nie­bez­pie­czeń­stwo to męż­czy­zna, który odwie­dza dom panny Azory, aby legnąć z zaka­zaną lilią, męż­czy­zna, któ­rego nie zdo­łała skło­nić do wypi­cia mik­stury, nim pchnął ją na łoże. Nie­bez­pie­czeń­stwo czai się w zaświa­tach, gdzie według braci ich matka woła, aby doko­nali zemsty na małej suce, która wypeł­zła z jej koo i którą należy zabić za samo­lub­stwo. Kon­gor? Ta kra­ina to cud. Sogo­lon smutna, bo nie chce stąd odcho­dzić. Nawet jeśli pan mija ją, jakby była starą zjawą w jego domu. Pani aż zanadto się jej przy­gląda. I gdera. Sogo­lon jest po to, by pani gde­rała i się mar­twiła, by ją ubie­rała w dobre odzie­nie, bo ludzie winni myśleć, że pocho­dzi z dobrego domu. Ona jest kimś, kogo należy pouczać, popra­wiać, kle­pać w czoło, bić po poślad­kach, besz­tać, gdy mówi jak szczur rzeczny z Mitu, bo tak wła­śnie nazywa ją pani, bo dowie­działa się wresz­cie, skąd dokład­nie pocho­dzi Sogo­lon. Ale ona wie. Pani przy­go­to­wuje ją do życia gdzie indziej. Dla kogoś innego. Uczy się więc dni i zaczyna je liczyć. Dwa­dzie­ścia i dzie­więć i mamy nów. Potem uczy się księ­ży­ców i jak je liczyć i raduje się, gdy odli­cza jeden, i boi się, że to będzie ostatni odli­czony w tym domu. Stań pro­sto jak kobieta, a nie jakaś leniwa, głu­pia baba, mówi pani, przy­ła­pu­jąc Sogo­lon na gar­bie­niu się, ale to gar­bie­nie nie z leni­stwa. A pan na­dal na nią nie spoj­rzy.

Potem jed­nej nocy pan przy­cho­dzi do kwa­ter przy kuchni, gdzie miesz­kają Sogo­lon i nie­wol­nica. Sogo­lon nie śpi, choć tak wygląda, i tak samo druga. On pró­buje być cicho. Idzie na pal­cach, w pan­to­flach, które kla­pią o pod­łogę przy każ­dym kroku. Sztur­cha nie­wol­nicę stopą. Ona się nie poru­sza, no to ją budzi obce­sowo. Ona stęka i odsuwa się od niego, ale on podąża za nią i znów trąca ją stopą. Jesz­cze jedno stęk­nię­cie, które prze­cho­dzi w mam­ro­ta­nie. Wystar­czy dla pana, bo zaraz zadziera koszulę nocną, aby poka­zać nic pod spodem, ale to nic czarne w ciem­no­ści, przez co wygląda jak duch pod suk­nią. Koszula wciąż opada, on wciąż ją pod­ciąga. Klęka i przy­gar­nia nie­wol­nicę. Ona jęczy, jakby chciała dalej spać, i prze­kręca się na brzuch, a on wle­cze ją po pod­ło­dze. Pan zadziera jej koszulę na plecy, nad pośladki, i pod­ciąga swoją. Okle­puje ją swoim przy­ro­dze­niem, póki nie jest gotów. Sogo­lon odwraca się, żeby popa­trzeć, zoba­czyć, co według niej on z nią zro­bił u panny Azory. Wpy­cha się i napiera, ale zastyga, żeby strzep­nąć coś kłu­ją­cego go w kolano, może kamyk, a nie­wol­nica się nie poru­sza. Nie stęka już, on za to stęka za dwoje.

Mia­sto to mia­sto. Tam, skąd pocho­dzi Sogo­lon, roz­ko­ły­sana trawa na wie­trze może dać cza­sem wra­że­nie, że zie­mia się otwiera. Zwłasz­cza jak wyj­rzeć na świat daje się tylko przez dziurę w ścia­nie kopca ter­mi­to­wego. Lecz Kon­gor nie uka­zuje niczego. A kiedy sen nie nad­cho­dzi, Sogo­lon wstaje i wygląda przez okno. Pobli­ska ulica śpi, ale chłopcy zawsze są na dro­dze, jakby dokądś szli. Nie­któ­rzy owi­nięci, inni nadzy, wszy­scy noszący lub nio­sący sło­miane hełmy i nało­kiet­niki, i nago­le­nice, w jaskra­wych kolo­rach rzu­ca­ją­cych wyzwa­nie ciem­no­ści. Sidła, które Sogo­lon zna, ale nie potrafi sobie ich umiej­sco­wić. Coś prze­nika ją głę­biej niż pamięć. Coś w tych chłop­cach kro­czą­cych po mie­ście, jakby wła­dali ulicą, daje poczu­cie wol­no­ści, które obmywa jej stopy i zaraz odpływa. Sogo­lon na dwo­rze tak szybko, że dia­beł nie zdą­żyłby mru­gnąć powieką. Przez drzwi bez rygla, bez stróża, bo samo imię pana dosta­tecz­nie chroni ten dom. Zbyt dużo czasu upły­nie, nim Sogo­lon zro­zu­mie, że nie wie, dokąd iść. Ani jak wró­cić.

Jest w dziel­nicy Tarobe, a droga na połu­dnie to droga w kie­runku koryta rzeki, więc jeśli pój­dzie w stronę prze­ciwną, do Wieży Czar­nego Kro­gulca, to skie­ruje się na pół­noc albo na pół­noc i wschód. Nocną porą ulice w Tarobe wszyst­kie oświe­tlone pochod­niami dla jasno­ści. Ale wkrótce Sogo­lon na ulicy, któ­rej nie zna, a księ­życ jedy­nym świa­tłem, co ją pro­wa­dzi. To dźwięk bar­dziej ją wie­dzie niż świa­tło, bo dogo­niła chłop­ców. Wieża Czar­nego Kro­gulca coraz bli­żej, ale cią­gle daleko. Sogo­lon dociera do placu, gdzie za dnia był zgiełk tar­gowy, a teraz pełno tam gło­sów i blask pochodni. Wycho­dzi zza rogu i widzi buzu­jące ogni­sko wyso­kie jak dom. Są chłopcy, ale to nie oni rażą bły­ska­wicą jej serce. To sidła na gło­wach, łok­ciach, kola­nach i pal­cach. Sło­miana zbroja wal­czą­cych na kije. Sogo­lon stoi w zaułku przy placu z ogni­skiem, a dachy odci­nają świa­tło księ­życa i rzu­cają na nią cień. Odsuwa się na krok od roz­mi­go­ta­nego bla­sku i patrzy z głębi ciem­no­ści.

Chłopcy ska­czą, krzy­czą, śmieją się, pory­kują. Ina­czej niż bra­cia, u któ­rych każdy ruch nazna­czony był nie­go­dzi­wo­ścią. Męż­czyźni też są, jedni odziani jak Sie­dem Skrzy­deł, w czar­nych sza­tach na wierz­chu, bia­łych od spodu, nie­któ­rzy w pysz­nych agba­dach, inni o wyglą­dzie wiel­mo­żów, reszta jak żebracy. Ale chłop­ców wię­cej, prze­waż­nie są nadzy lub zrzu­cają odzie­nie. Wielu w pan­cer­zach do walki na kije. Nie­któ­rzy noszą tylko białą glinę i łań­cuch na brzu­chu. Oto chłopcy. Jeden na ziemi blo­kuje ciosy dru­giego, który okłada kijem trze­ciego. Ten ata­ku­jący poły­skliwy i szybki. Chło­piec na ziemi nie ma osłony na palce i cios w kłyk­cie wytrąca mu kij z ręki. Naj­pierw chla­śnię­cie w twarz, potem w poli­czek i zaraz męż­czy­zna wbiega, by to powstrzy­mać. Nie­któ­rzy chłopcy wiwa­tują. Doska­kują i pod­no­szą zwy­cięzcę na ramiona. Po prze­gra­nego nikt nie przy­cho­dzi.

Druga walka dłuż­sza, ale wciąż bar­dzo szybka. Sogo­lon pra­gnie oglą­dać chłop­ców, ale pra­gnie też wię­cej. Chce patrzeć, jak ska­czą, o tak, ale wyobraża sobie wła­sne stopy nad zie­mią. Czuje dreszcz, kiedy patrzy, jak się odwi­jają, zama­chują, robią uniki, parują ciosy i walą, walą, aż krew try­śnie, i ona też wyma­chuje, paruje, wali w ciem­no­ści. Oto moc tańca, bo jeśli nawet uto­czą krwi, to jest odskok, pląs i wdzięk. Sogo­lon pra­gnie kija bar­dziej niż cze­go­kol­wiek innego. Cien­kiego jak jej kciuk, wyso­kiego jak drzewo i tward­szego niż kamień. Chce iść pustą ulicą, na któ­rej czyha zło gotowe do skoku. Kolejna walka. Kiedy Sogo­lon wybija się w powie­trze, tak jak wybija się chło­piec, to tak, jakby została w górze.

Myśli, że droga powrotna do domu wie­dzie na połu­dnie, ale ulice Kon­goru nie trzy­mają się tych zasad. Dom odnaj­duje dopiero w połu­dnie i wszy­scy robią to, co robią zgod­nie z porą dnia. Roz­go­ry­cze­nie wypiera ulgę, bo Sogo­lon poj­muje, że nikt za nią nie zatę­sk­nił. Co to za miej­sce, gdzie wszystko toczy się bez niej, jakby nikt na niej nie pole­gał w żad­nej spra­wie, jakby dla nikogo się nie liczyła. Aż zapra­gnęła krzy­czeć.

Pew­nego dnia idzie przez sień przy wej­ściu i natyka się na ludzi w sali powi­tal­nej pogrą­żo­nych w roz­mo­wie. Prawda taka, że wcale nie prze­cho­dziła przy­pad­kiem. Wie, że sekrety domu wycho­dzą na jaw w sali powi­tal­nej, bo tam wszystko znaj­duje swoją sie­dzibę, a zwie­rze­nia to już naj­pew­niej. Nie zna­czy, że pan i pani nie docho­wują tajem­nicy. Rzecz w tym, że nikt idący przez sień nie przy­staje, by słu­chać o spra­wach innych ludzi, bo prze­cież sam ma wła­sne sprawy. Gdyby kucharka kie­dy­kol­wiek przy­dy­bała tam Sogo­lon, spo­licz­ko­wa­łaby ją siar­czy­ście i donio­sła na nią do pani. Sogo­lon zapa­mię­tuje oby­czaje szlachty. Nie to, że szlach­cice naj­bar­dziej sekretni, ale że nikt nie wtyka nosa w ich sekrety. To nie powstrzyma jej przed zakrad­nię­ciem się, by posłu­chać.

-?Jak mam do niego iść? -?pyta pan. -?Jak by to wyglą­dało?

Sogo­lon ni­gdy dotąd nie widziała go tak wzbu­rzo­nego.

-?Wyglą­dało w oczach kogo? -?odpo­wiada pani. -?Prze­cież nikogo na ulicy w połu­dnie.

-?Uda­jesz nie­mą­drą czy nie­mą­dra jesteś naprawdę? Nikogo na ulicy w połu­dnie. Myślisz, że nie chcę iść, bo boję się ludzi?

-?Nie, mężu.

-?I jesz­cze każe nam iść pie­szo, kiedy wia­domo, że mam wóz, rydwan i naj­przed­niej­szego konia w Kon­go­rze.

-?Do niego nie­da­leko.

-?Rzecz nie w odle­gło­ści, głu­pia kobieto. On chce, bym przy­szedł do niego pie­szo, bo chce mi poka­zać, że jego dom w łaskach, a nasz nie. W prze­ciw­nym razie ten bękart, który nawet nie pocho­dzi z praw­dzi­wego szla­chec­kiego rodu, choć jego dom pełen instru­men­tów, nie odwa­żyłby się wezwać mnie do sie­bie. Do zła ten bagienny szczur posta­no­wił doło­żyć znie­wagę. Nie dość, że musimy się do niego udać, to jesz­cze musimy iść, jak­by­śmy byli jego słu­gami. Wiesz, że wszy­scy jego domow­nicy będą cze­kali na ten widok, wiesz o tym, prawda? Może nawet przy­woła przy­ja­ciół i sąsia­dów, powie: Chodź­cie popa­trzeć! Chodź­cie popa­trzeć, jak rodzina Komu­ono czołga się w pyle do moich drzwi. Jak możesz tego nie poj­mo­wać?

-?Bo patrzę dalej niż to. Jedna pora roku wkrótce przej­dzie w drugą, ale ty będziesz bia­do­lił, że ta pora gorąca.

-?Mówisz bez sensu, kobieto.

-?Droga naprzód cza­sem wie­dzie w głąb.

-?Co?

Pani gło­śno wzdy­cha. Sogo­lon widzi brze­mię kobiety. Trzeba uda­wać głu­pią, żeby głupi męż­czy­zna miał się za mądrego.

-?Jest tak, jak mówisz, mężu. Musisz mieć na wzglę­dzie tylko cel tej wędrówki. Nawet nie patrz na to, kogo napo­ty­kasz po dro­dze, bo miniemy ich wszyst­kich. Chodźmy więc, mężu. Przejdźmy obok nich.

-?U cie­bie zawsze za dużo słów.

-?Co dokład­nie tobie powie­dział?

-?Nic nie powie­dział. Nie sły­sza­łaś? Nie jestem już godzien sły­szeć brzmie­nia jego głosu. Puścił posłańca. "Mam wie­ści z pałacu. Łaska może jesz­cze opro­mie­nić ród Komu­ono". Może jesz­cze opro­mie­nić ród Komu­ono? Mój dzia­dek w poje­dynkę wyzwo­lił Uaka­di­szu w...

-?W pierw­szej woj­nie. Tak, mężu. Może w tym tkwi pro­blem.

-?Patrz­cie na tę kobietę, teraz zmie­niła się we wróżkę.

-?Mężu, ani ty, ani on nie jeste­ście mło­dzi, więc z pew­no­ścią pamię­tałby, jak nasz król siłą zajął Kon­gor.

-?I?

-?Szlachta uro­dzona w Fasisi, żyjąca w Kon­go­rze. Nie­które wdowy miesz­kają przy tej ulicy.

-?Nie bądź głu­pia, kobieto. Połą­cze­nie impe­rium to naj­lep­sze, co przy­tra­fiło się Kon­go­rowi.

-?Ale oni się nie połą...

-?Nie bądź głu­pia, powia­dam. Kon­gor to nie Bornu. Wsku­tek swo­jej bez­czel­no­ści kró­le­stwo to zostało wyma­zane z pamięci. Z tego miej­sca ni­gdy nie pod­nio­sły się głosy prze­ciwko kró­lowi. Tym­cza­sem to gówno sza­kale nie ma nawet dość sza­cunku, by wysłać wia­do­mość, że jest pilna sprawa. Zwie­rzył się z tego swo­jemu słu­dze. Posłań­cowi, żono! Posłań­cowi!

-?Mężu, trzy lata cze­ka­li­śmy na te wie­ści. Kogo obcho­dzi, jaką drogą przy­były?

-?Czy zawsze musisz zdra­dzać swoje niż­sze uro­dze­nie?

Sogo­lon czeka na szybką odpo­wiedź od pani, na coś krót­kiego i ostrego, by zatrzy­mać kolejne słowa w ustach pana. Nic nie nad­cho­dzi. W prze­strzeni robi się tak cicho, że Sogo­lon zasta­na­wia się, czy któ­reś z nich nie ode­szło. Drży nagle na myśl, że ktoś skrada się za jej ple­cami.

-?Cóż, mężu, następ­nym razem wychło­staj posłańca, jeśli chcesz.

-?To nie będzie ostatni, któ­rego dzi­siaj wychłosz­czę, tego możesz być pewna. Jak bez­dom­nego psa, tak mnie trak­tują. Jak bez­dom­nego psa.

-?Mężu, oka­zu­jesz mądrość we wszyst­kich spra­wach. Skoro chcą, żeby­śmy byli psami, bądźmy psami. Nie będą wie­dzieć, kiedy ugry­ziemy.

Kolejna prze­rwa. Sogo­lon wie, że pan w końcu usły­szał coś, z czego może zro­bić uży­tek. Nie­wiele wie o męż­czy­znach, ale wystar­czy, by odgad­nąć, co będzie dalej.

-?Trak­tują nas jak kun­dli? Czy tak jest? Bądźmy więc kun­dlami. Niech wie­dzą, że ten kun­del potrafi kąsać i poleje się krew!

-?Jakże mądry to czło­wiek, mój mąż -?odpo­wiada pani. -?Odziejmy się w biel. Weź szty­let.

Pani i pan nie mówią nikomu, dokąd idą. Jeśli ludzie, do któ­rych idą, stoją nisko, to my sto­imy jesz­cze niżej i nie zasłu­gu­jemy na żadne wyja­śnie­nie, tłu­ma­czy kucharka. Sogo­lon czeka do zmroku, by wyru­szyć na poszu­ki­wa­nie chłop­ców wal­czą­cych na kije. Patrzy z ukry­cia tak długo, aż męż­czy­zna krzyk­nie, że nade­szła pora, aby zakoń­czyć dongę, i wszy­scy odcho­dzą. Tym razem ktoś zosta­wia kij w pyle. Jak zło­dziej, który nie może uwie­rzyć w swoje szczę­ście, tak wła­śnie Sogo­lon go chwyta. Powinna teraz uciec do domu, wie to. Uciec, nim wróci ten, który zapo­mniał kija. Ale nie umie odejść. Przy­kuca nisko, gepard w buszu, wyska­kuje w powie­trze i wal­czy z ciem­no­ścią.

Nauczyła się nazy­wać dni i liczyć księ­życe, wie zatem, że minęły cztery księ­życe, odkąd zamiesz­kała w tym domu. Dzień wcze­śniej doli­czyła do końca czwar­tego, a teraz sie­dzi w sali powi­tal­nej, zasta­na­wia­jąc się, co przy­nie­sie ten piąty, gur­ran­dala, ostatni w roku. Led­wie sześć dni wcze­śniej słońce przy­nio­sło jej ocię­ża­łość wraz z opu­chli­zną i krwią, co napeł­nia ją wyłącz­nie zatro­ska­niem, bo nawet w tym domu krew mie­sięczna ozna­cza, że prze­zna­cze­niem jest roz­mna­żać się. Pan wpraw­dzie ni­gdy na nią nie patrzy, ale nie zapo­mniała słów pani, która powie­działa, że wraz z jej przy­by­ciem do tego domu być może pew­nego dnia poja­wią się dzieci. Kucharka widzi, że Sogo­lon zacho­wuje się oso­bli­wie, ale zamiast wypy­tać o jej kło­pot, daje jej tro­chę liści i obie zacho­wują mil­cze­nie. Sogo­lon z nadzieją. Wiele jest spo­so­bów, aby opi­sać kobietę, ale jak krew się pokaże, zostaje tylko jeden.

Nie ma czasu, mówi pani. W isto­cie nie ma czasu, aby zabrać cię do tuczarni, bo wygląda na to, że jesteś za stara i już za późno. Więc zabra­nia jej goto­wać, mówiąc, że jej ręce powinny być użyte do deli­kat­niej­szych celów. Ozna­cza to cze­sa­nie pani. Włosy są szorst­kie tam, gdzie jej wydają się gład­kie, i za każ­dym razem, gdy grze­bień grzęź­nie na koł­tu­nie, pani bije Sogo­lon po rękach. Ale to także spo­sob­ność, by poświę­ciła czas na szko­le­nie dziew­czyny, poza wyty­ka­niem jej, co robi źle. Stań wypro­sto­wana, wysuń i pod­cią­gnij bio­dra, jak­byś chciała, żeby się­gnęły klatki pier­sio­wej. Teraz idź. Iloma pal­cami pod­no­sisz chleb? Dwoma, głu­pia, nie trzema. Wiem, że w następ­nej kolej­no­ści będziesz wygar­niać mięso. Pokażę ci, jak jeść surową koź­linę w odróż­nie­niu od goto­wa­nej i kiedy którą wybrać. Pochyl się do pod­łogi, dziew­czyno, kolana razem. Nie klę­kaj, nie wypi­naj się, a już na pewno nie kucaj, nikt nie chce cię widzieć w poło­że­niu, jak­byś miała się wysrać. Tylko sie­bie posłu­chaj, z pochy­la­niem u cie­bie ciężko. To nie ma być łatwe. Jesz­cze nie wiesz, ile twoje nogi będą musiały unieść, a już jęczysz, że dźwi­gasz powie­trze. A teraz roz­czesz mi włosy.

-?Tak, pani.

Sogo­lon cze­sze, ale ona chwyta ją za rękę.

-?Pan patrzy na cie­bie?

-?Nie.

-?Nie przy­cho­dzi do cie­bie? W nocy, dziew­czyno, czy nie przy­cho­dzi do cie­bie?

-?Nie, pani.

-?Dziwne. Zasta­na­wiam się, dokąd cho­dzi. Może mówisz prawdę. Oba­wiam się, że nazbyt zawsty­dzony, by kie­dy­kol­wiek do cie­bie przyjść.

-?Czy mam coś z tym zro­bić?

-?Na bogów, nie. To wła­śnie wstyd i poczu­cie winy trzy­mają go pod pan­to­flem -?mówi pani ze śmie­chem. Potem dodaje: -?Ale jeśli do cie­bie przyj­dzie, nie odma­wiaj mu.

-?Prze­pra­szam?

-?Sły­sza­łaś. Ten męż­czy­zna jest twoim panem, dziew­czyno. Nie pozwól sobie o tym zapo­mnieć.

Pierw­szej nocy księ­życa gur­ran­dala umyła się, myśląc, że pój­dzie do ulicz­nej dongi. Od dnia peł­nego słońca woda cie­pła nawet w głę­boką noc. Kucharka i nie­wol­nica nie myją się, więc komora pusta, trzy ściany z trzech stron z otwo­rem wycho­dzą­cym na podwó­rze na tyłach. Zbu­do­wana mię­dzy spi­chle­rzem a kuch­nią, co może ozna­czać wiele, ale głów­nie, że żaden męż­czy­zna nie zoba­czy kobiety w chwili intym­nej. Bo żaden męż­czy­zna, a już na pewno żaden o takiej pozy­cji jak pan, ni­gdy nie zbli­żyłby się do kuchni ani spi­chle­rza. Pani Komu­ono powie­działa to gło­śno pew­nego dnia i odtąd pan nie przy­cho­dzi do tych pomiesz­czeń. Jest Nanil, która zabiera się gdzie indziej, kiedy zbliża się pora­nek. Pani dokłada sta­rań, by komora była miej­scem pięk­nym i z wyraź­nym prze­zna­cze­niem, ze wzo­rem ze zło­tych monet w rzę­dzie, potem z muszli, potem znów ze złota i tak dalej. Pod­łoga, wyrżnięta z kamie­nia, jest gładka, a u szczytu środ­ko­wej ściany, wzno­szą­cej się tuż nad głową Sogo­lon, znaj­duje się cienki, wydrą­żony bam­bus, przez który spływa woda. Więc się myje. Dłu­żej, bo noc późna i wszy­scy śpią. A kiedy koń­czy się myć, w komo­rze uka­zuje się widok. Jej samej.

Kucharka powie­działa, że ponad sie­dem księ­ży­ców temu pani kupiła duży srebrny talerz, ale nie po to, by poda­wać obfite jedze­nie. Powie­siła go w komo­rze kąpie­lo­wej, żeby kobieta mogła zoba­czyć sie­bie. Sogo­lon nie potrafi odgad­nąć, dla­czego jaka­kol­wiek kobieta chcia­łaby widzieć sie­bie przy myciu, ale teraz patrzy. Długo po wyj­ściu spod strugi wody cią­gle w komo­rze, zapa­trzona. Panna Azora dokła­dała sta­rań, żeby w żad­nym z jej poko­jów nie było niczego, co odbi­ja­łoby obraz, ina­czej męż­czy­zna mógłby stra­cić zapał na widok swo­jego sfla­cza­łego ciała lub brze­mie­nia swo­jej winy. Ale to miej­sce wolne od męskich spoj­rzeń. Więc Sogo­lon patrzy. Opusz­cza głowę, by zoba­czyć włosy, się­gają pra­wie do ramion, ale zaraz zwi­nie je w kędziory. I twarz, dzięki któ­rej zga­duje, ile ma lat, tyle że to pani Komu­ono wpierw zga­dła. Kucharka mówi do pani: Na pewno nie ma wię­cej niż dzie­sięć i jeden rok. Na co pani odpo­wiada: Nie, umysł nazbyt prze­bie­gły jak na kogoś tak mło­dego, ale zbyt surowy i zbyt dużo serca w niej i zbyt mało rozumu, by mogła mieć wię­cej niż dzie­sięć i pięć lat. Zatem dzie­sięć i trzy, Sogo­lon szep­cze do samej sie­bie w przy­ćmio­nym lustrze. W sła­bym świe­tle pochodni nie dostrzega za wiele. Wła­sne kształty wciąż dla niej obce, z ramio­nami przy­po­mi­na­ją­cymi mło­dego wojow­nika z kijem. Wąska talia i wąskie bio­dra, nie takie, by obie­cać męż­czyź­nie osiem dzieci. Nogi wyglą­dają na chętne do nie­bacz­nego biegu. Świa­tło pochodni pada na piersi, na które patrzeć ni­gdy Sogo­lon nie miała powodu, ale przy­ła­pała panią na patrze­niu, nie­je­den raz, podej­rze­wa­jąc, że myśli o panu. Naprawdę chcia­łaby go sobie przy­po­mnieć i to, jaką roz­mowę przy­niósł do pokoju u panny Azory, nim go uci­szyła. Coś prze­myka podwó­rzem i serce Sogo­lon ska­cze do gar­dła. Kot.

Oto dziew­czyna, patrzy na sie­bie. Sogo­lon dotyka szyi, piersi, dotyka koo i myśli o znów dobie­ga­ją­cych ją sło­wach pani. Dotyka z czu­ciem każ­dego miej­sca swego ciała, by spy­tać: Jaki z cie­bie uży­tek? Nanil, nie­wol­nica, mówi, że jej ciało prze­zna­czone do rodze­nia mnó­stwa dzieci. Kucharka mówi: Po tej małej kur­wie nie­wol­nicy już zaczyna być widać, ale pani nie wygna jej z domu, nawet jakby pan tego zażą­dał. Jak moż­liwe, że ta kobieta nie postę­puje tak, jak życzy sobie jej męż­czy­zna?, pyta Sogo­lon kucharkę. Bo on nie ma woli, a w Fasisi, gdzie pan i pani się pobrali, panna młoda może zatrzy­mać swój posag, jeśli chce, więc pan oprócz woli nie ma też majątku.

Trzy kobiety. Pani, kucharka i nie­wol­nica. Sogo­lon pod­pa­truje wszyst­kie trzy i myśli, że nie cho­dzi o to, kim się jest, ale czego się chce. Pani chce, aby pew­nego dnia nade­szło dobre słowo, i wtedy będzie mogła wró­cić do Fasisi bez utraty twa­rzy. Czeka na to każ­dego dnia, nasłu­chu­jąc sła­bego bicia bęb­nów, wypa­tru­jąc smar­ka­tych herol­dów mija­ją­cych jej dom lub gołębi prze­la­tu­ją­cych nad głową, ale ni­gdy nie osia­dają na jej dachu. Kucharka nie chce niczego wię­cej jak goto­wać i śmiać się z ludzi. Czego chce nie­wol­nica, tego Sogo­lon nie wie. Czego Sogo­lon chce, tego Sogo­lon też nie wie. Być może chce roz­ma­wiać, uciec, iść na Wieżę Kro­gulca, na sam szczyt, i spoj­rzeć aż na kra­niec świata. Mówi o tym kucharce, bo musi komuś powie­dzieć, ale w zamian dosta­nie tylko takie słowa: Posłu­chaj, dziew­czyno. To dla­tego, że ty nie­przy­spo­so­biona. Nie mia­łaś matki, co by cię wycho­wała. Sogo­lon słu­cha tego, ale sły­szy: "Żadna matka nie wycho­wy­wała, by można ją było spy­tać, po co mnie wycho­wu­jesz". Patrzy na sie­bie i drży na myśl, że raduje się dzięki tym kobie­tom, bo nie ma matki.

Myśli też o kocie, który wła­śnie prze­biegł podwó­rzem, który żyje tylko po to, by jeść, sikać, srać, tak jak pan. Ale jej koo to dziura, a on ma coś, co może do niej wło­żyć. Wygląda na to, że pani nie chce dzieci, ale nie prze­szka­dza jej ich robie­nie. Ona i pan toczą o to wojnę mniej wię­cej co ćwierć księ­życa. Poza tym pan rucha Nanil dopóty, dopóki nie zaczyna wyglą­dać, jakby jej prze­szka­dzało. Wtedy napiera moc­niej. Sogo­lon stoi w komo­rze zbyt długo, noc staje się głęb­sza, ciem­niej­sza. Pró­buje myśleć o tym, czego chce, ale tylko po to, by mieć myśli o panu sta­ją­cym jej na dro­dze do celu. Chce się ruszyć. Nie wie, co to zna­czy, ale chce się ruszyć. Chce, żeby ludzie znali ją tylko po śla­dach.

"Kto ci powie­dział, że możesz chcieć?", pyta głos z jej wnę­trza. Żadna kobieta w Kon­go­rze nie może chcieć. Pew­nego razu usły­szała, jak w sali powi­tal­nej pan powie­dział innemu męż­czyź­nie, że są ludzie, któ­rzy brze­giem Morza Pia­sków jeż­dżą na koniach i dziw­nych bestiach, i twa­rze pokry­wają zasłoną, a ręce zna­kami cza­row­nic, i cza­sem męż­czy­zna miłuje męż­czy­znę lub zwie­rzę, któ­rego dosiada, cza­sem ich sio­strę. Ale żad­nej kra­iny nie nazwą domem. Nie sieją zboża i nie budują twierdz i nawet gdy stoją w miej­scu, poru­szają się powoli. Sogo­lon wła­śnie taka. Poru­sza się powoli, sto­jąc w miej­scu. Widzi to i to wie. Już się poru­szała, bie­gła, odcho­dziła, przy­cho­dziła, zni­kała, pędziła, szła, wyśli­zgi­wała się, wszystko to ruch.

Ja nie kurwa, mówi Sogo­lon każ­demu, kto słu­cha. Ale że zło­dziejka, tego w ogóle nie mówi. Kiedy opu­ściła pannę Azorę, wzięła wszystko, co zabrała męż­czy­znom, i od tam­tej pory co noc, kiedy Nanil wstaje, aby pójść do pana, wyciąga worek z kry­jówki, spod oblu­zo­wa­nej płytki posadzki w kącie pokoju, w któ­rym śpi. Pod płytką leży tro­chę jej odzie­nia, a na nim szmata sztywna od zakrze­płej krwi. Krew mie­sięczna, szep­nęła raz do nie­wol­nicy, żeby ta lub każdy inny, komu by powie­działa, nazbyt się brzy­dzili szpe­rać pod spodem. Cza­sem Kon­go­ryjki biorą dziwne rze­czy za prawdę, takie jak to, że jeśli dotkniesz krwi mie­sięcz­nej innej kobiety, będziesz bez­płodna do końca swo­ich dni. A dni tego życia to jedyne, o czym myśli Sogo­lon. Odkąd zaczęła liczyć dni, potem ćwierci księ­życa, potem księ­życe całe, potem to, co poza księ­życami, wybiega myślą naprzód i prze­czuwa, że nikt poza nią samą nie zrobi dla niej niczego, choć prze­cież jest na łasce życz­li­wo­ści swo­jej pani. Życz­li­wość to słowo, któ­rego używa pani Komu­ono, nie Sogo­lon. Bo ona na łasce przy­jem­no­ści, ot co. Przy­jem­no­ści.

Gorąca noc w don­dze. Demony upału, co prze­ga­niają deszcz i kru­szą koryto rzeki, spa­dają na mia­sto przed pierw­szym brza­skiem i do połu­dnia nawet drogi leżą zapo­cone. Taki dzień, kiedy zwie­rzęta albo padają, albo bie­gną do brud­nej wody, kiedy ludzie nie mają nic innego do roboty, jak sie­dzieć w cie­niu i kląć, że cień nie powstrzy­muje nie­wi­dzial­nego ognia, a starcy wywra­cają oczami do środka, jakby konali. Noc przy­nosi tylko nie­za­do­wo­le­nie, bo gdy świa­tło odcho­dzi, nie zabiera ze sobą spie­koty. Pani poszła do swo­jej sio­stry, a pan zasy­pia dopiero po tym, jak kucharka natrze go napa­rem z liści, który doj­rze­wał tygo­dniami, aż zaczął sma­ko­wać jak wino. Reszta domow­ni­ków musi sobie radzić. Nikt tak naprawdę nie śpi, każdy zaj­muje się sobą i nikim innym. Sogo­lon owija się tka­niną i wycho­dzi głów­nymi drzwiami pro­sto w noc, wal­cząc z zawie­siną gęstego, męt­nego powie­trza, aż dociera do celu.

Zaj­muje miej­sce, a pot spływa jej po twa­rzy i odzie­niu, mię­dzy pośladki i po nogach, napa­wa­jąc lękiem, że ścieka na zie­mię. Ludzie ście­rają pot z powiek, żeby ich nie ośle­pił, i po całej don­dze roz­cho­dzi się ohydny smród. Toczą się kolejno trzy walki, dwie w stylu zwa­nym kon­go­ryj­skim i jedna w stylu zachod­nim. Zachodni styl naj­mniej się Sogo­lon podoba. Dwaj chłopcy wska­kują do kręgu i ata­kują, sieką, młócą, chla­stają i walą, uży­wa­jąc jedy­nie siły, dopóki słab­szy nie chwyci się za krwa­wiące czoło i nie przej­dzie od zada­wa­nia do paro­wa­nia cio­sów. Sil­niej­szy wali i wali, aż drugi prze­staje blo­ko­wać. Prze­staje się ruszać. Donga cich­nie, gdy odcią­gają chłopca, po czym w jed­nym naroż­niku wybu­chają wiwaty. Siłacz zwy­cięża co noc. Lecz nie­lu­biany prócz tego naroż­nika. Bie­gną, by go chwy­cić, wziąć na ramiona, gdy nagle ktoś krzy­czy. Czło­wiek, któ­rego Sogo­lon ni­gdy nie widziała, wycho­dzi z tłumu na śro­dek kręgu. Sogo­lon nie zwraca uwagi na wła­sne myśli i przy­suwa się bli­żej.

Męż­czy­zna ma nie­bie­ską spód­nicę zawią­zaną wysoko w pasie i spły­wa­jącą poni­żej kolana. Nakry­ciem głowy lwia grzywa. Stoi dumny i prze­ma­wia w języku nie­zna­nym Sogo­lon. Dziew­czyna jesz­cze bli­żej, wśród męż­czyzn w ciem­niej­szej czę­ści placu, mocno naciąga koc na głowę. Siłacz wska­kuje z powro­tem na arenę, macha­jąc do tłumu, by wiwa­to­wał, ale okrzyki i wrza­ski docho­dzą tylko z jego naroż­nika. Ten nowy kręci głową i się śmieje. I jesz­cze: ma dwa kije. Długi, trzy­many pośrodku, drugi krót­szy. Siłacz krzy­czy, że może mieć dzie­więć­dzie­siąt i dzie­więć kijów, a i tak ponie­sie tylko jedną porażkę. Sędzia rzuca się na śro­dek, lecz siłacz odpy­cha go na bok. Zaczyna zawo­dzić i ata­kuje nowego. Tłu­cze, tłu­cze i tłu­cze, z góry, z dołu, ale tam­ten blo­kuje wszystko jedną ręką. Jeśli tylko blo­kujesz ude­rze­nia, prze­gry­wasz, jed­nak męż­czyzna śmieje się, jakby zwy­cię­żał. Potem kręci takiego młynka, że kij roz­mywa się w powie­trzu, a każde ude­rze­nie siła­cza odbija się i tra­fia go w twarz, w usta. Siłacz klnie. Zama­chuje się i bije, lecz męż­czyzna paruje cios i doska­kuje, paruje i pląsa. Siłacz cofa się, by natrzeć z impe­tem, nowy blo­kuje atak i tra­fia go w twarz krót­szym kijem. Tuż obok ust. Siłacz pluje krwią. Wska­kuje w wir walki i ude­rza, ale grzmoci w zie­mię, nie w czło­wieka. Nowy podry­guje, hasa, har­cuje wokół jak komar. Siłacz pró­buje reago­wać rów­nie szybko, ale upada dwa razy. Nowy odwraca się i pod­nosi ręce do tłumu, jakby wygrał. Zebrani ryczą, jakby wygrał. Sogo­lon spo­gląda w lewo i widzi męż­czyznę patrzą­cego na nią. Nowy chło­nie wiwaty, jak skóra ich wszyst­kich chło­nie spie­kotę.

-?Koc na lato? Gorąco dla cie­bie za mało gorące?

Sogo­lon nie odpo­wiada.

-?Ty nagroda? -?dopy­tuje.

Sogo­lon odcho­dzi.

Nowy wciąż pod­bu­rza tłum, a tłum kocha tego, który dał się polu­bić. Siłacz wstaje. Nawet Sogo­lon myśli: Bądź jak lew w buszu, głup­cze. Ale siłacz silny tylko w ciele. Szar­żuje z rykiem, nowy ani drgnie. Tam­ten ata­kuje z kijem wycią­gnię­tym jak dzida. Sogo­lon wstrzy­muje oddech. Nowy nawet się nie odwraca, stoi jak wryty, aż nagle w oka­mgnie­niu osuwa się na zie­mię i wci­ska mały kij mię­dzy stopy siła­cza. Siłacz pada ciężko na twarz i zastyga. Dłu­gie wiwaty, tam­ten cią­gle nie­ru­chomy, wresz­cie ludzie z jego naroż­nika go odcią­gają. Nikt poza Sogo­lon nie sły­szy, jak poko­nany krzy­czy, że nie może poru­szyć niczym niżej szyi. Sogo­lon odcho­dzi, ale widzi, że podąża za nią męż­czy­zna, który ją wypy­ty­wał. Bie­gnie w głąb uliczki, skręca w prawo i w lewo.

Kiedy dociera do domu, tam cisza. Pani jesz­cze nie wró­ciła od sio­stry, więc chyba została na noc. Pan, będąc panem, naj­pew­niej dzię­ko­wał bogom za sen we wła­snym łóżku. Głowa Sogo­lon za bar­dzo roz­ko­ja­rzona, by zasnąć. Pan i pani mają tylko cztery drzwi w tym domu: duże wej­ście, sypial­nia, tylne wyj­ście i pań­ska biblio­teka. Dziew­czyna prze­szła przez sypial­nię wię­cej niż raz, wię­cej niż pięć razy, ale ni­gdy nie zna­la­zła w niej nic inte­re­su­ją­cego. Od pań­skiej biblio­teki trzy­mała się dotąd z dala. Ale teraz noc i wszy­scy śpią. Więk­szość pomiesz­cze­nia taka jak każde inne w domu, prze­waż­nie pusto, tylko tka­niny, mate­riały, pufy i stołki. W pobliżu jedy­nego okna znaj­duje się coś przy­kry­tego bia­łym płót­nem. Sogo­lon wie, co to jest, bo kucharka mówi o tym za każ­dym razem, kiedy chcia­łaby, żeby odmie­nił się jej los.

Dziew­czyna prze­suwa dło­nią po płót­nie. Czuje, że coś przy­ciąga od spodu, i przez moment boi się, że jakiś zwierz zastygł nie­ru­chomo. Chwyta płótno obu­rącz i szar­pie. Pan trzyma boli w domu, mówiła kucharka. Sogo­lon odska­kuje na ten widok, bo boli wygląda jak zwie­rzę. Cztery małe nogi pod­trzy­mu­jące okrą­gły i gruby tułów jak u mło­dego hipo­po­tama. Kiedy pod­cho­dzi bli­żej, nogi bar­dziej przy­po­mi­nają stoł­kowe. Ale kształty wciąż jak u zwie­rzęcia. Boli ma garb na grzbie­cie i wypu­kłość z przodu uda­jącą łeb. Łeb okrą­gły na podo­bień­stwo garbu, pozba­wiony cech jakie­go­kol­wiek zwie­rzęcego łba. Boli jest gruby, szorstki z wierz­chu, jak błoto spę­kane pod wpły­wem słońca lub stara skóra. Inny niż rzeźby, które Sogo­lon widzi w całym domu, niż fetysz albo ciało boga pod posta­cią zwie­rzęcia. Wygląda, jakby bóg nie dokoń­czył dzieła stwo­rze­nia. Lecz kucharka i nie­wol­nica tak o nim szep­czą, że nie­chyb­nie jest wspa­niały i straszny. Dla­tego Sogo­lon go dotyka.

-?Moc może prze­nik­nąć i cię ośle­pić.

Sogo­lon drgnęła. Odska­kuje szybko, ale nie ma dokąd uciec. Pan stoi w drzwiach. Ona garbi się i pochyla głowę. On wcho­dzi, nie patrząc na nią.

-?Albo zro­bić z cie­bie głu­pią, bo myślisz, że podo­łasz.

Idzie do boli i dotyka garbu.

-?Kiedy boli przy­był tu pierw­szy raz, był tylko kawał­kiem drewna zawi­nię­tym w płótno. A spójrz teraz, hę? Dzie­sięć i dzie­więć lat skła­da­nia ofiar bogom. Glina, pia­sek, zie­mia, gówno i mate­ria, o któ­rej żaden przy­zwo­ity język nie powi­nien roz­pra­wiać -?dodaje ze śmie­chem.

To pierw­szy raz, kiedy coś do niej mówi, i Sogo­lon wie, że naj­le­piej nie odpo­wia­dać. Nawet "Tak, panie".

-?Ja... ja...

-?Jesteś tylko zło­dziejką?

-?Nie.

-?A więc chcesz cap­nąć boli dla sie­bie?

-?Nie, panie.

-?Nawet nie wiesz, co to jest i dla­czego mia­ła­byś to zro­bić. Czym jest przed­miot pełen mocy dla kogoś mocy pozba­wio­nego?

Pan Kumu­ono zaczyna gła­skać boli.

-?Niech twoja głowa postara się zro­zu­mieć -?mówi. -?Nyama świata, co wcho­dzi do two­jego nosa i z niego wycho­dzi, kiedy oddy­chasz, przy­nosi opady desz­czu i suszę, które z kolei dają i odbie­rają życie, a wszystko to spo­tyka się razem w boli. Bogo­wie przy­glą­dają się wszech­rze­czy i wci­skają ją w to, jak garn­carz ści­ska glinę. To chroni ducha, rozu­miesz? Utrzy­muje nyama dla wspól­noty.

-?To nie wspól­nota -?odpo­wiada Sogo­lon. -?To twój dom.

Poświata księ­życa pada na jego zmarsz­czone czoło.

-?Nie wszystko należy się wszyst­kim -?mówi. -?Do mnie.

Sogo­lon prze­suwa się nieco w stronę drzwi, ale zaraz przy­staje.

-?Nie powta­rzam pole­ceń we wła­snym domu, rozu­miesz?

Pod­cho­dzi do niego, ale zatrzy­muje się, gdy stopą dotyka dywanu. W poło­wie drogi od jego palca przy­wo­łu­ją­cego ją, by się zbli­żyła.

-?Jak mogłem cię mieć, skoro cię nie pamię­tam?

Sogo­lon nie odpo­wiada.

-?Spę­dzi­łaś tyle dni jako pupilka mojej żony, aż zapo­mnia­łaś, że twoje zaję­cie to się kur­wić. Jakąż to szczę­ściarą jesteś, żeby zosta­wić pannę Azorę tuż przed tym, gdy ktoś wdarł się do jej domu i ją zabił. Zła­mał jej kark jak patyk.

Sogo­lon stęka. Nie wie­działa, co stało się z panną Azorą tam­tej nocy, i nie miała kogo spy­tać. Pani naj­wy­raź­niej nie dba, co zro­bił potwór.

-?Chcesz się zna­leźć w obec­no­ści boli. Wejdź więc w jego krąg.

Sogo­lon wraca na miej­sce, w któ­rym stała, nim pan wszedł. Od tego czasu księ­życ się prze­su­nął i teraz okrywa posą­żek sre­brem. Pan każe jej dotknąć grzbietu. Gdy po chwili Sogo­lon cofa dłoń, palce ma mokre.

-?Krew kozy, na całym grzbie­cie. I tro­chę krwi kur­czaka. Rozu­miesz? Nie możesz dodać niczego, co nie jest ofia­ro­wa­niem. Żeby dał tobie, musisz ty wpierw dać jemu, a żebyś mogła dać, musisz odjąć od sie­bie. Co zamie­rzasz dodać? -?pyta.

Sogo­lon patrzy na niego.

-?Myślisz, że twoje spoj­rze­nie to odpo­wiedź?

Odwraca się z powro­tem do boli. Mówi panu, że może pójść do kuchni i wró­cić z kil­koma orzesz­kami kola, które prze­żuje i któ­rymi splu­nie na boli, bo sły­szała, że nie­któ­rzy bogo­wie trak­tują to jako ofia­ro­wa­nie.

-?Za moje pie­nią­dze te orzeszki. I to ma być twoja ofiara?

Sogo­lon odsuwa się od boli, a on cofa się razem z nią.

-?Two­jej pani zależy tylko na tym, żeby znowu wezwano ją na dwór, rozu­miesz? Żyje jedy­nie po to, by pew­nego dnia kró­lew­ski dom Aku­mów oka­zał jej łaskę. Nie­ważne, że to przez jej zatrute usta zosta­li­śmy wygnani.

Sogo­lon chwyta płótno, by przy­kryć boli.

-?Nie­ważne. Precz.

Odwraca się, by odejść jak naj­szyb­ciej.

-?Jesz­cze jedno -?mówi pan. -?Woda do mycia jest na dwo­rze, przy spi­chle­rzu. Nie przy­chodź tu znowu, śmier­dząc jak donga.

Nie zacho­wuj się, jak­byś się trzę­sła. Dygo­czesz, ale się tak nie zacho­wuj, powta­rza Sogo­lon w duchu.

-?Spójrz na mnie i na mój nastrój, który każe mi powie­dzieć to z odro­biną dobroci. Od pierw­szego razu, kiedy wyszłaś, sze­dłem za tobą. A może to był drugi raz albo trzeci, może nawet dzie­siąty? Prędko rozum mi pod­szep­nął, spójrz na tę kurwę wycho­dzącą ze swoją nie­za­spo­ko­joną naturą. I patrz, gdzie cię zna­la­złem. Teraz nie muszę nawet cię śle­dzić, skoro przy­cho­dzisz tutaj, cuch­nąc męż­czy­znami.

Sogo­lon tylko stoi. Nie odwraca się.

-?Lubisz patrzeć, kiedy męż­czyźni rzu­cają się na sie­bie jak wście­kłe psy? Czy to cię roz­pala, dziew­czyno? Czy gar­niesz się do męż­czy­zny odzia­nego tylko w swoją skórę?

Sogo­lon na­dal odwró­cona ple­cami.

-?Kaza­łem ci iść precz.

Nie zdąży zro­bić pię­ciu kro­ków, gdy cios w tył głowy powala ją na zie­mię. Pan rzuca rzeźbę, a potem rzuca się na dziew­czynę, kiedy w jej gło­wie wszystko wiruje. Chwyta ją za ramię i prze­kręca na plecy. W gło­wie Sogo­lon na­dal wiro­wa­nie, co nie chce ustać. Pan mówi coś, ale brzmi to jak wark­nię­cie. W gło­wie wresz­cie się uspo­kaja, on chwyta ją, by zerwać odzie­nie. Górna część nie chce puścić, on szar­pie za płótno i szar­pie, szar­pie dziew­czynę i szar­pie. Sogo­lon pró­buje go ode­pchnąć, lecz on ją ude­rza. Ona łapie oddech, chce krzy­czeć, wtedy on mówi: Krzyk­nij, to wyle­cisz na ulicę, nim jesz­cze wzej­dzie słońce, rozu­miesz? Ona zaci­ska nogi, on jedną ręką chwyta ją za szyję, drugą i kola­nami pró­buje otwo­rzyć jej uda. Ona jęczy i sza­mo­cze się, wyrywa dłoń i dra­pie go po szyi. On znowu war­czy i ude­rza ją pię­ścią w twarz. Zamro­czona zbyt długo, Sogo­lon zamro­czona zbyt długo. Stara się go zepchnąć, prze­krę­cić się, ale już pod­cią­gnął jej koszulę, gotów wetrzeć się w jej skórę. Zaprze­stań walki, nie jesteś stwo­rzona do zwy­cięstw, mówi i zata­pia w niej swój palec. Ona zamyka oczy i chce myśleć o czymś naj­gło­śniej­szym, naj­dzik­szym, naj­do­no­śniej­szym na świe­cie. Będzie to burza z chmu­rami sza­rymi i kotłu­ją­cymi się jak kro­wie mleko w kawie. Deszcz, co spada i zalewa pastwi­sko. I wiatr, co świsz­cze, potem wyje, potem ryczy, potem zmiata drzewa, dom, uprawy, błę­kitne niebo, zie­mię i Wieżę Czar­nego Kro­gulca, odry­wa­jąc posąg od pod­stawy, spra­wia­jąc, że kamienny ptak wzla­tuje. Char­kot jeden i drugi roz­wie­rają jej powieki. Wiatr, ten szep­czący demon, wzbija papiery na stołku, unosi płótno jak żagiel, potem pozwala mu opaść łagod­nie i prze­śli­zguje się obok boli, ucieka przez okno.

Naprze­ciw Sogo­lon jej pan, z głową tuż pod sufi­tem, ple­cami przy­warty do ściany, nogi luźno, jakby uno­siły się w wodzie, ramiona roz­dy­go­tane, ręce pró­bu­jące przy­trzy­mać się powie­trza. A z klatki pier­sio­wej ster­czy belka ścienna ostra jak grot strzały.

3

Bezila nathi. Opła­kują razem z nami. Do wie­czora dnia następ­nego naj­star­sza sio­stra pani Komu­ono odło­żyła na bok mnó­stwo zadań, któ­rych wypeł­nie­nia bogo­wie ocze­kują, bo chce ofia­ro­wać swoje otwarte serce sio­strze pogrą­żo­nej w żało­bie. Kobieta ta niska tam, gdzie pani wysoka, i gruba z przodu, a pani tylko sze­roka w bio­drach, i każdy, kto na nią patrzy, powie­działby: Chwała bogom, bo pobło­go­sła­wili cię kolej­nym potom­kiem. Pani nie ma dzieci, więc sio­stra przy­pro­wa­dza dzie­więć wła­snych, sami chłopcy, naj­star­szy skro­bie głową nad­proże, naj­młod­szy zosta­wia za sobą smród dzie­cię­cego gówna w każ­dym pomiesz­cze­niu, do któ­rego zacho­dzi. Od trzech do sze­ściu pła­cze, od dwóch do trzech krzy­czy, osiem lub dzie­więć wyje, czwórka albo piątka się śmieje, a co naj­mniej dzie­sięć razy ktoś wrza­śnie, Natych­miast prze­stań! Co to za żałoba.

Sio­stra oznaj­mia wszyst­kim w domo­stwie, że przy­szła wziąć na swoje barki brze­mię smutku swo­jej sio­stry. Cóż to za brze­mię, chwała niech będzie bogom, wszy­scy wie­dzą, jak wiele musi być zro­bione. Dla­tego codzien­nie domaga się fufu, tak z ignamu, jak i bata­tów, trzech rodza­jów zupy, dwóch kur­cza­ków każ­dego ranka, świe­żej koź­liny i kle­iku z prosa, bo wszy­scy jej syno­wie prócz jed­nego nie­na­wi­dzą smaku sorgo. I żaden posi­łek nie może być za gorący, bo cię spo­licz­kuje, ani za zimny, bo karą uszczyp­nię­cie. Kucharka mówi, żeby wszystko było cie­płe jak dzie­cięce siki, a cała dzie­siątka będzie szczę­śliwa, i oka­zało się prawdą. Pani nic nie je.

Pani Komu­ono. Jako druga zna­la­zła trupa, kiedy już nie­wol­nica wstała o świ­cie z pod­łogi w kuchni i zakra­dła się do biblio­teki, by zro­bić to, do czego zawsze wzy­wał ją pan. Wrza­snęła, budząc cały dom. Pani, wró­ciw­szy od sio­stry, gdzie było chłod­niej, ale nazbyt gło­śno, by spać, bo wszyst­kie dzie­więć dzieci budziło się po kolei i zakłó­cało noc, pośpie­szyła do pomiesz­cze­nia, z któ­rego docho­dziły wrza­ski, mając nadzieję, że przy­ła­pie męża na robie­niu cze­goś tak okrop­nego, co robić ma odwagę tylko pod jej nie­obec­ność i co będzie mogła teraz wyko­rzy­stać prze­ciw niemu. Na miej­sce dotarła przed kucharką i bliź­nia­kami, któ­rzy przy­byli w samą porę, by ją chwy­cić za ramiona, bo już mdlała i osu­wała się na pod­łogę. Pani Komu­ono bia­do­liła, pła­kała, krzy­czała, wyła, pluła i wyśmie­wała się z męża w spo­sób nie­przy­sta­jący szla­chet­nej damie. To wszystko wia­domo od kucharki, która utrzy­muje, że jesz­cze księ­życ wcze­śniej nasza pani powie­dzia­łaby to samo o innej kobie­cie. Od chwili zna­le­zie­nia zwłok pana o świ­cie to ona, kucharka, wzięła na sie­bie pro­wa­dze­nie domu bez żad­nego pole­ce­nia od pani, że ma teraz zarzą­dzać gospo­dar­stwem. Bie­ga­nina ustaje w połu­dnie, kiedy sio­stra pani zja­wia się i krzy­czy: Co się stało z moim szwa­grem?, cho­ciaż nikt w domu nie pamięta, aby ją powia­do­miono. W pierw­szej kolej­no­ści sio­stra ta, która nazywa sie­bie wiel­możną panią Morongo, żąda prze­nie­sie­nia zwłok z sali powi­tal­nej do jed­nego z pomiesz­czeń na tyłach, w któ­rym stopa Sogo­lon ni­gdy dotąd chyba nie postała, bo prze­cież nie mogą trzy­mać zmar­łego w czę­ści przed­niej. Ma dziurę w sobie.

Przez więk­szość dnia pani Komu­ono leży w łóżku i nawet nie ma siły powie­dzieć sio­strze i dzie­wię­ciu sio­strzeńcom, żeby byli cicho, bo zakłó­cają jej żałobę. Kucharka zaczyna się tro­skać, że pani je coraz mniej, aż dwa dni póź­niej cał­kiem jeść prze­staje. Sio­stra mówi: Tak, to wielka szkoda, ale daj miskę mojemu śred­niemu dziecku, bo mię­dzy tymi wyżej a tymi niżej ono zawsze pomi­jane, a żadna strawa nie powinna się mar­no­wać. Tego wie­czoru kucharka idzie spraw­dzić, czy żałoba wtrą­ciła panią w cho­robę, i zastaje ją zmo­rzoną moc­nym snem, ale nie w łożu mał­żeń­skim, lecz na pod­ło­dze. Myśli, że spa­dła, to budzi ją pośpiesz­nie, by skie­ro­wać z powro­tem do łóżka. Pani odtrąca jej ręce i mówi, że na pod­ło­dze chłod­niej. Prze­cież w pokoju zimno, o pani, dla­czego chcesz mieć jesz­cze zim­niej?, pyta kucharka. Spo­gląda na pod­łogę i widzi zagłó­wek i wszelką pościel, roz­ło­żoną jak do spa­nia.

-?W łóżku duch -?mówi pani Komu­ono. -?Miał złą śmierć i teraz w moim łóżku. Zeszłej nocy się­gnął mi pod koszulę.

Wykra­cza­jąc poza swój sta­tus, kucharka odpo­wiada, Może pocie­chą jest wie­dzieć, że nawet w zaświa­tach pan cią­gle pło­nie do pani pożą­da­niem, na co ta odrze­cze:

-?Nie mówi­łam, że to on.

Następ­nego dnia sio­stra wcho­dzi do kuchni, wachlu­jąc się, i pyta, co robić, bo bie­daczka mówi do sie­bie. Jeden z bliź­nia­ków odpo­wiada, Może roz­ma­wia z przod­kami, o pani. Może pil­nuje bez­piecz­nego przej­ście dla męża. To zna­czy do innego świata.

-?Kto, na bogów mądrych i głu­pich, pozwo­lił temu chłopcu prze­ma­wiać do mnie? -?pyta sio­stra.

To cza­ro­dziej­stwo i zło, powta­rza nie­wol­nica, a myśl ta zapusz­cza korze­nie w całym domu. Kucharka oświad­cza, że ni­gdy nie opu­ści pani w chwili naj­więk­szej sła­bo­ści, bo wieść o takiej nie­lo­jal­no­ści wydo­sta­łaby się na świat i prze­kre­śliła widoki na nową pracę. Nie­wol­nica nie może odejść, bo jest zwią­zana z rodem Komu­ono. Bliź­niacy odma­wiają odej­ścia, ale ni­gdy nie śpią w domu, tylko z końmi. Sogo­lon nie ma dokąd pójść. Biblio­teka zamknięta, odkąd bliź­niacy zacią­gnęli zwłoki pana do sali powi­tal­nej. Każdy na swój spo­sób czeka na omeny i zło­wro­gie cuda, ale nic nie nad­cho­dzi.

Nie­we­zwany przez nikogo, przy­bywa sędzia z dwoma zastęp­cami, a wyglą­dają, jakby ich jądra swę­działy. Pani nie w nastroju do roz­mowy oprócz wska­za­nia, że nazwi­sko Komu­ono z pew­no­ścią zapew­nia jej moż­li­wość opła­ki­wa­nia męża w spo­koju. A kucharka nie w nastroju, by patrzeć, jak obcy ludzie wywra­cają wszystko w domu do góry nogami, zwłasz­cza że w pierw­szej kolej­no­ści sędzia prze­wró­cił boli i zaraz zdzi­wił się, że się nie potłu­kło. Prze­stęp­stwo to nie łódź nocną porą. Nie może tak po pro­stu odpły­nąć w dal, mówi. Dobrze, znajdź więc te czarty, co pod­nio­sły pana pod sam sufit, i wypędź je stąd, bo ty naj­wy­raź­niej jesz­cze gor­szej natury, mówi kucharka. Wszy­scy w tej dziel­nicy wie­dzą, że sędzia tak tchórz­liwy, jak głupi jego zastępcy. Jesz­cze nie skoń­czy­łem z tym domem, odgraża się, ale skoń­czył, oj, skoń­czył, bo już nie powró­cił.

W ciągu dwóch kolej­nych dni przy­by­wają rodziny żony i męża. Liczba ich tak duża, że dom od nich puch­nie i zaraz pęk­nie i nie­któ­rzy muszą szu­kać kwa­tery po sąsiedzku, inni zło­rze­czą i mówią, że wra­cają do sie­bie. Wiel­można pani Morongo jęczy i klnie, bo myśli tylko o pomyśl­no­ści swo­jej sio­stry, a ludzie ci przy­szli, by zabrać wszystko, zjeść wszystko i spać wszę­dzie. Lecz jej głos ginie w tym domu, tak skarży się kucharce. Pani Komu­ono ma razem trzy sio­stry i wszyst­kie przy­by­wają ze swo­imi dużymi rodzi­nami. Pan miał trzech braci i trzy sio­stry i oni też ścią­gają, ze swo­imi dziećmi i wnu­kami, tuzin za tuzi­nem. To za wiele dla kucharki i trzeba wezwać dwie kobiety do pomocy, dwie, które ni­gdy dotąd nie posta­wiły nogi w domu pani Komu­ono.

Rodzina pana różni się od rodziny pani w spo­sób widoczny nawet dla ślepca. Tutaj staje się jasne, że to stary ród, bo tak się noszą. Głowa wysoko, jakby ni­gdy nie spusz­czali spoj­rze­nia, by liczyć pie­nią­dze. Kucają pomimo stoł­ków, a żaden z nich nie jest gruby. Ale chy­trzy, podob­nie jak pan, jakby wszy­scy mieli tajem­nice, nawet przed sobą wza­jem. Naj­star­szy brat, ten, co ma pię­cioro dzieci, bie­rze na sie­bie przy­go­to­wa­nie rytu­ałów. Naj­młod­szy, bez niczy­jej pod­po­wie­dzi, uznaje, że to czary zabiły pana, i jak tylko zna­lazł nie­wol­nicę, zacią­gnął ją na śro­dek podwó­rza, aby wychło­stać i zmu­sić do wyznań. Każe jed­nemu z bliź­nia­ków skrę­po­wać ją sznu­rem z trawy, nie bacząc na jej pła­cze, bia­do­le­nie i krzyki. Mów o swo­jej nekro­man­cji! Mów o swoim zło­czy­nie­niu!, nawo­łuje. Ude­rza ją dwa razy, ale jego sio­stra woła, żeby prze­stał. Brat odkrzy­kuje, że to sprawa dla męż­czyzn i żeby trzy­mała się od tego z daleka, na co sio­stra odpo­wiada, że to sprawa dla czło­wieka z rozu­mem, a ty przez te wszyst­kie lata nija­kim się nie wyka­za­łeś. On chwyta kij i pod­cho­dzi do sio­stry, jakby ją też chciał obić. Mój mąż zła­małby ci krę­go­słup jedną ręką, ty mała kupo psiego gówna, mówi sio­stra na tyle gło­śno, że sły­chać w całym domu, bo więk­szość już na nogach i znu­dzona. Kto inny miałby powód, by wystą­pić prze­ciw swo­jemu panu jak nie ta nie­wol­nica?, pyta on nachmu­rzony. Cią­gle myśli, że na końcu tego sporu czeka go zwy­cię­stwo. Czy ta mize­rota wygląda, jakby znała rze­mio­sło cza­row­ni­ków? Wygląda, jakby znała jakie­kol­wiek rze­mio­sło? Ta mała nie umie nawet czy­tać, mówi sio­stra.

-?Wy wszy­scy myśli­cie, że sam się prze­bił? -?pyta on. Daje im zro­zu­mieć, że jedyny mar­twi się z powodu złej śmierci brata. -?A może wszy­scy pra­gnę­li­ście, by umarł.

-?A może pocze­kamy na docho­dze­nie sędziego.

-?On przy­szedł i poszedł. Ludzie roz­pra­wiają o tym na tar­go­wi­skach.

-?Może więc już roz­strzy­gnął sprawę.

-?Pyta­nie pozo­staje bez odpo­wie­dzi, sio­stro.

-?Skoro cią­gle nie wiesz, co nie­wol­nica robiła w biblio­tece two­jego brata przed zapia­niem koguta, to nic dziw­nego, że docho­wa­łeś się tylko jed­nego dziecka.

-?Nie­chyb­nie masz na myśli bar­dzo nie­roz­tropne rucha­nie, sio­stro, skoro uwa­żasz, że to była przy­czyna śmierci. Kogo on ruchał, nie­to­pe­rza?

Brat odstę­puje od nie­wol­nicy, ale nie od sprawy. Nie trzeba długo cze­kać, by na ulicy roze­szła się wieść, że w domu Komu­ono gra­suje dia­beł. Zwłasz­cza że pogło­ska dzie­łem naj­młod­szego brata. To jedna z tych suk, co upra­wiają zło­czy­nie­nie w domu, mówi do słupa, który w swoim zapi­ja­cze­niu bie­rze za życz­li­wego czło­wieka. Zabie­raj swoje śmier­dzące łapy ode mnie, syczy do jed­nego z bliź­nia­ków, bo ten chce go popro­wa­dzić.

Brat ten na koszt zmar­łego brata wzywa do domu kapła­nów fety­szo­wych i wróż­bi­tów ifa. Prze­trzą­sają biblio­tekę wzro­kiem, potem prze­trzą­sają mio­tłą, zmia­tają kurz, papier, wszystko, czego nie potra­fią roz­po­znać, monety, któ­rych nikt nie może wydać, i to, co jest teraz wyschnięte, a wycie­kło, gdy męż­czy­zna spół­ko­wał z kobietą. I całą zakrze­płą krew na pod­ło­dze. Obcięli też tro­chę wło­sów Nanil, nie­wol­nicy, i zażą­dali jej odzie­nia, ale ona ma tylko jedno, które nosi. I jesz­cze zabie­rają kilka cen­nych ksiąg pana, choć nie mówią, do czego im potrzebne. Biblio­teka jedy­nym pomiesz­cze­niem pustym od ludzi. Kiedy bra­cia decy­dują, że czas na umkafo, naj­młod­szy klnie i mówi: Jaki poży­tek z wysy­ła­nia słów do przod­ków, skoro nikt nie wie, gdzie jego dusza ani dokąd pój­dzie? Nie prze­ma­wiaj więc w trak­cie obrzę­dów, odpo­wiada naj­star­szy brat i męż­czyźni zosta­wiają go w domu.

Przez ten czas Sogo­lon w spi­chle­rzu, poza spoj­rze­niami ich wszyst­kich. Nikt jej nie przy­zywa, to nikt nie widzi ciem­nej opu­chli­zny pod okiem. Uło­żyła swoją matę w tak małym kącie, że musi zwi­nąć się w kłę­bek jak dziecko, by się zmie­ścić. Potem wciąga suk­nię przez głowę do bio­der, resztę ciała wysta­wia­jąc na muchy i swę­dzące zboże. Nikt jej nie potrze­buje, zwłasz­cza pani, która prze­bywa w swoim pokoju i śpi na pod­ło­dze z wyjąt­kiem jed­nego razu, kiedy to jej sio­stry wtar­gnęły do pomiesz­cze­nia z dwoma dzba­nami wody, mówiąc, że jeśli nie chce nic robić, to jej wolna wola, ale wpierw musi się umyć. Sio­stry i szwa­gierki chwy­tają ją jak dzi­kie zwie­rzę i roz­bie­rają, ale ona się opiera i krzy­czy, a Sogo­lon, nie­wol­nica i kucharka mogą tylko patrzeć. Aż w końcu zamy­kają drzwi, by żaden męż­czy­zna ani kobieta niż­szego uro­dze­nia nie widzieli, jak nie­czy­stość i smu­tek dopro­wa­dzają panią do upadku.

Ósmej nocy Sogo­lon pod­ska­kuje, jakby coś ją zbu­dziło. Prze­wraca się na plecy i wygląda przez okno. Dom zapeł­niony, ale wszy­scy śpią. Wszy­scy potra­fią spać, nawet pani, którą żałoba wpę­dza w obłęd. Ale nie Sogo­lon. Oto dziew­czyna. Zabiera się ze spi­chle­rza i idzie na podwó­rze, i widzi, że nawet kury śpią. Jeśli przej­dziesz przez kory­tarz po dru­giej stro­nie, pochy­la­jąc się pod oknem kuchni, trzy­ma­jąc się nisko, dotrzesz do tej samej furtki, do któ­rej pro­wa­dzi droga przez tylne drzwi, i stam­tąd można uciec. "Ale uciec do czego?", pyta drugi głos w gło­wie Sogo­lon. "Uciec nie do cze­goś, ale od cze­goś", odpo­wiada jesz­cze inny głos. "Trzeba ucie­kać, nim się dowie­dzą". Ucie­kać, bo rychło poznają prawdę. Wiatr z dworu wśli­zguje się jak szept w nie­zna­nym języku sły­szany z innego pokoju. Szept brzmiący jak chi­chot, potem rechot, potem powar­ki­wa­nie i Sogo­lon czuje, jak zie­mia zaczyna się prze­su­wać dokoła, ziarno się trzę­sie. Huk, pęk­nię­cie, otwiera się zapa­dli­sko i pochła­nia ją całą.

Sogo­lon budzi się, krztu­sząc mocno. Zanosi się kasz­lem w ciem­no­ści. Leży na macie w spi­chle­rzu i sły­szy pło­mie­nie budzące się w kuchni. Świt. Wła­śnie wtedy przy­po­mina sobie: rzecz nie w tym, że nie może spać. Rzecz w tym, że nie ma odwagi.

Zaraz po połu­dniu męż­czyźni wra­cają ze star­szy­zną i krową. Zarzy­nają krowę na dzie­dzińcu, pozwa­la­jąc krwi pły­nąć tam, gdzie chce, bo to może wie­ści od boga sądu i pomsty. Naj­młod­szy brat wska­zuje na stru­mień krwi zmie­rza­jący do kuchni i mówi: Już mi się uprzy­krzyło dowo­dzić, że czary pocho­dzą stam­tąd, ale do tej pory ludzie już prze­stali słu­chać. Oto co robią męż­czyźni. Po zabi­ciu krowy kroją jej mięso, sie­kają kości i gotują całość w trzech garn­cach bez doda­nia smaku ani przy­praw. Potem wszy­scy zwią­zani krwią lub pra­wem zabie­rają się do jedze­nia. Sie­dzą na pod­ło­dze w domu, w kory­ta­rzu, na ziemi pośrodku dzie­dzińca i na ulicy. Syczą i marsz­czą czoła z powodu okrop­nego smaku, ale nic nie mówią z obawy przed roz­gnie­wa­niem przod­ków, któ­rzy patrzą i osą­dzają zarówno żywych, jak i umar­łych. Kucharka, nie­wol­nica, słu­żący i Sogo­lon tylko się przy­glą­dają.

Tego samego popo­łu­dnia kobiety prze­kli­nają sie­bie nawza­jem. Ode­słać dzieci, mówią sio­stry pani, bo mają mniej wła­snych, nawet jeśli doli­czyć do tego wiel­możną panią Morongo z jej dzie­wię­cioma synami. A wasze są naj­gło­śniej­sze, naj­po­spo­lit­sze, naj­bar­dziej roz­bi­sur­ma­nione i naj­skor­sze do bitki, odpo­wia­dają kobiety Komu­ono, sio­stry i szwa­gierki pana. Wiel­można pani Morongo mówi, że umarły jesz­cze nie odszedł i zanosi wie­ści do przod­ków, a jego zacho­wa­nie przy­ciąga duchy. Poza tym wszy­scy wie­dzą, że złe duchy uwiel­biają pogrzeby. Ale sio­stry pana odpo­wia­dają: Wszyst­kie jeste­ście głu­pie jak wasi mężo­wie. Roz­pal­cie lampkę w każ­dym oknie, a żaden zły duch nie wej­dzie, to wystar­czy. Wiel­można pani Morongo natęża się przed sio­strami i żonami Komu­ono, jakby zamie­rzała zie­mię zryć kopy­tem i prych­nąć. Kogo nazy­wa­cie głu­pie? Żadna z was, cipy z buszu, nie zakry­wała cyc­ków, nim wasz brat oże­nił się z pie­niędzmi i mająt­kiem mojej sio­stry, mówi. Komu­ono, legen­darny ród wojow­ni­ków. Walki skoń­czone, och. To obu­rza wszyst­kich Komu­ono, bo nie mają nic prócz gło­śnego nazwi­ska. Wszy­scy boicie się, że wasze dzieci mają oczy, by widzieć to, czego widzieć nie powinny, mówią. Jedna z sióstr, widząc Sogo­lon prze­mie­rza­jącą podwó­rze, krzy­czy, a to pierw­szy raz, kiedy kto­kol­wiek z krew­nych po obu stro­nach odzywa się do niej choćby jed­nym sło­wem.

-?Ile ty masz lat? Tak, ty, ta pokryta ziar­nem, co ta suka kucharka każe mi jeść. Ile lat masz?

Sogo­lon staje przy spi­chle­rzu i teraz, gdy wszy­scy na nią patrzą, nie wie, jak być.

-?Ja, pani?

-?A jest tu ktoś jesz­cze, dzie­wu­cho? Ile masz lat?

-?Dzie­sięć i trzy.

-?Hmf. Ty... -?Kobieta nie pozwala sło­wom się naro­dzić, bo wybiera inne: - Ty cią­gle dziecko. Powiedz, młoda dziew­czyno, powiedz tym wszyst­kim dro­gim, rozum­nym damom: Czy widzia­łaś jakie duchy nocami? Czy coś zakłó­cało spo­kój tego domu?

Sogo­lon przy­gląda się sio­strom i szwa­gier­kom, krew­nym pana i pani, i zapo­mina, któ­rzy któ­rzy. Po jed­nej stro­nie czwórka, trójka po dru­giej, a wszy­scy do sie­bie bar­dziej podobni niż do pana czy pani.

-?Nie. Nic nie widzia­łam.

Bo Sogo­lon tylko patrzy. Potem patrzy na sie­bie patrzącą, patrzy aż tak bar­dzo, że poznaje głę­boko to, co nie jej świa­tem. Tak oto w ciągu dwóch dni dowia­duje się, który brat i która szwa­gierka, która sio­stra i który szwa­gier są sobie bli­żej, niż byłaby para mał­żon­ków w tym życiu. Jeśli tylko może, cały czas spę­dza na przy­glą­da­niu się, a w tym cią­gle rosną­cym tłu­mie zawsze jest ktoś, kogo można pod­pa­try­wać, pozna­wać, śle­dzić. Lecz ona wie, że to nie dla­tego. Po dwóch dniach nie jest już cie­kawa ludzi ani świata. A jed­nak nie śpi w nocy aż do świtu i senna cho­dzi za dnia.

Sogo­lon wygląda u sie­bie zmian, bo wie, że nad­cho­dzą. Myśli, że może już nade­szły. Zmiana w gło­sie, zmiana w cho­dzie, zmiana wyrazu twa­rzy, gdy ludzie zadają jej pyta­nia. Nie wie, skąd wie, że nie­chyb­nie napięt­nuje cię prze­by­wa­nie w tym samym pokoju i patrze­nie, jak śmierć przy­cho­dzi i odcho­dzi, zabie­ra­jąc cudze życie. Czuje się inna. Cza­sem to ocię­ża­łość jak ta, co opa­nuje jej ciało za dwie ćwierci księ­życa. Krew mie­sięczna. Ale to ina­czej, to przy­cho­dzi jak nagła cho­roba i trwa dłu­żej, niż kto­kol­wiek by chciał, a odcho­dzi z wła­snej woli. Sogo­lon nie potrafi tego opi­sać nawet sama dla sie­bie. Nie jest to gorąco, choć czuć, jakby gorąco powoli paliło ją w głowę. Nie ból, a prze­cież czuje zra­nie­nie. Bar­dziej nie­po­kój. Per­fidny nie­po­kój. Doskwiera naj­moc­niej, bo nie można się zde­cy­do­wać, czy to myśl, czy uczu­cie. Jak coś z tyłu głowy, podob­nie gdy za pierw­szym razem ktoś dał jej kawę. Och, chcia­łaby, żeby to była kawa. Czuje się źle, przy­rów­nu­jąc to do cze­goś tak bła­hego, ale do czego mia­łaby przy­rów­nać? A w nocy czuje się gorzej, bo to coś owłada kawał­kiem jej głowy, scho­dzi dygo­tem w ramiona i drży w opusz­kach pal­ców, spra­wia, że Sogo­lon pra­gnie roz­ciąć swoją skórę i wypeł­znąć na wierzch. Tak bar­dzo chce się wydo­stać, że sama by się obłu­piła. Tylko tak umie myśleć o tym peł­za­ją­cym gorącu, które nie gorą­cem, o bólu, który nie bólem, obłę­dzie, który nie obłę­dem. Tylko... sama się gubi. A od myśle­nia w koło i w koło wcale nie wie wię­cej niż przed­tem. Sogo­lon widzi pło­mień w kuchni i zasta­na­wia się, czy jakby wło­żyła do niego rękę, nie tak bar­dzo, by ją popa­rzyć, ale na tyle, by się pora­nić, czy wtedy odpeł­złby ten nocny peł­zak, bo tak zaczęła to nazy­wać. Prze­go­nić bólem ból. Kiedy bra­cia zapo­mi­nali ją nakar­mić, cza­sem jej głowa chciała unieść się w udręce, jakby była na nią wście­kła, a wtedy pozo­sta­wało tylko walić nią o zie­mię raz za razem, aż jeden ból zagłu­szy drugi, a cza­sem to oba znik­nęły. To peł­za­nie w jej gło­wie, chcia­łaby je poko­nać. Nie. Ona wie, że to nie znik­nie. Przy­cho­dzić do niej będzie co wie­czór i odbie­rać sen. Cza­sem poja­wia się rano, gdy Sogo­lon zbiera ziarno lub spo­gląda na jed­nego z braci pana, albo przy jakiejś zwy­czaj­nej czyn­no­ści, jak wypatrze­nie dziury w odzie­niu czy ujrze­nie zachodu słońca w moc­nym fio­le­cie, a nie poma­rań­czu.

Oto dziew­czyna. Liczy dni. Umysł cią­gnie ją z powro­tem do biblio­teki, żeby dotknęła boli i uma­zała się kozią krwią. I kurzą też. Krew spływa po ścia­nie. Idź jej śla­dem, tam, skąd przy­szła, w drugą stronę, w górę, bo ona w dół, a zoba­czysz jego stopy, potem nogi, potem koszulę nocną. Belkę wysta­jącą z piersi, sze­roko roz­warte ramiona i oczy, co wciąż patrzą, ale nie widzą. Za mocno prze­ra­żona, by wykrzyk­nąć jego imię albo wezwać pomoc. Odwraca się do drzwi, a on wcho­dzi nachmu­rzony, gotów do pracy, mając nadzieję, że ona wyj­dzie bez jego pole­ce­nia. Wcho­dzi, widzi ją i krzy­czy: Jesteś tylko zło­dziejką. To się nie dzieje naprawdę, spójrz na niego tam na ścia­nie. Widząc jego puste oczy nad sobą, Sogo­lon zasta­na­wia się, co uknuł na ten dzień. Co zamie­rzał zro­bić, gdy słońce wzej­dzie tak jak teraz, i przy czym byłby około połu­dnio­wej pory. Kiedy czło­wiek umiera, ginie też przy­szłość. Ale nie, ona myśli, że nikogo nie zabiła. Musi wyjść tyłem z pokoju, tak, wyma­zać, odczy­nić każdy krok, który zro­biła w środku. Dociera do drzwi i nagle nie­ru­choma. Pan też nie­ru­chomy i sztywny. Sogo­lon już zasta­na­wia się, co czeka go pod koniec dnia, gdy nagle jego lewa stopa drgnie. I prawa. Potem on pod­nosi głowę i pró­buje krzy­czeć, ale z jego ust wypływa krew gęsta jak miód. Szar­pie głową, szar­pie rękami. Sogo­lon ucieka.

Na dwo­rze, na dzie­dzińcu, staje tuż przed wej­ściem, targa się do przodu całym cia­łem i wymio­tuje. Rzyga i rzyga, choć już nie ma czym. Dzień nastaje i nic go nie powstrzyma, a Sogo­lon, gdy brzuch prze­staje wresz­cie wyci­skać z niej wszystko, przy­po­mni sobie, że wkrótce wsta­nie ta, która ni­gdy nie budzi się wcze­śniej od niej, ale zawsze wstaje przed innymi, by wymknąć się i mieć swoje sprawy z panem, skoro nie przy­szedł do niej w nocy. Sogo­lon pod­ska­kuje, nagar­nia stopą pia­sek na rzygi i wbiega z powro­tem do środka. Zakrada się do swo­jego posła­nia i przy­krywa zaku­rzone stopy. Odwraca się ple­cami do nie­wol­nicy i leży wpa­trzona w miej­sce zetknię­cia pod­łogi ze ścianą, dopóki kobieta się nie poru­szy. Zamie­sza­nie spo­wo­do­wane strze­py­wa­niem kurzu z koszuli noc­nej, cichy chód do miski w kuchni, zanu­rze­nie dłoni w wodzie, żeby nie było chla­pa­nia, potem obwą­chi­wa­nie się raz za razem, pod pachami, może nawet się tam wytarła, potem klatka pier­siowa, nogi i koo, chwyta posła­nie, żeby je zwi­nąć, pod­cho­dzi do komody, otwiera ją z gło­śnym skrzy­pie­niem, zamyka, dalej na pal­cach, tup-tup na dwór, jej stą­pa­nie cich­nie, bo poszła dalej, aż nic i tylko Sogo­lon liczy kroki, któ­rych nie sły­szy, i zasta­na­wia się, ile jesz­cze dzieli dziew­czynę od wschod­niej strony domu, czy cią­gle w ruchu, czy przy­sta­nęła, bo Nanil zawsze uważna, by nikogo nie zbu­dzić, a potem liczy, ile kro­ków od kory­ta­rza zewnętrz­nego do wewnętrz­nego, ile, by minąć salę powi­talną, przejść przez kolejny kory­tarz pro­wa­dzący do sypialni pań­stwa, po dro­dze kilka popę­ka­nych pły­tek, do któ­rych napra­wie­nia pani nakła­niała pana, aż w końcu staje się przed biblio­teką. Nanil puka sekret­nym puka­niem do drzwi. Odczeka dwa odde­chy, może trzy. Nie patrzy na nic, tylko w zie­mię, pod­cią­gnie koszulę, uklęk­nie, osu­nie się na czwo­raka, cze­ka­jąc na trzy mru­gnię­cia powieką, może cztery. Sogo­lon wciąż leży na boku, patrząc na miej­sce, gdzie pod­łoga styka się z sufi­tem, i czeka. Zasta­na­wia się, dla­czego to nie nad­cho­dzi. Może w pomiesz­cze­niu jest druga moż­li­wość i dzieje się tam coś innego albo w ogóle nic. Ale wtedy Nanil krzy­czy. Krzy­czy i krzy­czy, a Sogo­lon nie­ru­choma, tylko łzy płyną jej z oczu. Nanil cią­gle krzy­czy. Potem już nic. Potem szyb­kie skrzy­pie­nie otwie­ra­nych drzwi, dalej trza­śnię­cie nimi w ścianę. Co za dia­bel­stwo dzieje się w moim domu?, pyta pani. Przy­wo­łam do porządku tę prze­klętą dziew­czynę i tego prze­klę­tego... Głos cich­nie. Sogo­lon cze­kała, by nade­szło, i nade­szło. Teraz pani bia­doli, bia­doli i bia­doli, i kroki dud­nią po kory­ta­rzach. Bliź­niaki wybie­gają na ulicę po pomoc. Uczu­cie znowu dopada Sogo­lon, dziew­czyna zrywa się, pędzi na dwór w samą porę, by zwy­mio­to­wać pod łukiem bram­nym.

Pani pła­cze przez cały dzień. Nie­długo po połu­dniu przy­zywa Sogo­lon i mówi: Zabaw mnie czymś, czego nauczy­łaś się w buszu. Dziew­czyna pogu­biona. Mówi, że nie pocho­dzi z buszu, ale pani pyta: Więc dla­czego zawsze pach­niesz wysoką trawą? i śmieje się gło­śno i ser­decz­nie, choć Sogo­lon nie widzi w tym nic zabaw­nego. Daw­niej pach­niała bru­dem, teraz pach­nie każ­dym kwia­tem, jaki znaj­dzie, ale nie trawą.

-?Zabaw mnie, zabaw -?zawo­dzi pani i spada z krze­sła i leży, póki kucharka i jeden bliź­niak nie przy­bie­gną i jej nie pod­niosą.

-?Czego nie pomo­głaś jej wstać? -?pyta kucharka. -?Gdzie indziej znajdą taką głu­pią i bez­u­ży­teczną dzie­wu­chę?

W ciągu trzech dni odór docho­dzący z pokoju pani jest ponad wszyst­kie smrody świata.

Sogo­lon nie powinna zacho­dzić do biblio­teki. Nie ma tam żad­nych spraw. Pan miał pełne prawo prze­by­wać w swo­ich poko­jach, ona nie. Weszła z wła­snej woli, co uczy­niło ją jego pod­daną. Te słowa brzmią, jakby pocho­dziły od niego, nie od niej. Ale gdyby pan nie dotknął Sogo­lon, byłby tu teraz, nie zwra­ca­jąc na nią uwagi. Głos brzmiący jak ona przy­po­mina, że pani zaka­zała jej go odtrą­cać. Gdyby nie weszła do pokoju bez pozwo­le­nia, jak zwy­kła zło­dziejka, nikt prócz Nanil nie kusiłby pana. Spro­wa­dzi­łaś zło na sie­bie i na niego. Zamknij gębę, kiedy on będzie ci poka­zy­wał, do czego służą twoje dziury, po pro­stu powiedz sobie, że takie coś musi ci się przy­da­rzyć. Nie. Nic nie zro­bi­łam, to wiatr zro­bił. Wiatr to zro­bił.

Brze­mię myśle­nia robi z Sogo­lon patyk. Że zaszła do kuchni, widzi dopiero wtedy, gdy kucharka krzyk­nie wię­cej niż raz: Zejdź mi z drogi, głu­pia dzie­wu­cho, nie widzisz, że wszy­scy zajęci swoim smut­kiem? Wła­śnie wtedy pani dowleka się do kuchni, z sio­strą krzy­czącą za jej ple­cami. Led­wie cho­dzi, a oczy jej wyglą­dają na nie­obecne, jakby patrzyła na dzień wczo­raj­szy. O mało nie wpada na Sogo­lon, chwyta ją za odzie­nie i o mało nie wywrócą się obie na pod­łogę.

-?Ty zabiła mi męża, mów prawdę! Mów prawdę. To ty? Ty zabiła mi męża, pana mego.

Oddech pani ma cuch­nący. Sogo­lon cią­gle ją pod­trzy­muje, mru­gnie raz powie­kami i już z oczu łzy płyną po twa­rzy. Pani wyrywa się i chwyta kucharkę. Ty zabiła mi męża, mów prawdę! Powia­dam, mów prawdę, to ty? Zabiła pana mego, zabiła go, powta­rza. Chwyta kucharkę i chce nią potrzą­snąć, ale ta potęż­nej postury i tylko suk­nia daje się szarp­nąć. Sogo­lon widzi ją wpa­trzoną w kucharkę i poj­muje, że to nie roz­kazy, tylko bła­ga­nie. Pani opusz­cza ją i wycho­dzi, bo na dwo­rze zoba­czyła jed­nego z bliź­nia­ków. Dwie sio­stry zastę­pują jej drogę. Tym razem nie muszą cią­gnąć. Pani pusz­cza ręce po bokach i wraca do swo­jego pokoju.

Dwa wyda­rze­nia dzieją się szybko. Pogrzeb pana i wezwa­nie na dwór kró­lew­ski. W noc pochówku Sogo­lon budzi się i widzi, że lampa w jej oknie zga­sła. Ran­kiem w dniu obrzę­dów sio­stry ubie­rają panią w czerń. Ma pozo­stać w czerni przez dzie­więć księ­ży­ców. Pod wie­czór męż­czyźni wra­cają z drugą krową. Zarzy­nają ją na dzie­dzińcu, dając krwi pły­nąć tam, gdzie chce. Dalej robią kobiety. Po zabi­ciu krowy kroją mięso, sie­kają kości i gotują całość w trzech garn­kach z pie­przem aszanti, czosn­kiem, sum­balą, masłem orze­cho­wym i solą. Potem wszy­scy zwią­zani krwią lub pra­wem jedzą. Sie­dzą na pod­ło­dze w domu, w przej­ściu, na ziemi pośrodku dzie­dzińca i na ulicy. Omdle­wają zachwy­ceni wspa­nia­łym sma­kiem, w pochwal­nych sło­wach mówią o panu, który teraz stał się jed­nym z przod­ków, co patrzą i osą­dzają żywych i umar­łych.

Kapłan skra­pia wszyst­kich krew­nych poświę­coną wodą i naciera ich zio­łami, aby wygnać cie­nie, które podą­żają ich śla­dem, a któ­rych nie rzu­cają ich ciała. Ale nie Sogo­lon, nie kucharkę ani nikogo innego pra­cu­ją­cego w domu, bo oni nie z tego rodu. No i dobrze, mówi kucharka. Ich dia­bły, ich sprawa.

Dom Komu­ono wraca w końcu do łask, donosi gło­si­ciel tej dobrej nowiny, chło­piec o nazbyt sze­ro­kim uśmie­chu. Trzyma słowa w ustach, jakby nie wie­dział, co mówi i do kogo, i to prawda. Nie wie, że przy­bywa do domu pogrą­żo­nego w żało­bie ani że prze­ka­zuje wie­ści Sogo­lon. Niech bogo­wie przy­niosą wam pocie­sze­nie, dodaje jesz­cze i szybko wycho­dzi, cały czas patrząc w sufit, jakby dostrzegł złego ducha, który na niego patrzy. Opo­wiedz mi wszystko, co mówił, roz­ka­zuje pani Komu­ono, i patrzą wstrzą­śnięci, jak zły humor prędko spala jej skórę, to ogień pod­ło­żony do dzi­kiego buszu.

W pierw­szej kolej­no­ści pani wypę­dza z domu wszyst­kich prócz służby. Co z tymi, któ­rzy przy­byli z daleka, sio­stro?, pyta Wiel­można pani Morongo. To cie­bie nie obej­muje, miesz­kasz na końcu ulicy, odpo­wiada pani. Wszy­scy musi­cie wybyć do połu­dnia, bo chcę odzy­skać swój dom. Sio­stry i szwa­gierki uznają takie postę­po­wa­nie za obu­rza­jące. Bra­cia i szwa­gro­wie wzdy­chają i z ulgą kiwają gło­wami, bo nocą duchy wśli­zgują im się mię­dzy nogi i żaden nie mógłby przy­siąc, że wszyst­kie kobiece. Sio­stry pani jedna po dru­giej odma­wiają odej­ścia, mówiąc: Kochana sio­stro, przez dzie­więć księ­ży­ców będziesz w uku­zila, może nawet przez rok, jeśli przod­ko­wie nie powi­tają two­jego męża na czas. Kobieta w uku­zila nie może robić tego, czego ocze­kuje się od kobiety ubra­nej na czer­wono lub żółto. Bogo­wie zabra­niają śmia­ło­ści w czy­nach i myśle­niu. Potrze­bu­jesz swo­ich sióstr, mówią sio­stry. Kobiety Komu­ono mówią to samo i jesz­cze dodają: Musimy zoba­czyć, co zosta­wił nam nasz naj­droż­szy brat.

-?Uku­zila nie wiąże stóp ani dłoni, ani nawet ust -?odpo­wiada pani swoim sio­strom. -?A wy, suki boso­no­gie, zapo­mi­na­cie, że ta, która ma bogac­two, nie umarła -?zwraca się do kobiet Komu­ono, choć wyraz jej twa­rzy mówi, że wszyst­kie sio­stry padli­no­żercy. Odcho­dzą jesz­cze tego samego popo­łu­dnia. Sogo­lon na­dal nie wie­rzy, że pani mogłaby odzy­skać zmy­sły w ciągu kilku obro­tów klep­sy­dry, skoro led­wie dzień wcze­śniej nie mogła nawet wyjść z pokoju na sika­nie. Wie jed­nak, że pani odzy­skuje zmy­sły przed porą wie­czorną, kiedy to krewni i powi­no­waci wyru­szają w drogę na pie­chotę, konno, rydwa­nami, na wozach i w zaprzę­gach tylko po to, by zoba­czyć sto­ją­cych przy bra­mie sied­miu wojow­ni­ków Sied­miu Skrzy­deł, najem­ni­ków w służ­bie Czar­nego Kro­gulca, któ­rzy prze­szu­kują wszyst­kich wzglę­dem rabunku. Przez resztę wie­czoru Sogo­lon sły­szy szczęk i brzęk skra­dzio­nego złota, sre­bra, żelaza i kości sło­nio­wej, zrzu­ca­nego z wozów, a pani w śmiech i mówi: Widzisz? Widzisz to? Jakby ktoś patrzył przez okno razem z nią.

Pani Komu­ono jest teraz pochło­nięta przy­go­to­wa­niami i przy­spo­sa­bia­niem się. Posła­niec nie pozo­sta­wia nic poza echem wła­snego głosu, prze­ka­zu­ją­cego wieść, że pan (i pani Komu­ono) zapro­szony na audien­cję z łaski, woli i dla zado­wo­le­nia Naj­wspa­nial­szego Kuasz Kagara, Króla Fasisi, Władcy Ziem Pół­noc­nych, Regenta Tery­to­rium Doliny i Duchow­nego i Monar­chy Boskich Regio­nów Ziemi i Nieba.

Pani Komu­ono nie głu­pia. Wie, że "z łaski, woli i dla zado­wo­le­nia" to zarówno obiet­nica, jak i pułapka. Wola w każ­dej chwili może się zmie­nić w kaprys, a o wędrówce z kró­lew­skiej sadyby do kró­lew­skiego lochu może zade­cy­do­wać kiw­nię­cie pal­cem. Lub że zado­wo­le­nie mogą przy­nieść dal­sze drwiny z nich obojga i ogło­sze­nie, że władca nazbyt zajęty, by widzieć kogo­kol­wiek. "Z nich obojga", bo pani nie posłała wia­do­mo­ści, że jej mąż nie żyje. Bo Król, w któ­rego krwi jest linia bogów, ma bar­dzo mało czasu na głu­pie, docze­sne sprawy. I kimże ona jest, by sądzić, że wolno jej toczyć spory z Kró­lem lub kim­kol­wiek w domu Aku­mów? To mówi pani do ścian, a Sogo­lon zasko­czona. Pani mówi tonem pra­wie jak dziew­czynka, jak ktoś, kto chce, żeby go polu­biono, ale nie wie, jak to zro­bić. Dopiero zaraz powie, za co wygnana była z kró­lew­skiego dworu.

-?To pana lubiła, rozu­miesz? Uwiel­biała, jak mówił, że śliczna. Nie piękna jak kobieta czy urodna jak koń, a taka w isto­cie była, ale śliczna jak mała dziew­czynka. Pew­nie dla­tego chi­cho­tała. Dla mnie miała tylko surowe słowa. A potrak­to­wała mnie jesz­cze suro­wiej.

-?Kto, moja pani?

-?Na bogi­nię miło­ści i poezji, a o kim ja mówię, jak nie o Sio­strze Króla, ty cho­dząca imbe­cylko? Kiedy byłam jedną z jej dwó­rek, zawsze mnie prze­kli­nała, zarzu­ca­jąc powol­ność, mówiąc, że nawet tyłek jej pod­cie­ram nazbyt opie­szale.

Sogo­lon dziew­czyną. Żałoba jest jak dźwi­ga­nie domu na bar­kach, więc zakło­po­tana, że pani nie ugina się pod cię­ża­rem. Może ukrywa to, a może doro­sła kobieta umie nosić na bar­kach smu­tek duży jak dom i wyglą­dać, jakby nio­sła też wszystko inne. Sogo­lon zasta­na­wia się, jak pani to robi, bo prze­cież jej umysł ugina się pra­wie co noc. Wydaje jej się, że jest w wyśnio­nej dżun­gli, ale noc prze­ska­kuje do poranka i pozo­sta­wia ją z uczu­ciem, że ni­gdy się nie obu­dziła albo nie zasnęła. Żałoba i poczu­cie winy mie­szają się, two­rząc jakby grudę pod skórą. To coś jest potworne.

Noc przed wyru­sze­niem do Fasisi Nanil pod­cho­dzi do Sogo­lon przed spi­chle­rzem, ale nie odwraca się, by poka­zać twarz. Dla nie­wol­nicy śmia­ło­ścią już samo mówie­nie do kogo­kol­wiek stanu wol­nego, choćby nawet była to bez­u­ży­teczna znajda. Wiem, że to ty, mówi. Wiem na pewno, że ty. Pan zaszedł do biblio­teki i cze­kał na mnie, a z nikogo innego nie miałby pożytku, ani z żony, ani z kucharki, ani z chłop­ców. Sogo­lon myśli, żeby coś powie­dzieć. "Dziew­czyno, zamknij pasz­czę, póki pani nie pozwoli ci mówić". Otwiera usta, słowa już na języku. Potem patrzy jesz­cze raz i nie widzi nic, tylko puste podwó­rze. Ani chybi to jej wła­sna głowa się wyrywa na wol­ność. Musi tak być.

Mijają jesz­cze dwa dni, potem wszy­scy zbie­rają się i wyru­szają kara­waną w drogę do Fasisi. Na skraju mia­sta mijają sędziego, który krzy­czy, że nie zapo­mni i pew­nego dnia powróci do domu.

-?Udaj się tam natych­miast -?odpo­wiada pani -?ale jeśli nie dowiesz się, kto zabił... nie, jak zabili męża mego, uzy­skam dekret od samego Króla, aby cię wychło­stano.

I tak oto ruszają. Kró­lew­ski zbrojny eskor­tu­jący panią powia­da­mia każ­dego ranka, ile dni pozo­stało, nim dotrą do Fasisi. Ćwierć księ­życa za nami, cały księ­życ do prze­by­cia, jeśli taka wola bogów. Oto co pani zabrała ze sobą. Jedwabną tka­ninę, którą prze­cho­wuje w kufrze z czte­rema zam­kami i która z kra­iny, gdzie ludzie we wło­sach trzy­mają robaki, co nić przędą. Sogo­lon widziała raz, jak pani otwo­rzyła kufer, a wtedy biel i fio­let zało­po­tały, jakby miały wyfru­nąć. Od tego dnia wie, że naj­więk­szą przy­jem­no­ścią na całym świe­cie jest doty­kać jedwa­biu. I te rze­czy jesz­cze, tka­niny ukuru i aso oke, indygo, bute­leczka mirry, któ­rej pani czę­sto używa na sobie, skóry lam­parta, krowa na woło­winę, jagnię na bara­ninę, samo­rodki złota, które wyj­muje nie­kiedy i wsuwa mię­dzy piersi, wzdy­cha­jąc, bo wciąż myśli o tym, by się z nimi nie roz­sta­wać, i małpa, co zaba­wiała pana. Oto kogo zabrała ze sobą. Jed­nego z bliź­nia­ków, trzech z Sied­miu Skrzy­deł, któ­rym zapła­ciła sre­brem, kró­lew­ską eskortę do poka­zy­wa­nia drogi i Sogo­lon.

Pani na wozie w tyle kara­wany, na podusz­kach, dywa­nach, skó­rach i futrach, wśród któ­rych nawet kobieta taka jak ona mogłaby się zgu­bić. Jak namiot Bin­tu­inów. Tka­niny każ­dego wyrobu spły­wa­jące wzo­rami po ścia­nach, mówiące Gan­ga­tom, Luala Luala, nad­rzeczny lud z Uaka­di­szu i jesz­cze wię­cej znad Morza Pia­sków. Pach­ni­dła w zamknię­tym pomiesz­cze­niu tak gęste, że zmie­niają się w dotyk. Dwa okna po obu stro­nach pozo­stają zawarte przez więk­szość dnia, ale otwie­rają się na wschód i zachód słońca lub wtedy, kiedy pani czuje, że nie ma kurzu. Nie je zbyt wiele, z pew­no­ścią nie­wiele z tego, co bliź­niak jako kucharz ugo­tuje wie­czo­rem przy roz­pa­lo­nym ogni­sku. Sku­bie suszone mięso i owoce, które chło­pak wydaje Sogo­lon do poda­nia, ale czę­sto tylko pije wino. Cza­sem roz­ma­wia z panem przez sen, pyta, dla­czego jego kutas ster­czy dalej niż belka wysta­jąca z klatki pier­sio­wej. Oprócz tego to już tylko patrzy na Sogo­lon. Za każ­dym razem, jak dziew­czyna odwróci się, by spoj­rzeć na panią, to nim oddzieli ją od wszyst­kich tka­nin i futer, ona już długo patrzy na nią. Sogo­lon nie wie, jak czy­tać wyraz jej twa­rzy. Pani wygląda, jakby wie­działa, że ta dziew­czyna sprawcą jej żało­ści, choć nie wie, jakim spo­so­bem. Dla­tego Sogo­lon nie zasnęła ani razu, odkąd wyru­szyli. Leży na boku, na odle­głym końcu obo­zo­wi­ska, za zasło­nami, które pani zaka­zała zacią­gać. Pod ple­cami kamień, który ma ją uwie­rać postrzę­pio­nymi kra­wę­dziami, gdyby zasnęła, co cza­sem przy­da­rzy się jej za dnia. Pani spo­gląda na nią, jakby to zauwa­żyła. Czego się boisz, że się sta­nie, jak zaśniesz? Że sen roz­wiąże ci język? Ten nie­go­dziwy język, co żyje w tobie, ale tak naprawdę ci nie­po­słuszny. Czeka, żeby co mi wyszep­tać, pod­stępna dzie­wu­cho? Sogo­lon ucieka od odpo­wie­dzi, aż poj­muje, że całe to gada­nie dzieje się w jej gło­wie.

Trze­cia noc trze­ciej ćwierci księ­życa. W świe­tle lampy Sogo­lon widzi panią w nią wpa­trzoną. Pani nie w humo­rze do roz­mowy ze znajdą, ale na­dal chce wyra­zić swoje życze­nia. Sogo­lon otwiera szafkę w chwili, gdy powóz wpada w kole­inę i rzuca nią i zawar­to­ścią na bok. Sły­szy prze­kleń­stwo bliź­niaka i śmiech eskorty. Wkłada jedze­nie z powro­tem do szafki i nie­sie bukłak z winem do pani, która przez cały ten czas nie spusz­cza z niej oczu. Pani teraz roz­gnie­wana, z pew­no­ścią, ale wciąż nie sądzi, by dziew­czyna była warta trudu skar­ce­nia. Sogo­lon pod­cho­dzi, pod­pie­ra­jąc się z powodu wybo­istej jazdy, dopóki nie dotrze do pani. Już chce podać jej bukłak z winem, gdy widzi, że pogrą­żona we śnie, choć u niej oczy sze­roko otwarte. Panna Azora miała słowo na takie coś. Bóg patrzący, co robimy w nocy, przej­mie czyjś sen i użyje oczu tego czło­wieka jako okna dla sie­bie. Naza­jutrz pani mówi:

-?Pod­stęp. Musi tak być.

-?Że jak, pani moja?

-?Całe to wezwa­nie wygna­nych. To pod­stęp, by mnie okryć wsty­dem. Nie znasz jej spo­so­bów. Sio­stry Króla, głu­pia, o niej mówię. Ina­czej księż­nej Dże­lezy, choć nawet nie wiem, jakie jej miano. Kró­lew­skie uro­dze­nie ozna­cza kró­lew­ską małost­ko­wość. A bogo­wie wie­dzą, że ona nie ponad to, by kazać mi wędro­wać przez tyle dni, a potem uczy­nić mnie przed­mio­tem żar­tów na dwo­rze.

-?Dla­czego więc tak bar­dzo chcesz jechać, o pani?

-?Co? Jakim cudem ta mała dzie­wu­cha śmie myśleć, że wolno jej zada­wać mi takie pyta­nia? To nie­do­pusz­czalne. Oto wła­ściwe słowo, nie­do­pusz­czalne. Powin­nam kazać cię wychło­stać.

-?Bła­gam o wyba­cze­nie, pani moja.

-?Tak, powin­naś bła­gać. Nie żeby bła­ga­nie kie­dy­kol­wiek zro­biło na mnie jakie wra­że­nie.

Patrzy na Sogo­lon zwy­czaj­nie, jakby dopiero zauwa­żyła ją w prze­strzeni.

-?Doprawdy trzeba mi było wysłać cię do tuczarni, żebyś stała się wyro­bioną kobietą. Tro­chę tańca, tro­chę haftu, nawet tro­chę o wycho­wa­niu dzieci zamiast tego całego nie­okrze­sa­nia.

-?Pani?

-?Dziew­czyno, męczysz mnie, idź jeź­dzić na dwo­rze.

Sogo­lon nie może nawet uda­wać, że jej smutno. Eskorta zdej­muje połowę ładunku z dru­giego konia i pozwala jej go dosiąść. Zwie­rzę przy­wią­zane do niego, więc Sogo­lon nie musi nic robić, ale to i tak jej pierw­szy raz na koń­skim grzbie­cie. Dodaje w gło­wie wszyst­kie rze­czy, które zro­biła raz i chce znowu. Zanu­rzyć się w jedwa­biu, jechać na koniu, myśleć, że jest wolna.

Robią postój na otwar­tej prze­strzeni, to pra­wie jak pia­ski, bez drzew, a w nocy zimno dotkliwe. Mimo to Sogo­lon śpi teraz pod dwoma kocami, z męż­czy­znami, pod gołym nie­bem. Z każ­dym dniem zbli­ża­nia się do Fasisi pani coraz bar­dziej roz­go­rącz­ko­wana. Fasisi inne niż więk­szość miejsc na Pół­nocy, gdzie każdy oby­czaj zako­rze­niony w szla­chec­twie męż­czy­zny. Gdy kobiety wycho­dzą za mąż w Fasisi, zatrzy­mują swój doby­tek i zwią­zaną z tym wła­dzę. Nawet Król, kiedy zde­cy­duje się stać bogiem i dołą­czyć do kró­lew­skich przod­ków, prze­ka­zuje koronę pier­wo­rod­nemu z domu swej naj­star­szej sio­stry. Może dla­tego pani zdaje się tęsk­nić za Fasisi nawet bar­dziej, niż tęsk­nił pan, może dla­tego tak bar­dzo złak­niona powrotu. Wciąż jed­nak zasta­na­wia się na głos, dla­czego w ogóle wezwano ich ponow­nie. Nie raz jeden mówiła, że Król i Kró­lowa na pewno nie wysłali zapro­sze­nia tylko po to, by usły­szeć nudne gada­nie pana. Sogo­lon nie wie, jak wielki cię­żar nie­sie ze sobą to wszystko. Ani co jest gor­sze, tajem­nica czy kłam­stwo, a jeśli tajem­nica ukrywa na tyle dużo prawdy, że widzimy inną histo­rię, to czy też nie jest kłam­stwem? Pani wyga­nia ją, by spała z męż­czy­znami i owa­dami, ale dziew­czy­nie wciąż jej żal i ruga sie­bie za myśl, że może współ­czuć każ­demu czło­wie­kowi.

Teraz, gdy pod gołym nie­bem od świtu do nocy, droga do Fasisi uka­zuje rze­czy, któ­rych Sogo­lon ni­gdy wcze­śniej nie widziała. Droga przy­cho­dzi i odcho­dzi. Cza­sami przez pół dnia to ide­al­nie uło­żone kamie­nie, ale zaraz potem tylko zie­mia, pia­sek i cier­ni­ste krzewy. Jak za dru­gim razem naty­kają się na odci­nek sta­rej drogi, eskorta mówi, że to wszystko część daw­nego kró­le­stwa, na długo przed Fasisi, na długo przed naj­star­szym czło­wie­kiem, co jesz­cze żyje. Wędrowcy mijają wio­ski przy­cup­nięte na zbo­czach wzgórz, gdzie ludzie budują małe domy z gliny i kamie­nia, z dachami kry­tymi strze­chą i bez drzwi. Mijają wio­ski wyglą­da­jące, jakby ich miesz­kańcy ucie­kli lub wymarli. Na roz­sta­jach z dwoma szla­kami eskorta krzy­czy, że będą się trzy­mać rzek, bo to naj­roz­sąd­niej­szy spo­sób na unik­nię­cie ban­dy­tów. Jeden z Sied­miu Skrzy­deł mówi, że gotowy na każdą walkę, na co eskorta odpo­wiada: Więc idź i walcz. Król wydał mi roz­kaz, bym ładu­nek spro­wa­dził żywy i nie­tknięty. Pani, nasłu­chu­jąc u okna, syczy na słowo "ładu­nek" tak gło­śno, by na pewno usły­szał. Goście, popra­wił się. Jadą nad rzeką i mijają mury Dżuby, gdzie co kilka dłu­go­ści sie­dzi na koniu męż­czy­zna ubrany po żoł­nier­sku tak samo jak eskorta.

Wła­śnie, i ten eskorta. Sied­mio­skrzy­dli okry­wają się czarną tuniką i nie­bie­ską szarfą nawet w naj­go­ręt­sze dni, zasła­nia­jąc więk­szość twa­rzy. Ów czło­wiek wygląda ina­czej niż Sie­dem Skrzy­deł. Po pierw­sze, pra­wie cały w zie­leni. Do tego brą­zowa i czarna tar­cza, co ją nosi na ple­cach. Dalej Sogo­lon zauważa ostrze, to bułat, z któ­rego wkrótce nauczy się robić uży­tek. Zie­lona kol­czuga, zie­lona tunika, skó­rzany pas na miecz i długa zie­lona pele­ryna, którą owija się jak pani kocami. Ogni­sto­złote włosy i broda, nie­malże zmierz­wione, oraz szczu­pła twarz z gru­bymi war­gami, wyglą­da­jąca, jakby uśmie­chał się dzie­sięć razy czę­ściej, niż krzy­wił. I ten głos, pły­nąca rzeka. To nie jest męż­czy­zna na wizyty u panny Azory. Sogo­lon spo­gląda na jego twarz, ostrą, być może z odro­biną psoty ukrytą w bro­dzie. Psoty? To nie męż­czy­zna, który przy­cho­dzi do bur­delu, bo ni­gdy by tego nie potrze­bo­wał. Przy­stojny? Ledwo znała to słowo czy jego uży­tek. Cza­sami Sogo­lon mruga powie­kami i widzi tylko włosy, kości policz­kowe i usta. I skórę jak kawa zawie­ra­jąca przy­mie­rze z mle­kiem. Te oczy, co wciąż się uśmie­chają, gdy reszta twa­rzy nie, i ten uśmiech, co się utrzy­muje nawet wtedy, kiedy eskorta odwraca się, by popro­wa­dzić ich dalej. Dwa razy zatrzy­mują się na szlaku nad rzeką. Pierw­szy, by dać odpo­cząć koniom, drugi, bo pani wstrzy­mała wędrówkę, jako że nazbyt wcze­śnie dotar­liby do Fasisi, co ozna­cza­łoby nie­od­wra­calną utratę twa­rzy, oto jej wła­sne słowa. Za każ­dym razem eskorta myje się, nikt inny.

-?Tutaj woda naj­lep­sza -?zwraca się do Sogo­lon, idąc na brzeg.

Przez te wszyst­kie lata dziew­czyna dora­sta, zapa­mię­tu­jąc to, co mówią męż­czyźni, i ważąc pod kątem zagro­że­nia.

-?Ja się nie kąpię -?odpo­wiada.

Eskorta spo­gląda na nią, z pustką w twa­rzy, bez roz­cza­ro­wa­nia, ale i bez obo­jęt­no­ści, i mówi:

-?Wedle życze­nia.

Nie zasta­na­wia się ani chwili, tylko zdej­muje odzie­nie. Sogo­lon poprzy­się­głaby każ­demu, kto by spy­tał, że wygląda to ina­czej, jakby odwrot­nie, jakby to odzie­nie się z niego zdjęło. Męż­czyźni, któ­rzy przy­cho­dzili do panny Azory, wyglą­dali jak męż­czyźni, któ­rzy muszą przyjść do panny Azory, a nie jak chłopcy, któ­rzy wygry­wają w don­dze. Za to chłopcy z dongi wyglą­dają jak błysz­czące ciemne patyki z dłu­gimi i cien­kimi rękami i nogami. Ten eskorta wygląda, jakby jego odzie­nie popeł­niało nie­go­dzi­wość, skry­wa­jąc go. Ramiona sze­ro­kie i klatka pier­siowa ciężka od mię­śni. Wąska talia szczu­dla­rza, krzep­kie nogi mło­dego konia. Sogo­lon wie, że tak pomy­śli, i chce powstrzy­mać tę myśl, nim ona dotrze do głowy, ale nie umie. Kutas, jakiego czło­wiek ma nadzieję zoba­czyć pośrodku takiego ciała. Wiszący nad jądrami, gruby, okla­pły, niczego nie­do­wo­dzący. Eskorta wynosi się z rzeki i wyciąga na brzegu, a potem prze­cha­dza się tro­chę, ale nie po to, by poka­zać Sogo­lon cokol­wiek, bo już zapo­mniał, że ona w pobliżu. Lecz ona patrzy, jak męż­czy­zna idzie i jak kapie z niego woda, a po tylu latach spę­dzo­nych w bur­delu nie wie­działa, że kiedy męż­czy­zna poru­sza się w jedną stronę, jego kutas poru­sza się w drugą. W górę i w dół, podry­guje, jakby tań­czył do szyb­szej muzyki. W bur­delu tylko dwa rodzaje kuta­sów, gwał­towny i wiotki, a dziew­czyny wolą nie widzieć żad­nego. Ale eskorta albo jej nie dostrzega i zapo­mina o jej obec­no­ści, albo to cho­dze­nie takie samo dla niego jak budze­nie się lub pła­ce­nie za piwo. Pła­ce­nie za piwo. Sogo­lon zasta­na­wia się, czy był i będzie z nią zawsze, ten wstyd przed cia­łem. Nie może być, bo nie ma go u ludzi, od któ­rych pocho­dzi. Prze­kląć ten bur­del za to, że dał jej coś, czego ni­gdy by się nie spo­dzie­wała po takim miej­scu. Nie­śmia­łość. Sogo­lon splata w gło­wie myśli, które nie mają sensu. Eskorta staje i roz­kłada ręce sze­roko, jakby pozdra­wiał odcho­dzące słońce.

-?Zatem Sogo­lon -?mówi, a dziew­czyna o mało nie wysko­czy ze skóry. -?Nie takie aby twoje imię?

-?Rze­czy­wi­ście takie.

Odwraca całą głowę od niego, zasta­na­wia­jąc się, skąd się bie­rze to odwra­ca­nie. On nie podąża za nią, żeby ją widzieć. Ale jego pośladki, duże i ciem­niej­sze, wyglą­dają, jakby tylko one trzy­mały razem samo­wolne ręce, nogi i plecy.

-?Zamie­rzasz jeź­dzić na tym koniu, czy dobrze ci, że ten koń jeź­dzi na tobie?

-?Co?

Eskorta odwraca się ple­cami do słońca. Woda nie może nawet znieść, by roz­stać się z jego skórą. Wal­czy, by zatrzy­mać się na nim tro­chę dłu­żej. Sogo­lon nie wie, kto tak myśli, ale mówi gło­śno: Słu­chaj no, musisz prze­stać. On pod­cho­dzi i co mówi? Zbliża się do niej, a ona nie może pod­nieść oczu na jego twarz, ale spo­glą­da­nie niżej wcale nie lep­sze, bo wła­śnie podą­żyła wzro­kiem mię­dzy dwoma sut­kami i wędruje po tar­czy pośrodku ciała, gdzie wytry­skuje owło­sie­nie, co wije się w dół i w dół.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

POSTACIE WYSTĘPUJĄCE W TEJ OPOWIEŚCI

W MITU I KON­GO­RZE

SOGO­LON -?zwana Zaka­zaną Lilią i Wiedźmą Księ­życa JEJ OJCIEC JEJ NAJ­STAR­SZY BRAT JEJ ŚREDNI BRAT JEJ NAJ­MŁOD­SZY BRAT

KOBIETA-PYTON

PANNA AZORA -?wła­ści­cielka domu poszu­ki­wa­nych towa­rów i usług

YANYA -?jedna z jej kurew

DINTI -?druga z jej kurew

PANI KOMU­ONO -?szlach­cianka

PAN KOMU­ONO -?jej mąż

WIEL­MOŻNA PANI MORONGO -?jej sio­stra

UKUN­DUNKA -?potwór połą­czony z tali­zma­nem

KUCHARKA -?znana jako Kucharka

NANIL -?nie­wol­nica

KEME -?kró­lew­ski zwia­dowca, ofi­cer Czer­wo­nej Armii Fasisi

UAN­GE­CZI -?żona Basu Fuman­guru

MILITU -?jego druga żona

OMO­LUZU -?demony dachowe

MOSSI Z AZARU -?trzeci pre­fekt armii wodza Kon­goru

WIEDŹMY MAU­ANA -?ziemne syreny, ina­czej liengu błotne

W FASISI

YÉTÚNDE -?żona Keme KEME -?syn SERUA -?córka ABA -?córka LURUM -?syn EHEDE -?syn MATI­SZA -?córka NDAMBI -?córka

BEREMU -?lew

MAKAYA -?lew

WIEL­MOŻNA PANI DOUN­GO­UROU -?dwórka kró­lew­skiego domu Fasisi

PANI KAABU -?dwórka

PAN KAABU -?jej mąż, dwo­rza­nin

SAN­GO­MIN -?ucznio­wie san­gomy, sekta nekro­man­tów i łowcy cza­row­nic

KUASZ KAGAR -?Król Pół­nocy i ojciec księ­cia Likuda, z domu Aku­mów KRÓ­LOWA UUTU -?jego druga żona DŻE­LEZA -?jego sio­stra LOK­DŻI -?jego sio­stra

KUASZ MOKI -?syn Kuasz Kagara, daw­niej książę Likud ADUKE -?jego syn bliź­niak, póź­niej­szy Kuasz Liongo ABEKE -?jego drugi syn bliź­niak EMINI -?jego sio­stra, księżna MADŻOZI -?jej mąż, książę

KUASZ ADU­UARE -?syn Liongo

KUASZ NETU -?syn Adu­uare

KUASZ DARA -?syn Netu

AESI -?kró­lew­ski kanc­lerz

ALAYA -?griot z Połu­dnia

DŻABE -?najem­nik, Sie­dem Skrzy­deł

OUMU -?przy­ja­ciel Keme

BIM­BOLA -?wła­ści­ciel baru w Go

OLU -?boha­ter wojenny, dowódca armii Kuasz Kagara

VUNA­KUE -?dwórka ze świty księż­nej

ITULU -?dwórka ze świty księż­nej

PIERW­SZA DAMA DWORU -?główna poko­jowa księż­nej

ASAFA -?gene­rał w armii Kuasz Kagara

DIA­MANTE -?drugi gene­rał

SCALA -?zmarły czło­nek star­szy­zny

KANTU -?śmia­łek

BOSKIE STO­WA­RZY­SZE­NIE SIÓSTR

NA POŁU­DNIU

BUN­SZI/POPELE -?bóstwo wodne

NSAKA NE VAMPI -?łow­czyni nagród OSEYE -?jej sio­stra

NYKA -?najem­nik

BISIMBI -?krwio­żer­cze nimfy wodne

BOLOM -?griot z Połu­dnia IKEDE -?jego pra­wnuk, też griot z Połu­dnia

YUM­BOE -?wróżki leśne

CZIP­FA­LAM­BULA -?wielka ryba

W MAN­CIE

LETHABO -?mniszka

LIS­SI­SOLO -?sio­stra Kuasz Dary

NINKI NANKA -?smok rzeczny

BASU FUMAN­GURU -?czło­nek star­szy­zny Pół­noc­nego Kró­le­stwa

SIO­STRA ZARZĄD­CZYNI -?naczelna mniszka boskiego sto­wa­rzy­sze­nia sióstr

W DOLINGO

DŻA­KUU -?tak­tyk na służ­bie Króla Połu­dnia (zmarły)

NNIM­NIM -?mistrzyni uzdra­wia­nia i magii przy­wra­ca­ją­cej siły

KRÓ­LOWA DOLINGO -?jak stoi napi­sane JEJ KANC­LERZ BIALI UCZENI -?naj­mrocz­niejsi nekro­manci i alche­micy

IPUN­DULU -?wam­pir, ptak-bły­ska­wica

ISZO­LOGU -?bez­pań­ski ipun­dulu

SASA­BON­SAM -?skrzy­dlaty potwór

ADZE -?wam­pir i rój robac­twa

ELOKO -?tra­wia­sty troll i ludo­jad

CHŁO­PIEC -?bez­i­mienny syn Lis­si­solo

W MALA­KALU, PÓŹ­NIEJ­SZYM KON­GO­RZE

SIE­DEM SKRZY­DEŁ -?najem­nicy

SADOGO -?rosły męż­czy­zna, który nie jest olbrzy­mem

AMADU -?pan nie­wol­ni­ków BIBI -?jego sługa

TRO­PI­CIEL -?myśliwy znany tylko pod tym prze­zwi­skiem

LAM­PART -?zmien­no­kształtny myśliwy, znany jesz­cze pod kil­koma innymi imio­nami

FUMELI -?łucz­nik Lam­parta

ZOG­BANU -?trolle, pier­wot­nie z Krwa­wych Bagien

VENIN -?dziew­czyna cho­wana na poży­wie­nie dla zog­banu