1
Jednej nocy przebywałam w wyśnionej
dżungli. Nie był to sen, tylko wspomnienie, które dopadło mnie, by
zawładnąć śpiącą głową. Oto dziewczynka. Dziewczynka, co żyje w starym
kopcu termitów. I jej bracia, oni mieszkają w dużej chacie i mówią, że
kopiec przypomina odwrócone gnijące serce olbrzyma, lecz ona nie wie, co
to znaczy. Oto dziewczynka, przyciska mocno wargi do pustego brzucha
kopca o ścianach z czerwonej gliny szorstkiej pod palcami. Bez okien,
chyba że dziurę nazwiesz oknem, to wtedy tak, dużo okien, rozwierają się
wszędzie dokoła i wtedy światło przecina ciało dziewczynki, od góry do
dołu, na skos, i gorąco wkrada się i zagnieżdża, i wiatr wije się po
pustej przestrzeni. Termity dawno wyniosły się z kopca. To miejsce, w którym nikt nie trzymałby psa, ale ją tam trzymają.
Dwie nogi rosną coraz dłuższe, choć ciągle patyki, głowa większa, ale
klatka piersiowa płaska jak ziemia, bo może dziewczynka dopiero w przededniu czasu, kiedy jej ciało się uwolni, lecz nikt nie trudzi się
liczyć jej lat. A przecież odznaczają to każdej letniej pory, odznaczają
gniewem i smutkiem. Bracia. Odznaczają czas jej narodzin. W tych dniach
czują, że złość spowija ich jak chmura i dziewczynkę należy za to winić.
Ona zwiera usta, bo to wyraz stanowczości, a wargi ma napięte jak
kłykcie zaciśniętych rąk. Postanowienie osadza się na jej twarzy,
zestrojonej z umysłem. Już. Zdecydowała. Ucieknie, wypełznie z tej nory,
będzie biegła i nie ustanie. Jeśli palce odpadną od stóp, będzie biegła
na piętach, jeśli odpadną pięty, pobiegnie na kolanach, odpadną kolana,
będzie pełzać. Jak dzieciątko powracające do matki, o, może tak. Jakby
powracała do swojej umarłej matki, która za krótko żyła, aby nadała jej
imię.
Nikłym światłem przenikającym przez otwory w kopcu dziewczynka odlicza
upływ dni. Po smrodzie krowiego łajna poznaje, że jeden z braci orze
ziemię, by zasadzić nowe uprawy, co oznacza, że jest albo arb, albo
gidada, dziewiąty lub dziesiąty dzień miesiąca kamsa. Jeszcze jedno
spojrzenie dokoła i widzi duży liść, na którym poprzedniego wieczoru
pacnęli kleks kleiku, jeden z dwóch posiłków przypadających na ćwierć
księżyca. Tak ją żywią. Jeżeli pamiętają. Bo najczęściej dają jej
głodować, a jak sobie w końcu o niej przypomną nocną porą, to mówią, że
za późno i niech duchy ją nakarmią we śnie.
Oto dziewczynka. Popatrz, jak nasłuchuje. To dzięki braciom, gdy
wrzeszczą o sadzeniu prosa albo o wytchnieniu dla ziemi, odróżnia jedną
porę roku od drugiej. Dni deszczowe i dni suszy podpowiadają resztę. Do
tego bracia wyciągają ją z kopca na sznurze przyczepionym do obręczy na
szyi, przywiązują do konara i wloką przez pole, pokrzykując, by rękami
orała w krowim łajnie, kozim łajnie, łajnie świńskim i jelenim. Wbijaj
palce mocno w ziemię i mieszaj to gówno, by urosła twoja strawa, mimo że
na nią nie zasługujesz. Dziewczynka urodzona z brzemieniem winy na
grzbiecie. Winy, której nigdy w pełni nie odkupi trzem braciom.
Oto chłopcy. Dwaj starsi śmieją się z najmłodszego, który wrzeszczy.
Stoją tacy, jak się narodzili, noszą tylko żółte, czerwone i niebieskie
naramienniki i nagolenice ze słomy i maleńkie słomiane osłony na
kłykcie. Starsi obaj mają hełmy, które wyglądają jak słomiane klatki na
głowę. Hełmy w żółci i zieleni. Dziewczynka wypełza ze swojego pieca,
żeby się im przyjrzeć. Najstarszy brat wywija kijem wysokim jak chata.
Kręci się i wiruje, podryguje, jakby tańczył. Nagle odwraca się, w podskoku bierze zamach i wali kijem średniego brata w szyję.
-?Synu kurwy!
-?My z jednej matki -?odpowiada najstarszy i w śmiech. Obraca się w okamgnieniu, a jednak za wolno. Kij pali go ogniem w lewe ramię. Odwija
się z rechotem, choć cios utoczył mu krwi. Teraz to zrobi. Chwyta kij
oburącz jak siekierę i rzuca się w pogoń za bratem, sypiąc na niego
ciosy. Średni brat uderza dwa razy, ale starszy jest dla niego za
szybki. Świst, świst, świst, łup, łup, łup. Cięcie w pierś, cięcie w lewe ramię, cięcie w dolną wargę, rozkrawające ją na pół.
-?To tylko zabawa -?mówi średni brat, wypluwając krew.
Najmłodszy próbuje zawiązać hełm na małej głowie, bez powodzenia.
-?Pokonam was obu -?chełpi się.
-?Tylko popatrz na gnoja. Wiesz, dlaczego chodzimy do dongi, chłopczyku?
-?pyta najstarszy.
-?A co ja, głupi? Chodzicie, żeby wygrywać na kije. Żeby zabić durnia,
co was wyzwie do walki.
Obaj starsi patrzą na najmłodszego, jakby obcy pojawił się wśród nich.
-?Za mały jesteś, braciszku.
-?Chcę się bawić!
-?Pojęcia nie masz o dondze -?zwraca się do niego najstarszy. -?Wiesz,
po co ten kij?
-?Ty głuchy? Powiedziałem, że będę walczył i zabijał!
-?Nie, mały gnojku. To pierwszy kij. Jak zwyciężysz, używasz drugiego.
Spytaj każdej ładnej dziewczyny, co przychodzi oglądać walki.
Szczerzy się do średniego brata, ten szczerzy się do niego. Najmłodszy
zagubiony.
-?Przecież w walce używa się jednego kija, nie dwa.
-?Mówiłem. Za mały jesteś.
Średni brat wskazuje palcem kutasa najmłodszego brata.
-?Ha, u małego to nie kij, tylko patyczek.
Dwaj starsi śmieją się tak długo, że na twarzy trzeciego pojawia się
wściekłość, ale nie dlatego, że nie rozumie, lecz właśnie dlatego, że
zrozumiał. Dziewczynka patrzy. Jak on chwyta kij, jak bierze duży
zamach, jak mocno bije, trafiając średniego brata w plecy. Najstarszy
wrzeszczy, odwraca się i uderza kijem najmłodszego w czoło, zamierza się
drugi raz i wali go w zgięcia kolan. Okłada po całym ciele. Najmłodszy
wyje, średni chwyta najstarszego za rękę. Odchodzą, zostawiając tamtego
szlochającego w pyle. Ale gdy tylko widzi, że nikt nie patrzy, przestaje
płakać i biegnie za nimi. Dziewczynka wypełza do reszty z kopca i bierze
kij, który zostawili. Grubszy i twardszy, niż się spodziewała, w dodatku
długi. Trzy razy jej wzrostu. Bierze zamach i wali w ziemię, wzbijając
kurz.
Czekamy, aż matka krzyknie cztery razy,
tak właśnie robimy, mówi do niej najstarszy brat. Dzień minął, ale noc
jeszcze nie nadeszła, a on dwa razy szarpnął za łańcuch, żeby wypełzła,
choć najczęściej po prostu wyciąga ją ze środka bez uprzedzenia, aż ona
się dusi, nim ją do końca wywlecze. Wino palmowe wiruje mu w głowie, co
oznacza, że będzie mówił, a dokoła nikogo, by to słyszeć. Szarpie za
łańcuch, jakby ciągnął upartego osła, i to jedyny raz, kiedy pozwala jej
zbliżyć się do domu. Gdy tak się dzieje, dziewczynkę dopada mgliste
wspomnienie, jak ojciec podnosi ją z uśmiechem, ale uśmiech zaraz kwaśny
i na mgnienie oka ona unosi się w powietrzu, po czym spada na ziemię.
Czekamy, aż matka krzyknie cztery razy, mówi, bo cztery razy oznacza
chłopca, a trzy dziewczynkę. Matka nie krzyknęła ani razu.
Najstarszy brat opowiada historię, ale z powodu wina palmowego opowiada
bez składu. Widzisz mojego ojca? Widzisz jego dumę, kiedy brzuch matki
zaczyna sterczeć, jakby ją prowadził? Z trzech synów wkrótce zrobi się
czterech, a jak to będzie córka, ojciec wyda ją dobrze za mąż, jeśli się
wzbogaci, lub sprzeda, jeśli będzie biedny. Twoi bracia patrzą, jak
ojciec liczy, póki nie pojawi się dziecko, bo matka poszła rodzić w domu
swojej matki. Wszyscy czekamy na wieść o chłopcu, a najmłodszy brat
najbardziej, bo w końcu przestanie być najmłodszy i zacznie robić
rzeczy, które robią starsi bracia. Twój ojciec czeka na wieści, ale też
odpoczywa, przecież wreszcie usłyszał, jak żona powiedziała: Mężu, ten
mały dom już nam nie wystarczy. Rozbudował go więc, wybijając ścianę do
spichlerza i powiększając pokój dla dwóch najstarszych chłopców, potem
dodał kolejny dla najmłodszego i tego, który nadchodził, i jeszcze jeden
dla igieł i tkanin matki, bo to najwspanialsza z kobiet. I jeden dla
babci, której nienawidzi, ale nie mógłby pozwolić jej mieszkać samotnie.
Czekamy, aż matka krzyknie cztery razy. Ale cztery krzyki nie nadchodzą,
trzy krzyki też nie. Kiedy docieramy do chaty, babcia mówi: Dziecko
wyszło najpierw nóżką, z pępowiną na szyi. Moja córka krwawiła, krwawiła
i krwawiła, aż cała się wykrwawiła, potem oczy jej zbielały i odeszła.
Ko orodżi adekuu ebila afingui, powiedziała babcia, ale to nie była
jeszcze pora jej odpoczynku. Mała diablico, matkobójczyni, jesteś jak
jeden paproch, co całe oko zaślepi.
Spójrz, jak ściągasz klątwy na ten dom! Jednego ranka ojciec płacze,
tańczy następnego, potem złorzeczy przodkom w nocy za ich niegodziwe
zabawy. Radziliśmy się kapłana, mówi. Nosimy amulet, wzywamy bogów
pioruna i bezpiecznej wędrówki, nie jemy tłuszczu, fasoli ani mięsa
upolowanego strzałą, dlaczego więc bogowie sprowadzają na nas
utrapienie? Ona raduje się swoim brzuchem, raduje się mężem, nie
kładziemy się razem przez sześć księżyców, dlaczego więc bogowie
sprowadzają na nas utrapienie? Dlaczego, skoro dokonujemy libacji i oddajemy chwałę bogini rzek, która włada wodą w kobiecym łonie? Nikt nie
nazwał go szaleńcem, dopóki pewnego dnia nie zobaczyliśmy, jak zwinął
się w kłębek, z kolanami nad klatką piersiową, i naszczał sobie do ust.
Odtąd obwołaliśmy go szaleńcem. Trzeciego dnia po narodzinach ceremonia
nadania imienia, ale nikt nie przyszedł i nikt nie odszedł. Nikt nie
odważy się dać ci imienia, bo jesteś klątwą, a jedyne gorsze, jak
urodzić klątwę, to nadać jej miano, bo wtedy za każdym razem, gdy je
wypowiadasz, przywołujesz nieszczęście. Nie ma więc dla ciebie imienia.
I jeszcze to, mała istoto, że nikt nie napluje ci do ust rajskim
pieprzem, abyś nie stała się kobietą zhańbioną, i nikt nie zrobi ci
naszyjnika z żelaza, by odgrodzić cię od świata duchów.
Nowa noc. Dziewczynka czuje szarpnięcie łańcucha na szyi, które
przechodzi w ciągnięcie i zaraz wywlekanie z kopca, wywlekanie tak
gwałtowne, że wytoczyła się przez mały otwór, zostawiając po sobie
większą dziurę. Wleczenie trwa, w błocie, po ziemi, przez kurze gówno, o mało nie łamiąc jej karku, aż chwyciła za łańcuch i widzi, że zbliża się
do domu. Odwraca się, ale nie może dostrzec, by ktokolwiek ją ciągnął,
słyszy tylko szuranie po ziemi. Olbrzymi biało-żółty pyton zahaczył o łańcuch ogonem, nieświadom, że wlecze za sobą dziewczynkę. Dziewczynka
lęka się, co wąż zrobi, gdy dotrze do domu śpiących braci. Ale z jej ust
nie wydobywa się żaden krzyk, żaden wrzask, żaden płacz.
I wtedy ogon pytona zsuwa się z łańcucha. Nie zsuwa się, bo przecież ona
cały czas widzi go w ciemności. Ogon maleje i maleje, jakby wąż wsysał
sam siebie. Ogon maleje, a pyton robi się szerszy, większy, jak kokon,
bo coś mocno kotłuje się pod jego skórą. Wiją się białe i żółte guzy,
rozciągają, kręcą i toczą, aż nagle dwie ręce przebijają się przez skórę
i rozrywają całe ciało. Skóra zsuwa się na ziemię i powstaje naga
kobieta.
Rusza w stronę domu, ani razu nie oglądając się za siebie. Dziewczynka
podąża za nią w odległości kilku kroków. Na tyłach kobieta-pyton wspina
się przez okno do pokoju średniego brata. Dziewczynka siedzi w kurzu i ciemności wsłuchana w ciszę, aż z pokoju dobiega chłopięcy krzyk. Krzyk
coraz głośniejszy, na tyle donośny, że ona podrywa się na nogi i podbiega do okna, jednak za wysoko, więc szuka w mroku czegoś, na czym
mogłaby stanąć. Znajduje tylko stołek ze złamaną nogą. Kaganek słabo
oświetla pokój. Brat leży na podłodze ujeżdżany przez kobietę-pytona,
podskakującą w górę, w dół, jakby próbowała coś chwycić, szarpie się i wije niczym pod gradem silnych ciosów. Potem krzyczy, że go wykończyła,
że nie żyje, i całe jego ciało wiotczeje na podłodze. Jeszcze potem
zaczyna płakać, a kobieta-pyton milczy przez cały czas. Nikt tu nie
przychodzi, tylko ta kurwa wiedźma, mówi brat. Ja nie kurwa ani wiedźma,
odpowiada ona, za to ty przeklęty. Ty i twoi bracia, i twój szalony
ojciec, i nieżywa matka. Tak przeklęci, że tylko kurwy się do was
zbliżają.
-?Powinieneś zabić tę małą -?mówi kobieta-pyton.
-?Już próbowałem, ale ona wraca -?odpowiada brat.
Dziewczynka o mało nie spadnie ze stołka.
-?Cztery dni po tym, jak wtrąciła mojego ojca w obłęd, a matkę w zaświaty, my, moi bracia i ja, zabraliśmy ją i zostawiliśmy w głębokim
buszu. Dasz wiarę, że to przeklęte dziecko znalazło drogę powrotną?
Nawet jeszcze nie raczkowała. Ludzie w wiosce mówią, że yumboe, wróżki
leśne, karmią ją nektarem i pokruszonymi orzechami. Mała czarodziejka,
tak ją nazywają. To z jej powodu wioska nas unika. Obwiniają nas, gdy
nie spadnie deszcz albo plony liche. Posłuchajcie, mówię ludziom,
chodźcie i ją sobie weźcie, jak chcecie. Nie obchodzi mnie, co zrobicie.
Ale nikt nie przyjdzie. Nas trzech, my żywimy się tym, co ludzie nam
zostawią, chyba że sami coś wyhodujemy. To przez nią się od nas
odwrócili. To przez nią nie będę miał żadnej oblubienicy oprócz ciebie.
-?Ja nie twoja oblubienica -?odpowiada kobieta-pyton.
Wiele księżyców przemija, zabierając ze
sobą całe lata. Teraz jest większa, włosy zwisają z głowy brudnymi
kępami, póki ich nie wyrwie, a głos ma taki, aż braciom zdaje się
czasem, że słyszą matkę. Nauczyła się, jak postępują duzi ludzie, bo ani
jedno wypowiedziane słowo jej nie umknęło. Więcej niż dwa razy
najmłodszy brat chciał ją spoliczkować, ale złapała go za rękę i to ona
go uderzyła. Nikt nie nauczył jej pieśni, więc ułożyła własną i zaczyna
już dostrzegać niebo za końcem sznura. Ale wciąż mieszka w kopcu
termitów, wciąż orze w ziemi i kozim gównie, dostaje cięgi dla zabawy, a najmłodszy brat obala ją kopniakami na ziemię i depcze po niej,
wciskając ją głęboko w błoto. Jak chciałaś zabić naszą matkę, to trzeba
było przynajmniej urodzić się chłopcem, mówi. Ona czuje, że przechodzi
przez wiele księżyców i lat, a bracia ciągle żyją w dniu jej narodzin, w dniu śmierci wspólnej matki.
Za każdym razem, kiedy dwaj starsi ruszają na wschód, bo mówią, że w wiosce żadna kobieta ich nie zechce, najmłodszy przychodzi po nią. Jego
twarz mówi jej, że cały dzień myślał o złu. Moi starsi bracia mają
szczęście, bo doczekali ceremonii, nim nasza matka umarła, opowiada.
Mają szczęście, bo stali się mężczyznami. A ty odebrałaś mi moje
szczęście. Żaden ze starszyzny mnie nie obrzeza i nie uczyni mężczyzną,
bośmy wszyscy przeklęci. Po wdeptywaniu jej w ziemię co dzień przez dni
osiem dziewiątego wdepcze ją w ciernie.
Ona wie, dlaczego jej nienawidzą, przecież mówią to każdego wieczoru.
Mała diablico, matkobójczyni, kiedy mama przestanie płakać, pytają.
Kiedy przestanie biadolić w zaświatach o małej niecnocie, która poraziła
i rozcięła jej koo, która ją zabiła. Dziewczyna nasłuchuje płaczu matki
z krainy umarłych, ale nic nie słyszy. Tylko ciszę. Milczy, gdy biją ją
za to, że prosi o większą strawę z mniejszą zgnilizną. Milczy, kiedy
mówią: Nie każ nam iść do zaświatów i błagać ich władcę, by zabrał cię i oddał nam matkę. Milczy, bo już wie, że tego próbują. Tak powiedział
tamtej nocy średni brat do pytonicy.
Trzej bracia, wszyscy niegodziwi. Najstarszy chłoszcze ją, zostawiając
dwa ślady na jej twarzy. Średni głodzi ją, mówiąc, że skoro ona ma się
za kobietę, niech sama ugotuje sobie jedzenie. Najmłodszy najgorszy, bo
nikt nie chce go uroczyście obrzezać, by stał się mężczyzną, a wszystko
przez nią. Zabiję cię, nim staniesz się kobietą, mówi. I mówi jeszcze
tak: Wezmę nóż i wytnę ci główkę koo, bo żadna kobieta nie odważy się
cię tknąć. Nie jesteś ani chłopiec, ani dziewczyna. Jesteś potwór.
Za każdym razem dziewczyna odbiera to inaczej. Kiedy najpierw nazwali ją
potworem, drapała się po skórze aż do krwi, rozzłoszczona, że nie widzi
żadnych łusek, które mogłaby zrzucić. Ogryza paznokcie, żeby nie wyrosły
pazury. Kiedy czuje swędzenie między oczami, myśli, że otwiera się
trzecie. Albo że włosy wyrosną na całym jej ciele jak u tokolosze,
czarnego kosmatego demona, którym straszy ją najstarszy brat, mówiąc, że
dopadnie ją we śnie. Pewnego dnia wystawiła głowę z kopca i zobaczyła
kobietę przechodzącą obok chaty, wyśmiewającą się z jej braci, bo ktoś
musiał dołożyć swoją klątwę do ich klątwy, skoro ich stan taki zły. Może
ona jest potworem. Małą diablicą. Matkobójczynią. Dziewczyną, która, jak
mówi pytonica, dorastała, nie zaznając matczynego mleka. Nic dziwnego,
że małe cycuszki nie chcą urosnąć. Brat mówi, że rośliny wydają plon
zgodnie ze swoim mianem, skoro więc mówi się, że ona potworem, to
potworem będzie. A kiedy mijają lata i dziewczyna widzi, jak swobodnie
ludzie używają tego słowa, uzna, że nawet jeśli nie jest potworem, to na
pewno klątwą, którą matka wypuściła na świat. Ty nawet nie ładna, mówi
średni brat. Dziewczyna przesuwa dłońmi po swoim ciele, czując każdą
sterczącą szorstką kość, te biodrowe największe i najgorsze, a wmawiana
brzydota staje się pewnikiem.
Lecz bracia też kłamią. Oto chłopcy, oto średni bierze naszyjnik, co go
najstarszy wygrał w dondze, a potem szepcze, że to najmłodszy ukradł.
Dwie noce później olbrzymia pytonica przepada w siną dal z mosiężnym
naszyjnikiem na szyi. Najstarszy brat bije najmłodszego, a najmłodszy z kolei bije dziewczynę, ale to jeszcze nie dość. Najmłodszy wsypuje
truciznę do strumienia, z którego zawsze pije kobieta-pyton. I dopada ją
tak ciężka choroba, że za jednym tchnieniem wiatru przybywa posłaniec
śmierci. Średni brat krzyczy: Kim jest ta nieszczęsna nieznajoma?, bo
nie może nikomu powiedzieć, nawet braciom, że każdej nocy wyczyniał z nią coś zakazanego i rozbijał jaja, które ona czasem składała w trawach
przy korycie rzeki. A najstarszy, zawsze kiedy pod władaniem wina
palmowego, opowiada o mężczyźnie, którego zabił, i o kobiecie, którą
zgwałcił, i o mężczyźnie, którego zgwałcił, i o kobiecie, którą zabił.
Upłyną księżyce i lata upłyną, nim dziewczyna zrozumie, że niczego, co
wychodzi z ust jej braci, nie wolno brać za prawdę, nawet jeśli mówią,
że woda jest mokra, a ogień gorący.
Oto proszę. Postanowione. Zdecydowała dziesięć i dwa księżyce wstecz. Na
szyi obręcz, do niej przywiązany sznur. Sznur wystarczająco długi, żeby
wypełznąć z kopca, przejść przez podwórze, podkraść się do płotu,
prześlizgnąć obok traw, świń, kur, myszy i innych zwierząt żyjących w zagrodzie. Tak oto od dziesięciu i dwóch księżyców o świcie każdego dnia
gryzie przy szyi sznur, którego końca oni nie widzą, bo nikt nie chce
patrzeć na nią z bliska. Tylko trochę za jednym razem, czasem ledwie
kęs, a między zaciśnięciem zębów a splunięciem gryzie i gryzie. Potem,
zaplótłszy słaby węzeł, udaje, że ciągle jest przywiązana, i krzywi się,
jakby ciągnęli ją mocno. Zbliża się czas sadzenia i bracia wkrótce
przyjdą, pokrzykując, Pora orki, mała brudasko. Nie, to pora ucieczki.
Szarzeje dzień, który wybrała, słońce czarne się robi nad głową. Ciemno
jak w nocy. Obręcz wciąż na szyi. Wyczołgała się z kopca i owinęła
długim sznurem w biodrach, aż wygląda, jakby dusiły ją sploty wężowe.
Wątłe światło każe jej myśleć, że słońce zaszło, a przecież wisi jeszcze
wysoko na niebie, tuż za południową porą, ten pierścień płonący wokół
czarnego środka. Ona za długo patrzy na słońce, a kiedy próbuje biec,
światło oślepia oczy. W powietrzu blask, na ziemi blask. Wszystko
jaśnieje, wszystko płonie na biało. Kury gdaczą oszołomione, gdy
dziewczyna roztrąca je kopniakami na drodze i w biegu do furtki wpada
wprost na tors.
-?To niedobrze wygląda, ty mały smrodzie.
Najmłodszy brat.
-?Gdzie się wybierasz?
Najpierw pomyślał, że wybiegła pohasać ze świniami, jedynymi zwierzętami
brudniejszymi od niej, ale potem zobaczył sznur zawinięty na ciele. Ty
małe gówno, mówi i chwyta ją za włosy. Ona wyje z bólu, ale nie
zapłacze. Wrzeszczy i kopie, a on krzyczy, Tak, wrzeszcz i brykaj jak
zwierzę, i szuka końca sznura, żeby zakręcić nią jak bączkiem. Ale wtedy
ona kopie go w goleń, celnie, i on puszcza. Rzuca jej wściekłe
spojrzenie, nie mówi nic. Najmłodszy brat upuszcza kordelas na ziemię i wyciąga z sarongu skórzany pas do bicia. Uśmiecha się tak szeroko, że
twarz wygląda jak przecięta na pół. Dziewczyna chwyta coś małego, co
ukryła przy sobie, a on rzuca się na nią jak gepard, lecz ona
roztrzaskuje mu to na twarzy, mały kozi pęcherz wypełniony jej szczynami
sprzed wielu księżyców, zmieszanymi z pyłem ziemi. Szczypie, jak brat
próbuje wytrzeć oczy. Krzyczy, zaciśnięte powieki puchną. Oślepiałaś
mnie, beczy i kaszle palony ogniem szczyn w ustach. Ona chce dalej
uciekać, ale w szamotaninie on chwyta sznur i ciągnie, ciągnie i ciągnie. Ona czuje, że ucieka i zarazem cofa się, i nie może tego
powstrzymać, ryje piętami w błocie, kurzym gównie, świńskim łajnie. Mały
smrodzie, krzyczy brat, wezmę to, co biorę zawsze, a potem cię zabiję,
dodaje. Nie szukaj moich braci, żaden z nich mnie nie powstrzyma. Oho.
Strach mija. Bracia nie przyszliby, żeby ją uratować, ale żeby go
pohamować. Jak człowiek, co widzi, że zaraz nadepniesz na cierń, więc
ostrzeże cierń. Wciąż ślepy i uczepiony sznura, najmłodszy ciągnie raz
za razem, ręka za ręką. Ona pozwala mu się przywlec, a potem chwyta
kordelas. Już blisko, krzyczy on, czuję, i tak, jest już naprawdę
blisko. Sznur więzi ją w talii, szarpie i się zaciska, ale ona się nie
broni i teraz brat wychwytuje od niej smród świńskiego łajna. Dziewczyna
bierze zamach i rąbie z całej siły.
-?Odcięłaś mi rękę! Ty suko! Ty mała suko!
Najmłodszy wyje, biadoli, przeklina, szuka swojej dłoni. Dziewczyna w końcu ucieka. Sznur wije się za nią, a na nim wciąż zaciśnięta ręka
brata.
Potem jest więcej słońca przypiekającego skórę i oślepiającego oczy i ścieżka szeroka na dwa rydwany i odrętwienie stóp idących nazbyt długo.
Bieg od chaty do chaty, od ścieżki do ścieżki, od krzaka do krzaka, od
drzewa do drzewa, aż w końcu las, by ukryć się przed braćmi, którzy na
pewno jej szukają i skrzyknęli innych do tropienia. Cztery dni pod gołym
niebem, więcej bez jedzenia i jeszcze jeden księżyc upłynie, nim
dziewczyna padnie. Czuje sen, choć nie śpi, a kiedy nie śpi, porusza
się, chociaż nogi odrętwiałe. Sznur był tak napięty, że dusił cię jak
wąż, rozbrzmiewa ochrypły głos kobiety pochylającej się nad nią. Gdzie
twoja matka?, pyta, a dziewczyna dygocze i dygocze, jakby świeże
powietrze wyrwało ją z odrętwienia. Jeszcze jeden dzień i podskok wozu
wyrywa ją ze snu. Kobieta pyta, dokąd zmierzasz, dziewczyno, ale nie ma
odpowiedzi. Nieważne, mówi kobieta. Jadą do Kongoru.
Oto dziewczyna. Kobieta siedząca na wozie mieszka w domu przy ulicy,
gdzie wszystko jest niebieskie. W domu z dwoma piętrami i dwiema
drabinami oraz z dziesiątką kobiet. Kobiet z czarującym koo, tak mówią
mężczyźni. Ta na wozie, zwąca siebie panną Azorą, mówi o nich "moje
kurwy", bo nie ma zwyczaju zasłaniać się pięknym słowem. Dlaczego
przyprowadziłaś tutaj kolejną?, pyta jedna z kobiet, która w ciągu
siedmiu dni od przybycia dziewczyny ani razu nie włożyła odzienia.
Interes idzie dobrze, ale powoli, odpowiada panna Azora i patrzy na
przygarniętą, jakby sama zastanawiała się, dlaczego wzięła dodatkowy
ładunek.
-?Niedługo trzeba będzie zakleszczyć dziurkę w dzbanku.
-?Nie umiem pracować w glinie -?odpowiada dziewczyna.
Kobiety w śmiech, a panna Azora porusza cicho ustami, jakby liczyła w myśli.
Rok gna za rokiem, gdy dziewczyna liczy
dni u panny Azory, ale czasem chciałaby, żeby lata przygnały z powrotem.
Rok gna za rokiem i zaokrągla jej biodra i ciało na zadku. Lata
zdzierają jej głos, potem wygładzają go na nowo i sama już się gubi.
Lata sprawiają, że to samo oko widzi to samo, ale postrzega inaczej.
Mężczyzn postrzega inaczej. Pannę Azorę inaczej. Nie, postrzega ją taką,
jaka zawsze była, i jak ona postrzega dziewczynę. My razem kobiety, ale
nie nazywaj nas siostrami, mówi któraś. Pierwszego roku dwie odeszły,
rok później jedna wróciła. Trzech mężczyzn umiera w tym domu, pierwszy
akurat wtedy, gdy wszedł w Dinti. Po dwóch przyszli inni mężczyźni, ale
trzeci był wędrowcem, za którego spalenie musiały zapłacić pewnemu
kupcowi. Sprowadzona przez pannę Azorę nie ma imienia, ale jest jedyną
dziewczyną wśród kobiet, więc wołają na nią Dziewczyna. To ją wysyłają
do rzeźnika po flaki i gicze, bo jemu żal biduli, więc daje jej więcej.
Dziewczyna karmi się życzliwością jednych kobiet i wystrzega
niegodziwości innych. Dziewczyna kryje się, gdy kobieta mówi: Ukryj się
i nie wychodź, bo pewien mężczyzna przyjdzie z pewnym żądaniem i chociaż
panna Azora kocha swoje dzieci, bardziej od nich lubi pieniądze.
Dziewczyna bawi się gałązką na ziemi w pomieszczeniu na tyłach i nazywa
ją siostrą, aż do dnia, kiedy budzi się i zostawia siostrę-gałązkę na
klepisku. Dziewczyna podpatruje kurwy, aż do nocy mogące uchodzić za
każdego, tylko nie kurwę. Tymczasem panna Azora nie spuszcza jej z oka.
Mówi: Dziewczyno, urosłaś przez lata, ale twoja twarz zacięta, jakbyś
widziała tylko ludzi, którzy cię skrzywdzili, a twój podbródek za ostry,
oczy nadto głębokie, nos za duży, cycki za małe, nogi za długie, ręce za
obrotne, język za prędki. Potem chwyta dziewczynę i ściąga z niej
koszulę przez głowę. Ona dygocze, bo poznała wstyd przez lata okrywania
się w domu, w którym kobiety się nie okrywają. Wyzbądź się tego gówna,
mówi panna Azora, przyglądając się dziewczynie. Wstydu nie można kupić
ani sprzedać. Twoja koo też się zmienia, dodaje i każe Dinti przynieść
szmaty.
-?Księżyc niedługo przyjdzie do ciebie, żeby upomnieć się o swoje -
mówi.
-?Potem przyjdą mężczyźni -?dodaje Dinti i chichocze.
Słowa panny Azory rychło się spełniają i po raz pierwszy dziewczynę bolą
sutki, puchnie jej brzuch, łupie w głowie i gdziekolwiek usiądzie w ciągu trzech nocy, wszędzie zostawia ślady krwi. W dolnej części brzucha
szarpie i rwie, kiedy pomacać, a ból odbija się echem w lędźwiach i udach. Dziewczyna nie przestaje płakać. Nigdy nie widziałam, żeby
którakolwiek tak ciężko to przechodziła, mówi panna Azora, po czym
wkładają ją do kadzi i leją ciepłą wodę na ramiona. Panna Azora głaszcze
ją po głowie i śpiewem kołysze ją do snu. Nie rozpaczaj, Dziewczyno,
mówi, jesteś teraz kobietą.
Pół księżyca później panna Azora przenosi ją do najmniejszego pokoju w domu, do tego, który nazywają Komodą. To jej pierwsze łóżko w życiu,
gruba pościel wypchana pierzem, a w kącie miednica i dzban z wodą, a przecież nie do picia. Tej samej nocy jedna z dziesięciu kobiet zakrada
się do jej łóżka z okna powyżej. To ja, mówi Yanya. Kobieta patrzy na
Dziewczynę, wzdycha głośno i przeciągle i mówi: Postępowania Azory nie
wolno ci brać za życzliwość. Ona przygotowuje cię do bycia kolejną
zakazaną lilią. Zakazana lilia jest dla mężczyzny o szczególnych
potrzebach, choć w takim mężczyźnie nie ma nic szczególnego poza
wypchaną sakiewką. To taki, co jak widzi koleżanki bawiące się z jego
córeczką, ledwo panuje nad żądzą, by którejś nie złapać i nie zaciągnąć
w busz. Ale panna Azora najpierw poczeka, popatrzy, byś podrosła, trochę
się pogrubiła. Potem zrobi tak, że pewnej nocy wyśle na ciebie mężczyznę
bez ostrzeżenia. Woli postąpić w ten sposób, nasyłać ich na ciebie,
dopiero potem wyjaśni, że jak ci to nie w smak, zawsze możesz odejść.
Tak właśnie zrobi, tak zrobiła z nami wszystkimi. Ale ty też możesz coś
zrobić, mówi Yanya, jednak nie chce zdradzić, co stało się z ostatnią
zakazaną lilią. Podsuwa Dziewczynie woreczek i dodaje: Wymieszaj tyle,
ile mieści się w dwóch palcach, i dopilnuj, by wypili.
Czterej pierwsi mężczyźni obdarowują pannę Azorę wypchaną sakiewką i szerokim uśmiechem, mówią, że leżeć na takiej jak ta to leżeć na obłoku.
W istocie ten obłok to nie koo między jej nogami, ale poduszka, na
której zasypiają, każdy bez wyjątku. Tylko piąty gwałci Dziewczynę, i to
gwałci tak długo, aż mijają dwie piosnki śpiewane przez nią w głowie,
dopiero potem pije. Mężczyźni zawsze budzą się wyładowani i pyszni,
pewni, że zostawili w niej bękarcie bliźnięta. Po spotkaniu z piątym
Dziewczyna zaczyna ich okradać.
Jej worek się zapełnia. Złoto, srebro, żelazo, kauri i sztabki. I kolczyki, kolczyki w nosie, pierścionki na palcach, naszyjniki, orzeszki
kola, synsepal, talizmany, amulety, wysuszone serce, kości zwierząt,
żetony do gry w bao, klejnoty z jadeitu, drewniane fetysze, kaolin i mała figurka wyrżnięta z onyksu. Mężczyzna mówi żonie, że najpewniej
zgubiło się na drodze, w rzece, przepadło w morzu lub zostało
wykradzione z jego szat. O wiele łatwiej przeboleć, nawet jeśli wiadomo,
kto zabrał, bo od powiedzenia, że coś cennego zniknęło, gorsze byłoby
wyjaśnienie, jakim sposobem wróciło. Dlatego wciąż przychodzą i rozpytują o dziewczynę z obłokiem między udami. Azora podejrzewa, że
dzieje się coś dziwnego, bo przecież ta młódka nie ma w sobie nic, co
urzekłoby mężczyznę, ale nie zamierza sarkać na zarabiany pieniądz.
Dochodzi do pewnych wydarzeń. Maganatti dżarra, dwudziesta noc księżyca
cikaua. Mężczyzna robi to, co czuje, że zrobić musi, a kobieta musi się
tym zadowolić. W swoim przybytku panna Azora przeklina leniwą noc.
Większość kobiet w sieni, gdzie właścicielka wita mężczyzn i prowadzi
rozliczenia. Yanya i druga kobieta siedzą naprzeciw siebie, dwie inne
stoją razem przy oknie na prawo, Dziewczyna przycupnęła na podłodze na
końcu pokoju, poza zasięgiem karcącej ręki panny Azory, która chodzi w tę i we w tę, złorzecząc. Przesądy o nocnym niebie, mówi jedna z kobiet,
ale to nie podoba się pannie Azorze. Zaczyna się zastanawiać, czy nie
rozpuszczono nowej plotki o kobietach, potężniejszej od wszystkich
poprzednich, które wprawdzie nie powstrzymały żadnego mężczyzny,
sprawiły za to, że żony poczuły się lepiej. Znowu gadają, że my
dotknięte wstrętną chorobą?, pyta, ale nikt nie umie odpowiedzieć, bo
żadna z nich nie przebywa w towarzystwie kobiet innych niż one same.
Jeśli mężczyzna nie przychodzi do koo, koo musi iść do mężczyzny, mówi
panna Azora i rozkazuje Yanyi wyjść na ulicę i ściągnąć suknię, aby
każdy przechodzień mógł zobaczyć jej piersi.
-?Dlaczego ja, panno Azoro?
-?A jak myślisz, dziewczyno? Bo cycki u Dinti marne jak u kozy i bo ja
nigdy nie mówię dwa razy, oto dlaczego. Teraz idź...
Dzieje się powoli, ale szybko. Jeden długi czarny palec zaciska się na
szyi panny Azory, potem dwa, potem trzy i cztery. Nim którakolwiek z kobiet zdąży krzyknąć, chwytają pannę Azorę, porywają ją w górę i rzucają nią w ścianę po drugiej stronie pokoju. Leży nieruchomo na
podłodze. Teraz kobiety krzyczą i uciekają. Żadna nie usłyszała
nadejścia, nie zobaczyła, nie poczuła woni. Dwa kroki w głąb
pomieszczenia i już widać, że to coś płci męskiej, wrzeszczy tak głośno,
że niektórym kobietom krwawią uszy. Wygląda jak stwór, co poruszałby się
powoli, ale w okamgnieniu chwyta drugą kobietę, próbującą uciec, i nią
też ciska. Z wrzaskiem miażdży krzesło. On, to coś. Wysoki, że głową
ociera się o sufit, jedna ręka wygląda na wiotką i słabowitą, drugą,
grubą jak jego ciało, dotyka podłogi. Dwie nogi rosłe na podobieństwo
drzew, jedna krótsza. Rusza się i wierci jak pająk, roztrzaskuje stoły,
misy i wazony, rzuca wszystkim, na czym zaciśnie długie palce. Potem
dostrzega dziewczynę i wrzeszczy. Rusza wprost na nią. Ona chyżo wspina
się po drabinie -?nigdy nie wdrapywała się tak szybko -?i ucieka do
swojego pokoju. Tłuczenie, wrzaski, krzyki zbliżają się i w końcu małe
drzwi zostają wyrwane z zawiasów. Bestia wciąż wyje. Dziewczyna dygocze
tak mocno, że za każdym mrugnięciem tryskają łzy spod powiek.
-?Lepiej dziękuj bogom, że nie jesteś chłopcem, złodziejko. Inaczej
musiałabym wezwać dziesięciu ludzi, by wyciągnęli Ukundunkę z twojej
zasranej nory -?mówi kobieta.
Dama wyglądająca na kogoś wielkiego rodu i znaczenia. Ciemne usta i szeroki nos ułożone w mars, gniewnie ściągnięte brwi poniżej wzoru z białych kropek, spływającego na lewy policzek. Ighiya na głowie niczym
bujny czarny kwiat, na ramionach długi biały koc Basotho z wizerunkiem
czarnego wojownika z dzidą i tarczą. Kobieta wysoka i rozłożysta, ale
nie gruba. Wygląda, jakby mogła objąć naraz wszystkie swoje dzieci.
Policzki kobiety takiej, która śmieje się bez uprzedzenia, bez żartu.
Dziewczyna wciąż dygocze. Ukundunka szarpie za pościel, jakby chciał ją
przyciągnąć.
-?Gdzie to jest, dziewucho?
Nie może wydusić z siebie słowa.
-?Gdzie... gdzie... gdzie... -?jąka się.
-?Gdzie talizman, głupia. Moja figurka z onyksu. Nie każ mi prosić, bo
inaczej polecę mu cię obszukać.
Ukundunka opuszcza głowę tuż przed twarzą Dziewczyny. Łeb długi jak u konia, ślepia jak u wilka, zębiska krokodyle. Oddech nie do opisania.
-?Oni są jednym i tym samym, pojmujesz? Ukundunka i talizman są
wspólnością. Opowiem ci pewną historię. Kiedyś, po wielu latach
małżeństwa, powiedziałam do męża: Najdroższy, wszyscy wiedzą, że jesteś
ważnym człowiekiem. Wszyscy wiedzą, że doniosłe sprawy trzymają cię poza
domem do późna w nocy. A bogowie wiedzą, jak się martwię. Martwię się
tak bardzo, że poprosiłam zaklinacza bliskiego bogom, by zrobił coś, co
uchroni cię od złego. Tak jest, mężu, mówię. Noś ten talizman zawsze
przy sobie, a wtedy Ukundunka będzie cię chronił. Taki ważny człowiek
jak ty, mający wszędzie wrogów, mógłby skończyć w rowie! Zatem każdej
nocy, kiedy obrócę klepsydrę więcej niż pięć razy, a mąż nie powraca,
wysyłam Ukundunkę na poszukiwanie talizmanu. Aby mąż był bezpieczny,
pojmujesz? Pewnej nocy nie dość, że wrócił późno, to wrócił bez
talizmanu. Powiedział, że go zgubił. Powiedział, że nie warto szukać, bo
nie wie, gdzie przepadł. Mówię: Nie martw się, mężu, rychło go znajdę i zajmę się tym, kto go zabrał. I teraz proszę, spoczywa na łonie byle
kurwy.
-?Ja nie kurwa.
-?Mieszkasz w burdelu, więc chyba mniszką nie jesteś?
-?Ja nie kurwa.
-?Kucharką też przecież nie jesteś.
-?Ja nie kurwa, och.
-?Dlaczego więc ten pokój pachnie mężczyznami?
Dziewczyna nie umie odpowiedzieć. Mogłaby odrzec, że tak, pokój pachnie
mężczyznami, ale te smrody nie od niej. Lecz rozmowa o miksturach
nasennych doprowadziłaby do tego, że panna Azora dowiedziałaby się
prawdy. Szlachcianka patrzy uważnie, przygląda się dziewczynie.
-?Może dasz mu dziecko? Ja z pewnością nie zamierzam skazać się na
żadne, a już na pewno nie z nim. Ha, widzę zgrozę na twojej twarzy.
Naprawdę jesteś małą dziewczynką.
-?Ja się nigdy nie kurwię. Nie kurwię z żadnym z nich.
-?Nigdy, hę?
-?Tylko ich okradam.
Dziewczyna bardziej zatrwożona spojrzeniem kobiety niż sykiem Ukundunki.
Ale potem mars u tamtej przechodzi w uśmiech.
-?Złoto? Kauri? Pieniądze? Mów do mnie, dziewucho.
Dziewczyny nie stać na nic poza wpatrywaniem się w szlachciankę.
Zastanawia się, czy tak właśnie postępują dorosłe kobiety, obnażają i obnażają, zaskakują i zaskakują, aż w końcu u niej tylko osłupienie.
-?Biorę wszystko, co mają, a co nie powinno luźno zwisać. I zatrzymuję
sobie, bo panna Azora nic nam nie daje.
-?Zupełnie nic? A odzienie?
-?Odzienie kupujemy. Mówię, że nic nam nie daje. Z wyjątkiem jednego.
Wszystkim nam zapewnia gwałt za pierwszym razem, gdy nas sprzedaje, i liczy sobie za to od mężczyzny potrójną stawkę. Więc przygotowuję dla
nich miksturę, a potem ich okradam.
-?Eh. Zatem oni nic od ciebie nie dostają, a ty bierzesz od nich całe
mnóstwo? Widzisz, dziewczyno, mieszkasz w złym domu.
-?Nie zostawię jednej właścicielki dla drugiej.
-?Kto powiedział, że u ciebie w ogóle jest cokolwiek do wzięcia na
własność?
Tej nocy Dziewczyna odchodzi ze szlachcianką. Panna Azora nic nie mówi.
Panna Azora nie rusza się z miejsca, gdzie rzucił ją Ukundunka, więc kto
wie, jaki los stał się jej udziałem. Szlachcianka pyta Dziewczynę o imię.
-?Nie mam imienia.
-?Co? A jak ludzie cię nazywają?
-?Mała, małe gówno, mała dziewczynka, mała kurwa, dziewczynka, zakazana
lilia.
-?Starczy. Wybierz sobie imię i odtąd tak będziemy na ciebie wołać.
-?Na matkę wołałam Sogolon.
Oto dziewczyna, przyjmuje imię swojej matki, umarłej sto siedemdziesiąt
i siedem lat wcześniej. Sto siedemdziesiąt i siedem razy wielka tykwa
świata obróciła się wokół słońca.
Sogolon.
2
Sogolon, przestań wchodzić na ściany. Nie
jesteś już małą dziewczynką.
Oto dziewczyna. Pragnie powiedzieć pani Komuono, że nie wpada na ściany
z przyzwyczajenia ani nie chce zrobić sobie krzywdy. Ale to ciekawe, to
uczucie uderzania w coś tak sztywnego, co nie przyjmuje naporu jak
bawełna, nie tłumi go jak ziemia, nie pozwala się w nim zatopić jak w błocie ani zgarnąć trochę jak gliny. To nowe uczucie, że cię zatrzymuje,
nieważne, jak mocno się rozpędzisz. Drogi naprzód nie przebędziesz,
jeśli zaporą kamień. Żadnego odbicia, żadnego echa, żadnego dźwięku,
koniec. A jednak ściana to nie kamień, nawet jeśli z kamienia częściowo
zrobiona. Szorstka i ziarnista, ale nie jak ziemia, bardziej jak piasek,
jakby ktoś znalazł sposób na połączenie piasku, żeby był mocniejszy od
drewna. I zimna, ściana zawsze zimna, jak obuch siekiery wczesnym
rankiem, co ją kucharka wrzuca do dzbanka z winem dla schłodzenia. Dwa
poranki, może trzy, może dziesięć, Sogolon podchodzi do ściany, do
ciemnego końca w kuchni, do tylnej ściany od strony ogrodu, w środku
spichlerza, gdziekolwiek, byleby nikt jej nie widział, i liże.
W tych ścianach smak to niejedyna różnica. Od pierwszego dnia, kiedy
Sogolon weszła tylnymi drzwiami, i prawie każdego następnego pani chwali
się, że to niezwykły dom. Nie żadne pospolite kongorskie domostwo, lecz
siedziba godna każdego wielmoży nad Morzem Piasków. Nie szczędzimy
wysiłków, aby nasz dom wyglądał jak ze wschodniego snu, mówi pani.
Sogolon nie zawitała jeszcze do żadnego innego domu w Kongorze, nie ma
więc porównania. Po pierwsze, sufit jest wyższy niż człowiek stojący na
ramionach drugiego. Ściany szorstkie jak kamień, ale ukształtowane
ręcznie jak domy z gliny w Mitu. Okna większe niż w innych kongorskich
domach, w których wyglądają jak włazy. Ostre drewniane belki nośne,
wysokie i poza zasięgiem ręki, jak bokobrody na ścianie, a na nich wiszą
pasy, miecze, maski, fetysze i tarcze. Niżej, ale wciąż wysoko, tkaniny
z całego Północnego i Południowego Królestwa i dalszych krain. Przy
lewym oknie stoi stołek pana, na którym nie wolno siadać nikomu innemu.
Kiedyś usiadł tam niewolnik, powiedziała kucharka. Pan kazał sędziemu
wychłostać chłopca, aż mały głupiec przestał odróżniać wodę od szczyn. W całym domu dywany i poduszki na podłodze dla każdego, kto chciałby
spocząć. Wszystko w czerwone, żółte, zielone i niebieskie wzory.
Niejednego dnia Sogolon krąży i wciąż znajduje się w nowym pokoju. Albo
w pokoju, co księżyc wcześniej wydawał się duży, a teraz jest mały. W pomieszczeniach niegdyś gorących czuć zimno. Pokoje, co przedtem obok
kuchni, teraz daleko w głębi korytarza, w części domu, do której nie
zachodzi nawet pan. Pokój się nie przemieścił, Sogolon to wie, ale tak
właśnie się czuje, bo zbyt wiele ich, by spamiętać, który jest który.
Być może dlatego nie może zliczyć, ilu ludzi mieszka w tym domu. Pani i pan. Gruba kucharka, która nie widzi potrzeby, by wyjawić swoje imię,
więc Sogolon go nie zna. Chuda niewolnica, która przedstawiła się jako
niewolnica, dopiero później wyznała, że ona Nanil. Chłopiec, który
opiekuje się pańskimi końmi, tego dowiedziała się Sogolon od kucharki.
Pewnego dnia widzi tego chłopca wyprowadzającego konia i jednocześnie
zamiatającego dach. Bliźniaki, ale nikt jej tego nie powiedział. Mówią
do niej tylko wtedy, gdy potrzeba.
Nie jesteś już małą dziewczynką, powtarza pani Komuono, a to jednego
dnia znaczy jedno, drugiego inne. Sogolon rozmyśla nie o tym, kiedy
przestanie być mała, ale kiedy mała być zaczęła. Kurczak nigdy nie
powie, że jest małym kurczakiem, ani koza nie mówi, Patrz, jaką byłam
słabowitą kozą. Kto miał jej to powiedzieć prócz braci i panny Azory?
Dla panny Azory wiek dziewczęcy był stratą czasu, stanem niezdarności,
którego każda mądra kobieta powinna szybko się wyzbyć. Ale raduj się,
mówiła, bo niektórzy z nich wolą, byś wyglądała jak mała dziewczynka.
Pani Komuono powtarza kilka razy, że ostateczne przeznaczenie czeka na
Sogolon gdzie indziej, ale ona lubi jej dom. Słowa te sprawiają, że
dziewczyna zastanawia się, czy pani przysposabia ją, by stała się darem
dla domu zakonnego lub obozu starszyzny w zamian za większą ilość
złotych monet, które tak uwielbia liczyć. Oto słowa pani Komuono.
Wyobraź to sobie, hę?, mówi, chwytając kilka monet. Wyobraź sobie dom,
do którego pan wnosi jedynie swoje imię. Ani monet, ani biletów
pieniężnych, ani kauri. Jego imię to jedyny pożytek. Grioci, którzy
upamiętniają dzieje rodziny w poezji i pieśni, potrafią prześledzić jego
rodowód aż do powstania samego Fasisi. Komuono, gepardy ze starej
sawanny. Gdyby tylko byli prawdziwymi gepardami. Gdyby tylko byli
prawdziwą rzeczą, którą można kupić, sprzedać lub podarować. Lecz gdy
twoje miano brzmi Komuono, wiele drzwi wciąż się otwiera, niewiele
zatrzaskuje.
I pan. Wszyscy stali się jednym mężczyzną, ci, którzy przychodzili do
jej pokoju, więc nie potrafi odróżnić go od innych. Zasypiali na jej
obłoku, nim podjęli trud rozmowy, a ci, którzy próbowali mówić, nie
uznali jej za wartą jakiejkolwiek wymiany słów. W końcu to nie za tę
dziurę zapłacili, chyba że kobietą byłaby Dinti. A ten, który nie mówił
i nie pił wina, zgwałcił ją. Sogolon odciska ślad w swoim umyśle,
wspomnienie ich zapachu, jeśli nie twarzy, i przysięga, że pewnej nocy
przyjdzie do nich z nożem. Ale kiedy widzi pana tego domu, nie potrafi
określić, czy jest mężczyzną pierwszym, czy ostatnim, czy w ogóle
którymkolwiek z nich. Widzi nie znaczy poznaje. Nigdy go nie poznała,
nawet zaraz po swoim przybyciu. Niewolnica powiedziała jej: Dziewczyno,
nie waż się choćby patrzeć w jego stronę, bo to człowiek, którego
wzywano dawniej na dwór królewski. A gdy Sogolon spytała, dlaczego już
go nie wzywają, niewolnica odrzekła tylko: Kim jesteś, by oczekiwać, że
władca środkowych krain zniży się do wyjaśniania ci czegokolwiek? Dla
mężczyzny takiego jak on dziewczyna taka jak ty to powietrze. Co znaczy,
myśli Sogolon, że nigdy nie powinna wchodzić mu w drogę, bo choć to
Nanil wypowiada słowa, żadne nie pochodzi od niej.
Nie potrafi pamiętać pana, ale odznacza sobie, jak on ją zapamiętał.
Widzi to w okazałości na jego twarzy, zwłaszcza w oczach, które się
rozszerzają, gdy jest zaskoczony, zamykają mocno, gdy rozzłoszczony, są
rozbiegane, gdy robi się przebiegły, tracą wyraz, gdy oszukuje, i mrużą
się, gdy zaprzecza. Przynajmniej nigdy nie mrugają z pożądania, którego
nadejścia Sogolon wciąż się obawia. Wszystko to widzi również pani i czerpie z tego tak wiele przyjemności, że Sogolon zaczyna się
zastanawiać, czy to nie jakaś gra. Wystarczy posłuchać ich w alkowie,
gdzie pan przygotowuje się do drugiego odpoczynku, a pani stroi się i robi sobie umczokozo, nanosząc linię kropek białej ochry od lewej brwi w dół nosa, ust, aż do ostatniego punktu na brodzie. Z kimś ważnym
zamierza się spotkać lub coś ważnego zamierza zrobić.
-?Żono, znajdujesz pospolitą dziewuchę i przyprowadzasz ją tutaj, jakby
była domowym zwierzątkiem, które rodzina wyrzuciła na ulicę?
-?Mężu, to ty zgubiłeś talizman. Ja tylko poszłam go odnaleźć.
-?I przygarnęłaś tę dziewuchę?
-?Na to wygląda. Może bogowie postanowili pobłogosławić nas jakimś
owocem. I dobrze, bo znalazłam...
-?Bogowie znaleźli dla ciebie złodziejkę?
-?Jeśli złodziejkę, to bardzo przebiegłą, drogi mężu. Jak skradła go z twojej szyi?
Pan milczy przez chwilę. Potem pyta:
-?G-g-gdzie ją znalazłaś?
-?W jakimś rowie, drogi mężu. Leżała tam, a obok talizman, jakby go
pilnowała. Wyglądało jak znak. Zaufaj bogom.
-?W jakimś rowie? W jakim?
-?Rów to rów, mój drogi mężu.
-?Ona nie może zostać w tym domu.
-?A dokąd ma pójść? Jest tylko dziewczyną, z której nie ma użytku. Dom
robi się coraz większy, zapotrzebowania na służbę przybywa. Kim ona dla
ciebie?
-?Dla mnie? Nie znam jej.
-?Zawsze mówisz, że chcesz mieć dziecko.
-?Nigdy tak nie mówię.
-?To prawda. Bo twoje słowa to: Bezpłodna suko, gdzie moi potomkowie?
Wygubisz mój ród. Zatem to nowy dzień dla ciebie i dla tego domu. Dzieci
mogą jeszcze nadejść. Właściwie to jedno już tu jest.
-?Ona nie jest dzieckiem.
-?Czyimś dzieckiem na pewno jest.
-?Nie lubię jej.
-?Podobno jej nie znasz.
-?Pierdolić bogów, kobieto. Chcesz mi zrobić na przekór?
-?Na przekór? Jak to, mężu? Powiedziała, że znalazła talizman w tym
samym rowie, w którym myśmy ją znaleźli. Z pewnością to sprawka bogów.
Mówię sobie: Żono, dlaczego mąż twój miałby chodzić w pobliżu jakiegoś
rowu? W dzielnicy Gallunkobe. Jak naszyjnik spadł mu z szyi, skoro nić
nieprzerwana? Dlaczego miałby w ogóle tam chodzić? Ale bogowie zawsze
mówią, że należy ufać mężowi, bo wiedzie nas w prawdzie, więc
postanawiam zaufać. A zważywszy na to, z jakim oddaniem ta dziewczyna
chroniła to, co jest bezcenne dla mnie i dla nas obojga, z pewnością
człowiek tak słynący z dobrych uczynków jak ty okaże jej trochę
życzliwości.
-?Więc rzuć jej trzy złote monety i odeślij ją precz.
-?Jak byle kurwę?
Pan Komuono odkasłuje. Mówi, że nie wie nic o handlowaniu z kurwami.
Sogolon nasłuchuje z sieni, poza zasięgiem ich oczu. Nikt nie słyszy jej
chichotu. Pani to przebiegła kobieta, nawet jeśli mówi Sogolon prosto w twarz tylko o tym, co ta robi źle. Dziewczyno, źle jesz. Nie przeżuwaj
jak krowa. Tak się je. Pomyśl o kawałku chleba, nim go oderwiesz, i nie
odrywaj szerszego niż twoja dłoń. Koźliny wygarnij nie więcej, niż
zmieścisz w opuszkach palców. Gryź powoli i nie pozwól, by ktokolwiek
usłyszał lub zobaczył, co jesz, bo w ten sposób wzbudzisz obrzydzenie u każdego, kto patrzy. Dziewczyno, źle się myjesz. Co znaczy, że w ogóle
się nie myjesz z wyjątkiem chwili, kiedy zagrożę, że wyrzucę z tego domu
ciebie razem z twoim smrodem. Tak się myje człowiek. Idź do komory z wodą przy spichlerzu i wyszoruj skórę piaskiem. Szoruj między piersiami,
szoruj pod stopami, szoruj łokcie, żeby nie wyglądały jak kurze pięty,
ale koo obmyj delikatnie, z niewielką ilością wody, bo inaczej ją
zniszczysz. Dziewczyno, źle nosisz głowę. Nawet nie próbuj ighiyi -?nie
pochodzisz z szanowanej rodziny. Weź tę tkaninę i niech sprzątaczka
nauczy cię, jak zawinąć gele. Nie masz dużo włosów, a te, co masz,
nieładne. Dziewczyno, źle chodzisz. Tak się chodzi. Patrz, jak
ingksangksosi się prezentuje, skrzydła złożone niby u mężczyzny
splatającego dłonie za plecami, podbródek wysunięty, głowa wysoko, jakby
niósł dzban oliwy. Przy każdym kroku zwróć uwagę najpierw na kolana,
które unoszą się, ale u kobiety nie za wysoko, a stopy, gdy dotykają
ziemi, stawiaj bez zakłóceń, jakbyś szła na palcach. Mam być jak
diabelny ptak?, pyta Sogolon, zobaczywszy, że sekretarz zadeptał na
śmierć i pożarł węża. Pani Komuono nagradza ją uderzeniem w twarz. To
gadanie baby z gnojowiska, mówi. Wkrótce wyrośniesz z lat dziewczęcych i musisz być na to gotowa.
Na co gotowa, o to Sogolon nie pyta. Panna Azora mówiła, że ona już
przeżyła dziewczęce lata. Sogolon nie chce rozgniewać pani Komuono i stracić jej życzliwości. Wie, że pani ją sposobi, choć nie wie do czego,
a wygląda to całkiem podobnie, jak robiła panna Azora. Sogolon obserwuje
uważnie każdego mężczyznę i kobietę, którzy odwiedzają ten dom, a jest
ich niemało. Czeka w ciemnych korytarzach, by słuchać o tym, kto stracił
sprzątaczkę, kto potrzebuje córki, który chłopiec właśnie przeszedł
rytuał męskości lub który wódz rozczarowany najnowszą żoną. Lub, jako że
pani uwielbia liczyć monety, kto właśnie dorobił się ładnych pieniędzy.
Lata spędzone z panną Azorą nauczyły Sogolon rozumu. Wie, że bez posagu
nie ma wartości dla mężczyzny. Chyba że mężczyzna chce syna i więcej
synów i nie obchodzi go, z jakiej dziury wyjdą na świat.
Oto dziewczyna, wygląda z domu na okolicę, wciąż pocierając rękami
dokoła tego, co nazywane oknem. Szeroki dach, może to miejsce, gdzie
mężczyźni spotykają się i rozprawiają o mądrych sprawach lub piją. Dach
ze schodami na inny dach, więc być może rodzina już duża i coraz
większa. Dachy czasami takie same jak ściana do nich prowadząca, ze
śladami rąk, które wygładziły glinę. Dalej wysoka, cienka wieża,
więzienie, a może tam miasto przechowuje sorgo na wypadek głodu. A może
dom najchudszych i najroślejszych ludzi we wszystkich dziewięciu
światach. Sogolon policzyła piętra przy oknach. Trzy domy wysokie na
trzy piętra z oknami nad oknami, a potem czwarty dom wysoki na jedno
piętro i bez okien. Trzy bogate rodziny i jedna biedna, tak myśli.
Zastanawia się, jakie kobiety w nich mieszkają. Miasto dachów, których
wysokości nie potrafi ocenić, bo większość taka sama. Dlatego tych kilka
na sześć, a nawet osiem pięter kłuje niebo. Ten sam kolor wszystkich
ścian. Brąz, ochra, piasek lub twarda ziemia. Okna, dzieło mało
mistrzowskiego rzemiosła, rozdziawiają się jak otwory w gnieździe os.
Miasto zmienia się nocą. Teraz przypomina grzbiet zwierzęcia, czarne z cieniem i kolcami oprócz okien, w których migocze pomarańczowe światło.
Lampy w kilku oknach wyglądają samotnie. Więcej okien z przyćmionym
blaskiem, bo ogień bardziej odsunięty, w piecu z przygotowywanym mięsem
lub pod garnkiem na podłodze, z parzącą się kawą. Dalej w głębi miasta
światła nawet nie migoczą. A daleko na północy, pośrodku Kongoru, na
szczycie najwyższej wieży posąg ptaka przycupniętego na czubku, jakby
chciał odlecieć. Wieża Czarnego Krogulca, tak nazywa ją kucharka, gdy
wyprowadza Sogolon na ulicę. Dziewczyna pamięta jedynie drogę wijącą
się, skręcającą i rozlewającą tak szeroko, że trzy wozy po jednej
stronie mogą wyminąć trzy po drugiej, a potem zwężającą się na tyle, że
kobiety mogą się na niej zmieścić tylko pojedynczo. Aby opuścić Tarobe,
o którym kucharka z dumą opowiada Sogolon jako o najbogatszej dzielnicy
w mieście, należy albo ruszyć na południe w kierunku koryta wysychającej
rzeki, nad którą niewolnice wydobywają wodę z błota, zanurzając szmaty,
a następnie wyżymają je nad kubłami, aby oddzielić brud, albo na północ
dokądkolwiek indziej. Idziemy ulicą graniczną przy dokach portowych, aż
dochodzimy do innej drogi, szerokiej i ruchliwej, która zaprowadzi nas w głąb dzielnicy Nimbe, gdzie ludzie prowadzą rejestry wszystkiego, co
chodzi, rozmnaża się i sra, mówi kucharka. Sogolon już pada z nóg, za to
tamta niestrudzona. Musi zakrzyknąć, że dalej nie ujdzie, by kucharka
zagwizdała na wóz, który zabierze je na drugą stronę, obok Wieży
Czarnego Krogulca, do dzielnicy Nimbe, gdzie zamierzają zrobić
sprawunki. Potrzebujemy nowego kaganka, dwóch, jak uda się zaoszczędzić,
mówi kucharka. A tutaj, w Nimbe, jest najlepszy wytwórca lamp, najlepszy
wytwórca wszystkiego, skoro pytasz, choć Sogolon nie pyta. Zadziwiona,
jak możliwe, że te mury tak wysokie, aż słońce nie widzi ulicy.
Sprzeczka przyciąga ją z powrotem do kucharki, wrzeszczącej na kupca z powodu ceny lampy. Klną i grożą sobie nawzajem, aż w końcu kucharka
mówi, że gdyby chciała mieć do czynienia ze złodziejami, zabrałaby swój
zad na północ. Na północ. Ale tam właśnie idą w drugiej kolejności. Do
dzielnicy Gallunkobe, gdzie w większości domy wydają się opasłe,
przysadziste i takie same. I wszyscy tak samo marszczą brwi. Nie mów
pani, że tu idziemy, nakazuje kucharka. I nigdy tu nie wracaj. Prowadzi
ją za rękę przez ulice i marszczy czoło, gdy Sogolon mówi, że dawno
przestała być małą dziewczynką. Jak puszczę twoją rękę w dzielnicy
Gallunkobe, to już nigdy nie zobaczysz domu naszej pani, upomina
kucharka i zostawia Sogolon, aby podziwiała widok sprzedających,
kupujących, pijących, śmiejących się, targujących ludzi, rozwijanych
tkanin, rąbanego mięsa, szlachcianek w eskorcie strażników wysokich jak
wieże, ostrzegłszy ją, żeby unikała niebezpieczeństw.
Niebezpieczeństwo jest w tamtej zagrodzie, w miejscu, którego miana
Sogolon nigdy nie poznała, z trzema braćmi, którzy czyhali, by ją zabić.
Niebezpieczeństwo to mężczyzna, który odwiedza dom panny Azory, aby
legnąć z zakazaną lilią, mężczyzna, którego nie zdołała skłonić do
wypicia mikstury, nim pchnął ją na łoże. Niebezpieczeństwo czai się w zaświatach, gdzie według braci ich matka woła, aby dokonali zemsty na
małej suce, która wypełzła z jej koo i którą należy zabić za
samolubstwo. Kongor? Ta kraina to cud. Sogolon smutna, bo nie chce stąd
odchodzić. Nawet jeśli pan mija ją, jakby była starą zjawą w jego domu.
Pani aż zanadto się jej przygląda. I gdera. Sogolon jest po to, by pani
gderała i się martwiła, by ją ubierała w dobre odzienie, bo ludzie winni
myśleć, że pochodzi z dobrego domu. Ona jest kimś, kogo należy pouczać,
poprawiać, klepać w czoło, bić po pośladkach, besztać, gdy mówi jak
szczur rzeczny z Mitu, bo tak właśnie nazywa ją pani, bo dowiedziała się
wreszcie, skąd dokładnie pochodzi Sogolon. Ale ona wie. Pani
przygotowuje ją do życia gdzie indziej. Dla kogoś innego. Uczy się więc
dni i zaczyna je liczyć. Dwadzieścia i dziewięć i mamy nów. Potem uczy
się księżyców i jak je liczyć i raduje się, gdy odlicza jeden, i boi
się, że to będzie ostatni odliczony w tym domu. Stań prosto jak kobieta,
a nie jakaś leniwa, głupia baba, mówi pani, przyłapując Sogolon na
garbieniu się, ale to garbienie nie z lenistwa. A pan nadal na nią nie
spojrzy.
Potem jednej nocy pan przychodzi do kwater przy kuchni, gdzie mieszkają
Sogolon i niewolnica. Sogolon nie śpi, choć tak wygląda, i tak samo
druga. On próbuje być cicho. Idzie na palcach, w pantoflach, które
klapią o podłogę przy każdym kroku. Szturcha niewolnicę stopą. Ona się
nie porusza, no to ją budzi obcesowo. Ona stęka i odsuwa się od niego,
ale on podąża za nią i znów trąca ją stopą. Jeszcze jedno stęknięcie,
które przechodzi w mamrotanie. Wystarczy dla pana, bo zaraz zadziera
koszulę nocną, aby pokazać nic pod spodem, ale to nic czarne w ciemności, przez co wygląda jak duch pod suknią. Koszula wciąż opada, on
wciąż ją podciąga. Klęka i przygarnia niewolnicę. Ona jęczy, jakby
chciała dalej spać, i przekręca się na brzuch, a on wlecze ją po
podłodze. Pan zadziera jej koszulę na plecy, nad pośladki, i podciąga
swoją. Oklepuje ją swoim przyrodzeniem, póki nie jest gotów. Sogolon
odwraca się, żeby popatrzeć, zobaczyć, co według niej on z nią zrobił u panny Azory. Wpycha się i napiera, ale zastyga, żeby strzepnąć coś
kłującego go w kolano, może kamyk, a niewolnica się nie porusza. Nie
stęka już, on za to stęka za dwoje.
Miasto to miasto. Tam, skąd pochodzi Sogolon, rozkołysana trawa na
wietrze może dać czasem wrażenie, że ziemia się otwiera. Zwłaszcza jak
wyjrzeć na świat daje się tylko przez dziurę w ścianie kopca
termitowego. Lecz Kongor nie ukazuje niczego. A kiedy sen nie nadchodzi,
Sogolon wstaje i wygląda przez okno. Pobliska ulica śpi, ale chłopcy
zawsze są na drodze, jakby dokądś szli. Niektórzy owinięci, inni nadzy,
wszyscy noszący lub niosący słomiane hełmy i nałokietniki, i nagolenice,
w jaskrawych kolorach rzucających wyzwanie ciemności. Sidła, które
Sogolon zna, ale nie potrafi sobie ich umiejscowić. Coś przenika ją
głębiej niż pamięć. Coś w tych chłopcach kroczących po mieście, jakby
władali ulicą, daje poczucie wolności, które obmywa jej stopy i zaraz
odpływa. Sogolon na dworze tak szybko, że diabeł nie zdążyłby mrugnąć
powieką. Przez drzwi bez rygla, bez stróża, bo samo imię pana
dostatecznie chroni ten dom. Zbyt dużo czasu upłynie, nim Sogolon
zrozumie, że nie wie, dokąd iść. Ani jak wrócić.
Jest w dzielnicy Tarobe, a droga na południe to droga w kierunku koryta
rzeki, więc jeśli pójdzie w stronę przeciwną, do Wieży Czarnego
Krogulca, to skieruje się na północ albo na północ i wschód. Nocną porą
ulice w Tarobe wszystkie oświetlone pochodniami dla jasności. Ale
wkrótce Sogolon na ulicy, której nie zna, a księżyc jedynym światłem, co
ją prowadzi. To dźwięk bardziej ją wiedzie niż światło, bo dogoniła
chłopców. Wieża Czarnego Krogulca coraz bliżej, ale ciągle daleko.
Sogolon dociera do placu, gdzie za dnia był zgiełk targowy, a teraz
pełno tam głosów i blask pochodni. Wychodzi zza rogu i widzi buzujące
ognisko wysokie jak dom. Są chłopcy, ale to nie oni rażą błyskawicą jej
serce. To sidła na głowach, łokciach, kolanach i palcach. Słomiana
zbroja walczących na kije. Sogolon stoi w zaułku przy placu z ogniskiem,
a dachy odcinają światło księżyca i rzucają na nią cień. Odsuwa się na
krok od rozmigotanego blasku i patrzy z głębi ciemności.
Chłopcy skaczą, krzyczą, śmieją się, porykują. Inaczej niż bracia, u których każdy ruch naznaczony był niegodziwością. Mężczyźni też są,
jedni odziani jak Siedem Skrzydeł, w czarnych szatach na wierzchu,
białych od spodu, niektórzy w pysznych agbadach, inni o wyglądzie
wielmożów, reszta jak żebracy. Ale chłopców więcej, przeważnie są nadzy
lub zrzucają odzienie. Wielu w pancerzach do walki na kije. Niektórzy
noszą tylko białą glinę i łańcuch na brzuchu. Oto chłopcy. Jeden na
ziemi blokuje ciosy drugiego, który okłada kijem trzeciego. Ten
atakujący połyskliwy i szybki. Chłopiec na ziemi nie ma osłony na palce
i cios w kłykcie wytrąca mu kij z ręki. Najpierw chlaśnięcie w twarz,
potem w policzek i zaraz mężczyzna wbiega, by to powstrzymać. Niektórzy
chłopcy wiwatują. Doskakują i podnoszą zwycięzcę na ramiona. Po
przegranego nikt nie przychodzi.
Druga walka dłuższa, ale wciąż bardzo szybka. Sogolon pragnie oglądać
chłopców, ale pragnie też więcej. Chce patrzeć, jak skaczą, o tak, ale
wyobraża sobie własne stopy nad ziemią. Czuje dreszcz, kiedy patrzy, jak
się odwijają, zamachują, robią uniki, parują ciosy i walą, walą, aż krew
tryśnie, i ona też wymachuje, paruje, wali w ciemności. Oto moc tańca,
bo jeśli nawet utoczą krwi, to jest odskok, pląs i wdzięk. Sogolon
pragnie kija bardziej niż czegokolwiek innego. Cienkiego jak jej kciuk,
wysokiego jak drzewo i twardszego niż kamień. Chce iść pustą ulicą, na
której czyha zło gotowe do skoku. Kolejna walka. Kiedy Sogolon wybija
się w powietrze, tak jak wybija się chłopiec, to tak, jakby została w górze.
Myśli, że droga powrotna do domu wiedzie na południe, ale ulice Kongoru
nie trzymają się tych zasad. Dom odnajduje dopiero w południe i wszyscy
robią to, co robią zgodnie z porą dnia. Rozgoryczenie wypiera ulgę, bo
Sogolon pojmuje, że nikt za nią nie zatęsknił. Co to za miejsce, gdzie
wszystko toczy się bez niej, jakby nikt na niej nie polegał w żadnej
sprawie, jakby dla nikogo się nie liczyła. Aż zapragnęła krzyczeć.
Pewnego dnia idzie przez sień przy wejściu i natyka się na ludzi w sali
powitalnej pogrążonych w rozmowie. Prawda taka, że wcale nie
przechodziła przypadkiem. Wie, że sekrety domu wychodzą na jaw w sali
powitalnej, bo tam wszystko znajduje swoją siedzibę, a zwierzenia to już
najpewniej. Nie znaczy, że pan i pani nie dochowują tajemnicy. Rzecz w tym, że nikt idący przez sień nie przystaje, by słuchać o sprawach
innych ludzi, bo przecież sam ma własne sprawy. Gdyby kucharka
kiedykolwiek przydybała tam Sogolon, spoliczkowałaby ją siarczyście i doniosła na nią do pani. Sogolon zapamiętuje obyczaje szlachty. Nie to,
że szlachcice najbardziej sekretni, ale że nikt nie wtyka nosa w ich
sekrety. To nie powstrzyma jej przed zakradnięciem się, by posłuchać.
-?Jak mam do niego iść? -?pyta pan. -?Jak by to wyglądało?
Sogolon nigdy dotąd nie widziała go tak wzburzonego.
-?Wyglądało w oczach kogo? -?odpowiada pani. -?Przecież nikogo na ulicy
w południe.
-?Udajesz niemądrą czy niemądra jesteś naprawdę? Nikogo na ulicy w południe. Myślisz, że nie chcę iść, bo boję się ludzi?
-?Nie, mężu.
-?I jeszcze każe nam iść pieszo, kiedy wiadomo, że mam wóz, rydwan i najprzedniejszego konia w Kongorze.
-?Do niego niedaleko.
-?Rzecz nie w odległości, głupia kobieto. On chce, bym przyszedł do
niego pieszo, bo chce mi pokazać, że jego dom w łaskach, a nasz nie. W przeciwnym razie ten bękart, który nawet nie pochodzi z prawdziwego
szlacheckiego rodu, choć jego dom pełen instrumentów, nie odważyłby się
wezwać mnie do siebie. Do zła ten bagienny szczur postanowił dołożyć
zniewagę. Nie dość, że musimy się do niego udać, to jeszcze musimy iść,
jakbyśmy byli jego sługami. Wiesz, że wszyscy jego domownicy będą
czekali na ten widok, wiesz o tym, prawda? Może nawet przywoła
przyjaciół i sąsiadów, powie: Chodźcie popatrzeć! Chodźcie popatrzeć,
jak rodzina Komuono czołga się w pyle do moich drzwi. Jak możesz tego
nie pojmować?
-?Bo patrzę dalej niż to. Jedna pora roku wkrótce przejdzie w drugą, ale
ty będziesz biadolił, że ta pora gorąca.
-?Mówisz bez sensu, kobieto.
-?Droga naprzód czasem wiedzie w głąb.
-?Co?
Pani głośno wzdycha. Sogolon widzi brzemię kobiety. Trzeba udawać
głupią, żeby głupi mężczyzna miał się za mądrego.
-?Jest tak, jak mówisz, mężu. Musisz mieć na względzie tylko cel tej
wędrówki. Nawet nie patrz na to, kogo napotykasz po drodze, bo miniemy
ich wszystkich. Chodźmy więc, mężu. Przejdźmy obok nich.
-?U ciebie zawsze za dużo słów.
-?Co dokładnie tobie powiedział?
-?Nic nie powiedział. Nie słyszałaś? Nie jestem już godzien słyszeć
brzmienia jego głosu. Puścił posłańca. "Mam wieści z pałacu. Łaska może
jeszcze opromienić ród Komuono". Może jeszcze opromienić ród Komuono?
Mój dziadek w pojedynkę wyzwolił Uakadiszu w...
-?W pierwszej wojnie. Tak, mężu. Może w tym tkwi problem.
-?Patrzcie na tę kobietę, teraz zmieniła się we wróżkę.
-?Mężu, ani ty, ani on nie jesteście młodzi, więc z pewnością
pamiętałby, jak nasz król siłą zajął Kongor.
-?I?
-?Szlachta urodzona w Fasisi, żyjąca w Kongorze. Niektóre wdowy
mieszkają przy tej ulicy.
-?Nie bądź głupia, kobieto. Połączenie imperium to najlepsze, co
przytrafiło się Kongorowi.
-?Ale oni się nie połą...
-?Nie bądź głupia, powiadam. Kongor to nie Bornu. Wskutek swojej
bezczelności królestwo to zostało wymazane z pamięci. Z tego miejsca
nigdy nie podniosły się głosy przeciwko królowi. Tymczasem to gówno
szakale nie ma nawet dość szacunku, by wysłać wiadomość, że jest pilna
sprawa. Zwierzył się z tego swojemu słudze. Posłańcowi, żono!
Posłańcowi!
-?Mężu, trzy lata czekaliśmy na te wieści. Kogo obchodzi, jaką drogą
przybyły?
-?Czy zawsze musisz zdradzać swoje niższe urodzenie?
Sogolon czeka na szybką odpowiedź od pani, na coś krótkiego i ostrego,
by zatrzymać kolejne słowa w ustach pana. Nic nie nadchodzi. W przestrzeni robi się tak cicho, że Sogolon zastanawia się, czy któreś z nich nie odeszło. Drży nagle na myśl, że ktoś skrada się za jej plecami.
-?Cóż, mężu, następnym razem wychłostaj posłańca, jeśli chcesz.
-?To nie będzie ostatni, którego dzisiaj wychłoszczę, tego możesz być
pewna. Jak bezdomnego psa, tak mnie traktują. Jak bezdomnego psa.
-?Mężu, okazujesz mądrość we wszystkich sprawach. Skoro chcą, żebyśmy
byli psami, bądźmy psami. Nie będą wiedzieć, kiedy ugryziemy.
Kolejna przerwa. Sogolon wie, że pan w końcu usłyszał coś, z czego może
zrobić użytek. Niewiele wie o mężczyznach, ale wystarczy, by odgadnąć,
co będzie dalej.
-?Traktują nas jak kundli? Czy tak jest? Bądźmy więc kundlami. Niech
wiedzą, że ten kundel potrafi kąsać i poleje się krew!
-?Jakże mądry to człowiek, mój mąż -?odpowiada pani. -?Odziejmy się w biel. Weź sztylet.
Pani i pan nie mówią nikomu, dokąd idą. Jeśli ludzie, do których idą,
stoją nisko, to my stoimy jeszcze niżej i nie zasługujemy na żadne
wyjaśnienie, tłumaczy kucharka. Sogolon czeka do zmroku, by wyruszyć na
poszukiwanie chłopców walczących na kije. Patrzy z ukrycia tak długo, aż
mężczyzna krzyknie, że nadeszła pora, aby zakończyć dongę, i wszyscy
odchodzą. Tym razem ktoś zostawia kij w pyle. Jak złodziej, który nie
może uwierzyć w swoje szczęście, tak właśnie Sogolon go chwyta. Powinna
teraz uciec do domu, wie to. Uciec, nim wróci ten, który zapomniał kija.
Ale nie umie odejść. Przykuca nisko, gepard w buszu, wyskakuje w powietrze i walczy z ciemnością.
Nauczyła się nazywać dni i liczyć księżyce, wie zatem, że minęły cztery
księżyce, odkąd zamieszkała w tym domu. Dzień wcześniej doliczyła do
końca czwartego, a teraz siedzi w sali powitalnej, zastanawiając się, co
przyniesie ten piąty, gurrandala, ostatni w roku. Ledwie sześć dni
wcześniej słońce przyniosło jej ociężałość wraz z opuchlizną i krwią, co
napełnia ją wyłącznie zatroskaniem, bo nawet w tym domu krew miesięczna
oznacza, że przeznaczeniem jest rozmnażać się. Pan wprawdzie nigdy na
nią nie patrzy, ale nie zapomniała słów pani, która powiedziała, że wraz
z jej przybyciem do tego domu być może pewnego dnia pojawią się dzieci.
Kucharka widzi, że Sogolon zachowuje się osobliwie, ale zamiast wypytać
o jej kłopot, daje jej trochę liści i obie zachowują milczenie. Sogolon
z nadzieją. Wiele jest sposobów, aby opisać kobietę, ale jak krew się
pokaże, zostaje tylko jeden.
Nie ma czasu, mówi pani. W istocie nie ma czasu, aby zabrać cię do
tuczarni, bo wygląda na to, że jesteś za stara i już za późno. Więc
zabrania jej gotować, mówiąc, że jej ręce powinny być użyte do
delikatniejszych celów. Oznacza to czesanie pani. Włosy są szorstkie
tam, gdzie jej wydają się gładkie, i za każdym razem, gdy grzebień
grzęźnie na kołtunie, pani bije Sogolon po rękach. Ale to także
sposobność, by poświęciła czas na szkolenie dziewczyny, poza wytykaniem
jej, co robi źle. Stań wyprostowana, wysuń i podciągnij biodra, jakbyś
chciała, żeby sięgnęły klatki piersiowej. Teraz idź. Iloma palcami
podnosisz chleb? Dwoma, głupia, nie trzema. Wiem, że w następnej
kolejności będziesz wygarniać mięso. Pokażę ci, jak jeść surową koźlinę
w odróżnieniu od gotowanej i kiedy którą wybrać. Pochyl się do podłogi,
dziewczyno, kolana razem. Nie klękaj, nie wypinaj się, a już na pewno
nie kucaj, nikt nie chce cię widzieć w położeniu, jakbyś miała się
wysrać. Tylko siebie posłuchaj, z pochylaniem u ciebie ciężko. To nie ma
być łatwe. Jeszcze nie wiesz, ile twoje nogi będą musiały unieść, a już
jęczysz, że dźwigasz powietrze. A teraz rozczesz mi włosy.
-?Tak, pani.
Sogolon czesze, ale ona chwyta ją za rękę.
-?Pan patrzy na ciebie?
-?Nie.
-?Nie przychodzi do ciebie? W nocy, dziewczyno, czy nie przychodzi do
ciebie?
-?Nie, pani.
-?Dziwne. Zastanawiam się, dokąd chodzi. Może mówisz prawdę. Obawiam
się, że nazbyt zawstydzony, by kiedykolwiek do ciebie przyjść.
-?Czy mam coś z tym zrobić?
-?Na bogów, nie. To właśnie wstyd i poczucie winy trzymają go pod
pantoflem -?mówi pani ze śmiechem. Potem dodaje: -?Ale jeśli do ciebie
przyjdzie, nie odmawiaj mu.
-?Przepraszam?
-?Słyszałaś. Ten mężczyzna jest twoim panem, dziewczyno. Nie pozwól
sobie o tym zapomnieć.
Pierwszej nocy księżyca gurrandala umyła
się, myśląc, że pójdzie do ulicznej dongi. Od dnia pełnego słońca woda
ciepła nawet w głęboką noc. Kucharka i niewolnica nie myją się, więc
komora pusta, trzy ściany z trzech stron z otworem wychodzącym na
podwórze na tyłach. Zbudowana między spichlerzem a kuchnią, co może
oznaczać wiele, ale głównie, że żaden mężczyzna nie zobaczy kobiety w chwili intymnej. Bo żaden mężczyzna, a już na pewno żaden o takiej
pozycji jak pan, nigdy nie zbliżyłby się do kuchni ani spichlerza. Pani
Komuono powiedziała to głośno pewnego dnia i odtąd pan nie przychodzi do
tych pomieszczeń. Jest Nanil, która zabiera się gdzie indziej, kiedy
zbliża się poranek. Pani dokłada starań, by komora była miejscem pięknym
i z wyraźnym przeznaczeniem, ze wzorem ze złotych monet w rzędzie, potem
z muszli, potem znów ze złota i tak dalej. Podłoga, wyrżnięta z kamienia, jest gładka, a u szczytu środkowej ściany, wznoszącej się tuż
nad głową Sogolon, znajduje się cienki, wydrążony bambus, przez który
spływa woda. Więc się myje. Dłużej, bo noc późna i wszyscy śpią. A kiedy
kończy się myć, w komorze ukazuje się widok. Jej samej.
Kucharka powiedziała, że ponad siedem księżyców temu pani kupiła duży
srebrny talerz, ale nie po to, by podawać obfite jedzenie. Powiesiła go
w komorze kąpielowej, żeby kobieta mogła zobaczyć siebie. Sogolon nie
potrafi odgadnąć, dlaczego jakakolwiek kobieta chciałaby widzieć siebie
przy myciu, ale teraz patrzy. Długo po wyjściu spod strugi wody ciągle w komorze, zapatrzona. Panna Azora dokładała starań, żeby w żadnym z jej
pokojów nie było niczego, co odbijałoby obraz, inaczej mężczyzna mógłby
stracić zapał na widok swojego sflaczałego ciała lub brzemienia swojej
winy. Ale to miejsce wolne od męskich spojrzeń. Więc Sogolon patrzy.
Opuszcza głowę, by zobaczyć włosy, sięgają prawie do ramion, ale zaraz
zwinie je w kędziory. I twarz, dzięki której zgaduje, ile ma lat, tyle
że to pani Komuono wpierw zgadła. Kucharka mówi do pani: Na pewno nie ma
więcej niż dziesięć i jeden rok. Na co pani odpowiada: Nie, umysł nazbyt
przebiegły jak na kogoś tak młodego, ale zbyt surowy i zbyt dużo serca w niej i zbyt mało rozumu, by mogła mieć więcej niż dziesięć i pięć lat.
Zatem dziesięć i trzy, Sogolon szepcze do samej siebie w przyćmionym
lustrze. W słabym świetle pochodni nie dostrzega za wiele. Własne
kształty wciąż dla niej obce, z ramionami przypominającymi młodego
wojownika z kijem. Wąska talia i wąskie biodra, nie takie, by obiecać
mężczyźnie osiem dzieci. Nogi wyglądają na chętne do niebacznego biegu.
Światło pochodni pada na piersi, na które patrzeć nigdy Sogolon nie
miała powodu, ale przyłapała panią na patrzeniu, niejeden raz,
podejrzewając, że myśli o panu. Naprawdę chciałaby go sobie przypomnieć
i to, jaką rozmowę przyniósł do pokoju u panny Azory, nim go uciszyła.
Coś przemyka podwórzem i serce Sogolon skacze do gardła. Kot.
Oto dziewczyna, patrzy na siebie. Sogolon dotyka szyi, piersi, dotyka
koo i myśli o znów dobiegających ją słowach pani. Dotyka z czuciem
każdego miejsca swego ciała, by spytać: Jaki z ciebie użytek? Nanil,
niewolnica, mówi, że jej ciało przeznaczone do rodzenia mnóstwa dzieci.
Kucharka mówi: Po tej małej kurwie niewolnicy już zaczyna być widać, ale
pani nie wygna jej z domu, nawet jakby pan tego zażądał. Jak możliwe, że
ta kobieta nie postępuje tak, jak życzy sobie jej mężczyzna?, pyta
Sogolon kucharkę. Bo on nie ma woli, a w Fasisi, gdzie pan i pani się
pobrali, panna młoda może zatrzymać swój posag, jeśli chce, więc pan
oprócz woli nie ma też majątku.
Trzy kobiety. Pani, kucharka i niewolnica. Sogolon podpatruje wszystkie
trzy i myśli, że nie chodzi o to, kim się jest, ale czego się chce. Pani
chce, aby pewnego dnia nadeszło dobre słowo, i wtedy będzie mogła wrócić
do Fasisi bez utraty twarzy. Czeka na to każdego dnia, nasłuchując
słabego bicia bębnów, wypatrując smarkatych heroldów mijających jej dom
lub gołębi przelatujących nad głową, ale nigdy nie osiadają na jej
dachu. Kucharka nie chce niczego więcej jak gotować i śmiać się z ludzi.
Czego chce niewolnica, tego Sogolon nie wie. Czego Sogolon chce, tego
Sogolon też nie wie. Być może chce rozmawiać, uciec, iść na Wieżę
Krogulca, na sam szczyt, i spojrzeć aż na kraniec świata. Mówi o tym
kucharce, bo musi komuś powiedzieć, ale w zamian dostanie tylko takie
słowa: Posłuchaj, dziewczyno. To dlatego, że ty nieprzysposobiona. Nie
miałaś matki, co by cię wychowała. Sogolon słucha tego, ale słyszy:
"Żadna matka nie wychowywała, by można ją było spytać, po co mnie
wychowujesz". Patrzy na siebie i drży na myśl, że raduje się dzięki tym
kobietom, bo nie ma matki.
Myśli też o kocie, który właśnie przebiegł podwórzem, który żyje tylko
po to, by jeść, sikać, srać, tak jak pan. Ale jej koo to dziura, a on ma
coś, co może do niej włożyć. Wygląda na to, że pani nie chce dzieci, ale
nie przeszkadza jej ich robienie. Ona i pan toczą o to wojnę mniej
więcej co ćwierć księżyca. Poza tym pan rucha Nanil dopóty, dopóki nie
zaczyna wyglądać, jakby jej przeszkadzało. Wtedy napiera mocniej.
Sogolon stoi w komorze zbyt długo, noc staje się głębsza, ciemniejsza.
Próbuje myśleć o tym, czego chce, ale tylko po to, by mieć myśli o panu
stającym jej na drodze do celu. Chce się ruszyć. Nie wie, co to znaczy,
ale chce się ruszyć. Chce, żeby ludzie znali ją tylko po śladach.
"Kto ci powiedział, że możesz chcieć?", pyta głos z jej wnętrza. Żadna
kobieta w Kongorze nie może chcieć. Pewnego razu usłyszała, jak w sali
powitalnej pan powiedział innemu mężczyźnie, że są ludzie, którzy
brzegiem Morza Piasków jeżdżą na koniach i dziwnych bestiach, i twarze
pokrywają zasłoną, a ręce znakami czarownic, i czasem mężczyzna miłuje
mężczyznę lub zwierzę, którego dosiada, czasem ich siostrę. Ale żadnej
krainy nie nazwą domem. Nie sieją zboża i nie budują twierdz i nawet gdy
stoją w miejscu, poruszają się powoli. Sogolon właśnie taka. Porusza się
powoli, stojąc w miejscu. Widzi to i to wie. Już się poruszała, biegła,
odchodziła, przychodziła, znikała, pędziła, szła, wyślizgiwała się,
wszystko to ruch.
Ja nie kurwa, mówi Sogolon każdemu, kto słucha. Ale że złodziejka, tego
w ogóle nie mówi. Kiedy opuściła pannę Azorę, wzięła wszystko, co
zabrała mężczyznom, i od tamtej pory co noc, kiedy Nanil wstaje, aby
pójść do pana, wyciąga worek z kryjówki, spod obluzowanej płytki
posadzki w kącie pokoju, w którym śpi. Pod płytką leży trochę jej
odzienia, a na nim szmata sztywna od zakrzepłej krwi. Krew miesięczna,
szepnęła raz do niewolnicy, żeby ta lub każdy inny, komu by powiedziała,
nazbyt się brzydzili szperać pod spodem. Czasem Kongoryjki biorą dziwne
rzeczy za prawdę, takie jak to, że jeśli dotkniesz krwi miesięcznej
innej kobiety, będziesz bezpłodna do końca swoich dni. A dni tego życia
to jedyne, o czym myśli Sogolon. Odkąd zaczęła liczyć dni, potem ćwierci
księżyca, potem księżyce całe, potem to, co poza księżycami, wybiega
myślą naprzód i przeczuwa, że nikt poza nią samą nie zrobi dla niej
niczego, choć przecież jest na łasce życzliwości swojej pani. Życzliwość
to słowo, którego używa pani Komuono, nie Sogolon. Bo ona na łasce
przyjemności, ot co. Przyjemności.
Gorąca noc w dondze. Demony upału, co przeganiają deszcz i kruszą koryto
rzeki, spadają na miasto przed pierwszym brzaskiem i do południa nawet
drogi leżą zapocone. Taki dzień, kiedy zwierzęta albo padają, albo
biegną do brudnej wody, kiedy ludzie nie mają nic innego do roboty, jak
siedzieć w cieniu i kląć, że cień nie powstrzymuje niewidzialnego ognia,
a starcy wywracają oczami do środka, jakby konali. Noc przynosi tylko
niezadowolenie, bo gdy światło odchodzi, nie zabiera ze sobą spiekoty.
Pani poszła do swojej siostry, a pan zasypia dopiero po tym, jak
kucharka natrze go naparem z liści, który dojrzewał tygodniami, aż
zaczął smakować jak wino. Reszta domowników musi sobie radzić. Nikt tak
naprawdę nie śpi, każdy zajmuje się sobą i nikim innym. Sogolon owija
się tkaniną i wychodzi głównymi drzwiami prosto w noc, walcząc z zawiesiną gęstego, mętnego powietrza, aż dociera do celu.
Zajmuje miejsce, a pot spływa jej po twarzy i odzieniu, między pośladki
i po nogach, napawając lękiem, że ścieka na ziemię. Ludzie ścierają pot
z powiek, żeby ich nie oślepił, i po całej dondze rozchodzi się ohydny
smród. Toczą się kolejno trzy walki, dwie w stylu zwanym kongoryjskim i jedna w stylu zachodnim. Zachodni styl najmniej się Sogolon podoba. Dwaj
chłopcy wskakują do kręgu i atakują, sieką, młócą, chlastają i walą,
używając jedynie siły, dopóki słabszy nie chwyci się za krwawiące czoło
i nie przejdzie od zadawania do parowania ciosów. Silniejszy wali i wali, aż drugi przestaje blokować. Przestaje się ruszać. Donga cichnie,
gdy odciągają chłopca, po czym w jednym narożniku wybuchają wiwaty.
Siłacz zwycięża co noc. Lecz nielubiany prócz tego narożnika. Biegną, by
go chwycić, wziąć na ramiona, gdy nagle ktoś krzyczy. Człowiek, którego
Sogolon nigdy nie widziała, wychodzi z tłumu na środek kręgu. Sogolon
nie zwraca uwagi na własne myśli i przysuwa się bliżej.
Mężczyzna ma niebieską spódnicę zawiązaną wysoko w pasie i spływającą
poniżej kolana. Nakryciem głowy lwia grzywa. Stoi dumny i przemawia w języku nieznanym Sogolon. Dziewczyna jeszcze bliżej, wśród mężczyzn w ciemniejszej części placu, mocno naciąga koc na głowę. Siłacz wskakuje z powrotem na arenę, machając do tłumu, by wiwatował, ale okrzyki i wrzaski dochodzą tylko z jego narożnika. Ten nowy kręci głową i się
śmieje. I jeszcze: ma dwa kije. Długi, trzymany pośrodku, drugi krótszy.
Siłacz krzyczy, że może mieć dziewięćdziesiąt i dziewięć kijów, a i tak
poniesie tylko jedną porażkę. Sędzia rzuca się na środek, lecz siłacz
odpycha go na bok. Zaczyna zawodzić i atakuje nowego. Tłucze, tłucze i tłucze, z góry, z dołu, ale tamten blokuje wszystko jedną ręką. Jeśli
tylko blokujesz uderzenia, przegrywasz, jednak mężczyzna śmieje się,
jakby zwyciężał. Potem kręci takiego młynka, że kij rozmywa się w powietrzu, a każde uderzenie siłacza odbija się i trafia go w twarz, w usta. Siłacz klnie. Zamachuje się i bije, lecz mężczyzna paruje cios i doskakuje, paruje i pląsa. Siłacz cofa się, by natrzeć z impetem, nowy
blokuje atak i trafia go w twarz krótszym kijem. Tuż obok ust. Siłacz
pluje krwią. Wskakuje w wir walki i uderza, ale grzmoci w ziemię, nie w człowieka. Nowy podryguje, hasa, harcuje wokół jak komar. Siłacz próbuje
reagować równie szybko, ale upada dwa razy. Nowy odwraca się i podnosi
ręce do tłumu, jakby wygrał. Zebrani ryczą, jakby wygrał. Sogolon
spogląda w lewo i widzi mężczyznę patrzącego na nią. Nowy chłonie
wiwaty, jak skóra ich wszystkich chłonie spiekotę.
-?Koc na lato? Gorąco dla ciebie za mało gorące?
Sogolon nie odpowiada.
-?Ty nagroda? -?dopytuje.
Sogolon odchodzi.
Nowy wciąż podburza tłum, a tłum kocha tego, który dał się polubić.
Siłacz wstaje. Nawet Sogolon myśli: Bądź jak lew w buszu, głupcze. Ale
siłacz silny tylko w ciele. Szarżuje z rykiem, nowy ani drgnie. Tamten
atakuje z kijem wyciągniętym jak dzida. Sogolon wstrzymuje oddech. Nowy
nawet się nie odwraca, stoi jak wryty, aż nagle w okamgnieniu osuwa się
na ziemię i wciska mały kij między stopy siłacza. Siłacz pada ciężko na
twarz i zastyga. Długie wiwaty, tamten ciągle nieruchomy, wreszcie
ludzie z jego narożnika go odciągają. Nikt poza Sogolon nie słyszy, jak
pokonany krzyczy, że nie może poruszyć niczym niżej szyi. Sogolon
odchodzi, ale widzi, że podąża za nią mężczyzna, który ją wypytywał.
Biegnie w głąb uliczki, skręca w prawo i w lewo.
Kiedy dociera do domu, tam cisza. Pani jeszcze nie wróciła od siostry,
więc chyba została na noc. Pan, będąc panem, najpewniej dziękował bogom
za sen we własnym łóżku. Głowa Sogolon za bardzo rozkojarzona, by
zasnąć. Pan i pani mają tylko cztery drzwi w tym domu: duże wejście,
sypialnia, tylne wyjście i pańska biblioteka. Dziewczyna przeszła przez
sypialnię więcej niż raz, więcej niż pięć razy, ale nigdy nie znalazła w niej nic interesującego. Od pańskiej biblioteki trzymała się dotąd z dala. Ale teraz noc i wszyscy śpią. Większość pomieszczenia taka jak
każde inne w domu, przeważnie pusto, tylko tkaniny, materiały, pufy i stołki. W pobliżu jedynego okna znajduje się coś przykrytego białym
płótnem. Sogolon wie, co to jest, bo kucharka mówi o tym za każdym
razem, kiedy chciałaby, żeby odmienił się jej los.
Dziewczyna przesuwa dłonią po płótnie. Czuje, że coś przyciąga od spodu,
i przez moment boi się, że jakiś zwierz zastygł nieruchomo. Chwyta
płótno oburącz i szarpie. Pan trzyma boli w domu, mówiła kucharka.
Sogolon odskakuje na ten widok, bo boli wygląda jak zwierzę. Cztery małe
nogi podtrzymujące okrągły i gruby tułów jak u młodego hipopotama. Kiedy
podchodzi bliżej, nogi bardziej przypominają stołkowe. Ale kształty
wciąż jak u zwierzęcia. Boli ma garb na grzbiecie i wypukłość z przodu
udającą łeb. Łeb okrągły na podobieństwo garbu, pozbawiony cech
jakiegokolwiek zwierzęcego łba. Boli jest gruby, szorstki z wierzchu,
jak błoto spękane pod wpływem słońca lub stara skóra. Inny niż rzeźby,
które Sogolon widzi w całym domu, niż fetysz albo ciało boga pod
postacią zwierzęcia. Wygląda, jakby bóg nie dokończył dzieła stworzenia.
Lecz kucharka i niewolnica tak o nim szepczą, że niechybnie jest
wspaniały i straszny. Dlatego Sogolon go dotyka.
-?Moc może przeniknąć i cię oślepić.
Sogolon drgnęła. Odskakuje szybko, ale nie ma dokąd uciec. Pan stoi w drzwiach. Ona garbi się i pochyla głowę. On wchodzi, nie patrząc na nią.
-?Albo zrobić z ciebie głupią, bo myślisz, że podołasz.
Idzie do boli i dotyka garbu.
-?Kiedy boli przybył tu pierwszy raz, był tylko kawałkiem drewna
zawiniętym w płótno. A spójrz teraz, hę? Dziesięć i dziewięć lat
składania ofiar bogom. Glina, piasek, ziemia, gówno i materia, o której
żaden przyzwoity język nie powinien rozprawiać -?dodaje ze śmiechem.
To pierwszy raz, kiedy coś do niej mówi, i Sogolon wie, że najlepiej nie
odpowiadać. Nawet "Tak, panie".
-?Ja... ja...
-?Jesteś tylko złodziejką?
-?Nie.
-?A więc chcesz capnąć boli dla siebie?
-?Nie, panie.
-?Nawet nie wiesz, co to jest i dlaczego miałabyś to zrobić. Czym jest
przedmiot pełen mocy dla kogoś mocy pozbawionego?
Pan Kumuono zaczyna głaskać boli.
-?Niech twoja głowa postara się zrozumieć -?mówi. -?Nyama świata, co
wchodzi do twojego nosa i z niego wychodzi, kiedy oddychasz, przynosi
opady deszczu i suszę, które z kolei dają i odbierają życie, a wszystko
to spotyka się razem w boli. Bogowie przyglądają się wszechrzeczy i wciskają ją w to, jak garncarz ściska glinę. To chroni ducha, rozumiesz?
Utrzymuje nyama dla wspólnoty.
-?To nie wspólnota -?odpowiada Sogolon. -?To twój dom.
Poświata księżyca pada na jego zmarszczone czoło.
-?Nie wszystko należy się wszystkim -?mówi. -?Do mnie.
Sogolon przesuwa się nieco w stronę drzwi, ale zaraz przystaje.
-?Nie powtarzam poleceń we własnym domu, rozumiesz?
Podchodzi do niego, ale zatrzymuje się, gdy stopą dotyka dywanu. W połowie drogi od jego palca przywołującego ją, by się zbliżyła.
-?Jak mogłem cię mieć, skoro cię nie pamiętam?
Sogolon nie odpowiada.
-?Spędziłaś tyle dni jako pupilka mojej żony, aż zapomniałaś, że twoje
zajęcie to się kurwić. Jakąż to szczęściarą jesteś, żeby zostawić pannę
Azorę tuż przed tym, gdy ktoś wdarł się do jej domu i ją zabił. Złamał
jej kark jak patyk.
Sogolon stęka. Nie wiedziała, co stało się z panną Azorą tamtej nocy, i nie miała kogo spytać. Pani najwyraźniej nie dba, co zrobił potwór.
-?Chcesz się znaleźć w obecności boli. Wejdź więc w jego krąg.
Sogolon wraca na miejsce, w którym stała, nim pan wszedł. Od tego czasu
księżyc się przesunął i teraz okrywa posążek srebrem. Pan każe jej
dotknąć grzbietu. Gdy po chwili Sogolon cofa dłoń, palce ma mokre.
-?Krew kozy, na całym grzbiecie. I trochę krwi kurczaka. Rozumiesz? Nie
możesz dodać niczego, co nie jest ofiarowaniem. Żeby dał tobie, musisz
ty wpierw dać jemu, a żebyś mogła dać, musisz odjąć od siebie. Co
zamierzasz dodać? -?pyta.
Sogolon patrzy na niego.
-?Myślisz, że twoje spojrzenie to odpowiedź?
Odwraca się z powrotem do boli. Mówi panu, że może pójść do kuchni i wrócić z kilkoma orzeszkami kola, które przeżuje i którymi splunie na
boli, bo słyszała, że niektórzy bogowie traktują to jako ofiarowanie.
-?Za moje pieniądze te orzeszki. I to ma być twoja ofiara?
Sogolon odsuwa się od boli, a on cofa się razem z nią.
-?Twojej pani zależy tylko na tym, żeby znowu wezwano ją na dwór,
rozumiesz? Żyje jedynie po to, by pewnego dnia królewski dom Akumów
okazał jej łaskę. Nieważne, że to przez jej zatrute usta zostaliśmy
wygnani.
Sogolon chwyta płótno, by przykryć boli.
-?Nieważne. Precz.
Odwraca się, by odejść jak najszybciej.
-?Jeszcze jedno -?mówi pan. -?Woda do mycia jest na dworze, przy
spichlerzu. Nie przychodź tu znowu, śmierdząc jak donga.
Nie zachowuj się, jakbyś się trzęsła. Dygoczesz, ale się tak nie
zachowuj, powtarza Sogolon w duchu.
-?Spójrz na mnie i na mój nastrój, który każe mi powiedzieć to z odrobiną dobroci. Od pierwszego razu, kiedy wyszłaś, szedłem za tobą. A może to był drugi raz albo trzeci, może nawet dziesiąty? Prędko rozum mi
podszepnął, spójrz na tę kurwę wychodzącą ze swoją niezaspokojoną
naturą. I patrz, gdzie cię znalazłem. Teraz nie muszę nawet cię śledzić,
skoro przychodzisz tutaj, cuchnąc mężczyznami.
Sogolon tylko stoi. Nie odwraca się.
-?Lubisz patrzeć, kiedy mężczyźni rzucają się na siebie jak wściekłe
psy? Czy to cię rozpala, dziewczyno? Czy garniesz się do mężczyzny
odzianego tylko w swoją skórę?
Sogolon nadal odwrócona plecami.
-?Kazałem ci iść precz.
Nie zdąży zrobić pięciu kroków, gdy cios w tył głowy powala ją na
ziemię. Pan rzuca rzeźbę, a potem rzuca się na dziewczynę, kiedy w jej
głowie wszystko wiruje. Chwyta ją za ramię i przekręca na plecy. W głowie Sogolon nadal wirowanie, co nie chce ustać. Pan mówi coś, ale
brzmi to jak warknięcie. W głowie wreszcie się uspokaja, on chwyta ją,
by zerwać odzienie. Górna część nie chce puścić, on szarpie za płótno i szarpie, szarpie dziewczynę i szarpie. Sogolon próbuje go odepchnąć,
lecz on ją uderza. Ona łapie oddech, chce krzyczeć, wtedy on mówi:
Krzyknij, to wylecisz na ulicę, nim jeszcze wzejdzie słońce, rozumiesz?
Ona zaciska nogi, on jedną ręką chwyta ją za szyję, drugą i kolanami
próbuje otworzyć jej uda. Ona jęczy i szamocze się, wyrywa dłoń i drapie
go po szyi. On znowu warczy i uderza ją pięścią w twarz. Zamroczona zbyt
długo, Sogolon zamroczona zbyt długo. Stara się go zepchnąć, przekręcić
się, ale już podciągnął jej koszulę, gotów wetrzeć się w jej skórę.
Zaprzestań walki, nie jesteś stworzona do zwycięstw, mówi i zatapia w niej swój palec. Ona zamyka oczy i chce myśleć o czymś najgłośniejszym,
najdzikszym, najdonośniejszym na świecie. Będzie to burza z chmurami
szarymi i kotłującymi się jak krowie mleko w kawie. Deszcz, co spada i zalewa pastwisko. I wiatr, co świszcze, potem wyje, potem ryczy, potem
zmiata drzewa, dom, uprawy, błękitne niebo, ziemię i Wieżę Czarnego
Krogulca, odrywając posąg od podstawy, sprawiając, że kamienny ptak
wzlatuje. Charkot jeden i drugi rozwierają jej powieki. Wiatr, ten
szepczący demon, wzbija papiery na stołku, unosi płótno jak żagiel,
potem pozwala mu opaść łagodnie i prześlizguje się obok boli, ucieka
przez okno.
Naprzeciw Sogolon jej pan, z głową tuż pod sufitem, plecami przywarty do
ściany, nogi luźno, jakby unosiły się w wodzie, ramiona rozdygotane,
ręce próbujące przytrzymać się powietrza. A z klatki piersiowej sterczy
belka ścienna ostra jak grot strzały.
3
Bezila nathi. Opłakują razem z nami. Do
wieczora dnia następnego najstarsza siostra pani Komuono odłożyła na bok
mnóstwo zadań, których wypełnienia bogowie oczekują, bo chce ofiarować
swoje otwarte serce siostrze pogrążonej w żałobie. Kobieta ta niska tam,
gdzie pani wysoka, i gruba z przodu, a pani tylko szeroka w biodrach, i każdy, kto na nią patrzy, powiedziałby: Chwała bogom, bo pobłogosławili
cię kolejnym potomkiem. Pani nie ma dzieci, więc siostra przyprowadza
dziewięć własnych, sami chłopcy, najstarszy skrobie głową nadproże,
najmłodszy zostawia za sobą smród dziecięcego gówna w każdym
pomieszczeniu, do którego zachodzi. Od trzech do sześciu płacze, od
dwóch do trzech krzyczy, osiem lub dziewięć wyje, czwórka albo piątka
się śmieje, a co najmniej dziesięć razy ktoś wrzaśnie, Natychmiast
przestań! Co to za żałoba.
Siostra oznajmia wszystkim w domostwie, że przyszła wziąć na swoje barki
brzemię smutku swojej siostry. Cóż to za brzemię, chwała niech będzie
bogom, wszyscy wiedzą, jak wiele musi być zrobione. Dlatego codziennie
domaga się fufu, tak z ignamu, jak i batatów, trzech rodzajów zupy,
dwóch kurczaków każdego ranka, świeżej koźliny i kleiku z prosa, bo
wszyscy jej synowie prócz jednego nienawidzą smaku sorgo. I żaden
posiłek nie może być za gorący, bo cię spoliczkuje, ani za zimny, bo
karą uszczypnięcie. Kucharka mówi, żeby wszystko było ciepłe jak
dziecięce siki, a cała dziesiątka będzie szczęśliwa, i okazało się
prawdą. Pani nic nie je.
Pani Komuono. Jako druga znalazła trupa, kiedy już niewolnica wstała o świcie z podłogi w kuchni i zakradła się do biblioteki, by zrobić to, do
czego zawsze wzywał ją pan. Wrzasnęła, budząc cały dom. Pani, wróciwszy
od siostry, gdzie było chłodniej, ale nazbyt głośno, by spać, bo
wszystkie dziewięć dzieci budziło się po kolei i zakłócało noc,
pośpieszyła do pomieszczenia, z którego dochodziły wrzaski, mając
nadzieję, że przyłapie męża na robieniu czegoś tak okropnego, co robić
ma odwagę tylko pod jej nieobecność i co będzie mogła teraz wykorzystać
przeciw niemu. Na miejsce dotarła przed kucharką i bliźniakami, którzy
przybyli w samą porę, by ją chwycić za ramiona, bo już mdlała i osuwała
się na podłogę. Pani Komuono biadoliła, płakała, krzyczała, wyła, pluła
i wyśmiewała się z męża w sposób nieprzystający szlachetnej damie. To
wszystko wiadomo od kucharki, która utrzymuje, że jeszcze księżyc
wcześniej nasza pani powiedziałaby to samo o innej kobiecie. Od chwili
znalezienia zwłok pana o świcie to ona, kucharka, wzięła na siebie
prowadzenie domu bez żadnego polecenia od pani, że ma teraz zarządzać
gospodarstwem. Bieganina ustaje w południe, kiedy siostra pani zjawia
się i krzyczy: Co się stało z moim szwagrem?, chociaż nikt w domu nie
pamięta, aby ją powiadomiono. W pierwszej kolejności siostra ta, która
nazywa siebie wielmożną panią Morongo, żąda przeniesienia zwłok z sali
powitalnej do jednego z pomieszczeń na tyłach, w którym stopa Sogolon
nigdy dotąd chyba nie postała, bo przecież nie mogą trzymać zmarłego w części przedniej. Ma dziurę w sobie.
Przez większość dnia pani Komuono leży w łóżku i nawet nie ma siły
powiedzieć siostrze i dziewięciu siostrzeńcom, żeby byli cicho, bo
zakłócają jej żałobę. Kucharka zaczyna się troskać, że pani je coraz
mniej, aż dwa dni później całkiem jeść przestaje. Siostra mówi: Tak, to
wielka szkoda, ale daj miskę mojemu średniemu dziecku, bo między tymi
wyżej a tymi niżej ono zawsze pomijane, a żadna strawa nie powinna się
marnować. Tego wieczoru kucharka idzie sprawdzić, czy żałoba wtrąciła
panią w chorobę, i zastaje ją zmorzoną mocnym snem, ale nie w łożu
małżeńskim, lecz na podłodze. Myśli, że spadła, to budzi ją pośpiesznie,
by skierować z powrotem do łóżka. Pani odtrąca jej ręce i mówi, że na
podłodze chłodniej. Przecież w pokoju zimno, o pani, dlaczego chcesz
mieć jeszcze zimniej?, pyta kucharka. Spogląda na podłogę i widzi
zagłówek i wszelką pościel, rozłożoną jak do spania.
-?W łóżku duch -?mówi pani Komuono. -?Miał złą śmierć i teraz w moim
łóżku. Zeszłej nocy sięgnął mi pod koszulę.
Wykraczając poza swój status, kucharka odpowiada, Może pociechą jest
wiedzieć, że nawet w zaświatach pan ciągle płonie do pani pożądaniem, na
co ta odrzecze:
-?Nie mówiłam, że to on.
Następnego dnia siostra wchodzi do kuchni, wachlując się, i pyta, co
robić, bo biedaczka mówi do siebie. Jeden z bliźniaków odpowiada, Może
rozmawia z przodkami, o pani. Może pilnuje bezpiecznego przejście dla
męża. To znaczy do innego świata.
-?Kto, na bogów mądrych i głupich, pozwolił temu chłopcu przemawiać do
mnie? -?pyta siostra.
To czarodziejstwo i zło, powtarza niewolnica, a myśl ta zapuszcza
korzenie w całym domu. Kucharka oświadcza, że nigdy nie opuści pani w chwili największej słabości, bo wieść o takiej nielojalności wydostałaby
się na świat i przekreśliła widoki na nową pracę. Niewolnica nie może
odejść, bo jest związana z rodem Komuono. Bliźniacy odmawiają odejścia,
ale nigdy nie śpią w domu, tylko z końmi. Sogolon nie ma dokąd pójść.
Biblioteka zamknięta, odkąd bliźniacy zaciągnęli zwłoki pana do sali
powitalnej. Każdy na swój sposób czeka na omeny i złowrogie cuda, ale
nic nie nadchodzi.
Niewezwany przez nikogo, przybywa sędzia z dwoma zastępcami, a wyglądają, jakby ich jądra swędziały. Pani nie w nastroju do rozmowy
oprócz wskazania, że nazwisko Komuono z pewnością zapewnia jej możliwość
opłakiwania męża w spokoju. A kucharka nie w nastroju, by patrzeć, jak
obcy ludzie wywracają wszystko w domu do góry nogami, zwłaszcza że w pierwszej kolejności sędzia przewrócił boli i zaraz zdziwił się, że się
nie potłukło. Przestępstwo to nie łódź nocną porą. Nie może tak po
prostu odpłynąć w dal, mówi. Dobrze, znajdź więc te czarty, co podniosły
pana pod sam sufit, i wypędź je stąd, bo ty najwyraźniej jeszcze gorszej
natury, mówi kucharka. Wszyscy w tej dzielnicy wiedzą, że sędzia tak
tchórzliwy, jak głupi jego zastępcy. Jeszcze nie skończyłem z tym domem,
odgraża się, ale skończył, oj, skończył, bo już nie powrócił.
W ciągu dwóch kolejnych dni przybywają rodziny żony i męża. Liczba ich
tak duża, że dom od nich puchnie i zaraz pęknie i niektórzy muszą szukać
kwatery po sąsiedzku, inni złorzeczą i mówią, że wracają do siebie.
Wielmożna pani Morongo jęczy i klnie, bo myśli tylko o pomyślności
swojej siostry, a ludzie ci przyszli, by zabrać wszystko, zjeść wszystko
i spać wszędzie. Lecz jej głos ginie w tym domu, tak skarży się
kucharce. Pani Komuono ma razem trzy siostry i wszystkie przybywają ze
swoimi dużymi rodzinami. Pan miał trzech braci i trzy siostry i oni też
ściągają, ze swoimi dziećmi i wnukami, tuzin za tuzinem. To za wiele dla
kucharki i trzeba wezwać dwie kobiety do pomocy, dwie, które nigdy dotąd
nie postawiły nogi w domu pani Komuono.
Rodzina pana różni się od rodziny pani w sposób widoczny nawet dla
ślepca. Tutaj staje się jasne, że to stary ród, bo tak się noszą. Głowa
wysoko, jakby nigdy nie spuszczali spojrzenia, by liczyć pieniądze.
Kucają pomimo stołków, a żaden z nich nie jest gruby. Ale chytrzy,
podobnie jak pan, jakby wszyscy mieli tajemnice, nawet przed sobą
wzajem. Najstarszy brat, ten, co ma pięcioro dzieci, bierze na siebie
przygotowanie rytuałów. Najmłodszy, bez niczyjej podpowiedzi, uznaje, że
to czary zabiły pana, i jak tylko znalazł niewolnicę, zaciągnął ją na
środek podwórza, aby wychłostać i zmusić do wyznań. Każe jednemu z bliźniaków skrępować ją sznurem z trawy, nie bacząc na jej płacze,
biadolenie i krzyki. Mów o swojej nekromancji! Mów o swoim
złoczynieniu!, nawołuje. Uderza ją dwa razy, ale jego siostra woła, żeby
przestał. Brat odkrzykuje, że to sprawa dla mężczyzn i żeby trzymała się
od tego z daleka, na co siostra odpowiada, że to sprawa dla człowieka z rozumem, a ty przez te wszystkie lata nijakim się nie wykazałeś. On
chwyta kij i podchodzi do siostry, jakby ją też chciał obić. Mój mąż
złamałby ci kręgosłup jedną ręką, ty mała kupo psiego gówna, mówi
siostra na tyle głośno, że słychać w całym domu, bo większość już na
nogach i znudzona. Kto inny miałby powód, by wystąpić przeciw swojemu
panu jak nie ta niewolnica?, pyta on nachmurzony. Ciągle myśli, że na
końcu tego sporu czeka go zwycięstwo. Czy ta mizerota wygląda, jakby
znała rzemiosło czarowników? Wygląda, jakby znała jakiekolwiek
rzemiosło? Ta mała nie umie nawet czytać, mówi siostra.
-?Wy wszyscy myślicie, że sam się przebił? -?pyta on. Daje im zrozumieć,
że jedyny martwi się z powodu złej śmierci brata. -?A może wszyscy
pragnęliście, by umarł.
-?A może poczekamy na dochodzenie sędziego.
-?On przyszedł i poszedł. Ludzie rozprawiają o tym na targowiskach.
-?Może więc już rozstrzygnął sprawę.
-?Pytanie pozostaje bez odpowiedzi, siostro.
-?Skoro ciągle nie wiesz, co niewolnica robiła w bibliotece twojego
brata przed zapianiem koguta, to nic dziwnego, że dochowałeś się tylko
jednego dziecka.
-?Niechybnie masz na myśli bardzo nieroztropne ruchanie, siostro, skoro
uważasz, że to była przyczyna śmierci. Kogo on ruchał, nietoperza?
Brat odstępuje od niewolnicy, ale nie od sprawy. Nie trzeba długo
czekać, by na ulicy rozeszła się wieść, że w domu Komuono grasuje
diabeł. Zwłaszcza że pogłoska dziełem najmłodszego brata. To jedna z tych suk, co uprawiają złoczynienie w domu, mówi do słupa, który w swoim
zapijaczeniu bierze za życzliwego człowieka. Zabieraj swoje śmierdzące
łapy ode mnie, syczy do jednego z bliźniaków, bo ten chce go
poprowadzić.
Brat ten na koszt zmarłego brata wzywa do domu kapłanów fetyszowych i wróżbitów ifa. Przetrząsają bibliotekę wzrokiem, potem przetrząsają
miotłą, zmiatają kurz, papier, wszystko, czego nie potrafią rozpoznać,
monety, których nikt nie może wydać, i to, co jest teraz wyschnięte, a wyciekło, gdy mężczyzna spółkował z kobietą. I całą zakrzepłą krew na
podłodze. Obcięli też trochę włosów Nanil, niewolnicy, i zażądali jej
odzienia, ale ona ma tylko jedno, które nosi. I jeszcze zabierają kilka
cennych ksiąg pana, choć nie mówią, do czego im potrzebne. Biblioteka
jedynym pomieszczeniem pustym od ludzi. Kiedy bracia decydują, że czas
na umkafo, najmłodszy klnie i mówi: Jaki pożytek z wysyłania słów do
przodków, skoro nikt nie wie, gdzie jego dusza ani dokąd pójdzie? Nie
przemawiaj więc w trakcie obrzędów, odpowiada najstarszy brat i mężczyźni zostawiają go w domu.
Przez ten czas Sogolon w spichlerzu, poza spojrzeniami ich wszystkich.
Nikt jej nie przyzywa, to nikt nie widzi ciemnej opuchlizny pod okiem.
Ułożyła swoją matę w tak małym kącie, że musi zwinąć się w kłębek jak
dziecko, by się zmieścić. Potem wciąga suknię przez głowę do bioder,
resztę ciała wystawiając na muchy i swędzące zboże. Nikt jej nie
potrzebuje, zwłaszcza pani, która przebywa w swoim pokoju i śpi na
podłodze z wyjątkiem jednego razu, kiedy to jej siostry wtargnęły do
pomieszczenia z dwoma dzbanami wody, mówiąc, że jeśli nie chce nic
robić, to jej wolna wola, ale wpierw musi się umyć. Siostry i szwagierki
chwytają ją jak dzikie zwierzę i rozbierają, ale ona się opiera i krzyczy, a Sogolon, niewolnica i kucharka mogą tylko patrzeć. Aż w końcu
zamykają drzwi, by żaden mężczyzna ani kobieta niższego urodzenia nie
widzieli, jak nieczystość i smutek doprowadzają panią do upadku.
Ósmej nocy Sogolon podskakuje, jakby coś ją zbudziło. Przewraca się na
plecy i wygląda przez okno. Dom zapełniony, ale wszyscy śpią. Wszyscy
potrafią spać, nawet pani, którą żałoba wpędza w obłęd. Ale nie Sogolon.
Oto dziewczyna. Zabiera się ze spichlerza i idzie na podwórze, i widzi,
że nawet kury śpią. Jeśli przejdziesz przez korytarz po drugiej stronie,
pochylając się pod oknem kuchni, trzymając się nisko, dotrzesz do tej
samej furtki, do której prowadzi droga przez tylne drzwi, i stamtąd
można uciec. "Ale uciec do czego?", pyta drugi głos w głowie Sogolon.
"Uciec nie do czegoś, ale od czegoś", odpowiada jeszcze inny głos.
"Trzeba uciekać, nim się dowiedzą". Uciekać, bo rychło poznają prawdę.
Wiatr z dworu wślizguje się jak szept w nieznanym języku słyszany z innego pokoju. Szept brzmiący jak chichot, potem rechot, potem
powarkiwanie i Sogolon czuje, jak ziemia zaczyna się przesuwać dokoła,
ziarno się trzęsie. Huk, pęknięcie, otwiera się zapadlisko i pochłania
ją całą.
Sogolon budzi się, krztusząc mocno. Zanosi się kaszlem w ciemności. Leży
na macie w spichlerzu i słyszy płomienie budzące się w kuchni. Świt.
Właśnie wtedy przypomina sobie: rzecz nie w tym, że nie może spać. Rzecz
w tym, że nie ma odwagi.
Zaraz po południu mężczyźni wracają ze starszyzną i krową. Zarzynają
krowę na dziedzińcu, pozwalając krwi płynąć tam, gdzie chce, bo to może
wieści od boga sądu i pomsty. Najmłodszy brat wskazuje na strumień krwi
zmierzający do kuchni i mówi: Już mi się uprzykrzyło dowodzić, że czary
pochodzą stamtąd, ale do tej pory ludzie już przestali słuchać. Oto co
robią mężczyźni. Po zabiciu krowy kroją jej mięso, siekają kości i gotują całość w trzech garncach bez dodania smaku ani przypraw. Potem
wszyscy związani krwią lub prawem zabierają się do jedzenia. Siedzą na
podłodze w domu, w korytarzu, na ziemi pośrodku dziedzińca i na ulicy.
Syczą i marszczą czoła z powodu okropnego smaku, ale nic nie mówią z obawy przed rozgniewaniem przodków, którzy patrzą i osądzają zarówno
żywych, jak i umarłych. Kucharka, niewolnica, służący i Sogolon tylko
się przyglądają.
Tego samego popołudnia kobiety przeklinają siebie nawzajem. Odesłać
dzieci, mówią siostry pani, bo mają mniej własnych, nawet jeśli doliczyć
do tego wielmożną panią Morongo z jej dziewięcioma synami. A wasze są
najgłośniejsze, najpospolitsze, najbardziej rozbisurmanione i najskorsze
do bitki, odpowiadają kobiety Komuono, siostry i szwagierki pana.
Wielmożna pani Morongo mówi, że umarły jeszcze nie odszedł i zanosi
wieści do przodków, a jego zachowanie przyciąga duchy. Poza tym wszyscy
wiedzą, że złe duchy uwielbiają pogrzeby. Ale siostry pana odpowiadają:
Wszystkie jesteście głupie jak wasi mężowie. Rozpalcie lampkę w każdym
oknie, a żaden zły duch nie wejdzie, to wystarczy. Wielmożna pani
Morongo natęża się przed siostrami i żonami Komuono, jakby zamierzała
ziemię zryć kopytem i prychnąć. Kogo nazywacie głupie? Żadna z was, cipy
z buszu, nie zakrywała cycków, nim wasz brat ożenił się z pieniędzmi i majątkiem mojej siostry, mówi. Komuono, legendarny ród wojowników. Walki
skończone, och. To oburza wszystkich Komuono, bo nie mają nic prócz
głośnego nazwiska. Wszyscy boicie się, że wasze dzieci mają oczy, by
widzieć to, czego widzieć nie powinny, mówią. Jedna z sióstr, widząc
Sogolon przemierzającą podwórze, krzyczy, a to pierwszy raz, kiedy
ktokolwiek z krewnych po obu stronach odzywa się do niej choćby jednym
słowem.
-?Ile ty masz lat? Tak, ty, ta pokryta ziarnem, co ta suka kucharka każe
mi jeść. Ile lat masz?
Sogolon staje przy spichlerzu i teraz, gdy wszyscy na nią patrzą, nie
wie, jak być.
-?Ja, pani?
-?A jest tu ktoś jeszcze, dziewucho? Ile masz lat?
-?Dziesięć i trzy.
-?Hmf. Ty... -?Kobieta nie pozwala słowom się narodzić, bo wybiera inne: -
Ty ciągle dziecko. Powiedz, młoda dziewczyno, powiedz tym wszystkim
drogim, rozumnym damom: Czy widziałaś jakie duchy nocami? Czy coś
zakłócało spokój tego domu?
Sogolon przygląda się siostrom i szwagierkom, krewnym pana i pani, i zapomina, którzy którzy. Po jednej stronie czwórka, trójka po drugiej, a wszyscy do siebie bardziej podobni niż do pana czy pani.
-?Nie. Nic nie widziałam.
Bo Sogolon tylko patrzy. Potem patrzy na siebie patrzącą, patrzy aż tak
bardzo, że poznaje głęboko to, co nie jej światem. Tak oto w ciągu dwóch
dni dowiaduje się, który brat i która szwagierka, która siostra i który
szwagier są sobie bliżej, niż byłaby para małżonków w tym życiu. Jeśli
tylko może, cały czas spędza na przyglądaniu się, a w tym ciągle
rosnącym tłumie zawsze jest ktoś, kogo można podpatrywać, poznawać,
śledzić. Lecz ona wie, że to nie dlatego. Po dwóch dniach nie jest już
ciekawa ludzi ani świata. A jednak nie śpi w nocy aż do świtu i senna
chodzi za dnia.
Sogolon wygląda u siebie zmian, bo wie, że nadchodzą. Myśli, że może już
nadeszły. Zmiana w głosie, zmiana w chodzie, zmiana wyrazu twarzy, gdy
ludzie zadają jej pytania. Nie wie, skąd wie, że niechybnie napiętnuje
cię przebywanie w tym samym pokoju i patrzenie, jak śmierć przychodzi i odchodzi, zabierając cudze życie. Czuje się inna. Czasem to ociężałość
jak ta, co opanuje jej ciało za dwie ćwierci księżyca. Krew miesięczna.
Ale to inaczej, to przychodzi jak nagła choroba i trwa dłużej, niż
ktokolwiek by chciał, a odchodzi z własnej woli. Sogolon nie potrafi
tego opisać nawet sama dla siebie. Nie jest to gorąco, choć czuć, jakby
gorąco powoli paliło ją w głowę. Nie ból, a przecież czuje zranienie.
Bardziej niepokój. Perfidny niepokój. Doskwiera najmocniej, bo nie można
się zdecydować, czy to myśl, czy uczucie. Jak coś z tyłu głowy, podobnie
gdy za pierwszym razem ktoś dał jej kawę. Och, chciałaby, żeby to była
kawa. Czuje się źle, przyrównując to do czegoś tak błahego, ale do czego
miałaby przyrównać? A w nocy czuje się gorzej, bo to coś owłada
kawałkiem jej głowy, schodzi dygotem w ramiona i drży w opuszkach
palców, sprawia, że Sogolon pragnie rozciąć swoją skórę i wypełznąć na
wierzch. Tak bardzo chce się wydostać, że sama by się obłupiła. Tylko
tak umie myśleć o tym pełzającym gorącu, które nie gorącem, o bólu,
który nie bólem, obłędzie, który nie obłędem. Tylko... sama się gubi. A od
myślenia w koło i w koło wcale nie wie więcej niż przedtem. Sogolon
widzi płomień w kuchni i zastanawia się, czy jakby włożyła do niego
rękę, nie tak bardzo, by ją poparzyć, ale na tyle, by się poranić, czy
wtedy odpełzłby ten nocny pełzak, bo tak zaczęła to nazywać. Przegonić
bólem ból. Kiedy bracia zapominali ją nakarmić, czasem jej głowa chciała
unieść się w udręce, jakby była na nią wściekła, a wtedy pozostawało
tylko walić nią o ziemię raz za razem, aż jeden ból zagłuszy drugi, a czasem to oba zniknęły. To pełzanie w jej głowie, chciałaby je pokonać.
Nie. Ona wie, że to nie zniknie. Przychodzić do niej będzie co wieczór i odbierać sen. Czasem pojawia się rano, gdy Sogolon zbiera ziarno lub
spogląda na jednego z braci pana, albo przy jakiejś zwyczajnej
czynności, jak wypatrzenie dziury w odzieniu czy ujrzenie zachodu słońca
w mocnym fiolecie, a nie pomarańczu.
Oto dziewczyna. Liczy dni. Umysł ciągnie ją z powrotem do biblioteki,
żeby dotknęła boli i umazała się kozią krwią. I kurzą też. Krew spływa
po ścianie. Idź jej śladem, tam, skąd przyszła, w drugą stronę, w górę,
bo ona w dół, a zobaczysz jego stopy, potem nogi, potem koszulę nocną.
Belkę wystającą z piersi, szeroko rozwarte ramiona i oczy, co wciąż
patrzą, ale nie widzą. Za mocno przerażona, by wykrzyknąć jego imię albo
wezwać pomoc. Odwraca się do drzwi, a on wchodzi nachmurzony, gotów do
pracy, mając nadzieję, że ona wyjdzie bez jego polecenia. Wchodzi, widzi
ją i krzyczy: Jesteś tylko złodziejką. To się nie dzieje naprawdę,
spójrz na niego tam na ścianie. Widząc jego puste oczy nad sobą, Sogolon
zastanawia się, co uknuł na ten dzień. Co zamierzał zrobić, gdy słońce
wzejdzie tak jak teraz, i przy czym byłby około południowej pory. Kiedy
człowiek umiera, ginie też przyszłość. Ale nie, ona myśli, że nikogo nie
zabiła. Musi wyjść tyłem z pokoju, tak, wymazać, odczynić każdy krok,
który zrobiła w środku. Dociera do drzwi i nagle nieruchoma. Pan też
nieruchomy i sztywny. Sogolon już zastanawia się, co czeka go pod koniec
dnia, gdy nagle jego lewa stopa drgnie. I prawa. Potem on podnosi głowę
i próbuje krzyczeć, ale z jego ust wypływa krew gęsta jak miód. Szarpie
głową, szarpie rękami. Sogolon ucieka.
Na dworze, na dziedzińcu, staje tuż przed wejściem, targa się do przodu
całym ciałem i wymiotuje. Rzyga i rzyga, choć już nie ma czym. Dzień
nastaje i nic go nie powstrzyma, a Sogolon, gdy brzuch przestaje
wreszcie wyciskać z niej wszystko, przypomni sobie, że wkrótce wstanie
ta, która nigdy nie budzi się wcześniej od niej, ale zawsze wstaje przed
innymi, by wymknąć się i mieć swoje sprawy z panem, skoro nie przyszedł
do niej w nocy. Sogolon podskakuje, nagarnia stopą piasek na rzygi i wbiega z powrotem do środka. Zakrada się do swojego posłania i przykrywa
zakurzone stopy. Odwraca się plecami do niewolnicy i leży wpatrzona w miejsce zetknięcia podłogi ze ścianą, dopóki kobieta się nie poruszy.
Zamieszanie spowodowane strzepywaniem kurzu z koszuli nocnej, cichy chód
do miski w kuchni, zanurzenie dłoni w wodzie, żeby nie było chlapania,
potem obwąchiwanie się raz za razem, pod pachami, może nawet się tam
wytarła, potem klatka piersiowa, nogi i koo, chwyta posłanie, żeby je
zwinąć, podchodzi do komody, otwiera ją z głośnym skrzypieniem, zamyka,
dalej na palcach, tup-tup na dwór, jej stąpanie cichnie, bo poszła
dalej, aż nic i tylko Sogolon liczy kroki, których nie słyszy, i zastanawia się, ile jeszcze dzieli dziewczynę od wschodniej strony domu,
czy ciągle w ruchu, czy przystanęła, bo Nanil zawsze uważna, by nikogo
nie zbudzić, a potem liczy, ile kroków od korytarza zewnętrznego do
wewnętrznego, ile, by minąć salę powitalną, przejść przez kolejny
korytarz prowadzący do sypialni państwa, po drodze kilka popękanych
płytek, do których naprawienia pani nakłaniała pana, aż w końcu staje
się przed biblioteką. Nanil puka sekretnym pukaniem do drzwi. Odczeka
dwa oddechy, może trzy. Nie patrzy na nic, tylko w ziemię, podciągnie
koszulę, uklęknie, osunie się na czworaka, czekając na trzy mrugnięcia
powieką, może cztery. Sogolon wciąż leży na boku, patrząc na miejsce,
gdzie podłoga styka się z sufitem, i czeka. Zastanawia się, dlaczego to
nie nadchodzi. Może w pomieszczeniu jest druga możliwość i dzieje się
tam coś innego albo w ogóle nic. Ale wtedy Nanil krzyczy. Krzyczy i krzyczy, a Sogolon nieruchoma, tylko łzy płyną jej z oczu. Nanil ciągle
krzyczy. Potem już nic. Potem szybkie skrzypienie otwieranych drzwi,
dalej trzaśnięcie nimi w ścianę. Co za diabelstwo dzieje się w moim
domu?, pyta pani. Przywołam do porządku tę przeklętą dziewczynę i tego
przeklętego... Głos cichnie. Sogolon czekała, by nadeszło, i nadeszło.
Teraz pani biadoli, biadoli i biadoli, i kroki dudnią po korytarzach.
Bliźniaki wybiegają na ulicę po pomoc. Uczucie znowu dopada Sogolon,
dziewczyna zrywa się, pędzi na dwór w samą porę, by zwymiotować pod
łukiem bramnym.
Pani płacze przez cały dzień. Niedługo po południu przyzywa Sogolon i mówi: Zabaw mnie czymś, czego nauczyłaś się w buszu. Dziewczyna
pogubiona. Mówi, że nie pochodzi z buszu, ale pani pyta: Więc dlaczego
zawsze pachniesz wysoką trawą? i śmieje się głośno i serdecznie, choć
Sogolon nie widzi w tym nic zabawnego. Dawniej pachniała brudem, teraz
pachnie każdym kwiatem, jaki znajdzie, ale nie trawą.
-?Zabaw mnie, zabaw -?zawodzi pani i spada z krzesła i leży, póki
kucharka i jeden bliźniak nie przybiegną i jej nie podniosą.
-?Czego nie pomogłaś jej wstać? -?pyta kucharka. -?Gdzie indziej znajdą
taką głupią i bezużyteczną dziewuchę?
W ciągu trzech dni odór dochodzący z pokoju pani jest ponad wszystkie
smrody świata.
Sogolon nie powinna zachodzić do biblioteki. Nie ma tam żadnych spraw.
Pan miał pełne prawo przebywać w swoich pokojach, ona nie. Weszła z własnej woli, co uczyniło ją jego poddaną. Te słowa brzmią, jakby
pochodziły od niego, nie od niej. Ale gdyby pan nie dotknął Sogolon,
byłby tu teraz, nie zwracając na nią uwagi. Głos brzmiący jak ona
przypomina, że pani zakazała jej go odtrącać. Gdyby nie weszła do pokoju
bez pozwolenia, jak zwykła złodziejka, nikt prócz Nanil nie kusiłby
pana. Sprowadziłaś zło na siebie i na niego. Zamknij gębę, kiedy on
będzie ci pokazywał, do czego służą twoje dziury, po prostu powiedz
sobie, że takie coś musi ci się przydarzyć. Nie. Nic nie zrobiłam, to
wiatr zrobił. Wiatr to zrobił.
Brzemię myślenia robi z Sogolon patyk. Że zaszła do kuchni, widzi
dopiero wtedy, gdy kucharka krzyknie więcej niż raz: Zejdź mi z drogi,
głupia dziewucho, nie widzisz, że wszyscy zajęci swoim smutkiem? Właśnie
wtedy pani dowleka się do kuchni, z siostrą krzyczącą za jej plecami.
Ledwie chodzi, a oczy jej wyglądają na nieobecne, jakby patrzyła na
dzień wczorajszy. O mało nie wpada na Sogolon, chwyta ją za odzienie i o mało nie wywrócą się obie na podłogę.
-?Ty zabiła mi męża, mów prawdę! Mów prawdę. To ty? Ty zabiła mi męża,
pana mego.
Oddech pani ma cuchnący. Sogolon ciągle ją podtrzymuje, mrugnie raz
powiekami i już z oczu łzy płyną po twarzy. Pani wyrywa się i chwyta
kucharkę. Ty zabiła mi męża, mów prawdę! Powiadam, mów prawdę, to ty?
Zabiła pana mego, zabiła go, powtarza. Chwyta kucharkę i chce nią
potrząsnąć, ale ta potężnej postury i tylko suknia daje się szarpnąć.
Sogolon widzi ją wpatrzoną w kucharkę i pojmuje, że to nie rozkazy,
tylko błaganie. Pani opuszcza ją i wychodzi, bo na dworze zobaczyła
jednego z bliźniaków. Dwie siostry zastępują jej drogę. Tym razem nie
muszą ciągnąć. Pani puszcza ręce po bokach i wraca do swojego pokoju.
Dwa wydarzenia dzieją się szybko. Pogrzeb pana i wezwanie na dwór
królewski. W noc pochówku Sogolon budzi się i widzi, że lampa w jej
oknie zgasła. Rankiem w dniu obrzędów siostry ubierają panią w czerń. Ma
pozostać w czerni przez dziewięć księżyców. Pod wieczór mężczyźni
wracają z drugą krową. Zarzynają ją na dziedzińcu, dając krwi płynąć
tam, gdzie chce. Dalej robią kobiety. Po zabiciu krowy kroją mięso,
siekają kości i gotują całość w trzech garnkach z pieprzem aszanti,
czosnkiem, sumbalą, masłem orzechowym i solą. Potem wszyscy związani
krwią lub prawem jedzą. Siedzą na podłodze w domu, w przejściu, na ziemi
pośrodku dziedzińca i na ulicy. Omdlewają zachwyceni wspaniałym smakiem,
w pochwalnych słowach mówią o panu, który teraz stał się jednym z przodków, co patrzą i osądzają żywych i umarłych.
Kapłan skrapia wszystkich krewnych
poświęconą wodą i naciera ich ziołami, aby wygnać cienie, które podążają
ich śladem, a których nie rzucają ich ciała. Ale nie Sogolon, nie
kucharkę ani nikogo innego pracującego w domu, bo oni nie z tego rodu.
No i dobrze, mówi kucharka. Ich diabły, ich sprawa.
Dom Komuono wraca w końcu do łask, donosi głosiciel tej dobrej nowiny,
chłopiec o nazbyt szerokim uśmiechu. Trzyma słowa w ustach, jakby nie
wiedział, co mówi i do kogo, i to prawda. Nie wie, że przybywa do domu
pogrążonego w żałobie ani że przekazuje wieści Sogolon. Niech bogowie
przyniosą wam pocieszenie, dodaje jeszcze i szybko wychodzi, cały czas
patrząc w sufit, jakby dostrzegł złego ducha, który na niego patrzy.
Opowiedz mi wszystko, co mówił, rozkazuje pani Komuono, i patrzą
wstrząśnięci, jak zły humor prędko spala jej skórę, to ogień podłożony
do dzikiego buszu.
W pierwszej kolejności pani wypędza z domu wszystkich prócz służby. Co z tymi, którzy przybyli z daleka, siostro?, pyta Wielmożna pani Morongo.
To ciebie nie obejmuje, mieszkasz na końcu ulicy, odpowiada pani.
Wszyscy musicie wybyć do południa, bo chcę odzyskać swój dom. Siostry i szwagierki uznają takie postępowanie za oburzające. Bracia i szwagrowie
wzdychają i z ulgą kiwają głowami, bo nocą duchy wślizgują im się między
nogi i żaden nie mógłby przysiąc, że wszystkie kobiece. Siostry pani
jedna po drugiej odmawiają odejścia, mówiąc: Kochana siostro, przez
dziewięć księżyców będziesz w ukuzila, może nawet przez rok, jeśli
przodkowie nie powitają twojego męża na czas. Kobieta w ukuzila nie może
robić tego, czego oczekuje się od kobiety ubranej na czerwono lub żółto.
Bogowie zabraniają śmiałości w czynach i myśleniu. Potrzebujesz swoich
sióstr, mówią siostry. Kobiety Komuono mówią to samo i jeszcze dodają:
Musimy zobaczyć, co zostawił nam nasz najdroższy brat.
-?Ukuzila nie wiąże stóp ani dłoni, ani nawet ust -?odpowiada pani swoim
siostrom. -?A wy, suki bosonogie, zapominacie, że ta, która ma bogactwo,
nie umarła -?zwraca się do kobiet Komuono, choć wyraz jej twarzy mówi,
że wszystkie siostry padlinożercy. Odchodzą jeszcze tego samego
popołudnia. Sogolon nadal nie wierzy, że pani mogłaby odzyskać zmysły w ciągu kilku obrotów klepsydry, skoro ledwie dzień wcześniej nie mogła
nawet wyjść z pokoju na sikanie. Wie jednak, że pani odzyskuje zmysły
przed porą wieczorną, kiedy to krewni i powinowaci wyruszają w drogę na
piechotę, konno, rydwanami, na wozach i w zaprzęgach tylko po to, by
zobaczyć stojących przy bramie siedmiu wojowników Siedmiu Skrzydeł,
najemników w służbie Czarnego Krogulca, którzy przeszukują wszystkich
względem rabunku. Przez resztę wieczoru Sogolon słyszy szczęk i brzęk
skradzionego złota, srebra, żelaza i kości słoniowej, zrzucanego z wozów, a pani w śmiech i mówi: Widzisz? Widzisz to? Jakby ktoś patrzył
przez okno razem z nią.
Pani Komuono jest teraz pochłonięta przygotowaniami i przysposabianiem
się. Posłaniec nie pozostawia nic poza echem własnego głosu,
przekazującego wieść, że pan (i pani Komuono) zaproszony na audiencję z łaski, woli i dla zadowolenia Najwspanialszego Kuasz Kagara, Króla
Fasisi, Władcy Ziem Północnych, Regenta Terytorium Doliny i Duchownego i Monarchy Boskich Regionów Ziemi i Nieba.
Pani Komuono nie głupia. Wie, że "z łaski, woli i dla zadowolenia" to
zarówno obietnica, jak i pułapka. Wola w każdej chwili może się zmienić
w kaprys, a o wędrówce z królewskiej sadyby do królewskiego lochu może
zadecydować kiwnięcie palcem. Lub że zadowolenie mogą przynieść dalsze
drwiny z nich obojga i ogłoszenie, że władca nazbyt zajęty, by widzieć
kogokolwiek. "Z nich obojga", bo pani nie posłała wiadomości, że jej mąż
nie żyje. Bo Król, w którego krwi jest linia bogów, ma bardzo mało czasu
na głupie, doczesne sprawy. I kimże ona jest, by sądzić, że wolno jej
toczyć spory z Królem lub kimkolwiek w domu Akumów? To mówi pani do
ścian, a Sogolon zaskoczona. Pani mówi tonem prawie jak dziewczynka, jak
ktoś, kto chce, żeby go polubiono, ale nie wie, jak to zrobić. Dopiero
zaraz powie, za co wygnana była z królewskiego dworu.
-?To pana lubiła, rozumiesz? Uwielbiała, jak mówił, że śliczna. Nie
piękna jak kobieta czy urodna jak koń, a taka w istocie była, ale
śliczna jak mała dziewczynka. Pewnie dlatego chichotała. Dla mnie miała
tylko surowe słowa. A potraktowała mnie jeszcze surowiej.
-?Kto, moja pani?
-?Na boginię miłości i poezji, a o kim ja mówię, jak nie o Siostrze
Króla, ty chodząca imbecylko? Kiedy byłam jedną z jej dwórek, zawsze
mnie przeklinała, zarzucając powolność, mówiąc, że nawet tyłek jej
podcieram nazbyt opieszale.
Sogolon dziewczyną. Żałoba jest jak dźwiganie domu na barkach, więc
zakłopotana, że pani nie ugina się pod ciężarem. Może ukrywa to, a może
dorosła kobieta umie nosić na barkach smutek duży jak dom i wyglądać,
jakby niosła też wszystko inne. Sogolon zastanawia się, jak pani to
robi, bo przecież jej umysł ugina się prawie co noc. Wydaje jej się, że
jest w wyśnionej dżungli, ale noc przeskakuje do poranka i pozostawia ją
z uczuciem, że nigdy się nie obudziła albo nie zasnęła. Żałoba i poczucie winy mieszają się, tworząc jakby grudę pod skórą. To coś jest
potworne.
Noc przed wyruszeniem do Fasisi Nanil podchodzi do Sogolon przed
spichlerzem, ale nie odwraca się, by pokazać twarz. Dla niewolnicy
śmiałością już samo mówienie do kogokolwiek stanu wolnego, choćby nawet
była to bezużyteczna znajda. Wiem, że to ty, mówi. Wiem na pewno, że ty.
Pan zaszedł do biblioteki i czekał na mnie, a z nikogo innego nie miałby
pożytku, ani z żony, ani z kucharki, ani z chłopców. Sogolon myśli, żeby
coś powiedzieć. "Dziewczyno, zamknij paszczę, póki pani nie pozwoli ci
mówić". Otwiera usta, słowa już na języku. Potem patrzy jeszcze raz i nie widzi nic, tylko puste podwórze. Ani chybi to jej własna głowa się
wyrywa na wolność. Musi tak być.
Mijają jeszcze dwa dni, potem wszyscy zbierają się i wyruszają karawaną
w drogę do Fasisi. Na skraju miasta mijają sędziego, który krzyczy, że
nie zapomni i pewnego dnia powróci do domu.
-?Udaj się tam natychmiast -?odpowiada pani -?ale jeśli nie dowiesz się,
kto zabił... nie, jak zabili męża mego, uzyskam dekret od samego Króla,
aby cię wychłostano.
I tak oto ruszają. Królewski zbrojny eskortujący panią powiadamia
każdego ranka, ile dni pozostało, nim dotrą do Fasisi. Ćwierć księżyca
za nami, cały księżyc do przebycia, jeśli taka wola bogów. Oto co pani
zabrała ze sobą. Jedwabną tkaninę, którą przechowuje w kufrze z czterema
zamkami i która z krainy, gdzie ludzie we włosach trzymają robaki, co
nić przędą. Sogolon widziała raz, jak pani otworzyła kufer, a wtedy biel
i fiolet załopotały, jakby miały wyfrunąć. Od tego dnia wie, że
największą przyjemnością na całym świecie jest dotykać jedwabiu. I te
rzeczy jeszcze, tkaniny ukuru i aso oke, indygo, buteleczka mirry,
której pani często używa na sobie, skóry lamparta, krowa na wołowinę,
jagnię na baraninę, samorodki złota, które wyjmuje niekiedy i wsuwa
między piersi, wzdychając, bo wciąż myśli o tym, by się z nimi nie
rozstawać, i małpa, co zabawiała pana. Oto kogo zabrała ze sobą. Jednego
z bliźniaków, trzech z Siedmiu Skrzydeł, którym zapłaciła srebrem,
królewską eskortę do pokazywania drogi i Sogolon.
Pani na wozie w tyle karawany, na poduszkach, dywanach, skórach i futrach, wśród których nawet kobieta taka jak ona mogłaby się zgubić.
Jak namiot Bintuinów. Tkaniny każdego wyrobu spływające wzorami po
ścianach, mówiące Gangatom, Luala Luala, nadrzeczny lud z Uakadiszu i jeszcze więcej znad Morza Piasków. Pachnidła w zamkniętym pomieszczeniu
tak gęste, że zmieniają się w dotyk. Dwa okna po obu stronach pozostają
zawarte przez większość dnia, ale otwierają się na wschód i zachód
słońca lub wtedy, kiedy pani czuje, że nie ma kurzu. Nie je zbyt wiele,
z pewnością niewiele z tego, co bliźniak jako kucharz ugotuje wieczorem
przy rozpalonym ognisku. Skubie suszone mięso i owoce, które chłopak
wydaje Sogolon do podania, ale często tylko pije wino. Czasem rozmawia z panem przez sen, pyta, dlaczego jego kutas sterczy dalej niż belka
wystająca z klatki piersiowej. Oprócz tego to już tylko patrzy na
Sogolon. Za każdym razem, jak dziewczyna odwróci się, by spojrzeć na
panią, to nim oddzieli ją od wszystkich tkanin i futer, ona już długo
patrzy na nią. Sogolon nie wie, jak czytać wyraz jej twarzy. Pani
wygląda, jakby wiedziała, że ta dziewczyna sprawcą jej żałości, choć nie
wie, jakim sposobem. Dlatego Sogolon nie zasnęła ani razu, odkąd
wyruszyli. Leży na boku, na odległym końcu obozowiska, za zasłonami,
które pani zakazała zaciągać. Pod plecami kamień, który ma ją uwierać
postrzępionymi krawędziami, gdyby zasnęła, co czasem przydarzy się jej
za dnia. Pani spogląda na nią, jakby to zauważyła. Czego się boisz, że
się stanie, jak zaśniesz? Że sen rozwiąże ci język? Ten niegodziwy
język, co żyje w tobie, ale tak naprawdę ci nieposłuszny. Czeka, żeby co
mi wyszeptać, podstępna dziewucho? Sogolon ucieka od odpowiedzi, aż
pojmuje, że całe to gadanie dzieje się w jej głowie.
Trzecia noc trzeciej ćwierci księżyca. W świetle lampy Sogolon widzi panią w nią wpatrzoną. Pani nie w humorze do
rozmowy ze znajdą, ale nadal chce wyrazić swoje życzenia. Sogolon
otwiera szafkę w chwili, gdy powóz wpada w koleinę i rzuca nią i zawartością na bok. Słyszy przekleństwo bliźniaka i śmiech eskorty.
Wkłada jedzenie z powrotem do szafki i niesie bukłak z winem do pani,
która przez cały ten czas nie spuszcza z niej oczu. Pani teraz
rozgniewana, z pewnością, ale wciąż nie sądzi, by dziewczyna była warta
trudu skarcenia. Sogolon podchodzi, podpierając się z powodu wyboistej
jazdy, dopóki nie dotrze do pani. Już chce podać jej bukłak z winem, gdy
widzi, że pogrążona we śnie, choć u niej oczy szeroko otwarte. Panna
Azora miała słowo na takie coś. Bóg patrzący, co robimy w nocy, przejmie
czyjś sen i użyje oczu tego człowieka jako okna dla siebie. Nazajutrz
pani mówi:
-?Podstęp. Musi tak być.
-?Że jak, pani moja?
-?Całe to wezwanie wygnanych. To podstęp, by mnie okryć wstydem. Nie
znasz jej sposobów. Siostry Króla, głupia, o niej mówię. Inaczej
księżnej Dżelezy, choć nawet nie wiem, jakie jej miano. Królewskie
urodzenie oznacza królewską małostkowość. A bogowie wiedzą, że ona nie
ponad to, by kazać mi wędrować przez tyle dni, a potem uczynić mnie
przedmiotem żartów na dworze.
-?Dlaczego więc tak bardzo chcesz jechać, o pani?
-?Co? Jakim cudem ta mała dziewucha śmie myśleć, że wolno jej zadawać mi
takie pytania? To niedopuszczalne. Oto właściwe słowo, niedopuszczalne.
Powinnam kazać cię wychłostać.
-?Błagam o wybaczenie, pani moja.
-?Tak, powinnaś błagać. Nie żeby błaganie kiedykolwiek zrobiło na mnie
jakie wrażenie.
Patrzy na Sogolon zwyczajnie, jakby dopiero zauważyła ją w przestrzeni.
-?Doprawdy trzeba mi było wysłać cię do tuczarni, żebyś stała się
wyrobioną kobietą. Trochę tańca, trochę haftu, nawet trochę o wychowaniu
dzieci zamiast tego całego nieokrzesania.
-?Pani?
-?Dziewczyno, męczysz mnie, idź jeździć na dworze.
Sogolon nie może nawet udawać, że jej smutno. Eskorta zdejmuje połowę
ładunku z drugiego konia i pozwala jej go dosiąść. Zwierzę przywiązane
do niego, więc Sogolon nie musi nic robić, ale to i tak jej pierwszy raz
na końskim grzbiecie. Dodaje w głowie wszystkie rzeczy, które zrobiła
raz i chce znowu. Zanurzyć się w jedwabiu, jechać na koniu, myśleć, że
jest wolna.
Robią postój na otwartej przestrzeni, to prawie jak piaski, bez drzew, a w nocy zimno dotkliwe. Mimo to Sogolon śpi teraz pod dwoma kocami, z mężczyznami, pod gołym niebem. Z każdym dniem zbliżania się do Fasisi
pani coraz bardziej rozgorączkowana. Fasisi inne niż większość miejsc na
Północy, gdzie każdy obyczaj zakorzeniony w szlachectwie mężczyzny. Gdy
kobiety wychodzą za mąż w Fasisi, zatrzymują swój dobytek i związaną z tym władzę. Nawet Król, kiedy zdecyduje się stać bogiem i dołączyć do
królewskich przodków, przekazuje koronę pierworodnemu z domu swej
najstarszej siostry. Może dlatego pani zdaje się tęsknić za Fasisi nawet
bardziej, niż tęsknił pan, może dlatego tak bardzo złakniona powrotu.
Wciąż jednak zastanawia się na głos, dlaczego w ogóle wezwano ich
ponownie. Nie raz jeden mówiła, że Król i Królowa na pewno nie wysłali
zaproszenia tylko po to, by usłyszeć nudne gadanie pana. Sogolon nie
wie, jak wielki ciężar niesie ze sobą to wszystko. Ani co jest gorsze,
tajemnica czy kłamstwo, a jeśli tajemnica ukrywa na tyle dużo prawdy, że
widzimy inną historię, to czy też nie jest kłamstwem? Pani wygania ją,
by spała z mężczyznami i owadami, ale dziewczynie wciąż jej żal i ruga
siebie za myśl, że może współczuć każdemu człowiekowi.
Teraz, gdy pod gołym niebem od świtu do nocy, droga do Fasisi ukazuje
rzeczy, których Sogolon nigdy wcześniej nie widziała. Droga przychodzi i odchodzi. Czasami przez pół dnia to idealnie ułożone kamienie, ale zaraz
potem tylko ziemia, piasek i cierniste krzewy. Jak za drugim razem
natykają się na odcinek starej drogi, eskorta mówi, że to wszystko część
dawnego królestwa, na długo przed Fasisi, na długo przed najstarszym
człowiekiem, co jeszcze żyje. Wędrowcy mijają wioski przycupnięte na
zboczach wzgórz, gdzie ludzie budują małe domy z gliny i kamienia, z dachami krytymi strzechą i bez drzwi. Mijają wioski wyglądające, jakby
ich mieszkańcy uciekli lub wymarli. Na rozstajach z dwoma szlakami
eskorta krzyczy, że będą się trzymać rzek, bo to najrozsądniejszy sposób
na uniknięcie bandytów. Jeden z Siedmiu Skrzydeł mówi, że gotowy na
każdą walkę, na co eskorta odpowiada: Więc idź i walcz. Król wydał mi
rozkaz, bym ładunek sprowadził żywy i nietknięty. Pani, nasłuchując u okna, syczy na słowo "ładunek" tak głośno, by na pewno usłyszał. Goście,
poprawił się. Jadą nad rzeką i mijają mury Dżuby, gdzie co kilka
długości siedzi na koniu mężczyzna ubrany po żołniersku tak samo jak
eskorta.
Właśnie, i ten eskorta. Siedmioskrzydli okrywają się czarną tuniką i niebieską szarfą nawet w najgorętsze dni, zasłaniając większość twarzy.
Ów człowiek wygląda inaczej niż Siedem Skrzydeł. Po pierwsze, prawie
cały w zieleni. Do tego brązowa i czarna tarcza, co ją nosi na plecach.
Dalej Sogolon zauważa ostrze, to bułat, z którego wkrótce nauczy się
robić użytek. Zielona kolczuga, zielona tunika, skórzany pas na miecz i długa zielona peleryna, którą owija się jak pani kocami. Ognistozłote
włosy i broda, niemalże zmierzwione, oraz szczupła twarz z grubymi
wargami, wyglądająca, jakby uśmiechał się dziesięć razy częściej, niż
krzywił. I ten głos, płynąca rzeka. To nie jest mężczyzna na wizyty u panny Azory. Sogolon spogląda na jego twarz, ostrą, być może z odrobiną
psoty ukrytą w brodzie. Psoty? To nie mężczyzna, który przychodzi do
burdelu, bo nigdy by tego nie potrzebował. Przystojny? Ledwo znała to
słowo czy jego użytek. Czasami Sogolon mruga powiekami i widzi tylko
włosy, kości policzkowe i usta. I skórę jak kawa zawierająca przymierze
z mlekiem. Te oczy, co wciąż się uśmiechają, gdy reszta twarzy nie, i ten uśmiech, co się utrzymuje nawet wtedy, kiedy eskorta odwraca się, by
poprowadzić ich dalej. Dwa razy zatrzymują się na szlaku nad rzeką.
Pierwszy, by dać odpocząć koniom, drugi, bo pani wstrzymała wędrówkę,
jako że nazbyt wcześnie dotarliby do Fasisi, co oznaczałoby
nieodwracalną utratę twarzy, oto jej własne słowa. Za każdym razem
eskorta myje się, nikt inny.
-?Tutaj woda najlepsza -?zwraca się do Sogolon, idąc na brzeg.
Przez te wszystkie lata dziewczyna dorasta, zapamiętując to, co mówią
mężczyźni, i ważąc pod kątem zagrożenia.
-?Ja się nie kąpię -?odpowiada.
Eskorta spogląda na nią, z pustką w twarzy, bez rozczarowania, ale i bez
obojętności, i mówi:
-?Wedle życzenia.
Nie zastanawia się ani chwili, tylko zdejmuje odzienie. Sogolon
poprzysięgłaby każdemu, kto by spytał, że wygląda to inaczej, jakby
odwrotnie, jakby to odzienie się z niego zdjęło. Mężczyźni, którzy
przychodzili do panny Azory, wyglądali jak mężczyźni, którzy muszą
przyjść do panny Azory, a nie jak chłopcy, którzy wygrywają w dondze. Za
to chłopcy z dongi wyglądają jak błyszczące ciemne patyki z długimi i cienkimi rękami i nogami. Ten eskorta wygląda, jakby jego odzienie
popełniało niegodziwość, skrywając go. Ramiona szerokie i klatka
piersiowa ciężka od mięśni. Wąska talia szczudlarza, krzepkie nogi
młodego konia. Sogolon wie, że tak pomyśli, i chce powstrzymać tę myśl,
nim ona dotrze do głowy, ale nie umie. Kutas, jakiego człowiek ma
nadzieję zobaczyć pośrodku takiego ciała. Wiszący nad jądrami, gruby,
oklapły, niczego niedowodzący. Eskorta wynosi się z rzeki i wyciąga na
brzegu, a potem przechadza się trochę, ale nie po to, by pokazać Sogolon
cokolwiek, bo już zapomniał, że ona w pobliżu. Lecz ona patrzy, jak
mężczyzna idzie i jak kapie z niego woda, a po tylu latach spędzonych w burdelu nie wiedziała, że kiedy mężczyzna porusza się w jedną stronę,
jego kutas porusza się w drugą. W górę i w dół, podryguje, jakby tańczył
do szybszej muzyki. W burdelu tylko dwa rodzaje kutasów, gwałtowny i wiotki, a dziewczyny wolą nie widzieć żadnego. Ale eskorta albo jej nie
dostrzega i zapomina o jej obecności, albo to chodzenie takie samo dla
niego jak budzenie się lub płacenie za piwo. Płacenie za piwo. Sogolon
zastanawia się, czy był i będzie z nią zawsze, ten wstyd przed ciałem.
Nie może być, bo nie ma go u ludzi, od których pochodzi. Przekląć ten
burdel za to, że dał jej coś, czego nigdy by się nie spodziewała po
takim miejscu. Nieśmiałość. Sogolon splata w głowie myśli, które nie
mają sensu. Eskorta staje i rozkłada ręce szeroko, jakby pozdrawiał
odchodzące słońce.
-?Zatem Sogolon -?mówi, a dziewczyna o mało nie wyskoczy ze skóry. -?Nie
takie aby twoje imię?
-?Rzeczywiście takie.
Odwraca całą głowę od niego, zastanawiając się, skąd się bierze to
odwracanie. On nie podąża za nią, żeby ją widzieć. Ale jego pośladki,
duże i ciemniejsze, wyglądają, jakby tylko one trzymały razem samowolne
ręce, nogi i plecy.
-?Zamierzasz jeździć na tym koniu, czy dobrze ci, że ten koń jeździ na
tobie?
-?Co?
Eskorta odwraca się plecami do słońca. Woda nie może nawet znieść, by
rozstać się z jego skórą. Walczy, by zatrzymać się na nim trochę dłużej.
Sogolon nie wie, kto tak myśli, ale mówi głośno: Słuchaj no, musisz
przestać. On podchodzi i co mówi? Zbliża się do niej, a ona nie może
podnieść oczu na jego twarz, ale spoglądanie niżej wcale nie lepsze, bo
właśnie podążyła wzrokiem między dwoma sutkami i wędruje po tarczy
pośrodku ciała, gdzie wytryskuje owłosienie, co wije się w dół i w dół.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
POSTACIE WYSTĘPUJĄCE W TEJ OPOWIEŚCI
W MITU I KONGORZE
SOGOLON -?zwana Zakazaną Lilią i Wiedźmą Księżyca
JEJ OJCIEC
JEJ NAJSTARSZY BRAT
JEJ ŚREDNI BRAT
JEJ NAJMŁODSZY BRAT
KOBIETA-PYTON
PANNA AZORA -?właścicielka domu poszukiwanych towarów i usług
YANYA -?jedna z jej kurew
DINTI -?druga z jej kurew
PANI KOMUONO -?szlachcianka
PAN KOMUONO -?jej mąż
WIELMOŻNA PANI MORONGO -?jej siostra
UKUNDUNKA -?potwór połączony z talizmanem
KUCHARKA -?znana jako Kucharka
NANIL -?niewolnica
KEME -?królewski zwiadowca, oficer Czerwonej Armii Fasisi
UANGECZI -?żona Basu Fumanguru
MILITU -?jego druga żona
OMOLUZU -?demony dachowe
MOSSI Z AZARU -?trzeci prefekt armii wodza Kongoru
WIEDŹMY MAUANA -?ziemne syreny, inaczej liengu błotne
W FASISI
YÉTÚNDE -?żona Keme
KEME -?syn
SERUA -?córka
ABA -?córka
LURUM -?syn
EHEDE -?syn
MATISZA -?córka
NDAMBI -?córka
BEREMU -?lew
MAKAYA -?lew
WIELMOŻNA PANI DOUNGOUROU -?dwórka królewskiego domu Fasisi
PANI KAABU -?dwórka
PAN KAABU -?jej mąż, dworzanin
SANGOMIN -?uczniowie sangomy, sekta nekromantów i łowcy czarownic
KUASZ KAGAR -?Król Północy i ojciec księcia Likuda, z domu Akumów
KRÓLOWA UUTU -?jego druga żona
DŻELEZA -?jego siostra
LOKDŻI -?jego siostra
KUASZ MOKI -?syn Kuasz Kagara, dawniej książę Likud
ADUKE -?jego syn bliźniak, późniejszy Kuasz Liongo
ABEKE -?jego drugi syn bliźniak
EMINI -?jego siostra, księżna
MADŻOZI -?jej mąż, książę
KUASZ ADUUARE -?syn Liongo
KUASZ NETU -?syn Aduuare
KUASZ DARA -?syn Netu
AESI -?królewski kanclerz
ALAYA -?griot z Południa
DŻABE -?najemnik, Siedem Skrzydeł
OUMU -?przyjaciel Keme
BIMBOLA -?właściciel baru w Go
OLU -?bohater wojenny, dowódca armii Kuasz Kagara
VUNAKUE -?dwórka ze świty księżnej
ITULU -?dwórka ze świty księżnej
PIERWSZA DAMA DWORU -?główna pokojowa księżnej
ASAFA -?generał w armii Kuasz Kagara
DIAMANTE -?drugi generał
SCALA -?zmarły członek starszyzny
KANTU -?śmiałek
BOSKIE STOWARZYSZENIE SIÓSTR
NA POŁUDNIU
BUNSZI/POPELE -?bóstwo wodne
NSAKA NE VAMPI -?łowczyni nagród
OSEYE -?jej siostra
NYKA -?najemnik
BISIMBI -?krwiożercze nimfy wodne
BOLOM -?griot z Południa
IKEDE -?jego prawnuk, też griot z Południa
YUMBOE -?wróżki leśne
CZIPFALAMBULA -?wielka ryba
W MANCIE
LETHABO -?mniszka
LISSISOLO -?siostra Kuasz Dary
NINKI NANKA -?smok rzeczny
BASU FUMANGURU -?członek starszyzny Północnego Królestwa
SIOSTRA ZARZĄDCZYNI -?naczelna mniszka boskiego stowarzyszenia sióstr
W DOLINGO
DŻAKUU -?taktyk na służbie Króla Południa (zmarły)
NNIMNIM -?mistrzyni uzdrawiania i magii przywracającej siły
KRÓLOWA DOLINGO -?jak stoi napisane
JEJ KANCLERZ
BIALI UCZENI -?najmroczniejsi nekromanci i alchemicy
IPUNDULU -?wampir, ptak-błyskawica
ISZOLOGU -?bezpański ipundulu
SASABONSAM -?skrzydlaty potwór
ADZE -?wampir i rój robactwa
ELOKO -?trawiasty troll i ludojad
CHŁOPIEC -?bezimienny syn Lissisolo
W MALAKALU, PÓŹNIEJSZYM KONGORZE
SIEDEM SKRZYDEŁ -?najemnicy
SADOGO -?rosły mężczyzna, który nie jest olbrzymem
AMADU -?pan niewolników
BIBI -?jego sługa
TROPICIEL -?myśliwy znany tylko pod tym przezwiskiem
LAMPART -?zmiennokształtny myśliwy, znany jeszcze pod kilkoma innymi
imionami
FUMELI -?łucznik Lamparta
ZOGBANU -?trolle, pierwotnie z Krwawych Bagien
VENIN -?dziewczyna chowana na pożywienie dla zogbanu