Wiedźma - Katarzyna Berenika Miszczuk

-
Proszę czekać

1

– Musisz przestać – powiedziała. – To nie jest zdrowe.

Głos mojej mamy zwykle pozbawiony był jakichkolwiek emocji. Czasem tylko stawał się złośliwy i jadowity. Przeważnie jednak brzmiał prawie że maszynowo. Teraz także był płaski i pusty, zupełnie jakby sama nie wierzyła w to, co właśnie mówi.

– To mój wybór – odpowiedziałam, starając się brzmieć podobnie bezbarwnie, ale jak zwykle poległam i w moim głosie dało się usłyszeć niemalże dziecięcą pretensję.

Nie miałam ochoty ponownie wchodzić z nią w dyskusję, bo za każdym razem czułam się jak strofowane dziecko, które nie słucha niechętnej mu matki. Poza tym odnosiłam wrażenie, że przez ostatnie pół roku odbywałyśmy taką rozmowę minimum raz w tygodniu, i to było już po prostu nużące. Ile można w kółko o tym samym?

Po raz pierwszy podjęłam ryzyko. Zmieniłam w drastyczny sposób swoje życie, i to tak, że ona tego nie akceptowała.

Chociaż jeśli miałam być szczera, to nie akceptowała tego tylko w jakichś pięćdziesięciu procentach.

Ja byłam dumna z mojego pomysłu. W końcu się jej posłuchałam i rzuciłam pracę w szpitalu. Dość dyżurów, mobbingu i poczucia winy, że nie jestem wystarczająco dobra. Ta decyzja akurat wielce skomplikowana nie była po tym, jak na rok zaginęłam bez wieści. Na moje miejsce zatrudniono już nową pielęgniarkę, a na mnie w kadrach położono krzyżyk. Co smutne, nikt się specjalnie nie przejął, że zaginęłam. Nawet koleżanki z dyżurki. Trochę to obrazowało, jak odnajdowałam się społecznie w miejscu pracy.

Zresztą ja i tak nie chciałam tam wracać. Paraliżowała mnie perspektywa tłumaczenia się i odpowiadania na niewygodne pytania. Wiedziałam, że inne pielęgniarki już nigdy nie patrzyłyby na mnie w taki sam sposób. Nikt normalny nie znika nagle na rok bez wieści.

A ja przecież nie umiałam logicznie wyjaśnić, co się ze mną działo, gdzie byłam i czemu szukała mnie policja, gdy mama zgłosiła moje zaginięcie. Gdybym powiedziała, że w tym czasie spędziłam niezbyt uroczy tydzień w zamku króla wróżek, to przecież natychmiast zamknęliby mnie w pokoju bez klamek.

Prościej było zrezygnować z pracy.

Problem w tym, że trzeba za coś żyć. Tu przyszła mi z pomocą mama, która od lat namawiała mnie, żebym zatrudniła się w jednym z jej gabinetów medycyny estetycznej. Zaczęłam zajmować się tym, co mnie nigdy nie interesowało. Pomagałam poprawiać już i tak idealne kobiety.

Ta część wielkiej zmiany podobała się mojej mamie – nie miała do niej najmniejszych zastrzeżeń.

Gdy już zorganizowałam sobie pracę, wymówiłam umowę najmu mieszkania. Następnie za wszystkie oszczędności kupiłam kampera i zaparkowałam go na działce należącej niegdyś do mojego dziadka. Tym sposobem przeprowadziłam się na stałe do Dusibaby.

Tej części wielkiej zmiany moja mama nie akceptowała i właśnie o to ciągle się kłóciłyśmy. Teraz oczywiście też.

Odwróciłam od niej głowę i wyjrzałam przez szybę samochodu, z nadzieją, że to zniechęci ją do kontynuowania rozmowy. Wnętrze nowiutkiego BMW pachniało skórą i wanilią. Aromat był mdły i potęgował moje mdłości, które zawsze odczuwałam podczas jazdy. Mama prowadziła pewnie. Zbyt pewnie, bo jeździła po warszawsku, czyli skakała z pasa na pas i wiecznie się spieszyła. Niestety wciąż nie udało mi się zdać egzaminu na prawo jazdy, więc ciągle musiałam ją prosić, żeby odwiozła mnie do Dusibaby.

Raz w miesiącu przyjeżdżałam do Warszawy i nocowałam przez tydzień w jej mieszkaniu. Pracowałam wówczas po dwanaście godzin dziennie. Na pozostałe trzy tygodnie wracałam na wieś, która uwiodła mnie przystojnym księciem spod jeziora. Nie był to idealny model życia ani dla mnie, ani dla niej, ale sama się na to zgodziła, a ja naprawdę starałam się, jak mogłam, żeby jak najszybciej zrobić prawo jazdy.

– Wożenie cię jest męczące – oznajmiła mama.

– Za miesiąc mam drugie podejście do egzaminu – przypomniałam jej. – Myślę, że teraz mi się uda. Postaram się tym razem nie wymuszać pierwszeństwa...

To był powód, dla którego nie zdałam za pierwszym razem. Zgodnie z wydanym przez egzaminatora w ostatnim momencie poleceniem, gdy już miałam zjechać z ronda, wepchnęłam się z powrotem do ruchu. Uwalił mnie na miejscu. Najwyraźniej właściwym postępowaniem byłoby zablokowanie pasa, a nie jazda po warszawsku.

Teraz miałam zamiar jechać spokojnie i bez brawury. Bardzo zależało mi na tym, by wreszcie uniezależnić się od mamy. Nadal zamierzałam okresowo u niej pomieszkiwać, ale nie chciałam już robić z niej prywatnego kierowcy.

– Aniu, musisz przestać. Tak nie da się żyć – powiedziała cicho, ignorując moje słowa. – Niszczysz siebie.

– Jak na razie świetnie mi się udaje tak żyć i jestem z tego zadowolona – odparłam. – Powinnaś się cieszyć. Wreszcie pracuję dla ciebie. Tak jak tego zawsze chciałaś.

– Aniu... – zaczęła.

Dobrze wiedziała, że nie cierpię tego zdrobnienia, ale i tak z premedytacją go używała.

– Aniu... – powtórzyła, chyba dla lepszego efektu. – Wiesz, że to nie chodzi o to, że ze mną mieszkasz, nie przeszkadza mi to.

Mama miała stumetrowe mieszkanie, które zajmowała sama. Po rozstaniu przed wielu laty z moim ojcem nie związała się z nikim na stałe i chyba już nie zamierzała. Życie wypełniały jej praca, lunche w restauracjach oraz zagraniczne podróże z przyjaciółkami. Nieraz zdarzyło się, że byłam sama, gdy u niej nocowałam, bo ona poleciała na przykład na shopping do Paryża. Mama w swoim domu była tylko gościem. Nawet nie miała żadnych roślin doniczkowych. Zupełnie jakby nie chciała opiekować się nikim ani niczym.

– Nie przeszkadza mi też to, że cię w kółko wożę na ten koniec świata... – kontynuowała.

– To już naprawdę niedługo – przerwałam jej. – Zrobię prawo jazdy i stanę się samowystarczalna.

– Aniu, to nie chodzi o to wszystko. Czy ty nie widzisz, że to cię niszczy? – spytała z mocą, o jaką bym jej nie podejrzewała. – Gonisz za mrzonką. Za... za bajką, która nigdy nie będzie miała szczęśliwego zakończenia. Oni tu nie wrócą, a jeśli nawet, to nie za twojego życia. Zwróć uwagę na to, ile czekała moja matka. Życie przeleciało jej między palcami. Niczym nie potrafiła się cieszyć. Niczego nie planowała. Nigdzie nie wyjeżdżała. Utknęła w Dusibabie. Potrafiła patrzeć tylko na to przeklęte jezioro.

– Nie porównuj mnie do babci – obruszyłam się.

– Tak? A niby czym się różnicie? Obie zadurzyłyście się w księciu. – Wbiła mi szpileczkę.

Mama wiedziała o wszystkim, co mi się przydarzyło. To ona odebrała mnie od Bożeny, gdy niecały rok temu udało mi się wrócić przez jezioro. Była jedyną osobą, przed którą nie zamierzałam kłamać, bo i nie miałam po co. To moja mama. Możemy się różnić, możemy się kłócić, ale jest moją mamą i zawsze mogłam na nią bezwarunkowo liczyć. Oczywiście, co się nagadała i wynarzekała, to jej, ale i tak mnie wspierała.

Kiedy wróciłam z największej przygody mojego życia, powiedziałam jej wszystko, a ona... od razu mi uwierzyła. Jednak nie dlatego, że aż tak mi ufała. Okazało się, że po prostu od zawsze wiedziała, kim jest babcia. Babcia Ela, która tak naprawdę nazywała się Elatha i była wróżką spod celtyckiego kurhanu, już wiele lat temu wyjawiła córce swoją tożsamość.

To tylko ja nigdy nie dostąpiłam tego zaszczytu. Smutne, ale też bardzo charakterystyczne dla mojej rodziny.

– Po pierwsze, to wcale się w nikim nie zadurzyłam. Wpadliśmy tylko razem w kłopoty. Opowiadałam ci przecież! A po drugie, być może nic takiego by się nie wydarzyło, gdybym znała wcześniej historię własnej rodziny – zauważyłam zgryźliwym tonem. – Ale ty, zamiast powiedzieć mi prawdę, wysyłałaś mnie praktycznie w każde wakacje do Dusibaby bez żadnego ostrzeżenia. Przecież ta wiocha to tykająca bomba. W każdej chwili coś mogło wyleźć z tego jeziora i mnie porwać.

– Nie przesadzaj – mruknęła.

– Ja? Ja mam nie przesadzać? To ty całkiem przesadziłaś, wysyłając mnie rok temu do Dusibaby bez żadnej wiedzy o całym tym podziemnym syfie, żebym wysprzątała dziadkowi piwnicę. Tę piwnicę, którą babcia zakazała odwiedzać.

– Nie sądziłam, że coś się stanie. Miałaś tylko posprzątać i przekonać dziadka, żeby przeniósł się do domu spokojnej starości – odparła sucho.

– Pff – prychnęłam.

– Nic skomplikowanego. Nawet dla ciebie – dodała złośliwie.

– Ale o tym, że rolnik, z którym miałam się spotkać, jest wróżką spod jeziora i na dodatek bratem babci, to już mogłaś wspomnieć – wycedziłam. – Poza tym co ci strzeliło do głowy, żeby sprzedawać mu ziemię?!

– Dobrze wiesz co, bo już ci to mówiłam.

– Tak, wiem. Chciałaś zrobić na złość babci Eli. Znudziło cię ochranianie domu dziadka i postanowiłaś ją tym zmusić do powrotu na ziemię.

– Nie, to nie tak. Nie przekręcaj moich słów – oburzyła się.

– A jak?

Do tej pory ani razu nie oderwała wzroku od czarnej szosy, którą mknęłyśmy. Jeździła szybko, ale bardzo uważnie. Teraz mimo wściekłości też nawet na mnie nie zerknęła.

Za oknami było już ciemno. Czerwcowe słońce schowało się za horyzont i otulił nas parny mrok. Zauważyłam, że jakiś czas temu minęłyśmy Różan. Jeszcze kilka minut i dotrzemy do Dusibaby.

– A jak? – powtórzyłam.

– Moja matka chciała cię wtajemniczyć. Chciała ci opowiedzieć o tym, co znajduje się pod jeziorem – powiedziała pozornie bez związku. – Pamiętasz, jak poszłyście nad jezioro i utopiła tam kurę?

– Pamiętam.

– Nie opowiedziała ci potem historii o wodniku i o jego koniach, dla których ta kura była ofiarą? – spytała.

Legendę o mieszkającym w podwodnym zamku wodniku pamiętałam, ale wspomnienia opowieści o krwiożerczych rumakach zatarły się najwyraźniej w dziecięcej pamięci.

– Coś tam niby opowiedziała – przyznałam. – Nie pamiętam.

– To dlatego się z nią wtedy pokłóciłam. Nie chciałam, żeby ci o tym mówiła. Nie chciałam, żeby wciągała cię w te brednie.

– Dlaczego? – spytałam.

Nie poznawałam własnej mamy. Zawsze była oazą skupienia i kalkulacji. Nigdy nie dawała się porywać emocjom. Wszystko przyjmowała na chłodno, a potem spokojnie analizowała usłyszane informacje. Wiecznie trzymała nerwy na wodzy, co mnie okrutnie irytowało, zwłaszcza gdy byłam nastolatką i szalały we mnie hormony. Wiele razy chciałam się z nią pokłócić, ale to nie miało sensu, bo równie dobrze mogłabym krzyczeć na górę lodową.

Teraz targały nią emocje, których chyba nigdy nie widziałam na jej twarzy.

– Nie pozwoliłam jej mówić ci tych głupot o elfach. Zrozum, Aniu, ja od dziecka miałam robioną wodę z mózgu. Własna matka opowiadała mi, że jest pieprzoną wróżką i wykonuje ważne zadanie dla księcia, który dzięki niej stanie się królem. Własna matka opowiadała mi, jak kocha bajkowego księcia, nie zważając zupełnie na to, że mój ojciec wszystko słyszy. Własna matka mówiła mi, że nie może się doczekać, kiedy tam wróci i mnie zostawi!

Ostatnie słowa niemalże wykrzyczała. Chyba nigdy nie widziałam jej w takim stanie. Ręce mocno zaciskała na kierownicy, lekko się trzęsła. Auto zwolniło, zupełnie jakby bała się teraz szybko jechać.

Przed nami pojawił się zjazd do Dusibaby. Mama skręciła i chwilę później przetoczyłyśmy się między pogrążonymi w ciemności domami i gęsto zarośniętymi podwórkami. Wieś była wymarła, całkowicie i chyba nieodwracalnie. Nawet Bożena zamknęła w końcu interes i wyjechała do rodziny. Po Nowakowej słuch zaginął. Jej pusty dom straszył ciemnymi oknami i wiecznie otwartymi drzwiami.

Mimo końcówki czerwca nie było żadnych letników. Nie wiem, dlaczego tak nagle przestali odwiedzać swoje domy. Niektóre były całkiem nowe i zadbane, a jednak zaczęły zarastać roślinnością, ich ściany powoli murszały. Podejrzewałam, że Stryjecki spełnił swoje marzenie i przejął kontrolę nad całą okolicą. Naszego pola i miejsca po dawnej leśniczówce ciągle nie udało mu się kupić, ale może skusił właścicieli działek intratnymi propozycjami.

Przez to były dni, gdy czułam się, jakbym mieszkała we wsi pełnej duchów mieszkańców. Miałam wrażenie, że jeśli tylko będę wystarczająco cicho, to usłyszę echo prowadzonych przez nich rozmów. Było to trochę przerażające, ale i miało swój urok.

Dopiero po przeprowadzce odkryłam, że znacznie bardziej od tłocznej, głośnej Warszawy wolę położoną w odosobnieniu Dusibabę.

Przetoczyłyśmy się powoli po dziurawej drodze obok domu Nowakowej. Spojrzałam na jej zaniedbany ogród. Porastała go teraz trawa do kolan. Chwasty wygrały nierówną walkę z malwami, które zginęły pod ich naporem. Do dzisiaj plułam sobie w brodę, że nie zapytałam Bożeny, co się stało z panią Krystyną. Obstawiałam, że to jednak nie była ona, tylko ktoś podobny do niej, a zatrudniony przez Stryjeckiego do obserwacji mojego dziadka. Swoją drogą spotkałam tyle dziwacznych istot, że Nowakowa równie dobrze mogła być jakimś celtyckim stworem.

Mama odetchnęła głęboko, zupełnie jakby nakazywała sobie spokój. Czekałam, czy po tym oddechu rozpocznie kolejną tyradę, ale nie. Milczała. Podejrzane.

W końcu zatrzymałyśmy się na działce dziadka. Nie było już spalonych ruin. Pieniędzy z odszkodowania starczyło na uprzątnięcie działki i ogarnięcie resztek. Leśniczówka po tajemniczym wybuchu, rzekomo spowodowanym nieszczelną instalacją gazową (no, na pewno), spłonęła aż do podmurówki. Miałam plan kiedyś ją odbudować, w podobnej, rustykalnej formie, ale to była pieśń przyszłości. Na razie ekipa zabezpieczyła piwnicę i wzmocniła fundamenty, a ja sumiennie odkładałam pieniądze i mieszkałam w kamperze. Stał zaparkowany obok nieistniejącego już ogródka warzywnego, w którym kiedyś znalazłam nagiego księcia.

Niektórzy znajdują w swoich ogródkach samosiejki pięknych kwiatów, inni ślimaki, a mnie trafił się goły chłop. Jakkolwiek na to patrzeć, to chyba wygrałam na tej loterii.

– Nie wyobrażam sobie nawet, co czułaś, kiedy babcia ci to wszystko mówiła – wyszeptałam, kiedy samochód mamy zatrzymał się na posesji. – To było z jej strony bardzo okrutne.

Wyłączyła silnik i zapaliła światło wewnątrz pojazdu. Po raz pierwszy na mnie spojrzała. W jej oczach zobaczyłam ból. Zniknęła gniewna zmarszczka pomiędzy brwiami, której żaden botoks nie był w stanie u niej zniwelować, a jej ładnie wykrojone usta, które na szczęście udało mi się odziedziczyć, przestały kurczowo zaciskać się w wyrazie wiecznej dezaprobaty.

– Masz rację. Ja to zrobiłam specjalnie – przyznała cicho. – Chciałam ją zdenerwować sprzedażą ziemi. Chciałam dać jej w ten sposób znać, że już nie będę jej słuchać. Zakładałam, że się o tym dowie. Myślałam, że może wróci. Wiesz... wróci po mnie lub dla mnie.

– Naprawdę obiecała ci, że cię tam zabierze? – zdziwiłam się.

Podziemny świat nie miał zbyt wiele do zaoferowania ludziom, byli tam oni traktowani jak gorszy sort istot żywych. Nie do końca rozumiałam, po co babcia Ela miałaby zabierać ze sobą najbliższych, na których ponoć jej zależało.

– Tak. Mówiła, że wrócimy tam razem, że poznam jej księcia i sama zostanę księżniczką. – Prychnęła, jakby zdegustowana swoją naiwnością.

– To czemu cię ze sobą nie zabrała te siedemnaście lat temu? Kiedy postanowiła sama wrócić?

Mama odwróciła wzrok i pokręciła głową. Zaskoczona zobaczyłam łzy na jej policzkach. Dwie srebrne krople potoczyły się po bladej skórze i spadły na materiał bordowej bluzki. To ją otrzeźwiło. Satyna nie lubiła słonej wody, a ta na dodatek mogła nieść w sobie drobiny makijażu. Przetarła dłonią materiał, krzywiąc się z odrazą, i uniosła dumnie głowę. Odetchnęła głęboko. Gdy odpowiedziała, w jej głosie nie było już słychać żadnych emocji. Powrócił znany mi bardzo dobrze maszynowy ton.

– Chciała mnie wtedy zabrać. Zaproponowała mi to, ale odmówiłam.

Nic już z tego nie rozumiałam.

– Czemu odmówiłaś?

– Wybrała najgorszy możliwy moment – kontynuowała. – Dopiero co rozszerzyłam działalność. Otworzyłam filie gabinetu w innych miastach. Ty byłaś na rok przed maturą. Nie mogłam spakować walizki i zniknąć na zawsze.

Znałam ją dobrze, więc nie powinnam czuć się dotknięta tym, że wymieniła mnie dopiero na drugim miejscu, jednak trochę mnie zabolało, że praca była pierwsza.

– Czekałam na to całe życie, a ona postanowiła przejść do świata moich marzeń w chwili, gdy przestałam wierzyć w bajki – dodała. – Nie wiem, czy to rozumiesz.

– Chyba trochę rozumiem.

Byłam zaskoczona. Myślałam, że zimno, które od niej zawsze czułam, było kwestią wychowania przez surową matkę. Babcia Ela co prawda plaster na zdarte kolano nakleiła, ale nigdy przy okazji nie przytuliła płaczącego dziecka. A tu się okazuje, że być może moja mama była taka zamknięta, bo jej dziecięce marzenia i obietnice tak długo pozostawały niespełnione.

Ile dziesięcioleci musi minąć, by zgorzkniało się w oczekiwaniu?

Zrozumiałam, że nietrwały związek z moim ojcem, który zakończył się decyzją mamy, kiedy miałam pięć lat, był pokłosiem jej życia w zawieszeniu. Ona, tak jak babcia Ela, cały czas czekała, aż jej bajka wreszcie się zacznie, a książę zaprosi ją do tańca.

Całe jej życie było tylko czekaniem.

– Nie bądź mną, Aniu – poprosiła. – Żyj normalnie. Wyrzuć marzenia o tamtym świecie do kosza.

– To nie do końca tak – powiedziałam cicho.

– A jak? Porzuciłaś całe swoje życie, swoje marzenia i teraz co? Mieszkasz sama w lesie i czekasz, aż z jeziora wyjdzie książę – zaatakowała bezlitośnie. – Powtarzasz błędy swojej babki i moje. Jesteś taka sama. Czasem mam wrażenie, że nad naszą rodziną ciąży jakaś klątwa.

Pokręciłam głową i spojrzałam na białego kampera, który był teraz całym moim światem. Mama się myliła. Nie porzuciłam żadnych marzeń, bo tak naprawdę nigdy ich nie miałam.

– Nie, mamo, to nie tak. Ja wcale nie zamierzam tam wracać. Świat z opowieści babci Eli nie miał mi nic do zaoferowania – oświadczyłam z mocą. – Ale mylisz się, mówiąc, że porzuciłam życie. Żeby coś porzucić, trzeba to najpierw mieć.

Zamrugała. Chyba nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Odwróciłam wzrok od kampera i spojrzałam na swoją perfekcyjną mamę.

– Zobacz sama. Jestem już po trzydziestce. Powinnam wiedzieć, czego chcę. Powinnam do czegoś dążyć. A ja... mam wrażenie, że dotąd żyłam w zawieszeniu, tylko płynęłam z prądem. Nigdy na stałe, nigdy dość zaangażowana, nigdy pewna tego, co robię.

Moja mama zupełnie nie wyglądała na swoje lata. Spokojnie można było wziąć nas za siostry. Myślałam wcześniej, że to zasługa zabiegów kosmetycznych, które regularnie stosowała, ale chyba chodziło o geny po babci.

Babcia Ela tylko udawała człowieka. Płynęła w niej ludzka krew, na pewno jednak nie była nim w stu procentach. Co ja gadam, nawet nie w pięćdziesięciu! Niecały rok temu dowiedziałam się, że uciekła z podziemnej krainy Talamh an Fo-thalamh. W jej żyłach płynęła magiczna krew istot nazywanych aes sídhe. Te stwory miały dużo imion: fae, wróżki, elfy, skrzaty czy ukryci ludzie.

Odkąd przeprowadziłam się do Dusibaby, dużo czytałam o mitologii Celtów, o ich dawnych wierzeniach, potworach, magii i rytuałach. Postawiłam sobie za punkt honoru zrozumieć, w czym brałam udział i gdzie trafiłam. Chciałam być gotowa na ewentualną powtórkę z rozrywki.

Jeszcze nie tak dawno myślałam, że Celtowie nigdy nie żyli w okolicach Dusibaby. Teraz już wiedziałam, że Celtowie podczas swoich wędrówek dotarli też na Mazowsze. Ich legendy nie przetrwały na naszych ziemiach, bo wyparły je rodzime wierzenia o słowiańskich demonach. A jednak mnie udało się przejść na drugą stronę jeziora i zobaczyć wróżki na własne oczy, a z jedną, a raczej z jednym z nich, to nawet się całowałam.

Mimo to w żadnym razie nie zamierzałam zostać ukochaną księcia. Tydzień w ich świecie wystarczył, żebym przysięgła sobie solennie, że moja stopa więcej tam nie postanie. Uważałam, że żyjący w krainie iluzji i kłamstwa aes sídhe to istoty niebezpieczne. Pociągające, piękne i elokwentne, ale wyjątkowo mordercze i podejrzanie mało szlachetne.

Przystojny książę Darragh, który z powodu swoich występków został wygnany przez własnego brata, niestety nie był wyjątkiem na tle reszty celtyckich istot.

Teoretycznie wyglądało na to, że miałam na szczęście dość oleju w głowie, żeby trzymać się od tego z daleka. A jednak nie potrafiłam do końca odpuścić i porzucić Dusibaby.

Babcia poprosiła mnie, bym ich ratowała, żebym im pomogła. Wydawała się przy tym bardzo szczera i taka... nie umiem tego ująć w słowa. Wydawała się taka moja. Jak dawna babcia Ela, u której spędzałam wakacje.

Na jej prośbę miałam zdobyć magiczne berło, które wpadło w ręce Michała Stryjeckiego, bogatego rolnika, właściciela przetwórni kukurydzy. Stryjecki także nie był tym, za kogo się podawał. Tak naprawdę nazywał się Mannix i był rodzonym bratem Elathy, mojej babci. Poplątane to było jak meksykańska telenowela.

Uznałam, że nie będę angażować się w tę historię tak bardzo, jak tego ode mnie oczekiwano, ale przecież mogłam pozostać cichym obserwatorem. Przyczaiłam się w Dusibabie i śledziłam poczynania Michała Stryjeckiego. Nie miałam ani możliwości, ani sił, by powstrzymać go przed przejściem przez magiczne jezioro, gdyby postanowił zabrać ze sobą berło. Mężczyzna dysponował ochroniarzami, którzy nosili przy sobie broń. A ze mnie żadna Lara Croft, żebym po zawiśnięciu na gałęzi wykonała potrójne salto i trafiła takiego piętą w podbródek, czym od razu go znokautuję.

Ja bym z tej gałęzi pewnie spadła i wybiła sobie zęby lub ewentualnie jakąś kość ze stawu.

W związku z tym pozostałam przy obserwacji.

Babcia podejrzewała, że Mannix od razu po zdobyciu artefaktu wróci do podziemnego świata, by oddać go Ivorowi, który stał na czele rebelii przeciwko poprzedniemu królowi. Tak się jednak nie stało. Z nieznanych mi przyczyn Stryjecki tego nie zrobił. Trudno nazwać moją obserwację profesjonalną, ale z tego, co dostrzegłam przez lornetkę, w ogóle nie zbliżał się do jeziora. Za to jego firma rozkwitała. Na wiosnę postawił kolejne hale i rozbudował przetwórnię. Znalezione przeze mnie w internecie artykuły twierdziły, że kupuje ziemię pod uprawy nie tylko w najbliższej okolicy, ale też w innych regionach kraju.

Sprawiał wrażenie, jakby wcale mu się nie spieszyło do magicznego świata, i chyba na razie wykorzystywał berło do własnych celów.

Mama tymczasem długo myślała nad moim wyznaniem o braku sensu życia.

– Aniu, nie chcę cię martwić, ale wydaje mi się, że nie zmieniłaś swojego życia – powiedziała w końcu. – Może zabrzmi to brutalnie, ale nadal, cytując twoje słowa, tylko płyniesz z prądem i do niczego nie dążysz...

– Prawda – zgodziłam się. – Z tym że teraz ten fakt akceptuję.

– Obawiam się, że nie rozumiem.

– Zobacz. Wtedy żyłam w przekonaniu, że moje życie dokądś zmierza, że zostanę kimś, że wyjdę za mąż. Ja myślałam, że to się stanie samo. Teraz już wiem, że o ile nie ruszę tyłka, to nic z tego się nie wydarzy – oznajmiłam. – To jest wyzwalające odkrycie!

Mina mamy wyraźnie sugerowała, że nadal nie nadąża za moim tokiem rozumowania.

– To moja decyzja, mamo. Ja zdecydowałam o przeprowadzce, ja podjęłam ryzyko. Mam wreszcie sprawczość. Chcę robić to, na co wcześniej brakowało mi odwagi. Zawsze byłam mocna w gębie, ale bałam się odpowiedzialności. Koniec z tym. Wychodzę do ludzi.

Mama teatralnym gestem rozejrzała się po pogrążonym w ciemności ogrodzie, a następnie rozłożyła szeroko ręce.

– Ludzi? – spytała z przekąsem. – I w tym celu wybrałaś całkowicie wymarłą polską wieś?

– No nie w Dusibabie poznam tych ludzi, ale w Warszawie – sprecyzowałam.

– Czyli jak konkretnie wyszłaś do tych ludzi? Jeśli oczywiście można wiedzieć.

– Zapisałam się na kurs samoobrony, zaczęłam ćwiczyć, uczę się języków, robię prawo jazdy. Podróżuję po Polsce – wymieniałam. – Poza tym słucham siebie.

– No ja mam wrażenie, że ty się w ogóle nie słuchasz – skwitowała złośliwie.

Zacisnęła mocno usta, a jej stalowe spojrzenie jasno mi uświadomiło, że uważa to wszystko za brednie.

To się chyba nie dogadamy.

– Mamo...

– Jak jeszcze oświadczysz, że zaczynasz medytować i uprawiać jogę, to się porządnie zastanowię, czy powinnam cię dalej zatrudniać, żeby finansować to szaleństwo – oznajmiła kwaśnym tonem.

– Mamo...

– Nie – ucięła. – Rozumiem, że to cię zafascynowało. Rozumiem, że uwiódł cię ten świat. W końcu ja też o nim marzyłam, chociaż znałam go tylko z opowieści. Nawet sobie nie wyobrażam, co czujesz teraz ty, gdy widziałaś te cuda na własne oczy. Jednak nie możesz poświęcić temu całego swojego życia. Ja już straciłam na to zbyt wiele lat. Nie powtarzaj moich błędów.

– Ja nie czekam na podróż do magicznego świata. Chcę się tylko dowiedzieć, o co tu chodzi. Przecież ci to właśnie tłumaczę.

– I jak długo będziesz się tego dowiadywać? Minął już prawie rok.

– Dopóki mi się nie znudzi.

– Zmarnujesz życie.

– Już i tak trochę je zmarnowałam, nie sądzisz?

Ta jałowa dyskusja mogłaby trwać jeszcze bardzo długo. Jak zawsze do niczego by nie doprowadziła, bo żadna z nas nie miała zamiaru odpuścić i przyznać drugiej racji.

Stało się jednak coś, co odwróciło naszą uwagę od rozpędzającej się kłótni.

Siedziałyśmy w aucie przy zapalonej lampce, więc mrok na zewnątrz wydawał się czarny, mimo że noc, dzięki księżycowi w pełni, była wyjątkowo jasna.

Nagle rozległ się przejmujący krzyk. Zawodzenie, odrobinę przypominające lament rannego kota lub płaczące z rozpaczy dziecko. Dźwięk trwał kilka sekund, po czym zamilkł, jak ucięty nożem.

Mama sięgnęła do lampki podsufitowej i wcisnęła guzik. Zalała nas ciemność.

2

– Co to było? – spytała głucho mama.

Siedziałyśmy nieruchomo, czekając, aż oczy przyzwyczają nam się do mroku. Podwórko wydawało się ciche i opustoszałe. Znacznie ciemniejsze i straszniejsze niż jeszcze kilka minut temu. Już nie czułam się tu jak w domu.

Zawodzenie się powtórzyło. Brzmiało jeszcze bardziej rozdzierająco. Ból przebijał się w wysokim głosie, który załamywał się na końcu dźwięku, jakby wydającej go istocie brakowało powietrza lub jakby miała jakieś schorzenie krtani.

Był czerwiec, więc zwierzęta i ptaki mieszkające w pobliskiej puszczy nie zachowywały się cicho. To był jeden z najintensywniejszych pod tym względem okresów w roku, zaraz po wiośnie. Jednak pierwszy raz słyszałam coś takiego.

– Nie brzmi jak szczekanie sarny – powiedziałam z namysłem. – Może trochę jak pohukiwanie puszczyka? Jak myślisz?

– Raczej jakby coś zdychało – mruknęła.

– Zdychający puszczyk? – zaryzykowałam.

– Ja nie wiem, jak ty możesz tutaj sama mieszkać! Upiornie tu, kiedy w okolicy nie ma żywej duszy.

– No... takie postapo trochę.

Dusibaba faktycznie była wymarłą wsią. Ten efekt potęgowały jej odludne położenie i wpływy Michała Stryjeckiego, który wykupił prawie wszystkie działki – oprócz tej należącej do nas.

Po wyprowadzce Bożeny do wnuków najbliższy sklep miałam w Różanie, do którego bez auta mogłam dostać się tylko starym rowerem dziadka. Na szczęście jednoślad przetrwał zeszłoroczny wybuch w stodole. To był wiekowy składak, który nie stał obok rowerów z przerzutkami nawet w fabryce, bo za jego czasów takich cudów jeszcze nie produkowali. Dzięki temu mięśnie moich pośladków i łydek były obecnie niemalże ze stali. Nie miałam zielonego pojęcia, jakim cudem mój dziadek korzystał z niego tuż przed siedemdziesiątką i był w stanie bez problemu dojechać do Różana do apteki.

Jednak coś jest w powiedzeniu, że ludzie z poprzednich pokoleń zostali ulepieni z innej gliny niż my.

Teraz oprócz mnie nikt nie mieszkał na stałe w Dusibabie. W weekendy zdarzało się, że w którymś z położonych po drugiej stronie wsi domków letniskowych pojawiały się rodziny z dziećmi, ale się z nimi nie integrowałam. Oni też nie zapuszczali się na moją połowę wsi, gdzie nie było nic oprócz resztek po spalonej leśniczówce dziadka Waldka.

Nad jezioro w środku lasu także nie chodzili. A wiedziałam to, bo zamontowałam tam fotopułapki podpięte do mojego telefonu. W czasie rzeczywistym dostawałam alerty, czy ktoś bądź coś nie kręci się w pobliżu feralnego jeziora. Na początku, gdy je instalowałam na drzewach i przy pomoście, bałam się, że telefon będzie ciągle dzwonił i już nigdy się nie wyśpię. Tak się jednak nie działo. Zwierzęta unikały jeziora i bardzo rzadko pojawiały się w zasięgu kamery i mikrofonu.

Zastanawiałam się początkowo, czy nie powinnam przyczepić kolejnych urządzeń, ale to, co zainstalowałam, wystarczało mi w zupełności.

Jezioro i jego okolice były martwe.

Sięgnęłam po telefon i kliknęłam aplikację od monitoringu, a potem ikonkę od powiadomień. Nie miałam alertów od ponad tygodnia. Nawet ptak nie przeleciał obok obiektywu.

Odrobinę mnie to uspokoiło. Miło wiedzieć, że to nie żaden celtycki stwór.

– Może to jakieś ranne zwierzę? – dywagowałam. – Wydawało odgłosy trochę jak kot.

– No nie wiem... – Mama nie była przekonana.

– Dobra, zabieram zakupy z bagażnika i idę – oznajmiłam. – Mrożonki mi się tam rozpuszczają od wyjazdu z Warszawy.

Mama niespodziewanie złapała mnie za nadgarstek. Miała lodowate, wilgotne palce.

– Może lepiej nie wysiadaj? – zaproponowała. – Zawrócimy i pojedziemy do domu.

– A co mi się niby może stać? Mamo!

– Sama mówiłaś, że w tym świecie... pod... mieszkają potwory. Może coś wylazło z jeziora i szuka jedzenia? – wyszeptała z napięciem.

– Nie, spokojnie, przecież sprawdziłam. Fotopułapka nic nie pokazuje, czyli nic nie wyszło z wody. Mam to stale pod kontrolą. Naprawdę jestem tu bezpieczna. – Pomału wyswobodziłam dłoń. – Otwórz bagażnik, to się wypakuję.

Powoli odgięła palce. Nie wierzyła w moje słowa, mimo to ustąpiła. Samo to, że poddała się bez protestu, było zaskakujące.

– Nie mogłabym tu mieszkać – powiedziała.

– Wiem, ale mnie się naprawdę tutaj podoba – odpowiedziałam mało przekonującym tonem, bo też byłam trochę przestraszona.

Jeszcze nie słyszałam tak dziwnego dźwięku. Być może rzeczywiście wydało go jakieś ranne zwierzę. Szczerze mówiąc, aż miałam od tego dreszcze, ale nie mogłam pokazać mojej mamie, że się boję. Dałabym jej tylko kolejny argument w naszych niekończących się kłótniach o moją przyszłość.

Wysiadłam z samochodu i zamknęłam za sobą drzwi. Dla pewności wsunęłam rękę do otwartej torebki i namacałam puszkę gazu pieprzowego. Polska wieś to nie miasteczko w Teksasie. Nie można legalnie kupić broni w pierwszym lepszym sklepie, a potem spacerować z kaburą przypiętą do paska.

Gdy odkryłam, że przyszło mi mieszkać w opustoszałej Dusibabie, sprawdziłam, w jaki sposób mogłabym zdobyć pozwolenie na broń, ale wymagało to tyle zachodu i papierów, że dałam sobie spokój. Poza tym w kamperze nie miałam miejsca na zamontowanie sejfu czy specjalnej kasetki do jej przechowywania.

Tak na dobrą sprawę zostawały mi gaz pieprzowy i broń biała. Oczywiście kupiłam wszystko, co się dało zdobyć w sklepie militarnym bez pozwolenia, ale tak naprawdę bałam się większości tych rzeczy używać.

Paralizator zupełnie nie wzbudzał mojego zaufania. Byłam przekonana, że zamiast się obronić, sama się nim niechcący znokautuję, czym ułatwię tylko zadanie agresorom. Miałam puszki z gazem pieprzowym rozłożone w strategicznych miejscach i po kieszeniach. Dodatkowo zainstalowałam alarmy, które po uruchomieniu emitowały bardzo głośny i niemiły dźwięk. W swoim arsenale miałam też pistolety alarmowe do wystrzeliwania kolorowych flar. Zaopatrzyłam się również w pistolety na kule gumowe, ale tu ostrzeżono mnie, że posłużyć się nimi mogę tylko w samoobronie, na dodatek wyłącznie wtedy, gdy ich użycie będzie spełniało zasady obrony koniecznej.

A wcale nie tak łatwo się było w naszym kraju bronić. Dlatego wolałam tego rodzaju sprzętu nawet ze sobą nie nosić.

Chociaż szczerze mówiąc, to chyba byłam zadowolona, że w Polsce dostęp do broni palnej nie jest taki łatwy. Wystarczy posłuchać, jakie rzeczy się dzieją w Ameryce.

Naprawdę byłam całkiem porządnie uzbrojona. Prawdopodobnie i tak by to nie wystarczyło, gdyby pojawił się jakiś niebezpieczny człowiek, który naoglądał się za dużo thrillerów o mordercach, ale czułam się pewnie.

Ruszyłam powoli wzdłuż samochodu, zaciskając palce na puszce z gazem pieprzowym. Kciukiem otworzyłam klapkę, żeby w krytycznym momencie wyszarpnąć urządzenie i tylko nacisnąć spust. Przeszłam na tył auta i uważnie się rozejrzałam. Na szczęście nic na mnie nie wyskoczyło i nie próbowało odgryźć mi głowy.

Las cicho szumiał za niskim płotkiem. Panowała w nim granatowa ciemność, której nie był w stanie rozjaśnić okrągły księżyc, wiszący dzisiaj wyjątkowo nisko. Cienie wydawały się żywe i podejrzanie się ruszały, ale wyglądały tak jak zwykle.

Żadnych oczu świecących na czerwono w ciemnościach, żadnych macek błądzących po trawie i co najważniejsze, żadnych posypanych brokatem koni, którym bliżej do żarłacza białego niż do przyjaznego wierzchowca. Nie widziałam zbyt wielu potworów w Talamh an Fo-thalamh, ale kelpie, czyli te demoniczne, brokatowe kucyki, wyjątkowo zapadły mi w pamięć.

Tak bardzo, że aż pojawiały się w moich koszmarach.

Postukałam kłykciami w bagażnik, bo mama chyba tak się zaaferowała wrzeszczącym stworzeniem, że zapomniała go otworzyć. Klapa szczęknęła i uniosła się delikatnie.

Odetchnęłam głęboko i zabezpieczyłam z powrotem opakowanie gazu pieprzowego. Potrzebowałam obu dłoni, żeby wyciągnąć siatki. Mama nie zamierzała mi pomóc. Uruchomiła auto, zamknęła drzwi na zamek i włączyła długie światła. Używany, lekko przybrudzony kamper wyglądał w ich blasku jak scenografia do horroru.

Nawet bym się nie zdziwiła, gdyby w środku czekał na mnie morderca z siekierą.

Po trzecim kursie między autem a lodówką w końcu opróżniłam bagażnik. Miałam zapas mrożonek, serów, jogurtów i wędlin co najmniej na dwa tygodnie.

Zamknęłam drzwi kampera i podeszłam do okna od strony kierowcy. Przez cały ten czas mama siedziała nieruchomo, czujnie obserwując ciemność dookoła działki. Byłam ciekawa, czy w razie pojawienia się potworów poczekałaby na mnie i pozwoliła mi wsiąść, czy może odjechałaby z piskiem opon, zostawiając mnie na pożarcie. Niestety odpowiedź na to pytanie nie była tak jednoznaczna, jak bym sobie tego życzyła.

Mama zapaliła lampkę podsufitową i uchyliła szybę, ale nie na tyle, by ktokolwiek dał radę wsunąć do środka dłoń. Cudem tylko powstrzymałam się przed złośliwym komentarzem na temat jej odwagi.

– Dobra, mam wszystko – powiedziałam. – Możesz jechać. Daj mi znać, jak dotrzesz do domu.

Silnik BMW cicho mruczał, niczym wielki tygrys, który czeka tylko, aż będzie mógł zerwać się do ataku. Mogłam się założyć, że przez cały czas trzymała stopę na pedale gazu.

Twarz mamy wydawała się wyjątkowo blada w świetle lampy sufitowej. Jeszcze bledsza niż zwykle. Mocno zaciskała dłonie na kierownicy. Aż jej pobielały kłykcie.

– Może jednak wrócisz ze mną? – zaproponowała pozornie spokojnym tonem.

– Nie, daj spokój – żachnęłam się. – Przecież nic mi tu nie grozi.

– Polemizowałabym.

– Mamo...

– Pomoc nie zdąży tu przyjechać, gdyby coś się stało, i dobrze o tym wiesz – wytknęła. – To dlatego chciałyśmy, żeby dziadek przeprowadził się do domu opieki.

– Wiem, ale ryzykuję świadomie. Poza tym śmiem twierdzić, że jestem jednak odrobinę bardziej ogarnięta niż dziadek ciepiący na chorobę Alzheimera.

– Aniu, to nie muszą być potwory z legend. Wystarczy jeden wariat, który postanowi dokonać tu zbrodni i wybierze sobie akurat ciebie na swój cel.

– To nie amerykański serial – zaoponowałam.

– Może mnie teraz wyśmiejesz, ale mam przeczucie – wyznała. – Nie, nie przeczucie, ale jakby... przekonanie, że przez jakiś czas cię nie zobaczę. A jeżeli tu zostanę, to stanie mi się coś złego. Aż mam od tego dreszcze.

Tu mnie zaskoczyła. Nie była typem osoby, która wierzy w horoskopy, planety układające się w rządki czy nawet Boga. Moja mama wierzyła tylko w siebie, logikę i podatki. A w podatki też tylko wtedy, kiedy księgowa kazała jej zapłacić.

– W Irlandii mówi się, że taki nagły dreszcz to znak, że ktoś przeszedł po twoim grobie – oznajmiłam.

Moje słowa ją otrzeźwiły. Rzuciła mi ostre spojrzenie i lekko nerwowym ruchem poprawiła opadającą na czoło grzywkę.

– Jedziesz ze mną czy nie? – spytała oschle, wyraźnie zawstydzona swoim wcześniejszym zachowaniem.

– Zostaję w Dusibabie.

– Masz codziennie do mnie dzwonić albo chociaż pisać SMS-a – warknęła jeszcze i zamknęła okno.

Najwyraźniej nie miała ochoty się żegnać, mimo że odnosiła wrażenie, że szybko się nie zobaczymy. Cofnęłam się odrobinę, żeby nie przejechała mi po stopach. Uniosłam rękę i pomachałam, ale w zamian dostałam tylko pełne potępienia spojrzenie. No! I to była moja mama! Taką ją znam i kocham.

Chwilę później czerwone tylne światła jej auta zniknęły w ciemności, a ja zostałam sama.

Nie powiem, było mi odrobinę nieswojo, nie czułam jednak, żeby ktoś tańcował po moim grobie. Objęłam się ramionami i odetchnęłam czystym powietrzem, które miało tu zupełnie inny zapach i smak niż to w Warszawie. Nawet nie zapach, ale właśnie smak. Niemalże czułam na języku słodycz rozgrzanych po całym dniu polnych kwiatów i wilgoć pełnego mchu oraz paproci lasu.

Było już późno. Powinnam wejść do kampera, rozpakować ubrania i zrobić sobie coś do jedzenia, ale postanowiłam najpierw przejść się po posesji i sprawdzić, czy tego wcześniejszego krzyku nie wydał jednak ranny kot, który gdzieś utknął. Nie darowałabym sobie, gdyby biedny futrzak zdechł, bo ja wolałam się zamknąć w ciepłym kamperze.

Założyłam na głowę czołówkę, a do kieszeni kardiganu wsadziłam małą, zapasową latarkę oraz puszkę gazu pieprzowego. Nauczyłam się już, że po ciemku najwygodniej spaceruje się, mając obie ręce wolne. Wolałam jednak mieć coś w zanadrzu. Znaczy w kieszeniach.

Przygasiłam światło czołówki, bo zbyt ostry kontrast między ciemnością a oświetlonym trójkątem przede mną bardziej przeszkadzał, niż pomagał. Następnie powoli ruszyłam w stronę ogrodzenia i wyjrzałam na łąkę, na którą swego czasu ostrzył zęby Stryjecki. Cisza i spokój, nie licząc komarów, które od razu zaczęły mi latać koło twarzy. Odganiając się co chwilę od tych koszmarnych owadów, przeszłam wzdłuż płotu, omijając wykop, który zrobiła firma oczyszczająca zgliszcza domu. Stodoła i stary sad na szczęście nie zostały spalone. Przez chwilę spacerowałam pomiędzy drzewami, ale nie dostrzegłam żadnego podejrzanego ruchu.

Z tyłu działki, za sadem, znajdowała się mała łąka z kilkoma krzewami borówek, prowadząca do płotu, za którym rozciągała się puszcza. Ominęłam krzaki i doszłam aż do ogrodzenia. Oparłam się o metalową furtkę i spojrzałam między drzewa. Gdzieś coś zaszeleściło, ale obstawiałam, że tylko wystraszyłam znajomego mi już lisa, który lubił mnie odwiedzać.

Jeszcze raz głęboko odetchnęłam odżywczym powietrzem. Rozkoszowanie się naturą niestety cały czas przerywały mi wyjątkowo rozzuchwalone komary. Jak na złość zapomniałam repelentu, który może nie działał idealnie, ale przynajmniej trochę je ode mnie odstraszał.

Miałam wrażenie, że w tym roku jest komarów więcej, niż zapamiętałam z dzieciństwa. Bliskość bagienek i wilgotnej puszczy zawsze oznaczała duże ich ilości, ale teraz atakowały prawdziwymi stadami. Martwiło mnie to o tyle, że być może oznaczało to, iż żyje mniej ich naturalnych wrogów, choćby jerzyków.

Przejmujący krzyk rannego zwierzęcia już się nie powtórzył. Z jednej strony mnie to cieszyło, ale z drugiej cały czas miałam przeczucie, że coś się stanie. Niepokój zagnieździł się w mojej piersi i ani myślał mnie opuścić.

Własną matkę wyśmiałam za jej przekonanie, a sama właśnie zaczęłam czuć coś podobnego.

– Autosugestia. Udzieliło mi się – poinformowałam bzyczące, niezmordowane komary.

W końcu, zmęczona atakami owadzich krwiopijców, wróciłam do kampera. Spokojnie rozpakowałam zakupy, a następnie wskoczyłam w piżamę, nałożyłam na twarz maseczkę i z paczką chrupek o smaku bekonowym rozłożyłam się na łóżku.

Wieczorny spacer mocno mnie rozbudził. Zamiast spać, postanowiłam pooglądać seriale. Być może o prawdziwych wampirach, a nie ich ubogich krewnych.

Uśpiona przez intrygę o wiele mniej zagmatwaną niż historia rodzinna Darraghy, w końcu usnęłam. Pewnie chrapałabym, czule przytulając się do niemalże pustej torebki po chrupkach, aż do rana, gdyby nie skowyt, który zerwał mnie na równe nogi.

Wrzask rozległ się tuż obok uchylonego okna, zabezpieczonego siatką przeciwko owadom. Tak się przestraszyłam, wyrwana ze skądinąd wielce miłego snu, w którym tańczyłam z pewnym przystojnym księciem podczas bajkowego balu, że aż zleciałam z łóżka, strącając na podłogę całkowicie wyładowany laptop.

Krzyk powoli chrypnął i przygasał, zamieniając się w nieładny kaszel przewlekłego palacza. Szybko się podniosłam, depcząc gołymi stopami po rozsypanych chrupkach, a następnie wdrapałam się na łóżko i przytuliłam twarz do siatki. Nie zgasiłam światła w kamperze przed zaśnięciem, więc teraz mogłam rozglądać się gorączkowo jedynie w niewielkim prostokącie blasku. Wszystko poza nim było dla moich oczu czarną, nieprzeniknioną plamą mroku.

Serce biło mi jak oszalałe. Miałam wrażenie, że przesunęło się do gardła, dławiąc oddech.

Nagle dostrzegłam ruch na skraju światła, tuż obok ogrodzenia. Wydawało mi się, że to stamtąd dobiegał krzyk.

Obok płotu pojawił się ciemny kształt. Za plecami miał las i wiszący nad nim księżyc. Zaczął rosnąć i się wydłużać, zupełnie jakby wstawał z klęczek. W końcu całkiem się wyprostował.

Na moje oko tajemnicza istota była ludzkiego wzrostu lub trochę wyższa. Wydawała się przeraźliwie chuda i podejrzanie patykowata, niczym Slender Man, którego pamiętałam z dzieciństwa. Slender Man to potwór z internetowej legendy, która była modną opowieścią za moich nastoletnich lat. Chłopcy z klasy uwielbiali podczas obozów przytaczać rzekomo prawdziwe informacje o postaci bez twarzy, która pojawia się w lesie i porywa zostawione tam samopas dzieci.

Z tego powodu nie cierpiałam jeździć na szkolne obozy i biwaki, na które notorycznie wysyłała mnie mama. Jak można się domyślić, straszne opowieści przy ognisku nie sprawiały mi żadnej przyjemności.

Po trawniku przemieścił się cień. Wsunął się w złoty prostokąt światła padającego z okna, przy którym stałam. Patrzyłam, jak wędruje w moją stronę. Nie wiem skąd, ale ogarnęło mnie przeświadczenie, że cień jest bardziej niebezpieczny od istoty, która go rzuca.

Nie myśląc wiele, skoczyłam w stronę szafy. Nie nazwałabym się preppersem, czyli osobą przygotowaną na każdy kryzys – katastrofę naturalną, atak zombi czy najazd kosmitów – ale naprawdę niewiele mi do niego brakowało.

Mama nie wiedziała o mnie wszystkiego. Nie zdawała sobie sprawy, że ja naprawdę nie próżnowałam przez ten rok. Chodziłam nie tylko na kurs samoobrony, ale także na judo, lekcje strzelania z broni palnej i łuku. Śledziłam też aktywnie kilka polskich i zagranicznych portali dla preppersów. Słuchałam ich rad i zaopatrzyłam się we wszystko, co potencjalnie byłoby mi potrzebne, gdybym musiała stawić czoła potworom z mrocznego świata podziemnych celtyckich stworzeń.

Otworzyłam szafę i złapałam za dużą latarkę. Była pioruńsko ciężka i nieporęczna, ale dawała promień na osiemset metrów. Pan w sklepie określił ją nazwą "szperacz".

Rzuciłam się z powrotem do okna, nakierowałam ją na wysoką postać i wcisnęłam czerwony guzik. Tajemnicza istota stała bliżej niż osiemset metrów, więc biały strumień światła pięknie ją oświetlił. To była wysoka kobieta o przylizanych za uszy blond włosach. Stała tyłem, więc nie widziałam jej twarzy. Skuliła się, gdy dosięgnął jej promień latarki, ale nie przestała kaszleć.

– KIM JESTEŚ?! – krzyknęłam.

Głęboki kaszel się urwał. Tajemnicza odchrząknęła i wrzasnęła jeszcze raz. Następnie pochyliła głowę i jakby zwinęła się w dół. Nie minęła nawet chwila, a ona zniknęła.

Zatkało mnie. Co to miało być? Co ona zrobiła?

– Halo! Gdzie pani jest? – krzyknęłam i zaczęłam oświetlać krzaki i drzewa.

Ostre światło żarówki pogłębiało cienie, co zamiast mi pomóc, jeszcze bardziej oszukiwało wzrok. Miałam wrażenie, że za białym pasmem latarki kryją się potwory.

Zachodziłam w głowę, co to za cholerstwo mogło wyć w nocy. I nagle mnie olśniło.

– O nie – jęknęłam, kiedy zdałam sobie sprawę, że usłyszałam tajemniczy krzyk trzy razy. Najpierw w samochodzie, a teraz, o ile dobrze liczyłam, kolejne dwa razy.

Trójka to bardzo znacząca cyfra. A już zwłaszcza u Celtów.

Zrozumiałam, że właśnie został wydany na mnie wyrok, a moja mama najwyraźniej znowu miała rację.

Trzeci krzyk oznaczał przecież, że czeka mnie śmierć.

3

– Banshee – wyszeptałam.

Zgasiłam szperacz i zamknęłam oczy. Pod powiekami rozbłysły mi pomarańczowe powidoki. Po omacku usiadłam na łóżku i położyłam obok siebie potężną latarkę. Zdałam sobie sprawę z tego, że drżą mi ręce.

To naprawdę była banshee, a dokładniej bean sídhe, czyli kobieta ze wzgórza. Nie miałam co do tego żadnych wątpliwości. Dawniej wierzono, że każde plemię lub terytorium miało swoją opiekunkę, która była poniekąd boginką. Gdy Anglicy skolonizowali Irlandię, a dawne rody i majątki przestały istnieć, banshee nadal pozostały wierne swoim rodzinom. Nawet gdy te nie miały już swoich zamków ani ziemi. Niedawno przeczytałam, że jeszcze w 1980 roku około stu pięćdziesięciu irlandzkich rodzin wierzyło, że ma swoją banshee. Była to dla nich najwyraźniej pewna oznaka statusu społecznego.

Banshee zwykle przedstawiano w opowieściach jako wysoką, szczupłą kobietę o czerwonych, złotych lub czarnych włosach. Jej krzyk miał sprawiać, że ludziom cierpła skóra i ogarniał ich przemożny smutek. Zawołanie zwykle rozlegało się trzy razy, chociaż nie było jasno określone, jak długo będzie trwało. Podobno niektóre banshee potrafiły wydzierać się całą noc.

Tajemnicza istota była opiekunką, ale też przepowiadała przyszłość. Niestety jej trzy krzyki oznaczały, że niebawem umrze ten, kto je usłyszał, lub rzadziej ktoś z jego najbliższej rodziny. Zobaczenie banshee gwarantowało zgon niemal w stu procentach.

– Cholerny szperacz – mruknęłam do samej siebie, bardzo żałując, że go jednak kupiłam. Chyba wolałam nie widzieć dziwacznej baby, która umie się zwinąć jak naleśnik, a potem jak gdyby nigdy nic zniknąć. Teraz już nie mogłam sobie wmawiać, że nawiedza mnie kotka w rui albo napalony jeleń.

Otworzyłam oczy i odkaszlnęłam. Nagle zrobiło mi się sucho w ustach. Wyglądało na to, że mój rok świętego spokoju chyba powoli dobiega końca. Sięgnęłam po telefon i sprawdziłam wiadomości. Mama zawsze pisała mi, gdy docierała do domu. Udostępniałyśmy sobie też wzajemnie lokalizację naszych telefonów. Po moim powrocie z magicznego świata obie uznałyśmy, że to nie jest głupi pomysł.

SMS od mamy z informacją, że już jest w swoim garażu, dodał mi trochę otuchy. Lokalizacja telefonu wskazywała jej dom. W pierwszym odruchu chciałam do niej zadzwonić i upewnić się, że żyje, ale był środek nocy. Nie chciałam jej budzić.

Poza tym gdybym jej opowiedziała o banshee, to zaczęłaby narzekać i wmawiać mi, że ewentualny zgon będzie wyłącznie moją winą, bo nie posłuchałam jej, kiedy proponowała mi powrót do Warszawy.

– Okej, to chyba powinnam się jakoś przygotować – powiedziałam sama do siebie.

Może mama miała rację i zaczynałam dziwaczeć, mieszkając tu samotnie? Nawet nie miałam kota, żeby udawać, że to z nim prowadzę rozmowę.

Przebrałam się szybko w miękkie czarne spodnie, które w zasadzie były legginsami, ale przez sprytnie poukrywane kieszenie próbowały udawać, że są czymś więcej niż gumomajtami na jogę, i sportową czarną koszulkę z długimi rękawami. Nie dość, że będzie chronić mnie przed ukąszeniami komarów, to jeszcze nie obetrę sobie łokci. Uśmiechnęłam się pod nosem. Długi rękawek to była mała obsesja Darraghy. Książę panicznie bał się zadrapania skóry na rękach.

Związałam włosy w koński ogon i nałożyłam czołówkę. Do pasa z jednej strony przyczepiłam kaburę z pistoletem na gumowe kule, a z przeciwnej pochewkę ze składanym nożem myśliwskim. Do uda drugiej nogi przymocowałam również pistolet alarmowy z flarami. Do kieszeni wsunęłam opakowanie dodatkowych flar oraz gumowych nabojów, a także niewielkie urządzenie przypominające pilot do bramy. To był alarm osobisty o dźwięku tak ogłuszającym, że obudziłby umarłych na cmentarzu. Do tego gaz pieprzowy, zapasowa latarka, baterie oraz trzy batoniki proteinowe.

Dobrze pamiętałam, jak ostatnio doskwierał mi głód, kiedy denerwowałam się ucieczką z Darraghą.

Na dłonie nałożyłam miękkie rękawiczki bez palców, które ochronią skórę, gdybym upadła. Na końcu obficie spryskałam się repelentem przeciw owadom. Niestety nie miałam już za bardzo gdzie schować zapasowego opakowania. Będzie musiało mi to wystarczyć.

Moje przygotowania do walki z całym światem oficjalnie zostały zakończone.

Zerknęłam na siebie w lustrze, które przykleiłam do drzwi szafy. Obwieszona sprzętem wyglądałam jak Rambo. Lekko ułomny, bo pobielały na twarzy ze strachu, ale przynajmniej dobrze wyposażony.

Przez chwilę zastanawiałam się, czy zabierać kołczan i łuk, uznałam jednak, że to byłaby już gruba przesada. Nie byłam Katniss Everdeen. Pewnie nawet w nikogo bym nie trafiła, a musiałabym to dźwigać i tylko bardziej bym się zmęczyła. Nieopłacalne.

W sumie to poczułam się głupio. Jednak jeszcze większą głupotą byłoby ignorować trzykrotny lament banshee. Niestety w żadnym źródle nie trafiłam na informację, czy wyrok wydany przez kobietę z kurhanu jest ostateczny, czy istnieje możliwość uniknięcia smutnego końca. W związku z tym musiałam zachować ostrożność.

Odetchnęłam głęboko i wyszłam z kampera. Gdy tylko drzwi się uchyliły, a snop światła padł na trawę, zleciały się do mnie komary. Na szczęście repelent działał dobrze i nie zbliżały się do twarzy. Mimo to nadal słyszałam ich irytujące bzyczenie, gdy trzymały się na bezpieczny dystans.

Uruchomiłam alarm w moim obwoźnym domu i zamknęłam za sobą drzwi. Jak tylko ktoś zacznie szarpać za klamkę, to cała wieś usłyszy.

To znaczy... ja usłyszę, bo tu przecież nikogo nie ma.

Postanowiłam zostawić światło nad drzwiami i przejść się po posesji. Jeżeli ktoś zamierzałby zrobić mi dzisiaj krzywdę, to na pewno zajrzałby najpierw do kampera. Pytanie tylko, czy koniec zwiastowany przez nadnaturalną płaczkę powinien nastąpić szybko, w ciągu kilku minut lub godzin, czy może poczekam miesiąc?

Jeśli to się będzie przedłużać, to z pewnością zwariuję od napięcia. Ja nie jestem dobra w czekaniu. Rok w Dusibabie tego nie zmienił. Jakbym była cierpliwa, to siedziałabym na tyłku i uprawiała ogródek, a nie jeździła na milion różnych kursów.

Poza tym nie mogłam chodzić cały czas obwieszona bronią jak komandos. Co prawda w okolicy nie było żywej duszy, więc żaden policjant nie zainteresuje się moim wyposażeniem podczas standardowego spaceru, ale i tak jakoś tak głupio spacerować z kaburą na wierzchu.

Próbowałam też już jeździć tak na rowerze i nie mam ochoty w najbliższym czasie powtarzać tego wyczynu. Paski kabury z uda bardzo boleśnie mnie poobcierały.

Włączyłam czołówkę i przeszłam się po działce. Starałam się wypatrzyć gdzieś banshee, żeby przeprosić ją za oślepienie, ale jakby zapadła się pod ziemię. Mnie za to powoli zaczęła się wyczerpywać adrenalina, a zmęczenie postanowiło przypomnieć, że jest już grubo po północy i wypadałoby się w końcu przespać.

Weszłam do odrestaurowanej stodoły, w której ciągle stał stary traktor dziadka. Minęłam część warsztatową i wspięłam się po nowej drabinie na piętro, gdzie kiedyś trzymano siano. Uchyliłam klapę i rozejrzałam się po przestronnym pomieszczeniu rozciągającym się pod dachem. Pusto i cicho. Bezpiecznie.

Wlazłam na górę i zamknęłam za sobą klapę. Zgasiłam czołówkę, żeby nie zwabić owadów, i otworzyłam drewniane okiennice jedynego okna, które wychodziło na las. Blask księżyca musiał mi wystarczyć.

W pomieszczeniu było duszno i pachniało kurzem oraz sianem, mimo że od wielu lat go tutaj nie trzymano. Czułam się tu bezpieczniej niż w kamperze. Obstawiałam, że jeśli ktokolwiek miałby dybać na moje życie, to najpierw skierowałby się tam i uruchomił alarm. A wtedy miałabym czas, żeby spuścić drabinkę sznurkową przez okno i uciec do puszczy.

Wyciągnęłam z foliowego worka dmuchaną karimatę oraz poduszkę. Na szczęście nie dobrały się do nich myszy.

Gdy już leżałam, patrząc na drewniany sufit, doszłam do wniosku, że w sumie to całkiem nieźle się przygotowałam na ewentualny atak mafiosów Stryjeckiego lub podejrzanych typów ze świata schowanego pod naszym.

Nawet nie zauważyłam, kiedy zadowolona z siebie usnęłam.

*

Darragh trzymał mnie w ramionach. Wirowaliśmy w tańcu pośrodku przepięknej sali balowej. Jej sufit zdobiło bajkowe malowidło pełne magicznych stworzeń i istot, które znałam tylko z baśni. Wesołe jednorożce, driady, nimfy, kolorowe konie, dziwne psy i koty dokazywały dookoła wesołego, migocącego brokatową farbą jeziora. Fresk był taki ładny, że aż kiczowaty w tej słodyczy.

Ściany pomieszczenia wyłożono lustrami i drewnianymi panelami. Wszystkie oprócz jednej, którą tworzyły wysokie okna złożone z dziesiątków szybek. Za nimi widać było las, pośrodku którego znajdowało się jezioro o niepokojąco czarnej i nieruchomej wodzie. Nie miało w sobie nic wesołego i brokatowego.

Darragh był ubrany w zielony surdut wyszywany złotą nicią. Jedną dłoń trzymał na moich plecach, a drugą delikatnie ściskał mnie za rękę. Tańczyliśmy walca, chociaż nie było słychać muzyki, a ja jakimś cudem znałam wszystkie kroki i figury.

Wyglądał tak, jak go zapamiętałam. Dłuższe włosy opadające czarnymi pasmami na oczy i wygolone po żołniersku boki. Liczne srebrne kolczyki przebijające chrząstki normalnych, ludzkich uszu. Wargi wygięte w lekko kpiącym uśmiechu, które przecinała cienka blizna.

Dłoń księcia zsunęła się z moich pleców na talię, a następnie na pośladek. Oderwałam rękę od jego ramienia i już miałam go trzepnąć, kiedy zakręcił mną w tańcu tak gwałtownie, że o mało się nie wywaliłam.

– Ej! – syknęłam.

– Delektuj się tańcem – doradził. – Masz mnie teraz tylko dla siebie. Taka okazja może się szybko nie powtórzyć, jeśli Finn cię zauważy.

Posłał mi chełpliwe spojrzenie, na co tylko prychnęłam zniesmaczona. Myślałby kto, że taniec z nim to jakaś nagroda.

– Finn? – spytałam. – A czego on ode mnie chce? Niech sobie tańczy z moją babcią.

– Jak się nie ma, co się lubi... – mruknął, patrząc w przestrzeń.

Przyjrzałam mu się uważniej. Światło lamp odbiło się w rzędzie srebrnych kolczyków, gdy odwrócił ode mnie twarz.

– To dziwne, że nie masz spiczastych uszu – powiedziałam.

– Co takiego? – Komentarz tak go rozproszył, że aż pomylił krok.

W jego lazurowych oczach pojawiło się zdziwienie. Miękkie usta stworzone do całowania wygięły się w odrobinę krzywym uśmiechu.

– Uszy, spiczaste uszy, największe kłamstwo wszystkich opowieści o elfach.

– Nie jestem elfem. Jestem aes sídhe – przypomniał.

– Tak, tak, facet z kurhanu, znaczy wróżka – zgodziłam się.

– Nie jestem wróżką – syknął.

W jego oczach pojawiły się iskierki gniewu. Poczułam satysfakcję. Już się tak kpiąco nie uśmiechał.

Po sali potoczył się tajemniczy terkot, który przeszedł w mruczenie. Miałam wrażenie, że rozbrzmiewa tuż obok nas.

– Słyszysz? Jakiś dziwny dźwięk. Co to? – zapytałam.

– Nic nie słyszę.

Poczułam, że coś dźga mnie w bok. Nagle zrobiło mi się strasznie niewygodnie i jakoś tak szorstko. Na nodze też mnie coś ściskało i jednocześnie jakby popychało. Dziwaczne!

Spojrzałam na swój strój i odkryłam, że mam na sobie moje przebranie domorosłego komandosa, łącznie ze wszystkimi pochewkami na pistolety i nóż. Obcisłe legginsy i adidasy na moich stopach zupełnie nie pasowały do skórzanych gaci Darraghy, koszuli z kamizelką wyszywaną granatową nicią i równie eleganckich sztybletów.

– Co jest? – zapytałam.

– Otwórz oczy, gołąbeczko – doradził mi książę.

– Słuchaj, nazwij mnie tak jeszcze raz, a... – Nie skończyłam mówić, bo niespodziewanie puścił moje ręce, a ja poleciałam do tyłu.

Uderzyłam o podłogę i zamknęłam oczy. Kiedy je otworzyłam, zobaczyłam nad głową deski skośnego dachu. W nosie zakręcił mnie zapach starego siana i kurzu. Leżałam na materacu na strychu starej stodoły. Dmuchane posłanie, wbrew zapewnieniom sprzedawcy ze sklepu sportowego, wcale nie było komfortowe. Tak coś wtedy czułam, że to określenie nie pasuje do podejrzanie płaskiego materaca, ale dałam się namówić, bo był w promocji.

Westchnęłam, przypominając sobie sen, z którego coś mnie obudziło. Oczywiście nawet podczas sennej mary musiałam pokłócić się z Darraghą. Najwyraźniej nie umieliśmy się nie irytować.

Westchnęłam po raz drugi. Z wygnanym z własnego królestwa księciem spędziłam raptem kilka dni, i to ponad rok temu. Nie był to okres, który mógłby cokolwiek znaczyć. A jednak, co słusznie podejrzewała moja mama, ciągle o nim myślałam. Nie w miłosnym kontekście. Nawet chyba nie w seksualnym, chociaż trzeba szczerze przyznać, że było na czym oko zawiesić, bo Darragh był bardzo przystojny, w ten niepokojący sposób właściwy filmowym rzezimieszkom o szemranej przeszłości.

Nie śnił mi się pierwszy raz, ale dzisiejszy sen uświadomił mi, że trochę za nim tęsknię. Przerażająca banshee z ogródka sprawiła, że wszystkie wspomnienia i emocje odżyły.

Od razu skarciłam się w myślach za głupie uczucia. Przecież nie można tęsknić za kimś, kogo się widziało rok temu, kogo ledwie się zna i na dodatek praktycznie nie toleruje, bo ten ktoś ma koszmarny charakter. Chociaż może tęskniłam nie tyle za nim, ile za tym szaleństwem z jego udziałem? Całe życie pragnęłam przygód niczym z książki i nagle rok temu je znalazłam.

I to w ogródku między truskawkami a groszkiem.

Zaczęłam się zastanawiać, czy Darragh w ogóle o mnie myśli. W jego świecie minęło znacznie mniej czasu niż tutaj. Pewnie raptem jakiś tydzień. Być może nawet nie miał kiedy o mnie pomyśleć.

Miałam tylko nadzieję, że nic mu się nie stało. Gdy uciekałam do jeziora, on walczył z braćmi Sionny.

Przez otwarte okna wpadał szary świt i śpiew ptaków. Powietrze, pomijając cały kurz, który się zalągł na strychu, pachniało lasem i wilgocią. Nagle coś zaczęło wibrować obok mnie. Zrozumiałam, że właśnie to mnie obudziło. Sięgnęłam po telefon, na którym położyłam się przez sen. Ziewnęłam rozdzierająco i odblokowałam ekran, żeby sprawdzić powiadomienia.

Moja senność rozwiała się w jednej chwili, gdy tylko zobaczyłam, że aktywowała się aplikacja fotopułapki. Jedna z kamer wychwyciła ruch.

Szybko kliknęłam alert i w napięciu patrzyłam na uruchamiający się powoli obraz. Był szary i lekko ziarnisty. Na zewnątrz dopiero świtało, więc kamera nie mogła zarejestrować barw. Zmrużyłam oczy, niemalże przykładając ekran do twarzy. Usiłowałam wyłowić spośród szarych kresek drzew i krzewów coś, co mogło aktywować czujkę. Tło było ciemne. Ruch musiał nastąpić blisko ekranu.

Wydawało mi się, że coś widzę. Coś prawie całkiem płaskiego, lekko wypukłego tylko na samym środku, w odcieniu jasnej szarości! Leżało w wysokiej trawie, więc nie widziałam dokładnie kształtów. Niestety nijak nie mogłam tego rozpoznać.

Zerknęłam na pasek poniżej ekranu, gdzie wyświetlała się aktualna godzina i temperatura powietrza. Było niecałe dziewiętnaście stopni, kilka minut po czwartej rano.

Przygryzłam wargi. Oprócz tego czegoś płaskiego nic nie widziałam. Nic się nie ruszało. Postanowiłam uruchomić nieduży szperacz zamontowany powyżej oczka kamery. Zdradzę w ten sposób położenie obiektywu, ale może zdołam zobaczyć tajemnicze coś, które uruchomiło alerty.

W napięciu kliknęłam odpowiedni przycisk. Jasny blask zalał ekran, boleśnie kłując mnie w oczy. Powoli zaczął pojawiać się obraz. Przynajmniej na pierwszym planie był w kolorze. Zielona trawa, liście, a pośrodku coś jasnego. Białego, a może raczej bladego na tyle, że wydawało się białe.

Zgrabny łuk wznosił się ponad trawę, a potem znikał między roślinami. Teraz już wiedziałam, na co patrzę.

To był czyjś pośladek. Całkiem kształtny.

– Darragh! – sapnęłam.