Wiedźma i mniszka - Monika Maciewicz

Kup ebooka

44.99 zł
33.74 zł (31,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Imka

Słońce było już wysoko, gdy jego promienie wdarły się przez szpary w ścianach chaty przechylającej się ze starości. Dziury wygryzione przez myszy i łasice wpuszczały słoneczny blask, ale i chłód jesiennego poranka. Zakopana w barłogu ze słomy i skór młoda kobieta nie zwracała uwagi na niebezpiecznie skrzypiące słupy podtrzymujące porośniętą mchem strzechę. Przed jej oczyma rozgrywał się spektakl światła i cienia. W świetlistych smugach przecinających mroczne wnętrze chaty unosiły się i mieniły paprochy słomy oraz złocisty kurz. Roziskrzone drobinki wędrowały w górę i w dół, jakby się bujały na niewidzialnych falach. Rozczochrana niewiasta spoglądała na tę magiczną feerię rozbłysków, ale i one w pełni nie przykuły jej uwagi. Nie mogła się otrząsnąć z resztek snu. Dziwnego snu.

Znów jej się śniła mroczna jaskinia, a w niej stara kobieta grająca na gęślach. Dźwięk instrumentu mieszał się z pluskiem bijącego źródełka. Woda zbierała się w kamiennej cembrowinie i stamtąd z wolna płynęła gdzieś w ciemny głąb groty. Staruszka nie odzywała się, ale dziewczyna słyszała w głowie jej słowa - albo raczej myśli. Gęślarka kazała jej spojrzeć na spiętrzoną w cembrowinie wodę. Posłusznie wypełniła polecenie i zobaczyła odbicie młodej niewiasty. To nie była jej twarz. Nigdy wcześniej nie widziała tej kobiety, tego była pewna, bo w ogóle niewielu ludzi widywała. Zamrugała i rozejrzała się po chacie. Jeszcze nie do końca uświadamiała sobie, że już się obudziła. Obraz staruchy, źródełka i odbicia w wodzie wciąż wydawał się tak realny, jak skóra z dzika rozciągnięta nad paleniskiem. Krzyk, dochodzący gdzieś z zewnątrz, zburzył ten obraz. Wizja nagle się rozbiła na drobne kawałki. Dziewczyna nie chciała przerywać snu. Wystarczyło chwycić którąkolwiek z drobin i dośnić jeszcze dziwne widzenie, rozwikłać zagadkę, kim są te niewiasty i co to za miejsce. Już miała tę drobinkę, ten strzęp, który zaczął się rozrastać pod przymkniętymi powiekami. Czyjeś wołanie jednak rozmyło obraz.

Otworzyła oczy i rozejrzała się zdezorientowana. Krzyk się powtórzył. Nie był majakiem. Ktoś na jawie wzywał pomocy. Niezadowolona obróciła się na bok i znów zamknęła oczy. Dochodzące z zewnątrz biadolenie nie pozwalało jej na powrót zasnąć. Ktoś niestrudzenie wołał i wszystko wskazywało na to, że nie przestanie.

Dziewczyna usiadła i westchnęła. Pomyślała, że może to leśni nadciągają, i momentalnie zerwała się w pełni obudzona. Uchyliła drzwi i wyjrzała na zewnątrz. Nikogo nie było na polanie. Od dawna nieużywane ciemne doły po mielerzach straszyły pustką. Chociaż nie. W jednym z nich coś się poruszało. Równie ciemne jak otoczenie, nie zwróciło od razu na siebie uwagi. To nie było coś, tylko ktoś.

Dziewczyna chwyciła toporek. Znów zlustrowała całą polanę i kraj lasu, czy ktoś się tam nie czai. Wołanie się powtórzyło. To był kobiecy głos. Przyjęła to z ulgą. Po ostatniej niespodziewanej wizycie leśnych myślała o mężczyznach z lękiem i obrzydzeniem.

Podeszła powoli, wciąż się niespokojnie rozglądając. Na zapadniętej, spalonej darni leżała niewiasta w ciemnej pelerynie. Miała rękę nienaturalnie wykręconą w nadgarstku, równie ciemną jak peleryna, a raczej pokrytą jakąś smolistą mazią. Dziwnie wyglądały jej umazane nogi oraz twarz, jakby się całą noc tarzała w węglowym pyle. Druga ręka ukryta była pod peleryną.

Dziewczyna ostrzem topora ostrożnie uniosła materiał, żeby sprawdzić, czy dziwny przybysz nie ukrywa pod płaszczem jakiejś broni.

- Uuu - wyrwało się jej.

Z niedowierzaniem skonstatowała, że usmolona niewiasta jest naga, a dziwna maź pokrywa jej całe ciało. Drugą dłoń miała wprawdzie zaciśniętą w pięść, ale cóż niebezpiecznego mogła ukrywać w takiej piąstce? Dziewczyna stojąca nad nią poczuła się pewniej. Dzierżyła solidny topór, który prawie codziennie pieczołowicie ostrzyła, podobnie jak noże ukryte za wełnianymi owijkami na łydkach.

- Pomóż mi - poprosiła nieznajoma w pelerynie. - Chyba złamałam rękę. I noga mnie żga. Co to za doły?

- Po mielerzach. Drzewiej wypalali tu węgiel.

- Zawołaj kogoś, kto mógłby mi pomóc.

- Nikogo tu nie ma. Jestem tylko ja.

Zabrzmiało to dość złowrogo. Rozczochrana, brązowowłosa dziewczyna wciąż trzymała kurczowo topór, a zacięty wyraz jej twarzy nie wróżył nic dobrego.

- Acz mi pomożesz, wynagrodzę cię, gdy wrócę do domu.

- A co mi dasz? - Dziewczyna była konkretna i wcale się nie kwapiła, żeby pomóc.

Niewiasta w pelerynie przyjrzała się stojącej nad nią drobnej postaci w męskim gieźle, w za dużych spodniach, podtrzymywanych podwójnie okręconym paskiem, i równie za dużych, wypełnionych słomą butach.

- Krasną niewieścią suknię i dwa srebrne pierścienie.

- Dobrze, że nie takie odzienie jak to. - Dziewczyna pokazała na strój przybyłej, nie kryjąc kpiny w głosie.

Kobieta jakby sobie dopiero uświadomiła, że ma tylko pelerynę. Westchnęła żałośnie, choć trudno powiedzieć, czy z powodu skąpego stroju, czy bólu, bo próbowała usiąść.

- Umiesz nastawić złamaną rękę?

- A bo ja wiem?

- Z jakiej przyczyny mnie takie rzeczy zawsze spotykają? - jęknęła kobieta, rezygnując z próby podniesienia się. - To wiedźmia peleryna. - Pokazała na swój strój. - Byłam na Łysej Górze. Tej obok Ruskiej Wsi. Zagapiłam się i nie zdążyłam wrócić przed wschodem słońca. Maść czarownic przestaje działać, gdy tylko zaświta.

Młoda kobieta w męskim stroju nie wykazywała zbytniego zainteresowania słowami poszkodowanej. Dopiero ostatnie zdanie przykuło jej uwagę i zaczęła pilniej słuchać.

- Znalazłam się na tej głupiej polanie - kontynuowała naga wiedźma - a że w lesie jeszcze była szarówka, nie zoczyłam dołu.

- Co robi ta maść? - zapytała chłopczyca.

- Dzięki niej latam. Nacieram nią całe ciało, wkładam pelerynę i jestem szybsza od nietoperzy.

Dziewczyna szybko oceniła, że niewiele się dorobi, pozbawiając życia tego cudaka. Jego dziwaczny strój był z cienkiego materiału, więc chyba niezbyt ogrzewał. Nawet jeśli był niezbędny, żeby unieść się ponad las, to na pewno nie w tej chwili. Uwagę mieszkanki leśnej chaty przykuł złocisty kamień na szyi potencjalnej ofiary i domyślała się, że to jantar, którego można znaleźć daleko stąd, nad wielką wodą. Wiedziała o tym od wędrownego dziada, pokazywał jej podobny. Miała ochotę na ten kamień, ale ubrania potrzebowała bardziej. Nieznajoma skusiła ją obietnicą nowego stroju. A jeśli działanie owej maści nie jest kłamstwem, to tym bardziej nie mogła się oprzeć perspektywie lotu. To musiało być cudowne uczucie, tak wznieść się ponad drzewa i wzgórza.

- Dasz mi nową suknię, pierścienie i taką maść - przystąpiła do targu.

- Trza ją pierwej utrzeć - zaczęła tłumaczyć leżąca. - Pomożesz mi, a ja ci powiem, jakie składniki są do niej potrzebne.

- Ja chcę maść, a nie gadanie o niej.

- Jak mam ją utrzeć? Musisz mi pierwej pomóc.

Dziewczyna nie była zadowolona. Nie dość, że będzie musiała chodzić koło tej kobiety, pewnie wiedźmy, to jeszcze trzeba będzie ją nakarmić. A ona sama nie bardzo miała co jeść. To było bardzo niewygodne. Tak niewygodne, jak jej buty wymoszczone słomą. Ale z drugiej strony może dzięki temu poświęceniu dostanie nowe?

- Suknię mi dasz z botkami? - kontynuowała pertraktacje.

Wiedźma miała nieodparte wrażenie, że właśnie targuje się o własne życie. Gotowa była obiecać wszystko, żeby tylko wyjść cało z tej opresji.

- Jakżeby inaczej - odparła.

Chłopczyca przyglądała się leżącej. Nie była pewna, czy kobieta mówi prawdę. Ona, gdyby miała ciepłe odzienie, nie latałaby naga w kusej pelerynce. Z drugiej strony pewnie byłoby jej szkoda wybrudzić ubranie smolistą mazią. Mog­łyby się zrobić trudne do usunięcia plamy.

Ta dedukcja w końcu ją przekonała, że jest jednak jakaś szansa na nowy przyodziewek. Decyzja zapadła.

- Taki jeden w siole - zwróciła się do poszkodowanej - gdy złamał rękę, to mu ją przywiązali do deseczki i zawiesili, o tak. - Zakreśliła kształt trójkąta od ręki do szyi. - Najdę taką. I coś do obwiązania.

Wiedźma przyjrzała się badawczo nieokrzesanej dziewczynie.

- Czyli jest tu w pobliżu jakieś sioło?

- Daleko - ucięła chłopczyca. - Uciekłam stamtąd.

No i nikła nadzieja rozwiała się tak szybko, jak szybko nastąpił dzień. Wiedźma przymknęła powieki i zaczęła mamrotać pod nosem zaklęcia.

Młoda niewiasta odniosła do chaty topór i postawiła go tuż przy drzwiach. Zatrzymała się przed wiszącą na ścianie półeczką. Westchnęła, zdjęła z niej pojemnik na sól oraz woreczki napełnione ziołami. Potem wysupłała z konopnych pętli deseczkę służącą za półkę i przymierzyła ją do przedramienia. Popatrzyła na pozostałe po rozmontowaniu mebla sznurki, ale postanowiła ich nie brać. Wzięła za to rozłożone na ławie skrawki swojej dawnej sukni.

Wróciła do poszkodowanej. Ta leżała z zamkniętymi oczami i mruczała pod nosem rytmiczne zaśpiewy. Dziewczyna położyła deseczkę, delikatnie uniosła wykręconą dłoń kobiety i nie bacząc, że zaklęcia wiedźmy przeszły w skowyt bólu, położyła jej rękę na twardej powierzchni.

- Nie umiem. Sama nastaw - powiedziała spokojnie. W ogóle jej nie przerażał widok wykrzywionej dłoni, była też niewrażliwa na jęki kobiety.

Wiedźma wzięła się w garść i krzycząc wniebogłosy, nastawiła sobie rękę. Młoda gospodyni, podtrzymując deseczkę, pomogła kobiecie usiąść i zaczęła obwiązywać jej dłoń przyniesionymi kawałkami materiału. Szmatki wyglądały na świeżo uprane, jednak zabarwione były na niejednolity ciemnobury kolor.

- Wygląda jak niedoprana krew. To twoja? - Kobieta spokojnie już przyglądała się zabiegom właścicielki polany.

- Nie.

Co miała powiedzieć tej nieznajomej? Że parę dni temu zaszlachtowała jednego leśnego?

- Jakie zaklęcia mówiłaś? - zapytała.

- Na odpędzenie bólu i szybkie gojenie się ran. Aleć na niewiele się zdały, bom osłabiona po maści. Pomożesz mi ją zmyć?

- Mhm - mruknęła dziewczyna. - A ja też znam jedno zaklęcie - pochwaliła się - na paralusz.

- Żeby uzdrowić?

- Nie, żeby się ćwok jebany albo stara klempa nie mogli ruszyć.

Wiedźma była coraz bardziej przerażona swoją pomocnicą. Nie miała jednak wyjścia. W duchu liczyła tylko, że obietnica nagrody powstrzyma tę dziewczynę o gniewnych, brązowych oczach przed zrobieniem jej krzywdy, choćby sprowadzeniem paraluszu.

Chłopczyca pomogła jej wstać. Kobieta wsparła się na niej zdrową ręką i utykając, ruszyła w stronę chaty.

- Skąd znasz to zaklęcie?

- Ciotka mnie nauczyła. To znaczy duch ciotki, bo ona umarła dawno temu, jeszcze mnie na świecie nie było.

Wiedźma się zatrzymała. Znów obrzuciła badawczym spojrzeniem swoją pomocnicę. Kim ona może być? Przecież tylko wiedźmy widzą takie istoty.

- Rozprawiasz z duchami? Widzisz je? - zapytała zdziwiona. - Kim ty jesteś?

- Imisława. Możesz mnie wołać Imka.

Dziewczyna nie zapytała o imię swojego gościa, tylko stanowczo pociągnęła kobietę, zmuszając do konsekwentnego kuśtykania w stronę chaty.

- Mnie zowią Mlada - oznajmiła utykająca, choć prowadząca ją wcale nie wydawała się tym zainteresowana. - Od dawna widujesz duchy?

- Po co ci to wiedzieć?

- Bo i ja je widuję. Mamy z sobą coś wspólnego.

Imka wykrzywiła usta. Mladzie zrobiło się przykro. Często widywała takie grymasy twarzy. Spodziewała się, że za chwilę usłyszy coś nieprzyjemnego. Bo przecież kto by się chciał utożsamiać z taką łajzą jak ona?

- Pierwej nie widziałam duchów - odpowiedziała bardzo poważnie Imka. Nie było w jej głosie ani drwiny, ani pogardy. - Kiegdy babka mnie tak mocno zbiła, żem leżała w komorze, nie wiem ile dzionków, znaczy moje ciało leżało, bo ja żem gdzieś latała nad chatą i do takiej jaskini pod ziemią mnie wciągnęło, gdzie był strumyk. Znaczy nie strumyk, tylko źródełko. Takie, co z ziemi bije i staje się potem strumykiem. No i od tamtej pory zaczęła do mnie przychodzić ciotka. I nauczyła mnie zaklęcia na paralusz, że jak babka znów się tak mocno zeźli, to żeby je powiedzieć.

- I znów się zeźliła?

Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Imka zamilkła. Mladzie było niezręcznie zapytać ponownie, więc spuściła głowę, skupiając się na omijaniu kamieni oraz dziur. Wreszcie stanęły przed wysokim progiem chaty. Kobieta po raz kolejny poczuła się bezradna. Przestąpienie go zmuszało do chwilowego obciążenia chorej stopy. Usiadła więc na progu i powoli przestawiała ugięte nogi. Gdy wreszcie się udało, Imka zaprowadziła ją do ławy, pomogła usiąść, wzięła cebrzyk i wyszła. Po chwili wróciła, zdjęła z chorej pelerynę i bez słowa podała jej szmatkę. Wiedźma zdrową ręką zaczęła zmywać z ciała ciemną maź.

Dziewczyna usiadła zamyślona. Dawno nie wypowiedziała w ciągu jednego dnia tylu słów. Dziwnie się z tym czuła. No i przez wścibskie pytania Mlady ożyły wspomnienia. Babka. Najbliższa jej osoba - i najbardziej znienawidzona. Kiedy Imka chorowała, babka poiła ją naparami i odwarami z ziół. Ludzie w okolicy mówili, że stara Suligniewa zna się na leczeniu, nawet czasem przychodzili do niej po poradę. Staruszka zimą tkała i szyła ubrania. Wtedy też uczyła ją piosenek. Ale niewiele zostało takich dobrych wspomnień. Wiosną, latem i jesienią babka nie miała czasu na wspólne śpiewanie. Chodziła wciąż zła, narzekała, że musi przez nią na stare lata ciężko pracować, często budziła ją przed świtem i kazała w samej koszulinie iść do pracy w pole, żeby zdążyły obrobić zagon koło chaty i pójść do sioła na odrobek. Było jeszcze coś, co Imkę odstręczało od opiekunki. Dziewczynka nienawidziła, gdy babka wyrzekała na jej matkę, a swoją córkę. Nie mówiła o niej inaczej jak "latawica", "kurwica" albo "bladź". A ją, wnuczkę, nazywała kukułczym lub biesim pomiotem. Imka nie znała matki. Nie wiedziała nawet, jak ta ma na imię. Cała jej wiedza sprowadzała się do faktu, że ją urodziła i porzuciła na pastwę okrutnej babki. Kiedyś jeszcze usłyszała od swej opiekunki, że ta wygoniła jej rodzicielkę, wygrażając widłami. A potem matka wróciła z Imką, zostawiła ją i odeszła. Odtąd Suligniewa pomstowała na córkę, ilekroć pojawiały się jakieś problemy. Czy to wnuczka chorowała, czy brakowało jedzenia na przednówku, wszystkiemu była winna mama Imki, ale tych oskarżeń ona nie słyszała, bo była gdzieś daleko w świecie, a wysłuchiwać ich musiała Imisława. Za to drugą latorośl, wcześnie zmarłą, babka wychwalała jako wzór cnót niewieścich. Dziewczyna, nawiedzana przez ową ciotkę, miała o niej inne zdanie, ale nigdy nie odważyła się go wyrazić.

Wspomnienie babki obudziło głęboko skrywane i tłumione poczucie winy. Imka nie znosiła tego uczucia. Przecież to wszystko, co się wydarzyło, stało się przez starą Suligniewę. A jednak. Znów musiała sama sobie tłumaczyć, że nie miała innego wyjścia. Ani ciężka praca, ani wysłuchiwanie obelg i narzekań nie stanowiły aż takiego problemu. Najgorsze było bicie. Za wszystko. A najczęściej za to, że Imka moczyła siennik w nocy. Nie potrafiła nad tym zapanować, a babka wtedy wpadała w furię. Nie pomagało przepraszanie ani płacz. Łzy były niczym żagiew w stogu siana. One dopiero rozjuszały opiekunkę. Biła ją czym popadło. Polanem, miot­łą, grabiami, kijankami do prania. A jak niczego nie było w pobliżu, bo Imka na wszelki wypadek wszystkie takie przedmioty skrzętnie ukrywała, to potrafiła uderzać jej głową w skrzynię, drzwi czy ścianę.

No i przyszedł ten dzień. Babkę odwiedził mężczyzna z sioła, taki, któremu lepiej się powodziło niż innym. Chciał ziół na chuć, bo mówił, że już stary i potrzebuje. Babka mu dała i zaproponowała, żeby poślubił Imkę, bo ona już nie ma sił na nią pracować. Człowiek ten miał już jedną żonę, ale chętnie przystał na taką propozycję. Babka kazała wnuczce stanąć przed nim i ładnie się ukłonić. Stanęła, ale zamiast ukłonu pokazała mu język i powiedziała, że woli umrzeć, niż zostać żoną takiego starego dziada. Babka nie czekała, aż gość wyjdzie. Złapała zydel i uderzyła ją w głowę. Niedoszła narzeczona upadła oszołomiona. Kiedy otworzyła oczy, opiekunka po raz kolejny się na nią zamierzała. Wtedy dziewczyna wypowiedziała zaklęcie.

Mlada jęknęła. Dźwięk ten wyrwał Imkę z zamyślenia.

- Pójdę wykopać korzeń żywokostu. - Poderwała się i przetarła dłonią ramię, jakby próbowała strącić jakiś niewidzialny ciężar.

- Na ziołach też się znasz? - zdziwiła się wiedźma.

- Mało. Babka trochę się znała, to wiem, że okład z żywokostu się nada.

Kobieta rozejrzała się po izbie. Na ścianach wisiały suche wiązki mięty, dziurawca, wrotyczu, macierzanki, na ławie leżały, byle jak okręcone suchą trawą, szmatki przypominające woreczki. Izba była bardzo zaniedbana. Gliniane skorupy leżały w różnych miejscach. Nie było ani jednego całego naczynia, poza powyginanym kociołkiem nad paleniskiem i drewnianym kubkiem. Pęknięta ława, w miejscu załamania podparta wielkim kamieniem, nie zachęcała do siadania. Imka, tak jak nie zwracała uwagi na własny wygląd, tak zupełnie nie dbała o otoczenie. Nie starała się uczynić go przyjemniejszym.

- Chciałabym się położyć - poprosiła wiedźma.

Dziewczyna pomogła jej się podnieść i zaprowadziła ją na legowisko. Wzięła nawet trochę słomy i wymościła posłanie dla chorej.

- Mam też zioła na spokojność. Sama często piję, kiegdy spanie nie przychodzi.

- Masz matecznik? - spytała wiedźma.

- Tako. Chmiel i mak też.

Młoda gospodyni weszła na coś, co przypominało drabinę. Szczeble przywiązane były do dwóch długich drągów za pomocą jakichś pnączy i szmat. Mebel drabinopodobny prowadził na stryszek. Mlada z niepokojem spoglądała na zbutwiałe deski, z których zbita była niewielka platforma stanowiąca podłogę stryszku. Imka jednak na nią nie weszła. Stała na drabinie i przekładała coś, przesuwała, aż w końcu zeszła z suchymi wiązkami. Wiedźma z ciekawością przyjrzała się roślinom i z ulgą przyznała, że to rzeczywiście te wymienione przez Imkę. Dziewczyna oderwała suche liście matecznika i wrzuciła na wyżłobiony głaz, drugim owalnym kamieniem starła ziele na proch. Mlada przyglądała się dłoniom gospodyni. Nie były gładkie. Pełne odcisków, ze stwardniałym naskórkiem, mocno opalone, wyglądały na spracowane. Imka dorzuciła parę szyszek chmielu i powtórzyła czynność. Potem wrzuciła zioła do kubka i zalała gorącą wodą z kociołka. Wyciągnęła zza owijek nóż i wyszła z chaty.

Kobietę ogarniała coraz większa słabość. Po nieprzespanej nocy na sabacie i silnym pobudzeniu maścią potrzebowała snu. Na szczęście dziewczyna po chwili wróciła, trzymając w dłoniach wymyte czarne korzenie. Odłożyła je. Wzięła wysuszoną, ponacinaną główkę maku sterczącą smutno na włochatej łodydze. Roztarła pokrytą drobnymi włoskami roślinę. Wsypała proszek do parującego w kubku naparu, po czym podała kobiecie do picia. Przyglądała się, czekając na reakcję.

Wiedźma zasnęła.