Wiedźma Dalekiego Wschodu - Marta Bacic

Reflow text when sidebars are open.
Nazwa tego statku do dziś przyprawia mnie o mdłości. Esperança. Nadzieja. Wprawdzie kiedy na niego wchodziłam, a raczej zostałam na niego przytaszczona w kajdanach, trochę tej nadziei miałam. W końcu uciekłam z prawdziwego piekła. Bo co może być gorszego od Drudenhausu? Od tortur? Od ciemności, zimna, wilgoci, czekania na egzekucję jako jedna z tysięcy rzekomych wiedźm?
Jeśli czarownice rzeczywiście zasługują na śmierć, to spośród wszystkich nędzników w Drudenhausie właśnie ja zasługiwałam na nią najbardziej. W końcu jestem czarownicą z krwi i kości.
Dlatego, o ironio, akurat ja nie zginęłam. Wyciągnął mnie bezczelny kapitan portugalskiej flotylli, którego ego i marzenia zawsze przerastały zwykłe ludzkie możliwości. Fausto Álvares nie znał słowa "nie". Chociaż zbliżał się do czterdziestki, trzymał się wyjątkowo dobrze jak na człowieka morza. Jego wielkim pragnieniem nie było jednak tylko dostanie się do Nowego Świata, o nie. On chciał się pobawić w misję dyplomatyczną do Japonii. Ktoś kiedyś zasiał w nim ten pomysł, a potem już było za późno.
Álvares napotkał jednak dwa problemy: po pierwsze, jako człowiek bardzo zapatrzony w siebie, uwielbiał swoje gęste włosy i równe zęby, dlatego bał się szkorbutu jak ognia. Po drugie, potrzebował sprawnego tłumacza, ale nie klechy. Do Portugalii dotarły już wieści, że Japończycy w ostatnich latach dostali antychrześcijańskiej gorączki. No a poza tym Fausto nie ufał duchownym. I wcale mu się nie dziwię.
W Bambergu zjawił się, by na własne oczy zobaczyć uzębienie starego niemieckiego bosmana, który wychwalał właściwości kiszonej kapusty. Zabrał stamtąd cały ładunek beczek, samego bosmana i... mnie. Wtedy jeszcze nie wiedział, że będę rozwiązaniem obydwu jego problemów. Na początku wyciągnął mnie z tej umieralni, bo od urzędnika usłyszał, że "ta Magdalena Falk znała tak wiele języków, szkoda, że poszła do Drudenu...". Rozczarowany, że japoński nie jest w moim repertuarze - na co przeciętnemu Europejczykowi japoński, czego on się spodziewał? - chciał mnie odesłać, ale wyczułam, że potrzebuje czegoś jeszcze. Wiedźmy. Prawdziwej. Poprosiłam o podwiędłe jabłko. Wykorzystałam ostatnie krzty energii, które mi pozostały po tygodniach w zimnej, kamiennej celi, i przywróciłam owocowi świeżość. Fausto był wniebowzięty, ale interes to interes. Dostałam prosty warunek: wyuczę się po drodze japońskiego z jezuickich notatek, które on skądś ukradł. Dodał też od niechcenia, że jeżeli mi się to nie uda, to mnie utopi, jak tylko przestanie potrzebować moich mocy.
Wtedy wydawało mi się to interesem życia.
Podczas ciągnącej się podróży Fausto zmienił swoje podejście. Na początku trzymał mnie spętaną w kajucie kapitańskiej pod kluczem, rozkuwając tylko na czas nauki języka oraz zajmowania się warzywami i owocami. Sama kajuta to był koszmar. Wprawdzie nie otaczały mnie krzyki i jęki, jednak wilgoć i zamknięcie... Mam dreszcze na samą myśl o tym. Na szczęście po pewnym czasie załoga statku sama doszła do wniosku, że jestem czarownicą. Może i wlewali w siebie dużo rumu, ale nie byli w ciemię bici. Za dobrą służbę kapitan nagradzał wybrańców świeżym owocem, ale skąd świeży owoc na statku po kilku miesiącach od odbicia od brzegu? I to jeszcze przyniesiony z jego kajuty? Kto tam był? No ja. Więc kiedy Fausto... Jakby to powiedzieć... Poluzował mój łańcuch, pewny tego, że przecież nie mam dokąd uciec na środku oceanu i nie wybiję jego załogi, a oni przecież i tak wiedzą, mogłabym powiedzieć, że żyło mi się na Nadziei całkiem nieźle. Gdyby nie liczyć tego, że dalej było zimno i wilgotno.
***
Czarownica zamilkła na chwilę i nerwowo poprawiła kosmyk blond włosów, który wymknął się z koka spiętego kościanymi pałeczkami. Yuki siedziała ze skrzyżowanymi nogami na futonie i patrzyła na nią szeroko otwartymi oczami, kompletnie pochłonięta historią, którą chciała usłyszeć setki razy, ale Magdalena zawsze odmawiała. Wiedźma teraz też się zastanawiała, jak ubrać swój los na portugalskim statku w słowa. Nie powie przecież dziewczynce, że Álvares ją wykorzystywał. Do dziś pamiętała jego twarde łapska zaciskające się na jej udach, piersiach, brzuchu. Paraliżujące ją obrzydzenie. Chęć wyssania z tego człowieka ostatniej kropli życia... Skrzywiła się.
- Wszystko w porządku, Rena-sama? - zapytała Yuki i poruszyła się nerwowo w miejscu, zaniepokojona nie tylko stanem swej mentorki, ale i tym, że Rena może się jeszcze wycofać i znowu nie dowie się wszystkiego.
Magdalena zacisnęła na chwilę powieki, po czym przywołała na twarz wymuszony uśmiech.
- Spokojnie, Yuki-chan. Już nie te lata, muszę sobie to wszystko przypomnieć...
Yuki przewróciła oczami. Nigdy nie rozumiała babcinych uwag Reny. Czarownica wyglądała na tyle lat, ile mogłaby mieć matka dziewczynki takiej jak ona. Przynajmniej tak sądziła po innych matkach, które spotykała w pobliskim miasteczku, w końcu własnej nie miała okazji poznać. A tak bardzo by tego chciała.
***
Po pewnym czasie zrozumiałam, że nie pojmę japońskiego. Notatki były dobre, ale brakowało im czegoś... Umykał mi prawdziwy duch tego języka, istota konstrukcji i przekazywania sensu. Kiedy więc na jednej ze stron znalazłam małą, czerwoną plamkę, uśmiechnęłam się szeroko. I chociaż zajęło mi to dobry tydzień, to się udało: dzięki krwi jezuity wezwałam jego ducha i spętałam go, wiążąc z jego własną księgą. Sebastion, bo tak mu było na imię, okazał się nad wyraz uczynny, bo i tak miał niedokończone sprawy i pałętał się po świecie, wygłodniały, porzucony, niechciany. Trochę przypominał mnie samą. Z jego pomocą poszło już z górki.
Kiedy dopływaliśmy powoli ku Japonii - przynajmniej tak wynikało z ruty, według której nawigował Fausto, bo brzeg nie był jeszcze widoczny - mieliśmy wciąż cztery z pięciu statków wchodzących w skład naszej wyprawy. To nie taki zły wynik. Prawie pięciuset Portugalczyków na pokładzie, dwadzieścia dział i trzy ogromne maszty. Sama Esperança wydawała mi się niezatapialna.
I miałam rację: wydawała mi się.
Pamiętam, że tamtego dnia doszłam w końcu do wyrażenia, którego nie mogłam wcześniej pojąć. Sebastion użył kolejnego przykładu, lekko poirytowany moją niepojętnością, ale wydawało mi się, że sam duch nie do końca rozumie odcienie znaczenia tej frazy. Pamięć ludzka jest ulotna; na szczęście na marginesie znalazłam wyjaśnienie zapisane małym druczkiem i coś zaskoczyło w mojej głowie. W końcu pojęłam, że była to kwestia rejestru uprzejmości, a nie innego kontekstu czy czasu. Język ten miał tyle sposobów komplikowania wypowiedzi zależnie od szacunku, jaki wypadało okazać, że cały czas potykałam się o kolejne, nowo odkrywane poziomy rejestru. Napawała mnie nadzieją myśl o tym, jak kulturalny i miły musi być naród, do którego zmierzamy. Uniosłam spojrzenie znad księgi i podzieliłam się tym przemyśleniem z Faustem. Kapitan z czasem nauczył się już kompletnie ignorować moje dialogi z duchem, które brał za trening wymowy albo po prostu głośne myślenie i gadanie do samej siebie. Przerwał skrobanie w rucie i zmarszczył brwi.
- Z tego, co wiem, oni sobie paniują i honorują, ale ten cały Nihon to jedna okrutna zagadka.
- Okrutna?
- Podobno palą swoich wrogów żywcem. Żadnych jeńców! Masowe ognisko, wyobraź sobie!
- A jak to się różni w okrucieństwie od masowych przesłuchań i egzekucji oskarżonych o czary kobiet?
Fausto przetrawił chwilę ten fakt, po czym wybuchł śmiechem.
- Sugerujesz, że Kościół to tacy trochę nasi barbarzyńcy?
- ...Tego nie powiedziałam...
- I masz szczęście, bo po obrazie Kościoła to już w ogóle bym ci nie pomógł, pomiocie diabelski! - fuknął Sebastion.
- Ale podoba mi się ta myśl. Fakt jest taki, że każdy człowiek to po prostu zwierzę, tyle że czasem inaczej ubrane.
Zgodziłam się z nim. On był tego w końcu doskonałym przykładem.
Krótką drzemkę przerwało nam silne szarpnięcie okrętu. Álvares wybiegł na pokład; według jego ruty powinniśmy być już tuż-tuż.
Miotało mną w kajucie tak bardzo, że postanowiłam na własne oczy zobaczyć, co się dzieje, i powoli, trzymając się po drodze czego tylko się dało, wypełzłam na górę. Zaczęło zalewać nawet górny pokład. Załoga biegała wokół w gorączce, próbując przekrzyczeć szum fal. Stanęłam w końcu przy dziobie, cała przemoczona, i zrozumiałam, co się dzieje: prąd morski podczas burzy pchał nas ku ciemności, pośród raf, które ledwo dało się dostrzec. Przy tym wietrze szczerze wątpiłam, byśmy mogli wymanewrować z tego w całości. Pozostawało nam mieć tylko nadzieję, chociaż kapitan Álvares zachowywał się, jakby to on panował nad morzem, a nie odwrotnie.
Morze postanowiło dość okrutnie przypomnieć mu o układzie sił w tej relacji.
Po wyminięciu pierwszych niskich skał kapitan nie zdążył nawet odetchnąć: Esperança płynęła prosto na strzeliste rafy, o które rozbijały się wysokie fale. Wraz z bosmanem i drugim pilotem walczył z kołem, by postawić statek bokiem i wykorzystać niewielki przesmyk. Woda brutalnie zalała znowu pokład i przemknęła, zabierając ze sobą jednego z majtków prosto w morskie odmęty.
- Pompy! Schnell! - wydarł się bosman.
Deszcz siekł Fausta po twarzy tak bardzo, że ledwo co widział. Statek zaskrzypiał, próbując zmienić kierunek mimo wiatru i silnego prądu, jakby morze postawiło sobie za cel zatopienie tej denerwującej drewnianej łupiny unoszącej się na jego powierzchni. Trzymałam się kurczowo poręczy, przeklinając w duchu, że nie jestem jakąś wodną wiedźmą, syreną czy innym wodnikiem. Fausto spojrzał na mnie jak na ostatnią deskę ratunku. Może miał nadzieję, że nagle ujawnię wszechmoc magii, rozświetlę mrok nocy i poprowadzę ten statek ku spokojnym wodom? Pokręciłam tylko przecząco głową.
Statek zadrżał, szorując dnem o skały. Poręcz wymknęła mi się z rąk i rąbnęłam w coś plecami. Próbowałam się jeszcze czegoś chwycić, pamiętam wyciągniętą w moim kierunku dłoń przerażonego Portugalczyka, który puścił ster i krzyknął moje imię, nie zważając na to, że koło mogło się wyrwać jego pomocnikom.
A dalej pamiętam tylko morze.
Ocknęłam się w pomieszczeniu. Niewielkim, prawie pustym. Przez papierową ściankę do środka dostawało się łagodnie rozproszone światło. Ale wiesz, co było najprzyjemniejsze?
W tym pomieszczeniu było sucho.
Uniosłam się i, jak tylko zauważyłam posiłek obok, bez zastanowienia rzuciłam się na jedzenie. Marynowane warzywa i ryż smakowały mi niczym ambrozja... to jest: prawdziwa uczta. Usiadłam na brzegu futonu i pogłaskałam stopą matę tatami, notując w głowie, jak wyglądają. Znałam to słowo, ale nigdy nie potrafiłam sobie ich wyobrazić. Prawie podskoczyłam, kiedy w progu pojawiła się wyniosła kobieta w obwiązanej pasem szacie, z długimi, lejącymi się rękawami.
- Obudziła się - rzuciła przez ramię. - Przygotujcie jej kąpiel, cuchnie jak pies.
Zamrugałam z niedowierzaniem. Chociaż miałam wrażenie, że mój mózg pracuje z opóźnieniem, to słowa rzeczywiście scalały się w całość. Wprawdzie inaczej wyobrażałam sobie ten akcent, w końcu duch jezuity zaciągał po portugalsku, ale wydawało mi się, że pojęłam sens. Japonka nie przejęła się moją miną i wskazała puste miseczki, które jedna służka zaczęła gorączkowo zbierać. Po chwili kobieta skinęła na drugą służkę za sobą.
- KĄPIEL. PÓJDŹ ZA NIĄ - prawie wykrzyczała, zupełnie, jakby człowiek nieznający języka miał dzięki temu zrozumieć lepiej.
Nie spodziewała się jednak, że ja ją faktycznie rozumiem.
Wstałam chwiejnie, a jak tylko złapałam równowagę, powiedziałam na tyle pewnie, na ile potrafiłam:
- Arigat?, ok?sama. Rzeczywiście cuchnę jak pies. - Ukłoniłam się głęboko.
Japonka zmierzyła mnie wzrokiem. Z premedytacją nazwałam ją panią domu, i to używając najbardziej uprzejmościowej formy, choć nie miałam pojęcia, czy ta kobieta nawet nią jest. Pochlebstwa przecież działają w każdej kulturze.
- Czemu nikt mi nie powiedział, że ta barbarzynka rozumie naszą mowę? - fuknęła do tyłu na służkę, która odruchowo się skuliła. Poczułam ukłucie w sercu. Przecież kobieta zdawała sobie teraz sprawę, że zrozumiem, gdy nazywa mnie barbarzynką. Robiła to z premedytacją.
- Cały czas spała, my nie wiedzieliśmy...
- Milczeć! - ucięła sucho kobieta. - Jestem Sayo i służba podlega tu mnie. Mam wątpliwy zaszczyt gościć cię aż do pojawienia się czcigodnego daimy?, który zdecyduje, co z tobą zrobić. Do tego czasu możesz korzystać z naszej gościny, chociaż nie wolno ci opuszczać terenu zamku Sekiyado. A najlepiej tego pomieszczenia w bocznym pawilonie. Rozumiemy się?
Nie przypominałam sobie, żeby Sekiyado widniało na mapie, którą miałam okazję studiować setkę razy podczas długich wieczorów w kajucie z chrapiącym kapitanem. Nie miałam gwarancji, że była wystarczająco szczegółowa, ale założyłam wtedy, że to mniejsza miejscowość, skoro nie została uwzględniona przez jezuitów.
Oczywiście, że się myliłam. Sekiyado to ośrodek graniczno-handlowy, a jezuici takimi się zbytnio nie interesowali. Zupełnie jakby nawracanie kupców i robotników ujmowało im godności.
- Wszystko rozumiem. Dziękuję za gościnę - wydusiłam z siebie i dygnęłam, na co Japonka się skrzywiła. No tak. Kobiece dygnięcia powinnam była zostawić za sobą na Starym Kontynencie.
Sayo zmrużyła oczy i zmierzyła mnie wzrokiem po raz kolejny, od góry do dołu. Mogłabym przysiąc, że oceniała, jak długo będzie w stanie mnie znosić. Tutaj chociaż mogłam znaleźć z nią nić porozumienia: i ja, i ona nie chciałyśmy, żebym tu została.
Kobieta ulotniła się z gracją wraz z jedną ze służek, a druga się ukłoniła, oczekując, aż podążę za nią. Wyprowadziła mnie z pawilonu wąskim korytarzem na plac rozświetlony ledwie kilkoma wiszącymi latarniami. Po przekroczeniu wewnętrznej bramy bocznymi przejściami dotarłyśmy do części kobiecej zamku. Cisza koiła moje zmysły. Mimo wszechobecnego drewna i papieru, które przecież nie mogły zbyt dobrze tłumić hałasu, zamek wydawał się pogrążony w magicznym śnie. A być może po kilku latach niewoli wymieszanej ze skrzypieniem statku wszystko teraz wydawało się luksusem?
Tej nocy zadziwiło mnie wiele rzeczy, a jedną z nich na pewno było japońskie podejście do kąpieli. Od wejścia w twarz uderzył mnie gorąc i intensywny zapach cedru. Odruchowo przysłoniłam oczy, bo nie mogłam nic zobaczyć przez kłęby pary; służka wskazała mi niewielki stołek obok ogromnej balii. Podeszłam więc i zaczęłam się rozbierać, na co zganiła mnie z chichotem i sama przejęła inicjatywę. Z niedowierzaniem patrzyłam, jak znikają ze mnie kolejne warstwy zatęchłych ubrań. Skrzyżowałam ramiona, osłaniając piersi. Spośród kłębów wyłoniła się kolejna służka, jeszcze młodsza niż moja tymczasowa opiekunka. Kobiety wymieniły pełne politowania spojrzenia.
***
- Wasi ludzie nie przepadają za myciem? - zapytała nieśmiało Yuki. Siedziała ze skrzyżowanymi nogami, wpatrzona w Magdalenę.
Wiedźma zaśmiała się w głos.
- Owszem, standardowa higiena Europejczyka pozostawia trochę do życzenia, ale nie to dziwiło mnie najbardziej.
- Nie podgrzewaliście wody?
- Bogaty to i wodę mógł podgrzać, i to na zawołanie. Ale nie, nie o to mi chodziło, kiedy mówiłam, że zadziwiłam się tą kąpielą. Po pierwsze: obmywanie przed samym wejściem do balii czy onsenu.
Yuki rozszerzyła oczy.
- To wy wchodzicie do wody tak o, brudni? I potem w tym siedzicie?!
"Wy". Przez głowę wiedźmy przemknęła myśl, że po tylu latach wciąż jest postrzegana jako ktoś z zewnątrz. Tyle zrobiła. Tyle dokonała. A i tak Yuki, chociaż bez złych intencji, widziała w Magdalenie kogoś odmiennego. A przecież sama uczyła tego szkraba kaligrafować znaki...
Wiedźma w końcu przytaknęła.
- I do tego kąpiel po prostu wzbudziła we mnie wstyd. Stałam tam, zupełnie naga, ledwie przebudzona po wyrwaniu się ze szponów samej śmierci...
- Ciężko mi sobie wyobrazić Renę-samę zawstydzoną - rzuciła zamyślona Yuki.
Magdalena Falk westchnęła. Faktycznie, w porównaniu z dzisiejszą sobą wtedy wydawała się tak delikatna... Może i była po przejściu przez jedną z największych mordowni wiedźm, jakie istniały na tym padole, pozbawiona zaufania i nadziei, ale wciąż pozostawała delikatna.
***
Po zapakowaniu do balii udało mi się doprosić chociaż o to, żeby służki dały mi trochę przestrzeni i poczekały przy drzwiach, chociaż za nic w świecie nie chciały wyjść z pomieszczenia. Po jakimś czasie pozwoliły sobie na cichą rozmowę, a ja nasłuchiwałam z przejęciem, jakby miało od tego zależeć moje życie. Tak, siedziałam w ciepłej kąpieli. Ba, gorącej kąpieli. Jednak cały czas pozostawałam świadoma zagrożenia. Nie byłam głucha na to, że określają mnie nagaremono, "przybłędą", a także barbarzynką zza morza. Byłam świadoma tego, jak pozbywano się chrześcijan z Japonii w ostatnich latach. Wiedziałam, że muszę stanąć na rzęsach, by wyjść z tego pałacu z głową dalej przyczepioną do karku. Chociaż Japończycy, o ironio, podobno woleli chrześcijan krzyżować...
Po owinięciu mnie w bawełniane kosode zostałam przekazana w inne ręce. I to właśnie kolejny element, który mnie zaskoczył.
Od razu ukłoniłam się w pas dziewczynie, która miała mnie odprowadzić do mojego pawilonu. Nie wiedziałam, czy wypada tak witać służbę, ale w razie czego wolałam zastosować więcej grzeczności, niż trzeba, zamiast wyjść na buca. Pozostałe służki zdążyły się już ulotnić. I dobrze. Bo jak tylko się wyprostowałam, z mojego gardła prawie wydobył się krzyk. Na szczęście w porę zatkałam sobie usta.
Przede mną stała drobniutka dziewczyna o trójkątnej, nieskazitelnej twarzyczce i cerze tak porcelanowej, że prawie prześwitywała. Kanon japońskiego piękna, pomyślałabyś. Szkopuł w tym, że jej złote oczy aż błyszczały, a na głowie...
Sterczały futrzaste uszy. Białe, lisie uszy.