II
ZŁE WIEŚCI
Ależ oczywiście, że nie mam ci tego za złe, Klaro! - powiedziała Adrienne, nerwowo przeczesując włosy. - Zrobiłaś to, co uznałaś za słuszne. Nie mogliście ryzykować. Rozumiem twój strach. Oczywiście, jedźcie na dworzec, do zobaczenia w domu!
To rzekłszy, Adrienne odłożyła słuchawkę na widełki i westchnęła ciężko. Siedzący na łóżku Edward spojrzał na nią pytająco. Założyła kilka niesfornych pasm włosów za ucho i popatrzyła z rezygnacją na męża.
- Klara dzwoniła - wyjaśniła. - Są z Franzem i dziećmi na dworcu, zaraz mają pociąg do Wiednia.
- Boją się?
- Tak. Przepraszam cię za nią, wiem, że ci zależało, żeby ktoś bliski zobaczył ten spektakl, ale co ja poradzę... Oboje bardzo boją się o dzieci, nie chcieli tu zostać w takiej sytuacji.
Było jej tak przykro, że rodzina, która specjalnie przyjechała do Genewy, by obejrzeć występ jej męża, jednak się nie pojawi na spektaklu. Edward zasługiwał na to, żeby wszyscy go podziwiali.
- Nie martw się, Adrienne - odparł i podszedł do żony.
Otoczył ją czule ramionami i przycisnął do swojej szerokiej klatki piersiowej. Przez cienki materiał jego koszuli wyczuwała wystające żebra męża. Nie podobała jej się jego chudość. Czasem miała wrażenie, że Edward zaraz zemdleje z głodu.
- Jak mam się nie martwić? To przecież dla ciebie takie ważne...
- Dostałem właśnie wiadomość, że ze względów bezpieczeństwa i z szacunku do cesarzowej dzisiaj nie wystąpię. Premiera została przełożona na jutro. Ten wieczór możemy spędzić tylko we dwoje. - Uśmiechnął się do żony znacząco. - Bardzo na to czekałem, a że twoja kuzynka już pojechała, to...
- Przepraszam, ale chyba nie mam ochoty - westchnęła i usiadła na łóżku.
Rozłożyła się w miękkiej pościeli i wciągnęła w nozdrza zapach perfum rozchodzący się po pokoju. Chciała choć przez chwilę po prostu poleżeć i pooddychać swobodnie, niczego nie robiąc. Brakowało jej takiej chwili wytchnienia w Wiedniu, gdzie ciągle czymś się zajmowała.
Edward ułożył się na łóżku obok niej. Oparł głowę na jej piersi i westchnął z zadowoleniem. Jego rude włosy połaskotały ją w nos. Kichnęła głośno, wywołując tym napad śmiechu u męża.
- Przestań mnie łaskotać, to nie będę kichać - powiedziała.
- Będę, póki mi nie powiesz, dlaczego odmawiasz mężowi.
Wiedziała, że żartował, ale poczuła się tak, jakby jej serce przeszył ostry sztylet. Podniosła się na łokciach i odwróciła wzrok. Wstydziła się spojrzeć na Edwarda.
- Wiesz, dlaczego nie mam ochoty - wymamrotała.
- Och, Adrienne... Musimy jeszcze próbować.
Podniósł się i objął ją mocno. Pozwoliła mu się przytulić i przycisnęła głowę do jego piersi. Pragnęła ukryć się w jego ramionach, by nie musieć się mierzyć z bolesną rzeczywistością, w której codziennie się budziła.
- Musimy próbować do skutku - szepnął.
- A co, jeśli nawet codzienne próby na nic się nie zdadzą? Ja nie chcę tak cierpieć. Nie chcę co miesiąc modlić się, bym tym razem nie miała krwawienia, a potem znów się rozczarować i płakać przez tydzień. Nie mogę już tego znieść, Edwardzie.
Przesunął dłoń na jej policzek i zaczął ocierać łzy. Nawet nie zauważyła, że płacze, ale było jej to już obojętne. Mąż patrzył na nią uważnie swymi przeszywająco błękitnymi oczyma. Próbował skłonić ją do uśmiechu, ale było jej jeszcze bardziej przykro.
Naprawdę chciała mieć dziecko, a fakt, że przez tyle lat jej się to nie udawało, wzbudzał w niej poczucie klęski. Nie uważała nigdy, że urodzenie potomstwa decyduje o wartości kobiety, ale teraz brak dzieci sprawiał, że nie czuła się kompletna. Jej miłość nie mogła się w pełni urzeczywistnić, bo nie wydała owoców. A tylko tego pragnęła.
- Adrienne, musimy wierzyć, że nam się uda. Czasem ludzie przez wiele lat nie mają dzieci, a potem im się udaje.
- Ale ja... Pomyśl tylko. Jesteśmy razem dziewięć lat i nigdy nie zaszłam w ciążę. Wolałabym już chyba poronić, bo wiedziałabym chociaż, że kiedyś mogę mieć następne dziecko.
- Kochanie, nie mów takich rzeczy. Nie przeżyłabyś tego bólu.
Wiedziała, że miał rację. Nie wyobrażała sobie, jak ogromny ból musiały znosić matki, które cieszyły się na przyjście dzieci na świat, a potem je traciły. Chyba pękłoby jej wtedy serce. Ale przynajmniej zyskałaby świadomość, że może mieć dziecko, a tak mogła tylko karmić się złudzeniami.
- Edwardzie, byłam żoną Jeana przez dwa lata i nie zaszłam w ciążę. Wtedy zrzucałam to na karb jego częstych nieobecności, tych wszystkich wyjazdów do Algierii. Czasem nie było go w domu po dwa, trzy miesiące, uważałam więc, że brak dziecka jest naturalny, bo nigdy mnie ze sobą nie zabierał. Ale my... jesteśmy małżeństwem od dziewięciu lat, to za długo, żebyśmy mogli już liczyć na cud. A i ja już nie będę młodsza.
- Adrienne, sł... - zaczął, lecz nie pozwoliła mu dokończyć.
- A Klara... Ona nigdy nie chciała mieć dzieci, a ma dwójkę, a kto wie, może w tajemnicy pozbyła się kolejnej ciąży... Wiem, że nie powinnam tak mówić, bo bardzo ją kocham, ale czasem jestem taka zazdrosna o to, że bez żadnych problemów urodziła dwoje, chociaż zawsze powtarzała, że nie chce dziecka, a ja... To takie niesprawiedliwe!
Nie powstrzymywała już łez. Spływały ciurkiem po jej policzkach, rozmazując puder, który nałożyła przed wyjściem do opery. Czuła się coraz gorzej. Nie przypuszczała, że podczas wyjazdu mającego być oderwaniem od kłopotów dnia codziennego i spełnieniem marzeń Edwarda odezwą się jej demony.
- Idź się umyć i pójdziemy spać - rzekł z troską. - Proszę cię, kochanie. To był trudny dzień.
- Jesteś taki cudowny i dobry, a ja nawet nie potrafię ci dać dziecka...
- Nie mów tak. Kocham cię, bo jesteś cudowną, pełną życia kobietą, która sprawia, że mam ochotę budzić się każdego dnia i stawać lepszym. Kocham cię dla ciebie samej, a nie dlatego, że mogłabyś mi urodzić dziecko. Kocham cię, bo jesteś jedyną osobą znoszącą wszystkie moje humory, a także godziny, które spędzam wśród tancerek, nigdy nie jesteś zazdrosna i zawsze służysz mi dobrym słowem. Pamiętaj o tym.
To rzekłszy, złożył na jej ustach czuły pocałunek. Adrienne odwdzięczyła mu się tym samym i pozwoliła, by zaniósł ją do łazienki i napuścił wody do wanny. Potem pomógł jej się umyć, bo nie miała na to siły, i zaniósł żonę do łóżka. Adrienne przytuliła się do niego i spróbowała zasnąć. Jutro będzie nowy, być może lepszy dzień.
- Boże, Franz, mam nadzieję, że Adrienne się na mnie nie obrazi - jęknęła Klara, wbijając spojrzenie w okno.
Dzieci spały już w wagonie sypialnym, lecz oni nie mieli zamiaru się kłaść. Żadne z nich nie potrafiło zmrużyć oka, zbyt przygnębione tym, co się wydarzyło.
Śmierć cesarzowej, która zdążyła jeszcze wrócić do hotelu, gdzie zmarła, zbytnio jej nie obeszła, lecz Klara martwiła się o to, że dzieci mogły paść ofiarą jeśli nie zamachu, to paniki uciekającego tłumu, który stratowałby ich czworo, w pośpiechu opuszczając plac. I chociaż byli już bezpieczni, wciąż nie mogła się pozbyć uporczywych myśli o tym, co mogło się wydarzyć, gdyby Franz nie zachował zimnej krwi.
- Przecież była bardzo miła. Adrienne to mądra kobieta, na pewno zrozumie. Poza tym Edward ma wrócić z tym spektaklem do Wiednia, prawda?
- Tak.
- No to zobaczymy go w domu - odparł miękko Franz i przycisnął ją do siebie.
Ucałował żonę czule i wsunął dłoń w jej włosy. W jego ramionach po raz pierwszy tego dnia poczuła się bezpieczna.
- Nie jest ci przykro, że już wyjeżdżamy? - zapytała.
- Trochę tak - przyznał szczerze. - Chciałem jeszcze pozwiedzać miasto i obejrzeć kilka miejsc dokładniej, ale bezpieczeństwo dzieci jest najważniejsze. No i szkoła... Boję się, co Otto mógł tam narobić. Przeraża mnie perspektywa powrotu do...
- Och, nie przesadzaj! - fuknęła. - Otto przecież nie jest aż tak nieudolny, a do tego pomaga mu ten twój Severin. Na pewno nic złego się nie stanie. Ciągle myślisz tylko o tej przeklętej szkole. Miałam nadzieję, że w czasie wyjazdu choć trochę zajmiesz się mną, ale dla ciebie najwyraźniej to szkoła jest sensem życia.
Czasem miała już dość męża. Kiedy potrzebowała od niego czułości, często wymawiał się obowiązkami i zostawiał ją samą w łóżku, po czym szedł zajmować się dokumentami. Na szczęście nie mógł ich zabrać do Genewy, miał więc czas dla Klary, lecz nie wykorzystał go tak, jak by ona sobie tego życzyła. A teraz już wracali do codziennego kieratu.
- Kochanie, wiesz przecież, że ta szkoła jest spełnieniem moich marzeń. Muszę się o nią troszczyć, jakby była moim trzecim dzieckiem. Właśnie, skoro mowa o...
- Nie - odparła ostro. - Nie chcę mieć już dzieci.
- A ja bardzo bym chciał.
- Ale to nie ty je urodzisz. Nie i koniec.
- Trzecie dziecko dobrze by ci zrobiło. Miałabyś co robić i nie wyrzucałabyś mi, że tyle czasu spędzam w szkole.
- Chyba oszalałeś - odparła z gniewem. - Wiesz dobrze, że moje ambicje nie ograniczają się do opieki nad dziećmi i spotkań towarzyskich, a przy trzecim dziecku nie miałabym czasu na nic innego. Poza tym po świętach znowu jadę koncertować do Niemiec, zapomniałeś już o tym? To dla mnie ważne.
- Ach, wybacz, gubię się już w twoich terminach.
- Przykro mi, że nie pamiętasz o rzeczach, które są dla mnie ważne.
- Pamiętam, ale przez to dzisiejsze zamieszanie nie potrafię jasno myśleć. Przepraszam, kochanie.
Klara nie odezwała się. Miała ochotę odpowiedzieć, że nawet kiedy nic złego się nie dzieje, Franz nie potrafi jasno myśleć, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Po dzisiejszych przeżyciach potrzebowała jego bliskości, nie kłótni.
Na twarzy Franza pojawił się wyraz skruchy, a serce Klary natychmiast zaczęło mięknąć. Nie potrafiła długo gniewać się na niego.
- Wybacz, moja piękna, to wszystko sprawiło, że mówię od rzeczy. Chodźmy już spać, dobrze nam to zrobi.
Klara zgodziła się z mężem. Gdy zasypiała wtulona we Franza, wypełniało ją przyjemne ciepło. Straszne wydarzenia tego dnia odeszły w niepamięć. Została tylko słodycz jego uczucia.
Uszczęśliwieni powrotem do Wiednia Weberowie pospieszyli do wyjścia z wagonu. Klara poczuła, jak powoli uchodzi z niej całe napięcie z ostatnich dni. W końcu oni i dzieci byli bezpieczni. Zaraz mieli pojechać do domu, położyć się we własnych łóżkach i wrócić do tak dobrze znanego, miłego rytmu dnia. Lubiła podróże, ale źle się czuła, oderwana od codziennych zajęć i od fortepianu, a zamartwiający się cały czas o szkołę mąż doprowadzał ją w Genewie do szału.
Zajęła się córeczką, Franz zaś poszedł wraz z Karlem rozejrzeć się za dorożką i rozdysponować bagaże. Uśmiechnęła się do małej, która świergotała o czymś uroczo, i pogłaskała jej złote kędziorki. Luisa wyglądała zupełnie jak ona sama w dzieciństwie, za to Karl był bardzo podobny do ojca. Miał jego ciemne oczy i czarne włosy, skręcające się w loki. Klara była pewna, że jej syn też kiedyś będzie kradł kobiece serca.
Szybko wyszła z Luisą z peronu i stanęła w wielkim holu, czekając na Franza. Rozglądała się za mężem, ale nigdzie go nie widziała, za to dostrzegła zmierzającego w ich stronę wysokiego blondyna, w którym rozpoznała brata.
- Klaro, jak dobrze, że przyjechaliście wcześniej! - rzekł z przejęciem, podchodząc bliżej.
Spojrzała na niego z oburzeniem. Ani "dzień dobry", ani "dobrze was widzieć"! Otto wciąż, po tylu latach, był na bakier z dobrymi manierami.
- Co się stało? Nie dzwoniłam do ciebie, abyś po nas przychodził, chciałam tylko dać znać, że jutro masz już wolne od szkoły.
Cmoknął zniecierpliwiony.
- Pal licho tę szkołę Franza! Ojciec dostał zawału.
Klara poczuła się, jakby ktoś uderzył ją w twarz. Słowa brata nie docierały do jej świadomości, wszystko wokół zdawało się rozmywać - dworcowy gwar był tylko odległym pomrukiem, a światła nagle jakby zgasły. Nawet sylwetka Franza, który zmierzał w ich stronę, wydawała się rozmyta i nierzeczywista.
- To nie może być prawda...
Otto spojrzał na nią ze współczuciem, ale i z dziwną ulgą. Jej też zrobiło się jakby lżej, choć coś boleśnie zakłuło ją w serce. Sama siebie nie rozumiała. Przecież ojciec jedynie przysparzał jej cierpień, odebrał to, co najbardziej kochała, a później się jej wyrzekł. Tak naprawdę nigdy nie doznała od niego nic dobrego, ale myśl, że nie żyje, wywołała wręcz fizyczny ból.
- Niestety...
- To niemożliwe, Ottonie, nie wierzę ci! - zawołała ze złością.
Chciała jeszcze pogodzić się z ojcem przed jego śmiercią, pokazać mu dzieci, zażegnać ten spór. Zrobić coś, by ich drogi na powrót się złączyły, choćby tylko powierzchownie. Spróbować naprawić relację, która nigdy właściwie nie istniała. Lecz było już za późno.
- Klaro...
- Jak to się stało? Przecież był zdrowy!
- Nie do końca. Przynajmniej tak mówiła babcia, wiesz dobrze, że ze mną też nie rozmawiał.
- O matko... Nie, nie, to jest jakieś...
- Co się stało, mamusiu? - zapytała Luisa.
Klara nie miała pojęcia, co jej powiedzieć. Luisa i Karl nie znali dziadka, który wyrzekł się córki i nie chciał nigdy widzieć jej potomstwa. Łamało jej to serce, bo dzieci zostały pozbawione możliwości stworzenia z kimś takiej więzi, jaką ona miała z Friedrichem, lecz z drugiej strony cieszyła się, że nie musiały znosić zachowania jej ojca.
Od odpowiedzi na pytanie córki uratowało ją pojawienie się Franza z Karlem. Chłopiec trzymał w ręce wielkiego lizaka, którego zapewne wybłagał u ojca. Klara fuknęła na ten widok. Wiedziała, że Luisa zaraz będzie się dopraszała o taki sam i zrobi awanturę o to, że została potraktowana niesprawiedliwie, a przecież od słodyczy dzieciom psuły się zęby. Franz powinien przestać je tak rozpuszczać.
- Dzień dobry, Ottonie. Jak tam w szkole? Co się stało, że tu przyszedłeś? - zaczął pytać Franz.
Klara pomyślała, że jeśli jeszcze raz usłyszy o szkole, zacznie krzyczeć na cały głos. Nie mogła już o niej słuchać.
- Nasz ojciec nie żyje. Chciałem jak najszybciej poinformować Klarę.
- Bardzo mi przykro - powiedział Franz, lecz bez przekonania.
Klara nie winiła go za to. Przecież prawie nie znał jej ojca, chyba że z jej opowieści, a w nich przedstawiała go jako diabła, którym w gruncie rzeczy był. Franz nie miał powodów, by odczuwać żal.
- Czy to znaczy, że nasz dziadek umarł? - zapytał Karl.
- Tak, synku. - Klara skinęła głową.
- To ten, co nigdy nie chciał nas widzieć? - dopytywała się Luisa.
- Tak, Lulu.
- To takie smutne... - jęknęła dziewczynka.
- Ottonie, wejdziesz do nas na kawę? Pomówimy o tym wszystkim na spokojnie.
- Nie, zajrzę do babci. Jest załamana.
- Och, ja też powinnam...
Babcia Belle musiała czuć się okropnie po kolejnej stracie. W końcu to dzieci powinny grzebać rodziców, a nie odwrotnie. Alfred może nie okazał się najlepszym synem, ale mimo wszystko był dzieckiem Belle.
- Zrobisz to jutro - odrzekł stanowczo Otto. - Na razie wróćcie do domu. Na pewno jesteście wyczerpani. Ja wszystkim się zajmę.
- Dziękuję ci, Ottonie. - Uśmiechnęła się do brata z wdzięcznością. - No to chodźmy.
Kiedy wrócili do domu, Klara położyła dzieci spać, po czym sama szybko się przebrała i wsunęła do łóżka. Po chwili Franz znalazł się obok niej. Objął ją mocno i pocałował w czoło.
- Jak się czujesz z tym wszystkim? - zapytał z troską.
- Nie wiem. Nie mam pojęcia, co powinnam czuć. Nigdy nie kochałam ojca, przysporzył mi tylko mnóstwa cierpienia, ale mimo wszystko to mój ojciec. Sama nie wiem...
- Możesz płakać, jeśli chcesz. Otrę ci łzy. - Uśmiechnął się blado.
- Jesteś cudowny, ale nie potrzeba mi tego. Teraz chyba chcę spać, a potem to wszystko przemyśleć. Bardzo źle się czuję.
- W takim razie chodźmy spać. To będą trudne dni, potrzebujesz odpoczynku.
Klara uśmiechnęła się doń z wdzięcznością. Wkrótce zapadła w płytki sen pełen koszmarów.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI