Wiedeń 1913 - Piotr Szarota

-
Proszę czekać

OSOBY

Pe­ter Al­ten­berg (1859-1919), au­striac­ki pi­sarz i po­eta, iko­nicz­na po­stać wie­deń­skiej bo­he­my, zna­na z ory­gi­nal­ne­go spo­so­bu ubie­ra­nia się i bez­kom­pro­mi­so­wych po­glą­dów na każ­dy te­mat. W 1913 koń­czy 54 lata.

Lou An­dre­as-Sa­lo­mé (1861-1937), nie­miec­ka pi­sar­ka i psy­cho­ana­li­tycz­ka, przy­ja­ciół­ka Nie­tz­sche­go i Ril­ke­go, w la­tach 1912-1913 po­bie­ra u Freu­da przy­spie­szo­ny kurs psy­cho­ana­li­zy. W 1913 koń­czy 52 lata.

Al­ban Berg (1885-1935), au­striac­ki kom­po­zy­tor, zna­ny przede wszyst­kim z oper Woz­zeckLulu, wraz z An­to­nem We­ber­nem i Ar­nol­dem Schön­ber­giem za­li­cza­ny do tak zwa­nej Dru­giej Szko­ły Wie­deń­skiej. W 1913 koń­czy 28 lat.

Her­mann Broch (1886-1951), au­striac­ki pi­sarz, słyn­ny przede wszyst­kim z try­lo­gii Lu­na­ty­cy, je­den z naj­wy­bit­niej­szych przed­sta­wi­cie­li mo­der­ni­zmu. W 1913 koń­czy 27 lat i de­biu­tu­je jako po­eta.

Elias Ca­net­ti (1905-1994), pi­sarz, lau­re­at li­te­rac­kiej Na­gro­dy No­bla w 1981. Swój po­byt w Wied­niu w la­tach 1913-1919 opi­sał w książ­ce Oca­lo­ny ję­zyk. W 1913 koń­czy 8 lat.

Ri­chard Co­uden­ho­ve-Ka­ler­gi (1894-1972), au­striac­ki po­li­tyk, twór­ca idei zjed­no­cze­nia Eu­ro­py "od Pol­ski po Por­tu­ga­lię", pra­wnuk Ma­rii Ka­ler­gis (uko­cha­nej Nor­wi­da). W 1913 koń­czy 19 lat.

Al­bert Ein­ste­in (1879-1955), lau­re­at Na­gro­dy No­bla w 1921, je­den z naj­wy­bit­niej­szych fi­zy­ków XX wie­ku. W 1913 koń­czy 34 lata, we wrze­śniu ma wy­stą­pie­nie na kon­fe­ren­cji w Wied­niu.

Zyg­munt Freud (1856-1939), twór­ca psy­cho­ana­li­zy. W 1913 koń­czy 57 lat, w tym roku roz­sta­je się z jed­nym ze swo­ich naj­wy­bit­niej­szych uczniów, Car­lem Gu­sta­vem Jun­giem, pu­bli­ku­je też swo­ją pra­cę z po­gra­ni­cza psy­cho­lo­gii i an­tro­po­lo­gii spo­łecz­nej To­tem i tabu.

Frie­drich Hay­ek (1899-1992), je­den z naj­bar­dziej zna­nych eko­no­mi­stów XX wie­ku, go­rą­cy zwo­len­nik li­be­ra­li­zmu go­spo­dar­cze­go, lau­re­at Na­gro­dy No­bla w dzie­dzi­nie eko­no­mii (1974). W 1913 koń­czy 14 lat.

Adolf Hi­tler (1889-1945), uro­dzo­ny w Au­strii dyk­ta­tor i zbrod­niarz wo­jen­ny, w la­tach 1907-1913 prze­by­wał w Wied­niu. W 1913 koń­czy 24 lata.

Franz Kaf­ka (1883-1924), uro­dzo­ny w Pra­dze le­gen­dar­ny pi­sarz nie­miec­ki. W 1913 trzy­dzie­sto­let­ni Kaf­ka pu­bli­ku­je swo­je pierw­sze kaf­kow­skie utwo­ry: Pa­la­czaWy­rok; Wie­deń od­wie­dza pod­czas po­dró­ży służ­bo­wej.

Oskar Ko­ko­sch­ka (1886-1980), pre­kur­sor eks­pre­sjo­ni­zmu, wy­bit­ny ma­larz au­striac­ki, tak­że au­tor eks­pre­sjo­ni­stycz­nych dra­ma­tów. W la­tach 1912-1914 zwią­za­ny z wdo­wą po wie­deń­skim kom­po­zy­to­rze Gu­sta­vie Mah­le­rze, Almą. W 1913 koń­czy 27 lat.

Bro­ni­sła­wa (Bron­cia) Kol­ler (1863-1934), uro­dzo­na w Sa­no­ku, au­striac­ka ma­lar­ka zwią­za­na z wie­deń­ską Se­ce­sją. W 1913 koń­czy 50 lat; jest uwa­ża­na za jed­ną z naj­wy­bit­niej­szych ar­ty­stek tam­te­go cza­su.

Karl Kraus (1874-1936), au­striac­ki pu­bli­cy­sta i dra­ma­turg, kil­ka­krot­nie no­mi­no­wa­ny do li­te­rac­kiej Na­gro­dy No­bla. Wy­da­je sa­ty­rycz­no-in­te­lek­tu­al­ne pi­smo "Die Fac­kel", któ­re czy­ta "cały Wie­deń". W 1913 koń­czy 39 lat.

Alma Mah­ler-We­rfel (1879-1964), wdo­wa po kom­po­zy­to­rze Gu­sta­vie Mah­le­rze, zna­na jako wie­deń­ska muza i fem­me fa­ta­le, mniej jako kom­po­zy­tor­ka, któ­rą tak­że była. W 1913 koń­czy 34 lata, zwią­za­na jest wte­dy z Oska­rem Ko­ko­sch­ką.

Rosa May­re­der (1858-1938), czo­ło­wa au­striac­ka pi­sar­ka fe­mi­ni­stycz­na, w 1913 pra­cu­je nad książ­ką Ge­schlecht und Kul­tur, któ­ra ma być jej od­po­wie­dzią na słyn­ny be­st­sel­ler Ot­to­na We­inin­ge­ra. W 1913 koń­czy 55 lat.

Ro­bert Mu­sil (1880-1942), je­den z naj­wy­bit­niej­szych pi­sa­rzy XX wie­ku, au­tor nie­ukoń­czo­ne­go cy­klu po­wie­ścio­we­go Czło­wiek bez wła­ści­wo­ści, roz­gry­wa­ją­ce­go się w Wied­niu w la­tach 1913-1914. W 1913 koń­czy 33 lata, jest już zna­ny jako au­tor Nie­po­ko­jów wy­cho­wan­ka Tör­les­sa.

Karl Pop­per (1902-1994), uro­dzo­ny w Wied­niu fi­lo­zof na­uki, od 1937 na emi­gra­cji, naj­pierw w No­wej Ze­lan­dii, po­tem w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Wpro­wa­dził za­sa­dę fal­sy­fi­ko­wal­no­ści jako me­to­dę de­mar­ka­cyj­ną w na­uce; nie­fal­sy­fi­ko­wal­na, a za­tem nie­nau­ko­wa była we­dług nie­go psy­cho­ana­li­za. W 1913 koń­czy 11 lat.

Ta­de­usz Rit­t­ner (1873-1921), pol­ski dra­ma­turg, pu­bli­cy­sta i po­wie­ścio­pi­sarz osia­dły w Wied­niu, pi­sze w dwóch ję­zy­kach, jego sztu­ki gra­ne są w Pol­sce, w Au­strii i w Niem­czech. W 1913 koń­czy 40 lat.

Egon Schie­le (1890-1918), czo­ło­wy przed­sta­wi­ciel au­striac­kie­go eks­pre­sjo­ni­zmu, pro­te­go­wa­ny Gu­sta­va Klim­ta. W 1913 koń­czy 23 lata.

Ar­thur Schnit­zler (1862-1931), au­striac­ki pi­sarz i dra­ma­turg, czo­ło­wy przed­sta­wi­ciel wie­deń­skie­go mo­der­ni­zmu. W 1913 koń­czy 51 lat.

Ar­nold Schön­berg (1874-1951), je­den z naj­bar­dziej zna­nych kom­po­zy­to­rów XX wie­ku, pre­kur­sor mu­zy­ki ato­nal­nej, na­uczy­ciel Ber­ga i We­ber­na. W 1913 koń­czy 39 lat.

Jó­zef Sta­lin, czy­li Io­sif Wis­sa­rio­no­wicz Dżu­gasz­wi­li (1878-1953), so­wiec­ki dyk­ta­tor, w okre­sie po­prze­dza­ją­cym pierw­szą woj­nę świa­to­wą je­den z ulu­bień­ców Le­ni­na, któ­ry w stycz­niu 1913 wy­sy­ła go do Wied­nia.

Ber­tha von Sut­t­ner (1843-1914), au­striac­ka pi­sar­ka, czo­ło­wa po­stać ru­chu pa­cy­fi­stycz­ne­go (po­ko­jo­wa Na­gro­da No­bla w 1905). W 1913 koń­czy 70 lat.

Ka­rol Szy­ma­now­ski (1882-1937), je­den z naj­więk­szych pol­skich kom­po­zy­to­rów, w la­tach 1911-1914 miesz­ka w Wied­niu wraz z dy­ry­gen­tem Grze­go­rzem Fi­tel­ber­giem. W 1913 koń­czy 31 lat.

Georg Trakl (1887-1914), naj­wy­bit­niej­szy au­striac­ki po­eta eks­pre­sjo­ni­stycz­ny, w 1913 koń­czy 26 lat, uka­zu­je się wte­dy pierw­szy zbiór jego po­ezji.

Lew Troc­ki, czy­li Lew Da­wi­do­wicz Bron­ste­in (1879-1940), ro­syj­ski re­wo­lu­cjo­ni­sta, je­den z twór­ców ZSRR, w póź­niej­szym okre­sie opo­nent Sta­li­na, na jego roz­kaz za­mor­do­wa­ny. W 1913 jako trzy­dzie­stocz­te­ro­la­tek jest już zna­nym i uta­len­to­wa­nym pu­bli­cy­stą, w Wied­niu prze­by­wa do wy­bu­chu woj­ny.

An­ton von We­bern (1883-1946), au­striac­ki kom­po­zy­tor za­li­cza­ny do tak zwa­nej Dru­giej Szko­ły Wie­deń­skiej. W 1913 koń­czy 30 lat.

Lu­dwig Wit­t­gen­ste­in (1889-1951), je­den z naj­więk­szych fi­lo­zo­fów XX wie­ku, w 1912 roz­po­czy­na stu­dia w Cam­brid­ge pod kie­run­kiem Ber­tran­da Rus­sel­la. W grud­niu 1912 przy­jeż­dża do Wied­nia w związ­ku z cho­ro­bą ojca. W 1913 koń­czy 24 lata.

Ste­fan Zwe­ig (1881-1942), pi­sarz au­striac­ki, zna­ny przede wszyst­kim z opo­wia­dań i no­wel (Amok, No­we­la sza­cho­wa, 24 go­dzi­ny z ży­cia ko­bie­ty). W 1913 koń­czy 32 lata.

P o n a d t o   w y s t ę p u j ą   d u c h y:

zmar­łe­go w 1911 wy­bit­ne­go kom­po­zy­to­ra i dy­ry­gen­ta Gu­sta­va Mah­le­ra

oraz nie­ży­ją­ce­go od 1903 fi­lo­zo­fa Ot­to­na We­inin­ge­ra, au­to­ra czy­ta­ne­go w ca­łej Eu­ro­pie be­st­sel­le­ru Płeć i cha­rak­ter.

Styczeń

1

"W Wied­niu jest ja­kaś bier­na, uśmiech­nię­ta go­ścin­ność. Nie robi na po­zór nic, żeby czło­wie­ko­wi było tu do­brze [...]. Ot tam są ho­te­le... je­śli masz pie­nią­dze - tam Pra­ter... je­śli masz hu­mor - tu dużo ład­nych dziew­cząt, je­śli masz szczę­ście. Rób co chcesz, albo nie rób nic. Po­do­ba ci się? To nic dziw­ne­go [...]. Nie po­do­ba się? Mój ko­cha­ny, jest pół tu­zi­na dwor­ców... Mo­żesz po­je­chać na pół­noc albo na po­łu­dnie, gdzie ze­chcesz [...]".

Tak wła­śnie prze­szło sto lat temu re­kla­mo­wał Wie­deń dra­ma­turg i pu­bli­cy­sta Ta­de­usz Rit­t­ner. Ka­rol Szy­ma­now­ski chy­ba my­ślał po­dob­nie. Tra­fił tu w maju 1911 nie z Ga­li­cji, ale z roz­świe­tlo­nej słoń­cem Tao­r­mi­ny. Pierw­sza wy­pra­wa na Sy­cy­lię mia­ła po­zo­stać w nim na dłu­go, to wła­śnie wte­dy zdał so­bie w koń­cu spra­wę, że ko­bie­ty nig­dy nie będą jego pa­sją. Na iro­nię za­kra­wa więc, że wła­śnie w Wied­niu Szy­ma­now­ski wdał się w tak nie­ty­po­wy dla sie­bie ro­mans z czter­na­sto­let­nią Dag­mar, cór­ką zna­ne­go pia­ni­sty Le­opol­da Go­dow­skie­go. Ko­kie­te­ryj­na Dag­mar zro­bi­ła zresz­tą spo­re wra­że­nie tak­że na Ar­tu­rze Ru­bin­ste­inie: "po­dob­na była do per­skiej mi­nia­tu­ry [...] - pi­sał z wy­raź­nym roz­ma­rze­niem - cięż­kie czar­ne war­ko­cze, oczy w kształ­cie mig­da­łów, ład­ny no­sek, peł­ne kształt­ne war­gi spra­wia­ły, że jak na swo­je lata wy­glą­da­ła po­waż­nie [...]". Męż­czyź­ni za­czę­li wkrót­ce ry­wa­li­zo­wać o wzglę­dy dziew­czyn­ki, któ­ra jed­ne­go po­cią­ga­ła za­pew­ne swo­ją nie­win­ną jesz­cze ko­bie­co­ścią, dru­gie­go an­dro­gy­nicz­nym wdzię­kiem, a wszyst­ko skoń­czy­ło się, tak jak mu­sia­ło: ma­łym skan­da­lem.

Choć sto­sun­ki Ka­ro­la z ro­dzi­ną Go­dow­skich gwał­tow­nie ochło­dły, nie mógł chy­ba na­rze­kać na brak po­wo­dze­nia. Był przy­stoj­nym męż­czy­zną o wiel­kim oso­bi­stym uro­ku i wy­ra­fi­no­wa­nej ele­gan­cji. Wspo­mi­na­jąc go, Anna Iwasz­kie­wicz, żona Ja­ro­sła­wa, któ­ry był ku­zy­nem Szy­ma­now­skie­go, pi­sze o "sub­tel­nym uśmie­chu mi­ster­nie za­ry­so­wa­nych ust" i in­ten­syw­nym spoj­rze­niu wiel­kich sza­fi­ro­wych oczu. Wit­ka­cy, któ­ry znał Szy­ma­now­skie­go do­brze i por­tre­to­wał go kil­ka­krot­nie, na­bi­jał się jed­nak z jego ma­nie­rycz­ne­go spo­so­bu mó­wie­nia, pi­sząc, że ma "gło­sik me­ta­fi­zycz­ne­go wład­cy kra­iny ja­kichś hi­per­efe­bów nie z tego świa­ta".

Do Wied­nia przy­je­chał Szy­ma­now­ski z przy­ja­cie­lem Grze­go­rzem Fi­tel­ber­giem, któ­ry przy­mie­rzał się do ob­ję­cia po­sa­dy dy­ry­gen­ta w pre­sti­żo­wej Ho­fo­per, gdzie dy­rek­to­rem jesz­cze tak nie­daw­no był Gu­stav Mah­ler. Swo­je zna­ko­mi­te za­ko­twi­cze­nie w wie­deń­skiej rze­czy­wi­sto­ści obaj za­wdzię­cza­li w du­żym stop­niu księ­ciu Wła­dy­sła­wo­wi Lu­bo­mir­skie­mu, któ­ry był nie tyl­ko hoj­nym me­ce­na­sem, ale rów­nież wiel­kim mi­ło­śni­kiem mu­zy­ki. Ko­chał ją mi­ło­ścią pra­wie tak wiel­ką, jak wy­ści­gi kon­ne, a co cie­ka­we, tak­że tro­chę kom­po­no­wał, choć za­wsze pod pseu­do­ni­mem. Dzię­ki wspar­ciu "Wła­dzia", jak go mię­dzy sobą na­zy­wa­li, od 1912 mo­gli miesz­kać w eks­klu­zyw­nym, pię­cio­po­ko­jo­wym apar­ta­men­cie przy Al­le­gas­se 4 (dziś Pe­ni­gl­gas­se 4-6), w sa­mym ser­cu Wied­nia, na­prze­ciw bocz­ne­go wej­ścia do Karl­skir­che.

Choć wię­cej dzia­ło się wte­dy w Ber­li­nie i w Pa­ry­żu, Wie­deń był jed­nak nu­me­rem trze­cim w ran­kin­gu mu­zycz­nych sto­lic. Szy­ma­now­ski po­znał tu nowe prą­dy i lu­dzi, któ­rzy po­mo­gli mu tro­chę w ka­rie­rze. Jed­nym z jego ser­decz­nych przy­ja­ciół zo­stał Franz Schre­ker, do­bry zna­jo­my Schön­ber­ga i Ber­ga, przez chwi­lę też ko­cha­nek Almy Mah­ler. W 1913 star­szy od Szy­ma­now­skie­go o czte­ry lata Schre­ker, któ­ry ob­jął wła­śnie pro­fe­su­rę w Wie­deń­skiej Aka­de­mii Mu­zycz­nej, był już w Wied­niu po­sta­cią zna­ną, choć do­pie­ro w la­tach dwu­dzie­stych zy­skał sła­wę jed­ne­go z naj­więk­szych kom­po­zy­to­rów ope­ro­wych. Szy­ma­now­ski ki­bi­co­wał mu wier­nie od 1911, był więc już świad­kiem wzlo­tów i po­ra­żek przy­ja­cie­la. W mar­cu wy­bio­rą się z Fi­tel­ber­giem na pra­pre­mie­rę ope­ry Das Spiel­werk und die Prin­zes­sin, któ­rą kom­po­zy­tor chciał za­de­dy­ko­wać Al­mie, ta jed­nak osta­tecz­nie go od tego od­wio­dła. Może le­piej, bo wy­ko­na­nie oka­za­ło się kom­plet­ną ka­ta­stro­fą. Przy­najm­niej zda­niem kry­ty­ków. "Kry­ty­ki praw­dzi­wie świń­skie" - re­la­cjo­no­wał po­tem Szy­ma­now­ski. "Je­dy­ni lu­dzie, któ­rzy się na tym po­zna­li, oce­ni­li i cho­dzą na każ­de przed­sta­wie­nie, to oczy­wi­ście Fi­cio i ja".

Sty­czeń 1913 to pierw­sze spo­tka­nie Szy­ma­now­skie­go z Igo­rem Stra­wiń­skim, któ­re­go mu­zy­ka wprost rzu­ci Ka­ro­la na ko­la­na. Wszyst­ko za spra­wą wi­zy­ty ze­spo­łu "Bal­lets Rus­ses" Sier­gie­ja Dia­gi­le­wa. Naj­pierw 10 stycz­nia wie­deń­czy­cy mo­gli zo­ba­czyć in­sce­ni­za­cję Po­po­łu­dnia fau­na De­bus­sy'ego, z nie­sa­mo­wi­tym Wa­cła­wem Ni­żyń­skim w roli głów­nej. "Ża­łuj, żeś nie wi­dział ro­syj­skie­go ba­le­tu - po­wia­dam Ci - ca ca! W ca­łym zna­cze­niu tego dziw­ne­go sło­wa!" - enu­zja­zmo­wał się Szy­ma­now­ski w li­ście do przy­ja­cie­la. Pięć dni póź­niej ze­spół Dia­gi­le­wa za­pre­zen­to­wał Pie­trusz­kę Stra­wiń­skie­go. I to już była po­waż­na kla­pa, choć oczy­wi­ście Szy­ma­now­ski znów był w siód­mym nie­bie. Póź­niej wspo­mi­nał: "Pie­trusz­ka uka­zał mi się jako dzie­ło skoń­czo­ne, kla­sycz­ne nie­mal w swej do­sko­na­ło­sci". Na­tych­miast ku­pił wy­ciąg for­te­pia­no­wy i jesz­cze tego sa­me­go roku uda mu się za­grać Stra­wiń­skie­go na czte­ry ręce z Ar­tu­rem Ru­bin­ste­inem.

Na wie­deń­skiej pre­mie­rze Pie­trusz­ki obec­na była cała wie­deń­ska śmie­tan­ka. Nie mo­gło oczy­wi­ście za­brak­nąć Almy Mah­ler, któ­ra nie ba­cząc na zło­śli­we ko­men­ta­rze, po­ja­wi­ła się w to­wa­rzy­stwie no­we­go ko­chan­ka, Oska­ra Ko­ko­sch­ki, mło­de­go ar­ty­sty, któ­ry zdą­żył już za­sły­nąć tym, że wy­pro­wa­dził z rów­no­wa­gi sa­me­go ar­cy­księ­cia Fran­cisz­ka Fer­dy­nan­da. Alma nie była ocza­ro­wa­na Stra­wiń­skim, po­dob­nie jak więk­szość wie­deń­czy­ków nie ro­zu­mia­ła tej dziw­nej sło­wiań­skiej mu­zy­ki, co in­ne­go Ko­ko­sch­ka: "Sie­dzia­łam w loży przy sa­mym pro­sce­nium i ta zu­peł­nie nowa mu­zy­ka wpra­wi­ła mnie w kom­plet­ne sza­leń­stwo. Sły­sza­łam i wi­dzia­łam wy­łącz­nie samą or­kie­strę. Z ko­lei Oskar Ko­ko­sch­ka, któ­ry sie­dział obok mnie, pra­wie nic nie sły­szał. Pła­kał z za­chwy­tu nad gra­cją i pięk­nem ru­chów Ni­żyn­skie­go".

Wa­cław Ni­żyń­ski jako Pie­trusz­ka

Sam Stra­wiń­ski był wście­kły i za­ła­ma­ny. "Przy­by­wam z Wied­nia, gdzie sław­na or­kie­stra Opern­hau­su spar­ta­czy­ła mo­je­go Pie­trusz­kę. Oświad­czo­no, że ta­kiej obrzy­dli­wej mu­zy­ki nie moż­na za­grać le­piej. Nie wy­obra­ża Pan so­bie na­wet, ile przy­kro­ści i znie­wag mu­sia­łem znieść przez tę or­kie­strę" - pi­sał w li­ście do fran­cu­skie­go ko­le­gi. Wie­deń­czy­ków na­zwał bar­ba­rzyń­ca­mi. Szy­ma­now­ski tak da­le­ko nig­dy się nie po­su­nął, ale rów­nież on nie szczę­dził mia­stu gorz­kich słów. Trze­ba jed­nak przy­znać, że mie­sią­ce, któ­re spę­dził nad Du­na­jem, na­le­ża­ły ra­czej do uda­nych. Do le­gen­dy prze­szedł wy­staw­ny tryb ży­cia, jaki wiódł tu wraz z Fi­tel­ber­giem, a przez pe­wien czas tak­że z Ru­bin­ste­inem. Wy­staw­ne przy­ję­cia w ele­genc­kich re­stau­ra­cjach, dro­gi ho­tel, a póź­niej wspo­mnia­ny już wy­twor­ny apar­ta­ment, nie­ustan­ne wy­pra­wy na kon­cer­ty i do te­atrów, gra w te­ni­sa, wy­pa­dy do ka­sy­na - wszyst­ko to z cza­sem moc­no nad­wą­tli­ło fi­nan­se, zwłasz­cza że ka­rie­ra Fi­tel­ber­ga jako dy­ry­gen­ta Ho­fo­per oka­za­ła się nie­ste­ty bar­dzo krót­ka. Kie­dy w po­ło­wie stycz­nia 1913 przy­szedł ra­chu­nek na me­ble do miesz­ka­nia, opie­wa­ją­cy na astro­no­micz­ną kwo­tę 3500 ko­ron i 50 ha­le­rzy, sy­tu­acja sta­ła się ner­wo­wa. To po­czą­tek koń­ca wie­deń­skiej przy­go­dy Szy­ma­now­skie­go. "Klnę ten idio­tycz­ny dzień, w któ­rym po­wstał pro­jekt za­miesz­ka­nia w Wied­niu - po kie­go li­cha rze­czy­wi­ście!?" - zwie­rzał się w jed­nym z li­stów.

2

Poza Szy­ma­now­skim in­nym wie­deń­czy­kiem z przy­pad­ku był Lew Troc­ki. W Wied­niu spę­dził pra­wie sie­dem lat: od paź­dzier­ni­ka 1907 aż do wy­bu­chu pierw­szej woj­ny świa­to­wej, kie­dy jako oby­wa­tel ro­syj­ski mu­siał szu­kać schro­nie­nia w neu­tral­nej Szwaj­ca­rii. Jako ama­tor ma­lar­stwa i wiel­bi­ciel li­te­ra­tu­ry kul­tu­rą wie­deń­ską in­te­re­so­wał się już jed­nak znacz­nie wcze­śniej, cze­go do­wo­dem może być zna­ko­mi­cie na­pi­sa­ny, choć tro­chę nie­spra­wie­dli­wy szkic po­świę­co­ny jed­ne­mu z głów­nych bo­ha­te­rów tej książ­ki, Ar­thu­ro­wi Schnit­zle­ro­wi. Po­wstał on w roku 1902, w związ­ku z ro­sną­cą po­pu­lar­no­ścią pi­sa­rza w Ro­sji: "We­dług eu­ro­pej­skiej mia­ry Ar­thur Schnit­zler to jesz­cze mło­dy pi­sarz - ma czter­dzie­ści lat. Tak jak nasz Cze­chow, jest le­ka­rzem z wy­kształ­ce­nia, a po czę­ści tak­że z za­wo­du. Je­śli do tego do­dać, że Schnit­zler jest pi­sa­rzem wiel­ce uta­len­to­wa­nym, to na tym skoń­czą się, nie­ste­ty, jego ce­chy wspól­ne z p. Cze­cho­wem [...]. Mi­łość płcio­wa i wy­wo­dzą­ce się z niej kom­bi­na­cje es­te­tycz­ne; sztu­ka jako au­to­te­licz­ne słu­że­nie pięk­nu; lęk przed śmier­cią, ob­ja­wia­ją­cy się wo­bec wszel­kich ra­do­ści ist­nie­nia ze szcze­gól­ną, nie­mal cho­ro­bli­wą ostro­ścią - oto trój­ca ar­ty­stycz­ne­go wy­zna­nia Ar­thu­ra Schnit­zle­ra. A sko­ro te ce­chy wy­czer­pu­ją zna­mio­na twór­czo­ści de­ka­denc­kiej, moż­na przy­jąć tezę Bar­tel­sa: "Ar­thur Schnit­zler to nie­wąt­pli­wie de­ka­dent""1.

W dal­szej czę­ści ar­ty­ku­łu Troc­ki przed­sta­wia Schnit­zle­ra jak wy­ra­fi­no­wa­ne­go bon vi­van­ta i es­te­tę ode­rwa­ne­go od pro­ble­mów ży­cia, z czym moż­na by dys­ku­to­wać na­wet w roku 1902, wy­star­czy wspo­mnieć na­gon­kę, jaką prze­żył rok wcze­śniej, po pu­bli­ka­cji Po­rucz­ni­ka Gu­stla, w któ­rym ośmie­lił się dys­ku­to­wać z ko­dek­sem ho­no­ro­wym c.k. ar­mii (skoń­czy­ło się ode­bra­niem mu ty­tu­łu ofi­cer­skie­go). W Wied­niu Troc­ki mógł zo­ba­czyć now­sze sztu­ki Schnit­zle­ra na de­skach Burg­the­ater i ewen­tu­al­nie zre­wi­do­wać swo­je daw­ne opi­nie. Czy tak się sta­ło, nie­ste­ty nie wie­my.

Lew Troc­ki

Troc­ki miesz­kał w Wied­niu ze swo­ją dru­gą żoną, Na­ta­lią, i dwo­ma sy­na­mi, z któ­rych młod­szy uro­dził się już tu­taj. Zna­le­zie­nie nie­dro­gie­go miesz­ka­nia było bar­dzo trud­ne, z cza­sem więc Troc­ki wy­pra­co­wał spryt­ną stra­te­gię: w zi­mie wy­naj­mo­wał za nie­wiel­kie pie­nią­dze let­nią, nie­ogrze­wa­ną wil­lę na ele­ganc­kim Hüt­tel­dor­fie, w le­cie prze­no­sił się do ta­nie­go miesz­ka­nia na Sie­ve­rin­gu. Tak pi­sze o tym w swo­jej au­to­bio­gra­fii: "Miesz­ka­nie mie­li­śmy lep­sze niż mieć mo­gli­śmy, gdyż wil­le wy­naj­mu­ją tu zwy­kle wio­sną, my­śmy zaś wy­na­ję­li na je­sień i zimę. Z okien wi­dać było góry ciem­no-czer­wo­ne­go, je­sien­ne­go ko­lo­ru. Na wol­ną prze­strzeń moż­na było wyjść przez furt­kę, omi­ja­jąc uli­cę [...]. W kwiet­niu, kie­dy mu­sie­li­śmy opu­ścić na­sze miesz­ka­nie, na wio­snę bo­wiem ko­mor­ne wzra­sta­ło dwu­krot­nie, w ogro­dzie za ogro­dze­niem kwi­tły już fioł­ki i woń ich przez otwar­te okna wy­peł­nia­ła po­ko­je [...]. Za­ro­bek mój z "Ki­jew­skoj My­sli" wy­star­czał­by w zu­peł­no­ści na nasz skrom­ny byt. Zda­rza­ły się jed­nak mie­sią­ce, kie­dy pra­ca dla "Praw­dy" nie po­zo­sta­wia­ła mi cza­su do na­pi­sa­nia jed­ne­go cho­ciaż­by płat­ne­go wier­sza. Na­stę­po­wał wte­dy kry­zys. Żona do­brze zna­ła dro­gę do lom­bar­du, ja zaś nie­raz sprze­da­wa­łem an­ty­kwa­riu­szom książ­ki, ku­pio­ne za lep­szych cza­sów"2.

PA­BLO PI­CAS­SO, Igor Stra­wiń­ski, ry­su­nek

Do­daj­my, że w 1913 Troc­ki nie miał już dy­le­ma­tu, do­kąd po­słać tekst - "Praw­da", któ­rą re­da­go­wał z po­świę­ce­niem przez czte­ry lata, prze­sta­ła się uka­zy­wać rok wcze­śniej. Ty­tuł za­anek­to­wa­li bez py­ta­nia bol­sze­wi­cy z Sankt Pe­ters­bur­ga, a jej no­wym re­dak­to­rem zo­stał nie kto inny, jak Mak­sym Gor­ki. Ła­two się do­my­ślić, że wy­pro­wa­dzi­ło to Troc­kie­go z rów­no­wa­gi, ale nikt się nie przej­mo­wał jego pro­te­sta­mi.

W po­ło­wie stycz­nia wró­cił do Wied­nia z czte­ro­mie­sięcz­ne­go wy­jaz­du na Bał­ka­ny, gdzie pra­co­wał jako ko­re­spon­dent wo­jen­ny "Ki­jew­skoj My­sli". Pierw­sza woj­na bał­kań­ska wy­bu­chła w paź­dzier­ni­ku 1912, kie­dy pań­stwa zrze­szo­ne w tak zwa­nej Li­dze Bał­kań­skiej (Buł­ga­ria, Czar­no­gó­ra, Gre­cja i Ser­bia) wy­stą­pi­ły prze­ciw­ko wspól­ne­mu i "od­wiecz­ne­mu" wro­go­wi - Im­pe­rium Ot­to­mań­skie­mu. Roz­bu­dzo­ne dą­że­nia na­ro­do­we i per­spek­ty­wy uzy­ska­nia od osła­bio­nej we­wnętrz­nym kon­flik­tem Tur­cji no­wych te­ry­to­riów szły w pa­rze z pra­gnie­niem od­we­tu za lata tu­rec­kiej oku­pa­cji. An­ty­tu­rec­kie na­stro­je wzmac­nia­ła do­dat­ko­wo Ro­sja, któ­rej ma­rzy­ło się osła­bie­nie po­zy­cji Au­stro-Wę­gier w re­gio­nie.

Wo­jen­ne spra­woz­da­nia Troc­kie­go nie przy­spo­rzy­ły mu chy­ba wie­lu przy­ja­ciół w ro­dzin­nym kra­ju. "W ar­ty­ku­łach mo­ich roz­po­czą­łem wal­kę prze­ciw­ko kłam­stwu pan­sla­wi­zmu, prze­ciw­ko szo­wi­ni­zmo­wi w ogó­le, prze­ciw­ko złu­dze­niom woj­ny [...]. Re­dak­cja "Ki­jew­skoj My­sli" zdo­by­ła się na de­cy­zję wy­dru­ko­wa­nia mego ar­ty­ku­łu, opi­su­ją­ce­go be­stial­skie znę­ca­nie się Buł­ga­rów nad ran­ny­mi i wzię­ty­mi do nie­wo­li Tur­ka­mi i de­za­wu­ują­ce­go spi­sek mil­cze­nia pra­sy ro­syj­skiej"3 - wspo­mi­nał po la­tach.

Woj­na mia­ła po­trwać jesz­cze do maja. Wpraw­dzie Tur­cja zo­sta­ła osta­tecz­nie po­ko­na­na, ale w czerw­cu Buł­ga­ria zwró­ci­ła się nie­spo­dzie­wa­nie prze­ciw­ko swo­im nie­gdy­siej­szym sprzy­mie­rzeń­com z Ligi Bał­kań­skiej, co dało po­czą­tek dru­giej woj­nie bał­kań­skiej. Było już tyl­ko kwe­stią cza­su, kie­dy wzmoc­nio­na ko­lej­ny­mi zwy­cię­stwa­mi Ser­bia, po­pie­ra­na bez­wa­run­ko­wo przez Ro­sję, zwró­ci się prze­ciw­ko Au­stro-Wę­grom. Bał­kań­ski na­cjo­na­lizm w po­łą­cze­niu z ide­olo­gią pan­sla­wi­zmu oka­zał się mie­szan­ką wy­bu­cho­wą, a na mu­rach Wied­nia wkrót­ce mia­ły się po­ja­wić na­pi­sy: Alle Ser­ben mus­sen ster­ben. Troc­ki wy­czu­wał do­brze to za­gro­że­nie, z po­wa­gi sy­tu­acji zda­wał so­bie tak­że spra­wę bry­tyj­ski am­ba­sa­dor, sir Fa­ir­fax Car­tw­ri­ght, któ­ry pod ko­niec stycz­nia do­no­sił z Wied­nia: "Pew­ne­go dnia Ser­bia weź­mie Eu­ro­pę za uszy i roz­nie­ci na kon­ty­nen­cie po­wszech­ną woj­nę [...]. Bę­dzie­my mie­li szczę­ście, je­śli uda się unik­nąć dzia­łań wo­jen­nych w na­stęp­stwie obec­ne­go kry­zy­su".

Sami wie­deń­czy­cy nie byli jed­nak spe­cjal­nie prze­ję­ci. Pi­sze o tym we wspo­mnie­niach Ste­fan Zwe­ig. Co praw­da mowa tam o jego ro­dzi­cach, ale w jego wy­pad­ku było tak samo, do tego jed­nak naj­wy­raź­niej nie wy­pa­da­ło się przy­znać: "Po­śpiech nie tyl­ko ucho­dził za nie­ele­ganc­ki, ale rze­czy­wi­ście był nie­po­trzeb­ny, gdyż w tym po miesz­czań­sku usta­bi­li­zo­wa­nym świe­cie, za­bez­pie­czo­nym na wszyst­kie stro­ny, nic nie zda­rza­ło się na­gle. Je­śli na­stę­po­wa­ły ka­ta­stro­fy, to gdzieś da­le­ko, na krań­cach świa­ta, i nic z nich nie prze­ni­ka­ło przez do­brze izo­lo­wa­ne ścia­ny "bez­piecz­ne­go" ży­cia. Woj­na z Bu­ra­mi, woj­na ja­poń­sko-ro­syj­ska, na­wet woj­na na Bał­ka­nach nie do­cie­ra­ły w ogó­le do świa­do­mo­ści mo­ich ro­dzi­ców. Prze­glą­da­li ko­mu­ni­ka­ty wo­jen­ne w ga­ze­cie rów­nie obo­jęt­nie jak ru­bry­kę spor­to­wą"4.

Na­wia­sem mó­wiąc, w tym sa­mym cza­sie co Troc­ki ba­wił w Wied­niu czło­wiek, któ­ry miał kie­dyś od­mie­nić ob­li­cze Bał­ka­nów, za­stę­pu­jąc ideę Wiel­kiej Ser­bii ideą zjed­no­czo­nej pan­sło­wiań­skiej Ju­go­sła­wii. Rów­nież ten po­mysł miał się oka­zać ka­ta­stro­fal­ny w skut­kach, ale w 1913 Jo­sip Broz, zna­ny póź­niej jako Tito, był jesz­cze po­god­nym dwu­dzie­sto­let­nim szli­fie­rzem, za­in­te­re­so­wa­nym bar­dziej na­uką tań­ca i uwo­dze­niem ko­biet (jak zdra­dza jego brat Mar­tin, pre­fe­ro­wał zwłasz­cza mło­de wdo­wy) niż zmie­nia­niem świa­ta. W 1913 Jo­sip miesz­kał w Wie­ner Neu­stadt, gdzie w paź­dzier­ni­ku tego sa­me­go roku przy­szedł na świat pi­sarz An­drzej Bob­kow­ski, syn ofi­ce­ra Szta­bu Ge­ne­ral­ne­go c.k. ar­mii.

3

Jed­nym ze sta­łych współ­pra­cow­ni­ków i spon­so­rów re­da­go­wa­nej przez Troc­kie­go wie­deń­skiej "Praw­dy" był Adolf Jof­fe, któ­ry cho­dził na te­ra­pię do Al­fre­da Ad­le­ra. "Dzię­ki Jof­fe­mu za­po­zna­łem się z pro­ble­ma­ta­mi psy­cho­ana­li­zy, któ­re wy­da­ły mi się nad­zwy­czaj cie­ka­we, cho­ciaż w tej dzie­dzi­nie dużo jest jesz­cze nie­ja­sno­ści i nie­pew­no­ści, po­zo­sta­wia­ją­cych roz­le­głe pole do fan­ta­sty­ki i sa­mo­wo­li"5 - wspo­mi­na Troc­ki w au­to­bio­gra­fii. Na­zy­wa też Ad­le­ra "uczniem Freu­da", co nie do koń­ca od­po­wia­da praw­dzie. Roz­wi­ja­jąc swój ruch na po­cząt­ku XX wie­ku, Freud szu­kał le­ka­rzy, któ­rzy mo­gli­by wnieść coś in­te­re­su­ją­ce­go do psy­cho­ana­li­zy, i za­pra­szał ich do uczest­ni­cze­nia w śro­do­wych spo­tka­niach w swo­im miesz­ka­niu przy Berg­gas­se. Kie­dy w 1902 Ad­ler otrzy­mał ta­kie za­pro­sze­nie, był trzy­dzie­sto­dwu­let­nim psy­chia­trą z wła­sną prak­ty­ką i prze­my­śle­nia­mi. Śro­do­we spo­tka­nia po­mo­gły mu le­piej zro­zu­mieć od­ręb­ność swo­je­go po­dej­ścia, w krót­kim cza­sie zdo­był za­rów­no po­zy­cję jed­ne­go z naj­zdol­niej­szych ana­li­ty­ków (w 1910 zo­stał prze­wod­ni­czą­cym Wie­deń­skie­go To­wa­rzy­stwa Psy­cho­ana­li­tycz­ne­go), jak i an­ty­pa­tię Freu­da, któ­re­mu nie po­do­ba­ła się jego nie­za­leż­ność. Było oczy­wi­ste, że ich dro­gi w koń­cu mu­sia­ły się ro­zejść. Ad­ler był pierw­szym od­szcze­pień­cem, któ­ry po­sta­no­wił za­ło­żyć wła­sną szko­łę.

W 1913 w jego śla­dy mie­li pójść Wil­helm Ste­kel i naj­bliż­szy do­tąd ser­cu Freu­da Carl Gu­stav Jung. W od­po­wie­dzi na im­per­ty­nenc­ki, ale miej­sca­mi bo­le­śnie praw­dzi­wy list Jun­ga, któ­ry oskar­ża daw­ne­go na­uczy­cie­la, że trak­tu­je uczniów jak pa­cjen­tów, 3 stycz­nia Freud de­cy­du­je się na osta­tecz­ne ze­rwa­nie:

"Je­śli cho­dzi o Pana ostat­ni list, to mogę od­nieść się ob­szer­niej tyl­ko do jed­ne­go punk­tu. Pań­skie prze­ko­na­nie, że trak­tu­ję mo­ich uczniów jak pa­cjen­tów, jest nie­traf­ne. W Wied­niu za­rzu­ca mi się coś zu­peł­nie prze­ciw­ne­go. Je­stem ja­ko­by od­po­wie­dzial­ny za prze­wi­ny Ste­kla i Ad­le­ra [...].

Je­śli cho­dzi o po­zo­sta­łe kwe­stie, to zu­peł­nie nie je­stem w sta­nie od­po­wie­dzieć na Pana list. Stwa­rza bo­wiem sy­tu­ację, któ­ra na­wet w ust­nej ko­mu­ni­ka­cji na­strę­cza­ła­by pro­ble­mów, na­to­miast li­stow­nie jest zu­peł­nie nie do roz­wią­za­nia. My, ana­li­ty­cy, usta­li­li­śmy mię­dzy sobą, że ża­den z nas nie musi wsty­dzić się swo­jej neu­ro­zy. Je­śli jed­nak ktoś za­cho­wu­je się nie­nor­mal­nie, a gło­śno wy­krzy­ku­je, że jest nor­mal­ny, bu­dzi po­dej­rze­nie, że nie ma świa­do­mo­ści swo­jej cho­ro­by. Pro­po­nu­ję więc Panu, że­by­śmy cał­ko­wi­cie zre­zy­gno­wa­li z pry­wat­nych kon­tak­tów [...].

Z po­zdro­wie­nia­mi

Pań­ski od­da­ny

Freud"6

Mimo za­tar­gu z Freu­dem Jung po­zo­sta­nie jed­nak prze­wod­ni­czą­cym Wie­deń­skie­go To­wa­rzy­stwa Psy­cho­ana­li­tycz­ne­go, a na wrze­śnio­wym kon­gre­sie w Mo­na­chium zo­sta­nie wy­bra­ny po­now­nie zde­cy­do­wa­ną więk­szo­ścią gło­sów. Ła­two się do­my­ślić, że sam Freud przyj­mie ten wy­bór ze smut­kiem i go­ry­czą. W prze­cią­gu kil­ku lat był to ko­lej­ny na­stęp­ca tro­nu, któ­ry oka­zał się nie­wart jego ko­ro­ny.

4

Po­cząt­ko­wa luź­na zna­jo­mość mię­dzy Troc­kim a Ad­le­rem już w 1909 za­mie­ni­ła się w ser­decz­ną przy­jaźń. Czę­ścio­wo za spra­wą ich żon. Obie były Ro­sjan­ka­mi, tyle że żona Troc­kie­go, Na­ta­lia, wy­cho­wa­ła się w wie­rze pra­wo­sław­nej, pod­czas gdy Ra­is­sa Ad­ler była nie­prak­ty­ku­ją­cą ży­dów­ką. Mia­ły zresz­tą znacz­nie wię­cej wspól­ne­go: obie po­cho­dzi­ły z dość za­moż­nych ro­dzin i zo­sta­ły wy­sła­ne na za­gra­nicz­ne uni­wer­sy­te­ty, obie wspie­ra­ły cho­ro­bli­wie am­bit­nych mę­żów i mia­ły moc­no le­wi­co­we prze­ko­na­nia. Na­wia­sem mó­wiąc, prze­ko­na­nia żony po­dzie­lał tak­że Ad­ler, któ­ry jako je­dy­ny psy­cho­ana­li­tyk był człon­kiem au­striac­kiej So­zial­de­mo­kra­ti­sche Ar­be­iter­par­tei (SDAP). Nie po­do­ba­ło się to Freu­do­wi, któ­ry za­wsze dbał o to, żeby psy­cho­ana­li­za ni­ko­mu nie ko­ja­rzy­ła się z po­li­ty­ką. W 1909, pod­czas jed­ne­go ze śro­do­wych spo­tkań, Ad­ler wy­gło­sił wy­kład pod in­try­gu­ją­cym ty­tu­łem "O psy­cho­lo­gii mark­si­zmu", któ­ry spo­tkał się z lo­do­wa­tym przy­ję­ciem. Od­tąd mark­sizm stał się na Berg­gas­se te­ma­tem tabu.

Wie­czo­ra­mi ro­dzi­na Troc­kie­go spo­ty­ka­ła się cza­sem z Ad­le­ra­mi na do­mo­wych ko­la­cjach, wol­ne od pra­cy po­po­łu­dnia pa­no­wie spę­dza­li sami przy ka­wiar­nia­nym sto­li­ku. Wy­pa­da tu do­dać, że wie­deń­skie ka­wiar­nie mia­ły sta­tus wy­jąt­ko­wy. Ró­wie­śnik Troc­kie­go, Ste­fan Zwe­ig, na­zy­wa je we wspo­mnie­niach "de­mo­kra­tycz­nym klu­bem, do­stęp­nym dla każ­de­go za nie­wiel­ką cenę fi­li­żan­ki kawy". Eks­tra­wer­ty­kom da­wa­ło to pra­wo do nie­koń­czą­cych się dys­ku­sji, in­tro­wer­ty­kom - do gry w sza­chy, pi­sa­nia li­stów i roz­pa­sa­ne­go czy­tel­nic­twa. We wszyst­kich ka­wiar­niach moż­na było zna­leźć prze­gląd ty­tu­łów wy­da­wa­nych w roz­ma­itych za­kąt­kach c.k. mo­nar­chii, po­cząw­szy od "Kur­je­ra Lwow­skie­go", "Czer­no­wit­zer Al­l­ge­me­ine Ze­itung" i "Pra­ger Tag­blatt", na po­pu­lar­nych wie­deń­skich dzien­ni­kach, ta­kich jak "Wie­ner Ze­itung" czy "Neue Fre­ie Pres­se", koń­cząc, ale te lep­sze dys­po­no­wa­ły do­dat­ko­wo ga­ze­ta­mi nie­miec­ki­mi, fran­cu­ski­mi, an­giel­ski­mi i wło­ski­mi. Po­grą­żo­nym w ka­wiar­nia­nym ży­wio­le wie­deń­czy­kom usłuż­ni i nie­na­rzu­ca­ją­cy się kel­ne­rzy do­no­si­li tyl­ko co ja­kiś czas ko­lej­ne szkla­necz­ki wody.

W roz­war­stwio­nym Wied­niu ka­wiar­nia fak­tycz­nie była in­sty­tu­cją bar­dzo de­mo­kra­tycz­ną, ka­wiar­nia­ny świa­tek nie ogra­ni­czał się bo­wiem do dziel­nic cen­tral­nych. Przy­bysz z da­le­kiej Ga­li­cji, Jo­seph Roth, pi­sze o ka­wiar­nia­nym ży­ciu w ży­dow­skim i na ogół pro­le­ta­riac­kim Le­opold­stadt. Skrom­niej­sze ka­wiar­nie rzą­dzi­ły się tam swo­imi re­gu­ła­mi, a ich at­mos­fe­ra przy­po­mi­na­ła bar­dziej an­giel­ski pub: "W Le­opold­stadt są dwie duże uli­ce: Ta­bor­stras­se i Pra­ter­stras­se. Pra­ter­stras­se jest wręcz wy­twor­na [...]. Miesz­ka­ją tu Ży­dzi i chrze­ści­ja­nie. Jest po­zba­wio­na wy­bo­jów, sze­ro­ka i ja­sna. Mie­ści się przy niej wie­le ka­wiar­ni. Dużo ka­wiar­ni zna­leźć moż­na rów­nież przy Ta­bor­stras­se. To ży­dow­skie lo­ka­le. Ich wła­ści­cie­la­mi są w więk­szo­ści Ży­dzi, po­dob­nie klien­te­la. Ży­dzi chęt­nie przy­cho­dzą do ka­wiar­ni, aby po­czy­tać ga­ze­ty, za­grać w ta­ro­ka czy w sza­chy albo ro­bić in­te­re­sy [...]. W ży­dow­skich ka­wiar­niach spo­tkać moż­na sto­ją­cych go­ści [...]. Przy­cho­dzą tu re­gu­lar­nie, ale nic nie piją ani nie je­dzą. Zda­rza się, że wpa­da­ją osiem­na­ście razy z rzę­du tego sa­me­go przed­po­łu­dnia. Mo­wią gło­śno i do­bit­nie, nie przej­mu­ją się ni­kim".

Cha­rak­te­ry­stycz­ne dla tam­te­go Wied­nia były ka­wiar­nie "śro­do­wi­sko­we", od­wie­dza­ne przez spe­cy­ficz­ną klien­te­lę wy­wo­dzą­cą się z po­dob­nych śro­do­wisk li­te­rac­kich czy ar­ty­stycz­nych. Wia­do­mo było za­tem, gdzie moż­na kogo zna­leźć, choć ta­kie in­for­ma­cje od cza­su do cza­su mu­sia­ły być ak­tu­ali­zo­wa­ne. Ka­wiar­nia­ne upodo­ba­nia okre­ślo­nych sa­lo­nów, grup i frak­cji, jak rów­nież sa­mot­nych by­wal­ców po­tra­fi­ły się zmie­niać. W każ­dym ra­zie je­śli w 1913 ktoś szu­kał Troc­kie­go albo Al­fre­da Ad­le­ra, wia­do­mo było, że po­wi­nien skie­ro­wać się do Café Cen­tral.

Ka­wiar­nia ta, usy­tu­owa­na w sa­mym ser­cu mia­sta, przy ele­ganc­kiej Her­ren­gas­se, na­le­ża­ła do naj­bar­dziej po­pu­lar­nych wie­deń­skich lo­ka­li. Mimo że bar­dzo prze­stron­na, była za­zwy­czaj peł­na i za­snu­ta gę­stym dy­mem z cy­gar i pa­pie­ro­sów. Szczy­ci­ła się też naj­więk­szym wy­bo­rem pra­sy - ofe­ro­wa­ła łącz­nie oko­ło dwu­stu ty­tu­łów! Do jej sta­łych klien­tów na­le­żał eks­cen­trycz­ny pi­sarz Pe­ter Al­ten­berg, któ­ry jej prak­tycz­nie nie opusz­czał, oraz au­striac­cy so­cja­li­ści Otto Bau­er i Karl Ren­ner, któ­rzy każ­dej so­bo­ty or­ga­ni­zo­wa­li swo­je wie­czor­ki mark­si­stow­skie. Ad­ler i Troc­ki spo­ty­ka­li się przy ka­wie, aby po­dy­sku­to­wać, po­grać w sza­chy, a cza­sem do­siąść się do sto­li­ka au­stro­mark­si­stów. W prze­ci­wień­stwie do nie­rzu­ca­ją­ce­go się w oczy i mniej elo­kwent­ne­go Ad­le­ra, Troc­ki z cza­sem stał się w Café Cen­tral roz­po­zna­wal­ną po­sta­cią. Kie­dy hra­bia Le­opold von Bech­told, au­striac­ki mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych, do­wie­dział się, że w car­skiej Ro­sji przy­go­to­wy­wa­na jest re­wo­lu­cja, miał wy­krzyk­nąć roz­ba­wio­ny: "I kto, je­śli moż­na wie­dzieć, miał­by zro­bić tę re­wo­lu­cję? Może Herr Bron­ste­in [praw­dzi­we na­zwi­sko Troc­kie­go], któ­ry ca­ły­mi dnia­mi gra w sza­chy w Cen­tral?" Wię­cej wia­ry w re­wo­lu­cyj­ny po­ten­cjał Troc­kie­go miał le­gen­dar­ny kel­ner z Cen­tral, Jo­sef, któ­ry jed­nak nie mógł mu da­ro­wać nie­ure­gu­lo­wa­ne­go ra­chun­ku: "Za­wsze wie­dzia­łem, że Herr Dok­tor Bron­ste­in zaj­dzie w ży­ciu da­le­ko. Ale nie są­dzi­łem, że wy­je­dzie, nie za­pła­ciw­szy za swo­je ostat­nie czte­ry kawy".

5

W po­ło­wie stycz­nia do Wied­nia przy­je­chał jesz­cze je­den re­wo­lu­cjo­ni­sta. W kie­sze­ni miał pasz­port wy­sta­wio­ny na na­zwi­sko Sta­vros Pa­pa­do­po­ulos, a kie­dy wy­sia­dał na sta­cji Nord­bahn­hof, jego roz­bie­ga­ny wzrok świad­czył o tym, że jest w Wied­niu po raz pierw­szy. Był ró­wie­śni­kiem Troc­kie­go i na­praw­dę na­zy­wał się Jo­sef Dżu­gasz­wi­li, choć po­cząw­szy od 1913, zna­ny był głów­nie jako Sta­lin. W jego kil­ku­na­sto­let­niej ka­rie­rze re­wo­lu­cjo­ni­sty był to już ko­lej­ny pseu­do­nim, ale ten brzmiał wresz­cie tak, jak trze­ba. Po­dob­no po­cho­dził od sta­ro­gru­ziń­skie­go sło­wa dżu­ga, czy­li "stal", ale może to tyl­ko le­gen­da. Naj­waż­niej­sze, że był krót­ki i wy­ra­zi­sty, zu­peł­nie jak pseu­do­nim Wło­dzi­mie­rza Il­ji­cza. To zresz­tą Le­nin wy­słał go do Wied­nia, a Le­ni­no­wi, jak wia­do­mo, się nie od­ma­wia.

W Wied­niu go­ści­ny udzie­lił Sta­li­no­wi Alek­san­der Tro­ja­now­ski, bo­ga­ty ro­syj­ski ary­sto­kra­ta i ofi­cer car­skiej ar­mii, któ­ry hoj­nie wspie­rał bol­sze­wi­ków, za co w na­gro­dę zo­stał po re­wo­lu­cji mia­no­wa­ny am­ba­sa­do­rem w Wa­szyng­to­nie. Tro­ja­now­ski miesz­kał w Wied­niu ze swo­ją pięk­ną żoną Ele­ną Roz­mi­ro­wicz i sze­ścio­let­nią có­recz­ką Ga­li­ną w ele­ganc­kim apar­ta­men­cie przy Schön­brun­ner­schloss Stras­se 307 na da­le­kim Hiet­zin­gu (trzy­na­sta dziel­ni­ca), gdzie swo­je wil­le mie­li rów­nież Alma Mah­ler i Gu­stav Klimt. Miesz­kał tu tak­że nie kto inny, jak sam Franz Jo­sef. Przez okno swo­je­go po­ko­ju Sta­lin mógł ob­ser­wo­wać cią­gnię­ty przez ósem­kę bia­łych koni, ocie­ka­ją­cy zło­tem po­wóz ce­sa­rza, któ­ry co­dzien­nie je­chał z pa­ła­cu Schön­brunn do ofi­cjal­nej sie­dzi­by w Ho­fbur­gu, a po po­łu­dniu wra­cał spra­co­wa­ny.

Nie wia­do­mo, czy Sta­lin tra­cił swój cen­ny czas na wy­pra­wy do cen­trum, w każ­dym ra­zie po­łą­cze­nie miał cał­kiem nie­złe. Prze­jazd do­roż­ką, zwłasz­cza dwu­kon­ną, był­by za­pew­ne dość kosz­tow­ny, a opła­ta za tak­sów­kę nie­wie­le niż­sza, na­wet za naj­mniej kom­for­to­wy au­to­mo­bil trze­ciej kla­sy z żół­ty­mi ko­ła­mi. Na szczę­ście nie­daw­no od­da­no do użyt­ku wy­god­ną i ta­nią elek­trycz­ną li­nię tram­wa­jo­wą (59), łą­czą­cą Schön­brunn z Neu­er Markt. Pew­nie zda­rzy­ło mu się z niej ko­rzy­stać. Ską­di­nąd wie­my, że mimo trza­ska­ją­ce­go mro­zu czę­sto cho­dził z Tro­ja­now­ski­mi albo tyl­ko z małą Ga­li­ną na spa­ce­ry do po­bli­skie­go par­ku. Obie­cy­wał, że przy­wie­zie jej z Kau­ka­zu góry zie­lo­nej cze­ko­la­dy, i śmiał się, gdy pa­trzy­ła na nie­go z nie­do­wie­rza­niem. Po co jed­nak przy­je­chał do Wied­nia - chy­ba nie jako opie­kun do dziec­ka? W koń­cu Tro­ja­now­scy mie­li nia­nię, Olgę, z któ­rą zresz­tą Sta­lin pró­bo­wał flir­to­wać, choć bez spe­cjal­ne­go po­wo­dze­nia.

Wszyst­kie bio­gra­fie Sta­li­na są zgod­ne co do jed­ne­go: Sta­lin po­je­chał do Wied­nia, aby na po­le­ce­nie Le­ni­na na­pi­sać roz­pra­wę po­świę­co­ną tak zwa­nej kwe­stii na­ro­do­wej. Sens tego wy­jaz­du tłu­ma­czo­ny jest ru­ty­no­wo tym, że w Wied­niu miał za­po­znać się z tym, co mają na ten te­mat do po­wie­dze­nia au­striac­cy so­cja­li­ści. Po­nie­waż jego zna­jo­mość nie­miec­kie­go była moc­no ogra­ni­czo­na, w przed­się­wzię­ciu tym miał mu po­móc ów­cze­sny stu­dent eko­no­mii Uni­wer­sy­te­tu Wie­deń­skie­go, Mi­ko­łaj Bu­cha­rin. Wszyst­ko ukła­da się w lo­gicz­ną hi­sto­rię, do­pó­ki nie weź­mie się do ręki roz­pra­wy Sta­li­na. Choć tekst na­pi­sa­ny jest dość spraw­nie, z pew­no­ścią nie moż­na na­zwać go eru­dy­cyj­nym. Sta­lin od­wo­łu­je się prak­tycz­nie tyl­ko do dwóch pu­bli­ka­cji au­stro­mark­si­stów - są to: Kwe­stia na­ro­do­wa a so­cjal­de­mo­kra­cja Otto Bau­era i Pro­blem na­ro­do­wy Ru­dol­fa Sprin­ge­ra (pod tym pseu­do­ni­mem ukry­wał się Karl Ren­ner, o czym Sta­lin chy­ba nie wie­dział). Pro­blem w tym, że obie pra­ce, na któ­re Sta­lin się po­wo­łu­je, by­najm­niej nie były no­wo­ścia­mi i od do­brych kil­ku lat funk­cjo­no­wa­ły w prze­kła­dach ro­syj­skich. Je­dy­ną, i to dość nie­pew­ną po­szla­ką, że Sta­lin miał w ręce któ­ryś z ory­gi­na­łów, jest przy­pis: "w prze­kła­dzie ro­syj­skim M. Pa­ni­na [cho­dzi o książ­kę Bau­era] jest po­wie­dzia­ne "in­dy­wi­du­al­no­ści na­ro­do­wych" za­miast "wła­ści­wo­ści na­ro­do­wych". Pa­nin błęd­nie prze­tłu­ma­czył to miej­sce". Praw­do­po­dob­nie jed­nak przy­pis ten to wkład Bu­cha­ri­na.

Po co więc ta wi­zy­ta w Wied­niu? Może Le­nin chciał za­pew­nić gru­ziń­skie­mu to­wa­rzy­szo­wi sym­pa­tycz­ny po­nadmie­sięcz­ny urlop, któ­ry mógł­by on po­świę­cić na spi­sa­nie swo­ich re­flek­sji, a Bu­cha­rin po­trzeb­ny był nie jako tłu­macz, lecz jako se­kre­tarz po­ma­ga­ją­cy Sta­li­no­wi upo­rząd­ko­wać roz­bie­ga­ne my­śli? A może w swej nie­skoń­czo­nej do­bro­ci chciał, żeby jego po­czci­wy Gru­zin po raz pierw­szy w ży­ciu za­sma­ko­wał tro­chę za­chod­niej de­ka­den­cji, na któ­rą sam do­brze się już na­pa­trzył? W każ­dym ra­zie ob­raz to­wa­rzy­sza Sta­li­na, któ­ry z po­świę­ce­niem i za­pa­mię­ta­niem wer­tu­je w wie­deń­skich bi­blio­te­kach sto­sy nie­miec­ko­ję­zycz­nych ksią­żek, wy­da­je się ra­czej bio­gra­ficz­ną fan­ta­zją. Po­trzeb­ne ma­te­ria­ły praw­do­po­dob­nie przy­wiózł ze sobą z Kra­ko­wa, a w Wied­niu mógł co naj­wy­żej po­roz­ma­wiać z cy­to­wa­ny­mi przez sie­bie tak chęt­nie - choć za­wsze bar­dzo kry­tycz­nie - Bau­erem i Ren­ne­rem. Wy­star­czył­by je­den wy­pad do Café Cen­tral.

W Cen­tral mógł­by się też na­tknąć na Troc­kie­go, któ­re­go już wte­dy nie zno­sił. Ale do spo­tka­nia i tak do­szło, tyle że w in­nym miej­scu. Troc­ki tak to wspo­mi­nał: "Sie­dzia­łem so­bie przy sa­mo­wa­rze w miesz­ka­niu Sko­ble­wa, na­gle drzwi się otwo­rzy­ły i do po­ko­ju wszedł nie­zna­ny męż­czy­zna. Był ni­ski... chu­dy... jego sza­ro­brą­zo­wa twarz po­kry­ta bli­zna­mi po ospie... W jego oczach nie było cie­nia życz­li­wo­ści". Sta­lin na­lał so­bie her­ba­ty i bez sło­wa wy­szedł z po­ko­ju.

Może spo­tka­nie z Troc­kim nie na­le­ża­ło do naj­bar­dziej uda­nych, ogól­nie jed­nak wie­deń­ska mi­sja Sta­li­na za­koń­czy­ła się suk­ce­sem. Mark­sizm a kwe­stia na­ro­do­wa to pro­jekt ZSRR jako wię­zie­nia na­ro­dów, pro­jekt, któ­ry kil­ka lat póź­niej uda­ło się wcie­lić w ży­cie z prze­ra­ża­ją­cą pre­cy­zją. Au­to­no­mia na­ro­do­wa jest "sztucz­na i nie­ży­cio­wa" - pod­kre­ślał Sta­lin - "przy­go­to­wu­je grunt nie tyl­ko do od­osob­nie­nia na­ro­dów mię­dzy sobą, lecz i do roz­drob­nie­nia jed­no­li­te­go ru­chu ro­bot­ni­cze­go". Le­nin był tego sa­me­go zda­nia, nic dziw­ne­go więc, że był tak za­do­wo­lo­ny ze swo­je­go ów­cze­sne­go pu­pi­la. "Pe­wien cu­dow­ny Gru­zin wziął się tu do pra­cy i pi­sze dla "Pro­swiesz­cze­nij" wy­czer­pu­ją­cy ar­ty­kuł, ze­braw­szy uprzed­nio wszyst­kie ma­te­ria­ły au­striac­kie i inne" - pi­sał roz­en­tu­zja­zmo­wa­ny w li­ście do Mak­sy­ma Gor­kie­go. Tekst uka­zał się w nu­me­rze 3/5 z roku 1913. Dla po­rząd­ku wy­pa­da do­dać, że "Pro­swiesz­cze­ni­ja" re­da­go­wał i w ca­ło­ści fi­nan­so­wał Tro­ja­now­ski. Wszyst­ko jak w do­brej bol­sze­wic­kiej ro­dzi­nie.

Tego roku Bu­cha­rin miał się za­opie­ko­wać jesz­cze jed­nym waż­nym go­ściem. Dwu­dzie­ste­go czwar­te­go czerw­ca do Wied­nia przy­je­chał z Kra­ko­wa sam Wło­dzi­mierz Il­jicz z mał­żon­ką. Nad­ież­da Krup­ska cier­pia­ła na cho­ro­bę Ba­se­do­wa i mia­ła już wy­zna­czo­ny ter­min ope­ra­cji w Ber­nie, u Bu­cha­ri­na za­trzy­ma­ła się z mę­żem tyl­ko na jed­ną noc. Opro­wa­dził ich szyb­ko po cen­trum i ba­wił roz­mo­wą, po­tem pró­bo­wał ugo­to­wać coś na ko­la­cję. To­wa­rzysz Le­nin był za­do­wo­lo­ny z krót­kie­go po­by­tu, a Krup­skiej Wie­deń spodo­bał się znacz­nie bar­dziej niż Kra­ków.

6

W 1913 Ad­le­ro­wie miesz­ka­li przy Do­mi­ni­ka­ner­ba­stei 10, w pierw­szej, naj­bar­dziej cen­tral­nej dziel­ni­cy Wied­nia. Był to zde­cy­do­wa­nie bar­dziej pre­sti­żo­wy ad­res niż do­tych­cza­so­wy, w Le­opold­stadt. Prze­pro­wadz­ka do no­we­go miesz­ka­nia zbie­gła się z de­cy­zją Ad­le­ra, by opu­ścić Freu­da, i od­tąd wła­śnie przy Do­mi­ni­ka­ner­ba­stei od­by­wa­ły się ze­bra­nia po­cząt­ko­wo nie­wiel­kiej gru­py jego zwo­len­ni­ków. W prze­ci­wień­stwie do zwy­cza­jów pa­nu­ją­cych przy Berg­gas­se, gdzie Mar­ta Freud gra­ła rolę tro­skli­wej go­spo­dy­ni, po­da­ją­cej go­ściom kawę i czę­stu­ją­cej cy­ga­ra­mi, Ra­is­sa była asy­stent­ką męża - do­ku­men­to­wa­ła prze­bieg ze­brań, a czę­sto sama za­bie­ra­ła głos w dys­ku­sjach. W paź­dzier­ni­ku 1912 na jed­nym ze spo­tkań po­ja­wi­ła się Lou An­dre­as-Sa­lo­mé.

W Wied­niu Lou była mniej zna­na niż w Niem­czech, lecz Ad­ler wie­dział do­sko­na­le, z kim ma do czy­nie­nia. Już samo jej imię i na­zwi­sko wy­star­czy­ły, by więk­szość męż­czyzn wpra­wić w stan lek­kie­go oszo­ło­mie­nia. Czyż nie przy­wo­ły­wa­ły bez­wstyd­nie dwóch naj­waż­niej­szych fin­de­siec­lo­wych ikon: pięk­nej i de­mo­nicz­nej Sa­lo­me i grzesz­nej Lulu? Na Ad­le­rze jed­nak, któ­ry nie był skłon­ny do ro­man­tycz­nych unie­sień, ko­lo­sal­ne wra­że­nie mu­sia­ła zro­bić przede wszyst­kim bli­ska re­la­cja, jaka swe­go cza­su łą­czy­ła Lou Sa­lo­mé z Fry­de­ry­kiem Nie­tz­schem. Prze­cież to wła­śnie idee Nie­tz­sche­go były pod­sta­wą stwo­rzo­nej prze­zeń teo­rii dą­że­nia do prze­wa­gi i mocy. Na list Lou z za­po­wie­dzią wi­zy­ty od­po­wie­dział szar­manc­ko, wie­dział bo­wiem, że w spo­rze z Freu­dem war­to mieć taką po­stać po swo­jej stro­nie: "Pani list i per­spek­ty­wa uj­rze­nia Pani w paź­dzier­ni­ku w Wied­niu są tak bli­sko ze sobą po­wią­za­ne w mo­ich my­ślach, że z góry dzię­ku­ję Pani za­rów­no za jed­no, jak i dru­gie. Po­dzie­la­łem Pani po­dziw dla na­uko­wych do­ko­nań Freu­da aż do mo­men­tu, kie­dy co­raz moc­niej i moc­niej na­sze dro­gi za­czę­ły się roz­cho­dzić. Jego heu­ry­stycz­ny mo­del jest z pew­no­ścią waż­ny i uży­tecz­ny jako taki, za­wie­ra w so­bie bo­wiem wszyst­kie skład­ni­ki ludz­kiej psy­chi­ki. Ale jest tak­że praw­dą, że szko­ła Freu­da wzię­ła sek­su­al­ną fra­ze­olo­gię za isto­tę pro­ble­mu".

Lo­uise, bo tak mia­ła na­praw­dę na imię, uro­dzi­ła się w Sankt Pe­ters­bur­gu w 1861 roku, w ro­dzi­nie fran­cu­sko-nie­miec­kiej. Jej oj­ciec, ge­ne­rał Gu­stav von Sa­lo­mé, był ofi­ce­rem szta­bu ge­ne­ral­ne­go ar­mii car­skiej. W póź­niej­szym okre­sie na­zy­wa­na była czę­sto Ro­sjan­ką, ale za­wsze iden­ty­fi­ko­wa­ła się przede wszyst­kim z kul­tu­rą nie­miec­ką, wy­je­cha­ła zresz­tą z Ro­sji jako mło­da dziew­czy­na. Nie­tz­sche­go po­zna­ła w roku 1882. "Chcia­łem żyć sam. Nad ścież­ką prze­fru­nął jed­nak dro­gi ptak, Lou, a ja spo­strze­głem, że to był orzeł. I za­pra­gną­łem mieć orła przy so­bie" - na­pi­sał po­tem w jed­nym z li­stów. Ra­zem z nie­miec­kim pi­sa­rzem i fi­lo­zo­fem Pau­lem Rée mie­li we trój­kę stwo­rzyć in­te­lek­tu­al­ną ko­mu­nę, ale po­mysł się nie udał. Po­zo­sta­ła z tego tyl­ko pach­ną­ca gro­te­ską fo­to­gra­fia, któ­rą zna­ją do­brze wszy­scy mi­ło­śni­cy Nie­tz­sche­go - przed­sta­wia ona mło­dą Lou klę­czą­cą na drew­nia­nym wo­zie, z ba­ci­kiem w ręce, obok dy­sz­la zaś sto­ją Nie­tz­sche i Rée.

W 1887 po­ślu­bi­ła nie­miec­kie­go ję­zy­ko­znaw­cę Car­la Frie­dri­cha An­dre­asa. Ten nig­dy nie­skon­su­mo­wa­ny zwią­zek trwał aż do śmier­ci An­dre­asa w roku 1930, a w tym cza­sie Frau Lou utrzy­my­wa­ła kon­tak­ty z in­ny­mi męż­czy­zna­mi. W więk­szo­ści nie­win­ne, ale zda­rzy­ło jej się rów­nież kil­ka pło­mien­nych ro­man­sów. Naj­bar­dziej zna­na jest jej kil­ku­let­nia przy­go­da mi­ło­sna z młod­szym od niej o czter­na­ście lat Ril­kem. Po­zna­li się w 1897 i choć trzy lata póź­niej nie byli już ra­zem, w ich re­la­cjach do koń­ca po­zo­stał ślad wiel­kie­go uczu­cia i nie­zwy­kła wza­jem­na czu­łość. "Musi być tak, jak tego pra­gniesz: wy­cią­gam do Cie­bie ręce nie tyl­ko jak daw­niej, dla zwy­kłe­go po­zdro­wie­nia, ale od­wra­cam dło­nie, by przy­jąć od Cie­bie to, czym mnie ze­chcesz ob­da­rzyć w 1913"8 - pi­sa­ła do nie­go z Wied­nia. Kil­ka dni póź­niej na­de­szła od­po­wiedź Ril­ke­go z da­le­kiej Ron­dy: "Oby­śmy się tyl­ko mo­gli zo­ba­czyć, ko­cha­na Lou, to te­raz moja naj­droż­sza na­dzie­ja". Sło­wa te kil­ka­krot­nie pod­kre­ślił, a na mar­gi­ne­sie do­dał: "Moja osto­jo, moje Wszyst­ko, jak za­wsze"9. A tak na te­mat swo­jej ko­cha­nej Lou roz­pły­wał się w li­ście do księż­nej Thurn und Ta­xis: "[...] ile ta ko­bie­ta umie do­strzec wspa­nia­łych rze­czy wo­kół sie­bie, jak umie ob­ra­cać wszyst­ko, co książ­ki i lu­dzie jej przy­no­szą w od­po­wied­nim mo­men­cie, w ja­kieś uszczę­śli­wia­ją­ce współ­ro­zu­mie­nie, jak ona wszyst­ko poj­mu­je, ko­cha, jak bez lęku za­głę­bia się w naj­bar­dziej roz­ża­rzo­ne ta­jem­ni­ce ota­cza­ją­ce­go świa­ta, któ­re jej nie spa­la­ją, lecz opro­mie­nia­ją czy­stym bla­skiem ognia. Nie znam i nie zna­łem ni­ko­go od owych od­le­głych lat, od tego pierw­sze­go z nią spo­tka­nia, o tak nie­skoń­cze­nie wiel­kim dla mnie zna­cze­niu, kto by jak ona był z ży­ciem za pan brat"10.

7

Psy­cho­ana­li­zą in­te­re­so­wał się żywo tak­że Lu­dwig Wit­t­gen­ste­in, choć w prze­ci­wień­stwie do swo­jej sio­stry Mar­ga­ret Ston­bo­ro­ugh, zwa­nej w ro­dzi­nie Gretl, nig­dy nie na­wią­zał z Freu­dem bliż­szych kon­tak­tów. Wit­t­gen­ste­in przy­je­chał do Wied­nia w grud­niu 1912, po dwu­dnio­wej po­dró­ży po­cią­giem z Lon­dy­nu. Wy­siadł na We­st­bahn­hof, tym sa­mym dwor­cu, z któ­re­go w maju 1913 od­je­chać miał do Mo­na­chium jego szkol­ny ko­le­ga, Adolf Hi­tler. Praw­do­po­dob­nie Adolf i Lu­dwig nig­dy nie za­mie­ni­li ze sobą sło­wa. Hi­tler, mimo że star­szy o kil­ka dni, po­wta­rzał kla­sę, pod­czas gdy Lu­dwig po­szedł do szko­ły rok wcze­śniej - w szko­le dzie­li­ły ich więc aż dwa lata. Choć w Mein Kampf Hi­tler wspo­mi­na "ży­dow­skie­go chłop­ca", wo­bec któ­re­go w Lin­zu "utrzy­my­wał dy­stans", war­to za­uwa­żyć, że ani na­zwi­sko, ani wy­zna­nie, czy wy­gląd Wit­t­gen­ste­ina by­najm­niej nie zdra­dza­ły ży­dow­skie­go po­cho­dze­nia. W szko­le był prze­śla­do­wa­ny, ale ra­czej ze wzglę­du na swój wy­nio­sły styl by­cia (zwra­cał się do ko­le­gów, uży­wa­jąc grzecz­no­ścio­wej for­my Sie), wy­szu­ka­ny ję­zyk i po­dej­rza­ne lek­tu­ry. Ko­le­dzy wo­ła­li za nim: "Wit­t­gen­ste­in wan­delt we­hmütig wi­dri­ger Win­de we­gen Wien­wärts"11.

Nie jest do koń­ca ja­sne, dla­cze­go ro­dzi­ce wy­sła­li tam Lu­dwi­ga, praw­do­po­dob­nie ob­lał eg­za­mi­ny wstęp­ne w Wied­niu i pro­win­cjo­nal­ny Linz, gdzie wy­ma­ga­nia wo­bec uczniów były mniej su­ro­we, wy­dał się do­brym roz­wią­za­niem. In­a­czej chło­piec stra­cił­by rok na­uki. Lu­dwig po­dob­no cie­szył się z wy­jaz­du, ale trzy­let­ni po­byt w Lin­zu oka­zał się dość trau­ma­tycz­nym do­świad­cze­niem. Za­rów­no ro­dzi­na na­uczy­cie­la dok­to­ra Stri­gla, jak i ko­le­dzy to był kom­plet­nie inny świat niż ten, do któ­re­go przy­wykł w Wied­niu. Je­śli kie­dyś wspo­mi­nał ten po­byt z no­stal­gią, to wy­łącz­nie za spra­wą swo­jej pierw­szej ro­man­tycz­nej mi­ło­ści, któ­rą był na­sto­let­ni syn Stri­gla, Pepi.

W Lin­zu mało kto zda­wał so­bie spra­wę, że oj­ciec Lu­dwi­ga, Karl Wit­t­gen­ste­in, wła­ści­ciel au­striac­kie­go kar­te­lu sta­lo­we­go, na­le­ży do naj­za­moż­niej­szych lu­dzi nie tyl­ko w c.k. mo­nar­chii, ale w ca­łej Eu­ro­pie. Lu­dwig wy­cho­wał się w peł­nym prze­py­chu domu, któ­ry na­zy­wa­ny był nie bez zło­śli­wo­ści Pa­la­is Wit­t­gen­ste­in. Ten nie­zwy­kły gmach, wy­bu­do­wa­ny w po­ło­wie XIX stu­le­cia przez hra­bie­go Nako, był nie tyl­ko do­mem ro­dzin­nym, ale tak­że re­pre­zen­ta­cyj­nym biu­rem, któ­re­go po­miesz­cze­nia znaj­do­wa­ły się na pierw­szym pię­trze. Na­wia­sem mó­wiąc, Pa­la­is Wit­t­gen­ste­in mie­ścił się przy Al­le­gas­se pod nu­me­rem 16, za­le­d­wie kil­ka kro­ków od apar­ta­men­tu zaj­mo­wa­ne­go przez Szy­ma­now­skie­go i Fi­tel­ber­ga.

Wstę­pu bro­nił ubra­ny w li­be­rię odźwier­ny, a dom wy­peł­nio­ny był nie tyl­ko kosz­tow­ny­mi me­bla­mi, lecz tak­że cen­ny­mi dzie­ła­mi sztu­ki. Karl Wit­t­gen­ste­in nie był wiel­kim znaw­cą ma­lar­stwa, ale z pew­no­ścią bar­dzo hoj­nym me­ce­na­sem, spon­so­ro­wał na przy­kład bu­do­wę gma­chu Se­ce­sji. Dom przy Al­le­gas­se był rów­nież pe­łen mu­zy­ki. Wit­t­gen­ste­in wspo­mi­nał kie­dyś, że pa­mię­ta z dzie­ciń­stwa sie­dem for­te­pia­nów, praw­do­po­dob­nie tro­chę prze­sa­dził, ale i tak było ich pew­nie wię­cej niż w pa­ła­cu Schön­brunn. W wy­twor­nym po­ko­ju mu­zycz­nym mu­zy­ko­wa­li wie­czo­ra­mi go­spo­darz domu (na skrzyp­cach) i jego mał­żon­ka (na for­te­pia­nie), re­gu­lar­nie od­by­wa­ły się też kon­cer­ty, czę­sto w naj­świet­niej­szej ob­sa­dzie. Przy­ja­cie­lem domu i czę­stym go­ściem był Jo­han­nes Brahms, a w póź­niej­szym okre­sie - Gu­stav Mah­ler, Ri­chard Strauss i Bru­no Wal­ter. Trud­no się za­tem dzi­wić, że star­szy brat Lu­dwi­ga po­sta­no­wił zo­stać pia­ni­stą, czym zresz­tą wca­le nie ucie­szył ojca. Wiel­ki ta­lent mu­zycz­ny zdra­dzał wcze­śniej naj­star­szy z bra­ci, Jo­han­nes, któ­ry po­peł­nił sa­mo­bój­stwo w roku 1902. Póź­niej w jego śla­dy pój­dą dwaj inni bra­cia, Ru­dolf (w 1904) i Kon­rad (w 1918). Nie­ła­two do­ciec, czy za­wa­żył na tym bar­dziej chłod­ny kli­mat ro­dzin­ne­go domu, czy spe­cy­ficz­ny duch epo­ki. My­śli sa­mo­bój­cze nie opusz­cza­ły zresz­tą tak­że mło­de­go Lu­dwi­ga.

Za gra­ni­cę wy­je­chał już w 1906, aby stu­dio­wać na po­li­tech­ni­ce ber­liń­skiej, póź­niej wy­brał stu­dia ae­ro­nau­tycz­ne w Man­che­ste­rze, aby w koń­cu od­kryć w so­bie za­in­te­re­so­wa­nia fi­lo­zo­ficz­ne i tra­fić do Cam­brid­ge, do Ber­tran­da Rus­sel­la. Po raz pierw­szy spo­tka­li się w paź­dzier­ni­ku 1911, kie­dy Lu­dwig, nie za­po­wia­da­jąc wcze­śniej swo­jej wi­zy­ty, za­pu­kał do drzwi sław­ne­go już wte­dy i nie­mal dwa­dzie­ścia lat odeń star­sze­go uczo­ne­go. W li­ście do swo­jej ko­chan­ki, Lady Ot­to­li­ne Mor­rell, Rus­sell okre­ślił Lu­dwi­ga jako nie­zna­ne­go Niem­ca, któ­ry sła­bo mówi po an­giel­sku, ale za nic w świe­cie nie chce się po­ro­zu­mie­wać w oj­czy­stym ję­zy­ku. Po­zwo­lił mu by­wać na swo­ich wy­kła­dach, ale ten ści­gał go tak­że póź­niej, za­ska­ku­jąc nie­raz swo­imi wie­czor­ny­mi od­wie­dzi­na­mi. Był iry­tu­ją­cy i mę­czą­cy, ale nie mi­nę­ło pół roku, a Rus­sell za­czął do­strze­gać co­raz wy­raź­niej ta­lent mło­de­go Lu­dwi­ga i na­wet go po­lu­bił. Z cza­sem za­czął w nim wi­dzieć nie tyl­ko swe­go ucznia, ale i na­stęp­cę. Po la­tach wspo­mi­nał z ty­po­wym an­giel­skim hu­mo­rem po­czą­tek ich wspól­nej dro­gi: "Pod ko­niec pierw­sze­go se­me­stru przy­szedł do mnie i spy­tał: "Czy może mi pan po­wie­dzieć, czy je­stem skoń­czo­nym idio­tą, czy nie?" Od­po­wie­dzia­łem: "Mój dro­gi chłop­cze, skąd mogę wie­dzieć? Dla­cze­go mnie o to py­tasz?" A on na to: "Bo je­śli je­stem skoń­czo­nym idio­tą, zo­sta­nę ae­ro­nau­tą, a je­śli nie, zo­sta­nę fi­lo­zo­fem". Po­le­ci­łem mu, żeby pod­czas prze­rwy wa­ka­cyj­nej na­pi­sał mi coś z dzie­dzi­ny fi­lo­zo­fii i wte­dy będę mógł roz­strzy­gnąć, czy jest skoń­czo­nym idio­tą, czy nie. Na po­cząt­ku na­stęp­ne­go se­me­stru przy­niósł mi od­ro­bio­ne za­da­nie. Po prze­czy­ta­niu pierw­sze­go zda­nia za­ko­mu­ni­ko­wa­łem mu: "Nie, nie po­wi­nie­neś zo­sta­wać ae­ro­nau­tą". I nie zo­stał".

Lu­dwig wró­cił do Wied­nia na wieść o bły­ska­wicz­nie po­gar­sza­ją­cym się sta­nie zdro­wia ojca. Sie­dem lat wcze­śniej le­ka­rze roz­po­zna­li u Kar­la Wit­t­gen­ste­ina raka jamy ust­nej, co nie po­wstrzy­ma­ło go w naj­mniej­szym stop­niu od pa­le­nia ku­bań­skich cy­gar, któ­re uwiel­biał. Te­raz miał za sobą ko­lej­ną z se­rii ope­ra­cji. Usu­nię­to mu frag­ment żu­chwy, część pod­nie­bie­nia i pra­wie cały ję­zyk. Po­dob­ne mę­czar­nie prze­cho­dzić miał dwa­dzie­ścia lat póź­niej inny mi­ło­śnik cy­gar, Zyg­munt Freud, któ­ry pa­ro­krot­nie rzu­cał pa­le­nie, ale za­wsze do nie­go po­wra­cał.

W grud­niu wy­da­wa­ło się, że wszyst­ko jest kwe­stią dni, przy łożu umie­ra­ją­ce­go pa­triar­chy sta­le czu­wa­ły żona oraz naj­star­sza i naj­uko­chań­sza cór­ka, Her­mi­ne. Jak ła­two się do­my­ślić, mimo zbli­ża­ją­cych się świąt at­mos­fe­ra w domu była nie do znie­sie­nia. Lu­dwig nie mógł zna­leźć so­bie miej­sca, w ko­lej­nych li­stach opi­sy­wał Rus­sel­lo­wi roz­wój sy­tu­acji i za­sta­na­wiał się, czy wra­cać do An­glii, czy cze­kać na roz­wój wy­da­rzeń. Zde­cy­do­wał się cze­kać, ale Karl dłu­go opie­rał się śmier­ci. Od­szedł 20 stycz­nia, a o jego ostat­nich chwi­lach do­wia­du­je­my się z li­stu Lu­dwi­ga: "Mój oj­ciec umarł wczo­raj po po­łu­dniu. Miał naj­pięk­niej­szą śmierć, jaką mogę so­bie wy­obra­zić; od­szedł bez naj­mniej­sze­go bólu, za­snął ni­czym dziec­ko".

Wkrót­ce Wit­t­gen­ste­in był już z po­wro­tem w Cam­brid­ge. W mar­cu po raz pierw­szy zo­ba­czył swo­je na­zwi­sko w dru­ku, pod re­cen­zją książ­ki The Scien­ce of Lo­gic Pe­te­ra Cof­feya w "The Cam­brid­ge Re­view". Była miaż­dżą­ca, Lu­dwig bez li­to­ści wy­li­czał naj­po­waż­niej­sze błę­dy au­to­ra, koń­cząc tekst kon­sta­ta­cją: "The worst of such bo­oks is that they pre­ju­di­ce sen­si­ble pe­ople aga­inst the stu­dy of lo­gic"12. W Cam­brid­ge czuł się jed­nak co­raz go­rzej, na­rze­kał na obez­wład­nia­ją­cą at­mos­fe­rę "po­wierz­chow­ne­go in­te­lek­tu­ali­zmu".

We wrze­śniu wraz z przy­ja­cie­lem Da­vi­dem Pin­sen­tem od­wie­dzi Nor­we­gię. Jest za­chwy­co­ny i chce tu ko­niecz­nie wró­cić. W paź­dzier­ni­ku, po krót­kim po­by­cie w Wied­niu, wy­jeż­dża po raz ko­lej­ny, tym ra­zem wy­naj­mu­je nie­wiel­ki dom na od­lu­dziu, w miej­sco­wo­ści Skj?l­den. Wła­śnie tu­taj, w Nor­we­gii, po­wsta­nie jego dzie­ło o lo­gi­ce. Wit­t­gen­ste­in chce spę­dzić w Skj?l­den całą zimę, choć jesz­cze nie wie, ja­kich mro­zów może się tu spo­dzie­wać. O tym, że jest wie­deń­czy­kiem, przy­po­mi­na­ją mu re­gu­lar­nie do­star­cza­ne przez miej­sco­we­go li­sto­no­sza ko­lej­ne nu­me­ry "Die Fac­kel" Kar­la Krau­sa. W grud­niu przy­je­dzie do Wied­nia raz jesz­cze, choć z ogrom­ny­mi opo­ra­mi. Mat­ka i Gretl prze­ko­nu­ją go jed­nak, że po­wi­nien spę­dzić świę­ta z ro­dzi­ną.

Luty

1

Gdy­by w 1913 prze­pro­wa­dzić w Wied­niu dzien­ni­kar­ską son­dę, kto jest naj­więk­szym ży­ją­cym au­striac­kim dra­ma­tur­giem, wy­grał­by bez­dy­sku­syj­nie Ar­thur Schnit­zler. Jego sztu­ki gra­ły dwa naj­waż­niej­sze wie­deń­skie te­atry: Burg­the­ater i Deut­sches Volks­the­ater, a rów­no­le­gle wy­sta­wia­no je też w Ber­li­nie. Dziś to po­stać ana­chro­nicz­na i poza Au­strią, gdzie nadal jest chęt­nie oglą­da­ny, za­po­mnia­na. Przy­po­mniał o niej na chwi­lę Stan­ley Ku­brick, ad­ap­tu­jąc do swo­je­go ostat­nie­go fil­mu po­pu­lar­ną nie­gdyś no­we­lę Jak we śnie. Kwe­stia ewen­tu­al­nej ak­tu­al­no­ści i uni­wer­sal­no­ści tego pi­sar­stwa nie ma tu jed­nak naj­więk­sze­go zna­cze­nia. Istot­ne jest to, że pi­sząc o Wied­niu roku 1913, Schnit­zle­ra po­mi­nąć nie spo­sób. Nie tyl­ko ze wzglę­du na jego po­zy­cję li­te­rac­ką w tym cza­sie, ale też dla­te­go, że jest to rok bar­dzo waż­ny w jego ka­rie­rze.

Po pierw­sze, wła­śnie ze wzglę­du na jego krót­ki, ale in­ten­syw­ny ro­mans z fil­mem. W tym cza­sie kino prze­sta­je być roz­ryw­ką wy­łącz­nie pro­le­ta­riac­ką i co­raz wy­raź­niej za­czy­na przy­cią­gać miesz­czań­stwo. Po­wsta­ją nowe, ele­ganc­kie sale ki­no­we, na przy­kład wie­deń­skie Gra­ben Kino z wy­god­ny­mi plu­szo­wy­mi fo­te­la­mi, obi­ty­mi wy­twor­nym je­dwa­biem ścia­na­mi i małą or­kie­strą fil­mo­wą za­miast stan­dar­do­we­go pia­ni­na. W nie­zwy­kłym tem­pie ro­śnie też licz­ba kin - o ile na po­cząt­ku wie­ku są w Wied­niu trzy (jak je wte­dy na­zy­wa­no) ki­ne­ma­to­gra­fy, o tyle w 1913 jest ich już pra­wie sto pięć­dzie­siąt! Zwrot sym­bo­li­zu­je rów­nież do­ko­nu­ją­ce się wte­dy przej­ście od fil­mów jed­nosz­pu­lo­wych, trwa­ją­cych góra pięt­na­ście mi­nut, kie­ro­wa­nych do wi­dza, któ­ry "i tak nie bę­dzie w sta­nie dłu­żej wy­sie­dzieć", do fil­mów peł­no­me­tra­żo­wych, nie­kie­dy nie­po­zba­wio­nych am­bi­cji ar­ty­stycz­nych.

Kie­dy się czy­ta dzien­ni­ki Schnit­zle­ra, moż­na za­uwa­żyć, że wła­śnie w la­tach 1912-1913 kino stop­nio­wo sta­je się jed­ną z jego ulu­bio­nych roz­ry­wek. Śle­dzi roz­wój ki­ne­ma­to­gra­fii pra­wie od po­cząt­ku - pierw­sza wzmian­ka o wi­zy­cie w "ki­ne­ma­to­gra­fie" po­ja­wia się w Dzien­ni­ku już w roku 1904, ale nie­ste­ty bar­dzo rzad­ko dzie­li się swo­imi wra­że­nia­mi, cza­sem zło­ści się tyl­ko, że ja­kaś ki­czo­wa­ta sce­na wy­wo­ła­ła u nie­go łzy wzru­sze­nia. Praw­do­po­dob­nie część tych sta­rych fil­mi­ków nie za­słu­gu­je na­wet na naj­krót­szą wzmian­kę, ale w 1913 po­ja­wia­ją się już pro­duk­cje bar­dziej in­te­re­su­ją­ce, za­rów­no pod wzglę­dem li­te­rac­kim, jak i wi­zu­al­nym, jak choć­by Stu­dent z Pra­gi czy Der An­de­re. Re­ży­se­rzy na­wią­zy­wa­li wte­dy naj­czę­ściej do spraw­dzo­nych już wzor­ców li­te­rac­kich, ewen­tu­al­nie prze­twa­rza­jąc je po swo­je­mu: Der An­de­re na przy­kład wy­ko­rzy­stu­je Ste­ven­so­now­ski mo­tyw Dok­to­ra Je­kyl­la i pana Hyde'a, Stu­dent z Pra­gi na­wią­zu­je do Fau­sta. Niem­cy i Au­stria­cy chęt­nie się­ga­ją rów­nież po Gril­l­pa­rze­ra i E. T. A. Hof­f­man­na.

Po­pu­lar­ne i śmia­łe oby­cza­jo­wo dra­ma­ty Schnit­zle­ra w pierw­szej chwi­li też wy­da­ją się wspa­nia­łym ma­te­ria­łem fil­mo­wym. I fak­tycz­nie są, ale nie­ko­niecz­nie dla kina nie­me­go, któ­re gdzieś po dro­dze gu­bi­ło fi­ne­zyj­ny dia­log. De­biu­tu­ją­cy jako sce­na­rzy­sta Schnit­zler po­sta­no­wił spro­stać wy­zwa­niu, za­stę­pu­jąc in­try­gę li­te­rac­ką cią­giem ob­ra­zów, pro­du­cent jed­nak z upo­rem ob­sta­wał przy uży­ciu plansz, któ­re mia­ły po­móc wi­dzo­wi w orien­ta­cji. Szyb­ko oka­za­ło się, że jego wi­zja wy­ra­fi­no­wa­ne­go ar­ty­stycz­nie kina wy­prze­dza­ła znacz­nie swój czas. Nie mo­gąc do­ga­dać się z au­striac­kim stu­diem Wie­ner Kun­st­film, dra­ma­turg za­czął roz­mo­wy ze skan­dy­naw­ską wy­twór­nią Nor­disk, ale i tam na­po­tkał trud­no­ści. Pią­te­go lu­te­go 1913 pi­sze zi­ry­to­wa­ny do pro­du­cen­ta Kar­la-Lu­dwi­ga Schröde­ra: "W Pań­skim li­ście z trze­cie­go nie­po­koi mnie, kie­dy pi­sze Pan o moim ży­cze­niu, żeby moż­li­wie cał­ko­wi­cie zre­zy­gno­wać z plansz tek­sto­wych i li­stów w fil­mie Mi­łost­ka. Otóż nie moż­li­wie, ale cał­ko­wi­cie; ja­ki­kol­wiek tekst wią­żą­cy ob­ra­zy, li­sty lub plan­sze do po­szcze­gól­nych scen w żad­nym wy­pad­ku nie może po­ja­wić się w fil­mie. Opra­co­wa­łem treść sztu­ki w taki spo­sób, żeby zro­zu­mia­ła była wy­łącz­nie na pod­sta­wie ob­ra­zu. Je­śli­by po­ja­wi­ły się jesz­cze nie­ja­sno­ści, to chęt­nie po­czy­nię do­dat­ko­we zmia­ny, aby fa­bu­ła znów sta­ła się czy­tel­na. Ale sko­ro Pan z upo­rem wra­ca do te­ma­tu tych nie­zno­śnych li­stów i plansz z na­pi­sa­mi, to czym miał­by od­róż­niać się ten tak zwa­ny film li­te­rac­ki od in­nych, stwo­rzo­nych do­tych­czas? Wła­ści­wa fa­bu­ła ze swej na­tu­ry za­wsze bę­dzie w pew­nym stop­niu za­po­ży­cze­niem, więc je­dy­nie bez­względ­na su­ro­wość for­my bę­dzie od­róż­nia­ła film ar­ty­stycz­ny od po­zo­sta­łych. Je­stem zda­nia, że tyl­ko taki film bę­dzie mógł ro­ścić so­bie pra­wo do mia­na ar­ty­stycz­ne­go, któ­ry skła­da się z sa­mych przez się zro­zu­mia­łych ob­ra­zów"13.

Osta­tecz­nie do­cho­dzą do ugo­dy. Film bę­dzie roz­po­wszech­nia­ny w Da­nii pod dźwięcz­nym ty­tu­łem El­sko­vsleg, tym­cza­sem Schnit­zler po­sta­no­wił w przy­szło­ści uni­kać pi­sa­nia sce­na­riu­szy. Ko­lej­ne lata, a zwłasz­cza po­czą­tek epo­ki fil­mu dźwię­ko­we­go, przy­nio­są jed­nak wie­le no­wych ekra­ni­za­cji. Choć ki­no­ma­ni ko­ja­rzą Schnit­zle­ra przede wszyst­kim z Mak­sem Ophül­sem i jego po­etyc­ką ad­ap­ta­cją fil­mo­wą Ko­ro­wo­du (La Ron­de) z 1950 roku, fil­mów na mo­ty­wach jego twór­czo­ści po­wsta­ły dzie­siąt­ki.

Zna­ko­mi­tym ma­te­ria­łem dla kina wy­da­je się Schnit­zle­row­ska no­we­la Be­ata, któ­ra uka­za­ła się wła­śnie w 1913, ale jej treść była zbyt śmia­ła oby­cza­jo­wo, żeby w tam­tym cza­sie ktoś od­wa­żył się ją sfil­mo­wać. Po­trzeb­na była re­wo­lu­cja sek­su­al­na. W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych do ekra­ni­za­cji Be­aty za­czął się przy­mie­rzać nie kto inny, jak An­drzej Waj­da. Pa­nią Be­atę mia­ła za­grać Romy Schne­ider. Wy­bór był dość oczy­wi­sty, nie dość, że uro­dzi­ła się w Wied­niu i wy­stę­po­wa­ła już w jed­nej ekra­ni­za­cji Schnit­zle­ra, to jesz­cze w 1969 za­gra­ła po­dob­ną rolę (uwo­dzą­cej syna mat­ki) w fil­mie My Lo­ver, My Son. Osta­tecz­nie jed­nak po­wstał Czło­wiek z mar­mu­ru.

2

Pod­czas gdy Schnit­zler wiódł ży­cie do­stat­nie, gry­wa­jąc w te­ni­sa, ja­da­jąc w naj­lep­szych wie­deń­skich re­stau­ra­cjach i po­dró­żu­jąc po Eu­ro­pie, młod­szy od nie­go o dwa­na­ście lat Ar­nold Schön­berg ra­dził so­bie tak fa­tal­nie, że jego uczeń Al­ban Berg kil­ka­krot­nie mu­siał or­ga­ni­zo­wać dla swo­je­go mi­strza zbiór­kę pie­nię­dzy. W koń­cu mistrz nie wy­trzy­mał, spa­ko­wał wa­liz­kę i ku wiel­kie­mu roz­ża­le­niu uczniów i nie­licz­nych zwo­len­ni­ków prze­pro­wa­dził się do Ber­li­na, gdzie jego ta­lent ce­nio­no znacz­nie wy­żej.

Pa­ra­doks po­le­ga na tym, że do­pie­ro wte­dy, gdy stał się ber­liń­czy­kiem, Wie­deń wresz­cie się w nim za­ko­chał. A sta­ło się to 23 lu­te­go 1913 za spra­wą pra­wy­ko­na­nia jego mo­nu­men­tal­nych Gur­re­lie­der. Ta po­tęż­na trzy­czę­ścio­wa kan­ta­ta, roz­pi­sa­na zo­sta­ła na gło­sy pię­ciu so­li­stów, chór i or­kie­strę. Tekst opie­ra się na po­ezji duń­skie­go pi­sa­rza Jen­sa Pe­te­ra Ja­cob­se­na, a opo­wia­da roz­gry­wa­ją­cą się w śre­dnio­wie­czu tra­gicz­ną hi­sto­rię mi­ło­sną duń­skie­go kró­la Wal­de­ma­ra i jego ko­chan­ki Tove, któ­ra zo­sta­je za­mor­do­wa­na przez za­zdro­sną kró­lo­wą. Ca­łość roz­gry­wa się na zam­ku Gur­re, stąd ty­tuł dzie­ła, któ­ry moż­na prze­tłu­ma­czyć jako Pie­śni z Gur­re. Na­wia­sem mó­wiąc, utwór ma tro­chę dziw­ną hi­sto­rię: Schön­berg skom­po­no­wał go już w 1901, ale bez or­kie­stra­cji. Do­pie­ro kie­dy w 1910 nada­rzy­ła się oka­zja za­pre­zen­to­wa­nia pod­czas kon­cer­tu pierw­szej czę­ści kom­po­zy­cji w wer­sji for­te­pia­no­wej, na­gle zro­zu­miał, że dzie­ło to bez­względ­nie za­słu­gu­je na peł­ną, or­kie­stro­wą opra­wę.

W 1913 Gur­re­lie­der miał po­pro­wa­dzić do­bry zna­jo­my Szy­ma­now­skie­go, Franz Schre­ker, a naj­waż­niej­sza par­tia Wal­de­ma­ra przy­pa­dła ku­zy­no­wi kom­po­zy­to­ra, Han­so­wi Na­cho­do­wi. Praw­do­po­dob­nie więk­szość wi­dzów li­czy­ła skry­cie na ko­lej­ną po­raż­kę Schön­ber­ga, sie­dzie­li jed­nak kom­plet­nie ocza­ro­wa­ni. Był to zu­peł­nie inny Schön­berg niż ten, któ­re­go z po­świę­ce­niem wy­gwiz­dy­wa­li do­tąd na kon­cer­tach. Mu­zy­ka była do­stoj­na i li­rycz­na za­ra­zem, brzmia­ła jak Wa­gner, któ­re­go wciąż ko­cha­li. Do­pie­ro trze­cia część przy­nio­sła roz­wią­za­nia nie­miesz­czą­ce się w dzie­więt­na­sto­wiecz­nej es­te­ty­ce, ale w naj­gor­szym ra­zie przy­po­mi­na­ło to eks­tra­wa­gan­cje Mah­le­ra. Kie­dy wy­brzmie­wał jesz­cze za­re­zer­wo­wa­ny na wiel­ki fi­nał bom­ba­stycz­ny Hymn do słoń­ca, pu­blicz­ność ze­rwa­ła się z miejsc i za­czę­ła dłu­gą owa­cję, prze­ry­wa­ną en­tu­zja­stycz­ny­mi okrzy­ka­mi: "Schön­berg! Schön­berg!"

Suk­ces był tak osza­ła­mia­ją­cy, że Schön­berg nie bar­dzo wie­dział, jak się za­cho­wać. Był zbyt zgorzk­nia­ły i zbyt pa­mię­tli­wy, żeby się cie­szyć. Kie­dy w koń­cu wy­cią­gnię­to go z fo­te­la i mimo jego usil­nych pro­te­stów wpro­wa­dzo­no na sce­nę, od­wró­cił się ple­ca­mi do pu­blicz­no­ści, ukło­nił się ni­sko Schre­ke­ro­wi, a po­tem or­kie­strze i znik­nął. Wie­deń­skiej pu­blicz­no­ści nie za­mie­rzał dzię­ko­wać. Po­tem tak wspo­mi­nał swo­je od­czu­cia: "By­łem ra­czej obo­jęt­ny, a może na­wet tro­chę zły. Wie­dzia­łem, że ten suk­ces nie bę­dzie miał wpły­wu na od­biór mo­ich póź­niej­szych dzieł. Pod­czas mi­nio­nych trzy­na­stu lat roz­wi­ną­łem swój styl w ta­kim stop­niu, że prze­cięt­ne­mu słu­cha­czo­wi wy­da­je się on nie mieć żad­ne­go związ­ku z [moją] wcze­śniej­szą mu­zy­ką. Mu­szę wal­czyć o każ­dą nową kom­po­zy­cję, w spo­sób od­ra­ża­ją­cy by­łem ob­ra­ża­ny przez kry­ty­ków, utra­ci­łem przy­ja­ciół i kom­plet­nie stra­ci­łem wia­rę w ich osąd. Wie­dzia­łem, że sto­ję zu­peł­nie sam na­prze­ciw świa­ta peł­ne­go wro­gów".

Jak­kol­wiek w tych gorz­kich sło­wach jest spo­ro praw­dy, jest w nich też tro­chę prze­sa­dy. Na pew­no u jego boku sta­li jego ucznio­wie Berg i von We­bern, a bar­dziej otwar­ta pu­blicz­ność cze­ka­ła na nie­go w Ber­li­nie. Ale i na wie­deń­skim kon­cer­cie zna­leź­li się ko­ne­se­rzy, któ­rzy w Gur­re­lie­der de­ce­ni­li nie tyl­ko wa­gne­row­ską sty­li­sty­kę, lecz tak­że nowe roz­wią­za­nia. Szy­ma­now­skie­go na przy­kład za­in­try­go­wa­ła za­sto­so­wa­na tu po raz pierw­szy przez Schön­ber­ga tech­ni­ka Sprech­stim­me, roz­wi­nię­ta z tra­dy­cyj­ne­go re­cy­ta­ty­wu. Za­sto­su­je ją w ope­rze Ha­gith, nad któ­rą pra­cu­je w 1913.

3

Z na­zwi­skiem Schön­ber­ga wie­deń­czy­kom ko­ja­rzy­ła się wte­dy nie tyl­ko mu­zy­ka, któ­rej ni­jak nie po­tra­fi­li zro­zu­mieć, ale i wiel­ki skan­dal, któ­ry wstrzą­snął Wied­niem kil­ka lat wcze­śniej. Skan­dal, któ­ry wy­wo­łał zresz­tą nie on sam, lecz jego nie­daw­no po­ślu­bio­na żona, a za­ra­zem sio­stra naj­bliż­sze­go przy­ja­cie­la, Ale­xan­dra von Ze­mlin­sky'ego, Ma­thil­de. Była to tra­ge­dia mi­ło­sna prze­wyż­sza­ją­ca dra­ma­ty­zmem hi­sto­rię z zam­ku Gur­re.

Wio­sną 1906 po jed­nym z kon­cer­tów pod­szedł do Schön­ber­ga mło­dy, dwu­dzie­sto­trzy­let­ni wów­czas męż­czy­zna i przed­sta­wił się jako Ri­chard Ger­stl. Spy­tał, czy kom­po­zy­tor nie ze­chciał­by mu po­zo­wać do por­tre­tu. Wcze­śniej zło­żył już tę samą pro­po­zy­cję Mah­le­ro­wi, ten jed­nak zde­cy­do­wa­nie od­mó­wił. Schön­berg zgo­dził się po kil­ku dniach na­my­słu, wy­py­tu­jąc zna­jo­mych, czy wie­dzą coś o mło­dym ma­la­rzu. Dla mło­de­go ar­ty­sty, któ­ry na znak pro­te­stu opu­ścił kon­ser­wa­tyw­ną wie­deń­ską Aka­de­mię, ma­lo­wa­nie sław­nych, lub choć­by tro­chę zna­nych po­sta­ci było spo­so­bem, aby za­ist­nieć. Na­wia­sem mó­wiąc, pierw­szym na­uczy­cie­lem Ger­stla na stu­diach był Chri­stian Grie­pen­kerl, któ­ry z uro­czą bez­po­śred­nio­ścią okre­ślił ma­lar­stwo swe­go ucznia jako "sra­nie po śnie­gu". Po­tem na Grie­pen­ker­la tra­fić miał Schie­le...

Wkrót­ce Ger­stl stał się re­gu­lar­nym go­ściem w miesz­ka­niu Schön­ber­gów przy Liech­ten­ste­in­stras­se. Kom­po­zy­tor po­zo­wał mu, sie­dząc na oto­ma­nie, w rogu swo­je­go okle­jo­ne­go pa­skud­ną zie­lo­ną ta­pe­tą po­ko­ju. Mło­dy ar­ty­sta oka­zał się in­te­li­gent­nym i bły­sko­tli­wym roz­mów­cą, po­dzie­la­ją­cym w do­dat­ku nie­któ­re po­glą­dy go­spo­da­rza na te­mat sztu­ki i fi­lo­zo­fii. Dzie­lą­ca ich po­waż­na róż­ni­ca wie­ku zda­wa­ła się nie mieć zna­cze­nia. Nic dziw­ne­go, że wi­zy­ty na­bra­ły cha­rak­te­ru bar­dziej to­wa­rzy­skie­go niż biz­ne­so­wo-ar­ty­stycz­ne­go. Ri­chard za­przy­jaź­nił się też z in­ny­mi do­mow­ni­ka­mi, Ma­thil­de oraz jej czte­ro­let­nią wów­czas cór­ką Tru­di. Kil­ka ty­go­dni póź­niej ma­lo­wał już dru­gi ob­raz, przed­sta­wia­ją­cy całą ro­dzi­nę, i wzru­szył Schön­ber­ga, od­ma­wia­jąc przy­ję­cia ho­no­ra­rium. Ma­thil­de po­zo­wa­ła mu, sie­dząc za sto­łem, w ten spo­sób dys­kret­nie za­sła­nia­ła wi­docz­ną już wte­dy dru­gą cią­żę.

Stop­nio­wo Ger­stl za­przy­jaź­nił się nie tyl­ko z Schön­ber­ga­mi, ale i z ca­łym ich oto­cze­niem. Na­ma­lo­wał por­tret sio­stry Ber­ga, Sma­rag­dy, oraz jed­ne­go z przy­ja­ciół We­ber­na. Na wio­snę przy­szła ko­lej na por­tret Ma­thil­de. Z ob­ra­zu na ob­raz Ger­stl ma­lo­wał co­raz pew­niej i le­piej, stop­nio­wo od­naj­du­jąc wła­sny eks­pre­sjo­ni­stycz­ny styl, o parę lat wy­prze­dza­jąc Oska­ra Ko­ko­sch­kę i Ego­na Schie­le. Kie­dy la­tem tego sa­me­go roku całe to­wa­rzy­stwo wy­bie­ra­ło się na wspól­ne wa­ka­cje nad je­zio­rem Traun­see, Ger­stl rów­nież zo­stał za­pro­szo­ny. Na wa­ka­cjach na­ma­lo­wał kil­ka pej­za­ży oraz parę no­wych por­tre­tów, któ­re co­raz bar­dziej zdra­dza­ły ska­lę jego ta­len­tu.

To wła­śnie w tym okre­sie Schön­berg po­pro­sił Ri­char­da, żeby zo­stał jego na­uczy­cie­lem ma­lar­stwa. Kom­po­zy­tor oka­zał się nie­zwy­kle po­jęt­nym uczniem, a wspól­ne lek­cje jesz­cze bar­dziej po­głę­bi­ły więź mię­dzy męż­czy­zna­mi. Pro­blem w tym, że w tym sa­mym cza­sie rów­nie in­ten­syw­na więź za­wią­za­ła się mię­dzy Ger­stlem a Ma­thil­de, któ­ra tak­że za­pra­gnę­ła zo­stać ma­lar­ką. Ri­chard był nie tyl­ko dzie­więć lat młod­szy od jej męża, ale też o dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów wyż­szy i nie­ste­ty przy­stoj­niej­szy.

Kie­dy Schön­berg wresz­cie zro­zu­miał gro­zę sy­tu­acji i spró­bo­wał prze­mó­wić przy­ja­cie­lo­wi do roz­sąd­ku, było już za póź­no. Ger­stl wy­na­jął pra­cow­nię przy Liech­ten­ste­in­stras­se 20, kil­ka kro­ków od miesz­ka­nia Schön­ber­gów, a Ma­thil­de od­wie­dza­ła go pra­wie co­dzien­nie mimo wy­raź­ne­go za­ka­zu męża. Sta­ła się ulu­bio­ną mo­del­ką Ger­stla, tym­cza­sem Schön­berg sie­dział w miesz­ka­niu z dwie­ma cór­ka­mi i za­sta­na­wiał się, czy żona już go zdra­dzi­ła, czy zro­bi to do­pie­ro na­stęp­nym ra­zem.

Tak mi­ja­ły ko­lej­ne mie­sią­ce i zno­wu na­de­szło lato. I ko­lej­ny wy­jazd nad Traun­see. Tym ra­zem jed­nak sy­tu­acja zde­cy­do­wa­nie wy­mknę­ła się spod kon­tro­li. Kie­dy Schön­berg przy­ła­pał żonę in fla­gran­ti, ucie­kła z ko­chan­kiem do Wied­nia. Dłu­go nie mógł otrzą­snąć się z szo­ku, ale rów­nie zszo­ko­wa­ny był cały ar­ty­stycz­ny Wie­deń. Mę­żo­wie zo­sta­wia­ją­cy żony - ta­kie rze­czy były na po­rząd­ku dzien­nym, ale żona zo­sta­wia­ją­ca męża, a w do­dat­ku dzie­ci - to było coś zu­peł­nie no­we­go! Naj­wy­raź­niej ozna­cza­ło po­czą­tek no­wej, strasz­li­wej epo­ki.

Nie­wdzięcz­nej roli me­dia­to­ra po­mię­dzy mał­żon­ka­mi pod­jął się An­ton von We­bern. Przez dłuż­szy czas pró­bo­wał na­kło­nić Ma­thil­de, aby wró­ci­ła do domu, je­śli nie ze wzglę­du na męża, to przy­najm­niej dla dzie­ci. W koń­cu ule­gła. Ri­chard tym­cza­sem utra­cił nie tyl­ko ko­chan­kę, ale jak się mia­ło szyb­ko oka­zać, cały do­tych­cza­so­wy krąg zna­jo­mych. Świat, któ­ry przez dwa lata uda­ło mu się wo­kół sie­bie zbu­do­wać, na­gle prze­stał ist­nieć, roz­wie­wa­ły się ma­rze­nia o ka­rie­rze. Nie było ni­ko­go, kto sta­nął­by po jego stro­nie. Ger­stl nie był w sta­nie tego udźwi­gnąć, 4 li­sto­pa­da 1908 spa­lił więk­szość swo­ich prac i po­wie­sił się w pra­cow­ni na­prze­ciw­ko wiel­kie­go lu­stra, któ­re wy­ko­rzy­sty­wał wcze­śniej przy ma­lo­wa­niu swo­ich nie­sa­mo­wi­tych au­to­por­tre­tów. Le­gen­da mówi, że dla pew­no­ści pchnął się no­żem w ser­ce. Schön­berg rów­nież my­ślał o sa­mo­bój­stwie. Zdra­da była tym bar­dziej bo­le­sna, że zo­stał zdra­dzo­ny po­dwój­nie, tak­że przez bli­skie­go przy­ja­cie­la, któ­re­mu ufał z chło­pię­cą na­iw­no­ścią. Dłu­go nie mógł pod­nieść się z roz­pa­czy, ale cier­pie­nie uda­ło mu się prze­kuć w sztu­kę. Żo­nie jed­nak nie wy­ba­czył nig­dy, Ma­thil­de mia­ła go zresz­tą zdra­dzić jesz­cze raz, w 1920, kie­dy za­ko­cha­ła się w pew­nym do­brze za­po­wia­da­ją­cym się te­no­rze.

4

Przez kil­ka lat Wie­deń cze­kał nie­cier­pli­wie na ko­lej­ną hi­sto­rię mi­ło­sną, któ­rą mógł­by się gor­szyć i fa­scy­no­wać za­ra­zem. W 1912 ocze­ki­wa­nia te speł­ni­li Alma Mah­ler i Oskar Ko­ko­sch­ka.

Po­zna­li się na przy­ję­ciu u oj­czy­ma Almy, Car­la Mol­la, ar­ty­sty może nie naj­wyż­szej kla­sy, ale w tam­tym cza­sie ogrom­nie wpły­wo­we­go. W Wied­niu znał wszyst­kich, któ­rych znać trze­ba, z Gu­sta­vem Klim­tem na cze­le, był też dy­rek­to­rem pre­sti­żo­wej ga­le­rii. Moll zo­ba­czył ob­ra­zy Ko­ko­sch­ki na otwar­tej wła­śnie w Wied­niu wy­sta­wie i za­pra­gnął, aby ten na­ma­lo­wał jego por­tret, a przy oka­zji może por­tret Almy. Za­pro­sił go na uro­czy­stą ko­la­cję do swej wy­twor­nej re­zy­den­cji na Hohe War­te. Jej orien­tal­ny prze­pych oszo­ło­mił i onie­śmie­lił Oska­ra, któ­ry we wspo­mnie­niach pi­sał o per­skich dy­wa­nach, ja­poń­skich wa­zach i bu­kie­tach pa­wich piór. "Da ist ein jun­ger, ge­nia­ler Kerl"14 - tak Moll przed­sta­wił ar­ty­stę Al­mie i ta od razu spoj­rza­ła na Ko­ko­sch­kę in­a­czej. Taka już była - mia­ła sła­bość do ge­niu­szy.

W swo­jej au­to­bio­gra­fii Ko­ko­sch­ka utrzy­mu­je, że Alma ("mło­da i ude­rza­ją­co pięk­na w swej ża­ło­bie") za­ko­cha­ła się w nim od pierw­sze­go wej­rze­nia. Ona we wspo­mnie­niach twier­dzi coś zu­peł­nie in­ne­go. Obie re­la­cje są za­pew­ne w du­żej mie­rze kon­fa­bu­lo­wa­ne, ale wer­sja Almy jest zde­cy­do­wa­nie za­baw­niej­sza:

"Przy­niósł szorst­ki pa­pier i chciał roz­po­cząć szkic. Ja jed­nak po krót­kiej chwi­li oznaj­mi­łam, że nie za­mie­rzam tak sie­dzieć i po­zwa­lać na sie­bie pa­trzeć, po czym za­py­ta­łam, czy mo­gła­bym w trak­cie grać na for­te­pia­nie. Za­czął ry­so­wać, wciąż prze­ry­wa­ły mu ata­ki kasz­lu, a gdy pró­bo­wał nie­po­strze­że­nie scho­wać chu­s­tecz­kę, do­strze­głam pla­my krwi. Miał po­dar­te buty i zno­szo­ny gar­ni­tur. Pra­wie ze sobą nie roz­ma­wia­li­śmy, mimo to i tak nie mógł ry­so­wać.

Pod­nie­śli­śmy się - i na­gle on ob­jął mnie gwał­tow­nie. Zro­bił to w spo­sób zu­peł­nie dla mnie obcy... Nie od­po­wie­dzia­łam na jego uścisk, jed­nak wy­da­wa­ło się, że aku­rat to na nie­go dzia­ła.

Wy­padł z po­ko­ju, a po go­dzi­nie trzy­ma­łam w rę­kach prze­pięk­ny list mi­ło­sny z proś­bą o moje wzglę­dy"15.

EGON SCHIE­LE Por­tret Ar­nol­da Schön­ber­ga

Lou An­dre­as-Sa­lo­mé

na stro­nie obok: Alma Mah­ler

Dziś czy­ta się to tro­chę jak frag­ment ro­man­su Ro­dzie­wi­czów­ny. Z za­sto­so­wa­nych przez Almę efek­tów te­atral­nych wy­śmie­wał się bio­graf ar­ty­sty Frank Whit­ford. Skąd, na Boga, ta krew na chu­s­tecz­ce? I te łach­ma­ny u za­wsze nie­ska­zi­tel­nie wy­sty­li­zo­wa­ne­go dan­dy­sa! Tak czy in­a­czej, w po­wie­trzu mu­sia­ło iskrzyć, bo nie mi­nął ty­dzień, a Oskar i Alma już ze sobą sy­pia­li. Alma oka­za­ła się w tym wzglę­dzie bar­dzo no­wo­cze­sna. A wca­le się nie za­po­wia­da­ło! Jako mło­da dziew­czy­na pi­sa­ła w swo­im se­kret­nym dzien­ni­ku: "Ob­ser­wo­wa­łam psy, kie­dy to ro­bią, za­wsze obu­rza­łam się, wi­dząc te ich za­ma­cho­we ru­chy. No cóż, to jest wła­ści­we psom, pie­skie, a te­raz Lo­uise mówi mi, że lu­dzie ro­bią to tak samo. Klimt na­zy­wa to, to ob­ska­ki­wa­nie, wcho­dze­niem w sie­bie. Je­stem obu­rzo­na i znie­sma­czo­na. Nie, nie ma czło­wie­ka, z któ­rym bym to znio­sła. Czy lu­dzie też ro­bią przy tym ta­kie głu­pie miny jak psy? Łe-ee"16.

5

Trze­ba przy­znać, że Alma wie­dzia­ła, w kim się za­ko­chać. Ko­ko­sch­ka był nie­zwy­kle uta­len­to­wa­nym ar­ty­stą, nie tyl­ko ory­gi­nal­nym, ale też zdu­mie­wa­ją­co wszech­stron­nym. Ma­lo­wał, rzeź­bił, pi­sał dra­ma­ty i po­ezje. W prze­ci­wień­stwie do Ego­na Schie­le, bar­dzo wcze­śnie wy­zwo­lił się z fin­de­siec­lo­wej es­te­ty­ki. Już jako dwu­dzie­sto­la­tek wy­da­wał się ar­ty­stą osob­nym. Jego ob­ra­zy bu­dzi­ły skraj­ne re­ak­cje. Ta­kiej sztu­ki nikt wcze­śniej nie wi­dział, a wie­lu wo­la­ło­by nig­dy nie zo­ba­czyć. Dzi­siaj przy­zwy­cza­je­ni je­ste­śmy w sztu­ce do naj­bar­dziej ra­dy­kal­nych eks­pe­ry­men­tów, ale ów­cze­snej pu­blicz­no­ści wie­deń­skiej na­wet Klimt wy­da­wał się szo­ku­ją­cy. Nie dzi­wi więc tak bar­dzo, że salę Ko­ko­sch­ki na wie­deń­skim Kun­st­schau w 1908 roku szyb­ko ochrzczo­no mia­nem "ga­bi­ne­tu gro­zy". Póź­niej bę­dzie jesz­cze le­piej. Ar­cy­ksią­żę Fran­ci­szek Fer­dy­nand (ten sam, któ­ry zgi­nie po­tem od kuli serb­skie­go za­ma­chow­ca w Sa­ra­je­wie) na wi­dok jed­ne­go z dzieł Ko­ko­sch­ki miał po­dob­no wy­krzyk­nąć: "Ten czło­wiek za­słu­gu­je na to, aby po­ła­mać mu wszyst­kie ko­ści!"

Po­dob­nie jak w wy­pad­ku Ri­char­da Ger­stla, spo­so­bem na suk­ces mia­ły być por­tre­ty zna­nych lu­dzi. O ile jed­nak Ger­stlo­wi nie uda­ło się za­ist­nieć poza eli­tar­nym świa­tem mu­zycz­nej awan­gar­dy, o tyle Ko­ko­sch­ka miał szczę­ście spo­tkać lu­dzi, któ­rzy w cią­gu kil­ku lat wy­kre­owa­li go na wscho­dzą­cą gwiaz­dę No­wej Sztu­ki. Ludź­mi tymi byli Adolf Loos i Karl Kraus. Loos za­uwa­żył Ko­ko­sch­kę już w roku 1908. Był wte­dy po­wszech­nie zna­nym, choć wca­le nie po­wszech­nie sza­no­wa­nym ar­chi­tek­tem, któ­ry bez­wstyd­nie uwo­dzi­ciel­ską se­ce­sję chciał za­stą­pić su­ro­wym mo­der­ni­zmem. Jego bo­daj naj­gło­śniej­szym pro­jek­tem miał się oka­zać tak zwa­ny Lo­oshaus przy Mi­cha­eler­platz, w sa­mym ser­cu mia­sta, za­pro­jek­to­wa­ny w 1909, a od­da­ny do użyt­ku dwa lata póź­niej. W Wied­niu mó­wi­ło się, że ce­sarz, nie chcąc pa­trzeć na ten scheus­sli­ches Haus, po­sta­no­wił uży­wać in­ne­go wyj­ścia z Ho­fbur­gu. Jak gło­si le­gen­da, ka­zał też za­bić de­ska­mi wy­cho­dzą­ce na plac okna pa­ła­cu.

Loos nie­wąt­pli­wie był no­wa­to­rem, o ład­ną de­ka­dę wy­prze­dza­ją­cym swój czas, a w młod­szym od sie­bie o szes­na­ście lat ar­ty­ście do­strzegł po­krew­ną du­szę. Nie bez zna­cze­nia był rów­nież fakt, że oj­ciec Ko­ko­sch­ki po­cho­dził z Pra­gi, tym­cza­sem Loos uro­dził się Brnie. Ten cze­ski łącz­nik, naj­czę­ściej po­mi­ja­ny w pu­bli­ka­cjach an­giel­skich i nie­miec­kich, miał nie­ba­ga­tel­ne zna­cze­nie w ich bar­dzo bli­skiej i ser­decz­nej przy­jaź­ni. Po woj­nie obaj zresz­tą przyj­mą oby­wa­tel­stwo Cze­cho­sło­wa­cji.

Dzię­ki sta­ra­niom Lo­osa w cią­gu kil­ku lat Ko­ko­sch­ka stał się w Wied­niu po­sta­cią zna­ną. Nie­ste­ty jego sy­tu­acja do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ła sy­tu­ację Schön­ber­ga. Był zna­ny, ale ser­decz­nie nie­lu­bia­ny. Prak­tycz­nie je­dy­nym wie­deń­skim pi­smem, w któ­rym moż­na było zna­leźć po­chwa­łę jego ma­lar­stwa, było "Die Fac­kel", wy­da­wa­ne i re­da­go­wa­ne przez naj­bliż­sze­go przy­ja­cie­la Lo­osa, Kar­la Krau­sa. Dla po­rząd­ku wy­pa­da jed­nak do­dać, że "Die Fac­kel" czy­ta­li wów­czas w Wied­niu pra­wie wszy­scy spo­śród tych, któ­rzy czy­tać po­tra­fi­li. Kraus umiał być sar­ka­stycz­ny i dow­cip­ny, a przy tym za­wsze ak­tu­al­ny. Uwiel­biał wkła­dać kij w mro­wi­sko i ro­bił to za­wsze z wiel­kim ta­len­tem.

Moż­na przy­jąć, że Ko­ko­sch­ka był zbyt awan­gar­do­wy, aby po­zna­li się na nim kon­ser­wa­tyw­ni kry­ty­cy, ale nie jest to cała praw­da. Jed­nym z naj­za­cie­klej­szych wro­gów ar­ty­sty był pi­szą­cy dla le­wi­co­we­go "Ar­be­iter Ze­itung" Ar­thur Ro­es­sler, któ­ry ucho­dził za pro­ro­ka "no­wej sztu­ki". Kło­pot w tym, że jego ulu­bień­cem, a po­tem tak­że przy­ja­cie­lem był Egon Schie­le. Schie­le­go trak­to­wał Ro­es­sler jako wła­sne od­kry­cie i za punkt ho­no­ru sta­wiał so­bie wy­ka­za­nie, że ci, któ­rych lan­su­ją inni, po­zba­wie­ni są ta­len­tu w spo­sób wręcz kli­nicz­ny.

Znacz­nie lep­szą pra­sę miał Ko­ko­sch­ka w Niem­czech. Wła­śnie stam­tąd na­de­szły w koń­cu sło­wa, na któ­re ar­ty­sta cze­kał od daw­na - zo­stał ofi­cjal­nie na­masz­czo­ny na ge­niu­sza, i to nie byle gdzie, bo w pre­sti­żo­wym "Ze­it­schrift für bil­den­de Kün­ste": "To pierw­szy wie­deń­ski ma­larz, o któ­rym po­wie­dzieć moż­na, że jest ge­nial­ny. Na pew­no nie spodo­ba się każ­de­mu, bo jest w nim nie­zwy­kła ory­gi­nal­ność. Praw­do­po­dob­nie Niem­cy nie wi­dzia­ły ni­cze­go tak dzi­kie­go i fan­ta­stycz­ne­go od cza­su śmier­ci Grüne­wal­da".

Pod­su­mo­wa­niem do­tych­cza­so­wej twór­czo­ści Ko­ko­sch­ki mia­ła być książ­ka, któ­rej wy­da­nia ocze­ki­wał w 1913 z wiel­ką nie­cier­pli­wo­ścią. Rok wcze­śniej dzię­ki Al­mie po­znał nie­miec­kie­go praw­ni­ka Pau­la Ste­fa­na Grün­feld­ta, któ­ry jed­no­cze­śnie re­ali­zo­wał się jako kry­tyk mu­zycz­ny i znaw­ca sztu­ki. Wcze­śniej wy­dał już bio­gra­fię Mah­le­ra, Alma po­my­śla­ła więc za­pew­ne, że naj­wyż­szy czas wy­pro­mo­wać ak­tu­al­ne­go ko­chan­ka. Osta­tecz­nie wy­da­na w Lip­sku książ­ka Oskar Ko­ko­sch­ka: Dra­men und Bil­der mia­ła się oka­zać an­to­lo­gią dra­ma­tów i wy­bo­rem sła­bych nie­ste­ty re­pro­duk­cji, nie mo­no­gra­fią ar­ty­stycz­ną jak wcze­śniej pla­no­wa­no. Tak czy in­a­czej, tego ro­dza­ju pu­bli­ka­cja w wy­pad­ku dwu­dzie­sto­sze­ścio­lat­ka do­pie­ro za­czy­na­ją­ce­go ka­rie­rę była ogrom­nym wy­róż­nie­niem. Dla Ko­ko­sch­ki książ­ka ta była waż­na po­dwój­nie ze wzglę­du na jego ry­wa­li­za­cję z Mak­sem Op­pen­he­ime­rem, któ­ry po­dob­nej książ­ki do­cze­kał się już w roku 1911.

To wła­śnie w za­po­mnia­nym dziś Op­pen­he­ime­rze wi­dział Ko­ko­sch­ka naj­więk­sze za­gro­że­nie dla wła­snej po­zy­cji "naj­zdol­niej­sze­go ar­ty­sty po­ko­le­nia". Schie­lem w ogó­le się wte­dy nie przej­mo­wał. Ich ry­wa­li­za­cja nie­kie­dy była ko­micz­na, ob­ra­ca­li się w po­dob­nych krę­gach, więc cza­sem je­den po dru­gim ma­lo­wa­li por­tre­ty tych sa­mych osób. Je­śli je­den zro­bił por­tret Pe­te­ro­wi Al­ten­ber­go­wi, dru­gi za­raz uma­wiał się z nim na se­sję. Na­wia­sem mó­wiąc, Op­pen­he­imer miał w pew­nym okre­sie lep­szą re­no­mę i siłę prze­bi­cia - uda­ło mu się na przy­kład na­ma­lo­wać por­tre­ty Zyg­mun­ta Freu­da, Ar­thu­ra Schnit­zle­ra i He­in­ri­cha Man­na, o czym Ko­ko­sch­ka mógł tyl­ko po­ma­rzyć. Wię­cej też wy­sta­wiał, co gor­sza, w bar­dzo do­brych ga­le­riach. Ko­ko­sch­ka nie mógł tego prze­łknąć. W 1911 dzię­ki swo­im roz­le­głym już kon­tak­tom roz­pę­tał kam­pa­nię ma­ją­cą skom­pro­mi­to­wać ry­wa­la jako po­zba­wio­ne­go ta­len­tu imi­ta­to­ra. Uda­ło mu się po­zy­skać dla niej nie tyl­ko Lo­osa i Krau­sa, ale też wpły­wo­we­go wy­daw­cę i pro­mo­to­ra sztu­ki Her­wa­tha Wal­de­na i jego ów­cze­sną żonę, wy­bit­ną po­et­kę, Else La­sker-Schüler.