4
Warszawa-Włochy, ul. Notecka, godzina 13.00.
- Dziękuję! Bez dubla będzie - rozległ się donośny, choć nieco piskliwy, a przez to szczeniacki głos reżysera; po sekundzie jego posiadacz, już nieco ciszej i jakby do siebie, dorzucił z satysfakcją, ale i ulgą: - Mamy to.
Odetchnęli i inni. W jednej chwili nieruchomy dotąd plan rozsypał się niczym obraz w teatrze żywych fotografii i wypełnił kakofonią ludzkich głosów i dźwięków zbędnych i niezbędnych maszyn i urządzeń. Wąski kadr włączonej wciąż kamery wypełnili pochowani dotąd gdzieś specjaliści i fachowcy od tego czy owego, dziewczyny zbrojne w pędzle do makijażu, grzebienie, a chłopcy w kable, druciki i sto innych przedmiotów. Oto ktoś puścił w ruch steraną kopię czarno-białego filmu, przy czym zrobił to na zbyt szybkich obrotach, przez co obraz ów przypominał burleskę sprzed stu lat.
Wprawne oko widza z łatwością podzieliłoby wszystkie postacie znajdujące się tak w kadrze, jak i poza nim, na mniejsze grupki. Jedna z nich liczyła trzy osoby i składała się z mężczyzny oraz dwóch kobiet. Cała trójka przed chwilą skończyła grać wspólną scenę.
- Dwadzieścia minut przerwy! Dwadzieścia minut! - przez wzmagający się z każdą chwilą jazgot przebił się głos kierownika planu.
- Palić. Palić - jęknęła Katarzyna, której ręka właśnie nurkowała w czeluściach wielkiej torby z zielonej skórki w poszukiwaniu wszystkich niezbędnych akcesoriów tego zgubnego nałogu. - Ktoś idzie na dyma?
- Ja - Anka, postawna blondynka, podniosła szkolnym zwyczajem dwa palce do góry.
- Umiecie przekonywać - stęknął stojący najbliżej Kaśki młody mężczyzna, po czym wystudiowanym ruchem otworzył drzwi prowadzące na korytarz hali zdjęciowej; naciągnięty za sprawą tego ruchu rękaw podkoszulka odsłonił na prawym bicepsie tatuaż w kształcie skorpiona.
Każdy, kto choć raz znalazł się na planie filmu czy serialu, wie, że praca w takim miejscu polega głównie na jednym: na czekaniu. Jest to oczekiwanie na odpowiednie światło, jeśli zdjęcia realizowane są w plenerze, a potem na prąd, bo w plenerze łatwo przecież o awarię. Na ciszę, chwilę po ogłoszeniu ciszy przez kierownika planu, na rozplątanie zaplątanych kabli. Wreszcie na gwiazdę Pipsztycką, bo ta utkwiła w ulicznym korku, wracając z porannej próby w teatrze, co każdy przyjmie jeszcze z pobłażaniem; gorzej, kiedy wraca z planu świetnie płatnej reklamy margaryny lub proszku do bieli. Tak, na rzeczoną gwiazdę, aż odtaje, wypije kawę z mleczkiem i zawsze dwiema kostkami cukru, zje, tak jak dzisiaj, pół tradycyjnego pączka, potem skończą jej robić makijaż i wymieniać najnowsze plotki - czekać najtrudniej.
Z każdym krokiem było coraz ciszej, ale i coraz chłodniej. Troje młodych aktorów przeszło w milczeniu kilkanaście metrów korytarza, mijając mieszkania-dekoracje, należące do innych, serialowych rodzin. Czasami lepszych, czasami gorszych, uwielbianych przez miliony i szczerze nienawidzonych, ale zawsze na szczęście (albo niestety) nieprawdziwych.
- Nie idzie mi dzisiaj za cholerę, wiecie - poskarżyła się kasztanowłosa Kasia Rawska, gdy zamknęli za sobą drzwi niewielkiego pomieszczenia, pełniącego nieoficjalnie funkcję palarni.
Robert bez słowa podał obu kobietom ogień. Wszyscy zaciągnęli się dymem, który w kilka chwil rozdzielił ich gęstą zasłoną. Ta była widzialna; o innej, niewidocznej, dotyczącej Kaśki i Roberta, od rana powtarzał reżyser. Zróbcie coś, weźcie się w garść, nie iskrzy, jesteście przecież małżeństwem! - gardłował za każdym razem, gdy podejmował decyzję o następnym "dubelku".
- Nie przejmuj się - pocieszała koleżankę po fachu Anka; dziewczyna trzymała dymiącego papierosa w malowniczy sposób: w dwóch palcach prawej ręki, lekko odchylonej, której łokieć spoczywał z kolei w dłoni lewej.
- Przynajmniej jest czas, żeby nad tym popracować. Co by o gościu nie mówić, to ambitny skurwiel - dodał Robert, rozsiadłszy się wygodnie w starym fotelu z podłokietnikami wytartymi przez kolejne pokolenia gwiazd i gwiazdek, które, prócz wielu typowych dla tego zawodu nałogów, trzymało nie mniej zgubne uzależnienie od nikotyny.
Kaśka już miała coś powiedzieć, podziękować za dobre słowa, a może dalej sypać sobie sól na rany, kiedy nagle skrzypnęły drzwi. Na progu kanciapy stanęła Laura Minz, choć przez gęstą zawiesinę dymu siedzący w środku nie od razu ją rozpoznali. Przez chwilę wydawało się nawet, że dziewczyna waha się, czy w ogóle wejść do środka. W końcu jednak zamknęła za sobą drzwi. Na jej powitanie aktor uśmiechnął się szeroko, Anka zmieniła układ rąk (teraz papieros kopcił malowniczo w palcach lewej dłoni), Katarzyna zaś zaczęła przewracać nerwowo strony scenariusza, który zabrała ze sobą na przerwę, by przypomnieć sobie tekst dialogu.
- Możecie mnie poczęstować? - spytała słabym głosem Laura; teraz dopiero było widać wyraźnie, że jest strasznie blada i trzęsą jej się ręce.
- Nie wiedziałem, że palisz - zdziwił się Robert, nie mniej szybko sięgnął w zanadrze po paczkę marlboro.
- Ja też nie wiedziałam - odpowiedziała cicho.
Oparła się o jedną ze ścian i głęboko zaciągnęła się dymem. Przez długą chwilę nikt nic nie mówił.
Ciszę przerwała dopiero Kasia: najpierw zamknęła z trzaskiem scenariusz, a po chwili zaśmiała się sztucznie:
- Słyszałam, że miałaś wczoraj spotkanie z jakimś wielbicielem! Musiał być wyjątkowo wytrwały, żeby tak do nocy w krzakach siedzieć.
- Swoją drogą, podziwiam cię. Ja bym chyba umarła... - dorzuciła jasnowłosa Anka.
- Szczerze mówiąc, myślałem, że już ich mamy z głowy - wtrącił się też Robert, obracając w dłoni zapalniczkę z logo motocykla harley.
Kaśka spojrzała pytająco na swojego ekranowego męża, marszcząc przy tym czoło, co z miejsca dodawało jej kilka lat.
- Kogo? - zapytała.
- Jak to kogo? Fanów! - żachnął się mężczyzna. - Kiedy zaczynaliśmy, to jeszcze rozumiem. Serial nowy, hala zdjęciowa nie tak daleko od miasta, no to wystawali pod wytwórnią, żeby dostać autograf albo zrobić sobie z kimś z nas zdjęcie. Ale teraz?
- Co się dziwisz, nowa postać, to i ma nowych wielbicieli - powiedziała Rawska, potwierdzając tym, że ma dziś naprawdę kiepski dzień: w jej słowach wyraźnie czuć było potworną złośliwość.
- Może ci jeszcze jakąś fajną stronę internetową założą?! - zaśmiała się Anka.
Jednak Laura, której, w istocie, następnego dnia miał minąć dopiero miesiąc, od kiedy dostała rolę w jednym z najpopularniejszych polskich seriali, albo nie dostrzegła prawdziwych intencji swoich koleżanek, albo rzeczywiście odczuwała przemożną potrzebę wygadania się komukolwiek.
Grała tu Kitty, odnalezioną po latach w Anglii córkę jednego z głównych bohaterów. Po raz kolejny tego dnia mówiła jednak nie kwestię swojej bohaterki, a historię, która przytrafiła jej się wczorajszego wieczoru - i to naprawdę. W miarę jak opowiadała, a Robert przypominał sobie podobne wypadki, rzedły też miny pozostałych znajdujących się w palarni aktorek.
- A raz jeden psychol omal nie pociął Agacie twarzy - rzucił naraz aktor. - Taką brzytwę miał! - dorzucił, układając palce rąk niczym wędkarz.
Kasia zgasiła jednym ruchem połowę papierosa, wstała tak gwałtownie, że scenariusz zsunął jej się z kolan i klapnął na podłogę. Podniosła go bardzo szybko i bez słowa wyszła z palarni.
- Zawsze przydeptuje na szczęście - zauważyła Anna.
- Musiała się rzeczywiście wkurzyć albo przestraszyć - ocenił Robert. - Ale ty się nie przejmuj - powiedział do Laury, ogarniając ją ciepłym spojrzeniem. - To na pewno był tylko jakiś nieszkodliwy fan.
- Chyba tak - dziewczyna po raz pierwszy od kilkunastu godzin uśmiechnęła się. - Z początku wydawało mi się, że któryś z chłopaków z produkcji robi sobie żarty. Znacie ich przecież. Ale potem... Tak, to musiał być jakiś fan. Zresztą on mówił do mnie, używając serialowego imienia. A oni przecież często mylą fikcję z rzeczywistością...
- Zapraszam wszystkich na plan! - z daleka dobiegł schrypnięty męski głos kierownika przybytku.
Robert, Laura i Anka dogonili Kasię Rawską na korytarzu wytwórni. Ledwie zrównali się z nią w niespiesznym, mimo ogłoszenia końca przerwy, marszu, zadzwonił przejmująco czyjś telefon komórkowy.
- Mój - powiedziała szybko Katarzyna, sięgając, jak przed chwilą po paczkę papierosów, do swojej skórzanej torebki, skąd wydobyła niewielkie cacko, wygrywające fałszywie coraz głośniejsze, skądś znane takty. - Słucham? Tak...
Laura i Anna poszły dalej. Także Robert już miał zamiar ruszyć na plan, aby nie krępować rozmawiającej Kaśki, gdy dostrzegł, że dziewczyna nagle poczerwieniała na twarzy, po czym z kolei zbladła jak papier, by za chwilę ciężko oprzeć się o ścianę.
- Co się stało? - zapytał, kiedy telefon wraz z ręką opadł bezwładnie wzdłuż ciała aktorki.
- Mój mąż... - zdążyła tylko szepnąć, po czym oczy uciekły jej do tyłu głowy.
Stał dość blisko, więc udało mu się ją chwycić, ratując przed niechybnym upadkiem. Wydawało się, że skorpion na bicepsie Roberta poruszył w tym momencie ogonem.