Wieczór panieński - Tadeusz Czerniawski

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (30,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 4: Dzień pierwszy: Plan kontra rzeczywistość

Istnieje stare powiedzenie, przypisywane różnym generałom i strategom, które mówi, że żaden plan nie przetrwa pierwszego kontaktu z nieprzyjacielem. Aga Krawczyk nie była generałem ani strategiem - była trzydziestoletnią event menedżerką z Torunia, która organizowała wieczór panieński w Bukareszcie - ale tej soboty rano miała okazję przekonać się, że powiedzenie to dotyczy również cywilnych operacji logistycznych.

Plan był prosty. Piękny w swojej prostocie. Wydrukowany w trzech kopiach i zapisany w aplikacji na telefonie, z kolorowymi zakładkami oznaczającymi poszczególne etapy dnia.

7:00 - Pobudka. 7:30 - Śniadanie w apartamencie (Aga kupiła croissanty i kawę poprzedniego wieczoru, przewidująco). 8:30 - Wyjście na zwiedzanie Starego Miasta. 10:00 - Kawiarnia Origo (polecana przez wszystkie blogi podróżnicze). 11:30 - Przejście przez Park Ci?migiu. 13:00 - Lunch w restauracji Caru" cu Bere (zarezerwowany dwa tygodnie wcześniej). 15:00 - Spa Therme Bucure?ti (bilety kupione online). 18:00 - Powrót do apartamentu, przygotowanie do wieczoru. 20:00 - Kolacja w Shift Pub. 22:00 - Kluby, zabawa, szaleństwo.

Plan był idealny. Plan uwzględniał wszystko. Plan był, jak to często bywa z planami, całkowicie oderwaną od rzeczywistości fantazją.

O siódmej rano budzik Agi zadzwonił z tym samym optymistycznym dźwiękiem, którego używała od pięciu lat - melodia z "Mamma Mia", bo Aga wierzyła, że ABBA jest najlepszym sposobem na rozpoczęcie dnia. Wyciągnęła rękę, żeby go wyłączyć, i przez chwilę leżała, wpatrując się w sufit z malowidłem przedstawiającym anioły. Jeden z aniołów miał odłupaną twarz, co nadawało mu wygląd postaci z horroru, ale w porannym świetle było to nawet urocze.

Wstała, wzięła prysznic w łazience, która miała osobliwości typowe dla wschodnioeuropejskich kamienic - ciśnienie wody zmieniało się co trzydzieści sekund od lodowatej strugi do wrzącej fontanny, a odpływ był umieszczony w miejscu, które sprawiało, że woda zalewała połowę podłogi zamiast tam trafiać. Ale Aga była dzielna. Aga była organizatorką. Aga poradziła sobie z gorszymi łazienkami.

O siódmej trzydzieści stanęła w progu salonu z tacą, na której leżały croissanty (nieco zgniecione po podróży w walizce, ale wciąż jadalne) i kawą z ekspresu, który znalazła w kuchni (działał, choć wydawał dźwięki sugerujące, że każda filiżanka może być jego ostatnią).

Salon był pusty. Wszystkie sypialnie były zamknięte. Zza drzwi dobiegała cisza - ta gęsta, nieprzerwana cisza ludzi pogrążonych w głębokim śnie.

Aga spojrzała na swój plan. Spojrzała na zegarek. Spojrzała na drzwi sypialni.

- Dobra - powiedziała do siebie. - Piętnaście minut tolerancji.

O siódmej czterdzieści pięć tolerancja się skończyła.

Aga zapukała do pierwszych drzwi - sypialni, którą zajęły Kasia i Paula.

- Dziewczyny? Śniadanie!

Cisza.

- Dziewczyny? Jest siódma czterdzieści pięć. Plan mówi, że o ósmej trzydzieści wychodzimy!

Z wnętrza dobiegło mruknięcie, które mogło być słowem, ale równie dobrze mogło być odgłosem umierającego zwierzęcia.

- Kasiu?

- Mmmnięhhh.

- Czy to "wstaję" czy "zostaw mnie w spokoju"?

- Mnięhhghhh.

Aga westchnęła i przeszła do drugich drzwi - sypialni Domi.

Tu nie musiała pukać. Drzwi były uchylone, a Domi siedziała na łóżku, ubrana, z telefonem w ręce i z wyrazem twarzy, który sugerował, że cokolwiek czyta, nie przynosi jej radości. Gdy usłyszała kroki Agi, szybko schowała telefon do kieszeni - ruch tak gwałtowny i tak nietypowy dla zwykle opanowanej Domi, że Aga natychmiast to zauważyła.

- Wszystko okej? - zapytała.

- Tak - Domi wstała, wygładzając nieskazitelnie białą bluzkę. - Która godzina?

- Prawie ósma.

- Plan mówił siódma.

- Plan jest w trakcie... rewizji.

- Czyli wszystko idzie zgodnie z planem - Domi pozwoliła sobie na cień uśmiechu.

Trzecie drzwi - sypialnia Żanety - były zamknięte na klucz, co było dziwne, bo Aga nie pamiętała, żeby te drzwi w ogóle miały klucz. Zapukała.

- Żanka?

Cisza.

- Żanka, wszystko okej?

Dłuższa cisza. A potem głos - stłumiony, jakby jego właścicielka mówiła przez poduszkę:

- Wstaję za chwilę.

- Na pewno? Bo...

- Tak. Daj mi pięć minut.

Aga zerknęła na zegarek, potem na drzwi, potem znów na zegarek. Coś było nie tak. Żaneta nigdy nie prosiła o pięć minut. Żaneta zwykle wyskakiwała z łóżka z aparatem w ręku, gotowa dokumentować każdą sekundę. Żaneta budziła się z makijażem (albo przynajmniej twierdziła, że tak, chociaż wszystkie wiedziały o jej porannej rutynie trwającej godzinę).

Ale Aga miała plan do ratowania. Problemy emocjonalne mogły poczekać.

- Okej. Pięć minut. Śniadanie w salonie.

O ósmej trzydzieści - czyli dokładnie w momencie, gdy według planu miały wychodzić na zwiedzanie - udało się zebrać wszystkie w salonie.

Kasia siedziała na kanapie z kubkiem kawy w obu dłoniach, jakby to była jedyna rzecz utrzymująca ją przy życiu. Miała włosy związane w niechlujny kok i oczy podpuchnięte od snu - albo od czegoś innego, trudno było powiedzieć. Paula zajęła miejsce przy oknie, blada i cicha, popijając herbatę i jedząc croissanta małymi kęsami, jakby każdy był wyzwaniem. Domi stała przy stole z wyrazem twarzy sugerującym, że jest gotowa do wyjścia od godziny i ta zwłoka jest osobistą zniewagą.

Żaneta pojawiła się ostatnia.

Wyglądała - to było jedyne słowo, które przychodziło Adze do głowy - źle. Makijaż był nieskazitelny, jak zawsze, bo Żaneta umarłaby raczej, niż pokazała się publicznie bez podkładu. Ale pod tym makijażem widać było cienie, zmęczenie, jakąś desperację. Oczy miała zaczerwienione, jakby płakała. Telefon ściskała w dłoni tak mocno, że kostki jej palców były białe.

- Żanka? - Aga podeszła do niej. - Wszystko w porządku?

- Tak! - Żaneta uśmiechnęła się tym swoim instagramowym uśmiechem, który był jak billboard - wielki, jasny i całkowicie sztuczny. - Super! Świetnie! Idziemy zwiedzać?

- Jesteś pewna? Bo wyglądasz...

- Wyglądasz jak gówno - wtrąciła Domi, bo Domi wierzyła w bezpośredniość.

- Dzięki, Domi. Czuję wsparcie.

- To nie miało być wsparcie. To była obserwacja. Płakałaś?

- Nie.

- Kłamiesz.

- Nie kłamię!

- Żaneto. - Domi skrzyżowała ręce na piersi. - Jestem prawniczką. Rozpoznaję kłamstwa zawodowo. Płakałaś, prawdopodobnie przez większość nocy, i teraz próbujesz to ukryć pod warstwą korektora, który zresztą wybrałaś w złym odcieniu - za różowy.

Żaneta otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale nic nie wyszło. Jej dolna warga zadrżała. A potem, ku przerażeniu wszystkich, jej oczy wypełniły się łzami.

- Ktoś się włamał na moje konto - powiedziała, a jej głos się załamał.

- Na jakie konto? - Kasia wyprostowała się na kanapie.

- Na Instagram.

- I... - Aga nie wiedziała, jak to powiedzieć - ...to jest powód do płaczu?

- Aga. - Żaneta spojrzała na nią z mieszaniną złości i desperacji. - To jest moje życie. Dwieście tysięcy obserwujących. Współprace. Dochody. Wszystko. Ktoś się włamał i publikuje... publikuje rzeczy.

- Jakie rzeczy?