Wieczór filmowy - Lucy Courtenay

-
Proszę czekać

31 grudniaHanna

Tańczę, jestem szczęśliwa i mam czkawkę.

Zawsze tańczę w sylwestra. Już jako dziecko pląsałam o północy w rytm Macareny. Dzisiaj, dzięki niesamowitym niebieskim lampkom, które Dan rozwiesił w swoim wielkim przeszklonym salonie, czuję się jak wąż morski w akwarium, poruszający się tak miękko i płynnie, jakby nie miał kości. Jestem Panną Price i Profesorem Jakmutam z Bedbrooms and Knobsticks1 w jednej osobie.

Biała sukienka połyskuje w świetle stroboskopu. Vashti i Laura zerkają w moją stronę, kiedy oślepiam połowę pokoju, migocząc jak choinka. Wow. Jestem świetlistym wężem morskim.

- Hanna.

- Nie teraz, skarbie - odpowiadam z zamkniętymi oczami, płynnie wymachując rękami. - Jestem w transie.

- Han, przed chwilą walnęłaś mnie w twarz.

Sol rozciera policzek i usiłuje nie dopuścić do tego, żeby stratował go roztańczony tłum. Wiem, że wolałby teraz być gdzieś indziej. Żaden z niego król parkietu.

- Uznajmy, że to było z sympatii - mówię.

- Jesteś pijana.

- Wcale nie. Jestem niesamowita. - Krążę po parkiecie, wypatrując Dana Danny'ego mojego ukochanego. Mam ochotę przesunąć dłońmi po jego umięśnionym torsie i uszczypnąć go w uszko. Najchętniej schrupałabym go w całości. Spotykamy się od czterech tygodni i mam na jego punkcie obsesję.

- Jesteś pijana - powtarza Sol.

- Wszystko w porządku, Han? - pyta Laura, wyciągając do mnie długie, pomalowane na fioletowo paznokcie; chociaż może też je wyciągać w stronę mojej sukienki, ciężko stwierdzić.

- Nic jej nie jest - odpowiada za mnie Sol. - Musi tylko zaczerpnąć świeżego powietrza.

Prowadzi mnie przez dudniący muzyką pokój do szeregu lśniących szklanych drzwi, wychodzących na taras z widokiem na ogród. Wokół trawnika stoją lampy solarne, jest też fontanna z głową lwa. Dan mieszka w najpiękniejszym domu na świecie. Dan jest najlepszym chłopakiem na świecie!

- Jestem królem świata! - mówię.

Rozkładam ramiona i próbuję wychylić się przez balustradę niczym Kate Winslet w Titanicu. Sol stawia mnie do pionu. Łapię go za nos, żeby przestał się wreszcie kręcić, ale niezależnie od tego, jak mocno go przytrzymuję, nie chce stanąć w miejscu.

- Jeśli zaraz nie przestaniesz, poleci mi krew z nosa - ostrzega.

Zabieram rękę. Nie chcę, żeby Sol zakrwawił mi sukienkę, bo wtedy goście komentowaliby rano mój strój z niewłaściwych powodów.

Zauważam sylwetkę mojego chłopaka w oknie na piętrze. Czuję przypływ dumy, po którym bardzo szybko ogarnia mnie pragnienie pobiegnięcia na górę i obsypania pocałunkami tej jego przystojnej buźki, na której widok miękną mi kolana. Ze swojego miejsca na tarasie widzę jego uroczo zmierzwione kruczoczarne włosy, piękny grecki profil i lśniące białe zęby, gdy posyła zabójczy uśmiech komuś, z kim właśnie rozmawia.

Sol klaszcze w dłonie jak ktoś usiłujący zwrócić uwagę dzieciaka skaczącego po dmuchanym zamku.

- Chodź, powinnaś napić się wody - zwraca się do mnie głosem pełnym nerwowej energii. Jego oczy są zwykle koloru bagiennej zieleni, ale teraz, dzięki wpadającym przez szklane drzwi salonu błyskom stroboskopu, płoną w nich ogniki.

- Najpierw wyjdź, teraz wejdź - mamroczę pod nosem. - Może byś się wreszcie zdecydował.

Po raz ostatni zerkam w stronę okna pokoju Dana, gdy Sol holuje mnie z powrotem do domu.

I właśnie wtedy widzę Lizzie Banks całującą się z moim chłopakiem.

Sol mówi coś do mnie tym swoim świetnie-nadającym-się-do-uspokajania-małych-zwierzątek tonem. Nie wiem dokładnie co. Głos dobiega z oddali, jakby z końca długiego tunelu. Zapieram się swoimi niebotycznymi obcasami o deski tarasu i patrzę, jak Lizzie przyciska Dana do okna, wsuwając paznokcie z poodpryskiwanym lakierem w jego idealne włosy. Lakier jest czerwony, zupełnie jak krew, która właśnie odpłynęła z mojego serca. Szok sprawił, że czkawka całkiem mi przeszła.

- Lizzie Banks całuje się z Danem - oznajmiam głosem, który brzmi dziwnie nisko, jakby wcale nie należał do mnie. - ONI SIĘ CAŁUJĄ.

- Kto się całuje? - pyta przechodząca obok Trixie. Sukienka z niebieskich cekinów wiruje wokół jej nóg, a sztuczne rzęsy są tak długie, że gdy mnie mija, czuję dodatkowy pęd powietrza na wysokości oczu.

Przeciskam się przez roztańczony tłum, mijam po drodze brata i jego dziewczynę Leah, obściskujących się jak zwykle. Muszę się przedostać do schodów, wejść na górę i zabrać Dana w bezpieczne miejsce. Lizzie... Każda inna dziewczyna, tylko nie Lizzie. Moja sukienka jest tak obcisła, że nie mogę w niej biec tak szybko, jak bym chciała. Sol mocno ściska mnie za ramię.

- Tylko nie zrób sceny, Han - prosi. - To się kiepsko skończy.

- A żebyś, cholera, wiedział! - odwarkuję. Udało mi się dotrzeć do podnóża schodów ze szkła i stali, teraz zastanawiam się, jak się na nie wspiąć w sięgającym kolan kokonie. Przydałaby się winda. - Trixie twierdzi, że Lizzie Banks ugania się za Danem od początku college'u. - Kiedy wypowiadam imię Lizzie, robi mi się gorąco. - Właściwie to żenujące. Wstyd mi za nią. To jakiś żart. Lizzie Banks jest ŻARTEM.

Sol uparcie nie chce mnie puścić, kiedy próbuję wejść na schody. Za każdym razem, gdy ktoś nas mija, kiwa głową z nonszalanckim "wszystko okej?", co ma oddalić podejrzenia, że coś jest nie tak. Jestem mu za to dość wdzięczna, ale przede wszystkim czuję się, jakby spadło na mnie coś ciężkiego. I to z dużej wysokości.

W drzwiach salonu pojawia się Trixie. Kiedy tak przygląda się mojej trzeciej wściekłej próbie wdrapania się po schodach bez rozdzierania sukienki, coś wyraźnie zaczyna trybić pod tą swoją smolistą treską.

- Wszystko w porządku? - pyta, patrząc na Sola swoimi wielkimi, wypacykowanymi oczami.

- Tak, Trixie. Dzięki, że pytasz - odpowiada Sol. - Han, drzwi są tutaj.

Dołączają do nas Vashti i Laura, zwabione zapowiadającą się aferą.

- Wychodzisz? - dziwi się Vashti.

Nie musi nic więcej mówić. Już wszystko wiem. Tylko wariaci i frajerzy mogliby chcieć opuścić imprezę sylwestrową u Dana na pół godziny przed północą.

Sol jeszcze raz mocno ściska mnie za ramię.

- Mhm.

Nie mam innego wyboru, jak tylko odpuścić sobie wchodzenie po schodach. Cichutko dyszę, niczym zbity pies zaplątany w białą sukienkę jak w bandaż. Zaczyna mi się zbierać na płacz.

- Hanno? - zwraca się do mnie Sol. - Chodźmy już.

Hanna

Odgłosy przyjęcia cichną jak ucięte nożem, kiedy Sol zatrzaskuje za nami wielkie frontowe drzwi. Niepewnie wciągam powietrze. Boże, ależ tu zimno. Dociera do mnie, że zapomniałam zabrać płaszcza. A nie, moment, nie miałam płaszcza. Tylko nudziarze zakładają płaszcze, wybierając się na imprezę.

- Śniło mi się, że mieliśmy wziąć z Danem ślub na Singö - wyrzucam z siebie, kurczowo ściskając klapy płaszcza Sola, który ciągnie mnie w dół ulicy. Ciężko się chodzi w tych butach. - Mieliśmy jeździć na rowerach w pasujących do siebie rybackich kurtkach i mieć piękne dzieci mówiące w trzech językach. - Moje serce podskakuje jak owieczka z reklamy red bulla za każdym razem, gdy o nim myślę. - To jeszcze nie koniec, Sol. Lizzie Banks jest tylko znikającym punkcikiem na ekranie radaru naszej miłości.

Kto by pomyślał, że od nadmiaru emocji może się zrobić niedobrze? W moim żołądku gotuje się jak w garnku z wrzącą zupą. Jestem pod wrażeniem poziomu wściekłości, jaki udało mi się wygenerować.

Dlaczego to musiała być akurat Lizzie?

- Jak mam go odzyskać? - zawodzę.

A później wymiotuję Solowi na buty.

To niesamowite, ile emocji ucieka z człowieka razem z treścią żołądka. Zamiast złości i żalu, czuję już tylko zmęczenie. Opieram się o najbliższą latarnię, a Sol usiłuje wytrzeć buty w oszronioną, trzeszczącą pod stopami trawę przed bramą Dana. Makijaż oczu powinien działać jak zapora, jak ściana ziemniaczanej sałatki w bufecie "jedz, ile chcesz", ale wcale tak nie jest. Nie potrafię powstrzymać potoku łez.

- Witaj w Klubie Porzuconych - odzywa się Sol.

Jestem tak zszokowana, że prawie przestaję płakać.

Jeszcze nigdy nikt mnie nie rzucił.

Prawdę mówiąc, odkąd tylko zaczęłam się spotykać z chłopakami, to ja byłam stroną porzucającą; począwszy od dwudziestu trzech minut spędzonych w towarzystwie Hugo Jacksona na dyskotece gwiazdkowej w siódmej klasie, po których gładko przeniosłam się na drugą stronę parkietu z Andrew Gillespiem, aż po sytuację sprzed miesiąca, kiedy Dan Dukas wymachiwał mi przed nosem dwoma biletami na Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć, a ja czekałam, aż Stevie O'Shea wkręci nas na Inferno.

- NIE zostałam porzucona - mówię pełna grozy. - Lizzie Banks wykorzystała po prostu sytuację. - I to nie pierwszy raz, myślę gorzko.

Sol spogląda na mnie spod przydługiej rudej grzywki.

- Do całowania potrzeba dwojga ludzi. Albo jednego człowieka i melona, jeśli ktoś jest zdesperowany.

Prycham rozpaczliwym śmiechem i wlepiam wzrok w poplamione tuszem do rzęs dłonie. A później znowu zaczynam płakać, bo świat jeszcze nigdy nie wydawał mi się tak smutnym miejscem.

- Nikt nie powinien zostać porzucony po raz pierwszy w sylwestra - łkam. - To całkowicie sprzeczne z tym, co pokazują w filmach.

- Życie to nie film, Han.

Kiedy mijamy przystanek autobusowy, znowu dopada mnie wspomnienie dłoni Lizzie przeczesujących włosy Dana; jest ono tak przerażające, że tracę oddech. Nikt nie wspomina o tym, ale takie sytuacje niszczą nie tylko serce, lecz także aparat oddechowy.

- Czuję się, jakby koparka wyrwała mi płuca - mówię urywanym głosem, padając na plastikową ławkę pod wiatą. Uderzam się w klatkę piersiową, żeby zademonstrować, o co mi chodzi.

- Wiem, Han.

Sol zawsze bardzo się starał okazać mi współczucie, ale czy rzeczywiście mógł zrozumieć sytuację, w której się znalazłam?

- Nigdy nie miałeś dziewczyny - zauważam. - Nie masz pojęcia, co czuję.

Sol siada obok mnie i rozchyla płaszcz, żebym mogła się do niego przytulić.

- Niewiele wiesz - mówi mi nad głową.

- Miałeś dziewczynę?

Nie chciałam, żeby w moim głosie zabrzmiało niedowierzanie. Po prostu... nie bardzo umiem sobie wyobrazić Sola z dziewczyną.

- Sporo się może zmienić między dwunastymi a szesnastymi urodzinami - zauważa.

- Można na przykład dochować się trzeciej nogi i głosu jak syrena okrętowa.

- Nie mam trzeciej nogi - odpowiada poważnie.

Minęły trzy miesiące, odkąd Sol Adams pomógł mi wstać z podłogi stołówki w college'u, gdzie leżałam z tyłkiem umazanym kubkiem jogurtu truskawkowego. Krzyknęłam wtedy: "Nie mogę uwierzyć, że cię widzę! Dlaczego nie wiedziałam, że tu chodzisz?", podczas gdy mój najlepszy przyjaciel z podstawówki wycierał mnie do czysta. Jest dużo prawdy w powiedzeniu, że doceniamy ludzi dopiero wtedy, gdy na nowo pojawią się w naszym życiu, uzbrojeni w garść serwetek. Dociera do mnie, że czuję się już trochę lepiej. Sol zawsze umiał poprawić mi nastrój. Nie rozumiem, jak w ogóle sobie radziłam przez te lata, kiedy go przy mnie nie było.

- Wiedziałabym, gdybyś ostatnio się z kimś spotykał - mówię, wycierając nos. - Od września spędzamy razem jakieś siedemdziesiąt procent czasu.

- Zostaje jeszcze trzydzieści.

Zmuszam się, żeby nie myśleć o złych rzeczach i skoncentrować uwagę na słowach Sola. Mój przyjaciel zawsze był skryty, trzymał się na uboczu jak srający kot. Czy to możliwe, bym nie wiedziała, że się z kimś spotykał?

- Kim ona jest? - pytam z nagłym zainteresowaniem. - Kiedy cię rzuciła? Dlaczego nic o niej nie wiem?

- Skąd wiesz, że to ona?

W jednej sekundzie zapominam o Danie. Rzeczywiście wiele się może zmienić między dwunastymi a szesnastymi urodzinami.

- Niemożliwe - mówię z przekonaniem.

- Masz rację - przyznaje. - Nie znasz jej.

Z wrażenia aż odbiera mi mowę.

- Jestem najgorszą przyjaciółką pod słońcem - stwierdzam, kiedy wreszcie udaje mi się odzyskać głos. - Rzuciła cię dziewczyna, a ja nawet nie wiedziałam, że się z kimś spotykasz.

- To teraz już wiesz.

- Dlaczego cię rzuciła? - pytam z oburzeniem. Sol jest uroczy. Sol jest idealny. Może nie jest zabójczo przystojny, ale to jedyne, czego mu brakuje. Nagle krew odpływa mi z twarzy. - To chyba nie przeze mnie, co? Wiem, że spędzamy ze sobą mnóstwo czasu, ale to przecież nie tak. Ona chyba to rozumie? Wie, że ze sobą nie kręcimy?

Sol wstaje z ławki.

- Lepiej chodźmy, bo zamarzniemy.

Podnoszę się chwiejnie, głównie po to, żeby nie stracić kontaktu z cieplutkim sztywniackim płaszczem Sola, i uderzam nosem prosto w jego plecy. Sol zatrzymał się na środku drogi.

Maleńkie białe gwiazdki unoszą się nad naszymi głowami, tworząc lodową mgiełkę. Stają się coraz większe i wirują w powietrzu niczym miliony maleńkich błyszczących Kopciuszków na balu u księcia.

Śnieg.

Od razu przestaje mi być zimno. Jesteśmy w scenie z Igraszek losu, tylko bez sfruwającej z nieba rękawiczki. Zawsze chciałam znaleźć się w tej scenie.

- To jest film - mówię, rozkładając ramiona na boki i nie zwracając nawet uwagi na igiełki zimna wbijające mi się w skórę, kiedy płatki śniegu lądują na moich ramionach, już niemal sinych. - Jest sylwester i pada śnieg! - Spoglądam na zegarek. - Pada śnieg, jest sylwester i właśnie wybiła północ! - ekscytuję się, o ile można być jednocześnie podekscytowanym i załamanym. - Celuloid stał się rzeczywistością.

- Nikt już nie kręci filmów na celuloidzie.

- W porządku, panie Spielberg. - Sol celowo udaje, że nie wie, o co mi chodzi. - Chcę po prostu powiedzieć, że ze świata filmów przenieśliśmy się w wymiar znaków. - Mówię cichutko, żeby dopasować się do scenerii, coraz bielszej i bielszej od śniegu.

- Niech zgadnę. Igraszki losu?

Moszczę się pod jego płaszczem, mocniej przytulając się do brzucha. Idziemy pustą drogą, rozkoszując się wrażeniem bycia we własnej śnieżnej kuli, oazie spokoju. Niesamowite uczucie, zważywszy na to, co spotkało mnie wcześniej.

Kiedy docieramy pod mój adres, wysuwam ręce z ciepełka.

- Nie ma jak w domu - mówię smętnie, układając palce w diabełka. - Impreza na całego. Dzięki, że się mną zaopiekowałeś. Odwdzięczę ci się, gdy któregoś dnia ty zapomnisz o zdrowym rozsądku. O ile taki dzień kiedykolwiek nastąpi.

Oczy Sola podejrzanie błyszczą.

- Szczęśliwego Nowego Roku, Hanno - mówi.

Na jedną przedziwną chwilę, świat wokół nas jakby przestaje się obracać. Panuje idealna cisza. Głowę Sola otacza coś w rodzaju aureoli, gdy tak stoi przede mną wśród wirujących płatków śniegu, w świetle latarni, z kilkoma śnieżynkami na rudych brwiach i czymś nieokreślonym w tych zielonych oczach.

Właśnie wtedy wpadam na genialny pomysł. Jeden z tych, które przychodzą do głowy wyłącznie w sylwestra, najlepiej po pijaku, wśród śniegu, w dziesięciocentymetrowych obcasach i z najlepszym przyjacielem u boku.

- Wiesz, co powinniśmy zrobić? - pytam podekscytowana.

Nieokreślone coś ulatuje z oczu Sola.

- Dobry Boże - mruczy.

- Powinniśmy wspólnie obejrzeć po jednym filmie w ostatni dzień miesiąca przez okrągły rok, aż do kolejnego sylwestra. Łącznie dwanaście filmów.

Sol ponownie zerka w niebo.

- Co ty masz na punkcie tych filmów?

- Są w nich odpowiedzi. - Stukam go palcem w pierś. - Potrzebujemy odpowiedzi, Sol. Dlaczego oboje zostaliśmy porzuceni? Co zrobiliśmy nie tak? Czy nie sądzisz, że już czas, abyśmy zaczęli się uczyć od najlepszych? Założę się, że Audrey Hepburn ani razu nie poległa na schodach, próbując stawić czoło jędzy, która ukradła jej chłopaka. A już na pewno Amy Adams nie wylądowała na podłodze z tyłkiem w jogurcie. Powinniśmy zacząć już dzisiaj. Mama i James są na przyjęciu, Raz nadal obściskuje się z Leah u Dana, a mój młodszy brat nocuje u kolegi. Będziemy mieli cały dom dla siebie.

Sol strzepuje mi z policzka płatek śniegu.

- Zmarzłaś na kość i jesteś pijana - zauważa. - A ja chciałbym zmyć z butów wymiociny. Idź spać, Hanno. Obejrzymy film następnym razem.

Jak na zawołanie zaczynam ziewać. Sol ma rację. Padam z nóg. Myśl o tym, że wreszcie zdejmę tę wściekle obcisłą sukienkę i niebotyczne obcasy, umyję twarz, a później będę mogła aż do świtu płakać, oglądając wszystkie swoje facebookowe zdjęcia z Danem, wydaje się przyjemnie kusząca.

- W takim razie pod koniec miesiąca, u mnie - mówię, szukając w torebce kluczy. - Ja wybieram film. Następnym razem spotkamy się u ciebie i wtedy to ty zdecydujesz, co oglądamy. Obiecuję, że nie będę się wtrącać. Chyba że wybierzesz Gwiezdne wojny. Nawet nie próbuj. Nie cierpię Gwiezdnych wojen. To znaczy nigdy ich nie widziałam, ale na samą myśl o Gwiezdnych wojnach robi mi się słabo.

Sol odchodzi, unosząc na pożegnanie dłoń. Płatki śniegu wirują mu wokół głowy.

- A, i tobie też szczęśliwego Nowego Roku - mówię trochę za późno.

Ale jego już nie ma.

1 styczniaSol

Ależ ze mnie idiota. Zaczął nawet padać śnieg. Było zupełnie tak jak w tym filmie, na którego punkcie Hanna ma pewnie bzika, cholernej Bridget Jones, z Renée Zellweger w majtkach w cętki leoparda i z pozornie wyluzowanym Colinem Firthem, który okrywa ją swoim płaszczem i całuje.

Jęczę głośno. Trochę na myśl o Hannie w majtkach w leopardzie cętki, ale przede wszystkim z nienawiści do samego siebie. Tej nocy uzmysłowiłem sobie trzy rzeczy. Po pierwsze: jestem beznadziejnie zakochany w Hannie Bergdahl. Po drugie: po raz pierwszy od naszego spotkania po latach Hanna Bergdahl wydaje się nie mieć chłopaka. I po trzecie: utknąłem w podziemnym świecie demonów i trądziku, z którego nie ma ucieczki - Strefie Przyjaźni.

Przez sekundę, stojąc pośród padającego śniegu, w świetle ulicznej latarni, w miejscu, o którym już zawsze będę myślał jak o Zakątku Nieudacznika, patrzyłem na jej usta i myślałem, że może ona też patrzy na moje usta, i widziałem wyraźnie oznaczone wyjście ewakuacyjne. Wystarczyło objąć ją ramieniem, skorzystać ze starej dobrej techniki stykających się czół, i mogłem uciec. Być może dlatego, że znalazłem się tak blisko jej opuszczenia, Strefa Przyjaźni wydaje mi się teraz jeszcze gorszym więzieniem.

Gdybym jednak ją wtedy pocałował, mogłaby na mnie znowu zwymiotować. I nie wiedziałbym, czy to z powodu obrzydzenia czy resztek rumowego ponczu wypitego u Dana Dukasa. Może więc dobrze się stało.

Chociaż jakoś trudno mi w to uwierzyć.

Kiedy przekręcam zasuwkę, Nigel już na mnie czeka. Właściwie nie tyle go widzę, co wyczuwam jego diabelski wzrok obserwujący mnie spod schodów. Prawie nie reaguję, kiedy rzuca mi się do nóg i z furią atakuje przesiąkniętą wymiocinami skarpetkę.

- Jak poszło? - woła z kuchni Gareth.

Przytrzymuję się słupka u podnóża schodów i zdejmuję brudne buty. Nigel nie daje za wygraną.

- Świetnie - odpowiadam. - Najlepsza impreza mojego życia. Uwielbiam imprezy.

- Jakieś fajne dziewczyny?

- Tylko Hanna. - Nawet wymówienie jej imienia sprawia mi ból.

- A chłopaki?

Andrew wysuwa głowę przez kuchenne drzwi.

- Solomon? Właź tu i wszystko nam opowiedz.

- Nikt się mną nie interesował - mówię.

Andrew ocenia mój strój z krzywą miną.

- Nic dziwnego. W takim płaszczu?

- Daj mu spokój, Andrew - prosi Gareth.

Zdejmuję płaszcz, wsuwam nos w pognieciony materiał, żeby poczuć zapach Hanny - wtedy, gdy nie wymiotuje - a później go odwieszam.

- A co wy tu właściwie robicie? - pytam. - Wydawało mi się, że mieliście iść na imprezę.

Gareth wychodzi z kuchni ubrany w swoją ulubioną dziadkową piżamę.

- Nigel nie pozwolił nam wyjść - mówi.

Nigel nadal obgryza mi kostkę, wymachując przy tym wściekle ogonem niczym wężem ogrodowym.

- Ten cholerny kot zatrzymał nas w domu do dziewiątej - wyjaśnia Andrew. - Założyłem swoje najlepsze spodnie, a ten drań nie miał zamiaru ich oszczędzić. Zanim dał sobie spokój, obaj byliśmy zbyt pijani, żeby prowadzić. Szczęśliwego Nowego Roku.

- Żałośni z was kolesie - mówię. - Zakładnicy kota.

- Nigel potrzebuje terapii - stwierdza Gareth.

- Raczej sterylizacji - odpowiadam.

Widzę, jak Gareth odtwarza w myślach naszą rozmowę.

- Tylko Hanna? - pyta dociekliwie.

Znowu się zaczyna.

- Jesteśmy przyjaciółmi, Gareth - tłumaczę.

- To, że przyjaźniliście się w piaskownicy, nie oznacza, że już zawsze tak musi być. Przyjaźń to najlepszy fundament dla związku.

- No nie wiem - przekomarza się z nim Andrew. - Nigdy specjalnie cię nie lubiłem.

Kiedy Gareth żartobliwie mierzwi lekko przerzedzające się włosy Andrew, zaczynam żałować - zresztą nie po raz pierwszy - że poznałem Hannę Bergdahl jako czterolatek, nad kolorowym papierem i kredkami. Może gdyby było inaczej, miałbym szansę, żeby zacząć z nią wszystko od nowa. Widziałaby we mnie kogoś tajemniczego, a nie dzieciaka, którego koledzy zamknęli w toalecie, gdy miał siedem lat. Mógłbym być fajnym gościem, a nie chłopakiem, którego dziewiąte urodziny spędziliśmy na struganiu drewnianych łyżek w Muzeum Rolnictwa. Z tego miejsca nie ma powrotu.

- Złaź ze mnie, Nigel! - Strząsam go z nogi.

Nigel odskakuje jak kruczoczarna bomba i pędzi w kierunku klapki dla kota. Zamkniętej klapki dla kota. Wszyscy słyszymy dźwięk zderzenia jego czaszki ze sztywnym plastikiem.

- No i się doigrał - zauważa posępnie Andrew.

Przez chwilę wydawało mi się, że te cztery lata, kiedy się nie widzieliśmy, zadziałają na moją korzyść. No wiecie, tajemnicza przeszłość, te sprawy. Rzeczywiście wiele się może zdarzyć pomiędzy dwunastymi a szesnastymi urodzinami. Te cztery lata spędzone w Stanach nie wyposażyły mnie jednak nawet w podstawowy atrybut fajnego dzieciaka: amerykański akcent. Każda tajemnica, jaką potencjalnie mógłbym mieć, wypaliła się i zgasła niczym harcerskie ognisko.

Z kolei Hanna pięknie się przez ten czas rozwinęła. Jej zęby nie wydawały się już takie wielkie. A włosy, które dawniej nieco się puszyły, były teraz gładkie jak kostka masła. Do tego długie, mocne i przyjemne w dotyku. Zawsze miała niebieskie oczy, ale teraz jakimś cudem wydawały się jeszcze bardziej niebieskie.

Zatrzaskuję drzwi do swojej sypialni, podnoszę pudełko zasłaniające papierowe figurki na moim biurku - nie wymyśliłem jeszcze, jak je najlepiej oświetlić - i włączam komputer. Przy ikonce programu FaceTime pali się zielone światełko i widzę szczerzącego się do mnie z ekranu Franka. Po czterech latach regularnego obrywania wspólnie po tyłku wytworzył się między nami pewien rodzaj transoceanicznej telepatii.

- Szczęśliwego Nowego Roku - mówię, padając na łóżko.

Frank unosi długi, smukły palec.

- Jeszcze tylko pięć godzin, stary. Pięć godzin wysłuchiwania pytań mamy o to, czy się z kimś umówiłem albo czy nie mam ochoty obejrzeć powtórek Kocham Lucy razem z nią, tatą i psem.

Obaj się krzywimy. Lucy Shapiro to wciąż delikatny temat.

- Ironia losu - mówię.

- Ironia losu - przyznaje Frank. - Ale nie czekałem tu, aż wrócisz, żeby rozmawiać o swoim nieistniejącym życiu miłosnym. Chcę wiedzieć, czy ty i Hanna wreszcie...

Unoszę dłoń. Frank urywa w pół zdania. Przez chwilę tylko milcząco mi współczuje.

- Chciała ze mną obejrzeć film, ale odmówiłem.

- Odmówiłeś? Porąbało cię? Film plus kanapa to pewny przepis na sukces, przyjacielu, nikt ci tego nie powiedział? Pewnie w domu byli jej rodzice?

- Nie. Jej braci też nie było.

- Dałeś ciała na całej linii. - Nie może się nadziwić Frank.

Do tej pory właściwie się nad tym nie zastanawiałem. Słowa Franka trudno jednak zignorować. Mogłem spędzić dwie godziny sam na sam z Hanną, na kanapie. Zamiast tego postanowiłem wrócić do domu, padłem ofiarą kota psychopaty, odbyłem życzliwą rozmowę z rodzicami i zostałem obrażony przez najlepszego kumpla, oddalonego ode mnie o osiem tysięcy kilometrów.

- Wracaj tam i powiedz, że zmieniłeś zdanie - nakazuje mi Frank.

- Była pijana - tłumaczę. - Powiedziałem, że zrobimy to następnym razem.

- Chyba w snach, chłopie.

- Miałem na myśli wspólne oglądanie filmu. Umówiliśmy się na randkę pod koniec stycznia.

A przynajmniej wmawiam sobie, że to będzie randka. Chociaż oczywiście Hanna będzie już wtedy miała nowego chłopaka. Może nawet zejdą się z tym dupkiem Danem, chociaż jego dotychczasowe poczynania raczej na to nie wskazują. Staram się nie robić sobie złudnych nadziei. Dziewczyna taka jak Hanna nie pozostanie singielką przez cztery i pół tygodnia.

Frank tak bardzo przysunął się do monitora, że mogę policzyć wszystkie włoski w jego brwiach. Jest ich całe mnóstwo.

- Skoro będę musiał czekać na relację z twojej filmowej randki cały miesiąc, to lepiej, żeby były momenty - mówi.

- Powinieneś uporządkować własne życie uczuciowe - radzę mu. - Może wtedy moje przestałoby cię tak bardzo interesować.

- Gdyby tylko to było takie proste - wzdycha Frank.

Kiedy zamykam komputer, do głowy przychodzi mi jeszcze jedna dobra rzecz w całym tym potwornie złym wieczorze. Gdybym wrócił do domu Hanny obejrzeć z nią film - nie myśl o tym, że mogliście być sami, po prostu o tym nie myśl - musiałbym się jej wytłumaczyć z mojej wymyślonej byłej dziewczyny. Hanna jest typem, który nie poddaje się łatwo, a ja nie dostarczyłem jej dostatecznej ilości informacji, żeby zaspokoić jej ciekawość. Przegadałaby pół filmu i wierciłaby mi dziurę w brzuchu o szczegóły i szczegóły szczegółów. Nie ma mowy, żeby moje wymyślone na poczekaniu kłamstewko poradziło sobie z jej zdolnościami śledczymi. Od tej pory byłbym jej Przyjacielem z Urojeniami, a nie po prostu Przyjacielem. Mogę mieć tylko nadzieję, że zdąży o tym zapomnieć do naszego kolejnego spotkania.