Wieczny pokój. Wieczna wojna. Tom 2 - Joe Haldeman

Kup ebooka

44.99 zł
35.09 zł (24,74 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Nie było zupeł­nie ciemno, gdyż nikły błę­kitny blask księ­życa prze­są­czał się przez bal­da­chim liści. I ni­gdy nie było cał­kiem cicho.

Trza­snęła nadep­nięta gałąź, lecz cię­żar ciała stłu­mił dźwięk. Wyrwany z drzemki wyjec spoj­rzał w dół, gdzie poru­szał się jakiś czarny, led­wie widoczny w ciem­no­ści cień. Samiec nabrał tchu, żeby wydać ostrze­gaw­czy krzyk.

Roz­legł się odgłos przy­po­mi­na­jący dar­cie gazety. Tułów małpy znikł w ciem­nym roz­bry­zgu krwi i roze­rwa­nych narzą­dów. Prze­cięte na połowy ciało runęło w dół, obi­ja­jąc się o gałę­zie.

Może zosta­wisz w spo­koju te cho­lerne małpy?

Zamknij się!

To rezer­wat.

Moja sprawa, więc się zamknij. Ćwi­czę strze­la­nie do celu.

Czarny cień przy­sta­nął, a potem znów zaczął sunąć przez dżun­glę niczym wielki i ciężki wąż. Czło­wiek, sto­jąc dwa metry od niego, mógłby go nie zauwa­żyć. Pod­czer­wień go nie wykry­wała. Pro­mie­nie radaru ześli­zgi­wały się po nim.

Wyczuł woń ludz­kiego ciała i przy­sta­nął. Zwie­rzyna w odle­gło­ści naj­da­lej trzy­dzie­stu metrów, samiec cuch­nący zjeł­cza­łym potem i czosn­kiem. Zapach smaru do kon­ser­wa­cji broni i spa­lo­nego pro­chu bez­dym­nego. Cień spraw­dził kie­ru­nek wia­tru, cof­nął się i zato­czył łuk. Ten czło­wiek będzie obser­wo­wał ścieżkę. Dla­tego trzeba podejść lasem.

Zła­pał go od tyłu za szyję i zdjął mu głowę z ramion jak zwię­dły kwiat. Ciało zady­go­tało, zabul­go­tało i zaśmier­działo. Cień poło­żył je na ziemi i umie­ścił głowę mię­dzy nogami.

Nie­zły numer.

Dzięki.

Cień pod­niósł kara­bin męż­czy­zny i zgiął lufę pod kątem pro­stym. Potem sta­ran­nie uło­żył broń na ziemi i na kilka minut zastygł w bez­ru­chu.

Nagle z lasu wyło­niły się trzy inne cie­nie i razem ruszyły w kie­runku chatki o drew­nia­nych ścia­nach obi­tych alu­mi­niową bla­chą z puszek po napo­jach i pokrytą dachem z poskle­ja­nych kawał­ków pla­stiku.

Cień szarp­nię­ciem otwo­rzył drzwi. Kiedy jaśniej­sze od sło­necz­nego świa­tło czo­łówki zalało wnę­trze chaty, włą­czył się alarm, który gwał­tow­nie wyrwał ze snu sze­ścioro ludzi na pry­czach.

- Nie sta­wiać oporu! - huk­nął po hisz­pań­sku cień. - Jeste­ście jeń­cami wojen­nymi i zosta­nie­cie potrak­to­wani zgod­nie z kon­wen­cją genew­ską.

- Mierda!

Jeden z męż­czyzn zła­pał ładu­nek wybu­chowy i rzu­cił nim w stronę źró­dła świa­tła. Wystrzał przy­po­mi­na­jący odgłos dar­cia papieru był cich­szy od dźwięku roz­szar­py­wa­nego ciała. Uła­mek sekundy póź­niej cień trzep­nął dło­nią bombę jak natręt­nego owada. Eks­plo­zja wyrwała fron­tową ścianę i ogłu­szyła wszyst­kich miesz­kań­ców chaty.

Czarny cień obej­rzał sobie lewą dłoń. Dzia­łały tylko kciuk i mały palec, a prze­gub lekko chrzę­ścił przy poru­sza­niu.

Nie­zły refleks.

Och, zamknij się.

Pozo­stałe trzy cie­nie włą­czyły jaskrawe czo­łówki, zerwały dach chatki i zwa­liły trzy pozo­stałe ściany.

Ludzie w środku wyglą­dali na mar­twych - zakrwa­wieni i nie­ru­chomi. Maszyny zaczęły ich spraw­dzać po kolei. Młoda kobieta nagle prze­to­czyła się na bok i unio­sła do strzału kara­bin lase­rowy, który do tej pory zasła­niała cia­łem. Wyce­lo­wała w robota z uszko­dzoną ręką i zdo­łała wzbić obło­czek dymu z jego piersi, zanim została roze­rwana na strzępy.

Ten, który spraw­dzał ciała, nawet się nie obej­rzał.

- Nic - oznaj­mił. - Wszy­scy nie żyją. Żad­nych tuneli. Nie widzę też żad­nej egzo­tycz­nej broni.

- No cóż, mamy tro­chę mate­riału do ósmego modułu.

Jed­no­cze­śnie wyłą­czyły lampy i roze­szły się w cztery strony.

Ten z nie­sprawną ręką prze­był około pół kilo­me­tra i przy­sta­nął, żeby w pod­czer­wieni obej­rzeć uszko­dze­nie. Kil­ka­krot­nie ude­rzył ręką o udo. Na­dal dzia­łały tylko dwa palce.

Cudow­nie. Będziemy musieli oddać go do naprawy.

A co mia­łem zro­bić?

Czy ja narze­kam? W końcu spę­dzę część zmiany w bazie.

Wszyst­kie cztery roboty róż­nymi dro­gami dotarły na szczyt nagiego wzgó­rza. Tam przez kilka sekund stały rzę­dem, z unie­sio­nymi rękami, aż zabrał je nisko lecący heli­kop­ter trans­por­towy.

Komu przy­pada dru­gie tra­fie­nie? - pomy­ślał ten z uszko­dzoną ręką.

W gło­wach wszyst­kich czte­rech roz­legł się głos:

- Ber­ry­man zare­ago­wał pierw­szy. Jed­nak Hogarth zdą­żył otwo­rzyć ogień, kiedy cel jesz­cze żył. Tak więc zgod­nie z prze­pi­sami dzielą się tra­fie­niem po poło­wie.

Heli­kop­ter ze zwi­sa­ją­cymi pod nim czte­rema żoł­nie­rzy­kami opadł w dolinę i z rykiem pomknął w noc tuż nad drze­wami i w kom­plet­nych ciem­no­ściach. Na wschód, ku przy­ja­znej Pana­mie.

Nie lubi­łem przej­mo­wać żoł­nie­rzyka po Sco­ville'u. Zanim obej­miesz kon­trolę, musisz przez dwa­dzie­ścia cztery godziny moni­to­ro­wać poprzed­niego ope­ra­tora, żeby się roz­grzać i wyczuć wszel­kie ewen­tu­alne róż­nice, jakie mogły zajść od ostat­niej zmiany. Na przy­kład uszko­dze­nie trzech pal­ców.

Pod­czas roz­grzewki tylko sie­dzisz i patrzysz. Nie jesteś pod­łą­czony do reszty plu­tonu, gdyż byłoby to bez­na­dziej­nie dez­orien­tu­jące. Zmiany nastę­pują w ści­śle okre­ślo­nych porach, tak więc tuż za ple­cami pozo­sta­łych dzie­wię­ciu ope­ra­to­rów żoł­nie­rzy­ków rów­nież sie­dzieli zmien­nicy.

Sły­szy się o sytu­acjach alar­mo­wych, kiedy to zmien­nik musi nagle prze­jąć kon­trolę od ope­ra­tora. Nie­trudno w to uwie­rzyć. Ostatni dzień jest naj­gor­szy, nawet bez dodat­ko­wego stresu wywo­ła­nego świa­do­mo­ścią, że jest się obser­wo­wa­nym. Jeśli dopad­nie cię zała­ma­nie ner­wowe, atak serca lub wylew, to zazwy­czaj wła­śnie dzie­sią­tego dnia.

Tutaj, w ukry­tym głę­boko pod zie­mią bun­krze dowo­dze­nia w Por­to­bello ope­ra­to­rom nie zagraża żadne fizyczne nie­bez­pie­czeń­stwo. Jed­nak odse­tek zabi­tych i ran­nych jest w naszych oddzia­łach wyż­szy niż w regu­lar­nej pie­cho­cie. Nie tra­fiają nas kule, lecz zawo­dzą nasze mózgi lub żyły.

Przej­mo­wa­nie kon­troli po ludziach z plu­tonu Sco­ville'a jest trudne nie tylko dla mnie, lecz dla każ­dego z moich ope­ra­to­rów. Oni są oddzia­łem pości­gowo-bojo­wym, a my nęka­jąco-osło­no­wym, w skró­cie "neo", cza­sami wypo­ży­cza­nym psy­cho­pom. Rzadko zabi­jamy. Nie na tym polega nasza rola.

Cała dzie­siątka naszych żoł­nie­rzy­ków w ciągu paru minut wró­ciła do garażu. Ope­ra­to­rzy się roz­łą­czyli i egzo­ge­niczne szkie­lety ich pan­ce­rzy się roz­warły. Ludzie z plu­tonu Sco­ville'a wygra­mo­lili się z nich jak zgraja star­ców i sta­ru­szek, cho­ciaż ich ciała regu­lar­nie gim­na­sty­ko­wano i kon­tro­lo­wano stę­że­nie tok­syn w orga­ni­zmach. Mimo to po dzie­wię­ciu dniach czło­wiek zawsze miał wra­że­nie, że cały ten czas prze­sie­dział nie­ru­chomo w jed­nym miej­scu.

Roz­łą­czy­łem się. Moje połą­cze­nie ze Sco­ville'em jest dość luźne, nie takie jak pra­wie tele­pa­tyczna więź, jaka łączy dzie­się­ciu ope­ra­to­rów w plu­to­nie. Mimo to, mając znów umysł wyłącz­nie dla sie­bie, przez chwilę czu­łem się lekko zdez­o­rien­to­wany.

Znaj­do­wa­li­śmy się w dużym bia­łym pomiesz­cze­niu z dzie­się­cioma pan­ce­rzami ope­ra­to­rów i dzie­się­cioma podob­nymi do fry­zjer­skich fote­lami zmien­ni­ków. Za nimi na ścia­nie umiesz­czono wielką pod­świe­tlaną mapę Kosta­ryki, na któ­rej róż­no­ko­lo­rowe świa­tełka uka­zy­wały miej­sca dzia­ła­nia żoł­nie­rzy­ków i lot­ni­ków. Pozo­stałe ściany prze­sła­niały moni­tory i wyświe­tla­cze cyfrowe opa­trzone tablicz­kami z nie­zro­zu­mia­łym żar­go­nem. Wokół krę­cili się ludzie w bia­łych far­tu­chach, spraw­dza­jąc wska­za­nia apa­ra­tów.

Sco­ville prze­cią­gnął się, ziew­nął i pod­szedł do mnie.

- Przy­kro mi, że twoim zda­niem ten ostatni akt prze­mocy był zby­teczny. Uwa­ża­łem, że sytu­acja wymaga natych­mia­sto­wego dzia­ła­nia.

O Boże, Sco­ville i te jego aka­de­mic­kie gadki. Dok­to­rat ze sztuki roz­rywki.

- Jak zwy­kle. Gdy­byś ich ostrzegł, mie­liby czas prze­my­śleć sytu­ację. Pod­dać się.

- Tak, pew­nie. Tak samo jak w Ascen­sion.

- To odosob­niony przy­pa­dek.

Stra­ci­li­śmy dzie­się­ciu żoł­nie­rzy­ków i lot­nika w wyniku wybu­chu pod­ło­żo­nego ładunku nukle­ar­nego.

- No cóż, następny nie zda­rzy się na mojej zmia­nie. Sze­ściu pedrów mniej na tym świe­cie. - Wzru­szył ramio­nami. - Zapalę im świeczkę.

- Kali­bra­cja za dzie­sięć minut - oznaj­mił głos w gło­śniku.

Pan­cerz led­wie zdąży osty­gnąć. Posze­dłem za Sco­ville'em do szatni. On ruszył w jeden koniec prze­brać się w cywilne ubra­nie, a ja w prze­ciwną stronę, aby dołą­czyć do mojego plu­tonu.

Sara była już pra­wie roze­brana.

- Julia­nie, zro­bisz mi to?

Ow­szem, jak więk­szość moich kole­gów i jedna kole­żanka, chęt­nie bym jej t o zro­bił, o czym dosko­nale wie­działa, ale nie to miała na myśli. Zdjęła perukę i podała mi maszynkę. Na gło­wie miała trzy­ty­go­dniową szcze­cinkę blond wło­sów. Deli­kat­nie wygo­li­łem miej­sce wokół gniazdka w pod­sta­wie jej czaszki.

- Ta ostat­nia akcja była bar­dzo bru­talna - powie­działa. - Sądzę, że Sco­ville chciał zapi­sać na swoje konto kilka tra­fień.

- Pew­nie przy­szło mu to do głowy. Bra­kuje mu jede­na­stu do E-8. Dobrze, że nie natra­fili na sie­ro­ci­niec.

- Dosta­nie awans na kapi­tana - orze­kła.

Skoń­czy­łem, a ona spraw­dziła moje łącze, pocie­ra­jąc kciu­kiem wokół gniazdka.

- Gładko - stwier­dziła.

Goli­łem sobie głowę, nawet kiedy nie byłem na służ­bie, cho­ciaż u czar­no­skó­rych na kam­pu­sie nie było to w modzie. Nie mam nic prze­ciwko dłu­gim, gęstym wło­som, ale nie lubię ich aż tak, żeby przez cały dzień pocić się w peruce.

Pod­szedł do nas Louis.

- Cześć, Julia­nie. Skrob­nij mnie, Saro.

Pod­nio­sła rękę - on ma pra­wie metr dzie­więć­dzie­siąt, a Sara jest nie­wy­soka. Louis skrzy­wił się, kiedy włą­czyła maszynkę.

- Niech rzucę na to okiem - powie­dzia­łem. Skórę po jed­nej stro­nie implantu miał lekko zaczer­wie­nioną. - Lou, będą z tego kło­poty. Powi­nie­neś się ogo­lić przed roz­grzewką.

- Moż­liwe. Trzeba wybie­rać.

Kiedy wej­dziesz do klatki, sie­dzisz w niej dzie­więć dni. Ope­ra­to­rzy o szybko rosną­cych wło­sach i wraż­li­wej skó­rze, tacy jak Sara i Lou, zazwy­czaj golili się dopiero po roz­grzewce i przed obję­ciem zmiany.

- To nie pierw­szy raz - rzekł. - Wezmę jakiś krem od medy­ków.

W plu­to­nie B pano­wała nie­zła atmos­fera. Czę­ściowo było to dzie­łem przy­padku, ponie­waż wybie­rano nas z tłumu zdol­nych do służby pobo­ro­wych, kie­ru­jąc się wzro­stem i tuszą odpo­wied­nimi do roz­mia­rów pan­ce­rzy, jak rów­nież zdol­no­ściami kwa­li­fi­ku­ją­cymi nas do neo. Z pier­wot­nego składu oddziału pozo­stało nas pię­cioro: Candi i Mel oraz Lou, Sara i ja. Robi­li­śmy to już od czte­rech lat. Dzie­się­cio­dniowa służba i dwa­dzie­ścia wol­nych dni. Wyda­wało się, że minęły całe wieki.

W cywilu Candi jest doradcą ubez­pie­cze­nio­wym. Pozo­stali mają dyplomy wyż­szych uczelni. Lou i ja nauk ści­słych, Sara poli­to­lo­gii, a Mel jest kucha­rzem. Ści­ślej mówiąc, dyplo­mo­wa­nym gastro­no­mem, ale świet­nie gotuje. Kilka razy w roku spo­ty­kamy się wszy­scy na ban­kie­cie w jego miesz­ka­niu w St. Louis.

Wró­ci­li­śmy razem do kla­tek.

- W porządku, słu­chaj­cie - ode­zwał się gło­śnik. - Mamy uszko­dze­nia w modu­łach pierw­szym i siód­mym, więc tym razem nie będziemy kali­bro­wali lewej ręki i pra­wej nogi.

- Czyli będą nam potrzebne lacho­ciągi? - zapy­tał Lou.

- Nie, nie będziemy zakła­dać cew­ni­ków. Jeśli wytrzy­masz czter­dzie­ści pięć minut.

- Będę się bar­dzo sta­rał, sir.

- Wyko­namy czę­ściową kali­bra­cję, a potem będzie­cie wolni przez pół­to­rej, może dwie godziny, zanim pod­łą­czymy nową rękę i nogę do maszyn Juliana i Candi. Potem dokoń­czymy kali­bra­cję, pod­łą­czymy pro­tezy i wyj­dzie­cie na scenę.

- Już mam tremę - mruk­nęła Sara.

Uło­ży­li­śmy się w klat­kach, wepchnę­li­śmy ręce i nogi w sztywne rękawy, a tech­nicy nas pod­łą­czyli. Pod­czas kali­bro­wa­nia poziom połą­cze­nia obni­żano do dzie­się­ciu pro­cent war­to­ści bojo­wej, prze­sta­łem więc cokol­wiek sły­szeć poza gło­sem wywo­łu­ją­cego mnie Lou, a i ten dźwięk wyda­wał się dobie­gać z oddali.

Ci spo­śród nas, któ­rzy robili to od lat, prze­cho­dzili przez pro­ces kali­bra­cji pra­wie odru­chowo, ale dwu­krot­nie musie­li­śmy zaczy­nać od początku przez Ral­pha, nowi­cju­sza, który dołą­czył do nas dwa cykle wcze­śniej, kiedy Richard odpadł z powodu zawału. Pro­ces kali­bra­cji był nie­zwy­kle pro­sty. Cała nasza dzie­siątka miała jed­no­cze­śnie napi­nać kolejne mię­śnie, tak by wska­za­nia czer­wo­nego ter­mo­me­tru pokryły się ze wska­za­niami nie­bie­skiego w heł­mach. Jeśli jed­nak ktoś nie jest do tego przy­zwy­cza­jony, napina je za mocno i prze­kra­cza skalę.

Po godzi­nie otwo­rzyli klatki i nas odłą­czyli. Mie­li­śmy pół­to­rej godziny wol­nego. Wła­ści­wie nie warto było się ubie­rać, ale i tak to zro­bi­li­śmy. Zro­zu­miały odruch. Przez dzie­więć dni mie­li­śmy żyć w jed­nym wspól­nym ciele. To wystar­czy.

Wspólna praca zbliża, jak powia­dają. Nie­któ­rzy ope­ra­to­rzy zosta­wali kochan­kami i cza­sem te związki oka­zy­wały się trwałe. Pró­bo­wa­łem tego z Caro­lyn, która umarła przed trzema laty, ale ni­gdy nie udało nam się poko­nać prze­pa­ści mię­dzy służbą a życiem w cywilu. Usi­ło­wa­li­śmy zasię­gnąć rady psy­cho­loga, lecz ten ni­gdy nie był pod­łą­czony, więc rów­nie dobrze mogli­by­śmy mówić do niego w san­skry­cie.

Nie wiem, jak by to było "zako­chać się" w Sarze, ale to czy­sto aka­de­mic­kie roz­wa­ża­nia. Ona nic do mnie nie czuje i oczy­wi­ście nie potrafi ukryć swo­ich uczuć, a raczej ich braku. Łączy nas sil­niej­szy zwią­zek niż jaką­kol­wiek parę cywi­lów, gdyż w peł­nej goto­wo­ści bojo­wej jeste­śmy jedną istotą o dwu­dzie­stu rękach i nogach, dzie­się­ciu mózgach, pię­ciu pochwach i pię­ciu peni­sach.

Nie­któ­rzy ludzie nazy­wają to boskim uczu­ciem i sądzę, że w taki spo­sób powstało kilku bogów. Ten, do któ­rego ja przy­wy­kłem, był bia­łym star­cem z siwą brodą i nie miał ani jed­nej pochwy.

Oczy­wi­ście już od dzie­wię­ciu dni stu­dio­wa­li­śmy plan bitwy i nasze roz­kazy. Mie­li­śmy kon­ty­nu­ować dzia­ła­nia na obsza­rze Sco­ville'a i w typowy spo­sób utrud­niać życie prze­ciw­ni­kowi w lasach desz­czo­wych Kosta­ryki. Nie było to szcze­gól­nie nie­bez­pieczne zada­nie, raczej budzące nie­smak, jak bicie słab­szego, gdyż rebe­lianci nie mieli niczego choć w przy­bli­że­niu podob­nego do żoł­nie­rzy­ków.

Ralph gło­śno wyra­ził swoje nie­za­do­wo­le­nie. Sie­dzie­li­śmy przy dłu­gim stole, pijąc kawę lub her­batę.

- Nie lubię prze­sady - rzekł. - Tamta dwójka na drze­wie ostat­nim razem...

- Paskudna sprawa - przy­znała Sara.

- Och, wła­ści­wie to było samo­bój­stwo - powie­dział Mel. Upił łyk kawy i spoj­rzał na nas, marsz­cząc brwi. - Pew­nie byśmy ich nie zauwa­żyli, gdyby nie otwo­rzyły ognia.

- Nie­po­koi cię, że to były jesz­cze dzieci? - spy­ta­łem Ral­pha.

- Jasne. A cie­bie nie? - Potarł szcze­cinę na bro­dzie. - Dwie dziew­czynki.

- Dziew­czynki z pisto­le­tami maszy­no­wymi - przy­po­mniała Karen, a Claude ener­gicz­nie poki­wał głową.

Doszli do nas razem przed około rokiem i byli kochan­kami.

- Ja też się nad tym zasta­na­wia­łem - przy­zna­łem. - Co by było, gdy­by­śmy wie­dzieli, że to małe dziew­czynki?

Miały po około dzie­sięć lat i ukry­wały się w domku na drze­wie.

- Zanim zaczęły strze­lać czy póź­niej? - zapy­tał Mel.

- Niech­by i póź­niej - odparła Candi. - Jakie szkody można wyrzą­dzić pisto­le­tem maszy­no­wym?

- Mnie uszko­dziły bar­dzo sku­tecz­nie! - zauwa­żył Mel. Stra­cił oko i recep­tory węchowe. - Dobrze wie­działy, w co celo­wać.

- Wielka mi strata - powie­działa Candi. - Mia­łeś czę­ści zapa­sowe.

- Ja odczu­wa­łem ją jako wielką.

- Wiem. Byłem tam.

Kiedy wysiada sen­sor, wła­ści­wie nie czu­jesz bólu. Uczu­cie jest rów­nie silne jak ból, ale nie ma słów, żeby je opi­sać.

- Nie sądzę, byśmy musieli je zabi­jać, gdyby były na otwar­tej prze­strzeni - zauwa­żył Claude. - Gdy­by­śmy widzieli, że to tylko dzieci, do tego słabo uzbro­jone. Tyle że, do dia­bła, rów­nie dobrze mogli to być wyszko­leni ter­ro­ry­ści mogący rąb­nąć w nas gło­wicą jądrową.

- W Kosta­ryce? - zdzi­wiła się Candi.

- To się zda­rza - powie­działa Karen.

W ciągu ostat­nich trzech lat taka sytu­acja zda­rzyła się raz. Nikt nie wie­dział, skąd rebe­lianci wzięli pocisk nukle­arny. Kosz­to­wało ich to dwa mia­sta: to, w któ­rym zamie­niono w parę żoł­nie­rzyki, oraz to, które znisz­czy­li­śmy w odwe­cie.

- Tak, tak - mruk­nęła Candi i w tych dwóch sło­wach usły­sza­łem wszystko, czego nie powie­działa gło­śno: że wystrze­lony w nas pocisk nukle­arny znisz­czyłby tylko dzie­sięć maszyn. Nato­miast gdy Mel pod­pa­lił domek na drze­wie, usma­żył żyw­cem dwie dziew­czynki, pew­nie za małe, by zda­wały sobie sprawę, co robią.

Kiedy byli­śmy połą­czeni, zawsze wyczu­wa­łem w umy­śle Candi poboczny prąd. Była dobrą ope­ra­torką, ale czę­sto się zasta­na­wia­łem, dla­czego nie przy­dzie­lono jej jakie­goś innego zada­nia. Była zbyt empa­tyczna i z pew­no­ścią się zała­mie, zanim zdąży przejść do cywila.

Może jed­nak miała peł­nić w naszym plu­to­nie rolę zbio­ro­wego sumie­nia. Nikt na naszym szcze­blu wta­jem­ni­cze­nia nie miał poję­cia, w jaki spo­sób wybiera się ope­ra­to­rów, i tylko się domy­śla­li­śmy, dla­czego przy­dzie­lono nas wła­śnie do tego plu­tonu. Repre­zen­to­wa­li­śmy cały wachlarz pozio­mów agre­sji, od Candi do Mela. Nie było jed­nak wśród nas żad­nego Sco­ville'a. Nikogo, kto czer­pałby ponurą przy­jem­ność z zabi­ja­nia. Ponadto plu­ton Sco­ville'a czę­ściej brał udział w akcjach niż mój, co by­naj­mniej nie było przy­pad­kowe. Ci z oddzia­łów pości­gowo-bojo­wych zde­cy­do­wa­nie lepiej paso­wali do rzezi. Tak więc kiedy Wielki Kom­pu­ter w Nie­bie­siech decy­duje o roz­dziale misji, plu­tonowi Sco­ville'a przy­pada zabi­ja­nie, a mojemu reko­ne­sans.

Szcze­gól­nie narze­kają na to Mel i Claude. Potwier­dzone tra­fie­nie ozna­czało kolejny krok do awansu, jeśli nie zawo­do­wego, to przy­naj­mniej finan­so­wego, jakiego nie zapew­niały okre­sowe testy spraw­no­ściowe. Ludzie Sco­ville'a mieli wyniki, więc śred­nio otrzy­my­wali o dwa­dzie­ścia pięć pro­cent wyż­szy żołd niż moi ludzie. Tylko na co mogli go wydać? Odkła­dać, żeby wyku­pić się z woj­ska?

- Czyli mamy zała­twić cię­ża­rówki - rzekł Mel. - Samo­chody i cię­ża­rówki.

- No wła­śnie - przy­tak­ną­łem. - Może nawet czołg, jeśli dopi­sze ci szczę­ście.

Sate­lity zauwa­żyły ślady w pod­czer­wieni świad­czące o tym, że rebe­lianci znów otrzy­mali dostawę małych nie­wy­kry­wal­nych cię­ża­ró­wek, praw­do­po­dob­nie samo­bież­nych lub zdal­nie kie­ro­wa­nych. Jedno z osią­gnięć tech­no­lo­gii, dzięki któ­rym ta wojna nie prze­ro­dziła się w masa­krę.

Podej­rze­wam, że gdyby potrwała dosta­tecz­nie długo, prze­ciw­nik także zaopa­trzyłby się w żoł­nie­rzyki. Wów­czas osią­gnę­li­by­śmy szczyt (tylko nie wiem czego): maszyny war­to­ści dzie­się­ciu milio­nów dola­rów zmie­nia­łyby się w złom, pod­czas gdy ich ope­ra­to­rzy sie­dzie­liby setki kilo­me­trów od pola bitwy, sku­pieni w swych kli­ma­ty­zo­wa­nych jaski­niach.

Pisy­wano już o tym, o woj­nie ukie­run­ko­wa­nej na znisz­cze­nia mate­rialne, a nie na uni­ce­stwia­nie życia. Jed­nak zawsze łatwiej było stwo­rzyć nowe życie niż nowe bogac­twa. A walka eko­no­miczna toczy się według od dawna usta­lo­nych reguł, na niwie poli­tycz­nej i nie tylko, rów­nie czę­sto mię­dzy wro­gami, jak i przy­ja­ciółmi.

No cóż, co może o tym wie­dzieć fizyk? Moja nauka ma reguły i prawa, które zdają się odno­sić do rze­czy­wi­sto­ści. Eko­no­mia opi­suje rze­czy­wi­stość post fac­tum, lecz nie nadaje się do pro­gno­zo­wa­nia. Nikt nie prze­wi­dział nano­fak­tur.

Gło­śnik kazał nam wsia­dać na koń. Dzie­więć dni tro­pie­nia cię­ża­ró­wek.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki