Wieczny las. Poza pogonią wielkich miast - Justyna Stoszek

Kup ebooka

31.50 zł
25.83 zł (25,63 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Kie­dy bli­scy skła­da­ją mi ży­cze­nia uro­dzi­no­we, za­wsze po­wta­rzam, że nie chcę żyć sto lat. Chcę, by sto, pięć­set, ty­siąc, dzie­sięć ty­się­cy lat żyły drze­wa. Moja ar­ty­stycz­na dro­ga jest dłu­ga. Po­dą­żam nią od dzie­ciń­stwa. I nie jest ona przy­jem­na, mięk­ka, po­lna. Czę­sto jest to stro­ma ścież­ka bie­gną­ca po pio­no­wym zbo­czu na wietrz­ny i lo­do­wa­ty szczyt. Na tej sa­mot­nej dro­dze trzy­ma mnie pra­gnie­nie stwo­rze­nia cze­goś praw­dzi­we­go, pięk­ne­go i waż­ne­go.

Ma­lu­ję i ry­su­ję od dziec­ka. Ro­biąc to, czu­ję się wspa­nia­le. Jed­nak od dzie­ciń­stwa moim miej­scem jest las. Bę­dąc w nim, czu­ję się wy­jąt­ko­wo. Świa­do­mie wy­bra­łam ścież­kę edu­ka­cji ar­ty­stycz­nej, ale się za­wio­dłam. Za­pew­ne dla­te­go, że była to miej­ska ścież­ka, a nie ta... przez las. Je­stem dy­plo­mo­wa­ną ar­tyst­ką. Ma­lar­ką i rzeź­biar­ką. I z tym też czu­ję się do­brze. Może dla­te­go, że jest to wy­ko­na­ne do koń­ca za­da­nie. Te­raz żyję i two­rzę w mie­ście. To trud­ne.

Od dwu­na­stu lat wy­ko­nu­ję żywe rzeź­by, mi­nia­tu­ro­we bios­fe­ry - lasy za­mknię­te w szkle. Ory­gi­nal­ność tego po­my­słu jest spe­cy­ficz­na - zro­bi­łam krok do przo­du, jed­no­cze­śnie się­ga­jąc do prze­szło­ści, do źró­deł. Obu­dzi­łam skry­wa­ną w ludz­kich ser­cach tę­sk­no­tę za bli­sko­ścią na­tu­ry. Fo­rest Fo­re­ver to lasy praw­dzi­we, po­nie­waż są żywe. Są pięk­ne na­tu­ral­nym pięk­nem i waż­ne, bo przy­po­mi­na­ją lu­dziom o za­sa­dach funk­cjo­no­wa­nia przy­ro­dy, o tym, że ich eg­zy­sten­cja jest w ca­ło­ści uza­leż­nio­na od ro­ślin. Szkło zaś, jed­no­cze­śnie twar­de i kru­che, sym­bo­li­zu­je doj­rza­łą oso­bo­wość. We­wnątrz - nie­wiel­ki frag­ment praw­dzi­we­go lasu jako sym­bol na­szej głę­bo­ko skry­wa­nej wraż­li­wo­ści.

Jak bar­dzo zmie­ni­ło i zmę­czy­ło mnie mia­sto, po­czu­łam pod­czas mo­ich le­śnych wy­staw. Wę­dro­wa­łam z kap­su­ła­mi przez trzy pol­skie lasy. Do­pie­ro tam było do­brze. Tam ja i moje mniej­sze lasy by­li­śmy na swo­im miej­scu. Zo­sta­nę jesz­cze w mie­ście przez ja­kiś czas. Te­raz szu­kam mo­jej zie­mi. Mo­je­go lasu.

Mą­dra ko­bie­ta ma ze sobą wo­rek ko­ści. To ko­ści przod­kiń, cza­row­nic, wiesz­czek, ma­tek, ko­cha­nek, bo­giń.

Nie znisz­czy ich ogień, nie pod­da­dzą się upły­wo­wi cza­su, po­zo­sta­ją na­szym ma­te­rial­nym do­wo­dem ist­nie­nia na Zie­mi. Są świą­ty­nią du­szy. Cza­sem du­sza może być po­kie­re­szo­wa­na, pod­ła­ma­na, spo­wi­ta w ża­ło­bie. Ko­ści dają du­szy sku­tecz­ną osło­nę, są dla niej zbro­ją, nie­po­ko­na­ną twier­dzą, sank­tu­arium, w któ­rym ona, du­sza, może za­ist­nieć i trwać, póki nie na­stą­pi kres dro­gi. A na­wet i po­tem są. Śla­dy po zła­ma­niach, ra­zach, cię­gach, upad­kach two­rzą hi­sto­rię na­sze­go ży­cia po śmier­ci.

Ja i król

Przy­je­cha­li­śmy do Pusz­czy Bia­ło­wie­skiej na świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Gru­pa przy­ja­ciół, dzie­ci, psy. Mała chat­ka w Haj­nów­ce. Z pie­cem i dłu­gim sto­łem. Za dnia szli­śmy w las tro­pem żu­brzych od­cho­dów. Li­czy­li­śmy na spo­tka­nie z kró­lem pusz­czy.

Ga­piąc się w śnieg, znaj­do­wa­łam ko­ści, czasz­ki i wiel­kie krze­mie­nie. Ka­rol, mój przy­ja­ciel, po­mógł mi i dzię­ki temu je­den z nich przy­wle­kłam ze sobą i jest przy mnie do dziś. Ciem­no­sza­ro-brą­zo­wa­wy z bia­łym ser­cem.

W pusz­czy wszyst­ko ma coś we­wnątrz, głę­biej. Coś jesz­cze do­dat­ko­we­go w środ­ku. Sta­re to­ro­wi­sko po­ro­śnię­te zie­le­nią. Tory roz­sa­dzo­ne od środ­ka, wy­gię­te na boki przez mło­de brzo­zy, cze­rem­chy, dę­bi­ny. Ten wi­dok mnie uspo­ka­jał. Siła na­tu­ry. Nie damy jej rady. I całe szczę­ście. To siła ży­cia, nie­usta­ją­ca wal­ka.

Wresz­cie przy­pad­kiem sama spo­tka­łam kró­la. W oko­li­cy par­kin­gu, a nie w dzi­czy. W oko­licz­noś­ciach zu­peł­nie nie­ro­man­tycz­nych. Po­ja­wił się w chwi­li, gdy wy­sko­czy­łam na stro­nę. We mgle ma­je­sta­tycz­ny, spo­koj­ny pa­trzył na te moje bez­bron­ne kuc­ki. Prze­żu­wał. Prze­sta­łam i si­kać, i od­dy­chać. Fuk­nię­ciem, mam­la­niem i stęk­nię­ciem coś tam oznaj­mił i od­szedł, a za nim jesz­cze dwa prze­pięk­ne osob­ni­ki lub osob­nicz­ki. We mgle, w ci­szy. Tyl­ko mla­ska­nie i stą­pa­nie. Wil­goć. Może mi się wy­da­wa­ło, ale czu­łam za­pach jego sier­ści. By­łam in­tru­zem, a on nic mi nie zro­bił. Nie chcę my­śleć o lu­dziach, któ­rzy po­tra­fią ta­kiej isto­cie, ta­kie­mu ma­je­sta­to­wi... strze­lić w gło­wę, w ser­ce. Kró­lo­bój­cy. Nie­ste­ty, je­że­li chce­my coś zmie­nić, ura­to­wać to pięk­no, mu­si­my dzia­łać, a tym sa­mym my­śleć i wie­dzieć o ta­kich lu­dziach.

Prze­ję­ta po­bie­głam do wła­sne­go sta­da. Le­d­wie dy­sząc, opo­wie­dzia­łam moim to­wa­rzy­szom, jaka przy­go­da mnie spo­tka­ła. Nie uwie­rzy­li. Stwier­dzi­li, że łżę. Po­są­dzi­li o mi­to­ma­nię. Co ro­bić? Nie mam świad­ków, a król pew­nie ni­ko­mu ni­g­dy nie opo­wie...

Wie­czo­rem pi­li­śmy wino, roz­ma­wia­li­śmy o le­sie. Wró­ży­łam z kart. Pod­czas ko­la­cji wspo­mnia­łam z roz­pę­du, ale de­li­kat­nie:

- A ten żubr, co go spo­tka­łam dzi­siaj...

- Prze­stań, li­to­ści!

Mo­dra cer­kiew

W cza­sie na­sze­go po­by­tu od­pra­wia­no mszę w cer­kwi. Za­pra­gnę­łam w niej uczest­ni­czyć. Szli­śmy dłu­go przez za­nu­rzo­ny w śnież­nych chmu­rach las. Ta świą­ty­nia była ci­cha. Za­spy, bły­ski w śnież­nych za­spach, ko­na­ry w słoń­cu. Ci­sza. A cer­kiew peł­na lu­dzi, mrocz­na, won­na, śpie­wa­ją­ca. Nie chcia­łam stać z boku, wdy­chać za­pa­chu sta­rych palt pa­ru­ją­cych od zi­mo­wej wil­go­ci i ludz­kich od­de­chów po świą­tecz­nym prze­je­dze­niu. Za­uwa­ży­łam drew­nia­ne scho­dy i we­szłam na bal­kon do śpie­wa­ją­cych ko­biet. Czu­łam za­pach dymu, roz­to­pio­nych świec, ró­ża­nych per­fum. Sta­nę­łam bli­sko ba­lu­stra­dy i spoj­rza­łam w dół. To było roz­da­nie kart ta­ro­ta. Po pra­wej męż­czyź­ni, a wśród nich ga­da­ją­cy do sie­bie, taki z uśmie­chem na całą gębę wio­sko­wy głu­piec. Nikt go nie uci­szał, nie ga­pi­li się na nie­go. Peł­na ak­cep­ta­cja. Kar­ta Głu­piec. Po le­wej ko­bie­ty i śmierć - w zwy­czaj­nej drew­nia­nej trum­nie i le­żą­cej w niej mar­twej ko­bie­cie. Kar­ta Śmierć. Na­prze­ciw­ko mnie ka­płan. Kar­ta Ka­płan. Z pra­wej ob­raz ere­mi­ty. Sta­rzec na klęcz­kach, dłu­ga bro­da za­sła­nia­ją­ca jego na­gość. Cia­ło miał bia­łe. Kar­ta Ere­mi­ta. Po po­wro­cie do cha­ty w Haj­nów­ce uło­ży­łam kar­ty, chcąc wy­lo­so­wać tę, któ­ra sym­bo­li­zo­wa­ła w tym ukła­dzie mnie. Kar­ta Ca­ry­ca.

Ewa: Ca­ry­ca jest sa­mot­na. Wiel­bi ją tłum, ona zaś nie może ko­chać ni­ko­go. Taka wy­izo­lo­wa­na do­sko­na­łość, prze­ży­wa­ją­ca męki eg­zy­sten­cji wy­sta­wio­nej na po­kaz. Jej cier­pie­nie jest nie­zmier­ne, ni­g­dy nie może ni­ko­go wy­róż­nić. Do­sko­na­le wie, że wio­sko­wy głu­pek na samą myśl o do­tknię­ciu skraw­ka jej suk­ni głu­pie­je jesz­cze bar­dziej, a na jego licu ma­lu­je się ob­raz nie­skoń­czo­ne­go zdzie­cin­nie­nia. Baby, zmę­czo­ne ro­dze­niem dzie­ci i cią­głym do­ga­dza­niem in­nym, za­zdrosz­czą jej suk­ni, bo­gac­twa i prze­py­chu. Bo nie wie­dzą, że ona za­zdro­ści im. Ce­sa­rzo­wą być, wła­dać ży­ciem i śmier­cią mi­lio­nów pod­da­nych i tym mi­lio­nom od­da­wać się każ­de­go dnia, ze zło­ścią, z czu­ło­ścią, z za­ci­śnię­ty­mi zę­ba­mi, ma­tiusz­ka, to dla ich do­bra. Na­wet pop ma le­piej, każ­da msza kie­dyś się koń­czy. Za­mknie cer­kiew, pój­dzie do domu spać, po­świn­tu­szyć z żoną, roz­sią­dzie się przed ko­min­kiem i błą­dzi my­śla­mi w siną dal. A ona nie, za­wsze na cen­zu­ro­wa­nym, każ­dy jej krok jest śle­dzo­ny, ruch brwi, cał­kiem nic nie­zna­czą­cy, sze­ro­ko ko­men­to­wa­ny. Jest słu­żeb­ni­cą na­ro­du, cara i nie­na­ro­dzo­ne­go jesz­cze syna. Tyl­ko szep­cze: "Ho­spo­di, spraw, by tym ra­zem był to syn, bo sko­nam". I ta śmierć chi­cho­czą­ca przy każ­dej jej bo­le­ści, mó­wią­ca ze słod­kim uśmie­chem: "Jesz­cze nie te­raz, ko­cha­na, jesz­cze cię tro­chę po­piesz­czę". Ten ob­łud­ny sta­ruch, asce­tycz­ny ere­mi­ta, o bia­łym, nie­przy­dat­nym do ni­cze­go cie­le, co ani roz­ko­szy, ani męki nie za­zna­ło. Tyl­ko ko­chan­ko­wie pa­trzą na nią obo­jęt­nie, syci roz­ko­szą śpią.

Sny w pusz­czy

Kanu po­ja­wi­ło się we śnie. Utka­na ze świa­tła i soku li­ści za­po­wiedź no­we­go. Łódź ze mną na po­kła­dzie pły­nę­ła w głąb i pod ko­rze­nie do­tych­czas na­ma­lo­wa­nych drzew. Od­na­le­zio­na w za­głę­bie­niach zie­mi woda mó­wi­ła o cza­sie, któ­ry był i jest mi po­trzeb­ny, o ule­czo­nych emo­cjach i zgo­dzie na sie­bie. Ko­ły­szę się, pły­nę po­przez oce­an liś­ci, ich ko­rze­nie się­ga­ją mo­ich wód. Wód mo­je­go cia­ła. Rze­ki pły­ną­cej w moim cie­le krwi - kie­dyś wzbu­rzo­ne, te­raz są wy­peł­nio­ne siłą. Nie­dłu­go koń­czę czter­dzie­ści pięć lat, nie mogę po­wie­dzieć, że moja peł­nia ozna­cza spo­kój. Jed­nak obec­ny nie­po­kój jest zu­peł­nie od­mien­ny od zna­ne­go mi do­tych­czas. To eks­cy­ta­cja i de­ter­mi­na­cja ba­da­cza. Po­żą­da­nie twór­cy i za­chłan­ność od­kryw­cy. Ra­dość po­dą­ża­ją­cej sta­rą ścież­ką wo­jow­nicz­ki. Je­że­li coś jest pew­ne w tej chwi­li, to tyl­ko to, że idę swo­ją dro­gą.

We śnie le­ża­łam na po­sła­niu z mchu i ga­łę­zi jo­dły, wtu­lo­na w sto­py sta­re­go lasu. Mia­łam po­czu­cie, jak­bym opie­ra­ła gło­wę na ogrom­nych udach ko­bie­ty - pra­pra­pra­pra­pra­bab­ki. Wo­kół mnie tań­czył gąszcz ma­syw­nych, róż­no­zie­lo­nych li­ści. Kanu ni­czym lek­ka, nie­ma­te­rial­na ist­ność uno­si­ło się na ich ta­fli. Wy­god­na i cie­pła łódź za­bra­ła mnie pod ko­rze­nie lasu, pod wodę le­śnych stru­mie­ni i je­zior. Przez cały czas by­łam za­dzi­wia­ją­co świa­do­ma tego, że ta po­dróż od­by­wa się we mnie sa­mej. Du­sił mnie nie­mi­ło­sier­ny strach przed siłą wła­snej głę­bi, przed cza­ją­cą się tam ciem­no­ścią. Moją oso­bi­stą. Jed­no­cze­śnie by­łam na­elek­try­zo­wa­na cie­ka­wo­ścią - czu­łam się jak wiej­skie dziec­ko na wie­deń­skim Pra­te­rze. Kie­dy otwie­ra­łam oczy, prze­ła­mu­jąc lęk, sły­sza­łam dźwięk trza­ska­ją­ce­go wio­sną lodu, a z pod­ziem­nych wód wy­ła­nia­ły się ob­ra­zy - zna­ki. Sym­bo­le - prze­wod­ni­cy.

Obu­dzi­łam się. Na­pa­li­łam w pie­cu. Spoj­rza­łam za okno na to­po­lę bia­łą i wy­sy­sa­ją­ce jej soki bu­kie­ty je­mio­ły. Wy­pi­łam kawę. Po­szłam do lasu. Po­szłam swo­ją dro­gą.

Ewa: Wy­obraź so­bie, że bę­dąc małą dziew­czyn­ką, cho­dzi­łam do lasu peł­ne­go so­sen i ży­wi­cy. By­wa­łam u cio­ci i ta ni­czym bo­gi­ni ziel­na pro­wa­dza­ła mnie po la­sach. Po­tem cho­dzi­łam tam sama. Mat­ka Bo­ska była ukry­ta wśród so­sen, sta­ła na spe­cjal­nie zbu­do­wa­nym po­stu­men­cie z ka­mie­ni. Jej suk­nia była nie­bie­ska, a wo­kół pysz­nił się za­pach ży­wi­cy. Była dla mnie ob­ja­wie­niem, przy­ja­ciół­ką, sio­strą, mat­ką. Ce­le­bro­wa­łam te spo­tka­nia, przy­no­sząc jej w da­rze le­śne kwia­ty, róż­no­rod­ne ziel­ska, któ­rych na­zwy nie zna­łam i nie znam do dziś. Aby do­tknąć jej suk­ni, mu­sia­łam wspiąć się na ska­ły, wca­le nie­zła to była wy­so­kość, a ka­mie­nie cał­kiem gład­kie. I do­ko­ny­wa­łam tego raz za ra­zem, na­gro­dą było uczu­cie sa­crum, do­ty­ku nie­zna­ne­go. Ra­do­ścią dzie­li­łam się z sar­na­mi, nie­bem i sobą samą.

Moja Mat­ka Bo­ska w nie­bie­skiej suk­ni,a wo­kół trwał las i pach­nia­ło ży­wi­cą.

Mała dziew­czyn­ka pa­trzą­ca wy­so­ko, do­ty­ka­ją­ca ma­je­sta­tu.

Mi­sty­ka lasu i po­czu­cie bez­kre­su wła­snej pust­ki.

Co­raz bar­dziej lu­bię nie­bie­skie su­kien­ki. Wra­cam do domu, lasu już na wie­ki zie­lo­no-nie­bie­skie­go.

Jesz­cze uno­si się ży­wicz­ny za­pachi czu­ję na so­bie uważ­ne oczy sa­ren.

Jak one trosz­czy­ły się o mnie: "Tyl­ko nie upad­nij, mała, patrz, gdzie sta­wiasz nogi".

Czu­ję nie­bie­skość i nie­bo­skość swe­go ist­nie­nia.Od­tam­tąd, do­tąd, do koń­ca lasu.Na za­wsze zwią­za­na z so­sną, ci­szą, Nią.

Gen lasu

Lu­cy­na: Po pro­stu przy­je­cha­łam kie­dyś do Pusz­czy Bia­ło­wie­skiej na wa­ka­cje z przy­ja­ciół­ka­mi. Chcia­ły­śmy ak­tyw­nie spę­dzać czas, wy­po­ży­czy­ły­śmy ro­we­ry. I tak tra­fi­ły­śmy do Sław­ka. Był to fan­ta­stycz­ny ty­dzień wa­ka­cji. Kie­dyś, po­nie­waż przy­je­cha­łam z ko­le­żan­ka­mi le­kar­ka­mi, za­trzy­ma­ły­śmy się przed ośrod­kiem zdro­wia. Bar­dzo mnie za­in­te­re­so­wa­ło, dla­cze­go ten ośro­dek pra­cu­je tyl­ko od 8.00 do 15.00. Nikt nie jest tu zmu­sza­ny do pra­cy do 18.00, tak jak było u nas, w Po­zna­niu. Po­sta­no­wi­łam za­spo­ko­ić swo­ją cie­ka­wość i po pro­stu wtar­gnę­łam do środ­ka. W ten spo­sób po­zna­łam tam­tej­sze pa­nie pie­lę­gniar­ki, a pani dok­tor mia­ła aku­rat czas i wszyst­kie nas trzy za­pro­si­ła na her­ba­tę. Po­ga­wę­dzi­ły­śmy i taki był mój pierw­szy kon­takt z bia­ło­wie­ską służ­bą zdro­wia. Rok póź­niej ja­koś tak się zło­ży­ło, że moje dzie­ci w licz­bie sztuk trzech, już do­ro­słe, wpa­dły na po­mysł, że może by­śmy po­je­cha­li gdzieś ra­zem na wa­ka­cje. I żeby był las i żeby było ak­tyw­nie. Jedź­my do Bia­ło­wie­ży. Wte­dy już wie­dzia­łam, że po ro­we­ry na­le­ży iść do Sław­ka.

Przez ty­dzień przy­cho­dzi­li­śmy co­dzien­nie po te ro­we­ry, a przy oka­zji roz­ma­wia­li­śmy. Za­py­ta­łam Sław­ka, czy mnie pa­mię­ta. Nie bar­dzo mógł so­bie mnie przy­po­mnieć, ale w koń­cu się uda­ło. Stwier­dził osta­tecz­nie, że po­przed­nio by­łam z ko­le­żan­ka­mi. Od­par­łam, że te­raz je­stem z dzieć­mi, na co Sła­wek z wro­dzo­ną so­bie bez­po­śred­nio­ścią spy­tał:

- A gdzie fa­cet?

Od­po­wie­dzia­łam:

- Fa­ce­ta brak.

Ko­niec koń­ców ini­cja­ty­wę prze­ję­ły moje cór­ki. Zor­ga­ni­zo­wa­ły ogni­sko, na któ­re na­tu­ral­nie za­pro­si­ły Sław­ka. Po­tem był wie­czór mu­zycz­ny w Cafe Wa­liz­ka, gdzie w czwart­ki gry­wa­li na gi­ta­rach. Wy­je­cha­łam z Bia­ło­wie­ży z ta­kim mi­łym uczu­ciem. Trzy ty­go­dnie póź­niej Sła­wek przy­je­chał do Po­zna­nia. I tak za­czę­li­śmy krą­żyć po­mię­dzy Po­zna­niem a Bia­ło­wie­żą. Trze­ba było pod­jąć ja­kąś de­cy­zję. Wie­dzia­łam, że Sław­ka nie ru­szę z Bia­ło­wie­ży, bo on ko­cha to miej­sce. W mieś­cie by sko­nał. Moje dzie­ci były już sa­mo­dziel­ne i mo­głam po­my­śleć o zmia­nie. Nie­sa­mo­wi­te było to, że gdy tyl­ko zde­cy­do­wa­łam, że za­py­tam o ja­kąś moż­li­wość pra­cy w Bia­ło­wie­ży, do­kład­nie w tej sa­mej chwi­li ta pani dok­tor, któ­rą po­zna­łam dwa lata wcze­śniej, od­cho­dzi­ła na eme­ry­tu­rę i pra­ca w Bia­ło­wie­ży była od na­stęp­ne­go mie­sią­ca. Na do­da­tek szpi­tal w Haj­nów­ce dra­ma­tycz­nie po­trze­bo­wał le­ka­rza pul­mo­no­lo­ga - moja spe­cjal­ność. Dy­rek­tor szpi­ta­la był go­tów zgo­dzić się na każ­de wa­run­ki, by­le­bym tam przy­szła do pra­cy.

W go­spo­dar­stwie agro­tu­ry­stycz­nym, w któ­rym miesz­ka­łam, prze­by­wa­jąc po raz pier­wszy w Pusz­czy Bia­ło­wie­skiej, była bar­dzo do­brze za­opa­trzo­na bi­blio­te­ka. Dużo było o bia­ło­wie­skich kli­ma­tach, czy­ta­łam hi­sto­rię Si­mo­ny o Le­chu Wilcz­ku i kie­dyś w nocy pod­czas czy­ta­nia tych opo­wie­ści, kie­dy wy­szłam przed nasz dom, oka­za­ło się, że Lech miesz­ka na­prze­ciw­ko. Spo­ty­ka­łam go w skle­pie czy wy­cho­dząc z domu. No ale, wia­do­mo, nie mia­łam od­wa­gi po­wie­dzieć: "Pa­nie Wil­czek, czy­ta­łam o panu całą noc". Spa­ce­ro­wa­łam do Dzie­dzin­ki i wi­sia­łam na tym pło­cie. My­śla­łam o tym, co to za pięk­na hi­sto­ria i że się lu­dziom ta­kie rze­czy przy­tra­fia­ją.

I mnie się tak przy­tra­fi­ło. Prze­cież Ka­mien­ne Ba­gno, gdzie te­raz miesz­kam, jest nie­da­le­ko. A Le­chu Wil­czek jest moim pa­cjen­tem.

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej.