Mądra kobieta ma ze sobą worek kości. To kości przodkiń, czarownic, wieszczek, matek, kochanek, bogiń.
Nie zniszczy ich ogień, nie poddadzą się upływowi czasu, pozostają naszym materialnym dowodem istnienia na Ziemi. Są świątynią duszy. Czasem dusza może być pokiereszowana, podłamana, spowita w żałobie. Kości dają duszy skuteczną osłonę, są dla niej zbroją, niepokonaną twierdzą, sanktuarium, w którym ona, dusza, może zaistnieć i trwać, póki nie nastąpi kres drogi. A nawet i potem są. Ślady po złamaniach, razach, cięgach, upadkach tworzą historię naszego życia po śmierci.
Ja i król
Przyjechaliśmy do Puszczy Białowieskiej na święta Bożego Narodzenia. Grupa przyjaciół, dzieci, psy. Mała chatka w Hajnówce. Z piecem i długim stołem. Za dnia szliśmy w las tropem żubrzych odchodów. Liczyliśmy na spotkanie z królem puszczy.
Gapiąc się w śnieg, znajdowałam kości, czaszki i wielkie krzemienie. Karol, mój przyjaciel, pomógł mi i dzięki temu jeden z nich przywlekłam ze sobą i jest przy mnie do dziś. Ciemnoszaro-brązowawy z białym sercem.
W puszczy wszystko ma coś wewnątrz, głębiej. Coś jeszcze dodatkowego w środku. Stare torowisko porośnięte zielenią. Tory rozsadzone od środka, wygięte na boki przez młode brzozy, czeremchy, dębiny. Ten widok mnie uspokajał. Siła natury. Nie damy jej rady. I całe szczęście. To siła życia, nieustająca walka.
Wreszcie przypadkiem sama spotkałam króla. W okolicy parkingu, a nie w dziczy. W okolicznościach zupełnie nieromantycznych. Pojawił się w chwili, gdy wyskoczyłam na stronę. We mgle majestatyczny, spokojny patrzył na te moje bezbronne kucki. Przeżuwał. Przestałam i sikać, i oddychać. Fuknięciem, mamlaniem i stęknięciem coś tam oznajmił i odszedł, a za nim jeszcze dwa przepiękne osobniki lub osobniczki. We mgle, w ciszy. Tylko mlaskanie i stąpanie. Wilgoć. Może mi się wydawało, ale czułam zapach jego sierści. Byłam intruzem, a on nic mi nie zrobił. Nie chcę myśleć o ludziach, którzy potrafią takiej istocie, takiemu majestatowi... strzelić w głowę, w serce. Królobójcy. Niestety, jeżeli chcemy coś zmienić, uratować to piękno, musimy działać, a tym samym myśleć i wiedzieć o takich ludziach.
Przejęta pobiegłam do własnego stada. Ledwie dysząc, opowiedziałam moim towarzyszom, jaka przygoda mnie spotkała. Nie uwierzyli. Stwierdzili, że łżę. Posądzili o mitomanię. Co robić? Nie mam świadków, a król pewnie nikomu nigdy nie opowie...
Wieczorem piliśmy wino, rozmawialiśmy o lesie. Wróżyłam z kart. Podczas kolacji wspomniałam z rozpędu, ale delikatnie:
- A ten żubr, co go spotkałam dzisiaj...
- Przestań, litości!
Modra cerkiew
W czasie naszego pobytu odprawiano mszę w cerkwi. Zapragnęłam w niej uczestniczyć. Szliśmy długo przez zanurzony w śnieżnych chmurach las. Ta świątynia była cicha. Zaspy, błyski w śnieżnych zaspach, konary w słońcu. Cisza. A cerkiew pełna ludzi, mroczna, wonna, śpiewająca. Nie chciałam stać z boku, wdychać zapachu starych palt parujących od zimowej wilgoci i ludzkich oddechów po świątecznym przejedzeniu. Zauważyłam drewniane schody i weszłam na balkon do śpiewających kobiet. Czułam zapach dymu, roztopionych świec, różanych perfum. Stanęłam blisko balustrady i spojrzałam w dół. To było rozdanie kart tarota. Po prawej mężczyźni, a wśród nich gadający do siebie, taki z uśmiechem na całą gębę wioskowy głupiec. Nikt go nie uciszał, nie gapili się na niego. Pełna akceptacja. Karta Głupiec. Po lewej kobiety i śmierć - w zwyczajnej drewnianej trumnie i leżącej w niej martwej kobiecie. Karta Śmierć. Naprzeciwko mnie kapłan. Karta Kapłan. Z prawej obraz eremity. Starzec na klęczkach, długa broda zasłaniająca jego nagość. Ciało miał białe. Karta Eremita. Po powrocie do chaty w Hajnówce ułożyłam karty, chcąc wylosować tę, która symbolizowała w tym układzie mnie. Karta Caryca.
Ewa: Caryca jest samotna. Wielbi ją tłum, ona zaś nie może kochać nikogo. Taka wyizolowana doskonałość, przeżywająca męki egzystencji wystawionej na pokaz. Jej cierpienie jest niezmierne, nigdy nie może nikogo wyróżnić. Doskonale wie, że wioskowy głupek na samą myśl o dotknięciu skrawka jej sukni głupieje jeszcze bardziej, a na jego licu maluje się obraz nieskończonego zdziecinnienia. Baby, zmęczone rodzeniem dzieci i ciągłym dogadzaniem innym, zazdroszczą jej sukni, bogactwa i przepychu. Bo nie wiedzą, że ona zazdrości im. Cesarzową być, władać życiem i śmiercią milionów poddanych i tym milionom oddawać się każdego dnia, ze złością, z czułością, z zaciśniętymi zębami, matiuszka, to dla ich dobra. Nawet pop ma lepiej, każda msza kiedyś się kończy. Zamknie cerkiew, pójdzie do domu spać, poświntuszyć z żoną, rozsiądzie się przed kominkiem i błądzi myślami w siną dal. A ona nie, zawsze na cenzurowanym, każdy jej krok jest śledzony, ruch brwi, całkiem nic nieznaczący, szeroko komentowany. Jest służebnicą narodu, cara i nienarodzonego jeszcze syna. Tylko szepcze: "Hospodi, spraw, by tym razem był to syn, bo skonam". I ta śmierć chichocząca przy każdej jej boleści, mówiąca ze słodkim uśmiechem: "Jeszcze nie teraz, kochana, jeszcze cię trochę popieszczę". Ten obłudny staruch, ascetyczny eremita, o białym, nieprzydatnym do niczego ciele, co ani rozkoszy, ani męki nie zaznało. Tylko kochankowie patrzą na nią obojętnie, syci rozkoszą śpią.
Sny w puszczy
Kanu pojawiło się we śnie. Utkana ze światła i soku liści zapowiedź nowego. Łódź ze mną na pokładzie płynęła w głąb i pod korzenie dotychczas namalowanych drzew. Odnaleziona w zagłębieniach ziemi woda mówiła o czasie, który był i jest mi potrzebny, o uleczonych emocjach i zgodzie na siebie. Kołyszę się, płynę poprzez ocean liści, ich korzenie sięgają moich wód. Wód mojego ciała. Rzeki płynącej w moim ciele krwi - kiedyś wzburzone, teraz są wypełnione siłą. Niedługo kończę czterdzieści pięć lat, nie mogę powiedzieć, że moja pełnia oznacza spokój. Jednak obecny niepokój jest zupełnie odmienny od znanego mi dotychczas. To ekscytacja i determinacja badacza. Pożądanie twórcy i zachłanność odkrywcy. Radość podążającej starą ścieżką wojowniczki. Jeżeli coś jest pewne w tej chwili, to tylko to, że idę swoją drogą.