Wiecznie młody. Jak się nigdy nie zestarzeć - Bill Gifford

-
Proszę czekać

Rozdział 1BraciaDlaczego ludzie starzeją się w różnym tempie

Starość to nie jest walka - starość to masakra.

Philip Roth, Everyman, przeł. Jolanta Kozak, Warszawa 2008, s. 144.

Zielona, spieniona fala wezbrała i uderzyła w mojego dziadka. Zniknął pod wodą na okropnie długi czas. Obserwowałem go z brzegu, wstrzymując oddech. Miałem dziesięć lat. W końcu wdrapał się jakoś na łachę piachu i stanął na płyciźnie. Wytarł oczy i się odwrócił, czekając na spotkanie z kolejną ścianą wody.

Są dni, kiedy jezioro Michigan zachowuje się jak ocean, i to był właśnie jeden z tych dni. Przez cały poranek ciskało półtorametrowymi falami o plażę przed naszym domkiem letniskowym, który mój prapradziadek wzniósł w 1919 roku z marnej jakości tarcic pracą własnych rąk i anglosaską siłą woli. Pływanie przy tamtej plaży było jednym z moich ulubionych zajęć, dlatego modliłem się o wietrzne dni. Niestety tego dnia fale były za duże i zabroniono mi wchodzić do wody. Nadąsany siedziałem na werandzie.

Towarzyszył mi brat dziadka, który, co tu ukrywać, nie należał do moich ulubionych krewnych. Był sztywny i raczej pozbawiony poczucia humoru, a do dzieci odzywał się tylko wtedy, kiedy chciał nas upomnieć, żebyśmy tyle nie ganiali albo nie hałasowali. Nie pływał, więc nie mógł pilnować nas na plaży, co z naszej perspektywy czyniło go w zasadzie bezużytecznym. W odróżnieniu od innych wujków nigdy nie żartował ani się z nami nie bawił. Po prostu siedział, wpatrując się w jezioro z nieobecnym wyrazem twarzy. Dla mojego dziesięcioletniego umysłu wydawał się istotą pradawną, i to nie w pozytywnym sensie jak skamieniałość albo dinozaur.

Tymczasem na naszych oczach mój dziadek baraszkował w wodzie zalewającej go po czubek głowy. Miał na imię Leonard i jako były marynarz nawet po sześćdziesiątce lubił ostrą falę. Z zazdrością patrzyłem, jak nurkuje w spienione bałwany. Towarzyszyli mu moja ciocia i wujek, również służący w marynarce, ale zaledwie dwudziestokilkuletni. Dziadek ani trochę od nich nie odstawał. Uwielbiałem go.

Rodzina zjechała się z okazji jego urodzin, które on z prześmiewczą górnolotnością określał mianem Dnia Świętego Leonarda. Transparent z tą nazwą trzepotał na balustradzie werandy, budząc zdumienie ludzi przechodzących plażą. Nasz dom uchodził za swego rodzaju atrakcję turystyczną, ponieważ był znacznie starszy od okolicznych zabudowań. Przetrwał Wielki Kryzys i wiele okrutnych zimowych sztormów, w tym ten ogromny z lat trzydziestych, który zmył wydmę, gdzie wzniesiono dom. Rodzina przyjechała z Chicago, żeby go naprawić - od tego czasu chatę nazywano Arką.

Dorośli o szóstej spotkali się na koktajl. Może było trochę wcześniej, bliżej piątej. Potem ciotki podały obiad w kuchni na parterze, dobudowanej pod domem po tym, jak straciliśmy wydmę. Po obiedzie mężczyźni rozpalili na plaży ognisko, nad którym dzieci piekły pianki. Następnie zostaliśmy odesłani do łóżek, gdzie zasnęliśmy przy dźwiękach fal rozbijających się o brzeg. Był to jeden z wielu cudownych dni spędzonych w dzieciństwie nad jeziorem. Dopiero po latach zrozumiałem jego prawdziwy sens.

Choć wydawali się należeć do różnych pokoleń, mój dziadek Leonard był zaledwie siedemnaście miesięcy młodszy od swojego brata Emersona (w latach 1914-1915, kiedy przyszli na świat, stanowiło to niewielką różnicę - jak na protestantów ze Środkowego Zachodu wręcz bulwersującą). Byli niemal bliźniakami, odziedziczyli te same geny i odebrali to samo wychowanie. Przez całe dorosłe życie pozostawali ze sobą blisko związani. Mimo to ich losy potoczyły się prawie zupełnie inaczej.

Ten obraz nie daje mi spokoju: Emerson siedzi w bujanym fotelu na werandzie, podczas gdy jego nieznacznie młodszy brat baraszkuje w jeziorze, pozwalając się pochłaniać wielkim falom. Niedługo potem u Emersona wystąpiły pierwsze oznaki alzheimera, a choroba z czasem całkowicie pochłonęła jego umysł. Wujek zmarł w domu spokojnej starości w wieku siedemdziesięciu czterech lat. Tymczasem dziadek po przejściu na emeryturę kupił sobie mały sad cytrusowy w górach na północ od San Diego, gdzie harował u boku pracowników sezonowych jeszcze grubo po siedemdziesiątce. Wciąż był pełen sił, kiedy zmarł w wyniku jakiejś przypadkowej infekcji w wieku osiemdziesięciu sześciu lat.

Za odmienne losy obu braci odpowiadał, przynajmniej częściowo, jeden osobliwy czynnik: religia. Emerson i jego żona, podobnie jak moi pradziadkowie, wierzyli w Chrześcijańską Naukę. Trudno o bardziej mylącą nazwę, ponieważ wyznawcy Chrześcijańskiej Nauki odrzucają medycynę i wierzą, że wszelkie dolegliwości można wyleczyć wyłącznie za pomocą modlitwy. Tak więc prawie nigdy nie chodzili do lekarza - niezależnie od powagi sytuacji. W rezultacie Emerson gromadził w miarę upływu życia uszkodzenia biologiczne niczym samochód wykorzystywany w demolition derby. Kolejne nowotwory skóry, których nie chciał leczyć, pochłonęły jego lewe ucho, pozostawiając po nim zdeformowane, kalafiorowate resztki. Później kilkakrotnie dostał łagodnego udaru, ale z tym również nigdy nie poszedł do lekarza. Na jego zdrowiu niekorzystnie odbijały się też wszystkie infekcje, które można było wyleczyć antybiotykami.

Mój dziadek pod wpływem żony szybko przestał wyznawać Chrześcijańską Naukę, a jeżeli potem do czegokolwiek podchodził z nabożeństwem, to do przestrzegania codziennego rytuału wypijania punktualnie o osiemnastej drinka na bazie whisky z lodem. Korzystał z najnowszych zdobyczy medycyny, która poczyniła znaczny postęp w leczeniu infekcji, a nawet chorób serca i nowotworów. Co równie istotne, w przeciwieństwie do brata rzucił palenie w 1957 roku i codziennie wykonywał ćwiczenia fizyczne w formie wymagających dużych nakładów energii i często niezwykle ambitnych prac ogrodniczych, którymi zajmował się przed godziną przeznaczoną na picie koktajli. Zapewniło mu to znacznie dłuższe życie - więcej, znacznie dłuższe i zdrowsze życie - niż jego bratu.

Specjaliści od stanu zdrowia społeczeństwa określają to mianem długości zdrowego życia, czyli liczby lat przeżytych w zdrowiu. Pojęcie to odegra ważną rolę w tej książce: długość życia mojego dziadka tylko o czternaście lat przekroczyła długość życia jego brata, ale w długości zdrowego życia przewyższył go o co najmniej trzydzieści. Jeżeli dobrze wykonam swoją pracę, niniejsza książka pomoże wam zrozumieć, w jaki sposób można osiągnąć to, co stało się udziałem mojego dziadka - czyli długie, zdrowe życie - nie zaś skończyć jak jego pechowy brat.

Kilkadziesiąt lat później, pięknego słonecznego dnia, siedziałem na werandzie Arki. Minęło sporo czasu od ostatniej wizyty. Pokolenie dziadka zajęło się innymi sprawami, dom został sprzedany jednemu z moich dalekich kuzynów. Przestaliśmy tam jeździć, teraz więc nadarzyła się rzadka okazja powrotu do najszczęśliwszych wspomnień z dzieciństwa. A że zdążyłem skończyć czterdzieści lat, naturalną koleją rzeczy od jakiegoś czasu nachodziły mnie ponure myśli na temat starzenia.

Stało się tak między innymi za sprawą moich kolegów z pracy, którzy z wrodzonym sobie wyczuciem postanowili uczcić moją czterdziestkę, wręczając mi tort z jedną świeczką. Miał kształt nagrobka i widniał na nim napis:

Moja śp. Młodość

Jakże miło z ich strony! Niemniej żart zawierał w sobie dość brutalną prawdę: w środowisku dziennikarskim, w którym przepracowałem całe życie, człowiek czterdziestoletni rzeczywiście uchodzi za starszego. Mimo że faktycznie nie jest stary - daleko mu jeszcze do tego - nasza kultura zaszufladkowuje go jako osobę w średnim wieku. Demograficznie niepożądaną. Zawodowo - na wylocie. Kto wie, może nawet jako użytkownika AOL. Nawet moja mama zdążyła powiedzieć, że "nie jestem już młodzieniaszkiem".

W pewnym sensie miała rację. Czułem, że zachodzi we mnie jakaś przemiana. Od czasów studiów byłem dość wysportowany - czasami bardziej, czasami mniej - ale zauważyłem, że od pewnego czasu utrzymywanie formy przychodzi mi z coraz większym trudem. Jeżeli robiłem sobie kilkudniową przerwę od biegania, roweru albo siłowni, moje mięśnie zamieniały się w galaretkę, zupełnie jakbym kilka wcześniejszych tygodni spędził na kanapie. Kiedy w końcu wychodziłem pobiegać, natychmiast dawało o sobie znać charakterystyczne podrygiwanie zalążków męskich piersi.

Kac zazwyczaj nie ustępował przez kilka dni, portfel i klucze lubiły się gdzieś zawieruszyć, darowałem sobie też próby odcyfrowywania restauracyjnego menu w romantycznym świetle świec. Kilkoro moich przyjaciół zdążyło umrzeć albo omalże umarło na raka. W wolnych chwilach coraz częściej dręczyły mnie rozterki wieku średniego, biorące się z poczucia, że najlepsze lata mam za sobą i że Bóg, przyglądając mi się, zaczął już zerkać za zegarek. Wszystko zgodnie z planem: niektórzy naukowcy uważają, że tego rodzaju żale wieku średniego odzwierciedlają fakt, że przekroczyliśmy biologiczny punkt krytyczny, od którego szkody związane z procesem starzenia się zaczynają postępować szybciej niż nasz umysł i nasze ciało są w stanie się regenerować.

Miałem jakieś czterdzieści trzy lata, kiedy poszedłem na badania do lekarza. Dowiedziałem się, że w tajemniczy sposób przytyłem prawie siedem kilo, a mój cholesterol osiągnął poziom typowy dla mlecznej czekolady. Po raz pierwszy w życiu pojawiły się u mnie zalążki piwnego brzuszka. Nie powinno mnie to dziwić, ponieważ uwielbiam piwo, mimo to wpadłem w przygnębienie. Moja lekarka uznała to wszystko za "normalne objawy starzenia". Powiedziała to z uśmiechem, jakby nie było powodów do obaw, a już z pewnością powodów do podjęcia jakichkolwiek działań. Nic pan na to nie poradzi, wydawało się mówić jej delikatne wzruszenie ramion.

Naprawdę? Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat. Na przykład w jaki sposób mógłbym powstrzymać te procesy. Albo przynajmniej je spowolnić. Choć odrobinę? Jeśli łaska.

Prolog Eliksir

Człowiek nigdy nie jest za stary, żeby odmłodnieć.

Mae West

W jednym z ostatnich przebłysków świadomości, kiedy upadał na podłogę laboratorium, młodemu uczonemu mogło przejść przez myśl, że pokrycie całego ciała lepką substancją prawdopodobnie nie było najlepszym z jego eksperymentatorskich pomysłów. Ale był człowiekiem nauki, a ciekawość bywa zgubna.

Od jakiegoś czasu zastanawiał się nad funkcją ludzkiej skóry, niezwykle wytrzymałej, a zarazem tak delikatnej, tak wrażliwej na poparzenia powodowane przez słońce i ogień, tak łatwej do rozkrojenia nożem znacznie mniej ostrym od chirurgicznego skalpela. Co by się wydarzyło, dumał, gdyby tak ją całą czymś pokryć?

W ten sposób owego sennego dnia wiosną 1853 roku, na Medical College of Virginia w szacownej miejscowości Richmond, profesor Charles-Édouard Brown-Séquard - syn maurytyjskiej ziemi, obywatel Wielkiej Brytanii, uprzednio mieszkaniec Paryża (a wcześniej wykładowca na Harvardzie) - rozebrał się do naga i zaczął systematycznie malować skórę wysokiej jakości klejem stosowanym w pułapkach na muchy. Po niedługim czasie każdy centymetr kwadratowy jego nagiego ciała pokrywała lepka substancja.

W tamtych czasach najczęściej wykorzystywanym przez naukowca królikiem doświadczalnym był on sam. W innym eksperymencie Brown-Séquard wpuścił sobie łyżkę do żołądka, aby pobrać próbkę soków trawiennych, przez co na resztę życia nabawił się refluksu. Za sprawą tego rodzaju praktyk zyskał miano "zdecydowanie najbarwniejszego z naszych wykładowców", jak to ujął później jeden z jego studentów1.

Po zdarzeniu z klejem jego legenda tylko wzrosła. Znalazł go wtedy jakiś przypadkowy student. Profesor leżał skulony w kącie laboratorium, wstrząsany drgawkami i prawdopodobnie bliski śmierci. Jego ciało tak mocno zbrązowiało, że student dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że nie ma przed sobą próżnującego niewolnika. Zorientowawszy się szybko w sytuacji, ów młody człowiek zaczął gorączkowo zdrapywać brązową maź, za co zresztą został zbesztany przez ofiarę, wściekłą, że "jakiś natręt wyciągnął mnie z kąta, w który osunąłem się pod wpływem kleju, a kiedy łapałem właśnie ostatni oddech, on zaczął mnie złośliwie oczyszczać papierem ściernym".

Dzięki przytomnemu studentowi medycyny Brown-Séquard miał okazję zostać później jednym z najwybitniejszych uczonych XIX wieku. Dziś pamiętamy go jako ojca endokrynologii, nauki zajmującej się gruczołami i wydzielanymi przez nie substancjami. Jakby tego było mało, wniósł duży wkład w rozumienie rdzenia kręgowego; zwłaszcza jednego rodzaju paraliżu zwanego do dziś zespołem Browna-Séquarda. Nie należał bynajmniej do kategorii uczonych oderwanych od rzeczywistości. Przez kilka miesięcy walczył ze śmiercionośną epidemią cholery na swoim rodzinnym Mauritiusie, odludnym archipelagu leżącym pośrodku Oceanu Indyjskiego. Nie byłby sobą, gdyby nie zaraził się celowo chorobą, połykając wymiociny pacjentów, aby przetestować nową kurację. (To również niemal go zabiło).

Profesura w Richmond nie trwała nawet rok: francuskie ekscentryzmy i ciemnawy kolor skóry nie znalazły akceptacji w stolicy Południa. Uczony przeniósł się do Paryża i przez resztę kariery kursował między Francją a Stanami Zjednoczonymi. Łącznie na morzu spędził sześć lat życia, z czego z pewnością byłby dumny jego nieżyjący ojciec. Mimo nieustannych podróży nie wygrał wyścigu ze śmiercią. Po sześćdziesiątce Brown-Séquard osiadł w Paryżu, gdzie objął profesurę na Coll?ge de France. Do grona jego przyjaciół należeli Louis Pasteur, ten od pasteryzacji, i Louis Agassiz, jeden z ojców amerykańskiej medycyny. Biedne, osierocone przez ojca dziecko z dalekiej wyspy Mauritius otrzymało w 1880 roku francuską Legię Honorową oraz masę innych prestiżowych wyróżnień, których ukoronowaniem było objęcie w 1887 roku stanowiska prezydenta Société de Biologie, co potwierdziło jego status czołowej postaci francuskiej nauki.

Miał wtedy siedemdziesiąt lat i był zmęczony. W ciągu poprzednich dziesięciu lat zaczął dostrzegać różne zmiany w swoim organizmie - wszystkie bez wyjątku niekorzystne. Wcześniej zawsze rozpierała go energia, wbiegał i zbiegał po schodach, trajkotał z szybkością karabinu maszynowego, potrafił przerwać rozmowę, aby zanotować na jakimś świstku papieru najnowszą genialną myśl, która zaraz potem znikała w jego kieszeni. Spał cztery do pięciu godzin na dobę i często zaczynał pracę o trzeciej nad ranem, siadając do pisania przy biurku. Jego biograf, Michael Aminoff, twierdzi, że Brown-Séquard mógł cierpieć na chorobę dwubiegunową2.

Z czasem ten niewyczerpany zapał osłabł. Brown-Séquard dysponował nawet dowodami tych zmian, ponieważ od dłuższego czasu prowadził systematyczne obserwacje swojego ciała, dokonując na przykład pomiaru siły mięśni. Jako czterdziestokilkuletni mężczyzna podnosił jedną ręką pięćdziesięciokilogramowy ciężar. Teraz granicą było trzydzieści siedem kilogramów. Szybko się męczył, mimo to źle sypiał, jeżeli w ogóle udawało mu się zasnąć. Jako naukowiec oczywiście próbował rozwiązać ten problem.

1 czerwca 1889 roku profesor Brown-Séquard stanął przed Société de Biologie i wygłosił wykład, który miał na zawsze zmienić jego karierę i reputację, a także społeczną percepcję procesu starzenia3. W swojej prelekcji opisał szokujący eksperyment: od jakiegoś czasu wstrzykiwał sobie płynną substancję przyrządzoną z rozgniecionych jąder młodych zwierząt - psów i świnek morskich - doprawionych krwią i nasieniem.

Przyświecała mu prosta myśl: jakaś substancja obecna w organizmach młodych osobników - a dokładniej w ich genitaliach - musi przepełniać je młodzieńczym wigorem. Cokolwiek to było, postanowił sam tego spróbować. Trzytygodniowa seria zastrzyków przyniosła, jak twierdził, radykalną zmianę: "Ku wielkiemu zdumieniu moich głównych asystentów byłem w stanie prowadzić eksperymenty przez wiele godzin na stojąco, bez jakiejkolwiek potrzeby, aby usiąść".

Zaobserwował też inne korzyści. Odzyskał siłę, co potwierdził za pomocą swoich testów: dawał radę podnieść czterdziestopięciokilowy ciężar, co stanowiło znaczącą poprawę, ponadto mógł ponownie pisać do późnego wieczora, nie odczuwając zmęczenia. Posunął się nawet do tego, że zmierzył siłę strumienia moczu, który wytryskiwał o 25 procent dalej niż w okresie sprzed zastrzyków. Jeśli chodzi o sprawy związane z zaparciami, to odnotował z dumą, że "powróciła siła, którą dysponowałem w dawnych czasach".

Jego koledzy nie wiedzieli, czy wpaść w przerażenie, czy w zawstydzenie. Ekstrakt z... psich jąder? Czyżby on zupełnie zwariował na starość? Później jeden z nich wbił Brownowi-Séquardowi szpilę, mówiąc, że dziwaczny eksperyment dowiódł jedynie, że "profesorowie, którzy przekroczyli siedemdziesiąty rok życia, powinni odchodzić na emeryturę".

Niezrażony udostępniał za darmo swoją magiczną miksturę (którą produkował wtedy z jąder byków) innym lekarzom i naukowcom w nadziei, że uzyskają identyczne wyniki. W niektórych przypadkach rzeczywiście tak się stało, niemniej ogólny ton opinii kolegów po fachu był zjadliwy. Jeden z manhattańskich lekarzy grzmiał na łamach "Boston Globe": "Jest to powrót do średniowiecznych koncepcji medycznych".

Poza kręgami akademickimi Brown-Séquard zyskał z miejsca status bohatera. Niemal następnego dnia w sprzedaży wysyłkowej pojawił się Eliksir Życia Séquarda: dwadzieścia pięć zastrzyków w cenie 2,5 dolara. Przedsiębiorcy posługiwali się nazwiskiem doktora, mimo że nie byli z nim w żaden sposób powiązani. Prasa, jak łatwo się domyślić, miała prawdziwe używanie: wreszcie dostała pretekst do drukowania frazy "wyciąg z jąder". Zawodowy baseballista Jim "Pud" Galvin z Pittsburgha otwarcie korzystał z eliksiru, ponieważ liczył, że poprawi jego osiągnięcia w meczach z Bostonem. Był to pierwszy udokumentowany przypadek korzystania ze środków dopingujących przez sportowca. Starego profesora opiewano nawet w piosence:

Ostatnia nowinka to Eliksir Séquarda,

Co przywiędłym i siwym zapewnia ożywienie.

Koniec z pigułkami i rachunkami od lekarza

Albo pakowaniem ludzi w przykościelną ziemię.

Niestety ostatnia linijka okazała się pobożnym życzeniem. Charles-Édouard Brown-Séquard zmarł 2 kwietnia 1894 roku, pięć lat po prelekcji wygłoszonej przed Société de Biologie, zaledwie sześć dni przed swoimi siedemdziesiątymi siódmymi urodzinami. Mimo zdobytej sławy nie zarobił na swoim eliksirze ani franka. A choć świat naukowy ostatecznie doszedł do wniosku, że powodem cudownego odzyskania sił witalnych, które Brown-Séquard przypisywał swojemu płynowi z jąder, był zwykły efekt placebo, uczony zapoczątkował modę na odmładzanie, za sprawą której nawet najbardziej, wydawałoby się, racjonalni ludzie potrafili stracić głowę.

Następną nowinką była tak zwana operacja Steinacha, która miała przywracać mężczyznom witalność. W rzeczywistości chodziło po prostu o najzwyklejszą wazektomię. Mimo to cieszyła się wielką popularnością wśród europejskiej inteligencji. Skorzystał z niej między innymi poeta William Butler Yeats, który w wieku sześćdziesięciu dziewięciu lat ożenił się z dwudziestosiedmiolatką. Nawet Sigmund Freud, tak przecież wyczulony na wątki falliczne, poddał się operacji i twierdził, że jest zadowolony z rezultatów.

W Stanach Zjednoczonych szał na odmładzanie się wybuchł w latach dwudziestych XX wieku, kiedy niejaki John Brinkley, z zawodu sprzedawca cudownych mikstur, spopularyzował operację, która zasadniczo polegała na zaszywaniu kozich jąder w mosznach zmęczonych życiem mężczyzn w średnim wieku. Tak się składa, że Brown-Séquard jeszcze w latach siedemdziesiątych XIX wieku wykonywał podobne eksperymenty na psach, ale nawet on nie odważył się na dokonanie transplantacji między różnymi gatunkami. Brinkley nie miał tego rodzaju skrupułów, być może dlatego, że nie krępowało go formalne wykształcenie medyczne. Był za to właścicielem rozgłośni radiowej, która między występami Carter Family i młodego Elvisa Presleya emitowała nieustannie opowieści o cudownych skutkach operacji4.

W ciągu kilku dziesięcioleci Brinkley przeprowadził swoją operację u tysięcy pacjentów, dzięki czemu został jednym z najbogatszych ludzi w Ameryce. W rezultacie jego amatorskich zabiegów kilkudziesięciu biedaków zmarło na stole operacyjnym, a kilkuset innych zostało trwale okaleczonych. Mimo to zmęczeni, wypaleni, nadwiędnięci, słabowici Amerykanie nadal walili do niego drzwiami i oknami. Zgłosiło się nawet kilka kobiet spragnionych kolejnej szansy na młodość.

Ci, którzy przeżyli, nie mieli pojęcia, jak im się poszczęściło.