Wieczne przeznaczenie - Dagmara Lasoń

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (25,75 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Noc spowiła świat ciszą, niemal nienaturalną, jakby cały świat wstrzymał oddech. Tylko wiatr, delikatnie muskał gałęzie drzew, a jego cichy szept brzmiał jak próbująca zataić jakieś tajemnice pieśń. W blasku księżyca, który zawisł nad lasem niczym czujne, niezmienne oko, w oddali słychać było donośny niemowlęcy płacz. W chacie, położonej samotnie na skraju polany, życie właśnie zmieniało swój bieg, stając się czymś zupełnie nowym, nieznanym, a zarazem nieodwracalnym.

Z mroku, wyłaniającego się zza pnia wysokiej sosny, wyszła postać. Był to mężczyzna w długim, ciemnym płaszczu, a kaptur, głęboko nasunięty na twarz, sprawiał, że trudno było dostrzec jakiekolwiek szczegóły jego oblicza. Niezwykła obecność tej postaci zdawała się wtopić w otaczający ją las, jakby nie była z tego świata - ani ruch liści, ani zawirowania trawy nie zdradzały jego obecności. Stał nieruchomo, niczym cień, bacznie obserwując, jak w świetle słabego blasku świec matka tuli swoje nowonarodzone dzieci do piersi, dając im poczucie ciepła i bezpieczeństwa.

- Moje dziewczynki... - wyszeptała kobieta, a jej słowa, choć prawie niesłyszalne, odbiły się w duszy nieznajomego jak echo, które zdawało się docierać do najgłębszych zakamarków jego istnienia.

Mężczyzna uniósł rękę, w której migotał srebrny amulet, jego powierzchnia lśniła delikatnie, odbijając światło księżyca. Gdy jego palce drgnęły, głos, stary jak czas, a jednocześnie przenikający wprost przez serce, rozbrzmiał w powietrzu. Był to głos, jakby pełen wszystkich zmagań, jakie kiedykolwiek toczyła ludzka dusza. Cichy, ale niezwykle wyraźny, jakby pochodzący z odległej przyszłości, a może z przeszłości, która jeszcze nie nadeszła.

- Jedna z nich będzie światłem, które rozproszy mrok. Będzie mieczem i tarczą, potężną i niezłomną. Lecz zanim nadejdzie czas jej chwały, zazna zdrady, bólu i śmierci. Trzykrotnie upadnie, ale za każdym razem powstanie na nowo. Gdy popioły jej przeszłości staną się prochem, wybierze los świata. Na swej drodze spotka dwóch mężczyzn: jeden zrodzony ze światła, drugi z cienia. Wybór, który uczyni, zadecyduje o losach wszystkich światów. Łzy oraz krew kochanków staną się źródłem przemiany tej, która jest kluczem... Niech tak się stanie.

Słowa zniknęły w powietrzu, jakby nigdy ich nie było, rozpływając się w nicości. Mężczyzna wykonał krok w tył, a przestrzeń za nim zaczęła drgać, jakby powierzchnia wody po wrzuceniu kamienia. Wkrótce rozdarła się cicho, odsłaniając migoczący portal, który pulsował barwami niemożliwymi do opisania, zbyt obcymi dla ludzkich zmysłów. Nieznajomy obejrzał się po raz ostatni, a na jego ustach pojawił się cień smutnego uśmiechu - smutnego, ale również pełnego nadziei, jakby wiedział, że to, co miało się wydarzyć, nie mogło być inne. Po chwili, jak cień zniknął w tej samej ciemności, z której się wyłonił, a portal zamknął się cicho, pozostawiając po sobie jedynie uczucie, że coś nieuchwytnego właśnie się wydarzyło.

Rozdział 7

Po raz pierwszy od kilku nocy obudziła się bez bólu głowy. Mimo braku snów, jej umysł wciąż zaprzątały myśli o Aronie i Dorianie. Analizowała w głowie wydarzenia z poprzedniej nocy, nie mogąc przestać ich porównywać. Chcąc zebrać myśli, usiadła przy pianinie, a jej palce same zaczęły grać melodię, która zwabiła ją do altany. Przed oczami pojawiła się twarz Arona, z jego szmaragdowymi oczami, które błyszczały niczym szlachetne kamienie, pełnymi, zmysłowymi ustami i jasnymi włosami opadającymi niedbale na czoło. Ale w tej samej chwili w jej umyśle pojawił się obraz Doriana - równie tajemniczego, równie magnetyzującego, lecz w jego oczach czaiła się inna głębia. Czy to możliwe, że mężczyzna, z którym spacerowała wczoraj po parku, i mężczyzna ze snu, są tymi samymi osobami?

Aron... mężczyzna ze snu. Może to tylko wytwór jej wyobraźni, coś nierealnego, czym się oszukuję, żeby zapełnić pustkę. Jak mogłaby wierzyć w coś, co było tylko w jej głowie? Tylko sen. To był tylko sen... ale jak bardzo realny. A Dorian... On jest tu, przede nią. Prawdziwy, z krwi i kości. Ma swoją własną historię, swoje życie, jest częścią świata realnego. A ona? Czego tak naprawdę ona chce? Tego, co prawdziwe? Czy tego, co nierealne, ale tak intensywne, że aż boli?!"

Zamyślona, patrzyła na rozbite odbicie swoich palców na klawiaturze. Myśli szalały, nie potrafiła znaleźć odpowiedzi. "Aron... Dorian... Jaki sens ma to porównywanie? Chciałaby mieć pewność, wiedzieć, co czuję, ale nie wie, czy chcę się pogodzić z tym, co realne. A może to właśnie w tym leży problem? Może boi się, że wybierze coś, czego nie jest w stanie zrozumieć.

Zgasiła światło w łazience, szybko rzucając okiem na zegar. Przyjaciele byli tu, tuż za drzwiami. Czuła delikatne ukłucie nerwowości - jej urodziny, choć zawsze obchodzone w gronie najbliższych, miały wyjątkowy ładunek emocji tego roku. Zawsze była zapobiegliwa, ale ten raz miał być szczególny. Wzięła głęboki oddech, poprawiła włosy, a potem otworzyła drzwi.

- Hej! - uśmiechnęła się szeroko, próbując ukryć rozdrażnienie, choć w jej oczach błyszczała ekscytacja. - Czekałam na was!

Przyjaciele weszli do środka, a na ich twarzach rysowało się wyczekiwanie. Wiedziała, że niespodzianka czekała ją nie tylko w formie prezentów, ale też w gestach, które miały uczynić ten wieczór niezapomnianym.

- Sto lat! - Olek powtórzył, podchodząc do niej z bukietem, który był niemal większy od niego samego. - To na początek! - dodał z figlarnym uśmiechem, przekazując jej kwiaty.

Diana podążyła za nim, z dumą unosząc obie butelki szampana. Jej oczy błyszczały w świetle lampki sufitowej, a energia, którą emanowała, rozpromieniała całe pomieszczenie.

- To na resztę wieczoru - powiedziała, przekazując jej jedną z butelek. - Chcemy, żeby ten dzień był naprawdę wyjątkowy.

Gdy zamknęły się drzwi, a ona wzięła głęboki wdech, poczuła, jak spada z niej ciężar codziennych zmartwień. Wiedziała, że dzisiejsza noc będzie inna, że będzie pełna śmiechu, rozmów i wspólnego świętowania. W sercu zagościła radość - czuła się kochana i otoczona przez osoby, które naprawdę znały ją na wskroś.

- Dziękuję wam - powiedziała, czując, jak jej głos drży ze wzruszenia. - To naprawdę wspaniałe, że tu jesteście.

Olek i Diana wymienili spojrzenia, a potem wszyscy troje udali się do klubu świętować ten niezwykły wieczór.

Blanka czuła się, jakby unosiła się na fali energii, która przenikała ją z każdą chwilą. Ciało rozgrzane od szampana, serce bijące w rytm pulsującej muzyki, a wokół niej tańczyli obcy ludzie, których twarze zamazywały się w wirze kolorowych świateł. Wszyscy uśmiechali się, krzyczeli, bawili się, a ona czuła się w tym tłumie jak w centrum uwagi.

- Sto lat! - krzyknął ktoś w jej stronę, nachylając się w stronę ucha. Blanka roześmiała się głośno, czując, jak ciepły oddech obcego człowieka muska jej skórę.

Nie miała pojęcia, kto to był, ale to nie miało znaczenia. W tej chwili liczyło się tylko to, że była wśród ludzi, którzy czuli się równie beztrosko jak ona. Cały klub świętował jej urodziny, a szampan jeszcze bardziej rozluźniał atmosferę. Kilka osób podeszło do niej z życzeniami, ściskając jej ręce i składając szczere uśmiechy, niektóre twarze były nieznane, ale w tej chwili to się nie liczyło. Każdy z nich dzielił radość tego wieczoru.

Po godzinie, gdy ciało Blanki zaczęło domagać się odpoczynku, a głowa lekko się zakręciła, zauważyła, że zaczyna czuć się nieco osamotniona. Nawet wśród tego całego chaosu i zabawy, w jej wnętrzu pojawił się nagły przypływ nostalgii. Spojrzała na swoich przyjaciół, którzy wciąż tańczyli i pili, ale jej myśli zaczęły błądzić w stronę czegoś innego. Nagle poczuła, że potrzebuje chwili dla siebie.

Decydując się na chwilę wytchnienia, ruszyła w stronę ciemniejszej części klubu, gdzie tłum stał się mniej gęsty. Zatrzymała się na chwilę, oprócz jej ciała wyciągającego się ku chłodnej ścianie, cała reszta świata zdawała się wybuchać w kolorowych światełkach i dźwiękach. Chciała zaczerpnąć oddechu, ale powietrze było gorące, pełne zapachu potu i alkoholu. Wówczas zauważyła, że spojrzenia ludzi zaczynają krążyć wokół niej. Jej wzrok powędrował w stronę tajemniczej postaci stojącej w cieniu, zupełnie nie pasującej do tego całego blichtru.

Blanka czuła, jak serce bije jej coraz szybciej, jakby tłukło się w jej piersi w odpowiedzi na dziwne, nieznane zagrożenie. Mimo że w klubie wciąż grała muzyka, wszystko wydawało się być jakby poza czasem - dźwięki były stłumione, a powietrze gęstniało, jakby pochłonęło jej oddech. Widok mężczyzny w czarnym habicie, stojącego w cieniu, był tak przytłaczający, że nie mogła oderwać wzroku. Czuła się, jakby była zakleszczona w jego spojrzeniu, jakby nie miała siły się ruszyć. Ciało zaczynało jej drżeć. Przez ręce przechodził lodowaty dreszcz, a serce biło jak młot, tłukąc się coraz mocniej w jej klatce piersiowej. Była przerażona, ale równocześnie coś w niej nie pozwalało jej odwrócić wzroku. Rozglądała się wokół siebie, ale nikogo już nie widziała. Zniknęli. Cała sala zniknęła. Została tylko ona i ten tajemniczy mężczyzna, który zdawał się być częścią czegoś, czego nie mogła zrozumieć.

Ból w jej głowie stał się wręcz fizyczny - pulsujący, jakby coś naciskało na jej skronie. Potrząsnęła głową, próbując się otrząsnąć, ale wszystko zaczęło się kręcić. Jedyne, co widziała, to jego postać, niczym cień, który mroził jej krew. Czuła, jak ciemność wypełnia przestrzeń, jak coś nieznanego wypełza z wnętrza tego miejsca, zbliżając się do niej z każdą chwilą.

- To niemożliwe... - wyszeptała, choć jej własny głos zabrzmiał obco. Po chwili poczuła, jak ciśnienie w jej głowie staje się nie do zniesienia, jakby wszystko wokół niej miało się rozpaść na kawałki.

Mężczyzna w habicie nie poruszył się, ale Blanka miała wrażenie, jakby wciąż czuła jego obecność - jakby jego sam fakt istnienia w tym momencie był jak zagrożenie. I to spojrzenie... tak intensywne, niemal przesiąknięte czymś, co wykraczało poza ludzkie pojęcie.

W jej sercu pojawiła się myśl, która była równie przerażająca, co niepokojąca:

"On chce, żebym do niego podeszła."

Z każdą sekundą poczuła, jak ciężar tej myśli ją przytłacza. To było tak, jakby cały jej świat nagle stał w miejscu - nie mogła się ruszyć, nie mogła krzyczeć, nie mogła uciekać.

I wtedy usłyszała coś. Cichy, ledwie słyszalny szept w jej głowie:

- Podejdź...

Te słowa zdawały się być jej jedyną drogą, jej jedynym wyborem. Z każdą chwilą Blanka czuła, jakby była wciągana w jakiś nieodwracalny wir, jakby to, co nieznane, miało ją pochłonąć. Chciała krzyknąć, chciała biec, ale jej ciało jakby odmówiło posłuszeństwa. Wszystko zaczynało się zacierać. Poczucie rzeczywistości zaczęło znikać, a Blanka zaczęła wchodzić w ciemność, która nie miała końca.