Wieczne igrzysko. Kres dnia - Jakub Pawełek

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Sy­na­goga na Siel­cach, War­szawa, Pol­ska,

20 maja 20XX, go­dzina 15.49

Za­śmiał się, jakby wła­śnie usły­szał naj­przed­niej­szy żart. Ra­bin Ty­son Kor­do­wicz wpa­try­wał się w ekran te­le­fonu, krę­cił głową w nie­do­wie­rza­niu i za­no­sił się co chwila śmie­chem, w ogóle nie zwra­ca­jąc uwagi na dwójkę go­ści, któ­rzy sie­dzieli w nie­szcze­gól­nie wy­god­nych fo­te­lach w nie­szcze­gól­nie re­pre­zen­ta­cyj­nym po­miesz­cze­niu siel­czań­skiej sy­na­gogi.

- Fan­ta­stycz­nie! Wspa­niale! Manna z nieba! - po­hu­ki­wał mię­dzy ko­lej­nymi spa­zmami re­chotu.

- Wnio­skuję, że do­sta­łeś ja­kąś do­brą wia­do­mość. - Ad­lan Ay­ay­din wes­tchnął, zmę­czony prze­cią­ga­jącą się prze­rwą wy­wo­łaną nie­po­ha­mo­waną we­so­ło­ścią ra­bina.

- Do­sta­łem, och, mój drogi przy­ja­cielu, do­sta­łem! - Kor­do­wicz odło­żył na blat nie­wy­ga­szony te­le­fon.

- Wszy­scy cze­kamy... - Imam wska­zał dło­nią na mocno wy­chu­dzo­nego, lecz ma­je­sta­tycz­nego lamę San­gje.

- Po­lecą głowy, mó­wię wam! - Kor­do­wicz oparł pulchne dło­nie na brzu­chu i zło­żył palce w pi­ra­midkę. - Włosi nie do­tarli do bramy. Prze­szli do de­fen­sywy, już wal­czą w sa­mym mia­steczku, a na­pór pie­kła nie słab­nie.

- Fak­tycz­nie, serce ro­śnie. - Ay­ay­din wy­dął wargi.

- To bę­dzie gwóźdź do ich trumny! - Ra­bin mó­wił gło­sem peł­nym en­tu­zja­zmu. - Nie za­miotą tego pod dy­wan, już te­raz in­ter­net za­czyna spe­ku­lo­wać. Dla­czego ter­ro­ry­ści mie­liby ata­ko­wać chrze­ści­jań­skie sank­tu­arium? A na­wet je­śli, to czemu na ja­kimś to­skań­skim za­du­piu? Czemu nie we Flo­ren­cji albo We­ne­cji? Co to za skala ataku, skoro w sank­tu­arium łu­pią jak na woj­nie? Do­sko­nale, mó­wię wam!

- Zda­jesz so­bie sprawę, jak to brzmi? - mruk­nął imam; nie przy­pusz­czał, by kto­kol­wiek cie­szył się z obec­no­ści pie­kieł na ziemi.

- To tylko duża ma­ni­fe­sta­cja, Ad­la­nie, a nie ko­niec świata - po­uczył Kor­do­wicz z ty­pową dla sie­bie non­sza­lan­cją.

- Ale może być, je­śli ka­no­nicy nie opa­nują sy­tu­acji. Wa­ty­kan we­zwał od­siecz, eu­ro­pej­skie ka­no­nie już szy­kują się do drogi. Po­win­ni­śmy im te­raz ki­bi­co­wać.

- Ki­bi­co­wać? - Kor­do­wicz prych­nął. - Te­raz to po­win­ni­śmy wbić im kosę pod że­bra. To­bie się wy­daje, że gdyby to oni tu­taj sie­dzieli, po­spie­szy­liby nam na po­moc? Nie­do­cze­ka­nie... Tyle lat ży­jesz na tym świe­cie, a da­lej je­steś na­iwny jak dziecko.

- Po­wiesz coś? - Imam spoj­rzał na lamę, który sie­dział nie­wzru­sze­nie na fo­telu i pa­trzył przez ra­bina, przez ścianę i praw­do­po­dob­nie przez sto­jący po dru­giej stro­nie Wiert­ni­czej dom jed­no­ro­dzinny.

Męż­czy­zna w fo­telu nie zda­wał się skory do do­łą­cze­nia do dys­ku­sji. Jego wą­skie usta na po­dłuż­nej, zie­mi­stej twa­rzy, jakby w opo­zy­cji do prośby imama, skur­czyły się jesz­cze bar­dziej. Nie­ru­chomy lama spra­wiał wra­że­nie wy­raź­nie zmę­czo­nego i nie­chęt­nego kłótni nie­sfor­nych brzdą­ców w osie­dlo­wej pia­skow­nicy.

- Bi­skup Jo­achim Au­gu­sty­niak robi to, co uznaje za sto­sowne - po­wie­dział wresz­cie mnich, twardo ak­cen­tu­jąc każdą sy­labę. - I my rów­nież po­win­ni­śmy czy­nić to, co uzna­jemy za sto­sowne.

- To nie jest czas na ła­mi­główki, San­gje - po­wie­dział Ay­ay­din. - Je­ste­śmy ata­ko­wani, wszy­scy. Nie po­win­ni­śmy te­raz dzia­łać prze­ciwko so­bie. Czy wy tego nie wi­dzi­cie? - Imam skrzy­wił się za­że­no­wany prze­by­wa­niem w tej kon­spi­ra­cyj­nej dziu­pli i pro­wa­dze­niem rów­nie ze­psu­tej roz­mowy.

- Oni za­wie­dli, w in­te­re­sie ludz­ko­ści jest do­ko­na­nie zmiany - od­parł Kor­do­wicz. - Pro­wan­sja, Mo­rawy, te­raz To­ska­nia. Chrze­ści­jań­stwo prze­wo­dzące Ka­pi­tule jest nie­wiele mniej groźne niż pie­kło.

- Zga­dzam się. - Ay­ay­din ski­nął głową. - Dla­tego roz­ma­wiamy, przy­go­to­wu­jemy się, pla­nu­jemy. Ro­bimy to od mie­sięcy, być może część z nas my­ślała o tym całe lata. Ale ni­gdy nie chcie­li­śmy wy­ko­rzy­sty­wać pie­kła do osią­gnię­cia celu. To nasz wróg, nie sprzy­mie­rze­niec.

- I ta­kim po­zo­sta­nie. Jak tylko zde­tro­ni­zu­jemy Tut­tiego w Wa­ty­ka­nie i Au­gu­sty­niaka tu­taj, w War­sza­wie.

- Nie bę­dzie kogo zde­tro­ni­zo­wać, je­śli chrze­ści­ja­nie nie po­wstrzy­mają ma­ni­fe­sta­cji we Wło­szech. Pie­kiel­nicy mają czołgi, do ja­snej cho­lery. Czołgi! Nie robi to na was wra­że­nia? - Imam uniósł ra­miona, po­wiódł spoj­rze­niem po dwójce roz­mów­ców i zro­zu­miał, że pie­kielne ma­chiny były dla nich ni­czym bo­nu­sowy atut w ku­lu­aro­wej prze­py­chance.

- Robi, oczy­wi­ście - od­parł Kor­do­wicz. - Ta­kie ma­ni­fe­sta­cje nie biorą się zni­kąd, Ad­la­nie. Nie ro­zu­miem, jak mo­żesz tego nie poj­mo­wać? Za­czyna mnie mier­zić twoje ase­ku­ranc­two, jakby w tym fo­telu sie­dział sam Au­gu­sty­niak, a nie we­te­ran fe­da­inów i nisz­czy­ciel pie­kiel­nej bramy.

- Nie krzycz na mnie, Ty­son. - Imam wy­ce­lo­wał pa­lec wska­zu­jący pro­sto w wy­datny brzuch ra­bina. - Żą­dza wła­dzy cię za­śle­piła. Dla­tego nie za­mie­rzam brać dłu­żej w tym udziału.

- Nie mamy czasu, Ad­la­nie. Te­raz, póki Au­gu­sty­niak jest słaby, póki Wa­ty­kan zmaga się z ma­ni­fe­sta­cją, te­raz mu­simy dzia­łać, to naj­lep­szy z moż­li­wych mo­men­tów! - Kor­do­wicz za­dy­go­tał w fo­telu, zła­pał się kur­czowo oparć, jakby me­bel miał go lada mo­ment ka­ta­pul­to­wać w stra­tos­ferę. - Za­ne­go­wać wszel­kie usta­le­nia tego śmiesz­nego ra­portu, ude­rzyć wy­soko na po­zio­mie naj­wyż­szej rady Ka­pi­tuły! Je­ro­zo­lima, Mekka, Lhasa mu­szą te­raz stać po jed­nej stro­nie, na­wet Mo­skwa od­wró­ciła się już od Tut­tiego.

- Obaj do­brze wiemy, dla­czego to zro­bili... Pa­triar­sze za­częło prze­szka­dzać echo w skarbcu, Ty­so­nie - po­wie­dział imam z prze­ką­sem. - Nie do­znał na­głego ob­ja­wie­nia, że rzym­sko­ka­to­liccy bra­cia od­wró­cili się od Boga.

- Srał ich pies, tak samo jak ich mo­tywy! - huk­nął Kor­do­wicz. - Tyle lat cze­ka­li­śmy na ten mo­ment.

- Nie na ten... - wtrą­cił Ay­ay­din. - Za­ata­ku­jesz ich te­raz, wyj­dziesz na bun­tow­nika.

- Męża opatrz­no­ścio­wego, nie bun­tow­nika! - Wy­raz twa­rzy Kor­do­wi­cza da­wał ja­sno do zro­zu­mie­nia, że wcale nie żar­to­wał.

"Tego jesz­cze nie było" - po­my­ślał Ad­lan Ay­ay­din i po­krę­cił głową w nie­do­wie­rza­niu. Imam spu­ścił wzrok, skrzy­wił usta z nie­sma­kiem i zer­k­nął nie­cier­pli­wie na ze­ga­rek.

- Po­peł­niasz błąd. Nie chcę być jego czę­ścią.

- Je­steś w tym od sa­mego po­czątku, Ad­la­nie - stwier­dził ra­bin.

- Nie za­ata­kuję te­raz Au­gu­sty­niaka. - Imam po­woli wstał z fo­tela. - Pie­kło jest wro­giem, do­piero po­tem lu­dzie.

Lama San­gje drgnął i spoj­rzał na Ay­ay­dina swoim nie­prze­nik­nio­nym, pu­stym spoj­rze­niem. Imam wy­trzy­mał ten po­je­dy­nek. Po­dob­nie pu­ste oczy wi­dział wie­lo­krot­nie przez oku­lar ko­li­ma­tora.

- Wolna wola - rzu­cił Kor­do­wicz i uśmiech­nął się pa­skud­nie.

- Po­wiem to ze względu na wie­lo­let­nią przy­jaźń, która nas łą­czy, Ty­so­nie... Za­re­ko­men­duję swo­jemu prze­ło­żo­nemu oświad­cze­nie go­to­wo­ści wspar­cia fe­da­inów w walce z ma­ni­fe­sta­cją we Wło­szech. Ta wia­do­mość do­trze do Mekki i niech mi Naj­wyż­szy bę­dzie świad­kiem, mam na­dzieję, że mnie po­słu­chają.

- Czyń, co mu­sisz. - Kor­do­wicz wzru­szył ra­mio­nami.

Wy­szedł, ale nie zmie­niło to wiele w sa­mo­po­czu­ciu Ad­lana Ay­ay­dina. Na­tar­czywe wi­bro­wa­nie te­le­fonu w kie­szeni spodni tylko po­głę­biło zły na­strój. Na po­wia­do­mie­nie o prze­syłce, która bę­dzie na niego cze­kać jesz­cze tego sa­mego wie­czora w jed­nym z war­szaw­skich pacz­ko­ma­tów, imama ogar­nęła re­zy­gna­cja.

***

- Za­ło­żyć mu ogon? - za­py­tał San­gje, kiedy za ima­mem za­mknęły się drzwi.

- Nie... - Kor­do­wi­czowi było szcze­rze żal utraty so­jusz­nika, na­wet je­śli gdzieś pod­skór­nie spo­dzie­wał się po­dob­nego fi­kołka. - Nie ma ta­kiej po­trzeby. Pra­wo­sławni są z nami, a ka­to­li­ków po­dzie­limy w ku­lu­arach wal­nego zgro­ma­dze­nia.

- A je­śli nie po­dzie­limy? - za­py­tał San­gje.

Smu­tek Ty­sona roz­wiał się, za­stą­piony przez ner­wowy chi­chot. Ra­bin re­cho­tał przez dłuż­szą chwilę, a po­tem mo­men­tal­nie spo­waż­niał.

- Nie miej złu­dzeń... Skłó­ce­nie ze sobą chrze­ści­jan bę­dzie naj­ła­twiej­szym z na­szych za­dań.

Sank­tu­arium NMP Ła­ska­wej Pa­tronki War­szawy,

War­szawa, Pol­ska, 20 maja 20XX, go­dzina 16.01

Po­kój kon­fe­ren­cyjny, bez­po­śred­nio przy­le­ga­jący do ga­bi­netu Au­gu­sty­niaka, był cał­kiem prze­stronny. Jed­nak na­wet jego przy­ja­zne ga­ba­ryty nie po­tra­fiły roz­rze­dzić gę­stej at­mos­fery na spo­tka­niu. Alojzy Po­lo­czek na­chy­lił się do bi­skupa, który prze­rwał swój wy­wód w pół słowa, po­tem ski­nął je­den raz i drugi, po czym wi­ka­riusz od­su­nął się dwa kroki w tył.

- Mamy po­twier­dze­nie, woj­skowa CASA bę­dzie cze­kać za czter­dzie­ści mi­nut na Okę­ciu. Je­śli wszystko pój­dzie spraw­nie, wie­czo­rem bę­dzie­cie we Flo­ren­cji - oznaj­mił Au­gu­sty­niak.

- Ka­no­nicy są już w dro­dze na lot­ni­sko. Skom­ple­tu­jemy tam wy­po­sa­że­nie oso­bi­ste i bę­dziemy go­towi do drogi - po­wie­dział Dar­da­nele. Był wy­raź­nie spięty. - A co z resztą ka­no­nii?

- Or­ga­ni­zują się... - Au­gu­sty­niak skrzy­wił usta. - Niemcy, Fran­cuzi oraz Grecy po­winni do­trzeć do Włoch mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie, co wy. Bry­tyj­czycy i Hisz­pa­nie będą po­trze­bo­wać wię­cej czasu. Może być tak, że tra­fią do Flo­ren­cji do­piero w nocy.

- Szlag... Bę­dzie nas za mało, żeby prze­ła­mać na­pór pie­kiel­ni­ków. To delta, bę­dzie ich ty­siąc albo wię­cej - za­uwa­żyła Ora­dea.

- Wła­śnie dla­tego trzeba być ela­stycz­nym. Je­ste­ście ar­mią, prawda? Po­tra­fi­cie dzia­łać poza sche­ma­tami? - za­py­tał Au­gu­sty­niak z prze­ką­sem.

- Cała ka­no­nia to dzia­ła­nie poza sche­ma­tem - rzu­cił Dar­da­nele. - Bez Bry­tyj­czy­ków i Hisz­pa­nów bę­dzie nas tro­chę po­nad setka. Kil­ku­dzie­się­ciu do­trze póź­niej. Bę­dziemy ope­ro­wać fa­lami?

- Wy­daje mi się to sen­sow­nym roz­wią­za­niem - przy­tak­nął Au­gu­sty­niak. - We Flo­ren­cji będą cze­kać śmi­głowce, które prze­rzucą was pro­sto do Chiusi della Verna. Tam do­łą­czy­cie do wło­skich ka­no­ni­ków i służb po­rząd­ko­wych.

- Ilu tam zo­stało ka­no­ni­ków, trzy­dzie­stu? Dwu­dzie­stu? - po­wąt­pie­wała Ora­dea. - Oni le­dwo zi­pią, a ma­ni­fe­sta­cja może w każ­dej chwili roz­lać się na resztę mia­steczka. Je­śli pie­kiel­nicy opa­nują cho­ciaż je­den ko­ściół w Chiusi della Verna...

- Nie opa­nują - wtrą­cił Au­gu­sty­niak. - Wło­scy ka­no­nicy bro­nią się wła­śnie w świą­ty­niach.

- Tam są czołgi, Jo­achi­mie. Czołgi, ro­zu­miesz? Mo­żemy tam wy­słać wszyst­kich ka­no­ni­ków świata, ale to bę­dzie gówno warte, je­śli nie będą oni dys­po­no­wać cięż­kim sprzę­tem. Po­trze­bu­jemy po­ci­sków prze­ciw­pan­cer­nych, moź­dzie­rzy, cięż­kich ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych. Skoro mie­rzymy się z ar­mią, sami mu­simy mieć wy­po­sa­że­nie jak ar­mia. Je­den śmi­gło­wiec już stra­ci­li­śmy, po­trzebne są eskorta, wspar­cie z po­wie­trza, przy­naj­mniej śmi­głowce bo­jowe... - prze­ko­ny­wała Ora­dea i wy­glą­dała przy tym nie­zwy­kle gro­te­skowo, pe­ro­ru­jąc o sztuce wo­jen­nej w szy­tym na miarę kom­ple­cie pro­sto od wło­skiego pro­jek­tanta. Mimo to słu­chali jej bez szem­ra­nia. - To nie jest ty­powa ma­ni­fe­sta­cja. To jest wojna, Jo­achi­mie.

- Wła­śnie dla­tego kar­dy­nał Tutti za­biega o wspar­cie wło­skich sił zbroj­nych. Je­śli mu się po­wie­dzie, wszystko, co wy­mie­ni­łaś, wli­cza­jąc w to pełne skrzynki amu­ni­cji, bę­dzie na was cze­kać na lot­ni­sku we Flo­ren­cji - po­wie­dział bi­skup.

- Bę­dziemy też po­trze­bo­wać przy­spie­szo­nych kur­sów ob­sługi sprzętu. Ka­no­nicy nie są ar­ty­le­rzy­stami - za­uwa­żył przy­tom­nie Dar­da­nele.

- Sztab we Flo­ren­cji musi za­pew­nić szyb­kie szko­le­nie - zgo­dziła się Ora­dea. - Je­śli rze­czy­wi­ście bę­dziemy dzia­łać fa­lami, trzeba bę­dzie do­brze wy­ko­rzy­stać broń i sko­or­dy­no­wać dzia­ła­nia mię­dzy zgru­po­wa­niami. Kurwa mać... sześć na­ro­do­wo­ści i zna­jąc ży­cie, sześć róż­nych re­gu­la­mi­nów. To bę­dzie lo­gi­styczny i pla­ni­styczny hor­ror.

- Ni­kogo lep­szego niż ty nie mamy, Ora­deo. Za­po­wie­dzia­łem już, że do­łą­czysz do sztabu i bę­dziesz wspie­rać ko­or­dy­na­cję ope­ra­cji.

Au­gu­sty­niak spoj­rzał na de­le­gatkę i przez krótką chwilę oboje mie­rzyli się wzro­kiem. Pro­wa­dzili przy tym niemą roz­mowę, próbę cha­rak­te­rów, po­dejść, bez­gło­śnych fint. Nie trwało to długo i było na tyle sub­telne, że sto­jący ze skrzy­żo­wa­nymi na piersi ra­mio­nami Dar­da­nele nie zwró­cił na to więk­szej uwagi.

- Ka­pi­tuła cię po­trze­buje, Ora­deo. Rok­sana zo­sta­nie z tobą w szta­bie - oznaj­mił bi­skup, udzie­la­jąc od­po­wie­dzi na nie­za­dane jesz­cze py­ta­nie. - Po­tem, kiedy bę­dzie już po wszyst­kim, od­sta­wisz dziew­czynę do Wa­ty­kanu. Tak jak zo­stało usta­lone.

- To się do­piero ucie­szy... - fuk­nęła Ora­dea.

- Co masz na my­śli? - Bi­skup zmarsz­czył krza­cza­ste brwi.

- No wła­śnie - do­dał Dar­da­nele i zer­k­nął z ukosa na de­le­gatkę. - Prze­cież jest za­wie­szona, wie, że nie może wziąć udziału w walce.

- Rok­sana jest prze­ko­nana, że je­śli zbliży się do bramy, roz­wi­kła ko­lejną część swo­jego kosz­maru - wy­ja­śniła Ora­dea. - Tak wy­da­rzyło się na Mo­ra­wach, za­głę­biła się w swoją wi­zję da­lej, kiedy zna­la­zła się przy bra­mie w kryp­cie pod pa­ra­fią. Ob­se­syj­nie uważa, że przy tak sil­nej ma­ni­fe­sta­cji jak w Chiusi della Verna, uda jej się prze­żyć ją do końca i cał­ko­wi­cie zro­zu­mieć.

- A to mo­głoby nam przy­spo­rzyć kło­po­tów, prawda? - mruk­nął Au­gu­sty­niak z za­gad­ko­wym uśmie­chem.

- W szta­bie bę­dzie bez­pieczna - po­wie­działa Ora­dea bez cie­nia wa­ha­nia. - Nie po­win­ni­śmy ry­zy­ko­wać, szcze­gól­nie bio­rąc pod uwagę przy­godę z to­ke­nem jej du­szy. Ona musi zo­stać zba­dana, a nie na­szpi­ko­wana ba­gne­tami.

- Otóż to - stwier­dził Au­gu­sty­niak. - No do­brze, mamy jesz­cze ja­kieś py­ta­nia? Kwe­stie pilne przed za­koń­cze­niem od­prawy? Nie? Do­brze. Wi­ka­riusz Po­lo­czek po­je­dzie z wami na Okę­cie i po­że­gna ka­no­ni­ków w imie­niu pol­skiej Ka­pi­tuły.

- Ty tego nie zro­bisz? - zdzi­wiła się Ora­dea.

- Nie, mu­szę zo­stać tu­taj i przy­go­to­wać go­spo­dar­stwo na nie­obec­ność ka­no­ni­ków - od­parł Au­gu­sty­niak. - Kar­dy­nał zwo­łał walne zgro­ma­dze­nie Ka­pi­tuły, kto wie, może bę­dzie po­trze­bo­wał so­jusz­ni­ków przy swoim boku. Nie zo­sta­wię War­szawy na pa­stwę Kor­do­wi­cza. Opo­zy­cja już zwie­trzyła krew, rzuci nam się do gar­deł. Nie tylko tu­taj, przede wszyst­kim w Wa­ty­ka­nie. Lep­szej oka­zji, żeby wy­rwać chrze­ści­jań­stwu przy­wódz­two, już nie zła­pią.

- Uwa­żasz, że Tutti we­zwie cię do Rzymu? - za­py­tał Dar­da­nele. - Je­śli tak się sta­nie, kto obej­mie pol­ską Ka­pi­tułę?

- Nie wiem, może we­zwie, może nie. Zna­leź­li­śmy się w sy­tu­acji, gdzie wszystko jest moż­liwe, a wo­kół czają się tylko wilki. A je­śli cho­dzi o za­stępcę, pra­cuję nad tym. - Au­gu­sty­niak uciekł wzro­kiem w bok, na ścianę, z któ­rej pa­trzył na niego re­print Matki Bo­skiej Czę­sto­chow­skiej. - Poza tym moja obec­ność na Okę­ciu mo­głaby wzbu­dzić nieco sen­sa­cji.

- Nie ro­zu­miem... - Ora­dea zer­k­nęła na bi­skupa.

- Je­śli po­jadę z wami i od­pro­wa­dzę ka­no­ni­ków do rampy sa­mo­lotu, to bę­dzie wy­glą­dało, jak­bym wy­słał was wszyst­kich na rzeź - wy­ja­śnił Au­gu­sty­niak. - A wy ma­cie prze­żyć. I wró­cić.

***

Szcze­rze wie­rzył w swoje ostat­nie słowa. Sły­szał o ofia­rach, które już te­raz po­nio­sła wło­ska ka­no­nia. A do­piero był po­czą­tek bi­twy. Bi­skup li­czył, że dla jego lu­dzi los okaże się ła­skaw­szy. Nie mógł te­raz wy­rwać się na mo­ment, zejść na dół i od­mó­wić cho­ciaż jedną ko­ronkę w ko­ściel­nej ka­plicy. Po­sta­no­wił więc po­wol­nym kro­kiem przejść po ob­wo­dzie stołu i po­mo­dlić się w du­chu, a po­tem ru­szył pro­sto do ga­bi­netu.

- No ja­sny chuj! - syk­nął wy­stra­szony na wi­dok wy­so­kiej syl­wetki brata Ze­nona, jak za­wsze po­nu­rego mni­cha. - Chcesz, że­bym do­stał za­wału?

- Ksiądz bi­skup ra­czy wy­ba­czyć. - Du­chowny ukło­nił się usłuż­nie.

- A to się jesz­cze okaże - rzu­cił Au­gu­sty­niak, sta­jąc za wła­snym biur­kiem, za któ­rym lu­bił sta­wać, żeby pod­kre­ślić, kto w tym po­koju jest pa­nem. - Mów. Z czym przy­cho­dzisz?

- Do­szło do wy­cieku.

- Ja­kiego wy­cieku? - Bi­skup zmru­żył oczy i na­stro­szył się jak dziki zwierz.

- Tego wy­cieku, księże bi­sku­pie - od­parł brat Ze­non. - Cho­dzi o...

- Wiem, o co cho­dzi! - wtrą­cił aro­gancko Au­gu­sty­niak.

Brat Ze­non zło­żył dło­nie z in­ten­cją prze­bła­ga­nia, a serce Jo­achima za­ło­mo­tało szyb­ciej.

- Kiedy? Gdzie? - za­py­tał, ana­li­zu­jąc w gło­wie, kto mógł pu­ścić parę.

- Tu­taj, w War­sza­wie. Przed trzema go­dzi­nami - od­parł brat Ze­non i sku­lił się jesz­cze bar­dziej. - Wiele się działo, pro­szę o wy­ba­cze­nie, uni­że­nie pro­szę...

- Tyle lat... By­łem prze­ko­nany, że już to prze­tra­wił. - Bi­skup spoj­rzał w otwarte sze­roko okno.

- Czy ksiądz bi­skup ży­czy so­bie, żeby za­jąć się tym pro­ble­mem jak za...

- Nie - wtrą­cił Au­gu­sty­niak bez wa­ha­nia. - Nie. Po pro­stu spro­wadź go tu­taj, kiedy wróci z Okę­cia.

Od­po­wie­działo mu głę­bo­kie ski­nie­nie mni­cha oraz me­ta­liczny dźwięk de­li­kat­nie za­my­ka­nych drzwi.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki