Sanktuarium NMP Łaskawej Patronki Warszawy,
Warszawa, Polska, 20 maja 20XX, godzina 16.01
Pokój konferencyjny, bezpośrednio przylegający do gabinetu Augustyniaka, był całkiem przestronny. Jednak nawet jego przyjazne gabaryty nie potrafiły rozrzedzić gęstej atmosfery na spotkaniu. Alojzy Poloczek nachylił się do biskupa, który przerwał swój wywód w pół słowa, potem skinął jeden raz i drugi, po czym wikariusz odsunął się dwa kroki w tył.
- Mamy potwierdzenie, wojskowa CASA będzie czekać za czterdzieści minut na Okęciu. Jeśli wszystko pójdzie sprawnie, wieczorem będziecie we Florencji - oznajmił Augustyniak.
- Kanonicy są już w drodze na lotnisko. Skompletujemy tam wyposażenie osobiste i będziemy gotowi do drogi - powiedział Dardanele. Był wyraźnie spięty. - A co z resztą kanonii?
- Organizują się... - Augustyniak skrzywił usta. - Niemcy, Francuzi oraz Grecy powinni dotrzeć do Włoch mniej więcej w tym samym czasie, co wy. Brytyjczycy i Hiszpanie będą potrzebować więcej czasu. Może być tak, że trafią do Florencji dopiero w nocy.
- Szlag... Będzie nas za mało, żeby przełamać napór piekielników. To delta, będzie ich tysiąc albo więcej - zauważyła Oradea.
- Właśnie dlatego trzeba być elastycznym. Jesteście armią, prawda? Potraficie działać poza schematami? - zapytał Augustyniak z przekąsem.
- Cała kanonia to działanie poza schematem - rzucił Dardanele. - Bez Brytyjczyków i Hiszpanów będzie nas trochę ponad setka. Kilkudziesięciu dotrze później. Będziemy operować falami?
- Wydaje mi się to sensownym rozwiązaniem - przytaknął Augustyniak. - We Florencji będą czekać śmigłowce, które przerzucą was prosto do Chiusi della Verna. Tam dołączycie do włoskich kanoników i służb porządkowych.
- Ilu tam zostało kanoników, trzydziestu? Dwudziestu? - powątpiewała Oradea. - Oni ledwo zipią, a manifestacja może w każdej chwili rozlać się na resztę miasteczka. Jeśli piekielnicy opanują chociaż jeden kościół w Chiusi della Verna...
- Nie opanują - wtrącił Augustyniak. - Włoscy kanonicy bronią się właśnie w świątyniach.
- Tam są czołgi, Joachimie. Czołgi, rozumiesz? Możemy tam wysłać wszystkich kanoników świata, ale to będzie gówno warte, jeśli nie będą oni dysponować ciężkim sprzętem. Potrzebujemy pocisków przeciwpancernych, moździerzy, ciężkich karabinów maszynowych. Skoro mierzymy się z armią, sami musimy mieć wyposażenie jak armia. Jeden śmigłowiec już straciliśmy, potrzebne są eskorta, wsparcie z powietrza, przynajmniej śmigłowce bojowe... - przekonywała Oradea i wyglądała przy tym niezwykle groteskowo, perorując o sztuce wojennej w szytym na miarę komplecie prosto od włoskiego projektanta. Mimo to słuchali jej bez szemrania. - To nie jest typowa manifestacja. To jest wojna, Joachimie.
- Właśnie dlatego kardynał Tutti zabiega o wsparcie włoskich sił zbrojnych. Jeśli mu się powiedzie, wszystko, co wymieniłaś, wliczając w to pełne skrzynki amunicji, będzie na was czekać na lotnisku we Florencji - powiedział biskup.
- Będziemy też potrzebować przyspieszonych kursów obsługi sprzętu. Kanonicy nie są artylerzystami - zauważył przytomnie Dardanele.
- Sztab we Florencji musi zapewnić szybkie szkolenie - zgodziła się Oradea. - Jeśli rzeczywiście będziemy działać falami, trzeba będzie dobrze wykorzystać broń i skoordynować działania między zgrupowaniami. Kurwa mać... sześć narodowości i znając życie, sześć różnych regulaminów. To będzie logistyczny i planistyczny horror.
- Nikogo lepszego niż ty nie mamy, Oradeo. Zapowiedziałem już, że dołączysz do sztabu i będziesz wspierać koordynację operacji.
Augustyniak spojrzał na delegatkę i przez krótką chwilę oboje mierzyli się wzrokiem. Prowadzili przy tym niemą rozmowę, próbę charakterów, podejść, bezgłośnych fint. Nie trwało to długo i było na tyle subtelne, że stojący ze skrzyżowanymi na piersi ramionami Dardanele nie zwrócił na to większej uwagi.
- Kapituła cię potrzebuje, Oradeo. Roksana zostanie z tobą w sztabie - oznajmił biskup, udzielając odpowiedzi na niezadane jeszcze pytanie. - Potem, kiedy będzie już po wszystkim, odstawisz dziewczynę do Watykanu. Tak jak zostało ustalone.
- To się dopiero ucieszy... - fuknęła Oradea.
- Co masz na myśli? - Biskup zmarszczył krzaczaste brwi.
- No właśnie - dodał Dardanele i zerknął z ukosa na delegatkę. - Przecież jest zawieszona, wie, że nie może wziąć udziału w walce.
- Roksana jest przekonana, że jeśli zbliży się do bramy, rozwikła kolejną część swojego koszmaru - wyjaśniła Oradea. - Tak wydarzyło się na Morawach, zagłębiła się w swoją wizję dalej, kiedy znalazła się przy bramie w krypcie pod parafią. Obsesyjnie uważa, że przy tak silnej manifestacji jak w Chiusi della Verna, uda jej się przeżyć ją do końca i całkowicie zrozumieć.
- A to mogłoby nam przysporzyć kłopotów, prawda? - mruknął Augustyniak z zagadkowym uśmiechem.
- W sztabie będzie bezpieczna - powiedziała Oradea bez cienia wahania. - Nie powinniśmy ryzykować, szczególnie biorąc pod uwagę przygodę z tokenem jej duszy. Ona musi zostać zbadana, a nie naszpikowana bagnetami.
- Otóż to - stwierdził Augustyniak. - No dobrze, mamy jeszcze jakieś pytania? Kwestie pilne przed zakończeniem odprawy? Nie? Dobrze. Wikariusz Poloczek pojedzie z wami na Okęcie i pożegna kanoników w imieniu polskiej Kapituły.
- Ty tego nie zrobisz? - zdziwiła się Oradea.
- Nie, muszę zostać tutaj i przygotować gospodarstwo na nieobecność kanoników - odparł Augustyniak. - Kardynał zwołał walne zgromadzenie Kapituły, kto wie, może będzie potrzebował sojuszników przy swoim boku. Nie zostawię Warszawy na pastwę Kordowicza. Opozycja już zwietrzyła krew, rzuci nam się do gardeł. Nie tylko tutaj, przede wszystkim w Watykanie. Lepszej okazji, żeby wyrwać chrześcijaństwu przywództwo, już nie złapią.
- Uważasz, że Tutti wezwie cię do Rzymu? - zapytał Dardanele. - Jeśli tak się stanie, kto obejmie polską Kapitułę?
- Nie wiem, może wezwie, może nie. Znaleźliśmy się w sytuacji, gdzie wszystko jest możliwe, a wokół czają się tylko wilki. A jeśli chodzi o zastępcę, pracuję nad tym. - Augustyniak uciekł wzrokiem w bok, na ścianę, z której patrzył na niego reprint Matki Boskiej Częstochowskiej. - Poza tym moja obecność na Okęciu mogłaby wzbudzić nieco sensacji.
- Nie rozumiem... - Oradea zerknęła na biskupa.
- Jeśli pojadę z wami i odprowadzę kanoników do rampy samolotu, to będzie wyglądało, jakbym wysłał was wszystkich na rzeź - wyjaśnił Augustyniak. - A wy macie przeżyć. I wrócić.
***
Szczerze wierzył w swoje ostatnie słowa. Słyszał o ofiarach, które już teraz poniosła włoska kanonia. A dopiero był początek bitwy. Biskup liczył, że dla jego ludzi los okaże się łaskawszy. Nie mógł teraz wyrwać się na moment, zejść na dół i odmówić chociaż jedną koronkę w kościelnej kaplicy. Postanowił więc powolnym krokiem przejść po obwodzie stołu i pomodlić się w duchu, a potem ruszył prosto do gabinetu.
- No jasny chuj! - syknął wystraszony na widok wysokiej sylwetki brata Zenona, jak zawsze ponurego mnicha. - Chcesz, żebym dostał zawału?
- Ksiądz biskup raczy wybaczyć. - Duchowny ukłonił się usłużnie.
- A to się jeszcze okaże - rzucił Augustyniak, stając za własnym biurkiem, za którym lubił stawać, żeby podkreślić, kto w tym pokoju jest panem. - Mów. Z czym przychodzisz?
- Doszło do wycieku.
- Jakiego wycieku? - Biskup zmrużył oczy i nastroszył się jak dziki zwierz.
- Tego wycieku, księże biskupie - odparł brat Zenon. - Chodzi o...
- Wiem, o co chodzi! - wtrącił arogancko Augustyniak.
Brat Zenon złożył dłonie z intencją przebłagania, a serce Joachima załomotało szybciej.
- Kiedy? Gdzie? - zapytał, analizując w głowie, kto mógł puścić parę.
- Tutaj, w Warszawie. Przed trzema godzinami - odparł brat Zenon i skulił się jeszcze bardziej. - Wiele się działo, proszę o wybaczenie, uniżenie proszę...
- Tyle lat... Byłem przekonany, że już to przetrawił. - Biskup spojrzał w otwarte szeroko okno.
- Czy ksiądz biskup życzy sobie, żeby zająć się tym problemem jak za...
- Nie - wtrącił Augustyniak bez wahania. - Nie. Po prostu sprowadź go tutaj, kiedy wróci z Okęcia.
Odpowiedziało mu głębokie skinienie mnicha oraz metaliczny dźwięk delikatnie zamykanych drzwi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki