Wieczne igrzysko. Imię duszy - Jakub Pawełek

Kup ebooka

46.90 zł
37.52 zł (28,14 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Niebo nad Mo­ra­wami, Cze­chy,

14 maja 20XX, go­dzina 02.29

Ko­ry­tarz wy­glą­dał dziw­nie, lecz zna­jomo. Po­tra­fiła roz­po­znać za­tarte kra­wę­dzie bo­aze­rii, fra­mugi drzwi. Pa­mię­tała cał­kiem zwy­czajną barwę la­kie­ro­wa­nej ko­mody, która ma­ja­czyła w cie­niu, na gra­nicy wi­dzial­no­ści.

Ży­ran­dol za­wie­szony w głębi przed­po­koju za­mru­gał mlecz­nym świa­tłem. Ostrożny, ale jed­no­cze­śnie pewny krok dziew­czyny stał się nie­równy. Rwany jak cie­nie, które tań­czyły na błysz­czą­cym pa­stelą par­kie­cie i bież­niku roz­wi­nię­tym w przed­po­koju. Fa­su­nek hełmu i pa­sek pod brodą draż­niły skórę. Dło­nie za­ci­śnięte na chwy­cie pi­sto­letu ma­szy­no­wego za­częły się po­cić.

"Znowu tu je­stem?" - po­my­ślała z re­zy­gna­cją.

Ko­ry­tarz otwarł się na prze­stronny sa­lon. Oświe­tlone cie­płym świa­tłem, pa­ste­lowo roz­ma­zane kon­tury wy­po­czynku, sze­ro­kiej ławy i wy­so­kich re­ga­łów wy­da­wały się jej tak oczy­wi­ste, jakby sa­mo­dziel­nie or­ga­ni­zo­wała ich roz­miesz­cze­nie. Na­wet opra­wiony w dę­bową ramę ob­raz Je­zusa Mi­ło­sier­nego, te­raz po­dobny do ku­bi­stycz­nej eks­pre­sji po­trak­to­wa­nej gąbką do na­czyń, wi­siał do­kład­nie tam, gdzie się spo­dzie­wała.

Od­ru­chowo, jakby wie­dziona in­stynk­tem, skrę­ciła na lewo. Po­wio­dła lufą pi­sto­letu ma­szy­no­wego po­nad ka­napą i pi­ko­wa­nymi fo­te­lami. Skie­ro­wała ma­sywny tłu­mik pło­mie­nia na wy­ra­sta­jące z pół­cie­nia, roz­myte schody, pro­wa­dzące na pię­tro. Po­stą­piła je­den krok, po­tem drugi. I wtedy ciężką ni­czym ołów ci­szę roz­darł krzyk.

- Nie!

***

- Roks! - za­grzmiało pod czaszką. - Rok­sana! Ej, obudź się! Zo­stało dzie­sięć mi­nut!

Za­mru­gała, ob­li­zała wargi i po­ru­szyła szczęką dla roz­luź­nie­nia mię­śni. Ob­le­czoną w rę­ka­wicę dło­nią po­pra­wiła sko­rupę ni­sko­pro­fi­lo­wego hełmu ba­li­stycz­nego.

"Pie­przony sen..." - po­my­ślała, przy­po­mniaw­szy so­bie to­czący ją od lat kosz­mar.

- Jak ty to ro­bisz, że po­tra­fisz przy­ciąć ko­mara w każ­dych wa­run­kach? - za­py­tał Ta­de­usz Żą­dło, wiecz­nie uśmiech­nięty blon­dyn o po­cią­głej, chu­dej twa­rzy. - Śmi­głow­cem te­le­pie, wir­nik na­pier­dala jak ru­ska pralka na ci­chym pro­gra­mie... Nie­wia­ry­godne!

- Już tak mam - po­wie­działa Rok­sana, prze­cią­ga­jąc się na cia­snym sie­dzi­sku prze­działu trans­por­to­wego black hawka. - Sły­szę hur­got sil­nika i cyk, od­cina mnie!

- Jako ta­śmowy na przodku by­ła­byś pra­cow­ni­kiem mie­siąca.

- Aż mi wargi spierz­chły... Jesz­cze ci się nie znu­dziło? - rzu­ciła ko­bieta sie­dząca na­prze­ciwko. Po­nad opi­na­jącą twarz chu­stą tak­tyczną wy­sta­wało dwoje ciem­nych jak wę­gielki oczu.

- To nie ma sensu, Ha­ifa. - Rok­sana mach­nęła ręką. - Za­mknie się do­piero, jak umrze.

- Może to już dzi­siaj... - oznaj­miła Ha­ifa z na­dzieją w gło­sie.

Przez otwarty ka­nał grupy ka­no­ni­ków prze­to­czył się ru­baszny, gar­dłowy re­chot.

- Hola, hola! Nie tak szybko! Obie­ca­łaś nam swoją pizzę po po­wro­cie. Wciąż nie ku­mam, czemu tak się bi­czu­jesz tą mar­ghe­ritą? - Ka­no­nik wzru­szył sze­ro­kimi ra­mio­nami. - Prze­cież za każ­dym ra­zem wy­cho­dzi za­je­bi­sta.

- Nie wiem... - Rok­sana zmarsz­czyła brwi. - Może to mąka albo po­mi­dory? Ale ku­puję od­mianę San Ma­rzano, jak mnie uczyli. I cią­gle coś jest nie tak. Po­winna sma­ko­wać ina­czej.

My­śli Rok­sany za­czy­nały ucie­kać. Od­pły­wać gdzieś poza ka­dłub śmi­głowca, prze­ci­na­ją­cego nocne niebo nad Mo­ra­wami. Spoj­rzała na swoje palce w rę­ka­wi­cach tak­tycz­nych i na czubki bu­tów. Przyj­rzała się ostrym kra­wę­dziom, wy­raź­nym kon­tu­rom świata wo­kół. Taką rze­czy­wi­stość wo­lała zde­cy­do­wa­nie bar­dziej. Na­ma­calną, zdolną do ujarz­mie­nia. Szcze­gól­nie kiedy trzy­mało się w dło­niach do­cią­żony ak­ce­so­riami ka­ra­bin sztur­mowy.

- Lą­do­wa­nie za sie­dem mi­nut! - za­po­wie­dział na wspól­nym ka­nale Dar­da­nele, do­wódca pol­skiego od­działu ka­no­ni­ków. - Czas na bło­go­sła­wień­stwo. Mamy na po­kła­dzie pa­nią fe­da­inkę. Po­zwólmy jej czy­nić ho­nory. Ha­ifa?

- Nie ma sprawy - od­parła i płyn­nym ru­chem zsu­nęła ko­mi­niarkę na brodę.

Pełne usta Arabki po­ru­szały się bez­gło­śnie. Ha­ifa przy­mknęła oczy, unio­sła dło­nie, jakby pod­trzy­my­wała w nich dwie nie­wi­dzialne kule. Po­chy­liła się lekko, na tyle ile po­zwa­lała uprząż sie­dzi­ska.

Po­cząt­kowo bez­gło­śna mo­dli­twa prze­szła w in­kan­ta­cję pełną twar­dych zgło­sek i wy­so­kich to­nów. Strofy sa­latu wy­peł­niły łą­cza ze­spo­łów sztur­mo­wych w obu śmi­głow­cach. Ni­czym rwąca rzeka wdarły się do serc, tchnęły w nie nad­ludzką od­wagę, wy­ostrzyły zmy­sły, na­prę­żyły ciała. Zu­peł­nie jakby byli na haju, który ustami Ha­ify ze­słano pro­sto z sa­mej góry.

Arabka urwała na­gle, chrząk­nęła i wy­pro­sto­wała się, otwie­ra­jąc oczy. Ode­tchnęła głę­boko i na­su­nęła z po­wro­tem ko­mi­niarkę. Zer­k­nęła na Rok­sanę. Dziew­czyna na­peł­niona Sło­wem od­zy­skała re­zon. Zmar­twione ob­li­cze za­stą­piła twarz czło­wieka go­to­wego na wszystko. Była piękna.

- Dar­da­nele do wszyst­kich! Pięć mi­nut do lą­do­wa­nia! Szybka od­prawa! - ode­zwał się po­now­nie do­wódca. - Do ma­ni­fe­sta­cji do­szło kilka go­dzin temu w ko­ściele pa­ra­fial­nym we wsi Podi­vice. Pro­boszcz prze­słał alert cze­skiej Ka­pi­tule i dał nogę z pa­ra­fii. Pierw­szym więk­szym mia­stem w oko­licy jest Brno, trzy­dzie­ści ki­lo­me­trów na po­łu­dnie. Obej­dzie się więc bez ga­piów. We­dług lo­kal­nych służb ko­ściół po­szedł z dy­mem, a miesz­kańcy wio­ski zo­stali w więk­szo­ści ewa­ku­owani. Drogi do­jaz­dowe do mia­steczka ob­sta­wiła po­li­cja. Nasi do­ga­dali się z lo­kal­nymi wła­dzami, straż po­żarna i ra­tow­nicy me­dyczni wejdą do­piero po wszyst­kim. Wiemy, że służby po­rząd­kowe, we­zwane przed nami, nie we­szły w kon­takt z pie­kiel­ni­kami. Oczy­wi­ście, jak zwy­kle, w wio­sce mo­gli zo­stać ma­ru­de­rzy. Jak po­sprzą­tamy, zajmą się nimi psy­cho­lo­dzy z cze­skiej Ka­pi­tuły. Miej­cie oczy otwarte, mo­żemy tra­fić na cy­wi­lów. Iden­ty­fi­ka­cja i eli­mi­na­cja. Żeby wam się nie po­pier­do­liło na opak...

Wszy­scy obecni w prze­dziale de­san­to­wym ka­no­nicy wy­mie­nili po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia i mro­żące krew w ży­łach uśmie­chy. Na­wet śmier­tel­nie po­ważna Ha­ifa roz­chy­liła wargi, pre­zen­tu­jąc gar­ni­tur rów­nych, bia­łych zę­bów.

- We­dług ocen do­wódz­twa skala ma­ni­fe­sta­cji to beta. Bramę otwo­rzył opę­tany czło­wiek, przy­naj­mniej tak wy­nika z re­la­cji pro­bosz­cza - wy­ja­śnił Dar­da­nele. - Bę­dziemy mieć prze­ciwko so­bie kil­ku­dzie­się­ciu pie­kiel­ni­ków. Beta ozna­cza prze­wagę epok sprzed ery pro­chu. Ale po Fran­cji, to w su­mie chuj wie... Za­łóżmy, że mogą mieć pry­mi­tywną broń palną. Do­wódcy sek­cji, po­twier­dzić!

- Bos­for Je­den, przy­ję­łam! - rzu­ciła Rok­sana, a za­raz za nią ko­mu­ni­kat po­twier­dzili li­de­rzy po­zo­sta­łych pod­od­dzia­łów.

- Idziemy w dwóch gru­pach, po dwie sek­cje bo­jowe każda. Bos­for Je­den i Trzy lą­dują dwie­ście me­trów na za­chód od ko­ścioła, pro­wa­dzi was Rok­sana. Idzie­cie główną drogą przez wieś ku pa­ra­fii. Bos­for Dwa i Cztery za­czy­nają dwie­ście me­trów na za­chód od epi­cen­trum i po­su­wają się ku ko­ścio­łowi, rów­nież za drogą. Obie grupy roz­dzie­lają się pięć­dzie­siąt me­trów przed ko­ścio­łem i for­mują owalny kor­don wo­kół ko­ścioła. Czy­ścimy prze­strzeń we­wnątrz za­mknię­tej strefy, po­tem Bos­for Trzy wcho­dzi do środka, eli­mi­nuje opę­tańca i za­myka bramę. Szybka ro­bota i wio, do domu. Ko­niec od­prawy. Bóg z nami! - rzu­cił do­wódca.

- I chuj z nimi! - rzu­cił Ta­de­usz nie­ofi­cjal­nym po­zdro­wie­niem pol­skich ka­no­ni­ków. Łą­cze od­po­wie­działo zdu­szo­nym re­cho­tem i peł­nym za­że­no­wa­nia wes­tchnie­niem Ha­ify.

Rok­sana od­wró­ciła się przez ra­mię. Spięta uprzężą bez­pie­czeń­stwa, mo­gła le­d­wie wy­krę­cić głowę, zer­k­nąć przez ku­lo­od­porną szybę w prze­suw­nych drzwiach black hawka.

Zo­sta­wili za sobą świa­tła Pro­ście­jowa, ostat­niej miej­sco­wo­ści przed Podi­vi­cami. Pod nimi pa­no­wała ciem­ność, prze­ty­kana łu­nami so­do­wej po­światy la­tarni dro­go­wych.

- Dwie mi­nuty do lą­do­wa­nia! - roz­brzmiało w słu­chaw­kach.

Sto se­kund póź­niej śmi­głowce we­szły wi­ra­żem na ścieżki lą­do­wań. Przez krótką chwilę Rok­sana mo­gła do­strzec pło­nący ko­ściół. Zdą­żyła za­uwa­żyć prze­chy­loną, drew­nianą wie­życzkę, którą łap­czy­wie po­chła­niały pło­mie­nie. Świa­tła w wio­sce wciąż się pa­liły, a ogień rzu­cał na wieś i oko­liczne pola zło­wiesz­czą łunę.

Ma­szyny wy­lą­do­wały twardo. Strze­liły za­trza­ski uprzęży. Rok­sana ze­rwała się z sie­dzi­ska, przy­pa­dła do burty śmi­głowca.

- Dar­da­nele do wszyst­kich, de­sant, de­sant! - usły­szała w in­ter­ko­mie.

Ta­de­usz szarp­nął za blo­kady. Drzwi od­su­nęły się wzdłuż ka­dłuba. Hur­got wir­nika wpadł do prze­działu wraz z ude­rze­niem wia­tru.

Ka­no­nicy je­den po dru­gim wy­ska­ki­wali na as­falt, zaj­mo­wali swoje sek­tory. Rok­sana ode­tchnęła noc­nym po­wie­trzem. Szyb­kimi su­sami do­bie­gła do za­par­ko­wa­nej na po­bo­czu fa­bii. Od­wró­ciła się przez ra­mię, wdu­siła przy­pięty do ka­mi­zelki przy­cisk nada­wa­nia, rzu­ciła krótki roz­kaz. Ka­no­nicy za­mel­do­wali obec­ność na mo­raw­skiej ziemi.

- Dar­da­nele, tu Bos­for Je­den, je­ste­śmy na po­zy­cji. Prze­miesz­czamy się do celu - za­ra­por­to­wała krótko. - Brak kon­taktu przy de­san­cie.

- Bos­for Je­den, tu Dar­da­nele, przy­ją­łem. Bos­for Dwa i Cztery są na ziemi. Idziemy w stronę pa­ra­fii. Brak kon­taktu przy de­san­cie.

- Przy­ję­łam, Dar­da­nele! Bos­for Je­den, za­czy­namy. Za­cho­wać od­stępy, pil­no­wać sek­to­rów. Sto pięć­dzie­siąt me­trów pro­sto wzdłuż drogi. Przy check­po­in­cie Ha­ifa i Bos­for Trzy od­bi­jają przez go­spo­dar­stwo na pół­noc. Idziemy!

Po­de­rwali się jed­no­cze­śnie, jak do­sko­nale zgrany or­ga­nizm. Za­har­to­wani Sło­wem nie bali się ni­czego. Byli ludźmi, ale szli tak, jakby za ich ple­cami kro­czyły ar­cha­nioły.

Me­to­dycz­nie omia­tali lu­fami ka­ra­bi­nów czarne pro­sto­kąty okien, pod­świe­tlone bla­do­ścią la­tarni ganki. Pło­mie­nie, które zdą­żyły po­chło­nąć ko­ściół, za­czy­nały się kur­czyć. Ogni­ste strzępy ja­śniały w mroku, by zga­snąć jak pło­myczki zdmuch­nięte z uro­dzi­no­wych świe­czek.

Ulica była opu­sto­szała. Je­śli ja­kiś Czech nie ewa­ku­ował się na czas, to te­raz wci­skał się w naj­ciem­niej­szy kąt. I trudno było mu się dzi­wić. Dla nie­wpraw­nego oka pie­kiel­nik czy ka­no­nik nie ro­biło żad­nej róż­nicy. To i tak był de­mon.

- Kon­takt! Sie­dem­dzie­siąt me­trów, czwarty dom po le­wej - ode­zwał się strze­lec Bos­foru Je­den.

Rok­sana spoj­rzała we wska­za­nym kie­runku. Było ich kilku, w cy­frowo wy­ostrzo­nej zie­leni go­gli nok­to­wi­zyj­nych nie po­tra­fiła jesz­cze roz­po­znać epoki. Ale z całą pew­no­ścią nie po­sia­dali broni pal­nej. Ich ciała opi­nały pę­kate pan­ce­rze. W dło­niach trzy­mali mie­cze i dłu­gie włócz­nie. Rok­sana zmru­żyła oczy, przyj­rzała się de­ta­lom upior­nego wy­po­sa­że­nia. "Tak... - po­my­ślała. - To byli..."

- Sa­mu­ra­jo­wie. Pię­ciu. Broń biała, ka­tany i na­gi­naty. Brak broni pal­nej - po­wie­dział ten sam ka­no­nik, który za­mel­do­wał o kon­tak­cie. - Oho, do­pa­dli ko­goś.

Wy­wle­kli lu­dzi wprost na ulicę. Całą ro­dzinę. Rok­sana wi­działa onie­miałą dwójkę do­ro­słych, któ­rzy klę­czeli po­kor­nie na zim­nym as­fal­cie. Dzieci rzu­cono tuż obok ro­dzi­ców. Prze­ra­żone kil­ku­latki za­no­siły się ża­ło­snym pła­czem; drżąc ze stra­chu, splo­tły się w uści­sku przy mat­czy­nych ko­la­nach. Rok­sana zło­żyła się do strzału. Dzięki bło­go­sła­wień­stwu nie czuła żalu ani gniewu. Nie czuła ni­czego. Ru­chami jej ciała nie kie­ro­wał gniew. Ist­niał tylko cel, tylko ja­sna kropka ko­li­ma­tora na syl­wetce pie­kiel­nika.

- Dar­da­nele, tu Bos­for Je­den. Mamy kon­takt. Pię­ciu sa­mu­ra­jów z bro­nią białą. Szy­kują się do eg­ze­ku­cji cy­wi­lów - za­mel­do­wała Rok­sana na otwar­tym ka­nale. - Eli­mi­nu­jemy.

- Przy­ją­łem Bos­for Je­den. Wy­ko­nuj - za­ko­mu­ni­ko­wał Dar­da­nele.

Sek­cje Bos­for Je­den i Trzy zła­mały szyk, ro­ze­szły się na po­bo­cza, by wza­jem­nie ubez­pie­czać sek­tory i po­kryć ogniem jak naj­więk­szy ob­szar.

Byli pięć­dzie­siąt me­trów przed ce­lem, kiedy je­den z sa­mu­ra­jów zo­rien­to­wał się w za­gro­że­niu. Wo­jow­nik wła­śnie uno­sił ka­tanę, by za­dać śmier­telny cios sple­cio­nym w ob­ję­ciach dziew­czyn­kom. Od­wró­cił głowę.

Spod zdo­bio­nego, seg­men­to­wego heł­mem ho­shi spo­glą­dała pra­wie ludzka twarz. Pra­wie. Po­liczki sa­mu­raja były za­pad­nięte, ko­ści nie­mal prze­bi­jały się przez per­ga­mi­nową i szarą jak be­ton skórę. Oczo­doły świe­ciły pustką, w któ­rej nie tliła się choćby iskierka jaźni. Rok­sana wi­działa przez szkło ko­li­ma­tora, jak sa­mu­raj otwiera spierzch­nięte, ścią­gnięte usta. Tru­pia szczęka roz­warła się obrzy­dli­wie.

Po­cisk tra­fił pie­kiel­nika pro­sto w czarną jamę. Wy­star­czyło, by łeb od­sko­czył do tyłu, a folgi hełmu roz­sy­pały się na wszyst­kie strony. Miecz wy­padł z ko­ści­stych dłoni, za­brzę­czał o as­falt. Ka­no­nicy otwarli ogień. Mie­rzone strzały po­ło­żyły resztę pie­kiel­ni­ków, któ­rych bez­władne ciała za­częły roz­pa­dać się w proch.

Stru­chleli na as­fal­cie cy­wile łkali ci­cho, wstrzą­sani spa­zmami. Do­ro­śli in­stynk­tow­nie przy­cią­gnęli do sie­bie po­grą­żone w apa­tii dziew­czynki. Żad­nemu nie przy­szło do głowy, by pod­nieść wzrok na wy­baw­ców. Jedne de­mony mo­gły prze­cież za­stą­pić ko­lejne, jesz­cze gor­sze. Ubrana w kwietną su­kienkę dziew­czynka drgnęła. Ciemne po­staci o nie­ludzko płyn­nych ru­chach mi­jały ich bez­gło­śnie. Jedna z nich za­trzy­mała się tuż obok, przy­kuc­nęła i pod­nio­sła pa­ję­cze go­gle.

- Scho­waj­cie się - po­wie­działa Ha­ifa pew­nie i cie­pło. - Za­mknij­cie drzwi i ni­komu nie otwie­raj­cie. Nie­długo bę­dzie po wszyst­kim.

Wstała sprę­ży­ście. Ni­czym zjawa do­łą­czyła do or­szaku, który prze­kro­czył roz­wiane przez wiatr trupy pie­kiel­ni­ków i roz­pły­nął się w mroku mię­dzy męt­nymi sno­pami la­tarni.

- Bos­for Je­den do wszyst­kich, pie­kiel­nicy wy­eli­mi­no­wani. Cy­wile żyją - za­mel­do­wała Rok­sana. - Dzie­sięć me­trów do check­po­intu, brak kon­tak­tów. Dym jest co­raz gęst­szy, utrud­nia ob­ser­wa­cję,

- Bos­for Je­den, tu Dar­da­nele. Osią­gnę­li­śmy check­po­int. Pięć­dzie­siąt me­trów do celu. Ko­ściół spło­nął do­szczęt­nie, lada mo­ment się za­wali. Brak kon­tak­tów. Cho­ciaż... chyba coś mamy.

- Przy­ję­łam Dar­da­nele. Bos­for Je­den i Trzy za­czy­nają za­my­kać kor­don w za­chod­niej pół­s­fe­rze. - Rok­sana prze­łą­czyła ka­nał. - Osią­gnę­li­śmy check­po­int. Bos­for Je­den, cze­kać, aż trójka od­bije na pół­noc. Za­jąć po­zy­cje i pil­no­wać sek­to­rów. Utrzy­my­wać kon­takt ra­diowy. Ogień we­dle uzna­nia.

- Bos­for Trzy wy­ko­nuje! - usły­szała zde­cy­do­wany głos Ha­ify.

Obie sek­cje po­now­nie roz­biły szyk. Od­dział fe­da­inki, nie za­bu­rza­jąc tempa, ode­rwał się na lewo i sfor­so­wał bramę, która wio­dła w głąb go­spo­dar­stwa. Wtedy od czoła gruch­nęły wy­strzały.

- Dar­da­nele do wszyst­kich! Mamy liczne kon­takty, przy­naj­mniej dwa tu­ziny pie­kiel­ni­ków. Mają broń palną. Wstępne roz­po­zna­nie: epoka na­po­le­oń­ska! - za­grzmiało przez ka­ra­bi­nową palbę.

- Idziemy w wa­szą stronę, Dar­da­nele. Wi­docz­ność mi­ni­malna, przez dym wi­dać bły­ski wy­strza­łów - po­wie­działa Rok­sana. - Wyj­dziemy wam na czoło za mniej niż dwie mi­nuty. Uwa­żaj­cie, w co strze­la­cie.

- Przy­ją­łem, Bos­for Je­den. Za­sa­dzamy się!

"Prze­cho­dzą do obrony" - po­my­ślała Rok­sana, prąc na­przód przez dym. Choć wiatr wy­da­wał się wzma­gać, nie po­tra­fił prze­pę­dzić kłę­bo­wi­ska. Zer­k­nęła na pa­nel in­for­ma­cyjny na przed­ra­mie­niu, spraw­dziła po­zy­cję bliź­nia­czej sek­cji. Bos­for Trzy wciąż prze­dzie­rał się przez go­spo­dar­stwo. Lada mo­ment lu­dzie Ha­ify po­winni roz­dzie­lić się i za­jąć po­zy­cję nieco na pół­noc od ko­ścioła.

Ka­no­niczka po­de­rwała swoją sek­cję. Dym był wszę­dzie, spa­le­ni­zna gry­zła noz­drza. Ka­no­nada była tuż-tuż, ak­tywne ochron­niki słu­chu pod­pięte pod sko­rupy heł­mów tłu­miły strze­la­ninę. Bły­ski były co­raz wy­raź­niej­sze.

- Bos­for Je­den, bierz­cie gra­naty - za­ko­men­de­ro­wała Rok­sana. - Naj­pierw zmięk­czamy, po­tem czy­ścimy sek­tory. Ogień we­dle uzna­nia. Jazda!

Przy­spie­szyli kroku. Wy­bie­gli z tu­manu, który przy­sła­niał pole bi­twy.

Ko­ściół wy­pa­lił się już do szczętu. Pło­mie­nie zdą­żyły już po­chło­nąć dach i wnę­trze świą­tyni i przy­ga­sły. Prze­chy­lona wcze­śniej wie­życzka utrzy­my­wała pion już tylko na słowo ho­noru i w każ­dej chwili mo­gła ru­nąć na po­bli­ski dom. Sama pa­ra­fia przy­po­mi­nała pra­dawny szkie­let o po­czer­nia­łych, szczer­ba­tych że­brach. Ogień stra­wił też nie­wielki skwer przed świą­ty­nią, prze­sko­czył na im­po­nu­ją­cych roz­mia­rów klon i za­chłan­nie po­że­rał jego ko­ronę.

Spo­mię­dzy po­trza­ska­nych, roz­ża­rzo­nych zglisz­czy świą­tyni w rów­nym dwu­sze­regu wy­ma­sze­ro­wało kil­ku­na­stu pie­kiel­ni­ków. Po­strzę­pione mun­dury wi­siały na ra­mio­nach, ro­gate czapki na tru­pich gło­wach pełne były prze­strze­lin. Do­wo­dzący nimi ofi­cer roz­sze­rzył spę­kane usta, bły­snął sko­ro­do­waną sza­blą, na któ­rej grały pło­mie­nie. Skie­ro­wał sztych na sta­lowy kon­te­ner na śmieci i po­kie­re­szo­waną oso­bówkę, za którą krył się od­dział Dar­da­nele. Bos­for Cztery za­legł w ro­wie po dru­giej stro­nie ulicy, pruł krót­kimi se­riami i po­wstrzy­my­wał na­tar­cie spo­mię­dzy za­bu­do­wań wio­ski, pod­czas gdy druga sek­cja za­jęła po­zy­cje bli­żej zgliszcz świą­tyni.

Upiorni strzelcy zło­żyli się do strzału. Pierw­szy sze­reg przy­klęk­nął. Rzu­cone przez ka­no­ni­ków Rok­sany gra­naty po­to­czyły się po nad­pa­lo­nej tra­wie.

For­ma­cja prze­klę­tych fi­zy­lie­rów wy­pa­liła w dwóch sal­wach. Kule z ła­two­ścią prze­biły ka­ro­se­rię, za­dzwo­niły o grubą bla­chę kon­te­nera na śmieci. Świ­snęły po­nad gło­wami ka­no­ni­ków, za­dzwo­niły o fa­sady do­mów po dru­giej stro­nie drogi. Ktoś krzyk­nął prze­cią­gle. Je­den z gra­na­tów po­to­czył się pod nogi nie­umar­łego fi­zy­liera. Strze­lec spoj­rzał w dół i umarł po raz drugi.

De­to­na­cje zmio­tły pierw­szy sze­reg wraz z ofi­ce­rem. Wroga for­ma­cja uto­nęła w dy­mie, da­jąc przy­szpi­lo­nemu ogniem Bos­fo­rowi Dwa czas na prze­gru­po­wa­nie. Ta­de­usz mi­nął ją z pra­wej, siał ogniem po fi­zy­lie­rach, któ­rzy po­śpiesz­nie na­bi­jali lufy flint. Upiorny ofi­cer wy­chy­nął z tu­manu. Roz­kła­dał się; strzępy mun­duru od­pa­dały ca­łymi pła­tami, zdmuch­niętą siłą eks­plo­zji czapka od­sło­niła czaszkę po­krytą strzę­pami skóry. Ta­de­usz w ostat­niej chwili usko­czył przed za­ma­szy­stym cię­ciem sza­bli. Kolbą ude­rzył w bark, zbu­do­wał dy­stans od prze­ciw­nika i prze­orał jego pierś prze­cią­gniętą se­rią.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki