Rozdział 1 Zarrah
Statek unosił się i opadał, a łoskot fal uderzających o jego kadłub ogłuszał. Wzburzona woda świadczyła o gwałtownych sztormach na Burzliwych Morzach - jakby nawet żywioły strzegły Ithicany, kiedy królestwo odzyskiwało siły. Choć nie miało wielu powodów do obaw, jako że Maridrina i Valcotta skupiały się na sobie nawzajem.
A Zarrah była podpałką, która zmieniła tlące się węgielki Wiecznej Wojny w szalejący pożar.
W ciągu godzin i dni, jakie minęły od czasu, kiedy jej ciotka, cesarzowa Valcotty Petra Anaphora, skazała ją na uwięzienie na Diabelskiej Wyspie, Zarrah zrozumiała, dlaczego nie została skazana na śmierć - karę dla zdrajczyni.
Cesarzowa pragnęła wojny z Maridriną.
Więcej, pragnęła zniszczyć mężczyznę, który według niej pogrzebał jej szanse na spalenie Vencii. Króla, który stał się jej obsesją. Kerisa.
Zarrah zagryzła knebel i poczuła ściskanie w piersi, kiedy oczyma duszy ujrzała jego twarz. Wspominała zawsze jedną chwilę - kiedy stali w najwyższym punkcie Południowej Strażnicy. Kiedy uświadomiła sobie, że informacje na temat planu uratowania Ithicany, które mu przekazała, Keris wykorzystał, by ocalić ją.
"Ludzie zawsze umierali, Zarrah - słyszała głos Kerisa w ciemnościach swojej celi. - Musiało dojść do bitwy. Ja jedynie zmieniłem jej pole".
Eranahl.
Keris zmienił pole bitwy z mostu na miasto, które Ithicana tak desperacko pragnęła ocalić. Wiedział, że królestwo wystawi do obrony wszystkich dostępnych żołnierzy. Upewnił się, że będzie to szybka i decydująca bitwa, by Zarrah nie dotarła do miasta na czas.
"Zabierz żołnierzy na statki i wracaj do domu, Zarrah, bo nikt nie może oskarżyć cię o to, że postąpiłaś źle. Szpiedzy cesarzowej widzieli, że obrona Vencii była zbyt mocna, żebyś mogła zaatakować. A co się tyczy twojego przybycia na Południową Strażnicę... Mój ojciec wkrótce zdobędzie niekwestionowane panowanie nad mostem, a cesarzowa wyjdzie na idiotkę, że nie zrobiła więcej, by go powstrzymać. Ty przynajmniej próbowałaś".
Próbowała. Ale była też na tyle głupia, że zdradziła strategię wrogowi.
"Odzyskaj jej łaski i umocnij swoją pozycję jako jej spadkobierczyni. Zostań cesarzową. Zrób wszystkie dobre rzeczy, o których marzyłaś. Ja zrobię to samo i... Moglibyśmy zmienić świat, Zarrah. Doprowadzić do pokoju między dwoma narodami, które od pokoleń prowadziły wojnę. Ocalić życie tysięcy naszych rodaków. Ale nie da się tego osiągnąć bez poświęcenia, a zatem trzeba było poświęcić Ithicanę".
Ostatecznie Ithicana odniosła zwycięstwo. Ale w tamtej chwili Zarrah wierzyła, że Keris skazał Arena i jego królestwo na zagładę, i ciągle słyszała w głowie swoje oskarżenia: "Mówisz, że zrobiłeś to dla naszych królestw, ale to nie o to chodzi, prawda?". Niech Bóg ma nad nią litość, bo będzie pamiętała ból, jaki wówczas czuła, do czasu, aż obróci się w proch w grobie. "Zrobiłeś to dla mnie. Aby mnie ocalić. Przyznaj się!"
"Zarrah..."
"Przyznaj się!"
"Nie mogę... Nie mogłem pozwolić, żebyś umarła".
Kerisowi nie spodobał się jej plan, jej wybór, więc go jej odebrał. Fakt, że Ithicana zwyciężyła i pokonała Maridrinę, nie miał znaczenia, bo to było czyste szczęście. Do zwycięstwa doprowadziły nadejście sztormu i przybycie królowej Ithicany - nie zamiar Kerisa. "Nie chcę cię już nigdy więcej widzieć. Nie chcę słyszeć twojego głosu. A jeśli nasze ścieżki jeszcze kiedyś się przetną, zabiję cię".
Zarrah zadrżała, kiedy w jej głowie ucichły ostatnie słowa, które niegdyś wypowiedziała. Nie było już szans na to, by Keris zginął od ciosu jej broni, gdyż po tym, jak Sroka wyjawił prawdę na temat jej związku z Kerisem cesarzowej, Zarrah już nigdy nie będzie wolna. Statek, na którego pokładzie się znajdowała, płynął na Diabelską Wyspę, a w całej historii tego osławionego więzienia nikt z niego nie uciekł.
Diabelska Wyspa.
Za każdym razem kiedy Zarrah myślała o celu rejsu, robiło jej się niedobrze. Było to więzienie dla najgorszych zbrodniarzy w cesarstwie. Najohydniejszych i najbardziej niebezpiecznych mężczyzn i kobiet, dla których wyrok śmierci byłby łaską.
Nie dla ludzi takich jak ona.
Cesarzowa dotrzymała słowa i Zarrah nie była sądzona. Nie została też publicznie potępiona ani poprowadzona ulicami miasta.
Nic.
Zupełnie jakby ciotka chciała utrzymać czyny Zarrah w tajemnicy przed całą Valcottą.
A może chciała wymazać jej istnienie.
Na pokładzie rozległy się kroki, które wytrąciły Zarrah z zamyślenia. Przed jej celą pojawiła się zakapturzona postać niosąca latarnię, ale jej blask był zbyt słaby, by ukazać rysy twarzy skrytej pod kapturem.
Nie miało to jednak znaczenia. Zarrah zawsze i wszędzie rozpoznałaby kroki ciotki.
Kobieta sięgnęła przez kraty i wyjęła knebel z ust Zarrah.
- Witaj, kochanie.
Zarrah z trudem powstrzymała wzdrygnięcie, słysząc to pieszczotliwe określenie, zwłaszcza że wciąż jeszcze nie zniknęły sińce na jej żebrach, ślady po ataku furii ciotki.
- Cesarzowo.
Ciotka westchnęła i zsunęła kaptur. Ukazały się jej gęste loki - w świetle latarni zabłysły siwe pasma. Jeśli ostatnie wydarzenia odcisnęły się na cesarzowej, nie było tego widać, bo jej brązowa skóra wyglądała jak zawsze promiennie, a jedyną oznakę wieku stanowiły zmarszczki wokół oczu podkreślonych czarną kredką. W jej uszach i na szyi migotała złota biżuteria, do Zarrah dotarła też delikatna woń kwiatowych perfum. Cesarzowa postawiła latarnię na pokładzie i usiadła naprzeciwko celi Zarrah, oparta plecami o ścianę i z kolanami podciągniętymi pod brodę. Sznurowadła jej wojskowych butów kołysały się.
Zapanowała cisza. Serce Zarrah biło szybciej z każdą mijającą sekundą. Dlaczego ciotka była na pokładzie? Cóż takiego wymagało jej obecności w czasie uwięzienia Zarrah? Co zamierzała powiedzieć? Dlaczego tu była? Czego chciała?
Zarrah zupełnie nie spodziewała się następnych słów ciotki.
- Nie cierpię tego - powiedziała cicho cesarzowa. - Nienawidzę go za to, że nas poróżnił. Naruszył łączącą nas miłość tak bardzo, że nie da się już tego naprawić.
Zarrah zamarła, próbując zrozumieć, jakie szaleństwo motywuje jej ciotkę, choć jednocześnie jakaś jej tchórzliwa część próbowała się uczepić słów tej kobiety. Pragnęła błagać o litość.
Ale Zarrah nie była tchórzem.
- Nie da się tego naprawić, Wasza Cesarska Wysokość. Ale nie z winy Kerisa.
Ciotka sapnęła, jakby Zarrah ją spoliczkowała.
- Jego imię na twoich wargach jest jak nóż wbity w moje serce, kochanie, bo słyszę w twoim głosie sympatię, którą do niego czujesz.
Zarrah wiedziała, że wciąż darzy Kerisa uczuciem. I nienawidziła tego. Powiedziała jednak:
- Mylisz się.
Ciotka przyglądała się Zarrah przez dłuższą chwilę, po czym odwróciła wzrok. Na jej twarzy malował się głęboki smutek.
- Niech Bóg ma nad nami miłosierdzie! Ten szczur głęboko wbił pazury w twoje serce, a to wszystko moja wina. - Po jej policzku spłynęła łza, ale wytarła ją gwałtownym ruchem. - Przygotowywałam cię do życia na tak wiele różnych sposobów, ale nie uczyłam cię o perfidii mężczyzn.
Zarrah prychnęła z odrazą.
- Jestem dorosłą kobietą, nie piętnastoletnią dziewicą, która nigdy się z nikim nie całowała. Nie był moim pierwszym kochankiem.
- Niezgrabne obłapywanki żołnierzy. Tymczasem mężczyzna taki jak on uwodzi z mistrzostwem kurtyzany. Nie miałaś z nim szans i ja ponoszę za to winę, kochanie. - Jej głos ociekał litością. - Powinnam była dopilnować, żebyś zdobyła dość doświadczenia i umiała się oprzeć jego urokowi.
Zarrah czuła, że się rumieni, i złościła się na samą siebie, że pozwoliła, by ciotka tak jej dopiekła.
- Kiedy się spotkaliśmy, on nie miał pojęcia, kim jestem, a moją tożsamość poznał... później.
- Po tym, jak uprawiałaś z nim seks? - Cesarzowa westchnęła. - Twierdzisz, że masz doświadczenie z mężczyznami, ale mówisz wstydliwie jak dziewczynka.
Zarrah zacisnęła pięści, świadoma, że daje się podpuścić, ale nie potrafiła się powstrzymać.
- Mogę...
Ciotka uniosła dłoń, by ją uciszyć.
- Szczur wiedział, że jesteś Valcottanką. Że jesteś żołnierką. Twój sposób mówienia powiedział mu, że pochodzisz z określonej klasy, a zatem masz określoną pozycję. Wszystko to czyniło cię wyzwaniem godnym jego zainteresowania. Łupem do zdobycia i do wykorzystania, kiedy dowiedział się, jak cenna jesteś w rzeczywistości.
- Udajesz, że wiesz coś na temat, o którym nie masz pojęcia. - Dlaczego ciotka tak drążyła ten temat? Jaki był jej cel? Po co zagłębiała się w intencje Kerisa, skoro Zarrah już się go wyparła?
- Jeśli byłaś tylko kochanką, a nie łupem wartym zatrzymania, czemu zabrał cię do Vencii? Czemu nie zorganizował twojej ucieczki?
- Próbował - odparła Zarrah, zastanawiając się, czy lepiej walczyć z ciotką, czy zachować milczenie, i czy to w ogóle miało sens. - Rozkazałaś, by mnie porzucono. Yrina mi to wyjawiła, po tym jak została pojmana.
Cisza.
- Przyszło ci na myśl, że wszystko, co mi zarzucasz, pochodzi od szczura? Zmanipulował cię, Zarrah. Wsunął swoje zwinne palce między twoje nogi i bawił się tobą, aż zapomniałaś, kto cię naprawdę kocha. Zapomniałaś, co tak naprawdę się dla ciebie liczy.
- To nie jest prawda. - Zarrah nie była pewna, czy broni Kerisa, czy siebie, wiedziała jedynie, że słowa ciotki zmieniają ostatni rok jej życia w coś mrocznego i ohydnego. - Mówisz o rzeczach, o których nie masz pojęcia.
- Wiem, że wszystko, co zrobił, żebyś zaśpiewała, uczyniło go królem Maridriny, a ciebie zdrajczynią. Wiem, że on pławi się w luksusach w Vencii, a ty płyniesz na Diabelską Wyspę. Kiedy ty się bronisz, on zabawia się podczas orgii, okazując szczególną łaskę kobiecie imieniem... - wyciągnęła z kieszeni kartkę i spojrzała na nią - Lestara. Księżniczka z Cardiff, najmłodsza z żon Silasa. Bardzo piękna, jak słyszałam, i dobrze wyszkolona w łożnicy. Mianował ją głową swojego domostwa i niektórzy podejrzewają, że może uczynić ją królową, choć sądzę, że to próżne marzenia. Maridrina nigdy nie daje kobietom tak dużej władzy. - Schowała papier i dodała: - Ty będziesz głodować i cierpieć, kiedy on będzie rżnął i ucztował.
Zarrah zacisnęła zęby, przed oczami stanęła jej twarz Lestary. Nie było dla niej tajemnicą, że żona z haremu od dawna miała oko na Kerisa. Wydawało się, że w końcu dopięła swego, bo szpiedzy ciotki nie przekazaliby jej niepotwierdzonych pogłosek. Zarrah poczuła ból zaciskający się wokół jej piersi niczym imadło, a ciotka pokręciła głową.
- Wiem, że to cię zasmuca, kochanie, bo on bez wątpienia obiecywał ci wieczność. Ale to nie były obietnice, tylko kłamstwa. Z pewnością teraz to wiesz?
Zarrah zrobiło się niedobrze, bo choć nie miała prawa oczekiwać od Kerisa, że dochowa jej wierności po tym, jak groziła mu śmiercią, jej serce najwyraźniej na to liczyło. Jej serce było idiotą.
- Jesteś ofiarą Kerisa Velianta. - Ciotka zacisnęła pięści, uklękła i spojrzała prosto w oczy Zarrah, a malujące się na jej twarzy przejęcie dorównywało gwałtownością jej głosowi, kiedy powiedziała: - Zmuszę go, żeby zapłacił za to, co ci zrobił. Co zrobił nam.
W oczach Zarrah błysnęły łzy. Złość, poczucie winy i wstyd ją dusiły, ale udało jej się wykrztusić:
- Skoro jestem ofiarą, to dlaczego wysyłasz mnie do tego miejsca? Skoro to na Kerisa jesteś tak wściekła, dlaczego karzesz mnie?
- Bo tylko w ten sposób się nauczysz. - Ciotka sięgnęła przez kraty, by otrzeć łzy z twarzy Zarrah, a później objęła dłonią jej policzek. - Jeśli nie byłoby konsekwencji, co powstrzymałoby cię przed powtórzeniem tego błędu? Co powstrzymałoby cię przed ponownym wejściem do jego łoża pod wpływem słodkich słówek i obietnic rozkoszy?
Nic. I wszystko.
- Wysyłasz mnie do więzienia dla morderców i gwałcicieli, żebym lepiej zrozumiała mężczyzn? - Zarrah splunęła ciotce w twarz. - Pierdol się.
Szybko niczym rozwścieczony wąż cesarzowa złapała siostrzenicę za koszulę i gwałtownie przyciągnęła ją do krat. Jej oddech parzył policzek Zarrah, kiedy krzyknęła:
- Udajesz się na wyspę, bo zdradziłaś Valcottę! Bo dałaś się oszukać Veliantowi! Bo pozwoliłaś, by potomek tego, który zamordował twoją matkę, a moją ukochaną siostrę, napełnił cię swoim nasieniem!
Zarrah skuliła się i próbowała się cofnąć, ale miała związane nadgarstki i nie mogła się zaprzeć. Usłyszała skrzypienie desek, jakby ktoś się zbliżał. W duchu błagała tę osobę o pośpiech, ale korytarz nadal był pusty.
- Ale mimo wszystkiego, co zrobiłaś, wciąż cię kocham. - Głos ciotki drżał od emocji. - Jesteś dla mnie wszystkim, Zarrah. Córką, której nigdy nie miałam. Mimo że inni doradzają mi, bym skazała cię na śmierć, ja daję ci szansę na odzyskanie miejsca u mojego boku. Na udowodnienie, że znów jesteś godna zostać następczynią tronu Valcotty. Wszelkie cierpienia, które cię czekają, będziesz znosiła z jego powodu. A każdą chwilę, którą przeżyjesz, będziesz zawdzięczała mojej miłości.
Łańcuch kotwiczny zagrzechotał, opadając w głębiny. Zarrah znów poczuła strach.
- Oszalałaś, jeśli wierzysz, że zamierzam walczyć o twoje przebaczenie.
- Powiadają, że miłość jest rodzajem szaleństwa - szepnęła ciotka. - I mimo całego bólu serca nikogo nie kocham tak bardzo jak ciebie, kochanie. I na nic tak nie czekam jak na twój powrót.
Zarrah nie mogła zaprzeczyć delikatnemu ściskaniu w sercu, tęsknocie za czasami, kiedy jej ciotka była murem chroniącym ją przed wszelkim cierpieniem, wojowniczką, która uratowała ją przed wrogiem i obiecała zemstę na tych, którzy zniszczyli ich świat. Mimo iż ciotka wypaczała słowa, by służyły jej celom, to kryjąca się w nich prawda miała największą władzę.
Rozległo się echo ciężkich kroków, a później w przejściu pojawił się Bermin. Kuzyn Zarrah ukłonił się swojej matce.
- Nadszedł czas, Wasza Cesarska Wysokość.
Ciotka się podniosła.
- Dziś się rozstajemy, Zarrah. Mam nadzieję, że wykorzystasz tę okazję, by rozważyć decyzje, które podjęłaś, ale również, co ważniejsze, decyzje, które podejmiesz, kiedy zasłużysz na uwolnienie z tego miejsca. - Nie dając Zarrah szansy na odpowiedź, cesarzowa odwróciła się na pięcie i odeszła, mówiąc do syna: - Wszystko ustalone?
Bermin pokiwał głową i przycisnął muskularne ciało do ściany, jakby obok niego pełzła kobra, a nie przechodziła kobieta.
- Dobrze. - Cesarzowa spojrzała na Zarrah. - Dopilnuj, by dotarła do więzienia żywa. To nie egzekucja, to próba.
Kuzyn zaczekał, aż jego matka wyszła na pokład, a później wyciągnął klucz z kieszeni i podszedł do drzwi celi.
- Coś ty narobiła, mała Zarrah? Nigdy nie widziałem jej tak wściekłej. Nawet Welran nie mógł jej uspokoić.
Kuzyn tak rzadko wspominał o osobistym strażniku matki, że Zarrah musiała mrugnąć dwa razy, zanim się skupiła.
- Co ci powiedziała? Jakie powody uwięzienia mnie tutaj podała?
- Nic. - Otworzył zamek. - I żadnego powodu. Tylko że musisz zostać ukarana. - Kuzyn zacisnął wielkie ręce na prętach, a cała konstrukcja zazgrzytała, gdy się o nią oparł. - Jej strażnicy szeptali, że oskarżyła cię o zdradzenie Valcotty, ale te pogłoski zostały wyciszone. Tak naprawdę jako cesarzowa nie musi mieć powodów, żeby cię tu wysłać. Wystarczy jej kaprys.
To była ostatnia szansa Zarrah, żeby wyjawić prawdę. Ostatnia szansa na to, by Valcotta dowiedziała się, że jedynym powodem trwania wojny były pragnienia cesarzowej.
- Próbowałam zakończyć wojnę, Berminie. Niektórzy Maridrini myślą jak ja i też tego pragną. Ostrzegłam ich, że cesarzowa zamierza spustoszyć Vencię, i udało im się powstrzymać atak.
Przechylił głowę.
- Tak samo jak powstrzymali atak na Nerastis.
To był atak, który miał poprowadzić Bermin, a Zarrah wiedziała, jak bardzo jej kuzyn pragnął chwały - okryłby się nią po odzyskaniu spornego miasta dla Valcotty. Zaprzeczanie, że odebrała mu tę możliwość, byłoby oczywistym kłamstwem, dlatego nawet jeśli Bermin jej nie wybaczy, musiał uwierzyć, że mówi prawdę.
- Tak. Zginęłyby tysiące niewinnych, i po co?
- Dla honoru i zemsty - odparł bez wahania.
- Nie. - Gwałtownie pokręciła głową, wiedząc, że kończy jej się czas. - Dla pychy i chciwości. Ciągle walczymy, nie dla dobra Valcotty, ale by zaspokoić ego cesarzowej. Wojna nie musi trwać, Berminie. Moglibyśmy ją zakończyć.
Kuzyn wpatrywał się w nią brązowymi oczami.
- Ci podobnie myślący Maridrini... Czy jest wśród nich Keris Veliant?
Prawda czy kłamstwo? Prawda czy kłamstwo?
- Tak. Zgodziłby się zawrzeć pokój, gdybyśmy dali mu szansę. Ale cesarzowa nigdy nie złoży broni. Ma obsesję na punkcie zniszczenia Maridriny i nie obchodzi jej cena krwi i życia. Z nią jest coś nie tak, Berminie. W jej sercu i umyśle czegoś brakuje, a to zmienia ją w...
- Potwora? - Bermin zaśmiał się zimno. - Dla ciebie to może objawienie, mała Zarrah, ale ja całe życie stawiałem czoło temu potworowi. Znosiłem ostre słowa i pogardę. Nigdy nie byłem dość dobry, niezależnie od tego, co czyniłem. A jeszcze gorzej zrobiło się w dniu, kiedy cesarzowa uznała cię za swoją. Tę dziewczynkę, z której miała ukształtować doskonałą spadkobierczynię, i nieważne, że miała rodzonego syna. Odrzuciła mnie jak śmieci, a jednak ty nie dostrzegałaś jej natury do chwili, kiedy moja matka użyła swojego jadu przeciwko tobie.
Nie mylił się. Zarrah wiele razy widziała, jak ciotka traktuje Bermina, i nigdy nie powiedziała ani słowa. Nic nie zrobiła. Jednak, oceniając z perspektywy czasu, najgorsze było to, że wierzyła, iż kuzyn zasługuje na pogardę, z jaką traktowała go matka.
- Przykro mi.
- Nie wątpię. - Bermin puścił pręty, sięgnął do środka i znów wepchnął jej knebel do ust. - Może gdybyś kiedyś się mną przejmowała, teraz bym ci pomógł.
Otworzył kratę, złapał skrępowane nadgarstki Zarrah i pociągnął ją korytarzem, a później po drabinie na pokład.
Była noc, zimny wiatr niósł woń sosen i lodu.
Zarrah zmrużyła oczy oślepiona blaskiem licznych latarni oświetlających statek. Pokład był pusty, cała załoga skryła się pod nim, kiedy dostarczono Zarrah strażnikom więzienia czekającym przy relingu.
Ale to nie strażnicy przyciągnęli jej wzrok.
Za nimi wznosił się klif - jego pionową ścianę przecinało pęknięcie szerokości najwyżej połowy statku, na pokładzie którego teraz stała. Obie strony pęknięcia łączył półkolisty pirs, a pomost oświetlony pochodniami wychodził w morze jak płonący język.
Diabelska Wyspa. Osławione więzienie.
Opowieści o wyspie były równie liczne jak te szeptane o zesłanych na nią więźniach. Mimo że Zarrah zajmowała wysoką pozycję, nigdy nie miała do czynienia z więzieniem, bo każdego zbrodniarza, którego złapała, wysyłano do Pyrinat, by został osądzony. Oczywiście słyszała pogłoski o kanale wykutym w skałach, który biegł spiralnie w głąb, otaczał więzienie i bez ustanku wciągał morze do swego wnętrza, ale nigdy nie pozwalał mu wypłynąć na zewnątrz.
Jakby woda krążyła, a później spływała w dół do samych piekieł.
- To skazana? - spytała jedna ze strażniczek, kiedy Bermin pociągnął Zarrah bliżej.
- Tak. Jest wolą cesarzowej, by ta kobieta została oddana wyspie, co jest karą za jej zbrodnie.
- W takim razie w imię cesarzowej weźmiemy ją.
Kobieta sięgnęła po rękę Zarrah, ale Bermin jej nie puścił.
- Sam ją dostarczę.
- Nikt, kto postawi stopę na wyspie, nie może jej opuścić - stwierdziła strażniczka. - Nawet ci, którzy strzegą jej brzegów. Jeśli postawisz stopę na pomoście, wyspa cię zabierze w taki czy inny sposób.
Słowa strażniczki zmroziły Zarrah krew w żyłach. Jeśli to była prawda, nawet cesarzowa nie mogła wydobyć siostrzenicy z więzienia.
Bermin jednak pozostał niewzruszony.
- Wiesz, kim jestem?
Kobieta skinęła głową.
- Tak, Wasza Wysokość.
- Zatem wiesz, że stoję ponad prawem.
Nie było to w najmniejszym stopniu prawdą, a zmrużone oczy strażniczki świadczyły, że ona o tym wie, ale kobieta powiedziała jedynie:
- To nie prawo cesarzowej, Wasza Wysokość. To prawo wyspy.
"Co to w ogóle znaczy?", zastanawiała się Zarrah.
Bermin splunął na pokład.
- Oszczędź sobie mamrotania. Sam dostarczę więźnia. Wszyscy, którzy staną mi na drodze, pożałują.
Strażniczka wzruszyła ramionami.
- Niech i tak będzie.
Zmuszono Zarrah do wejścia do czekającego barkasu. Bermin ściskał jej nadgarstki tak mocno, że z pewnością zostawił sińce. Łódź odcumowano od statku i choć nikt nie chwycił wioseł, popłynęła szybko w stronę diabelskiego języka, niesiona prądem. Dopiero kiedy się doń zbliżyli, strażnicy zaczęli wiosłować i skierowali łódź na lewą stronę pirsu, gdzie kolejni strażnicy czekali z cumami obok drabiny.
Bermin przeniósł Zarrah na nabrzeże, jakby była dzieckiem. Oczekujący strażnicy zmusili ją, by uklękła, kiedy pozostali wysiadali, a ona wykorzystała tę okazję, by się rozejrzeć. Kolejni mężczyźni i kobiety przyglądali się im z umocnionych strażnic wzniesionych w miejscach, w których półokrągły pirs przylegał do wyspy, w dłoniach luźno trzymali łuki, ale zachowywali czujność. W skale wykuto stopnie prowadzące od strażnic na szczyt. To była jedyna droga na wyspę poza paszczą.
- Wstawaj! - Bermin podniósł Zarrah i ciągnął ją tak, że czubki jej butów ocierały się o kamienny pirs, kiedy szli do środka półksiężyca, a później pomostem do miejsca, gdzie przycumowano łódeczkę.
- Masz dwie możliwości - powiedziała strażniczka. - Kieruj się światłami latarni do serca diabła i zostań tam tak długo, jak zechce cię mieć, albo powiosłuj do zębów i pozwól, by ucztował. Tak czy inaczej, on dostanie twoją duszę.
Zarrah nie odpowiedziała, patrzyła tylko na złowrogą szczelinę w ścianie klifu. Niesione przez wodę drewno wpływało w nią z niepokojącą szybkością. Siła prądu pozbawiała Zarrah złudzeń, że mogłaby powiosłować wbrew niemu. Wiedziała, że kiedy znajdzie się w więzieniu, jedynym sposobem opuszczenia go będzie złożenie przysięgi lojalności ciotce. Jeśli w ogóle istniała możliwość wyjścia...
Zatem nadszedł czas, by walczyć.
Wbiła piętę w górę stopy Bermina. Mężczyzna krzyknął z bólu i rozluźnił uścisk. Zarrah wyrwała się kuzynowi, odepchnęła strażniczkę barkiem i pobiegła pirsem, modląc się, by ustalenia Bermina powstrzymały ich przed zastrzeleniem jej.
Zrobiła najwyżej kilkanaście kroków, kiedy coś uderzyło ją w plecy i przycisnęło do pirsu. Kopnęła piętami. Raz. Dwa razy. Rozległy się przekleństwa, ale później ktoś złapał ją za nogi. Za ręce. Za szyję.
Próbowała odetchnąć, ale ręce się zacisnęły. Spanikowała i zaczęła szarpać te dłonie, ale inne ją powstrzymały. Musiała zaczerpnąć tchu - Boże, pomocy - potrzebowała powietrza.
Cesarzowa skłamała. Albo Bermin nienawidził Zarrah tak bardzo, że nie obchodziły go konsekwencje sprzeciwienia się rozkazom matki. Zrobiło jej się ciemno przed oczami, ale tuż przed tym, nim pochłonęła ją czerń, Bermin powiedział:
- Nie zasługujesz na moje miłosierdzie, zdrajczyni.
Zarrah udało się odetchnąć tylko raz, zanim kuzyn podniósł ją i zaniósł na koniec pirsu. Później leciała. Spadała.
Uderzyła plecami o dno łódki - zaparło jej dech w piersiach, a ból przeszył jej plecy.
- Nie! - próbowała krzyknąć, ale knebel sprawił, że jedynie zawyła. - Proszę!
Przetoczyła się na brzuch i wyciągnęła związane ręce do strażników, którzy patrzyli na nią bez litości. Każdy, kto przybył na wyspę, był demonem zasługującym na karę, a ponieważ nie znali jej imienia, nie mieli powodów myśleć, że jest inna.
Jeśli trafi do tego miejsca, albo ono pochłonie jej duszę, albo zrobi to cesarzowa.
Bermin odwiązał cumy. Pozwolił, by prąd odciągał łódkę od pirsu do chwili, aż trzymał sam koniec liny. Krzycząc przez knebel, Zarrah sięgnęła związanymi rękami do jednego z wioseł, próbując utrzymać łódkę w miejscu, ale udało jej się jedynie ustawić ją bokiem. Potrzebowała obu wioseł. Potrzebowała obu rąk.
Sięgnęła do góry, wyrwała knebel z ust i ugryzła węzeł wokół nadgarstków, ale był zawiązany zbyt ciasno.
Bermin puścił cumę.
Zarrah zgięła kolana, skoczyła i złapała czubkami palców skraj pirsu. Prąd szarpał jej stopy i próbował ją oderwać.
Starała się utrzymać na mokrym kamieniu. "Wspinaj się - rozkazała samej sobie. - Podnieś nogę". Wtedy poczuła ciepły oddech na dłoniach.
- Berminie - sapnęła. - Wiem, że mnie nienawidzisz, ale pomyśl o Valcotcie. Pomyśl o ludziach, których można by ocalić, gdyby cesarzowa została odsunięta od władzy.
Kuzyn przyglądał jej się przez dłuższą chwilę ciemnymi oczami, a później szepnął:
- Zgadzam się, mała Zarrah. Valcotta potrzebuje kogoś nowego na tronie, by zachować siły. - W jego dłoni pojawił się nóż. Bermin przeciął nim więzy na jej nadgarstkach, zanim się wyprostował.
Zarrah odetchnęła z ulgą, mocniej złapała krawędź pirsu i zaczęła się podciągać.
- Ale to nie będziesz ty! - Bermin podniósł stopę, po czym mocno nadepnął na palce Zarrah.
Zarrah krzyknęła, kiedy rozluźniła uchwyt. Lodowata woda zamknęła się nad jej głową, a prąd natychmiast pociągnął ją do tyłu.
"Płyń!"
Machała nogami, kierując się ku powierzchni. Zalała ją fala przerażenia, bo prąd spychał ją w stronę szczeliny w urwisku. Wpatrywała się w kuzyna, który stał z rękami założonymi na piersiach i patrzył, jak wciąga ją paszcza diabła.