Wieczna noc - Guillermo del Toro, Chuck Hogan

-
Proszę czekać

FRAGMENT DZIENNIKA EPHRAIMA GOODWEATHERA

Drugiego dnia ciemności przeprowadzili obławę. Na najlepszych i najświatlejszych: tych u szczytu władzy, zamożnych i wpływowych.

Prawodawców i prezesów firm, potentatów i intelektualistów, buntowników i osoby cieszące się największą popularnością w społeczeństwie. Nikt nie został przemieniony; wszystkich zabito, unicestwiono. Ich egzekucja była szybka, publiczna i brutalna.

Jeśli nie liczyć garstki ekspertów z każdej dziedziny, wszyscy przywódcy i liderzy zostali wyeliminowani. Wychodzili, potępieni, z River House, Dakota, Beresford i tym podobnych miejsc. Wszyscy zostali zatrzymani i zapędzeni do największych na świecie punktów gromadzenia się ludności, takich jak National Mall w Waszyngtonie, Nanjing Road w Szanghaju, Plac Czerwony w Moskwie, stadion w Kapsztadzie czy Central Park w Nowym Jorku. Tam, w przerażającej orgii rzezi, zostali zgładzeni.

Podobno ponad tysiąc strzyg przeprowadziło szaleńczy nalot na budynki wzdłuż Lexington i budowle otaczające Gramercy Park. Próby przekupstwa, oferowanie pieniędzy czy usług nic nie dały. Miękkie, wypielęgnowane dłonie unosiły się w błagalnych gestach. Ciała dygotały w konwulsjach, zwisając z latarni wzdłuż całej Madison Avenue. Na Times Square na wysokich na sześć metrów stosach całopalnych płonęły opalone, zadbane ciała. Roztaczając dokoła woń grilla, elita Manhattanu rozświetlała blaskiem gorejących stosów puste ulice, zamknięte sklepy z tabliczkami CAŁKOWITA WYPRZEDAŻ i wyłączone już, milczące ekrany ciekłokrystaliczne.

Mistrz najwyraźniej starannie wyliczył właściwą liczbę, mającą zapewnić niezbędną równowagę, liczbę wampirów potrzebnych do zyskania dominacji, bez nadmiernego uszczuplenia zapasów krwi. Jego podejście było ściśle metodologiczne i rzeczywiście wyliczone matematycznie. Osoby starsze i niepełnosprawne także zostały wyłapane i zlikwidowane. To była czystka i pucz. W ciągu tych siedemdziesięciu dwóch godzin, znanych odtąd jako Noc Zero, dokonano eksterminacji niemal jednej trzeciej populacji całej ludzkości.

Hordy przejęły kontrolę na ulicach. Oddziały policyjne do tłumienia zamieszek, drużyny SWAT i armia Stanów Zjednoczonych - fala potworów rozprawiła się z nimi wszystkimi. Ci, którzy ulegli, i ci, którzy się poddali, pozostali - w roli strażników i opiekunów.

Plan Mistrza okazał się ogromnym sukcesem. W brutalnie darwinowski sposób Mistrz wyselekcjonował tych, którzy mieli pozostać przy życiu ze względu na swą uległość i podatność na wpływy oraz możliwość ukształtowania. Rosnąca w nim siła była naprawdę przerażająca. Po unicestwieniu Pradawnych jego kontrola nad hordą, a za jej pośrednictwem nad całym światem, rozszerzyła się i stała się bardziej wyrafinowana. Strzygi nie błąkały się już po ulicach jak bezmyślne zombie, lecz atakowały i pożywiały się, kiedy tylko chciały. Ich działania były skoordynowane. Jak pszczoły w ulu albo mrówki w mrowisku, najwyraźniej wszystkie miały określone role i obowiązki. Były oczami Mistrza na ulicach.

Na początku w ogóle nie było światła dziennego. Kiedy słońce stało w zenicie, przez kilka sekund dało się ujrzeć jego słabe promienie, ale poza tym ciągle panowały nieprzeniknione ciemności. Teraz, w dwa lata później, promienie słońca przesączały się przez zatrutą atmosferę tylko przez dwie godziny każdego dnia, ale blade światło, jakie dawały, było niczym w porównaniu z tym, które kiedyś ogrzewało Ziemię.

Strzygi były wszędzie, jak pająki czy mrówki, dopilnowując, aby ci, którzy pozostali przy życiu, naprawdę rzetelnie przykładali się do wyznaczonych im rutynowych czynności...

A najbardziej wstrząsające było chyba to, jak niewiele zmieniło się życie. Mistrz wykorzystał najlepiej, jak potrafił, chaos społeczny, jaki zapanował w pierwszych paru miesiącach. Niedobór jedzenia, wody pitnej, środków czystości i sił porządkowych dały się społeczeństwu we znaki do tego stopnia, że kiedy przywrócona została podstawowa infrastruktura, kiedy wdrożono program racjonowania żywności, a naprawiona sieć elektryczna pozwoliła rozproszyć mrok długich nocy, spotkały się one z wdzięcznością i posłuszeństwem. Bydło - aby się poddać i ulec - potrzebowało odzyskania choćby namiastki ładu i rutyny. Przywrócenia niedwuznacznej struktury władzy.

W ciągu niespełna dwóch tygodni większość systemów zostało przywróconych. Znów była woda, prąd, a nawet telewizja kablowa, choć obecnie puszczano same powtórki, ale za to bez reklam. Sport, wiadomości, wszystko bez wyjątku, powtórki. Nie produkowano żadnych nowych programów. A ludziom to się spodobało.

Szybki transport był w nowym świecie priorytetem, ponieważ prywatne auta należały do rzadkości. Samochody mogły być potencjalnymi bombami i choćby z tego względu nie było dla nich miejsca w nowym policyjnym państwie. Samochody były przejmowane i złomowane. Wszystkie pojazdy na ulicach należały do służb publicznych: policji, straży pożarnej, zakładu oczyszczania miasta - wszystkie były sprawne i kierowane przez usłużnych, uległych ludzi.

Ten sam los spotkał samoloty. Jedyną czynną flotą dysponowała korporacja Stoneheart, wielonarodowa firma trzymająca łapę na dystrybucji żywności, energii elektrycznej i przemyśle wojskowym, która była przez Mistrza wykorzystywana w trakcie przejmowania przez niego kontroli nad planetą i która dysponowała obecnie mniej więcej siedmioma procentami wszystkich maszyn, jakie kiedyś latały po niebie nad naszym globem.

Srebro uznano za metal zakazany, stało się więc walutą handlową, powszechnie pożądaną i wymienialną za kartki lub punkty żywnościowe. Za odpowiednią jego ilość mogłeś nawet załatwić dla siebie lub ukochanej osoby możliwość wydostania się z tej lub innej farmy.

Farmy były jedynym całkiem nowym elementem w tym nowym świecie. Szkolnictwo upadło, nikt już nie czytał książek, nie było mowy o samodzielnym myśleniu.

Zagrody i rzeźnie były obsługiwane i pracowały przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Wyszkoleni naczelnicy i opiekunowie bydła zaopatrywali strzygi w potrzebne im substancje odżywcze. Szybko ukształtował się nowy system klasowy. System kast biologicznych: strzygi najbardziej lubiły B Rh plus. Piły krew każdego rodzaju, ale B Rh plus niósł ze sobą szczególne korzyści - jak mleko o różnej zawartości tłuszczu - a może lepiej zachowywał swoisty smak i jakość, już po wytoczeniu z ciała, i lepiej znosił zarówno rozlewanie, jak i przechowywanie. Ci, którzy dysponowali inną grupą krwi niż B, byli robotnikami, farmerami, zwykłymi pracownikami fizycznymi. BRh plus byli jak najlepsza wołowina z Kobe. Dbano o nich, zapewniano im rozmaite korzyści i środki odżywcze. Otrzymywali nawet podwójne naświetlania w obozach UV, aby we właściwych ilościach zaczęła uaktywniać się w ich organizmach witamina D. Ich rutynowe, codzienne czynności, równowaga hormonalna i koniec końców także reprodukcja były systematycznie regulowane, by sprostać koniecznym wymaganiom.

I tak się to wszystko toczyło. Ludzie chodzili do pracy, oglądali telewizję, jedli posiłki i kładli się do łóżek. Ale w ciemnościach i w ciszy popłakiwali i przewracali się z boku na bok, wiedząc aż za dobrze, że ci, których znali, ci, którzy byli im bliscy, nawet najbliżsi, z którymi dzielili łóżka, mogli nagle zniknąć, pochłonięci przez betonowe mury najbliższej farmy. A wówczas przygryzali bezsilnie usta i płakali, bo nie było innego wyjścia, jak tylko się podporządkować. Zawsze był ktoś jeszcze (rodzice, rodzeństwo, dzieci), kto był od nich uzależniony. Czyjś los zależał właśnie od nich. Zawsze był ktoś, kto dawał im patent na strach, kto błogosławił ich tchórzostwo.

Kto mógłby przypuszczać, że będziemy z taką nostalgią wspominać burzliwe lata dziewięćdziesiąte i początek dwudziestego pierwszego wieku. Czasy zamętu, politycznej małostkowości i oszustw finansowych poprzedzających upadek dawnego porządku świata... i w porównaniu z tym, co działo się teraz, można było z całą powagą powiedzieć, że był to naprawdę złoty wiek. Wszystko to, kim byliśmy, przepadło - cały ład i porządek społeczny. Staliśmy się trzodą. Staliśmy się bydłem.

Ci z nas, którzy wciąż żyją, ale nie przyłączyli się do systemu... my wszyscy... staliśmy się anomaliami... Jesteśmy robactwem. Szkodnikami. Poluje się na nas.

A my nie mamy możliwości, aby stawić opór...

KELTON STREET. WOODSIDE. QUEENS

Gdzieś w oddali rozległ się krzyk, a doktor Ephraim Goodweather obudził się gwałtownie. Targnął się na kanapie, przewracając się na wznak, a potem siadając. Jednym szybkim ruchem chwycił oplecioną powycieraną skórą rękojeść miecza wystającego z plecaka stojącego na podłodze obok niego i zadał zamaszysty cios, a srebrne ostrze z dźwięcznym świstem przecięło powietrze.

Jego okrzyk bojowy, gardłowy, ochrypły, uwolniony przez koszmary, nagle się urwał. Ostrze zadrgało, nie napotykając żadnej przeszkody.

Był sam.

Dom Kelly i jej kanapa. Znajome rzeczy.

Salon w domu jego byłej żony. Krzyk okazał się dźwiękiem odległej syreny, przetworzonym przez jego uśpiony umysł w ludzki wrzask.

Znów śnił. O ogniu i postaciach - niewyraźnych, lecz mających z grubsza ludzkie kształty - utkanych z oślepiającego światła. Punkt krytyczny. On sam był w tym śnie, a postacie mocowały się z nim tuż przed tym, jak światło pochłonęło wszystko. Zawsze budził się wtedy ożywiony i wyczerpany, jakby fizycznie walczył z przeciwnikiem. Sen pojawił się znikąd. Mógł śnić o najróżniejszych, zgoła zwyczajnych rzeczach - pikniku, korku na drodze, dniu pracy w biurze - gdy nagle pojawiało się światło, spowijając wszystko, a potem zjawiały się srebrzyste istoty.

Zaczął szukać po omacku swojej torby z bronią - zmodyfikowanej torby sportowej dla bejsbolistów, którą zwinął wiele miesięcy temu z jednej z górnych półek splądrowanego Modell's przy Flatbush Avenue.

Był w Queens. Dobra. DOBRA. Wszystko już do niego wracało. Znów urwał mu się film. Raz jeszcze niebezpiecznie zabalował. Wsunął miecz z powrotem do torby z bronią, po czym ułożył się na wznak, ściskając głowę obiema rękami jak pękniętą szklaną kulę, którą podniósł delikatnie z podłogi. Jego włosy wydawały się dziwnie sztywne i obce. Pulsowało mu w głowie.

PIEKŁO NA ZIEMI. JASNE. KRAINA POTĘPIONYCH.

Rzeczywiście była upartą suką. Przebudził się w prawdziwym koszmarze. Wciąż żył - i nadal był człowiekiem - co w sumie nie znaczyło zbyt wiele, ale było najlepszym, czego mógł oczekiwać.

OT, KOLEJNY DZIEŃ W PIEKLE.

Ostatnią rzeczą, jaką zapamiętał ze snu, fragmentu snu, który przylgnął do jego świadomości niczym lepki powidok, był obraz Zacka skąpanego w palącym, srebrzystym świetle. Tym razem to z jego postaci wypłynął oślepiający rozbłysk.

- TATO - powiedział Zack, odnajdując spojrzenie Epha. Następnie światło pochłonęło wszystko.

To wspomnienie wywołało u niego zimne dreszcze. Dlaczego nie był w stanie znaleźć w snach choć odrobiny wytchnienia od tego piekła? Czy nie tak powinno to działać? Równoważyć przerażającą egzystencję snami o ucieczce i uwolnieniu? Czegóż by nie oddał za sen o czysto sentymentalnej wymowie, odrobinę słodyczy dla jego umysłu.

Eph i Kelly świeżo po studiach, trzymający się za ręce i wędrujący przez pchli targ w poszukiwaniu tanich mebli i drobiazgów do swego pierwszego mieszkania...

Zack, jeszcze jako berbeć, wędrujący zawadiackim krokiem po całym mieszkaniu, tupiący mały szef w pieluszce...

Eph, Kelly i Zack zasiadający przy stole do kolacji, złożone ręce, pełne półmiski i oczekiwanie, aż chłopiec odmówi modlitwę dziękczynną, co czynił z niemal obsesyjną gorliwością...

Tymczasem sny Epha przypominały kiepsko nakręcony film "ostatniego tchnienia". Znajome twarze z jego przeszłości, zarówno wrogowie, znajomi, jak i przyjaciele, byli tropieni i porywani na jego oczach, podczas gdy on nie mógł do nich dotrzeć, pomóc im ani nawet odwrócić wzroku.

Usiadł, wyprostował się i wstał, opierając się jedną ręką o kanapę. Wyszedł z salonu i podszedł do okna, skąd rozciągał się widok na ogród za domem. Niedaleko stąd było lotnisko La Guardia. Widok samolotu, odległy dźwięk silnika odrzutowego stanowiły obecnie nie lada atrakcję. Na niebie nie było widać przesuwających się świateł. Przypomniał sobie jedenasty września dwa tysiące pierwszego roku i to, jak puste niebo wydawało się wówczas surrealistyczne i jaką osobliwą ulgą było, gdy w tydzień później samoloty znów się pojawiły. Teraz nie było już ulgi. Nie było powrotu do normalności.

Eph zastanawiał się, która mogła być godzina. Wcześnie rano, jak sądził, oszacowując to na podstawie podpowiedzi jego własnego, niestety, coraz bardziej zawodnego wewnętrznego zegara. Było lato, przynajmniej wedle dawnego kalendarza, i słońce powinno stać wysoko na niebie, pieszcząc wszystko swymi gorącymi promieniami.

Tymczasem przeważała ciemność. Naturalny porządek dnia i nocy został zniszczony przypuszczalnie na zawsze. Słońce zostało spowite przez gęstą chmurę popiołów unoszących się w powietrzu. Nowa atmosfera składała się z detrytusu wybuchów nuklearnych i erupcji wulkanicznych, jakie miały miejsce na całym globie, zielono-błękitna słodka czekoladka została otoczona powłoką trującego lukru. Wszystko to zestaliło się w gęstą izolującą warstwę, spowijającą Ziemię w ciemnościach, chłodzie i niedopuszczającą do jej powierzchni promieni słońca.

Wieczna noc. Planeta zmieniła się w blady, gnijący świat mroku, domenę szronu i wiecznej udręki. Doskonała ekologia dla wampirów.

Według ostatnich wiadomości nadawanych na żywo, które od dawna były objęte cenzurą, ale krążyły, jak porno, na stronach internetowych, te postapokaliptyczne warunki panowały bez wyjątku na całej Ziemi. Naoczni świadkowie mówili o ciemniejącym niebie, czarnych deszczach i złowieszczych chmurach, gęstniejących, lecz nigdy nie rozwiewających się zupełnie. Zważywszy na ruch obrotowy planety i kierunki wiatru, bieguny, oba skute lodem, zarówno północny, jak i południowy, były teoretycznie jedynymi miejscami na całej planecie, gdzie regularnie, w zależności od pory roku, docierały promienie słońca... Choć nikt nie miał co do tego całkowitej pewności.

Szczątkowe promieniowanie po eksplozjach nuklearnych i stopieniu rdzeni reaktorów w elektrowniach atomowych było z początku wysokie, wręcz katastrofalne, zwłaszcza w rejonie poszczególnych epicentrów. Eph i pozostali spędzili blisko dwa miesiące pod ziemią, w tunelach kolejowych pod rzeką Hudson, toteż uniknęli krótkotrwałych opadów promieniotwórczych. Ekstremalne warunki meteorologiczne i szalejące wichury dokonały ogromnych szkód na wielkich obszarach, ale równocześnie pomogły w rozproszeniu promieniowania; opad radioaktywny usunęły silne ulewy, wywołane przez drastyczne zmiany w ekosystemie, i jeszcze bardziej rozproszyły szczątkowe promieniowanie. Opad radioaktywny rozkładał się wykładniczo i w krótkim czasie. Obszary, które nie były bezpośrednio narażone na promieniowanie, stały się na tyle bezpieczne, że można było przez nie podróżować, a sama ich dekontaminacja zajęła około sześciu tygodni.

Długoterminowe skutki trudno było jak na razie przewidzieć. Pytania związane z ludzką płodnością, mutacjami genetycznymi i wzrostem zachorowań na raka jeszcze przez jakiś czas pozostaną bez odpowiedzi. Jednak te jakże realne problemy przyćmiła obecna sytuacja: po dwóch latach od katastrof atomowych i przejęcia władzy nad światem przez wampiry wszystkie obawy się sprawdziły.

Zawodząca syrena alarmowa ucichła. Te dźwięki ostrzegawcze, mające na celu przepłoszenie ludzkich intruzów i zwrócenie uwagi, wciąż od czasu do czasu się rozlegały, choć nie tak często jak w pierwszych miesiącach, kiedy syreny wyły niemal bez przerwy, przypominając agonalne krzyki całej dogorywającej rasy ludzkiej. Kolejna pozostałość cywilizacji obracała się w niwecz.

Gdy ucichł alarm, Eph zaczął nasłuchiwać potencjalnych intruzów. Wampiry mogły przedostawać się przez okna w cuchnących, wilgotnych piwniczkach i dusznych, zakurzonych poddaszach. Były w stanie wejść do środka przez każdy otwór i nigdzie już nie było bezpiecznie. Nawet tych kilka godzin dziennego światła, a raczej wiecznej szarówki każdego dnia, niosło ze sobą ogromne ryzyko. Czas dzienny był dla ludzi objęty godziną policyjną. To był najlepszy czas dla Epha i pozostałych, aby mogli się przemieszczać - nie narażając się na bezpośrednią konfrontację ze strzygami, a zarazem wyjątkowo niebezpieczny z uwagi na inwigilację i wścibskie oczy ludzkich stronników, pragnących poprawić warunki swego życia.

Eph oparł czoło o szybę. Chłód okiennego szkła okazał się przyjemny dla jego rozgrzanej skóry i choć na chwilę przyćmił uporczywe pulsowanie pod czaszką.

Najgorsza była świadomość. To, że ktoś wie, iż jest szalony, nie czyni go ani trochę mniej obłąkanym. Świadomość, że toniesz, w żaden sposób cię nie ratuje - jedynie potęguje uczucie paniki. Strach przed przyszłością i wspomnienie lepszej, jaśniejszej przeszłości było dla Epha równie dojmującym źródłem cierpienia jak sama plaga wampirów.

Potrzebował jedzenia, potrzebował protein. W tym domu nic już nie zostało, wyczyścił go z żywności - i alkoholu - wiele miesięcy temu. Odnalazł nawet zapas batonów Butterfingers zachomikowanych w szafie Matta.

Odsunął się od okna i odwrócił, przeczesując wzrokiem pokój i znajdującą się za nim kuchnię. Próbował sobie przypomnieć, jak się tu znalazł i dlaczego. Zobaczył ślady nacięć na ścianie w miejscu, gdzie używając noża kuchennego, uwolnił faceta swojej byłej żony, dekapitując go, wkrótce po jego przemianie. To było we wczesnym okresie walki, kiedy zabijanie wampirów było niemal tak przerażające jak perspektywa zostania przeistoczonym przez któregoś z nich. Nawet jeśli wspomniany wampir był facetem jego eksżony, mężczyzną, który miał zająć miejsce Epha jako najważniejsza męska postać w życiu Zacka.

Ale ten dławiący odruch ludzkiej moralności dawno już zniknął. To był odmieniony, inny świat, a doktor Ephraim Goodweather, niegdyś wybitny epidemiolog z Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób Zakaźnych, był zupełnie innym człowiekiem. Wirus wampiryzmu skolonizował rasę ludzką. Plaga ogarnęła ludzkość w tempie zamachu stanu, z wyjątkową zjadliwością i gwałtownością. Rebelianci, pełni zapału, potężni i silni, zostali w większej mierze zgładzeni lub przemienieni, pozostawiając pokornych, pokonanych i wystraszonych, by wypełniali polecenia Mistrza.

Eph ponownie podszedł do swej torby z bronią. Z wąskiej, zapinanej na suwak kieszeni do przechowywania rękawic bejsbolowych albo elastycznych opasek frotté wyjął swój wymięty notatnik firmy Moleskine. Obecnie niczego nie był w stanie zapamiętać, jeśli nie zapisał tego w swoim wyświechtanym notesie. Trafiało tam wszystko, od głębokich, filozoficznych przemyśleń po zwyczajne banały. Wszystko musiało być zapisane. To był wewnętrzny przymus Epha. Jego dziennik był ni mniej, ni więcej tylko jednym długim listem do syna. Eph prowadził w ten sposób zapis poszukiwań swego jedynaka. Notował swe spostrzeżenia i teorie związane z wampirzym zagrożeniem. A jako naukowiec zwyczajnie odnotowywał dane i szczegóły zjawiska.

Było to zarazem doświadczenie pomagające mu w zachowaniu choćby pozorów zdrowego rozsądku.

Przez ostatnie dwa lata charakter jego pisma tak się zmienił, że Eph z trudem był w stanie odczytać własne bazgroły. Każdego dnia zapisywał datę, bo była to jedyna wiarygodna metoda śledzenia upływu czasu, gdy nie było się w posiadaniu aktualnego kalendarza. Nie, żeby to miało jakiekolwiek znaczenie - poza dzisiejszym dniem.

Zanotował datę i jego serce zabiło szybciej. Oczywiście. To było to. Dlatego znowu tu wrócił.

Dziś przypadał dzień trzynastych urodzin Zacka.

WEJŚCIE MOŻE GROZIĆ ŚMIERCIĄ - ostrzegał napis na tabliczce przymocowanej na drzwiach na piętrze, wypisany mazakiem i ozdobiony wizerunkiem nagrobków, szkieletów oraz krzyży. Napis został wykonany młodą ręką. Powstał, kiedy Zack miał siedem czy osiem lat. Sypialnia chłopca ani trochę się nie zmieniła od czasu, gdy ją zajmował, podobnie jak sypialnie wszystkich innych zaginionych dzieci, i stanowiło to symbol czasu, który zatrzymał się w sercach ich rodziców.

Eph wracał do tej sypialni jak nurek raz po raz odwiedzający osiadły na dnie morza wrak statku. To było tajne muzeum, świat zachowany dokładnie w takiej postaci, w jakiej istniał kiedyś. Okno do przeszłości.

Eph usiadł na łóżku, czując, jak materac miękko ugina się pod jego ciężarem, i słysząc uspokajające skrzypnięcie. Znał na pamięć każdą rzecz, jaka znajdowała się w tym pokoju, każdy przedmiot, którego dotykał jego syn w życiu, jakie dotąd prowadził. Teraz był kustoszem tego pokoju; znał każdą zabawkę, każdą figurkę, każdą monetę i sznurówkę, każdy podkoszulek i książkę. Odrzucał od siebie myśl, że pławił się w tym wszystkim jak w nieszczęściu czy w żałobie. Ludzie nie chodzili do kościoła, synagogi lub meczetu, by pławić się w smutku i w żałobie; uczęszczali tam regularnie, bo w ten sposób dawali dowód wiary. Pokój Zacka był teraz świątynią. Tu i tylko tu Eph czuł spokój oraz afirmację swej niezłomnej wewnętrznej postawy.

Zack wciąż żył.

To nie były spekulacje. Ani złudne nadzieje.

Eph wiedział, że Zack wciąż żył i że chłopak nie został dotąd przemieniony.

W minionych czasach, kiedy świat wciąż jeszcze funkcjonował, rodzice zaginionego dziecka mieli środki, po które mogli sięgnąć. Śledztwo prowadzone przez policję przynosiło im pocieszenie, a świadomość, że setki, o ile nie tysiące ludzi identyfikują się i sympatyzują z nimi, łącząc się w bólu i cierpieniu, dodawała im sił, zwłaszcza że wielu z tych ludzi aktywnie uczestniczyło w poszukiwaniach.

To uprowadzenie wydarzyło się w świecie, w którym nie było już policji i nie obowiązywały ludzkie prawa. Poza tym Eph znał tożsamość istoty, która porwała Zacka. Ta istota była kiedyś jego matką. Właśnie tak. To ona dokonała porwania. Ale jej działaniami kierowała wyższa istota.

Król wampirów. Mistrz.

Eph nie wiedział, dlaczego Zack został porwany. Oczywiście chodziło o to, by zranić jego, Epha. I zadowolić pragnienie nieumarłej matki chłopca chcącej ponownie odwiedzić swoich najbliższych, osoby, które za życia darzyła miłością. Zgodnie ze swą podstępną epidemiologią wirus, rozprzestrzeniając się, szerzył wampiryczną, spaczoną odmianę ludzkiej miłości. Przemieniając te osoby w strzygi, przywiązywałeś je do siebie już na zawsze, skazując na egzystencję wolną od trudów i znoju bycia człowiekiem, skoncentrowaną na zaspokajaniu jedynie najbardziej podstawowych potrzeb, takich jak pożywianie się, rozprzestrzenianie się i przetrwanie.

To dlatego Kelly (a raczej istota, która kiedyś nią była) wytworzyła w sobie niemal psychiczną fiksację na punkcie ich syna i dlatego, pomimo starań Epha, zdołała go uprowadzić.

Dokładnie ten sam syndrom, ta sama obsesyjna pasja do przemienienia najbliższych im osób uświadamiała Ephowi, że Zack wciąż jeszcze nie został poddany przeistoczeniu. Gdyby bowiem Mistrz albo Kelly wysączyli chłopca, Zack z całą pewnością wróciłby po Epha jako wampir. Lęk przed takim zdarzeniem - koniecznością stawienia czoła swemu nieumarłemu synowi, nawiedzał Epha już od dwóch lat i od czasu do czasu pogrążał go w otchłani czarnej rozpaczy.

Ale dlaczego? Czemu Mistrz nie przemienił Zacka? Co go przed tym powstrzymywało? Czy chciał mieć środek nacisku - potencjalny atut do wykorzystania przeciwko Ephowi i ruchowi oporu, do którego należał? A może w grę wchodził jeszcze jakiś inny mroczny powód, którego Eph nie był w stanie ani nie śmiał sobie nawet wyobrazić?

Wzdrygnął się, uświadamiając sobie swój dylemat. Gdy chodziło o Zacka, był kompletnie bezbronny. To był jego słaby punkt. Co więcej, owa słabość dorównywała sile Epha: nie mógł zrezygnować z walki o syna.

Gdzie był w tej chwili Zack? Czy gdzieś go przetrzymywano? Czy był torturowany w zastępstwie ojca? Te myśli nie dawały Ephowi spokoju.

To właśnie niewiedza wzbudzała w nim tak wielki niepokój. Pozostali - Fet, Nora, Gus - byli w stanie w pełni poświęcić się pracy na rzecz ruchu oporu, koncentrując na swoich działaniach całą energię i uwagę, ponieważ w tej wojnie wampiry nie miały żadnych zakładników, których mogłyby wykorzystać przeciwko nim.

Odwiedziny w tym pokoju zwykle sprawiały, że Eph nie czuł się tak przeraźliwie samotny w tym przeklętym świecie. Dziś jednak skutek był dokładnie odwrotny. Nigdy dotąd nie czuł się równie samotny jak właśnie tu i teraz.

Eph znów pomyślał o Matcie, facecie swojej byłej żony - o tym, którego zabił na parterze - i o swojej jeszcze do niedawna narastającej obsesji związanej z pogłębiającym się wpływem Matta na wychowanie Zacka. Teraz, każdego dnia, niemal w każdej godzinie zadręczał się myślami o tym, w jakim piekle mógł znajdować się obecnie jego syn, będąc w mocy prawdziwego, nieludzkiego potwora... nieumarłego monstrum.

Opanowawszy się, mimo to wciąż spocony i czując mdłości, Eph wyjął z kieszeni notes i zapisał po raz kolejny to samo pytanie:

GDZIE JEST ZACK?

Zgodnie ze swoim zwyczajem powrócił do ostatniego wpisu. Zauważył notkę na temat Nory i spróbował rozszyfrować gryzmoły.

"Kostnica". "Spotkanie". "Wyruszyć o świcie".

Eph lekko zmrużył oczy, usiłując sobie przypomnieć - i w jednej chwili poczuł głęboki niepokój.

Miał się spotkać z Norą i panią Martinez w dawnym biurze głównego koronera. Na Manhattanie. Dzisiaj. Cholera.

Eph podniósł swoją torbę, w której zabrzęczały głośno srebrne ostrza, po czym zarzucił ją na ramię. Rękojeści jego mieczy wystawały nad jego ramionami jak oplecione antenki. Wychodząc, raz jeszcze rozejrzał się dokoła, dostrzegając na biurku Zacka, obok odtwarzacza CD, starą figurkę Transformersa. To był Sideswipe, czego dowiedział się z należących do Zacka komiksów o przygodach Autobotów i charakterystyk ich postaci. Stanowił prezent dla syna. Dał mu go zaledwie parę lat temu. Jedna z nóg Sideswipe'a była uszkodzona, nadłamana w stawie, zapewne od zbyt częstego używania. Eph zaczął obracać jego ramionami, przypominając sobie, jak Zack bez najmniejszego trudu "transformował" zabawkę z samochodziku w robota i z powrotem niczym mistrz układania kostki Rubika.

- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin - wyszeptał Eph, zanim wrzucił uszkodzoną zabawkę do torby z bronią i ruszył w stronę drzwi.

WOODSIDE

Istota, która kiedyś była Kelly Goodweather, zjawiła się przed swoim dawnym domem przy Kelton Street w kilka minut po odejściu stamtąd Epha. Śledziła mężczyznę - Bliską Osobę, odkąd jakieś piętnaście godzin temu wychwyciła odgłos krwi płynącej w jego żyłach. Kiedy jednak niebo pojaśniało, bo nadeszło południe i przez dwie do trzech godzin mocno rozrzedzone, lecz niebezpieczne promienie słońca zaczęły przesączać się przez gęstą pokrywę chmur otaczających wirującą planetę, musiała zejść pod ziemię i ukryć się, co sprawiło, że straciła sporo czasu. Ale teraz była już blisko.

Towarzyszyły jej dwie czujki o czarnych oczach - dzieci oślepione w wyniku okluzji słonecznej, która zbiegła się w czasie z przybyciem Mistrza do Nowego Jorku, a następnie przemienione przez samego Mistrza, teraz otrzymały szczególny dar w postaci wzmożonej percepcji, drugiego wzroku - zdolności jasnowidzenia. Czujki, małe i szybkie, przemykały wzdłuż chodnika i po opuszczonych samochodach jak wygłodniałe pająki, nie widząc niczego, za to wyczuwając wszystko.

Zazwyczaj wewnętrzne przyciąganie, jakie Kelly czuła wobec Bliskiej Osoby, wystarczyłoby jej, aby mogła wytropić i zlokalizować byłego męża. Jednak sygnał Epha osłabł i został zniekształcony wskutek działania alkoholu oraz środków pobudzających i nasennych na jego układ krążenia i system nerwowy. Nietrzeźwość zakłócała działanie synaps w ludzkim mózgu, spowalniając tempo ich przesyłu i zakłócając sygnały, jak interferencja na kanale radiowym.

Mistrz był szczególnie zainteresowany Ephraimem Goodweatherem, a konkretnie monitorowaniem jego działań na terenie miasta. To dlatego czujki - dawniej brat i siostra, a obecnie istoty niemal identyczne, po tym, jak straciły włosy, genitalia i inne ludzkie cechy płciowe - zostały wysłane przez Mistrza, by towarzyszyły Kelly w prowadzonym przez nią pościgu. Teraz uganiały się w tę i z powrotem wzdłuż niewielkiego niskiego płotu przed domem, czekając, aż Kelly do nich dołączy.

Otworzyła furtkę i weszła na posesję, po czym obeszła cały dom, wypatrując pułapek. W końcu, usatysfakcjonowana, uderzeniem nasadą dłoni wybiła podwójną szybę, sięgnęła przez powstały otwór, odblokowała zasuwkę i uniosła okno pionowo do góry.

Czujki wskoczyły do środka, a Kelly podążyła za nimi. Uniosła brudną bosą nogę i wsunęła ją do pokoju. Następnie bez trudu cała prześlizgnęła się przez otwór o rozmiarach metra kwadratowego. Czujki kręciły się przy kanapie, wskazując na nią jak wyszkolone policyjne psy tropiące. Kelly znieruchomiała na kilka długich minut, otwierając zmysły na wnętrze domostwa. Potwierdziła, że byli sami. Zjawiła się za późno. Wyczuła jednak, że Eph był tu całkiem niedawno. Może uda się jej dowiedzieć czegoś więcej...

Czujki przebiegły po podłodze w stronę okna wychodzącego na północ, dotykając szkła, jakby chciały w ten sposób wchłonąć wciąż pozostające na szybie doznania. Zaraz potem pognały po schodach na górę. Kelly ruszyła za nimi, pozwalając, by czujki węszyły i wskazywały. Kiedy znów je zobaczyła, krążyły po sypialni, a ich wrażliwe parapsychiczne zmysły ożywiły się, wyczuwając niedawną obecność Epha, jak zwierzęta doprowadzone do szaleństwa za sprawą jakiegoś nieprzepartego, lecz skądinąd niezrozumiałego impulsu.

Kelly stanęła pośrodku pomieszczenia, z ramionami opuszczonymi wzdłuż boków. Żar jej wampirycznego ciała, jej palący metabolizm natychmiast poniósł temperaturę w chłodnej sypialni o kilka stopni. W przeciwieństwie do Epha Kelly nie odczuwała nostalgii tak jak ludzie. Nie czuła smutku i tęsknoty za dawnym domem, nie miała też poczucia straty, gdy znalazła się w pokoju syna. Nic już jej nie łączyło z tym miejscem, tak jak nic już nie łączyło jej z żałosną ludzką przeszłością. Motyl nie tęskni za przeszłością, gdy był jeszcze poczwarką, po prostu leci dalej.

Do jej jaźni dotarł nagle cichy szum, w głowie pojawiła się obecność, elektryzując całe ciało. Mistrz patrzył za jej pośrednictwem. Używał jej oczu. Był świadkiem tego, jak prawie im się udało.

To była chwila wielkiego zaszczytu i uprzywilejowania.

Wtem, równie nagle jak się pojawiła, bucząca obecność zniknęła. Kelly nie doświadczyła reprymendy ze strony Mistrza, że nie zdołała schwytać Epha. Czuła się jedynie użyteczna. Spośród wszystkich innych, którzy mu służyli, Kelly dysponowała dwiema rzeczami, wyjątkowo cennymi dla Mistrza. Pierwszą była bezpośrednia więź z Ephraimem Goodweatherem.

Drugą był Zack.

Mimo to Kelly czuła graniczącą z bólem chęć - pragnienie - aby przemienić swego ukochanego syna. To pragnienie osłabło, lecz nie zanikło zupełnie. Odbierała je przez cały czas, jakby czuła się niepełna, jakby wyczuwała jakąś pustkę. To było wbrew jej wampirzej naturze. Mimo to znosiła tę udrękę z jednego tylko powodu: ponieważ Mistrz tego od niej zażądał. Jedynie jego przeczysta wola utrzymywała pragnienia Kelly w ryzach. I dlatego chłopak pozostał człowiekiem. Pozostał niedokończony, niedopełniony. Jednak w żądaniu Mistrza był ukryty cel. Wierzyła w to bez cienia wątpliwości. To, że nie wyjawiono jej motywów działania Mistrza, wynikało z tego, że na razie nie musiała być w to wszystko wtajemniczona. Póki co wystarczyło jej, że widziała chłopca siedzącego u boku Mistrza.

Czujki podskakiwały obok niej, gdy Kelly schodziła po schodach. Podeszła do uniesionego okna i wyszła, tak jak weszła, prawie nie zwalniając kroku. Znów zaczęło padać, wielkie czarne krople deszczu zrosiły jej rozpaloną czaszkę i ramiona, rozpływając się w smużkach pary. Zatrzymując się na biegnącej środkiem ulicy żółtej linii, ponownie wyczuła trop Ephraima, szum krwi w jego żyłach stał się mocniejszy, w miarę jak Goodweather zaczynał trzeźwieć.

Z czujkami uganiającymi się wokół niej szła pośród ulewnego deszczu, pozostawiając za sobą ślad w postaci cienkich smużek pary. Zbliżyła się do stacji metra i wyczuła, że mentalna więź łącząca ją z Ephem zaczyna słabnąć. To dlatego, że odległość pomiędzy nimi się zwiększyła. Musiał wsiąść do metra.

Nie poczuła rozczarowania, które zmąciłoby jej myśli. Będzie w dalszym ciągu ścigać Epha, dopóki nie połączą się ponownie - raz na zawsze. Przesłała swój raport Mistrzowi, po czym podążyła za czujkami na stację metra.

Eph wracał na Manhattan.

FARRELL

Koń galopował. Z tyłu za nim ciągnął się pióropusz gęstego, czarnego dymu i pomarańczowych płomieni.

Koń płonął.

Stojące w ogniu dumne zwierzę biegło co sił, wiedzione silną potrzebą, zrodzoną nie z bólu, lecz z pragnienia. Nocą widoczny ze sporej odległości koń bez jeźdźca czy siodła gnał przez wiejską równinę w stronę osady. W stronę obserwatora.

Fet był urzeczony tym widokiem. Wiedział, że to zwierzę zmierzało właśnie do niego. Przewidział to. Spodziewał się tego.

Znalazłszy się na obrzeżach osady i zbliżywszy się do niego z prędkością płonącej strzały, galopujący koń przemówił - rzecz jasna zrobił to we śnie.

- JA ŻYJĘ - powiedział.

Fet zawył, gdy płonący koń go dopadł. I obudził się.

Leżał na boku, na opuszczonej koi, pod pokładem dziobowym kołyszącego się statku. Jednostka to opadała w dół, to znów się podnosiła, a on opadał i podnosił się wraz z nią. Wszystkie rzeczy wokół niego zostały starannie przywiązywane albo owinięte w zabezpieczające siatki. Pozostałe koje były podniesione i złożone przy ścianie. Tylko on zajmował koję w tej kajucie.

Sen - zawsze taki sam - nawiedzał go od wczesnej młodości. Płonący koń o gorejących podkowach galopujący na niego pośród czarnej nocy i gwałtowne przebudzenie, które następowało na ułamek sekundy przed dopadnięciem go przez ognistego upiora. Strach, jaki czuł po przebudzeniu, był głęboki i silny. To był strach dziecka.

Sięgnął po plecak leżący pod koją. Był wilgotny - jak wszystko na tym statku - ale został szczelnie zawiązany, a jego zawartość należycie zabezpieczona.

Statek o nazwie Farrell, a właściwie duża łódź rybacka, była używana do przemytu marihuany, która, a jakże, wciąż stanowiła dochodowy przedmiot czarnorynkowego handlu. To był już ostatni etap podróży powrotnej z Islandii. Fet wynajął łódź za cenę tuzina sztuk broni krótkiej i spory zapas amunicji, mających umożliwić przemytnikom szmugiel trawki przez kolejnych kilka lat. Morze było jednym z niewielu obszarów na naszym globie pozostającym niemal całkowicie poza zasięgiem wampirów. Nowa prohibicja sprawiła, że nielegalne prochy stały się prawdziwą rzadkością, handel ograniczał się do hodowanych pokątnie lub produkowanych domowym sposobem narkotyków w rodzaju marihuany oraz metamfetaminy. W ramach przemytu szmuglowali też księżycówkę - co stanowiło dodatkowe, nie mniej intratne, źródło ich dochodów, a podczas tego rejsu mieli na pokładzie kilka skrzynek doskonałej islandzkiej i rosyjskiej wódki.

Wyprawa Feta na Islandię miała dwa cele. Po pierwsze, miał on się udać do Reykjavíku, by odwiedzić tamtejszy uniwersytet. W tygodniach i miesiącach po tym, jak rozpętała się plaga wampiryzmu, ukrywając się w tunelach kolejowych pod rzeką Hudson w oczekiwaniu, aż powietrze na powierzchni stanie się znów na tyle czyste, by można nim było oddychać, Fet nieustannie wertował księgę, dla której profesor Abraham Setrakian poświęcił życie, księgę, którą przekazał bezpośrednio i wyłącznie pod opiekę Feta.

Była to Occido Lumen, co w luźnym tłumaczeniu znaczyło "Upadłe Światło". Czterysta osiemdziesiąt dziewięć stron w formacie folio zapisane odręcznie na pergaminie, z dwudziestoma iluminowanymi stronicami, oprawione w skórę i zaopatrzone w płytowe okładziny ze srebra, mające odstraszać wampiry. Lumen była kroniką dziejów strzyg powstałą w oparciu o zbiór starożytnych glinianych tabliczek pochodzących jeszcze z czasów Mezopotamii, odkrytych w roku 1508 w jaskini w górach Zagros. Zapisane w języku sumeryjskim i wyjątkowo kruche tablice przetrwały ponad sto lat, zanim wpadły w ręce francuskiego rabina, który poświęcił się rozszyfrowaniu ich treści - ponad dwieście lat przed tym, jak język sumeryjski zaczęto tłumaczyć powszechnie - i zrobił to w sekrecie. W końcu rabin wręczył swój iluminowany manuskrypt królowi Ludwikowi XIV w prezencie - i za swój trud został nagrodzony więzieniem.

Oryginalne tablice na rozkaz króla zostały rozbite na kawałki, a manuskrypt, jak powszechnie sądzono, zaginął lub został zniszczony. Metresa króla, parająca się okultyzmem, w roku 1671 wykradła Lumen z pałacowego skarbca i od tej pory księga przechodziła wielokrotnie z rąk do rąk, potajemnie, zyskując opinię przeklętego woluminu. Na krótko Lumen pojawiła się w roku 1823 i ponownie w roku 1911 - za każdym razem towarzyszyły temu epidemie tajemniczych chorób - po czym znów znikała bez śladu. Księgę wystawiono na aukcji w domu aukcyjnym Sotheby's na Manhattanie w niespełna dziesięć dni po przybyciu Mistrza i rozprzestrzenieniu się wampirzej plagi - i została nabyta, z niemałym trudem, przez Setrakiana, wspieranego przez Pradawnych i ich nagromadzoną fortunę.

Setrakian, wykładowca uniwersytecki, który odciął się od społeczeństwa po tym, jak przemieniona została jego ukochana żona, i który wręcz obsesyjnie zaczął ścigać i tępić tworzone przez wirus strzygi, uważał Lumen za wiarygodny i najważniejszy tekst traktujący o spisku wampirów, nękających Ziemię niczym plaga prawie od początku istnienia ludzkości. Dla ogółu społeczeństwa pozostawał właścicielem niewielkiego lombardu w podrzędnej części Manhattanu; jednak w podziemiach pod swoim sklepikiem stworzył dobrze zaopatrzoną zbrojownię, pełną broni do tępienia wampirów, i bibliotekę zawierającą stare kroniki i rękopisy traktujące o tej straszliwej rasie, sprowadzane przez dziesięciolecia jego samotnej krucjaty z najdalszych zakątków świata. Jednak pragnienie Setrakiana, by ujawnić sekrety zawarte w Occido Lumen, było tak wielkie, że ostatecznie oddał życie, aby tylko księga mogła trafić w ręce Feta.

W ciągu tych długich, ciemnych nocy w tunelu pod rzeką Hudson Fet doszedł do wniosku, że Lumen musiała zostać wystawiona przez kogoś na aukcję. Przez kogoś, kto był w posiadaniu tej przeklętej księgi, ale kim był ten ktoś? Fet uważał, że sprzedawca mógł dysponować większą wiedzą na temat mocy księgi i jej treści. Po powrocie na powierzchnię Fet pilnie rozszyfrowywał księgę z pomocą słownika łacińskiego, starając się możliwie jak najwierniej przetłumaczyć stary tekst. Podczas wizyty w opuszczonej siedzibie Sotheby's na Upper East Side Fet odkrył, że anonimowym beneficjentem, który miał zarobić na sprzedaży wyjątkowo rzadkiej księgi, był uniwersytet w Reykjavíku. Wraz z Norą rozważał plusy i minusy przedsięwzięcia takiej wyprawy i wspólnie zdecydowali, że długa podróż na Islandię była dla nich jedyną szansą odkrycia, kto naprawdę wystawił tę księgę na aukcję.

Jednak, jak odkrył już po przybyciu na miejsce, uniwersytet okazał się siedliskiem wampirów. Fet miał nadzieję, że Islandia mogła pójść w ślady Wielkiej Brytanii, która szybko zareagowała na plagę, wysadzając tunel pod kanałem La Manche i ścigając oraz eliminując wszystkie strzygi po pierwszym wybuchu epidemii. Wyspy były niemal całkiem wolne od wampirów, a tamtejsi mieszkańcy, choć odizolowani od reszty zainfekowanego globu, pozostali ludźmi.

Fet zaczekał aż do nadejścia dnia, by przeszukać zdemolowane biura administracji w nadziei odnalezienia informacji o poprzednim właścicielu księgi. Przekonał się, że to trust uniwersytecki wystawił księgę na aukcję, a nie konkretny uczony, który był tam zatrudniony, albo jeden z zaprzyjaźnionych z tą placówką mecenasów, na co w skrytości ducha liczył. Jako że sam kampus był opustoszały, musiał pogodzić się z faktem, że przebył długą drogę na darmo. Zabrnął w ślepą uliczkę. Ale nie była to zupełna strata czasu. Na jednej z półek na Wydziale Egiptologii Fet natknął się na wyjątkowo ciekawy tekst: starą, oprawną w skórę księgę, wydaną we Francji w roku 1920. Na okładce widniały słowa "Sadum" i "Amurah". To były ostatnie słowa, jakie kazał zapamiętać Fetowi Setrakian.

Zabrał tekst ze sobą, choć nie znał ani słowa po francusku.

Druga część jego misji okazała się znacznie bardziej owocna. W pewnym momencie, na wczesnym etapie swojej współpracy z przemytnikami marihuany, kiedy dowiedział się, jak szeroki jest zasięg ich działalności, Fet wysunął propozycję, aby zdobyli dla niego bombę atomową. To żądanie nie było tak absurdalne, jak można by przypuszczać. Zwłaszcza w Rosji, gdzie strzygi zyskały pełną kontrolę, wiele tak zwanych walizek atomowych zostało skradzionych przez byłych oficerów KGB i krążyły plotki, że broń ta wciąż była dostępna - w całkiem niezłym stanie - na czarnych rynkach Europy Wschodniej. Pragnienie Mistrza, by oczyścić świat z broni tego rodzaju - aby nie mogła zostać wykorzystana do zniszczenia miejsca jego pochodzenia, w taki sposób jak Mistrz sam unicestwił sześciu Pradawnych - było dla Feta dowodem, że Mistrz mimo wszystko nie był niezniszczalny. Podobnie jak w przypadku Pradawnych, miejsce pochodzenia Mistrza, a zarazem klucz do jego unicestwienia, było zaszyfrowane na stronach Lumen. Fet zaoferował właściwą cenę i miał dość srebra na poparcie swoich słów.

Przemytnicy rozpuścili wici wśród swoich morskich kompanów wraz z obietnicą sowitego wynagrodzenia w srebrze. Fet był nastawiony sceptycznie, kiedy przemytnicy powiedzieli, że mają dla niego niespodziankę, ale człowiek zdesperowany jest w stanie uwierzyć prawie we wszystko. Spotkanie odbyło się na niewielkiej wysepce wulkanicznej na południe od Islandii, gdzie zjawiła się siedmioosobowa załoga Ukraińców na pokładzie zdezelowanego jachtu, zaopatrzonego przy rufie w sześć różnych silników zaburtowych. Kapitan tej załogi był młody, dwudziestoparoletni i w zasadzie jednoręki, bo jego druga ręka była niesprawna, jakby uschła, i zakończona zniekształconą, wykrzywioną w szpon dłonią.

To nie była bomba walizkowa. Przypominała niewielką baryłkę albo kosz na śmieci owinięty w czarny brezent i siatkę, z zaopatrzonymi w sprzączki paskami otaczającymi jej korpus i wieko. Całość miała około metra wysokości i sześćdziesięciu centymetrów średnicy. Fet spróbował delikatnie podnieść urządzenie. Ważyło kilkadziesiąt kilogramów.

- Jesteś pewien, że działa? - zapytał.

Kapitan podrapał się zdrową ręką po miedzianej brodzie, po czym odezwał się po angielsku, z rosyjskim akcentem:

- Powiedziano mi, że tak. Jest tylko jeden sposób, by się o tym przekonać. Brakuje jednej części.

- Brakuje jednej części? - powtórzył Fet. - Niech zgadnę. Plutonu U-233.

- Nie. Materiał rozszczepialny znajduje się w środku. Ma moc jednej kilotony. Brakuje natomiast detonatora.

Wskazał na plątaninę przewodów u góry i wzruszył ramionami.

- Cała reszta jest w porządku.

Bomba atomowa o mocy jednej kilotony odpowiada sile wybuchu tysiąca ton trotylu. Fala uderzeniowa o promieniu blisko jednego kilometra, w obrębie którego siła eksplozji zniszczy wszystko, włącznie ze stalą.

- Chciałbym wiedzieć, jak trafiła w pańskie ręce - rzekł Fet.

- A ja chciałbym wiedzieć, po co panu ta zabawka - odparł kapitan. - Najlepiej będzie, jeśli wszyscy zachowamy nasze sekrety.

- W sumie racja.

Inny członek załogi na rozkaz kapitana pomógł Fetowi przenieść bombę na łódź przemytników. Fet otworzył ładownię pod stalowym poszyciem pokładu, gdzie znajdowała się skrzynia ze srebrem. Strzygi starały się zdobyć wszelkie dostępne srebro z niemal równą determinacją, jak zabezpieczały i rozbrajały atomówki. I tak wartość tej zabijającej wampiry substancji rosła wykładniczo.

Po załatwieniu interesów, włącznie z transakcjami na boku, kiedy załogi wymieniły butelki wódki na tytoń do skrętów, napełniono alkoholem szkło.

- Ty Ukrainiec? - spytał Feta kapitan, opróżniwszy swój kieliszek.

Fet pokiwał głową.

- Jak na to wpadłeś?

- Wyglądasz jak ludzie z mojej wioski, zanim zniknęła.

- Zniknęła?

Młody kapitan pokiwał głową.

- Czarnobyl - wyjaśnił, unosząc uschniętą rękę.

Fet spojrzał na atomówkę, przymocowaną teraz pasami od bungee do ściany. Żadnego świecenia, żadnego tykania. Uśpiona moc oczekująca na aktywację. Czy wymienił się na baryłkę złomu? Fet tak nie uważał. Ufał, że ukraiński przemytnik miał wiarygodnych dostawców, a poza tym tamten przecież nadal zamierzał prowadzić interesy ze szmuglerami trawki.

Fet był podniecony, ale pewien swego. To było jak posiadanie nabitej broni, tyle że bez spustu. Potrzebował jedynie detonatora.

Fet na własne oczy widział grupy wampirów przekopujące stanowiska wokół geologicznie aktywnego obszaru gorących źródeł pod Reykjavíkiem, zwanego Czarnym Stawem. To dowodziło, że Mistrz nie znał dokładnej lokalizacji swego miejsca pochodzenia - ziemnego punktu, w którym powstał w swej wampirycznej postaci.

Sekret lokalizacji tego miejsca był ukryty w Occido Lumen. Fet musiał tylko zrobić to, co do tej pory mu się nie udawało, i samemu odkryć miejsce pochodzenia Mistrza. Gdyby Lumen była bardziej przejrzystym podręcznikiem do eksterminacji wampirów, Fet mógłby wykonać zawarte w księdze instrukcje - tymczasem wolumin pełen był szalonych wyobrażeń, dziwnych alegorii i wątpliwych stwierdzeń. Zawarto w nim całą kronikę historii ludzkości, zaprezentowaną od czasów najnowszych do najdawniejszych, nie jako dzieje człowieka wiedzionego ręką losu, lecz będącego pod nadnaturalną kontrolą Pradawnych. Treść księgi była dla niego kompletną zagadką, podobnie jak dla pozostałych. Fetowi brakowało wiary we własną wiedzę. Najbardziej jednak brakowało mu doświadczenia starego uczonego i jego znajomości rzeczy. Bez niego Lumen była dla nich równie użyteczna co bomba atomowa bez detonatora.

Niemniej był to jakiś postęp. Niespokojny entuzjazm zmusił Feta do wyjścia na pokład. Zacisnął dłonie na relingu i powiódł wzrokiem po wzburzonym oceanie. Mgła była gęsta, ale przynajmniej tej nocy nie padało. Zmiany w atmosferze czyniły rejsy niebezpiecznymi, warunki na morzu były bardziej nieprzewidywalne. Łódź przepływała teraz przez rój meduz jednego z gatunków, które zajęły większość otwartych mórz, pożywiając się rybią ikrą i blokując te i tak wątłe promienie słońca docierające do oceanu - zdarzało się, że ich ławice zajmowały obszar kilku kilometrów, pokrywając powierzchnię wody zwartą warstwą, jak kożuch na mleku.

Przepływali w odległości piętnastu kilometrów od wybrzeża New Bedford w Massachusetts, co przypominało Fetowi jeden z ciekawszych tematów, o których czytał w dokumentach Setrakiana, stronicach, które sortował, by pozostawić je wraz z Lumen. W tekście tym stary profesor relacjonował historię Floty Winthropa z roku 1630, która w dziesięć lat po Mayflower przepłynęła Atlantyk, transportując do Nowego Świata drugą falę Pielgrzymów. Na pokładzie jednego ze statków należącego do tej flotylli, jednostki o nazwie Hopewell, znajdowały się trzy sztuki niezidentyfikowanego ładunku, umieszczone w skrzyniach z przepięknego, ozdobnie rzeźbionego drewna. Po przybiciu do brzegu w Salem w Massachusetts i przeniesieniu się do Bostonu, by się tam osiedlić (z uwagi na obfitość wody pitnej), warunki życia Pielgrzymów diametralnie się pogorszyły. W ciągu pierwszego roku życie straciło dwustu osadników, ich śmierć złożono jednak na karb różnych chorób niż prawdziwej przyczyny - padli oni bowiem ofiarą Pradawnych po tym, jak nieświadomie sprowadzili strzygi do Nowego Świata.

Śmierć Setrakiana pozostawiła w Fecie uczucie głębokiej pustki. Naprawdę brakowało mu jego wnikliwych rad, a także towarzystwa, przede wszystkim jednak nie mógł odżałować utraty intelektu starego profesora. Odejście uczonego nie było zwyczajną śmiercią, lecz - i mógł to stwierdzić bez cienia przesady - fatalnym ciosem dla przyszłości całej ludzkości. Z narażeniem życia przekazał w ich ręce tę świętą księgę, Occido Lumen, choć nie dał im wskazówek, jak należy ją rozszyfrować. Fet nie omieszkał oddać się lekturze pojedynczych stronic i oprawnych w skórę notatników zawierających głębokie, hermetyczne przemyślenia staruszka, obok których można było znaleźć także drobne spostrzeżenia, listy zakupów i rozliczenia finansowe.

Otworzył francuską księgę i wcale się nie zdziwił, stwierdziwszy, że i z niej nic nie jest w stanie zrozumieć. Jednak niektóre przepiękne ilustracje okazały się całkiem odkrywcze: na jednej z nich, zajmującej całą stronę, Fet ujrzał starca z żoną, uciekających z miasta gorejącego bożym ogniem - kobieta właśnie obracała się w pył. Fet znał tę historię...

- Lot - mruknął pod nosem. Kilka stron dalej napotkał kolejną ilustrację: starzec osłaniający dwie przepiękne, skrzydlate istoty - archanioły zesłane przez Boga. Fet pospiesznie zamknął księgę i spojrzał na okładkę. Sadum i Amurah.

- Sodoma i Gomora... - powiedział. - Sadum i Amurah to Sodoma i Gomora. - Nagle poczuł, że doskonale radzi sobie z francuskim. Przypomniał sobie ilustrację w Lumen, niemal identyczną jak ta we francuskiej księdze. Nie były do siebie podobne pod względem stylu czy wyrafinowania, ale kontekstu. - Lot osłania archanioły przed ludźmi pragnącymi się z nimi połączyć.

Znajdowały się tam wskazowki, ale Fet nie był w stanie ich odnaleźć. Nawet jego dłonie, wielkie i szorstkie jak rękawice bejsbolowe, wydawały się nieodpowiednie do zajmowania się Occido Lumen. Czemu Setrakian wybrał jego, a nie Epha, by strzegł księgi? Eph był mądrzejszy i z pewnością bardziej oczytany. Może nawet znał francuski. Ale Setrakian wiedział, że Fet prędzej umrze, niż pozwoli, aby księga dostała się w ręce Mistrza. Setrakian dobrze znał Feta. I naprawdę go kochał - z cierpliwością i troską starego ojca. Zdecydowany, lecz pełen współczucia Setrakian nigdy nie dał Fetowi odczuć, że uważa go za tępego czy niedouczonego; wręcz przeciwnie, wyjaśniał każdą sprawę z wielką troską i cierpliwością, co sprawiało, że Fet czuł się we wszystko wtajemniczony. Dzięki Setrakianowi naprawdę należał do ich grupy.

Emocjonalna pustka w życiu Feta została wypełniona w całkiem niespodziewany sposób. Kiedy Eph zaczął zachowywać się coraz bardziej erratycznie i obsesyjnie, począwszy od pierwszych dni w tunelu kolejowym, a zwłaszcza później, kiedy znów wyszli na powierzchnię, Nora zaczęła coraz bardziej zbliżać się do Feta, zwierzać mu się i szukać u niego pocieszenia. Z czasem Fet nauczył się, jak na to reagować. Zaczął podziwiać nieustępliwość Nory w obliczu tak dojmującej rozpaczy. Tyle innych osób poddało się, tracąc wszelką nadzieję lub popadając w otchłań szaleństwa albo, tak jak Eph, pozwalając, by rozpacz ich odmieniła. Najwyraźniej Nora Martinez dostrzegła coś w Fecie - może to samo, co ujrzał w nim stary profesor - jakąś pierwotną szlachetność, bliższą raczej dzikim zwierzętom niż człowiekowi, coś, z istnienia czego sam Fet aż do niedawna nie zdawał sobie sprawy. A jeśli te cechy, które posiadał - niezłomność, determinacja, bezwzględność, czymkolwiek w istocie były - czyniły go w tych skrajnych warunkach bardziej atrakcyjnym w oczach Nory, to tym lepiej dla niego.

Z szacunku dla Epha nie wdał się w ten romans, wypierając się własnych uczuć i tego, co mogła czuć do niego Nora. Ale nie ulegało wątpliwości, że oboje mieli się ku sobie. Ostatniego dnia przed swoim wyjazdem Fet oparł nogę o nogę Nory. Był to całkiem zwyczajny gest, tyle że nie w przypadku kogoś takiego jak Fet. Był potężnym facetem, a przy tym niewiarygodnie świadomym swojej osobistej przestrzeni i szanującym przestrzeń osobistą innych. Zawsze starał się zachowywać właściwy dystans i zazwyczaj unikał kontaktu fizycznego z innymi osobami - kiedy jednak poczuł kolano Nory dotykające jego nogi, serce zabiło mu mocniej. Wraz z tym, co sobie uświadomił, w jego wnętrzu pojawiła się nadzieja. ONA NIE ODSUWA NOGI. UTRZYMUJE TĘ BLISKOŚĆ...

Prosiła, aby był ostrożny, aby na siebie uważał, a kiedy to mówiła, miała w oczach łzy. Żegnała go z prawdziwymi łzami w oczach.

Do tej pory nikt nigdy nie uronił za Feta ani jednej łzy.

MANHATTAN

Eph jechał ekspresową siódemką, mocno wczepiony w wagon metra od zewnątrz. Zacisnął dłoń na lewym tylnym narożniku ostatniego wagonu, a prawą stopę oparł na tylnym stopniu, wciskając końce palców we framugę okna i kołysząc się w rytm kolebania składu, toczącego się po torze biegnącym na estakadzie. Wiatr i czarny deszcz chłostały poły jego szarego, grafitowego płaszcza przeciwdeszczowego, a skryta pod kapturem twarz odwrócona była w stronę zarzuconych na ramiona pasków przerobionej na plecak torby z bronią.

Kiedyś to wampiry, aby uniknąć wykrycia, musiały podróżować na zewnątrz wagonów krążących pod Manhattanem. Przez okno, pod którego wygiętą framugę wsunął palce, aby zapewnić sobie dogodny uchwyt, widział ludzi, siedzących i kołyszących się w rytm składu pociągu. Odległe spojrzenia, twarze bez wyrazu, jakby wszystko toczyło się dawnym, normalnym rytmem. Nie przyglądał się za długo, gdyby bowiem wewnątrz były strzygi, ich noktowizja wychwytująca ciepłotę ciała zlokalizowałaby go, a co za tym idzie, na następnym przystanku czekałby już na niego mało przyjazny komitet powitalny. Eph wciąż był zbiegiem, jego podobizny wisiały na posterunkach policji i w urzędach pocztowych w całym mieście, a relacje na temat dokonanego przez niego udanego zamachu na Eldritcha Palmera, sprytnie zmontowane z materiałów z podjętej przezeń nieudanej próby zgładzenia ekscentrycznego miliardera, powtarzano w telewizji co najmniej raz w tygodniu, aby nazwisko zamachowca i jego twarz dobrze wryła się w pamięć co bardziej czujnych obywateli.

Przejazdy pociągiem wymagały umiejętności, których Eph nabył z konieczności, w miarę upływu czasu. W tunelach stale panowała wilgoć - czuć było spalonym ozonem i starymi smarami - a wyświechtane, brudne ciuchy Epha stanowiły dla niego idealny kamuflaż, zarówno wizualny, jak i zapachowy. Złapanie się tylnej ściany wagonu wymagało dobrego wyczucia czasu i precyzji. Eph jednak nabrał w tym sporej wprawy. Jako dzieciak w San Francisco regularnie korzystał w ten sposób z tramwajów, by mieć podwózkę do szkoły. A trzeba było wykazać się wtedy naprawdę świetnym wyczuciem czasu. Jeśli złapałeś się tramwaju za szybko, mogłeś zostać odkryty. Jeśli się spóźniłeś, mogłeś się ześlizgnąć, a w efekcie zaliczyć bolesny upadek.

W metrze zdarzyło mu się kilka razy w ten sposób upaść, zwykle dlatego, że wcześniej za dużo wypił. Raz, kiedy skład wjeżdżał w zakręt pod Tremont Avenue, ześlizgnęła mu się noga i zawisł na tylnej ścianie wagonu, rozpaczliwie próbując podkulać nogi i obijając się o podkłady torów, aż w końcu spadł i przeturlał się w bok, przypłacając swą nieostrożność dwoma pękniętymi żebrami i wybitym prawym barkiem; kość z cichym trzaskiem wypadła ze stawu, kiedy uderzył ramieniem o stalową szynę przeciwległej linii. Ledwie uniknął przejechania przez nadjeżdżający z przeciwka skład. Znalazłszy schronienie we wnęce konserwacyjnej, cuchnącej moczem i zasłanej starymi gazetami, nastawił wybity bark - ale od czasu do czasu wciąż dawał mu o sobie znać. Jeśli przez sen obrócił się na ten bok, budził się, czując dojmujący ból.

Teraz jednak, dzięki częstemu ćwiczeniu, nauczył się odnajdywać oparcie dla stóp i szpary w tylnej ścianie wagonika metra. Znał każdy skład, każdy wagonik - ba, zrobił nawet dwa krótkie haki mocujące, by móc złapać się nimi obluzowanych stalowych paneli i dokonać tego w parę sekund. Zostały one wykonane ze szczerego srebra w warsztacie Goodweathera i od czasu do czasu służyły jako broń do walki na krótki dystans ze strzygami.

Haki miały drewniane rękojeści wykonane z nóg mahoniowego stołu, który dostali od matki Kelly w prezencie ślubnym. Gdyby tylko wiedziała... Nigdy nie lubiła Epha. Nie był dość dobry dla jej Kelly. Teraz zapewne darzyłaby go jeszcze mniejszą sympatią.

Eph odwrócił głowę, otrząsając się z wilgoci, by spojrzeć poprzez strugi czarnego deszczu na budynki po obu stronach betonowego wiaduktu ciągnącego się wysoko nad Queens Boulevard. Niektóre z budowli zostały zniszczone, strawione przez ogień podczas przejęcia albo splądrowane później i od tej pory stały opuszczone. Niektóre rejony miasta wyglądały, jakby zostały zniszczone w trakcie działań wojennych. I poniekąd faktycznie tak było.

Inne były rozjaśnione sztucznym światłem - te znajdujące się w strefach odbudowanych przez ludzi pod nadzorem i kontrolą Fundacji Stoneheart, na rozkaz Mistrza. Światło było kluczowe, aby można było pracować w świecie, w którym mrok panował przez dwadzieścia dwie godziny każdego kalendarzowego dnia, przez okrągły rok. Sieci elektryczne na całym globie padły po pierwszych impulsach elektromagnetycznych, jakie wystąpiły w wyniku licznych eksplozji nuklearnych. Przepięcia doprowadziły do przepalenia przewodników elektrycznych, pogrążając większą część świata w przyjaznej dla wampirów ciemności. Ludzie bardzo szybko zdali sobie sprawę, że rasa istot o ogromnej sile przejęła kontrolę nad naszą planetą, a człowiek został umieszczony na samym końcu łańcucha pokarmowego przez stworzenia, których potrzeby biologiczne wymagały diety złożonej z ludzkiej krwi. Na wszystkich kontynentach zapanowały panika i rozpacz. Zarażone armie zamilkły. W czasach konsolidacji, jakie nastały po Nocy Zero, kiedy nad Ziemią zaczęła krystalizować się nowa, trująca atmosfera, wampiry ustanowiły nowy porządek.

Skład metra zwolnił, zbliżając się do Queensboro Plaza. Eph zdjął stopę z tylnego schodka, zawisając po drugiej stronie wagonika, tak by nie można było go zobaczyć z peronu. Silna, nieustająca ulewa miała tylko jeden atut: deszcz osłaniał go przed czujnymi, krwistoczerwonymi oczami wampirów.

Usłyszał dźwięk rozsuwających się drzwi i odgłosy ludzi wysiadających i wsiadających do wagonika. Z głośników powyżej rozległ się automatyczny komunikat. Drzwi się zamknęły i skład ruszył dalej. Eph ponownie zacisnął obolałe palce na framudze okna i patrzył, jak słabo widoczny peron znika w oddali niczym miniony świat, ten dawny, kurczący się, rozpływający się w strugach trującego deszczu i ciemnościach nocy.

Skład metra niebawem zjechał pod ziemię, uwalniając się od uciążliwego deszczu. Po dwóch kolejnych przystankach wjechał do Steinway Tunnel, pod East River. To właśnie współczesne rozwiązania, takie jak to, pozwalające swobodnie podróżować pod płynącą szybko rzeką, przyczyniły się do upadku rasy ludzkiej. Wampiry, które ze swej natury nie były zdolne przekraczać płynącej wody, mogły omijać tego rodzaju przeszkody, korzystając z tuneli, długodystansowych samolotów i innych alternatywnych rozwiązań pozwalających na szybkie przemieszczanie się z miejsca na miejsce.

Skład zwolnił, zbliżając się do stacji Grand Central. Eph zmienił nieznacznie uchwyt na zewnętrznej ścianie wagonika, walcząc ze zmęczeniem i uporczywie trzymając się swoich ręcznie robionych haków. Był niedożywiony i tak chudy jak w czasach, gdy zaczynał naukę w gimnazjum. Przywykł już do nieustępliwej, nieprzyjemnej, ssącej pustki w żołądku; wiedział, że niedobór protein i witamin wpływa nie tylko na jego kości i mięśnie, ale także na umysł.

Eph zeskoczył z wagonika, zanim ten na dobre się zatrzymał i potykając się, wylądował na kamiennym podłożu między torami. Przetoczył się na lewy bok, lądując na ziemi jak prawdziwy ekspert. Rozprostował palce i rozluźnił je, by uwolnić kłykcie od niemal artretycznego paraliżu, po czym schował haki. Tylne światła składu znikały w oddali i usłyszał zgrzyt stalowych kół hamujących na stalowych szynach, metaliczny wizg, do którego nie był w stanie przywyknąć.

Odwrócił się i pokuśtykał w przeciwną stronę, zapuszczając się dalej w głąb tunelu. Pokonywał tę drogę dostatecznie często, więc nie potrzebował noktowizora, by dotrzeć do sąsiedniego peronu. Trzecią szyną się nie przejmował, bo była nakryta drewnianą osłoną, która tak naprawdę miała pomóc łatwiej się dostać na opuszczony peron.

Na wyłożonej płytami posadzce pozostały materiały budowlane: rusztowanie, sterta rur, całe bele owiniętych w folie okładzin. Renowację przerwano na początkowym etapie. Eph zdjął przemoczony kaptur i sięgnął do plecaka po noktowizor, po czym założył go na głowę, opuszczając soczewkę przed prawym okiem. Zadowolony, że od jego ostatniej wizyty nic się tu nie zmieniło, ruszył w stronę nieoznakowanych drzwi.

W szczycie, przed nastaniem wampirów, każdego dnia po marmurowych posadzkach Wielkiego Dworca z Tennessee, gdzieś nad nim, przechodziło pół miliona ludzi. Eph nie mógł ryzykować wejścia do głównego terminalu. Zajmująca pół akra hala dworcowa nie oferowała zbyt wielu kryjówek, ale zdarzało mu się przechodzić po kładkach na tamtejszym dachu. Spoglądał stamtąd na pomniki minionej, utraconej epoki - na charakterystyczne drapacze chmur, takie jak MetLife Building albo wieżowiec Chryslera, ciemne teraz i milczące na tle nocy. Wspiął się na wysokie na dwa piętra klimatyzatory na dachu terminala. Stanął na kładce zwróconej w stronę Czterdziestej Drugiej Ulicy i Park Avenue, wśród olbrzymich posągów rzymskich bogów - Minerwy, Herkulesa i Merkurego, nad wielkim zegarem ze szkła Tiffany'ego. W środkowej części dachu mógł spojrzeć na widoczną ponad trzysta metrów niżej, przypominającą katedrę halę dworcową.

Uchylił drzwi, a jego noktowizor przeniknął znajdującą się za nimi ciemność. Wspiął się po schodach, pokonując dwie kondygnacje, po czym przeszedł przez kolejne otwarte drzwi i znalazł się na długim korytarzu. Wzdłuż całej jego długości biegły grube rury doprowadzające parę, które wciąż funkcjonowały i aż jęczały z gorąca. Zanim dotarł do następnych drzwi, ociekał potem.

Wyjął z plecaka niewielki srebrny nóż, gdyż musiał zachować szczególną ostrożność. Betonowy korytarz wiodący do wyjścia awaryjnego nie był miejscem, w którym chciałby zostać osaczony. Na podłodze zalegały kałuże czarnej wody. Skażenie z nieba stało się już elementem ekosystemu. Ta część podziemi była kiedyś regularnie patrolowana przez pracowników konserwacji, którzy przeganiali stamtąd bezdomnych, ciekawskich oraz wandali. Potem, na krótko, wampiry przejęły kontrolę nad podziemnym światem miasta, pożywiając się i rozprzestrzeniając. Teraz, kiedy Mistrz odmienił atmosferę Ziemi, by uwolnić bestie od zabijających wirusa ultrafioletowych promieni słońca, krwiopijcy opuścili ten podziemny świat z labiryntami tuneli i wyszli na powierzchnię, by objąć go w posiadanie.

Na ostatnich drzwiach przymocowano biało-czerwoną tabliczkę z napisem: WYJŚCIE AWARYJNE. OTWARCIE DRZWI URUCHOMI ALARM. Eph włożył nóż i noktowizor na powrót do plecaka, po czym nacisnął dźwignię oporową, ale przewody alarmu zostały przecięte już dawno temu.

Podmuch cuchnącego wiatru niosącego ze sobą krople czarnego deszczu osmagał mu twarz. Naciągnął wilgotny kaptur i ruszył wzdłuż Czterdziestej Piątej Ulicy na wschód. Idąc z opuszczoną głową, patrzył, jak spod jego stóp wypryskują strugi wody. Przy chodniku stało wiele zdezelowanych lub porzuconych w pierwszych dniach samochodów. Zostały one zsunięte na bok, aby zrobić miejsce dla ciężarówek dostawczych lub furgonetek roboczych obsługiwanych przez wampiry albo ludzi ze Stoneheart. Eph miał spuszczony wzrok, ale uważnie przepatrywał ulicę po obu stronach. Nauczył się, aby nigdy nie rozglądać się ostentacyjnie dokoła i nie zwracać na siebie uwagi. W mieście było zbyt wiele okien, zbyt wiele par wampirzych oczu. Jeśli zachowywałeś się podejrzanie, byłeś podejrzany. Eph starał się unikać jakichkolwiek interakcji ze strzygami. Na ulicach, tak jak wszędzie, ludzie byli obywatelami drugiej kategorii, obiektami, które należało przeszukać lub które można było wykorzystać, na różne sposoby. Na całym świecie zapanowało coś w rodzaju nowej formy apartheidu. Eph nie mógł ryzykować zdemaskowania.

Szybkim krokiem dotarł do Pierwszej Alei i Biura Głównego Koronera, po czym zszedł na dół, korzystając ze zjazdu przeznaczonego dla karetek pogotowia i karawanów. Przecisnął się za wózkami noszowymi i szafką na kółkach, które przytoczyli tutaj, by zamaskować wejście do podziemi, po czym wszedł do kostnicy miejskiej przez niezamknięte na klucz drzwi.

Znalazłszy się w środku, stał przez kilka chwil w kompletnej ciszy, nasłuchując. To pomieszczenie, z wykonanymi z nierdzewnej stali stołami sekcyjnymi i licznymi zlewami, było miejscem, do którego przed dwoma laty przywieziono pierwszą grupę pasażerów z feralnego lotu 753 linii Regis Air. To właśnie tu Eph pierwszy raz miał okazję zbadać przypominające ślady po igle nakłucia na szyjach z pozoru martwych pasażerów, ujawniając rany kłute sięgające aż do głównej tętnicy szyjnej - które, jak niebawem się przekonali, zostały zadane przez żądła wampirów. Także tutaj odkrył dziwne przedśmiertne powiększenie fałdów przedsionkowych wokół strun głosowych, co, jak się później okazało, było pierwszym stadium rozwoju elastycznych żądeł "pijawek". To również tu był po raz pierwszy świadkiem przemiany krwi ofiar z jasnoczerwonej w oleistą, białą ciecz.

Tu także, na ulicy przed kostnicą Eph i Nora pierwszy raz spotkali staruszka będącego właścicielem lombardu, Abrahama Setrakiana. Wszystko, co Eph wiedział na temat krwiopijców, począwszy od zabójczych właściwości srebra i ultrafioletowego światła, poprzez istnienie Pradawnych i ich rolę w kształtowaniu ludzkiej cywilizacji, aż po zbuntowanego Pradawnego znanego jako Mistrz, którego podróż do Nowego Świata na pokładzie samolotu 753 oznaczała początek końca - wszystkiego tego dowiedział się od nieustępliwego staruszka.

Budynek pozostał niezamieszkały od czasu przejęcia. Kostnica nie była częścią infrastruktury miejskiej zarządzanej przez wampiry, ponieważ śmierć nie stanowiła już nieuchronnego końca ludzkiej egzystencji. A tym samym wiążące się z kresem życia rytuały żałoby i przygotowanie zwłok oraz pochówku okazały się niekonieczne i były rzadko obserwowane.

Dla Epha ten budynek stanowił jego nieoficjalną bazę operacyjną. Wspiął się po schodach na górę, oczekując na połajankę ze strony Nory; spodziewał się usłyszeć, jak jego rozpacz z powodu nieobecności Zacka wpływa negatywnie i zakłóca działania ich grupy ruchu oporu. Doktor Nora Martinez była drugą po Ephie osobą w Projekcie Kanarek, w CDC, Centrum ds. Kontroli i Zwalczania Chorób. W całym tym chaosie i zamieszaniu, jakie powstało po nadejściu wampirów, ich relacje, które dotąd pozostawały w sferze czysto zawodowej, nabrały bliższego charakteru. Eph próbował zapewnić Norze i Zackowi bezpieczeństwo, wywieźć ich z miasta dawno temu, kiedy pod Penn Station wciąż jeszcze kursowały pociągi. Jednak największe obawy Epha potwierdziły się, kiedy Kelly, kierując się do Bliskiej Osoby, powiodła chmarę wampirów do tuneli pod rzeką Hudson, doprowadzając do wykolejenia pociągu i śmierci pozostałych pasażerów. Kelly zaatakowała wówczas Norę i uprowadziła swego syna.

Porwanie Zacka, za które Eph bynajmniej nie obwiniał Nory, mimo wszystko położyło się cieniem na relacjach pomiędzy nimi i na relacjach Epha z pozostałymi. Eph poczuł się oderwany od samego siebie. Czuł się złamany, rozbity na kawałki i wiedział, że to wszystko, co obecnie mógł zaoferować Norze.

Nora zresztą miała własne problemy. Wiązały się one głównie z jej matką, Marielą Martinez, której umysł trawiony był przez chorobę Alzheimera. Gmach, w którym mieściły się kostnica, prosektorium i biuro głównego koronera, był dostatecznie duży, by matka Nory mogła błąkać się po górnych piętrach albo w samych tylko skarpetkach wędrować korytarzami, rozmawiając z ludźmi, których tam w ogóle nie było i którzy już nie żyli. Żałosna egzystencja, ale w gruncie rzeczy nie różniła się zbytnio od losów reszty pozostałej przy życiu ludzkości. Może nawet lepsza: umysł pani Martinez znajdował azyl w przeszłości, a co za tym idzie, mógł uniknąć koszmarów teraźniejszości.

Pierwszym sygnałem, że coś jest nie tak, jaki zauważył Eph, był przewrócony wózek inwalidzki, leżący na boku przy drzwiach klatki schodowej na trzecim piętrze, i odpięte pasy spoczywające tuż obok, na podłodze. W chwilę potem poczuł woń amoniaku, charakterystyczny odór zdradzający obecność wampirów. Eph dobył miecza i zwolnił kroku, a w żołądku zaległa mu lodowata gula strachu. W budynku wciąż był prąd, ale mężczyzna nie zapalił światła, bo mogłoby zostać zauważone z ulicy, toteż podążał w głąb korytarza w pozycji defensywnej, czujny i skupiony, bacznie przyglądając się mijanym drzwiom, załomom muru czy innym potencjalnym kryjówkom.

Minął przewrócony parawan, spustoszony kantorek i leżący na podłodze fotel.

- Nora! - zawołał. To było nieostrożne, ale jeśli w pobliżu wciąż były jakieś wampiry, chciał je wywabić już teraz.

Na podłodze, w narożnym gabinecie natknął się na plecak Nory. Był rozerwany, jej rzeczy osobiste i ubrania walały się po całym pokoju. Lampa UV leżała w kącie, podłączona do ładowarki. Jej ubranie to jedno, ale Eph wiedział, że Nora nie poszłaby nigdzie bez lampy ultrafioletowej, chyba że nie miałaby wyboru. Nigdzie nie zauważył jej plecaka z bronią.

Wziął do ręki czołówkę i włączył lampę UV. W jej świetle ujrzał na dywanie rozległe ślady jasnego koloru i jakieś rozmazane smugi przy biurku - kałuże wampirzych ekskrementów.

Strzygi zabawiły tu jakiś czas, nie miał co do tego wątpliwości. Próbował zachować spokój i skupienie. Był sam, a przynajmniej na tym piętrze nie było wampirów. Nie było też Nory ani jej matki, a to nie zwiastowało niczego dobrego.

Czy doszło do walki? Próbował rozeznać się w sytuacji na podstawie wyglądu pokoju, rozmazanych plam i przewróconego fotela. Nie, chyba jednak nie. Przeszedł korytarzem, szukając innych śladów przemocy poza zniszczonymi przedmiotami, ale niczego takiego nie znalazł. Nora podjęłaby walkę tylko w ostateczności, a gdyby ustanowiła tu swój szaniec obrony, budynek z całą pewnością byłby teraz pod kontrolą wampirów. Zdaniem Epha wyglądało to raczej jak nalot na budynek.

Zaglądając do gabinetu, natknął się na plecak z bronią Nory wciśnięty pod biurko. Jej miecz wciąż znajdował się w środku. A więc najwyraźniej została zaskoczona. Skoro nie doszło do walki - kontaktu srebra z wampirami - jej szanse na gwałtowne pożegnanie się z życiem wyraźnie się zmniejszyły. Bestie nie chciały powiększać bilansu ofiar. Pragnęły natomiast zapełniać tworzone przez siebie obozy.

Czy została pojmana? To całkiem możliwe, jednak Eph znał Norę i wiedział, że nie poddałaby się bez walki. Nie natrafił jednak na jakiekolwiek oznaki oporu z jej strony. Może najpierw krwiopijcy schwytali jej matkę? Nora mogłaby zaprzestać stawiania oporu z obawy o bezpieczeństwo pani Martinez.

Nawet jeśli tak było, prawdopodobieństwo, że Nora została przemieniona, było znikome. Strzygi, podległe rozkazom swego Mistrza, niechętnie powiększały liczebność swoich szeregów: wypicie ludzkiej krwi i zainfekowanie śmiertelnika szczepem wampirzego wirusa skutkowało jedynie powstaniem kolejnego krwiopijcy, który musiał się pożywiać. Dlatego Nora najprawdopodobniej została przewieziona do obozu pod miastem. Stamtąd zostanie skierowana do prac, które jej wyznaczą albo będzie dalej dyscyplinowana. O obozach nie było wiadomo wiele: niektórzy z tych, co tam trafiali, przepadali bez śladu. Nigdy już stamtąd nie wychodzili. Pani Martinez, która miała już za sobą wiek produktywny, najprawdopodobniej zostanie przeznaczona do likwidacji.

Eph rozejrzał się dokoła, coraz bardziej się denerwując i próbując wymyślić, co robić dalej. To wyglądało na przypadkowy incydent - ale czy na pewno? Póki co Eph musiał trzymać się z dala od pozostałych i starannie monitorować swoje wejścia i wyjścia z budynku kostnicy z uwagi na to, że nieustannie był tropiony przez niezmordowaną i nieustępliwą Kelly. Gdyby wpadła na jego ślad, mogłaby doprowadzić Mistrza do głównej siedziby ich małego ruchu oporu. Czy coś poszło nie tak? Czy Fet również został zdekonspirowany? Czy Mistrz w jakiś sposób rozpracował ich komórkę?

Eph podszedł do laptopa stojącego na biurku i otworzył go. Sprzęt był wciąż włączony, a on kliknął klawisz spacji, aby ożywić ekran. Stanowiska komputerowe w siedzibie głównego koronera były podłączone do wciąż funkcjonującego serwera sieciowego. Internet w wielu miejscach był zawodny. Łatwiej było uzyskać komunikat o błędzie połączenia, niż wejść na jakąś istniejącą i nadal czynną stronę. Nierozpoznane i nieautoryzowane protokoły adresowe w sieci były szczególnie podatne na robaki i wirusy, a wiele komputerów w budynku było zablokowanych za sprawą uszkodzeń wywołanych przez szkodliwe bądź złośliwe programy albo działały wyjątkowo wolno wskutek uszkodzonych systemów operacyjnych i nie nadawały się do użytku. Technologia komórkowa także już nie istniała, nie było mowy o wykonywaniu połączeń czy dostępie do Internetu. Po co ludzie mieliby mieć dostęp do sieci komunikacyjnej obejmującej cały glob, skoro wampiry dysponowały mocami telepatycznymi, dzięki którym mogły porozumiewać się między sobą?

Goodweather i pozostali funkcjonowali w przekonaniu, że cała aktywność internetowa była monitorowana przez wampiry. Strona, na którą patrzył obecnie - ta, którą Nora musiała odwiedzić ostatnio i opuściła to miejsce tak nieoczekiwanie, że nawet nie wyłączyła komputera - była jakimś chatroomem, forum wymiany wiadomości pomiędzy dwiema rozmawiającymi ze sobą za pośrednictwem Internetu osobami.

"NMart" to była najwyraźniej Nora Martinez. Jej rozmówca "WFet" to natomiast Wasilij Fet, były nowojorski deratyzator. Fet dołączył do ich walki na wczesnym etapie, kiedy wraz z nadejściem wampirów miasto nawiedziła plaga szczurów. Okazał się nieocenionym nabytkiem dla ich sprawy, zarówno z uwagi na znajomość technik tępienia gryzoni, jak i na znajomość miasta, a w szczególności podziemnych tuneli pod metropolią. Podobnie jak Eph, on także został uczniem Setrakiana, stopniowo zmieniając się w działającego na terytorium Nowego Świata łowcę wampirów. Obecnie znajdował się na statku, gdzieś na Oceanie Atlantyckim, wracając z Islandii, dokąd udał się z bardzo ważną misją.

Ta rozmowa na czacie, pełna błędów gramatycznych ze strony Feta, zaczęła się dzień wcześniej i dotyczyła głównie Epha. Przeczytał słowa, których nigdy nie miał zobaczyć.

NMart: E tu nie ma - nie przybył na spotkanie. Miałeś rację. Nie powinnam była aż tak na nim polegać. Teraz mogę jedynie czekać...

WFet: Nie czekaj tam. Pozostań w ruchu. Wróć na Roosvlt Isl.

NMart: Nie mogę - mojej mamie się pogorszyło. Spróbuję zostać tu jeszcze przez jeden dzień. NAPRAWDĘ już tak dłużej nie mogę. On jest niebezpieczny. Stanowi zagrożenie dla nas wszystkich. To tylko kwestia czasu, kiedy ta wampirza suka Kelly go dopadnie albo kiedy on doprowadzi ją tutaj.

WFet: Rozumię cię. Ale my go potrzebować. Musim go trzymać blisko.

NMart: On sam wychodzi. Nie dba o nic innego.

WFet: Jest zbyt ważny. Dla nich. Dla M. Dla nas.

NMart: Wiem... tyle tylko, że już nie mogę mu ufać. Nawet już nie wiem, kim on jest. W ogóle go nie poznaję...

WFet: Musimy wszyscy postarać się, aby nie pogrążył się za bardzo. Zwłaszcza ty. Utrzymuj go na powierzchni. On nie wi, gdzie jest księga. To nasz podwójny blef. W ten sposób nie może nam zaszkodzić.

NMart: Znów jest w domu K. Ja to wiem. Zagląda tam w poszukiwaniu wspomnień Z. To jak próba wykradania czegoś ze snów.

A potem:

NMart: Wiesz, że za tobą tęsknię. Długo jeszcze?

WFet: Właśnie wracam. Też się stęskniłem.

Eph zrzucił plecak z bronią, schował miecz do pochwy i klapnął na fotel biurowy.

Spojrzał na najświeższą wymianę, odczytując jej treść raz po raz i słysząc najpierw głos Nory, a potem Feta, z charakterystycznym brooklyńskim akcentem.

Też się stęskniłem.

Poczuł się nieważki, odczytując te słowa, jakby siła ciążenia uwolniła jego ciało. A mimo to wciąż tu siedział, w bezruchu.

Powinien czuć silniejszą złość. Większy gniew. Powinien czuć się zdradzony. I szaleńczo zazdrosny.

I czuł to wszystko. Ale nie głęboko, w sobie. Nie na tyle, by nie dawało mu to spokoju. Owszem, czuł to i miał tego świadomość, ale wszystko i tak sprowadzało się do jednego wniosku. To, co go dręczyło, było tak wszechogarniające, że nic innego, choćby nie wiadomo jak gorzkiego, nie było w stanie odmienić jego emocjonalnego podniebienia.

Jak do tego doszło? Przez ostatnie dwa lata Eph celowo i świadomie trzymał się od Nory na dystans. Robił to, by ją chronić, by chronić ich wszystkich... a przynajmniej tak to sobie tłumaczył, usprawiedliwiając faktyczne jej porzucenie.

Mimo to nie potrafił tego zrozumieć. Przeczytał raz jeszcze całą korespondencję. A więc uważali, że był "niebezpieczny". Że stanowił dla nich "zagrożenie". Nie można mu było ufać. Uważali, że to dzięki nim wciąż jeszcze jakoś funkcjonował. Poniekąd mu ulżyło. Z powodu Nory - dobrze jej tak. Ale przede wszystkim aż dygotał z  powodu narastającej wściekłości. Co to miało znaczyć? Czy był zazdrosny tylko dlatego, że nie mógł jej już przytulić? Bóg mu świadkiem, że od dawna w ogóle o tym nie myślał. Czy zatem wściekał się, bo ktoś inny znalazł porzuconą przez niego zabawkę, a teraz on chciał ją odzyskać?

Tak niewiele wiedział o samym sobie... Matka Kelly mawiała, że zawsze był o dziesięć minut spóźniony na każde przełomowe wydarzenie w jego życiu. Spóźnił się na narodziny Zacka, spóźnił się na ślub, spóźnił się z ratowaniem swego rozpadającego się małżeństwa. Najprawdopodobniej spóźnił się także, aby uratować Zacka albo ocalić świat, a teraz...

Teraz jeszcze to.

Nora? Z Fetem?

Odeszła. Dlaczego wcześniej czegoś nie zrobił? To dziwne, ale pośród bólu i poczucia straty poczuł również ulgę. Nie musiał się już martwić - nie musiał kompensować swoich wad i niedociągnięć, tłumaczyć się z absencji, zjednywać sobie Nory.

Zanim jednak ta niespodziewana fala ulgi zdążyła go przepełnić, odwrócił się i zobaczył swoje odbicie w lustrze.

Wyglądał starzej. O wiele starzej, niż powinien. I był brudny, prawie jak menel albo bezdomny. Włosy przylepiały mu się do spoconego czoła, a ubranie miał pokryte wielomiesięczną warstwą brudu. Oczy miał zapadnięte, kości policzkowe sterczące tak, że napinały otaczającą je skórę. Nic dziwnego, pomyślał. Nic dziwnego.

Wciąż oszołomiony, powoli podniósł się z fotela. Zszedł po schodach i wymknął się z budynku, by w strugach czarnego deszczu dotrzeć do pobliskiego szpitala Bellevue. Do środka dostał się przez wybite okno i pomaszerował przez ciemne, opustoszałe korytarze w poszukiwaniu ostrego dyżuru. Niegdyś na ostrym dyżurze przyjmowano w tej placówce najcięższe przypadki, którymi zajmowali się najlepsi specjaliści, mający do dyspozycji najnowocześniejszy sprzęt.

Jak również szeroki asortyment leków.

Dotarł do stanowiska pielęgniarek i odkrył, że drzwiczki do szafki z lekami zostały wyrwane, a zamknięta na klucz lodówka została otwarta na siłę i splądrowana. Zero percodonu, vikodinu czy demerolu. Schował do kieszeni parę opakowań oxycodonu i środków przeciwlękowych - sam się zdiagnozował i sam wybrał dla siebie leki, wyrzucając puste pudełka przez ramię.

Łyknął dwa białe oxy, bez popijania i nagle znieruchomiał.

Poruszał się tak szybo i robił tyle hałasu, że nie usłyszał odgłosu bosych stóp. Ten dźwięk się zbliżał. Kątem oka dostrzegł jakiś ruch naprzeciwko stanowiska pielęgniarek.

Zatrzymał się.

Patrzyły na niego dwa w pełni ukształtowane wampiry, bezwłose, blade i pozbawione ubrań. Zauważył pogrubione arterie naprężające się na ich szyjach, ciągnące się w dół obojczyków i ku klatce piersiowej jak pulsujące korzenie drzewa. Jeden z wampirów był kiedyś mężczyzną (miał większe ciało), a drugi musiał być kobietą (wskazywały na to blade, pomarszczone piersi).

Inną charakterystyczną cechą dojrzałych wampirów były obwisłe, pofałdowane wola. Te odrażające, zwisające fałdy ciała, przywodzące na myśl indyczą szyję, były bladoczerwone, kiedy istota wymagała pożywienia się, zaś po posiłku nabiegały ostrym szkarłatem. Fałdy skórne tych potworów były blade, obwisłe i kołysały się przy każdym ruchu głowy. Oznaka rangi i symbol doświadczonego łowcy. Czy to ta sama dwójka zatrzymała Norę i jej matkę albo w jakiś inny sposób przepłoszyła je z siedziby głównego koronera? Nie sposób było tego potwierdzić, ale coś podpowiadało Ephowi, że tak mogło być, a jeżeli rzeczywiście, to całkiem możliwe, że Nora im uciekła i wciąż pozostawała na wolności. Dostrzegł coś, co przyjął za oznakę rozpoznania w tych paskudnych czerwonych oczach. Zazwyczaj w wampirzym spojrzeniu nie było ani cienia błysku i nic w jego poczynaniach nie sugerowało bardziej złożonej akcji mózgu - Eph jednak widywał już wcześniej to spojrzenie i wiedział, że został rozpoznany i zidentyfikowany. Krwiopijcy użyczyli oczu Mistrzowi, donosząc mu o swoim znalezisku, a obecność Mistrza owładnęła ich umysłami z mocą demonicznego opętania. Stado zjawi się tu w parę minut.

- Doktorze Goodweather... - powiedziały równocześnie oba stwory, a ich skrzeczący głos wykazywał osobliwą synchroniczność. Ich ciała drgały jak bliźniacze marionetki kontrolowane przez ten sam niewidzialny sznurek.

Przez Mistrza.

Eph z fascynacją, ale i odrazą zauważył, jak w ich pustych wcześniej oczach pojawiła się inteligencja wskazująca obecność istoty wyższej, niczym dłoń wypełniająca skórzaną rękawiczkę i nadająca jej formę.

Blade, pociągłe twarze istot zmieniły się, kiedy wola Mistrza przejęła kontrolę nad ich zwiotczałymi ustami i pustymi oczami...

- Wyglądasz... na zmęczonego - powiedziały bliźniacze marionetki, a ich ciała poruszyły się równocześnie w ten sam sposób.

- Myślę, że powinieneś odpocząć... nie uważasz? Przyłącz się do nas. Poddaj się. Dam ci, czego zechcesz. Czegokolwiek zapragniesz...

Potwór miał rację: był zmęczony, o tak, bardzo zmęczony. I owszem, miał ogromną ochotę, aby odpuścić. Czy mogę? - zastanawiał się. Czy mogę się poddać? Czy mogę odpuścić?

Jego oczy wypełniły się łzami i poczuł, że miękną mu kolana.

- Ludzie, których kochasz, ci, za którymi tęsknisz, są pod moją opieką... - powiedziało dwoje posłańców, a treść ich wiadomości była starannie dobrana, jeśli chodzi o słowa. Brzmiały tak kusząco, tak zagadkowo, tak zapraszająco...

Dłonie Epha zadrżały, gdy sięgał za siebie, by chwycić owinięte wyświechtaną skórą rękojeści dwóch długich mieczy wystających ponad jego ramionami. Wysunął je pionowo w górę, aby nie rozciąć plecaka z bronią. Może zaczęły działać wzięte niedawno prochy, ale coś zaskoczyło w jego mózgu i sprawiło, że zaczął postrzegać te dwa monstra, męskie i żeńskie, jako odpowiedniki Nory i Feta. Jego kochanka i zaufany przyjaciel spiskowali teraz przeciwko niemu. Poczuł się, jakby to właśnie oni zaskoczyli Epha, gdy plądrował szafkę z lekami jak byle ćpun, przyłapując go w najgorszym momencie życia - i to właśnie oni byli odpowiedzialni za to, że sięgnął dna.

- Nie - powiedział, stawiając opór Mistrzowi tym jednym słowem, które zabrzmiało jak szloch. W końcu, odganiając od siebie emocje, Eph spróbował wykorzystać łamiący się głos w inny sposób, przekuwając go w gniew.

- Jak sobie życzysz - odrzekł Mistrz. - Jeszcze się zobaczymy... już niebawem...

Po czym zwrócił wolę łowcom. Parskając i posapując, bestie wróciły, porzucając wyprostowaną, dumną postawę i opadając na kolana, gotowe zacząć okrążać swoją ofiarę. Eph nie dał wampirom szansy, aby rzuciły się na niego z dwóch stron. Zaatakował najpierw mężczyznę, unosząc oba miecze do ciosu. Wampir uskoczył w bok w ostatniej chwili - te stworzenia były naprawdę szybkie i zwinne - jednak sztych miecza Epha zdążył rozorać tors strzygi. Cięcie było na tyle głębokie, że wampir stracił równowagę, a z rany pociekła biała krew. Wampiry rzadko odczuwały fizyczny ból, ale czuły go, gdy broń była ze srebra. Stwór skręcił się gwałtownie, przyciskając dłoń do boku.

W tej chwili zawahania i nieuwagi Eph obrócił się jak fryga i wykonał drugim mieczem cięcie na wysokości ramienia. Jeden cios wystarczył, by odrąbać potworowi głowę - została odcięta tuż poniżej żuchwy. Ramiona wampira uniosły się w górę w odruchu samoobrony, zanim bezgłowy kadłub osunął się na ziemię.

Eph znów się odwrócił, akurat w momencie, gdy kobieta dała potężnego susa. Przeskoczyła nad kontuarem i rzuciła się na Epha, próbując dosięgnąć jego twarzy bliźniaczymi środkowymi palcami zakończonymi długimi pazurami. On jednak odbił jej ręce, blokując ciosy przedramionami, a wampirzyca przeleciała nad nim i uderzywszy mocno o ścianę, osunęła się na podłogę. Mężczyzna stracił w wyniku swego bloku oba miecze. Miał takie słabe ręce.

O tak, tak, proszę... Chcę się poddać. Chcę już odpuścić.

Strzyga w jednej chwili stanęła na czworakach i spojrzała na Epha z tej pozycji. Jej oczy świdrowały go wzrokiem. Surogatka Mistrza, którego zła obecność pozbawiała go wszystkiego. W Ephie znów zapłonął gniew.

Błyskawicznie wyjął swoje haki i przygotował się na uderzenie. Wampirzyca zaatakowała, a on zareagował - obwisłe wole poniżej podbródka stwora wydawało się idealnym celem. Robił to już setki razy - gdy pracował w przetwórni ryb, przy oczyszczaniu tuńczyków. Jeden z haków wbił się w szyję stwora tuż za fałdami skórnymi, pogrążając się w ciele i grzęznąc za utworzoną z chrząstek rurką, w której znajdowała się krtań i skąd uwalniane było żądło. Szarpnąwszy mocno za rękojeść haka, zablokował żądło i zmusił wampirzycę, aby przyklękła i wydała z siebie głośne kwiknięcie jak zarzynany wieprzek. Drugi hak dosięgnął oczodołu, a Eph wbił kciuk poniżej żuchwy wampirzycy, zamykając jej usta. Któregoś lata, dawno, bardzo dawno temu, ojciec pokazał mu tę sztuczkę, kiedy łapali węże nad niewielką rzeczką na północy.

- Trzeba zablokować szczękę - oznajmił. - Żeby nie mógł cię dziabnąć.

Niewiele węży było jadowitych, ale wiele z nich potrafiło boleśnie ukąsić, a w paszczach miało dość bakterii, by mogło się wywiązać zakażenie. Okazało się, że mieszczuch Eph był całkiem niezły w łapaniu węży. Miał wrodzony talent. Któregoś dnia nawet dał popis, chwytając węża na podjeździe przy domu, kiedy Zack był jeszcze malutki. Poczuł się wtedy prawdziwym bohaterem. Ale to było dawno temu. W innym życiu.

Teraz, słaby i niepewny, złapał na haki potężną nieumarłą istotę, przeraźliwie gorącą w dotyku, emanującą wściekłością i energią nienasyconego pragnienia. To nie był chłodny kalifornijski strumień, w którym brodził po kolana, ani podjazd, na który wysiadł ze swego minivana, by złapać miejskiego węża. Był w prawdziwym niebezpieczeństwie. Czuł, jak mięśnie odmawiają mu posłuszeństwa. Siły go opuszczały. Tak... tak... chciałbym się poddać...

Słabość obudziła w nim gniew. Pomyślał o wszystkim, co utracił. Kelly, Norze, Zacku, świecie i szarpnął z całej siły, przy wtórze pierwotnego, dzikiego krzyku, rozdzierając rurkę tchawiczną i rozłupując twardą tkankę chrzęstną. Żuchwa pękła i przemieściła się pod naciskiem jego brudnego kciuka. Buchnęła struga krwi i robaków, a Eph cofnął się, starając się ich unikać i balansując jak pięściarz poza zasięgiem swego przeciwnika.

Wampirzyca zerwała się na nogi, przesuwając się wzdłuż ściany, skamląc i skowycząc z rozerwanym gardłem i fałdami skórnymi trzepoczącymi i buchającymi krwią. Eph zamarkował cios, a wampirzyca cofnęła się o kilka kroków, zawodząc jękliwie. To był cichy, wilgotny dźwięk, prawie jak kaczy zew. Znów wykonał markowany ruch, ale tym razem wampirzyca już nie dała się nabrać. Mężczyzna zamierzał powtórzyć wcześniejsze posunięcie, aby ją zmylić, gdy ta nagle znieruchomiała, a potem rzuciła się do ucieczki.

Jeżeli Eph miałby kiedykolwiek sporządzić listę reguł walki, jedna z pierwszych mówiłaby, aby nigdy nie gonić uciekającego wampira. Nic dobrego nie mogło z tego wyniknąć. Pościg za umykającą strzygą nie niósł ze sobą żadnych korzyści strategicznych. Alarm telepatyczny już został uruchomiony. Przez ostatnie dwa lata wampiry opracowały strategię skoordynowanych ataków. Ucieczka miała na celu grę na zwłokę albo jakiś fortel.

Mimo to Eph w przypływie złości zrobił to, czego robić nie powinien. Wziął swoje miecze i pobiegł za wampirzycą przez korytarz w stronę drzwi z napisem SCHODY. Gniew oraz dziwne pragnienie zemsty sprawiły, że dopadł do drzwi i pokonał dwie kondygnacje schodów w górę.

Następnie kobieta opuściła klatkę schodową, a Eph podążył za nią. Wampirzyca pognała przez korytarz, a on biegł jej śladem, z mieczami w dłoniach.

Wampirzyca skręciła w prawo, a potem w lewo, wbiegła do innej klatki schodowej i pokonała jedną kondygnację schodów w górę.

Gdy Eph zaczął się męczyć, odzyskał zdrowy rozsądek. Zobaczył kobietę na drugim końcu korytarza i wyczuł, że stwór zwolnił. Czekał na niego, jakby chciał się upewnić, iż Eph zobaczy, jak skręca za załom korytarza.

Zatrzymał się. To nie mogła być pułapka. Dopiero co pojawił się w szpitalu, nie było czasu. Zatem jedynym powodem, dla którego wampirzyca tak go zwodziła, było...

Wszedł do najbliższego pokoju dla pacjentów i podszedł do okna. Szyba była pokryta smugami od czarnego deszczu, miasto poniżej tonęło w strugach plugawej ulewy. Eph oparł się czołem o szybę i wytężył wzrok, usiłując dostrzec ulicę.

Zauważył ciemne postacie, w których rozpoznał ciała, wybiegające na ulice z sąsiednich budynków. Było ich coraz więcej. Wyłaniały się zza rogów ulic i z okolicznych budynków.

Eph się cofnął. A więc telepatyczny alarm faktycznie został przesłany. Wiadomość była krótka i prosta. Jeden z filarów ludzkiego ruchu oporu, doktor Ephraim Goodweather, został uwięziony w gmachu szpitala Bellevue.

STACJA METRA PRZY DWUDZIESTEJ ÓSMEJ ULICY

Nora stała na rogu Park Avenue i Dwudziestej Ósmej, a deszcz bębnił o kaptur jej sztormiaka. Wiedziała, że nie powinna się zatrzymywać, ale musiała też mieć pewność, że nikt jej nie śledził. W przeciwnym razie ucieczka do tuneli metra byłaby jak wejście prosto w pułapkę. Wampiry miały oczy w całym mieście. Musiała wyglądać jak zwyczajna kobieta w drodze do pracy lub do domu. Problem stanowiła jej matka.

- Mówiłam ci, żebyś zawołała właściciela kamienicy! - powiedziała jej matka, odgarniając kaptur, by poczuć krople deszczu na twarzy.

- Mamo - rzekła Nora, ponownie naciągając jej kaptur na głowę.

- Niech naprawi ten cieknący prysznic.

- Cii! Ani słowa

Nora musiała iść dalej. Dla jej matki nie było to łatwe, ale przynajmniej idąc, nic nie mówiła. Nora objęła ją jedną ręką w talii i przyciągnęła do siebie, gdy na skrzyżowaniu pojawiła się wojskowa ciężarówka. Nora znów się cofnęła i z opuszczoną głową patrzyła na przejeżdżający pojazd. Ciężarówka była kierowana przez strzygi. Nora mocniej przyciągnęła do siebie matkę, powstrzymując ją przed wyjściem na ulicę.

- Kiedy zobaczę się z tym właścicielem kamienicy, pożałuje, że z nami zadarł.

Bogu dzięki, że znów lało, ponieważ deszcz oznaczał płaszcze przeciwdeszczowe, a płaszcze przeciwdeszczowe oznaczały kaptury. Osoby starsze i zniedołężniałe zostały wyłapane już dawno temu. Dla osób bezproduktywnych nie było miejsca w nowym społeczeństwie. Nora nigdy nie podjęłaby takiego ryzyka - wyjścia na ulicę i pokazywania się z matką w miejscu publicznym, gdyby miała jakikolwiek wybór.

- Mamo, czy możemy znów pobawić się w "cichosza"?

- Jestem już tym wszystkim zmęczona. Z tego przeklętego sufitu się leje.

- Kto potrafi milczeć dłużej? Ty czy ja?

Nora zaczęła przeprowadzać matkę przez ulicę. W oddali przed nimi ze słupa z tablicą informującą o nazwie ulicy i oświetleniem przy skrzyżowaniu zwieszało się martwe ciało.

Trupy pozostawione w miejscach publicznych stanowiły powszechny widok, zwłaszcza wzdłuż Park Avenue. Wiewiórka na obwisłym ramieniu martwego mężczyzny walczyła z dwoma gołębiami o prawo do policzków nieboszczyka.

Nora starałaby się odwrócić uwagę matki od tego widoku, ale starsza kobieta nawet nie spojrzała w tę stronę. Obie skręciły i ruszyły po śliskich schodach w stronę stacji metra. Schody były wilgotne od deszczu. Gdy zeszły pod ziemię, matka Nory znów próbowała zdjąć kaptur, ale kobieta zaraz ponownie nałożyła go jej na głowę i skarciła staruszkę.

Bramek przy wejściu już nie było. Nie wiadomo, po co zostawiono jeden stary bankomat. Ale plakaty ostrzegawcze JEŚLI ZAUWAŻYSZ COŚ PODEJRZANEGO, ZGŁOŚ TO, także pozostały. Nora pozwoliła sobie na chwilę wytchnienia: jedyne dwa wampiry, znajdujące się przy wejściu z drugiej strony, nawet na nią nie spojrzały. Zaprowadziła matkę na peron, skąd odjeżdżały składy w kierunku północnym, w nadziei, że wkrótce zjawi się pociąg linii 456. Przytrzymywała matkę za ręce i starała się, by to nie wyglądało podejrzanie.

Wokół nich stali ludzie czekający na pociąg, jak za dawnych czasów. Niektórzy czytali książki. Kilka osób słuchało muzyki z przenośnych odtwarzaczy. Brakowało jedynie telefonów i gazet.

Na jednym ze słupów, o które opierali się ludzie, wisiała stara policyjna ulotka z podobizną Epha, odbitką ze starego zdjęcia z jego legitymacji służbowej. Nora zamknęła oczy i przeklęła go w myślach. To na niego czekały w kostnicy. Norze nie spodobało się tam, nie dlatego, że miała słabe nerwy - wręcz przeciwnie - ale dlatego, że to miejsce było zbyt otwarte. Gus - były członek gangu, który po spotkaniu z Setrakianem zmienił swoje życie i stał się ich lojalnym towarzyszem broni - zamelinował się pod ziemią. Fet urządził się na Roosevelt Island i właśnie tam teraz zmierzała.

Cały Eph. Geniusz i dobry człowiek, ale zawsze odrobinę spóźniony. I stale się spieszył, aby pod koniec trochę nadrobić spóźnienie. To przez niego zabawiła tam o dzień dłużej. Zrobiła to przez wzgląd na niewłaściwie zaoferowaną lojalność - i, owszem, być może z poczucia winy. Chciała nawiązać z nim kontakt, sprawdzić, co z nim, upewnić się, że wszystko w porządku. Wampiry weszły do kostnicy na poziomie ulicy. Nora pisała właśnie na komputerze, kiedy usłyszała brzęk tłuczonego szkła. Zdążyła tylko odnaleźć matkę śpiącą na wózku inwalidzkim. Nora mogłaby zabić bestie, lecz w ten sposób zdradziłaby Mistrzowi swoją pozycję i miejsce kryjówki Epha. A w przeciwieństwie do niego była zbyt rozważna, aby ryzykować zdradę ich sojuszu.

To znaczy wydanie ich Mistrzowi. Bo Epha zdradziła już z Fetem. Zdradziła go w ramach ich sojuszu. Miała z tego powodu wyrzuty sumienia, ale także w tej kwestii Eph był odrobinę spóźniony. A oto i dowód. Była wobec niego taka cierpliwa - zbyt cierpliwa - zwłaszcza kiedy pił, a teraz żyła w pełni już tylko dla siebie. I dla matki. Poczuła, że staruszka szarpie ją za ręce, i otworzyła oczy.

- Włosy wpadają mi do oczu - poskarżyła się matka, próbując je odgarnąć.

Nora przyjrzała się jej. Niczego nie zauważyła. Udała jednak, że dostrzega pojedynczy włos i na chwilę puściła ręce matki, aby go strzepnąć.

- Mam - powiedziała. - Już po wszystkim.

Jednak po zachowaniu matki zdała sobie sprawę, że jej wybieg się nie powiódł. Ta nadal próbowała zdmuchnąć wyimaginowane włosy

- Łaskocze! Puść mnie!

Nora wyczuła, że kilka osób kieruje wzrok w ich stronę. Puściła rękę matki. Staruszka przetarła dłonią twarz, po czym spróbowała zdjąć kaptur.

Nora nie pozwoliła jej na to, ale i tak przez moment było widać jej potargane srebrnosiwe włosy.

Usłyszała, jak ktoś obok niej gwałtownie wstrzymał oddech. Nora stłumiła w sobie chęć spojrzenia w tę stronę, próbując zachowywać się jak najmniej podejrzanie. Usłyszała szepty, a może tylko tak jej się wydawało.

Nachyliła się w stronę żółtej linii w nadziei, że ujrzy światła nadjeżdżającego pociągu.

- Tam jest! - zawołała jej matka. - Rodrigo! Widzę cię! Nie udawaj!

Nawoływała właściciela kamienicy z czasów dzieciństwa Nory. Był to chudy jak tyka facet z gęstą czupryną czarnych włosów i biodrami tak wąskimi, że zamiast opinać się pasem z narzędziami, nosił go w ręku. Mężczyzna, na którego pokrzykiwała, ciemnowłosy, ale nie przypominający Rodrigo sprzed trzydziestu lat, odwrócił się i popatrzył w ich stronę.

Nora odwróciła matkę ku sobie, próbując ją uciszyć. Staruszka jednak wyrwała się z jej uścisku i odgarnęła kaptur, wciąż próbując nawoływać widmowego właściciela kamienicy.

- Mamo - rzekła błagalnie Nora. - Proszę. Spójrz na mnie. Nic nie mów.

- On stale ze mną flirtuje, ale jak już trzeba coś zrobić...

Nora miała ochotę zatkać matce usta. Poprawiła jej kaptur i zaczęła prowadzić ją w stronę wyjścia z peronu, przez co tylko zwróciła uwagę kolejnych osób.

- Mamo, błagam! Bo nas odkryją!

- To nierób i leń!

Nawet gdyby jej matkę wzięto omyłkowo za pijaczkę, i tak miałaby kłopoty. Alkohol był zakazany, ponieważ wpływał na krew i powodował aspołeczne zachowania.

Nora odwróciła się, myśląc o ucieczce ze stacji, lecz dostrzegła światła rozjaśniające tunel.

- Mamo, to nasz pociąg. Ciii. Chodźmy.

Skład wjechał na stację. Nora czekała przy pierwszym wagonie. Kilkoro pasażerów wysiadło, zanim kobieta wepchnęła matkę do środka i zdołała znaleźć dwa miejsca obok siebie. Pociąg linii 6 w kilka minut powinien dowieźć je na Pięćdziesiątą Dziewiątą Ulicę. Poprawiła matce kaptur i czekała, aż drzwi się zamkną.

Nora zwróciła uwagę, że nikt nie usiadł obok nich. Popatrzyła w głąb wagonu, by ujrzeć, jak inni pasażerowie pospiesznie odwracają wzrok. Zaraz potem wyjrzała na peron i spostrzegła parę nastolatków stojącą z dwoma pracownikami służby ochrony metra - ludźmi, wskazującą na pierwszy wagon składu.

Wskazującą na Norę.

Zamknijcie drzwi, błagała bezgłośnie.

I tak się stało. Z tą samą przypadkową skutecznością, jaką zwykle wykazywał się nowojorski system kolejki podziemnej, drzwi wagonu się zamknęły. Nora czekała na znajome szarpnięcie. Pragnęła tylko dotrzeć na Roosevelt Island i czekać tam na powrót Feta.

Ale skład nie ruszył. Czekała, kiedy to się stanie, jednym okiem zerkając na pozostałych pasażerów, a drugim na pracowników służby ochrony metra, zbliżających się do pociągu. Z tyłu za nimi była teraz dwójka wampirów. Ich czerwone oczy wpatrywały się w Norę. Za nimi stała zatroskana para, która wskazała i w rezultacie wydała krwiopijcom Norę i jej matkę.

Para uważała, że postępuje słusznie, przestrzegając nowego prawa. A może chciała po prostu zrobić im na złość; wszyscy inni musieli oddać starszych członków swoich rodzin wampirom, nowej rasie panów.

Drzwi się otworzyły i do wagonu weszło najpierw dwóch strażników kolejowych. Nawet gdyby była w stanie zabić dwóch swoich ziomków, uwolnić dwie strzygi i uciec z podziemnej stacji metra, musiałaby dokonać tego w pojedynkę. Nie miała szans tego uczynić, nie poświęcając matki i skazując ją na schwytanie lub śmierć.

Jeden z funkcjonariuszy ochrony metra podszedł i odgarnął kaptur z głowy matki Nory, odsłaniając jej siwe włosy.

- Pójdą panie z nami - powiedział. Kiedy Nora nie zareagowała, położył dłoń na jej ramieniu i mocno ścisnął. - Natychmiast.

SZPITAL BELLEVUE

Eph cofnął się od okna i wampirów gromadzących się pod szpitalem Bellevue na ulicach poniżej. Spieprzył sprawę. Poczuł w żołądku palący lęk. Wszystko przepadło.

W pierwszym odruchu chciał rzucić się do ucieczki, kupić sobie trochę czasu, wbiegając na dach - choć najprawdopodobniej byłoby to jak zapędzenie się w ślepą uliczkę. Jedyną korzyścią ze znalezienia się na dachu mogło być to, że miałby wówczas szansę rzucić się stamtąd, gdyby miał do wyboru śmierć lub nieumarły byt jako wampir.

Zejście na dół oznaczało konieczność przebicia się przez tłum wampirów. To byłoby jak wbiegnięcie w rój zabójczych pszczół: był niemal pewien, że zostałby użądlony przynajmniej raz, a jeden raz to wszystko, czego było trzeba.

A zatem ucieczka nie wchodziła w grę. Podobnie jak samobójcza walka do samego końca. Spędził jednak w szpitalach dostatecznie dużo czasu, by czuć się tu jak w domu. Miał przewagę, musiał tylko określić jaką.

Przebiegł obok wind dla pacjentów, po czym zatrzymał się, zawrócił i przystanął przed panelem kontroli gazu. To był wyłącznik awaryjny, odcinający całe piętro. Rozbił plastikową osłonę, a kiedy odblokował wyłącznik, zaczął uderzać w przewód gazowy, dopóki nie usłyszał głośnego syku.

Pobiegł w stronę schodów, wbiegł na wyższe piętro, do tamtejszego odcinacza dopływu gazu i powtórzył tę samą czynność. Następnie wrócił na schody - i tym razem usłyszał krwiopijców wbiegających na niższe piętra. Nie nawoływały się, bo nie miały głosu. Słychać było tylko tupot martwych, bosych stóp, gdy wspinały się na górę.

Zaryzykował wizytę na jeszcze jednym piętrze i możliwie jak najszybciej rozprawił się z tamtejszym odcinaczem gazu. Wcisnął przycisk pobliskiej windy, lecz nie zaczekał na pojawienie się kabiny, tylko skierował się w stronę wind serwisowych, tych, którymi pielęgniarze przewozili wózki z zaopatrzeniem i pacjentów przykutych do łóżek. Odnalazł te windy i wcisnął guzik, po czym zaczekał, aż któraś z nich podjedzie.

Adrenalina wywołana walką o przetrwanie i ucieczką przed pościgiem zelektryzowała jego krew, która stała się tak słodka jak sztuczny słodzik, z którego niekiedy korzystał. Zdał sobie sprawę, że to był właśnie ten haj, którego poszukiwał w środkach farmaceutycznych. Po tylu bitwach, w których stawką było życie lub śmierć, kompletnie rozstroił sobie receptory przyjemności. Za dużo "górek" i "dołków".

Drzwi windy się otworzyły, wcisnął więc przycisk z literą P jak piwnice. Na wiszących w kabinie plakatach widniały hasła nawołujące do mycia rąk i przekonujące, jak ważne jest zaufanie pacjenta. Z jakiegoś brudnego plakatu uśmiechało się do niego dziecko. Ssało lizaka i mrugało porozumiewawczo, unosząc kciuk w charakterystycznym geście. Na plakacie umieszczono daty i harmonogram festynu pediatrycznego sprzed miliona lat. Eph wsunął jeden miecz do plecaka z bronią, wpatrując się w cyferki odliczające do zera. Winda szarpnęła, a w kabinie zrobiło się ciemno, po czym zatrzymała się między piętrami. Koszmarny scenariusz, pomyślał, jednak w chwilę potem kabina znów szarpnęła i ruszyła dalej. Jak wszystko inne, co było zależne od regularnych przeglądów i konserwacji, te urządzenia mechaniczne były zawodne i jeśli tylko miałeś wybór, lepiej było z nich nie korzystać.

Rozległ się dźwięk dzwonka i drzwi w końcu się rozsunęły. Eph wyszedł z kabiny i znalazł się w skrzydle serwisowym piwnic szpitalnych. Pod ścianą stały wózki noszowe jak wózki w supermarkecie czekające na klientów. Pod otwartym zsypem ściennym ustawiono wielki wyłożony brezentem wózek na pościel do prania.

W kącie na kilku zaopatrzonych w kółka i długie rączki wózkach transportowych stało około tuzina pomalowanych na zielono zbiorników z tlenem. Eph pracował tak szybko, jak pozwalało mu jego zmęczone ciało, przetaczając butle z tlenem do każdej z trzech wind, po trzy butle do każdej z kabin. Zdjął metalowe nasadki z wylotów butli i tłukł nimi w wyloty zbiorników, aż usłyszał charakterystyczny syk uchodzących gazów. Wcisnął przyciski najwyższego piętra i drzwi wszystkich trzech kabin się zamknęły.

Następnie wyjął z plecaka puszkę płynu do zapalniczek. Pudełko zapałek znajdowało się gdzieś w kieszeni jego płaszcza. Drążącymi dłońmi przewrócił brezentowy wózek na pranie, wysypując brudną pościel przed każdą z trzech wind, po czym uśmiechając się złowieszczo, nacisnął puszkę z płynem do zapalniczek, spryskując łatwopalną substancją stertę bawełnianej pościeli. Potem zapalił dwie zapałki i upuścił je na stos, który zapłonął przy wtórze głośnego "puf!". Eph nacisnął przycisk przywołania każdej z trzech serwisowych wind, działających indywidualnie, z piwnic serwisowych, po czym ruszył co sił w nogach w poszukiwaniu wyjścia.

Nieopodal drzwi wyjścia awaryjnego dostrzegł duży panel kontrolny z kolorowymi rurami. Wyrwał toporek strażacki z przeszklonej gabloty. Przedmiot wydawał się bardzo duży i bardzo ciężki. Zaczął raz za razem rąbać w uszczelki wszystkich trzech przewodów, wykorzystując bardziej ciężar siekiery niż swoje własne opuszczające go siły, aż usłyszał szum uchodzącego gazu. Otworzył drzwi wyjścia awaryjnego i znalazł się w strugach deszczu, stając na pełnym kałuż placu z ławeczkami i popękanymi kładkami wznoszącymi się nad Franklin D. Roosevelt Drive oraz chłostaną deszczem East River. Nie wiedzieć czemu, przypomniał mu się nagle cytat z filmu Młody Frankenstein: "Mogło być gorzej. Mogłoby padać". Zachichotał. Oglądał ten film z Zackiem. Tygodniami przerzucali się cytatami z tego filmu. "Tam wilk... a tam zamek".

Znalazł się na tyłach szpitala. Nie było czasu, aby pobiec w stronę ulicy. Puścił się pędem przez niewielki park, żeby znaleźć się możliwie jak najdalej od gmachu szpitala.

Gdy dotarł do obrzeży parku, zobaczył kolejne wampiry wspinające się po murze od strony Roosevelt Drive. Jeszcze więcej zabójców wysłanych przez Mistrza, których ciała o przyspieszonym metabolizmie aż parowały w deszczu.

Eph pobiegł w ich stronę, czekając na wybuch. Wiedział, że budynek za nim może w każdej chwili eksplodować i obrócić się w gruzy. Kopniakiem strącił kilku pierwszych krwiopijców z muru na chodnik poniżej, gdzie wylądowały na czworakach i natychmiast poderwały się na nogi, jak niemożliwi do zabicia przeciwnicy w grze wideo. Eph przebiegł wzdłuż szczytu muru w stronę budynków NYU Medical Center, próbując oddalić się od Bellevue. Na wprost niego wampir o długich szponach zacisnął palce na górnej krawędzi muru i pojawiła się nad nią łysa czaszka z gorejącymi czerwonymi oczami. Eph przykląkł na kolano, wbijając sztych miecza w otwarte usta wampira. Ostrze klingi zatopiło się w gorącej gardzieli krwiopijcy. Jednak nie przebiło go ani nie rozpłatało. Srebrne ostrze paliło gardziel stwora, uniemożliwiając rozwarcie żuchwy i uwolnienie żądła. Wampir nie mógł się poruszyć. Obwiedzione czerwienią oczy łypały na Epha z bólem i oszołomieniem.

- Widzisz mnie? - spytał Eph.

Oczy wampira nie zdradzały żadnej reakcji. Mężczyzna zwracał się nie do krwiopijcy, ale wprost do Mistrza, który patrzył jego oczami.

- Widzisz to?

Odwrócił miecz, zmuszając, by krwiopijca, a poprzez niego Mistrz spojrzeli w stronę Bellevue. Inne istoty wspinały się po murze, a niektóre już wybiegały z gmachu szpitala, reagując na ucieczkę Epha. Miał tylko parę chwil. Obawiał się, że jego sabotaż zawiódł, że ulatniający się gaz zamiast nagromadzić się w kabinach, znalazł bezpieczne ujście z budynku szpitala.

Eph rzucił wampirowi prosto w twarz, jakby miał przed sobą samego Mistrza:

- ODDAJ MI SYNA!

Ledwie to powiedział, a znajdujący się za nim budynek eksplodował, rzucając Epha do przodu, zaś trzymany przez Goodweathera miecz przebił na wylot gardło wampira.

Mężczyzna spadł z muru, wciąż trzymając mocno rękojeść miecza. Klinga wysunęła się z paszczy wampira, gdy obaj, człowiek i krwiopijca, runęli w dół.

Eph wylądował na dachu porzuconego auta, jednego z wielu, jakie stały na obrzeżach autostrady. Wampir spadł na szosę obok niego.

Goodweather upadł na bok, obijając sobie boleśnie biodro. Poprzez dzwonienie w uszach usłyszał przeciągły wizg i uniósł wzrok w strugach czarnego deszczu. Zobaczył coś, co wyglądało jak pocisk rakietowy wystrzeliwujący wysoko w górę i przelatujący szerokim łukiem, by spaść z pluskiem do rzeki. To była jedna z butli tlenowych.

Na szosę posypał się grad ciężkich od zaprawy cegieł. Odłamki szkła, migoczące w deszczu jak drogie klejnoty, spadły z brzękiem na asfalt. Eph zakrył głowę płaszczem, zsuwając się z wgniecionego dachu auta i ignorując bolesne kłucie w boku.

Dopiero gdy znów się wyprostował, zauważył dwa odłamki szkła tkwiące w jego łydce. Wyszarpnął je zdecydowanym ruchem. Z ran pociekła krew. Usłyszał wilgotne, pełne podniecenia skomlenie...

Kilka metrów dalej leżał na plecach wampir. Był oszołomiony, ale i wciąż podniecony. Biała krew wypływała z bulgotem przez otwór w jego karku. Krew Epha była dlań jak zaproszenie na kolację.

Goodweather chwycił go za zgruchotaną, wyłamaną żuchwę i spojrzawszy mu w twarz, zaczekał, aż czerwone ślepia skupią na nim wzrok, a potem na sztychu srebrnego miecza.

- CHCĘ ODZYSKAĆ SYNA, TY SKURWIELU! - krzyknął Eph. A potem uwolnił strzygę brutalnym cięciem w gardło, odrąbując głowę krwiopijcy i przerywając jego więź z Mistrzem.

Potem, kuśtykając i krwawiąc, znów się wyprostował.

- Zack... - wyszeptał. - Gdzie jesteś?

To rzekłszy, ruszył w długą drogę powrotną do domu.

CENTRAL PARK

Zamek Belvedere, wznoszący się nad północnym krańcem jeziora w Central Parku był wysoką budowlą, łączącą w sobie styl gotycki, wiktoriański i romański, a to za sprawą jej konstruktorów - Jacoba Wraya Moulda i Calverta Vauxa, pierwotnych projektantów parku. Zack Goodweather wiedział tylko, że zamek wyglądał strasznie i świetnie zarazem, i właśnie to zawsze go do niego przyciągało: ten średniowieczny (w jego mniemaniu) kasztel znajdujący się w samym środku parku, w centrum miasta. W dzieciństwie wymyślał różne historyjki związane z tym zamkiem. Na przykład o tym, że w rzeczywistości była to forteca wzniesiona przez maleńkie trolle dla pierwotnego architekta miasta, mrocznego lorda nazwiskiem Belvedere, który mieszkał w katakumbach pod skałą zamkową, nocami nawiedzając posępną cytadelę i sprawując pieczę nad wszystkimi stworzeniami zamieszkującymi park.

To było w czasach, kiedy Zack sięgał do fantastyki po opowiastki z dreszczykiem i historie niesamowite. Kiedy marzył na jawie, by uciec przed nudą współczesnego świata.

Teraz jego marzenia się ziściły. Jego fantazje były osiągalne. Jego życzenia były żądaniami, a jego wizje rzeczywistością.

Stał w otwartych drzwiach zamku, teraz już jako młody mężczyzna, obserwując strugi czarnego deszczu siekące park. Ulewa mąciła toń występującego z brzegów Turtle Pond, Żółwiowego Stawu, niegdyś zasnutej algami sadzawki skrzącej się zielenią, a obecnie błotnistego, czarnego dołu. Niebo było zasnute złowieszczymi chmurami, czyli tak jak zwykle. Brak błękitu nieba oznaczał brak niebieskiej wody. Przez dwie godziny dziennie spomiędzy skłębionych chmur przezierały słabe smużki światła, dzięki czemu widoczność poprawiała się na tyle, iż mógł już zobaczyć dachy okolicznych budynków, a park przypominał podmokłą, bagienną planetę Dagobah. Zasilane energią słoneczną latarnie w parku nie były w stanie podładować się na tyle, by móc pracować przez dwadzieścia dwie godziny na dobę, kiedy nad miastem zapadały ciemności, a ich światło gasło wkrótce po tym, jak wampiry opuszczały swoje kryjówki i wtapiały się we wszechobecne cienie.

W ostatnim roku Zack dorósł i nabrał sił. Kilka miesięcy temu zaczął mu się zmieniać głos, linia szczęki i żuchwy stała się bardziej wyrazista, a tors się wydłużył. Silne nogi niosły go pod górę, gdy wspinał się po stromych schodach biegnących żelazną spiralą do obserwatorium imienia Henry'ego Luce, na pierwszym piętrze zameczku. Wzdłuż ścian i w przeszklonych gablotach znajdowały się szkielety zwierząt, ptasie pióra i wykonane z papier mâché ptaki osadzone na drzewach ze sklejki. Central Park był niegdyś jednym z najbogatszych terenów obserwacji ptaków w Stanach Zjednoczonych, ale zmiana klimatu - być może już na zawsze - pozbawiła go tego waloru. Na początku śpiewy i świergot były słyszalne, ale później, po serii trzęsień ziemi czy też erupcji wulkanów, ptaki na całym świecie zaczęły masowo wymierać. Ich skrzydlate ciałka sypały się z nieba niczym ciężki czarny grad. Chaos i desperacja w przestworzach odpowiadały reakcjom ludzi na ziemi. Teraz nie było już cieplejszego klimatu południa, dokąd można by migrować. Przez wiele dni ziemia usłana była istnym kobiercem trzepoczących, poczerniałych skrzydeł. Szczury żarłocznie pożywiały się padłym ptactwem. Agonalny zaśpiew i pohukiwania mieszały się z dźwiękiem sypiących się ciał.

Teraz jednak, kiedy nie było deszczu, w parku panowały spokój i cisza, na jeziorach nie było już ptactwa wodnego. Tu i ówdzie, wśród traw i błota można było dostrzec fragmenty utytłanych kości i pozlepianych wilgotną ziemią piór. Sparszywiałe wiewiórki o zmierzwionym futrze od czasu do czasu przemykały wśród drzew, ale ich populacja w parku znacząco spadła.

Zack wrzucił do otworu na monety kamyk wielkości ćwierćdolarówki, po czym spojrzał przez jeden z teleskopów. Udało mu się oszukać maszynę, choć pole widzenia nie było najlepsze - rozmywało się przez mgłę i brudny deszcz.

Przed nadejściem wampirów zamek był siedzibą działającej stacji meteorologicznej. Większość urządzeń pozostała na strzelistych wieżyczkach zamku, jak również w otoczonym parkanem punkcie pomiarowym, na południe od kasztelu. Nowojorskie stacje radiowe w swoich komunikatach informowały o temperaturze w Central Parku, podając wynik uzyskany z obserwatorium w wieży. Teraz był lipiec albo może sierpień, okres tak zwanej letniej kanikuły, i najwyższa temperatura, jaką odnotował Zack pewnej parnej nocy, to sześćdziesiąt jeden stopni Fahrenheita, czyli szesnaście stopni Celsjusza.

W sierpniu przypadały urodziny Zacka. W gabinecie wisiał stary kalendarz sprzed dwóch lat, a chłopak żałował, że nie śledził uważniej upływu czasu. Czy miał już trzynaście lat? Uważał, że tak. Tak się czuł. Oficjalnie był nastolatkiem.

Jak przez mgłę pamiętał, kiedy ojciec zabrał go do zoo w Central Parku pewnego słonecznego popołudnia. Odwiedzili wtedy tę samą ekspozycję przyrodniczą w zamku, a potem zjedli po rożku lodów włoskich, siedząc na murku, skąd rozciągał się widok na urządzenia meteo. Zack pamiętał, że zwierzył się ojcu, iż dzieciaki w szkole naigrywały się czasem z jego nazwiska1 i żartowały, że gdy Zack dorośnie, zostanie pogodynką albo meteorologiem.

- Kim chciałbyś być? - spytał go ojciec.

- Opiekunem w zoo - odparł Zack. - I pewnie też kierowcą wyścigowym.

- Brzmi fantastycznie - stwierdził jego ojciec, po czym wrzucili puste kartonowe kubki do kosza na śmieci i wybrali się na popołudniowy seans do kina. A na koniec dnia, po idealnym popołudniu, ojciec i syn obiecali sobie, że muszą to powtórzyć. Ale nigdy do tego nie doszło. Jak wiele obietnic w historii Zacka i Epha, również ta pozostała niespełniona.

Wspominanie tego było jak przypominanie sobie snu - o ile w ogóle kiedyś coś takiego mu się przyśniło. Jego ojciec od dawna już nie żył, podobnie jak profesor Setrakian i pozostali. Od czasu do czasu, gdy słyszał gdzieś w mieście głośny wybuch albo widział wzbijający się w górę gęsty słup dymu i pyłu, mieszający się z deszczem, w głębi duszy się zastanawiał. Musieli być ludzie, którzy wciąż stawiali opór temu, co nieuchronne. Zackowi przywodziło to na myśl szopy, które nękały jego rodzinę podczas ferii świątecznych pewnego roku, dobierając się do śmietnika, niezależnie od tego, jak bardzo ojciec starał się zabezpieczyć kosz. To była podobna sytuacja, uznał. Nic więcej jak tylko drobna niedogodność.

Zack opuścił cuchnącą pleśnią wystawę i zszedł schodami w dół. Mistrz stworzył dla niego pokój będący odwzorowaniem starej sypialni Zacka w jego domu. Tyle że w dawnej sypialni nie było wielkiego na całą ścianę ekranu zabranego z ESPN Zone na Times Square. Ani automatu z pepsi czy stojaków z całą masą komiksów. Zack kopnął kontroler do gry, który zostawił na podłodze, i klapnął na jeden z luksusowych foteli ze stadionu Jankesów, miejsce za tysiąc dolarów, za bazą domową. Od czasu do czasu sprowadzano jakieś dzieciaki, aby miał z kim pograć, albo grał z nimi w sieci na wyznaczonym serwerze, ale niemal zawsze to Zack wygrywał. Wszyscy inni byli bez formy. Wygrywanie bywało nużące. Zwłaszcza gdy nie produkowano już nowych gier.

Początkowo pobyt w zamku go przerażał. Słyszał te wszystkie historie na temat Mistrza. Nieustannie czekał, kiedy zostanie przemieniony w wampira, jak jego mama, ale tak się nie stało. Dlaczego? Nigdy mu tego nie wyjaśniono, a on sam nie odważył się zapytać. Był tutaj gościem, a jako jedyny człowiek miał nieomal status celebryty. W ciągu dwóch lat, odkąd Zack został gościem Mistrza, żaden inny nie-wampir nie został wpuszczony do zamku Belvedere ani w pobliże kasztelu. To, co początkowo wyglądało na porwanie, z czasem zaczęło nabierać charakteru selekcji. Powołania. Jakby w tym nowym świecie zarezerwowano dla niego szczególne miejsce.

To właśnie Zack został wybrany spośród wszystkich. Nie wiedział, co o tym zdecydowało. Wiedział tylko, że istota, dzięki której dostąpił tego przywileju, była absolutnym władcą nowego świata. I z jakiegoś powodu chciała mieć Zacka u swego boku.

Opowieści, jakie słyszał Zack - o przerażającym olbrzymie, bezlitosnym zabójcy i wcieleniu zła - były z całą pewnością przesadzone. Po pierwsze, Mistrz jak na osobę dorosłą był przeciętnego wzrostu. Jak na istotę starożytną wyglądał całkiem młodo. Jego czarne oczy patrzyły z taką przenikliwością, że Zack miał podstawy, by obawiać się o kogoś, kto znalazłby się w niełasce u Mistrza. Kryła się w nich niezmierzona głębia i mrok wykraczające poza granice człowieczeństwa, mądrość sięgająca daleko w przeszłość i inteligencja mająca połączenie z całkiem innym światem. Mistrz był przywódcą, przewodził olbrzymiemu klanowi wampirów w tym mieście i na świecie, dowodził armią istot odpowiadających na telepatyczny zew płynący z jego tronu w tym zamku, pośrodku bagiennego ustronia w samym centrum Nowego Jorku.

Mistrz posiadał prawdziwą magię. Diaboliczną magię. I jedyną, z jaką Zack miał okazję się zetknąć. Dobro i zło były teraz pojęciami plastycznymi. Świat się zmienił. Noc była dniem. Dół stanowił nową górę. A Mistrz stanowił przykład nowej, wyższej istoty. Nadczłowieka. Istoty boskiej. Jego moc była nadzwyczajna.

Weźmy na przykład astmę Zacka. Jakość powietrza w nowym klimacie była dość marna z uwagi na stagnację, podwyższony poziom ozonu i recyrkulację cząstek materii. Odkąd gęsta powłoka chmur zasnuła wszystko jak brudny koc, ucierpiały na tym wzorce pogodowe i klimat, a wiatry znad oceanu nie były w stanie odświeżyć przepływu powietrza w mieście. Pleśń pleniła się w najlepsze, a w powietrzu unosiły się zarodniki. Mimo to Zack czuł się dobrze. Wręcz doskonale; jego płuca były czyste i oddychał bez poświstów czy zadyszki. Prawdę mówiąc, nie doświadczył ataku astmy przez cały ten czas, jaki spędził z Mistrzem. Minęły już dwa lata, odkąd ostatni raz użył inhalatora.

Jego układ oddechowy był w pełni zależny od tylko jednej substancji, mającej bardziej czarodziejski efekt niż abuterol czy prednizon. Jedna biała kropla krwi Mistrza podawana doustnie raz na tydzień z naciętego palca wprost na wysunięty, czekający język Zacka oczyszczała płuca chłopaka, pozwalając mu swobodnie oddychać.

To, co wydawało się dziwne i z początku odrażające, teraz stało się darem - mlecznobiała krew, wywołująca lekkie elektryzujące wrażenie i mająca posmak miedzi oraz kamfory. Gorzkie lekarstwo, ale skutek graniczył z cudem. Każda osoba cierpiąca na astmę oddałaby wszystko, aby nigdy więcej nie czuć tego dławiącego ataku paniki.

Spożywanie krwi nie uczyniło Zacka wampirem. Mistrz nie dopuścił, aby choć jeden z krwawych robaków spadł na język chłopca. Jedynym pragnieniem Mistrza było zapewnienie Zackowi zdrowia i wygody. Mimo to prawdziwym źródłem bliskości i trwogi, jaką odczuwał Zack wobec Mistrza, nie była moc, którą dysponował władca wampirów, lecz raczej moc, jakiej sam udzielał. Chłopak najwyraźniej był w jakiś sposób wyjątkowy. Wśród ludzi był inny, szczególny. Mistrz nie na darmo go wybrał. I, z braku lepszego określenia, zaprzyjaźnił się z nim.

Tak jak to było z zoo. Kiedy Zack usłyszał, że Mistrz zamierzał zamknąć je na zawsze, zaprotestował. Mistrz zaproponował, że zmieni swoją decyzję i przekaże całe zoo pod opiekę Zacka, ale pod jednym warunkiem - odtąd to Zack będzie o wszystko dbać. Musiał sam karmić zwierzęta i w pojedynkę sprzątać wszystkie klatki. Zack podjął to wyzwanie i zoo w Central Parku należało odtąd do niego. Tak po prostu. (Zaproponowano mu też karuzelę, ale karuzela była dla dzieci; osobiście pomógł przy jej rozbiórce). Mistrz potrafił spełniać życzenia jak dżin.

Oczywiście Zack nie zdawał sobie sprawy, ile z tym będzie roboty, ale starał się, jak potrafił najlepiej. Zmiana klimatu szybko zmogła niektóre zwierzęta, w tym pandę małą i większość ptaków, co znacznie ułatwiło mu zadanie. Jednak jako że nie było nikogo, kto by go motywował, pozwolił sobie na wydłużanie przerw pomiędzy kolejnymi karmieniami zwierząt. Zaczęło go fascynować to, jak niektóre zwierzęta w takich sytuacjach zwracały się przeciwko sobie - i miał tu na myśli zarówno ssaki, jak i gady. Wielka pantera śnieżna była ulubionym zwierzęciem Zacka i tym, którego zarazem najbardziej się obawiał. Dlatego panterę karmił regularnie: początkowo świeżymi połciami mięsa dowożonymi co drugi dzień ciężarówkami dostawczymi. Wreszcie, któregoś dnia, żywą kozą. Zack wprowadził ją do klatki i patrzył zza drzewa, jak pantera zbliża się do ofiary. Potem była owca. I mały jelonek. Z czasem jednak zoo zaczęło coraz bardziej podupadać, klatki cuchnęły zwierzęcymi odchodami, których Zackowi już nie chciało się sprzątać.

Po wielu miesiącach zaczął bać się zoo i coraz bardziej zaniedbywał swoje obowiązki. Nocami słyszał niekiedy odgłosy innych zwierząt, ale nigdy nie usłyszał śnieżnej pantery.

Gdy minął prawie rok, Zack udał się do Mistrza i poskarżył się, że ta praca go przerosła.

- Wobec tego to miejsce popadnie w ruinę. A zwierzęta zostaną wybite.

- Nie chcę, aby je wybito. Ale... nie mam już ochoty się nimi zajmować. Mógłbyś wyznaczyć do tego zadania któregokolwiek ze swoich i wypełnialiby te obowiązki bez szemrania.

- Chcesz, abym utrzymywał zoo dla twojej wyłącznej przyjemności?

- Tak. - Zack prosił o znacznie wymyślniejsze rzeczy i zawsze je otrzymywał. - Dlaczego nie?

- Pod jednym warunkiem.

- Dobra.

- Widziałem ciebie i panterę.

- Naprawdę?

- Widziałem, jak karmisz ją zwierzętami i jak obserwujesz, kiedy podchodzi, a potem pożera ofiarę. Ale jej moc cię przeraża.

- Chyba tak.

- Widziałem też, jak pozwalasz innym zwierzętom, by zdechły z głodu.

Zack zaczął protestować.

- Jest ich za dużo, żeby można było wszystkimi się...

- Widziałem, jak napuszczasz je na siebie nawzajem, szczujesz jedne na drugie. Twoja ciekawość jest całkiem normalna. Obserwowanie, jak niższe gatunki reagują w skrajnych sytuacjach. Fascynujące, czyż nie? Patrzenie, jak walczą o przetrwanie...

Zack nie wiedział, czy powinien się do tego przyznać.

- Zwierzęta są twoje, możesz zrobić z nimi, co zechcesz. Z panterą również. Ty kontrolujesz jej wybieg i harmonogram karmienia. Nie powinieneś się jej bać.

- No... nie boję się jej. Nie na serio.

- Więc czemu jej... nie zabijesz?

- Co?

- Myślałeś kiedykolwiek, jak by to było zabić takie zwierzę?

- Zabić ją? Zabić panterę śnieżną?

- Opiekowanie się zoo znudziło cię, bo to coś sztucznego, nienaturalnego. Twoje instynkty są właściwe, ale metoda fałszywa. Chcesz posiadać te prymitywne stworzenia. Ale one nie są po to, by je mieć. Są zbyt potężne. Zbyt dumne. Dzikie zwierzę można posiąść tylko w jeden sposób. Uczynić je swoim własnym.

- Zabijając je.

- Pokaż, że jesteś do tego zdolny, a ja w nagrodę zatroszczę się o to, by zoo pozostało otwarte, a zwierzęta były odpowiednio karmione i zadbane, choć odtąd ty już nie będziesz musiał się o to martwić.

- Ale ja... nie mogę.

- Czy czegokolwiek ci odmówiłem? Czy odmówiłem ci choćby jednej rzeczy, o którą mnie prosiłeś?

- Nabitej broni.

- Dopilnuję, abyś otrzymał strzelbę, z której będziesz mógł korzystać w obrębie zoo. Decyzja należy do ciebie... Chcę, abyś się opowiedział...

I tak następnego dnia Zack udał się do zoo, by obejrzeć naładowaną strzelbę. Znalazł ją na stoliku pod parasolem, tuż przy wejściu, nowiutki model, nie za duży, z gładko wyprofilowaną kolbą z orzecha, stopką tłumiącą odrzut i zamontowaną u góry lunetą. Broń ważyła kilka kilogramów. Zack zaczął krążyć z nią po całym zoo, przyglądając się przez lunetę rozmaitym celom. Chciał oddać strzał, ale nie wiedział, ile naboi zawierał karabin. Był samopowtarzalny, ale Zack nie miał pewności, czy potrafiłby go potem naładować, nawet gdyby zdołał zdobyć skądś amunicję. Wycelował w tablicę z napisem TOALETY i położył palec na języku spustowym. Nawet nie nacisnął, a broń podskoczyła mu w rękach. Kolba uderzyła go w ramię, odrzut pchnął go do tyłu. Huk wystrzału był głośny i suchy. Zack wstrzymał na moment oddech i zobaczył smużkę dymu unoszącą się z lufy. Uniósł wzrok i zauważył otwór w literze O w słowie TOALETY.

Przez następnych kilka dni Zack ćwiczył celność, strącając po kolei przepiękne, wymyślne spiżowe zwierzątka z zegara Delacorte. Zegar wciąż wygrywał melodie co pół godziny. W miarę jak zwierzęta przesuwały się po kolistym torze, Zack wycelował w hipopotama grającego na skrzypcach. Pierwsze dwa strzały kompletnie chybiły, a trzeci trafił w kozę grającą na dudach. Zack, sfrustrowany, przeładował i zaczekał na kolejne pojawienie się korowodu zwierząt, siedząc na pobliskiej ławeczce, podczas gdy odległe syreny wprawiły go w stan bliski uśpienia. Dzwonki obudziły go pół godziny później. Tym razem celował w pewnej odległości przed celem, zamiast mierzyć w trakcie przesuwania się postaci. Oddał trzy strzały do hipopotama i wyraźnie usłyszał, jak jedna z kul odbiła się rykoszetem od spiżowej figurki. Dwa dni później koza straciła górną część swoich dud, a pingwin część skrzydła i werbla. Zack był teraz w stanie trafiać w postacie szybko i celnie. Czuł się gotowy.

Wybieg dla pantery śnieżnej składał się z wodospadu oraz brzozowo-bambusowego zagajnika, a wszystko to było przykryte dachem z siatki ze stali nierdzewnej. Teren wybiegu był stromy, z przypominającymi tunele korytarzami wydrążonymi w zboczu i prowadzącymi do zaopatrzonych w okna punktów widokowych.

Pantera śnieżna stała na skale i patrzyła na Zacka, kojarząc jego pojawienie się z porą karmienia. Czarny deszcz zbrukał jej sierść, ale zwierzę wciąż emanowało władczą, dumną aurą. Mając metr dwadzieścia długości, irbis potrafił wybić się w górę nawet na pięć metrów, jeśli miał odpowiednią motywację albo ścigał ofiarę.

Pantera zeszła ze skały i zaczęła krążyć wkoło. Huk wystrzału ją zaniepokoił. Czemu Mistrz chciał, aby Zack zabił to zwierzę? Czemu miałoby to służyć? To wyglądało jak ofiara, jakby Zack został poproszony o zlikwidowanie najdzielniejszego ze zwierząt, aby pozostałe mogły przeżyć.

Był wstrząśnięty, kiedy pantera długimi susami podbiegła do oddzielającej ich stalowej siatki, obnażając kły. Była głodna i rozczarowana, że nie poczuła woni pożywienia, a na dodatek zaniepokojona strzałami - choć Zack odniósł wrażenie, że wyczuł coś jeszcze. Odskoczył do tyłu i dopiero po chwili się opanował, wycelowując karabin samopowtarzalny w irbisa w odpowiedzi na jego cichy, groźny warkot. Pantera krążyła po obwodzie ciasnego kręgu, ani na chwilę nie odrywając od niego wzroku. Była żarłoczna, a Zack zdał sobie sprawę, że mogła jeść i jeść, zaś gdyby skończyło się pożywienie, zwróciłaby się bez chwili wahania przeciwko temu, kto ją karmił. Gdyby musiała go pożreć, zrobiłaby to. Zaatakowałaby.

Mistrz miał rację. Zack bał się pantery śnieżnej i miał po temu powody. Ale kto był tu więźniem, a kto strażnikiem? Czy to nie Zack pracował dla niej, karmiąc ją regularnie przez wiele ostatnich miesięcy? Był jej pupilem, tak jak ona była jego zwierzątkiem. I nagle, gdy trzymał w ręku karabin, ten układ przestał mu się wydawać właściwy.

Nienawidził arogancji pantery, jej silnej woli. Obszedł wybieg, a irbis podążał za nim po drugiej stronie siatki. Zack wszedł do pomieszczenia TYLKO DLA PRACOWNIKÓW ZOO i spojrzał przez niewielkie okienko nad drzwiami, przez które wrzucał mięso dla pantery lub wpuszczał żywą zwierzynę. Głęboki oddech Zacka zdawał się wypełniać całe pomieszczenie. Przeszedł szybko przez automatyczne drzwi, które same się za nim zamknęły.

Nigdy dotąd nie był na wybiegu dla pantery śnieżnej. Spojrzał w górę na siatkę zabezpieczającą. Na ziemi przed nim walały się różnych rozmiarów kości, pozostałość po poprzednich posiłkach.

W wyobraźni zapuszczał się do zagajnika na terenie wybiegu, by tam tropić wielkiego kota i spojrzeć mu w oczy, nim zdecyduje, czy nacisnąć spust, czy tego nie robić. Ale dźwięk zatrzaskujących się drzwi był odpowiednikiem dzwonka na kolację i śnieżna pantera natychmiast wyłoniła się zza głazu umieszczonego w taki sposób, by goście zoo nie widzieli, jak irbis się pożywia.

Pantera zatrzymała się gwałtownie, zdziwiona widokiem Zacka na wybiegu. Po raz pierwszy nie oddzielała ich stalowa siatka. Zwierzę opuściło łeb, jakby usiłowało pojąć ten dziwny obrót wypadków, a Zack zdał sobie sprawę, że popełnił straszny błąd. Uniósł karabin do ramienia, nawet nie celując, i nacisnął spust. Nic się nie wydarzyło. Ponownie nacisnął spust. I znowu nic.

Sięgnął po dźwigienkę zamka i odciągnął ją, a potem przesunął gwałtownie do przodu. Pociągnął za spust, a karabin podskoczył mu w rękach. Znów odwrócił rygiel zamka, tym razem nieco bardziej nerwowo, i nacisnął spust, a huk wystrzału był jedyną rzeczą, jaka doszła do jego uszu. Znów odciągnął rygiel zamka i nacisnął spust, a karabin zadrżał. I jeszcze raz, a wtedy dał się słyszeć już tylko metaliczny suchy szczęk. Skończyły się naboje. Karabin był pusty.

Dopiero wtedy Zack zorientował się, że pantera śnieżna leży na wprost niego, na boku. Podszedł do zwierzęcia, dostrzegając na jego sierści rozlewające się plamy krwi. Ślepia drapieżnika były zamknięte, potężne łapy znieruchomiały.

Zack wspiął się na głaz i usiadł tam z pustym już karabinem na kolanach. Owładnięty emocjami, nad którymi nie był w stanie zapanować, zadygotał i rozpłakał się. Czuł się jednocześnie zwycięski i zagubiony. Popatrzył na zoo z wnętrza wybiegu. Znów zaczęło padać.

Od tej pory w życiu Zacka zaszły pewne zmiany. Jego karabin mieścił tylko cztery naboje i przez jakiś czas chłopak wracał codziennie do zoo, aby potrenować strzelanie: do kolejnych tablic, ławek i gałęzi. Zaczął też bardziej ryzykować. Jeździł na bmx-ie wzdłuż dawnych tras do joggingu na terenie parku wokół Wielkiego Zieleńca i na zwyczajnym rowerze po pustych alejkach Central Parku, mijając pomarszczone szczątki wisielców oraz popioły stosów całopalnych. Kiedy jeździł nocami, lubił wyłączać lampkę przy rowerze. To było ekscytujące, magiczne - to była prawdziwa przygoda. Chroniony przez Mistrza, nie czuł strachu.

Wciąż jednak odczuwał obecność matki. Ich więź, która wydawała się silniejsza tuż po jej przeistoczeniu, w miarę upływu czasu osłabła. Istota, która kiedyś była Kelly Goodweather, teraz prawie nie przypominała ludzkiej kobiety - jego matki. Skórę na czaszce miała brudną i bezwłosą, usta wąskie i blade, bez odrobiny różu. Delikatne chrząstki nosa i uszu zapadły się, pozostawiając jedynie szczątkowe wypukłości. Z jej szyi zwieszały się luźne fałdy skóry jak obwisłe szkarłatne wola, które napinały się, gdy odwracała głowę. Jej klatka piersiowa była płaska, piersi zwiędły i skurczyły się, a ręce i nogi pokrywała skorupa brudu tak gruba, że nawet ulewne deszcze nie były w stanie jej zmyć. Czarne gałki oczu zdawały się pływać pośród ciemnoczerwonego tła i były kompletnie pozbawione życia... Choć czasami, bardzo rzadko Zack odnosił wrażenie, że dostrzega w nich przebłysk rozpoznania i tę kobietę, która kiedyś była jego matką - a może tak mu się tylko wydawało. Był to nie tyle refleks emocji czy wyraz twarzy, ile pewien sposób, w jaki na twarz matki padał specyficzny cień, który bardziej przesłaniał jej wampirzą naturę, niż odsłaniał dawne, ludzkie ja.

Ulotne chwile, których z czasem było coraz mniej, ale jednak się zdarzały. I było ich dość. Bardziej psychicznie niż fizycznie matka pozostawała na obrzeżach nowego życia Zacka.

Znudzony chłopak wcisnął przycisk w automacie do przekąsek i do dolnej szuflady zsunął się batonik Milky Way. Zjadł go, wracając na parter, a potem wychodząc na zewnątrz, by znów trochę narozrabiać. Miał ochotę poszukać kłopotów i udało mu się. Jak na zawołanie matka Zacka wspięła się po szorstkim licu skały stanowiącej fundament zamku. Zrobiła to z iście kocią zwinnością, poruszając się po wilgotnym łupku, zdawałoby się, bez najmniejszego wysiłku, a jej gołe stopy i zaopatrzone w szpony dłonie przesuwały się od jednego punktu podparcia do drugiego, jakby pokonywała tę drogę już wcześniej tysiąc razy. Gdy dotarła na szczyt, z łatwością wślizgnęła się na kładkę, a z tyłu za nią podążały na czworakach dwie zwinne jak pająki ślepe czujki.

Kiedy zbliżyła się do Zacka stojącego w drzwiach, tak by nie moknąć na deszczu, zobaczył, że jej fałdy skórne przy szyi były nabrzmiałe, rozwinięte i czerwone; dostrzegł to nawet mimo pokrywającej je warstwy brudu i ziemi. To oznaczało, że niedawno się pożywiała.

- Smakowała kolacja, mamo? - zapytał, wstrząśnięty i zdegustowany. Strach na wróble, który był jego matką, patrzył na niego pustymi oczami. Za każdym razem kiedy ją widział, czuł tę samą mieszaninę sprzecznych uczuć - odrazy i miłości. Podążała za nim całymi godzinami, od czasu do czasu zachowując większy dystans, jak czujna wadera. Raz skusił się i pogłaskał ją po włosach, a potem długo płakał bezgłośnie.

Weszła do zamku, nie patrząc na twarz Zacka. Wilgotne ślady jej stóp i błoto naniesione przez dłonie i stopy czujek tylko zwiększyły warstwę brudu pokrywającą kamienne posadzki. Zack spojrzał na matkę i przez jedną ulotną chwilę - mimo iż była zniekształcona przez wampirzą mutację - dostrzegł wyłaniającą się spod maski krwiopijcy twarz kobiety, którą kiedyś była. Twarz jego matki. Jednak niemal natychmiast złudzenie prysło, a wspomnienie zostało zbrukane przez to stale obecne monstrum, które, chcąc nie chcąc, kochał. Wszystko inne, co miał w życiu, przepadło. Tylko to mu jeszcze zostało: zepsuta lalka dotrzymująca mu towarzystwa.

Zack poczuł ciepło wypełniające pełne przeciągów zamczysko, jakby jakaś istota przemknęła obok niego w przyspieszonym tempie. Mistrz powrócił, a w głowie Zacka rozległ się cichy szept. Chłopak patrzył, jak jego matka wchodzi po schodach na górę i podążył za nią, chcąc zobaczyć, co było powodem całego tego zamieszania.

MISTRZ

Mistrz rozumiał niegdyś głos Boga. Miał go kiedyś w sobie i w pewnym sensie zachował wątłą namiastkę tamtego stanu łaski. Był, bądź co bądź, istotą o jednym umyśle i wielu oczach, widząc wszystko na raz, przetwarzając to i doświadczając mnóstwa głosów swoich poddanych. I tak jak w przypadku Boga, głos Mistrza stanowił istny koncert płynności i sprzeczności - niósł w sobie delikatny wietrzyk i moc huraganu, łagodną ciszę i huk grzmotu, przybierający na sile i cichnący wraz z nastaniem świtu i zmierzchu...

Ale skala głosu Boga obejmowała wszystko - nie tylko ziemię, nie tylko kontynenty, ale cały świat. A Mistrz, choć mógł być nadal tego świadkiem, nie potrafił już odnaleźć w tym sensu, tak jak kiedyś, dawno temu, u zarania dziejów, na początku Stworzenia.

Tak to właśnie jest, pomyślał po raz setny, kiedy popada się w niełaskę.

A jednak Mistrz wciąż tam był, monitorował planetę poprzez obserwowanie swego potomstwa. Liczne punkty wejściowe, jeden centralny ośrodek inteligencji. Umysł Mistrza zarzucający sieć inwigilacji na cały glob. Ściskający planetę Ziemia w pięści o tysiącu palcach.

Goodweather właśnie uwolnił siedemnastu niewolników w eksplozji budynku szpitala. Siedemnastu straconych, lecz wkrótce zostaną zastąpieni; arytmetyka infekcji była dla Mistrza sprawą nadrzędną.

Czujki pozostały w terenie, przeszukując sąsiednie ulice w poszukiwaniu zbiegłego doktora i jego mentalnego "zapachu". Jak dotąd bezskutecznie. Ostateczne zwycięstwo Mistrza było pewne, wynik wielkiej rozgrywki szachowej był z góry przesądzony i tylko przeciwnik wciąż jeszcze nie chciał się przyznać do porażki - zmuszając Mistrza do żmudnego pościgu za ostatnim pionem lawirującym po szachownicy.

Ostatnim pionem nie był tak naprawdę Goodweather, ale Occido Lumen, jedyna istniejąca jeszcze kopia przeklętej księgi. Zawierająca szczegóły tajemniczej genezy Mistrza i Pradawnych. Księga skrywała także wskazówki dotyczące możliwości zgładzenia Mistrza i lokalizację jego miejsca pochodzenia, o ile ktoś wiedział, gdzie należy szukać.

Na szczęście obecni posiadacze księgi byli niedouczonym bydłem. Księga została skradziona podczas aukcji przez starego profesora, Abrahama Setrakiana, w owym czasie jedynego na Ziemi śmiertelnika, który posiadał niezbędną i konieczną wiedzę, by rozszyfrować treść woluminu i jego mroczne sekrety. Jednakże stary profesor miał niewiele czasu na lekturę Lumen przed swoją śmiercią. I w tym krótkim czasie Mistrz i Setrakian byli ze sobą połączeni więzami przejęcia. W tych bezcennych momentach między przemianą profesora a jego unicestwieniem Mistrz dowiedział się wszystkiego, co stary profesor zdołał odkryć, ślęcząc nad oprawnym w srebro woluminem.

Dowiedział się wszystkiego, ale to i tak nie wystarczało. Lokalizacja miejsca pochodzenia Mistrza - słynne Czarne Miejsce - wciąż pozostawało dla Setrakiana nieznane, kiedy był przemieniany. To było frustrujące, ale również dowodziło, że nawet grupa jego lojalnych zwolenników także nie znała współrzędnych tego miejsca. Wśród ludzi Setrakian nie miał sobie równych, jeśli chodziło o znajomość folkloru i historii mrocznych klanów i, jak płomyk zdmuchniętej świecy, ta wiedza zgasła wraz z nim.

Mistrz był przekonany, że nawet mając w rękach przeklęty wolumin, poplecznicy Setrakiana i tak nie byliby w stanie rozszyfrować tajemnicy księgi. Mistrz jednak potrzebował tylko współrzędnych, aby zabezpieczyć to miejsce po wsze czasy. Tylko głupiec pozostawia coś tak ważnego przypadkowi.

W chwili przejęcia i wyjątkowego mentalnego zbliżenia z Setrakianem Mistrz dowiedział się również, kim byli zwolennicy starego uczonego. Poznał ich nazwiska. Ukraińca, Wasilija Feta, Nory Martinez i Augustina Elizaldego.

Ale żadna z tych osób nie wzbudziła w Mistrzu takich emocji jak ten, którego nazwisko władca wampirów już znał - doktor Ephraim Goodweather. Mistrz nie wiedział, i było to dla niego sporą niespodzianką, że Setrakian uważał Goodweathera za najsilniejsze ogniwo w ich spisku. Nawet biorąc pod uwagę oczywiste słabości Goodweathera - jego temperament oraz utratę żony i syna - Setrakian uważał, że tamten był absolutnie nieprzekupny i niezłomny.

Mistrza rzadko coś jeszcze dziwiło. Trwająca przez setki lat egzystencja przytępiała emocje i zobojętniała, ale ta rewelacja wstrząsnęła nim. Jak to możliwe? Z pewnym wahaniem Mistrz musiał przyznać, że wysoko cenił sobie zdanie Setrakiana w kwestii ludzi. Tak jak w przypadku Lumen, zainteresowanie Mistrza osobą Goodweathera zaczęło się jak zwyczajny temat poboczny. Ot, taka sobie dygresja, która przerodziła się w pościg.

Pościg ten zmienił się w obsesję. W końcu wszyscy ludzie się poddawali. Każdego można było złamać. Czasami trwało to parę minut, kiedy indziej kilka dni albo nawet dekad, ale ostatecznie to zawsze Mistrz wygrywał. To było jak gra w szachy na przetrzymanie. Jego ramy czasowe były szersze niż u innych, a umysł o wiele lepiej wyszkolony i pozbawiony złudzeń oraz nadziei.

Właśnie to doprowadziło Mistrza do potomka Goodweathera. To było powodem, dla którego Mistrz nie przemienił chłopaka. To dlatego koił dolegliwości nastolatka kroplą cennego płynu, aplikowaną raz na tydzień - dzięki czemu Mistrz miał również wgląd do ciepłego, podatnego umysłu chłopaka.

Nastolatek reagował na moc Mistrza. A Mistrz to wykorzystywał, nawiązując z nim mentalną więź. Obalając jego naiwne przekonania dotyczące boskości. Po okresie lęku i odrazy chłopak z drobną pomocą ze strony Mistrza zaczął odczuwać podziw i szacunek. Jego ckliwe uczucia względem ojca skurczyły się niczym naświetlany guz. Młody umysł chłopaka był podatny na urabianie jak świeże ciasto i Mistrz skwapliwie je wygniatał.

Przygotowywał. Aby powstać.

Mistrz zwykle spotykał takie obiekty pod sam koniec okresu wypaczania i zepsucia. W tym przypadku miał wyjątkową okazję, by uczestniczyć w zepsuciu syna osoby rzekomo niezłomnej i nieprzekupnej, stając się dla chłopaka zastępczym ojcem. Był w stanie doświadczać tego upadku bezpośrednio poprzez chłopaka, dzięki więzi krwi, którą go karmił. Mistrz poczuł sprzeczne emocje targające dzieciakiem, gdy ten stanął naprzeciw pantery śnieżnej. Poczuł wtedy jego strach i radość. Mistrz nigdy dotąd nie chciał utrzymać kogokolwiek przy życiu; nigdy nie chciał, by ktoś pozostał człowiekiem. Ale już zadecydował - właśnie to ciało będzie następnym, w którym zamieszka. I mając to na względzie, zaczął przygotowywać młodego Zacka. Nauczył się, by nigdy nie przyjmować ciała mającego mniej niż trzynaście lat. Fizycznie korzyści było bez liku, w tym nieograniczona energia, zdrowe stawy i młode mięśnie, co oznaczało brak problemów z utrzymaniem. Jednak minusem było to, że ciało w tym wieku było ogólnie słabsze, strukturalnie kruche i miało ograniczoną siłę.

Dlatego, choć Mistrz w sumie nie potrzebował już wyjątkowych gabarytów i siły - jak w przypadku Sardu, olbrzyma, w którego ciele przybył do Nowego Jorku, nosiciela, którego powłoki Mistrz pozbył się, kiedy została zatruta przez Setrakiana - nie wymagał również wyjątkowego uroku fizycznego i atrakcyjności jak w przypadku Bolivara. To mogło poczekać... Tym, czego Mistrz poszukiwał na przyszłość, były udogodnienia.

Był w stanie patrzeć oczyma Zacka, co było naprawdę inspirujące. Ciało Bolivara dobrze służyło Mistrzowi i ciekawostkę mógł stanowić fakt, że chłopak reagował na jego dumną, frapującą postawę. Bądź co bądź, miał magnetyczną osobowość. Był muzykiem. Gwiazdą. To, w połączeniu z mrocznymi talentami Mistrza, okazało się dla nastolatka czymś nie do odparcia.

I tak samo na odwrót. Mistrz opowiadał Zackowi różne rzeczy nie z sympatii i życzliwości do niego, lecz jakby starszy on zwracał się do swojej młodszej wersji. Tego rodzaju dialog był rzadkością w jego długiej egzystencji. W końcu ta istota przez stulecia miała styczność z najbardziej zatwardziałymi i bezwzględnymi duszami. Dogadywała się z nimi, kształtowała wedle swojej woli. Kiedy chodziło o rywalizację pod względem brutalności, nie miała sobie równych.

Jednak energia Zacka była czysta, zbliżona do tej, którą posiadał jego ojciec. Doskonała pula do studiowania i przekabacenia. Wszystko to spotęgowało zainteresowanie Mistrza osobą młodego Goodweathera. Przez stulecia król wampirów do perfekcji opanował technikę "odczytywania ludzi", nie tylko w kwestii komunikacji niewerbalnej znanej jako wskazówki albo oznaki, lecz nawet w jej pominięciach. Behawiorysta mógł przewidzieć lub wykryć kłamstwo dzięki zdradzającemu je koncertowi mikrogestów. Mistrz był w stanie przewidzieć kłamstwo na dwa uderzenia serca przed tym, jak się w ogóle pojawiło. Nie, żeby o to dbał pod względem moralnym, w ten czy inny sposób. Jednak umiejętność wykrycia kłamstwa w przypadku przymierza miała dla samego paktu kluczowe znaczenie. Oznaczało ono chęć współpracy lub jej brak, a w konsekwencji zagrożenie. Dla Mistrza ludzie byli owadami, a on sam był entomologiem żyjącym pośród nich. Ta dyscyplina straciła dla niego urok tysiące lat temu - i odzyskała go dopiero teraz. Im bardziej Zack Goodweather starał się coś przed nim ukrywać, tym więcej Mistrz z niego wyciągał, choć nastolatek nawet nie zdawał sobie sprawy, że zdradzał wampirowi wszystko, co ten chciał wiedzieć.

Dzięki młodemu Goodweatherowi Mistrz gromadził informacje na temat Ephraima. To ciekawe imię. Tak miał na imię drugi syn Józefa i kobiety, którą kiedyś odwiedził anioł: Asenath. Ephraim, znany tylko dzięki swemu potomstwu, przepadł w Piśmie Świętym bez tożsamości czy celu.

Mistrz się uśmiechnął.

I tak oto bitwa toczyła się na dwóch frontach: poszukiwania Lumen, zawierającej na stronicach pomiędzy srebrnymi okładkami sekret Czarnego Miejsca, a także polowanie na Ephraima Goodweathera. Mistrz, nie po raz pierwszy zresztą, odnosił wrażenie, że ma szansę zgarnąć obie nagrody jednocześnie.

Był przekonany, że Czarne Miejsce znajdowało się gdzieś niedaleko. Wszystkie znaki na to wskazywały - te same, które go tu doprowadziły. Przepowiednia, która skłoniła go do podróży przez ocean. Jednak dla ostrożności jego niewolnicy kontynuowali prace wykopaliskowe w najodleglejszych zakątkach świata, aby przekonać się, czy nie znajdą tego, czego szukali gdzie indziej. Wśród czarnych klifów Negrilu. I paśmie Gór Czarnych w Dakocie Południowej. Na polach naftowych Pointe-Noire na zachodnim wybrzeżu Republiki Kongo.

Tymczasem Mistrzowi udało się doprowadzić do niemal całkowitego rozbrojenia arsenałów nuklearnych. Przejąwszy bezpośrednią kontrolę nad siłami zbrojnymi całego świata, dzięki rozprzestrzenieniu plagi wampiryzmu wśród szeregowego wojska i dowództwa, uzyskał dostęp do większości zgromadzonej na świecie broni atomowej. Przejęcie i demontaż broni zbuntowanych państw oraz zdobycie luźnych atomówek zajmie trochę czasu, ale koniec był bliski.

Mistrz spoglądał na każdy zakątek swojego ziemskiego gospodarstwa i był zadowolony.

Sięgnął po należącą do Setrakiana laskę z rączką w kształcie wilczego łba. Laska ta była dawniej własnością Sardu i przerobiono ją, by dało się w niej umieścić ukryte ostrze, długą srebrną klingę. Teraz była niczym więcej, jak tylko trofeum, symbolem zwycięstwa Mistrza. Srebro w rękojeści nie przeszkodziło mu, choć starał się unikać kontaktu fizycznego z ozdobną główką w kształcie wilczego łba.

Mistrz zaniósł laskę do wieżyczki zamkowej, najwyżej położonego punktu w całym parku, i wyszedł na zewnątrz, prosto w strugi oleistego deszczu. Ponad ogołoconymi koronami i wierzchołkami drzew, poprzez opar gęstej mgły i ciężkiego od zanieczyszczeń powietrza, wznosiły się brudne, szare budynki East Side i West Side. W połyskującym blasku jego noktowizyjnego wzroku dziesiątki tysięcy pustych okien zdawało się patrzeć niczym zimne, martwe oczy poległych świadków. Ciemne niebo kłębiło się powyżej, uwalniając brud na pokonane miasto.

W dole, pod Mistrzem, tworząc półkole wokół podstawy podwyższonego kamiennego fundamentu, stali w dwudziestu rzędach strażnicy zamku. Za nimi, w odpowiedzi na mentalny zew swego pana, na wielkim trawniku o powierzchni pięćdziesięciu pięciu akrów zebrał się istny ocean wampirów, patrzących w górę, na niego, czarnymi jak księżyc oczami.

Żadnego skandowania. Żadnego powitania. Żadnych okrzyków radości czy uniesienia. Stali w ciszy i bezruchu; milcząca armia oczekująca na rozkazy.

Kelly Goodweather pojawiła się u boku Mistrza, a obok niej Zack. Kelly została wezwana, chłopak zjawił się z czystej ciekawości.

Mistrz przesłał rozkaz do umysłu każdego z wampirów.

GOODWEATHER.

Nie było odpowiedzi na jego zew. Jedyną odpowiedzią mogło być działanie. W swoim czasie Mistrz zabije Goodweathera, najpierw jego duszę, a dopiero potem ciało. Tamtego czekały naprawdę niewyobrażalne cierpienia.

Mistrz zadba o to osobiście.

ROOSEVELT ISLAND

Zanim została na nowo odkryta pod koniec dwudziestego stulecia jako miejsce planowanych inwestycji, Roosevelt Island była wcześniej siedzibą zakładu karnego, szpitala psychiatrycznego oraz placówki dla chorych na ospę i znano ją jako Welfare Island.

Roosevelt Island zawsze była domem dla nowojorskich rozbitków. A Fet był teraz jednym z nich.

Uznał, że woli życie w izolacji na tej długiej na trzy kilometry wysepce, na środku East River, niż mieszkanie w zrujnowanym przez wampiry mieście lub zarażonych przez nie gminach. Nie był w stanie zamieszkiwać w okupowanym przez krwiopijców Nowym Jorku. Najwyraźniej niecierpiące rzek strzygi nie znalazły zastosowania dla tej małej, satelickiej wysepki na Manhattanie, toteż wkrótce po przejęciu wysiedliły z wyspy wszystkich mieszkańców i podpaliły ją. Kable kolejki linowej przy Pięćdziesiątej Dziewiątej Ulicy zostały przecięte, a most Roosevelt Island Bridge zniszczony w jego końcowym punkcie, w Queens. Metro linii F wciąż kursowało przez wyspę, pod rzeką, ale przystanek Roosevelt Island Station został na stałe zamurowany.

Fet znał jednak inne przejście z podziemnego tunelu do geograficznego centrum wyspy. Tunel serwisowy zbudowany do obsługi istniejącego na potrzeby mieszkańców wyspy niezwykłego systemu pneumatycznego gromadzenia i usuwania odpadów. Większa część wyspy, w tym majestatyczne niegdyś apartamentowce, skąd rozciągał się przepiękny widok na Manhattan, legła w gruzach. Fet znalazł jednak kilka prawie nienaruszonych dolnych pomieszczeń w kompleksie luksusowego apartamentowca wzniesionego wokół Oktagonu, dawniej głównego gmachu starego zakładu dla obłąkanych. Tam, doskonale ukryty wśród ruin, zabezpieczył górne, zniszczone ogniem piętra i połączył cztery parterowe lokale w jeden. Przewody elektryczne oraz rury doprowadzające wodę i biegnące pod rzeką nie zostały uszkodzone, toteż kiedy przywrócono działanie sieci elektrycznych w mieście i okolicach, Fet miał zarówno wodę, jak i prąd.

W ciągu dnia przemytnicy przerzucili jego i rosyjską atomówkę na północny kraniec wyspy. Załadowawszy bombę, plecak i niewielką styropianową chłodziarkę na zaopatrzony w kółka wózek do przewozu palet sklepowych, który przechowywał w szpitalnym magazynie, niedaleko skalistego brzegu, Fet potoczył to wszystko, w strugach deszczu, do swojej kryjówki.

Nie mógł się doczekać, kiedy zobaczy Norę, i nawet był z tego powodu trochę podekscytowany. Zawsze tak się czuł, gdy wracał z podróży. A tylko Nora wiedziała, że miał się spotkać z Rosjanami, toteż czuł się teraz ze swoją zdobyczą jak uczniak, który uzyskał pierwszą nagrodę w jakimś szkolnym konkursie.

Wrażenie to było spotęgowane podnieceniem i entuzjazmem, jakiego - o czym wiedział - mógł się spodziewać z jej strony.

Kiedy jednak zjawił się przy spalonych drzwiach wiodących do zamaskowanych parterowych pomieszczeń, zastał je lekko uchylone. Nora Martinez nigdy nie popełniłaby takiego błędu. Fet natychmiast wyjął z torby swój miecz. Musiał wtoczyć wózek do środka, bo nie chciał zostawiać go na zewnątrz. Przetoczył go do uszkodzonego przez ogień korytarza i zszedł po częściowo nadpalonych schodach.

Otworzył drzwi, które nie były zamknięte na klucz, i wszedł do środka. Jego kryjówka nie wymagała poważniejszych zabezpieczeń, bo była naprawdę dobrze schowana, a poza tym prócz szmuglera, który przypadkiem mógłby tu trafić, właściwie nikt inny nie wyprawiał się na tę odludną, od dawna opuszczoną wysepkę na środku rzeki.

Skromna kuchnia świeciła pustkami. Fet żywił się głównie przekąskami i tym, co udało mu się zgromadzić i zachomikować po pierwszych kilku miesiącach oblężenia - herbatnikami, batonikami z muesli oraz rozmaitymi ziarnami zbóż, ciasteczkami Little Debbie czy Twinkies, które zbliżały się lub nawet przekroczyły wyznaczony przez producenta termin przydatności do spożycia. I wbrew powszechnemu przekonaniu naprawdę były niejadalne. Próbował łowić ryby, ale mętna woda w rzece była tak skażona, że Fet obawiał się, iż żaden ogień nie byłby dość gorący, by odkazić zdobyte w ten sposób mięso.

Pospiesznie sprawdził szafy i w kilka kroków przemaszerował przez sypialnię. Materac na podłodze w zupełności mu wystarczał i dopiero perspektywa pozostania tu Nory na noc skłoniła go do poszukania łóżka z prawdziwego zdarzenia. Skromna łazienka była pusta, nie licząc sprzętu do łapania i tępienia szczurów i rzeczy, które wywiózł ze swego starego warsztatu we Fletlands, gdyż nie potrafił się z nimi rozstać.

Prześlizgnął się przez wybity młotem kowalskim otwór prowadzący do sąsiedniego lokalu, w którym urządził swój gabinet.

Pokój był pełen regałów z książkami, pudeł z papierami, woluminami z biblioteki Setrakiana, rozstawionych wokoło skórzanej kanapy, pod nisko zawieszoną lampą do czytania.

Mniej więcej na godzinie drugiej w koliście urządzonym pokoju stała postać w kapturze, dobrze zbudowana i mająca ponad metr osiemdziesiąt wzrostu. Jej twarz była skryta pod czarnym, bawełnianym kapturem, ale widać było oczy, czerwone, o przenikliwym spojrzeniu. W bladych dłoniach przybysz trzymał notes wypełniony odręcznymi zapiskami Setrakiana.

Strzyga. Ale wampir był w ubraniu. Nosił spodnie i buty, a do tego bawełnianą bluzę z kapturem.

Fet rozejrzał się po pokoju, wypatrując zasadzki.

JESTEM SAM.

Strzyga przemówiła wprost do umysłu Feta, ktory znów przeniósł wzrok na notes. To było jego sanktuarium. A wampir je naruszył. Równie dobrze, skoro się tu wdarł, mógł całkiem zniszczyć to miejsce. Skutki byłyby katastrofalne.

- Gdzie jest Nora? - zapytał Fet, po czym rzucił się na stwora, dobywając miecza tak szybko, jak był w stanie to zrobić mężczyzna o jego gabarytach. Wampir jednak zwinnie się uchylił, a po chwili powalił go na ziemię. Fet ryknął z wściekłości i próbował się wyrywać, ale choć bardzo się starał, krwiopijca blokował każdy jego cios i zastosował obezwładniające chwyty, unieruchamiając mężczyznę za sprawą bolesnych technik.

JESTEM TU SAM, PAMIĘTA PAN MOŻE, KIM JESTEM, PANIE FET?

Fet pamiętał jak przez mgłę. Przypomniał sobie, że ten wampir przytknął mu kiedyś do szyi żelazny szpikulec w starym mieszkaniu, wysoko nad Central Parkiem.

- Byłeś jednym z tamtych łowców. Osobistych ochroniarzy Pradawnych.

ZGADZA SIĘ.

- Ale nie wyparowałeś jak pozostali.

NAJWYRAŹNIEJ NIE.

- Q-coś tam.

- QUINLAN.

Fet uwolnił prawą rękę i spróbował walnąć stwora w policzek, ale w okamgnieniu wampir chwycił go za przegub i wykręcił mu rękę. Tym razem zabolało. Bardzo.

TERAZ MOGĘ WYŁAMAĆ TO RAMIĘ ZE STAWU LUB ZŁAMAĆ KOŚĆ. WYBÓR NALEŻY DO CIEBIE. ALE POMYŚL TYLKO, GDYBYM CHCIAŁ CIĘ ZABIĆ, JUŻ BYŁBYŚ MARTWY. PRZEZ STULECIA SŁUŻYŁEM WIELU PANOM, WALCZYŁEM W WIELU WOJNACH. SŁUŻYŁEM CESARZOM, KRÓLOWYM I NAJEMNIKOM. ZABIŁEM TYSIĄCE TWOICH ZIOMKÓW I SETKI ZBUNTOWANYCH WAMPIRÓW. CHCĘ TYLKO, ABYŚ POŚWIĘCIŁ MI CHWILĘ UWAGI. ABYŚ MNIE PRZEZ MOMENT POSŁUCHAŁ. JEŻELI ZNÓW MNIE ZAATAKUJESZ, ZABIJĘ CIĘ BEZ WAHANIA. ROZUMIEMY SIĘ?

Fet pokiwał głową. Quinlan go puścił.

- Nie zginąłeś z Pradawnymi. A zatem musisz być jednym z dzieci Mistrza...

TAK. I NIE.

- Uhm. To bardzo dogodne. Wyjaśnisz mi, jak się tu dostałeś?

TWÓJ PRZYJACIEL GUS. PRADAWNI CHCIELI, ABYM ZWERBOWAŁ GO DO SŁONECZNYCH ŁOWÓW.

- Pamiętam. Jak się okazało, trochę za późno, niestety.

Fet wciąż był nieufny. To wszystko nijak do siebie nie pasowało. Podstępne knowania Mistrza obudziły w nim ukrytą paranoję, ale paradoksalnie to właśnie ona pozwalała Fetowi przetrwać i pozostać nieprzemienionym przez ostatnie dwa lata.

CHCIAŁBYM ZOBACZYĆ OCCIDO LUMEN. GUS POWIEDZIAŁ MI, ŻE MOŻESZ SKIEROWAĆ MNIE, DO KOGO TRZEBA.

- Wal się - wycedził Fet. - Będziesz musiał przejść przeze mnie, żeby ją dostać.

Quinlan tylko się uśmiechnął, a przynajmniej tak to wyglądało.

PRZYŚWIECA NAM TEN SAM CEL. A JA MAM ZNACZĄCĄ WIEDZĘ, ZARÓWNO JEŻELI CHODZI O ROZSZYFROWANIE KSIĘGI, JAK I NOTATEK SETRAKIANA.

Wampir zamknął notes Setrakiana - jeden z tych, które Fet czytał już wielokrotnie.

- Ciekawa lektura?

W RZECZY SAMEJ. ZDUMIEWAJĄCO WNIKLIWA. PROFESOR SETRAKIAN BYŁ RÓWNIE UCZONY JAK SPRYTNY.

- Tak, był z niego prawdziwy oryginał.

RAZ PRAWIE SIĘ Z NIM SPOTKAŁEM, NIEOPODAL KOTKA W FINLANDII. W JAKIŚ SPOSÓB ZDOŁAŁ MNIE TAM WYTROPIĆ. W OWYM CZASIE NIE MIAŁEM PEWNOŚCI CO DO JEGO ZAMIARÓW. BYŁEM WOBEC NIEGO BARDZO NIEUFNY, JAK SIĘ ZAPEWNE DOMYŚLASZ. Z PERSPEKTYWY CZASU MUSZĘ STWIERDZIĆ, ŻE BYŁBY Z NIEGO INTERESUJĄCY KOMPAN PODCZAS WIECZERZY.

- W przeciwieństwie do samego posiłku - mruknął Fet. Uznał, że może warto podjąć pierwszą, jeszcze nieśmiałą próbę. Wskazał na tekst w notesie, który trzymał w dłoni Quinlan.

- Ozryel, zgadza się? Czy to imię Mistrza? - zapytał.

Fet wziął ze sobą w podróż część skopiowanych stronic Lumen, by móc studiować je przy każdej nadarzającej się okazji - w tym także tę z wizerunkiem, na którym skupił się Setrakian, kiedy po raz pierwszy otworzył księgę. To był wizerunek archanioła, którego Setrakian nazywał Ozryelem. Stary profesor oznaczył tę iluminowaną stronicę alchemicznym symbolem trzech półksiężyców tworzących znany symbol zagrożenia biologicznego. Półksiężyce zachodziły na siebie z geometryczną symetrią.

- Staruszek nazywał Ozy'ego "aniołem śmierci".

OZY, TAK GO TERAZ NAZYWASZ?

- Wybacz, tak. To taka ksywka. A więc... Czy to Ozy stał się Mistrzem?

TO TYLKO PO CZĘŚCI JEST PRAWDA.

- Po części?

Fet opuścił miecz i wsparł się na nim jak na lasce. Srebrny koniec wyżłobił kolejny ślad w podłodze.

- Widzisz, Setrakian miałby do ciebie tysiąc pytań. Ja nie wiem nawet, od czego zacząć.

JUŻ ZACZĄŁEŚ.

- Chyba tak. Niech to szlag, gdzie byłeś dwa lata temu?

MIAŁEM SPORO ROBOTY. MNÓSTWO PRZYGOTOWAŃ.

- Przygotowań do czego?

CHODZI O POPIOŁY.

- No tak - mruknął Fet. - To miało coś wspólnego z Pradawnymi, ze zbieraniem ich szczątków. Było Trzech Pradawnych ze Starego Świata.

WIESZ WIĘCEJ, NIŻ SĄDZIŁEM.

- Ale i tak za mało. Widzisz, właśnie wróciłem z dalekiej podróży. Próbowałem wyśledzić, kto wcześniej był w posiadaniu Lumen. Bez powodzenia. Zabrnąłem w ślepą uliczkę. Ale coś innego wpadło mi w ręce. Coś, co może okazać się naprawdę ważne... wręcz przełomowe.

Fet pomyślał o atomówce, co sprawiło, że przypomniał sobie, jak bardzo cieszył się z powrotu do domu; równocześnie znów skupił swoje myśli na Norze. Podszedł do laptopa i obudził urządzenie z tygodniowej drzemki. Sprawdził szyfrowany czat. Od dwóch dni nie było żadnych nowych postów od Nory.

- Muszę lecieć - rzekł do Quinlana. - Mam wiele pytań, ale możliwe, że coś się stało i muszę się z kimś spotkać. Pewnie nie ma takiej możliwości, żebyś tu na mnie zaczekał?

NIESTETY NIE. MUSZĘ MIEĆ DOSTĘP DO LUMEN. PODOBNIE JAK NIEBO, KSIĘGĘ NAPISANO W JĘZYKU, KTÓREGO ZROZUMIENIE WYKRACZA POZA TWOJE MOŻLIWOŚCI. JEŚLI MI JĄ PRZEKAŻESZ... KIEDY SPOTKAMY SIĘ NASTĘPNYM RAZEM, PRZEDSTAWIĘ CI DALSZY PLAN DZIAŁANIA...

Fetowi coraz bardziej się spieszyło, czuł bliżej nieokreślony, przepełniający jego wnętrze lęk.

- Najpierw będę musiał pomówić na ten temat z innymi. Nie mogę sam, w pojedynkę podjąć takiej decyzji.

Quinlan stał w bezruchu, pół na pół w świetle i w cieniu.

MOŻESZ MNIE ZNALEŹĆ PRZEZ GUSA. WIEDZ JEDNAK, ŻE CZASU JEST MAŁO. JEŚLI KIEDYKOLWIEK SYTUACJA WYMAGAŁA PODJĘCIA STANOWCZYCH DZIAŁAŃ, TO WŁAŚNIE TERAZ.

PIERWSZE INTERLUDIUM

HISTORIA QUINLANA

Czterdziesty rok naszej ery, ostatni pełny rok rządów Gajusza Kaliguli, imperatora Rzymu, obfitował w akty nadzwyczajnego okrucieństwa, próżności i szaleństwa. Imperator zaczął pojawiać się publicznie w stroju boga, a w różnych pismach i dekretach z tego okresu nazywano go po prostu "Jowiszem". Nakazał on usunięcie głów z posągów bogów i zastąpienie ich podobiznami jego własnej głowy. Zmusił senatorów, aby czcili go jako żyjącego boga. Jednym z senatorów rzymskich uczynił swego konia Incitatusa.

Pałac cesarza na Palatynie rozbudowano, by mógł pomieścić świątynię, w której oddawano by cześć boskiemu Kaliguli. Na dworze imperatora był dawny niewolnik, blady piętnastoletni ciemnowłosy chłopak, wezwany przez nowego króla słońce za namową wróżbity, którego odtąd nigdy więcej nie widziano. Niewolnik został przez imperatora przemianowany na Thraxa.

Legenda głosi, że Thrax został odnaleziony w opustoszałej wiosce na dzikich rubieżach dalekiego Wschodu - w mroźnych rejonach zamieszkanych jedynie przez najbardziej barbarzyńskie plemiona. Miał reputację istoty odznaczającej się wyjątkową brutalnością i sprytem, pomimo swego niewinnego, delikatnego wyglądu. Niektórzy twierdzili, że był obdarzony mocą prorokowania i Kaligula z miejsca się nim zachwycił. Thraxa widywano jedynie nocami, zwykle siedzącego u boku Kaliguli, gdzie wywierał ogromny wpływ, jak na kogoś tak młodego - albo przesiadującego samotnie w świątyni, w blasku księżyca; jego blada skóra lśniła jak alabaster. Mówił kilkoma barbarzyńskimi językami i szybko przyswoił sobie łacinę oraz nauki ścisłe. Jego nienasycone pragnienie wiedzy ustępowało jedynie skłonności do okrucieństwa. W Rzymie szybko zyskał złowieszczą sławę, i to w czasach, gdy za osiągnięcie uważano możliwość wyróżnienia się wyłącznie dzięki okrucieństwu. Doradzał Kaliguli w sprawach politycznych i rozdawał albo cofał imperialne przywileje nader lekką ręką. Równocześnie był gorącym orędownikiem dążenia cesarza do boskości. Widywano ich siedzących obok siebie w Circus Maximus i żywo dopingujących rzymskie Zielone Stajnie w wyścigach konnych. Plotki głosiły, że to właśnie Thrax zasugerował, by wytruć całą ekipę stajni rywali po przegranej ich drużyny.

Kaligula nie umiał pływać, podobnie zresztą jak Thrax, który zainspirował imperatora, by wzniósł największą ze swoich szalonych inwestycji - tymczasowy most pływający o długości ponad trzech kilometrów, używając statków jako pontonów, aby połączyć miasto portowe Baiae z portowym miastem Puteoli. Thraxa nie było przy tym, gdy Kaligula triumfalnie przejechał na Incitatusie przez zatokę Baiae, mając na sobie oryginalny napierśnik Aleksandra Macedońskiego - mówiono jednak, że były niewolnik później wielokrotnie korzystał z tej przeprawy, zawsze w lektyce, dźwiganej przez czterech nubijskich niewolników przyodzianych w najwspanialsze stroje, bezbożne sedia gestatoria, chronione z dwóch stron przez tuzin gwardzistów.

Zazwyczaj raz w tygodniu do wykładanej złotem i alabastrem komnaty pod świątynią przyprowadzano Thraxowi siedem konkretnie wybranych niewolnic. Żądał, aby były to dziewice, w doskonałym zdrowiu i niemające więcej niż dziewiętnaście lat. Próbki ich potu miały posłużyć do dokonywania wyboru tej siódemki w ciągu tygodnia. O zmierzchu siódmego dnia drzwi z drewna żelaznego były zamykane i ryglowane od środka.

Pierwsze zabójstwo miało miejsce na piedestale z zielonego marmuru, pośrodku komnaty ozdobionej reliefem przedstawiającym masę wijących się błagalnie ciał, karnie unoszących oczy i ręce ku niebiosom. Bliźniacze kanaliki przy podstawie przekierowywały płynącą krew niewolnicy do złotych kielichów inkrustowanych rubinami i granatami.

Thrax wyłaniał się z przejścia, przyodziany tylko w subligar, i cichym głosem rozkazywał niewolnicy, by ułożyła się na piedestale. Następnie odsączał ją i wypijał, obserwując to wszystko w siedmiu spiżowych zwierciadłach zawieszonych na ścianach komnaty, wgryzając się dziko w kobietę, po tym, jak przekłuł jej gardło swoim żądłem. Wysysanie odbywało się tak szybko i gwałtownie, że można było wręcz zaobserwować żyły zapadające się pod skórą niewolnicy, gdy w ciągu kilku sekund z jej ciała znikały wszelkie kolory. Chude ręce Thraxa powstrzymywały tors niewolnicy z ogromną siłą i wprawą.

Kiedy osłabła euforia wywołana wrażeniem paniki, następował atak na drugą niewolnicę, którą krwiopijca szybko się pożywiał, by potem brutalnie ją uśmiercić. Później to samo spotykało trzecią i czwartą niewolnicę oraz kolejne, aż pozostawała już tylko jedna, ta ostatnia, przepełniona zgrozą i przerażeniem. Thrax najbardziej rozkoszował się właśnie owym ostatnim zabójstwem. Sycił się nim. Smakował je.

Jednak pewnej zimowej nocy Thrax zwolnił przed dokończeniem wypijania ostatniej niewolnicy, kiedy wyczuł w jej krwi dodatkowy puls. Dotknął jej brzucha przez tunikę i stwierdził, że był nabrzmiały i twardy. Potwierdziwszy, że była brzemienna, Thrax brutalnie uderzył ją w twarz otwartą dłonią, a jej krew pociekła mu z ust. Sięgnął po złoty sztylet leżący obok imitacji świeżego owocu. Ciął zamaszyście, mierząc w szyję - ale jego wprawny cios został odbity przez obnażone przedramię niewolnicy - i ostrze rozpłatało jedynie mięśnie, o milimetry omijając ścięgna. Thrax uderzył ponownie, lecz został powstrzymany przez dziewczynę. Pomimo jego szybkości i umiejętności miała nad nim przewagę, bo jego ciało było zbyt młode, nierozwinięte i delikatne. Był taki słaby pomimo techniki, jaką z czasem opanował po mistrzowsku.

Właśnie dlatego Mistrz postanowił, że już nigdy więcej nie zasiedli ciała liczącego sobie mniej niż trzynaście lat. Niewolnica zalała się łzami i błagała Mistrza, by darował życie jej oraz jej nienarodzonemu dziecku - a przez cały ten czas obficie i rozkosznie krwawiła. Zaklinała się na wszystkich bogów, nawołując ich imiona.

Jednak te błagania były dla Mistrza co najwyżej częścią procesu pożywiania się i brzmiały jak skwierczenie bekonu na patelni. W tym momencie do drzwi jego komnaty załomotała gwardia pałacowa. Miała przykazane, by nigdy nie zakłócać cotygodniowego ceremoniału, ale ponieważ strażnicy wiedzieli, jaki bywał porywczy i z jaką łatwością poddawał się okrucieństwu, Mistrz zdał sobie sprawę, iż musieli mieć ważny powód, aby zawracać mu głowę. Najwyraźniej chodziło o coś naprawdę istotnego.

Dlatego też Mistrz odryglował drzwi i wpuścił straże do ociekającej krwią komnaty. Miesiące pałacowej służby znieczuliły straże na tego rodzaju perwersje i profanacje. Gwardziści powiadomili Thraxa, że Kaligula przeżył próbę zamachu na jego życie i wzywał go, by stawił się u jego boku.

Niewolnica musiała zostać zgładzona, a jej nienarodzone dziecko unicestwione. Zasady w tej kwestii były jasne. Mistrz nie chciał jednak stracić okazji do cotygodniowej smakowitej atrakcji, toteż polecił, aby gwardziści trzymali straż przed drzwiami komnaty aż do jego powrotu.

Okazało się, że rzekomy zamach był jedynie atakiem histerii imperatora, wskutek którego śmierć poniosło siedmioro niewinnych gości pałacowej orgii.

Thrax wrócił do swojej komnaty niedługo potem, by odkryć, że podczas gdy on starał się ułagodzić gniewnego boga słońca, centurioni opuścili teren pałacu, w tym także świątynię, otrzymawszy rozkaz stłumienia widmowego przewrotu. Brzemienna niewolnica - zarażona i ranna - zniknęła.

Z nadejściem świtu Thrax przekonał Kaligulę, aby rozesłał żołnierzy do wszystkich okolicznych miast w celu odnalezienia dziewczyny i sprowadzenia jej z powrotem do świątyni. Choć przeczesali każdy skrawek pobliskich ziem, nie udało się jej odnaleźć. O zmierzchu Thrax sam wybrał się na poszukiwanie niewolnicy, ale jego wpływ na jej umysł został osłabiony przez odmienny stan dziewczyny. Mistrz miał wtedy zaledwie kilkaset lat i wciąż zdarzało mu się popełniać błędy.

Ta konkretna omyłka miała odbijać się Mistrzowi czkawką przez kolejne stulecia. W pierwszym miesiącu nowego roku Kaligula faktycznie został zamordowany przez spiskowców, a jego następca, Klaudiusz, po krótkim okresie wygnania doszedł do władzy dzięki wsparciu gwardii pretoriańskiej. Natomiast zły niewolnik Thrax padł ofiarą czystki i został zmuszony do ucieczki.

Ciężarna niewolnica zmierzała na południe, powracając do kraju swych Ukochanych Bliskich. Urodziła bladego chłopca o nieomal przezroczystej skórze, przywodzącej na myśl marmur w blasku księżyca. Narodził się w jaskini, pośród gajów oliwnych niedaleko Sycylii i w tej suchej okolicy polowali potem przez wiele lat. Niewolnicę i dziecko łączyła słaba mentalna więź i choć oboje przeżyli, karmiąc się krwią ludzi, chłopcu brakowało zakaźnego patogenu, koniecznego, by mógł przemieniać swoje ofiary.

W rejonie Morza Śródziemnego zaczęły szerzyć się plotki o grasującym tam demonie, w miarę jak Narodzony rósł, a rósł naprawdę szybko. Chłopiec - półwampir - był w stanie przetrwać pewien czas na słońcu, nie obawiając się, że zostanie unicestwiony przez jego promienie. Ale poza tym, skażony klątwą Mistrza, posiadał wszystkie inne wampirze atrybuty, z wyjątkiem więzi łączącej go niewolniczo z jego stwórcą.

Gdyby wszelako Mistrz został kiedykolwiek unicestwiony, on również by zginął.

Dekadę później, gdy Narodzony powrócił tuż przed świtem do swojej jaskini, wyczuł czyjąś obecność. Wśród cieni, w głębi pieczary dostrzegł jeszcze jeden, ciemniejszy cień, poruszający się nieznacznie i obserwujący go. A potem poczuł, jak głos matki w jego wnętrzu słabnie. Wkrótce jej sygnał zgasł. W okamgnieniu zorientował się, co się stało; cokolwiek było tam, w środku, właśnie rozprawiło się z jego rodzicielką, zgładziło ją, a teraz czekało na niego. Mimo iż nie widział swego wroga, Narodzony potrafił wyczuć bezmiar jego okrucieństwa. To coś, co kryło się wśród cieni, nie znało litości. Bez chwili wahania Narodzony obrócił się na pięcie i uciekł ku swej jedynej ostoi - światłu wschodzącego słońca.

Robił, co mógł, aby przeżyć. Kradł, polował i od czasu do czasu łupił też podróżnych na sycylijskich drogach. Wkrótce został schwytany i stanął przed obliczem sprawiedliwości. Niedługo potem zawarł umowę i wyszkolono go na gladiatora. Podczas swoich występów Narodzony pokonał każdego przeciwnika, czy to człowieka, czy zwierzę, a jego nadnaturalne talenty i szczególny wygląd zwróciły nań uwagę senatu i dowództwa rzymskich legionów. W przededniu ceremonialnego napiętnowania grupa rywali zazdrosnych o jego sukcesy zastawiła na niego pułapkę, zadając mu mieczami wiele ran, z których żadna jakimś cudem nie okazała się śmiertelna. Szybko wrócił do zdrowia i natychmiast został wycofany ze szkoły gladiatorów, bo pod swoje skrzydła przyjął go senator Faustus Sertorius, który pasjonował się mrocznymi sztukami i zdobył dość pokaźną kolekcję prymitywnych artefaktów. Senator rozpoznał w gladiatorze piątego nieśmiertelnego, który miał zostać zrodzony z ludzkiego ciała i wampirzej krwi, toteż nawał go Quintus Sertorius.

Ów osobliwy peregrinus został początkowo wcielony do auxilii, ale szybko zaczął piąć się w hierarchii i dołączył do trzeciego legionu. Pod sztandarem Pegaza Quintus przebył ocean, by w Afryce wziąć udział w wojnie przeciwko dzikim Berberom.

Zyskał sporą wprawę w posługiwaniu się pilum, przedłużoną rzymską włócznią, i mówiło się, że był w stanie miotać nią z taką siłą, iż powalał konia w pełnym galopie. Władał stalowym, obosiecznym mieczem, gladius hispaniensis, wykutym specjalnie dla niego - pozbawionym wszelkich srebrnych zdobień i z rękojeścią z ludzkiej kości udowej.

Przez dekady Quintus wielokrotnie prowadził zwycięskie marsze ze świątyń Bellony do Porta Triumphalis i służył przez pokolenia, pod kolejnymi rządami, spełniając zachcianki i kaprysy kolejnych imperatorów. Pogłoski o jego długowieczności obrosły legendą i z jednej strony obawiano się go, a z drugiej podziwiano. W Brytanii budził trwogę w sercach i umysłach Piktów, wśród Germanów Gamabrivii znany był jako Cień Stali, a sama jego obecność pozwalała utrzymać pokój wzdłuż brzegów Eufratu. Quintus był imponującą postacią. Jego oblicze o rysach jak wyciosanych w marmurze i nadnaturalnie bladej skórze sprawiało, że wyglądał jak żywy posąg wykuty z najczystszego alabastru. Otaczała go aura waleczności i wojennej wprawy, postawa zaś zdradzała niewzruszoną pewność siebie. Stawał na czele każdego natarcia i schodził z pola bitwy jako ostatni. Przez kilka lat zbierał trofea, a gdy te pamiątki zaczęły zagracać jego domostwo, znudziło mu się ich gromadzenie. Zasady walki sprowadził do zaledwie pięćdziesięciu dwóch ruchów: technik o iście baletowej precyzji, które pozwalały mu pokonywać przeciwników w czasie krótszym niż dwadzieścia sekund.

Na każdym etapie swojej kariery Quintus czuł na karku gorący oddech próbującego dopaść go Mistrza, który już dawno temu porzucił ciało piętnastoletniego niewolnika Thraxa jako swego nosiciela. Miały miejsce nieudane zasadzki, ataki wampirów i z rzadka bezpośrednie napaści ze strony Mistrza w jego różnych postaciach. Początkowo Quintus był oszołomiony i zdezorientowany naturą tych ataków, z czasem jednak zaczęła go ciekawić postać jego progenitora. Rzymskie przeszkolenie wojskowe nauczyło go, że w sytuacji zagrożenia należało przejść do ofensywy, toteż zaczął tropić Mistrza w poszukiwaniu odpowiedzi.

Jednocześnie dokonania Narodzonego i jego rosnąca legenda zwróciły na niego uwagę Pradawnych, którzy zbliżyli się doń pewnej nocy, w trakcie jednej z bitew. To dzięki zetknięciu z nimi Narodzony poznał prawdę o swoim rodowodzie i pochodzeniu zbuntowanego Pradawnego, którego pozostali określali mianem "Młodego". Pokazali mu wiele rzeczy, zakładając, że jeśli ujawnią mu swoje sekrety, Narodzony zechce się do nich przyłączyć.

Ale Quintus odmówił. Odwrócił się plecami do mrocznego porządku wampirzych władców zrodzonych z tej samej druzgocącej potęgi co Mistrz. Quintus spędził całe swoje życie wśród ludzi i chciał spróbować zaadaptować się pośród nich. Chciał zbadać tę ludzką połowę swojego "ja". I pomimo zagrożenia, jakie stanowił dla niego Mistrz, pragnął żyć jako nieśmiertelny wśród śmiertelników, a nie - jak podówczas myślał o sobie - jako mieszaniec wśród przedstawicieli czystej rasy.

Zrodzony poniekąd przypadkiem niż wskutek rozmyślnego działania, Quintus nie był zdolny do rozmnażania się i nigdy nie był w stanie posiąść w pełni jakiejkolwiek kobiety.

Quintusowi brakowało patogenu, który pozwoliłby mu rozprzestrzeniać infekcję albo skłonić istoty ludzkie, by były posłuszne jego woli.

W końcowym okresie swoich kampanijnych dni Quintus został legatem i otrzymał sporą połać żyznych ziem oraz rodzinę: młodą berberyjską wdowę o oliwkowej skórze i ciemnych oczach, kobietę, która miała też córkę. Odnalazł w niej bliskość, intymność, a koniec końców także miłość. Ciemnoskóra kobieta śpiewała mu cudowne piosenki w swoim ojczystym języku i utulała go nimi do snu w głębokich piwnicach jego domu. W czasach względnego spokoju mieli dom na południowym wybrzeżu Italii. Aż którejś nocy, pod nieobecność Quintusa, kobietę odwiedził Mistrz. Quintus wrócił, by stwierdzić, że jego rodzina została przemieniona i czekała w zasadzce, by zaatakować go do spółki z Mistrzem. Musiał więc zmierzyć się z nimi wszystkimi naraz, uwalniając najpierw swoją przeistoczoną żonę, a potem jej córkę. Ledwie zdołał przeżyć atak władcy krwiopijców. W owym czasie Mistrz zajmował ciało innego legionisty, ambitnego, bezwzględnego trybuna o imieniu Tacitus. Jego niewysokie, lecz krępe i muskularne ciało zapewniało mu sporą przewagę w walce. Prawie nie było legionistów mierzących mniej niż metr siedemdziesiąt pięć wzrostu, ale Tacitus został przyjęty, ponieważ był silny jak tur. Miał grube, krótkie ramiona i szyję, pełne nabrzmiałych, węźlastych mięśni. Masywne barki i plecy sprawiały, że wyglądał na przygarbionego, teraz jednak, gdy górował nad niemiłosiernie poobijanym Quintusem, stał dumnie wyprostowany jak marmurowa kolumna.

Quintus wszelako był przygotowany na taką okoliczność - z jednej strony obawiał się jej, z drugiej zaś miał nadzieję, że ten dzień kiedyś nastąpi. W sprytnie wszytej pochewce przy pasie miał ukryty srebrny sztylet o wąskim ostrzu, wsunięty tak, że nie dotykał jego ciała, zaś wystająca na zewnątrz rękojeść z drewna sandałowego pozwalała mu na szybkie dobycie broni.

Wyszarpnął sztylet i ciął Tacitusa na ukos przez całą twarz, rozcinając mu gałkę oczną i przełamując na pół prawą kość policzkową. Mistrz zawył i zakrył zranione oko, z którego buchnęła krew i szklisty śluz. Jednym susem wyskoczył z domu Quintusa, by zniknąć w przylegającym doń, tonącym w ciemnościach ogrodzie.

Kiedy doszedł do siebie, Quintus poczuł osamotnienie, które miało już pozostać w nim na zawsze. Poprzysiągł zemstę na istocie, która go stworzyła - mimo iż taki czyn oznaczałby również unicestwienie jego samego.

Wiele lat później, po nastaniu wiary chrześcijańskiej, Quintus powrócił do Pradawnych, uznając to, kim oraz czym był. Zaoferował im swoje bogactwo, wpływy i siłę, a oni powitali go jak swego. Quintus ostrzegł ich przed perfidią Mistrza, oni zaś, choć uznali zagrożenie, nigdy nie stracili pewności siebie, jaką miała zapewniać im przewaga liczebna oraz mądrość wynikająca z przeżytych lat.

Przez następne stulecia Quintus kontynuował swą krucjatę zemsty.

Jednak przez kolejnych siedem wieków Quintus - a później Quinlan - nigdy nie zbliżył się do Mistrza bardziej niż tamtej nocy w Tortosie, znanej obecnie jako Syria, kiedy władca wampirów nazwał go "synem".

MÓJ SYNU, TAK DŁUGIE WOJNY MOŻNA WYGRAĆ, TYLKO PODDAJĄC SIĘ. DOPROWADŹ MNIE DO PRADAWNYCH, POMÓŻ MI ICH ZNISZCZYĆ, A BĘDZIESZ MÓGŁ ZAJĄĆ SWE PRAWOWITE MIEJSCE U MEGO BOKU. STAŃ SIĘ KSIĘCIEM, KTÓRYM W ISTOCIE JESTEŚ...

Mistrz i Quintus stali na skraju skalistego klifu, skąd rozciągał się widok na rozległą rzymską nekropolię. Quinlan wiedział, że Mistrz nie ma dokąd uciec. Pierwsze promienie wschodzącego słońca już teraz sprawiały, że jego ciało zaczęło dymić i płonąć. Słowa Mistrza były nieoczekiwane, a jego głos, rozlegający się w głowie Quinlana, niepożądany jak nagłe wtargnięcie. Quinlan poczuł intymność, bliskość, która go przeraziła.

I przez chwilę, której miał żałować już do końca swych dni, poczuł, że naprawdę do kogoś przynależy. Ta istota, która znalazła schronienie w wysokim, bladym ciele hutnika, była jego ojcem. Jego prawdziwym ojcem. Quinlan na moment opuścił broń, a Mistrz błyskawicznie spełzł w dół po ścianie skalistego klifu, by zniknąć w labiryncie krypt i tuneli poniżej.

Setki lat później statek płynący z angielskiego portu Plymouth zawinął do Cape Cod, na nowo odkrytym terytorium Ameryki. Według oficjalnego manifestu przewozowego statek miał na pokładzie stu trzydziestu pasażerów. W ładowni można było znaleźć kilka skrzyń zawierających ziemię. W manifeście okrętowym wymieniono jako przewożone towary ziemię oraz cebulki tulipanów; przypuszczalnie ich właściciel chciał wykorzystać cechy klimatu wybrzeża. Rzeczywistość była o wiele bardziej mroczna. Trzech Pradawnych i ich oddany sojusznik Quinlan raczej dość szybko zaaklimatyzowało się w Nowym Świecie, pod auspicjami zamożnego kupca: Kiliaena Van Zandena. Osady w Nowym Świecie w gruncie rzeczy nie różniły się zbytnio od grupy republik bananowych, dla których gospodarka handlowa okazała się kluczem do osiągnięcia najwyższej pozycji ekonomicznej i militarnej na planecie w ciągu niespełna dwustu lat, choć tak naprawdę zasadnicze interesy prowadzone były po cichu, pod ziemią i za zamkniętymi drzwiami. Wszystkie wysiłki skupione zostały na zdobyciu Occido Lumen, w nadziei uzyskania odpowiedzi na pytanie, które w owym czasie było pytaniem kluczowym, najważniejszym i jedynym, jakie zaprzątało myśli Quinlana i Pradawnych.

Jak można unicestwić Mistrza?

OBÓZ LIBERTY

Doktor Norę Martinez obudził drażniący dźwięk obozowego gwizdka. Leżała w płóciennym hamaku, zwieszającym się z sufitu i opasującym ją jak temblak. Jedynym sposobem na wypełznięcie stąd było prześlizgnięcie się pod kocem i wysunięcie przez otwór nogami do przodu.

Gdy wstała, w jednej chwili zorientowała się, że coś jest bardzo nie w porządku. Rozejrzała się dookoła. Odniosła wrażenie, że jest lekka. Za lekka. Odruchowo dotknęła ręką głowy.

Była łysa, kompletnie łysa. To nią wstrząsnęło. Nora nie była szczególnie próżna, ale została obdarzona naprawdę pięknymi włosami i zawsze nosiła je długie, choć było to niepraktyczne, zwłaszcza w zawodzie epidemiologa. Zacisnęła palce na czubku głowy. Wszędzie tam, gdzie wcześniej były włosy, teraz nie było nic. Tylko skóra. Łzy popłynęły jej po policzkach i nagle poczuła się mniejsza i słabsza. Zgoliwszy jej włosy, tamci odebrali Norze cząstkę siły.

Jednak jej rozchwianie nie było wynikiem samego tylko ogolenia głowy. Czuła się jak pijana. Miała kłopoty z utrzymaniem równowagi. Po krępującej procedurze przyjęcia do obozu, co wiązało się z nieuchronnie towarzyszącym temu lękiem, zdziwiła się, że w ogóle była w stanie zasnąć. Prawdę mówiąc, przypomniała sobie teraz, że bardzo jej zależało, aby nie usnąć. Chciała dowiedzieć się jak najwięcej na temat strefy kwarantanny, zanim zostanie włączona do ogólnej populacji obozu nazwanego, jak na ironię, obozem wolności.

Jednak ten posmak w ustach - jakby zakneblowano ją brudną skarpetką - uświadomił Norze, że została odurzona. Ta butelka z wodą, którą jej wręczono... Ciecz musiała zostać czymś zaprawiona.

Przepełnił ją gniew, po części skierowany przeciw Ephowi. To było bezproduktywne, więc skupiła się na Fecie i na tęsknocie za nim. Była prawie pewna, że już nigdy nie zobaczy żadnego z tych mężczyzn. No, chyba że zdoła znaleźć sposób, aby się stąd wydostać.

Wampiry, które kierowały obozem - a może ich ludzcy współspiskowcy, kontraktowi członkowie Grupy Stoneheart - roztropnie zarządzili kwarantannę dla nowo przyjmowanych. Ten typ obozu stanowił beczkę prochu dla wybuchu potencjalnej epidemii jakiejś choroby zakaźnej, która, gdyby okazała się naprawdę groźna, mogłaby wyplenić całą populację obozu i cennych dla pijawek dawców krwi.

Do pokoju weszła kobieta, odgarniając płócienną płachtę zawieszoną w przejściu. Miała na sobie grafitowy kombinezon, tego samego koloru i bezpłciowego kroju co strój Nory. Martinez rozpoznała jej twarz. Przeraźliwie chuda, o skórze jak blady pergamin, pomarszczony w kącikach oczu i ust. Ciemne włosy miała przycięte krótko, choć niewygolone. Mimo to, z jakiegoś niewytłumaczalnego dla Nory powodu, kobieta wydawała się dumna i wyniosła. Najwyraźniej pełniła w obozie funkcję kogoś w rodzaju opiekunki grupy. Miała na imię Sally.

Nora spytała ją, tak jak dzień wcześniej:

- Gdzie jest moja matka?

Sally odpowiedziała nieszczerym, wyuczonym uśmiechem, pobłażliwym i rozbrajającym zarazem: - Jak się pani spało, panno Rodriguez?

Nora podczas procedury przyjęcia podała fałszywe nazwisko, gdyż za sprawą jej związków z Ephem z całą pewnością jej prawdziwe nazwisko widniało na każdej "czarnej liście".

- Spało mi się całkiem nieźle - odparła. - Dzięki tym prochom, którymi zaprawiliście moją wodę. Spytałam przed chwilą, gdzie jest moja matka.

- Podejrzewam, że została przewieziona do Sunset, który pełni funkcję ośrodka aktywnej wspólnoty osób w podeszłym wieku, związanych z obozem. To normalna procedura.

- Gdzie to jest? Chcę ją zobaczyć.

- To oddzielna część obozu. Podejrzewam, że w którymś momencie da się załatwić odwiedziny, ale jeszcze nie teraz.

- Gdzie to jest? Pokaż mi.

- Mogłabym pokazać ci bramę, ale... sama nigdy nie byłam w środku.

- Kłamiesz. A może naprawdę w to wierzysz. Co oznacza, że okłamujesz samą siebie.

Sally była tylko funkcjonariuszką, posłanniczką. Nora zrozumiała, że kobieta nie próbowała celowo wprowadzić jej w błąd, ale po prostu powtarzała to, co jej powiedziano. Może nie zdawała sobie sprawy albo brakowało jej wyobraźni, by wiedzieć, iż wspomniany "Sunset" nie do końca jest tym, za co jest uważany.

- Proszę, posłuchaj mnie - mówiła z coraz większą desperacją Nora. - Moja matka źle się czuje. Jest chora, ma zaniki pamięci. Cierpi na chorobę Alzheimera.

- Na pewno znajdzie się pod dobrą opieką...

- Zostanie poddana eutanazji. Bez chwili wahania. Dla tych istot jest całkowicie nieprzydatna. Ale jest chora, spanikowana, powinna móc zobaczyć obok siebie znajomą twarz. Rozumiesz? Chcę ją tylko zobaczyć. Ostatni raz.

Oczywiście to było kłamstwo. Nora chciała stąd uciec, zabierając ze sobą matkę. Najpierw jednak musiała ją znaleźć.

- Jesteś człowiekiem. Jak możesz robić coś takiego? No jak?

Sally wyciągnęła rękę, by w uspokajającym, lecz mechanicznym geście ścisnąć Norę za lewe ramię. - Ona naprawdę jest teraz w lepszym miejscu, panno Rodriguez. Starsze osoby dostają racje żywnościowe mające wspomagać ich zdrowie i nie wymaga się od nich, aby w zamian za to czymkolwiek się zajmowały. Szczerze mówiąc, trochę im zazdroszczę.

- Naprawdę w to wierzysz? - spytała ze zdumieniem Nora.

- Mój ojciec tam jest - odparła Sally.

Nora chwyciła ją za rękę.

- Nie chciałabyś go zobaczyć? Pokaż mi, gdzie to jest.

Sally była pełna współczucia - do tego stopnia, że Nora miała ochotę dać jej po twarzy.

- Wiem, że rozdzielenie jest trudne. Od tej pory musisz się skupić na dbaniu o siebie.

- Czy to ty mnie odurzyłaś?

Uśmiech Sally zniknął, zastąpiony przez wyraz zatroskania - być może niepokoiła się o stan zmysłów Nory i o to, czy będzie mogła wykorzystać w przyszłości swój potencjał jako produktywna członkini obozu.

- Nie mam dostępu do medykamentów.

- Ciebie też odurzali?

Sally nie odpowiedziała na pytanie Nory.

- Kwarantanna dobiegła końca. Od tej pory będziesz częścią społeczności głównego obozu, a ja mam cię oprowadzić i pomóc ci się zaaklimatyzować.

Sally przeprowadziła ją przez niewielką, znajdującą się na świeżym powietrzu strefę buforową, po chodniku biegnącym pod zadaszeniem z brezentu, chroniącym przed deszczem.

Nora spojrzała w niebo. Kolejna bezgwiezdna noc. Sally pokazała papiery człowiekowi przy punkcie kontrolnym, mężczyźnie około pięćdziesiątki, noszącemu biały lekarski kitel narzucony na zwykły szary kombinezon. Mężczyzna rzucił okiem na formularze i popatrzył na Norę okiem funkcjonariusza służby celnej, po czym je przepuścił.

Deszcz i tak je dosięgnął, pomimo zadaszenia, spryskując ich nogi i stopy. Nora nosiła typowe dla szpitali piankowe sandały na miękkich podeszwach, a Sally wygodne, choć przemoczone trampki Saucony.

Chodnik wysypany tłuczniem prowadził do szerokiego, okrągłego przejścia otaczającego wysoką wieżyczkę obserwacyjną, przypominającą stanowisko ratownika na plaży. Z tego miejsca odchodziły, jak ze środka piasty, cztery ścieżki biegnące w różnych kierunkach. Nieopodal wznosiły się budynki wyglądające jak magazyny. Nie było żadnych tablic oznaczających drogę, a jedynie strzałki uformowane z białego kamienia i osadzone w błotnistym gruncie. Niskowatowe lampy oświetlające ścieżki były konieczne, żeby ludzie mogli swobodnie się poruszać.

Grupka wampirów stała wokół wieżyczki jak wartownicy, a na ich widok Nora poczuła na plecach lodowate ciarki. Krwiopijcy byli całkowicie narażeni na działanie czynników natury - ich naga, blada skóra nie była niczym osłonięta, a mimo to nic nie wskazywało, by odczuwali jakikolwiek dyskomfort; czarny deszcz spływał po ich nagich czaszkach, ramionach i alabastrowych ciałach. Ramiona zwieszały się wiotko, gdy wampiry obserwowały pojawiających się i odchodzących ludzi z całkowitą obojętnością. Były policjantami, psami stróżującymi i kamerami ochrony w jednym.

- Zgodnie z obowiązującymi zasadami bezpieczeństwa wszystko jest tu zarządzane bardzo sprawnie i w uporządkowany sposób - rzekła Sally, wychwytując niepokój i zdenerwowanie Nory. - Prawdę mówiąc, prawie nie miewamy tu żadnych incydentów.

- Mówisz o oporze ze strony ludzi?

- Mówię o wszelkich przypadkach zaburzeń ustalonego porządku - odparła Sally, dziwiąc się przypuszczeniom Nory.

To, że znalazła się tak blisko tych istot, nie mając przy sobie żadnej srebrnej broni, przerażało Norę. Znów ciarki przeszły jej po plecach. A te stworzenia wyczuły jej strach. Ich żądła zacmokały delikatnie, uderzając o podniebienia, gdy wampiry zaczęły węszyć niespokojnie, zaalarmowane wonią jej adrenaliny.

Sally szturchnęła Norę w ramię, zmuszając ją, aby nieco przyspieszyła kroku.

- Nie możemy się tu zatrzymywać. To zabronione.

Nora poczuła, że czerwono-czarne oczy wartowników śledziły ją, gdy Sally prowadziła ją chodnikiem biegnącym wzdłuż budynków przypominających magazyny. Nora otaksowała wzrokiem płoty tworzące ogrodzenie wokół obozu; parkan z siatki wzmocniony pomarańczowymi zaporami huraganowymi, przesłaniającymi widok poza terenem obozowiska. Wierzchołek siatki był nachylony pod kątem czterdziestu pięciu stopni na zewnątrz, tak że nie mogła go zobaczyć, ale w kilku miejscach spostrzegła ostre zadziory drutu kolczastego. Będzie musiała znaleźć inną drogę wyjścia.

W oddali widać było wierzchołki drzew. Nora już wiedziała, że znajduje się poza miastem. Krążyły plotki o dużym obozie na północ od Manhattanu i dwóch mniejszych obozach na Long Island i w północnym New Jersey. Wieziono ją w kapturze na głowie, a ona za bardzo martwiła się o matkę, by pomyśleć o oszacowaniu czasu jazdy.

Sally doprowadziła Norę do przesuwanej bramy z siatki, wysokiej na ponad trzy metry i mniej więcej tak samo szerokiej. Brama była zamknięta i obsługiwana przez dwie strażniczki z wartowni, które przywitały Sally skinieniem głowy, po czym wspólnie odblokowały i uchyliły bramę na tyle, by je przepuścić.

Wewnątrz obozu znajdował się budynek przypominający niewielki szpital. Z tyłu za nim ustawiono w rzędach niewielkie przyczepy mieszkalne.

Weszły do budowli o wyglądzie szpitala, a następnie znalazły się w szerokim holu z recepcją. Było to coś pomiędzy poczekalnią a salą wypoczynkową w studenckim dormitorium. Puszczano właśnie stary odcinek Frasiera, a śmiech z taśmy brzmiał tak sztucznie jak drwiąca beztroska ludzi z przeszłości.

Na miękko wyściełanych krzesłach siedziało kilkanaście kobiet w czystych, białych kombinezonach, jakże różnych od matowej szarości ubioru Nory i Sally. Ich brzuchy były wyraźnie nabrzmiałe. Każda z nich była w drugim lub w trzecim trymestrze ciąży. I jeszcze coś: pozwolono im zapuścić włosy, które były grube i lśniące od hormonów ciążowych.

I wtedy Nora zobaczyła owoc. Jedna z kobiet zajadała miękką, soczystą brzoskwinię, której wnętrze przecinały czerwone żyłki. Ślina napłynęła jej do ust. Jedyne niepochodzące z puszki owoce, jakie jadła w ciągu ostatniego roku, to niezbyt smaczne papkowate jabłka z dogorywającej jabłoni w ogródku. Wycięła nadgniłe miejsca za pomocą scyzoryka w przyborniku wielonarzędziowym, aż cały owoc wyglądał, jakby ktoś go już wcześniej napoczął.

Wyraz jej twarzy musiał odzwierciedlać pragnienie, bo ciężarne kobiety, napotkawszy spojrzenie Nory, jedna po drugiej odwracały z zakłopotaniem wzrok.

- Co to ma być? - spytała Nora.

- Oddział dla ciężarnych - odparła Sally. - To tu brzemienne kobiety w ostatnich miesiącach ciąży oczekują na rozwiązanie i tu rodzą się ich dzieci. Przyczepy na zewnątrz należą do najlepiej wyposażonych pomieszczeń mieszkalnych w całej tej placówce.

- A skąd ona wzięła... - Nora zniżyła głos - ten owoc?

- Ciężarne kobiety otrzymują również najlepsze racje żywnościowe. I są zwolnione z obowiązku oddawania krwi przez okres ciąży i karmienia dzieci.

Zdrowe dzieci. Wampiry musiały dbać o powiększenie rasy ludzkiej i zapasów krwi.

Sally mówiła dalej.

- Jesteś prawdziwą szczęściarą. Należysz do tych dwudziestu procent populacji z grupą krwi B Rh plus.

Oczywiście Nora wiedziała, jaką ma grupę krwi. Nagrodą za posiadanie grupy B Rh plus było umieszczenie w obozie, częste upuszczanie krwi i przymusowe rodzenie dzieci.

- Jak mogą sprowadzać dzieci na taki świat? W tym tak zwanym obozie? W niewoli?

Sally spojrzała na Norę zdziwiona, a może raczej poczuła się zawstydzona tym pytaniem.

- Może się pani przekonać, że ciąża i urodzenie dziecka to jedna z niewielu rzeczy, dla których warto tu żyć, panno Rodriguez. Kilka tygodni spędzonych w tym miejscu może sprawić, że zmieni pani zdanie w tej kwestii. Kto wie? Może nawet sama pani tego zapragnie. - Sally podwinęła rękaw szarego kombinezonu, odsłaniając potężne sińce, wyglądające jak paskudne użądlenia os, których fioletowe i brązowe kręgi zdobiły jej skórę. - Pół litra co pięć dni.

- Posłuchaj, nie chciałam cię urazić, tyle tylko, że...

- Wiesz co, ja próbuję ci pomóc - odparła. - Wciąż jeszcze jesteś dość młoda. Masz możliwości. Mogłabyś zajść w ciążę i urodzić dziecko. Urządziłabyś się w tym obozie. Niektóre z nas... nie mają tyle szczęścia.

Nora przez chwilę popatrzyła na to wszystko z perspektywy Sally. Rozumiała, że utrata krwi i niedożywienie osłabiało kobietę i wszystkie inne osoby, pozbawiając je woli walki. Zdała sobie sprawę z ogromu rozpaczy i beznadziei, a perspektywa ciąży i urodzenia dziecka mogła być dla nich jedynym źródłem nadziei i dumy.

- Poza tym - kontynuowała Sally - ktoś taki jak ty, dla kogo to wszystko wydaje się takie obrzydliwe, może docenić, że przez wiele długich miesięcy nie będzie mieć styczności z innym gatunkiem.

Nora nie była pewna, czy dobrze usłyszała.

- Nie ma styczności? W strefie urodzeń nie ma wampirów? - Rozejrzała się wokoło i stwierdziła, że faktycznie tak było. - Czemu tak jest?

- Nie wiem. To ściśle przestrzegana zasada. Nie mają tu wstępu.

- Ścisła zasada? - Nora usilnie próbowała to wszystko zrozumieć. - Czy chodzi o to, by ciężarne kobiety nie miały styczności z wampirami, czy o to, by wampiry nie miały styczności z kobietami w ciąży?

- Już mówiłam, nie wiem.

Rozległ się sygnał przypominający dźwięk dzwonka, a kobiety odłożyły owoce i pisma, które czytały, i wstały z krzeseł.

- Co się dzieje? - spytała Nora.

Sally też się trochę wyprostowała.

- Komendant obozu. Sugeruję, abyś zachowywała się, jak należy.

Nora szukała jakiejś drogi ucieczki, drzwi czy wyjścia awaryjnego. Ale było już za późno. Zjawiła się cała grupa tutejszych oficjeli, ludzi i biurokratów w eleganckich garniturach, a nie w kombinezonach jak cała reszta. Weszli od frontu, przypatrując się osadzonym z ledwie skrywanym niesmakiem. Nora odniosła wrażenie, że była to nie tyle wizyta, ile raczej inspekcja i nie pomyliła się.

Z tyłu za przybyszami wlokły się dwa wampiry; na ich ramionach i szyjach wciąż widniały tatuaże z czasów, kiedy były ludźmi. Byli więźniowie, jak podejrzewała Nora, którzy awansowali w hierarchii na strażników krwawego obozu. Obaj trzymali ociekające czarne parasole, co Norze wydało się dość dziwne - wampiry nie przejmowały się deszczem - ale w tej samej chwili pojawił się idący za nimi ostatni mężczyzna, najwyraźniej komendant obozu. Miał na sobie nieskazitelny, oślepiająco biały garnitur. Był tak czysty jak żadna z rzeczy, które Nora miała okazję oglądać w ostatnich miesiącach. Tatuowane wampiry były osobistą strażą przyboczną komendanta.

Był stary, miał precyzyjnie przystrzyżoną spiczastą siwą bródkę, która nadawała mu wygląd nestora. Widok ten sprawił, że Nora poczuła silny ucisk w gardle. Dostrzegła medale na piersi mężczyzny - na materiale białego garnituru było ich tyle, że nie powstydziłby się ich admirał marynarki wojennej.

Martinez patrzyła z niedowierzaniem. Ten wyraz nieskrywanego zdumienia z miejsca zwrócił na nią uwagę i choć pospiesznie odwróciła wzrok, było już za późno.

Rozpoznał ją.

Zrobiło jej się słabo. To uczucie przepełniło ją jak nagły atak gorączki.

Mężczyzna zatrzymał się, a jego oczy także rozszerzyły się z niedowierzaniem, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył w jej stronę. Tatuowane wampiry podążały za nim krok w krok. Starszy mężczyzna szedł z rękoma złączonymi za plecami, a wyraz niedowierzania na jego twarzy przerodził się w uśmiech.

To był doktor Everett Barnes, dawny dyrektor Centrum ds. Zwalczania i Kontroli Chorób. Były szef Nory, który teraz, niemal w dwa lata po upadku rządu, wciąż uparcie nosił mundur z odniesieniami do afiliacji Centrum jako jednego z ośrodków amerykańskiej marynarki wojennej.

- Doktor Martinez - powiedział, przeciągając zgłoski jak na południowca przystało. - Noro... to doprawdy niezwykła... i jakże miła niespodzianka.

MISTRZ

Zack zakasłał i zakrztusił się, gdy zapach kamfory podrażnił mu gardło i podniebienie. Odzyskał oddech, a rytm jego serca spowolnił. Chłopak spojrzał na Mistrza, stojącego przed nim pod postacią gwiazdy rocka, Gabriela Bolivara.

Nocą zwierzęta w zoo stawały się wyjątkowo aktywne - budził się ich instynkt łowców, który za kratami do tej pory był pogrążony w uśpieniu. W rezultacie noc była pełna najróżniejszych hałasów. Słychać było skrzeczenie małp i pokrzykiwanie dzikich kotów. Teraz to ludzie zajmowali się klatkami i sprzątali alejki, co dla Zacka stanowiło nagrodę za jego myśliwskie umiejętności.

Chłopak nabrał sporej wprawy z strzelaniu, a Mistrz nagradzał go za każdą zabitą ofiarę nowym przywilejem. Zacka ciekawiły dziewczęta. A właściwie kobiety. Mistrz zadbał o to, by przyprowadzono mu kilka. Nie po to, żeby z nim rozmawiały. Zack chciał na nie patrzeć. Zazwyczaj z ukrycia, tak by nie mogły go widzieć. Nie był nieśmiały ani wystraszony. Raczej przebiegły i nie chciał się pokazywać. Nie chciał ich dotykać. Jeszcze nie. Pragnął jedynie im się przyglądać, tak jak obserwował panterę śnieżną na wybiegu.

Przez te wszystkie lata spędzone na Ziemi Mistrz rzadko doświadczał czegoś takiego - oto miał wyjątkową szansę, by odpowiednio przygotować ciało, które zamierzał zasiedlić, i robił to skwapliwie, z wyjątkową uwagą i troską. Przez setki lat, nawet pod patronatem potężnych, Mistrz musiał się ukrywać, pożywiając się i żyjąc w cieniu, unikając wrogów i pohamowując swoje zapędy za sprawą układu, przymierza zawartego z Pradawnymi. Teraz jednak świat był całkiem nowy, a Mistrz zyskał ludzkiego pupila.

Chłopak był bystry, a jego dusza całkowicie przenikalna. Mistrz był ekspertem od manipulacji. Wiedział, jak stosować odpowiednie naciski, by uaktywniać chciwość, pożądanie, chęć zemsty, a obecne ciało prezentowało się po królewsku. Bolivar naprawdę był gwiazdą rocka, a co za tym idzie, był nią również Mistrz.

Jeżeli Mistrz sugerował, że Zack jest bystry, chłopak natychmiast stawał się bystrzejszy; naprawdę się starał, by pokazać swemu panu, na co go stać. Tym samym jeśli Mistrz zasugerował, że chłopak był okrutny i sprytny, nastolatek również się taki stawał, by zadowolić swego opiekuna. W ten sposób przez wiele miesięcy i długich nocnych rozmów Mistrz trenował chłopaka, pogłębiając mrok, który ten miał już w swoim sercu. A władca wampirów doświadczył czegoś nieznanego mu od stuleci: czuł się podziwiany.

Czy to właśnie oznaczało dla ludzi bycie ojcem - i czy ojcostwo zawsze oznaczało tak potworny trud? Kształtowanie duszy ukochanych na swój obraz, w swoim cieniu?

Koniec był bliski. To był czas ostatecznych rozwiązań. Mistrz czuł to w rytmie wszechświata, w drobnych znakach i zwiastunach, w kadencji głosu Boga. Mistrz będzie odtąd zamieszkiwał tylko jedno ciało, aż po kres dziejów, a jego rządy na Ziemi nie ustaną już nigdy. Bądź co bądź, kto mógł powstrzymać Mistrza, mającego tysiąc oczu i tysiąc ust? Mistrza, który władał teraz całymi armiami i niewolnikami i trzymał cały świat w ryzach, przepełniając go lękiem i trwogą?

Mógł objawić się w jednej chwili w ciele jakiegoś porucznika w Dubaju albo we Francji i wystarczyło, by tylko o tym pomyślał. Mógł zlecić eksterminację tysięcy i nikt nigdy by się o tym nie dowiedział, ponieważ media już nie istniały. Kto mógłby spróbować się z nim zmierzyć? Kto miałby szansę go pokonać?

I wtedy Mistrz spoglądał w oczy chłopca, patrzył na jego twarz i dostrzegał w nim rysy swego wroga. Jedynego wroga, który niezależnie od wszystkiego nigdy się nie podda. EPHRAIMA GOODWEATHERA.

Ataki, jakie Goodweather i jego grupa przypuścili na Mistrza i jego nowy ład, można było przyrównać do nic nieznaczących aktów wandalizmu. Ale o tych działaniach mówiono - szeptano o nich na fermach i w fabrykach, a z każdym kolejnym powtórzeniem plotki coraz bardziej się rozrastały. Zyskiwały miano symbolu. A Mistrz znał znaczenie symboli. W Noc Zero zadbał o to, by w każdym przejętym przez niego mieście większość budynków została puszczona z dymem. Chciał, by popioły i stopiony metal pozostały na zawsze na ziemi jako symbole jego władzy. Reminiscencje jego woli.

Byli także inni dysydenci - handlarze narkotyków, przemytnicy, szabrownicy - stanowili oni jednak anarchistyczne czynniki, niemające większego znaczenia dla realizacji planów Mistrza, i nie mogli ich pokrzyżować, toteż Mistrz przymykał oko na ich pokątną działalność. Z Goodweatherem było jednak inaczej. On i jego grupa stanowili świadectwo obecności Setrakiana na Ziemi i w związku z tym ich dalsza egzystencja stanowiła jawny afront wobec nieograniczonej władzy i potęgi Mistrza. Tyle tylko, że Mistrz miał teraz zakładnika, który przywabi do niego Goodweathera.

Mistrz uśmiechnął się do chłopaka. A nastolatek odwzajemnił uśmiech.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1 Goodweather (ang.) - Dobra pogoda (przyp. red.).