2
Kate stała na środku pokoju ubrana w suknię z białej satyny, uwydatniającą jej kształty. Nigdy wcześniej nie miała podobnie dopasowanej sukni. Jej długie, proste włosy zwinięte były w ciasne pierścienie nad uszami. Stała nieruchomo, gdy Maggie wkładała jej na głowę krótki welon. - Nikt jeszcze nie widział takiego nakrycia głowy w naszym kościele - trajkotała. - To noszą tylko wielkie damy. Pochyl trochę głowę, żebym mogła porządnie upiąć, chyba nie chcesz, żeby to zleciało ci z głowy. Posłuchaj jak gwiżdże wiatr, dzisiaj jest gotów wszystko porwać.
Stojąca przed Kate Florrie szepnęła cichutko: - Och, Kate, wyglądasz prześlicznie.
- Daruj sobie - padły szorstkie słowa zaprawione nutą goryczy i zanim Florrie zdążyła coś odpowiedzieć, Maggie przerzuciła welon na czoło Kate i rzekła cokolwiek bezceremonialnie: - Ma rację, wyglądasz dzisiaj wyjątkowo ładnie. I żadna z nas nie ma takiej figury jak ty, zastanów się. Jak ja wyglądam? Jak szczapa. Kiedy patrzę na swój biust, zaczynam zazdrościć krowom.
Subtelna Florrie słysząc to, prawie się zakrztusiła, a Kate zdobyła się na drżący uśmiech. - Przepraszam. Jestem... bardzo zdenerwowana - wyjąkała.
- Nic dziwnego w dniu ślubu. Jeśli kiedykolwiek będę wychodziła za mąż, jestem pewna, że będą musieli mnie wynosić. Skoro już zrobiłaś początek, może to nie będzie taka odległa przyszłość.
- Który z nich będzie tym pechowcem? A może wszystkich zaprosisz do kościoła i na miejscu sobie któregoś wybierzesz? - zakpiła Florrie.
- Och, ty. - Maggie żartobliwie szturchnęła młodszą siostrę w bok. W tym momencie otworzyły się drzwi i do pokoju weszła Mary Ellen. Ubrana była w suknię z żakietem koloru czerwonego wina, na głowie miała mały kapelusik, a na ramieniu udrapowany biały koronkowy szal.
- Jeszcze nie jesteście gotowe? - popatrzyła kolejno na młodsze córki.
Maggie, która odziedziczyła po matce niepohamowany język, odparła: - Musimy tylko włożyć kapelusze. Nie możemy sobie pozwolić na godziny mizdrzenia się przed lustrem, jak niektóre. - Zerknęła na Florrie z błyskiem uśmiechu w oczach, a Florrie podeszła do matki. - Wyglądasz uroczo, mamo - powiedziała. - Do twarzy ci w tym kolorze. Wiedziałam, że tak będzie, jak tylko zobaczyłam tę suknię na wystawie.
- Miałam co do tego obawy, nie znoszę gotowych strojów. Dalej, zmykajcie obie. - Już wybiegały, kiedy Florrie odwróciła się jeszcże, żeby pocałować Kate i szepnąć: - Szczęścia, Kate, dużo szczęścia.
Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, Mary Ellen podeszła do córki. Gotowa? - spytała drżącym głosem.
- Tak, mamo. Byłam i jestem gotowa.
- Będzie ci dobrze, naprawdę będzie ci dobrze. - Równocześnie wyciągnęły ramiona i przytrzymały się w uścisku. Po chwili Mary Ellen odsunęła się i jakby wracając do rzeczywistości, zauważyła: - Pogniotę ci suknię. I popatrz na szal. - Przeszła z tyłu Kate i strzepnęła piękny koronkowy szal, nad którym spędziła wiele miesięcy. Ułożyła go na ramionach córki, a gdy to zrobiła, zacisnęła mocno powieki i przygryzła dolną wargę, by powstrzymać cisnące się do oczu łzy. Nie patrząc już na córkę, podała jej rękę i powiedziała schrypniętym ze wzruszenia głosem: - Chodźmy, wszyscy czekają.
Kate zatrzymała się przed szerokimi dębowymi schodami, żeby unieść przód sukni. Zanim zaczęła schodzić, popatrzyła na dół na swoją rodzinę. Nikogo nie brakowało. John i Tom, dwaj jasnowłosi młodzieńcy, o świeżej cerze, posturze ojca, średniego wzrostu i barczyści stali obok siebie; Hugh, wysoki i szczupły, o włosach i oczach tak ciemnych, że wydawały się niemal czarne, wyglądał na starszego od braci; przy nim Gabriel, o odziedziczonej po matce pięknej cerze, którą dziewczęta nieustannie mu wytykały, bo według nich marnowała się na chłopaku; na pierwszym stopniu schodów stały Maggie i Florrie, obie o włosach i oczach ojca. Maggie była wzrostu matki, Florrie niewysoka i drobna, a jej figura pasowała do głosu, cichutkiego i pełnego słodyczy. Za nimi wszystkimi stał człowiek, którego uważała za swego ojca. Powoli zeszła ze schodów, nie odrywając od niego oczu.
Wśród pomruków i słów zachwytu ze strony chłopców podeszła do ojca. W milczeniu przykrył ją połą swojej peleryny, uroczyście ujął pod rękę i skierował się ku drzwiom. Nagle zatrzymał się w pół drogi i rozejrzawszy się, spytał: - A gdzie jest Annie?
- Podobno kończy beczeć w kuchni i wmawia sobie, że to tylko katar - pośpieszyła z żartobliwą odpowiedzią Maggie.
- Idź i przyprowadź tę głupią dziewczynę.
- Nie ma potrzeby mnie przyprowadzać - Annie ukazała się w odległych drzwiach sieni. Chociaż utyła znacznie przez ostatnie lata, w latach młodości miała sylwetkę podobną do figury dzisiejszej panny młodej. Często brano ją nawet za matkę Kate, tak były do siebie podobne. Przez wiele lat była nieocenioną pomocą dla Mary Ellen: prawdę powiedziawszy, przykładała się do wychowywania dzieci na równi z Mary Ellen, a szczególnie wiele czasu poświęcała Kate. Czasami Mary Ellen czuła się zaniepokojona, że Kate z wiekiem staje się niemal repliką Annie, a jej poświęcenie niekiedy ją irytowało, gdyż Annie potrafiła się zachowywać, jakby Kate była naprawdę jej córką. Następnym, kolejno przychodzącym na świat dzieciom nie poświęcała już tyle uwagi co Kate.
- Ale ładny kapelusz! - Hugh trzepnął aksamitki zwisające z beżowego kapelusza. Annie odparła rozżalonym tonem: - Odczep się, w końcu wolno mi sprawić sobie nowy kapelusz.
- No nie wiem, nie wiem. Nie sądzę, żebyś ostatnio na niego zapracowała. Leżałaś przeważnie w łóżku z katarem.
Wszyscy ryknęli serdecznym śmiechem, lecz wyczulone ucho Kate odebrało ten śmiech jako nieco wymuszony.
*
Kościół był prawie pełen. Przyszły rodziny hutników z Langley, z którymi Hal utrzymywał kontakty przez te wszystkie lata; byli farmerzy z sąsiedztwa i ich żony; przyjechał doktor Brunton z Haydon Bridge z małżonką i dwiema córkami, wieloletni przyjaciele rodziny. Ze strony Hala i Mary Ellen nie było żadnych krewnych, bo ich po prostu nie mieli. Pan młody i jego drużba jeszcze się nie pojawili, ani też żaden z członków jego rodziny; licznie przybyli jego przyjaciele, głównie mężczyźni, i usadowili się na niezbyt wygodnych miejscach z lewej strony nawy.
Panna młoda z asystą przybyła do kościoła z pięciominutowym spóźnieniem. Kiedy Hal pomagał wysiadać Kate z breku, wielebny Scott podszedł do nich, mijając rozproszone grupki gapiów. Ściszonym głosem powiedział do Hala: - Pan młody jeszcze nie przyjechał. Coś musiało zatrzymać go po drodze.
Kate, która już miała postawić stopę na trawie, jakby na chwilę zawisła w powietrzu i spojrzała pytająco na ojca. - Posiedź jeszcze chwilę. Nie sądzę, by to długo potrwało - powiedział:
Kate drżąc siadła obok matki. - Ale nas spotkała przyjemność - odezwała się Mary Ellen. - Nie jest tu zbyt ciepło. Wiatr przenika do szpiku kości. Owiń nogi pledem.
- Nie. - Kate wyciągnęła rękę i powstrzymała Mary Ellen, gdy ta usiłowała wyciągnąć pled spod siedzenia. - Nie trzeba. Nie jest mi zimno.
Rodzina zebrała się wokół powozu. Mary Ellen oparła się na siedzeniu, westchnęła głęboko i obrzuciła spojrzeniem pozostałe córki. - Ma daleką drogę - powiedziała Florrie. Lecz Maggie spytała otwarcie: - Czy w kościele jest ktoś z jego rodziny?
Mężczyźni popatrzyli po sobie, po czym Hugh szepnął do Johna: - Idź i wywiedz się, ale ostrożnie.
Czekali na jego powrót w milczeniu, lecz z widoczną niecierpliwością. Przyszedł po dobrych pięciu minutach.
- I co?
John popatrzył na ojca. - Nie ma nikogo z rodziny - odparł i oddalił się wolnym krokiem od breku; ojciec z braćmi podążyli za nim. Kiedy byli już dość daleko, zatrzymał się, a pozostali zebrali się wokół niego. - Zamieniłem parę słów z jego dwoma kompanami - cicho powiedział. - Byli na popijawie wczorajszego wieczoru w Allendale, włóczyli się od domu do domu i z tego, co mówią, Harry urżnął się do nieprzytomności. Koło północy zawieźli go do domu.
- To woła o pomstę do nieba. - Hal prawie uderzył się pięścią w usta. Wyglądało, jakby rozgrzewał oddechem zmarzniętą dłoń, bo rozległ się syk.
- Mógł zaspać - odezwał się Tom.
- Minęło południe. Ma krowy, które trzeba wydoić. Nie mógł spać przez cały ten czas. Mój Boże! Jeżeli ją wystawił do wiatru, poderżnę mu gardło. Poderżnę, przysięgam.
- Cicho! - uspokoił Hugha Hal. - Może Tom ma rację, Harry po prostu zaspał. A krowy mógł za niego wydoić ojciec. Musi być jakieś wyjaśnienie - potrząsnął głową, jakby odganiając, natrętne myśli. - Rozmawiałem z nim wczoraj po południu. Doszliśmy do porozumienia.
- Do jakiego porozumienia, tato? - zapytał John.
- Och! - Hal obejrzał się w stronę breku, gdzie siedziały żona i córki, i patrząc na nie, mruknął: - Dałem mu coś na początek z obietnicą, że jeśli dobrze będzie gospodarzył, dostanie więcej.
- Ile? - spytał Hugh takim tonem, jakby już był przedstawicielem prawa. - Ile? - powtórzył.
Hal odwrócił się w jego stronę i rzucił jakby od niechcenia: - Setkę.
Wszyscy bracia jednocześnie podskoczyli i szarpnęli się jak zniecierpliwione wierzchowce. Pierwszy odzyskał mowę Gabriel: - Co powiedziałeś, tato? Sto funtów? Musiałeś oszaleć. Ba! Założę się, że już je napoczął wczoraj wieczorem, kiedy zabawiał się z przyjaciółmi w Allendale.
- To normalne, że urządza się wieczór kawalerski przed weselem.
- Doprawdy? Z cudzych pieniędzy? - Hal zwrócił się do Johna i cicho rzekł: - Chciał się urządzić. Wyglądało na to, że to jedyna okazja dla Kate. Chociaż czemu? Na Boga! Dlaczego? Nie wiem, bo warta jest tyle, co wszystkie cholerne dziewczęta w tym hrabstwie razem wzięte. Ma głowę na karku i rozum, którym obdzielić można dziesięć innych. Nie ma takiej rzeczy, której nie umiałaby zrobić w gospodarstwie - w obejściu i w domu. A serce ma jak czyste złoto...
- To dlaczego mu ją sprzedałeś?
Hal natarł na Hugha, jakby miał zamiar go uderzyć. Zacisnął pięści i wycedził: - Bo ją rozumiem, pyskaczu. Jest kobietą, nie dziewczyną, i ma swoje potrzeby, o których dowiesz się któregoś dnia. Chciała mieć dzieci. On zaś był jedynym, który jej się oświadczył. Kate ma już dwadzieścia cztery lata, a w tym wieku wasza matka miała już niemal was wszystkich. - Potoczył wokół gniewnym spojrzeniem, a kiedy usłyszał głos wołający go po imieniu, odmaszerował w stronę Mary Ellen.
- Co się dzieje? O czym mówicie?
- Nic takiego. Nic takiego - powiedział lekkim tonem. - Właśnie mówiliśmy, że pan młody musiał się zabawić poprzedniego wieczoru i pewnie zaspał. - Uśmiechnął się do Kate, lecz nie zobaczył uśmiechu na jej twarzy. Uwaga rodziny skupiła się na pastorze, który śpieszył w ich stronę, mijając grupki rozprawiających z ożywieniem gapiów.
- Może zechcecie państwo wejść i zaczekać w zakrystii? Wiatr jest dość przejmujący.
- Tak, oczywiście. Dziękujemy - przystała od razu Mary Ellen. Wszyscy wysiedli z powozu i podążyli za pastorem między teraz już bardzo zaciekawionymi widzami. Na tyłach kościoła znajdowało się niewielkie, skromnie urządzone pomieszczenie, w którym stał stół, sześć krzeseł i szafka z książkami.
Po paru minutach dołączyli bracia i w pokoiku zrobiło się tłoczno. - Jak pan sądzi, co mogło się wydarzyć, panie Roystan? - pastor zwrócił się do Hala.
- Nie wiem, wielebny. Ale myślę, że pan młody może przygalopować tu lada chwila. I proszę mi wierzyć, dostanie ode mnie solidne pater noster, zanim przekroczy próg kościoła.
Wielebny Scott wydał z siebie coś w rodzaju chichotu, lecz nie spotkał się on z reakcją pozostałych obecnych. Kiedy minęło następne pół godziny i Harry Baker nie pojawił się, Kate powiedziała cicho: - Chcę jechać do domu, mamo.
- Wstrzymaj się jeszcze trochę. - Hal pochylił się nad nią i zaglądając jej w twarz powiedział ściszonym głosem: - Musi być jakieś wytłumaczenie. Powiedziałem ci już, zabawił się trochę poprzedniego wieczora i najpewniej przeholował, a kiedy człowiek jest nie przyzwyczajony do kieliszka, musi to odchorować. Ja po pierwszym prawdziwym upiciu się spałem dwadzieścia cztery godziny i przepuściłem swoją zmianę. - Wyprostował plecy i uśmiechając się pokiwał głową w stronę synów: - To prawda. Głupie uczucie stracić cały dzień. A jeszcze gorsze miałem pod koniec tygodnia, kiedy w kieszeni było pusto.
Kiedy o pierwszej rodzina wsiadała do breku i do dwukółki pod ostrzałem spojrzeń wszystkich zebranych, twarze niektórych wyrażały głębokie zatroskanie i współczucie, inni zaś uśmiechali się ironicznie. Ci z pewnością niecierpliwie oczekiwali chwili, kiedy będą mogli rozpowiedzieć nowinę, że córka Hala Roystana została wystawiona do wiatru. Jeszcze inni, pobożni, a zarazem mściwi, mówili: - Oto Bóg znalazł sposób, by ukarać Mary Ellen za jej grzech. Nikt, kto jest odpowiedzialny za poczęcie bękarta, nie może oczekiwać, że ujdzie mu to bezkarnie. Może mu się dobrze powodzić, ale Boga nie da się omamić. W końcu znajdzie sposób, by takich pokarać...
Kiedy rodzina zajechała na farmę, Terry Foster, pracujący u Hala od dziesiątego roku życia, ze zdumienia otworzył usta na widok panny młodej, która wysiadła z powozu i w otoczeniu zasępionych najbliższych weszła do domu. Podszedł do Annie i spytał: - Co się stało? O co tu chodzi?
Annie zatrzymała się i wzięła Terry'ego za ramię. - Nie przyjechał - wyszeptała. - I wiesz co? Cieszę się, bo to małżeństwo wyglądało, jakby chciano ją stąd na siłę wyrzucić. Dobrze się stało. - Powiedziawszy to, dała mu lekkiego szturchańca i poszła za pozostałymi do domu.
Kobiety weszły do salonu, a mężczyźni pozostali w sieni. Tam Hal wydał polecenie: - Siodłać konie!
- O tak, osiodłamy konie. Bóg nam świadkiem, że z chęcią - odezwał się Hugh. - Ale najpierw ściągnijmy te przeklęte niedzielne ubrania, bo nie chciałbym, żeby poplamiły się krwią.
- Hugh! - głos Hala brzmiał grubo i ponuro. - Zostaw to mnie. Możecie jechać ze mną, ty i John, lecz wy dwaj - spojrzał na Toma i Gabriela - trzymajcie konie w pogotowiu, na wypadek gdyby przyjechał tutaj.
Bez dalszego szemrania ruszyli posłusznie wykonać jego polecenia, on zaś odwrócił się i niespiesznie, poszedł do salonu.
Kate siedziała bez welonu i szala, z rękami bezwładnie opuszczonymi na kolanach. Głowę miała lekko pochyloną. Po obu jej bokach siedziały siostry, wymyślając naprędce wszystkie możliwe usprawiedliwienia. Mówiły, że wszystko się wyjaśni, może spadł z konia i się poturbował. Kiedy Florrie powiedziała: - Zobaczysz, że jutro będziesz musiała szykować się do ślubu po raz drugi - Kate powoli uniosła głowę i popatrzywszy kolejno na wszystkich, przemówiła schrypniętym, udręczonym głosem: - Nie ma dla mnie jutra. Może to i lepiej, że nie przyjechał.
*
Za półtorej godziny Hal w asyście dwóch synów wjechał na błotniste podwórze małej farmy Bakerów. Wokół nie widać było żywego ducha. Kiedy Hal załomotał do niskich kuchennych drzwi, otworzyła kobieta około pięćdziesiątki. Miała czerwoną twarz i drżały jej wargi. Nie przywitała Hala, lecz odwróciła głowę. - Przyjechali - powiedziała do kogoś w izbie. Za chwilę stanął przy niej zgarbiony mężczyzna z resztkami siwych włosów na głowie. Popatrzył na Hala wyzywająco. - Tak, oczekiwaliśmy pana. Ale nie nas należy oskarżać o to, co się stało. To nie nasza wina - odezwał się.
Hal zmierzył ich wrogim spojrzeniem. - Gdzie on jest? - spytał.
- A skąd mam wiedzieć? - burknął mężczyzna. - Zostawili go na progu wczoraj w nocy pijanego jak bela. O szóstej rano spakował manatki.
- Dokąd pojechał? - zapytał ostrym tonem Hugh, a mężczyzna nie pozostał mu dłużny.
- Skąd niby mam wiedzieć? Wiem tylko, że zostawił mnie tu w tarapatach. Jak mam teraz poradzić sobie z całą tą farmą przy moim chorym krzyżu i z tą panią, której zdrowie też niewarte złamanego szeląga. - Szturchnął żonę łokciem. - Tak czy inaczej, to pana wina - ciągnął tonem oskarżenia. - Dał mu pan wczoraj trochę pieniędzy. Nie spocznie, jeśli nie wyda ostniego pensa.
- Trochę pieniędzy? Pensa? - rzekł Hal grobowym głosem. - Dałem mu sto funtów.
Mężczyzna i kobieta popatrzyli na siebie w zupełnym osłupieniu. Kobieta pierwsza odzyskała mowę: - Co pan powiedział? Sto funtów?
- To właśnie powiedziałem.
- Ho! Ho! - zaśmiał się niewesoło mężczyzna. - I spodziewał się pan, że z setką w kieszeni będzie siedział w domu? Boże jedyny! Toż on zawsze chciał świat zobaczyć, a pan mu dał po temu sposobność.
- Odnajdziemy go. Któregoś dnia go znajdziemy.
- Wątpię. Ale życzę powodzenia i wierzcie, że gdybym sam go teraz dorwał, Bóg raczy wiedzieć, co bym mu zrobił. Zostawić mnie z takim kramem!
Hal milczał chwilę, nie spuszczając wzroku z rodziców niedoszłego pana młodego. Oto ludzie, z którymi musiałaby mieszkać Kate. Wcześniej widział ich tylko trzy razy i ocenił jako miłą parę. Ludzi może niezbyt rozgarniętych, lecz serdecznych i skromnych. Wyobrażał sobie Kate, jak wnosi zmiany do małego domku, gdyż miała dobry smak, jeśli chodzi o urządzanie wnętrz. Była pod tym względem podobna do matki. Czy może polegać na swojej niezawodnej dotąd zdolności oceniania ludzkiej natury, skoro aż tak się pomylił? Przez chwilę dziękował Bogu, że nie doszło do ślubu. Potem jednak pomyślał o Kate i o tym, jaki wpływ może to mieć na resztę jej życia. Takie rzeczy mogą wycisnąć głębokie piętno na psychice kobiety, nawet tak bardzo mądrej jak Kate.
Nie marnując więcej słów, odwrócił się i podszedł do konia. Synowie podążyli za nim.
Kawałek drogi przejechali w milczeniu. - I co teraz, tato? - nie wytrzymał Hugh.
- Jak to, co teraz?
- No, czy sądzisz, że warto jechać do Hexham czy gdzie indziej?
- Nie, nie sądzę. Teraz Harry jest zapewne dalej niż w Hexham. Już nic nie możemy poradzić.
- Mój rozum podpowiada mi, że to bardzo dobrze. - John szarpnął wodze, by dostosować krok konia do innych. - Kate zmarniałaby w takiej dziurze, mieszkając z tymi ludźmi. Nie mówiąc już o Bakerze, którego od początku nie mogłem ścierpieć. Ale ty tak zapaliłeś się, żeby ich wyswatać, jakbyś chciał pozbyć się Kate jak najszybciej. - Ponownie szarpnął wodze i puścił konia galopem.
Hal zaskoczony popatrzył na Hugha. Gdyby ta wypowiedź wyszła od niego, zrozumiałby to, lecz John, podobnie jak Tom, był bardzo łagodny. Obaj rzadko miewali coś do powiedzenia, co - jak sobie wyobrażał - wynikało ze szczęśliwego dzieciństwa, pozbawionego gwałtownych emocji, a więc i silnych narowów. Warknął głośno: - Chciałem się jej pozbyć? Tam do licha! Zaraz mu coś powiem do słuchu! - zamierzył się, by pogonić konia, lecz Hugh go powstrzymał. - Chwileczkę, tato. On... on tylko powiedział to, co my wszyscy myślimy. Mam na myśli przynajmniej chłopców.
- Powiadasz, że wszyscy tak myślicie? - Hal zacisnął usta. - A więc muszę stwierdzić, że mam czterech cholernych głupców za synów, czterech przedstawicieli męskiej płci, którzy nie mają pojęcia o kobietach. Pozwól, że cię oświecę: Kate jest... - coś ścisnęło go w gardle - jest spragniona wewnętrznie, dojrzała do małżeństwa, do rodzenia dzieci. Nie tak bardzo pragnie mężczyzny, co właśnie dzieci. Kobiety takie już są. I najwidoczniej wykarmiłem czterech bałwanów, którzy patrzą tylko na cycki i tyłki, a nie na to, co kobieta ma w głowie. I - jak sądzę - wiedząc, że nie jestem jej naturalnym ojcem, wykombinowaliście sobie, że chcę się jej pozbyć, czyż nie?
Gdy Hugh nie odpowiadał, lecz patrzył prosto przed siebie, Hal zadarł podbródek do góry i wykrzyknął donośnie: - Boże mój! Gdzie ja byłem przez te wszystkie lata, spałem chyba, skoro nie wiedziałem, co się dzieje w głowach moich bliskich! Słuchaj - poruszył się w siodle - powiem ci coś: Kocham i kochałem tę dziewczynę odkąd przyszła na świat, kocham tak, jak nie kochał jej nigdy jej rodzony ojciec. Widział ją, kiedy miała zaledwie parę miesięcy, a teraz ma już dwadzieścia cztery lata. Nie pokazał się, ślad po nim zaginął. Czmychnął do Francji, to ostatnia rzecz, jaką o nim słyszałem. Nie odezwał się ani słowem do matki swojego dziecka ani do własnej córki. Inny mężczyzna, cokolwiek wart, zjawiłby się, żeby choć zobaczyć, co z niej wyrosło. Może umarł już do tej pory i mam nadzieję, że się nie mylę. Ale wy, moi synowie, myśleliście, że chciałem pozbyć się Kate? Powiem ci coś, chłopcze, i możesz przekazać to reszcie, że cenię sobie Kate bardziej niż kogokolwiek z was. Oto cała prawda.
- Dziękujemy ci bardzo.
- Proszę bardzo, chłopcze, proszę bardzo. - Hal popędził konia. Hugh nie przyłączył się do niego, patrzył za ojcem kręcąc głową. Nie mógł powiedzieć pozostałym członkom rodziny tego, co usłyszał od ojca, boby ich to zraniło. Wiedział, że jest to prawda. Tak jak wszyscy inni, myślał zawsze, że ojciec poświęca Kate więcej uwagi, żeby czuła się tak dobrze jak oni. Ale wyszło na to, że przyczyna leżała gdzie indziej. Zachowywał się tak, bo ją bardzo kochał. Hugh zawsze wiedział, że ojciec jest człowiekiem, w którym tkwią silne emocje. Czuł, że je po nim odziedziczył, ale tylko w pewnej mierze, bo nie widział siebie w takiej roli: tak zakochanego w kobiecie, jak ojciec w matce, czy też przyznającego się do gorącej miłości wobec pasierbicy.
Popędził konia, lecz nie za bardzo, by nie dogonić ojca. Epizod był zakończony. Życie pewnie potoczy się dalej bez zmian, tyle tylko, że Kate stanie się odludkiem i będzie się przed wszystkimi ukrywała, wyjąwszy oczywiście rodzinę.