Więcej niż cieśla - Josh McDowell, Sean McDowell

Reflow text when sidebars are open.
Gdy w 1976 r. po raz pierwszy zasiadłem nad czystą kartką papieru z kubkiem kawy, aby dobrze wykorzystać czterdzieści osiem godzin wolnego czasu, pisząc książkę, której ostatecznie nadałem tytuł Więcej niż cieśla, robiłem to z nadzieją, że moja książka pomoże wierzącym znaleźć odpowiedź na pytania dotyczące wiary i zainspiruje poszukujących do wnikliwego przyjrzenia się słowom Jezusa. W najśmielszych marzeniach nie spodziewałem się, że ta relacja z mojej osobistej podróży od sceptycyzmu do wiary sprzeda się w ponad dwudziestu milionach egzemplarzy w prawie stu różnych językach i zachęci czytelników z całego świata do poważnej refleksji nad zasadnością wiary w Jezusa. Za każdym razem, gdy ktoś zwierza mi się, że ta książka odmieniła jego życie, czuję się zaszczycony i wyróżniony.
Jednakże jednocześnie nieustannie towarzyszy mi myśl, jak wielkie zmiany zaszły na świecie od czasu pierwszego wydania książki Więcej niż cieśla. Dokonano (i nadal dokonuje się) wielu odkryć, które przynoszą nam kolejne dowody na historyczność Jezusa Chrystusa. Jednak równolegle w kulturze masowej zagościli wyznawcy Nowego Ateizmu, którzy w swoich książkach obwieszczają śmierć wiary i upadek Boga. Tymczasem dzisiejsze pokolenie, stojące wprawdzie w obliczu nowych problemów i wyborów, w dalszym ciągu zmaga się ze starymi jak świat pytaniami: Kim jest Jezus? Dlaczego miałbym wierzyć, że jest Synem Bożym? A nawet gdyby to była prawda, co by to zmieniło w moim życiu?
Z tych wszystkich powodów postanowiłem, że nadszedł czas, aby dostosować książkę Więcej niż cieśla do potrzeb XXI wieku. Poprosiłem o pomoc mojego syna, Seana - znanego mówcę, nauczyciela i pisarza zajmującego się apologetyką i biblistyką. Sean wniósł do tej pracy swoje doskonałe wykształcenie (dwa dyplomy magisterskie - z filozofii i teologii) oraz doświadczenie pisarskie, chętnie dzieląc się ze mną swoim spojrzeniem na postmodernistyczne pojmowanie wiary. Razem napisaliśmy nowy rozdział, odświeżyliśmy materiał, przygotowaliśmy pytania do dyskusji i nadaliśmy tej książce nową, atrakcyjną szatę graficzną. Rezultatem jest nowe wydanie książki Więcej niż cieśla, w którym zachowaliśmy jednak pierwotną bezkompromisową metodę analizy faktów i ducha wytrwałego poszukiwania prawdy.
Mamy głęboką nadzieję, że ta książka przemieni serca i umysły nowego pokolenia ludzi poszukujących prawdy o Chrystusie.
JM
Św. Tomasz z Akwinu, filozof chrześcijański z XIV w., napisał: "W każdej duszy jest pragnienie szczęścia i sensu". Po raz pierwszy odczułem to pragnienie jako nastolatek. Pragnąłem szczęścia i chciałem, aby moje życie miało sens. Prześladowały mnie trzy podstawowe pytania, które odzywają się w życiu każdego człowieka: Kim jestem? Dlaczego tutaj jestem? Dokąd zmierzam? Potrzebowałem odpowiedzi, więc zacząłem ich szukać.
W moich rodzinnych stronach wszyscy wydawali się bardzo religijni, więc pomyślałem, że może znajdę odpowiedź w religii. Całym sercem zaangażowałem się w życie mojej wspólnoty. Spędzałem w kościele całe dnie - poranki, popołudnia, wieczory. Jednak musiałem chyba wybrać zły kościół, ponieważ w środku czułem się gorzej niż na zewnątrz. Z lat spędzonych na farmie w stanie Michigan wyniosłem praktyczne przekonanie, że jeśli coś nie działa, trzeba z tego zrezygnować. Zrezygnowałem więc z religii.
Potem pomyślałem, że odpowiedzi na moje pytania o sens życia znajdę na uniwersytecie, więc zapisałem się na studia. Wkrótce stałem się prawdziwą zmorą dla moich profesorów. Nachodziłem ich w gabinetach i zasypywałem pytaniami. Widząc, że nadchodzę, gasili światła, zaciągali żaluzje i zamykali drzwi. Na studiach można nauczyć się wielu rzeczy, ale nie znalazłem tam odpowiedzi na moje pytania. Wykładowcy i inni studenci również mieli swoje problemy, frustracje i pytania bez odpowiedzi.
Zastanów się
- Czy zgadzasz się ze św. Tomaszem z Akwinu, że "w każdej duszy jest pragnienie szczęścia i sensu"?
Pewnego dnia na terenie kampusu zobaczyłem studenta ubranego w koszulkę z napisem: "Nie idź za mną - zgubiłem się". Zagubieni - tacy wydawali mi się wszyscy ludzie na uniwersytecie. Doszedłem do wniosku, że na studiach nie znajdę odpowiedzi. Pomyślałem, że może szczęście i sens życia odnajdę w prestiżowej pozycji w swoim środowisku. Postanowiłem znaleźć szlachetną misję, poświęcić się jej bez reszty i stopniowo zyskać popularność wśród studentów. Na uczelni największym prestiżem cieszyli się przywódcy organizacji studenckich, którzy kontrolowali też studenckie fundusze. Wystartowałem więc w wyborach do różnych organizacji studenckich i zostałem wybrany. Przyjemnie było znać wszystkich na uczelni, podejmować ważne decyzje, wydawać uniwersyteckie pieniądze na wykłady wygłaszane przez ludzi, których to ja chciałem usłyszeć, oraz studenckie pieniądze na huczne imprezy.
Jednak - podobnie jak wcześniej - przyjemności związane z prestiżem z czasem mi spowszedniały. Budziłem się w poniedziałek rano, zwykle z bólem głowy po szaleństwach poprzedniej nocy, i ze strachem myślałem o następnych pięciu dniach, które mnie czekały. Od poniedziałku do piątku żyłem tylko myślą o weekendowych imprezach. A potem w poniedziałek błędne koło znów zaczynało się kręcić.
Nie zdradziłem nikomu, że nie widzę sensu w swoim życiu - byłem na to zbyt dumny. Wszyscy myśleli, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na uczelni. Nikt nie podejrzewał, że tylko udaję zadowolonego z życia. Byłem uzależniony od okoliczności. Jeśli wszystko szło dobrze, czułem się świetnie, a jeśli szło kiepsko, czułem się podle - po prostu nie dałem nic po sobie poznać.
Wszyscy myśleli, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na uczelni. Ale w rzeczywistości moje życie było piekłem.
Byłem jak łódka na pełnym morzu, miotana wysokimi falami. Nie miałem steru - żadnego kierunku, żadnej kontroli nad swoim życiem. Nie znalazłem jednak nikogo, kto żył inaczej, kto mógłby mi poradzić, jak odmienić swoje życie. Byłem sfrustrowany. Nie - było dużo gorzej. Jest pewne słowo, które najlepiej opisuje, jak się wtedy czułem: piekło.
Jednak pewnego dnia zauważyłem małą grupkę ludzi - ośmiu studentów i dwóch wykładowców, którzy czymś się wyróżniali. Sprawiali wrażenie, że wiedzą, kim są i dokąd zmierzają. I mieli własne przekonania. Dobrze jest znaleźć się wśród takich ludzi. Lubię się wśród nich obracać. Cenię ludzi, którzy w coś wierzą i potrafią tego bronić - nawet jeśli się z nimi nie zgadzam.
Zastanów się
- Czy lubisz przebywać wśród ludzi z własnymi przekonaniami? Dlaczego ich towarzystwo może być czasami stymulujące, a czasami frustrujące?
Ludzie z owej grupy mieli coś, czego mi brakowało: byli wręcz nieprzyzwoicie szczęśliwi. Ich poczucie szczęścia nie było uzależnione od zewnętrznych okoliczności - towarzyszyło im zawsze. Ci ludzie wyglądali, jakby mieli w sobie wewnętrzne źródło radości; zastanawiałem się, skąd ono pochodzi.
Coś jeszcze w ich zachowaniu przykuło moją uwagę - sposób, w jaki się do siebie odnosili. Oni naprawdę kochali - nie tylko siebie nawzajem, ale także ludzi spoza swojej grupy. I nie mam tutaj na myśli pustego gadania o miłości - oni naprawdę angażowali się w życie innych ludzi, pomagali im w ich potrzebach i kłopotach. To wszystko było dla mnie zupełnie nowe, ale jednocześnie bardzo mnie pociągało. Jak większość ludzi, gdy widzę coś, czego nie mam, a chciałbym mieć, zaczynam kombinować, jak to zdobyć. Postanowiłem więc zaprzyjaźnić się z tymi intrygującymi ludźmi.
Parę tygodni później siedziałem przy stole w pokoju samorządu studenckiego i rozmawiałem z kilkoma osobami z tej grupy. Rozmowa zaczęła krążyć wokół tematu Boga. Czułem się dość niepewnie w tym temacie i byłem nastawiony sceptycznie, więc zacząłem udawać brak zainteresowania. Odchyliłem się do tyłu na krześle, jakbym miał to wszystko za nic i wybuchnąłem:
"Chrześcijaństwo! To dobre dla bezmyślnych mięczaków, nie dla ludzi myślących". Oczywiście pod tą fasadą kryło się szczere zainteresowanie, ale byłem zbyt dumny, aby pokazać tym ludziom, jak bardzo im zazdroszczę. Jednak ten temat nie dawał mi spokoju. Nie mogłem tego tak zostawić, więc zagadnąłem jedną ze studentek, bardzo ładną dziewczynę (do tej pory myślałem, że wszystkie chrześcijanki są brzydkie): "Powiedz mi, dlaczego tak bardzo różnicie się od pozostałych studentów i wykładowców na tej uczelni? Co odmieniło wasze życie?".
"Chrześcijaństwo! To dobre dla bezmyślnych mięczaków, nie dla ludzi myślących". Byłem zbyt dumny, aby pokazać tym ludziom, jak bardzo im zazdroszczę.
Dziewczyna spojrzała mi prosto w oczy i bez wahania ani zawstydzenia, poważnym głosem, wypowiedziała dwa słowa, których nigdy nie spodziewałem się usłyszeć w rozmowie dwóch wykształconych osób na wyższej uczelni: "Jezus Chrystus".
"Jezus Chrystus?" - wypaliłem. - "Na Boga, tylko nie te bzdury; mam serdecznie dość religii, kościoła i Biblii".
Ona na to: "Nie powiedziałam "religia", tylko Jezus Chrystus!". Wskazała na coś, z czego dotąd nie zdawałem sobie sprawy. Chrześcijaństwo tak naprawdę nie jest religią. Religia to działanie ludzi, którzy próbują dotrzeć do Boga poprzez dobre uczynki. Chrześcijaństwo zaś jest działaniem Boga, który przychodzi do ludzi poprzez Jezusa Chrystusa.
Chrześcijaństwo tak naprawdę nie jest religią. Religia to działanie ludzi, którzy próbują dotrzeć do Boga poprzez dobre uczynki. Chrześcijaństwo zaś jest działaniem Boga, który przychodzi do ludzi poprzez Jezusa Chrystusa.
Nie chciałem tego zaakceptować. Za nic w świecie. Zaskoczony odwagą i wiarą tej młodej dziewczyny, zacząłem się tłumaczyć: "Mam naprawdę szczerze dość religii i ludzi wierzących. Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego".
I wtedy moi nowi znajomi rzucili mi niezwykłe intelektualne wyzwanie. Miałem gruntownie zbadać wszystkie twierdzenia dotyczące Jezusa Chrystusa: to, czy rzeczywiście był Synem Bożym, przyjął cielesną postać i żył między zwykłymi ludźmi, czy umarł na krzyżu za grzechy ludzkości, został pochowany, a po trzech dniach zmartwychwstał, i wreszcie to, czy nadal żyje i potrafi odmienić ludzkie życie również w dzisiejszych czasach.
Myślałem, że to żart. Przecież każdy rozsądny człowiek wie, że chrześcijaństwo jest oparte na mitach i legendach. Wydawało mi się, że tylko kompletny idiota może uwierzyć w mit o zmartwychwstaniu Chrystusa. Zwykle czekałem, aż jakiś chrześcijanin odezwie się na zajęciach, aby roznieść go na strzępy swoją argumentacją. Byłem pewny, że gdyby nawet chrześcijanin miał jakąś szarą komórkę, umarłaby z samotności.
Zastanów się
- Jak zdefiniowałbyś religię?
W końcu jednak podjąłem wyzwanie moich znajomych, lecz głównie powodowany pychą, chcąc pokazać im, jak bardzo się mylą. Byłem przekonany, że chrześcijaństwo nie wytrzyma próby dowodów naukowych. Przygotowywałem się wtedy do studiów prawniczych i wiedziałem to i owo na temat dowodów. Miałem zamiar gruntownie przeanalizować założenia chrześcijaństwa i na koniec udowodnić moim znajomym, jak bardzo fałszywa jest ich religia.
Gdyby udało mi się udowodnić brak historycznej wiarygodności Biblii, mógłbym wykazać, że chrześcijaństwo jest niczym więcej jak tylko bajką dla naiwnych religijnych marzycieli.
Postanowiłem zacząć od Biblii. Wiedziałem, że jeśli uda mi się znaleźć nieodparte dowody na brak wiarygodności Biblii, całe chrześcijaństwo legnie w gruzach. Jasne, chrześcijanie mogą wmawiać mi, że zgodnie z ich świętą księgą Chrystus narodził się z dziewicy, dokonał wielu cudów i powstał z martwych. Jednak jakie to miało za znaczenie? Gdyby udało mi się udowodnić brak historycznej wiarygodności Biblii, mógłbym wykazać, że chrześcijaństwo jest niczym więcej jak tylko bajką dla naiwnych religijnych marzycieli.
Potraktowałem to wyzwanie bardzo poważnie. Poświęciłem długie miesiące na badania. Nawet przerwałem na pewien czas studia, aby przeszukać bogate historyczne zasoby bibliotek europejskich. Znalazłem swoje dowody, całe mnóstwo dowodów. Były to dowody, w których istnienie nigdy bym nie uwierzył, gdybym nie zobaczył ich na własne oczy. W końcu doszedłem do jedynego sensownego wniosku: jeśli chciałem czuć się w porządku przed sobą i innymi, musiałem przyznać, że Stary i Nowy Testament to jedne z najbardziej wiarygodnych dzieł w całym okresie antycznym. A skoro tak - pomyślałem - to co mam zrobić z tym człowiekiem o imieniu Jezus, którego dotąd uważałem za zwykłego cieślę z zabitej deskami mieściny w małym okupowanym kraju, opętanego swoją wizją wielkości?
Znalazłem swoje dowody, całe mnóstwo dowodów. Musiałem przyznać, że Stary i Nowy Testament to jedne z najbardziej wiarygodnych dzieł w całym okresie antycznym.
Musiałem przyznać, że ten Jezus Chrystus był kimś więcej niż cieślą. Był dokładnie tym, za kogo się podawał.
Zastanów się
- Gdyby Bóg rzeczywiście stał się człowiekiem,w jaki sposób mógłby najlepiej porozumieć się z ludźmi?
Dzięki tym badaniom nie tylko zmieniłem swój światopogląd, lecz również znalazłem odpowiedzi na trzy pytania, od których zaczęła się moja podróż w poszukiwaniu szczęścia i sensu życia. Ale o tym opowiem w końcowej części tej książki. Najpierw chciałbym zaprezentować najważniejsze wyniki moich wielomiesięcznych badań, aby czytelnicy również mogli przekonać się, że chrześcijaństwo nie jest mitem, bajką dla naiwnych marzycieli ani oszustwem, na które nabrali się ludzie łatwowierni. Chrześcijaństwo to najszczersza prawda. Gwarantuję, że każdy, kto przyjmie tę prawdę, bardzo zbliży się do znalezienia odpowiedzi na te trzy fundamentalne pytania: Kim jestem? Jaki jest cel mojego życia? Jakie jest moje przeznaczenie?