Rozdział 2. Kusząca propozycja
Bajkowa była zwyczajną, bitą drogą z rowami po bokach. Nad chodnikiem zamontowano latarnie na betonowych słupach. Pierwsza znajdował się na rogu Krasnoludków, następna kilkadziesiąt metrów dalej, tuż za siatkowym płotem ciotki Katarzyny, niedaleko brzozowego młodnika ciągnącego się wzdłuż ulicy.
Nasycone mglistym spokojem niedzielne przedpołudnie obejmowało las leniwym chłodem. Nic nie wskazywało na to, by wczoraj wieczorem ktoś tutaj kogoś zamordował. Ani śladu po papierosach rzekomo palonych przez ofiarę. Według ciotki, morderca przyjechał granatowym samochodem. Zabił i zniknął. Nocny deszcz zapewne zmył ślady opon.
Mimo sennego przymulenia, wciąż zastanawiałem się, po co Katarzyna sprowadziła mnie do siebie? Odżyły w niej rodzinne sentymenty? Nie sądzę. W końcu nie łączyła nas zbytnia zażyłość. A jeśli właśnie dzisiaj źle się poczuła i nie chciała o swojej niedyspozycji mówić wprost?... To było do niej podobne. Tak czy owak, z zasady nie powinienem jechać do Łagiewnik.
Od pewnego czasu wokół mojej osoby działy się osobliwe, a może całkiem naturalne rzeczy: głuche telefony, nocne pukanie, żółta koperta pod drzwiami... Nieraz przez cały dzień nie wychodziłem z mieszkania, by nie zostać wplątany w obłędną historię. W tę, co czyha za progiem.
Ból czasu minionego dawał o sobie znać. Umarli chcieli bym wyświetlił tajemnice ich życia. Wciągali pamięć w gonitwy wątpliwości i przypuszczeń. Godzinami leżałem w łóżku nakryty kołdrą na twarz i wsłuchiwałem się w ich podszepty, kołaczące się po głowie niejasnymi strzępami rozmów i domysłów.
Brałem tabletki na uspokojenie, na sen, na zapomnienie, lecz udręka natrętnych dociekań robiła swoje. Wstawałem w nocy, chodziłem po pokoju, paliłem papierosy, piłem piwo...
Pewnie ciotka wiedziała od matki o moich skłonnościach i postanowiła wreszcie wykorzystać je do swoich celów. Neurasteniczne przewrażliwienie! Półprzytomny z niewyspania, postanowiłem jak najszybciej wracać na Chojny.
Na wszelki wypadek zajrzałem do przydrożnego rowu. Na dnie stało nieco mętnej, ciemnej wody. Ulewa położyła przerośnięte zielska. Pod nimi na pewno nie ukrywał się żaden nieboszczyk. Już miałem zawrócić, gdy coś błysnęło między chwastami. Schyliłem się i wyciągnąłem z mokrej trawy scyzoryk o metalizowanej powłoce, połyskującej marką niezbyt popularnego piwa.
- No i co, no i co? - dopytywała się podekscytowana ciotka, gdy stanąłem na wycieraczce.
- No i nic - odparłem, bacznie obserwując jej zachowanie. - Brak śladów, brak denata, coś się cioci zdawało...
- Mnie się zdawało?!... Żarty ci się trzymają.
Zaciskała pulchne dłonie, mamrotała pod nosem i potrząsała głową, a jej zakręcone do góry siwe włosy opadały na pucołowatą twarz, przesłaniając zmrużone złością okrągłe, bladoniebieskie oczy.
Chciałem jak najprędzej wrócić do mojego zapuszczonego mieszkania. Zaszyć się w nim i udawać, że nie istnieję. Niczego nie chcieć, niczego nie mieć, o niczym nie wiedzieć: to była moja ulubiona dewiza na przetrwanie. Wyjadę do znajomych pod Warszawę i ciotka da mi święty spokój. Już miałem się z nią pożegnać, gdy rzekła, siląc się na obojętność:
- Jednak po coś się schyliłeś.
Sięgnąłem do kieszeni i pokazałem jej scyzoryk.
- Nic takiego... Reklamowa tandeta.
- Zaraz, zaraz - powiedziała Katarzyna, zakładając okulary. - To może być corpus delicti.
Musiała wetknąć zapamiętane łacińskie słówka. Podczas okupacji robiła maturę na tajnych kompletach i szczyciła się swoją znajomością tego martwego języka, ograniczoną w zasadzie do kilku wyuczonych sentencji, które z lubością rzucała od niechcenia w tak zwanym lepszym towarzystwie.
Wzięła do ręki scyzoryk i przyjrzała mu się pod światło.
- Karmelowe - szepnęła, oblizując usta. Po czym przełknęła ślinę i dodała: - Muszę jechać trzy przystanki, by je kupić w hipermarkecie, bo okoliczne sklepy tego gatunku nie sprowadzają.
Wiedziałem, ile kłopotów sprawia jej wsiadanie do tramwaju czy autobusu, więc spytałem zaskoczony:
- Jeździ ciocia tramwajem po piwo?
- Po inne rzeczy też - odparła szybko. - W markecie jest znacznie taniej. A poza tym, podczas promocji, kto kupił czteropak karmelowego, dostawał drobny upominek.
- I ciocia dostała taki scyzoryk?
- Wybrałam przywieszkę z kompasem - mruknęła i spłonęła rumieńcem, niczym uczennica przyłapana na gorącym uczynku. - Zawsze gubię się w lesie. To znaczy, teraz już nie chodzę...
- Facet w szarym płaszczu zgubił ten nożyk? - spytałem. - Przecież gadżet mógł tam leżeć od dłuższego czasu.
Rzuciła mi sceptyczne spojrzenie, usiadła w ulubionym "wiktoriańskim" fotelu i otwierając scyzoryk, rzekła tonem godnym postaci z telewizyjnego serialu:
- Promocja była w zeszłym tygodniu, w piątek. Spójrz, ostrza są błyszczące i nieużywane. - Po czym zauważyła mimochodem: - Niewiele osób bywa na Bajkowej.
- Śledzi ciocia sytuację na bieżąco? - spytałem. - Przez lornetkę?
- Większość sąsiadów mieszka po drugiej stronie Krasnoludków. Albo przyjeżdżają od strony Warszawskiej, albo idą przejściem między ogrodami do pętli na Gotyckiej- odparła rzeczowo. - Wiesz, tutaj ruch jest znikomy. Osiedle wojskowe zaczyna się dopiero za torem.
Osiedle wojskowe Malinki... Od razu przypomniałem sobie obrośnięty pokrzywami nasyp linii kolejowej. Zardzewiałe torowisko przecinało obecną ulicę Bajkową, szerokim łukiem omijając dębowy zagajnik.
Ostatni raz przechodziłem tamtędy z ojcem dziesięć lat temu. Tata palił po drodze, rozglądał się nerwowo, milczał zły i zamyślony. Musiał być od dawna zaangażowany w wojskowe machinacje. Tak mi się teraz wydaje. Z nikim na ten temat nie rozmawiał, tym bardziej z małoletnim młokosem.
Pochłonięty niezrozumiałymi problemami, krążył po obrzeżach świata opisywanego w powieściach sensacyjnych. Pewnego dnia zdałem sobie sprawę, że tata jest kimś... nieoczywistym. To jednak stało się znacznie później.
Wtedy bywaliśmy co niedziela z wizytą na Krasnoludków. Zwykle po obiedzie brałem rower i jechałem w stronę nasypu kolejowego, by zobaczyć buchającą dymem i parą lokomotywę.
- Dwa razy w tygodniu nadal jeździ tamtędy pociąg - dodała ciotka ze znajomością rzeczy, wytrącając mnie z zamyślenia - w środę po południu i w poniedziałek rano. Bocznica prowadzi do dawnej fabryki kabli. Od roku 2001 produkują w "Companie" wyroby z tworzyw sztucznych.
- Jest ciocia doskonale poinformowana - rzekłem, zastanawiając się, po co mi to mówi.
- Pociąg daje sygnał przed niestrzeżonym przejazdem - zauważyła z kwaśnym uśmieszkiem. - Trudno tego nie słyszeć.
Jej twarz nagle pobladła, niebieskie oczy przygasły i rzekła po chwili z wyraźnym trudem:
- Zygfryd... Mój syn pracował w firmie "Compan".
Pod koniec grudnia zeszłego roku byłem z matką na pogrzebie wujka Zygfryda. Po śmierci syna ciotka Katarzyna nieco zdziwaczała, a hrabiowska choroba raz po raz dawała jej się we znaki.
- Wszyscy bardzo przeżyliśmy ten wypadek.
- Kiedy słyszę pociąg... - przerwała, umilkła i znieruchomiała.
Zygfryd Zauber to nieodpowiedzialny człowiek, rzekł kiedyś ojciec. A matka była przekonana, że ludzie, z którymi kontaktuje się syn ciotki, prędzej czy później doprowadzą go do zguby. Na wszelki wypadek trzymaj się od niego z daleka, dodawała półgłosem, głaszcząc mnie po głowie, jakby jej ostrzeżenie mogło wpłynąć na moje przyszłe losy.
Chciałem już wracać na Chojny, więc spytałem, wskazując na scyzoryk:
- Przyda się cioci w ogrodzie?
Pozamykała ostrza i wyciągnęła rękę w moją stronę.
- Kochany - odparła, patrząc mi w oczy - do przycinania róż to ja mam taki kozik, że mogłabym nim przebić na wylot.
- W takim razie - rzekłem - dam scyzoryk synowi dozorcy.
- Na twoim miejscu popytałabym, co i jak.
- Słucham?
- W związku z sobotnim zajściem...
- Mam rozpytywać w hipermarkecie? - spytałem zdziwiony. - O ten drobiazg? Ciociu, nikt nie będzie pamiętał.
- Zapytaj Henia - rzekła zadumana.
- Nie rozumiem... Kto to jest Henio?
- Wyjrzał z domu, kiedy poszedłeś na Bajkową. Cóż, sąsiedzi już cię namierzyli. Na pewno od razu zadzwonił do tej... mniejsza z tym. Ona zaraz rozniesie po całej ulicy.
- To chyba nic strasznego?
Zamysły ciotki związane z moją osobą zdawały się nabierać konkretnych kształtów. Coś sobie ubzdura, a potem zadręcza bliźnich, wzdychała moja matka. Mieszkańcy Krasnoludków skarżyli się na nią. Ten wiek tak ma. Poza tym śmierć syna i jej choroba...
- O co pytałeś? - rzuciła Katarzyna. Pogrążona w sobie tylko wiadomych spekulacjach, bawiła się ostentacyjnie reklamowym gadżetem.
Była nachalna w podsuwaniu mi pod oczy wątpliwego dowodu. Sama podrzuciła ten scyzoryk?... To do niej podobne. A teraz usiłuje skontaktować mnie z kimś, kto był zamieszany w śmierć wujka Zygfryda.
Przypomniałem sobie, jak matka mówiła: cuchnąca sprawa. Więc spytałem jeszcze raz:
- Kto to jest Henio?
Ciotka Katarzyna zacisnęła usta, wpatrzyła się w ścianę pokrytą kwiecistą tapetą, wreszcie zdecydowała się na wyznanie:
- Henio jest ochroniarzem w hipermarkecie. Na pewno zna z widzenia stałych klientów. Henio na wiosnę skopał mi ogródek i pobielił jabłonki. Miły gość, choć... plotkarz jakich mało. Mieszka naprzeciwko.
O tych koneksjach Katarzyny Zauber nie miałem pojęcia. I nadal nie budziły one mojego zainteresowania. Leciałem z nóg.
- Jeżeli ktoś kogoś zabił na Bajkowej, trzeba zawiadomić policję - rzekłem zdecydowanym tonem.
- Wykluczone - odparła ze złością. - Zbędą człowieka byle czym. Tak jak wtedy... Łachudry! A poza tym...
- Podejrzewa ciocia okolicznych mieszkańców? - dopytywałem się, coraz bardziej znużony jej niedopowiedzeniami.
- Może tak, a może nie - odparła tajemniczo. - Przecież nie widziałam go dokładnie. Ciemny płaszcz, postawiony kołnierz, poza tym padało... Nie było śladów na drodze?
- Pewnie deszcz je zmył albo auta rozjechały.
- Od rana nie przejechał tędy żaden samochód. Ci wojskowi zza kolei mają swoją ulicę Dworską, a moi sąsiedzi... pojechali Krasnoludków do Warszawskiej na mszę w klasztorze.
- Ciocia nie chodzi do kościoła? - spytałem odruchowo.
- Nie - odparła twardo - odkąd pokłóciłam się z księdzem na pogrzebie syna. I tak już zostało.
Nie chciałem pytać, o co poszło... Dłużej tego nie zniosę! Krzyknęła i odeszła stukając obcasami po oblodzonym chodniku; córka wujka Zygfryda nie mogła patrzeć, jak ciotka kłóci się z księdzem nad urną z prochami ojca. Ktoś rzucił wulgarnym słowem i cała uroczystość przerodziła się w awanturę.
- Ciociu - zakasłałem - nie wiem, czy jestem właściwą osobą. Poza tym nie czuję się na siłach.
- Przecież piszesz kryminały - rzekła, wpatrując się w ścianę nieobecnym wzrokiem. - Nie interesuje cię moja obserwacja?
- Wydałem na razie jedną niewielką książeczkę - odparłem skrępowany. -Druga jest w rozsypce. Muszę poszukać stałego zajęcia.
- Pewnie kończy ci się gotówka?
Poczułem się nieswojo, obawiając się morderczej dociekliwości ciotki.
- Pytam ze szczerego serca - dodała ciepło.
- Mieszkanie wymaga remontu - odparłem, nie wierząc w czyste intencje Katarzyny. - Musiałem sprzedać meble z sypialni po matce. Nie przedłużyli mi renty inwalidzkiej. Komisja orzekła, że jestem zdrowy i nadaję się do pracy. Przecież nikt mnie nie przyjmie, kiedy się dowie...
- Januszku, ja ci pomogę - przerwała mi. - Mój syn zginął w zeszłym roku podczas awarii w zakładzie "Compan".
Skinąłem głową w milczeniu, szanując jej żałobę.
- Dostałam spore odszkodowanie - dodała, nie kryjąc złości - a emerytura zupełnie mi wystarcza. Mogłabym ci wypłacać przez rok stypendium.
Ekscytowała się swoim zamiarem. Starsza, samotna kobieta coś sobie obmyśliła, przedyskutowała całą rzecz sama ze sobą i teraz, bezkrytyczna wobec swoich poczynań, stara się jak najszybciej swój zamysł wprowadzić w czyn.
- To bardzo miło z cioci strony. Naprawdę, sam nie wiem...
Wolałem nie być od niej uzależniony, zdając sobie sprawę ze starczych dziwactw i przyzwyczajeń. Matka rzekła kiedyś w złości: zaborcza wiedźma... Obawiałem się przymusowej wdzięczności, jaką trzeba żywić do osoby, która łoży na twoje utrzymanie.
- Płaciłabym ci pod jednym warunkiem - rzuciła niespodziewanie ostrym tonem - przeprowadziłbyś się do mnie i zamieszkał na górze.
- A co z mieszkaniem na Chojnach?
- Wynajmiesz je wnuczkowi mojej kuzynki z Koluszek. W październiku chłopakrozpoczyna studia na Politechnice Łódzkiej.
Jasne. Sprawa była wcześniej ukartowana, a ciotka miała przygotowaną odpowiedź. Wnuczek kuzynki z Koluszek! Nie do końca zostałem wyleczony z nawrotów rozstroju nerwowego, a ona narzucała się z namolną opiekuńczością.
Mogła sobie kupić psa albo przygarnąć kota, ale nie cierpiała zwierząt w domu, gdzie cały dobytek musiał być poustawiany i uporządkowany, zgodnie z wpojonym jej pedantycznym zamiłowaniem do czystości i symetrii.
- Ciociu - powiedziałem po chwili - dam znać jutro po południu i powiem, co postanowiłem. Nie spodziewałem się... Bardzo dziękuję. Muszę rzecz poważnie przemyśleć.
- Albo ja zadzwonię do ciebie, mój January.
- Nie lubię tego imienia.
- Dobrze, Januszku, zastanów się. Na pierwszym piętrze jest pokój z łazienką. Zygfryd zamieszkał tam po rozwodzie z żoną. Zrobił nawet osobne wejście, bo często wracał nocą z pracy i nie chciał mnie budzić.
- Wezmę to pod uwagę - odparłem. Jej propozycja stawała się coraz bardziej nęcąca.
- Wiesz, wolałam... - odchrząknęła, przykładając chusteczkę do ust - nie wynajmować tego pokoju obcym ludziom. Z nieznajomymi różnie bywa.
Coś zapaliło się nagle w mojej głowie. Szary facet w szarym płaszczu stanął w drzwiach mieszkania i rzekł szarym głosem: twoja matka nie żyje.
Obskurny przedpokój zionął chłodem, a ja w dziurawym szlafroku osuwałem się wolno po ścianie. Światło zgasło.
- Janusz... Dobrze się czujesz? - spytała zaniepokojona.
Myślałem o tym, co się stało wtedy na Chojnach.
- Nieznajomi bywają nieraz bardzo przebiegli - zauważyłem machinalnie. - Oszuści! Proszę na siebie uważać.
- Nikogo się nie boję - zaśmiała się cicho Katarzyna. - Do zobaczenia! Chyba twoja decyzja - rzekła, stając w drzwiach - okaże się rozsądna.
Najwidoczniej sprawa niewykupionych recept została odłożona... ad acta.
Mimo ustawicznego odzwyczajania się od palenia, na pętli tramwajowej zaciągnąłem się papierosem. Po kilku minutach nadjechał pojedynczy wagon. Motorniczy otworzył drzwi, uśmiechnął się i czekał, kiedy wsiądę. Jego twarz wydała mi się znajoma. Pewnie na skutek niewyspania odzywała się ledwo zaleczona skłonność do przywidzeń.
Oferta ciotki była nadzwyczaj kusząca, chociaż wiedziałem, co się za nią kryje - samotnej kobiecie śmierć syna nie daje spokoju. Matka ostrzegała mnie przed jej skrywaną obsesją: uważaj, przeszłość nie odpuszcza.
Podczas godzinnego powrotu tramwajem na Chojny mogłem wszystko jeszcze raz przetrawić. Ciotka Katarzyna od czterdziestu lat była wdową. Jej niezwykle zdolny jedyny syn, Zygfryd Zauber, zginął w zeszłym roku na kilka dni przed Wigilią podczas wybuchu w firmie "Compan".
Nie mieszkałem wtedy w Łodzi. Podobno eksplozja była tak silna, że z wujka nie było co zbierać. Ciotka Katarzyna podtrzymywała tezę o zamachu na życie Zygfryda, ale nikt nie chciał jej słuchać. Prokuratura zasłoniła się tajemnicą państwową i umorzyła śledztwo.
Pogrzeb wujka Zygfryda... Facet w szarym płaszczu powiadomił mnie w marcu o śmierci matki. Widziałem go już w grudniu zeszłego roku na pogrzebie wujka. Posłaniec śmierci stał nad grobem.
Do późna w nocy tłukłem się po mieszkaniu. Trucizna pamięci usiłowała wypalić w ciele dziurę, którą wlałyby się niestrawione resztki przeszłości, te kręcące się w kółko fekalia minionych przeżyć. Zatruwają życie swoim odorem.
Ciotka na pewno znała tego faceta. Podobnie jak mama... Widziałem też ojca w samochodzie z człowiekiem w szarym płaszczu. Kiedy to było? Gdzie?! Udręczony domysłami, co do prawdziwych intencji i niejasnych powiązań Katarzyny Zauber, padłem wreszcie na zarwaną kanapę i zasnąłem.
W poniedziałek koło dziesiątej, kiedy gryzłem kawałek chleba z serem, rozpatrując plusy i minusy ewentualnej przeprowadzki, starsza pani zadzwoniła, oznajmiając na wstępie:
- Jest trup.
- Jaki trup?
Ciotka od rana potrafiła wprawić człowieka w osłupienie.
- No, ten... wieczorowy, wiesz... spod latarni...
- Ten, którego nie znalazłem?
- Facet w szarym płaszczu wpadł pod pociąg.
- Jaki pociąg?
- Towarowy - odparła przytomnie ciotka.
- Pod ten, co jeździ raz na miesiąc przez Bajkową?
- Dwa razy w tygodniu. W poniedziałek lokomotywa mija rogatkę rano o dziewiątej pięć i wtedy wyje... jak potępiona.
- Trup z soboty wieczorem wpadł w poniedziałek rano pod pociąg?
- Na to by wyglądało - odparła zagadkowo ciotka. - Może wcześniej dostał nożem?... Przyjedziesz?
Nie chciałem dyskutować z jej przeświadczeniami, ale na wszelki wypadek powiedziałem:
- Wysuwa ciocia daleko idące wnioski...
Zabawne było jej zainteresowanie tą osobliwą sprawą: facet z nożem w brzuchu rzuca się pod rzadko kursujący lokalną bocznicą pociąg towarowy.
- Januszku, pomyśl o swoim następnym kryminale.
Była męcząca z podsuwaniem mi swoich pomysłów, a ja nie chciałem jej urazić. Od pierwszego dnia września, kiedy niebacznie zawiadomiłem ją o powrocie znad morza, alarmowała mnie co dwa, trzy dni, dzieląc się swoimi spostrzeżeniami.
- Skąd ciocia ma te nowiny? - spytałem zainteresowany. - Włączyłem lokalne radio, ale nic nie mówili. Widziała ciocia wypadek przez lornetkę?
- Czy to nie wszystko jedno? - odparła. - Przemyślałeś moją propozycję?
W głosie Katarzyny Zauber wyczułem skrywany niepokój. Widocznie najbardziej istotną wiadomość starała się zostawić dla siebie. Z premedytacją wciągała człowieka w orbitę swoich spraw, byle przebiegały po jej myśli. Tym razem posłuszeństwo miało być solidnie opłacone.
- Naprawdę ktoś wpadł pod pociąg?
- Miałam telefon. Od sąsiada - mówiła ostrym, nie znoszącym sprzeciwu tonem, próbując zamaskować rosnące zdenerwowanie.
Ostatni raz słyszałem ją tak wyprowadzoną z równowagi na pogrzebie syna. Czyżby posłaniec śmierci wpadł pod pociąg?
- I sąsiad powiedział cioci, że to ten, co w sobotę dostał nożem?
Próbowałem całą sprawę zbagatelizować, ale głos ciotki stawał się coraz bardziej zasadniczy:
- Nikomu ani słowa, bo wiadomość jest ściśle tajna. Przyjedź natychmiast.