W zimowy wieczór, około
dziewiątej, doktór Czerski, pochylony nad stołem, siedzi w swoim
gabinecie. Jest to pokój wysoki, o dwu oknach. Całą podłogę okrywa
gruby dywan. Wzdłuż jednej ściany stoi potrójna szafa bibljoteczna,
pod drugą - szafa z chirurgicznemi narzędziami. W jednem oknie
dębowe biuro, lewą stroną zwrócone do światła, w drugiem stalugi, a
na nich kosztowny atlas anatomiczny. Na środku gabinetu, pod
wiszącą lampą, znajduje się stół, przy którym pracuje doktór.
Resztę pokoju zajmują ciężkie fotele i krzesła, obite skórą.
Doktór jest chirurgiem. Jutro ma operować złośliwy guz na szyi,
więc dziś, dla wprawy, przerysowuje z atlasu tę niebezpieczną dla
lekarzy i chorych część ciała, z jej powikłaną siecią nerwów i
naczyń krwionośnych. Doktór jest średniego wzrostu, odznacza się zimnym spokojem.
Znajomi mówią o nim, że ma kamienną fizjognomję i stalowe
spojrzenie. Należy do najzdolniejszych chirurgów. Zdaje się widzieć
wnętrze ciała chorego, a jego skalpele prawie posiadają czucie,
dzięki czemu podobno nigdy jeszcze nie popełnił ważniejszego błędu
w operacji. Zasadniczym rysem jego charakteru jest nieugięta wola. Był synem
niegdyś zamożnej rodziny, ale gdy ojciec stracił majątek i umarł,
chłopiec od piątej klasy zaczął pracować na chleb i utrzymywał
nietylko siebie, lecz i matkę. Pomimo ciężkich przeszkód, ukończył
uniwersytet, był kilka lat zagranicą, po powrocie do kraju szybko
zdobył sławę i praktykę i ożenił się z panną, którą pokochał
jeszcze jako student i już wówczas postanowił, że ona będzie jego
żoną. Drugą cechę znakomitego doktora stanowił głęboki pesymizm, którego
źródeł należało szukać prawie w dziecinnych latach. Wspólnik ojca
wydarł mu majątek i samego wpędził do grobu, a gdy matka poszła do
obdziercy, ażeby wybłagać chociaż cząstkę pieniędzy na wychowanie
syna, rabuś dał jej taką odpowiedź: - Kto nie ma na ukończenie szkół, niech idzie do rzemiosła...
Społeczeństwo nie potrzebuje pretensjonalnych niedouczków, lecz
dobrych robotników. Po tej odprawie biedna matka zwracała się z prośbą o pomoc jużto
do swojej rodziny, jużto do dawniejszych przyjaciół. Ale wszyscy
zgodnie odpowiadali, że Karolek nie powinien myśleć o nauce, lecz o
popłatnej pracy. Takie zachowanie się osób najbliższych, niegdyś życzliwych,
krwawemi śladami zapisało się w duszy lekarza i odbiło na dalszem
życiu. Niechętni mówili, że doktór Czerski jest znakomitym
chirurgiem, ponieważ ze swego słownika wykreślił wyraz:
"współczucie," co w pewnym stopniu potwierdzał on sam, odzywając
się niejednokrotnie: - Gdybym rozczulał się nad każdą łzą, jaką widzę, nie mógłbym być
nietylko chirurgiem, ale nawet siostrą miłosierdzia... Mimo to był człowiekiem uczciwym i nietylko leczył darmo ubogich,
lecz jego dom słynął jako ognisko, w którem znajdowało pomoc bardzo
wiele jednostek, rodzin i instytucyj. Sprawczynią tego była żona. Gdy kto z bliższych znajomych zapytał doktora, w jaki sposób można
pogodzić jego wielką ofiarność z szorstkiemi aforyzmami -
odpowiadał: - Filantropja jest wydziałem mojej żony. Niech się bawi kobieta,
jeżeli robi jej to przyjemność!... - Nie oczerniajże doktór samego siebie... - Wcale nie oczerniam. W dobroczynnych dziełach mojej małżonki ja
nie odgrywam żadnej roli. Tyle tylko, że staram się nie robić źle:
nie kradnę, nie zabijam, nie jeżdżę kolejami bez biletów... Takie
mam upodobania... Doktór harmonizował ze swoim gabinetem, który wyglądał prawie
ponuro, jakby każdy z badanych pacjentów zostawiał tutaj cząstkę
smutku i niepokoju.