Widzenie asyskie - Krzysztof Widawski

Reflow text when sidebars are open.
? Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2017
? Copyright by Krzysztof Widawski, 2017
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden fragment nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody wydawcy lub autora.
Projekt okładki: Aleksandra Mikołajko
Opieka redakcyjna: Klaudia Dróżdż
Redakcja: Magdalena Korczyńska
Korekta: Barbara Kaszubowska, Jolanta Kucharska
Skład: Wojciech Ławski
Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad
Książka wydana
w Systemie Wydawniczym Fortunet?
www.fortunet.eu
ISBN: 978-83-7856-945-9
Wydawnictwo Poligraf
ul. Młyńska 38
55-093 Brzezia Łąka
tel./faks 71 344-56-35
www.WydawnictwoPoligraf.pl
Mamie Anielskiej
– Zatrzymaj, tutaj, tak! Zapytamy tego człowieka. – Wzdłuż całej drogi nikogo. Po obu jej stronach pola rzepaku, przecięte naszą drogą na pół, cięcie to zabliźnione dwoma rzędami drzew z cieniem ciepłego dnia. Na niebie prawie nic: dwa, trzy cumulusy dobrej pogody, smuga obłoków wysokiego piętra i to wszystko. Żadnego miejsca na deszcz. I właśnie w tej pustce między dwiema lipami stał człowiek. Nierzucający się w oczy, kolorem i kształtem zlany z otoczeniem, niechybnie pominąłbym go, gdyby nie Klara u mojego boku. Zobaczyła, zawołała, zahamowałem. Asfalt z piskiem otarł się o koła naszego samochodu, sapnął i zamilkł. Była cisza, w powietrzu zawieszony śpiew skowronka i tykanie z trawy. Nawet nie zjechałem na pobocze. Pusta okolica wiodła nas w głąb siebie już od dobrych trzydziestu minut i nic nie zapowiadało, żeby wkrótce miało się coś zmienić.
– Grüss Got! – Klara wyszła z samochodu, nie domknąwszy drzwi, i pomachała do starszego mężczyzny.
Jakie Grüss Got? Skąd w sercu Czech wzięło się takie pozdrowienie? Mężczyzna odgarbił twarz od ziemi i spojrzał na Klarę. Uśmiechnął się, ukłonił, wsparł na sękatym kiju, lewą dłonią przetarł czoło, przesuwając kapelusz. Rozejrzała się na prawo i lewo – bardziej odruch niż konieczność w tej pustce – i przebiegła na drugą stronę.
– Szczęść Boże! – Słowem zatrzymał Klarę dwa kroki przed sobą. Powstała niezamierzona przestrzeń wypełniona zdziwieniem.
– Szczęść Boże... to pan od nas? – zdziwiła się.
– Tak... W czym mogę pomóc? Zgubiliście drogę?
– W zasadzie tak. Kierowaliśmy się na Brno. Mieliśmy zrobić skrót, ale zgubiliśmy się. Na szczęście pojawił się pan...
– Taak... – podjął mężczyzna.
– I nie wiemy, w którą stronę jechać – dokończyła swoją myśl Klara. – Mamy atlas... – Wyciągnęła dłoń z książką w kierunku szarozielonego płaszcza.
– Uuu... To dobrze, to bardzo dobrze! – ożywił się bez jakiegokolwiek uzasadnienia. – Zaraz postaramy się zaradzić. – Wytarł dłonie o znoszony płaszcz, wziął atlas i usiadł na zacienionym asfalcie.
– Proszę wstać! Sprawdzimy to na boku, tu jest niebezpiecznie! – Zdenerwowana Klara ruszyła w kierunku mężczyzny, stanęła obok i zaczęła nerwowo pocierać dłonie. Nie wiedząc, co zrobić, wyszedłem z samochodu i podszedłem do nich.
– Ona ma rację. Lepiej niech pan wstanie. W każdej chwili może nadjechać samochód i nieszczęście gotowe. Bardzo pana proszę. – Starałem się ująć go pod ramię i łagodnie sprowadzić na pobocze. Żadnych szans, był ciężki jak sama ziemia.
– A może ma pan mapę? – Zadarłszy głowę, spojrzał na mnie spod kapelusza. – Atlas też może być, ale to nie to samo, co mapa. Ma pan mapę?
Co chwila oglądałem się za siebie w oczekiwaniu na samochód, który niespodziewanie mógłby nadjechać i zostawić nas sam na sam z niezaplanowanym końcem. Nagle bardzo zacząłem wierzyć w coś, w co zwątpiłem już dobre dwadzieścia minut temu.
– Dlaczego nie chce pan zejść? A jak się panu coś stanie? Nawet nie wiemy, gdzie tutaj jest najbliższy szpital!
– Niedaleko. Prosto tą drogą i pierwszy zakręt w prawo. Jakieś dwadzieścia minut drogi, a samochodem to nawet szybciej. Ma pan mapę? – powtórzył pytanie, już nie patrząc na mnie, tylko przerzucając strona po stronie nasz atlas.
– Niech pan posłucha Krzysztofa! – Klara była wyraźnie zdenerwowana.
– Pani... – zwrócił się w jej stronę.
– Klaro. – Posłusznie weszła mu w słowo.
– Pani Klaro – mówił łagodnie, cały czas trzymając się jej spojrzenia – mimo mojego wieku nie zamierzam odejść przed czasem. Tę drogę znam doskonale. Zawsze o tej porze jest pusta. Która teraz jest godzina? – Spojrzał w moim kierunku.
– Wpół do pierwszej.
– Czyli mamy jeszcze około trzech godzin. Po trzeciej przejeżdża tędy autobus z miasteczka, pół godziny później Piotr mleczarz z piękną żoną, a w piątek wieczorem Jan wraca ze stolicy. I to wszystko. Czasem zabłądzi ktoś tutaj, ale to się rzadko zdarza. Gdybyście dojechali do miasteczka i tam zapytali o drogę, z pewnością nie wypuszczono by was tak łatwo. Tam każdy gość to wielkie święto. Proszę mi wierzyć. Doskonale znam tę drogę i w tych godzinach należy ona całkowicie do mnie. Ale chętnie się z wami podzielę. Siadajcie. Rzadko zdarza się taka okazja. Ma pan mapę? – zapytał po raz kolejny.
– Mam. – Zbity z tropu pewnością w jego głosie poszedłem do samochodu. – Proszę. – Podałem mu ją, a potem jakieś dziesięć kroków za samochodem rozstawiłem trójkąt.
– To przykre, że pan mi nie wierzy, młodzieńcze, ale jeżeli to pana uspokoi, to proszę bardzo. Radziłbym jednak postawić go bardziej na środku – rzucił znad mapy.
Klara przykucnęła obok z przechyloną głową. Zostawiłem trójkąt na białym pasie, tak na wszelki wypadek, i podszedłem do nich. Rozłożona Europa królowała na środku drogi, mężczyzna pochylił się nad nią, opierając brodę na łokciach, Klara siedziała po turecku i wskazywała coś palcem.
– Mieszkamy tutaj... – Pobłądziła chwilę w okolicy naszego domu.
– Tutaj? No proszę, to piękne miasto. – Zmarszczył nos, otwartą dłonią potarł jego czubek, wygładził zmarszczki na czole. Kapelusz spadł, potknął się o łopatkę i usiadł obok, na asfalcie. – Byłem tam wiele razy, wiele razy... – nie dokończył, nagle zmienił temat. – To wyście jechali tędy – wiódł palcami po mapie – a potem na południe czy południowy zachód? – Palce rozjechały się w dwie strony świata.
– Południe. Myśleliśmy, że tędy będzie szybciej i na granicy mniejszy tłok...
– Racja, racja – przytaknął moim słowom. – Stamtąd nawet łatwiej na Brno.
– Jeżeli tak łatwo, to dlaczego zabłądziliśmy? – Klara przechyliła głowę, oparła palec gdzieś na południe od Międzylesia.
– Może to los? – Chyba chciał zażartować.
– A gdzie teraz jesteśmy?
– Mniej więcej tutaj. – W odpowiedzi wskazał Klarze piaskowy fragment mapy, słabo zamieszkany, z cienką nitką lokalnej drogi. – Jakieś dwadzieścia, dwadzieścia pięć kilometrów od tego zjazdu z drogi. To pewnie miał być ten skrót, tak? – Przymrużył oczy, jakby patrzył w słońce.
Klara miała poczochrane wiatrem krótkie włosy, nadpalony słońcem nos i szare oczy.
– Tak, ale nie wyszedł... – Pewnie ścierpły jej nogi, bo uklękła, siadając na piętach. – A jak teraz mamy jechać?
– Trzeba będzie najpierw zawrócić... – Nachyliliśmy się we troje nad mapą. Palec powoli kreślił nam drogę, słowo po słowie. – Za jakieś pięć, sześć kilometrów będziecie mieli po prawej stronie wąską, asfaltową drogę. Trzeba skręcić. Będzie szła trochę pod górę. Miniecie jeden lasek, potem rzepak, drugi lasek, jakieś czterdzieści kilometrów, i dojedziecie do głównej drogi. Tam już z pewnością będzie ruch. Skręcicie w prawo i poszukacie drogowskazu na Speck. O, tutaj. – Zatrzymał palec na mapie, po czym ruszył i tak wiódł nasze oczy jeszcze jakieś piętnaście kilometrów i już byliśmy w niewielkim, barokowym miasteczku z mało zadbanym rynkiem, kilkoma barami i drogą na Brno. – A potem to już prosto. Przed wieczorem powinniście być w Austrii.
– A skąd pan wie, że my do Austrii? – Klara zapytała odruchowo.
– Grüss Got! – Uśmiechnął się. – Grüss Got. To pewnie pierwsza lekcja niemieckiego, tak? U mnie było tak samo. Jak pierwszy raz wszedłem w Alpy, to były jedyne słowa, które znałem. Zresztą całkiem przydatne.
– W Alpy? A skąd pan jest, jeżeli można zapytać?
– Jestem z wielu miejsc i trudno stwierdzić, z którego bardziej. – Usiadł po turecku na samym brzegu mapy. Klara wyprostowała plecy, ja przysiadłem obok, z jednym okiem na trójkącie. Ale nie jechało nic, zupełnie nic. Szumiały tylko liście, stękała ciepła kora.
– Ale przecież ma pan piękny akcent, nasze miasto pan zna... – Klara łatwo się nie poddawała.
– Tak. To prawda. Mam dobry akcent... – Mówił tyleż do nas, co do siebie. – Znam kilka języków, a ten akcent mam akurat po ojcu, po matce... E, bzdurzenie. – Machnął ręką, jakby odganiał od siebie myśli, i żywiej spojrzał na nas. – A wy dokąd jedziecie?
– Tu i tam, powłóczyć się po Europie przez kilka dni. No to będziemy uciekać. – Podniosłem się.
– To już jedziecie? – Zaniepokoił się nagle, nie wiedzieć czemu. Wstał. Otrzepał rozpięty płaszcz, schylił się po kapelusz, do czoła przyłożył dłoń i spod cienia spojrzał w słońce.
– Trzeba. Mamy jeszcze kawał drogi w samej Austrii, a jutro chcemy ruszać dalej na południe.
– Tak, tak, czas. Już czas. Powinniście jechać. Słońce opada, tak. – Przeniósł wzrok ze słońca na nasze twarze, na jej twarz. – Uważajcie na siebie. To prosta droga, nie powinniście się zgubić. A ja w drugą stronę.
– To pan do nas?
– Tak jakby, tak jakby... – Myśląc o innych stronach, składał mapę, która wydęła się na wietrze. Po chwili świat znowu zmieścił się w dłoni.
– A może... chce pan mapę? – Nie wiem, dlaczego zapytałem, i nie wiem, dlaczego chciałem mu ją dać. Rzadko rozdaję mapy.
– Naprawdę mógłbym?
– Proszę. – Całą naszą drogę złożyłem w jego dłonie. – Mam jeszcze jedną i ten atlas. – Bez związku wskazałem na samochód, choć atlas trzymała Klara.
– Dziękuję, bardzo dziękuję. – Przyłożył mapę do piersi. – Łatwiej będzie się szło z taką mapą...
– No to jedziemy!
Siedziałem w samochodzie, trójkąt był w bagażniku, na zewnątrz Klara z dłonią w dłoniach starca.
– Niech pan uważa na siebie i dobrej drogi, panie...?
– Antoni, Antoni – wszedł jej w słowo.
– Dobrej drogi, panie Antoni! – Wsiadła i przez otwarte okno machała jeszcze w kierunku postaci, która przez chwilę stała na środku drogi, potem zeszła na pobocze i usiadłszy, znikła w niewysokiej trawie.
– Uważajcie na Brno. Łatwo się zgubić. W Brnie warto zatankować paliwo, bo jest najtaniej. Lepiej jednak na firmowej stacji...
Przerwała czytanie kartki. Brat ma niewyraźne pismo, a do tego ta nierówna droga. W uszach miałem szum dochodzący z otwartego okna, więc nie dosłyszałem.
– Gdzie?
– Na firmowej stacji – powtórzyła.
– No, to dobrze. Zaraz wjeżdżamy do Brna... a potem?
– Generalnie kierujcie się na Wiedeń. Uwaga! Trzymać się prawej strony i pierwszy zakręt w prawo bez względu na drogowskazy. Potem kierować się na hipermarket, który jest przy trasie wylotowej na Austrię. Koniec Brna. Już wiesz, jak jechać?
– Chyba tak... wiem, ale trzeba będzie uważać... O, tankujemy! – Akurat pojawiła się stacja z firmowym tygrysem.
– Za ile? – Zajrzała do portfela.
– Może trzysta koron?
– Trzysta koron, dobrze. – Poszła zapłacić.
Ruszyliśmy drogą na hipermarket, zza którego miał się wyłonić szlak prosto na Wiedeń. Wyłonił się. Prawie zaraz, za jakieś dwa kilometry, i powiódł aż do granicy. Granica ciepła jak cały dzień. Czeska strona nie trzymała nas długo.
– A dokąd? – zapytał celnik. Z czeskim akcentem, ale po naszemu.
– Do Włoch.
– W porządku. Ruszać!
– Dziękujemy! – Klara posłała mu uśmiech i ruszyliśmy w drogę.
Mikulov od Austrii oddziela pas ziemi niczyjej, zazielenionej trawą bez szansy na cień. Kolejka przed następną celniczą budką zatrzymała nas jakieś sześćset metrów przed Unią Europejską. Krótko czekamy.
– Grüss Got! – Klara uśmiechnęła się, nie wiadomo czy do celnika, czy do siebie, zadowolona ze swojego pozdrowienia, które tym razem było jak najbardziej na miejscu.
– Grüss Got! – odpowiedział jej celnik, który najwyraźniej zaintrygowany nachylił się z wyżyn swojego okienka, żeby spojrzeć na źródło głosu. Trafił jednak na mój niewyraźny uśmiech. Szybko wyprostował się, nie porównał zdjęcia mojej twarzy z rzeczywistością, złożył oba paszporty i machnął, że można jechać. Byliśmy w Austrii.
Chwilę później już jedziemy dalej, prostą drogą. I zaraz Wiedeń, i obwodnica śródmiejska. Słońce jeszcze nie zasypia, ale kładzie się nad miastem, rozsiewając promienie. Co jakiś czas samochód wrzucany w wir świateł na skrzyżowaniach w końcu opuszcza stolicę. I znowu autostrada. Ktoś pędzi tam, ktoś gdzie indziej. Poprzeplatane szlaki, zwężenia, oznaczenia.
– Czy my aby dobrze jedziemy? – zaniepokoiłem się. Magnetofon szumiał latami dziewięćdziesiątymi, Klara po prawej stronie zapatrzyła się w zachodzące słońce, które fantastycznie oświetlało słupy chmur nad nami, aż po krańce horyzontu.
– Tak, tak. – Już była ze mną, atlas nie zdążył osunąć się z kolan, chwyciła go za Wiedeń lewą dłonią. – Za Wiedniem musicie jechać autostradą w kierunku na Semmering. A potem dalej na Bruck an der Mur i już jesteście... Tak pisze Piotr.
– Czekaj, czekaj, czy tam napisano Semmering? Ile było kilometrów?
– Chyba sześćdziesiąt czy coś koło tego.
– Uuu, to jeszcze kawałek...
– Zatrzymaj się na chwilkę, proszę.
– Coś się stało? – Zaniepokojony spojrzałem na poważną twarz Klary. Jechaliśmy już dobre pół godziny, pnąc się mozolnie w górę szarzejącej okolicy, pełnej krętych dróg. – Źle się czujesz?
– Jakoś tak... – Słaby uśmiech wykwitł na twarzy, wzrok wbił się w kolejny zakręt przed nami.
– Już, zaraz. Za dwieście metrów jest parking, to zjedziemy.
Zjechaliśmy. Słońce było już naprawdę nisko, w zasadzie prawie go nie było. Parking, a raczej większa zatoczka przy kolejnym zakręcie, jak cała droga wznosił się lekko pod górę. Z tyłu schodził stromo w dół świerkowy las z prześwitami na świat.
– No i jak się czujesz? – zapytałem ponownie. Stanęła za samochodem, głęboko łapiąc powietrze i zagubione gdzieś w drodze kolory.
– Lepiej... trochę odetchnę.
– A może napiłabyś się czegoś ciepłego?
– Tak, chętnie.
– No to proszę, herbatka. – Odkręciłem termos i podałem Klarze parujący kubek. – Jeszcze ciepła herbata z kraju. Już dobrze?
– Zobacz... – W odpowiedzi jej głos wiedzie mój wzrok w jeden z drzewnych prześwitów. Powyżej, po lewej, zawieszony nad przepaścią – zameczek. Zameczek-pałacyk, maleństwo. Wygląda jak ktoś, kto stanął na skraju przepaści. Stopy na granicy. Jeśli się zanadto wychyli, to spadnie. W głowie mieszanka strachu i niewytłumaczalnych pokus, żeby spróbować. On spróbował i... skamieniał. Naniesiony na tło chmur i pasma górskiego w oddali, wyglądał czarodziejsko.
– Niesamowite... – Niepotrzebny tu podniesiony głos. Ciche słowo przemknęło krótką ścieżką między ustami a uchem i niepostrzeżenie przemieniło się w uśmiech. Chłodne palce zapadły w moje dłonie, plecy w półkole moich ramion. – Jedziemy – szepnąłem. – Dzień się kończy, a nam zostało jeszcze parę kilometrów.
– No to ruszajmy. – Obróciła się w moich ramionach, chwilę staliśmy nos w nos. Ruszyliśmy zaraz.
Do Brucku dotarliśmy późnym wieczorem. Według wskazówek: wjechaliśmy na estakadę i skręciliśmy w lewo, do centrum. Po prawej rząd parkujących samochodów pod skrzydłem drogi, z której właśnie zjechaliśmy. Jedziemy prosto do mostu, przed którym trzeba skręcić w lewo i wzdłuż rzeki dwieście metrów, i znowu w lewo, lekko pod górę.
– Teraz skręć w prawo, tak, w tę uliczkę...
– A teraz dokąd?
– To już tutaj. Zatrzymaj się przy tym płocie. – Stanęliśmy. Przed nami w mroku rozpraszanym światłem ulicznych latarń dzielnica willowa, rozrzucone domki stoją otulone przydomowymi ogrodami.
– O, to są jego okna, na pierwszym piętrze. – Trzybramowa kamienica po drugiej stronie ulicy w sztucznym świetle zdawała się kremowa. Wysiedliśmy.
– To jak się zabierzemy? Bo chyba nie weźmiemy wszystkiego naraz?
– Raczej nie, ale chyba nie ma potrzeby. Weźmy tylko podstawowe rzeczy. Na pewno torby z ubraniami, śpiwory...
– Może nie będziemy brać całego jedzenia? Tylko to, co na kolację i śniadanie. Coś na ciepło. – Nachyliła się nad bagażnikiem, słabe światło ulicy było prawie bezużyteczne. Musiała zgadywać, co jest wewnątrz. – Może te "ciepłe kubki". Weźmiemy też kiełbasę, trzeba to zjeść... – W moich dłoniach wylądowała kiełbasa. – ...wędlinę i żółty ser do kanapek na drogę na jutro... – Podchodzę posłusznie i biorę wędlinę i ser. Jeszcze termos z herbatą. – Może coś słodkiego? Masz ochotę?
Ja miałbym nie mieć ochoty? Ja, który kilo lodów zjadam w ciągu jednej połowy dobrego meczu? Ja?
– Oczywiście.
Do bramy kamienicy wiodły kamienne schodki, obok stał samotny rower. Brama nie za wąska, tak w sam raz.
– Które piętro? – zapytałem, żeby się upewnić, choć wydawało mi się, że chyba pierwsze.
– Pierwsze – potwierdziła. – Schodami do góry. – Szedłem przodem, z dwiema torbami, za mną Klara ze śpiworami. – I potem te drzwi na prawo.
– Meyer to chyba nie on? – Wskazałem na pierwsze drzwi.
– Nie, to te drugie. Poczekaj, zaraz znajdę klucze... O już.
Masywne drzwi nie zaskrzypiały, zaraz za nimi drugie, też ciche, i byliśmy w środku. Na początek kuchnia, do której wchodzi się prosto z korytarza. Jest wąska i długa. Po wejściu odbija w prawo i wiedzie do okna, przy którym są drzwi do łazienki. Ściany żółtawe, meble jasne. Krok, dwa od drzwi stoi narożnik ze stołem, bliżej okna lodówka i szafka. Na przeciwnej ścianie szafki stojące, zlew, szafki wiszące – zestaw standardowy.
– Na razie postaw torby w pokoju – powiedziała.
Między drzwiami wejściowymi a narożnikiem na lewo wisi zasłona. Za nią wysoki, duży pokój skromnie umeblowany i z mnóstwem przestrzeni na przyszłość. Jedno łóżko drewniane, pod oknem biurko, w najodleglejszym rogu po prawej łóżko polowe, wąska szafka. Do tego fotel, grzejnik elektryczny, niedaleko drzwi wieża, obok kompakty i książki. W sumie raczej męski pokój rozpraszany światłem z chudego żyrandola.
– Mogę poprosić keczup? – Kolacja była gotowa w ciągu pięciu minut. Przed nami dymiła kiełbasa: krajowa kiełbasa. Krajowa była też cała kuchnia. Taki był Piotr. Los rzucił go do Austrii, ale jego mały świat nadal był z naszych stron. Lodówka: cała nasza. Szafki pełne znajomych regionów: dżemy takie, miód taki, makaron z północy, gołąbki w słoikach przez "ą", masło przez "ł", nawet masło. To był jego sposób oswajania przestrzeni. Tu, gdzie jesteśmy teraz, gdzie swojskim zapachem drażni nam nosy dobra kiełbasa, tu nie ma jego domu. Tutaj pomieszkuje, tutaj czasami z kimś się spotyka, ale dom pozostał w kraju.
– W sumie całkiem ładne mieszkanko. – Pierwszy głód zniknął w moim wnętrzu wraz z kiełbasą, na bigos trzeba poczekać. Był zatem czas na spokojne rozpoznanie. – Ile tu jest metrów? Ze trzydzieści pięć?
– Nie wiem, ale chyba tak... trochę większe od mojego. – Rozejrzała się. – Może czterdzieści?
– A kuchnia to żywa reklama naszej żywności.
– Tak. Wszystko, co się da, kupuje u nas. Tutejsze jedzenie jest bez smaku.
– Święte słowa. Jeżeli wędlina, to tylko u nas. To, co się robi na Zachodzie, jest czystą profanacją nazwy. Zgadzam się całkowicie. Może bigosik?
– Już, już, zapomniałam. – Podeszła i przemieszała w garnku. – Można nakładać. Dużo chcesz?
– Już, tyle wystarczy. – Powstrzymałem łyżkę wygarniającą zawartość garnka na mój talerz. Smak dymiącego bigosu nie towarzyszył mi zbyt długo. Długo nie trwała też kolacja. Jeszcze tylko jogurt i słodkie wafle na deser.
– Tylko ubierz się ciepło – dobiegł jej głos z kuchni.
Rozejrzałem się po pokoju, torba stała w rogu. Wezmę koszulę i polar. Powinno wystarczyć. Jeszcze zmienię spodnie, podłączę komórkę do ładowarki i już możemy iść.
– Już możemy iść. – Stanąłem w progu pokoju. – Chcesz polar czy kurtkę?
– Wezmę jedno i drugie. Zimno jest... No, już skończyłam. – Odłożyła ostatni talerz na suszarkę, wytarła ręce i się ubrała. – Chodźmy. – Wzięła klucz, gestem wyprowadziła mnie na korytarz, zamknęła drzwi, klucz w zamku zgrzytnął dwa razy. Ogarnął nas chłód nocy, z której cieniem cały czas walczyła uliczna lampa. Zupełnie nieporadnie.
– Proponuję zejść w dół do rzeki, jednym mostem przejdziemy do centrum, a drugim wrócimy do domu.
– Ty tu rządzisz, ja tylko prowadzę samochód.
– Skoro tak, to chodźmy.
Wzięła mnie pod ramię i poszliśmy. Najpierw w dół ulicy, u jej końca skręciliśmy w lewo, w drogę, której towarzyszyła rzeka. Mur w tym miejscu był – jak na górską rzekę – dosyć szeroki. Monotonia szumu uspokajała. Miałem w nogach, rękach i głowie te kilkaset kilometrów.
– Zmęczony jestem.
– Nic dziwnego, w końcu tyle jechałeś... I tak jesteś dzielny. Dziękuję. – Wspięła się na palce i cmoknęła mnie w policzek.
– Za co? – zdziwiłem się. Nawet uniosłem brwi.
– Za wycieczkę.
– Przecież to dopiero początek. Nie wiadomo, co będzie dalej.
– Ja już wiem, że będzie dobra. – Mocno przytuliła się do mojego ramienia. Setki razy powtarzany gest, z boku trywialny, łapie mnie za serce. Dlaczego? Sam nie wiem.
Miasteczko niewielkie. Po naszej stronie rzeki oświetlony pas drogi, którą zmierzaliśmy do mostu, reszta gubiła się w ciemności. Oświetlona część przerzucona na drugą stronę dopiero na nas czekała. Nowy most, o wyglądzie bardzo współczesnym, otwierał wyższą stronę miasta z zawieszonym nad rynkiem parafialnym kościółkiem i wieżą starego zamku, na której ostał się zegar. Powyżej nie było już nic, sama ciemność. Brukowana droga wwiodła nas w uliczkę dwóch rzędów niewysokich, piętrowych kamienic, które szły z nami ze sto metrów. Potem nagle lewy rząd zebrał się w sobie, przystanął i otworzył nam rynek.
Rynek oświetlony był solidnie, acz nie krzykliwie. Witryny sklepów stanowiły jego świetlaną obręcz, a niemal na środku stała charakterystyczna studnia. Ludzi o tej porze niewielu, północnym skrajem przejechał samochód. Spokój.
– Widzisz tamtą kamienicę, tam, w rogu? – Wskazała na przeciwległy kraniec placu.
– Tak? – odpowiedziałem pytająco, zachęcając do rozmowy.
– Ponoć to najstarszy dom w całym "Brukowie". Chodź, obejrzymy go z bliska.
Podeszliśmy do masywnych kolumn arkad, na których oparte było piętro przysadzistej i niewysokiej kamienicy.
Za kamienicą droga, pasy, dwa kroki i kolejna wąska uliczka. Nawet nie tyle uliczka, ile przejście między kamienicami pod górę, na plac kościelny.
– Sprawdzimy od razu, o której jutro jest msza. Im wcześniejsza, tym lepiej – zaproponowałem.
– Tak, jutro niedziela.
– Hauptkirche o ósmej i dziewiątej trzydzieści – przeliterowałem. – Haupt to chyba ten, jak sądzisz?
– Tak, to ten. To kościół parafialny. Dobrze. Przyjdziemy tutaj jutro na ósmą, potem zrobimy jakieś śniadanie, coś na drogę i pojedziemy...
Obeszliśmy kościół, schodząc tą samą uliczką do rynku. Ściśle objęci, z brakiem miejsca dla chłodu pomiędzy nami, daliśmy się wieść jasnej uliczce raz w prawo, raz w lewo. Przyspieszyliśmy kroku. Już blisko, jeszcze zakręt, pierwsza w lewo i nasza kamienica.
– Dobrze, że już jesteśmy w domu. Spać mi się chce. – Klara ziewnęła.
– Ja też padam.
– Kto pierwszy idzie pod prysznic? – zapytała między zdjęciem butów i kurtki. – Chcesz pierwszy?
– Nie, ja jeszcze muszę sprawdzić komórkę. Wiesz, że dzisiaj liga. Real gra i Dorota obiecała mi wysyłać na bieżąco wyniki spotkań. W końcu niedługo kończy się sezon, a my ciągle mamy szansę na mistrza kraju.
– A, tak, Real. No to dobrze. – Rozglądała się za czymś po pokoju. – To ty pilnuj Realu, a ja przez ten czas się umyję. Tylko gdzie jest mój ręcznik...
– Na grzejniku. Trzeba będzie na noc trochę podkręcić, żebyśmy nie pomarzli.
– Dzięki. Oczywiście. To podkręć.
Klara pokręciła się jeszcze trochę i poszła pod prysznic. W łazience zaczęła sapać dmuchawa, zaraz dołączył szum wody.
"Witam. Real – Sociedad 0:0, Valencia – Espanyol 0:1 do przerwy. Pozdrawiam. Czekaj na kolejne wiadomości. Dorota".
– Są jakieś wiadomości? – Woda ucichła, dmuchawa zamilkła, głos tłumiły tylko niedomknięte drzwi.
– Real remisuje bez bramek!
– To chyba źle?
– Nie najlepiej, ale za to Valencia przegrywa, więc i tak lądujemy na pierwszym miejscu. Ale remis to jednak trochę za mało!
– Zobaczysz, jeszcze strzelą. – Stanęła w progu, wycierając ręcznikiem włosy. – Przecież to dopiero pierwsza połowa, a mówiłeś, że lepiej wychodzą im drugie.
Za to też ją kocham. Nie zna się na piłce, nie wie nawet, kto gra w pierwszej lidze, ale wysłuchuje cierpliwie wszystkich informacji o Realu, a nawet stara się zapamiętać szczegóły, żeby i w tym temacie mieć ze mną coś wspólnego. Zna nawet niektórych graczy z nazwiska i wyglądu.
– No to póki jest przerwa, możesz wziąć prysznic, tak? – Pytanie dotarło do mnie już w łazience.
Łazienka jest wysoka i wąska, ceratowa zasłona prysznica i ciepły szum dmuchawy. Z ramion wraz z wodą spływa zmęczenie. Ale i tak najchętniej zapakowałbym się zaraz do łóżka i jak najszybciej i zasnął. Marzy mi się długi sen.
– To co? Idziemy spać? – rzuciłem już po kąpieli, mimowolnie ziewając.
Łóżko polowe wystawione było na środek pokoju, na nim leżał koc, na kocu śpiwór, w śpiworze Klara. Ponad brzegi wystawała jej głowa.
– Ja padam z nóg. Ty śpisz na łóżku Piotra. – Odziewnęła.
– Może się zamienimy? Mnie tam wszystko jedno, a tobie może być niewygodnie.
– Mnie jest wygodnie, a ty musisz się porządnie wyspać. Jutro mamy przed sobą długą drogę, ty prowadzisz, więc sam widzisz, że nie masz wyjścia. Ty łóżko, ja – polówka, dobrze?
– Dobrze, dobrze. – Poczochrałem wystające ze śpiwora włosy.
– Masz pod spodem koc i śpiwór. Jak będzie ci zimno, to możesz wziąć jeszcze jeden koc, ten obok. Na noc zostawię włączony grzejnik. Wszystko? – zapytała samą siebie, rozglądając się wokół. – Chyba wszystko. No, to dobranoc. – Nakryła się śpiworem.
– Dobranoc. Dobrych snów życzę.
– Dzięki.
– Zaraz, zaraz... – Przerwałem gramolenie się do śpiwora. – A jak się pośpimy? Wprawdzie nastawiłem budzik na po siódmej, ale jak go nie usłyszę?
– Najlepiej będzie, jak sobie wyśnisz ten budzik. Wtedy na pewno wstaniesz na czas. Dobranoc.
– Dobranoc.
Jednak nie był to koniec dnia. Zapakowany w śpiwór, zamykałem już oczy, kiedy ożywił mnie głośny, podwójny sygnał.
– Co to? Komórka? – wymamrotała Klara.
"Niestety. Real – Sociedad 0:3, Valencia – Espanyol 2:1. Przykro mi, dobranoc. Dorota". – Skończyłem czytać i siadłem po turecku w ciemności z kocem na plecach.
– Real przegrał, a Valencia wygrała. Gamonie tracą właściwie ostatnią szansę na mistrzostwo ligi.
– Przykro mi. – Zaspany kontur jej ciała wsparty na łokciu się zmartwił. – Może następnym razem będzie lepiej?
– Następnym razem będzie lepiej... Już jest dobrze. Jestem daleko od codzienności, z tobą, Alpy, cisza. Jutro jedziemy na południe. Już jest dobrze, nie można mieć wszystkiego. Dobranoc, kochanie.
Dzień jeszcze nie wstał na dobre, jeszcze z traw nie zeszła rosa. Przez uchylone okno dobiegło kogucie pianie. Skąd ten kogut? Tutaj? O tej porze? Spojrzał mało przytomnie na zegarek.
– Piąta? Boże, już piąta? Skąd ten kogut? – szeptał pod nosem, starając się jednocześnie wstać na tyle delikatnie, żeby nie zmusić łóżka do skrzypnięcia.
– Już nie śpię.
Nie udało się. Leżąca obok kobieta poruszyła się i spojrzała swoimi ni to szarymi, ni to błękitnymi oczami na mężczyznę. Zmarszczyła przy tym porozumiewawczo nos i dłonią rozczochrała mu włosy. Pocałował jej czoło. Delikatna twarz raczej blada, dlatego dobrze odbijały się na tym tle poranne rumieńce oraz piegi na nosie i nieliczne na czole.
– Buon giorno, signorina!
– Buon giorno, signor Kristof!
– Słyszałaś tego koguta?
– Jakiego koguta? Skąd tutaj kogut?
– Chyba musiał mi się przyśnić. – Odwrócił się plecami do pokoju. Raczej przeciętna sylwetka nie była w stanie przesłonić szerokiego okna. Wychylił się na świat. Odgłosy ulicy tłumiły jego słowa.
– Słucham? – Szczupła kobieta wstała, odrzucając za siebie koc, który – złośliwość rzeczy martwych – zaplątał się w lewe ramię. – Nie słyszę, co mówisz. Popatrz, jaki piękny dzień. – Stanęła obok.
– Właśnie o tym mówiłem. Że dzień jest piękny. No i oczywiście ani widu tego koguta. Mam słabość do tego widoku. – Wskazał na miejscowość ukrytą w cieniu góry. Nie na długo. Zaraz słońce zrobi krok i rosa wyschnie w jego promieniach.
Miasto widoczne z okna kojarzyło mu się z wielkim okrętem. Położone na wzgórzu, jak wiele miasteczek w regionie, zdawało się płynąć zielenią równiny w kierunku góry, pod której cieniem trwało. Rufa i dziób zwieńczone dwoma kościołami, burta obronnych murów, w miejscu komina – ruiny starego zamku. Z perspektywy pokoju na równinie, oddalonego o jakieś dziesięć minut drogi od bram, miasto zdawało się mieścić w dłoni. Nie było duże. Idąc szybkim krokiem od jednego krańca do drugiego, po dwudziestu minutach można było mieć wszystko za sobą. Tylko po co ten pośpiech?
– Ech, lubię to miasto... a poza tym... – stwierdzał na raty ze wzrokiem utkwionym w podłogę – ...poza tym nie wiesz, gdzie są moje kapcie? – Zrozpaczone spojrzenie utkwił w zachmurzonych szarych oczach.
– Są tutaj. – Podeszła do drzwi, nachyliła się, jedwabna koszula nocna wiernie oddała łuk jej pleców. – Proszę.
– Dzięki. Muszę – pochylił się, by włożyć pantofle, więc dziękczynny całus wylądował na jej twarzy między ustami a nosem – muszę jeszcze zaraz pojechać do miasteczka po warzywa i mięso na obiad. – Poczłapał do łazienki.
– Ale przecież jest jeszcze wcześnie. – Nie wiadomo, pytanie to czy stwierdzenie. Siadła na łóżku po turecku, okryta kocem, brodę wsparła na dłoni, dłoń na łokciu, łokieć na kolanie.
– Nie tak bardzo. – Stanął w drzwiach. Miał na sobie krótkie spodnie, koszulę z krótkimi rękawami piaskowego koloru, niezapiętą jeszcze, dookoła roznosił się zapach wody po goleniu. – Już tylko pół godziny do szóstej, a na szóstą umówiłem się z Luką na odbiór towaru, bo potem musi gdzieś jechać. A dzisiaj przyjeżdżają ci Amerykanie, wolę więc dla świętego spokoju mieć pod ręką świeże warzywa, owoce i co tam jeszcze sobie zażyczą. Uch... kocham tych Amerykanów... A potem chciałbym skoczyć do stolicy po mięso. Kupię w hurtowni coś na obiad i trochę wędlin do śniadania i kolacji. I tak musiałbym to zrobić najpóźniej jutro, więc załatwię to za jednym zamachem, a w zamrażarce jest miejsca dosyć, nieprawdaż?
– Prawdaż, prawdaż. Daj nos.
Podszedł, potarł nosem o nos. Przymrużyła oczy i uśmiechnęła się.
– Dobrego dnia, mój mężczyzno. Ja jeszcze trochę sobie poleżę.
Położyła się na łóżku, skuliła jak dziecko i nakryła kocem po sam nos. Szaroniebieskie oczy odprowadzały go do drzwi.
– Zamkniesz za sobą?
– Zamknę, zamknę. Śpij. Budzik masz nastawiony na siódmą, ale poleż sobie dłużej. Antoni wyjeżdża po południu, a w kuchni sam wszystko zarządzę. No, to dobranoc jeszcze.
– No, to jeszcze dobranoc.
Zszedł na dół i za chwilę był na dworze. Okolica jeszcze cicha, jeszcze nie wstała. Przeszedł przez podwórze, zamknął furtkę (lekko skrzypnęła), rozejrzał się, choć samochodów o tej porze niewiele, i przeszedł na drugą stronę. Kierował się do domu naprzeciwko, kilka metrów w dół asfaltową drogą, wzdłuż ogrodzenia, skręcił w prawo. Wysypany drobnymi kamieniami placyk wiódł do wejścia. Dom pielgrzyma "Porcjunkula" – głosił napis u góry. Szmer kamyków podprowadził do niewysokiego betonowego progu u stóp szklanych drzwi. Jeżeli się odwrócić do nich tyłem, wzrok sięgał hen, na równinę. Zieleń początku maja, najsoczystsza w całym roku, falą wzburzaną przez lekki wiatr, ślizgała się aż po stację kolejową, za którą widniało bliźniacze miasto zwieńczone kopułą bazyliki.
Dom był szary, wysoki na cztery piętra, zbudowany na planie prostokąta, ale o niewielkiej różnicy w długości boków, tak że mógł uchodzić niemal za kwadratową bryłę. Mury obłożone szarym kamieniem, zakrywającym zdrową cegłę, naśladowały styl obecny w okolicy od wieków.
Dłoń zawisła nad klamką, ale nie wszedł. Spojrzał wzdłuż ogrodzenia, zawrócił i poprawił ustawienie drucianych krzeseł, które – po cztery – otaczały trzy białe, plastikowe stoły. Wszystko było już na swoim miejscu.
– Dzień dobry, signor Kristof. – Niski głos zbliżony do szeptu zlał się z dźwiękiem zatrzaskujących się automatycznie drzwi.
– Dzień dobry, Mateo. Jak tam noc, minęła spokojnie?
– Raczej tak, signor Kristof. Tylko ta dwójka, co przyjechała wieczorem, późno wróciła i się dobijali, bo ja akurat byłem na obchodzie...
– Na obchodzie, Mateo? Znowu sobie przysnąłeś w ogrodzie? No, Mateo, jak było?
– Jak pragnę pieszo pójść do Jeruzalem, że byłem na obchodzie! – Szept w każdej chwili mógł się przerodzić w głośne obwieszczenie wyrządzanej krzywdy, więc Krzysztof na wszelki wypadek ujął wagi podejrzeniu, klepiąc po ramieniu dojrzałego mężczyznę. Mateo przybłąkał się tutaj wiele lat temu i od tego czasu mocno wrósł w niemal każdą noc tego domu. Rzadko brał wolny dzień, a raczej noc. Nie miał już rodziny. Dawno temu, zaraz po śmierci bliskich, o której niechętnie opowiadał, stąd wiele domysłów, ponoć jeszcze przed pogrzebem wyruszył na południe, by pielgrzymować do Jeruzalem. Któregoś z pierwszych wieczorów, gdy go przygarnięto, zwierzył się, że zamierza zostać apostołem. Śmierć żony odczytał jako znak, że czas mu w drogę. I tak zaszedł aż tutaj, tu zresztą także jest tylko na chwilę, bo za dzień, dwa, jak nabierze sił, pójdzie dalej. Ale na razie służy braciom pielgrzymom, jak potrafi, nocą czuwając nad ich snem.
– Wierzę ci, Mateo, wierzę – zapewniał Krzysztof za każdym razem. Nie wyobrażał sobie tego domu bez niego. Spotkali się na samym początku, kiedy nikt nie wierzył, że się uda poprowadzić ten hotel. Nikt oprócz Matea, który obiecał pracować za strawę, a na pieniądze poczekać do lepszych dni, które – i owszem – nadeszły. – Tylko pamiętaj, że tacy dobijający się pielgrzymi są w stanie zakłócić sen wszystkim mieszkającym na pierwszym piętrze. Mamy bardzo akustyczny hol, a czasem takie pukanie może dotrzeć i do samego Świętego Piotra. Trzeba więc obchód robić czujniej.
– Gdzież ja bym tam chciał budzić samego Apostoła! – Niedoszły apostoł przeżegnał się nabożnie, patrząc to na sufit, to na Krzysztofa. – Co to ja nie wiem, jak to jest być niewyspanym? Ja to się nawet czasami za Świętego Piotra modlę. O sen się modlę, żeby sobie odpoczął. Ja to go bardzo poważam! – Znów się przeżegnał.
– Oczywiście – przytaknął Krzysztof. – A poza tym nic się nie działo?
– Nie, nic, spokojnie. Nawet sobie trochę pospałem, choć nigdy tego nie robię, a i teraz spałem tylko na jedno oko, a w zasadzie czuwałem... – tłumaczył lekkomyślnie wypowiedziane słowo, nieprzeznaczone raczej dla uszu signora Kristofa.
– To dobrze, to dobrze. – Krzysztof znowu poklepał go po ramieniu, rozglądając się dookoła. – Trzeba będzie poprawić tę tablicę ogłoszeń, bo za chwilę całkiem spadnie... Ale to później. – Powstrzymał słowem Matea, który już brał się do szukania młotka.
Recepcja była nieduża. Wpadało się na nią niemal zaraz po przejściu przez drzwi. Wąski korytarz, nisza po lewej stronie z kwietnikiem i kanapą dla dwóch osób. Dalej, w kąciku pod schodami, mieściła się ciemnobrązowa, drewniana lada, na niej doniczkowy kwiat. Do ściany przytwierdzona była półka z przegródkami na klucze do poszczególnych pokojów. W zależności od tego, czy pokój był zajęty, czy też nie, z przegródki wystawał albo klucz z kawałkiem drewna, na którym wypalony był numer, albo dokument aktualnego mieszkańca pokoju, najczęściej paszport. Dwumetrowej długości lada do wewnątrz schodziła stopniem, który służył za blat stołu recepcyjnego. Za stołem krzesło obrotowe, a za nim kolejny stół z kasą i komputerem. Recepcja, wtulona w kąt małego holu, pozwalała królować nad sobą pnącej się ku górze klatce schodowej, która odprowadzała pielgrzymów na spoczynek i sen. Na zmęczonych czekała przylegająca do schodów winda – czteroosobowa duma i powiew nowoczesności, każdy swój zjazd oznajmiająca delikatnym dzwonkiem. Na ścianie naprzeciw recepcji wisiała tablica ogłoszeń. Pory posiłków, pory rozstań i powitań, godziny mszy świętych w każdym z kościołów z podziałem na dni powszednie i świąteczne i inne ogłoszenia specjalne. Nic nadzwyczajnego. Po kilku metrach następne przejście bez drzwi do sali do wypoczynku. Parę stolików na krótkich nóżkach i niskie fotele, jedna kanapa pod ścianą. Po jednej stronie szklana ściana z wyjściem na plac, naprzeciwko minibar z chłodnymi napojami, coś na słodko, z alkoholi – wino. Na ścianie na lewo od wejścia stała biblioteczka z przewodnikami po okolicy w różnych językach i podobnie wielojęzyczne historie o lokalnych świętych. Następnym przejściem można było dostać się do niewielkiej jadalni. Stoliki, przy każdym po cztery krzesła, a krzeseł niewiele – akurat tyle, ile trzeba. Szklana ściana sali wypoczynkowej miała tutaj swoje przedłużenie, ciągnące się do filaru – i za dziewięćdziesięciostopniowym zakrętem dalej aż do ściany, za którą kryła się kuchnia. Na tyłach jadalni, przed wejściem do kuchni, umieszczono dość duży blat, na którym wystawiano produkty śniadaniowe, obiadowe i kolacyjne – szwedzki stół. W zależności od ściany, przy której siadał, gość mógł obserwować ciągnącą się za placem równinę lub górujące nad domem miasto.
Cały parter był jeszcze pogrążony w ciszy. Sala wypoczynkowa, jadalnia. Nagle za plecami Krzysztofa rozległo się przytłumione stukanie. Taki już jest Mateo. Tablica będzie gotowa zaraz, nawet za cenę czyjegoś snu.
– Mateo! – Szept signora Kristofa zatrzymał rękę z młotkiem jakieś pięć centymetrów od gwoździa. – Ludzie jeszcze śpią. Wszystkich pobudzisz! Zostaw tę tablicę!
– Ja tylko chciałem tak po cichutku, żeby na rano już było gotowe. – Mateo, wzruszając ramionami, schował młotek za siebie.
– Mateo, ta tablica jeszcze wytrzyma, ale nie wiem, czy goście wytrzymają. To jest za głośne jak na tę godzinę. Przecież jeszcze nie ma szóstej. Bój się Boga!
– Boję się, signor Kristof. Jak Bóg na niebie, że się boję. Dlatego chcę, żeby nie było bałaganu, bo nie zna się dnia ani godziny.
– Nie zna się, nie zna. – Argument ten brzmiał mocno, zwłaszcza w domu pielgrzyma, do którego przybywają specyficzni goście, poszukujący furtki ku wyżynom niebieskim. – Ale nie stukaj jeszcze przez jakieś dwie godzinki. W razie czego wezmę to na siebie, dobrze?
– Dobrze, signor Kristof, ale bardzo bym nie chciał, żeby signorowi coś się stało z tego powodu.
– Mateo, odłóż ten młotek i miejmy po prostu nadzieję, że Pan nie pośle po nas w ciągu najbliższych dwóch godzin, dobrze?
– Dobrze. – Mateo odłożył młotek, przechyliwszy się przez ladę, otarł dłonie o spodnie, odchrząknął i wolnym krokiem wyszedł na zewnątrz. Prosto w słońce.
Krzysztof powtórzył swoją drogę, kątem oka starając się złapać na zegarku uciekający czas. W kuchni już szumiała woda.
– Buon giorno, Maria!
– Buon giorno, signor Kristof! – Od zmywaka odwróciła się kobieta lat około sześćdziesięciu, ciemne włosy z siwymi pasmami, tęższa, oczy dobrotliwe, mały nos podkreślony powitalnym uśmiechem.
– Sama jesteś, Mario?
– Na razie tak. Po szóstej przyjdzie Kristina. Wczoraj miała iść na jakieś imieniny z narzeczonym, to zgodziłam się, żeby sobie dłużej pospała.
– Mario, Maria wybaczy, że dziś tak wcześnie, ale wszystko przez tych Amerykanów. Żeby to jeszcze byli inni, ale to ci, więc Maria rozumie, dla świętego spokoju...
– Co mam nie rozumieć. Każdy ma jakiś Krzyż Pański, a na signora wypadło, że Amerykanie. Nie trzeba się martwić, będzie dobrze. Przyjadą, wyjadą, znowu wrócą. Trzeba trochę na tym świecie pocierpieć. A śniadanie to żaden krzyż. Zaraz przyjdzie Kristina i wszystko przygotujemy. Aha, a ile ma być nakryć? – Zatrzymała Krzysztofa w pół kroku.
– Teraz, razem z tą dwójką – myślał na głos – mamy dwadzieścia dziewięć osób. Może ze dwie, trzy jeszcze dzisiaj dojadą, obiad zamawiała ponad połowa plus Amerykanie, kolacja... Tak na wszelki wypadek przygotujcie ze trzydzieści pięć nakryć śniadaniowych, z sześćdziesiąt cztery obiadowe, no i osiemdziesiąt do osiemdziesięciu pięciu na kolację.
– Dobrze. Na razie śniadanie, a o reszcie to jeszcze będzie czas pomyśleć.
– Tak. Zresztą ja zaraz wrócę. Jadę do miasta po warzywa i owoce od Luki. Potem, jak się uda, to jeszcze skoczę do stolicy, tak żeby do południa wszystko mieć załatwione, no a później...
Mówił to wszystko, błądząc wzrokiem po sprzęcie kuchennym, oknie i widoku wzgórz, miasta, w końcu po suficie. Najprościej skupić się na suficie. Biały, jednolity, choć w rogu pęknięcie, rysa, która rozprasza i przypomina o remoncie zaplanowanym zaraz po sezonie. Od razu na myśl przychodzi koszt farby, robocizny... Przy okazji warto by wymienić niektóre sprzęty.
– Signor Kristof? – Głos Marii przywołał wzrok i myśli poniżej, na wysokość kuchennego stołu i jej dłoni zroszonych kroplami wody.
– Nic, nic, tak się zamyśliłem na chwilkę. Trzeba będzie się wziąć za remont po sezonie. – Usprawiedliwiająco wskazał na spękanie sufitu w kącie.
– Można, czemu nie. Ale po mojemu to i tak signor za bardzo się przejmuje. Nie pierwsza mi to kuchnia i tutaj nie ma się czego wstydzić. A wiem, co mówię, bo niejedno widziałam. – Podniosła znacząco dłoń, w której trzymała gąbkę. Piana przemieszana z wodą spłynęła po przedramieniu w kierunku łokcia. – Ale jak tam wola. – Błyskawicznie opuściła prawicę i wzrok pobiegł w okolice zlewu w poszukiwaniu suchej ścierki.
– Trzeba będzie, trzeba, kochana Mario. Muszę dbać o miejsce pracy moich ulubionych pracownic. – Mrugnął porozumiewawczo i porwał z półki jakiś wafelek. – Do później! – Machnął ręką w drzwiach i zniknął.
– Mateo! – zawołał Krzysztof. Mateo stał na drugim końcu placu, wpatrzony w kopułę nad równiną. Odwrócił się i powoli zmierzał w kierunku Krzysztofa, który także szedł mu na spotkanie. – Mateo, mój drogi. Zanim pójdziesz do domu, mam prośbę, żebyś pomógł Ines z pościelą. Wiesz, dzisiaj przyjeżdżają ci Amerykanie, więc może być zamieszanie. Każde ręce się przydadzą. To zajmie tylko chwilkę. Chyba że jeszcze nie będzie przygotowana i musiałbyś czekać. To wtedy nie. Ja powinienem wrócić przed ósmą i sam się tym zajmę.
– Dobrze, signor Kristof. Mnie się i tak dzisiaj nie spieszy. Zostanę i pomogę. Proszę się nie martwić. Poradzimy sobie. Proszę iść załatwić, co trzeba. Zresztą i tak zostałbym dzisiaj dłużej. Muszę się zająć tą tablicą po śniadaniu, jak już wstaną.
– Tak, przy śniadaniu byłoby najlepiej. To nic, będę już jechał. A może coś przywieźć z miasteczka?
– Nie, nie ma potrzeby. Proszę jechać z Bogiem.
Do miasteczka z górującą kopułą można było dotrzeć na dwa sposoby. Albo w górę serpentyną tnącą zieleń łąk aż po same niemal mury miasta, a potem ostry zakręt w lewo i główną drogą w dół. Albo – wyjechawszy z placu – asfaltową drogą prosto aż do torów. Krzysztof, będąc już u wylotu placu, odwrócił się jeszcze i spojrzał na dom. Zmarszczył lekko nos. Okno pokoju nad wejściem było otwarte całą noc. Przywołanie Matea mogło zbudzić z gości. A lepiej, żeby sobie pospali. Wczoraj przyjechali późno, przed północą, mieli za sobą długą drogę. Widać to po ich samochodzie. Szara od kurzu zieleń golfa, w rogach przedniej szyby zaschnięty płyn ze spryskiwaczy. Zaparkowany jako pierwszy w rzędzie samochodów w kącie placu, na wysokości umownej bramy, której nigdy nie postawiono, przy wyjeździe z placu na drogę. Mały parking oparty o rząd drzew prawie zawsze był w cieniu – błogosławieństwo dla nagrzanych masek.
– Trzeba chyba zrobić miejsce dla autobusu – zastanowił się pod nosem. – Mateo! – zawołał i spojrzał na uchylone okno, o którym tak szybko zapomniał.
– Już, zaraz! – odkrzyknął wychodzący z domu Mateo. Szedł powoli, niosąc pachołki.
– Mateo, Mateo, co ja bym bez ciebie zrobił. Pomyślisz o wszystkim. Właśnie miałem poprosić, żebyś poszukał tych pachołków, a ty już z nimi idziesz. Ty chyba czytasz w moich myślach – roześmiał się cicho Krzysztof.
– Tak pomyślałem, że może ktoś jeszcze przyjechać i zaparkować od tej strony. No i będzie kłopot. Lepiej zarezerwować plac, a inni niech sobie parkują przy drodze albo z tyłu. – Postawił pachołki i wsparł się pod boki. – Jak postawimy jeden tu, a drugi przy tamtym drzewie, to chyba wystarczy? – Wymierzył palcem w ostatnie w rzędzie drzewo.
– Wystarczy, wystarczy. Czekaj, daj no go... – Krzysztof schylił się, wziął pachołek i podszedł do drzewa. – O, tutaj będzie dobrze. A ten drugi postaw tam, gdzie stoisz. Jak przyjadą, to każe się kierowcy wjechać przodem i ustawić wzdłuż drzew, żeby nie przeszkadzał... No i do drzwi będą mieli blisko. Dziękuję ci, Mateo. Będę już jechał, bo nigdy nie dotrę do Luki. – Podszedł do samochodu, poklepał się po kieszeniach. Wyciągnął kluczyki i wsiadł do auta.
Droga w dół, boczna, o tej porze była pusta. Od czasu do czasu witały go rzędy drzew po obu stronach. Poza nimi – otwarta przestrzeń, na lewo ku winnicy, na prawo – ku zbożu. Droga krótka, raptem kilka minut, mija się dwa domy i już jest się w miasteczku. Drogę przecina przejazd kolejowy, o tej porze zwykle zamknięty. Zamiast czekać, można skręcić w prawo i jechać wzdłuż torów. Niezależnie po której stronie, ten odcinek trzeba przebyć i tak. Po tej stronie torów, wzdłuż równolegle do nich biegnącej drogi, stoją domki rozsiane co kilkadziesiąt metrów. Pomiędzy nimi jest otwarta zielona przestrzeń, łagodnie przechodząca w oddali we wzgórze zwieńczone starym miastem, które zaczyna się i kończy kościołem. Ponad nim wznoszą się ruiny średniowiecznego zamku. Jeżeli wytężyć wzrok, w miejscu, w którym zaczyna się stok wzgórza – zakryty aż po drugie piętro drzewami – dostrzec można dom pielgrzyma. Czwarte piętro stoi na palcach i spogląda w tę stronę. Dla części pielgrzymów pierwszy widok po przebudzeniu to właśnie ta droga, stacja, którą Krzysztof zostawi zaraz po swojej lewej stronie i górująca nad okolicą kopuła. Zanim tam dojedzie, zatrzyma się przy stacji. To mały, dwuperonowy przystanek, jakich wiele. Parterowy budynek, dwoma szerokimi stopniami wychodzący naprzeciw ulicy, mieścił w sobie hol z kasami i kioskiem, poczekalnię z secesyjnymi malowidłami i podobną w stylu ławkę. Kiosk otwarty dwojako: i na poczekalnię, i na chodnik. Na szklanych skrzydłach drzwi, od stu lat niezmiennie, przypięte codzienne gazety kuszące potencjalnych nabywców pierwszymi stronami. Rytuał powtarzał się za każdym razem, kiedy Krzysztof bywał w mieście.
– Buon giorno, Giovanna!
– Buon giorno, Kristof! – Szczupła kobieta dawno po trzydziestce żywo zwróciła się w kierunku głosu, porzucając poczekalniane okienko z właśnie obsługiwanym klientem. Podróżny nieżyczliwie zmierzył wzrokiem intruza. – Jeden moment, Kristof. Tylko jeszcze podam papierosy. Mocne? – Zwróciła swoje smagłe oblicze ku przestępującemu z nogi na nogę mężczyźnie. Tylko do czego się spieszyć? Najbliższy pociąg będzie dopiero za godzinę. – Dwa dwadzieścia. Dziękuję.
Uspokojony powrotem na pierwszy plan turysta lub pielgrzym zapłacił i odszedł w głąb poczekalni.
– Jak tam dzień? – zagadnął Krzysztof.
– Dobrze. Rano nawet nie bolało tak mocno, ból w karku mi zelżał.
– A nasmarowałaś się tą maścią, którą ci przywiozłem? Pewnie nawet jej nie rozpakowałaś.
– O co to, to nie. Rozpakowałam – w geście udawanego oburzenia wzięła się pod boki i lekko wydęła wargi – tyle że gdzieś się potem zapodziała. Ale znajdę, obiecuję, że znajdę! – pospieszyła z zapewnieniem, widząc dezaprobatę w jego oczach, sunącą po brzegi powiek jak skłębiona fala.
– To ja się męczę, dwa razy się wracam i jeszcze Kiara musi mi przypominać, bo sama wiesz, jaką mam pamięć, a ty już zdążyłaś to zapodziać?! No to jak ma cię przestać boleć? I co ja powiem Kiarze, jak mnie zapyta, co z twoją szyją? Czy maść pomogła? Przecież wie, że pojechałem do miasteczka, to zaraz zapyta.
– Tak, już, dwa, proszę. – Gestem wstrzymała słowotok Krzysztofa i podała klientowi gazetę z jakimś dodatkiem. – Przepraszam – znowu zwróciła twarz w jego kierunku – obiecuję, że ją znajdę i się posmaruję, naprawdę. A żonie powiedz, że już się czuję lepiej, bo tak jest. A ty dokąd jedziesz? Pewnie do Luki?
– Tak, do Luki. Jestem umówiony na szóstą i jakoś nie mogę dotrzeć. Dzisiaj szykuje się pracowity dzień.
– A, no tak, przecież mają przyjechać ci Amerykanie – przypomniała sobie i Krzysztofowi o tym wydarzeniu po raz kolejny.
– Fakt.
– To co zwykle? – Zmieniła ton głosu, okrasiła uśmiechem i nie czekając, zaczęła przygotowywać zestaw. – Dziennik, sportowa i coś na słodko... – zawiesiła głos. – Co by ci tu dzisiaj dać... Może to.
– Nie, dzięki. Wafelek już podkradłem Kristinie, a wiesz, muszę dbać o linię. – Uśmiechnął się, puszczając do Giovanny oko.
– No to dasz ode mnie Antoniowi. Na pewno się ucieszy.
– Dzięki. Ile płacę?
– Jak zwykle. Pozdrowienia dla Luki i oczywiście dla Kiary.
– Dziękuję, miłego dnia i uważaj na siebie!
– Oczywiście, że będę uważała. Dobrego dnia! – Pomachała wsiadającemu do samochodu Krzysztofowi.
Odmachał Giovannie jak wtedy, gdy się poznali. Sto, może dwieście lat temu, gdy jeszcze oboje byli młodzi, a całym miastem mocno zatrzęsło. Wszyscy wtedy byli przerażeni. Niepokój na twarzach i oczekiwanie w napięciu. Właśnie wówczas Krzysztof wysiadł na peronie i podszedł do kiosku, w którym siedziała młoda dziewczyna o czarnych włosach, szczupłej sylwetce i rozbieganych oczach. Łamanym włoskim poprosił o gazetę i o coś słodkiego. W obliczu tego, co się właśnie wydarzyło, prośba ta brzmiała tak nienaturalnie, że wzrok Giovanny osiadł na spokojnych oczach podróżnego i raz jeszcze starał się wydobyć z ust zasłyszane słowa. Do dziś na wspomnienie jej zaskoczonej twarzy Krzysztof uśmiecha się pod nosem. Niewiele rozumiał po włosku, więc nie miał pojęcia o zagrożeniu. Spokojnie zapytał o miejsce noclegowe. Spokój ten udzielił się Giovannie. Złożyła dziennik razem z gazetą sportową, na wierzchu położyła wafelek i wskazała sąsiednią uliczkę.
– Proszę tam pójść i pytać. Na pewno będzie miejsce.
Tak zaczęła się ich znajomość. Strach ogarnął Krzysztofa trochę później, w momencie kiedy, usiadłszy nad gazetą, szukał w słowniku znaczenia terremoto i znalazł je akurat w chwili, gdy po raz wtóry zatrząsł się cały świat.
Sto, sto pięćdziesiąt metrów dalej przy skrzyżowaniu stał McDonald, należało skręcić w lewo – tu przejazd kolejowy był już otwarty. Za przejazdem wjeżdżało się w ulicę wiodącą ku bazylice dwoma rzędami parterowych domków. Miasteczko niewielkie, przytulone do bazyliki, ostatnimi czasy rozciągane wzdłuż drogi do stolicy. Sama bazylika ogromna, zwieńczona kopułą widoczną na wiele kilometrów, na kopule latarnia. Krzysztof zaparkował pod rzędem drzew obok placu, jak każdy uczciwy mieszkaniec zapalił światła awaryjne i wszedł na chwilę do otwieranego o tej porze kościoła.
– Boża Mamo Anielska...
Kiedy zjeżdżał do miasteczka, zawsze wchodził tutaj na parę chwil modlitwy – po zrozumienie, siłę, spokój. Ukryty podwójnie: w bazylice i w małej kapliczce, klęcząc, codziennościami zawracał głowę Najświętszej Matce.
– Boża Mamo Anielska, ja wiem – szeptał – że masz na głowie mnóstwo ważnych spraw, ale gdybyś miała chwilkę, spojrzyj, proszę, na nasz dom. Za parę godzin przyjadą Amerykanie, których pewnie znasz. Nie żebym się narzucał, ale pomóż, żeby się udało, bo ja obawiam się, że coś znowu potoczy się nie tak. Dziękuję za poranne wstanie. Coraz trudniej się wstaje, Boża Mamo Anielska. Czy jest w tym jakaś prawidłowość? Czy to znaczy, że już się człowiek starzeje? Przecież tak niedawno zaczęło się tutaj życie. Znowu pobolewa mnie głowa. Przedwczoraj byłem u lekarza i nie wiadomo, co mi jest. Na wszelki wypadek posmarowałem sobie kark maścią rozgrzewającą, gdyby się miało okazać, że to od zwykłego przewiania, ale jakoś nie do końca sam w to wierzę. Jeżeli uznasz za stosowne pomóc mojemu strachowi, to ześlij dobre rozwiązanie. Aha, dzisiaj wyjeżdża Antoni. Miej go, proszę, w swojej opiece. Oboje z Klarą martwimy się, bo to żywy chłopak i wszędzie go pełno. Czasami aż za bardzo. Niech nie wpadnie w kłopoty. Niespokojną jego głowę do siebie przytul. A tak poza tym to dobrze jest. Zaczął się dobry dzień, słońce jeszcze nie przypieka, w końcu do lata zostało jeszcze trochę czasu. Mateo chyba znowu zasnął i turyści w nocy dobijali się do drzwi. Ciekawe, czy będą skargi. Dzięki za Matea. Dzięki też za Marię i Kristinę. Wcześnie dzisiaj przyszły do pracy, żeby to wszystko ogarnąć. Dobre dziewczyny. Dzięki wielkie za rodzinę, za dom... Będę już jechać, bo czas mnie goni. Muszę jeszcze zajechać do Luki, a jak się uda, to skoczę do stolicy, tylko sam nie wiem kiedy. Albo od razu, albo zawiozę te warzywa i owoce, wpadnę na chwilę do klasztoru na górze i dopiero wtedy? Może lepiej tak? Msza jest o siódmej trzydzieści, a ja akurat obiecałem Franciszkowi... więc może lepiej tak? Tak, chyba tak zrobię. Jeszcze tylko pogadam z Luką. No to idę, Boża Mamo Anielska, idę w kolejny dzień, a ty mnie przez ten dzień przeprowadź. Pa!
Wyszedł z kapliczki i bazyliki, echem kroków napełniając główną nawę.
Luka mieszkał niedaleko. Za placem należało pojechać prosto aż do ronda, a tam skręcić w lewo. Potem jakiś kilometr prosto ulicą, zastawioną z obu stron domkami, w prawo na światłach (jedynych w miasteczku) i zaraz, tuż za zakrętem, stał dom Luki z wielkim podwórzem, z tyłu zaś były szklarnie, a za nimi sad.
– Witam, witam! – Do bramy podchodził, z daleka machając dłonią, mężczyzna przed pięćdziesiątką, z wysokim czołem otoczonym wiankiem czarno-siwych włosów. Czarny miał także wąs, ciemne oczy. Z dziada pradziada południowiec, jak sam twierdził. – Jak tam?
– Dobrze. – Krzysztof wysiadł z samochodu i podszedł do bramy. – A co u ciebie, Luka?
– Sam wiesz... – Luka uchylił skrzydło bramy i uścisnął Krzysztofowi dłoń na powitanie – ...różnie bywa. Wjedź na plac. Wszystko już prawie gotowe.
– Prawie? – zdziwił się Krzysztof, ale był w szoferce, więc Luka mógł udać, że nie słyszał pytania.
– Tutaj, tu! – Wskazał drogę i Krzysztof podjechał do końca placu, tuż obok wejścia do szklarni, przy drodze do sadu.
– Luka, chłopie! Co znaczy to "prawie"? Coś nie tak? Przecież jeszcze wczoraj dzwoniłem i wszystko było w porządku, tak? – Krzysztof otwarł szeroko ramiona, choć niepokój przycupnął w kącikach szarych oczu.
– Tak, tak, Kristof, pamiętam. Nie trzeba się denerwować. Będzie dobrze. Otwórz tył samochodu. Każę chłopakom wszystko zapakować, a my tymczasem może coś lekkiego przekąsimy?
– Buon giorno, signor Kristof. – Wysoki, szczupły chłopak ukłonił się, podchodząc do samochodu od strony sadu.
– Witam! Najpierw wstawcie owoce, potem wszystkie warzywa. Z chęcią wypiłbym małą kawę – zwrócił się do Luki. – Tutaj, na tarasie?
– Tutaj, zapraszam. – Weszli schodkami prosto na taras przykryty drewnianym dachem, oddzielony od salonu szklaną ścianą z rozsuniętymi drzwiami. Wiklinowe krzesła i stolik. Luka zniknął na chwilę w głębi. – Jak zwykle z dużą ilością mleka? – W rękach trzymał tacę, na niej parujące filiżanki, dzbanek, półsłodkie bułki.
– Jak zwykle – potwierdził Krzysztof.
Luka postawił tacę na stole, usiadł obok.
– Co słychać?
– Jakoś leci. A jak się interes kręci? – Krzysztof odbił pytanie.
– Dobrze, tylko czasami coś nie gra...
– Luka, tylko nie mów mi, że to akurat teraz! Ja dzisiaj będę miał na głowie cały dom. Do wieczora będzie pełny, przyjeżdżają Amerykanie. Luka, ja cię bardzo proszę! – Żartował, ale czekał na poważną odpowiedź.
– Nie no, nie jest tak źle. – Luka z rozmachem klepnął gościa po plecach. – Mamy wszystkie warzywa, jak chciałeś. Kłopot jest tylko z owocami.
– Jaki kłopot i z jakimi owocami? – Krzysztof znów się zaniepokoił.
– Mieli dowieźć wczoraj wieczorem ze stolicy, najpóźniej dzisiaj przed piątą, no i jeszcze nie ma. Najgorzej, że ja dzisiaj też jestem bez samochodu i nie mam czym przywieźć, bo sam bym pojechał, a tak? – Wzniósł ramiona w geście niemocy.
– Luka, Luka! Zawsze prosiłem, żebyś mnie informował wcześniej. – Krzysztof uspokoił się. – To jeszcze nie koniec świata. Dobrze się składa, że i tak jadę dzisiaj do stolicy. Zajrzę tam i sam odbiorę.
– Kristof! Kamień z serca mi zdjąłeś! – Luka znowu poklepał go po plecach z wyraźną ulgą.
– Ja tobie? Luka, który to już raz mam z tobą kłopoty, z których sam muszę siebie wyciągać? Czy ty to liczysz, człowieku?
– A kto by tam wyznawał się na tej całej matematyce! Ważne, że zdrowi jesteśmy!
– Jak ty mi będziesz robił takie niespodzianki, to ja już niedługo zdrowy będę. To co, nie masz w ogóle żadnych owoców?
– Nic a nic, będę z tobą szczery.
– To jest to, co w tobie cenię najbardziej. Ta twoja szczerość. Poniewczasie. Żeby mi tylko wystarczyło do niej cierpliwości... – Krzysztof rozejrzał się po tarasie. W dali można było podziwiać sad. – A jak tam twoje jabłka? Masz jabłka, prawda?
– Jabłek możesz brać, ile zechcesz.
– To zrobimy tak: powiesz chłopakowi, żeby zapakował mi z dwadzieścia kilo jabłek i zadzwonisz do stolicy, że ja przyjadę zamiast ciebie po towar. Za jakieś dwie godziny – spojrzał na zegarek – między ósmą a dziewiątą. Tylko niech już to będzie gotowe. Najlepiej, jak im powiesz, że jestem bardzo niezadowolony i chcę z tobą zerwać kontrakt, bo to już nie pierwszy raz. To ich nastraszy.
– No, ale to chyba tylko tak... Kristof, czy źle nam się pracuje?
– Luka, Luka! A co by się stało, gdybym nie zapłacił na czas? Czy źle nam się pracuje?
– Ech, Kristof, Kristof, ciebie to zawsze żarty się trzymają. – Uderzył w ten sam żartobliwy ton, ale zaraz zawołał chłopaka. – Dwadzieścia pięć kilo jabłek migiem! Pięć na koszt firmy – zaordynował, mrugając przy tym porozumiewawczo. – Usiądźmy jeszcze na chwilę, zanim skończy. To na długo przyjeżdżają?
– Kto? A, Amerykanie? Jak zwykle, na cztery dni. Potem jadą dalej na północ.
– Przyjadą, pojadą. Będzie dobrze... A co tam u Giovanny? – Luka zmienił temat.
– Chyba dobrze. Zajrzałem do niej po drodze. Mam gazetę i wiadomości sportowe. Słyszałeś o nowym zakupie naszego klubu? Ale pewnie to plotka. Skąd mieliby aż tyle pieniędzy?
– Tak, tak. – Niechętnie podjął temat Luka. – To byłby niezły wydatek, a przy kryzysie w tej branży...
– A u Giovanny wszystko w porządku. – Krzysztof wszedł mu w słowo, niby niechcący. – Z rana wszyscy jeszcze śpią. Tylko jakiś turysta kręcił się w pobliżu. Ciekawe, po co tam przyszedł tak wcześnie. Przecież najbliższy pociąg odchodzi za półtorej godziny.
– Jakiś znajomy turysta? – zapytał niby od niechcenia Luka.
– Bo ja wiem – Krzysztof powoli dolał sobie mleka – chyba ktoś z zagranicy, choć zdaje mi się, że twarz znajoma. Pewnie już tam się kiedyś kręcił. Wiesz, jak to jest: z wiekiem coraz trudniej zapamiętać twarze. Tyle ich się zresztą przewija.
– A, to może jakiś Niemiec?
– Może tak? Chociaż w takim razie dlaczego miałby kupować naszą gazetę? A może to Niemiec, co zna języki? A może ktoś inny?
– Może... – W głosie Luki brzmiała rezygnacja. Krzysztof, choć zapatrzony w horyzont, zauważył, jak towarzysz zmarszczył czoło i potarł je dłonią, Oznaczało to, że się martwi i denerwuje.
– A tak w ogóle to co u ciebie? – zapytał nagle Krzysztof. – Długo tak zamierzasz się obijać i nic nie robić?
– To znaczy co? – Luka nie nadążył za zmianą tematu.
– Jak długo zamierzasz tak się marnować? Wczoraj akurat rozmawialiśmy z Kiarą i zeszliśmy na twój temat.
– Naprawdę? – Wyprostował się, oderwał wzrok od horyzontu. – A co tam słychać u Kiary? Zdrowa?
– Zdrowa, dziękować Bogu.
– No i co?
– No i co "co"?
– Co mówiliście?
– A to, że powinieneś się ożenić. Stary chłop, po pięćdziesiątce, a jeszcze kawalerski stan mu w głowie! "Ustatkować się powinien", mówi Kiara, "majątek komuś zostawić, zrobić coś porządnego". I powiem ci szczerze, że się z nią zgadzam. Znajdź sobie w końcu kobietę i zacznij żyć! – Odstawił filiżankę i spojrzał Luce w oczy. – I co ty na to?
– Kristof! – Luka prawie modlił się do niego. – Jakby się taka znalazła, to ja bym od razu i bez czekania. Starzeje się człowiek, fakt, i trzeba coś zrobić. Tylko jakoś nie wychodzi...
– Nie wychodzi, nie wychodzi – przedrzeźniał go Krzysztof. – A może się nie staramy za bardzo?
– Staramy się, staramy, ale i tak nie wychodzi – zakończył z żalem Luka.
Krzysztof spojrzał na zegarek, już trzeba było wychodzić. Chwycił filiżankę.
– Zostaw, potem sam sprzątnę. – Luka odebrał mu naczynie i odstawił na tacę. Obaj wyszli na plac. Przy samochodzie jeszcze uwijał się młodzieniec. – Gotowe już?
– Tak, gotowe – odpowiedział i zamknął tył samochodu. – Można jechać.
– No to cóż, Luka. Będę jechał. Nie zapomnij zadzwonić, żeby wszystkie owoce były przygotowane, bo nie będę miał czasu czekać. Odwiedź nas w końcu. Kiara się ucieszy.
– Z chęcią. Jak tylko będę mógł. Może jutro albo w sobotę? Planujecie coś na sobotę?
– Ach tak, no przecież! – Krzysztof uderzył się w czoło, jakby dopiero teraz przypomniał sobie coś, o czym powinien pamiętać cały czas, i z miną winowajcy spojrzał w Luce oczy. – Planowaliśmy w sobotę takie małe spotkanie u nas w ogrodzie. Oczywiście czuj się zaproszony.
– Chyba będę mógł... – Luka udawał, że się głęboko zastanawia, przypominając sobie swój napięty starokawalerski grafik. – A o której?
– Tak pod wieczór. Nie jedz kolacji, żebyś mógł wszystko zmieścić. Jak znam życie i Kiarę, na pewno nie da nam umrzeć z głodu.
– A będzie ktoś jeszcze? – zapytał Luka, starając się, żeby to wyszło naturalnie. Nie udało się.
– Nie wiem, pewnie Maria, Mateo...
– To wszyscy?...
– A cóż jest złego w małym gronie przyjaciół? – Krzysztof odpowiedział pytaniem na pytanie, udając, że nie rozumie podtekstu. – No, może jeszcze Giovanna...
– Na pewno przyjdę! – Luka zgodził się trochę za szybko, więc dla zatuszowania wrażenia dodał: – Przyniosę jakieś dobre czerwone wino.
– Świetny pomysł. To do zobaczenia w sobotę! Aha – Krzysztof zatrzymał się jeszcze – zupełnie wypadło mi z głowy. Giovanna kazała cię serdecznie pozdrowić.
– Naprawdę?! – Radość Luki odbiła się w lusterku. – To do soboty! – Starał się przekrzyczeć silnik, machając na pożegnanie Krzysztofowi i spalinom.
Szybki powrót do domu. Ruch ciągle mały, przejazd kolejowy otwarty, machająca Giovanna po prawej, zaraz zakręt w lewo i po paru chwilach już dom. Dom, który powoli się budził. Śniadania wydawane są od wpół do ósmej, ale pierwsi pielgrzymi już wstali. W oknie na pierwszym piętrze oparta o parapet dziewczyna patrzy na miasteczko zwieńczone kopułą.
Krzysztof przejechał przez bramę, minął dom i zatrzymał się na wewnętrznym podwórzu, tuż przy drzwiach wejściowych do kuchni.
– Już jestem! – krzyknął w kierunku otwartych drzwi, mocując się z tylnymi drzwiami samochodu. – Już jestem – powtórzył, wnosząc pierwszą skrzynkę z pomidorami.
– To dobrze – odpowiedziała Maria. – Zaraz poślę Kristinę po Matea, żeby pomógł wnosić.
– Nie trzeba. Widział mnie i już tu idzie.
– Dać to pod okno? – Mateo stał w progu z kolejną skrzynką pomidorów.
– Tak, najlepiej w ten kąt. A ogórki obok. Jak przyjdzie Kristina, to się tym zajmiemy.
– Kristiny jeszcze nie ma? – zdziwił się Krzysztof.
– Jest, jest. Nie trzeba się niepokoić. Rozkłada talerze. Kristina!
– Słucham? – W drzwiach między kuchnią a jadalnią stanęła młoda dziewczyna. Wzrostu średniego, o ciemnych oczach i włosach, co nie dziwi w tej okolicy. Grube, czarne brwi, niski, trochę męski głos, wysmukłe palce dłoni, w których trzymała talerzyki.
– Dużo ci jeszcze zostało?
– Niedużo. Zaraz skończę i już pomagam. O, są warzywa i owoce? – Spojrzała w kierunku wnoszonych skrzynek.
– Niestety, owoców nie ma. – Krzysztof postawił kolejną skrzynkę na podłodze, wyprostował się, otrzepał dłonie o nogawki spodni. – Nie dowieźli Luce ze stolicy.
– To znaczy, że mamy same warzywa? – zapytała Maria, biorąc się pod boki.
– Nie, nie jest aż tak źle – zaprzeczył szybko. – Mamy dwadzieścia pięć kilo jabłek. Jabłka da się do śniadania, a po resztę pojadę sam. I tak miałem jechać. Przywiozę przed południem, tak że będą akurat na obiad i do kolacji. Może nawet będą świeższe?
– A Luka pewnie nawet nie przeprosił? – Marii najwidoczniej nie zadowalało takie załatwienie sprawy.
– Przeprosił, przeprosił. Nawet chciał kogoś słać do miasta, ale powiedziałem, że nie ma sensu, skoro i tak się tam wybieram.
– Signor to za dobry jest dla tego Luki. On wie, że może tak sobie pozwalać, i dlatego tak robi. Raz czy dwa nie dać mu zarobić, później zapłacić, to od razu by się poprawił. W końcu bierzemy hurtem, no to niech się trochę postara, matko jedyna! Za dobry jest signor dla niego. – Pokręciła z dezaprobatą głową, nachylając się nad skrzynkami. – A i pomidory mógł lepsze dać. Ogórki też takie sobie. Ja tam nie chcę się wtrącać, ja Lukę lubię, ale jak wzięłabym się za niego, toby się od razu nauczył.
– Aż taki zły to on nie jest – Krzysztof starał się bronić dostawcy, ale też i przy okazji siebie – tyle że ma za dużo rzeczy na głowie. Zresztą zapowiedziałem mu, że jeżeli się nie poprawi, to zrezygnuję z paru płatności.
– Tak, tak – z powątpiewaniem przytaknęła Maria – oczywiście. Kristina, kończ te talerzyki i weźmiemy się do krojenia. Jest coś jeszcze? – spytała stojących w drzwiach mężczyzn.
– Jeszcze jabłka – odparł Mateo. – Gdzie je postawić?
– A tutaj, przy zmywaku. Zaraz się je opłucze i rozłoży na stołach.
– Będę jeszcze potrzebny? – rzucił Krzysztof.
– Nie, już my tu sobie same poradzimy.
– To dobrze... – Krzysztof śledził swoją myśl, wiodąc wzrokiem po samochodzie, później po placu i jaśniejącym w porannym słońcu wzgórzu klasztornym. Jeszcze mnóstwo pracy w dniu dzisiejszym go czeka, a nie ma siódmej. Trzeba z pralni przywieźć świeżą pościel, trzeba zbudzić Klarę, trzeba do stolicy, należałoby odwiedzić Franciszka, coś zjeść. Rozmyślając tak, obszedł cały dom, dochodząc do placu przed wejściem. Przystanął niedaleko bramy i raz jeszcze odwrócił się w kierunku domu. Zamyślony wzrok zatrzymał na wysokości drugiego piętra.
"Dzień dobry" – odczytał raczej z ruchu nienaturalnie szeroko otwieranych warg, niż usłyszał przywitanie tkwiącej w oknie dziewczyny. Wszyscy jeszcze śpią, więc nie mogła krzyczeć, ale czytanie z ust nie nastręczyło mu trudności. Ot, zaleta wspólnego języka ojczystego. Krzysztof także odmachał jej, życząc w tym samym języku dobrego dnia. Potem wygładził fałdy koszuli, odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem przeciął ulicę.
– Pobudka. – Nachylił się nad uchem zwiniętej w kłębek Klary. – Trzeba wstawać. Zaraz będzie siódma.
– Już nie śpię, nie śpię. – Obróciła się w jego ramionach na wznak i przeciągnęła, ziewając szeroko i serdecznie. – Ale z chęcią bym jeszcze pospała. Wczorajszy dzień dał mi w kość.
– Mnie też, ale to już za nami. Dzisiaj to dopiero będzie z naszymi gośćmi. Nic to, jakoś przetrwamy. – Starając się uspokoić samego siebie, pocałował Klarę, wstał i podszedł do okna. – Piękny widok – zachwycił się jak niemal każdego ranka.
– Masz ochotę na małe śniadanko czy znowu zjadłeś coś u Luki? – zapytała, zrzucając z siebie koc i szukając szlafroka. – Gdzieś tu były moje kapcie... – zamruczała, widząc, jak śledzi taniec jej bosej stopy pod łóżkiem. – O, już są. No to jak? Małe co nieco?
– Z chęcią. – Odprowadził ją do schodów, szepcząc do ucha. – Jestem nieprzyzwoicie głodny...
– Zdecyduj się w końcu, na co masz ochotę. – Przystanęła, popatrzyła mu w oczy.
– Niestety, tylko na jedzenie – odpowiedział, spoglądając na zegarek.
Wzruszyła ramionami i zbiegła po schodach.
– Cicho! Antoni jeszcze śpi! – ostrzegł teatralnym szeptem.
– No to nie sycz na schodach, tylko chodź tutaj! – Równie teatralny szept dobiegł z kuchni.
Zszedł na dół.
– Co zjemy?
– A na co masz ochotę?
– Coś lekkiego. Najchętniej jakaś jajecznica albo jajko na twardo. A jeszcze lepiej byłoby odgrzać twoje wczorajsze spaghetti. Bardzo mi smakowało!
– Nic z tego. Zjemy sałatkę z pomidorów i ogórków, serek i może chudą szyneczkę. I jajko. Herbata czy kawa?
– Kawę już piłem u Luki. Herbata.
– A może jogurt? – spytała, stojąc przed otwartą lodówką. – Truskawkowy czy malinowy?
– Wiśniowy, jeżeli można prosić.
– Wiśniowy, proszę. – Postawiła przed nim jogurt i paczkę płatków.
– Wyobraź sobie – powiedział niewyraźnie między jedną a drugą łyżeczką jogurtu – że Luka nie miał owoców. Nie dowieźli mu ze stolicy.
– Tak, tego akurat można się było po nim spodziewać. Zawsze coś wymyśli albo czegoś mu nie dowiozą. Ty oczywiście zrobiłeś groźną minę i powiedziałeś, że znajdziesz sobie lepszego dostawcę, tak?
– Skąd wiesz, kochanie? – Uniósł niby zdziwione brwi, w oczach igrał mu figlarny ognik.
– Ile lat cię znam? No ile? – Klara usiadła obok, jedną dłonią zwichrzyła Krzysztofowi włosy, drugą chwyciła łyżkę z zamiarem poczęstowania się jogurtem.
– O, wypraszam sobie! Najpierw nie wierzy się w moje słowa, a potem pozbawia się mnie mojego jogurtu. Protestuję!
– Protest oddalony – stwierdziła beznamiętne i zanurzyła łyżkę w wiśniowej masie. – A co Luka na to powiedział?
– Jak to Luka. Przeprosił i obiecał, że to więcej się nie powtórzy.
– A ty uwierzyłeś? Lubię Lukę, ale czasami przesadza. Powinieneś go bardziej pilnować, signor Kristof. – Pocałowała go w ucho.
– Ale za to zemściłem się okrutnie...
– O, znowu była mowa o Giovannie?
– A tak. Uderzyłem z grubej rury i powołałem się na ciebie, że ubolewasz nad tym, że czas marnuje. Przyznałem też, że oboje jesteśmy zdziwieni tym, że nie zamierza się ustatkować.
– I co, ta sama śpiewka?
– Tak jak zawsze. On na to, że bardzo chciałby, i wypytywał o Giovannę, czy przypadkiem widziałem ją, jadąc do niego. Przyznałem, że oczywiście tak, tylko że była zajęta rozmową z jakimś turystą, który zawracał jej głowę jakimiś nieistotnymi pytaniami. Biedny Luka starał się pocieszać myślą, że to jakiś zagraniczny turysta, na co ja, że chyba mało prawdopodobne, bo kupił lokalną gazetę, a na co obcokrajowcowi nasza gazeta?
– Krzysztofie, jesteś okrutny.
– Nie byłem okrutny do końca. Dałem mu cień nadziei pod postacią sobotniego spotkania.
– A konkretnie?
– Przypomniałem sobie o spotkaniu, które organizujemy w naszym ogrodzie pod wieczór. Jeśli przypadkiem nie pamiętasz, to przypomnę. Zaprosiliśmy paru przyjaciół: Marię, Matea, Lukę i... Giovannę. Jak usłyszał o Giovannie, zaraz obiecał przynieść ze sobą czerwone wino. Mam nadzieję, że będzie to wino z jego słynnej winnicy. Jeżeli nie, zrzucę go ze schodów, a Giovannę wydamy na pożarcie pierwszemu przechodzącemu mężczyźnie.
– Z jakich schodów? W ogrodzie nie mamy schodów!
– Podstępem ściągnę go do naszej sypialni i stamtąd go wypchnę!
– Zaraz, zaraz! A w ogóle to kto ma przygotować ten wieczór?
– Ty, kochanie... my! – poprawił się szybko, patrząc w oczy Klary. – My, oczywiście.
– No, chyba że tak. Zapraszam do śniadania.
Na stole leżały pokrojone bułki, masło, sałatka z pomidorów, ogórków, do tego trochę cebuli, serek i jajko ugotowane na miękko.
– Smacznego.
Widok za oknem miał w sobie spokój. Włosy Klary powoli wypełniały się światłem. Słońce było dopiero na początku drogi, z ogrodu sączył się lekki chłód porannej rosy. Wszędzie cisza. Gdzieś w oddali tykał zegar, Antoni obrócił się w niespokojnym śnie na drugi bok, drogą przejechał jakiś zagubiony samochód, kawałki żwiru toczyły się po szosie.
– Dobrze, że jesteś – szepnęła Klara, dotykając palcami jego dłoni.
– Dobrze, że jesteś – odpowiedział jak echo, głowę położył na wyciągniętym ramieniu i mrugnął do niej, marszcząc porozumiewawczo nos. – Ciekawe, jaki to będzie dzień. Mam nie najlepsze przeczucia.
– To będzie dobry dzień. Jak zwykle pójdziesz do Franciszka, potem pojedziesz do miasta. Maria z Kristiną przygotują bardzo dobry obiad, tak że nawet Amerykanie będą zachwyceni, potem przyjdzie popołudnie, po nim wieczór, a po kolacji siądziemy sobie w ogrodzie z tyłu domu pogapić się trochę na noc. To będzie dobry dzień. – Pogładziła go po włosach, wichrząc je nad czołem.
– Zapomniałaś o Antonim. Dzisiaj wyjeżdża.
– Nie, nie zapomniałam... Trzeba będzie go spakować i wyprawić na autobus. To wszystko. A może to jednak za wcześnie na samodzielny wyjazd? – Nagle zaniepokojona wyprostowała się.
– Słońce moje, przecież już to omawialiśmy. Dzwoniłem do Boba i obiecał, że jego kierowcy będą na niego specjalne uważać. Poza tym jedzie Małgorzata, – jego najlepsza pilotka. Antoni przez większość drogi i tak będzie spał, niemal całą noc, a jak rano dojedzie do kraju, to tam już będą czekać na niego dziadkowie. Nic złego się nie stanie, to nie jest w końcu mały chłopak. Ma już swoje lata...
– Boże, jak ten czas leci... – Przysunęła się bliżej i wsparła na jego ramieniu. – A pamiętam początek, jakby to było wczoraj...
– Tak. Wyszedł nam całkiem dobry czas, ale szczerze mówiąc, jestem już trochę zmęczony. Ot, choćby dzisiaj Luka.
– Ale to dobry człowiek. Sam wiesz.
– Ja nie mam nic przeciwko niemu, tylko dlaczego akurat na mnie musi się to odbijać? Wiesz przecież, jacy potrafią być Amerykanie. – Wsparł brodę na łokciu i zmarszczył czoło, bacznie wpatrując się w przestrzeń. – Nic to – omiótł spojrzeniem spustoszony stół – trzeba się wziąć do roboty. Która godzina?
– Kwadrans po siódmej.
– Niedobrze. Zasiedziałem się i będę musiał teraz pojechać do Franciszka!
– Wolisz gonić piechotą?
– Wolę piechotą, ale nie zdążę. Zbudź Antoniego około ósmej. Niech się weźmie do pakowania. Aha, sprawdź, czy cała pościel została wyprana. Musi być gotowa na dziesiątą. Pa! – Pocałował Klarę stojącą w drzwiach kuchni, podszedł ku wyjściu, ale jeszcze zawrócił, na palcach wszedł do sąsiedniego pokoju. W łóżku pod oknem spał Antoni, jak matka zwinięty w kłębek z fałdem koca pod głową. Ostrożnie nachylił się i pocałował syna w czoło. – No to do później – szepnął do Klary i wyszedł.
Szybkim krokiem udał się do samochodu, zostawiając po drodze uchylone drzwi wejściowe do domu pielgrzyma, zza których dobywało się miarowe stukanie, przerwane nagle hukiem spadającego ciężko przedmiotu.
– Mateo... – Z wyrzutem spojrzał w kierunku drzwi. Mateo nie wytrzymał, wziął się za tablicę wcześniej, niż zaplanował, i właśnie wszystkich zbudził, a nic nie nastraja turystów tak źle jak nieudany początek dnia. Krzysztof jednak nie miał czasu na połajanki, wskoczył do auta i zapalił silnik.
Droga do Franciszka najpierw wiodła pod górę. Po obu stronach od czasu do czasu garbiły się oliwne drzewa. Ostatnie dwa stały na baczność przed drogą główną, na którą Krzysztof nagle wyjechał. Z tyłu ktoś zatrąbił, zaskoczony. Krzysztof szybko minął parking dla autobusów po lewej, przejechał pod trzynastowieczną bramą, dalej trochę pod górkę i... już. Zaparkował na poboczu uliczki tuż przy placu, który przebył prawie biegiem, zatrzymał się dopiero w bramie dolnego kościoła. Odkłonił się wychodzącemu akurat franciszkaninowi. W nagłym półmroku ciemnej nawy instynktownie znalazł święconą wodę, zrobił znak krzyża, zwolnił krok. W głębi kościoła, przy ołtarzu głównym, trwała już msza. Odprawiał ojciec Tome, jak zawsze o tej porze. Krzysztof usiadł w ławce za kratą, żeby nie przeszkadzać. Msza prawie szeptana, niewielu wiernych, w większości zawsze tych samych. Od czasu do czasu zbłądzi tu paru pielgrzymów, ale to rzadkość o tej porze roku. W pełni lata zdarza się nawet cała grupa, ale teraz jeszcze za wcześnie. Spojrzał w lewo – Susana. Odkłonił się starszej kobiecie. Mieszka niedaleko, mąż od dziesięciu lat na łonie Franciszka, jak mawia, a ona ciągle jeszcze u jego stóp. W pierwszej ławce przy samym ołtarzu brat Santiago z Hiszpanii. Obok niego Giacomo – sklepikarz sprzedający owoce na rogu, niedaleko bramy. Na znak pokoju ojciec Tome składa na korporale Ciało Pańskie i idzie między wiernych, by każdemu osobiście przekazać znak pokoju.
– Pokój i dobro, Kristof. – Ujął przy tym jego prawą dłoń i pogładził pochyloną głowę.
– Pokój z tobą, ojcze.
– Jak tam dom, Kristofie? Wszystko dobrze? – Wczesna msza to msza niespieszna. Jest czas na wszystko.
– Dobrze, ojcze – potwierdził.
– To dobrze, Kristofie. Przekaż ode mnie pozdrowienia Kiarze i Antoniowi. – Poklepał go po ramieniu. Poszedł dalej. Właśnie trzyma w dłoniach rękę Giacoma, a sklepikarz coś szepcze nachylony. Potem komunia, pieśń pożegnalna i... cisza. Zakrystianin gasi światła nad ołtarzem i w całym kościele zapada w półmrok rozpraszany oświetlonym zejściem do krypty.
– Buon giorno, Kristof. – Zawsze jest tak samo. Krzysztof klęczy w ławce, a wychodzący, mijając go, klepią po ramieniu, życząc dobrego dnia.
– Buon giorno, Susana, buon giorno, Giacomo, buon giorno, Marco, buon giorno, Andre, buon giorno, Marta... – Naprawdę niewielu obcych przychodzi na poranną mszę.
Gdy już wszyscy wyjdą, Krzysztof schodzi na moment do krypty pomodlić się przy samym grobie. To jedyny moment dnia, kiedy można zawrócić głowę Franciszkowi sam na sam. Zaraz przyjdą pielgrzymi, zrobi się tłok. Jeden przez drugiego będą dziękować świętemu i uciszać jednocześnie współbrata – miejsce święte w końcu.
– Franciszku... – Cichy szept Krzysztofa w grocie jest prawie nieobecny. Wąska i krótka nawa, kończąca się głównym ołtarzem opartym o grób, nie niesie głosu daleko. Krzysztof wie, że Franciszek usłyszałby i bez szeptu, ale jakoś szept do tego miejsca i czasu pasuje. Zresztą zostało mu to jeszcze z dawnych czasów. – Franciszku, jak tam dzień? Mój zaczął się tak sobie. Rano Luka nie miał warzyw, a jakieś pół godziny temu Mateo zrobił pobudkę twoim pielgrzymom, wykorzystując do tego tablicę ogłoszeń. Pewnie jest tam teraz sądny dzień. A to jeszcze nie wszystko: dzisiaj przyjeżdżają Amerykanie. Ja wiem, że trzeba kochać bliźnich, ale... Tak między nami, to najchętniej uciekłbym na te parę dni... Pozdrowienia od Bożej Mamy. Byłem już dzisiaj rano w miasteczku i zajechałem do kapliczki na parę minut, jak jechałem do Luki. W domu wszystko dobrze. Trochę dał nam w kość ten ostatni tydzień, ale da się wytrzymać. Klara miała dzisiaj słońce we włosach, a Antoni jeszcze pewnie śpi. Miej go w swojej opiece, bo dzisiaj wyjeżdża. Po raz pierwszy sam, i to tak daleko. Na północ, do dziadków. Niech mu się dobrze jedzie. A, na sobotę umówiłem spotkanie. Może tym razem się uda i w końcu Luka powie coś Giovannie? Myślisz, że się odważy? Ja już powoli zaczynam tracić nadzieję. W związku z tym po prostu składam to na twoje barki. My z Klarą robimy, co możemy. On będzie się chyba całą wieczność zbierał, żeby to w końcu z siebie wydusić, więc proszę o wsparcie. No nic, nie zawracam ci więcej głowy...
– Proszę, proszę, ostrożnie na schodach! – Tubalny głos dochodzący z góry stłumił i powstrzymał szept Krzysztofa. – A to jest właśnie grób Świętego Franciszka. – Głos należał do wysokiego mężczyzny ubranego w czarny franciszkański habit. Górował nad zbitą wokół jego osoby gromadką starszych osób, głównie pań. – Tam, ponad ołtarzem – wyciągnął przed siebie parasol (po co mu parasol?), wskazując zwieńczenie nawy – jest trumna, w której złożono doczesne szczątki duchowego ojca naszego zakonu. Podejdźmy teraz bliżej i pomódlmy się razem. – Grupka ruszyła nawą, zajmując po drodze wolne ławki. Obok Krzysztofa uklękły dwie kobiety. W ławce zrobiło się ciasno.
– W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego... – Zakonnik rozpoczął modlitwę w ojczystym języku Krzysztofa. Chóralne "amen" przepłoszyło resztki ciszy. – Podziękujmy naszemu świętemu patronowi wpierw za szczęśliwą podróż. Podziękujmy za naszych panów kierowców, którzy nas szczęśliwie dowieźli na miejsce, za naszą panią pilotkę Magdę, która o nas dba. Ojcze nasz...
Obok mnicha stała młodsza kobieta. Lat najwyżej dwudziestu kilku, trzymała w dłoni książkę i złożoną naprędce mapę. Jasne włosy nie pasowały do wyobrażenia, które miał Krzysztof o jej imieniu. Magda włosy ma czarne i niespokojne jak bezksiężycowa noc.
– Pomódlmy się także w intencjach, w których przybyliśmy w to miejsce. Pamiętajmy o naszych rodzinach, bliskich i znajomych. Módlmy się też za tych, których nie potrafimy kochać lub których kochamy jeszcze za mało. Zdrowaś Mario...
Już się zaczęło. To pierwsza grupa, zaraz będzie kolejna i następna i tak aż do wieczora. Każdy chce choć przez chwilę zawrócić głowę świętemu prośbą o pomoc i nikt nie jest tutaj wyjątkiem.
– Przepraszam. – Szept Krzysztofa zrobił piorunujące wrażenie. Do tego też zdążył się przyzwyczaić. Żadna z obu pań nie spodziewała się usłyszeć prośby w swoim języku. – Przepraszam, mógłbym przejść?
– Jeżeli ktoś chce złożyć w ofierze świętemu świecę, znajdzie ją zaraz przy kratach. Obok można wrzucić co łaska do skarbonki.
Tubalny głos księdza objaśniającego zasadę ofiarowania świec towarzyszył Krzysztofowi na schodach do dolnego kościoła. Tutaj też powoli zaczynał się ruch. Kilkuosobowe grupki szukały na ścianach śladów Giotta. W drewnianej budce przy wyjściu już siedział braciszek zakonny od porad, pamiątek i wszelkich spraw pielgrzymich. Pomachał Krzysztofowi sięgającemu po święconą wodę. Krzysztof odmachał mu po znaku krzyża i wyszedł na zewnątrz. Słoneczny plac piął się w górę ku miastu, górnemu kościołowi lub pochylał się całą swoją powierzchnią w kierunku bramy, za którą stał zaparkowany samochód. Ciepło dnia, jeszcze bezpieczne, masowało ramiona. Zanim wsiadł do auta, jeszcze raz się odwrócił, spojrzał na oba kościoły, na pnącą się w niebo gotycką wieżę, na przyklejony do kościołów klasztor. W tym momencie dzwony zabiły na początek dnia.