Widzę Cię
Wcześniej
Zdążyło się już ściemnić, gdy do siedziby korporacji studenckiej z Gotlandii napłynęła ponad setka wystrojonych studentów, żeby wziąć
udział w najgłośniejszej imprezie roku. Zabawowy nastrój panował już w holu, gdzie wszyscy tłoczyli się przy szatni i w kolejce do odhaczenia
na liście gości. Trzymał ją tak zwany trzeci kurator szefujący
działalności klubowej, młody mężczyzna odziany w worek z doklejonymi
kawałkami szarego owczego runa dla podkreślenia tematyki imprezy. Na
głowie miał czapkę z owczej skóry z potężnymi rogami sterczącymi mu nad
uszami. Przyszła bowiem pora biesiady z głowizną jagnięcą. Pierwsza taka
biesiada odbyła się w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym roku. Przeszła
następnie w doroczną tradycję, która ani razu nie została złamana. W życiu studenckim Uppsali była uważana za ważne wydarzenie, bilety
wyprzedały się na pniu, a oczekiwania były ogromne.
Tłum gości sunął powoli po schodach do baru, gdzie serwowano szampana.
Bar znajdował się w reprezentacyjnym salonie umeblowanym w stylu
gustawiańskim, z kryształowymi żyrandolami zwisającymi z wysokiego
sklepienia, a na ścianach znajdowały się portrety olejne wcześniejszych
inspektorów korporacji studenckiej. Na imprezę przyszli nie tylko
studenci z Uppsali, ale również członkowie zaprzyjaźnionej korporacji
Hallandu w Lundzie i ?bolandu w ?bo1, jak również kilkoro gości
honorowych.
Obowiązywał strój nieformalny, niemniej elegancki; młodzi mężczyźni
wystąpili w większości w garniturach, a dziewczyny miały wizytowe
sukienki. Charakterystyczny dla dzisiejszych czasów indywidualizm
wyrażał się dyskretnie w wymyślnym kroju ramion, pleców i dekoltów albo
- u mężczyzn - we własnoręcznie wiązanych muchach w oryginalne wzory.
Niektórzy mieli tylko białe koszule i krawaty z wełny owczej.
Rozradowani goście z kieliszkami szampana w dłoniach stali w grupkach,
wyraźnie było widać, że potrafią zachować się na salonach, byli
wypachnieni i dobrze wychowani.
Gwar wesołych rozmów przerwał nagle odgłos stukania w podłogę. Oczy
wszystkich gości zwróciły się na marszałka korporacji, wysokiego młodego
człowieka w uroczystym stroju akademickim, na który składał się frak z czarną kamizelką, czapka studencka i rękawiczki. Na piersi wstęga
orderowa w kolorach bieli, bordo i błękitu, a na niej metalowa plakietka
z godłem korporacji. Marszałek trzymał w dłoniach dwumetrowy pal z zatkniętym na nim łbem barana rasy gute o wspaniałych wygiętych rogach.
Tym palem stukał w podłogę dla przyciągnięcia uwagi zebranych, którzy
zostali teraz zaproszeni do stołów.
Beztroski gwar przeniósł się do sali bankietowej z wielkimi oknami
wychodzącymi na lśniące wody Fyris?n, imponującą sylwetę katedry i jasną, piękną fasadę Upplandsmuseet. Widoku można się było tylko
domyślać w listopadowym mroku rozjaśnionym jedynie przez latarnie i mocno świecący księżyc.
Budynek korporacji gotlandzkiej jako jedyny wśród trzynastu siedzib
organizacji studenckich w Uppsali znajdował się po "niewłaściwej"
stronie rzeczki przepływającej przez centrum miasta. Wszystkie pozostałe
mieściły się po drugiej stronie. Gotlandczycy argumentowali, że Fyris?n
przedstawia Bałtyk, w związku z czym ta lokalizacja jest całkiem
uzasadniona.
Na długich stołach bankietowych pięknie nakrytych lnianymi obrusami i białą porcelaną paliły się świece. Ledwo wszyscy zdążyli usiąść na
swoich miejscach, gdy zaczęto nalewać do szklanek napitek typowy dla
Gotlandii, czyli piwo warzone na słodzie, gałązkach jałowca i chmielu, o szczególnym dymnym aromacie. Przepisów na to piwo było zapewne tyle
samo, co gmin na Gotlandii, dlatego mogło różnić się smakiem. Szklanki
zostały szybko napełnione ciemnożółtym, mętnym płynem.
Student prawa Erik Bygdeman zajął właśnie miejsce obok swojej
towarzyszki przy stole, gdy w jego kieszeni zawibrował telefon.
Zignorował go. W sobotni wieczór esemes mógł pochodzić tylko od dwóch
osób: od jego dziewczyny Amandy, która pisała do niego, jeśli spędzali
weekendowy wieczór osobno, albo od mamy, chcącej rozprawiać o jakichś
dyrdymałach, byle zabić czas. Tym razem na pewno nie była to Amanda.
Jego dziewczyna została usadzona w nieprzyjemnie dla niego dużej
odległości, przy stole w drugim końcu sali. Na dodatek widok na nią
zasłaniał mu filar, więc za każdym razem, gdy chciał na nią spojrzeć,
musiał się wychylić. W tym momencie była bardzo zajęta rozmową ze swoim
sąsiadem przy stole, przystojnym i charyzmatycznym kuratorem korporacji
Gabrielem Ellingiem. Że też akurat musiała usiąść obok niego, na jednym
z najbardziej pożądanych miejsc na bankiecie. Trudno było nie dostrzec,
że Gabriel był nią zainteresowany, Erik zauważył to już dawno temu. A Amanda bynajmniej nie okazywała dezaprobaty dla jego przymilnych
uśmiechów i nachalnych spojrzeń, dotykania jej ręki dla podkreślenia
swoich słów, ani też gdy odgarniał jej kosmyk włosów z twarzy intymnym
gestem, który powinien być zastrzeżony dla jej chłopaka.
Erik poczuł, jak w środku przetacza mu się jakiś głuchy pomruk. Znał to
uczucie, ale pomyślał, że nie pozwoli, by mu zepsuło ten wieczór. Starał
się odepchnąć od siebie zazdrość i skupić się na swojej sąsiadce. Ubrana
na czarno blondynka powiedziała mu, że ma dwadzieścia dwa lata i studiuje ekonomię. Nie znał jej wcześniej, wydała mu się dość pospolita
i nudna, prawdopodobnie nie będzie miał ochoty poznać jej bliżej. I choć
właśnie przyrzekł sobie uważać z piciem, kiedy wypił swoje piwo, wziął
kolejne.
Dziewczyna grająca rolę zapiewajły wzięła do ręki mikrofon i zaintonowała pierwszą piosenkę biesiadną ze śpiewnika, którego
egzemplarze wszyscy uczestnicy spotkania znaleźli przy swoich
nakryciach. Potem były przystawki popijane wódką, przeplatane
przemówieniami i śpiewami w dialekcie gotlandzkim, czemu towarzyszyły
różne "ćwiczenia gimnastyczne". Trzeba było a to wejść pod stół, a to
stawać na krześle i wyciągać do góry ręce.
Potem nastąpił punkt kulminacyjny, czyli rozpoczęto serwowanie drugiego
dania. Skrzypek zaczął grać gotlandzki marsz panny młodej, a goście do
taktu uderzali dłońmi w stół, gdy do sali weszła tanecznym krokiem grupa
młodzieńców niosących wielkie półmiski pełne grillowanej głowizny
jagnięcej. Jedynym ubiorem tych kelnerów były przepaski na biodrach i baranie czapki z rogami. Każdy gość dostawał pół głowizny, do tego purée
z brukwi, marchwi i ziemniaków oraz kieliszek wódki. Trzymając się
tradycji, należało wykroić oko jagnięcia i soczewkę wrzucić do wódki, a następnie opróżnić kieliszek jednym haustem.
Podczas całej kolacji Erik starał się nie patrzeć w stronę swojej
dziewczyny i jej sąsiada przy stole. Miał świadomość, że jego zazdrość
jest spowodowana brakiem pewności siebie i że powinien nad nią
zapanować. Zawsze było z tym gorzej, kiedy pił, a więc starał się
kontrolować picie, co jednak było trudne, bo wciąż wznoszono kolejne
toasty. Sprawy nie ułatwiało to, że pił na pusty żołądek. Głodny był już
od przyjścia, a na połówce jagnięcej głowizny nie było wiele do
jedzenia. Postarał się, na ile to było możliwe, wykroić policzek, ale
wyszło nie więcej niż kilka kęsów. Na szczęście restauracja w centrum
serwująca hamburgery była w weekendy otwarta do późna. Zdecydował, że
tam pójdzie, kiedy biesiada się skończy.
Erik prowadził uprzejme rozmowy z siedzącymi po jego prawej i lewej, jak
również po przeciwnej stronie stołu, ale żadna z tych osób go nie
zainteresowała. Czuł, jak telefon raz za razem wibruje w jego kieszeni,
ale nie chciało mu się odbierać. Nie miał siły rozmawiać ze swoją mamą.
Pojawił się chór, który zaczął występ od szesnastowiecznego
wielogłosowego madrygału. Chórmistrz wyjaśnił, że to pieśń o miłości,
ale Erik podejrzewał, że w gruncie rzeczy chodzi tylko o seks. Madrygał
nosił tytuł Come again.
Erik odważył się w końcu spojrzeć w stronę Amandy. Jej krzesło było
puste, podobnie jak jej towarzysza przy stole. Znów poczuł niepokój. Już
nie słuchał pieśni płynącej z estrady ustawionej na ten wieczór.
Rozejrzał się po pomieszczeniu w nadziei, że Amanda rozmawia z przyjaciółmi przy jakimś innym stole. Jednak nigdzie jej nie widział. W głowie miał gonitwę myśli. Może poszła do toalety? Ale dlaczego,
korzystając z okazji, nie przeszła obok niego, żeby spytać, jak się
bawi, a może nawet dać mu całusa i w ten sposób pokazać Gabrielowi i całej reszcie, że są parą? Że są ze sobą? Mogłaby go spytać, czy chce
jej towarzyszyć? Im dłużej myślał nad tym, dlaczego wolała tego nie
zrobić, tym gorszy miał nastrój. Po prostu wymknęła się, nie zwracając
na niego najmniejszej uwagi. W dodatku z tym przypochlebnym Gabrielem.
Kurde, co oni właściwie robią? I gdzie się podziali?
Jak przez mgłę widział, że goście klaszczą, widocznie chór zakończył
występ, ale zupełnie nie zwracał uwagi na to, co się wokół niego dzieje.
Szybko nalał do szklanki gotlandzkiego piwa i opróżnił ją w kilku dużych
łykach. A potem zerwał się z krzesła i wypadł z sali, ledwo
powstrzymując zdenerwowanie. Po drodze przewrócił komuś kieliszek wina,
usłyszał okrzyk jakiejś kobiety, a potem odgłos szkła, które rozbiło się
na podłodze, ale nie zatrzymał się, jakby nic się nie stało.
Szybko przeszedł przez bar. Nie było ich tam. Zbiegł po schodach i skręcił do toalet zaraz za szatnią, w której teraz nie było nikogo. Trzy
kolejne toalety były puste, ale w drzwiach największej, przeznaczonej
dla niepełnosprawnych, zamek świecił się na czerwono. Na wszelki wypadek
ostrożnie nacisnął klamkę. Rzeczywiście była zamknięta.
Stanął i czekał z walącym sercem. Poczuł suchość w ustach. Zacisnął
mocno pięści, ledwo mógł ustać spokojnie. A jeśli wyjdą stamtąd razem...
to, kurde, co wtedy zrobi?
Oblizał wargi. Musiało minąć wiele minut. Co oni wyprawiają? Rozejrzał
się. W pobliżu nie było nikogo. Zakradł się pod drzwi i nasłuchiwał, co
dzieje się po drugiej stronie. Żadnych odgłosów. Kompletnie nic.
Czy Amanda jest w środku z Gabrielem? Już chciał załomotać w drzwi i właśnie podniósł rękę, gdy drzwi się otworzyły. Ukazała się w nich
dziewczyna, którą wcześniej widział w szatni. Była blada i wyglądała na
zawstydzoną.
- Przepraszam, że to trwało tak długo - powiedziała. - Nie czuję się
dobrze, mam koszmarny okres. Rozumiesz...
Przewróciła oczami, wzruszyła ramionami i przepchnęła się obok niego,
gdy tak stał kompletnie zaskoczony. Czy Amanda zmyła się, nic nie
mówiąc? Ale zaraz, przecież razem oddawali kurtki do szatni i on ma
numerek. Przeszukał kieszenie. Jest. Czyli jednak nie wyszła. Telefon
ponownie zawibrował. Może to Amanda? Niezdarnie wyjął telefon i zdążył
odebrać, zanim jeszcze sygnał wybrzmiał. Słuchał, nic nie mówiąc.
Następnie rozłączył się i włożył telefon z powrotem do kieszeni. Nie
wahając się, podszedł do szatniarki, odebrał kurtkę i wyszedł z siedziby
korporacji.
Przed budynkiem było ciemno i zimno. W drzwiach stało kilku ochroniarzy,
wokół wejścia zbierali się ludzie. Wkrótce zacznie się zabawa po
kolacji. Będzie zespół grający na żywo, czyli do końca imprezy jest
jeszcze daleko. Erik szybko wyminął stojących, żeby nie musieć
rozmawiać, gdyby był wśród nich ktoś znajomy, skręcił za róg i przeszedł
przez pustą jezdnię tuż obok parkingu dla rowerów, a następnie ruszył w stronę rzeki. Zdał sobie sprawę, że jest bardzo pijany, bo nie potrafił
iść prosto.
Za krzakami rosnącymi wzdłuż ulicy stały jakieś ławki. Tu, w dole było
cicho i spokojnie. Ciemne wody mieniły się w świetle księżyca. Wznosząca
się po drugiej stronie katedra ze swoimi wysokimi, czarnymi wieżami
wyglądała niemal przerażająco.
Opadł na ławkę stojącą w głębi, tuż nad wodą, i czekał, jak miał
przykazane. Mijały minuty. Rzeka płynęła szybko do spadku koło młyna i dalej po kamieniach pod Dombron2. Sięgnął do kieszeni po
papierosa. Zapalił i zaciągnął się kilka razy dla uspokojenia.
W brzuchu mu zaburczało, był głodny po tej marnej kolacji.
Nagle usłyszał chrzęst żwiru na ścieżce, ktoś znajdował się tuż za nim.
Nie zdążył się obejrzeć, wszystko działo się zbyt szybko. Poczuł na
ramieniu ciężką dłoń, która go przytrzymała, a w następnej chwili
ukłucie w szyję.
- Co jest, kurwa?
Nie rozumiał, co się dzieje. Upuścił papierosa i siedział jak
sparaliżowany. Zrobił się dziwnie ociężały i sztywny.
Coraz trudniej było mu oddychać. Udało mu się podnieść z ławki i gdy
szarpnął kołnierzyk koszuli, chcąc go rozpiąć, potknął się. Potem się
poślizgnął, stracił równowagę i runął głową do rzeki, tuż przy spadku.
Lodowata woda płynęła szybko, w uszach miał szum, zachłysnął się.
Próbował machać rękami, ale go nie słuchały. Jego ruchy były powolne i niezdarne. Usiłował stanąć na nogi i wydostać się z rzeki, ale zamiast
tego ślizgał się na kamieniach, a bystrze pociągnęło go w stronę wirów.
Ze wszystkich stron otaczała go czarna woda. Nad sobą widział
niewyraźnie powierzchnię i światło latarń. Rozpaczliwie starał się
wypłynąć, ale ręce nie dawały rady. Chciał otworzyć usta i krzyczeć, ale
nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Ostatnie, co zobaczył Erik, to
ciemne listopadowe niebo i księżyc, który zaszedł za chmurę.
Jego ciało spłynęło z nurtem i w tym momencie spadł grad.
Było słoneczne popołudnie, przełom lata i jesieni, czyli taka pora roku,
gdy Gotlandia jest najpiękniejsza. Droga do osady rybackiej Djupvik
biegła prosto jak strzała przez gęsty las mieszany z rosnącymi na skraju
szosy wysokimi sosnami. Co pewien czas krajobraz otwierał się szeroko na
pola, z których już zebrano plon. Woda była wciąż ciepła po długim
upalnym lecie, turyści odjechali, zaległ spokój. Mieszkańcy Gotlandii
odzyskali dla siebie zarówno Visby, jak i piaszczyste plaże; restauracje
i hotele pozostawały otwarte jeszcze przez kilka tygodni, by potem w większości zamknąć się na zimę.
W samochodzie jadącym nad morze panował znakomity nastrój. Piątka
młodych ludzi w starym land roverze zabrała jedzenie, piwo i wino oraz
stroje kąpielowe, aby spędzić weekend na Lilla Karlsö. Mieli zamieszkać
sami na tej odludnej wysepce, w jedynej tamtejszej chatce do wynajęcia,
żeby świętować tam ponowne spotkanie po wakacjach. Poznali się i zaprzyjaźnili na rozpoczętych rok wcześniej studiach prawniczych na
miejscowym uniwersytecie.
Szybko się do siebie zbliżyli, tworząc zgraną grupkę przyjaciół. Razem
się uczyli i imprezowali, a dwoje z nich zostało parą. Frida i Simon
byli tak zakochani, że u pozostałych budziło to czasem niepokój o zwartość grupki. Jednak w tym momencie ich humory były wręcz doskonałe i cała piątka zamierzała cieszyć się weekendową kąpielą w morzu, zapewne
ostatnią tego lata.
Valter siedział za kierownicą; był jak zwykle w sztruksowej marynarce, a dredy obwiązał wielkim szalem. Jego rodzice, artyści, prowadzili
gospodarstwo ekologiczne w pobliskim Fröjel i to od nich pożyczyli
samochód na weekend. Obok niego siedział Rasmus, najschludniejszy z nich
wszystkich. Przystojny i dobrze ubrany, zawsze miły i uprzejmy.
Pochodził z Visby, oboje rodzice byli prawnikami pracującymi w sądzie
rejonowym dla Gotlandii. Rasmus był jeszcze pogodniejszy niż zwykle i chociaż nic nie mówił, pozostali domyślali się, że pewnie ma nowego
chłopaka. Był bardzo dyskretny w sprawach dotyczących swojego życia
miłosnego.
Siedzenie z tyłu dzieliła z parą gruchających gołąbków aktywistka Annie.
Pochodziła z Uppsali, działała na rzecz ochrony środowiska, była
feministką i udzielała się w polityce, a choć bardzo jej odpowiadało to
uniwersyteckie miasto o zdecydowanie intelektualnym charakterze, to
jednak wybrała studia prawnicze na Campus Gotland. Dawna samodzielna
uczelnia wyższa w Visby była od pięciu lat częścią uniwersytetu w Uppsali, a Annie zamierzała łączyć prawo ze studiami z dziedziny
zrównoważonego rozwoju, według programu realizowanego na wyspie.
Minęli znajdującą się w Djupvik nowoczesną restaurację z ładnym tarasem
przypominającym salon częściowo oszklony od strony morza. Goście
przesiadywali na słońcu nad szklanką piwa albo kieliszkiem wina.
W osadzie rybackiej było spokojnie. Budka z lodami została zamknięta,
podobnie stragany rybne, w większości już zabite deskami. Zarządca Lilla
Karlsö pilnował pasącego się tam pierwotnego stada owiec rasy gute,
oprócz tego dbał o znajdujące się na wyspie domki i o zwiedzających. I właśnie on miał zawieźć ich na miejsce. Pływające tam regularnie łodzie
z Klintehamn zawiesiły działalność kilka tygodni wcześniej.
Przy pomostach cumowało jeszcze kilka motorówek. Morze było spokojne,
prawie nie wiało, słońce odbijało się w wodzie. Powietrze było tak
klarowne, że dało się wyraźnie dostrzec skalne formacje na Lillön, jak
ją tu potocznie nazywano. Nieco dalej na tle bezchmurnego nieba widać
było bardziej płaską sylwetę Stora Karlsö.
- Ojej, jak cudownie - zawołała Frida, wyskoczyła z samochodu i zaczerpnęła świeżego morskiego powietrza. - A tam jest M?rten!
Podskoczyła do zarządcy, który szedł do nich z pomostu. M?rten Kvist był
ubrany na sportowo i miał na nogach solidne buty. Lekko szpakowaty,
przystojny i sprawny czterdziestolatek, ojciec czwórki dzieci, mieszkał
z rodziną w gospodarstwie położonym kilka kilometrów od osady rybackiej.
Otworzył ramiona i uściskał Fridę.
- Cześć, dziewczyno! Miło cię widzieć. Jak leci?
- Świetnie, skoro już tu jesteśmy. Fajnie będzie popłynąć na wyspę.
- Tak, wygląda na to, że przez cały weekend będzie ładna pogoda.
Frida z zapałem przedstawiła M?rtena przyjaciołom.
- Tak się cieszę, że możesz nas zawieźć. Oni nigdy nie byli na Lillön,
wyobrażasz to sobie?
Uśmiechnęła się szeroko i zdmuchnęła z twarzy kosmyk włosów.
- Będziecie zachwyceni, jestem tego pewien - zwrócił się do nich M?rten.
Zebrali swoje rzeczy i ruszyli na pomost. M?rten miał tam aluminiową
łódkę z silnikiem zaburtowym. Razem powrzucali do niej plecaki i torby
chłodzące. Nagle zadzwoniła komórka Valtera, a on wyjął ją z kieszeni,
marszcząc czoło, odszedł na bok i rozmawiał odwrócony do nich plecami.
Frida patrzyła za nim. Najwyraźniej jakaś ważna sprawa, widać to było po
mowie jego ciała.
Pozostali zdążyli już załadować bagaże do łódki i zajęli miejsca, a M?rten uruchomił silnik i zabrał się do luzowania cum. Valter skończył
rozmowę i odwrócił się do nich z pobladłą twarzą i pełnym determinacji
spojrzeniem.
- Przykro mi, ale nie mogę płynąć z wami. Muszę się zająć pewną sprawą.
Pilną.
- Ojej, nie - zawołała Frida, a w jej głosie słychać było zawód. - To
nie może być aż tak pilne. Proszę...
Typowe, że akurat Valter wycofuje się w ostatniej chwili.
- Ojej, Valter, daj spokój - odezwała się Annie. - Planowaliśmy tę
wycieczkę od miesięcy. Tak bardzo chciałam, żebyś popłynął z nami.
Prawie całe lato się nie spotykaliśmy.
- Świat da sobie radę bez ciebie przez parę dni - dodał Rasmus. - No
weź, płyń z nami. To teraz jedyna szansa, bo potem będzie tyle nauki, że
nie starczy czasu na nic innego.
- Nieważne. Muszę się zmyć. - Valter zwrócił się do Rasmusa: - Mój
plecak, ten w paski, możesz mi podać?
- Ale co się stało? - spytała niespokojnie Frida.
- O tym kiedy indziej. Sprawa nie jest aż tak poważna, nikt nie umiera.
- Uśmiechnął się krzywo. - A wy płyńcie.
- Znów się od nas odsuwa - mruknął ponuro Simon, kręcąc głową.
- Możemy ci w czymś pomóc? - spytała Annie.
- Nie, to niemożliwe - odparł zdecydowanym tonem Valter. - Muszę to
załatwić sam. Przyjadę po was w niedzielę. Po prostu zadzwońcie, kiedy
mam przyjechać. Bawcie się dobrze.
Chwycił swój plecak i zszedł z pomostu.
Wydawało się, jakby byli w parku. Trzymali się mocno za ręce. Wrzesień
był przyjemnym miesiącem na przechadzki po Ogrodzie Botanicznym.
Bliskość morza i osłona murów miejskich sprawiały, że było tu cieplej.
Róże, lawenda i dalie kwitły jeszcze, a cytryny i inne owoce egzotyczne
zaczynały dojrzewać. Na katalpie pojawiły się interesujące owoce o wyglądzie czarnych cygar. Jednak Anders Knutas i Karin Jacobsson nie
przyszli tu, żeby cieszyć się egzotycznymi roślinami.
Wybierali się na piątkowe spotkanie po pracy kolegów z komendy, które
miało się odbyć na werandzie Wisby Strand, i po drodze przechodzili
przez Botan, jak go nazywali mieszkańcy Visby. Dla Knutasa ten spacer
przez park miał również znaczenie terapeutyczne w związku z tym, co się
tam wydarzyło.
Minął przeszło rok, a wciąż stało mu wyraźnie przed oczami. Goniąc
sprawcę, zapędził go do altany w Ogrodzie Botanicznym, podniósł broń i wypalił z niej, zanim nożownik zdążył zaatakować młodą kobietę, którą
wybrał na swoją następną ofiarę. Strzelił bez chwili wahania. Ciągle
widział tę scenę, jak ciało tamtego drgnęło i padło bezwładnie na
ziemię, a z ust pociekła krew, jak potem przybiegli policjanci i ratownicy z pogotowia. Pamiętał też powstały później chaos.
Sprawca jeszcze żył, kiedy został przywieziony do szpitala znajdującego
się w pobliżu parku, ale nie dało się go uratować.
- Jak się czujesz? - spytała Karin, podnosząc na niego wzrok.
- W porządku - odparł ze spojrzeniem utkwionym w altanę.
Była to tylko częściowa prawda. Od tamtej pory wciąż śniły mu się
koszmary ze strzelaniną, choć coraz rzadziej. Nadal zmagał się z dręczącymi go wspomnieniami.
I z tym, co nastąpiło potem. Wielkie nieżyczliwe tytuły w gazetach
mówiące o nieuzasadnionej przemocy ze strony policji. Gwałtowne dyskusje
toczone na kanapach telewizji śniadaniowych. Rozpowszechniono jego
zdjęcia, jakby to on był winowajcą i sprawcą tego całego dramatu.
Dyskutanci nie raczyli zauważyć sprawnej akcji policji przeciw seryjnemu
mordercy i psychopacie, tylko skoncentrowali się na zachowaniu Knutasa.
Potępili go za to, że strzelał. Zamiast wyrazić uznanie, że zachował się
jak bohater, ratując przed śmiercią jedną z najpopularniejszych komiczek
i prelegentek w Szwecji, w dodatku unieszkodliwiając człowieka, który
miał na sumieniu kilku ludzi, Knutas był wytykany jako zwolennik
przemocy i zabójca. Owszem, były słowa wdzięczności, wyraziła je
uratowana kobieta i jej bliscy, ale Knutas bardzo przeżył tę medialną
burzę. Przez wiele miesięcy był na zwolnieniu lekarskim i schronił się
na wsi, w swoim domku letnim w Lickershamn.
Przystanęli i usiedli na ławce. Promienie słońca ogrzewały im twarze.
Morze, widoczne przez otwory w murze, było w miarę spokojne. Trzymali
się wciąż za ręce, nic nie mówiąc. Nie potrzebowali słów. Tyle razy o tym rozmawiali, że nie było nic do dodania.
Knutas spojrzał na ukochaną i jednocześnie najbliższą współpracowniczkę.
Na miłą twarz Karin, jej wyraźnie zaznaczone brwi. Była nadal opalona po
wielu dniach spędzonych latem na wsi. Mimo wszystko był to dobry czas,
ich związek ustabilizował się i pogłębił. Można by powiedzieć, że
wydarzenia sprzed roku nawet ich zbliżyły.
Dla Karin tamta sprawa również nie była łatwa. Dała się oczarować
człowiekowi, który potem okazał się mózgiem serii morderstw. Pojawił się
w trakcie dochodzenia, Karin przesłuchiwała go kilka razy. Miała wtedy
przerwę w relacji z Knutasem i łatwo uległa wpływom tamtego. Potem długo
miała do siebie pretensje, że okazała się taka ślepa i naiwna.
Jednak nie mogła zbyt długo oddawać się samooskarżeniom, bo musiała
wesprzeć Knutasa, który wtedy był słaby i przeżywał okresy wielkiego
przygnębienia. Karin stała się wówczas jego prawdziwą opoką. Dla niego
znaczyło to bardzo wiele, chociaż teraz, po czasie miał wyrzuty
sumienia, że on nie okazał się wsparciem dla niej.
- Czasem człowiek musi się po prostu zdecydować - odezwała się teraz,
patrząc przed siebie. - Postanowić, że idzie dalej, zostawiając za sobą
to, co było. Potraktować jak historię i oderwać się od tego raz na
zawsze.
Podniosła na niego brązowe oczy o intensywnym spojrzeniu, uśmiechnęła
się i ścisnęła jego dłoń.
Knutas milczał przez chwilę, bo nie miał pewności, czy Karin ma na myśli
tamtą strzelaninę, czy też jego rozterki związane z małżeństwem i byłą
żoną Line, matką jego bliźniąt i dawną wielką miłością. Dawną. I może
właśnie w tym rzecz. Żeby się odczepić i pójść dalej. Dzieci były
dorosłe i wyjechały na studia, a Line mieszkała w Kopenhadze, gdzie
miała swoje życie. Może o to chodzi, że życie składa się z wielu różnych
etapów. Przynajmniej u niektórych. Bardzo nielicznym ludziom dane jest
mieć związki na całe życie. Może wystarczy tego żalu, skoro od rozwodu
upłynęło już siedem lat.
- Chodzi o umiejętność akceptacji - ciągnęła w zamyśleniu Karin. -
Gdybyśmy potrafili zaakceptować, że w życiu są wzloty i upadki, że bywa
trudno, że raz jesteśmy radośni, a raz smutni. Może pod wieloma
względami byłoby wtedy łatwiej.
Knutas wciąż milczał.
- Chcę powiedzieć, że taki zawód sobie wybraliśmy - ciągnęła - w którym
jest brutalność, broń palna i starcia. Nie możemy oczekiwać, że nigdy
nie zetkniemy się w pracy ze śmiercią, użyciem broni i przemocą.
Podobnie jak nie można zakładać, że się zakochamy i stworzymy związek z gwarancją szczęścia i spokoju po wsze czasy. Żyć znaczy podejmować
ryzyko. Cały czas. Musimy nauczyć się akceptować, że dzieje się różnie i życie jest zmienne.
Knutas już słyszał ją mówiącą takie rzeczy, ale teraz odniósł wrażenie,
że przyjął je inaczej niż do tej pory. Być może dlatego, że siedzieli
tu, w tym miejscu, gdzie w jego życiu nastąpił dramatyczny zwrot. Gdzie
znalazł się o włos od śmierci. Tak łatwo może nastąpić koniec. W ułamku
sekundy. Pod wpływem impulsu chwycił dłońmi jej głowę i spojrzał głęboko
w oczy.
- Zamieszkasz ze mną?
Łódź podskakiwała gwałtownie na falach, gdy płynęli na wyspę wyłaniającą
się z morza w pewnej odległości przed nimi. Wiatr się wzmógł i woda
opryskiwała im twarze, na których malował się wyraz oczekiwania. Z tej
odległości Lilla Karlsö wyglądała tajemniczo. Frida odetchnęła głęboko i zamknęła oczy przed wiatrem. Cieszyła się, że spędzą weekend odcięci od
świata, mając za jedyne towarzystwo jakąś setkę owiec pasących się na
tamtejszych łąkach. Chociaż urodziła się i wychowała na Gotlandii, to na
Lilla Karlsö była tylko raz, ze szkolną wycieczką. Zachwyciła ją ta
wyspa, wciąż pamiętała fantastyczny widok tysięcy ptaków tłoczących się
na wąskich półkach skalnych. Bardzo się cieszyła, że udało jej się
zorganizować ten wyjazd. Czuła wręcz dumę, że zadbała o to, żeby mogli
pojechać po sezonie i być tam zupełnie sami.
Zarządca wyspy dodał gazu, aż krzyknęli z zachwytu, a łódka podskoczyła
na fali. Annie wyglądała na lekko wystraszoną i trzymała się mocno
relingu. Nie była obyta z morzem. Dziwnie było patrzeć na jej niepewną
minę, bo zazwyczaj była z niej twarda sztuka, uparta i konsekwentna w swoich przekonaniach politycznych, swoim feminizmie i działaniach na
rzecz środowiska. Annie była osobą gotową iść na barykady, publikowała w gazetce wydawanej przez prawników, pisała tam pełne pasji teksty, na
które wiele osób reagowało skrzywieniem ust, a ją samą zbywało, uznając
za niestrawną aktywistkę. Była niedużą, ładną dziewczyną, miała gęste,
rude kręcone włosy, które zawsze związywała szalikami w kropki albo w kratkę w jaskrawych kolorach. Nie można powiedzieć, by wyglądała jak
większość studentek prawa. Annie zamierzała wykorzystywać swoje
płomienne zaangażowanie do obrony kobiet będących ofiarami przemocy,
nielegalnych imigrantów i słabszych członków społeczeństwa, niemających
sił, środków ani wiedzy, które by im pozwoliły samodzielnie dochodzić
swoich praw.
Frida cieszyła się, że włożyła ciepłą kurtkę i skuliła się w objęciach
Simona, który ją jeszcze mocniej przytulił i pocałował w policzek. Śmiał
się do wiatru, po prostu biła od niego radość, a Fridzie robiło się
ciepło na sercu, że Simon się tak cieszy. Siedzieli wszyscy na dziobie
łodzi, mając przed sobą wyspę, która wyglądała interesująco i jednocześnie tajemniczo. Im bliżej podpływali, tym wyraźniejsze stawały
się zarysy stromych wapiennych klifów i bujnych nadmorskich łąk.
Zarządca siedzący przy sterze zwrócił się do nich:
- A wiecie, że ta wyspa jest właściwie rafą koralową, powstałą czterysta
milionów lat temu? Na początku lata przyjeżdża tu wielu turystów, żeby
obserwować nurzyki zwyczajne i alki, zanim te ptaki odlecą w nieco
cieplejsze strony, co dzieje się, gdy ich pisklęta wyklute wiosną urosną
na tyle, żeby mogły opuścić wyspę. Lecą wtedy na południowe wybrzeża
Bałtyku i wracają dopiero wiosną następnego roku. O tej porze jest więc
prawie pusto, czasem tylko zdarzy się jakaś mewa albo kormoran.
Podpłynęli bliżej i już mogli zobaczyć brązowe drewniane domki stojące
przy brzegu.
- To tam będziemy nocować? - spytał Simon, przesuwając dłonią po
włosach.
- Tak, to jedyne budynki tutaj - odparł M?rten Kvist.
Frida uśmiechnęła się. To cudowne, że mogli wyjechać. Semestr dopiero co
się zaczął, minęły dwa tygodnie i za moment zacznie się poważniejsza
nauka. To był ostatni weekend na cieszenie się atmosferą lata,
utrzymującą się dzięki pięknej pogodzie. No i nie musiała być w domu.
Podczas roku akademickiego mieszkała w domu studenckim w mieście, ale w weekendy i święta nie było powodu, żeby nie jechać do mamy i młodszej
siostry w Kvarn?kershamn, gdzie nawet w ścianach tkwił smutek. Dlatego
wolała być jak najdalej, mimo wyrzutów sumienia, zwłaszcza wobec
siostry.
Annie patrzyła szeroko otwartymi oczami i wzdychała z zachwytu,
przesuwając spojrzenie po wyspie. Nagie klify schodzące pionowo w morze,
kamieniste plaże i skałki bez ptaków.
M?rten Kvist zręcznie podpłynął do pomostu. Rasmus, który był
najbardziej obyty z morzem, wyskoczył z motorówki i zacumował. Wszyscy
chwycili bagaże i wysiedli.
- Co za powietrze! - zawołała Annie, której chyba ulżyło, że ma pod
stopami ląd. Odetchnęła głęboko. - Świeże, cudowne. A jak tu pięknie!
- Świetne są te klify - zauważył Simon, przesuwając wzrokiem po
wapiennych formacjach sterczących ze skał. - Mam ochotę wdrapać się na
szczyt.
- Może rzeczywiście moglibyśmy - zawołał z entuzjazmem Rasmus.
Po przeprawie jego zazwyczaj starannie uczesane włosy były rozwichrzone
od wiatru, a biała koszula pognieciona, ale tym razem wydawał się nie
zwracać na to uwagi.
Zarządca ruszył przodem, wskazując im rząd czterech brązowych domków.
- Ten najdalszy to magazyn, obok jest domek dla personelu z sypialnią i pokojem do pracy na piętrze. Na parterze jest kuchnia, gdzie możecie
trzymać jedzenie. Następny to domek muzeum, a na końcu ten, w którym
będziecie nocować. Jest tam właściwie tylko jedno pomieszczenie, w którym znajduje się sześć piętrowych łóżek. Jak na piętrowe są wyjątkowo
szerokie - dodał - więc można spać we dwójkę.
Puścił oko do Fridy i Simona.
- W środku nie ma toalety, bo jak się pewnie domyślacie, nie ma
kanalizacji. Wychodki znajdują się bliżej pomostu. - Skinieniem wskazał
rządek trojga prostych drzwi zaopatrzonych w haczyki. - Mam nadzieję, że
będzie wam tu przyjemnie.
Skierowali się do domków. Najpierw poszli za M?rtenem do tego, w którym
mieli nocować, i zostawili tam plecaki z ubraniami i pościelą. Potem
udali się do domku dla personelu, przeszli przez mały przedpokój i znaleźli się w kuchni, która okazała się duża i wysoka, z pięknym
kominkiem na środku.
- Tu możecie sobie szykować jedzenie, którego nie trzeba piec na ruszcie
- powiedział M?rten. Wskazał na włączoną lodówkę. - Musicie oszczędzać
prąd, bo wprawdzie jest agregat, ale nie wystarczy na długo. Tutaj żyje
się dość prymitywnie - zaznaczył, przesuwając dłonią po siwiejącym
zaroście. - Telefony mają zasięg obok domków i przy pomoście, ale nie
dalej, więc jest okazja, żeby je wyłączyć i odciąć się od świata. Nie
zabraliście laptopów, co?
Simon pokręcił głową.
- Bardzo mądrze. Relaksujcie się. Śmieci zostawcie przy drzwiach,
zabierzemy je w niedzielę, ale z latryn możecie korzystać. Zostaną
wywiezione pod koniec września. Wrócę po was w niedzielę około piątej.
Może być?
- Fantastycznie. - Simon aż klasnął w dłonie.
Objął ramieniem Fridę i ją przytulił.
- Może byśmy posłali łóżka i przyszykowali jedzenie, a jutro pochodzimy
sobie po wyspie. Jestem strasznie głodny.
- Zdecydowanie. A gdzie piwo? - spytał Rasmus.
- Jak myślicie, co się stało Valterowi? - odezwała się Frida. - O co
chodziło?
- Nie mam pojęcia, ale wyglądał na zestresowanego. Mam nadzieję, że to
nic poważnego - powiedziała Annie.
- Typowe - stwierdził Rasmus. - On się od dłuższego czasu tak zachowuje.
Nie zauważyliście? Cały czas daje tyły. Kiedy ostatnio poszedł z nami na
piwo? Chyba jeszcze przed wakacjami.
Annie wzruszyła ramionami.
- Może i tak. Spotkaliśmy się kilka razy koło Midsommar. Było bardzo
fajnie, a Valter był taki jak zawsze. Ale potem prawie go nie widywałam.
- Spróbuję wysłać mu esemesa - powiedział Simon.
- No tak, tu jest jeszcze zasięg, ale to chyba jedyne miejsce na całej
wyspie - zauważyła Frida.
Otworzyli sobie piwo i zajęli się szykowaniem jedzenia. Zamierzali upiec
na ruszcie łososia z serem halloumi, a do tego podać gotowane ziemniaki
i sałatę. Słońce wciąż świeciło mocno i było sporo ponad dwadzieścia
stopni.
Nagle z brzegu dobiegł jakiś ryk. Spojrzeli po sobie i wybiegli na dwór.
- Patrzcie, foka - zachwycił się Simon, wskazując palcem. - I jeszcze
jedna.
Kilka fok wystawiło łebki i parskało, obserwując ludzi na brzegu. Jedna
foka, siedząc na kamieniu w wodzie, na przemian ryczała i parskała.
- Gdzie Annie? - zawołała Frida, rozglądając się. - Musi to zobaczyć!
- Poszła na spacer, chciała sprawdzić, gdzie są owce - odparł Rasmus. -
Jeszcze będzie niejedna szansa w ten weekend, żeby popatrzeć na foki.
Sięgnął po komórkę i zaczął robić zdjęcia.
Frida wróciła do kuchni i zabrała się do robienia sosu do łososia.
Siedząc przy stole w kuchni, siekała koperek i wyciskała cytryny. Simon
nalał jej kieliszek wina i usiadł obok niej.
- Cudownie być tu z tobą - powiedział, patrząc jej głęboko w oczy. -
Dzięki, że to zorganizowałaś, jest fantastycznie.
- Prawda? I jak fajnie, że jesteśmy tu sami. A właśnie, czy wysłałeś
tego esemesa do Valtera? Odpowiedział ci?
- Nie, jeszcze nie.
Frida zesztywniała i spojrzała w okno.
- Co to takiego?
- Co?
Simon spojrzał pytająco.
- Wydawało mi się, że widziałam coś na wodzie. - Frida wychyliła się,
żeby spojrzeć.
- Ale co?
- Jakby cień... sama nie wiem. A może to była foka.
- Przypuszczalnie. To kapitalne, że mamy tuż obok foki. W życiu nie
widziałem fok na łonie przyrody.
Frida upiła łyk wina i patrzyła na morze.