ROZDZIAŁ 2
Zarówno gabinet komisarza Sądeckiego, jak i sam komisarz nie zmienili się ani trochę. Kiedy tu ostatnio był? Pewnie z sześć miesięcy temu. Karolina jeszcze żyła i wszystko wydawało się mieć z grubsza jakiś sens.
Bał się tej wizyty. Bał się, co poczuje, gdy tam wejdzie, gdy usiądzie tak jak zwykle na krześle stojącym przed biurkiem komisarza i pomyśli - bo przecież nie da się tego w tym momencie nie pomyśleć - że do tej pory zawsze, gdy tu był, na krześle obok siedziała ona. Bał się powtórzenia tej tak znanej mu sytuacji - tym razem bez niej. Jak się okazało, niepotrzebnie. Wszedł, zamknął za sobą drzwi, spojrzał na puste biurowe krzesło z szarym obiciem stojące na środku pomieszczenia i nie poczuł nic. Kompletnie nic. I to nawet nie tyle nic w związku z Karoliną, co nic w ogóle. Jakby zamiast miejsca, w którym normalny człowiek nosi swe uczucia, on miał tylko wybetonowaną, zamiecioną i zmytą szlauchem pustkę. Jakby tych kilka dni, które spędził niedawno w Zakopanem, wjeżdżając codziennie rano na szczyt Kasprowego Wierchu i zjeżdżając z niego wieczorem ostatnią kolejką, przesiadując w międzyczasie na oblodzonej ławce z dala od schroniska i pozwalając, by pokrywał go padający wciąż jeszcze tam w górach śnieg, spełniło swoje zadanie i przyniosło mu wreszcie to, czego nie były w stanie dać mu te wszystkie terapie, których próbował w ciągu ostatnich paru miesięcy - upragniony, choć zapewne iluzoryczny, bo nieoparty na dogłębnym przepracowaniu problemu spokój.
- Cześć! - przywitał się w drzwiach i pokuśtykał w kierunku krzesła.
- Co się stało? - spytał Sądecki. Przyjrzał się uważnie jego nodze. - Miałeś jakiś wypadek?
- Przewróciłem się na nartach - skłamał.
- Niektórym to się powodzi.
Usiadł na krześle i z ulgą wyciągnął przed siebie nogę. W powietrzu rozszedł się lekko octowy zapach altacetu, którym nasączony był kompres pod bandażem. W zasadzie, gdy siedział, prawie go nie bolało. Tylko gdy chodził, czuł, jakby między kośćmi w jego stopie nie było wcale chrząstek. Nie, nie miał wypadku na nartach. Przewrócił się i skręcił kostkę, gdy on, Zygmunt Rozłucki, psycholog i psychoterapeuta, w ostatnim (miał przynajmniej taką nadzieję) ataku podlanej alkoholem rozpaczy postanowił zejść ze szlaku i zamarznąć gdzieś na stoku góry. Skończyło się na szczęście tylko upadkiem, ale było to tak żałosne, że raz na zawsze wyleczyło go z wszelkich tego typu pomysłów. Wstyd, jaki poczuł następnego dnia rano, był zdaje się punktem kulminacyjnym jego żałoby. Od tego momentu postanowił przestać się nad sobą użalać i wrócić do świata żywych.
- Ty się bawisz, a my mamy poważny problem - obwieścił z przekąsem komisarz. - Rycerze walczą tu z pociągami.
- Słyszałem - odpowiedział Rozłucki. - Weronika mówiła mi przez telefon. Pojawiło się od wczoraj coś nowego?
Cały dzisiejszy dzień spędził w pociągu. Rano był jeszcze w Tatrach, sześćset kilometrów od Olsztyna. Gdy Weronika zadzwoniła do niego wczoraj z prośbą o pomoc, czekał właśnie na rentgen na ostrym dyżurze. Rano spakował się więc i wsiadł do pociągu. Doszedł do wniosku, że nowe śledztwo to było dokładnie to, czego w tym momencie potrzebował.
Weronika przez ten cały czas nie podniosła nawet wzroku znad ekranu laptopa, który stał rozłożony z boku biurka komisarza. Nawet się z nim nie przywitała.
- Cześć, Weronika! - powiedział więc.
- Cześć - odpowiedziała. Tyle.
Zauważył, że trochę skróciła i przefarbowała włosy. Choć gdyby mu ktoś kazał powiedzieć, z jakiego na jakie, wolałby chyba wrócić w śnieg na Kasprowy.
- Tak, parę rzeczy mamy już ustalonych - odpowiedział komisarz. - Czy też raczej ustaliliśmy, że nic się nie da ustalić.
- Na przykład co?
- Na przykład wiemy już, skąd się wzięła zbroja, którą miał na sobie ten nieszczęśnik. Oraz to, że nie da się z niej zdjąć odcisków palców.
- Ściśle rzecz ujmując - włączyła się Weronika, nie podnosząc wciąż wzroku znad komputera - da się z niej zdjąć mnóstwo odcisków palców. Tak wiele, że przestaje to mieć jakiekolwiek znaczenie.
- Nie bardzo rozumiem.
- Zbroja pochodziła z zasobów teatru miejskiego w Olsztynie - odpowiedziała Weronika i po raz pierwszy na niego spojrzała. - Zrobiono ją parę lat temu do jakiegoś przedstawienia. Była wykonana z blachy, choć niezbyt grubej. Zazwyczaj robi się takie rzeczy z plastiku, ale tym razem w jednej ze scen aktora w niej grającego okładano mieczami, więc musiał to być metal, by zbroja się nie zniszczyła i by dźwięk był odpowiedni. Potem, gdy przedstawienie zdjęto z afisza, zbroję postawiono na stojaku za kulisami i od tego czasu pełniła funkcję czegoś w rodzaju maskotki. Aktorzy wychodzący na scenę dotykali jej na szczęście, zakładali ją przy okazji jakichś wewnętrznych imprez albo po prostu dla zgrywy. Były na niej napisy, rysunki wykonane szminką... Jednym słowem, lepiła się wręcz od śladów biologicznych. Nawet miała imię: Roger.
- Teraz dodatkowo jest w nie najlepszym stanie z wiadomego powodu - dodał komisarz Sądecki. - Przejechał po niej Intercity z Warszawy.
- Wiecie już, kto był w środku?
- Pracownik Urzędu Wojewódzkiego w Olsztynie. Z wydziału odpowiadającego za sprawy kultury.
Rozłucki zastanowił się przez chwilę.
- Teatr, kultura... To raczej nie kojarzy z wielkimi emocjami prowadzącymi do zbrodni - zauważył. - Może ktoś chciał się na nim zemścić za zbyt małe dotacje?
- Teatr w Olsztynie ma status Narodowej Instytucji Kultury i jest finansowany bezpośrednio z budżetu centralnego - odpowiedziała Weronika. - Dobra lub zła wola jakiegoś lokalnego urzędnika nie ma na to wpływu, więc raczej nie o to chodzi. Ale jest pewna rzecz, która łączyła ofiarę z teatrem.
- Jaka?
- Wczoraj rozpoczął się w Olsztynie festiwal teatralny. Morderstwo nastąpiło w trakcie parady teatrów ulicznych, która go rozpoczynała. Festiwal organizowany jest wspólnie przez teatr i Urząd Wojewódzki. Ten człowiek, Grzegorz Kostecki, zajmował się tym ze strony urzędu.
- Może więc chodzi o jakieś przekręty, do których doszło przy tej okazji?
- Też o tym pomyśleliśmy - powiedział komisarz. - Ale na razie do niczego takiego nie dotarliśmy.
- A ten wasz profiler co o tym sądzi?
- Jest w trakcie sporządzania profilu.
- Ale na pewno coś mówił.
- Tak, że to wszystko jest bardzo symboliczne, a to może wskazywać, że motywem była zemsta.
- Też tak myślę.
- To co, pomożesz nam? - spytał komisarz. - Sprawa jest delikatna i dlatego też bardzo mi zależy na twojej pomocy.
- Znowu? - spytał Rozłucki. - Poprzednia sprawa też była delikatna.
- Ta jest chyba nawet jeszcze bardziej.
- A co w niej takiego delikatnego?
- W grę wchodzi polityka. - Komisarz Sądecki lekko ściszył głos. - W tym roku są wybory samorządowe, rozumiesz...
- Nie bardzo.
- Wojewoda bardzo się zaangażował w ten festiwal. To nie jest jego pierwsza edycja, ale pierwsza w nowej odsłonie, na bogato i z rozmachem. Zatrudnili nowego dyrektora teatru, żeby im pomógł to wszystko ogarnąć. To Tomasz Kaletnik, na pewno o nim słyszałeś.
- Ten reżyser?
- Ten sam. Sławny człowiek. Zna wszystkich. Ściągnął na festiwal naprawdę znane teatry. Z Polski i z zagranicy.
- Chodziłem na jego przedstawienia w Warszawie. Wtedy był uważany za jednego z najlepszych polskich reżyserów. Dostawał nagrody w Edynburgu i w Awinionie. Potem jakoś o nim ucichło.
- Nawet ci powiem dlaczego. Został dyrektorem jednego z teatrów w Warszawie, ale dość szybko zespół się przeciwko niemu zbuntował. Podobno niezbyt dobrze traktował aktorów. Sprawa otarła się niemal o prokuraturę. To była słynna historia, trąbili o tym w telewizji.
- Musiałem być wtedy zajęty swoimi sprawami.
Śmierć siostry, depresja, rozwód i chlanie - takie to były sprawy. Miał takie półtora roku w swoim życiu, z którego naprawdę niewiele pamiętał.
- No i teraz właśnie wrócił. Jako dyrektor naszego teatru. Plan jest taki, żeby zrobić z naszego starego festiwalu, który odbywa się w Olsztynie od ponad trzydziestu lat, imprezę na skalę ogólnopolską. Festiwal, który będzie się kojarzył z Olsztynem, jak Festiwal Filmowy z Gdynią albo Festiwal Piosenki Aktorskiej z Wrocławiem. Wszystko to oczywiście tuż przed wyborami. Rozumiesz więc, że naszym władzom bardzo na tym zależy. A tu na samym początku taki syf...
- Ale co cię to obchodzi? Policja państwowa jest instytucją niezależną od władz samorządowych.
- Ale już nie od władz wojewódzkich, a tym bardziej centralnych. A tak się składa, że w ratuszu rządzą inni ludzie, niż ci, którzy rządzą w Urzędzie Wojewódzkim i całej Polsce. I tym drugim bardzo zależy, żeby to zmienić przy okazji najbliższych wyborów. Do tego ma między innymi służyć festiwal. Żeby pokazać wyborcom, kto tak naprawdę dba o miasto. Zafundować im igrzyska, krótko mówiąc. Rozumiesz więc, że chodzę po bardzo niepewnym gruncie. Wystarczy jeden nieuważny krok i... - Komisarz Sądecki wykonał dłonią wymowny gest imitujący podrzynanie gardła.
- Chyba jednak trochę przesadzasz - powiedziała Weronika.
- Tak? To możesz mi wyjaśnić, dlaczego poleciał prokurator okręgowy? Jakoś nie mam ochoty podzielić jego losu.
- OK. Ale co w takim razie z tego wynika? - spytał Rozłucki.
- Że trzeba prowadzić śledztwo dyskretnie. Nie psuć atmosfery teatralnego święta. Pilnować, żeby sprawa nie przedostała się do mediów. Zresztą media, przynajmniej te lokalne, też są spacyfikowane. Wszyscy wiedzą, że czasy się zmieniły i że nie warto się narażać. Olsztyn to małe miasto. Jak cię wywalą z jednej redakcji, to nie pójdziesz pracować do innej, bo jej po prostu nie ma.
- Nie wiem, czy mam ochotę w czymś takim uczestniczyć.
- Dlaczego? Z pewnego punktu widzenia to dla nas sytuacja komfortowa. Prowadzimy śledztwo jak zwykle, tyle tylko, że jeszcze bardziej po cichu niż zazwyczaj. Nie musimy się martwić dziennikarzami, a poparcie władz otwiera nam wszystkie drzwi. Żyć nie umierać.
- No nie wiem...
- Ale przyznasz, że to bardzo ciekawa sprawa? Ktoś się mocno napracował, żeby urządzić to przedstawienie na wiadukcie. I to jeszcze w dniu rozpoczęcia festiwalu. Nie masz ochoty dowiedzieć się, o co tu chodzi?
Rozłucki poprawił się na krześle. Gdy jego skręcona kostka za długo była w jednej pozycji, zaczynała pulsować tępym bólem.
- Mam - odpowiedział po chwili.
- Tak właśnie myślałem.
- Tylko jest pewien problem. - Rozłucki skrzywił się lekko.
- Jaki?
- Nie mam za co żyć. Musielibyście mnie przyjąć do pracy.
- A ta twoja przychodnia u czubków?
- Nie chcę tam wracać. Nie chcę mieć już nic wspólnego z zawodem psychologa. Nie nadaję się.
Komisarz Sądecki spojrzał na Weronikę.
- Dalibyśmy radę coś z tym zrobić?
Podniosła wzrok znad klawiatury.
- Posadę profilera mamy już zajętą.
- Nie jestem profilerem - powiedział Rozłucki. - I raczej nie będę.
Spojrzała na niego.
- Nie możemy cię przyjąć do pracy w policji, bo nie jesteś policjantem, nie masz skończonej policyjnej szkoły. To już nie te czasy, gdy przyjmowano ludzi, a oni dopiero potem się doszkalali.
- Sorry, ale muszę coś jeść...
- Chyba, żebyśmy cię przyjęli do pracy jako cywilnego pracownika administracji...
- Cywilnego pracownika administracji?
- Kogoś w rodzaju sekretarki - wyjaśnił życzliwie komisarz.
- Oficjalnie oczywiście - dodała Weronika. - Nieoficjalnie pomagałbyś nam w śledztwie. Pogadam w kadrach. Powinno się udać. Z tym, że nie jest to za wysoka pensja.
- Nie mam dużych potrzeb - powiedział. - Poza tym ciągle jeszcze wynajmuję to mieszkanie w Warszawie.
- A ile płacisz za ten dom nad jeziorem?
- Niedługo już nic nie będę płacił. Wypowiedziałem umowę. Wynajmę sobie coś małego w Olsztynie. Nie mogę tam już mieszkać. Za dużo rzeczy wydarzyło się w tym miejscu.
- Jasne.
Wszyscy wiedzieli, o co chodzi. Przez chwilę zapadło milczenie. Przerwał je dopiero wyraźny odgłos burczenia w brzuchu.
- Przepraszam - powiedział Rozłucki. - Nic dzisiaj nie jadłem. Nie zostały ci może jakieś kanapki od żony? - zwrócił się do Sądeckiego.
- Jego żona nie robi mu już kanapek - powiedziała Weronika. - Są w trakcie rozwodu.
- Wybacz, nie wiedziałem.
- Nie szkodzi - odparł komisarz. - Co robić? - Rozłożył ramiona. - Normalna sprawa w tym zawodzie. Wszyscy są albo przed, albo w trakcie, albo po rozwodzie.
- Ale nie wszyscy z powodu młodej dupy na boku - zauważyła Weronika. - A ona co, nie robi ci kanapek?
- Kanapek akurat nie robi. Za to robi parę innych rzeczy - odparł komisarz. - A tak w ogóle to chyba nie wasza sprawa, aspirantko.
- Ma pan rację, komisarzu, nie moja. I bardzo się z tego powodu cieszę.