Dwa. Stargard/Trnawa
Pracuję na etacie uniwersyteckim od października 1987 roku, ale już w roku akademickim 1986-1987 byłam studencką asystentem-stażystą. Moja uczelnia nadal nie stosuje feminatywów w dokumentach i opisie stanowisk, więc trwa słodko-przemocowy drag. W duszy i porywach bywam chłopcem, w robocie na oczach turbokonserwatystów noszę męski garnitur. Stażysta, magister, doktor, profesor, uczony, kierownik, dyrektor, mówca, wykładowca. Kiksujemy, zezujemy jak w teorii feministycznej doradzającej branie rzeczywistości z ukosa. Ultra cis kobiece, gramy po facecku. W końcówce lat osiemdziesiątych, gdy zaczynałam jeździć w delegacje ("oddelegowany" według druku numer z dnia), a stawka dzienna wynosiła kilkanaście złotych, nie miałam czym robić zdjęć. Prawdopodobnie pierwszą podróż służbową, z podpisem szefa, pieczątką, biletami na pociąg klasy drugiej oraz pobraną w kasie, wyliczoną skrupulatnie dietą pokrywającą koszt zupy i leniwych w barze mlecznym, a może bez diety, bo organizator zapewniał kotleta, odbyłam więc jako asystent-stażysta w zakładzie historii literatury świeżutkiego Uniwersytetu Szczecińskiego. Dali mi pokój z kobietą, dodam, choć pewności nie mam, bo była absolwentem, wkrótce matką i przedsiębiorcą. Kończyłam pisać pracę magisterską na temat stereotypów w prozie marynistycznej. Nie, nie pojechałam, co byłoby logiczne, nad morze (nadrabiam pracowicie, chętnie wybierając kierunek bałtycki). Celem był znajdujący się o siedemdziesiąt kilometrów od miejsca mojego zamieszkania Stargard Szczeciński, obecnie Stargard, współgospodarzem (bo przecież nie gospodynią, skądże) - tamtejsza biblioteka, ale z udziałem krytyków, dziennikarzy, pisarzy, badaczy i kilku kobiet zajmujących się literaturą lub gospodarką morską. Mieszkaliśmy, także kobiety, w hotelu na starówce, prawdopodobnie z okna widać było zabytkowy mur.
Mam z tego wydarzenia profesjonalne zdjęcia, robione podczas obrad i kuluarów. Wszystkie we wnętrzach. Wymyślam do nich widok. Staję w oknie. Stargard tak podglądany przypomina Chociwel, Ustkę, Trzebiatów, Gryfice. Wokół gotyk, zniszczenia wojenne zaplombowane jednakowymi bloczkami mieszkalnymi. Stargard przypomina wiele miasteczek, które odwiedzę, zwykle bez wyciągania aparatu fotograficznego, którego nie mam, bo nie każda chwila warta jest utrwalenia, a poza tym jeszcze nie wiem, że wymyślę całożyciową praktykę kronikarsko-artystyczną i zrealizuję ją połowicznie, bo nie posiadam dobrego archiwum. Nie robiłam zdjęć z widokiem na morze podczas konferencji w Sarbinowie. Przepadła okazja opisania wioski pod Zurychem i samego Zurychu po dziesięciu latach. W alpejskim ośrodku konferencyjnym spotkał się kwiat feminizmu. Z okna podziwiałyśmy łąki, ale zdjęcia mam spod sex-shopu. Podczas sesji w Universität Zürich rosyjska publiczność domagała się przesunięcia mojego wystąpienia, bo przyszła oklaskiwać swojego pisarza. Tego rodzaju nieuprzejmej pychy pisarz nie uwzględnia w powieściowych analizach "ducha narodu" i słowiańskich sojuszy. Z okna hotelu, w którym przełykałam upokorzenie, widziałam bogatą dzielnicę. Nie mam zdjęć z okna w Opolu, Bydgoszczy, Koszalinie, Ustce, Petersburgu, Kownie, Kolonii, Lipsku, Bydgoszczy, Kodniu. Nie pamiętam, skąd jeszcze nie mam, samo znalezienie nazw zajęłoby miesiące, a przecież nie załatwiłoby sprawy. Gdybym teraz spróbowała przejechać po własnych śladach i odzyskać widoki, nie starczyłoby mi życia. Znajduję, czego nie szukam - w miasteczku urodzenia Beniowskiego było gorąco, nie wysiadłam z auta, piłam ciepłą colę, skierowałam aparat na zabytki. Hotel kategorii minus, ospałe muchy, fatalne śniadanie. Zrobione przez szybę samochodową zdjęcia domu, w którym bohater Słowackiego prawdopodobnie przyszedł na świat, wyszły nieostro. Mam inne z Verbó, obecnie Vrbové koło Trnawy w Słowacji. Nie rozpiszę ich nawet na akapit. Nie mam także zdjęć z Bratysławy.
Czasem wracając na jakiś cmentarz, stając na tle pomnika bohaterów wojennych, wchodząc do odrestaurowanego kościoła, uświadamiam sobie, że dekadę wcześniej robiłam to samo w drodze na obronę czyjegoś doktoratu. Staram się, jak starałam trafiać obcasem w luki między kostkami brukowymi, uciekać w cień, wstrzymywać powietrze, przechodząc przez dworcowe tunele. Zerkam przez okno, przy którym palimy mocne papierosy, choć ja właściwie przecież nigdy, poza nastolęctwem, nie paliłam. Ale prawie wszyscy palą, więc i ja chodzę na dymka. Robimy lufcik. Jesteśmy nadto kulturalni, palić przecież wszędzie można. Budynek zabytkowy, widok jesienny, na ulicy kompletna pustka. Stare drzewa, czerwone cegły. Wilgotne zimno wchodzi mi pod koszulę. Koszule damskie nazywa się bluzkami koszulowymi, uwagę na ten niuans zwracam po czterdziestu latach, kupując sukienkę koszulową. Wszędzie jest chłodno mimo odkręconego na cały regulator, szumiącego kaloryfera: w restauracji, w paradnej sali pod krzyżowym sklepieniem, w bibliotece. Redaktor ze szczecińskiej telewizji właśnie zaproponował mi prywatne lekcje przed kamerą, ale nie posunął się dalej. Radzę sobie z takimi zaczepkami. Wracając do temperatury: nie wiadomo, gdzie zimniej, w budynku czy na zewnątrz, w mieście, przez które jeżdżę dość często, by mnie nie interesowało. Nie interesuje mnie także dlatego, że jeszcze cała jestem zwinięta w sobie, chcę się sprawdzić i spodobać tym wszystkim inteligentnym, swobodnym ludziom. Samotne spoglądanie na miejski pejzaż wydaje mi się smutne, wolę patrzeć do środka, między nich, w swoje potencjalne życie. Ludzie-mężczyźni pozwalają młodym kobietom słuchać swych niekończących się wywodów i przypalają im papierosy zapalniczkami zippo oraz dolewają jarzębiaczku. Równe dziewczyny palą i piją, noszą bluzki koszulowe, wsłuchują się i nadążają. Szybko mi przejdzie.