Prolog
Ten mały, chuderlawy człowieczek na fotografii, o wytrzeszczonych oczach, w gabardynowym, jakby za dużym płaszczu i przygnieciony jakby za dużym kapeluszem - to mój ojciec. Obok niego, w granatowym marynarskim ubranku z krótkimi majtkami, w marynarskiej białej czapce na głowie, w sandałkach i podkolanówkach - to ja. Matki nie ma z nami. Więc pewnie to niedziela. Nie byłbym zresztą w tym marynarskim ubranku.
Matka prawdopodobnie gotuje obiad, bo cóż by mogła innego robić w tę letnią, słoneczną niedzielę, jak to widać na prześwietlonej słońcem fotografii. Coś tam miesza w garnku, coś przestawia na fajerkach, podkłada szczapy pod kuchnię, gniecie ciasto na kluski, narzekając, że wciąż te gary i gary, za co ją tak Pan Bóg skarał, żeby nawet na spacer w niedzielę wyjść nie mogła. Zawsze w niedzielę chodziliśmy na spacery, miała lisa, kapelusz, torebkę, rękawiczki, pantofelki, wszystko w jednym kolorze, była panią, oglądali się za nią, a została kucharką. Może kłóci się z wujenką Martą, bo mieszkamy wszyscy na kupie u dziadków i o kłótnię nietrudno.
Nie tylko ciebie, nie tylko ciebie, łagodzi jak może wujenka Jadwinia, bo wujenka Jadwinia każdemu by nieba przychyliła i boli ją, kiedy kogo coś boli, wszystkich nas pokarał. Takie świnie i to pokolczykowali, niby twoje, karmisz, starasz się, rąk od tych kartofli już nie czujesz, jeszcze żarte to, a nie możesz zabić. Poczekaj, tylko wrzucę im do koryta, i pomogę ci.
Za to wujenka Marta nie daruje ani słowu matki. Panią! Widzieliście ją, panią! To po coś tu przyjechała? Trzeba było siedzieć w mieście, kiedy ci tak dobrze było. A lisa też mogę mieć, nie myśl sobie. O, pójdzie Władek, zastawi wnyka, da się Kaźmierskiemu do wyprawy i będę miała. Pójdziesz, Władziu?
Wujka Władka ten lis aż podrzuca. Czyś ty, chlero jasna, rozum postradała? I gdzie byś w tym lisie chodziła? Po wsi? Żeby żandarm się przyczepił, skąd masz lisa, i mnie za dupę potem? Albo żeby nas ludzie obgadali, żeśmy się zbogacili i może na Żydach jeszcze? Chryste Panie! No, nie durne to? Człowiek dnia ani godziny niepewny, a ta lisa! Lisa jej się zachciało! I dając upust wezbranej wściekłości, przedrzeźnia wujenkę Martę. Lisa! Lisa! Pójdziesz, Władziu? Sakramencka! Żyły wypruwasz na doktorów, to o tym nie pomyśli. Skąd wziąć na lekarstwa, nie pomyśli. Tylko lisa! Lisa idź jej złap!
Wujence Marcie oczy zachodzą szkliście, przysiada w milczeniu na ławie pod oknem i bierze się za wyszywanie makatki. Dobra gospodyni smaczną strawę czyni. W niedzielę wyszywasz? Mówi znad różańca babka. W niedzielę grzech. A wujek Władek długo jeszcze nie może darować jej tego lisa. Lisa! Lisa!
Dopiero dziadek trzepie się swoim zwyczajem w kolano i ucina. Spokój! A potem łagodnie, z wysokości już swojego wieku, sam zaczyna o lisach, jakby on jeden o lisach wiedział wszystko. E, nie widać jakoś teraz lisów. Trochę tam kuropatw, zajęcy. A lisy jakby poznikały. Czy ta wojna, czy co? Nie było niby przepowiedni na lisy. Na kuropatwy tak. Nie będzie kuropatw, nie będzie i Żydów. Nie słychać nawet, żeby komu lis kurę porwał. A dawniej nie było dnia. Nie kurę, to gęś, kaczkę. I nory pozapadane, ani śladów, żeby wchodziły, wychodziły. Może jaka zaraza? I na lisy to nie teraz, w lecie. Teraz byle co, nie futro. Raz, dwa by ci wyleniało, Martuś. To dopiero zimą. Zimą im gęstnieje. I włos się robi grubszy, dłuższy, połyskliwy. Trzyma się latami potem. Drut tylko trzeba by stalowy na wnyka. Jest tam kawałek na strychu. I wypatrzyć, którędy jaki chodzi. Ale to do zimy jeszcze ho, ho.
A skoro niedziela, to na obiad jest kogut. Dumny, karmazynowy, z purpurowym grzebieniem. Chodził co dopiero po obejściu, jeszcze widzę go, jak ze stada kur wybiera sobie tę kropiatą kokoszkę, podlatuje do niej, roztrącając na boki pozostałe kury, i hop! przygniata ją, potulną, do ziemi, po czym otrzepuje się i dalej chodzi dumny. Jeszcze krew kapie z jego odrąbanej szyi, znacząc ślad od pniaka do izby, gdy go wujek Stefan niesie za łapy w swojej wielkiej ręce, tłumacząc jak samemu sobie, nie rzucaj się, ty nagła, przecież już nie żyjesz. Ale kiedy staje w progu, kogut znowu rozpościera skrzydła, jakby chciał się nimi zaprzeć o futrynę. Trzymaj go, bo mi krwią ściany obryzgasz, krzyczy wujenka Jadwinia, a dopiero bielone. Ano, mówię mu, żeby się nie rzucał. Co mu mówisz?! Co mu mówisz?! Łeb mu uciąłeś i mu mówisz! Wujek ze złością ciska koguta do cebrzyka.
O, wielki kogut, ale to wielki kogut, dziadek pochyla się nad cebrzykiem, a kogut jakby słysząc, że go dziadek chwali, znów się pręży, trokuje. Dopiero gdy wujenka Jadwinia polewa go wrzątkiem z czajnika, kurczy się, flaczeje, i to jest jego wieczne odpoczywanie. A wujenka przepasuje się zapaską, podsuwa sobie stołeczek. Wyrwij mu ogon najpierw, przypomina dziadek. I wujenka całą garścią wyrywa ten ogon. Idzie wrzucić ten ogon pod kuchnię. Wydaje się, jakby pęk płomieni niosła, żeby ustrzec dom przed ogniem. Już łapie pogrzebacz, już zrywa fajerki. Wołam, wujenka nie wrzuca, zrobię sobie pióropusz! Będę Indianinem! Wujenka się waha, a masz, tylko sobie osusz. Po coś mu dała? Dziadek nie ukrywa niezadowolenia, chcesz, żeby się jeszcze dom kiedy spalił? A z czego sobie zrobi pióropusz, jak chce być Indianinem? Pawi u nas nie ma. Tam zabobon, miałby się dom przez ogon spalić. Widzicie ją, będzie z ogniem igrała.
Wujenka obraca koguta na plecy, na brzuch, rwie, aż pióra chrzęszczą. Zostaw, mówi matka, sama sobie poradzę, a ty ubieraj się do kościoła, bo na mszę chcesz, a na sumę nie zdążysz. Zdążę, wujenka zwija się, aż jej się chustka obsunęła na tył głowy i uwolnione włosy czarną chmurą przesłoniły jej twarz, a jak się trochę nawet spóźnię, to się Pan Bóg przecież nie spostrzeże. Nie po to na krzyżu wisi, żeby patrzyć, kto się spóźnia.
Ma wujenka bogate te włosy. Nie piękne, nie gęste, lecz bogate. Stara Smykowa, sąsiadka, mówi nawet, bogachne. Ależ to bogachne masz te włosy, Jadwiniu, bogachne. Nie dał ci Bóg dziecka, ale chociaż włosy dał ci za twoje złote serce. Inne i tego nie mają. A wujek Stefan nieraz pogładzi wujenkę po tych włosach, kiedy nikt nie widzi, i nie powie nic. Ale wujenka wie, co chciałby powiedzieć, i co sobota myje te włosy. Tylko deszcz zaczyna padać, podstawia wiadro pod rynnę i łapie deszczówkę na to mycie. Nawet z pola potrafi przylecieć, kiedy deszcz pada, żeby nałapać deszczówki. Pełno tej deszczówki stoi w blaszanej beczce pod ścianą i w drugiej dębowej, i w kotle, bo nie może jej zabraknąć na żadną sobotę. A przecież zdarza się, że deszcz długo nie pada, nieraz całe lato susza zalega nad wsią, nad polami, a deszczówka musi być na to mycie włosów w sobotę.
Toteż w soboty wujenka już nie chodzi w pole i wszyscy to ze zrozumieniem przyjmują. Choć na wszelki wypadek co sobota rano wujek Stefan przypomina, to Jadwinia niech zostanie, włosy musi sobie umyć. Jeden tylko dziadek, nie żeby miał co przeciw temu, bo lubi wujenkę Jadwinię, nie może się nadziwić, że tak co sobota. We żniwa, no, to prędzej, nakurzy się, ale teraz znów nie ma tak kurzącej się roboty. A wszów i tak się nie wymyje, tylko trzeba grzebieniem wyczesać. Co ojciec z tymi wszami? Wujek Stefan się obrusza. Jakich wszów? No, a jakich? Wszów. Zawsze mieli wszy we włosach. To już teraz nie mają? Oj, tata, tata, wujenka Jadwinia próbuje te wszy w śmiech obrócić, bym się chyba ze wstydu spaliła. A zostanę, bo trzeba dom trochę oporządzić na niedzielę, poprać, pozamiatać, obiad ugotować. I wujenka zostaje, żeby umyć te włosy.
Najpierw naciera te włosy naftą. Żeby miały połysk i nie wypadały. Potem obnażona do pasa, staje nad miednicą, piersiami prawie dotykając wody, bo i piersi ma wujenka bogachne. Chybaby się wypchnęły z miednicy, gdyby je obie naraz zanurzyła. Rozchodzą się na boki, tak im ciasno ze sobą. Obnosi wujenka te piersi po izbie, gdy dolewa gorącej wody do miednicy z sagana i gdy po pierwszym myciu chlusta mydlinami z sieni na obejście, i gdy drew podkłada pod kuchnię, czasem tylko podtrzymując je jedną ręką, żeby jej nie zatoczyły. Ale też nie musi się nikogo wstydzić, wszyscy w polu, ja pognałem krowy, i tylko Pan Jezus w Ogrójcu sam na sam z wujenką, ale też nie patrzy na wujenkę, bo się modli i ma oczy w górze. Toteż nawet w drzwiach nie przekręciła wujenka klucza, bo któż by mógł przyjść, najbliżsi sąsiedzi tak samo w polu i dalsi w polu, i cała wieś w polu.
Pochylona nad miednicą, ma wujenka całą głowę w pianie i zanurzonymi w tej pianie rękoma szoruje, jakby z miesiąc tych włosów nie myła, a piersi kołyszą się pod nią jak dwa dzwony w takt ruchów jej rąk. Nie widzi, nie słyszy, bo i oczy, i uszy ma zatkane pianą, a jeszcze szum szorujących rąk w głowie słyszy, gdy nagle jakby coś ją tknęło. Tak jak stoi nad miednicą, z rękami we włosach, nieruchomieje. Kto to? Ni to pyta, ni się płoszy, bo nie słyszała, żeby drzwi ktoś otwierał. A wujek Stefan swoimi wielkimi rękami podbiera te piersi wujenki wiszące nad miednicą, jakby szczenięta z barłogu podbierał. Wujenka udaje zdziwienie. Nie poszedłeś w pole? Wróciłem się, że niby osełki zapomniałem. Chodź. Co ci się ubzdurało? Nie widzisz, włosy myję? A jak kto wejdzie? To i co? Długo? Ale i na krótko może wejść. To niech wchodzi. Nie z cudzą, tylko z własną. Poczekaj, niech choć spłuczę. Przekręć klucz. Po co? Chodź. I podkasuje wujence spódnicę, sadza ją sobie na kolana i huśtają się. Wujenka raz po raz unosi się z wujka kolan i opada, unosi się i opada, wzdychając, o, Boże, o, Stefuś. I coraz szybciej, o, Boże, o, Stefuś. Wujek coraz mocniej obejmuje wujenkę za piersi, aż z wujenki włosów piana rozbryzguje się po całej izbie. Nagle wujenka wydaje cichy jęk i zwiesza się wujkowi w rękach, a wujek przywiera głową do jej pleców. I tak siedzą chwilę, zastygli. Może tym razem da Bóg, Stefuś. Ano, może da.
Zapach rosołu napełnia już izbę, kiedy ostatni po sumie wracają dziadek z wujkiem Władkiem. O, pachnie, ale to pachnie, dziadek ledwo przekroczywszy próg, z lubością pociąga nosem. A bo stary kogut, to i pachnie, wujek Władek musi zawsze na przekór, a już zwłaszcza dziadkowi. Może to żal do dziadka tak z niego wyłazi przy każdej okazji, bo podobno to dziadek naraił mu wujenkę Martę za żonę. Tylko że mięso to będziemy jeść jutro, nim się ugotuje. Mówiłem, zabić tamtego kropiatego, mniejszy, bo mniejszy, ale nie taki złachany. Ale to pachnie, o, pachnie, dziadek z naciskiem powtarza.
I w tej samej chwili jakby karcąc się, że jeszcze z zapachu kadzidła po sumie nie ostygły, już nad zapachem rosołu łakomie się unosi, dodaje, no, to mądre miał dzisiaj ksiądz kazanie, o, mądre. Mówca z niego, ho. Wcale nie takie mądre, wujek Władek najwyraźniej ma ochotę posprzeczać się z dziadkiem. Gada, co mu ślina na język przyniesie. I wiecznie straszy, jakby nie dość było strachu i bez niego. Męki piekielne i męki piekielne. Mądre, obstaje dziadek przy swoim. Dla ojca wszystko, co ksiądz powie, musi mądre być. A księża też pletą nieraz trzy po trzy. Nie mądrze mówił, zarazo, ile zła jest na świecie? To bez niego wiem, ile jest. Wielka mi znów mądrość.
Posiadali z daleka od siebie, wujek Władek przy stole, dziadek na ławie pod oknem. I gdy wydawało się, że już tylko czekają, kiedy się wreszcie ten kogut ugotuje, znów zaczynają o tym kazaniu księdza. Dziadek, że, o, mądre, wujek Władek, że wcale nie takie mądre. Dziadek, że to dzięki księdzu jeszcze Boże słowo chociaż w niedzielę się usłyszy. Wujek Władek, że Bóg co miał powiedzieć, to powiedział i umarł, a księża od siebie gadają. Gdzie by Bóg chciał księdzem mówić, ojciec, jeszcze takim, co nie wie już, ile brać za pogrzeb, za ślub, za chrzciny, za co łaska po kolędzie? A Bóg Łazarza wskrzesił i wziął co? Zamienił wodę na wino, gdy nie mieli co pić, i wziął co? Boże słowo zamienili na ludzkie, a wciąż mówią, że Bóg. A Bóg chce człowiekowi coś powiedzieć, to mu sam powie, czy w myślach, czy na polu, czy nawet po pijaku, nie pij, o, idź do żony, dzieci. A dziadek wszystko to kwituje warczeniem, ty zarazo, ty zarazo. A w końcu trzepie się w kolano, ty antychryście! I wujek milknie, bo z dziadkiem nie ma żartów, kiedy trzepie się w kolano.
Zapada cisza jak sprężyna napięta, ani wyjść, ani zostać w takiej ciszy. Toteż chociaż nikt izby nie opuszcza, wydaje się, że wszyscy poznikali, i tylko dziadek zły, naburmuszony na wujka Władka o to kazanie księdza, siedzi na ławie pod oknem, jakby czekał, że może ktoś przyjdzie. A za niedługo matka, wbiwszy widelec w gotującego się koguta, obwieszcza, to będziemy już jeść. I w tej samej chwili oczy dziadka, łagodniejąc z tej złości na wujka Władka, kierują się na babkę. Chociaż mogłoby się wydawać, że babki nie ma w izbie, bo nikt nie zauważył, kiedy wróciła, nikt choćby słowem tego nie poświadczył, więc może gdzieś tam jeszcze klęczy w wyludnionym kościele, w półmroku, bo już kościelny Seweryn zgasił świece, a może w ogóle nie ma jej na świecie.
Lecz oto babka objawia się z niebytu w najdalszym kącie izby, przy wielkiej starej skrzyni w zielonobure wzory, przykulona nad różańcem. Bo cóż z tego, że była i na mszy, i na sumie, a po południu pójdzie jeszcze na nieszpory, modlitw nigdy nie dość, tym bardziej że rodzina liczna, a prócz rodziny dom, stworzenia, stodoła, chlewy, sad, pola, wieś, to ile na to wszystko trzeba modlitw.
Szykuj, przynagla dziadek, bo jeszcze ten różaniec babka trzyma w rękach. I oto zaczyna się rola babki, jakby jej od wieków przypisana. Z głębokim westchnieniem babka wstaje, idzie do kredensu i wydostaje blaszane talerze. Gdyby się nawet nie wiedziało, że już pora obiadu, brzęk tych talerzy przypomniałby o tym. Te talerze są jak krążki wyblakłego nieba, ni niebieskie, ni szare, a na dnie każdego czerwieni się duży kwiat z czarnym okiem pośrodku, otoczony po brzegach wiankiem mniejszych kwiatków, takich samych czerwonych z czarnymi oczkami. Stare są, co widać po poobijanych śladach. W jednym nawet dziurka wyskoczyła i babka przewlekła przez nią kawałek gałganka. Nikt nie chce w tym talerzu jeść, więc przy swoim miejscu na stole go stawia. Dawno jakoś nie było druciarza we wsi, zalutowałby albo nita dał, i babka ciągle go wygląda. Dobry jeszcze talerz, gdzie masz teraz takie talerze, bo wszyscy każą babce go wyrzucić.
Dostała babka te talerze w wianie, kiedy wychodziła za dziadka, i dlatego tak broni przed wszystkimi tych talerzy, a z nią broni czasem i dziadek. Zwłaszcza przed matką. Bo matka prawie przy każdym jedzeniu wygaduje na te talerze, że wstyd już jeść, że jak u najgorszych, że jak można przez tyle lat było nie kupić porcelanowych, w porcelanowych teraz ludzie jedzą. Ale babka z dziadkiem są przeciw porcelanowym, bo porcelanowych ile by się już natłukło, a te są i są. Nie mówiła księża gospodyni, trach, wypadnie z rąk choćby przy wycieraniu i po talerzu. A te są i są. Czy nie wiadomo z czego nawet pęknie. A te są i są.
Rozłożywszy talerze, przystępuje babka do dzielenia koguta, z powagą i namysłem, jakie przystoją sprawiedliwości. Temu udo, temu drugie udo, temu pół piersi, temu drugie pół, tam kuper, tu skrzydełko, drugie skrzydełko, szyja, za mało tych skrzydełek, za mało tych ud, więc tu coś ujmie, tam dołoży, przełoży, uszczknie, zamieni, doda, przepołowi, medytując, że taki wielki wydawał się ten kogut, taki wielki, póki chodził po obejściu, a nie ma czym dzielić.
Wujenki jak sowy wpatrują się, czy ich mężowie nie skrzywdzeni, i choćby oczyma podmieniają sobie większe na mniejsze kawałki, mniejsze na większe, i może to nawet dlatego tak wolno idzie babce to dzielenie. Zwłaszcza że i wujkowie nie są obojętni, lecz w napięciu szacują wzajemnie swoje talerze, nawet butem żaden nie zaszura po podłodze.
Tylko dziadek spokojny, bo ma zapewnione udo, i nie z woli babki, lecz sprawiedliwszej sprawiedliwości, kto wie, może Boga, który wraz z ziemią i to udo przypisał mu z każdego koguta na niedzielę. Toteż spogląda na talerze jakby z wysokości tej sprawiedliwości i od czasu do czasu poprawia sprawiedliwość babki. Stefanowi dołóż. Cóżeś Marcie tak skąpo dała? Jadwini dej skrzydełko, nie jemu. Ma już szyję, starczy mu.
Natomiast matka, uprzedzając sprawiedliwość babki, sama ją sobie wymierzy. Weźmie wątróbkę, żołądek, łepek, łapki, i powie, że to jej wystarczy, dosyć się nawąchała w czasie gotowania, na co wszyscy z wyrozumiałością się zgodzą. Najwyżej się upomni, żeby mnie czy ojcu babka za nią dała, albo tylko zapyta dla pewności, czy to dla mnie, czy dla ojca, i co nam sprawiedliwość babki wymierzy, wrzuci z powrotem do rosołu, żeby było ciepłe, gdy wrócimy, bo nas nie ma. My poszliśmy na spacer. Tak ojciec powiedział, po sumie pójdziemy na spacer z Piotrusiem. Ładna dzisiaj pogoda. To idźcie. Jest w tym marynarskim ubranku, to niech go zobaczą. Tylko wróćcie na obiad.
Ale ojciec nie miał zamiaru wracać na obiad, bo nie znosił tego dzielenia koguta, i najchętniej w ogóle by nie jadł. Niepotrzebnie więc matka dla usprawiedliwienia nas, czy może zaklinając dręczący ją niepokój, powie, że mieliśmy wrócić na obiad, a jakoś nas nie widać. Nikt i tak nie zwróci na to uwagi, jedynie dziadek powie, że mógłby się jeszcze trochę pogotować ten kogut, bo przytwardy. Na co wujek Władek, że dla niego jest w sam raz, bo nie lubi, jak mięso od kości odstaje, a dziadek mógłby sobie zęby wprawić, bo wszystko jest dla niego przytwarde, marchewka przytwarda, pietruszka przytwarda.
Nie mają jednak ochoty do dalszej sprzeczki, ani dziadek, ani wujek Władek, wyłagodnieli przy tym kogucie, że nawet mówić, mówią z rzadka, co bądź i od niechcenia, bo po co jeszcze mówić i marnować słowa, kiedy je się. Słowa z jedzeniem za dużo naraz i nie przystają do siebie, nie wiadomo, mówi się czy je, a zresztą jedzenie też mowa.
Niby skończyli jeść, zostały tylko kości po kogucie, lecz szkoda jakoś wstawać od talerzy, kogut nie co dzień jest na obiad i nawet nie co niedziela. Więc obgryzają te kości z pozostawionych chrząstek, ścięgien, gryzą, miażdżą, wysysają. Wujek Stefan mówi, że w kościach jest najlepsze, i najgrubszą kość zgruchocze w swoich mocnych, zdrowych zębach. A kiedy ssie, to jakby pogwizdywał. I także dziadek, rozłupawszy nożem swoją kość po udzie, bo nie dałby przecież rady tymi paroma starymi zębami, mamle ją na wszystkie sposoby i potwierdza, że najlepsze. A bo w kościach jest sam smak, mówi wujenka Jadwinka i posysa cieniutko, ale też i kostki przypadły jej cieniutkie, ledwo żeberka czy ze skrzydełka. Wujek Władek za to ssie, aż mu się w policzkach doły robią, i najgłośniej ze wszystkich. Ale też dla wujka każda kość ma inny smak, inny z uda, inny ze skrzydełka, z szyi, a najlepszy jest w łepku, mówi, ale łepek ma akurat matka. Potrafi zresztą ssać i bez ssania, obracając tylko kość w gębie, aż na wiór ją samą śliną przerobi. Lecz kiedy chce dziadkowi dokuczyć, ssie na całą izbę.
Nie możesz, chorobo, ciszej, dziadek nie znosi takiego ssania. I nie dlatego, że sam nie może, lecz wszystko, co od innych odstaje, psuje zgodę w rodzinie, to i ssać powinien każdy tak, żeby się zgadzało, chociaż każdy po swojemu i wedle kości, jaka mu przypadła. Bo wiadomo, kości kościom nierówne, choć z jednego koguta. Są kości, kostki, kosteczki, kosteńki, ale wszystko to się przecież zgadzało w kogucie, to i odgłosy tego ssania, choć różne, powinny się zgadzać, jakby kogut piał. Mógłbym po ciemku rozróżnić, że to wujek Stefan ssie, a to dziadek wysysa, wujek Władek, wujenka Jadwinia, wujenka Marta, babka.
Matka tylko nie ssie. Miastowa już się stałaś, o, miastowa, mówi wujek Stefan, nawet kości ssać już nie potrafisz. Ale zanim za mąż wyszłaś, potrafiłaś. Sporo lat tu z nami żyłaś i ssaliśmy, pamiętasz? Nie zapomina się tak prędko, kiedy coś się potrafiło, i od pierwszych zębów. I z politowaniem patrzą, jak matka oskrobuje sobie nożem te kosteczki z łepka, z nóżek, a przecież wystarczyłoby powsadzać je w zęby i wyssać. Najlepszy smak cię ominie, użala się wujek Stefan. Tak jak oni wyssą, że nawet pies się już nie naje.
Idziemy z ojcem w kierunku Zieleńca, a może Głębokiej Drogi albo Dziewiczej Góry. Trudno to odgadnąć z fotografii. Jej brzegi każą nam się ścieśnić. Ojciec ma ucięty nawet lewy łokieć. A pod stopami ledwo ścieżki można się domyślić, kończymy się nieomal z czubkami naszych butów. Ojciec ma chyba czarne kamasze, choć wydają się szare. Moje sandałki powinny być brązowe. Matka nieraz powtarzała, że dla chłopca w moim wieku najładniejsze są brązowe. No, i wojna, nie ma innej skóry, tylko czarna lub brązowa. Lecz z szarości fotografii trudno to odgadnąć, czy są rzeczywiście brązowe. Nawet bujne liście na kawałku gałęzi wystającej z boku fotografii, nad naszymi głowami, nie mogą się przebić przez tę szarość, choć zapewne broczą zielenią. I także pogórzone pola za naszymi głowami, i jakieś drzewa pomniejszone do wielkości ziół, i kawałki nieba u góry, wszystko to pokrywa szarość. I mnie z ojcem podobnie, choć stoimy w jasności słońca w tę letnią niedzielę. Widać to po cieniu gałęzi na nas i po cieniu ronda kapelusza na ojca twarzy.
Trzymamy się za ręce i patrzymy gdzieś w przestrzeń, przed siebie. Ojciec tymi swoimi wytrzeszczonymi oczyma, ja wzrokiem skrzywionym przed słońcem. Te jego oczy są najwyraźniejsze w całej fotografii, one jedne wydobywają się z jej szarości. Wydaje się, że całe światło słońca tylko w nich się skupiło, przywracając im ich naturalny kolor, nie liściom, nie niebu, tylko tym wytrzeszczonym oczom ojca. Ale jakiego właściwie są koloru, piwne, niebieskie, czarne? Może gdyby patrzyły beztrosko, ze znużeniem czy uśmiechem, łatwiej byłoby powiedzieć, piwne, niebieskie czy czarne. Nie jestem też w stanie po sobie odgadnąć koloru tych jego oczu. Mam oczy po dziadku, tak się w każdym razie mówiło, masz oczy po dziadku, o, nawet lewa powieka tak samo ci drży.
Nie mam jednak pewności, czy te oczy ojca tak naprawdę patrzą. Gdyby nie to letnie słońce rozświetlone wokół nas, można by powiedzieć, że błagają o jasność w dookolnej ciemności. Lub może w jasności tego słońca, przenosząc wzrok poza widnokrąg, ujrzały nagle coś, co tylko w jakimś nadwidzeniu bywa dostępne ludzkim oczom, a w co nie chcą przerażone uwierzyć. I tak to fotograf utrwalił.
Skąd się wziął ów fotograf w tę letnią słoneczną niedzielę, w samo południe, na naszej drodze? I któż to mógł być, skoro nikt we wsi nie miał aparatu fotograficznego? Chciał ktoś zrobić sobie zdjęcie, musiał jechać do miasta. No, i raz na rok na świętego Wincentego, kiedy odpust był, przyjeżdżał fotograf. Lecz robił tylko zdjęcia w wyciętym sercu, w mundurze ułana i na wielbłądzie, na pustyni, w stroju beduina. Te trzy tablice tylko z sobą woził, podobno od przedwojny jeszcze. Wystarczyło wstawić głowę i miało się zdjęcie, jakie kto chciał, w tym sercu, w mundurze ułana czy na wielbłądzie, na pustyni, w stroju beduina. Wujek Władek miał wszystkie trzy. Kiedy się sprzeczali z dziadkiem i dziadek nie miał już na wujka sposobu, wypominał mu te zdjęcia. Na wielbłądzie, zaraza. Ułan, zaraza. Jak dziewczyna w sercu, zaraza. No, nie pstro ma toto w głowie?
Lecz czy to akurat była wujka wina, że miał i w tym sercu, i w mundurze ułana, i na wielbłądzie, na pustyni, w stroju beduina, skoro nikt we wsi nie miał aparatu fotograficznego, a do miasta nigdy by wujek nie pojechał zrobić sobie zdjęcia, do miasta kiedy jeździł, to tylko na jarmarki. Poza tym lubił odpusty.
Wujek Stefan za to nie lubił odpustów, ale kiedy patrzył na odświętnie ubraną wujenkę Jadwinię, nie mógł się powstrzymać, żeby przynajmniej nie powiedzieć, tylko zdjęcie ci, Jadwiniu, teraz zrobić. Szkoda, że ktoś we wsi nie ma aparatu fotograficznego. Na co nieraz włączała się z westchnieniem matka, o, gdyby nie ta wojna, i aparat fotograficzny miałby Piotruś, mógłby wszystkim nam zrobić.
Miał aparat jedynie gefreiter Hanke z posterunku. Ale nie widziano go nigdy z tym aparatem w niedzielę. Chociaż to niedziela jest wymarzonym dniem na zdjęcia. Może nawet po to dał Bóg ludziom niedzielę, aby odświętnie ubrani, wymyci, pouczesywani mogli się ten raz w tygodniu przedstawić, jacy mogliby być, a nie jacy są. I niejeden zapewne bez przymusu, z własnej woli dałby sobie zrobić zdjęcie nawet i Hankemu, bo nie byli przeciw zdjęciom. Lecz pokazał się Hanke na wsi w niedzielę, to aby z kaburą u pasa.
Za to w zwykły dzień tygodnia nie przeszło się przez wieś, żeby się nie natknąć na Hankego, jak z tym aparatem na piersiach, nieraz od samego rana, łowił ludzi niczym diabeł dusze i pstrykał. Pstryk. Pstryk. Czy to taką służbę ma, czy taką mściwość? Bo nikomu nie darował, młodym, starym, chłopom, babom, dzieciom.
Blady strach na wieś padał, kiedy Hanke pojawiał się z tym aparatem. Matki zabierały dzieci z drogi, zdejmowały suszące się garnki z płotów, suszące się łachy ze sznurów, bo nie daj, Boże, jeszcze weźmie pstryknie. Czy krowy ktoś gnał, to zawracał. Czy jechał ktoś furą, to podcinał konia i uciekał, a było za późno, bo Hanke tuż tuż, to zostawiał konia, furę, bat i wpadał w najbliższe obejście albo krył się w najbliższej zagacie. Czy na ławeczce pod chałupą ktoś siedział, to myk do chałupy jak zając. A nawet gdy ktoś odświętnie był ubrany, bo akurat szedł do księdza ślub lub pogrzeb załatwić lub do miasta do starostwa się wybierał czy do sądu, też schodził Hankemu z drogi. Bo nie lubił Hanke, gdy spotykał kogoś odświętnie ubranego w zwykły dzień tygodnia. Takiego mógł wylegitymować, wyprzezywać, a nawet zaprowadzić na posterunek.
Hanke zdjęcia robi, podawano sobie z ust do ust jak złowrogą wieść. Już jest pod kapliczką! Jest tu! Jest tam! Jest pod szkołą! Stoi przed chałupą Kalembasy! O, pies ujada u Marców, musi Hanke tam być. Poszedł do Boduchów, na szczęście Boduchy wszystkie w polu, dziadek tylko są, oj, naobraca on ci dziadka, naobraca, Boże, daj siły dziadkowi, żeby przeżyli to pstrykanie.
Bo Hanke nie robił byle jakich zdjęć. Hanke miał swój świat jak prawdziwy artysta, tylko ludzie we wsi tego nie rozumieli. Przede wszystkim wynajdywał dla swojego świata najgorzej ubranych, obdartych, bosych, pokracznych, bezzębnych jak korzenie, o twarzach jak kora starych wierzb, jak wysuszona słońcem ziemia. O, wtedy gęba mu się rozjaśniała i powtarzał, sehr gut, sehr gut, wunderbar. I pstryk. A nie dał nikomu choćby włosów przygładzić czy chustki na głowie poprawić, czy koszuli wpuścić w spodnie, czy pozapinać guzików, nie mówiąc już polecieć do chałupy i choć trochę się ogarnąć. Tylko tak jak kogoś złapał, kazał mu się nie ruszać i pstryk. Czasem go ustawiał przy jakimś starym płocie, pod jakąś walącą się chałupą, pod uschniętym drzewem i pstryk. Czasem kazał się szeroko uśmiechać, jak ktoś nie miał zębów, albo czapkę czy kapelusz zdjąć, jak ktoś miał akurat czapkę czy kapelusz, a nawet i buty, czasem w progu siąść czy na kamieniu i zamyślić się, że się tak nad życiem zamyśliło. I powtarzał to swoje sehr gut, sehr gut. I pstryk. Czy jak ktoś z pola z zajdami szedł, zatrzymywał go i pstryk. Czy z sierpem, z kosą, z grabiami, ze snopkiem powróseł, pstryk. O, sehr gut, sehr gut. Wunderbar. A gdy pijanego spotkał, to szedł za nim i ze wszystkich stron go pstrykał, z dalsza, z bliska, tuż pod samą gębą, omal właził w niego z tym swoim aparatem, a pijany, jak pijany, jeszcze głupio się uśmiechał, bo mógł nawet nie wiedzieć, że to gefreiter Hanke go fotografuje, tylko że się Bogu tak spodobał.
Zwłaszcza lubił fotografować dzieci, a najbardziej te umorusane, brudne, w samych nieraz koszulach, bez majtek, jak to dzieci na wsi, gdy matka, ojciec w polu. Jeszcze kazał im się obsypywać kurzem czy taplać w błocie, gdy były za mało brudne czy umorusane. Choć nie można powiedzieć, dawał im cukierki za to albo głaskał po główkach, tak że dzieci chętnie się obsypywały czy taplały, jak to dzieci. I pstryk. Sehr gut. Sehr gut. Wunderbar. Zaglądał też w obejścia, a nawet wchodził do chałup. I pstryk.
A już z rodziną Madejów prawie że się zaprzyjaźnił. Choć Madeje mówili, że się zawziął na nich. Kupa ich była i bieda aż piszczała. Chałupę też mieli najbiedniejszą we wsi. Przykulona do ziemi, z jednej strony drągiem podparta, okienka nie większe niż główki kapusty, a i sami, od dziadków poprzez córki, synów, synowe, zięciów, aż po bachorów, nie wyglądali lepiej. Ale Hanke jaśniał na ich widok i witał się z nimi jak z dobrymi znajomymi. Poklepywał ich po plecach, a nawet próbował parę słów powiedzieć po polsku.
Zaraz też wyprowadzał ich na obejście, na słońce. Tu najpierw długo patrzył, gdzie to słońce nad obejściem, a potem według tego słońca ich ustawiał tu, tam, po całym obejściu, aż nieraz wydawało się Madejom, że to słońce na niebie tak ustawia. I wciąż mu było źle, wciąż od nowa ich ustawiał. Bo chciał, żeby i chałupa wyszła, i to po tej stronie z drągiem, żeby i stodoła, żeby chlewy, żeby płot, psia buda, żeby cały świat. To nagonił ich nieraz, że ledwo nogami Madeje powłóczyli, choć tylko po obejściu i nie wcale takim dużym.
Dziadków musiał nieraz aż popychać, ciągnąć, bo już odmawiali posłuszeństwa i woleliby, żeby ich zastrzelił. A ten, że niedobrze tu, lepiej będzie tam, i znów ich gnał. Albo tam. Może tam, jak ten prześwit, to wyjdzie i kawałek sadu. Choć jaki tam sad mieli Madeje. Trzy gruszki na krzyż z dwiema jabłonkami i jedną śliwkę sralkę. Prócz tego kilka drzew uschniętych, których nie miał od lat kto ściąć i wykopać.
A gdy dobił z nimi do takiego miejsca, że wreszcie uśmiech pojawił się na jego twarzy, to ich jeszcze czochrał, obszarpywał ubrania na nich, przesuwał tych do tyłu, tych do przodu, zamieniał tych na tych, tym kazał kucnąć, tamtym ścieśnić się, innym się wyciągnąć, a innym do ziemi przypłaszczyć. Albo którejś z córek czy synowych pierś spod bluzki wydostać i udawać, że niby to karmi zawiniętego w chustkę na ręku bachora. Bo choć było bachorów u Madejów bez liku, to przeważnie wszystko już podrosłe. A jeszcze ich nieraz sklął, że niemrawo się ruszają i nie odgadują jego myśli.
Trzeba jednak przyznać, że i sam się nie oszczędzał, przyklękał, kucał, zbliżał się, oddalał, zachodził ich z jednego boku, zachodził z drugiego, czasami aż tym aparatem po gębach im jeździł. Wychodził na pniaka, na furę. Kiedyś nawet kazał im przystawić do strzechy drabinę i wszedł na tę drabinę, ale też mu było źle. Czapkę daszkiem obracał na plecy, to znów ją zdejmował. Odpinał się pod kołnierzykiem, odpinał pas z kaburą i kładł go byle gdzie. Mówili Madeje, że można by mu jak nic pistolet świsnąć. Ale po co? Nie słyszało się, żeby któryś z synów czy zięciów Madejów był w partyzantce. Nieraz pot mu czoło zarosił, a on pstrykał i pstrykał, to mówili Madeje, że aż diabła widać było w jego oczach. A gdy wreszcie skończył to pstrykanie i powiedział sehr gut, siadał sobie na pniaku czy kamieniu i ział, jakby po tym diable tak nie mógł przyjść do siebie.
Ale i Madeje czuli się po tym pstrykaniu nieraz zmachani jak nieboskie stworzenia. I stali dalej, jakby nie wiedzieli, czy są jeszcze na świecie, czy już tylko na tej fotografii. Aż dopiero musiał im Hanke powiedzieć weg.
Lecz nawet w największym artyście pojawia się czasem chęć sprzeniewierzenia się sobie i zrobienia czegoś najbardziej błahego i pospolitego. Toteż kto wie, czy nie w tym właśnie celu wybrał się Hanke w tę letnią słoneczną niedzielę na spacer, zabierając ze sobą ten jeden jedyny raz aparat fotograficzny. I to nie on nam, lecz my jemu nadarzyliśmy się z ojcem. Chociaż mogło by się wydawać, że nasze spacery tylko przypadkowo się ze sobą zeszły.
Uśmiechnął się z daleka do nas jak do dobrych znajomych, a gdy podszedł bliżej, ten uśmiech przerodził się omal we wdzięczność dla nas. Ojciec w tym gabardynowym płaszczu, który nawet w lecie, jeśli nie było za gorąco, zwykł zakładać na siebie, w kapeluszu na głowie, ja w tym marynarskim ubranku, jakże odmienni musieliśmy mu się wydać od jego codziennego świata, jakże wzruszająco nijacy od tego, co zwykł fotografować. Może nawet spytał nas się, gdzie idziemy. A gdy ojciec odpowiedział, że na spacer, ubawiło go to, bo właśnie wracał ze spaceru. Spazieren, spazieren, powtarzał przez śmiejące się zęby. I musiało go to jeszcze bardziej utwierdzić w przekonaniu, że czegoś takiego, jak my, właśnie potrzebował, bo już dawno nie słyszał słowa spazieren, słowa tak nieodpowiedzialnego, beztroskiego.
Kazał nam się ustawić, że zrobi nam zdjęcie. Nie tam. Tam. Pod tym drzewem. Pod słońce. I oto stoimy z ojcem obok siebie, trzymając się za ręce. Ojciec w tym jakby za dużym gabardynowym płaszczu, przygnieciony jakby za dużym kapeluszem. Ja w granatowym marynarskim ubranku, w marynarskiej białej czapce na głowie, w sandałkach i podkolanówkach.
Naturalnie nie zdawałem sobie sprawy, czym ta chwila dla mnie będzie. Może nawet byłem niezadowolony, że ktoś nas zatrzymuje dla głupiej fotografii. I dlatego nie mogę mieć pewności, czy był to gefreiter Hanke, chociaż nie potrafię przypomnieć sobie nikogo innego, bo i któż by to mógł być? Nikt przecież nie miał we wsi aparatu fotograficznego. Toteż gdyby to było prawdopodobne, powiedziałbym, że nikt nam tego zdjęcia nie robił, a jedynie, jak to bywa ze zdjęciami, znalazło się po latach między innymi zdjęciami. Sądząc jednak po wytrzeszczonych oczach ojca, mógł to być gefreiter Hanke, bo przecież takimi oczami nie patrzy się, kiedy ktoś nam robi zdjęcie. Sam fotograf nim pstryknie, uprzedza, proszę się uśmiechnąć. A gdy się zdarzy, że zapomni, to samo przez się wiadomo, że do aparatu fotograficznego należy się uśmiechnąć, bo od tej krótkiej chwili nie ma już odwrotu.
Zwykle miał ojciec oczy łagodne, które patrzyły z jakimś wyrozumiałym smutkiem, ukrytym gdzieś głęboko, na dnie, lecz zarazem tak wyraźnym, że zapamiętywało się bardziej ten ich smutek niż ich kolor. I kiedy nawet się uśmiechnął, ten smutek nie opuszczał jego oczu. Widocznie jednak nie dowierzał, że oto stoi przed aparatem fotograficznym, bo gefreiter Hanke w przypływie chęci samorozgrzeszenia zapragnął zrobić nam zdjęcie. Może wydawało mu się, że stoi przed wycelowaną lufą, czekając, kiedy padnie strzał. Może nawet mocniej ściska moją rękę jak gdyby na pożegnanie. Może pragnie mi coś przekazać, lecz właśnie słowa uwięzły mu w gardle. A może wszyscy dorośli mieli wtedy takie oczy, lecz póki żyli, nie widać tego było, wychodzi to dopiero na fotografiach z tamtych lat, kiedy fotografie, zmęczone już długością pamięci, wyblakły, zszarzały. Mnie razi tylko słońce.
1
Bitwa pod Kannami
Nie wiedziałem wtedy jeszcze nic o Ikarze, lecz gdy się patrzyło ze wzgórza na tę rozciągającą się w dole równinę, aż kusiło, żeby rozpiąć na całą szerokość ręce, zatrzepotać nimi parę razy w powietrzu i wzbić się ponad nią, wyżej i wyżej, i zatoczywszy jedno, drugie koło ponad naszym domem, poszybować aż do Gór Pieprzowych i tam osiąść na ich wybrzuszonym cyplu czy obok, na którymś z wybulonych przęseł kolejowego mostu, czy nawet popłynąć razem z Wisłą, ponad nią, dopóki sił starczy, aż do jej kresu.
Nieraz się widziałem, jak te moje rozpięte ręce odrywają mnie od wzgórza, unoszą, wzbijam się ponad schody, ktoś tam wspina się po nich, przykulony, przygarbiony, trzymając się poręczy, a gdy jestem już nad naszym domem, wznoszę się jeszcze wyżej, żeby mnie matka czasem nie zauważyła, choćby po cieniu, jaki rzucam na ziemię, już zostawiam dom nasz poza sobą, lecz na nieszczęście drzwi do naszej sutereny są od strony równiny i z tych drzwi wybiega matka, wiedziona zapewne przeczuciem, bo przecież nie mogła usłyszeć mojego płynącego lotu, i krzyczy za mną w niebo:
- Cukier kupiłeś?! A sól?! A chleb?!
I od razu tracę moc w rękach, coś mnie ściąga jak latawca za sznurek, zniżam się, spadam i staję przed nią zawstydzony, że nie kupiłem, bo kupiłem sobie chałwy, a resztę przegrałem w obijanego z chłopakami.
Toteż jeśli chciałem się w jej oczach poprawić, a wysłała mnie akurat po cukier, sól czy chleb do miasta, zamiast schodzić po schodach w dół, sfruwałem wtedy pod nasz dom, zeskakując z tych rozpiętych rąk tuż pod drzwiami do naszej sutereny. Choć i bez fruwania zwykle przebiegałem te schody susami, po dwa, trzy, a z góry po pięć i sześć, aż nie potrafiła matka nigdy ukryć zaskoczenia, graniczącego omal z lękiem, że jestem już z powrotem. Ale nie pochwałą mnie witała, pochwała zapewne wydawała się jej niewystarczającą miarą mojego wyczynu, a tym bardziej nie oddawała jej bezwiednie ujawnionego lęku, lecz czymś w rodzaju przestrogi:
- Skacz, skacz, aż złamiesz kiedyś nogę.
Chyba że była w pogodnym nastroju, co zdarzało się niezwykle rzadko i w chwilach jedynie zapomnienia, albo gdy ktoś z sąsiadów był akurat u nas, wówczas głos jej pobrzmiewał omalże podziwem dla mnie.
- Ależ ty, chłopak, fruwasz.
Te schody zaczynały się tuż za naszym domem i prawie w linii prostej, z niewielkimi odchyleniami w jedną, w drugą stronę, poprzerywane brukowanymi podestami co kilkanaście stopni, pięły się na sam szczyt wzgórza, na którym leżało miasto. Lub odwrotnie, jako że wszystko zależy od naszego miejsca w przestrzeni, przestrzeń bowiem określa nasze odczucia i wyobrażenia, a w konsekwencji nasz los, zaczynały się na szczycie tego wzgórza, na którym leżało miasto, i spadały kaskadą po najbardziej urwistej jego stronie aż do miejsca, gdzie brała swój początek ta rozległa równina. Tu właśnie stał nasz dom, od tyłu po wysokość sutereny wkopany w łagodniejące zbocze, choć można też powiedzieć, że był to jego przód, a myśmy mieszkali od tyłu, od tej rozległej równiny.
Prócz schodów prowadziły do miasta też inne drogi, łatwiejsze. Wiły się po wzgórzu licznymi załomami, łagodząc jego stromość, choć i wydłużając znacznie odległość. Można też było iść ulicą Browarną, prowadzącą, jak sama nazwa wskazuje, od istniejącego tu niegdyś browaru, która okrążała całkiem wzgórze, wpadając do miasta nieomal z przeciwnej jego strony. Schodami było jednak najbliżej. Schodami było jakby na sąsiednią ulicę, tyle że położoną na najwyższym piętrze. A co najważniejsze, chodząc schodami, miało się poczucie, że się mieszka w mieście, a nie na jakimś tam podgórzu, na które ludzie z miasta mówili z wyższością Rybitwy. A nawet że się mieszka w najbardziej rdzennej części miasta, bo miało się tuż nad głową, w odległości upoważniającej do przyznania sobie takiego właśnie najbliższego sąsiedztwa, Collegium Gostomianum, Dom Długosza, zaraz za nim Katedrę, pałac biskupi, do tego wychodziło się wprost na Rynek.
Toteż chociaż narzekano na te schody, wszyscy chodzili do miasta schodami. Zresztą gdy się w dół schodziło, a tak lekko, bezboleśnie, jakby nogi same schodziły, uwalniając resztę ciała od jakiegokolwiek wysiłku, a z dołu akurat ludzie gramolili się w męce pod górę, było widać najlepiej, jaką cenę płacą za to, żeby mieszkać w mieście, a nie na jakichś tam Rybitwach. Ciała uwieszone kurczowo na trzeszczącej drewnianej poręczy, pokrzywione twarze, a zamiast ust rozwarte dziury, którymi łapali powietrze. Wydawało się, że dźwigają te schody u swoich nóg, jakby za jakąś karę. Aż nieprzyjemnie było kogoś takiego spotkać na swojej drodze. A najgorzej starzy, każdego, kto schodził z góry, omalże zabijali nienawiścią, jakby tylko w jedną stronę prowadziła droga po tych schodach, jak oni szli, pod górę. A z góry była gwałtem na przeznaczeniu.
Najbardziej niepogodzona na Rybitwach z tymi schodami wydawała się matka, która za każdym powrotem z miasta postanawiała, że musi koniecznie poszukać innego mieszkania, zarzekając się przy tym, że następnym razem pójdzie już którąś z tych okrężnych, dłuższych dróg czy nawet Browarną, choćby miała i pół dnia zmarnować. Lecz gdy jej znów przyszło wybrać się do miasta, szła schodami. Po czym wracała znowu rozsierdzona, z tym samym wciąż postanowieniem, że musi poszukać innego mieszkania, może w Rynku, może za Katedrą, może z tamtej strony miasta, może tu, tam, bo za jakie grzechy mamy się tak męczyć po tych schodach i wiadomo dokąd? Cukier iść kupić, wspinać się jak do nieba, sól jak do nieba, chleb do nieba. A gdzie kartofle, mąka, kasza czy choćby kawałek słoniny, po wszystko do nieba. Chryste Nazareński, a zróbże coś z tymi schodami, bo jakbyśmy w piekle mieszkali, nie na ziemi! I ugruntowując w sobie to postanowienie, przenosiła swoje złorzeczenia ze schodów na całe wzgórze, na którym leżało miasto, że chyba sam szatan wymyślił to miasto na wzgórzu, bo nie Bóg, Bóg by człowiekowi różami usłał każdą drogę, gdyby mógł. Gdzież to dla ludzi takie miasto, miasta powinny leżeć na równiutkim i cały świat powinien leżeć na równiutkim.
To postanowienie szybko się jednak z niej ulatniało, w miarę jak opuszczała matkę złość. I za chwilę już nie pamiętała, że postanowiła poszukać innego mieszkania, aż do następnego razu, kiedy znów jej przyszło wybrać się do miasta. Bo złość w matce jakkolwiek gwałtownie wybuchała, że ledwo podpalona, już rozniecała się płomieniem, często z byle powodu, tak równie gwałtownie w niej stygła, przechodząc od razu w serdeczność, zgodność, wyrozumiałość wobec ludzi, świata, Boga, chorego ojca, mnie nieposłusznego, a nawet tych schodów, że przynajmniej dużo bliżej nimi do miasta.
Być może odżywała w niej pamięć, co się i za tym mieszkaniem nachodziła, i to studziło w niej złość na te schody i na to miasto na wzgórzu. Miasto było bowiem przepełnione różnymi wysiedleńcami, uciekinierami, rozbitkami, a jeszcze w większości domów mieściły się wojskowe kwatery, w co okazalszych urzędy, których namnożyło się jak grzybów po deszczu. Chociaż miało to szczęście w nieszczęściu, że front je ominął, przechodząc bokiem i odsuwając się od razu na bezpieczną odległość, tak że spadło wszystkiego kilka pocisków, nie wyrządzając większych szkód, i chyba trzy bomby, z których jedna zburzyła browar znajdujący się niedaleko naszego domu.
Straciła już nadzieję, że znajdzie choćby jakikolwiek kąt. Zmęczona, bezradna weszła w końcu do jakiegoś sklepu, czy może nie wiedzą, gdzie tu byłoby mieszkanie do wynajęcia? I w tym to sklepie natknęła się na młodą, elegancką panią, która powiedziała, że w domu, gdzie mieszkają z siostrą, jest wolna suterena. Ktoś w niej nawet w czasie wojny mieszkał, tylko że to jest na Rybitwach. Gdyby jednak matka chciała, to zaofiarowała się sama porozmawiać z właścicielką, która mieszkała gdzieś w Rynku. Tą elegancką panią okazała się jedna z panien Ponckich, Róża czy Ewelina, nie umiała sobie matka przypomnieć, mimo że zaraz się zaprzyjaźniła z nimi, gdy tylko wprowadziliśmy się do tej sutereny, bo i przyjaźnie zawiązywała równie szybko, jak szybko i z byle powodu je zrywała.
W ojcu, co prawda, panny Ponckie nie wzbudziły zaufania, jakkolwiek same, z własnej woli, pomogły nam w urządzeniu tej sutereny, przynosząc kilka rzeczy od siebie, w tym dwa krzesła, jakąś półkę, jakąś makatkę na ścianę, jakiś widoczek, zasłonkę do okna, kilka talerzy, szklanek. I także później ciągle coś przynosiły, że może się nam przydać, a im tylko mieszkanie zagraca, albo że zmieniły na nowe i niepotrzebne im już czy że mają drugie takie same. No, a przede wszystkim miała matka wreszcie pójść do kogoś, porozmawiać, a nawet posłuchać tang, bo miały gramofon i całą etażerkę płyt z tangami i też lubiły, podobnie jak matka, tanga.
Zresztą w ogóle ojciec zrobił się nieprzystępny, milczący, odkąd zamieszkaliśmy w tej suterenie. Nawet mało co go cieszyło, że jest już po wojnie. Ledwo wstał, umył się, ogolił, ubrał, zjadł i zaraz tak w ubraniu kładł się z powrotem na zaścielonym już łóżku i ciągle tylko w okno patrzył przed sobą albo w sufit nad sobą, aż go nieraz matka pytała, i cóż ty tam widzisz w tym oknie, w tym suficie.
I teraz ona czuła się w obowiązku nieustannie go pocieszać, żeby się nie martwił, bo na pewno wyzdrowieje, będzie miał lekarza, tylko trzeba się dowiedzieć, który tu najlepszy, da mu jakieś pastylki, a może i zastrzyki, i na pewno wyzdrowieje, bo znów nie taka to choroba serce, mało to ludzi choruje na serce? A po tej wojnie prawie każdy, jej też tak nieraz kołacze. A wyzdrowieje, to znajdzie sobie posadę, i nawet lepszą niż miał tamtą przed wojną. Będziemy znów chodzili do restauracji w niedzielę na obiady, na spacery, do kina. Mój Boże, całą wojnę nie byliśmy w kinie. A pamiętasz Panią Walewską z Gretą Garbo? Jak on się nazywał ten Napoleon, no, zapomniałam. Charles Boyer, podpowiadał ojciec, i nawet się ożywiał, a nie tyle ze względu na to kino, co na Napoleona. Wciąż mi w oczach stoi, jak ona go żegna na tych schodach, pamiętasz? Trochę tylko był za mały do niej. Mogliby wziąć wyższego. Wzrost nie świadczy o człowieku. No, ale w filmie mogliby, bardziej by do siebie pasowali. I na wysokim inaczej mundur leży. Na koniu tak tego nie było widać. Ale na tym balu jak tańczyli, pamiętasz? Gdzie to, żeby mężczyzna był o głowę niższy od kobiety. Albo Kurier carski. Napłakałam się, kiedy mu te oczy wypalali. Żeby tak człowieka męczyć, to już trzeba nie mieć krzty litości. Całe kino płakało. Tusz mi z rzęs się rozmazał, a tyś mi nawet nie powiedział. Dopiero w domu zobaczyłam, kiedy w lustrze się przejrzałam. Aż miałam na policzkach czarne smugi od łez. A od chusteczki jeszcze nos sobie usmoliłam. Eh, inne życie jest w mieście. Tylko wyzdrowiej. Zmienimy mieszkanie. Chciałabym, żeby choć dwa pokoje były. Piotrek miałby swój i my swój. I koniecznie od południa, a przynajmniej ten dla Piotrka. Dziecko, kiedy rośnie, potrzebuje słonka. I do nauki też słonko potrzebne. I tutaj byłoby bliżej rodziny. Stamtąd trzeba było jechać i jechać. A jeszcze się przesiadać. Już tam nie chciałabym wracać. O, skoczy się i mąki czy śmietany, czy jajek się przyniesie, mleka. Gdzie kupisz teraz takie mleko ze śmietaną. A na zimę Stefan albo Władek choć kartofli by nam przywieźli. A co jabłek, gruszek, śliwek, wiśni mają w sadzie, mogłabym na całą zimę narobić, a im się i tak w większości marnują. Pamiętasz, po ile wiśnie były przed wojną? I czy zupę, czy pierogi, tak przecież lubimy zupy owocowe, pierogi. Mógłby nawet czasem Piotrek po południu skoczyć i urwać. A w żniwa czy w kopania poszłoby się im za to pomóc. Miałby człowiek większą śmiałość i od nich brać. I by się zaoszczędziło. Wiem, ile musiałam na życie wydawać.
Nie, już tam nie wrócimy. Pracował za dwóch, nie żałował ni czasu, ni zdrowia, nieraz po godzinach. Kiedyś nawet z zapaleniem płuc poszedł, gdy bilans przyszło robić, i ma przecież odznaczenia z wojny, a wciąż tylko starszy buchalter i starszy buchalter, a inni się co roku pięli. Żeby nawet przyjeżdżali po niego, nie wrócimy. Choćby i sam Sałacki. Ty się nie będziesz nic odzywał. Ja sobie z nim pogadam. To mąż przez tyle lat minuty się do pracy nie spóźnił. Sam pan mówił, teraz to już awans pana nie ominie, panie Zygmuncie. A miał pan kiedyś biegunkę, nic już panu nie pomagało, dopiero mąż, jeszcze z wojska, czymś takim fioletowym pana wyleczył, że od ręki panu przeszło. Niech pan sobie przypomni. Chociaż ja tam nie byłam zadowolona, że na ty z nim przeszedłeś. Na ty to przynajmniej trzeba wypić po kieliszku czy na obiad zaprosić. A nie w biurze i tylko rękę podać. Awansował, kto nadskakiwał albo i na drugich donosił. A choćby i sam ten Sałacki, to powiem ci, że nie miał wyglądu na kierownika.
O, mogliby sobie nawet tremo kupić, gdyby teraz większą pensję miał. Zawsze chciała mieć tremo, takie rozkładane, ze skrzydłami, żeby się można przejrzeć z boków, z tyłu, włosy jak się ułożyły. Może kredens, kanapę, dobrze by było z fotelami, a może i wszystkie meble. Bo przecież tych tu z sutereny nie przeniesiesz na nowe mieszkanie. Dwa pokoje to trzeba a trzeba. I zresztą co to za meble. I koniecznie dywany. Dywany może najsampierw. Pamiętasz u Świtalskich dywany? Nie wiedział człowiek, jak wejść. Sucho było na dworze, a ona ciapków miała pełno w sieni i kazała zakładać. A dopiero później meble. Czy może meble najsampierw? Jak myślisz? Chciała koniecznie jasny orzech. To prawie wymęczyła na ojcu, że zgodził się na jasny orzech, i tak samo wymęczyła, że zgodził się na jawor, kiedy jej się na jawor odmieniło. Bo jawor jaśniejszy od słońca, a chciała, żeby jasno było u nas.
A choć układała tę ich przyszłość, kiedy on już wyzdrowieje, tak przekonywająco, zaradnie, w najdrobniejszych szczegółach i z takim zapałem, że aż się nieraz unosiła, ojciec wciąż tylko w to okno przed sobą patrzył czy w sufit nad sobą i z trudem dawał się od tego patrzenia odciągnąć. Kto wie, może pogrążony już był w głęboko skrywanym przed nią przeczuciu niedalekiej śmierci. Choć być może i ona w tym budowaniu ich przyszłości skrywała przed nim nachodzące i ją coraz dotkliwiej to przeczucie śmierci jego.
Jakąż więc drogę musiała przejść od pierwszych niepokojów o te kropelki, kiedy jeszcze w czasie wojny przyjechał na którąś niedzielę i oznajmił, że już więcej do pracy nie wróci, bo nastąpiła wsypa w ich organizacji, i przywiózł z sobą te kropelki. Wydawać by się mogło, cóż kropelki, a za każdym razem, kiedy odliczał je sobie na łyżeczkę do herbaty, lęk się w jej oczach pojawiał. Dokąd będziesz tak brał? Miałeś miesiąc, dwa najwyżej, a tu która już butelka?
I być może to od niego nauczyła się tych wszystkich pocieszeń, mimo że była z natury nieufna, podejrzliwa i nie tak łatwo było ją pocieszyć. Bo ojciec przypierany coraz natarczywiej przez nią o te kropelki do muru, imał się najprzeróżniejszych sposobów, żeby tylko, broń Boże, nie zaczęła się domyślać, że naprawdę jest chory, a nie tylko ma zszarpane nerwy. Przeważnie zrzucał wszystko na wojnę. Nie tylko jemu przecież tak zszarpała te nerwy, wielu ludziom, lecz skończy się, to i jego nerwy wrócą do równowagi i znów będziemy żyli, jak żyliśmy przed wojną. Zamieszkamy znów w mieście, on obejmie posadę, a pewnie dużo lepszą, bo takich jak on buchalterów, z doświadczeniem, ze świecą będą szukać, co ty myślisz? I będziemy znów chodzili do restauracji w niedzielę na obiady. Będą robić przyjęcia i na jej imieniny, nie tylko na jego, zobaczysz. Będzie sobie mogła różne panie zapraszać i nawet wymieniał które.
I tak z tego do tego, jako że nic tak nie nadaje się do snucia marzeń o przyszłości jak wojna, zapominała matka o tych kropelkach, spychając gdzieś tam dręczący ją lęk, zwłaszcza że ojciec w tych pocieszeniach nawet stroje jej wymyślał, jakie będzie po wojnie nosiła: pantofelki, kostiumy, kapelusze, torebki, rękawiczki, sukienki, płaszcze, i na co dzień, i od święta, i w gości, i na bale. Będzie mogła co tydzień do fryzjera chodzić, a nie musi więcej głowy w domu myć, będzie mogła do manikiurzystki, kosmetyczki. Będzie znów jej kupował te same pisma, "Panią", "Bluszcz". I rozbrajał tym matkę tak skutecznie, że nieraz śmiejąc się z zadowolenia, zaprzeczała jednocześnie, a skąd ty weźmiesz na to wszystko? Oj, marzycielu, marzycielu. To musiałbyś dyrektorem zostać. I zresztą gdzie bym ci chodziła głowę do fryzjera myć, darmo tylko pieniądze wydawać, w domu będę myła i lepiej umyję niż u fryzjera. Czasem może tam do ondulacji przed jakimś przyjęciem. Ale to jak trwałe będą modne, bo mogą po wojnie już nie być modne. Czy do manikiurzystki? A po co? Co to nie potrafię sama paznokci sobie obciąć i lakierem pomalować? Wielkie mi znów co, malowałam sama i było dobrze. Też ci do głowy przychodzi. Musimy oszczędzać. O, Piotrek rośnie. Ile to trzeba będzie za jego naukę płacić. A może drożej niż przed wojną?
Czasem jednak poddawała mu się bez najmniejszego sprzeciwu, gdy ją ubierał w te wszystkie pantofelki, kostiumy, kapelusze, torebki, rękawiczki, sukienki, płaszcze, szale, gdy ją wysyłał do fryzjera, manikiurzystki, kosmetyczki, gdy prowadził ją na spacery, do kina, na przyjęcia, na bale. A nawet łzy szczęścia zakwitały w jej oczach i wzdychając, mój Boże, żeby tak doczekać, całowała go w policzek, kochany jesteś mąż. I przez następnych kilka dni chodziła pogodna, znosząc bez wyrzekania trudy gotowania obiadów dla całej licznej rodziny, a nawet postanawiała coś z własnej kuchni ugotować dla urozmaicenia, żeby nie tylko wciąż wiejskie jeść. I czy wałkując kluski, czy obierając kartofle, czy stojąc nad parkoczącą kaszą, bezwiednie nuciła pod nosem jakieś tango. I już nie pytała go, gdy brał te swoje kropelki, dokąd będziesz brał?
Lecz po dwóch, trzech dniach znów niepokój zaczynał się w niej budzić. A coraz dotkliwszy, bo coraz dociekliwiej pytała i coraz trudniej było ojcu ubierać ją w te wszystkie pantofelki, kostiumy, kapelusze, torebki, rękawiczki, sukienki, płaszcze, szale, wysyłać ją do fryzjera, manikiurzystki, kosmetyczki, prowadzić do restauracji na obiady, na spacery, do kina, na przyjęcia, na bale.
- Może już nie musisz brać? Przecież sporo czasu już minęło, to kogo mieli tam zaaresztować, pewnie zaaresztowali. A jakby tamten miał cię wydać, toby już tu nieraz byli. Może powinieneś do lekarza pojechać. Albo chociaż idź tu do naszego felczera. No, ten wysiedlony, co u Sroków mieszka.
Ten niepokój o jego zdrowie zastrzegła sobie jednak wyłącznie dla siebie, bo gdy ktoś się z domowników pytał ojca, co mu w końcu jest, matka sama rozpraszała wszelkie wątpliwości:
- A co jest? A przez tę cholerną wojnę tak ma nerwy zszarpane. Skończy się, to ani chwili tu nie zostaniemy, bo co tu jest za życie, na wsi. Dostanie urlop, to nad morze na wywczasy pojedziemy. Wypocznie. I wszystko będzie dobrze.
Coraz trudniej jednak przychodziło ojcu kryć się z tą swoją chorobą. Jej objawy stawały się coraz widoczniejsze, coraz częściej kładł się, odpoczywał, wychodził zaczerpnąć świeżego powietrza, i to bez najmniejszego powodu, bo choćby do najlżejszej roboty nikt go nigdy nie ciągnął. Wszyscy jakby z jakiegoś wyższego przykazania strzegli spokoju jego nerwów. Utwierdzał ich zresztą w tych swoich nerwach, tłumacząc się, gdy ktoś tam rzucił mimochodem, że jakiś blady jest, może powinien więcej na słońce wychodzić czy zioła pić:
- Kiedy tak w ogóle to się czuję nieźle. Tylko te nerwy, te nerwy. A na nerwy nie ma dobrego lekarstwa. Na szczęście nie umiera się na to.
I wszystkich to zadowalało. Naturalnie z wyjątkiem matki, no, i może wujka Władka, bo kiedyś powiedział:
- U mnie nerwy, to się wścieknę i bym wtedy zabił. O, jak tego sukinsyna, co wybił oko naszemu Kruczkowi. Zabiłbym, niech tak skonam. A u ciebie jakoś tak dziwnie.
Lecz matka natychmiast wzięła ojca w obronę:
- Bo jak ktoś kształcony, to i nerwy u niego inne. Co człowiek, to nerwy. Jeden ma jak postronki, że koń mógłby ciągnąć, a inny jak niteczki, czyli babie lato. A u ciebie to nie nerwy, tylko wścieklica.
Ojciec zdawał sobie sprawę, że kiedy matka brała w obronę te jego nerwy, choćby przed takimi wątpliwościami, jak wujka Władka, był to znak, że nie tylko sama jest pełna wątpliwości, czy to rzeczywiście nerwy, ale kto wie, czy nie rozpacz już się w niej tli. I żeby podtrzymać w niej wiarę, że to tylko nerwy, uciekał się do jednego z tych swoich sposobów, którymi zwykł ją w takich chwilach pocieszać, rozwijając w najdrobniejszych szczegółach wątek na przykład pantofelków, w jakich matka będzie chodziła, gdy znów zamieszkają w mieście, a on będzie na posadzie. Zwłaszcza że do damskich pantofelków miał szczególną słabość. Nieraz powtarzał, że kobieta może mieć skromniejszą sukienkę, być skromnie uczesana, brwi, rzęsy mieć niewycieniowane, niepodczernione, usta nieumalowane, nie mieć pereł, kolczyków, broszki czy nawet pierścionka, lecz pantofelki powinna mieć w najlepszym gatunku, dobrane do całości, odpowiednie do okazji, bo pantofelki świadczą nie tylko o guście, lecz także o charakterze.
Miała więc matka mieć czarne lakierki na przyjęcia, na wizyty, w goście, na bale, do teatru, jakby kiedyś przyjechał. Miała mieć białe na słoneczne letnie dni, białych nawet dwie pary, bo i ażurowe, i czółenka z otwartymi noskami. A do białych koniecznie polakierowane u nóg paznokcie, bo przy białych pantofelkach czerwone paznokcie dodają kobiecie powabu. Miała mieć brązowe na wszystkie pośrednie dni, pośrednie okazje, pośrednie pogody i do wszystkich niezdecydowanych ubiorów, spódnic, kostiumów, sweterków. Bo brąz, jak mówił, jest najbardziej rozległym kolorem w przyrodzie, no, i brąz to jesień, a jesień ze wszystkich pór najbardziej lubił. Nie mówiąc już, że miała matka brązowe oczy, a gdy się w tych oczach niepokój pojawiał, robiły się wówczas wielkie jak u zalęknionej sarny.
A przede wszystkim miała mieć wężowe, och, wężowe, to było jej najskrytsze marzenie. Nigdy nie mówiła o tym ojcu, lecz wiedział. Mówiła tylko, gdy kogoś tam sprzed wojny wspominali, powodziło im się, co tu dużo mówić. Miała nawet wężowe pantofelki, pamiętasz? Toteż kiedy mówił, że i ona będzie miała, zapominała natychmiast, że jeszcze przed chwilą pytała go z niepokojem w głosie, dokąd będziesz brał te kropelki? Miało ci się poprawić, a jest coraz gorzej. Nie widzę? Widzę. Przyjechałeś, to nie brakowało ci tak powietrza. To nie same tylko nerwy. A przyznać się nie chcesz. Umierałbyś i byś się nie przyznał.
A gdy jeszcze w swojej hojności dorzucał do tych wężowych pantofelków taką samą wężową torebkę, taki sam wężowy pasek do zegarka na rękę, choć nie miała zegarka, lecz miała i zegarek mieć, firmy "Tissot", niewielki, dyskretny, upatrzył już u jubilera, wówczas była skłonna nie tylko poddać się bez reszty tej z takim przekonaniem roztaczanej przed nią nadziei, lecz i tę nadzieję w nim podpierać:
- Abyś tylko wyzdrowiał, to damy sobie jakoś radę. Nie jestem jak inne rozrzutna. Wiesz przecież. Kupują bez namysłu, co im w oczy zaświeci, to, tamto. A człowiek musi myśleć, żeby i na potem starczyło.
A gdy nawet tę jej nadzieję mącił jakiś nagły, krótkotrwały lęk, miało się wrażenie, że jest to zwyczajny lęk przed szczęściem, pojawiający się, gdy szczęście zdaje się nabierać cech wiarygodności, a że z powątpiewaniem pytała o te pantofelki, to jedynie po to, aby jej zaprzeczył i tym bardziej uwiarygodnił to szczęście:
- Myślisz, że wężowe będą modne po wojnie?
Więc zaprzeczał, jak chciała:
- Oczywiście, że będą modne. Cóż ma wojna do tego? Za drogie są, żeby były niemodne.
- Za drogie? - płoszyła się, bo jeśli coś było za drogie, niejako z natury rzeczy budziło w matce popłoch. - To może nie będziemy kupować, jak takie drogie?
- Dlaczego mielibyśmy nie kupować?
- Piotrka przecież musimy uczyć. To na wszystko nas stać nie będzie. - To był ten najwyższy cel jej życia, którego nigdy nie traciła z oczu i którego nie były jej w stanie przesłonić nawet wężowe pantofelki, z wężową torebką, paskiem do zegarka, a nawet zegarek. Ale można by też powiedzieć, że nie pozwalało jej to nigdy wznieść się na wyżyny ojca. - Jeszcze chcesz, żeby był lekarzem.
- Będzie.
- Ale wiesz, ile będzie to kosztować? Matko Święta! Mam chodzić w wężowych pantoflach, a on tam by może nie dojadał? Bym sobie tego nie darowała. Pamiętasz przed wojną, chodzili studenci po podwórkach z gitarami i śpiewali, żeby zarobić na studia. A jeden już po studiach nie mógł nigdzie pracy znaleźć. Czekaj no, co on takiego śpiewał? No, nie mogę sobie przypomnieć. Aż za gardło ściskało. Nawet Piotrek mu pięć groszy dał ze swojej skarbonki. To teraz pomyśl, że to nasz syn chodzi z gitarą i śpiewa. A jego matka w wężowych pantoflach paraduje. O, krowy goni na pastwisko, to za każdym razem mi się serce kraje. Nasz syn, mój Boże. Nie chcę.
- Uspokój się. Nasz syn nie będzie chodził z gitarą i śpiewał. Będzie mieszkał na najlepszej stancji. Przyjedzie na święta czy na wakacje, będziesz go z dumą przedstawiała znajomym. Mój syn. Może nawet za granicę na studia go wyślemy. Miałby przynajmniej renomę po takich studiach. A pacjentów ho, ho. Może do Uppsali lub Wiednia. Medycyna jest tam na najwyższym poziomie. Przychodzi kartka, a to z Uppsali lub Wiednia od syna. Przynosi listonosz telegram na twoje czy moje imieniny, a to z Uppsali lub Wiednia. Od czasu do czasu by przecież przyjechał, wychodzilibyśmy na dworzec po niego. Syn właśnie przyjeżdża z Uppsali lub Wiednia. A kto wie, mógłby się tam i ożenić i wtedy my jeździlibyśmy do niego.
- A nie daj Boże, nie chcę. Z jakąś obcą, co by po polsku nie umiała. Nie chcę. Nigdy bym się nie przyzwyczaiła do takiej synowej. Tu też może mieć u ludzi wzięcie, jak nie będzie zdziertus. A chociaż blisko. I czy brudną bieliznę, czy dziurawe skarpetki to może przysłać, upiorę mu, zaceruję i odeślę. A i co by to był za pożytek, że gdzieś tam, w świecie, jest lekarzem? Czy to mało tutaj chorych? I przynajmniej każdy mu po ludzku powie, co go boli. Nie chcę.
Może przeznaczenie dało wówczas znać przez matkę, że nie zgodziła się, aby mnie ojciec wysłał do Uppsali lub Wiednia, tylko uparła się, że muszę jej przysyłać paczki z brudną bielizną do prania, dziurawe skarpetki do cerowania, co tak odbiegało od marzeń ojca, że wyglądało na szyderstwo, niezamierzone naturalnie, bo przecież matka broniła jedynie swoich racji z równym przekonaniem, co on tych swoich marzeń, tak że w rezultacie nie zostałem lekarzem.
Zresztą w tym czasie, kiedy oni roztaczali przed sobą moją przyszłość, chciałem zostać marynarzem. Tak właśnie napisałem w zadaniu, bo nam pani od polskiego zadała na lekcji, kim chciałbyś zostać? A prawie każdy z chłopaków tak pisał, marynarz, lotnik, generał, jeden tylko Fredek, że chciałby mieć dużo pieniędzy. Ale Fredek siedział już trzeci rok w tej samej klasie, więc mogło mu się znudzić wciąż pisać, kim chciałby zostać. Powiedziałem o tym ojcu i matce po przyjściu ze szkoły. Ojciec z wyrozumiałością rzekł:
- Ano, w twoim wieku tak się pisze. Ale będziesz lekarzem.
Matka natomiast zagniewała się nie na żarty:
- A idźżeż ty. Żebyś mi jeszcze utonął. - I do ojca z pretensją: - Trzeba było mu nie kupować tego marynarskiego ubranka. Było jakieś inne.
Więc już samo to, że na ów przypadek złożyło się tak wiele okoliczności, sięgających jeszcze czasów wojny, gdy ojciec, ukrywając swoją chorobę przed matką, wznosił dzień po dniu ów wielki gmach nadziei, i to z takich szczegółów, jak te wężowe pantofelki, już samo to wyklucza, że mógł to być przypadek.
Tych okoliczności dałoby się wymienić zresztą dużo więcej, a każda z nich, gdyby się dobrze nad tym zastanowić, miała nie tylko swój udział w tym, że spotkaliśmy się z Anną, lecz właśnie to, że spotkaliśmy się, dla każdej z tych okoliczności stanowiło uzasadnienie i w zależności od wzajemnego związku z innymi okolicznościami przeistaczało się w przeznaczenie. Bez tego byłyby to rozsypane drobiny, błąkające się samotnie w przestrzeni pamięci, wzbudzające co najwyżej żal, lub odwracając kolejność rzeczy, wszystko, co się kiedykolwiek zdarzyło, dałoby się sprowadzić do okoliczności powołanych przez przeznaczenie. Przede wszystkim sama choroba ojca, bo dzięki niej zamieszkaliśmy w tym mieście.
Gdy po kilku tygodniach front jakoś nie mógł wciąż ruszyć dalej, postanowiono wysiedlić nas na bezpieczną odległość, za Wisłę. Obiecywano, że na dwa, trzy tygodnie najwyżej, a przeciągnęło się to do ponad pół roku. Wrześniowe słońce grzało niczym w lecie, gdy ładowaliśmy nasz dobytek między drabiny na furmankę, bo kazał dziadek drabiny wujkom założyć, żeby więcej się zmieściło, i co kto wyniósł jakiś tobół z chałupy i ułożył między innymi tobołami, to zaczynał płakać, chociaż każdy po swojemu. Płakała babka, i to wszystkimi bruzdami swojej pooranej twarzy, jakby tak ze źródeł, nie z oczu, łzy jej ciekły, spływając tymi bruzdami ku brodzie. Płakała wujenka Jadwinia, ale wujence Jadwini nawet łzy dodawały urody. Płakała wujenka Marta, może najsmutniej ze wszystkich, bo jakby nie chałupę opuszczała, nie wieś, lecz świat. Płakał wujek Władek, choć wydawało się, że złości się tylko i przeklina, zwłaszcza że rzucał przy tym toboły na furmankę jak popadło, aż go dziadek upomniał:
- Układaj, chorobo, nie rzucaj byle jak. Nie wiadomo, jak daleko nam przyjdzie jechać.
Płakał wujek Stefan, choć niby tylko prosił wujenkę Jadwinię, żeby nie płakała. No, nie płacz, Jadwiniu, nie płacz. Płakał nawet dziadek, lecz jakby stosownie do swojego wieku, bo nie widać było, żeby łzy mu ciekły, a tylko chodził po obejściu i zaglądał do chlewów, stajni, stodoły, piwnicy, tu, tam i powtarzał:
- Trzeba teraz to wszystko na łasce zostawić. A może się wróci do ruiny. I zaczynaj od początku, jak po tamtej wojnie.
A ojciec siedział na schodach, bo ledwo wyniósł swoją walizkę, z którą przyjeżdżał zwykle na niedzielę, i od razu zbladł, zasapał się. I matka powiedziała:
- Nie wynoś. Siądź sobie. Resztę z Piotrkiem powynosimy. Dużo się zabierze? Boże Miłosierny, znowu musimy uciekać. I za każdym razem prawie wszystko zostawiać. - I też się rozpłakała.
A ojciec, jakby na przekór jej łzom, powiedział:
- Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Sami nie wiadomo kiedy byśmy się stąd od nich ruszyli. A tak skończy się wojna i zamieszkamy znów w mieście. Znajdę sobie posadę, może gdzieś w starostwie. Będą potrzebować buchalterów, co ty myślisz? Tyle ludzi ubyło przez wojnę.
Lecz ta nadzieja jakby zaczęła w ojcu wygasać, odkąd zamieszkaliśmy znów w mieście, w tej suterenie na Rybitwach. Coraz częściej się zamyślał i rzadko już kiedy wracał do tych swoich nie tak przecież odległych obietnic, jak to będzie po wojnie, że będą chodzili do kina, na spacery, w goście, na bale, a już o tych wężowych pantofelkach nie napomknął ni razu.
Na szczęście matka nie poddawała się, a też nowi sąsiedzi jak mogli, podtrzymywali ją na duchu, że wszystko będzie dobrze, bo każdy albo był sam chory, albo miał kogoś w rodzinie chorego, albo wśród znajomych, bliższych, dalszych, więc nawet wiarygodne wydawały się ich pocieszenia.
Zwłaszcza pan Jaskóła, woźnica, okazał się prawdziwą podporą dla matki.
- Pani, już żem prawie trup był. Łyżki nie mogłem donieść do gęby. A dzisiaj, widzi pani, wożę węgiel, ładuję, zrzucam. Worki, paczki, co kto tylko chce, żeby mu przywieźć, zawieźć, bo na to jest woźnica, no nie? I w dwa konie. Tak mnie postawili doktory. A najwięcej doktór Okoń. Do doktora Okonia musi mąż iść.
Często też, gdy przejeżdżał obok nas, zatrzymywał konie i przychodził się dowiedzieć, jak tam ojciec i co mu doktor Okoń powiedział, bo za jego doradą wysłała matka ojca do doktora Okonia. I za każdym razem przynajmniej powiedział:
- E, lepiej dzisiaj mąż wygląda. Doktór Okoń, pani, to niech się wszystkie doktory schowają. Niedługo wódki się napijemy. Wspomni pani moje słowa. - Czasem nawet wyciągał tę wódkę, odbijał: - Nie ma pani jakiejś szklanki, bym się za zdrowie męża napił? - I zwracając się do ojca: - Pan nie? Ale już niedługo. To z żoną się napijemy. Napij się pani. O, i widzi pani, nawet wódkę mogę teraz pić. Nie napiję się, to życia we mnie nie ma. Chodzę jak otumaniony.
Czasem węgla nam trochę podrzucił, kiedy węgiel zwoził, czasem drzewa, a raz przytachał cały worek kaszy manny, bo zwoził kaszę mannę ze stacji do sklepów i wypadło mu, że ma dwa worki za dużo, to jeden sobie wziął, a drugi nam. Jedliśmy prawie co dzień tę kaszę mannę, i do zupy, i na sypko, i kluski z niej matka gniotła, i jakieś kotlety smażyła, jakieś racuchy, kiedyś nawet ciastka upiekła, a wciąż jeszcze siedziała w przepisach, co by się tu z kaszy manny dało zrobić. Wstręt już czuliśmy do tej kaszy manny, jedliśmy przez zaciśnięte zęby, ale że nie było za bardzo co jeść, więc błogosławiliśmy pana Jaskółę.
Ze wszystkich mieszkańców Rybitw był najbogatszy. Dom miał okazały, murowany, z czerwonej cegły, kryty dachówką, prócz tego stajnię, chlew, wozownię, dwa wozy, cięższy i lżejszy, dorożkę, bo kiedy nie miał co zwozić, dowoził podróżnych z pociągu czy na pociąg, jako że stacja była od miasta jakieś trzy kilometry. Trzymał też dwie krowy, kupowaliśmy mleko u niego, a całe obejście było ogrodzone drucianą siatką na podmurówce. Mało z kim się z sąsiadów zadawał. Do nas tylko jakoś tak przylgnął, i to od pierwszego dnia, gdy go matka wynajęła, żeby zwiózł nas ze stacji na to mieszkanie. A gdy dowiedział się, że ojciec był oficerem, to nie wziął ani grosza, bo też służył w wojsku i kapralem był.
Nie tak wiele było domów na Rybitwach, nawet gdyby się wszystkie policzyło za domy, bo niektóre przypominały bardziej budy niż domy, tyle że, otoczone różnymi przybudówkami, chlewikami, komórkami, gołębnikami, sprawiały wrażenie małych fortec, niedostępnych dla obcych, w dodatku nie wiadomo było, czym się mieszkańcy tych fortec zajmują i z czego żyją, bo większość hodowała gołębie.
Było jednak kilka przyzwoitych domów, choć ma się rozumieć, nie tak okazałych, jak dom pana Jaskóły. W tym krawcowej Kuźmowej, do której matka czasem zanosiła coś do przerobienia ze starych rzeczy. Drugi przedwojennego policjanta Bazyluka, którego aresztowali, i to zaraz następnego dnia, jak się sprowadziliśmy na Rybitwy. I trzeci magistrackiego woźnego o hrabiowskim nazwisku Potocki, którego znaczenia jego właściciel musiał być w pełni świadom, bo przychodząc czasem w odwiedziny do nas, obiecywał ojcu, że niech tylko wyzdrowieje, a załatwi mu posadę w magistracie, i to dobrą, radził nawet kierownika podatków, to by ojciec mógł z łapówek dorobić sobie drugie tyle, bo pensje są teraz niewielkie, nie to, co przed wojną, i wszyscy mają prawie równo. I czwarty nasz dom.
Nie odczuwaliśmy, co prawda, tak jego zalet, bo też w tej naszej suterenie nawet podczas najbardziej słonecznego dnia, poza niewielkim polem światła przy oknie, zalegał wszędzie półmrok, co powodowało, że życie skupiało się na ogół przy tym oknie. Przede wszystkim tu stał stół, mebel w hierarchii sprzętów, wiadomo, najważniejszy, ważniejszy nawet od łóżek, a nie tyle ze względu na jego konieczność, bo w tej roli łóżka są zapewne ważniejsze, lecz jako ów punkt każdego domu, od którego zaczyna się wszelka pamięć.
Toteż zadrościliśmy pannom Ponckim, jak też sobie wygodnie mieszkają, a nie dlatego, że nad nami, lecz one to właśnie zajmowały cały dom, który składał się z jednego ogromnego pokoju i drugiego małego, z obszernej kuchni, z osobnego pomieszczenia na mycie i spiżarni. Wchodziło się też do nich od frontu, a więc od strony wzgórza, bo my do naszej sutereny wchodziliśmy od zaplecza, a i schody do miasta prowadziły nieomal od ich drzwi.
Zwykle kiedy chcieliśmy się dowiedzieć, czy są w domu, nasłuchiwaliśmy ich kroków na suficie. Chodziły jednak tak cichutko, że trzeba było dobrze się w ten sufit wsłuchiwać, aby przynajmniej szmer ich stóp usłyszeć. Matka, gdy nie była pewna, czy są, czy ich nie ma, jak gdyby z potrzeby troski prosiła ojca albo mnie:
- Może ty posłuchaj, czy są.
I słuchaliśmy z zadartymi głowami, wstrzymując oddechy, a i tak trzeba było nieraz na domyślność rozstrzygać, biorąc i inne znaki pod uwagę, jak porę dnia, pogodę lub czy wspominała któraś z rana, że wychodzą, kiedy przyjdą, a nie tylko szmery stóp. Czasem zresztą łatwiej do rozstrzygnięcia prowadziło nadsłuchiwanie, czy od strony piwnicy nie doleci nas przytłumione echo tanga, bo właśnie nad piwnicą znajdował się ten największy pokój, a jeśli były w domu, zawsze grały sobie tanga i do kuchni, która mieściła się nad nami, rzadko wtedy zachodziły.
- Co one, nigdy nie jedzą? - dziwiła się matka, gdy się nic nie dało na suficie usłyszeć. - Ano, młode jeszcze są, to młodością żyją.
Chodziła zresztą nieraz do nich posłuchać tych tang, a wracając, wzdychała z rozżaleniem:
- Mój Boże, już takiej muzyki nie będzie, jak była przed wojną. Mają Nasza jest noc i Szczęście trzeba rwać jak świeże wiśnie. Dużo mają. Bo co teraz za muzyka? Puściły mi, to aby szybciej. Same też nie lubią. Wolę przedwojenne. W sercu się przynajmniej czuje, a nie tylko po skórze. Uszy słyszą, a tu nic. I w głowie jazgot, jakby się garnków, fajerek naprzestawiał.
Oprócz tych wszystkich domów i nie domów znajdował się tu jeszcze stary, rozpadający się dworek, położony trochę z dala, nad ulicą Browarną, prawie już na skarpie. Kiedyś zapewne ładny, bo jeszcze z gankiem na kolumnach, lecz teraz bez drzwi, bez okien, z zapadniętym dachem i jedną ścianą całkiem zwaloną, a drugą przebitą, chyba pociskiem, na przestrzał. Stał spowity cały dzikim winem i otoczony gęsto bzami. Były różne, i białe, karminowe, fioletowe, i aż zatykało, kiedy kwitły. Toteż nacinałem nieraz wielką naręcz, kiedy kwitły, i zanosiłem po kryjomu przed matką i ojcem pannom Ponckim, żeby im się chociaż w ten sposób odwdzięczyć. Bo już pierwszego dnia, gdyśmy się sprowadzili na Rybitwy, a ujrzały mnie, obie naraz wykrzyknęły:
- Och, jaki miły chłopczyk. Tylko czemu taki blady? Nic, będzie przychodził do nas na kakao. - A ponieważ bardzo lubiłem kakao, to poczułem, że pod tą bladością zaczerwieniłem się, tak że słowa nie mogłem wydusić. I dopiero matka mi podpowiedziała:
- No, powiedz dziękuję.
Więc wydałem szept:
- Dziękuję.
- Co tak cicho? Nieśmiały jest - usprawiedliwiła mnie matka. - Przed wojną to pił co dzień kakao. Nawet miał taki specjalny dzbanuszek z dziubkiem. Z jednej strony pisało kakao, a z drugiej Ćmielów, bo mąż pochodzi z Ćmielowa.
Odtamtąd dzień w dzień kazały mi co rano przychodzić na to kakao. A gdy zdarzyło się, że nie poszedłem, zaraz jedna lub druga wychylała się przez okno z tego dużego pokoju, wychodzące na naszą stronę, i wołała:
- Prosimy na kakao, Piotrusiu!
A nawet przybiegały z pretensją, dlaczego nie przyszedłem, i żebym przyszedł koniecznie, bo stoi i stygnie. Nie będę pił, to wciąż będę taki blady. A muszę urosnąć, bo chyba chcę być mężczyzną. A taki bledziutki mężczyzna, to żaden mężczyzna. Mają tego kakao, bo im różni przynoszą. Może by i ojciec pił? Próbowały go namawiać. Lecz ojciec nie lubił kakao, a przede wszystkim nie przepadał za pannami Ponckimi.
Poniżej naszego domu, gdzie wzgórze rozpłaszczało się, przechodząc w początek rozległej równiny, stała nieczynna mleczarnia, zamknięta na cztery spusty, przez szyby nawet widać było w środku jakieś urządzenia, kotły, kadzie, a pilnował jej stróż Józef z psem Medorem. Po przeciwnej zaś stronie sterczało wielkie rumowisko po zbombardowanym browarze. Można było tam jeszcze znaleźć butelkę piwa pośród cegieł, nienadającego się, ma się rozumieć, do picia, ale było to zwykle wydarzenie na Rybitwach, o którym długo sobie opowiadano, podobnie jak o spotkanym przez kogoś tam duchu Żyda Kuferbluma, właściciela browaru. U niego to właśnie pan Jaskóła dorobił się przed wojną swojego okazałego domu, rozwożąc piwo, i to piwo przy każdej okazji wspominał. Gatunki, smaki, nazwy, moce, odcienie, z jakiej wody, z jakiego chmielu, a nawet które się jak pieniło, które było na pragnienie najlepsze, a które po przepiciu, które kamień z nerek najlepiej spędzało, a które się na grzane najlepiej nadawało, z żółtkiem, z miodem, i wszystkie swoje przygody związane z tym piwem.
A trochę na uboczu, za browarem, stała piętrowa kamienica, należąca kiedyś do właściciela browaru. Była poszczerbiona gęsto przez odłamki i dach miała w połowie zerwany, a drzwi, okna zabite grubymi deskami. Nikt w niej nie mieszkał, lecz zwykle było tam najgłośniej. Ledwo mrok zapadł, a dochodziły stamtąd pijackie kłótnie, wyzwiska, przekleństwa, jakieś piski, chichoty, a nieraz w środku nocy zdarzało się, że powietrze rozrywał nagle spazmatyczny krzyk, budząc ze snu całe Rybitwy:
- Ratunku! Ludzie!
Czasem też wysypywała się z kamienicy pijana zgraja mężczyzn, kobiet i idąc jakby przez środek ludzkich snów, wykrzykiwała co sił w płucach różne sprośne piosenki. Kiedyś nawet zamordowano tam kogoś, a gdy zjawiła się milicja, wszystko było zabite deskami, jak było dotąd, choć w środku leżał trup, i drzwi musieli łomami oddzierać. Toteż każdy z daleka omijał kamienicę, a nawet w dzień strach było się do niej zbliżyć.
Zakradałem się tam czasem wbrew nieustającym przestrogom matki:
- Żebyś mi tylko do kamienicy nie chodził. Pamiętaj.
A choć strach mnie ściskał, to zarazem podniecało mnie, co też tam w środku się znajduje, jakbym się zakradał do kryjówki zbójców. Nie udało mi się jednak nigdy nic szczególnego zobaczyć, mimo iż przez szpary między deskami prawie całe pomieszczenie dawało się omieść wzrokiem. Jakaś słoma zbarłożona jakby od ciał, deski poustawiane na cegłach niby w stoły i pełno butelek po wódce, to wszystko.
A już z soboty na niedzielę nikt nie zmrużył oka na Rybitwach. I aż dreszcz przechodził od tych wszystkich odgłosów, jakie się z kamienicy roznosiły. Nawet matka, choć sen miała twardy, a wzdychała nieraz:
- Czy już Boga na nich nie ma? A choćby i policji.
Razu jednego, i to w samo południe, pośród tych barłogów, stołów i pustych butelek zobaczyłem nagle przez szparę w deskach samego Kuferbluma. Myślałem, że zwiduje mi się w tym jednym oku wetkniętym w szparę i przystawiłem drugie, lecz tak samo i drugim go zobaczyłem. Siedział na jednym z tych stołów, pochylony głęboko nad swoimi kolanami, i kiwał się, jakby do snu się usypiał. Lub może martwił się tak głęboko. Z całej twarzy aby kawałek białego czoła było widać i długą białą brodę, wspartą o te kolana. Był w mycce na głowie, w czarnym chałacie i gdyby nie ta biała broda jaśniejąca w półmroku, można by pomyśleć, że to tylko kłąb cieni zepchniętych przez sączące się ze szpar promienie w jedno miejsce. W pewnej chwili podniósł butelkę po piwie spod nóg i obracał ją ze wszystkich stron w ręku, po czym ze złością odrzucił przed siebie, aż się gdzieś tam z trzaskiem rozprysła. Poleciałem z tą nowiną do matki, niepomny, że miałem zakazane chodzić pod kamienicę.
- Mama, widziałem Kuferbluma!
- Co ty, dziecko, Kuferblum, a skąd?
- Widziałem, mama.
- E, zdawało ci się. Nie chodź mi tam więcej. Broń cię, Panie Boże.
- Był w mycce na głowie, w chałacie i miał długą białą brodę.
- A skąd wiesz, że był to Kuferblum? Znałeś go? Nie znałeś. Zresztą Żydów nie ma już na świecie. A mógł się ktoś z tej hołoty przebrać za Żyda. Różne bezeceństwa tam wyprawiają. Skaranie boskie. Umarłych, i to nie uszanują.
- Siedział i kiwał się, mama.
- Przestań. - Nie mogąc sobie poradzić, zwróciła się matka do wpatrzonego gdzieś tam w okno przed siebie czy w sufit nad sobą ojca: - Powiedzżeż mu ty coś. Jak mógł widzieć? Jeszcze w dzień? A choćby i w nocy, to nawet duch by nie poszedł do tej sodomy gomory.
- Mógł widzieć - powiedział ojciec, nie wychylając się ze swoich myśli, w których zatopiony leżał na łóżku.
- E, z tobą też coraz trudniej się dorozumieć - zezłościła się na ojca, a mnie w tej złości odsyłając do pana Jaskóły. - To idź się spytaj pana Jaskóły, kiedy matce nie wierzysz.
- W mycce, w chałacie, mówisz? - zadumał się pan Jaskóła. - I brodę, mówisz, miał białą? Brody nie nosił. Nie był jeszcze taki stary. Może Mojsze Bławatnik. Albo Wende, buty. Albo Rozenkrajc, sklep miał naprzeciw Ratusza, tasiemki, guziki, nici, agrafki, tak, nosił brodę. Ale czy on jeszcze przed wojną nie umarł? A myckę, no, to Sztajn, zrywał ją czasem z głowy i trzepał o ladę, kiedy się zezłościł. Cholera! Cholera! Ale Kuferblum nie, Kuferblum to był pan. Zawsze w garniturze, w kapeluszu, płaszcz, rękawiczki, parasol. Nie poznałbyś, że Żyd. A jaką miał córkę, Jezu Panie. Synogarlica, mówię ci. Obiecywał, że napisze, jak już będą na miejscu. Może by się i dla mnie tam robota znalazła. Tutaj piwo już tak nie szło. Większe miasto musi być na piwo. W małym człowiek się wzbogaci i szlus. A w dużym nie ma końca, można się bogacić i bogacić. I ludzie różne piwa piją. A tu przeważnie z beczki. Ta butelka mnie tylko zastanawia. Etykiety nie widziałeś?
A na samym końcu, już przy szosie prowadzącej do mostu na Wiśle, stała jakaś stodoła, martwa, pusta, nawet wróbla nie uświadczył w niej, widocznie przez lata wydziobały do ostatniego ziarenka. Pozostała podobno po jakimś gospodarstwie, które spaliło się dawno przed wojną od pioruna. Urządzili w niej Rosjanie rzeźnię dla krów, które gnali z Niemiec do Rosji, a które nie miały już
Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.