ROZDZIAŁ I.
W którym jest opowiedziana żałosna historja pana Zawiszy.
Dnia 5 października 1672 r. od samego rana padał nieznośny, drobny deszcz, i dawniej zwany kapuśniaczkiem. Wieczorem wzmógł się jeszcze bardziej i mocno dokuczał obozowisku polskiemu, rozłożonemu we wsi Siłańcu i naokoło niej, niedaleko Zamościa. Starszyzna pochowała się do chałup wiejskich, stodół i obórek; sam zaś wódz, pan marszałek wielki koronny, Jan Sobieski, zajął nędzny dworek ordynackiego posesora. Ludzie rozłożyli się na polach okolicznych, przywiązawszy konie do palików, wbitych w ziemię; niektórzy rozbili małe namiotki, inni, niczem nieosłonieni, znosili deszcz ze stoicką obojętnością. W obozie panowała wielka cisza, bo mówiono, że zagon tatarski jest już niedaleko.
Pod namiotem, naprędce rozbitym, przed ogniskiem, jako tako od deszczu zakrytem, które więcej dymu niż ciepła dawało, siedziało i leżało w rozmaitych pozach kilku zbrojnych rycerzy i rozmawiali o wysłanym rano na podjazd panu Zawiszy, który dotąd nie wrócił, choć noc już ciemna zapadała.
- Hm! - rzeknie pan porucznik Pruszkowski, w misiurce na głowie, srogi z sumiastym wąsem rycerz - nie daj Bóg, ale skoro pan Zawisza dotąd nie wrócił, lękać się należy, czy nie wpadł na cały kosz pohańców i głowy swej nie dał.
- Nie gadałbyś waszmość, - mruknie na to Łastowiecki, buńczuczny samego pana marszałka - słyckana to rzecz, takie złowróżbne przypuszczenia robić!
- Tembardziej - odezwie się na to pan chorąży Sieniawski - że Zaremba jest żołnierz stary i świadom tańca tatarskiego. A przytem ma on przy sobie pacholika, który choć smyk jest jeszcze, bo pono szesnaście roków liczy, ale jest zręczny nad podziw i szablą robi, jak najzawołańszy rycerz. Znacie go wszyscy; Podlasiak jest i zwie się Marcin Boguta.
- Znamy, znamy! - odrzekli inni, a że właśnie jakaś głownia w ognisku z hukiem strzeliła, więc wszyscy umilkli i wpatrzyli się w tysiące sypiących się iskier.
- Hm! - ozwie się po chwili pan Pruszkowski - dziwny to jest człowiek ten Zawisza. Pono osiemdziesiąt lat już liczy.
- W rzeczy samej, jest to starzec osiemdziesięcioletni - odpowie pan Łastowiecki - ale czemu waszmość zwiesz go dziwnym?
- Ano temu, że w tym wieku to się już siedzi pod piecem i ciepłą polewkę pije, a pacierze odmawia, nie zaś wojuje z pohańcem.
- Tak to zwykle bywa na świecie - odrzecze pan Łastowiecki - ale z panem Zawiszą jest inna rzecz. Znam ja go dobrze, bo my to oba swojaki i rodzic mój, daj mu Boże niebo, graniczył z wioską pana Zawiszy.
- Jakaż to jest rzecz z panem Zawiszą? - spyta Pruszkowski - opowiedz no nam waszmość. Czas jest paskudny, że psa żal wygnać, ckni nam się w tem ordynackiem błocie, to i radzi posłuchamy relacji o panu Zawiszy. Cóż to takiego, proszę ja waszmości?
- Smutna to relacja, mościwy panie, ale skoro waszmoście chcecie, to wam opowiem.
- Prosimy! prosimy! - odezwali się wszyscy.
- Otóż to, trzeba waszmościom wiedzieć, że pan Zawisza za młodu mieszkał na Ukrainie, gdzieś koło Kaniowa. Ożenił się tam z panną Czujko, dochował się trzech maleńkich synków, zagospodarował się i był, co się zowie, szlachcic do tańca i do różańca. Ale zapisanem było w niebie, że szczęścia na tej ziemi zażywać nie będzie. Pewnej wiosny- kiedy to było, nie wiem, - Tatarzy rozpuścili zagony swe po Ukrainie, napadli na wieś pana Zawiszy, wszystko zrabowali, jego samego posiekli, a dzieciąteczka, onych trzech synaczków, w jasyr wzięli. Wiadomo, jako to oni są łakomi na chłopięta, bo je samemu sułtanowi podarowują, a on z nich oną piechotę ma, co ją janczarami zowią. Potem słudzy znaleźli w stepie ciałka dwu synaczków pana Zawiszy, ale trzeci, Staś podobno imieniem, najmłodszy i najpiękniejszy, wielki ulubieniec ojca, przepadł jak kamień w wodzie.
Tu pan Łastowiecki przerwał, spojrzał po zaciekawionych słuchaczach i tak dalej ciągnął.
- Imaginujcie sobie waszmoście wielką żałość ojca i matki, która cudem z onego tatarskiego pogromu ocalała. To też pan Zawisza ledwie się z onych ran wylizał, zabrał żonę i resztę dostatku, zawiózł ją do Drugni w Sandomierskiem, swej dziedzicznej wioski, osadził tam i zebrawszy trochę grosza do trzosu, ruszył samotrzeć z dwoma sługami do Krymu. Siedział tam dwa roki, znalazł jakiś ślad swego synaczka miłego, zajechał aż do Stambułu, ale nic nie wskórał, dopytać się nie mógł. Wrócił tedy na Ukrainę i poprzysiągł sobie, że dopóki jeno ręka jego szablę udźwiga, dopóty bić będzie Tatarów. Oto macie waszmoście wytłumaczenie, dlaczego pojechał na podjazd i dlaczego tak gorąco molestował JW pana marszałka, by mu regimentarstwo nad tym podjazdem oddał.
To rzekłszy, pan Łastowiecki westchnął sobie żałośliwie, a wszyscy też umilkli, rozmyślając nad smutnemi kolejami losu pana Zawiszy.
I była wielka cisza pod namiotem, jeno smolne łuczywo w ognisku strzelało, a konie, nieopodal powiązane, źrąc obrok, parskały. Deszcz lał nieustannie i słychać było, jak pluskał nieznośnie, a krwawe płomyki ogniska krwawo przeglądały się w pobliskiej kałuży.
Aż nagle ozwie się pan Pruszkowski.
- Jużcić jest to niechrześcijańska rzecz zemsta, ale tym razem pan Zawisza zgoła jest usprawiedliwiony. Ja, gdyby mię, czego Boże broń, podobne nieszczęście spotkało, nie inaczejbym, widzi mi się, postąpił.
- Oczywiście - rzeknie na to pan chorąży Sieniawski - boć przecie trzeba mieć na uwadze serce ojcowskie i że to z pohańcami się ma do czynienia. Bóg takiej zemście sprzyja i gdyby nawet spytać się o to księdza Przyborawskiego, spowiednika pana marszałka, a męża uczonego w teologji, niechybnieby to samo powiedział. I ja nawet...
Ale nie skończył pan Sieniawski swej mowy, bo nagle między ognisko i namiot wcisnęła się osobliwsza figura i stała tak przez chwilę, przypatrując się leżącym w namiocie, cała krwawo oświecona od krwawego płomienia.
Był to maleńki człowieczek, cienki jak tyczka, w wielkim kapeluszu na głowie, z którego zmoczone pióra melancholijnie na dół się spuszczały. Na ramiona miał zarzucony długi płaszcz czarny bez rękawów i bez stanu, fałdujący się na nim niby kapucyńska peleryna. Z pod tego płaszcza wyglądały nogi cienkie jak patyczki, w wysokich butach złocistej barwy, szpetnie błotem obryzganych. U butów dzwoniły ogromne ostrogi, których dobrze wypolerowane kółka odbijały blask ogniska.
Mąż ten, a raczej człowieczek, stanął, oparł się dumnie lewą ręką, w karwasze łosiowe przybraną, na rękojeści długiej i cienkiej jak rożen szpady i dwojgiem oczów czarnych, głęboko osadzonych, z pośrodka których sterczał nos ogromny, wpatrzył się w rozmawiających pod namiotem. Długie włosy, wijące się w loki, czarne jak smoła, spadały mu, przemokłe widocznie, na ramiona. Figura wogóle w swej marsowej postawie, nie licującej ze wzrostem maleńkim i niezwyczajną chudością ciała, robiła wrażenie krotochwilne i dziwaczne.
- Mości panowie - odezwał się po chwili świeżo przybyły, głosem cieniutkim jak u niewiasty i zabawnie piskliwym, przyczem w mowie jego brzmiał jakiś akcent cudzoziemski, i właściwie nie mówił "mości", tylko "moci". Spinał się na palcach a czarne oczy wytrzeszczał.
- Moci panowie - piszczał - zali jest tu pan Lastowiki?
Miało to znaczyć, że pytał się o buńczucznego, pana Łastowieckiego.
Łastowiecki, który leżał w głębi namiotu, okryty cieniem, podniósł się i zawołał swym grubym głosem.
- A! to don Karlos Spinello o mnie pyta?
- Tak, to ja, don Karlos Spinello de Guadalaxarra, pyta o moci pana Lastowiki.
- Cóż tam? czego waszmość sobie życzysz ode mnie, mości don Karlosie?
To rzekłszy, podniósł się ciężko i wysunął się naprzód, górując swą olbrzymią postacią nad cieniutkim Hiszpanem. Ten zadarł głowę do góry, a przy migotliwym blasku ogniska było widać tylko nos jego olbrzymi, jasno oświecony. Zdjąwszy swój wielki kapelusz, pokłonił się z wielką galanterją i począł opowiadać łamanym językiem, jako pan marszałek wielki koronny, Jan Sobieski, mocno jest zaniepokojony, że podjazd, wysłany pod wodzą pana Zawiszy na zwiady, dotąd nie wrócił; że, prawdopodobnie, czego Boże broń, stało się z nim jakie nieszczęście; że wskutek tego wysłał jego, don Karlosa Spinello de Guadalaxarra, aby "pan Lastowiki" zaraz stawił się w kwaterze pana marszałka; że zapewne - dodał już od siebie don Karlos - pan marszałek wyśle "pana Lastowiki" w sto koni dla dowiedzenia się, co się stało z panem Zawiszą.
Mówiąc to, chciał don Karlos wygłosić tytuł Łastowieckiego, ale w żaden sposób nie zdołał wykrztusić wyrazu "buńczuczny", co wywołało ogólny śmiech wśród obecnych.
Don Karlos jednak nie obraził się tem wcale, owszem śmiał się sam serdecznie i gadał, że język polski jest trudny do wymawiania, bo jest twardy jak żelazo. Wreszcie zakończył temi słowy.
- Ja prosić barzo pan Lastowiki, jeżeli on pojedzie na podjazd, żeby wziął ze sobą don Karlosa Spinello de Guadalaxarra, którego przodki mieczem wojowali z dzikiemi Maury i który chce swej hidałgoskiej szpady zażyć przeciw Tatarom.
Pan Łastowiecki uśmiechnął się i rzekł.
- A dobrze. Czemu nie? Jeżeli waszmościa skóra świerzbi, to ci ją Tatarzy podrapią. Wiedz waść jednak, że Tatary to nie Maury. Inną jest z niemi wojna.
Ale don Karlos wyprostował się dumnie i uderzając po rękojeści swego długiego rapira, począł piszczeć.
- Ja im pokazać, co znaczy hidalgo hiszpański, ja im to pokazać, ja ich przebić nawylot.
I pokazywał zabawnie ręką, jak będzie przebijał Tatarów nawylot, aż pan Sieniawski, który był śmieszek wielki, pokładał się od śmiechu.
- No, dobrze, dobrze! - rzeknie pan Łastowieoki - zabiorę waszmościa, żebyś jak najwięcej Tatarów poprzebijał swoim rożenkiem, a teraz idę do pana marszałka.
I nadziawszy kapuzę na głowę, postąpił parę kroków, gdy nagle rozległ się tętent koni i jakiś głos donośny zawołał:
- Podjazd wraca! wiwat pan Zawisza!