Przedmowa
Zdarzają się książki, które czyta się z zapartym tchem, śledząc kolejne tropy kryminalnej zagadki. Zdarzają się książki, które przenoszą czytelnika w świat, gdzie rzeczywistość splata się z tym, co nieuchwytne, gdzie granice między tym, co ludzkie, a tym, co wykracza poza nasze rozumienie, stają się płynne. A potem zdarzają się książki, które robią jedno i drugie - i czynią to z taką maestrią, że nie sposób o nich zapomnieć.
"Widły" są właśnie taką książką.
Już od pierwszych stron autor wciąga nas w świat Głuchowa Dolnego - zapadłej, prowincjonalnej wsi, która wydaje się zamknięta w swoim własnym, odrębnym czasie. Jest tu miejsce na sielankę, na woń wilgotnej ziemi i skrzypienie studni, na wiejskie plotki i codzienne zmagania z życiem. Jest tu jednak także miejsce na coś znacznie mroczniejszego - na atmosferę gęstniejącego niepokoju, który narasta z każdą kolejną stroną, na strach, który ma twarz znajomą, a przez to tym bardziej przerażającą.
Akcja rozgrywa się w rytmie wyznaczonym przez dwa pozornie odległe od siebie światy. Z jednej strony mamy surowy, bezwzględny porządek wiejskiej społeczności, w której każdy każdego zna, a tajemnice są jak ziarno wysiewane w milczeniu - kiełkują latami, by w końcu wydać plon, którego nikt nie chciałby zbierać. Z drugiej - mamy mistycyzm sięgający głęboko w pokłady dawnych wierzeń, gdzie ofiara i kara splatają się w rytuale tak starym, że nie pamiętają go już nawet kamienie.
Młoda nauczycielka Magda, która trafia do Głuchowa Dolnego, uciekając przed własną, osobistą traumą, jest naszym przewodnikiem po tym świecie. To poprzez jej oczy obserwujemy narastające napięcie, poprzez jej wątpliwości zadajemy sobie pytania, które z czasem stają się coraz bardziej natarczywe: kto tak naprawdę dzierży władzę w tej wsi? Jakie tajemnice skrywa plebania? I co sprawia, że kolejne kobiety znikają, a wieś - ta sama wieś, która tętni życiem za dnia - nocą zapada w ciszę, która ma ciężar ołowiu?
Autor mistrzowsko buduje napięcie, stopniowo odkrywając przed czytelnikiem kolejne warstwy tej opowieści. To, co na pierwszy rzut oka wydaje się zwykłą historią kryminalną - seryjnym mordercą działającym na odludziu - z czasem przeradza się w coś znacznie głębszego. Bo "Widły" to nie jest książka o tym, kto zabił. To książka o tym, dlaczego mógł zabijać. I o tym, co sprawia, że w pewnych miejscach, w pewnych społecznościach, zło znajduje sobie podatny grunt, by rozkwitnąć.
Niezwykle silnym punktem tej powieści jest jej bohaterka. Magda to postać, która nosi w sobie własne demony, a jej przyjazd na wieś nie jest przypadkowy - to ucieczka przed przeszłością, która wciąż depcze jej po piętach. To czyni ją nie tylko wiarygodną, ale i bliską czytelnikowi. Jej determinacja, by nie milczeć tam, gdzie inni od lat chowają głowę w piasek, jest siłą napędową tej historii. To dzięki niej wieś - ta sama wieś, która nauczyła się żyć w cieniu, który na nią pada - wreszcie zaczyna zadawać pytania.
Warto podkreślić, jak umiejętnie autork łączy ze sobą dwa pozornie sprzeczne gatunki. Z jednej strony mamy tu kryminał w najlepszym wydaniu - tropienie mordercy, analizowanie poszlak, budowanie napięcia w rytmie policyjnej procedury. Z drugiej - fantasy, które nie jest tu ozdobnikiem, ale głęboko osadzonym w miejscu akcji pierwiastkiem. To nie jest magiczna fikcja dla samej fikcji. To sięgnięcie do archetypów, które od wieków drzemią w zbiorowej świadomości, do rytuałów i wierzeń, które nigdy tak naprawdę nie umarły, a jedynie zapadły w sen.
I wreszcie - język. Autor pisze prozą, która jest zarazem literacka, jak i niezwykle plastyczna. Opisy wsi, pól, lasu, cmentarza w noc Wszystkich Świętych - to fragmenty, które zapadają w pamięć na długo. Jest w tym realizm, ale jest też coś więcej - magia miejsca, który sprawia, że Głuchów Dolny staje się nie tylko tłem wydarzeń, ale ich niemym, a jednak wymownym uczestnikiem.
"Widły" to powieść o pamięci, która jest silniejsza niż strach. O sprawiedliwości, która nie zawsze przychodzi tą drogą, którą byśmy sobie wybrali. I o tym, że czasem, by pokonać zło, trzeba najpierw nauczyć się mówić. Głośno. Wyraźnie. Nawet jeśli głos drży.
To książka, która porusza, zmusza do myślenia i pozostaje z czytelnikiem na długo po przewróceniu ostatniej strony. Lektura obowiązkowa dla miłośników kryminału, dla fanów literatury fantasy osadzonej w realnym świecie, ale przede wszystkim - dla wszystkich, którzy wierzą, że nawet w najmroczniejszych zakątkach ludzkiej duszy może zaświecić światło pamięci i nadziei.
Polecam z całego serca.
Rozdział 5: Grzech główny
Głuchów Dolny, 10 listopada, godzina 13:47
Deszcz zaczął padać o świcie i nie przestawał ani na chwilę.
Magda stała przed kościołem Świętej Barbary, wtulona w wełniany płaszcz, który przemókł do suchej nitki, i patrzyła na furtkę prowadzącą na plebanię. Była otwarta. Ksiądz Antoni czekał.
Nie spała całą noc. Leżała w łóżku z otwartymi oczami, wsłuchując się w szepty pod oknem, które ustały dopiero nad ranem. Wiedziała, że to on. Wiedziała, że stał tam, odmawiając różaniec, i patrzył w górę, na jej okno. Czekał. Jak czekał na Elżbietę. Jak czekał na wszystkie.
O dziesiątej rano spotkała się z Dziadkiem Janem na przystanku. Starzec czekał na nią z torbą wypchaną starą odzieżą, jakby naprawdę zamierzał jechać do miasteczka.
- Nie jadę - powiedziała Magda.
Dziadek Jan popatrzył na nią długo, a potem skinął głową, jakby spodziewał się tej odpowiedzi.
- Idzie pani do niego - stwierdził.
- Muszę zobaczyć dworek. Muszę wiedzieć.
- A jeśli nie wróci pani?
Magda wyciągnęła z kieszeni kopertę. W środku była kartka, na której zapisała wszystko, co wiedziała - o księdzu, o spowiedziach, o Elżbiecie, o dworku. O Dziadku Janie i jego żonie. O wszystkim.
- Jeśli do wieczora nie oddzwonię - powiedziała, podając mu kopertę - niech pan to zaniesie na policję. Do prokuratora. Niech pan powie, że to ja pisałam. Że to moje zeznanie.
Dziadek Jan wziął kopertę drżącymi rękami.
- Niech pani nie idzie - wyszeptał. - Niech pani poczeka. Pojedziemy razem, do prokuratora, powiemy...
- I co nam powiedzą? Że stary pijak i przyjezdna nauczycielka oczerniają świętego człowieka? - Magda uśmiechnęła się smutno. - Muszę mieć dowód. Muszę zobaczyć.
- A jeśli on panią...
- Jeśli mnie zabije, to będzie pan miał dowód. - Powiedziała to spokojnie, jakby mówiła o pogodzie. - I wtedy ktoś wreszcie uwierzy.
Dziadek Jan schował kopertę do kieszeni watowanej kurtki. Jego oczy, te jasne, przenikliwe oczy, były teraz pełne łez.
- Niech Bóg panią broni - powiedział.
- Nie wierzę w Boga - odparła Magda.
- To dobrze. - Starzec uśmiechnął się przez łzy. - To może panią uratować.
Pożegnała się z nim i poszła w stronę kościoła. Deszcz padał coraz mocniej, a wiatr targał gałęziami wierzb, które chyliły się nad drogą jak stare, zmęczone kobiety.
Teraz, stojąc przed furtką, Magda czuła, jak strach ściska jej gardło. Chciała zawrócić. Chciała pobiec na przystanek, wsiąść w autobus i wrócić do Łodzi, do swojego dawnego życia, do swojego dawnego strachu, który przynajmniej był jej znany.
Ale przypomniała sobie Elżbietę. Jej uśmiech jak wosk. Krzyż wypalony na piersi. I dzieci Górków, które od tygodnia nie przychodziły do szkoły.