Wicierz - M.M. Perr

Kup ebooka

39.90 zł

-
Proszę czekać

Po­le­camy inne książki M.M. Perr

Grupa ma­tu­rzy­stów gubi szlak w cza­sie za­mieci śnież­nej w Biesz­cza­dach. W cha­cie sto­ją­cej na ubo­czu ucznio­wie do­ko­nują ma­ka­brycz­nego od­kry­cia. W jed­nym z po­miesz­czeń znaj­dują trzy­dzie­ści drew­nia­nych skrzy­nek, a w nich setki ko­ści oraz ze­szyty, w któ­rych opi­sano ostat­nie ty­go­dnie ży­cia róż­nych lu­dzi.

Sprawę pro­wa­dzi pod­ko­mi­sarz Ro­bert Lew. Śledz­two oka­zuje się jed­nak trud­niej­sze, niż się tego spo­dzie­wał.

W le­sie nie­opo­dal War­szawy ro­dzina ja­dąca na wa­ka­cje znaj­duje pla­sti­kowe worki z ludz­kimi szcząt­kami. Sprawę pro­wa­dzi aspi­rantka So­nia Czech, wni­kliwa i am­bitna po­li­cjantka, któ­rej ży­cie to­czy się głów­nie wo­kół pracy. Tym­cza­sem dzięki sta­ra­niom by­łego pod­ko­mi­sa­rza Ro­berta Lwa po­wraca te­mat Bruna Ka­lity, po­dej­rze­wa­nego wcze­śniej o se­ryjne mor­der­stwa.

Obok wio­ski Bu­ków na jed­nym z drzew zo­staje zna­le­zione wi­szące ciało dzie­więt­na­sto­let­niej Ja­gody. Zwią­zane ręce dziew­czyny i jej ob­ra­że­nia wska­zują, że do­szło do mor­der­stwa. Po­nie­waż matka ofiary od­ma­wia współ­pracy z lo­kalną po­li­cją, do sprawy przy­dzie­leni zo­stają pod­ko­mi­sarz Ro­bert Lew oraz aspi­rantka So­nia Czech z War­szawy. Gdy śledz­two na­biera tempa, w Bu­ko­wie do­cho­dzi do ko­lej­nych ta­jem­ni­czych śmierci...

.

Po­wie­ści oby­cza­jowe, kry­mi­nały, thril­lery Wcią­ga­jące i nie­ba­nalne Za­czy­taj się!

www.pro­zami.pl

Księ­gar­nia wy­sył­kowa www.li­te­ra­tu­ra­in­spi­ruje.pl

Roz­dział 2

Pod­ko­mi­sarz Ro­bert Lew w po­śpie­chu prze­szu­ki­wał szafę w przed­po­koju. Przez ostat­nie parę mie­sięcy przy­tył nie­znacz­nie, ale wy­star­cza­jąco, by czarna kurtka, którą za­zwy­czaj no­sił o tej po­rze roku, za­częła nie­przy­jem­nie go ob­ci­skać w pa­sie. Szu­kał więc in­nej, gra­na­to­wej. Nie lu­bił jej, zbyt­nio ko­ja­rzyła mu się z ofi­cjal­nym uni­for­mem, ale była szer­sza i osło­ni­łaby go przed nad­cho­dzą­cym desz­czem. Nie było jej jed­nak na wie­szaku, a szafa była wy­peł­niona tak, że trudno było co­kol­wiek w niej zna­leźć. W po­śpie­chu za­czął wy­rzu­cać na pod­łogę ko­lejne swe­try, po­lary i płasz­cze. Miał do­piero pięć­dzie­siąt lat, ale jego me­ta­bo­lizm wi­docz­nie zwol­nił. A Lew nie ro­bił ab­so­lut­nie ni­czego, by za­trzy­mać ten pro­ces. Do tej pory więk­szą masę uda­wało mu się ukry­wać ze względu na swój wy­soki wzrost. Do­dat­kowe parę ki­lo­gra­mów w ma­giczny nie­mal spo­sób roz­ło­żyły się równo na jego ciele, tak że nie było nic wi­dać. Do­piero ostat­nie mie­siące przy­nio­sły wy­raźną zmianę w po­staci co­raz bar­dziej za­ry­so­wa­nego brzu­cha.

- Co się dzieje? - za­py­tał jego syn Mi­ko­łaj, wy­cho­dząc ze swo­jego po­koju w bar­dzo po­mię­tej blu­zie. Było jesz­cze wcze­śnie, przy­naj­mniej jak dla na­sto­latka, i to w wa­ka­cje.

- Szu­kam gra­na­to­wej kurtki. Ma lać, a ja nie chcę sie­dzieć w pracy cały dzień z mo­krą ko­szulą przy­le­pioną do ciała - od­rzekł Lew. - A ty się gdzieś wy­bie­rasz o tej po­rze?

- Nie.

Lew spoj­rzał na twarz syna. Z tej od­le­gło­ści i sto­jąc pod świa­tło, nie mógł się jej zbyt do­brze przyj­rzeć. Po­dej­rze­wał jed­nak, że gdyby mógł, to zo­ba­czyłby za­czer­wie­nione od nie­wy­spa­nia oczy. Z jego po­koju do­cho­dził wy­tłu­miony przez słu­chawki dźwięk gry kom­pu­te­ro­wej.

- A co z tą bluzą? Spa­łeś w niej? - za­py­tał pod­ko­mi­sarz, pa­trząc na ubra­nie syna.

- Nie, już taka była.

- Wy­prana jest cho­ciaż?

- Chyba wy­prana - od­parł Mi­ko­łaj, wzru­sza­jąc ra­mio­nami. - My nie prze­ży­jemy, tato, bez Ni­koli. Za­dzwoń do niej. Szu­ka­łem wszę­dzie i nie ma ani jed­nej mo­jej skar­petki.

- Nie mogę do niej za­dzwo­nić w spra­wie two­ich skar­pe­tek. Daj spo­kój - od­po­wie­dział Lew. - To do­ro­sła ko­bieta. Nie mogę jej mó­wić, co ma ro­bić.

- No prze­cież o to się wła­śnie po­kłó­ci­li­ście, co nie? Więc jak jej te­raz po­wiesz, że może ro­bić, co chce, i nie bę­dziesz się wtrą­cać, to ona wróci.

- Niko...

- Tylko nie Niko, je­stem już na to zde­cy­do­wa­nie za duży.

- Okej, okej... Mi­ko­łaj, to nie ta­kie pro­ste. Ona chce za­cząć nowe ży­cie. Zresztą po­ra­dzimy so­bie prze­cież sami. Nie jest tak źle.

- Jak to nie jest źle? Jest tra­gicz­nie! Wczo­raj się pra­wie otru­łem...

- Nie jedz ni­czego z lo­dówki - po­wie­dział pod­ko­mi­sarz, wy­sta­wia­jąc z szafy głowę. - Mó­wię po­waż­nie. Weź kasę z mo­jego port­fela i za­mów pizzę... i kup nowe skar­petki. Dla mnie też.

- Kasę z two­jego port­fela? - po­wtó­rzył iro­nicz­nie za oj­cem Mi­ko­łaj. - Twoją mi­tyczną kasę? Te ru­lony stu­zło­tó­wek, które za­wsze no­sisz?

- No do­bra, weź kartę - wy­sa­pał Lew. - Nie znajdę tej kurtki.

- Jest li­piec. Prze­ży­jesz - od­parł chło­piec, wy­cią­ga­jąc z torby ojca port­fel. - Albo za­dzwoń do Ni­koli. Za­łożę się, że wie, gdzie ona jest.

Pod­ko­mi­sarz nic nie od­po­wie­dział. Spoj­rzał w lu­stro i przy­kle­pał nieco ster­czące szpa­ko­wate włosy, które po­wi­nien już parę ty­go­dni temu pod­ciąć, ale cią­gle nie było na to czasu. Ro­zej­rzał się ostatni raz po sa­lo­nie. Jego wzrok na chwilę za­wisł na ko­mo­dzie, na któ­rej stała urna z pro­chami jego ojca. Po­winni byli go już po­cho­wać, ale jego brat był na mi­sji woj­sko­wej i ra­zem z sio­strą po­sta­no­wili, że po­cze­kają, aż wróci. Ta de­cy­zja spra­wiła jed­nak, że Lew od­czu­wał ja­kiś trudny brak za­koń­cze­nia. Jego re­la­cje z oj­cem były skom­pli­ko­wane, od­kąd się­gał pa­mię­cią, i do­piero gdy tam­ten się po­sta­rzał i stra­cił nieco har­do­ści, za­częło im się le­piej ukła­dać. Po śmierci żony Lwa oj­ciec wziął ich do sie­bie. Na­dal był trudny, ale już w zu­peł­nie inny spo­sób niż kie­dyś. Tak jak Lew, był bar­dzo wy­so­kim i bar­czy­stym męż­czy­zną, cho­ciaż pod ko­niec, gdy tra­wiła go de­men­cja, za­czął się gar­bić. A te­raz całe jego ciało, któ­rego Lew miał wciąż żywe, nie­mal na­ma­calne wspo­mnie­nia, mie­ściło się w sto­ją­cej na ko­mo­dzie ka­mien­nej urnie.

Pod­ko­mi­sarz od­wró­cił wzrok. Wziął swoją torbę i wy­szedł. Wsiadł do sa­mo­chodu, spraw­dził go­dzinę, za­sta­no­wił się przez chwilę, którą drogę naj­le­piej wy­brać, by omi­nąć korki. Wy­brał dłuż­szą, ale pew­niej­szą. Po paru mi­nu­tach z gę­stych gra­na­to­wych chmur za­czął pa­dać deszcz. Gdy pod­ko­mi­sarz do­je­chał pod Ko­mendę Sto­łeczną Po­li­cji, deszcz zmie­nił się w praw­dziwą ulewę. Lew sta­rał się za­par­ko­wać jak naj­bli­żej wej­ścia. Krą­żył kil­ku­krot­nie do­okoła bu­dynku, ale na próżno. W końcu zna­lazł miej­sce od­da­lone o do­bre dwie­ście me­trów. Spraw­dził ka­len­darz w te­le­fo­nie. Za dzie­sięć mi­nut za­czy­nało się spo­tka­nie ze­społu. Nie miał wy­boru, mu­siał biec. Gdy prze­kro­czył próg ko­mendy, jego prze­mo­czona ko­szula przy­le­piała się do ciała, a z wło­sów ciur­kiem spły­wały kro­ple.

- Co za po­goda! - po­wie­dział na jego wi­dok przy­mil­nym gło­sem jego ko­lega z ze­społu, Woj­tek Śliczny. Lew od­wró­cił się w prawo i spoj­rzał na niego. Śliczny miał na so­bie nie­bie­ską, o wiele za dużą kurtkę prze­ciw­desz­czową, a w ręce trzy­mał pa­ra­sol. Jego włosy, tak jak reszta ubra­nia, były su­che.

- Fak­tycz­nie - od­burk­nął Lew.

Je­dyne schody pro­wa­dzące na pię­tro, do wy­działu kry­mi­nal­nego, były na prawo. Chcąc nie chcąc, pod­ko­mi­sarz zbli­żył się do Ślicz­nego, który od razu wy­cią­gnął rękę, są­dząc, że Lew chce się z nim przy­wi­tać. Pod­ko­mi­sarz nie za­uwa­żył - bądź nie chciał za­uwa­żyć - tego ge­stu i ręka Ślicz­nego za­wi­sła bez celu w po­wie­trzu. Lew za­uwa­żył za to na ra­mie­niu kurtki cha­rak­te­ry­styczne od­bar­wie­nie.

- Skąd masz tę kurtkę?

- Tę? - za­py­tał nie­win­nie Śliczny. Mina od razu mu jed­nak zrze­dła. - To twoja? Wy­bacz, mu­sia­łem kie­dyś po­ży­czyć i za­po­mnia­łem zu­peł­nie... pew­nie Ni­kola mi ją...

Umilkł, gry­ząc się w ję­zyk zbyt późno. Ni­kola, którą parę lat wcze­śniej Lew uchro­nił od bez­dom­no­ści i po­mógł jej za­cząć ży­cie od nowa, stała się ko­ścią nie­zgody mię­dzy nimi. Re­la­cja Ni­koli i Wojtka, która we­dług oceny Lwa była, ofi­cjal­nie z po­wodu róż­nicy wieku mię­dzy nimi, z góry ska­zana na nie­po­wo­dze­nie, spo­wo­do­wała, że pod­ko­mi­sarz od paru mie­sięcy nie mógł zna­leźć so­bie miej­sca ani w pracy, ani w domu. Śliczny, z któ­rym do tej pory łą­czyły go bar­dzo do­bre, wręcz przy­ja­ciel­skie sto­sunki, na­gle za­czął po­ja­wiać się co­dzien­nie u niego w domu. Jego ce­chy cha­rak­teru i jo­wialny spo­sób by­cia, które zu­peł­nie nie były za­uwa­żalne dla Lwa w pracy, na­gle oka­zały się uciąż­liwe w ży­ciu pry­wat­nym. Ni­kola, która zaj­mo­wała się scho­ro­wa­nym oj­cem Lwa oraz ca­łym do­mem, miesz­kała z nimi i stała się dla niego kimś tak bli­skim nie­mal jak córka. Był świad­kiem jej wzlo­tów i upad­ków. Wie­dział też, że pod po­zorną har­do­ścią i cię­tym ję­zy­kiem skrywa się osoba o wiel­kiej wraż­li­wo­ści, którą bar­dzo ła­two zra­nić. Znał jej prze­szłość, czy­tał jej akta z ko­lej­nych do­mów za­stęp­czych, i wie­dział, że rze­koma sta­bil­ność, jaką miał gwa­ran­to­wać star­szy od niej sier­żant Śliczny, mo­gła być dla niej bar­dzo ku­sząca. Do­świad­cze­nie pod­po­wia­dało mu jed­nak, że męż­czy­zna, który do tej pory nie miał zbyt wielu związ­ków, może wcale nie być gwa­ran­tem sta­bil­no­ści. Wręcz prze­ciw­nie. Na­pię­cie mię­dzy tą trójką ro­sło więc każ­dego dnia, aż w końcu zo­stało uwol­nione w cza­sie wy­miany zdań na te­mat tego, kto może, a kto nie może mieć w ich domu wła­snych pan­to­fli, która prze­ro­dziła się w praw­dziwą bu­rzę. Po­ja­wie­nie się pan­to­fli Ślicz­nego w domu Lwa było dla niego tym, co osta­tecz­nie prze­chy­liło szalę. Oj­ciec Lwa zmarł mie­siąc wcze­śniej. Ni­kola mo­gła więc bez po­czu­cia winy wy­pro­wa­dzić się z domu pod­ko­mi­sa­rza. Nie była już tam ni­komu po­trzebna. Przy­naj­mniej tak po­wie­działa, a Lew kiw­nął po­ta­ku­jąco głową. Prawda była jed­nak taka, że dla wdowca i ojca sa­mot­nie wy­cho­wu­ją­cego dzieci, któ­rym był Lew, jej po­moc była wiel­kim wspar­ciem. Pod­ko­mi­sarz wie­dział o tym w cza­sie tam­tej kłótni, nie zro­bił jed­nak ni­czego, by ją za­trzy­mać. Może li­czył na to, że Ni­kola szybko do nich wróci, gdy za­mieszka ze swoim uko­cha­nym oraz z jego matką, z którą tam­ten dzie­lił dom. Nie­spo­dzie­wa­nie jed­nak ty­go­dnie mi­jały, a ona na­wet nie za­dzwo­niła.

- Masz - po­wie­dział, czer­wie­niąc się Śliczny. Za­czął ścią­gać z sie­bie kurtkę, ale Lew go po­wstrzy­mał ru­chem ręki.

- Zo­staw. Od­dasz mi póź­niej. Bę­dzie lało dzi­siaj cały dzień. Nie ma po­wodu, byś ty też był mo­kry, a ja i tak już je­stem - od­parł i ru­szył w kie­runku scho­dów, nie pa­trząc wię­cej na sier­żanta.

W wy­dziale było nie­wiele osób, tak jak zresztą w każde wa­ka­cje. Rzadko się jed­nak zda­rzało, by pora roku miała istotny wpływ na liczbę prze­stępstw. Pracy było tyle samo, na biur­kach gro­ma­dziły się sterty te­czek z in­for­ma­cjami, które po­winny być w kom­pu­te­rach, ale z ja­kie­goś po­wodu wszy­scy pra­cu­jący w wy­dziale za­bie­rali się za nie do­piero wtedy, gdy ktoś je wy­dru­ko­wał.

- Je­steś! - krzyk­nęła z dru­giego końca sali dy­rek­tor Ja­skóła, gdy zo­ba­czyła wcho­dzą­cego pod­ko­mi­sa­rza. - Cze­ka­łam na cie­bie.

- Dla­czego? - za­py­tał Lew, nie zmie­nia­jąc kie­runku ob­ra­nego na eks­pres do kawy w kuchni.

- Mam sprawę. Po­je­dziesz do Słup­ska - od­parła Ja­skóła, która nie­spiesz­nym kro­kiem we­szła za pod­ko­mi­sa­rzem do kuchni. Choć jej bluzka była su­cha, spód­nica była cał­kiem prze­mo­czona od spodu.

- Chcesz kawy?

- Ja­sne - od­rze­kła. - Też nie spraw­dza­łeś po­gody?

- Spraw­dza­łem, ale moją gra­na­tową kurtkę ktoś so­bie przy­własz­czył - po­wie­dział Lew, pa­trząc w kie­runku Ślicz­nego, który wła­śnie wcho­dził do sali głów­nej wy­działu. Ja­skóła prze­wró­ciła oczami.

- Je­ste­ście jak dzieci. Tu­pie­cie tylko no­gami, za­miast się ja­koś do­ga­dać.

- Piję spo­koj­nie kawę i za­pew­niam cię, że je­stem da­leki od tu­pa­nia. Fak­tem jest jed­nak, że tamta kurtka znik­nęła z mo­jej szafy, w moim domu, bez mo­jej wie­dzy i zgody.

- No tak... To co mam te­raz zro­bić? Po­dzie­lić wy­dział na dwa, by­ście ja­koś mo­gli funk­cjo­no­wać? - po­wie­działa iro­nicz­nie Ja­skóła i par­sk­nęła.

Pod­ko­mi­sa­rzowi nie było jed­nak do śmie­chu.

- Co z tym wy­jaz­dem? O którą sprawę cho­dzi? - za­py­tał.

- O żadną na­szą. Zgi­nęła ko­bieta, lat pięć­dzie­siąt pięć. Miej­scowa po­li­cja stwier­dziła zgon przez uto­nię­cie.

- Uto­nię­cie?

- Tak, zna­leźli ją nad brze­giem mo­rza, na ska­łach, ale ro­dzina nie wie­rzy w ofi­cjalną przy­czynę śmierci.

- To co my mamy z tym wspól­nego?

- Zmarła była z War­szawy, a jej syn jest rad­nym - od­parła.

- Rad­nym? - po­wtó­rzył za nią Lew, sior­biąc po­woli go­rącą kawę.

- Tak, dzwo­nił i po­pro­sił o oso­bi­stą przy­sługę. Wiesz, jak jest.

- Są ja­kieś w ogóle pod­stawy do tego, by pod­wa­żać to, co po­wie­dzieli miej­scowi? Ta ko­bieta miała ja­kichś wro­gów?

- Nie znam szcze­gó­łów, ale wiele pro­ce­dur fak­tycz­nie nie zo­stało wy­ko­na­nych pra­wi­dłowo. Słupsk to nie War­szawa. Tam mają mniej­sze do­świad­cze­nie, więc... zresztą pew­nie nie wie­dzieli, z kim mają do czy­nie­nia.

- Kiedy mam je­chać? - za­py­tał Lew.

- Naj­le­piej to dzi­siaj, te­raz.

Lew spraw­dził go­dzinę w te­le­fo­nie.

- Za­ła­twi­łam ci miesz­ka­nie służ­bowe. W po­koju są dwa łóżka - po­wie­działa Ka­mila, da­jąc mu do ręki kartkę ze wszyst­kimi po­trzeb­nymi da­nymi.

- Z kim mam je­chać?

- Może z sy­nem? - po­wie­działa ci­szej.

- Z Niko? Mam go brać ze sobą do pracy? - ob­ru­szył się pod­ko­mi­sarz.

- Po­my­śla­łam, że pew­nie nie bę­dziesz miał go z kim zo­sta­wić. A poza tym pew­nie tam na miej­scu to bę­dzie tylko for­mal­ność. Dla za­cho­wa­nia po­zo­rów i żeby syn de­natki po­czuł się po­waż­nie po­trak­to­wany, le­piej bę­dzie, jak jed­nak tro­chę tam zo­sta­niesz i zro­bisz, co trzeba. Po­po­łu­dnia bę­dziesz mógł prze­cież spę­dzić z Mi­ko­ła­jem na plaży, tro­chę się zre­lak­su­je­cie, nie bę­dziesz czuł ci­śnie­nia, żeby szybko wra­cać. W końcu są wa­ka­cje.

- Może masz ra­cję - od­parł Lew, pa­trząc po­now­nie na Ślicz­nego, który roz­siadł się przy swoim biurku, są­sia­du­ją­cym z biur­kiem pod­ko­mi­sa­rza. - Wrócę do domu się spa­ko­wać.

- Dzięki. Od­wdzię­czę się in­nym ra­zem - po­wie­działa Ja­skóła.

- Nie uda­waj, że mia­łem ja­kiś wy­bór - burk­nął pod­ko­mi­sarz.

- Nie mia­łeś, ale się cie­szę, że nie mu­sia­łam cię prze­ko­ny­wać przez po­łowę tego dnia. Poza tym coś mi mówi, że taki wy­jazd jest ci na­wet na rękę.

Lew po­wie­dział pod no­sem coś nie­zro­zu­mia­łego, do­pił kawę, spraw­dził pro­gnozę po­gody w Słup­sku, po czym pod­szedł do sier­żanta.

- Zmie­ni­łem zda­nie. Po­trze­buję jed­nak kurtki.

- Tak? - po­wie­dział Śliczny, pa­trząc za okno, w które w dal­szym ciągu ude­rzały cięż­kie kro­ple desz­czu. - A mogę ci ją dać za dwie go­dziny? Wła­śnie mia­łem te­le­fon od...

- Nie­stety - prze­rwał mu Lew. - Jadę na parę dni do Słup­ska. Tam wieje i pew­nie też bę­dzie lać.

- Ten wy­jazd... cho­dzi o któ­rąś z na­szych spraw? - za­py­tał Śliczny, po­da­jąc pod­ko­mi­sa­rzowi kurtkę.

- Nie - od­po­wie­dział krótko Lew i wy­szedł.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Roz­dział 1

- Nie martw się, ko­cha­nie, za­raz coś wy­my­ślę i ura­tuję ten dzień. Zo­ba­czysz, bę­dzie faj­nie - po­wie­dział Fi­lip, po­kle­pu­jąc nie­zdar­nie Ulę po ra­mie­niu. Byli mał­żeń­stwem pięt­na­ście lat. Pierw­sze pięć spę­dzili w do­kład­nie taki spo­sób, jaki so­bie wy­ma­rzyli - po­ko­ny­wali ko­lejne szcze­ble kor­po­ra­cyj­nej ka­riery, pili do­bre wina z przy­ja­ciółmi i cho­dzili na im­prezy w week­endy. Ostat­nie dzie­sięć lat za­pla­no­wali rów­nie skru­pu­lat­nie, ich wi­zja jed­nak znacz­nie od­bie­gała od rze­czy­wi­sto­ści. Chcieli mieć dwójkę dzieci, które ro­dzone rok po roku miały być swo­imi naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi, ra­zem się roz­wi­jać, ba­wić i cie­szyć. Tym­cza­sem po pier­wo­rod­nej córce Basi na świat przy­szły nie­ocze­ki­wa­nie bliź­nięta, chłopcy. Ba­sia nie tylko była o nich za­zdro­sna. Ona ich wręcz nie­na­wi­dziła, a oni jej uczu­cia rów­nie ży­wio­łowo od­wza­jem­niali. Do­mowa sie­lanka zmie­niła się w per­ma­nentny chaos prze­ry­wany krzy­kami i pła­czem. Re­la­cje Fi­lipa i Uli rok po roku ule­gały po­gor­sze­niu. Nie po­tra­fili się od­na­leźć w no­wej sy­tu­acji i co­raz czę­ściej ob­wi­niali o nią sie­bie na­wza­jem.

Wspólny wy­jazd na dłu­żej nad mo­rze w wa­ka­cje to był pre­zent Fi­lipa dla żony z oka­zji rocz­nicy ślubu. Sam zna­lazł prze­piękny drew­niany do­mek z wi­do­kiem na mo­rze - prze­stronny i gu­stow­nie urzą­dzony. W ła­zience była ogromna wanna z hy­dro­ma­sa­żem, w ogródku ba­lia, sauna i ba­sen. Do domku przy­le­gała rów­nież sto­doła, w któ­rej był urzą­dzony małpi gaj dla dzieci z dra­bin­kami i huś­taw­kami. Po­mysł wy­da­wał się świetny. Mieli tu zre­ge­ne­ro­wać swoje zszar­pane nerwy, a dzieci do­brze się ba­wić. Tym­cza­sem dzieci tak jak się kłó­ciły w domu, tak samo nie prze­sta­wały wal­czyć ze sobą na wa­ka­cjach. W do­datku przez cały ty­dzień było chłodno i wiało, a tego ranka na do­miar złego obu­dził ich rano stu­kot kro­pli desz­czu o pa­ra­pet. Ula cał­kiem stra­ciła na­dzieję. Le­żała bez sił na bia­łej ka­na­pie, którą dzieci zdą­żyły już ubru­dzić dże­mem bo­rów­ko­wym.

- W nocy był sztorm - po­wie­dział Fi­lip gło­śno. - A to zna­czy, że dzi­siaj na plaży mo­żemy zna­leźć praw­dziwe skarby.

- Ja nie idę. Pada - stwier­dziła Ba­sia.

- Ja­kie skarby? - za­cie­ka­wił się Ty­mon.

- Chcę kupę - po­wie­dział Szy­mon.

Fi­lip wziął głę­boki od­dech i uśmiech­nął się sze­roko, sta­ra­jąc się wzbu­dzić w so­bie wy­star­cza­jąco dużą dozę cha­ry­zmy.

- Mó­wię o naj­praw­dziw­szych skar­bach, a nie ta­kich uda­wa­nych. Już pra­wie nie pada, ale pia­sek bę­dzie jesz­cze mo­kry. Do tego jest po­chmurno i zimno...

- I to ma nas prze­ko­nać? - prych­nęła Ba­sia.

- Wła­śnie tak! Bo to zna­czy, że bę­dziemy na plaży cał­kiem sami - po­wie­dział Fi­lip i kla­snął gło­śno w ręce. - Kie­dyś w taki dzień jak ten zna­la­złem bursz­tyn wiel­ko­ści mo­jej pię­ści.

- Na­prawdę? - krzyk­nęły ra­zem dzieci.

- Na­prawdę! - od­parł.

- I gdzie on te­raz jest? - za­py­tał Szy­mon, wy­sta­wia­jąc głowę przez uchy­lone drzwi to­a­lety.

- Sprze­da­łem go i ku­pi­łem swój pierw­szy sa­mo­chód.

- Był tyle wart?

- Ja­sne. Taki bursz­tyn zda­rza się na­prawdę rzadko, a to do­piero po­czą­tek. Cza­sami mo­rze wy­rzuca stare złote i srebrne mo­nety, które za­to­nęły wraz ze stat­kami, albo coś jesz­cze lep­szego. To co? Kto idzie ze mną?

- Ja! - krzyk­nęły dzieci i wy­bie­gły do przed­po­koju na­kła­dać buty.

- Sa­mo­chód, co? - po­wie­działa Ula, uśmie­cha­jąc się pierw­szy raz od po­czątku wy­jazdu.

- No może ten bursz­tyn nie do końca był wiel­ko­ści mo­jej pię­ści - mru­gnął do niej Fi­lip.

- A co zro­bisz, jak nic nie znajdą na tej plaży i znowu za­czną ma­ru­dzić? - za­py­tała go żona.

- Wsko­czę do mo­rza i za­cznę w nie rzu­cać wo­do­ro­stami - od­parł Fi­lip.

- Trzy­mam cię za słowo - po­wie­działa Ula, wy­cią­ga­jąc spod łóżka buty z grubą gu­mową po­de­szwą, któ­rych miała na­dzieję w ogóle nie za­kła­dać w cza­sie wa­ka­cji.

Pra­wie prze­stało pa­dać. Drobne kro­ple zim­nego desz­czu po­py­chane przez wiatr zra­szały im twarz, ale dzieci wy­da­wały się do­brze ba­wić. Bie­gały od jed­nej za­toczki do ko­lej­nej. Zbie­rały muszle i pa­tyki wy­rzu­cone przez fale. Plaża, tak jak się spo­dzie­wali, była pu­sta. Przez chwilę mo­gli znowu jak daw­niej wziąć głę­boki od­dech. Sły­chać było tylko mewy i szum cią­gle nie­spo­koj­nych jesz­cze fal. Chwi­lowy bło­go­stan prze­rwał im pa­niczny krzyk Szy­mona, do któ­rego po se­kun­dzie do­łą­czyli Ty­mon i Ba­sia. Krzy­kowi dzieci do­rów­ny­wał tylko krzyk mew, które na­gle wzbiły się w niebo i krą­żyły groź­nie nad nimi. Ula i Fi­lip roz­glą­dali się do­okoła. Dzieci chwilę wcze­śniej znik­nęły im z pola wi­dze­nia, wy­prze­dza­jąc ich znacz­nie w miej­scu, gdzie plaża lekko za­krę­cała w prawo. Ru­szyli bie­giem w kie­runku, z któ­rego do­cho­dził krzyk.

- Co się dzieje? - za­wo­łał Fi­lip do dzieci, gdy w końcu zo­ba­czył je sto­jące na ska­łach.

Dzieci nie od­po­wia­dały. Ich krzyk ucichł. Stały prze­ra­żone, pa­trząc na coś w dole, czego na po­czątku Fi­lip nie mógł do­strzec. Ula, która naj­pierw ru­szyła w kie­runku lasu, a do­piero póź­niej za­wró­ciła do mo­rza, przez co znaj­do­wała się wy­żej i zo­ba­czyła ciało wcze­śniej niż mąż. Wy­dała gło­śny jęk i w pierw­szym od­ru­chu znie­ru­cho­miała. Do­piero po chwili, po­now­nie spo­glą­da­jąc na prze­stra­szone twa­rze swo­ich dzieci, pod­bie­gła bli­żej. Mimo ca­łej mi­ło­ści do nich nie mo­gła się zdo­być na to, by wejść na skały, gdzie one stały. Nie miała od­wagi spoj­rzeć z bli­ska na to, na co pa­trzyły one te­raz.

- Do mnie! - krzyk­nęła. - Nie pa­trz­cie tam! Bie­gnij­cie do mnie!

Spa­ra­li­żo­wane stra­chem dzieci trwały w tym sa­mym miej­scu do mo­mentu, gdy oj­ciec za­czął po ko­lei brać je na ręce i prze­no­sić do matki. Jej uścisk nie przy­niósł im jed­nak uko­je­nia. Nic nie mo­gło wy­ma­zać ob­razu, który na za­wsze wbił się do ich mło­dych głów i serc. Mewy od­cze­kały chwilę, po czym, za­ta­cza­jąc co­raz mniej­sze koła, wró­ciły do swo­jego miej­sca że­ro­wa­nia.