Odkąd osiadłam na Kaladanie i prowadzę spokojne życie, otrzymuję
niewiele doniesień z pól dżihadu mojego syna - nie dlatego, że wolę
pozostawać w niewiedzy, lecz dlatego że rzadko to wieści, które
chciałabym usłyszeć.
- lady Jessika, księżna Kaladanu
Na orbicie nad Kaladanem zawisł
pozarozkładowy statek, były liniowiec Gildii zarekwirowany na potrzeby
dżihadu.
Do zamkowego ogrodu wpadł chłopiec z wioski rybackiej szykowany na
pazia. Wyglądał niezgrabnie w swoim oficjalnym stroju.
- To jednostka wojskowa, pani! - wyrzucił z siebie. - W pełni uzbrojona!
Klęcząc przy krzewie róży, Jessika obcinała do kuchni gałązki z wonnymi
kwiatami. W tym prywatnym ogrodzie miała kwiaty, zioła i krzewy w doskonałym połączeniu porządku z chaosem, pożyteczne, miłe dla oka oraz
powonienia okazy flory. Lubiła tutaj pracować i medytować w panujących
tuż po świcie spokoju i ciszy, pielęgnując swoje rośliny i wyrywając
uporczywie odrastające chwasty, które próbowały zburzyć delikatną
równowagę.
Nieporuszona paniką chłopca, wciągnęła głęboko aromatyczną woń olejków
wydzielanych pod wpływem jej dotyku przez zimozielone krzewy. Podniosła
się i otrzepała ziemię z kolan.
- Przysłali jakąś wiadomość? - zapytała.
- Tylko taką, że przybędą tu wysłannicy kwizaratu, pani. Żądają rozmowy
w pilnej sprawie.
- Żądają?
Chłopiec struchlał na widok wyrazu jej twarzy.
- Jestem pewien, że mieli na myśli prośbę, pani - odparł. - Przecież nie
śmieliby występować z żądaniami wobec księżnej Kaladanu... i matki
Muad'Diba! Niemniej jednak musi to być naprawdę ważna wiadomość, skoro
uzasadniała wysłanie takiego statku.
Paź wił się jak wyrzucony na brzeg węgorz.
Jessika wygładziła ubranie.
- No cóż, jestem pewna, że ten wysłannik ma ją za ważną - powiedziała. -
To prawdopodobnie jeszcze jedna prośba, żebym podniosła limit zezwoleń
dla przybywających tutaj pielgrzymów.
Kaladan, od ponad dwudziestu pokoleń siedziba rodu Atrydów, uniknął
spustoszeń dżihadu głównie dzięki temu, że Jessika nie wpuszczała na
planetę zbyt wielu obcoświatowców. Samowystarczalny lud Kaladanu wolał,
by pozostawiono go w spokoju. Z radością przyjąłby z powrotem księcia
Leto, ale wskutek zdrady na wysokich szczeblach władzy został on
zamordowany. Teraz Kaladańczycy mieli w zamian jego syna, Paula
Muad'Diba, Imperatora całego znanego wszechświata.
Jednak pomimo starań Jessiki Kaladan nie mógł całkowicie uchronić się
przed burzami szalejącymi w galaktyce. Chociaż Paul od dawna poświęcał
ojczystej planecie mało uwagi, tutaj otrzymał imię i został wychowany.
Zawsze kładło się to cieniem na jej mieszkańcach.
Po wielu latach dżihadu w umęczonym Imperium zapanował kaleki pokój,
który zaległ niczym chłodna zimowa mgła. Patrząc na młodego posłańca,
Jessika zdała sobie sprawę, że musiał się on urodzić już po wstąpieniu
Paula na tron. Nie znał niczego oprócz wiszącego nad planetą widma
dżihadu i surowszej strony natury jej syna...
Wyszła z ogrodu, krzyknąwszy do chłopca:
- Wezwij Gurneya Hallecka! Spotkamy się z delegacją w głównej sali
zamku.
Jessika zdjęła strój ogrodniczki i przebrała się w uroczystą suknię
koloru morskiej zieleni. Upięła popielatobrązowe włosy i założyła
naszyjnik ze złotym wisiorkiem przedstawiającym herbowego jastrzębia
Atrydów. Nie chciała się spieszyć. Im więcej o tym myślała, tym bardziej
zastanawiała się, jaką wiadomość mógł przywieźć ten statek. Być może nie
jest to wcale jakaś błaha sprawa...
W głównej sali czekał na nią Gurney. Kiedy odszukał go paź, biegał z chartami i jeszcze miał zaczerwienioną od wysiłku twarz.
- Według dyrekcji portu kosmicznego ten wysłannik jest wysokiego
szczebla członkiem kwizaratu. Przybywa z Arrakis z całą armią sług i strażą honorową - powiedział. - Mówi, że ma wiadomość najwyższej wagi.
Jessika udała brak zainteresowania, chociaż w rzeczywistości było
inaczej.
- Zgodnie z moimi obliczeniami jest to dziewiąta "pilna wiadomość"
przekazana przez nich od zakończenia przed dwoma laty dżihadu.
- Mimo to, pani, wydaje się, że tym razem jest inaczej.
Gurney starzał się ładnie, chociaż z powodu blizny po krwawinie na
brodzie i udręczonych oczu nie był, i nigdy nie będzie, przystojnym
mężczyzną. W młodości wiele wycierpiał pod butem Harkonnenów, ale lata
dzielnej służby sprawiły, że stał się jednym z największych skarbów
Atrydów.
Jessika usiadła na fotelu, na którym zasiadał niegdyś jej ukochany
książę Leto. Kiedy służba zamkowa uwijała się, przygotowując na
przyjęcie wysłannika i jego świty, szef kuchni zapytał Jessikę, jakie
napoje będą najbardziej odpowiednie.
- Tylko woda - odparła chłodnym tonem. - Podajcie im wodę.
- Nic więcej, pani? Czy to nie zniewaga dla tak ważnej osobistości?
Gurney zachichotał.
- Oni są z Diuny - wyjaśnił. - Uznają to za zaszczyt.
Otworzyły się gwałtownie dębowe drzwi holu. Wpadł przez nie wilgotny
wiatr i wmaszerowała z hałasem straż honorowa. Piętnastu mężczyzn,
byłych dżihadystów Paula, wniosło sztandary z czarnymi lub białymi
akcentami. Członkowie tej niezdyscyplinowanej świty mieli na sobie,
niczym mundury, imitacje filtraków, chociaż te pustynne stroje były
zupełnie niepotrzebne w wilgotnym kaladańskim klimacie. Cała grupa
pokryta była lśniącymi kroplami, gdyż na zewnątrz zaczęła padać mżawka.
Goście najwyraźniej uważali to za znak od Boga.
Pierwsze szeregi świty rozstąpiły się, robiąc przejście żółto odzianemu
kapłanowi dżihadu. Ten odrzucił mokry kaptur, ukazując wygoloną głowę.
Jego oczy, całkowicie niebieskie z powodu uzależnienia od melanżu,
lśniły nabożnym szacunkiem.
- Jestem Isbar i stawiam się przed matką Muad'Diba - powiedział. Skłonił
się nisko i pogłębiał ukłon, aż w końcu rozpłaszczył się na podłodze.
- Wystarczy tego - rzekła Jessika. - Wszyscy tutaj wiedzą, kim jestem.
Nawet kiedy Isbar wstał, trzymał pochyloną głowę i odwracał wzrok.
- Widząc obfitość wody na Kaladanie, jeszcze pełniej pojmujemy, jakim
poświęceniem było dla Muad'Diba przybycie na Diunę, by stać się zbawcą
Fremenów.
- Macie za sobą długą drogę - powiedziała Jessika tonem, który nie
pozostawiał żadnych wątpliwości, iż nie chce tracić czasu na ceremonie.
- Cóż pilnego sprowadza was tym razem?
Isbar sprawiał wrażenie, że mocuje się z wiadomością, którą przywiózł,
jakby była żywą istotą. Jessika wyczuwała jego głęboki strach.
Członkowie straży honorowej milczeli jak posągi.
- Wykrztuś to wreszcie, człowieku! - rozkazał Gurney.
- Muad'Dib nie żyje, pani - wyrzucił z siebie kapłan. - Twój syn odszedł
do Szej-huluda.
Jessika poczuła się tak, jakby ktoś zdzielił ją pałką w głowę.
- Och, nie - jęknął Gurney. - Nie... nie Paul!
- Wyrzekłszy się władzy, święty Muad'Dib odszedł na pustynię i zniknął
wśród piasków - ciągnął Isbar, chcąc jak najszybciej pozbyć się słów,
które w sobie dusił.
Jessika musiała przywołać wszystkie umiejętności, których nauczyły ją
Bene Gesserit, by zbudować wokół siebie gruby mur i dać sobie czas na
przemyślenie tego, co usłyszała. Siłą woli powstrzymała się od płaczu i krzyku, zachowała spokojny, cichy głos.
- Opowiedz mi o wszystkim, kapłanie.
Słowa kwizara cięły niczym ziarna piasku miotane przez ostry wiatr.
- Wiesz o ostatnim spisku uknutym przez zdrajców spośród jego fedajkinów
- zaczął Isbar. - Mimo iż został oślepiony przez wypalacz skał,
błogosławiony Muad'Dib patrzył na świat boskimi oczami, nie zaś
sztucznymi, tleilaxańskimi, które kupował dla swoich pozbawionych wzroku
żołnierzy.
Owszem, Jessika wiedziała o tym. Jej syn, wskutek swoich niebezpiecznych
decyzji i ostrego sprzeciwu wobec dżihadu, zawsze musiał się liczyć z próbą zamachu.
- Ale przecież Paul uszedł z życiem. Stracił tylko wzrok - powiedziała.
- Był jeszcze jeden spisek?
- Przedłużenie tego samego spisku, wielmożna pani. Byli w to zamieszani
sternik Gildii i matka wielebna Gaius Helena Mohiam. - Jakby po
zastanowieniu dodał: - Z rozkazu regentki Alii zostali straceni razem z panegirystą Korbą, twórcą intrygi przeciw twojemu synowi.
Została naraz zasypana zbyt wieloma faktami. Mohiam zgładzona?
Wiadomość ta wstrząsnęła nią do głębi. Jej stosunki ze starą matką
wielebną były burzliwe, przeplatały się w nich, niczym przypływy i odpływy, miłość i nienawiść.
Alia... jest teraz regentką? Nie Irulana? Oczywiście to było właściwe. Ale
skoro Alia jest władczynią...
- A co z Chani, ukochaną mojego syna? - zapytała. - A z księżną Irulaną,
jego żoną?
- Irulana została uwięziona w Arrakin do czasu wyjaśnienia, w jakiej
mierze brała udział w spisku. Regentka Alia nie pozwoliłaby, żeby
stracono ją z pozostałymi, ale wiadomo, że była związana ze zdrajcami. -
Kapłan z trudem przełknął ślinę. - Co zaś do Chani... zmarła podczas
porodu bliźniąt.
- Bliźniąt? - Jessika poderwała się na nogi. - Mam wnuki?
- Chłopca i dziewczynkę. Dzieci Paula są zdrowe i...
Nagle z twarzy Jessiki opadła maska spokoju i ukazała się groźna mina.
- Nie pomyśleliście o tym, żeby natychmiast mnie powiadomić? - Usilnie
starała się uporządkować myśli. - Powiedz mi niezwłocznie o wszystkim,
co muszę wiedzieć.
Kwizar zastanawiał się, od czego zacząć.
- Wiesz o gholi, który był darem Tleilaxan i Gildii dla Muad'Diba? -
zapytał w końcu. - Okazało się, że jest bronią, narzędziem zamachu
stworzonym z ciała zabitego wiernego sługi Atrydów.
Jessika słyszała o gholi wyhodowanym z martwych komórek Duncana Idaho,
ale przypuszczała, że jest to jakiś egzotyczny artysta, który potrafi do
złudzenia naśladować innych, albo kuglarz.
- Hayt miał wygląd i nawyki Duncana Idaho, ale nie miał jego wspomnień -
kontynuował kapłan. - Chociaż został zaprogramowany, by zabić Muad'Diba,
jego prawdziwa osobowość ujawniła się i pokonała alter ego, dzięki czemu
stał się ponownie dawnym Duncanem Idaho. Teraz pomaga regentce Alii.
Najpierw zdumiała ją wiadomość o tym - Duncan naprawdę znowu żyje i jest
świadom? - ale potem wróciło najistotniejsze pytanie.
- Dość tych uników, Isbarze - powiedziała. - Muszę poznać więcej
szczegółów tego, co się przydarzyło mojemu synowi.
Kapłan miał cały czas zwieszoną głowę, przez co jego głos był stłumiony.
- Powiadają, że dzięki zdolności jasnowidzenia Muad'Dib wiedział,
jakie spotkają go tragedie, ale nie mógł nic zrobić, by zapobiec swemu,
jak to nazywał, "straszliwemu przeznaczeniu". Ta wiedza go zniszczyła.
Niektórzy mówią, że na koniec był rzeczywiście ślepy, w ogóle nie
widział przyszłości i nie mógł już dłużej znosić tego żalu. - Kwizar
przerwał, po czym przemówił z większą wiarą: - Ale ja, jak wielu innych,
wierzę, że Muad'Dib wiedział, że nadeszła jego chwila, że usłyszał
wezwanie Szej-huluda. Jego duch jest nadal tam, na piaskach, na zawsze
złączony z pustynią.
Gurney zmagał się ze smutkiem i złością, to zaciskając, to rozluźniając
pięści.
- A wy tak po prostu pozwoliliście mu, żeby - ślepy - odszedł między
diuny? - zapytał w końcu.
- To właśnie zobowiązani są zrobić ślepi Fremeni - odpowiedziała mu
Jessika.
Isbar wyprostował się.
- Nikt niczego nie "pozwala" Muad'Dibowi, Gurneyu Hallecku - odparł. -
On zna wolę Boga. Nie nam rozumieć to, co wybiera.
Gurney nie zamierzał tak łatwo przejść nad tym do porządku.
- A przeprowadzono poszukiwania? - zapytał. - Próbowaliście go odszukać?
Znaleziono jego ciało?
- Nad pustynią latało wiele ornitopterów, wielu poszukiwaczy badało
piaski. Niestety Muad'Dib zniknął. - Isbar skłonił się ze czcią.
Kiedy Gurney obrócił się do Jessiki, jego oczy pałały.
- Biorąc pod uwagę jego umiejętności radzenia sobie na pustyni, mógł
przeżyć, pani - powiedział. - Mógł znaleźć jakiś sposób.
- Nie, jeśli nie chciał żyć. - Potrząsnęła głową, po czym spojrzała
ostro na kapłana. - A co ze Stilgarem? Jaką on odegrał w tym rolę?
- Lojalność Stilgara nie ulega wątpliwości. Czarownica Bene Gesserit,
Korba i ten sternik zginęli z jego ręki. Pozostaje na Diunie jako
łącznik z Fremenami.
Jessika próbowała wyobrazić sobie poruszenie, jakie zapanuje w Imperium.
- A kiedy to wszystko się stało? - zapytała. - Kiedy po raz ostatni
widziano Paula?
- Dwadzieścia siedem dni temu - odparł Isbar.
- Prawie przed miesiącem! - ryknął zdumiony Gurney. - Na nieskończone
piekła, co tak długo was powstrzymywało przed przybyciem tutaj?
Isbar cofnął się, przestraszony wybuchem złości wielkoluda, i wpadł na
członków swojej świty.
- Trzeba było poczynić przygotowania i zebrać grupę odpowiednio ważnych
osób. Dla przywiezienia tej strasznej wiadomości musieliśmy się postarać
o statek Gildii, który robiłby wystarczające wrażenie.
Jessika czuła się tak, jakby otrzymywała cios za ciosem. Dwadzieścia
siedem dni... a ona nic nie wiedziała, niczego się nie domyślała. Jak
mogła nie wyczuć straty syna?
- Jest jeszcze jedna sprawa, pani, która spędza nam wszystkim sen z powiek - dodał Isbar. - Bronso z Ixa nadal rozprzestrzenia kłamstwa i herezje. Schwytano go, jeszcze za życia Muad'Diba, ale udało mu się
uciec z celi śmierci. Teraz rozzuchwaliła go wieść o śmierci twego syna.
Jego bluźniercze pisma kalają pamięć o Mesjaszu. Rozpowszechnia rozprawy
i manifesty, próbując odrzeć Muad'Diba z wielkości. Musimy go
powstrzymać, pani. Jako matka świętego Imperatora...
- Mój syn nie żyje, Isbarze - ucięła Jessika. - Bronso publikuje swoje
rozprawy od siedmiu lat i przez cały ten czas nie udało wam się go
powstrzymać, a zatem jego zarzuty nie są niczym nowym. Nie mam czasu na
rozmowy o błahostkach. - Podniosła się gwałtownie. - Posłuchanie
dobiegło końca.
Owszem, prześladują mnie wspomnienia, ale nie wszystkie są złe. Pamiętam
wiele radosnych chwil spędzonych z Paulem Atrydą - podkreślam: z Paulem, nie z Muad'Dibem. Kiedy teraz zastanawiam się nad tamtymi
chwilami, czuję się jak ktoś, kto uczestniczył w wielu wspaniałych
ucztach.
- Gurney Halleck, Wspomnienia i duchy przeszłości, w: Pieśni
niedokończone
Złapawszy wiatr zwierzyny, charty pędziły
za nią, a z nimi biegł Gurney. Chłodne popołudniowe powietrze paliło mu
płuca, kiedy przedzierał się przez podszyt, podświadomie starając się
uciec od druzgoczących wiadomości.
Umięśnione charty, o jasnych, złotozielonych, szeroko rozstawionych
ślepiach, miały wzrok bystry jak orły i znakomity węch. Chronione grubym
rudawym i szarym futrem oraz gęstym podszerstkiem, mknęły przez kałuże i przez pampasową trawę, ujadając tak, że obudziłyby umarłego. Radość z polowania przejawiała się w całym ich zachowaniu.
Gurney kochał swoje psy. Przed laty miał sześć innych, ale zmuszony był
je uśpić, ponieważ zaraziły się wirusem zapalenia krwi. Jessika
podarowała mu jako szczeniaki te, które miał obecnie, ale postanowił nie
przywiązywać się do nich zbytnio, by później nie cierpieć z powodu
straty.
Tamten dawny żal był niczym w porównaniu z tym, co czuł teraz. Paul,
panicz, nie żył...
Potknął się. Stanął, by złapać oddech, zamknął na chwilę oczy, po czym
ruszył dalej za zaganiającymi zwierzynę psami. Właściwie nie miał ochoty
na łowy, ale musiał się wyrwać z zamku, znaleźć daleko od Jessiki, a zwłaszcza od Isbara i jego sługusów z kwizaratu. Nie chciał ryzykować,
że straci przy nich panowanie nad sobą.
Gurney Halleck przez większość życia służył rodowi Atrydów. Jeszcze
przed narodzinami Paula pomógł im pokonać Tleilaxan i odzyskać Ixa dla
rodu Verniusów, później zaś walczył u boku księcia Leto z wicehrabią
Moritanim w wojnie asasynów, starał się chronić Atrydów podczas zdrady
Harkonnenów na Arrakis i służył Paulowi przez wszystkie lata dżihadu,
dopóki nie przeszedł w stan spoczynku i nie osiadł na Kaladanie.
Powinien był wiedzieć, że kłopoty się nie skończyły.
A teraz Paul odszedł. Panicz odszedł na pustynię... ślepy i samotny. Nie
było tam Gurneya, by mu pomóc. Żałował, że mimo antypatii do
nieustannego zabijania, nie został na Diunie. Postąpił tak samolubnie,
porzucając dżihad i swoje obowiązki! Paul Atryda, syn księcia Leto,
potrzebował go w swych heroicznych zmaganiach, a Gurney odwrócił się od
niego.
"Czy kiedykolwiek zdołam o tym zapomnieć albo pozbyć się poczucia
wstydu?" - myślał.
Skacząc po mokrych kępach bagiennej trawy, wypadł nagle na charty,
szczekające i warczące na pokrytego szarym futrem zająca mszarnego,
który wcisnął się pod wilgotny nawis piaskowca. Siedem psów siedziało na
zadach, czekając na Gurneya. Wpatrywały się w przestraszone i skulone
zwierzę, znajdujące się poza zasięgiem ich kłów, ale pozbawione
możliwości ucieczki.
Gurney wydobył pistolet myśliwski i strzałem w głowę zabił bezboleśnie
zająca. Sięgnął i wyciągnął ciepłą, drgającą jeszcze tuszę. Doskonale
wytresowane psy spokojnie go obserwowały, chociaż ich ślepia błyszczały
z fascynacji. Gurney cisnął zwierzę na ziemię i kiedy dał znak, psy
rzuciły się na świeży łup, szarpiąc mięso, jakby od wielu dni nie jadły.
Instynkt drapieżcy.
W przebłysku pamięci Gurney ujrzał jedno ze spływających krwią
pobojowisk dżihadu, ale otrząsnął się, odsyłając ten obraz w przeszłość,
gdzie było jego miejsce.
Nie mógł jednak odepchnąć od siebie innych wspomnień, rzeczy związanych
z Paulem, których będzie mu brakować, i poczuł, że załamuje się jego
dusza wojownika. Paul, który był treścią tak dużej części jego życia,
zniknął w bezkresie pustyni jak fremeński komandos wymykający się
Harkonnenom. Ale tym razem już stamtąd nie wróci.
Kiedy patrzył, jak charty rozszarpują mięso, czuł się tak, jakby
odrywały fragmenty jego ciała, zostawiając ziejące rany.
Wieczorem, kiedy zamek Kaladan spowiły ciemności, służba się oddaliła,
zostawiając Jessikę, by samotnie opłakiwała syna. Jessika nie mogła
jednak znaleźć sobie miejsca w pustej sypialni. Cisza aż dzwoniła jej w uszach.
Czuła się wytrącona z równowagi, zagubiona. Dzięki szkoleniu Bene
Gesserit od dawna, zwłaszcza od śmierci Leto i powrotu z Arrakis na
Kaladan, nie dawała upustu emocjom, więc ich nieużywane zawory
zardzewiały i zasklepiły się.
Ale przecież Paul był jej synem!
Wyszła z sypialni i cicho sunęła korytarzami zamku aż do drzwi
prywatnych apartamentów Gurneya. Zatrzymała się przed nimi, pragnąc z kimś porozmawiać. Mogli oboje użalić się nad wspólną stratą i zastanowić
się, co teraz robić, jak pomóc Alii utrzymać spójność i tak już
nadwyrężonego Imperium do czasu, aż dzieci Paula osiągną pełnoletność.
Jaką przyszłość mogli stworzyć bliźniętom? Wichry Diuny - polityka i burze pustynne - były w stanie odrzeć ciało człowieka do kości.
Nim zdążyła zapukać do ciężkich drzwi, usłyszała ze zdziwieniem
dobiegające ze środka dziwne, niemal zwierzęce dźwięki. Zdała sobie ze
wstrząsem sprawę z tego, że Gurney łka. Znalazłszy się w prywatnych
komnatach, stoicki trubadur i wojownik wylewał bez skrępowania swój żal.
Jeszcze bardziej poruszyła ją świadomość, że jej smutek nie jest nawet w połowie tak głęboki i nieopanowany, lecz jakoś odległy, jakby poza jej
zasięgiem. Owszem, miała ściśnięte gardło, ale była jak odrętwiała. Nie
wiedziała, jak dotrzeć do swych zablokowanych emocji. Przygnębiała ją
sama myśl o tym.
"Dlaczego nie potrafię odczuwać tego tak jak on?" - zadawała sobie
pytanie.
Chciała wejść do Gurneya i pocieszyć go, ale wiedziała, że to by go
zawstydziło. Nie życzyłby sobie, żeby widziała jego obnażone uczucia.
Uznałby to za słabość. Wycofała się więc, zostawiając go z jego żalem.
Chwiejąc się, Jessika szukała w sobie tych samych emocji, ale natrafiała
tylko na twarde bariery, które otaczały jej smutek i nie pozwalały mu
się wydobyć na zewnątrz.
"Paul był moim synem!" - pomyślała, ale napomnienie to na nic się nie
zdało.
Powróciwszy w środku nocy do swej sypialni, przeklęła w duchu
zgromadzenie Bene Gesserit. Niech je piekło pochłonie! Pozbawiły ją
matczynej zdolności odczuwania bólu po stracie dziecka.
Początek panowania czy regencji to okres, w którym wszystko jest kruche.
Zmieniają się sojusze, a ludzie krążą jak sępy, wypatrując słabych
punktów nowego przywódcy. Pochlebcy mówią mu to, co chcą, żeby słyszał,
nie zaś to, co słyszeć powinien. Początek jest okresem, w którym
trzeba podejmować jasne i trudne decyzje, to one bowiem nadają ton
całemu panowaniu.
- św. Alia od Noża
Poseł Szaddama IV przybył niespełna miesiąc
po zniknięciu Paula na pustyni. Alia była zdumiona tym, jak szybko
zareagował przebywający na zesłaniu były imperator z rodu Corrinów.
Ale wysłannik Szaddama został wyprawiony w wielkim pośpiechu, więc znał
sytuację tylko w zarysach. Wiedział, że urodziły się bliźnięta, że Chani
zmarła przy porodzie, że Paul poddał się ślepocie i przepadł bez śladu
na piaszczystych pustkowiach. Nie miał jednak pojęcia, ile śmiałych
decyzji podjęła od tamtej pory Alia. Nie wiedział, że stracono sternika
Gildii Edryka i matkę wielebną Mohiam oraz panegirystę Korbę. Poseł nie
wiedział też, że córka Szaddama, Irulana, osadzona jest w celi śmierci,
choć nie zapadła jeszcze decyzja co do jej losu.
Alia postanowiła przyjąć tego człowieka w podziemnym pomieszczeniu o ścianach z grubego plazmuru. Salka ta, niczym izba tortur, zalana była
jaskrawożółtym światłem lumisfer. Regentka poprosiła Duncana i Stilgara,
by zasiedli po obu jej stronach. Wykonana z niebieskiego obsydianu
okładzina stołu sprawiała, że lśniący blat wyglądał jak okno, przez
które widać głębiny odległego oceanu.
- Nie ogłosiliśmy jeszcze oficjalnych planów pogrzebu Muad'Diba, a już
przybywa ten sługus niczym sęp zwabiony świeżym mięsem - warknął
Stilgar. - Nie przylecieli jeszcze nawet oficjalni przedstawiciele
Landsraadu.
- To dopiero miesiąc. - Alia poprawiła krysnóż, który nosiła w pochwie
zawieszonej na szyi. - A Landsraad nigdy nie działał szybko.
- Nie wiem, dlaczego Muad'Dib w ogóle utrzymał to zgromadzenie. Nie są
nam potrzebne jego obrady ani memoranda.
- To pozostałość po starym rządzie, Stilgarze. Należy przestrzegać form.
- Ona sama nie zdecydowała jeszcze, jaką rolę, jeśli w ogóle
jakąkolwiek, pozwoli podczas regencji odgrywać szlachcie z Landsraadu.
Paul nie starał się jej wyeliminować, ale też poświęcał jej niewiele
uwagi. - Podstawowym pytaniem - biorąc pod uwagę czas podróży i fakt, że
nie wysłaliśmy na Salusę Secundusa żadnego zawiadomienia - jest to, jak
dowiedzieli się o tym tak szybko i przysłali emisariusza? Jakiś szpieg
musiał stąd wylecieć już w pierwszych dniach. Jak Szaddam zdążył
sporządzić plan... jeśli to jest plan?
Zmarszczywszy w zamyśleniu brwi, Duncan Idaho siedział na swym krześle
sztywno, jakby zapomniał, jak można się odprężyć. Jego ciemne, kręcone
włosy i szeroka twarz były dobrze znane Alii, która widziała go
podwójnie: jako dawnego Duncana ze wspomnień, które uzyskała od matki,
nakładającego się na obraz ukształtowany pod wpływem własnych przeżyć
związanych z gholą imieniem Hayt. Jego metalowe, sztuczne oczy - nuta,
która kłóciła się z pozostałymi, ludzkimi cechami - przypominały jej o nowej, podwójnej tożsamości Duncana.
Tleilaxanie zrobili z tego gholi mentata i teraz Idaho wykorzystał
możliwości swego mózgu do przedstawienia podsumowania.
- Wniosek jest oczywisty: ktoś na dworze wygnanego Corrina - być może
hrabia Hasimir Fenring - był już gotowy do działania przy założeniu,
że powiedzie się pierwotny zamach. Chociaż spisek został udaremniony,
Paul Atryda i tak odszedł. Corrinowie zareagowali szybko, by wypełnić
domniemaną próżnię powstałą po zrzeczeniu się przez niego władzy.
- Szaddam będzie się starał odzyskać tron. Powinniśmy byli go zabić,
kiedy po bitwie pod Arrakin wzięliśmy go do niewoli - rzekł Stilgar. -
Musimy być gotowi na jego następne posunięcie.
- Może dam posłowi głowę Irulany, żeby odwiózł ją jej ojcu. - Alia
prychnęła. - To przesłanie nie zostałoby niewłaściwie odebrane.
Wiedziała jednak, że mimo oczywistej, choć marginalnej roli, jaką
Irulana odegrała w przygotowaniu spisku, Paul nigdy nie zaaprobowałby
jej egzekucji.
- Taki czyn miałby poważne, dalekosiężne konsekwencje - przestrzegł ją
Duncan.
- Nie zgadzasz się ze mną?
Idaho uniósł brwi, ukazując wyraźniej swoje niesamowite oczy.
- Tego nie powiedziałem - odparł.
- Z zadowoleniem zmiażdżyłbym tę wspaniałą królewską szyję - rzekł
Stilgar. - Irulana nigdy nie była naszą przyjaciółką, chociaż teraz
twierdzi, że naprawdę kochała Muad'Diba. Może mówi tak tylko po to, by
ocalić wodę swego ciała.
Alia potrząsnęła głową.
- W tej sprawie mówi prawdę, to się czuje. Irulana kochała mojego brata.
Musimy sobie zadać inne pytanie: Czy zatrzymać ją jako instrument,
którego wartość nie została jeszcze sprawdzona, czy też stracić ją w symbolicznym geście, którego nie będziemy mogli cofnąć?
- Może powinniśmy poczekać i przekonać się, co ma do powiedzenia ten
poseł? - zasugerował Duncan.
Alia skinęła głową i jej imponujące amazonki poprowadziły wijącymi się
korytarzami twierdzy posągowego i zadufanego mężczyznę o nazwisku
Rivato. Już sama długość drogi, którą musieli pokonać, zmieszała go i wytrąciła z równowagi. Zamknąwszy go z Alią i jej dwoma towarzyszami w jasno oświetlonej sali o grubych murach, strażniczki stanęły za drzwiami
na warcie.
Odzyskawszy z trudem panowanie nad sobą, saluski wysłannik złożył
głęboki ukłon.
- Imperator Szaddam pragnie przekazać wyrazy smutku z powodu śmierci
Muad'Diba. Owszem, byli rywalami, ale Paul był też jego zięciem, mężem
jego najstarszej córki. - Rivato rozejrzał się wokół. - Miałem nadzieję,
że księżna Irulana będzie mogła do nas dołączyć.
- Jest zajęta czym innym. - Alia przez chwilę zastanawiała się, czy nie
wtrącić tego człowieka do tej samej celi śmierci. - Po co tutaj
przyleciałeś?
Po drugiej stronie wyłożonego niebieskim obsydianem stołu celowo nie
umieszczono pustego krzesła, co zmuszało Rivato do stania naprzeciwko
trojga dociekliwych rozmówców. Wyraźnie go to krępowało. Skłonił się
ponownie, by ukryć grymas niepokoju.
- Imperator wysłał mnie, gdy tylko dotarła do niego ta wiadomość,
ponieważ całe Imperium stoi w obliczu kryzysu.
- Szaddam nie jest Imperatorem - zauważył Duncan. - Przestań go tak
tytułować.
- Przepraszam. Służę na jego dworze na Salusie Secundusie, zdarza mi się
więc o tym zapomnieć. - Odzyskawszy rezon, Rivato ciągnął: - Pomimo tych
smutnych wydarzeń mamy ogromną szansę przywrócić ład. Od... upadku
Szaddama IV Imperium było widownią strasznego zamętu i rozlewu krwi.
Dżihad prowadził człowiek obdarzony wielką charyzmą - nikt tego nie
neguje - ale teraz, kiedy nie ma już Muad'Diba, możemy przywrócić
Imperium tak bardzo mu potrzebną stabilność.
- Pod moimi rządami sytuacja w Imperium stabilizuje się - przerwała mu
Alia. - Dżihad Paula zakończył się prawie dwa lata temu, a nasze armie
są nadal silne. Jest coraz mniej zbuntowanych światów.
Poseł starał się przywołać krzepiący uśmiech.
- Ale wciąż są miejsca, które wymagają, by tak rzec, znacznie większej
dyplomacji dla zaprowadzenia spokoju. Restauracja Corrinów, poprzez
zapewnienie ciągłości władzy, pomogłaby zapanować nad wzburzonymi
nastrojami.
Alia spojrzała na niego chłodno.
- Muad'Dib ma z Chani, swoją konkubiną, dwoje dzieci i to one są
następcami tronu Imperium - powiedziała. - Sukcesja jest oczywista, nie
potrzebujemy więc już Corrinów.
Rivato uniósł ręce w pojednawczym geście.
- Paul Muad'Dib zdawał sobie sprawę z potrzeby podtrzymania związków z byłym rodem imperialnym, skoro pojął za żonę Irulanę - rzekł. - Początki
długiego panowania Corrinów sięgają Dżihadu Butlerowskiego. Gdybyśmy
umocnili te więzi, skorzystałaby na tym cała ludzkość.
- Sugerujesz, że rządy Muad'Diba nie przysłużyły się ludzkości? -
żachnął się Stilgar.
- Ależ skąd. Ocena w tej sprawie należy do historyków, a ja nie jestem
historykiem.
Duncan położył ręce na stole.
- A zatem kim jesteś? - zapytał.
- Przedstawiam propozycje rozwiązania problemów. Po konsultacjach z Padyszachem... to znaczy z Szaddamem... chcieliśmy zaproponować kilka
sposobów przebrnięcia przez ten trudny okres przejściowy.
- Takich jak? - zachęciła go Alia.
- Połączenie linii rodowych zmniejszyłoby w znacznym stopniu wrzenie i pomogło wyleczyć rany. Pod tym względem jest wiele możliwości. Na
przykład ty, pani, mogłabyś poślubić Szaddama... oczywiście tylko
nominalnie. Powszechnie wiadomo, że tak właśnie postąpił Muad'Dib,
biorąc księżniczkę Irulanę za żonę. Tak więc jest tutaj wyraźny
precedens.
- Żadna z żon Szaddama nie pożyła długo - zjeżyła się Alia.
- To było dawno temu - rzekł Rivato. - A on od lat nie jest żonaty.
- Mimo to ta oferta jest dla regentki nie do przyjęcia.
Alia pomyślała, że w tonie Duncana brzmi lekka nuta zazdrości.
- Powiedz, jakie jeszcze małżeństwa proponujecie - odezwał się Stilgar -
żebyśmy mogli zadrwić również z nich.
Niezrażony, Rivato zaczął wyłuszczać plany awaryjne.
- Szaddam ma jeszcze trzy córki - Wensicję, Chaliceę i Josifę - a Muad'Dib syna. Może zaręczylibyśmy atrydzkiego chłopca z którąś z nich?
Biorąc pod uwagę spowalniające starzenie się skutki przyjmowania
melanżu, różnica wieku nie jest tak istotna. - Widząc chmurne miny
słuchaczy, Rivato szybko podjął wywód. - I podobnie, wnuka Imperatora,
Farad'na, syna Wensicji, można by wyswatać córce Muad'Diba. Są w zbliżonym wieku.
Alia podniosła się. Była szesnastoletnią dziewczyną, a jej towarzysze
dojrzałymi, ponurymi mężczyznami, ale było wyraźnie widać, że to ona
dzierży władzę.
- Rivato, potrzebujemy czasu, by się zastanowić nad tym, co
powiedziałeś. - Gdyby pozwoliła mu kontynuować, mogłaby w końcu kazać go
stracić, czego prawdopodobnie potem by żałowała. - Muszę się zająć
wieloma pilnymi sprawami, w tym pogrzebem państwowym mego brata.
- I fremeńskim pogrzebem Chani - dodał cicho Stilgar.
Alia obdarzyła Rivato chłodnym uśmiechem.
- Wracaj na Salusę i czekajcie na naszą odpowiedź - powiedziała. -
Możesz odejść.
Zaniepokojony poseł wycofał się z szybkim ukłonem i amazonki
wyprowadziły go z pomieszczenia. Ledwie zamknęły się za nim drzwi,
Duncan powiedział:
- Jego propozycje nie są całkowicie pozbawione sensu.
- Ach tak? Chciałbyś, żebym wyszła za tego starucha Szaddama? - Ghola
zachował obojętny wyraz twarzy i Alia pomyślała, że być może nic jednak
do niej nie czuje. A może tylko tak dobrze to ukrywa? - Nie chcę więcej
słyszeć tych dynastycznych nonsensów. - Energicznym gestem ucięła
dyskusję. - Duncanie, jest jeszcze coś, co mógłbyś dla mnie zrobić.
Następnego dnia Alia zajrzała przez ukrytą kamerę do celi śmierci.
Księżna Irulana siedziała na twardej ławie, nie patrząc na nic
konkretnego i nie wykazując żadnych oznak zniecierpliwienia. Jej
zachowanie świadczyło o tym, że odczuwa raczej smutek niż strach.
"Ona nie obawia się o życie" - pomyślała. Trudno było uwierzyć, że
Irulana naprawdę opłakuje Paula, ale Alia wiedziała, że tak jest w istocie.
Znużona tą grą, odeszła od monitora i poleciła jednemu z odzianych w żółte szaty kwizarów, by otworzył drzwi celi. Kiedy weszła do środka,
Irulana wstała.
- Przyszłaś powiadomić mnie o egzekucji? - zapytała. - W końcu mnie
zabijesz?
- Jeszcze nie zdecydowałam o twoim losie.
- Kapłani już zdecydowali, a tłuszcza wyje i domaga się mojej krwi.
- Ale to ja jestem regentką i to ja podejmę decyzję. - Alia
uśmiechnęła się tajemniczo. - I nie jestem jeszcze gotowa, by ci ją
obwieścić.
Irulana usiadła z głębokim westchnieniem.
- A zatem czego ode mnie chcesz? - spytała. - Po co tu przyszłaś?
- Przybył do mnie poseł z Salusy Secundusa - rzekła ze słodkim uśmiechem
Alia. - Za jego pośrednictwem twój ojciec zaproponował ohydne wżenienie
się w ród Corrinów, co miałoby rozwiązać większość problemów Imperium.
- Sama się nad tym zastanawiałam, ale pomimo szacunku, jakim mnie
darzyłaś, kiedy byłaś młodsza, nie słuchasz już moich rad - powiedziała
Irulana. - Jaką dałaś mu odpowiedź?
- Wysłannik wsiadł wczoraj na mały prom, który miał go zabrać na
liniowiec na orbicie. Niestety z niewyjaśnionych przyczyn doszło do
awarii napędu i prom spadł z dużej wysokości. Obawiam się, że nikt nie
ocalał. - Alia potrząsnęła głową. - Niektórzy podejrzewają sabotaż.
Przeprowadzimy śledztwo... jak tylko znajdziemy czas.
Irulana patrzyła na nią z przerażeniem.
- Czy to Duncan Idaho uszkodził silniki? - zapytała. - A może Stilgar?
Alia starała się zachować nieprzejednaną minę, ale zmiękła,
przypomniawszy sobie czasy, kiedy księżna była jej dość bliska. To nie
była czarna ani biała sytuacja. Irulanę otaczała szarość.
- Po odejściu mojego brata ze wszystkich stron ciągną ku mnie spiskowcy
i uzurpatorzy. Muszę wykazać się siłą i hartem ducha, bo inaczej
przepadnie wszystko, o co walczył Muad'Dib.
- A co stracisz po drodze?
- Być może ciebie, księżno. Wystarczyłoby, bym skinęła palcem.
- Ach tak? A kto wtedy wychowałby dzieci Paula? Kto okazałby im miłość?
- Całkiem dobrze nadaje się do tego Hara.
Alia wyszła z celi śmierci, a kwizarzy zamknęli za nią drzwi,
zostawiając księżną bez odpowiedzi na jej pytania.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki