Wichrowe Wzgórza. Wuthering Heights - Emily Bronte

-
Proszę czekać

Roz­dział pierw­szy

1801

Wró­ci­łem wła­śnie z wizyty u mego gospo­da­rza, sąsiada-samot­nika, z któ­rym będę musiał utrzy­my­wać sto­sunki. Oko­lica naprawdę piękna! W całej Anglii nie zna­la­zł­bym chyba dru­giego tak odlud­nego miej­sca. Praw­dziwy raj dla mizan­tro­pów - w sam raz dla takich jak ja i pan Heathc­liff. Cóż za typ! Z pew­no­ścią nie odgadł, jaką poczu­łem do niego sym­pa­tię od chwili, gdy na mój widok czarne jego oczy zami­go­tały podejrz­li­wie, a palce sta­now­czym gestem wsu­nęły się głę­biej za kami­zelkę.

- Pan Heathc­liff? - zapy­ta­łem. Ski­nął głową.

- Jestem Loc­kwood, pań­ski dzier­żawca. Poczy­ty­wa­łem sobie za obo­wią­zek zło­żyć panu moje usza­no­wa­nie zaraz po przy­jeź­dzie. Mam nadzieję, że nale­ga­jąc tak usil­nie na wyna­ję­cie mi Droz­do­wego Gniazda, nie spra­wi­łem panu kło­potu. Dowie­dzia­łem się wczo­raj, że miał pan zamiar...

- Droz­dowe Gniazdo jest moją wła­sno­ścią - prze­rwał mi szorstko. - Gdy­bym mógł tego unik­nąć, nie pozwo­lił­bym, by mi kto­kol­wiek spra­wiał kło­pot. Wejdź pan!

To "Wejdź pan", wymó­wione przez zaci­śnięte zęby, brzmiało jak: "Idź do dia­bła!" Nie zdra­dzał chęci otwo­rze­nia bramy. To zachę­ciło mnie do przy­ję­cia zapro­sze­nia. Zacie­ka­wił mnie czło­wiek, który wydał mi się jasz­cze więk­szym odlud­kiem niż ja sam. Dopiero gdy koń mój wparł się pier­sią w bramę, Heathc­liff zdjął łań­cuch i z nie­za­do­wo­loną miną popro­wa­dził mnie w stronę domu.

- Józe­fie! - zawo­łał w głąb podwó­rza. - Zabierz­cie konia i przy­nie­ście wina!

"A więc to cała tutej­sza służba - pomy­śla­łem, sły­sząc to podwójne pole­ce­nie. - Nic dziw­nego, że ścieżki zaro­sły trawą, a bydło objada zapusz­czony żywo­płot".

Józef był to czło­wiek stary, może nawet bar­dzo stary, choć czer­stwy i krzepki. "Boże, ratuj nas" - mruk­nął z wyraźną nie­chę­cią, zabie­ra­jąc konia, i spoj­rzał na mnie tak kwa­śno, że zdjęty lito­ścią pomy­śla­łem, iż pomoc boska potrzebna mu jest raczej do stra­wie­nia obiadu, a pobożne wes­tchnie­nie nie ma żad­nego związku z mym nie­ocze­ki­wa­nym przy­by­ciem.

Sie­dziba Heathc­liffa zwie się Wichrowe Wzgó­rza. Bo też musi być tu dobry wygwiz­dów. O sile pół­noc­nych wia­trów świad­czy pochy­le­nie kar­ło­wa­tych jodeł koło domu, jak rów­nież rzad­kie kępy tar­niny o gałę­ziach zwró­co­nych w jedną stronę, jakby żebrzące o słońce. Prze­wi­du­jący archi­tekt wybu­do­wał na szczę­ście dwór mocny, o wąskich, głę­boko osa­dzo­nych oknach, gru­bych murach i wysta­ją­cych kamien­nych naroż­ni­kach.

Zanim prze­stą­pi­łem próg, zatrzy­ma­łem się, podzi­wia­jąc gro­te­skowe pła­sko­rzeźby na fron­to­nie, gdzie spo­śród plą­ta­niny poob­tłu­ki­wa­nych gry­fów i bez­wstyd­nych amor­ków wyła­niał się napis: "1500 - Hare­ton Earn­shaw". Chęt­nie był­bym usły­szał krót­kie dzieje tego sta­rego domu z ust jego ponu­rego wła­ści­ciela - gdyby nie chłodna postawa gospo­da­rza na progu drzwi wej­ścio­wych, zda­jąca się mówić naj­wy­raź­niej: "Albo właź, albo się wynoś!" Nie mia­łem zamiaru powięk­szać znie­cier­pli­wie­nia mego prze­wod­nika przez zagłę­bie­nie się w taj­niki jego sie­dziby.

Weszli­śmy do pokoju bawial­nego, któ­rego nie poprze­dzała ani sień, ani kory­tarz. Zazwy­czaj w tej oko­licy bawial­nia mie­ści w sobie rów­nież kuch­nię, ale w Wichro­wych Wzgó­rzach kuch­nia znaj­do­wała się widocz­nie w głębi domu, co pozna­łem po brzęku naczyń i zmie­sza­nej wrza­wie gło­sów. Nie zauwa­ży­łem też żad­nych śla­dów pie­cze­nia czy goto­wa­nia na olbrzy­mim piecu w głębi pokoju ani poły­sku mie­dzia­nych patelni i mosięż­nych ron­dli na ścia­nach. Wielki dębowy kre­dens w dru­gim końcu odbi­jał jed­nak wspa­niale zarówno cie­pło, jak świa­tło rzę­dami ogrom­nych cyno­wych pół­mi­sków, srebr­nych dzba­nów i kub­ków usta­wio­nych wysoko aż pod sam sufit, uka­zu­jąc oczom całą swą wewnętrzną budowę z wyjąt­kiem miej­sca, gdzie zasła­niała go drew­niana półka pełna plac­ków owsia­nych, szy­nek i udźców bara­nich i woło­wych. Nad komin­kiem wisiała brzydka stara broń myśliw­ska i para pisto­le­tów, a na kominku stały rzę­dem dla ozdoby trzy jaskrawo poma­lo­wane puszki. Posadzka była gładka, biała, kamienna; krze­sła wyso­kie, pro­stej roboty, poma­lo­wane na zie­lono. W głębi maja­czyło w mroku jesz­cze kilka innych, cięż­kich czar­nych krze­seł. W niszy pod kre­densem spo­czy­wała olbrzy­mia brą­zowa wyżlica oto­czona gro­madą pisz­czą­cych szcze­niąt. Inne psy wałę­sały się po kątach.

Kom­nata i sprzęty te nie budzi­łyby zdzi­wie­nia, gdyby nale­żały do jakie­goś far­mera z pół­nocy, jakich wielu można tu spo­tkać w pro­mie­niu kilku mil, rosłego chłopa o zacię­tej twa­rzy, w spodniach zapię­tych pod kola­nami, w kama­szach, roz­par­tego w fotelu za sto­łem przy kuflu pie­nią­cego się piwa. Ale pan Heathc­liff był cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem swego domu i stylu życia. Z wyglądu przy­po­mi­nał Cygana, z miny, ubioru i obej­ścia - dżen­tel­mena: to zna­czy dżen­tel­mena w tym stop­niu, w jakim jest nim każdy wiej­ski dzie­dzic. Był może tro­chę zanie­dbany, ale to nie szpe­ciło jego pro­stej, rosłej postaci i posęp­nej twa­rzy. Może ktoś zarzu­ciłby mu pewną, niczym nie­uza­sad­nioną dumę - ja jed­nak czu­łem instynk­tow­nie, że jest to tylko nie­chęć do oka­zy­wa­nia prze­ży­wa­nych uczuć. Taki czło­wiek kocha i nie­na­wi­dzi w tajem­nicy, a wza­jem­ność w miło­ści czy nie­na­wi­ści uwa­żałby za imper­ty­nen­cję. Czuję, że ponosi mnie wyobraź­nia; przy­pi­suję mu nazbyt szczo­drze wła­sne uczu­cia. Pan Heathc­liff może mieć zupeł­nie inne powody do uni­ka­nia ludzi. Miejmy nadzieję, że moje uspo­so­bie­nie jest wyjąt­kowe. Moja droga matka mawiała, że ni­gdy nie będę miał miłego domu. No i ostat­niego lata oka­za­łem się istot­nie zupeł­nie nie­godny domo­wego szczę­ścia.

Pozna­łem mia­no­wi­cie pod­czas pięk­nego mie­siąca nad morzem cza­rowne stwo­rze­nie, istną boginkę w moich oczach. Wszystko było dobrze, dopóki nie zwra­cała na mnie uwagi. Ni­gdy nie wyzna­łem swej miło­ści sło­wami, ale jeżeli oczy mają wymowę, to każda gąska musia­łaby odgad­nąć, że byłem zako­chany po uszy. Zro­zu­miała wresz­cie i odpo­wie­działa mi naj­słod­szym spoj­rze­niem wza­jem­no­ści. A ja - wstyd wyznać - zamkną­łem się w sobie natych­miast jak śli­mak i z każ­dym spoj­rze­niem sta­wa­łem się coraz bar­dziej chłodny i daleki. Bie­dac­two, zawsty­dzone i prze­ra­żone wła­sną domnie­maną pomyłką, skło­niło matkę do natych­miastowego wyjazdu. To szcze­gólne uspo­so­bie­nie wyro­biło mi opi­nię czło­wieka bez serca - jak dalece nie­za­słu­żoną, ja sam tylko mogę to oce­nić.

Usie­dli­śmy po obu stro­nach kominka. Usi­ło­wa­łem wypeł­nić mil­cze­nie próbą pogła­ska­nia suki, która porzu­ciw­szy szcze­nięta, skra­dała się jak wilk w kie­runku moich łydek, szcze­rząc białe lśniące kły. Odpo­wie­działa na moją piesz­czotę prze­cią­głym, gar­dło­wym wark­nię­ciem.

- Zostaw pan psa w spo­koju - wark­nął gospo­darz do wtóru, uspo­ka­ja­jąc psa moc­nym kop­nię­ciem. - Nie jest przy­zwy­cza­jona do kare­sów. To nie jest poko­jowa psina, żeby się z nią pie­ścić. - I postą­piw­szy ku bocz­nym drzwiom, krzyk­nął ponow­nie:

- Józef!

Józef zamam­ro­tał coś nie­zro­zu­miale w głębi piw­nicy, ale ponie­waż się nie zja­wiał, pan Heathc­liff sam dał nurka pod pod­łogę, zosta­wia­jąc mnie pod czujną strażą pie­kiel­nej suki i dwóch sro­gich, kosma­tych owczar­ków, bacz­nie śle­dzą­cych każde moje poru­sze­nie. Nie pra­gnąc by­naj­mniej zapo­znać się z ich kłami, sie­dzia­łem bez ruchu; pozwo­li­łem sobie tylko na drwiące miny, w tym prze­ko­na­niu oczy­wi­ście, że psy tych cichych obelg nie zro­zu­mieją. Omy­li­łem się. Roz­złosz­czona suka wsko­czyła mi nagle z furią na kolana. Zrzu­ci­łem ją i zasta­wi­łem się sto­łem. Jak na dane hasło wypa­dło ze wszyst­kich kątów z pół tuzina czwo­ro­no­gich bie­sów róż­nej wiel­ko­ści i wieku. Ostre kły chwy­tały mnie za obcasy i poły. Odpie­ra­jąc pogrze­ba­czem ataki więk­szych napast­ni­ków, gło­śno wzy­wa­łem pomocy. Gospo­darz i paro­bek z iry­tu­ją­cym spo­ko­jem wcho­dzili po scho­dach. Nie poru­szali się ani odro­binę prę­dzej niż zwy­kle, choć wokół kominka prze­wa­lało się kłę­bo­wi­sko war­czą­cych i szcze­ka­ją­cych psów. Na szczę­ście pośpie­szyła z odsie­czą miesz­kanka kuchni. Zażywna nie­wia­sta w pod­ka­sa­nej spód­nicy, z zawi­nię­tymi ręka­wami, czer­wona od ognia, wpa­dła mię­dzy nas z patel­nią w ręku. Narzę­dzie to oraz wartki potok słów oka­zały się sku­teczną bro­nią. Burza uci­chła jak za dotknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki. Pogrom­czyni stała koło kominka, z pier­sią falu­jącą jak morze po sztor­mie. Na tę chwilę wszedł pan domu.

- Co się tu dzieje, u dia­bła? - zapy­tał, patrząc na mnie złym wzro­kiem, trud­nym do znie­sie­nia po tak nie­go­ścin­nym przy­ję­ciu.

- Pew­nie, że u dia­bła! - burk­ną­łem ziry­to­wany. - Tabun opę­ta­nych świń nie byłby z pew­no­ścią gor­szy od pań­skich psów. Rów­nie dobrze mógłby pan zosta­wić swego gościa w klatce dzi­kich tygry­sów.

Heathc­liff prze­su­nął stół na dawne miej­sce i posta­wił przede mną butelkę.

- Nie ruszą czło­wieka, który sie­dzi spo­koj­nie i niczego nie dotyka - zauwa­żył. - Psy powinny być czujne. Napije się pan wina?

- Nie, dzię­kuję.

- Chyba pana nie poką­sały?

- Nie uszłoby im to na sucho.

Twarz Heathc­liffa wykrzy­wiła się w uśmie­chu.

- Widzę, że jest pan zde­ner­wo­wany, panie Loc­kwood. Może tro­chę wina? Goście są taką rzad­ko­ścią w tym domu, że (przy­znam się otwar­cie) ani ja, ani moje psy nie wiemy, jak ich podej­mo­wać. Pań­skie zdro­wie!

Skło­ni­łem się i wypi­łem za jego zdro­wie. Nie było sensu dąsać się o głu­pie kun­dle. Nie chcia­łem się też nara­żać na drwiny. Zresztą gospo­darz, zapewne powo­do­wany ostroż­no­ścią, by nie zra­zić sobie dobrego dzier­żawcy, stał się bar­dziej roz­mowny. Przez grzecz­ność skie­ro­wał roz­mowę na temat, który jak sądził, powi­nien mnie zain­te­re­so­wać, to jest na zalety i braki mojej obec­nej sie­dziby. O spra­wach tych mówił w spo­sób inte­li­gentny. Tak mnie to zachę­ciło, że nim wró­ci­łem do domu, posta­no­wi­łem zło­żyć wizytę następ­nego dnia. On sobie tego wyraź­nie nie życzy. Mimo to pójdę. W porów­na­niu z nim czuję się zdu­mie­wa­jąco towa­rzy­ski.

Roz­dział drugi

Wczo­raj­sze popo­łu­dnie było zimne i mgli­ste. Zamie­rza­łem wła­ści­wie posie­dzieć przy cie­płym kominku, zamiast brnąć przez błota i wrzo­so­wi­ska do Wichro­wych Wzgórz. Toteż po obie­dzie (nawia­sem mówiąc, jadam obiad mię­dzy dwu­na­stą a pierw­szą w połu­dnie; gospo­dyni, star­sza jej­mość prze­jęta wraz z inwen­ta­rzem domu, nie mogła czy też nie chciała zro­zu­mieć mojej prośby, że wolał­bym obia­do­wać o pią­tej) uda­łem się na górę do swego pokoju z zamia­rem pozo­sta­nia w domu. Tam jed­nak poprzez chmurę pyłu doj­rza­łem słu­żącą, która klę­cząc przed komin­kiem wśród szczo­tek i wia­de­rek z węglem, zasy­py­wała ogień popio­łem. Widząc to, ucie­kłem natych­miast z domu. Po czte­ro­mi­lo­wym mar­szu zna­la­złem się przed bramą Wichro­wych Wzgórz wła­śnie w chwili, gdy zaczy­nał sypać puszy­sty śnieg.

Na tym nie­osło­nię­tym wzgó­rzu zie­mia była zamar­z­nięta, ale czarna. Ostre zimno przej­mo­wało do szpiku kości. Nie mogłem odcze­pić łań­cu­cha, prze­sko­czy­łem więc przez ogro­dze­nie i pośpie­szy­łem ku domowi drogą wykła­daną kamien­nymi pły­tami, po któ­rej bokach rosły nie­równo krzaki agre­stu. Ale choć puka­łem i puka­łem, aż mnie ręce bolały, drzwi pozo­stały zamknięte. Tylko psy uja­dały.

"Hul­taje! - wykrzy­ki­wa­łem w myśli. - Nie­go­ścinne gbury! Zasłu­gu­je­cie na wieczną samot­ność i odcię­cie od rodzaju ludz­kiego. Ja przy­naj­mniej w dzień nie zamy­kał­bym swych drzwi na rygiel. Ale co mi tam - wejdę i tak!" Szarp­ną­łem z całych sił za klamkę. Z okrą­głego okienka sto­doły wyj­rzała kwa­śna gęba Józefa.

- Czego tam?! - wrza­snął. - Pan poszedł do owczarni.

Trzeba obejść naokoło, jeżeli chce­cie z nim gadać.

- Czy nikogo w domu nie ma, że nie otwie­rają?

- Jest pani, ale ona nie otwo­rzy, choć­by­ście się tłu­kli do ciem­nej nocy.

- Może byście jej powie­dzieli, Józe­fie, kto przy­szedł?

- Jesz­cze czego? Nie moja rzecz - mruk­nął stary, cho­wa­jąc głowę.

Śnieg sypał gęsto. Znów pochwy­ci­łem za klamkę, gdy w głębi podwó­rza uka­zał się młody czło­wiek, bez kurtki, z widłami na ramie­niu, i kazał mi iść za sobą. Minąw­szy pral­nię i bru­ko­wany dzie­dzi­niec z szopą na węgiel, stud­nią i gołęb­ni­kiem, zna­leź­li­śmy się w zna­nej mi już dużej, cie­płej i weso­łej izbie. Wielki ogień, pod­sy­cany węglem, drew­nem i tor­fem, wypeł­niał ją roz­kosz­nym bla­skiem i cie­płem. Przy stole, nakry­tym do obfi­tej kola­cji, sie­działa "pani", osoba, któ­rej ist­nie­nia dotych­czas nie podej­rze­wa­łem. Skło­ni­łem się ucie­szony, pewny, że poprosi, bym usiadł. Sie­działa na krze­śle wypro­sto­wana, sztywna, przy­glą­da­jąc mi się w mil­cze­niu.

- Okropna pogoda, pro­szę pani - ode­zwa­łem się. - Oba­wiam się, że drzwi ucier­piały od moich pię­ści. Ale to wina służby: namę­czy­łem się, zanim usły­szano.

Mil­czała. Przy­glą­da­łem się jej, ona rów­nież patrzyła na mnie, a raczej mie­rzyła chłod­nym, bez­ce­re­mo­nial­nym spoj­rze­niem, co wpra­wiało mnie w nad wyraz przy­kre zakło­po­ta­nie.

- Sia­daj pan! - burk­nął młody czło­wiek. - On zaraz przyj­dzie.

Usia­dłem. Odchrząk­nąw­szy, zawo­ła­łem na groźną Juno, która na znak, że mnie poznaje, raczyła poru­szyć koń­cem ogona.

- Piękne zwie­rzę - spró­bo­wa­łem znów nawią­zać roz­mowę. - Czy pani zamie­rza roz­dać szcze­nięta?

- Nie moje! - wark­nęła miła gospo­dyni. Nawet Heathc­liff nie zdo­byłby się na tak odpy­cha­jący ton.

- Aha! Tam pew­nie są ulu­bieńcy pani? - wska­za­łem na ciemne lego­wi­sko, pełne, jak mi się zda­wało, kocia­ków.

- Dziw­nych mi pan wybrał ulu­bień­ców! - fuk­nęła pogar­dli­wie.

Wpa­dłem. Był to bowiem stos nie­ży­wych kró­li­ków. Znów chrząk­ną­łem, przy­su­ną­łem się bli­żej ognia i powtó­rzy­łem uwagę o fatal­nej pogo­dzie.

- Nie trzeba było wycho­dzić z domu - odparła i wstała, by zdjąć znad kominka dwie malo­wane puszki.

Dotych­czas sie­działa w cie­niu. Teraz dopiero ujrza­łem w peł­nym świe­tle jej postać i twarz. Była wysmu­kła, bar­dzo jesz­cze młoda i dziew­częca. Ni­gdy dotąd nie widzia­łem tak zgrab­nej syl­wetki i tak uro­czej twa­rzy. Miała drobne rysy, bar­dzo jasne, lniane, a raczej złote loki, spa­da­jące swo­bod­nie na deli­katną szyję, i oczy, któ­rym, gdyby nie ich wyraz, trudno byłoby się oprzeć. Na szczę­ście dla mego czu­łego serca biła z nich jedy­nie pogarda i roz­pacz, dziw­nie nie­na­tu­ralna w tak mło­dym wieku. Chcia­łem jej pomóc zdjąć puszki, gdyż stały za wysoko, ale żach­nęła się jak ską­piec, któ­remu ofia­ro­wano nie­wcze­sną pomoc w licze­niu złota.

- Obejdę się bez pomocy - burk­nęła. - Sama dosię­gnę!

- Prze­pra­szam - uspra­wie­dli­wi­łem się z pośpie­chem. Zawią­zała far­tuch na schlud­nej czar­nej sukni i sto­jąc z łyżką her­baty nad imbry­kiem, zapy­tała:

- Zapro­szono pana na her­batę?

- Z przy­jem­no­ścią się napiję - odpar­łem.

- Zapro­szono pana? - powtó­rzyła.

- Nie - odpar­łem nie­mal z uśmie­chem. - Zapro­sze­nie należy do pani.

Cisnęła łyżkę i puszkę z her­batą i wró­ciła na swoje krze­sło ze zmarsz­czo­nym gniew­nie czo­łem i dolną wargą wysu­niętą jak u dziecka, które się za chwilę roz­pła­cze.

Tym­cza­sem młody czło­wiek narzu­cił na sie­bie obszar­paną kurtkę i sto­jąc przed ogniem, spo­glą­dał na mnie spod oka takim wzro­kiem, jak­by­śmy byli śmier­tel­nymi wro­gami. Zaczą­łem się zasta­na­wiać, kim on wła­ści­wie jest: słu­żą­cym czy nie.

Ubiór i mowa zna­mio­no­wały pro­staka nie­mo­gą­cego się rów­nać z pań­stwem Heathc­liff, gęsta, kędzie­rzawa, ciemna czu­pryna nie znała grze­bie­nia i mydła; kudłaty zarost zacho­dził na policzki; ręce były ciemne jak u zwy­kłego chłopa, ale w spo­so­bie bycia wyczu­wało się swo­bodę nie­mal wynio­słą. Nie oka­zy­wał także żad­nej usłuż­no­ści wobec pani domu. Nie wie­dząc, z kim mam do czy­nie­nia, wola­łem uda­wać, że nie widzę jego dziw­nej zaczep­no­ści. Ode­tchną­łem z ulgą, gdy w kilka minut póź­niej wszedł Heathc­liff.

- Widzi pan, że dotrzy­ma­łem przy­rze­cze­nia i przy­sze­dłem! - zawo­ła­łem z udaną weso­ło­ścią. - Mam nadzieję, że udzie­li­cie mi pań­stwo schro­nie­nia pod swoim dachem na pół godziny, dopóki nie minie zawieja.

- Pół godziny? - odparł, strze­pu­jąc z ubra­nia białe płatki. - Że też panu zachciało się wyjść na taką śnie­życę! Prze­cież może pan zabłą­dzić na bagnach. Tutejsi czę­sto mylą drogę o zmierz­chu przy takiej pogo­dzie. A na zmianę się nie zanosi.

- Mógłby mnie odpro­wa­dzić któ­ryś z pań­skich ludzi. Prze­no­co­wałby u mnie w Droz­do­wym Gnieź­dzie. Czy to moż­liwe?

- Nie.

- No, cóż! Wobec tego muszę zdać się na wła­sny spryt.

- Hm!

- Będzie her­bata czy nie? - zapy­tał mło­dzie­niec w obszar­pa­nym ubra­niu, prze­no­sząc wście­kłe spoj­rze­nie ze mnie na młodą panią.

- Czy jemu też dać? - zwró­ciła się do Heathc­liffa.

- Pośpiesz się, sły­szysz? - wark­nął gospo­darz z taką zło­ścią, że aż pod­sko­czy­łem na krze­śle. Ton, jakim wypo­wie­dziane były te słowa, zdra­dzał naturę z gruntu złą. Stra­ci­łem do niego całą sym­pa­tię. Gdy her­bata była gotowa, kazał mi przy­su­nąć się z krze­słem. Zasie­dli­śmy wszy­scy dokoła stołu, nie wyłą­cza­jąc mło­dego pro­staka. W ponu­rym mil­cze­niu spo­ży­wa­li­śmy posi­łek. "Jeżeli to ja wywo­ła­łem ten nastrój - myśla­łem - powi­nie­nem sta­rać się go roz­pro­szyć. Prze­cież to nie­moż­liwe, aby ci ludzie zawsze byli tacy nachmu­rzeni i mil­czący, choćby nawet mieli naj­gor­sze uspo­so­bie­nia".

- Dziwne - zaczą­łem w prze­rwie mię­dzy dwiema fili­żan­kami her­baty - jak przy­zwy­cza­je­nie ura­bia nasze upodo­ba­nia i poglądy. Nie­je­den powie­działby, że życie na takim odlu­dziu, jak tutaj, nie może być szczę­śliwe. Mimo to wydaje mi się, że w oto­cze­niu rodziny, z tak miłą panią w roli opie­kuń­czego ducha pań­skiego ogni­ska domo­wego i serca...

- Z moją miłą panią? - prze­rwał mi z wyra­zem nie­mal dia­bel­skiego szy­der­stwa na twa­rzy. - Gdzież ona, ta moja miła pani?

- Mam na myśli pań­ską żonę, panią Heathc­liff.

- Ach tak, więc chcesz pan powie­dzieć, że duch jej po śmierci pełni tutaj na­dal rolę anioła stróża?

Zro­zu­mia­łem moją pomyłkę. Trzeba się było wytłu­ma­czyć... Powi­nie­nem był prze­cież zauwa­żyć zbyt wielką jak na mał­żeń­stwo róż­nicę wieku mię­dzy tą parą. On miał około czter­dziestki - wiek, w któ­rym męż­czy­zna ma dość rozumu, by się nie łudzić, że młoda dziew­czyna poślubi go z miło­ści. Takie złu­dze­nia bywają raczej osłodą póź­niej­szego wieku. Ona nie wygląda nawet na sie­dem­na­ście lat.

Roz­ja­śniło mi się w gło­wie. To pew­nie ten cym­bał obok mnie, który pije her­batę ze spodka i je chleb brud­nymi łapami, jest jej mężem. Natu­ral­nie Heathc­liff junior. Oto do czego pro­wa­dzi takie zagrze­ba­nie się żyw­cem: wyszła za tego pro­staka, zmar­no­wała się, bo nie wie­działa, że ist­nieją inni. Szkoda! Wielka szkoda! Muszę uwa­żać, żeby nie poża­ło­wała swego wyboru! Ta ostat­nia uwaga mogłaby świad­czyć o zaro­zu­mia­ło­ści. Ale to nie­prawda. Mło­dzie­niec wydał mi się wręcz odpy­cha­jący, a wie­dzia­łem z doświad­cze­nia, że mogę podo­bać się kobie­tom.

- Ta pani jest moją synową - wyja­śnił gospo­darz, potwier­dza­jąc moje przy­pusz­cze­nia. I przy tych sło­wach rzu­cił jej spoj­rze­nie pełne dziw­nej nie­na­wi­ści, chyba że wyraz jego twa­rzy był w zupeł­nej sprzecz­no­ści z jego uczu­ciami.

Wobec tego zwró­ci­łem się do mło­dego sąsiada:

- Ach, natu­ral­nie, teraz rozu­miem. To pan jesteś szczę­śli­wym mał­żon­kiem tej dobrej wróżki.

Wpa­dłem jesz­cze gorzej niż poprzed­nio. Mło­dzie­niec poczer­wie­niał i zaci­snął pię­ści, jakby chciał się na mnie rzu­cić.

Ale opa­mię­tał się w porę i za całą odpo­wiedź dostało mi się ordy­narne, stłu­mione prze­kleń­stwo. Uda­łem, że nie sły­szę.

- Pań­skie domy­sły tra­fiają w próż­nię - ode­zwał się gospo­darz. - Żaden z nas nie ma szczę­ścia być mał­żon­kiem pań­skiej dobrej wróżki. Jej wybra­niec nie żyje. Chcia­łem powie­dzieć, że była moją synową, a więc musiała owdo­wieć.

- A ten młody czło­wiek...

- To z pew­no­ścią nie mój syn!

Heathc­liff uśmiech­nął się, jakby uznał takie przy­pusz­cze­nie za zbyt śmiały żart. On ojcem tego niedź­wie­dzia!

- Nazy­wam się Hare­ton Earn­shaw - wark­nął mło­dzie­niec. - Radzę panu sza­no­wać moje nazwi­sko!

- Nie obra­zi­łem pana - odrze­kłem, wyśmie­wa­jąc w duszy godną minę, z jaką mi się przed­sta­wił.

Wpa­try­wał się we mnie tak wyzy­wa­jąco, że odwró­ci­łem głowę z obawy, żeby go nie trzep­nąć po uszach albo nie roze­śmiać się na cały głos. Zaczą­łem czuć się wyraź­nie nie­swojo w tym miłym kółku rodzin­nym. Ponury nastrój psuł zupeł­nie wra­że­nie cie­pła i zacisz­no­ści. Powie­dzia­łem sobie, że dobrze się namy­ślę, zanim po raz trzeci prze­stą­pię te progi.

Posi­łek dobie­gał końca w głu­chym mil­cze­niu. Nikt już nie wyrzekł słowa. Wyj­rza­łem oknem, by zoba­czyć, jak tam z pogodą. Widok, który uka­zał się moim oczom, nie zachę­cał do wyj­ścia: ściem­niło się przed­wcze­śnie, niebo i wzgó­rza nikły w groź­nym kłę­bo­wi­sku wichru i gęstej śnie­życy.

- Bez prze­wod­nika nie zajdę chyba do domu - wyrwało mi się mimo woli. - Drogi zasy­pane, a gdyby nawet nie były zasy­pane, to ciemno choć oko wykol.

- Hare­ton, zapędź te dwa­na­ście owiec pod dach, do sto­doły. W owczarni śnieg je przez noc zasy­pie. I zastaw je deską - roz­ka­zy­wał Heathc­liff.

- Ale co ja mam robić? - pyta­łem z rosną­cym roz­draż­nie­niem.

Nikt mi nie odpo­wie­dział. Obej­rzaw­szy się, zoba­czy­łem Józefa, który wszedł z wia­der­kiem owsianki dla psów. Młoda pani, nachy­lona nad ogniem, zaba­wiała się zapa­la­niem zapa­łek, które spa­dły z kominka, gdy odsta­wiała puszkę z her­batą. Stary, posta­wiw­szy swój cię­żar, rozej­rzał się kry­tycz­nie po pokoju i zagad­nął ochry­płym gło­sem:

- Że też będzie tu stać i próż­no­wać, kiedy tamci poszli do roboty! Szkoda gadać! I tak nic z lenia nie będzie! Dia­bli wezmą, jak matkę wzięli!

Wydało mi się przez chwilę, że stary nic­poń do mnie zwraca tę prze­mowę. Już, już mia­łem go kop­nąć i wyrzu­cić za drzwi, gdy odpo­wiedź mło­dej kobiety ostu­dziła moje zapędy.

- Nik­czemny stary obłud­niku! - zawo­łała. - Nie boisz się, że cie­bie porwą, skoro ich tak czę­sto wspo­mi­nasz? Nie zaczy­naj ze mną, bo sama popro­szę, żeby się z tobą zała­twili. Spójrz no, Józe­fie - przy tych sło­wach zdjęła z półki podłużną czarną księgę - ile się już nauczy­łam Czar­nej Magii. Nie­długo potra­fię już zro­bić porzą­dek w tym domu. Czer­wona krowa nie zde­chła przy­pad­kiem, a twój reu­ma­tyzm nie jest wcale dopu­stem bożym!

- Wiedźma, wiedźma! - sapał stary. - Niech Bóg nas uchroni od Złego.

- Ty sam jesteś wyrzu­tek i potę­pie­niec! Precz, bo będzie źle! Ule­pię was wszyst­kich z wosku i gliny, a kto pierw­szy prze­kro­czy nakre­ślone przeze mnie gra­nice, tego... Nie powiem, co mu się sta­nie, ale zoba­czy­cie! Precz! Patrzę na cie­bie.

Piękne oczy mło­dej cza­row­nicy zabły­sły zło­śliwą drwiną i Józef, naprawdę prze­ra­żony i drżący, wypadł z pokoju, modląc się gło­śno i wykrzy­ku­jąc: "Wiedźma!"

Sądzi­łem, że młoda kobieta stroi sobie z niego nie­sa­mo­wite żarty. Ponie­waż zosta­li­śmy sami, spró­bo­wa­łem ją pro­sić o pomoc w mej bie­dzie.

- Pani - rze­kłem poważ­nie - pro­szę mi daro­wać moją natar­czy­wość, ale mając taką twarz, musi pani mieć też dobre serce. Pro­szę obja­śnić mnie, jak mam tra­fić do domu. Jestem w takim samym kło­po­cie, w jakim pani by się zna­la­zła, gdyby ci kazano jechać do Lon­dynu.

Pani Heathc­liff zasia­dła już na krze­śle przy świecy, z dużą czarną księgą otwartą na kola­nach.

- Niech pan wraca tą samą drogą, którą pan przy­szedł - odpo­wie­działa. - Rada krótka, ale na lep­szą mnie nie stać.

- A jeśli pani się dowie, że mnie zna­le­ziono zamar­z­nię­tego w bagnie lub w dziu­rze jakiejś pod śnie­giem, czy sumie­nie nie szep­nie pani, żeś tro­chę współ­winna mojej śmierci?

- Cóż znowu? Nie mogę pana odpro­wa­dzić. Nie puści­liby mnie nawet do bramy ogro­do­wej.

- Pani! Był­bym nie­po­cie­szony, gdyby pani miała dla mnie prze­stą­pić bodaj próg domu w taką noc! Ja nie chcę, żeby mi pani poka­zy­wała drogę, tylko żeby mi ją pani opi­sała albo też skło­niła pana Heathc­liffa, by mi dał prze­wod­nika.

- Ale kogo? Jest tylko on, Earn­shaw, Zilla, Józef i ja. Kogo by pan wybrał?

- To tu nie ma parob­ków?

- Nie. To są wszy­scy.

- W takim razie będę zmu­szony zostać.

- Musi pan to zała­twić z gospo­da­rzem. To nie moja sprawa. W tej chwili od drzwi kuchen­nych zabrzmiał ostry głos

Heathc­liffa:

- Będziesz pan miał nauczkę, żeby się nie włó­czyć po wzgó­rzach w taki czas. Co się tyczy noc­legu, to ja tu nie mam poko­jów gościn­nych. Chyba że się pan prze­śpi w jed­nym łóżku z Hare­to­nem albo Józe­fem.

- Mogę się prze­spać na krze­śle w tym pokoju.

- O, nie! Obcy to zawsze obcy, biedny czy bogaty. Nie pozwolę gospo­da­ro­wać tutaj nikomu za moimi ple­cami - zapo­wie­dział bru­tal­nie.

Cier­pli­wość moja wyczer­pała się wresz­cie. Zaklą­łem pod nosem i wypa­dłem na podwó­rze, pro­sto na Hare­tona. Było tak ciemno, że nie widzia­łem, gdzie brama. Gdy krą­ży­łem po omacku, usły­sza­łem jesz­cze jedną próbkę ich wza­jem­nej uprzej­mo­ści wzglę­dem sie­bie. Począt­kowo młody czło­wiek pró­bo­wał się za mną wsta­wić:

- Odpro­wa­dzę go do furtki.

- Do dia­bła z odpro­wa­dza­niem! - wrza­snął jego pan czy nie pan. - A kto się zaj­mie końmi?

- Życie ludz­kie wię­cej warte niż zanie­dba­nie koni przez jeden wie­czór. Ktoś musi pójść - dał się sły­szeć cichy głos pani Heathc­liff, ser­decz­niej­szy, niż mogłem się po niej spo­dzie­wać.

- Na twój roz­kaz nie pójdę! - odpa­lił mło­dzie­niec. - Jeżeli ci na nim zależy, lepiej siedź cicho!

- Mam nadzieję, że jego duch będzie cię stra­szył, a Droz­dowe Gniazdo prę­dzej roz­pad­nie się w gruzy, niż Heathc­liff znaj­dzie nowego dzier­żawcę - odparła ostro młoda kobieta.

- Słu­chaj­cie, słu­chaj­cie, jak ich prze­klina! - zamru­czał Józef, ku któ­remu się skie­ro­wa­łem.

Sie­dział nie­da­leko, dojąc krowy przy świe­tle latarni. Zabra­łem mu ją bez cere­mo­nii i krzyk­nąw­szy, że naza­jutrz ode­ślę, pośpie­szy­łem ku naj­bliż­szej furtce.

Stary puścił się za mną w pogoń.

- Panie, panie, on ukradł latar­nię! Łap go! Roz­bój! Hej, pie­ski! Hej, Wilk! Łap go!

Dwa kudłate potwory dopa­dły mnie przy furtce, sko­czyły mi do gar­dła, powa­liły i zadep­tały świa­tło. Wspólny wybuch śmie­chu Heathc­liffa i Hare­tona dopeł­nił miary mojej wście­kło­ści i upo­ko­rze­nia. Na szczę­ście bestie nie oka­zy­wały chęci pożar­cia mnie żyw­cem; prze­cią­gały się tylko, zie­wały i krę­ciły ogo­nami, ale nie pozwa­lały mi powstać z ziemi. Musia­łem więc leżeć, dopóki ich zło­śli­wym panom nie spodo­bało się uwol­nić mnie z tej opre­sji. Bez kape­lu­sza, drżący z gniewu, zażą­da­łem od hul­ta­jów, żeby mnie natych­miast wypu­ścili, bo tego poża­łują. Gro­zi­łem im nie­okre­śloną zemstą, mio­ta­łem się jak król Lear, język odma­wiał mi posłu­szeń­stwa.

Byłem wście­kły, a w dodatku nos krwa­wił mi obfi­cie. Heathc­liff wciąż się zaśmie­wał, a ja wymy­śla­łem. Nie wiem, jak by się ta scena skoń­czyła, gdyby nie zja­wiła się w porę osoba roz­sąd­niej­sza ode mnie, a lito­ściw­sza od mego gospo­da­rza. Była to Zilla, owa zażywna gospo­dyni, która wybie­gła wresz­cie z kuchni zwa­biona awan­turą, myśląc, że padłem ofiarą napa­ści. Bała się jed­nak zacze­pić swego pana, skie­ro­wała przeto cały potok swo­jej wymowy prze­ciwko młod­szemu łotrowi.

- Panicz znowu coś nowego! Nie­długo będziemy mor­do­wać ludzi na naszym progu! Ja w tym domu dłu­żej nie wytrzy­mam. Patrzaj­cie na tego bied­nego chłopca, ledwo dyszy! Spo­koj­nie, spo­koj­nie! Tak nie można! Pro­szę wejść, zara­dzimy temu! No, no, już dobrze, pro­szę się uspo­koić.

Tu chlu­snęła mi nagle lodo­wa­tej wody za koł­nierz i wepchnęła mnie do kuchni. Pan Heathc­liff postę­po­wał za nami. Atak śmie­chu prze­szedł mu szybko, ustę­pu­jąc miej­sca zwy­kłej posęp­no­ści.

Byłem obo­lały i słaby, w gło­wie mi się krę­ciło. Chcąc nie chcąc, musia­łem zostać na noc pod jego dachem. On zaś kazał Zilli dać mi kie­li­szek wódki, po któ­rej od razu poczu­łem się lepiej, i znik­nął w głębi domu. Poczciwa kobieta, bar­dzo nade mną ubo­le­wa­jąc, zapro­wa­dziła mnie wresz­cie na górę.

Roz­dział trzeci

Gdy­śmy wcho­dzili po scho­dach, kazała mi przy­sło­nić świa­tło i nie robić hałasu, bo jed­nym z dzi­wactw jej pana jest to, że nie pozwala nikomu spać w pokoju, który mi prze­zna­czyła na noc­leg. Zapy­ta­łem o powód. Odpo­wie­działa, że nie wie. Służy w tym domu dopiero od paru lat, a tu dzieje się tyle dziw­nych rze­czy, że lepiej się nad nimi nie zasta­na­wiać. Z tym poko­jem też jest coś takiego.

Zbyt już byłem oszo­ło­miony, aby się dzi­wić cze­mu­kol­wiek. Zamkną­łem przeto drzwi i rozej­rza­łem się, szu­ka­jąc łóżka. Całe ume­blo­wa­nie pokoju skła­dało się z krze­sła, szafy i ogrom­nej dębo­wej skrzyni z pro­sto­kąt­nymi otwo­rami u góry, podob­nymi do okien karety. Zaj­rzaw­szy do środka, prze­ko­na­łem się, że ta dziwna budowla sta­nowi ory­gi­nalne sta­ro­świec­kie łoże, a zara­zem oddzielny, wygod­nie pomy­ślany pokoik na wypa­dek braku osob­nych pomiesz­czeń dla człon­ków rodziny. Para­pet okna słu­żył za sto­lik. Roz­su­ną­łem drew­niane ścianki i wsze­dłem z zapa­loną świecą. Przy jej bla­sku za zasu­nię­tym prze­pie­rze­niem poczu­łem się bez­pieczny od Heathc­liffa i całej jego cze­redy.

Umie­ści­łem świecę na oknie, gdzie leżało kilka zatę­chłych ksią­żek. Para­pet pokry­wały liczne napisy, wyskro­bane na malo­wa­nym drew­nie mniej­szymi i więk­szymi lite­rami. Powta­rzało się jedno i to samo imię z trzema róż­nymi nazwi­skami: Kata­rzyna Earn­shaw, Kata­rzyna Heathc­liff, Kata­rzyna Lin­ton.

Wsparł­szy na oknie zmę­czoną głowę, powta­rza­łem bez­myśl­nie: "Kata­rzyna Earn­shaw - Heathc­liff - Lin­ton", dopóki mi się oczy nie zamknęły. Drze­ma­łem tak może z pięć minut, gdy ciem­ność zami­go­tała upior­nie ogni­stymi lite­rami - powie­trze zaro­iło się od Kata­rzyn. Ock­ną­łem się pod wpły­wem wciąż powra­ca­ją­cego imie­nia i wtedy zauwa­ży­łem, że prze­chy­lony pło­mień świecy liże jedną ze sta­rych ksiąg, napeł­nia­jąc alkowę odo­rem spa­lo­nej cie­lę­cej skóry. Urwa­łem knot, usia­dłem i roz­ło­ży­łem na kola­nach uszko­dzoną książkę. Było mi wciąż jesz­cze mdło i słabo, a przy tym bar­dzo zimno. Wstrętna woń ple­śni biła od drobno zadru­ko­wa­nych kart Pisma świę­tego, z napi­sem na kar­cie tytu­ło­wej: "Książka Kata­rzyny Earn­shaw" i z datą sprzed ćwierć wieku. Zamkną­łem książkę i przej­rza­łem po kolei wszyst­kie pozo­stałe. Biblio­teczka owej Kata­rzyny była wybo­rowa, a stan jej zuży­cia świad­czył, że się nią czę­sto posłu­gi­wano, choć nie zawsze tylko do lek­tury. Mar­gi­nesy pra­wie wszę­dzie zaba­zgrane były atra­men­tem lub ołów­kiem. Nie­wy­ro­bione dzie­cinne pismo prze­cho­dziło tu i ówdzie z ode­rwa­nych zdań w pra­wi­dłowy dzien­nik. U góry czy­stej stro­nicy (pew­nie wydała się wła­ści­cielce praw­dzi­wym skar­bem) odkry­łem, ku wiel­kiej mojej ucie­sze, świetną kary­ka­turę mego przy­ja­ciela Józefa, pry­mi­tywną wpraw­dzie w środ­kach, lecz mocną w wyra­zie. To spra­wiło, że zabra­łem się z cie­ka­wo­ścią do odczy­ty­wa­nia wybla­kłego pisma nie­zna­nej mi, ale inte­re­su­ją­cej Kata­rzyny.

"Obrzy­dliwa nie­dziela - zaczy­nał się ustęp poni­żej rysunku. - Chcia­ła­bym, żeby ojciec ożył. Z Hin­dleyem trudno wytrzy­mać. Zacho­wa­nie jego wobec Heathc­liffa - okropne. H. i ja mamy zamiar zbun­to­wać się. Dziś wie­czo­rem wstą­pi­li­śmy na ścieżkę wojenną.

Cały dzień lało jak z cebra. Nie mogli­śmy iść do kościoła, ale Józef uparł się urzą­dzić nabo­żeń­stwo na stry­chu. I pod­czas gdy Hin­dley z żoną wygrze­wali się na dole przy cie­płym kominku, zaj­mu­jąc się róż­nymi spra­wami, ale na pewno nie czy­ta­jąc Biblii (dała­bym za to głowę), Heathc­liff, ja i biedny paro­bek musie­li­śmy iść na strych z książ­kami do nabo­żeń­stwa. Józef posa­dził nas rzę­dem na worku zboża. Dygo­ta­li­śmy z zimna. Mie­li­śmy nadzieję, że Józef też zmar­z­nie i ze względu na samego sie­bie powie nam tylko krót­kie kaza­nie. Ale gdzie tam! Nabo­żeń­stwo trwało całe trzy godziny, a jed­nak mój brat miał czel­ność wykrzyk­nąć, gdy­śmy naresz­cie zeszli: "Co, już?" Daw­niej w nie­dzielne wie­czory wolno nam się było bawić, byle nie hała­so­wać za bar­dzo. Teraz wystar­czy zachi­cho­tać, żeby iść do kąta.

- Zapo­mi­na­cie, że macie pana - powiada ten tyran. - Kto mnie roz­drażni, temu łeb roz­walę. Ma być zupełna cisza i spo­kój. A, to ty, chło­paku? Fran­ciszko, kocha­nie, pocią­gnij go za włosy. Sły­sza­łem wła­śnie, jak prztyk­nął pal­cami! - Fran­ciszka pocią­gnęła go mocno za włosy, a potem usia­dła mężowi na kola­nach. Cało­wali się jak dwa dzie­ciaki i paplali, paplali bez prze­rwy. My wsty­dzi­li­by­śmy się takiej głu­piej gada­niny. Usa­do­wi­li­śmy się jak naj­wy­god­niej w niszy pod kre­den­sem. Scze­pi­łam nasze far­tuszki i zawie­si­łam je jako zasłonę, gdy ze stajni nad­szedł Józef. Zdarł moją kotarę i wytar­mo­sił mnie za uszy.

- Pan ledwo co pocho­wany - zaskrze­czał. Święto, jesz­cze słowa Ewan­ge­lii nie prze­brzmiały, a wy już łobu­zu­je­cie? A wstyd! Sia­dać, nie­go­dziwe dzieci! Mam tu dosyć zacnych ksią­żek, żeby­ście tylko czy­tali. Sia­daj­cie i roz­my­ślaj­cie o duszy. Posa­dził nas w ten spo­sób, żeby na karty ksią­żek, które nam wepchnął w ręce, padał słaby odblask dale­kiego ognia. To było nie do znie­sie­nia. Chwy­ci­łam brudną książkę i cisnę­łam na psie lego­wi­sko, woła­jąc, że nie cier­pię zacnych ksią­żek.

Heathc­liff kop­nął swój tom w tym samym kie­runku. Dopiero roz­po­częła się awan­tura.

- Panie Hin­dley! - wrzesz­czał nasz kape­lan. Niech no pan tu idzie! Panienka ode­rwała grzbiet z "Przy­łbicy zba­wie­nia", a Heathc­liff przedarł pierw­szą część "Sze­ro­kiego gościńca do Pie­kieł". To zgroza pozwa­lać im na takie rze­czy! Stary pan potra­fiłby wybić im to z głowy, ale już go nie ma!

Hin­dley, wyrwany ze swego raju przy kominku, chwy­cił mnie za rękę, a Heathc­liffa za koł­nierz i wepchnął nas oboje do komórki za kuch­nią. Pocie­szeni pro­roc­twem Józefa, że Bel­ze­bub zgłosi się po nas z całą pew­no­ścią, zasie­dli­śmy każde w swoim kącie w ocze­ki­wa­niu pie­kiel­nego gościa. Ja wzię­łam tę książkę i atra­ment z półki i otwo­rzy­łam drzwi wej­ściowe, żeby mieć świa­tło. Piszę już ze dwa­dzie­ścia minut dla zabi­cia czasu, ale mój towa­rzysz jest nie­cier­pliwy. Pro­po­nuje, żeby­śmy zabrali far­tuch mle­czar­ski i pod jego osłoną wypra­wili się na wrzo­so­wi­ska. Dobry pomysł. Przyj­dzie stary zrzęda i pomy­śli, że speł­niło się jego pro­roc­two. Na desz­czu nie będzie nam zim­niej i wil­got­niej niż tutaj".

Przy­pusz­czam, że Kata­rzyna wyko­nała swój zamiar, bo następne zda­nie brzmiało łzawo:

"Ni­gdy nie myśla­łam, że się tak spła­czę przez Hin­dleya. Głowa mnie tak boli, że trudno mi ule­żeć, a jed­nak nie mogę dać za wygraną. Biedny Heathc­liff! Hin­dley nazywa go włó­częgą, zabra­nia mu sie­dzieć i jadać z nami. Nie pozwala mi się z nim bawić i grozi, że wyrzuci go z domu w razie nie­po­słu­szeń­stwa. Wyga­duje na ojca (jak on śmie?!), że był zbyt wspa­nia­ło­myślny dla

H. Klnie się, że wybije mu z głowy pań­skie zachcianki".

Zaczą­łem kiwać się sen­nie nad słabo oświe­tloną kartą. Oczy moje z ręko­pisu prze­nio­sły się na druk. Prze­czy­ta­łem czer­wony ozdobny tytuł: "Sie­dem­dzie­siąt Razy Sie­dem i Pierw­szy z Sie­dem­dzie­siątego Pierw­szego. Pobożny Dys­kurs, wygło­szony przez Czci­god­nego Jabesa Bran­der­hama w kaplicy w Gim­mer­den Slo­ugh". Wysi­la­jąc na pół przy­tom­nie umysł, aby zgad­nąć, co mógł wie­lebny Jabes Bran­der­ham napi­sać na ten temat - osu­ną­łem się na łóżko i usną­łem. Nie­stety! Skutki złej her­baty i zde­ner­wo­wa­nia oka­zały się fatalne. Jakaż bowiem mogła być inna przy­czyna tej okrop­nej nocy? Bar­dziej męczą­cej nie przy­po­mi­nam sobie od czasu, gdy nauczy­łem się cier­pieć. Zaczą­łem śnić, zanim jesz­cze na dobre stra­ci­łem poczu­cie miej­sca i czasu.

Zda­wało mi się, że jest już ranek. Wyru­szy­łem z powro­tem do domu, z Józe­fem jako prze­wod­ni­kiem. Na dro­dze leżał śnieg głę­boki na dwa łok­cie. Brnę­li­śmy z tru­dem, przy czym mój towa­rzysz wyrzu­cał mi bez­u­stan­nie, że nie wzią­łem ze sobą laski piel­grzy­miej. Dowo­dził, że bez niej nie dostanę się do domu, i cheł­pli­wie wywi­jał swoim gru­bym, sęka­tym kijem, który widocz­nie tak nazy­wał. Zasta­na­wia­łem się, jaki zwią­zek może zacho­dzić mię­dzy taką bro­nią a moż­li­wo­ściami dosta­nia się do wła­snego domu, gdy nagle bły­snęła mi myśl, że prze­cież idziemy wysłu­chać słyn­nego kaza­nia Jabesa Bran­der­harna, zaczerp­nię­tego z tek­stu "Sie­dem­dzie­siąt Razy Sie­dem", i że któ­ryś z nas - Józef, kazno­dzieja lub ja - popeł­nił grzech "Pierw­szy z Sie­dem­dzie­siątego Pierw­szego" i będzie publicz­nie zde­ma­sko­wany i wyklęty. Nie­ba­wem doszli­śmy do kaplicy. Prze­cho­dzi­łem koło niej parę razy na jawie, pod­czas moich wędró­wek po oko­licy. Stoi ona w płyt­kiej kotlince mię­dzy dwoma pagór­kami, koło bagni­stego tor­fo­wi­ska mają­cego podobno tę wła­ści­wość, że zwłoki tam pocho­wane ule­gają zabal­sa­mo­wa­niu. Dach kaplicy dotąd zacho­wał się cały. Ale że pen­sja pastora wynosi tylko dwa­dzie­ścia fun­tów rocz­nie, a dwa pokoje ple­ba­nii upar­cie dążą do połą­cze­nia się w jedno rumo­wi­sko, nikt nie chce objąć obo­wiąz­ków dusz­pa­ster­skich. Zwłasz­cza iż wia­domo powszech­nie, że tutej­sze owieczki pozwo­li­łyby raczej zgi­nąć z głodu swemu paste­rzowi, niżby mu dopo­mo­gły gro­szem z wła­snych kie­szeni. Ale w moim śnie ota­czała Jabesa liczna i sku­piona kon­gre­ga­cja. A on grzmiał. Lito­ściwy Boże! Cóż to było za kaza­nie! Skła­dało się z czte­ry­stu dzie­więć­dzie­się­ciu czę­ści, każda odpo­wia­dała dłu­go­ścią nor­mal­nemu kaza­niu, każda oma­wiała inny grzech. Nie wiem, skąd ich tyle nazbie­rał. Miał wła­ściwy sobie spo­sób rozu­mo­wa­nia i uwa­żał, że bliźni jego przy każ­dej oka­zji grze­szą ina­czej. Były to prze­dziwne grze­chy - cudaczne prze­kro­cze­nia, jakich sobie ni­gdy nie wyobra­ża­łem.

Och, jakże byłem znu­żony! Skrę­ca­łem się, zie­wa­łem, zasy­pia­łem i znów się budzi­łem. Szczy­pa­łem się, kłu­łem, tar­łem oczy, wsta­wa­łem, sia­da­łem i trą­ca­łem Józefa, żeby mi powie­dział, czy to się kie­dyś skoń­czy. Byłem jed­nak ska­zany na wysłu­cha­nie wszyst­kiego do końca. Przy "Pierw­szym z Sie­dem­dzie­sią­tego Pierw­szego" dozna­łem nagłego olśnie­nia. Wsta­jąc z ławy, oskar­ży­łem Jabesa Bran­der­hama o grzech, któ­rego żaden chrze­ści­ja­nin nie powi­nien prze­ba­czyć.

- Panie! - woła­łem. - Sie­dząc w tych czte­rech ścia­nach, wytrzy­ma­łem i wyba­czy­łem za jed­nym zama­chem czte­ry­sta dzie­więć­dzie­siąt para­gra­fów tego dys­kursu. Sie­dem­dzie­siąt razy sie­dem razy bra­łem kape­lusz i goto­wa­łem się do wyj­ścia - sie­demdziesiąt razy sie­dem razy zmu­si­łeś mnie, abym usiadł. Czte­ry­sta dzie­więć­dzie­siąty pierw­szy raz oka­zał się ponad moje siły. Bra­cia męczen­nicy, na niego! Ścią­gnij­cie go z kazal­nicy i roz­depcz­cie na proch, żeby nie został po nim nawet ślad!

- Tyś jest czło­wiek! - zawo­łał po uro­czy­stej pau­zie Jabes, wychy­la­jąc się z kazal­nicy. - Sie­dem­dzie­siąt razy sie­dem razy kurcz zie­wa­nia wykrzy­wia twoje obli­cze, sie­demdziesiąt razy sie­dem razy radzi­łem się mej duszy. Patrzy­cie na sła­bość ludzką, a jed­nak i ten grzech może być odpusz­czony! Nastał Pierw­szy z Sie­dem­dzie­siątego Pierw­szego. Bra­cia! Wyko­najmy na nim sąd podług Pisma. Taka chwała jest udzia­łem wszyst­kich Jego świę­tych!

Na to hasło całe zgro­ma­dze­nie rzu­ciło się na mnie, potrzą­sa­jąc piel­grzy­mimi laskami. Nie posia­da­jąc broni, zaczą­łem wyry­wać kij Józe­fowi, naj­bliż­szemu i naj­za­cie­klej­szemu z napast­ni­ków. W ści­sku krzy­żo­wały się kostury. Ciosy prze­zna­czone dla mnie spa­dały na inne czaszki. Po chwili cała kaplica roz­brzmie­wała odgło­sami bija­tyki. Wszy­scy bili się z wszyst­kimi. Sam Bran­der­ham bęb­nił pię­ściami w kazal­nicę z takim prze­ję­ciem, że wresz­cie obu­dzi­łem się z uczu­ciem nie­opi­sa­nej ulgi. Ale skąd się wziął ten hałas, to wale­nie w kazal­nicę? Po pro­stu gałąź jodły, która doty­kała okna, szar­pana podmu­chami wichru biła suchymi szysz­kami o szyby. Chwilę nasłu­chi­wa­łem podejrz­li­wie. Odkryw­szy przy­czynę hałasu, prze­wró­ci­łem się na drugi bok i zasną­łem. I znów nawie­dził mnie sen, jesz­cze gor­szy, o ile to moż­liwe, od poprzed­niego.

We śnie tym zda­wa­łem sobie sprawę z tego, że leżę w dębo­wym łożu, i sły­sza­łem wyraź­nie wycie wichru i szum zawiei. Sły­sza­łem rów­nież męczący, jed­no­stajny odgłos gałęzi ocie­ra­ją­cej się o szybę i wie­dzia­łem, że to gałąź, lecz dźwięk ten tak mi dzia­łał na nerwy, że posta­no­wi­łem w jakiś spo­sób zro­bić z tym porzą­dek. Zda­wało mi się, że wsta­łem, aby otwo­rzyć okno. Hak był wlu­to­wany w sko­bel, co zauwa­ży­łem na jawie, a o czym we śnie nie zapo­mnia­łem. "Jed­nakże muszę z tym zro­bić porzą­dek" - mru­cza­łem, ude­rza­jąc pię­ścią w szybę i się­ga­jąc po natrętną gałąź. Ale zamiast gałęzi palce moje pochwy­ciły paluszki drob­nej, lodo­wato zim­nej dłoni. Ogar­nęła mnie strasz­liwa groza, wła­ściwa upior­nym snom. Pró­bo­wa­łem cof­nąć rękę, ale dłoń trzy­mała ją mocno, a żało­sny głos wołał wśród łkań: "Wpuść mnie! Wpuść mnie!" "Ktoś ty?!" - zapy­ta­łem, nie prze­sta­jąc się sza­mo­tać. "Kata­rzyna Lin­ton" - odpo­wie­dział drżący głos. (Dla­czego przy­śniło mi się nazwi­sko Lin­ton? Prze­cież Earn­shaw powta­rzało się dwa­dzie­ścia razy czę­ściej!). W tym momen­cie ujrza­łem za oknem nie­wy­raźną dzie­cinną twa­rzyczkę. Trwoga uczy­niła mnie okrut­nym. Nie mogąc wyrwać się zja­wie, przy­cią­gną­łem jej dłoń do roz­bi­tej szyby i jąłem nią trzeć o szkło, aż krew się polała i skro­piła obfi­cie pościel. Ale płacz­liwe: "Wpuść mnie!" nie cichło, a uparte palce nie pusz­czały, co mnie dopro­wa­dzało do szału trwogi.

"Nie mogę - odpar­łem w końcu. - Puść wpierw moją rękę, jeśli chcesz, abym ci dał wejść do środka". Palce roz­luź­niły się. Cof­ną­łem szybko rękę przez dziurę, którą zasta­wi­łem z pośpie­chem książ­kami, i zatka­łem uszy, żeby nie sły­szeć żało­snego bła­ga­nia. Odcze­ka­łem tak może kwa­drans, lecz gdy odsło­ni­łem uszy, znów doszedł mnie jękliwy lament. "Wynoś się! - wrza­sną­łem. - Nie wpusz­czę cię, choć­byś pro­siła dwa­dzie­ścia lat!" "To już dwa­dzie­ścia lat - żało­śnie kwi­lił głos - to już dwa­dzie­ścia lat! Błą­kam się od dwu­dzie­stu lat!" Za oknem roz­le­gło się słabe skro­ba­nie i stos ksią­żek poru­szył się, jakby pchnięty od zewnątrz. Chcia­łem się zerwać, ale nie mogłem ruszyć ani ręką, ani nogą, więc prze­ra­żony wrza­sną­łem na całe gar­dło. Stro­pi­łem się bar­dzo, sły­sząc, że głos mój zabrzmiał cał­kiem jak na jawie. Szyb­kie kroki dały się sły­szeć na scho­dach. Ener­giczna ręka pchnęła drzwi i w okien­kach nad wez­gło­wiem zabły­sło świa­tło. Sie­dzia­łem na łóżku, drżąc i ocie­ra­jąc pot z czoła. Nocny gość jakby się wahał, mru­cząc coś do sie­bie. W końcu zapy­tał pół­szep­tem, naj­wi­docz­niej nie spo­dzie­wał się odpo­wie­dzi: "Jest tam kto?" Pomy­śla­łem, że lepiej będzie się uka­zać, gdyż pozna­łem po gło­sie Heathc­liffa i zlą­kłem się, że zaj­rzy do środka. Odwró­ci­łem się więc i roz­su­ną­łem drew­niane ścianki, za któ­rymi stało łóżko. Ni­gdy chyba nie zapo­mnę wra­że­nia, jakie zro­bił na nim mój widok.

Heathc­liff stał koło wej­ścia w spodniach i koszuli, ze świecą kapiącą mu na palce, blady jak ściana za jego ple­cami. Za pierw­szym skrzyp­nię­ciem łóżka zatrząsł się jak rażony prą­dem i świeca wypa­dła mu z ręki. Był tak wstrzą­śnięty, że nie mógł jej od razu pod­nieść.

- To tylko ja, pań­ski gość! - zawo­ła­łem, chcąc oszczę­dzić mu stra­chu i upo­ko­rze­nia. - Mia­łem okropny sen i nie­stety krzy­cza­łem. Bar­dzo prze­pra­szam za zakłó­ce­nie pań­skiego spo­koju.

- Niech pana licho porwie, panie Loc­kwood! Żeby pana... - zaczął mój gospo­darz i nie będąc w sta­nie utrzy­mać świecy w ręku, posta­wił ją na krze­śle. - Kto pana tu przy­pro­wa­dził? - cią­gnął, wbi­ja­jąc sobie paznok­cie w dło­nie i zgrzy­ta­jąc zębami, żeby opa­no­wać drga­nie szczęk. - Któż to? Wyrzu­cił­bym ich wszyst­kich z domu w tej chwili!

- Pań­ska słu­żąca, Zilla - odpo­wie­dzia­łem pośpiesz­nie, zsu­wa­jąc się z łóżka i wcią­ga­jąc na sie­bie ubra­nie. - Nie będę jej bro­nił. Nie zasłu­żyła na to. Widocz­nie chciała moim kosz­tem zdo­być jesz­cze jeden dowód, że w tym pokoju stra­szy. A stra­szy, to prawda. Roi się od upio­rów i złych duchów. Ma pan słusz­ność, że zamyka pan ten pokój. Trudno być wdzięcz­nym za taki noc­leg.

- Jak to? - spy­tał Heathc­liff. - Co pan robisz? Kładź się pan i dośpij do rana, skoro już tu jesteś! Tylko, na Boga! Bez tego wycia! Myślałby kto, że pana zarzy­nają.

- Gdyby ta mała dia­blica wepchnęła się oknem, byłaby mnie zapewne udu­siła - odpar­łem. - Nie mam zamiaru nara­żać się na dal­sze prze­śla­do­wa­nia ze strony pań­skich gościn­nych ante­na­tów. Czy wie­lebny Jabes Bran­der­ham nie był cza­sami pań­skim krew­nym po kądzieli? A ta szelma? Kata­rzyna Lin­ton czy Earn­shaw, czy jak jej tam? - jakiś pod­rzu­tek zapewne - jakiż to musiał być lata­wiec za życia! Powie­działa mi, że obija się po świe­cie od dwu­dzie­stu lat. Nie wąt­pię, że dobrze sobie zasłu­żyła na tę karę.

Led­wie to powie­dzia­łem, przy­po­mnia­łem sobie ponie­wcza­sie, że nazwi­sko Heathc­liff wystę­po­wało w książce w związku z osobą Kata­rzyny. Zawsty­dziła mnie wła­sna bez­myśl­ność, ale uda­jąc, że nie zdaję sobie sprawy z nie­sto­sow­no­ści wypo­wie­dzia­nych przeze mnie słów, doda­łem pośpiesz­nie:

- Przy­znam się panu, że część nocy spę­dzi­łem na... - Tu znów urwa­łem, chcia­łem bowiem powie­dzieć: "na szpe­ra­niu w tych sta­rych książ­kach", ale wtedy przy­znał­bym się, że pozna­łem ich treść, nie tylko dru­ko­waną, lecz i pisaną ręcz­nie, więc popra­wi­łem się: - ...na odczy­ty­wa­niu nazwisk wyskro­ba­nych na para­pe­cie okna. Jed­no­stajne zaję­cie, obli­czone na przy­wo­ła­nie snu, tak jak racho­wa­nie lub...

- Jak pan śmie tak do mnie mówić?! - zawo­łał Heathc­liff z wście­kło­ścią. - I to tu, pod moim dachem? Na Boga! Ten czło­wiek osza­lał! - I z pasją ude­rzył się w czoło.

Nie wie­dzia­łem, czy się obra­zić, czy dalej uspra­wie­dli­wiać. Ale mój gospo­darz wyda­wał się tak wstrzą­śnięty, że litu­jąc się nad nim, zaczą­łem opo­wia­dać mój sen. Zapew­ni­łem go, że ni­gdy przed­tem nie sły­sza­łem nazwi­ska Kata­rzyny Lin­ton, ale wra­że­nie wywo­łane wie­lo­krot­nym odczy­ty­wa­niem go uoso­biło się w postaci widma, gdy we śnie prze­sta­łem pano­wać nad wyobraź­nią. Sły­sząc to, Heathc­liff począł cofać się stop­niowo w stronę łóżka, wresz­cie usiadł, tak że pra­wie go nie widzia­łem. Ale po nie­rów­nym, ury­wa­nym odde­chu odga­dy­wa­łem, że stara się opano­wać gwał­towne wzru­sze­nie. Nie chcąc oka­zać, iż widzę, co się z nim dzieje, ubie­ra­łem się hała­śli­wie. Spoj­rza­łem na zega­rek.

- Jesz­cze nie ma trze­ciej - mono­lo­go­wa­łem. - A był­bym przy­siągł, że to już szó­sta. Czas tu stoi. Z pew­no­ścią poło­ży­li­śmy się spać o ósmej!

- W zimie zawsze o dzie­wią­tej, a wsta­jemy o czwar­tej - ode­zwał się z tłu­mio­nym jękiem mój gospo­darz i, jak mi się zdało, sądząc po ruchu cie­nia na ścia­nie, otarł łzę. - Możesz pan iść do mojego pokoju. Pań­skie dzie­cinne krzyki wybiły mnie ze snu. Na dole byś pan zawa­dzał, bo jesz­cze za wcze­śnie.

- Ja także nie zmrużę już oka - odrze­kłem. - Będę spa­ce­ro­wał po dzie­dzińcu do świtu, a potem pójdę do domu. Możesz się pan nie oba­wiać dal­szych moich wizyt. Zosta­łem już wyle­czony z chęci zawie­ra­nia zna­jo­mo­ści czy to w mie­ście, czy na wsi. Roz­sądny czło­wiek powi­nien poprze­sta­wać na towa­rzy­stwie swej wła­snej osoby.

- Powin­szo­wać kom­pa­nii - mruk­nął Heathc­liff. - Bierz pan świecę i idź, dokąd ci się podoba. Ja też zaraz scho­dzę. Tylko nie na podwó­rze, bo psy spusz­czone, a w bawialni Juno na war­cie... Możesz się pan obi­jać po scho­dach i kory­ta­rzach. Wynoś się pan już stąd! Przyjdę za parę minut.

Posłu­cha­łem o tyle, że wysze­dłem z pokoju. Nie wie­dząc, dokąd pro­wa­dzą wąskie kory­ta­rze, sta­ną­łem cicho opo­dal drzwi. Z tego miej­sca byłem mimo­wol­nym świad­kiem dziw­nego zacho­wa­nia się mego gospo­da­rza. Zacho­wa­nie to mogło wzbu­dzić wąt­pli­wo­ści co do jego zdro­wego roz­sądku. Wszedł na łóżko i zano­sząc się od pła­czu, otwo­rzył jed­nym szarp­nię­ciem okno.

- Wejdź, wejdź! - wołał wśród łkań. - Katy, pro­szę cię, wejdź! Wejdź, jesz­cze raz! O moja naj­droż­sza! Wysłu­chaj mnie wresz­cie. Kata­rzyno!

Zjawa, zgod­nie ze swą kapry­śną naturą, nie dała znaku życia, tylko gwał­towny podmuch śnie­życy dotarł aż do mnie i zga­sił świa­tło.

W tych obłęd­nych sło­wach Heathc­liffa było tyle głę­bo­kiego bólu, iż współ­czu­cie kazało mi udać, że nie widzę nie­do­rzecz­no­ści tej sceny. Cof­ną­łem się, tro­chę zły na sie­bie za to, że pod­słu­chi­wa­łem i że opo­wie­dzia­łem mu o swym dzi­wacz­nym śnie, który stał się powo­dem jego cier­pień. Ale dla­czego? Nie mogłem tego pojąć. Zsze­dłem ostroż­nie na dół i zna­la­złem się w kuchni, gdzie tliło się nieco zgar­nię­tych razem węgli, od któ­rych zapa­li­łem swą świecę. Pano­wała tu zupełna cisza, tylko szary, prę­go­wany kot wylazł z popiołu i pozdro­wił mnie gniew­nym miau­cze­niem.

Wokół pale­ni­ska stały dwie pół­ko­li­ste ławy. Wycią­gną­łem się na jed­nej z nich, na drugą wsko­czył kot. Prze­rwał nam drzemkę Józef, który spu­ścił się po dra­bi­nie się­ga­ją­cej otworu w puła­pie, miał zapewne swoją izdebkę na pod­da­szu. Spoj­rzał zło­wiesz­czo na roz­dmu­chany przeze mnie ogie­niek, zrzu­cił kota z ławy i usa­do­wiw­szy się na jego miej­scu, zaczął nabi­jać tyto­niem długą faję. Moją obec­ność w jego sank­tu­arium uznał widocz­nie za objaw bez­czel­no­ści zbyt wiel­kiej, by można było na nią zare­ago­wać. Pykał z rękami zało­żo­nymi na pier­siach. Nie prze­ry­wa­łem mu. Gdy wydmuch­nął ostatki dymu, wes­tchnął głę­boko, wstał i wyniósł się rów­nie uro­czy­ście, jak przy­szedł.

Z kolei dały się sły­szeć lżej­sze kroki. Otwo­rzy­łem usta, aby powie­dzieć "dzień dobry", lecz zamkną­łem je szybko; to Hare­ton Earn­shaw odpra­wiał sotto voce poranne modły, prze­kli­na­jąc gło­śno każdy przed­miot, na który się natknął. Grze­bał w kącie, szu­ka­jąc łopaty czy szu­fli do prze­ko­py­wa­nia zasp śnież­nych. Spoj­rzał na mnie, wydy­ma­jąc noz­drza i nie wita­jąc się ze mną. Tyle dla niego zna­czy­łem co towa­rzy­szący mi kot. Sądząc z jego przy­go­to­wań, można było wyjść na dwór. Wsta­łem więc z twar­dego łoża i ruszy­łem za Hare­to­nem. Zamru­czał coś i poka­zał łopatą wewnętrzne drzwi na znak, że tam­tędy droga.

Zna­la­złem się w bawialni. Kobiety były już na nogach. Zilla roz­nie­cała ogień olbrzy­mim mie­chem, a pani Heathc­liff, klę­cząc przed komin­kiem, czy­tała przy bla­sku pło­mieni książkę. Zasła­niała ręką oczy przed żarem i wyda­wała się cał­ko­wi­cie pochło­nięta lek­turą, od któ­rej odry­wała się tylko po to, aby zga­nić sługę za wznie­ca­nie sno­pów iskier albo odsu­nąć psa, gdy zbli­żał nos do jej twa­rzy. Zdzi­wi­łem się, widząc tam rów­nież Heathc­liffa. Stał koło ognia odwró­cony do mnie ple­cami i gro­mił biedną Zillę, która raz po raz prze­ry­wała pracę i chwy­ta­jąc za rąbek far­tu­cha, wyda­wała okrzyk obu­rze­nia.

Gdy wsze­dłem, Heathc­liff zabrał się z kolei do syno­wej:

- Ty, ty, nie­zdarna... - Epi­tet, jakim ją poczę­sto­wał, zastę­puje się w druku krop­kami, choć jest on rów­nie nie­szko­dliwy jak "owca" lub "kaczka". - Znów te twoje głu­pie sztuczki! Tamci pra­cują na chleb, a ty żyjesz z mojej łaski. Rzuć te głup­stwa i weź się do roboty! Że też muszę cię mieć wciąż na oczach, prze­klęta dziewka! Zapła­cisz mi za to udrę­cze­nie!

Młoda kobieta zamknęła książkę i rzu­ciła ją na krze­sło ze sło­wami:

- Odkła­dam moje głu­pie sztuczki, bo jeśli odmó­wię, mógłby pan zmu­sić mnie do posłu­szeń­stwa. Ale będę robiła tylko to, co mi się podoba, choćby pan klął nie wiem jak długo.

Heathc­liff pod­niósł rękę, ale odsko­czyła na bez­pieczną odle­głość. Musiała już doświad­czyć siły jego pię­ści. Nie mia­łem ochoty być świad­kiem bija­tyki, pod­sze­dłem więc żwawo do ognia, niby to chcąc się ogrzać i uda­jąc przy tym, że nic nie zauwa­ży­łem. Strony oka­zały się o tyle dobrze wycho­wane, że zawie­siły dal­sze dzia­ła­nia wojenne. Heathc­liff, aby unik­nąć pokusy, scho­wał pię­ści do kie­szeni, a pani Heathc­liff wydęła usta i usia­dła na odle­głym krze­śle, gdzie, zgod­nie z zapo­wie­dzią, nie poru­szyła się do końca mojej wizyty. Nie zaba­wi­łem już długo. Zre­zy­gno­wa­łem ze śnia­da­nia i skoro świt wymkną­łem się na dwór. Powie­trze było ciche, przej­rzy­ste, lodo­wate.

Nie zdą­ży­łem jesz­cze wyjść poza ogro­dze­nie, gdy gospo­darz zawo­łał, żebym zacze­kał, to mnie odpro­wa­dzi. I dobrze się stało, gdyż zbo­cze wzgó­rza wyglą­dało jak pofa­lo­wany biały ocean, przy czym nie­rów­no­ści pokrywy śnież­nej by­naj­mniej nie odpo­wia­dały wznie­sie­niom i zagłę­bie­niom terenu. Wiele dziur wyrów­ny­wał śnieg, a sze­regi małych kop­ców, pozo­sta­łość po kamie­nio­ło­mach, zni­kły z widoku, jaki zacho­wa­łem od wczo­raj w pamięci. Trzę­sa­wi­sko prze­ci­nał rząd kamien­nych, bie­lo­nych wap­nem słu­pów, które zna­czyły drogę w ciem­no­ści lub w cza­sie jesien­nych błot; teraz zni­kły one pod zaspami śnież­nymi pra­wie bez śladu. Mój towa­rzysz musiał raz po raz ostrze­gać mnie, że scho­dzę z drogi, pod­czas gdy ja byłem prze­ko­nany, że trzy­mam się jej dokład­nie.

Roz­ma­wia­li­śmy nie­wiele i roz­sta­li­śmy się przed wej­ściem do parku Droz­do­wego Gniazda. Tu już nie mogłem zabłą­dzić. Poże­gna­nie ogra­ni­czyło się do pośpiesz­nej wymiany ukło­nów, po czym ruszy­łem dalej, zdany na wła­sny spryt, gdyż domek odźwier­nego stoi dotąd pustką, a od bramy do dworu są dwie mile mar­szu; wydaje mi się jed­nak, że prze­sze­dłem cztery, bo albo błą­dzi­łem mię­dzy drze­wami, albo zapa­da­łem się po szyję w zaspy. Tę przy­jem­ność potra­fią oce­nić tylko ci, któ­rzy jej doświad­czyli. W każ­dym razie, gdy wcho­dzi­łem do domu, biła dwu­na­sta. W sumie licząc, od Wichro­wych Wzgórz każdą milę sze­dłem godzinę.

Służba wybie­gła z wielką wrzawą, aby mnie powi­tać. Mieli mnie już za stra­co­nego, przy­pusz­czali, że zgi­ną­łem jesz­cze wie­czo­rem. Zasta­na­wiali się, gdzie i jak szu­kać zwłok. Uci­szy­łem zamęt i, skost­niały do szpiku kości, powlo­kłem się na górę. Tu prze­bra­łem się w suchą odzież i pół godziny lub dłu­żej cho­dzi­łem tam i z powro­tem po pokoju, żeby się roz­grzać. Teraz sie­dzę w swoim gabi­ne­cie przed weso­łym ogniem, popi­jam gorącą kawę, ale czuję się tak słaby, że nawet to mnie nie cie­szy.

Roz­dział czwarty

Jakże podobni jeste­śmy do cho­rą­giewki na dachu! Ja, który posta­no­wi­łem trzy­mać się z daleka od świata i dzię­ko­wa­łem swej gwieź­dzie, że udało mi się wylą­do­wać na zupeł­nym nie­mal odlu­dziu, ja, słaby czło­wiek, tylko do zmierz­chu wal­czy­łem z przy­gnę­bie­niem i samot­no­ścią, po czym uzna­łem się za poko­na­nego. Gdy pani Dean przy­nio­sła mi wie­cze­rzę, pod pozo­rem poga­wędki o spra­wach gospo­dar­skich popro­si­łem ją, by usia­dła i dotrzy­mała mi towa­rzy­stwa pod­czas posiłku. Mia­łem szczerą nadzieję, że kobie­cina okaże się nie lada plot­karką i albo mnie swoją papla­niną roze­rwie, albo uśpi.

- Dawno tu pani mieszka? - zaczą­łem. - Podobno szes­na­ście lat?

- Osiem­na­ście, pro­szę pana. Nasta­łam, kiedy pani wyszła za mąż. Byłam przy niej poko­jową. Po jej śmierci zatrzy­mał mnie pan jako gospo­dy­nię.

- Ach, tak!

Zapa­no­wało mil­cze­nie. Czyżby nie była gada­tliwa? Może lubi opo­wia­dać tylko o swo­ich spra­wach oso­bi­stych, a te nie są dla mnie cie­kawe. Ale nie. Chwilę dumała z rękami wspar­tymi na kola­nach i z chmurą zamy­śle­nia na rumia­nej twa­rzy, aż wykrzyk­nęła:

- Dużo się tu zmie­niło od tego czasu!

- Tak - potwier­dzi­łem. - Musiała pani prze­żyć wiele zmian.

- I zmian wiele, i smut­ków nie­mało.

"Skie­ruję roz­mowę na rodzinę mego gospo­da­rza - pomy­śla­łem. - Dobry temat na począ­tek... i ta ładna mło­do­ciana wdówka (chciał­bym poznać jej dzieje), czy pocho­dzi z tych oko­lic, czy też, co praw­do­po­dob­niej­sze, z daleka i dla­tego zgryź­liwi tubylcy nie chcą jej uznać za swoją?"

Mając to na myśli, zapy­ta­łem moją gospo­dy­nię, dla­czego Heathc­liff wypu­ścił w dzier­żawę Droz­dowe Gniazdo, a sam zde­cy­do­wał się miesz­kać o tyle gorzej. Czy nie stać go na utrzy­ma­nie tego majątku w dobrym sta­nie?

- Nie stać go? Pro­szę pana, nikt nie wie, ile on ma pie­nię­dzy, a co rok mu przy­bywa. To bogacz, pro­szę pana! Mógłby sobie pozwo­lić na coś lep­szego niż ten dwór, ale jest skąpy. Zamie­rzał już prze­nieść się tutaj, gdy jed­nak tra­fił mu się dobry dzier­żawca, nie mógł wyrzec się tych kil­ku­set fun­tów wię­cej. Dziwne to - takie skąp­stwo u czło­wieka, który nie ma nikogo na świe­cie!

- Podobno miał syna?

- Miał jed­nego, ale mu umarł.

- To ta młoda pani Heathc­liff jest wdową po nim?

- A tak.

- Skąd ona pocho­dzi?

- To córka mego pana nie­bosz­czyka - Kata­rzyna Lin­ton z domu. Niań­czy­łam bie­dac­two. Chcia­ła­bym, żeby się pan Heathc­liff tutaj prze­pro­wa­dził, to były­by­śmy znowu razem.

- Co?! Kata­rzyna Lin­ton? - zdu­mia­łem się, ale po krót­kim namy­śle poją­łem, że nie mogła to być tamta moja wid­mowa Kata­rzyna. - Więc mój poprzed­nik nazy­wał się Lin­ton?

- Tak.

- A co to za jeden ten Earn­shaw? Hare­ton Earn­shaw, który mieszka u pana Heathc­liffa. Czy krewny?

- Nie, to bra­ta­nek nie­boszczki pani Lin­ton.

- Więc krewny mło­dej pani?

- Tak. Jej mąż także był z nią spo­krew­niony. Hare­ton przez matkę, a mąż przez ojca, bo pan Heathc­liff oże­nił się z sio­strą pana Lin­tona.

- W Wichro­wych Wzgó­rzach nad wej­ściem do domu wyrzeź­bione jest nazwi­sko "Earn­shaw". Czy to stary ród?

- Bar­dzo stary, pro­szę pana. Hare­ton jest ostatni z rodu, tak jak nasza panienka ostat­nia z nas, chcia­łam powie­dzieć: z Lin­to­nów. Był pan w Wichro­wych Wzgó­rzach? Prze­pra­szam za cie­ka­wość, ale chcia­ła­bym wie­dzieć, co u niej sły­chać.

- Jest piękna i wygląda zdrowo, ale nie wydaje się szczę­śliwa.

- No chyba! Mój Boże! A jakże się panu podo­bał gospo­darz?

- Zro­bił na mnie wra­że­nie twar­dego czło­wieka. Ale może się mylę?

- On taki jest. Ostry jak brzy­twa, a twardy jak kamień. Im mniej będzie się pan z nim zada­wał, tym lepiej.

- Nie naj­le­piej musiało mu się w życiu powo­dzić, jeśli stał się takim gbu­rem. Czy zna pani koleje jego życia?

- To znajda, pro­szę pana. Wiem o nim wszystko, oprócz tego, gdzie się uro­dził, z jakich rodzi­ców i jak doszedł do bogac­twa... Hare­tona wyrzu­cono z gniazda jak nie­opie­rzo­nego wró­bla. Nie­szczę­śliwy chło­piec, on jeden w całej oko­licy nie domy­śla się, jak został oszu­kany.

- Pro­szę opo­wie­dzieć mi coś o moich sąsia­dach, moja pani Dean. To będzie dobry uczy­nek. Czuję, że nie zmru­żył­bym oka, gdy­bym się teraz poło­żył. Pro­szę posie­dzieć tu ze mną tro­chę i opo­wia­dać.

- Dobrze, pro­szę pana. Tylko przy­niosę sobie coś do szy­cia i mogę sie­dzieć, dopóki pan zechce. Ale pan się zazię­bił! Widzę, że ma pan dresz­cze. Przy­niosę panu gorą­cej polewki.

Zacna nie­wia­sta podrep­tała z pośpie­chem, a ja sku­li­łem się bli­żej ognia. Głowa mi pło­nęła i wstrzą­sały mną dresz­cze. Na domiar złego byłem pod­nie­cony do osta­tecz­nych gra­nic, wsku­tek czego czu­łem się nie tyle źle, ile nie­swojo, i czuję się tak do tej chwili, z obawy przed skut­kami ostat­nich przy­gód. Gospo­dyni powró­ciła nie­ba­wem, nio­sąc koszyk z robotą i dymiący talerz, który posta­wiła na kominku, po czym, naj­wi­docz­niej rada z zapro­sze­nia, przy­su­nęła się z krze­słem bli­żej ognia.

- Zanim się tu prze­nio­słam - zaczęła, nie cze­ka­jąc na ponowną zachętę - miesz­ka­łam pra­wie zawsze w Wichro­wych Wzgó­rzach. Moja matka była mamką pana Hin­dleya Earn­shaw, ojca Hare­tona, a ja bawi­łam się z dziećmi. Bie­ga­łam także na posyłki, poma­ga­łam przy sia­nie i przy każ­dej robo­cie na fol­warku, do jakiej mnie zapę­dzono. Raz, pamię­tam, w piękny letni pora­nek (było to na początku żniw) nasz pan zszedł z góry, ubrany do drogi. Powie­dziaw­szy Józe­fowi, co ma robić w gospo­dar­stwie, zwró­cił się do nas, Hin­dleya, Katy i mnie - jedli­śmy wła­śnie owsiankę - i zapy­tał naj­pierw syna: "No, kochany chłop­cze, co mam ci przy­wieźć z Liver­po­olu? Powiedz, co byś chciał, byle coś lek­kiego, bo będę szedł pie­szo tam i z powro­tem (sześć­dzie­siąt mil, a to szmat drogi)". Hin­dley popro­sił o skrzypce, a Katy, która miała dopiero sześć latek, ale potra­fiła dosiąść każ­dego konia na fol­warku, o pejcz. O mnie pan też nie zapo­mniał. Bywał nie­raz surowy, ale miał dobre serce. Obie­cał mi przeto gru­szek i jabłek, poca­ło­wał dzieci na poże­gna­nie i poszedł.

Nie było go trzy dni i czas dłu­żył nam się ogrom­nie. Mała dopy­ty­wała się wciąż o tatu­sia. Pani spo­dzie­wała się go trze­ciego dnia wie­czo­rem i odkła­dała wie­cze­rzę z godziny na godzinę. Ale pana jak nie było, tak nie było. Dzieci zmę­czyły się bie­ga­niem do bramy. Ściem­niło się, matka chciała uło­żyć je do snu, ale pro­siły żało­śnie, żeby pozwo­liła im cze­kać. Koło jede­na­stej drzwi otwo­rzyły się cicho i wszedł pan. Rzu­cił się na krze­sło ni to ze śmie­chem, ni to z jękiem i powie­dział, żeby go nie męczyć powi­ta­niami, bo ledwo żyje. Za trzy kró­le­stwa nie pod­jąłby się po raz wtóry takiej drogi. "O mało nie wyzio­nął ducha - dodał i roz­wi­nął płaszcz, który trzy­mał obu­rącz, zwi­nięty w tłu­mok. - Popatrz, żono. Ni­gdy w życiu się nie zmę­czy­łem tak jak dziś przez to stwo­rze­nie. Ale mimo to przyj­mij je jako dar od Boga, choć jest takie czarne, jakby pocho­dziło od dia­bła".

Stło­czy­li­śmy się dokoła. Zaglą­da­jąc ponad główką Katy, zoba­czy­łam brudne, obszar­pane, czar­no­włose dziecko, dość już duże, aby mogło cho­dzić i mówić, sądząc po twa­rzy, nawet star­sze od naszej małej. Ale kiedy posta­wiono je na nogi, roz­glą­dało się tylko i mam­ro­tało coś w kółko w nie­zro­zu­mia­łej dla nas mowie. Mnie ogar­nął strach, a pani chciała wyrzu­cić malca za drzwi. Roz­gnie­wana wyma­wiała mężowi, jak mógł przy­nieść do domu to Cyga­niątko, kiedy mają wła­sne dzieci do żywie­nia i dość z nimi kło­po­tów. Co mu też przy­szło do głowy?... Czy nie osza­lał cza­sem? Pan pró­bo­wał jej wytłu­ma­czyć, jak to się stało, ale był na pół żywy ze zmę­cze­nia i tyle tylko dosły­sza­łam wśród zgiełku, bo pani zło­ściła się dalej, że spo­tkał dziecko wygłod­niałe, bez­domne i na pozór nieme, na ulicy Liver­po­olu. Wziął je na ręce i zaczął roz­py­ty­wać, czyje ono. Żywa dusza nie umiała go obja­śnić, a że nie miał czasu ani pie­nię­dzy na dal­sze poszu­ki­wa­nia, posta­no­wił zabrać dziecko do domu. Nie miał serca go zosta­wić. Pani krzy­czała, aż jej tchu zabra­kło, i umil­kła, a pan kazał mi znajdę umyć, prze­brać w czy­stą bie­li­znę i poło­żyć razem z dziećmi.

Dopóki trwała burza, Hin­dley i Katy przy­glą­dali się i przy­słu­chi­wali z boku. Potem zabrali się oboje do szpe­ra­nia po ojcow­skich kie­sze­niach w poszu­ki­wa­niu obie­ca­nych podar­ków. Hin­dley miał już czter­na­ście lat. Mimo to roz­be­czał się na cały głos, gdy wydo­był z płasz­cza poła­mane na kawa­łeczki skrzypce, a Katy ze zło­ści, że ojciec, nio­sąc znajdę, zgu­bił pejcz, splu­nęła szy­der­czo na czar­nego głup­tasa, za co dostała od ojca klapsa. Oboje nie chcieli przy­jąć gościa ani do łóżka, ani nawet do sypialni. Ja też nie byłam wów­czas mądrzej­sza. Zosta­wi­łam Cyga­niątko u stóp scho­dów w nadziei, że się do rana wynie­sie. Przy­pad­kiem, a może zwa­bione gło­sem, dziecko przy­czoł­gało się pod drzwi swego dobro­czyńcy i tam zna­lazł je pan Earn­shaw naza­jutrz rano, wycho­dząc z sypialni. Zaczął pytać, skąd się tam wzięło. Musia­łam się przy­znać. Za tchó­rzo­stwo i brak miło­sier­dzia wyrzu­cono mnie z domu.

Tak to Heathc­liff dostał się do naszego domu. W kilka dni potem wró­ci­łam do moich pań­stwa (wie­dzia­łam, że wygna­nie nie potrwa długo). Przy­by­sza już tym­cza­sem nazwano imie­niem synka Heathc­liffa, zmar­łego we wcze­snym dzie­ciń­stwie. Imię to słu­żyło mu odtąd rów­nież za nazwi­sko. Panienka zaprzy­jaź­niła się z nim, lecz Hin­dley go nie­na­wi­dził. Muszę przy­znać, że i ja go nie zno­si­łam. Bili­śmy go i doku­cza­li­śmy mu oboje hanieb­nie, bo ja byłam za głu­pia, żeby zro­zu­mieć, jak jestem nie­spra­wie­dliwa, a pani ni­gdy się za nim nie ujęła, cho­ciaż nie­raz widziała wyrzą­dzoną mu krzywdę.

Malec, cier­pliwy i posępny, robił wra­że­nie istoty przy­wy­kłej do złego trak­to­wa­nia. Zno­sił razy Hin­dleya bez jed­nego mru­gnię­cia, bez jed­nej łzy, a gdy ja go szczy­pa­łam, chwy­tał tylko oddech i otwie­rał sze­roko oczy, jakby sam sobie przy­pad­kiem ból spra­wił. Stary Earn­shaw wpa­dał w furię, gdy widział, że syn jego znęca się nad bied­nym, jak mówił, sie­rotą. Dziw­nie się do Heathc­liffa przy­wią­zał, wie­rzył mu we wszyst­kim (zresztą malec mówił mało i nie kła­mał pra­wie ni­gdy), a pie­ścił go znacz­nie wię­cej niż córeczkę, która zbyt była psotna i krnąbrna jak na ulu­bie­nicę.

Tak więc od samego początku przy­błęda budził w domu złe uczu­cia. W nie­całe dwa lata póź­niej, już po śmierci pani Earn­shaw, młody panicz zaczął uwa­żać ojca za tyrana raczej niż za przy­ja­ciela, a w Heathc­lif­fie widział zło­dzieja miło­ści ojcow­skiej i innych synow­skich przy­wi­le­jów. Roz­my­ślał nad swoją krzywdą i roz­go­ry­czał się coraz bar­dziej. Przez jakiś czas uwa­ża­łam, że ma rację, ale gdy dzieci zacho­ro­wały na odrę i musia­łam je pie­lę­gno­wać, zmie­ni­łam zda­nie. Heathc­liff był nie­bez­piecz­nie chory. W naj­gor­szych dniach chciał mnie cią­gle mieć przy swoim łóżku. Zapewne czuł, że wiele mi zawdzię­cza. Nie rozu­miał, że doglą­da­nie go nale­żało do moich obo­wiąz­ków. Trzeba jed­nak przy­znać, że trudno było o cich­sze i grzecz­niej­sze dziecko w cho­ro­bie. Wła­śnie róż­nica mię­dzy nim a tam­tymi dziećmi zmniej­szyła moją nie­chęć. Katy i jej brat dali mi się okrop­nie we znaki. Ten zaś nie gry­ma­sił, nie maru­dził, choć spra­wiała to nie jego łagod­ność, lecz twarda natura.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki