Wichrowe Wzgórza - Emily Bronte

Kup ebooka

43.99 zł
36.51 zł (30,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I

1801

Właśnie wróciłem z wizyty u właściciela domu - sąsiada samotnika, z którym, chcąc nie chcąc, będę teraz miał do czynienia. Jaka to piękna kraina! W całej Anglii, jak sądzę, nie znajdzie się miejsca tak całkowicie wolnego od towarzyskiego zgiełku. Prawdziwy raj dla mizantropów. W dodatku pan Heathcliff i ja tworzymy świetnie dopasowaną parę odludków. Cóż to za kapitalny gość! Zdaje się nie mieć pojęcia, jak wielką sympatią obdarzyłem go już w chwili, kiedy na mój widok jego czarne oczy skryły się podejrzliwie pod brwiami, a na dźwięk mego nazwiska palce wsunęły się stanowczym ruchem głębiej pod kamizelkę.

- Pan Heathcliff? - zapytałem.

W odpowiedzi skinął tylko głową.

- Jestem Lockwood, pański nowy dzierżawca. Właśnie przyjechałem i mam zaszczyt złożyć panu moje uszanowanie. Ufam, że nie naprzykrzałem się zbytnio swoim naleganiem na wynajęcie mi Drozdowego Gniazda. Doszły mnie wczoraj słuchy, że...

- Drozdowe Gniazdo jest moje - przerwał mi ostro. - Nie pozwoliłbym, aby ktokolwiek mi się naprzykrzał, gdybym tylko mógł temu zapobiec. Wchodź pan!

Ostatnie słowa wypowiedział przez zaciśnięte zęby, wyraźnie mając na myśli: "Idź do diabła". Brama, zza której się wychylał, demonstrowała taką samą wrogość, gdyż nawet nie drgnęła. Te okoliczności tym bardziej zachęciły mnie do przyjęcia zaproszenia; poczułem żywe zainteresowanie człowiekiem, który zachowywał jeszcze więcej przesadnej rezerwy niż ja sam.

Dopiero kiedy mój koń natarł piersią na bramę, gospodarz zdecydował się zdjąć łańcuch. Z ponurą miną poprowadził mnie kamienną ścieżką, a gdy znaleźliśmy się na podwórzu, zawołał:

- Josephie, zabierz konia pana Lockwooda i przynieś nam wina!

"Oto i cała tutejsza służba - taki wniosek wysnułem z tego podwójnego polecenia. - Nic dziwnego, że szczeliny między kamieniami zarosły trawą, a pielęgnacją żywopłotu zajmuje się bydło".

Joseph był starym, wręcz bardzo starym mężczyzną, chociaż krzepkim i muskularnym.

- Panie, miej nas w opiece - mruknął z niezadowoleniem, przejmując konia, a przy okazji obrzucając mnie cierpkim spojrzeniem.

Pomyślałem litościwie, że chyba potrzebuje boskiej pomocy do strawienia obiadu, a jego pobożne westchnienie nie ma nic wspólnego z moją nieoczekiwaną wizytą.

Posiadłość pana Heathcliffa nosi nazwę Wichrowe Wzgórza. Regionalny przymiotnik "wichrowe" odnosi się do zakłóceń atmosferycznych, na które ją wystawiają częste w tych stronach nawałnice. Czyste, ożywcze wiatry muszą hulać tu cały czas; siły tych północnych łatwo się domyślić z pochylenia kilku karłowatych jodeł przy domu, a także z tego, że w rzędzie rachitycznych ciernistych krzewów wszystkie gałęzie wyciągają się w jedną stronę, jakby błagały o odrobinę słońca. Na szczęście przewidujący architekt zaprojektował tu solidne domostwo o wąskich, głęboko osadzonych w murze oknach i narożnikach osłoniętych wielkimi, wystającymi kamieniami.

Tuż przed progiem przystanąłem na chwilę, aby przyjrzeć się z podziwem groteskowym płaskorzeźbom nad frontonem, a zwłaszcza tym nad głównymi drzwiami. Pośród kruszących się gryfów i bezwstydnych amorków wypatrzyłem datę "1500" oraz nazwisko "Hareton Earnshaw". Chętnie wygłosiłbym kilka uwag i usłyszał krótką historię domu z ust prawowitego właściciela, ale ten swoją postawą zdawał się sugerować, abym natychmiast wszedł lub zrobił w tył zwrot, ja zaś nie chciałem jeszcze bardziej go drażnić, zanim zapoznam się z wnętrzem.

Wystarczył jeden krok i znaleźliśmy się w bawialni - bez żadnego holu czy korytarza. W tych stronach takie pomieszczenie nazywane jest "dużą izbą". Łączy ono zwykle funkcję kuchni i salonu, ale w Wichrowych Wzgórzach tę pierwszą najwyraźniej urządzono w innej części, o czym świadczyły dobiegające z głębi domu głosy i brzęk naczyń. W pobliżu ogromnego paleniska nie dostrzegłem żadnych śladów gotowania czy pieczenia, a na ścianach miedzianych patelni i rondli. Za to naprzeciwko wspaniale odbijały żar ognia rzędy wielkich cynowych półmisków, srebrnych dzbanków i kufli, które ustawiono na półkach potężnego, wysokiego pod sam strop kredensu. Strop ten, niczym nieosłonięty od spodu, ukazywał wścibskim oczom całą swoją konstrukcję, z wyjątkiem miejsca, gdzie zakrywał ją drewniany stelaż, uginający się pod ciężarem stosów placków owsianych, wołowych i baranich udźców oraz szynek. Nad kominkiem wisiały stare zbójeckie strzelby i para pistoletów, a na obramowaniu ustawiono trzy jaskrawo pomalowane puszki. Posadzkę ułożono z gładkich białych kamieni, prymitywne krzesła z wysokimi oparciami pomalowano na zielono, w mroku majaczyły także dwa czarne. W niszy pod kredensem rozłożyła się duża, brązowa pointerka z miotem piszczących szczeniaków, po kątach kryło się jeszcze kilka innych psów.

W samym pokoju i meblach nie byłoby nic nadzwyczajnego, gdyby należały do prostego farmera z północy o zaciętym obliczu i krzepkich nogach obleczonych w bryczesy i kamasze. Takie indywidua, rozparte w fotelu przy okrągłym stoliku z kuflem pienistego piwa, można spotkać wszędzie pośród tych wzgórz w promieniu sześciu mil, jeśli tylko wybierze się poobiednią porę. Pan Heathcliff jednak stanowi absolutne przeciwieństwo swojej siedziby i stylu życia. Ze swą śniadą karnacją przypomina Cygana, ale ubiera się i zachowuje jak dżentelmen, to znaczy dżentelmen w typie wiejskiego dziedzica. Lekko niedbały wygląd nie ujmuje nic jego wyprostowanej sylwetce i przystojnej, acz posępnej twarzy. Być może niektórzy mogliby go podejrzewać o niewspółmierną do urodzenia pychę, ale ja nic takiego w nim nie wyczuwam. Instynkt mi podpowiada, że jego powściągliwość bierze się raczej z niechęci do ujawniania uczuć, a zwłaszcza do demonstracyjnie okazywanej dobroci. Taki człowiek będzie starannie ukrywał zarówno miłość, jak i nienawiść, uważając wzajemność za rodzaj impertynencji. Chociaż może posuwam się za daleko - przypisuję mu po prostu własne cechy; pan Heathcliff może mieć zupełnie inne powody do trzymania na dystans kogoś, kto zbyt szybko wyciąga do niego rękę. Pozwalam sobie nadmienić, że moje usposobienie też jest osobliwe. Moja droga matka zwykła mawiać, że nigdy nie stworzę przyjemnego domu, i nie dalej jak ostatniego lata okazało się, iż rzeczywiście nie jestem go wart.

Rozkoszując się miesiącem pięknej pogody nad morzem, natrafiłem na najbardziej fascynujące stworzenie - prawdziwą boginię w moich oczach... dopóki nie zwróciła na mnie uwagi. Podobnie jak bohaterka Szekspira, nigdy nie wyznałem swej miłości słowami1, a jednak gdyby oczy miały język, nawet największy idiota odgadłby, że wpadłem po same uszy. Ona w końcu też to zrozumiała i odwzajemniła mi się słodkim ponad wszelkie pojęcie spojrzeniem. A ja co wtedy zrobiłem? Wyznaję ze wstydem, że zmrożony tym, wycofałem się w głąb siebie niczym ślimak do skorupy, na każde zerknięcie odpowiadając coraz większym chłodem i oddaleniem. Aż wreszcie niewinne biedactwo zwątpiło we własne zmysły i zdruzgotane swą domniemaną pomyłką wymogło na matce natychmiastową rejteradę. Przez tę kuriozalną zmianę nastawienia zyskałem sobie reputację zimnego drania bez serca - jak bardzo niezasłużoną, sam tylko mogę to ocenić.

Zająłem miejsce przy kominku, naprzeciwko gospodarza. W niezręcznej ciszy spróbowałem pogłaskać psią matkę, która zdążyła opuścić legowisko i skradała się niczym wilk w stronę moich łydek, śliniąc się i szczerząc białe zęby. Moja pieszczota jednak spotkała się z przeciągłym gardłowym warknięciem.

- Lepiej zostaw pan psa w spokoju - warknął do wtóru pan Heathcliff, zapobiegając dalszym demonstracjom wrogości mocnym kopniakiem. - Nie przywykła do takich karesów, to nie jest pokojowy piesek. - Po czym krzyknął w stronę bocznych drzwi: - Joseph!

Służący wymamrotał coś z czeluści piwnicy, ale nie zdradzał chęci wyjścia, toteż jego pan osobiście dał nura na dół, zostawiając mnie vis-a-vis rozwścieczonej suki oraz dwóch równie nieprzyjaznych kudłatych owczarków, czujnych na każdy mój ruch. Nie mając ochoty na kontakt z ich kłami, siedziałem nieruchomo, ale ponieważ nie sądziłem, że zrozumieją milczące obelgi, pozwoliłem sobie na złośliwe miny. Jedna z nich tak rozjuszyła sukę, że nagle wskoczyła mi na kolana. Zepchnąłem ją i zastawiłem się stołem. Ten ruch wywabił z ukrycia całą zgraję czworonogów różnej wielkości i wieku, które za szczególny cel ataku obrały sobie moje pięty i poły surduta. I chociaż ze wszystkich sił starałem się odegnać pogrzebaczem co większych napastników, musiałem w końcu głośno wezwać pomocy.

Pan Heathcliff ze swym służącym irytująco powoli wynurzali się z piwnicy. Nie sądzę, żeby poruszali się choć trochę szybciej niż zwykle, chociaż wokół przewalało się kłębowisko ujadających bestii. Za to w progu ukazała się zażywna, rumiana od ognia jejmość z podwiniętą spódnicą i odsłoniętymi ramionami. Wywijając patelnią i nie szczędząc języka, rzuciła się między psy, co odniosło natychmiastowy skutek. Harmider w magiczny sposób ucichł i na placu boju pozostała tylko ona, z piersią falującą niczym morze po sztormie. Dopiero wtedy na scenę wkroczył pan domu.

- Co tu się dzieje, do diabła? - spytał, świdrując mnie wzrokiem, który z trudem zniosłem po tak niegościnnym przyjęciu.

- W rzeczy samej: do diabła - mruknąłem. - Stado opętanych świń2 nie mogłoby bardziej szaleć niż te pańskie psiska. Równie dobrze mógłbyś pan zostawić gościa na pastwę rozjuszonych tygrysów.

- One nie rzucają się na osoby, które niczego tu nie ruszają - odrzekł, przesuwając stół na miejsce. - Słusznie postępują, zachowując czujność. Pozwoli pan wina?

- Nie, dziękuję.

- Chyba pana nie pogryzły?

- Niechby któryś spróbował!

Oblicze Heathcliffa rozjaśniło się w uśmiechu.

- No, no, po co te nerwy. Proszę się ze mną napić. Goście tak rzadko odwiedzają ten dom, że ani ja, ani moje psy nie potrafimy ich przyjmować. Pańskie zdrowie!

Skłoniłem się i odwzajemniłem toast. Doszedłem do wniosku, że nie ma co się dąsać o głupie kundle, poza tym nie chciałem dopuścić, by gospodarz bawił się moim kosztem, skoro już wrócił mu humor. Prawdopodobnie uznał całkiem roztropnie, że szaleństwem byłoby zrażać do siebie dobrego dzierżawcę, gdyż porzucił lakoniczny styl i począł rozprawiać o tym, co jego zdaniem mogło mnie interesować, to znaczy o zaletach i wadach mojej obecnej siedziby. Okazał się na tyle inteligentnym rozmówcą i tak mnie zaciekawił, że odważyłem się zaproponować kontynuowanie tego tematu następnego dnia. I chociaż nie odniósł się do tego z entuzjazmem, to i tak postanowiłem przyjść. Zdumiewające, jak towarzyskim wydaję się sam sobie w porównaniu z tym człowiekiem.

ROZDZIAŁ II

Wczorajsze popołudnie było mgliste i zimne. W zasadzie zamierzałem je spędzić w moim gabinecie przy ogniu, zamiast brnąć przez błota i wrzosowiska do Wichrowych Wzgórz. Kiedy jednak, folgując swemu lenistwu, poszedłem po obiedzie na górę (notabene obiad podają mi teraz między dwunastą a pierwszą, gdyż moja gospodyni, korpulentna niewiasta, która przypadła mi w udziale wraz z całym inwentarzem, nie chciała czy nie mogła pojąć, że wolę jadać o piątej), zobaczyłem w pokoju dziewkę służebną, która na kolanach, w otoczeniu szczotek i koszy na węgiel, zasypywała popiołem ogień w kominku, wzniecając tumany piekielnego pyłu. Ten widok sprawił, że natychmiast się wycofałem. Włożyłem kapelusz i po czteromilowym marszu wylądowałem pod bramą Wichrowych Wzgórz w momencie, gdy pojawiły się pierwsze puszyste płatki śniegu - forpoczty nadciągającej zawiei.

Na nieosłoniętym wierzchołku ziemia była sczerniała i twarda od mrozu, a ja dygotałem na całym ciele z zimna. Ponieważ nie poradziłem sobie z łańcuchem, przeskoczyłem przez płot i pobiegłem wybrukowaną ścieżką, gęsto obrośniętą krzewami agrestu. Na próżno jednak obijałem sobie knykcie, pukając do drzwi. Odpowiedział mi tylko skowyt psów.

"Wstrętni niegodziwcy! - wykrzyknąłem w duchu. - Zasługujecie na wieczną izolację od rodzaju ludzkiego za waszą niegościnność. Ja przynajmniej nigdy za dnia nie barykadowałbym drzwi. Ale co mi tam, wchodzę!" Z tym postanowieniem mocno szarpnąłem klamkę. Wtedy z okrągłego okienka stodoły wychynęła skwaszona gęba Josepha.

- Czego tu? - wrzasnął. - Pan jest tamój, w owczarni. Trza obejść stodołe, jak chcecie z nim godać.

- A w środku nie ma nikogo, kto by mi otworzył?

- Ino pani, ale ona sie nie ruszy, choćbyście walili w drzwi aż do nocy.

- Dlaczego? Nie możecie jej powiedzieć, kim jestem?

- A co mie tam! Nie moja rzecz - mruknęła głowa i zniknęła.

Śnieg padał coraz gęściej. Przypuściłem kolejny atak na klamkę, kiedy z podwórza nadszedł młody człowiek, bez płaszcza, z widłami na ramieniu. Krzyknął, abym za nim podążył, co też uczyniłem. Minąwszy budynek pralni i brukowany dziedziniec z szopą na węgiel, pompą i gołębnikiem, dotarliśmy do wielkiej, ciepłej i wesołej izby, znanej mi już z poprzedniej wizyty. Płonął w niej rozkosznym blaskiem ogromny ogień, podsycany węglem, torfem i drewnem, a w pobliżu stołu nakrytego do obfitego wieczornego posiłku z przyjemnością zauważyłem panią domu, której istnienia wczoraj nawet nie podejrzewałem. Skłoniłem się w oczekiwaniu, aż mi wskaże miejsce, ale tylko odchyliła się w krześle i zastygła w milczeniu.

- Paskudna pogoda! - zauważyłem. - Obawiam się, pani Heathcliff, że lenistwo służby skrupiło się na drzwiach, gdyż porządnie je obtłukłem, zanim ktoś mnie usłyszał.

Nawet nie otworzyła ust. Patrzyłem na nią, ona patrzyła także, a raczej wbijała we mnie chłodne, obojętne spojrzenie, co odczułem jako nad wyraz przykre i krępujące.

- Siadaj pan - odezwał się burkliwie młodzieniec. - On zaraz przyjdzie.

Posłuchałem i odchrząknąwszy, przywołałem tę bandytkę Juno, która tym razem raczyła poruszyć czubkiem ogona na znak zawartej wczoraj znajomości.

- Piękne zwierzę - napomknąłem. - Będzie pani rozdawać młode?

- Nie są moje - odparła urocza gospodyni; nawet sam Heathcliff nie zdobyłby się na bardziej opryskliwy ton.

- Ach, więc to pewnie tam są pani ulubieńcy? - spytałem, odwracając się w stronę poduszki, na której, jak sądziłem, leżały koty.

- Też mi pan wybrał ulubieńców - prychnęła.

Niestety nie były to koty, tylko kilka martwych królików. Chrząknąłem znowu i przysunąłem się bliżej ognia, ponownie mamrocząc coś na temat okropnej pogody.

- Trzeba było siedzieć w domu. - Wstała i sięgnęła do gzymsu po jedną z malowanych puszek.

Poprzednio zajmowana pozycja osłaniała ją od światła, więc dopiero teraz mogłem zobaczyć całą jej sylwetkę i twarz. Była smukła i najwyraźniej dopiero co wyrosła z lat dziewczęcych; miała godną podziwu figurę i najpiękniejszą twarzyczkę, jaką zdarzyło mi się widzieć; do tego subtelne rysy, bardzo białą cerę, jasne jak len czy raczej złociste loki, zwieszające się luźno nad delikatną szyją. Oczom - gdyby patrzyły bardziej przyjaźnie - trudno byłoby się oprzeć, na szczęście jednak dla mojego wrażliwego serca jedyne uczucie, jakie z nich wyzierało, wahało się między pogardą i czymś w rodzaju desperacji, dziwnie nienaturalnej u tak młodej osóbki. Nie mogła dosięgnąć do puszek, więc rzuciłem się z pomocą, ale spojrzała na mnie tak, jak patrzy skąpiec, któremu ktoś chce asystować przy liczeniu złota.

- Nie trzeba mi pomocy - warknęła. - Sama dam sobie radę.

- Najmocniej panią przepraszam - odrzekłem pośpiesznie.

- Zaproszono pana na podwieczorek? - Zawiązała fartuch na schludnej czarnej sukni, po czym uniosła nad imbrykiem łyżkę pełną herbacianych liści.

- Chętnie wypiję filiżankę herbaty.

- Pytam, czy był pan zaproszony.

- Nie - odparłem z lekkim uśmiechem. - To pani wydaje tu zaproszenia.

Wsypała herbatę z powrotem do puszki i odłożywszy ją razem z łyżką na miejsce, wróciła na krzesło ze zmarszczonym czołem i wysuniętą dolną wargą jak dziecko bliskie płaczu.

Tymczasem młodzieniec narzucił na siebie jakiś obszarpany łach i stał teraz przy ogniu, popatrując na mnie z ukosa z taką wrogością, jakby istniała między nami śmiertelna waśń. Nie miałem pewności, czy należy do służby, chociaż wskazywałyby na to język i odzież, zupełnie niedorównujące gospodarzom. Gęste brązowe kędziory miał brudne i zaniedbane, wąsy zachodziły mu na policzki, a śniade dłonie świadczyły o fizycznej pracy. Mimo to nosił się swobodnie, niemal wyniośle, a wobec pani domu nie okazywał ani trochę skwapliwej uniżoności. Wobec braku jakichkolwiek znamion jego pozycji w tym domu uznałem, że najlepiej będzie udawać, że nie dostrzegam jego dziwacznego zachowania. Pięć minut później z kłopotliwej sytuacji uratowało mnie przybycie Heathcliffa.

- No to jestem, zgodnie z obietnicą! - wykrzyknąłem, siląc się na wesołość. - Obawiam się tylko, że pogoda zatrzyma mnie tu przynajmniej na pół godziny, jeśli zechce mi pan użyczyć schronienia.

- Pół godziny? - Heathcliff strząsnął płatki śniegu z odzieży. - Że też chciało się panu przypętać tu w taką zawieruchę. Wie pan, że ryzykuje życie, włócząc się po tych bagnach? Nawet ludzie obeznani z wrzosowiskiem często gubią drogę w takie wieczory, a powiem panu, że nie ma co liczyć na rychłą zmianę pogody.

- A nie znajdzie się u pana chłopak, który mnie poprowadzi? Potem zostałby w Drozdowym Gnieździe do rana. Może tak być?

- Nie może.

- Och, doprawdy! No cóż, będę musiał zdać się na siebie.

- A tam!

- Co z tą herbatą? - spytał obszarpaniec, przenosząc gniewny wzrok ze mnie na młodą damę.

- On też ma dostać? - zwróciła się tamta do Heathcliffa.

- Rusz się wreszcie! - Odpowiedź brzmiała tak ostro, że aż się wzdrygnąłem. Ton, jakim wypowiedział te słowa, zdradzał naprawdę zły charakter. Teraz już nie nazwałbym go "kapitalnym gościem". Kiedy przygotowania dobiegły końca, burknął w moją stronę: - Przysuń pan sobie krzesło. - Po czym wszyscy, włącznie z kudłatym indywiduum, zasiedliśmy do stołu i w ponurej ciszy zabraliśmy się do jedzenia.

Doszedłem do wniosku, że jeśli to moja obecność wywołała ten grobowy nastrój, to powinienem starać się go rozproszyć. Może mają nienajlepsze charaktery, ale na pewno nie cały czas są tacy posępni i milczący.

- To dziwne - zacząłem w przerwie między jedną filiżanką herbaty a drugą - jak bardzo zwyczaj wpływa na nasze gusta i idee. Mało kto wyobraża sobie, że w miejscu tak oddalonym od świata można zaznać prawdziwie szczęśliwego życia. A jednak śmiem zauważyć, że pan w otoczeniu rodziny, ze swoją uroczą panią, istnym duchem strzegącym ogniska domowego...

- Z moją uroczą panią? - przerwał mi z niemal szatańskim szyderstwem w głosie. - Gdzież ona jest, ta "moja urocza pani"?

- No... mam na myśli panią Heathcliff... Pańską małżonkę.

- Ach, tak... Więc pan sobie wyobraża, że jej duch przyjął posadę anioła stróża Wichrowych Wzgórz i strzeże ich pomyślności, chociaż ciało leży w ziemi?

Spostrzegłszy, że popełniłem gafę, usiłowałem ją naprawić. Powinienem przecież zauważyć znaczną różnicę wieku obu stron, która wskazywała, że raczej nie są mężem i żoną. On miał koło czterdziestki - a wówczas mężczyzna ma dość sprawny umysł, by nie ulegać złudzeniu, że dziewczyna poślubi go z miłości; takie marzenia bywają pociechą schyłkowych lat życia. Ona zaś nie wyglądała nawet na siedemnaście.

I wtedy doznałem olśnienia: ten błazen u mego boku, który pije herbatę ze spodka i je chleb, nie umywszy rąk, to zapewne jej mąż, Heathcliff junior. Oto skutki pogrzebania się żywcem: dziewczyna wydała się za tego gbura, nie mając pojęcia, że istnieją lepsi. Jaka szkoda! Muszę teraz uważać, żeby z mojego powodu nie pożałowała swego kroku. Tę ostatnią refleksję można by uznać za zarozumialstwo, ale to nieprawda. Mój sąsiad wydał mi się wręcz odpychający, ja zaś - wiem to z doświadczenia - uchodzę za względnie atrakcyjnego.

- Pani Heathcliff jest moją synową - oznajmił gospodarz, potwierdzając moje przypuszczenie. Mówiąc to, rzucił jej osobliwe spojrzenie. Można by je uznać za nienawistne, chyba że w przeciwieństwie do innych ludzi układ mięśni na jego twarzy nie odzwierciedlał języka duszy.

- Ach, rzeczywiście... Teraz widzę, że to pan jesteś szczęśliwym posiadaczem tu obecnej dobrej wróżki - zwróciłem się do mego sąsiada.

Już gorzej trafić nie mogłem; młodzieniec poczerwieniał i zacisnął pięść, najwyraźniej szykując się do ataku. Wkrótce jednak się opanował i wyładował złość jedynie w ordynarnym przekleństwie wymamrotanym pod moim adresem. Postanowiłem udać, że go nie słyszę.

- Nie masz pan dziś szczęścia do domysłów - zauważył pan Heathcliff. - Żaden z nas nie ma prawa własności do pańskiej dobrej wróżki; jej małżonek nie żyje. Nazwałem ją synową, co oznacza, że musiała poślubić mojego syna.

- Więc ten młody człowiek...

- Nie jest moim synem, rzecz jasna.

Heathcliff uśmiechnął się znowu, jakby przypisanie mu ojcostwa owego niedźwiedzia uznał za zbyt śmiały żart.

- Nazywam się Hareton Earnshaw - burknął tamten - i radziłbym panu się z tym liczyć.

- Nie okazałem wszak braku szacunku - odrzekłem, wyśmiewając w duchu jego napuszony ton.

Utkwił we mnie tak wyzywający wzrok, że wolałem się odwrócić. Jeszcze by mnie podkusiło, żeby przyłożyć mu w ucho albo dać głośno wyraz mojej wesołości. Zacząłem czuć się wyraźnie nie na miejscu w tym przyjemnym kółku rodzinnym. Posępna atmosfera zniweczyła niemal doszczętnie poczucie otaczającego mnie fizycznego komfortu, toteż obiecałem sobie, że nieprędko zdecyduję się po raz trzeci zawitać w te progi.

Posiłek miał się ku końcowi, ale nikt nie zdobył się na choćby słowo towarzyskiej rozmowy. Podszedłem do okna, żeby zerknąć na pogodę, i moim oczom ukazał się godny pożałowania widok. W przedwcześnie zapadającej ciemności niebo i wzgórza tonęły w wirach szalejącego wiatru i gęstego śniegu.

- Nie sądzę, żebym dotarł do domu bez przewodnika - wyrwało mi się mimo woli. - Drogi lada chwila całkiem zasypie, a nawet gdyby nie, to i tak nic nie zobaczę po ciemku.

- Hareton, zapędź ten tuzin owiec do przedsionka stodoły i zastaw je deską. W zagrodzie zginęłyby pod śniegiem.

- A ja co mam zrobić? - spytałem z rosnącą irytacją.

Nie doczekałem się odpowiedzi. Rozejrzawszy się wokół, dostrzegłem tylko Josepha, z wiadrem owsianki dla psów, i panią Heathcliff, pochyloną nad ogniem i zabawiającą się zapalaniem zapałek, które spadły z gzymsu, kiedy odkładała tam puszkę z herbatą. Joseph, uwolniwszy się z ciężaru, ogarnął krytycznym spojrzeniem pokój i odezwał się skrzekliwie:

- Bedzie tak tu sterczeć i sie lenić, kiedy uny poszli do roboty? Żadnego pożytku z takiego próżniaka! Szkoda godoć, diabli jo wezno, jako i jej matkę wzieni!

W pierwszej chwili wziąłem ten potok elokwencji do siebie i już zamierzałem wykopać starego hultaja za drzwi, kiedy powstrzymała mnie odpowiedź pani Heathcliff:

- Ty stary, niegodziwy obłudniku! Nie boisz się, że to ciebie diabli zawloką do piekła, skoro tak ich przyzywasz? Lepiej mnie nie zaczepiaj, bo poproszę ich o tę szczególną przysługę. Popatrz no, Josephie! - Tu ściągnęła z półki dużą ciemną księgę. - Pokażę ci, jakie postępy zrobiłam w czarnej magii. Tylko patrzeć, jak zaprowadzę w tym domu swoje porządki. Ta czerwona krowa nie zdechła przez przypadek. A twojego reumatyzmu też nie można uznać za dopust Opatrzności.

- Och, przeklęta, przeklęta... - sapał stary. - Panie, strzeż nas od wszelkiego zła!

- Sam jesteś potępieńcem, stary łotrze! Wynocha stąd, bo naprawdę coś ci zrobię! Ulepię kukły was wszystkich z wosku i gliny, a wtedy pierwszy, który mi się narazi... Nie powiem, co się z nim stanie, ale zobaczycie! No, jazda stąd, patrzę na ciebie!

W pięknych oczach młodej wiedźmy zapaliły się drwiące, złośliwe błyski.

Przerażony nie na żarty Joseph krzyknął raz jeszcze: "Przeklęta!" i mamrocząc modlitwy, pośpiesznie opuścił pokój. Uznałem jej zachowanie za rodzaj okrutnego żartu, teraz jednak, kiedy zostaliśmy sami, odważyłem się zwrócić jej uwagę na moją sytuację.

- Pani Heathcliff, proszę mi wybaczyć, że ją niepokoję, ale jak mniemam, istota o takiej twarzy musi mieć dobre serce. Zechce mi pani objaśnić, jakimi znakami powinienem się kierować, idąc do domu? Mam o tym takie samo pojęcie, co pani o drodze do Londynu.

- Niech pan po prostu wraca drogą, którą przyszedł - odparła, rozsiadając się na krześle przy świecy z otwartą księgą. - To krótka rada, ale innej nie mam.

- Więc jeśli usłyszy pani, że znaleziono mnie martwego w bagnie albo w zaspie śnieżnej, sumienie nie podszepnie pani, że to częściowo z jej winy?

- Co takiego? Przecież pana nie odprowadzę. Nie pozwoliliby mi dojść nawet do końca ogrodu.

- Ależ pani! Za nic nie śmiałbym prosić, abyś w taką noc wyszła choćby za próg dla mojej wygody! Chcę tylko, byś mi powiedziała, jak mam iść, albo nakłoniła pana Heathcliffa, by zgodził się dać mi przewodnika.

- To znaczy kogo? Jest tylko on sam, Earnshaw, Zillah, Joseph i ja. Kogo byś pan wybrał?

- Nie macie żadnych parobków?

- Nie.

- W takim razie będę zmuszony przenocować.

- Musi pan to ustalić z gospodarzem. Ja nie mam tu nic do gadania.

- Masz pan teraz nauczkę, żeby nie włóczyć się nocami po wzgórzach - rozległ się od kuchennego wejścia szorstki głos Heathcliffa. - Co się tyczy noclegu, to nie mamy tu pokoi dla gości. Będzie pan musiał spać z Haretonem albo Josephem, jeśli wola.

- Mogę spać tutaj, na krześle.

- O, co to, to nie! Obcy to jednak obcy, nieważne, bogaty czy biedny. Nikt nie będzie mi buszował po domu, gdy tylko spuszczę go z oka - zaprotestował gburowato.

Tego mi było za wiele. Wydawszy okrzyk oburzenia, przepchnąłem się obok niego na podwórze z takim impetem, że wpadłem prosto na Earnshawa. W ciemnościach nie mogłem dostrzec bramy. Błąkając się po omacku, usłyszałem kolejną wymianę uprzejmości tutejszych mieszkańców:

- Odprowadzę go chociaż do parku - zlitował się nade mną młodzian.

- Raczej do diabła! - ryknął jego pan czy może krewny. - A kto zajmie się końmi, co?

- Życie ludzkie jest chyba więcej warte niż zaniechanie obrządku. Ktoś przecież musi pójść - mruknęła pani Heathcliff uprzejmiej, niż się spodziewałem.

- Nie na twój rozkaz! - wypalił Hareton. - Siedź cicho, jeśli ci na nim zależy.

- To mam nadzieję, że jego duch nie da ci spokoju, a Drozdowe Gniazdo popadnie w ruinę, bo pan Heathcliff nigdy nie znajdzie nowego dzierżawcy!

- Słuchajcie ji tylko, jak klnie - mruknął siedzący nieopodal Joseph.

Doił właśnie krowy przy świetle latarni, którą mu bezceremonialnie wyrwałem i wołając, że odeślę ją jutro, pośpieszyłem do najbliższej furtki.

- Panie, panie, un kradnie latarnie! - wrzasnął stary, ruszając w pogoń. - Hej, Gnat! Hej, Wilk! Bierzcie go, pieski, bierzcie!

Dopadły mnie tuż przy wyjściu. Od razu rzuciły mi się do gardła, obaliły na ziemię i zadeptały światło. Chóralny rechot Heathcliffa i Haretona dopełnił miary mojej furii i upokorzenia. Na szczęście bestie wolały przeciągać się, ziewać i merdać ogonami niż pożerać mnie żywcem, ale nie pozwalały mi się ruszyć, dopóki ich złośliwi właściciele nie zdecydowali się mnie uwolnić. Wtedy - bez kapelusza i trzęsąc się z gniewu - zażądałem od niegodziwców, by mnie wypuścili, bo jeszcze minuta, a gorzko tego pożałują. Miotałem przy tym bliżej nieokreślone groźby odwetu, przy czym język mi się plątał jak u samego króla Leara3.

Z tego wszystkiego puściła mi się krew z nosa, ale Heathcliff nadal się śmiał, a ja nadal go lżyłem. Nie wiem, czym skończyłaby się ta scena, gdyby nie wkroczyła na nią osoba, która okazała więcej rozsądku niż ja i więcej dobrej woli niż mój prześladowca. Była to Zillah, owa korpulentna gospodyni, która w końcu postanowiła sprawdzić, co to za awantura. Myślała, że dopuszczono się na mnie napaści, ale bojąc się atakować pana domu, skierowała całą artylerię wokalną przeciwko młodszemu nikczemnikowi.

- Ejże, paniczu Earnshaw, ciekawe, co pan jeszcze zmaluje! Będziemy teraz mordować gości w naszych własnych progach? Widzę, że nic tu po mnie! Spójrzcie na tego biedaka, przecie on się dusi! Tak nie można, chodźcie, panie, do środka, zaraz was opatrzę... No, no, spokojnie, wszystko będzie dobrze.

Z tymi słowami chlusnęła mi na kark lodowatą wodą i wciągnęła do kuchni. Pan Heathcliff, którego chwilowa wesołość ustąpiła szybko dawnemu ponuractwu, podążył tuż za nami.

Czułem się strasznie chory i słaby, do tego kręciło mi się w głowie, musiałem więc zostać na noc pod jego dachem. Kazał Zillah nalać mi szklaneczkę brandy, po czym nas zostawił. Zillah starała się, jak mogła, aby mi ulżyć w niedoli, a kiedy poczułem się nieco lepiej, spełniła polecenie pana i zaprowadziła mnie do łóżka.

ROZDZIAŁ III

W drodze na górę ostrzegła mnie, żebym osłonił świecę i nie hałasował, gdyż jej pan ma takie dziwactwo, że z własnej woli nikogo nie wpuszcza do pokoju, w którym będę nocował. Zapytałem o powód, ale odpowiedziała, że go nie zna; mieszka tu zaledwie od roku czy dwóch, podczas których wydarzyło się tyle niezwykłych rzeczy, że przestała się nimi interesować.

Zbyt oszołomiony, by dziwić się czemukolwiek, zabezpieczyłem drzwi i rozejrzałem się za łóżkiem. Całe umeblowanie składało się z krzesła, komody i dużej dębowej skrzyni z prostokątnymi otworami, przypominającymi okna powozu. Zajrzawszy do środka, zobaczyłem rodzaj staroświeckiej sofy, dzięki której użytkownik mógł się odseparować od innych członków rodziny. W rzeczy samej miał tu jakby oddzielny pokoik, w którym parapet okna służył za stolik.

Rozsunąłem ścianki i wszedłem tam razem ze świecą. Zamknąwszy się od środka, poczułem się wolny od natarczywości Heathcliffa i jego domowników.

W rogu parapetu, na którym umieściłem świecę, leżał stosik zatęchłych książek. Zauważyłem też na nim liczne wyskrobane na farbie napisy. Powtarzało się na nich jedno imię: Catherine, ale z innymi nazwiskami: Earnshaw, Heathcliff i Linton, wypisane różnej wielkości literami, o przeróżnym charakterze pisma.

Znużony oparłem głowę o parapet i powtarzałem bezmyślnie: Catherine Earnshaw... Heathcliff... Linton... dopóki oczy mi się same nie zamknęły. Nie minęło jednak pięć minut, kiedy z ciemności wychynął rój upiornie białych liter, układających się uparcie w to jedno imię: Catherine. Poruszyłem się, aby odegnać od siebie to natręctwo, i w tym momencie zauważyłem, że od przechylonej świecy zajął się jeden ze starych tomów i powietrze wypełnił swąd przypalonej cielęcej skóry.

Zdusiłem płomień i nadal trzęsąc się z zimna i nawracających mdłości, rozłożyłem na kolanach osmaloną, cuchnącą pleśnią książkę. Była to wydrukowana niewyraźną czcionką Biblia, z inskrypcją na stronie tytułowej: "Własność Catherine Earnshaw" i datą sprzed ćwierci wieku.

Zamknąłem tom i wziąłem do ręki kolejny, a potem przejrzałem też wszystkie pozostałe. Biblioteczka Catherine okazała się doborowa, a jej stan świadczył o częstym używaniu, chociaż nie zawsze zgodnie z przeznaczeniem. Mało który rozdział oparł się atramentowym bazgrołom, wypełniającym gęsto marginesy. Część stanowiły oderwane zdania, inne przybrały formę regularnego dziennika pisanego niewprawną dziecięcą ręką. Na górze dodatkowej czystej strony (jak sądzę, dla użytkowniczki był to prawdziwy skarb) z wielkim zdumieniem odkryłem doskonałą karykaturę mojego przyjaciela Josepha, naszkicowaną w prymitywny, lecz pełen wyrazu sposób. Natychmiast rozbudziło to we mnie zainteresowanie ową nieznaną Catherine, więc zabrałem się do rozszyfrowywania jej wyblakłych hieroglifów.

Paskudna niedziela - zaczynał się akapit pod rysunkiem. - Szkoda, że ojciec nie może do nas wrócić. Teraz rządzi tu Hindley i to jest nie do zniesienia. Heathcliffa traktuje okropnie, więc zamierzamy się zbuntować. Pierwszy krok zrobiliśmy dziś wieczorem.

Cały dzień lało jak z cebra. Nie mogliśmy iść do kościoła, więc Joseph postanowił odprawić nabożeństwo na strychu. I kiedy Hindley z żoną wygrzewali się na dole przy ogniu, oddając się różnym zajęciom, ale na pewno nie czytaniu Biblii (daję za to głowę), my z Heathcliffem i nieszczęsnym parobkiem musieliśmy wziąć modlitewniki i ruszyć na górę. Joseph usadził nas w rządku na worku ziarna, gdzie trzęśliśmy się z zimna, mając nadzieję, że on też marznie i dlatego wygłosi krótkie kazanie. Nic z tego! Nabożeństwo trwało bite trzy godziny, a mimo to mój brat miał czelność wykrzyknąć, kiedy schodziliśmy: "Co, już koniec?". W niedzielne wieczory zwykle pozwalano nam się bawić, bylebyśmy za bardzo nie hałasowali, teraz za zwykły chichot każą nam stać w kącie.

- Zapominacie, kto tu jest panem - grzmiał ten tyran. - Rozniosę na strzępy każdego, kto mi nadepnie na odcisk! Ma tu być idealna cisza i spokój! Ach, więc to ty, chłopcze? Frances, kochanie, szarpnij go za kudły, jak będziesz przechodzić. Słyszałem, jak strzelał palcami.

Frances skwapliwie spełniła tę prośbę, po czym usadowiła się na kolanach męża. Siedzieli tak przez całą godzinę jak dwa dzieciaki, całując się i wygadując jakieś głupstwa, których my z pewnością byśmy się wstydzili. Umościliśmy się jak najwygodniej w niszy pod kredensem, ja związałam nasze fartuszki, tak żeby powstała zasłonka, a tu ze stajni wraca Joseph. Zdziera moje dzieło, okłada mnie kułakami po uszach i zaczyna skrzeczeć:

- Pon jeszcze nie ostygli w grobie, dzień świynty sie nie skuńczył, słowa Dobryj Nowiny nie przebrzmieli, a wy co?! Że tyż wom nie wstyd! Siadać mie do czytania, paskudniki jedne, jest tu dość zbożnych książków! O duszy mocie myśleć!

To rzekłszy, kazał nam usiąść tak, aby blask ognia choć trochę padał na karty książek, które wepchnął nam w ręce. Nie mogłam tego znieść i cisnęłam wyświechtany tom na psie legowisko, krzycząc, że nienawidzę zbożnych książek. Heathcliff kopnął swoją w tę samą stronę. No i wtedy się zaczęło!

- Ponie Hindley! - rozdarł się nasz kapelan. - Idzie no pon tutej! Panna Cathy oberwała grzbiet Hełmu zbawienia, a Heathcliff wyżył sie na Drodze do zagłady! To przeca sama zgroza, co une wyprawiajo! Stary pon już by jem dał, ale co, jak go ni mo...

Hindley, wyrwany ze swej idylli przy ogniu, złapał jedno z nas za kołnierz, a drugie za ramię, po czym wepchnął nas do tylnej kuchni, gdzie jak zapowiedział Joseph, ani chybi miał nas dorwać diabeł. Usiedliśmy więc, każde w oddzielnym kącie, i czekaliśmy na jego przybycie. Wzięłam z półki tę książkę i atrament, uchyliłam drzwi, żeby wpuścić trochę światła, i od dwudziestu minut piszę. Mój towarzysz jednak się niecierpliwi i proponuje, żebyśmy zabrali pelerynę mleczarki i pod jej osłoną poszli na wrzosowiska. Doskonały pomysł... Staruch z pewnością tu przyjdzie i uzna, że jego proroctwo się spełniło, nam zaś nawet na deszczu nie będzie gorzej niż tutaj.

* * *

Przypuszczam, że Catherine spełniła ten zamiar, gdyż następne zdanie dotyczyło już czegoś innego. Tym razem uderzyła we łzawy ton:

Nawet mi się nie śniło, że Hindley doprowadzi mnie do takiego płaczu! Głowa tak mnie boli, że nie mogę utrzymać jej na poduszce, a i tak nie potrafię przestać. Biedny Heathcliff! Hindley nazywa go przybłędą i nie pozwala mu siadać z nami do stołu. Zabronił nam też wspólnych zabaw i grozi, że jeśli złamiemy jego zakazy, to wyrzuci go z domu. Oskarża naszego ojca (jak on śmie?), że traktował H. zbyt łagodnie, i zaklina się, że teraz mu pokaże jego właściwe miejsce...

* * *

W marnym oświetleniu zacząłem przysypiać, więc przeniosłem wzrok z niewyraźnego rękopisu na druk. Moją uwagę przykuł czerwony ozdobny tytuł Siedemdziesiąt razy po siedem i pierwszy po siedmiokroć siedemdziesiątym. Pobożny dyskurs wygłoszony przez wielebnego Jabeza Branderhama w kaplicy w Gimmerden Sough4. Kiedy jednak półprzytomnym umysłem próbowałem odgadnąć, jak też czcigodny autor zrozumiał ów temat, osunąłem się na łóżko i zasnąłem. Niestety! Oto skutki niedobrej herbaty i podłego nastroju, bo cóż innego mogłoby spowodować tak okropną noc? Nie pamiętam drugiej podobnej od czasu, gdy poznałem, co to cierpienie.

Jeszcze zanim straciłem poczucie miejsca, nawiedził mnie sen. Zdawało mi się, że jest już ranek i Joseph prowadzi mnie do domu. Drogę zalegał głęboki śnieg i kiedy brnęliśmy przez nią, mój przewodnik ciągle mi wyrzucał, że nie zabrałem pielgrzymiego kostura, bez którego jego zdaniem nigdy nie dotrę do celu. Sam wymachiwał chełpliwie laską o ciężkiej główce, której jak zrozumiałem, nadał takie miano. Przez chwilę uznałem za niedorzeczność, abym bez takiej broni miał się nie dostać do własnego domu, ale nagle błysnęła mi nowa myśl: my wcale tam nie idziemy! Zmierzamy do kaplicy, aby wysłuchać kazania słynnego Jabeza Branderhama na temat frazy "siedemdziesiąt razy po siedem", gdyż któryś z nas - Joseph, kaznodzieja lub ja - popełnił o jeden grzech więcej, za co ma być publicznie napiętnowany i poddany ekskomunice.

Doszliśmy do kaplicy. Minąłem ją kilka razy na jawie podczas spacerów - leżała w płytkim zagłębieniu pomiędzy dwoma wzgórzami, w pobliżu grząskiego torfowiska. Ponoć ma ono balsamizujące właściwości, co oznacza, że trupy, które tam wrzucono, nie ulegają rozkładowi. Dach kaplicy na razie jest cały, ale ponieważ pensja pastora wynosi tylko dwadzieścia funtów rocznie, a dwa pokoje plebanii są bliskie ruiny, żaden duchowny nie kwapi się do podjęcia tam służby, zwłaszcza że tutejsza trzódka prędzej pozwoliłaby mu zagłodzić się na śmierć, niż wysupłała z kieszeni choćby jednego pensa. W moim śnie jednak Jabez cieszył się licznym i zasłuchanym zgromadzeniem. Co się tyczy kazania... dobry Boże, cóż to była za mowa! Składała się z czterystu dziewięćdziesięciu części, z których każda miała długość zwykłego kazania i dotyczyła jednego grzechu! Nie mam pojęcia, gdzie on je wszystkie wynalazł. Rzeczoną frazę Jabez interpretował na swój własny sposób, uznając najwyraźniej, że bliźni przy każdej okazji popełniają jakieś nowe grzechy. Te, o których mówił, wydawały mi się wyjątkowo dziwaczne - niejednego z tych osobliwych występków nigdy sobie nawet nie wyobrażałem.

Och, jak mnie to wszystko znużyło! Wierciłem się, ziewałem, to przysypiając, to się budząc. Szczypałem się i kłułem, tarłem oczy, wstawałem, szturchałem łokciem Josepha, wypytując go, czy to się kiedyś skończy. Skazano mnie jednak na wysłuchanie całości, aż wreszcie kaznodzieja dotarł do "pierwszego z siedemdziesiątego pierwszego". W tym momencie spłynęło na mnie natchnienie. Wstałem i oznajmiłem, że Jabez Branderham popełnił grzech, którego żadnemu chrześcijaninowi nie wolno wybaczyć.

- Panie - wołałem - siedząc w tych czterech ścianach, wysłuchałem i wybaczyłem czterysta dziewięćdziesiąt części tego dyskursu. Siedemdziesiąt razy po siedem chwytałem kapelusz, gotów do ucieczki. Siedemdziesiąt razy po siedem zmuszałeś mnie pan do ponownego zajęcia miejsca. Ale czterysta dziewięćdziesiąty pierwszy raz to dla mnie za wiele. Hajże na niego, bracia w męczeństwie! Ściągnąć go z mównicy i rozdeptać w drobny pył, żeby nawet ślad po nim nie pozostał!

- Tyś jest tym mężem!5 - krzyknął Jabez po namaszczonej pauzie, wychylając się z mównicy. - Siedemdziesiąt razy po siedem zniekształcałeś swe oblicze, rozwierając gębę w ziewaniu. Siedemdziesiąt razy po siedem dawałem się przekonywać mej duszy, że to tylko ludzka słabość, która też może być rozgrzeszona. Ale oto nadchodzi ten pierwszy po siedmiokroć siedemdziesiątym. Bracia, dokonajmy na nim wyroku, jak każe Pismo. Taki honor przypada wszystkim Jego świętym!

Po tych słowach całe zgromadzenie zerwało się z miejsc i osaczyło mnie, wznosząc swoje pielgrzymie kostury. Nie miałem czym się bronić, więc zacząłem szamotać się z Josephem, najbliższym i najzacieklejszym z prześladowców, próbując mu wyrwać laskę. Kilka kijów w tym ścisku się skrzyżowało, ciosy przeznaczone dla mnie trafiały w inne łby, wkrótce cała kaplica rozbrzmiewała odgłosami walki - każdy tu bił się z każdym. Branderham, który nie chciał okazać się gorszym, wyładowywał swój zapał, waląc pięściami w pulpit tak mocno, że ku mej nieopisanej uldze wreszcie się obudziłem.

Co jednak spowodowało ten straszliwy hałas? Co udawało to walenie Jabeza w mównicę? Okazało się, że to po prostu gałąź jodły, targana porywami wiatru, tłukła o framugę okna, bębniąc o szyby szyszkami! Nasłuchiwałem czujnie przez chwilę, ale kiedy wykryłem przyczynę, obróciłem się na drugi bok i zapadłem w sen. I znów przyśnił mi się koszmar, jeszcze gorszy od poprzedniego, jeśli to możliwe.

Tym razem wiedziałem, że leżę w tej dębowej skrzyni, i wyraźnie słyszałem podmuchy wiatru oraz szum zacinającego śniegu. Nadal słyszałem też stukot jodłowej gałęzi, ale choć znałem już przyczynę, to tak mi to działało na nerwy, że postanowiłem z tym skończyć. Wstałem więc i spróbowałem uchylić okno, ale we śnie nie pamiętałem, że haczyk jest przylutowany. "Trudno, muszę to jakoś powstrzymać" - mruknąłem. Rozbiłem pięścią okno, ale kiedy wyciągnąłem rękę po gałąź, poczułem pod palcami małą lodowatą dłoń!

Zdjęty grozą, próbowałem się uwolnić, ale dłoń uczepiła się mocno, a jakiś żałosny głos błagał wśród łkań:

- Wpuść mnie, wpuść...

- Kim jesteś? - spytałem, cały czas starając się wyszarpnąć.

- Catherine Linton - brzmiała drżąca odpowiedź (dlaczego akurat "Linton"? Przecież znacznie częściej widziałem nazwisko "Earnshaw"!). - Wracam do domu... Zbłądziłam na wrzosowisku...

Nagle za szybą zamajaczyła dziecięca twarzyczka, ale strach rozbudził we mnie okrucieństwo. Uznawszy, że próba wyrwania się tej zjawie nic nie da, przyciągnąłem jej dłoń do rozbitej szyby i tarłem nią o szkło, aż cieknąca krew poplamiła mi pościel. Widmo jednak nadal zawodziło: "Wpuść mnie!" i nie puszczało chwytu, doprowadzając mnie tym niemal do szaleństwa.

- Nie mogę cię wpuścić, kiedy mnie trzymasz - odrzekłem w końcu.

W odpowiedzi palce się rozluźniły, a ja szybko cofnąłem dłoń, czym prędzej zabarykadowałem otwór stosem książek i zatkałem sobie uszy, żeby nie słuchać tych lamentów.

Zaciskałem je tak około kwadransa, ale ledwie odjąłem ręce, znów słyszałem żałosne jęki.

- Precz stąd! - wrzasnąłem. - Nigdy cię nie wpuszczę, choćbyś błagała przez dwadzieścia lat!

- Właśnie mija dwadzieścia lat - zawodził głos. - Dwadzieścia lat... Tułam się tak od dwudziestu lat...

Zza okna dobiegało słabe skrobanie, a stos książek przesunął się, jakby ktoś go popchnął.

Próbowałem zerwać się na nogi, ale odmówiły mi posłuszeństwa, więc nieprzytomny ze strachu wrzasnąłem na całe gardło.

Ku memu przerażeniu ten krzyk okazał się realny. Za drzwiami rozległy się pośpieszne kroki, ktoś wtargnął do środka z impetem i w otworze skrzyni zamigotał płomień świecy. Usiadłem, drżąc na całym ciele, i otarłem pot z czoła. Intruz nieco się zawahał i mruknął coś do siebie, a potem, najwyraźniej nie oczekując odpowiedzi, zagadał półszeptem:

- Jest tu kto?

Uznałem, że lepiej będzie się ujawnić, gdyż poznałem głos Heathcliffa i obawiałem się, że zajrzy głębiej, gdybym siedział cicho.

Rozsunąłem więc ścianki, a skutku tego kroku nie zapomnę do końca życia.

Heathcliff stał przy wejściu, ubrany w koszulę i spodnie, ze świecą, która kapała mu na palce, i twarzą tak białą jak ściana za jego plecami. Przy pierwszym skrzypnięciu drewna drgnął jak rażony prądem. Świeca wypadła mu na podłogę, ale był tak poruszony, że nawet nie mógł się po nią schylić.

- To tylko ja, pański gość! - zawołałem, pragnąc oszczędzić mu upokorzenia tak jawnym tchórzostwem. - Śnił mi się straszny koszmar i krzyczałem przez sen. Przepraszam, że pana obudziłem.

- A niechże Bóg pana skarze, panie Lockwood! Szkoda że... - zaczął mój gospodarz, stawiając na krześle świecę, której nie mógł utrzymać prosto. - Kto pana tu wpuścił? - ciągnął, wbijając sobie paznokcie w dłonie i zgrzytając zębami, żeby powstrzymać je od szczękania. - No kto to był? Zaraz powyrzucam ich wszystkich z domu!

- Pańska służąca Zillah - odparłem, zeskakując na podłogę i zbierając pośpiesznie części garderoby. - Nie obchodzi mnie, co pan z nią zrobi, najwyraźniej sobie zasłużyła. Pewnie chciała udowodnić moim kosztem, że w tym miejscu straszy. No cóż, rzeczywiście aż się tu roi od duchów! Ma pan rację, że zamyka ten pokój. Nikt nie podziękuje panu za nocleg w tej norze.

- O co panu chodzi? I co pan wyprawiasz? Połóż się, skoro już tu jesteś, i śpij, bo jeszcze nie ranek. Tylko na Boga, nie hałasuj tak strasznie, chyba że podrzynaliby ci gardło!

- Gdyby ta mała diablica wlazła tu przez okno, ani chybi by mnie udusiła. Nie zamierzam dłużej znosić prześladowań pańskich gościnnych przodków. Czyżby wielebny Jabez Branderham był pańskim krewnym ze strony matki? A ta szelmutka Catherine Linton, Earnshaw czy jak się tam nazywa? Ta mała potępiona duszyczka musiała być niezłym ziółkiem za życia. Ponoć błąka się po ziemi już od dwudziestu lat, tak mi powiedziała. Niewątpliwie słuszna to kara za ziemskie występki.

Ledwie skończyłem mówić, kiedy przypomniało mi się, że imię Catherine w księdze zestawiono także z nazwiskiem Heathcliff. Kompletnie wyleciało mi to z głowy i aż poczerwieniałem ze wstydu. Udając, że nie zdaję sobie z tego sprawy, dodałem pośpiesznie:

- Prawdę rzekłszy, panie Heathcliff, pierwsza część nocy upłynęła mi na... - Tu urwałem, bo miałem na końcu języka: "...na wertowaniu tych starych książek", co zdradziłoby, że zapoznałem się nie tylko z ich drukowaną zawartością, lecz także z zapiskami piórem. - ...na odczytywaniu imienia i nazwisk wyskrobanych na parapecie - dokończyłem. - Przy tym monotonnym zajęciu zmorzył mnie sen, zupełnie jak przy liczeniu albo...

- Jak pan śmiesz mówić do mnie w ten sposób?! - ryknął Heathcliff. - I to pod moim własnym dachem! Boże, ten człowiek oszalał! - Tu palnął się w czoło ze złością.

Nie wiedziałem, czy mam się obrazić, czy kontynuować swoje wyjaśnienia, ale wydawał się tak mocno wzburzony, że zrobiło mi się go żal i przeszedłem do moich snów. Zapewniłem go, że nigdy przedtem nie słyszałem o Catherine Linton, ale odczytywałem to nazwisko wiele razy i dlatego jej twarz ukazała mi się we śnie, kiedy nie panowałem nad swoją wyobraźnią. Heathcliff w czasie tej przemowy stopniowo wycofywał się za łóżko i kiedy w końcu usiadł, prawie przestałem go widzieć. Mimo to po jego nieregularnym, urywanym oddechu poznałem, że stara się zapanować nad swoim gwałtownym wzruszeniem. Nie chcąc mu pokazywać, że słyszę jego zmagania, umyślnie hałasowałem przy ubieraniu.

- Nie ma jeszcze trzeciej - monologowałem, spojrzawszy na zegarek. - A przysiągłbym, że musi być szósta. Czas wyraźnie stoi tu w miejscu, przecież udaliśmy się na spoczynek o ósmej!

- W zimie zawsze kładziemy się o dziewiątej, a wstajemy o czwartej - odparł Heathcliff, tłumiąc jęk, i jak poznałem po cieniu jego ramienia, otarł łzę. - Panie Lockwood, idź pan do mojego pokoju, na dole byś teraz tylko przeszkadzał. Przez pańskie dziecinne krzyki mój sen diabli wzięli.

- Mój także. Pospaceruję do świtu po podwórzu, a potem sobie pójdę. Nie musi pan się obawiać, że powtórzę swoje najście. Jestem całkowicie wyleczony z szukania przyjemności w towarzystwie zarówno na wsi, jak i w mieście. Rozsądny człowiek powinien sam sobie być wystarczającym kompanem.

- Zaiste rozkoszna to kompania - mruknął Heathcliff. - Weź pan świecę i idź, gdzie ci się podoba. Tylko nie na podwórze, bo psy są spuszczone, a znów w dużej izbie Juno trzyma straż. Możesz pan sobie łazić po schodach albo po korytarzach, ale zejdź mi z oczu! Przyjdę za dwie minuty.

Posłuchałem, przynajmniej w kwestii opuszczenia pokoju, ale nie wiedząc, dokąd prowadzą wąskie korytarze, stałem nieruchomo i niechcący byłem świadkiem przesądnego zachowania mego gospodarza, dziwnie sprzecznego z jego zdrowym rozsądkiem. Wszedł na łóżko i otworzywszy szarpnięciem okno, wybuchnął niepohamowanym płaczem.

- Przyjdź! Przyjdź! - łkał. - Och, wejdź, Cathy, proszę! Jeszcze ten jeden raz! O, Catherine, moje serce, usłysz mnie tym razem!

Zjawa, jak to zjawa, okazała się kapryśna i nie dała już o sobie znać. Śnieg zawirował w nagłym podmuchu wiatru i wpadł do środka, tak że dotarł aż do mnie i zgasił mi świecę.

W tym wybuchu szaleństwa było tyle szczerego żalu, że współczucie kazało mi nie zważać na jego absurdalność. Wycofałem się dalej, zły na siebie, że w ogóle słuchałem tych błagań, które musiały być skutkiem tego, co mu opowiedziałem o swoim niedorzecznym koszmarze. Dlaczego tak się stało? Nie miałem najmniejszego pojęcia. Zszedłem ostrożnie na dół i trafiłem do kuchni, gdzie od żarzącego się jeszcze ognia odważyłem się zapalić świecę. Nic się nie poruszyło, z wyjątkiem szarej marmurkowej kotki, która wypełzła z popiołu i zamiauczała żałośnie.

Palenisko otaczały dwie półkoliste ławy. Wyciągnąłem się na jednej z nich, drugą zajęła kocica. Przez jakiś czas nikt nie zakłócał nam drzemki, dopóki z otworu w pułapie nie wysunęła się drabina, po której ze swej kwatery na strychu zszedł Joseph. Obrzucił podejrzliwym spojrzeniem migoczący pomiędzy szczeblami płomyczek, zrzucił z ławy kotkę i usadowiwszy się na jej miejscu, rozpoczął operację nabijania tytoniem trzycalowej fajki. Moją obecność w swoim królestwie uznał widocznie za tak wielką bezczelność, że nie opatrzył jej żadną uwagą. W milczeniu włożył cybuch do ust, założył ręce i zaczął pykać. Pozwoliłem mu zażywać tej rozkoszy w spokoju. Zaciągnąwszy się ostatni raz, wydał głębokie westchnienie, po czym wstał i oddalił się równie cicho, jak przyszedł. Następnie rozległy się bardziej sprężyste kroki i już otwierałem usta, żeby powiedzieć "dzień dobry", ale zamknąłem je w samą porę, gdyż okazało się, że to Hareton odprawia sotto voce swoje modły, kierując potok przekleństw w stronę każdego przedmiotu, który utrudniał mu poszukiwania łopaty do odgarniania śniegu. Zerknął za oparcie ławy, rozdymając gniewnie nozdrza, ale widocznie na jakieś pozdrowienie z jego strony zasłużyłem tyle samo co moja towarzyszka kotka. Z jego poczynań odgadłem, że można już wydostać się na dwór, więc podniosłem się z twardego łoża, zamierzając pójść za nim. Dostrzegł mój zamiar i pchnął końcem łopaty wewnętrzne drzwi, zachęcając mnie do wejścia nieartykułowanym dźwiękiem.

Znalazłem się w dużej izbie. Obie niewiasty były już na nogach. Zillah co sił w płucach rozdmuchiwała ogień, a pani Heathcliff klęczała przy kominku i czytała książkę, osłaniając oczy od żaru. Całkowicie pochłonięta lekturą odrywała się od niej tylko po to, żeby zbesztać służącą za wzniecanie iskier albo odepchnąć psa, który za bardzo zbliżał nos do jej twarzy. Ku memu zdumieniu był tam także Heathcliff. Stał przy ogniu, odwrócony do mnie tyłem, i kończył wyżywać się na nieszczęsnej Zillah, która co jakiś czas podnosiła do oczu rąbek fartucha, sapiąc z oburzenia.

- Ty, ty bezużyteczna... - Urwał na chwilę, kiedy wszedłem, po czym zwrócił się z kolei do synowej epitetem równie nieszkodliwym jak "kaczka" czy "owca", ale zwykle zastępowanym kropkami. - Te twoje próżniacze wykręty! Inni pracują na chleb, a ty wciąż żyjesz z mojej łaski! Rzuć wreszcie te bzdury i znajdź sobie coś do roboty! Zapłacisz mi za ten dopust, że muszę wiecznie mieć cię przed oczami, słyszysz, przeklęta babo?

- Odłożę te "bzdury", bo jeśli odmówię, to i tak mnie zmusisz - odparła, zamykając książkę i rzucając ją na krzesło. - Ale robić będę tylko to, co zechcę, choćbyś sobie zdarł język tymi przekleństwami!

Heathcliff się zamachnął, ale młoda pani, która pewnie zaznała już jego pięści, uskoczyła na bezpieczną odległość. Ponieważ nie miałem ochoty oglądać walki psa z kotem, ruszyłem szybko w stronę ognia, udając, że tylko chcę się ogrzać i nie mam pojęcia, że przeszkadzam. Oboje mieli tyle przyzwoitości, że powstrzymali dalsze zapędy. Heathcliff schował ręce do kieszeni, aby uniknąć pokusy, pani zaś wydęła wargi i usiadła w odległym kącie, gdzie do końca mojej wizyty zamieniła się w posąg. Nie trwało to długo. Odmówiłem udziału w śniadaniu i gdy tylko nastał świt, skorzystałem z możliwości ucieczki na świeże powietrze - czyste, bezwietrzne i zimne jak lód.

Ledwie dotarłem do końca ogrodu, zawołał mnie gospodarz i zaproponował swoje towarzystwo w drodze przez wrzosowiska. Dobrze się stało, gdyż wzgórza zmieniły się w nocy w pofałdowany biały ocean. Górki i dołki nie odpowiadały tym na poziomie gruntu, część zagłębień całkowicie wyrównał śnieg. Zniknęły pod nim rzędy pozostałych po kamieniołomach kopców, które zapamiętałem z wczorajszej wędrówki. Po jednej stronie drogę znaczyły ustawione co kilka jardów kamienne bielone słupy - ciągnęły się przez całe pustkowie, służąc za punkty orientacyjne w ciemności albo kiedy, jak teraz, droga pod śniegiem niebezpiecznie łączyła się z mokradłem. Dzisiaj zostało z nich zaledwie kilka i mój towarzysz ciągle musiał mnie ostrzegać, abym nie schodził ze ścieżki.

Mało z sobą rozmawialiśmy. Przy wejściu do parku przy Drozdowym Gnieździe Heathcliff zatrzymał się, mówiąc, że teraz już nie zabłądzę. Nasze pożegnanie ograniczyło się do zdawkowego ukłonu, po czym już na własną rękę ruszyłem dalej, gdyż domek odźwiernego na razie stoi pusty. Odległość od bramy posiadłości do domu wynosi dwie mile, ale jak dla mnie były to cztery, bo jednak gubiłem się między drzewami albo wpadałem po szyję w zaspy - sytuacja, której nie zrozumie nikt, kto jej nie doświadczył. W każdym razie kiedy przekroczyłem próg domu, zegar bił dwunastą, czyli na każdą milę drogi do Wichrowych Wzgórz zużyłem dokładnie godzinę.

Służba wraz ze swymi satelitami wybiegła mi na spotkanie z radosnym krzykiem; zdążyli mnie już uznać za straconego i wybierali się na poszukiwanie moich zwłok. Kazałem im się uciszyć i zdrętwiały z zimna powlokłem się na górę. Po przebraniu się w suchą odzież chodziłem tam i z powrotem po pokoju przez jakieś czterdzieści minut, aby przywrócić normalną temperaturę ciała. Potem zaszyłem się w zaciszu gabinetu, wciąż słaby jak kocię i niezdolny cieszyć się nawet buzującym ogniem i filiżanką gorącej kawy, którą służąca przyniosła mi dla pokrzepienia.