Rozdział 2
DESZCZ NIECO ZELŻAŁ. Roman doszedł do asfaltowej drogi. Jej środkiem rwał szeroko rozlewający się strumień brudnej wody, zmieszanej z ziemią spłukiwaną z sąsiednich pagórków. Odgarnął z oczu nasuwający się na twarz kaptur, lecz nie dostrzegł przewodnika ze światłem. Dlaczego powożący bryczką nie zauważył, kiedy dawał znaki ręką, by się zatrzymał? Siedzący na koźle z pewnością go widział.
Z tyłu dobiegło przeciągłe trąbienie. Zszedł na pobocze. Obok przejechał pusty autobus, obryzgując go błotnistą fontanną.
WALICA SZEDŁ w stronę domu. Sprzed kościoła doleciał warkot zatrzymującego się na przystanku pekaesu. Zamyślony nie zwracał uwagi na kałuże. Wchodził w nie, rozchlapując wodę na boki obojętny, że wlewa mu się do butów. Przystanął i rozejrzał się podejrzliwie. Wioska tonęła w deszczu. W jednym z okien pobliskiej chaty zobaczył zapaloną gromnicę. W świetle chybotliwego płomienia dostrzegł niewyraźny obraz Matki Boskiej.
Półtora miesiąca wcześniej siedział w gospodzie, butny, rozparty na dwóch stołkach, jak prawdziwy gospodarz, a nie byle głodomór. Szturchnął Jędrka przysypiającego na blacie stołu.
- Czego? - Rozbudzony nawet nie uniósł głowy.
- Zaraz będzie gorące.
Walica dostrzegł wzrok nadchodzącej bufetowej. A niech tam sobie ślepi. Tyle jej, co się pogapi. Kiedyś ciągnęła go do stodoły, kusiła... A teraz? Strach pomyśleć, co by to było, gdyby się z nią ożenił. Co tam między nimi zaszło, to zaszło. Młody był i głupi. Ona też. Tylko że jemu to minęło... I ochota na siano, i złość na jej obmowy. Ale nie tej zołzie.
Zabierali się do jedzenia, kiedy drzwi od gospody otworzyły się szeroko i stanął w nich Stary Gębulec. Takiej bojaźliwości w jego oczach nikt jeszcze nie widział. Przybyły miał rozbiegane oczy i rozerwaną na piersiach koszulę, jakby przed chwilą się z kimś mocował. Dosiadł się do biesiadujących i nie czekając na zaproszenie, nalał sobie szklankę wódki. Chwilę później wlał ją w siebie z rozmachem. Pytali, co się stało, ale on uparcie milczał. Więc nalali mu drugą i trzecią szklaneczkę. Minęło pół godziny, aż wreszcie z siebie wydusił, tocząc wokół pijanym spojrzeniem.
- Chodził za mną od dawna. - Gębulec obejrzał się gwałtownie za siebie, jakby był pewien, że ktoś stoi z nożem za jego plecami.
- Gadaj powoli. - Walica poklepał go uspokajająco po plecach. - Tu same swojaki, tobie życzliwe.
- Zasadził się na mnie.
- Kto? - Jędrek dzióbnął kiełbasę.
- Ony.
Wypadający z ręki widelec zadzwonił o talerz.
- Jak krowy wypędzałem świtaniem z obory, on już czekał. Jak szedłem wieczorem do wychodka, też. Słyszałem jego kroki nocami. Stukał wokół domu chodakami drewnianymi. Do chałupy ślepił przez okna. Ale jak stawiałem w nich gromnice, to przepadał w ogniu piekielnym.
- Jesteś pewien, że to on? - Walica wbił na widelec kiełbasę i podsunął ją Gębulcowi, ale ten nawet na nią nie spojrzał.
- Mówię przecie. - Stary chwycił Jędrka za koszulę. - Chodził za mną dzień i noc. - Znowu rozejrzał się wystraszony dokoła, ale w rogu dojrzał tylko wciśniętego w kąt Wiśka, wiejskiego przygłupka. - Postękiwał za plecami. Dym z jego fajki czułem w stodole. Z dnia na dzień był coraz bliżej, o kilka kroków, o wyciągnięcie ręki...
- No i?... - Jędrek wyswobodził koszulę z uścisku i przezornie odsunął się od mówiącego.
- Przy Czarcim Głazie mnie naszedł.
- A może tylko coś ci się przywidziało? - Walica potrząsnął siedzącego obok za ramię. Ten jednak nie usłyszał pytania.
- Najpierw pojawił się cień, a potem z niego wyleciała opończa.
Po tych słowach w gospodzie zapadła kompletna cisza. Zięć Bartłomieja znieruchomiał z uniesionym do góry kieliszkiem.
- Jak to? - Curuś-Hedyna przełknął głośno ślinę.
- Przy Czarcim Głazie? - upewnił się Jędrek.
- Łaził za mną od świtania. Pobiegł na hale. Podglądał z ukrycia, jak zbieram siano. Widziałem, jak chowa się za krzakami. No i wylazł, gdy mrok nastał. Przy Czarnym Głazie opończa na mnie spadła. Oblepiła. W kościach mi trzasnęło. Dusić zaczął. Alem zdążył się przeżegnać. Zdzieliłem przez łeb ćmoka. Zło uciekło. Koń sam ruszył z miejsca... Potem pocwałował, jakby ciągnął słomkę siana, a nie pełen wóz. I tak żem uszedł.
Walica pytał o szczegóły, ale Gębulec tylko mruczał pod nosem przekleństwa, pokazując, jak uderzył pięścią marę. Wszyscy po raz pierwszy w życiu widzieli sąsiada aż tak zamroczonego alkoholem. Nigdy dotąd nie wziął do gęby w gospodzie choćby jednego kieliszka. To był dowód, że nic mu się nie przywidziało. Wcześniej Owczarz i Byrcyn też gadali, że ktoś łazi za ich plecami, ale nie dano im wiary. Teraz nikt nie mógł już wątpić, że zjawa krąży wokół chałup i wypatruje stosownej okazji do zemsty...
- Tfu, na psa urok. - Hedyna rzucił widelcem o talerz.
- A śmialiście się z obu - zza baru doleciał głos Hamerykany. - Ale rację mieli. Nic im się nie przywidziało. To było ostatnie ostrzeżenie.
- Gówno tam wiesz. - Zięć Bartłomieja udawał, że usłyszana opowieść nie wywarła na nim żadnego wrażenia.
Jednak Handzia nie dawała za wygraną.
- Ten, co go obaczy, przepadł na amen. Jakby dał na mszę za spokój swojej duszy. Klamka zapadła...
Walica dostrzegł na twarzy mówiącej wyraz pogardy. Ona mówiła niby do wszystkich, ale patrzyła tylko na niego.
- Zamknij się, suko! - Gębulec poderwał się z miejsca i cisnął w bufetową pustą butelką. Rozległ się trzask rozbijanego o ścianę szkła. W odpowiedzi Hamerykana roześmiała sięgłośno.
- A co?! Może zełgałam?!
Jakże było jej słodko, kiedy widziała strach na twarzach tych niedomytych opojów. Nic, tylko zadrzeć kieckę i pokazać im goły zadek, żeby się w nim przejrzeli jak w lustrze. Zawsze silni w gębach. Pięści mieli mocne, ale w głowie za grosz oleju. Co oni o szerokim świecie wiedzieli. Wystarczyła im micha żarcia, butelka wódki i potulna żona.
Kiedy Gębulec opowiadał, zimno zaczęło jej łazić po plecach i kłuć w krzyż lodowymi szpikulcami. Ale ona była niewinna. Ony nie wyciągnie pazurów po pierwszego lepszego z brzegu. Swoje ofiary miał już upatrzone. Mimo to od pewnego czasu nosiła na szyi krzyżyk, który kiedyś matka przywiozła z Częstochowy. Na wszelką okoliczność, żeby szukający pomsty wiedział, kto bez grzechu po wiosce chodzi.
- Drwiliście z Owczarza! - Hamerykana przechyliła się nad ladą, rozpłaszczając na niej wielki biust. - Potem z Byrcyna! Nie minęło kilka dni i każdy z nich dyndał na sznurze.
- TFU, NA PSA UROK! - Walica otworzył kluczem drzwi chaty.
Wszedł do środka. Zamknął zasuwę. W mroku podbiegł do okna wychodzącego na podwórze. Ostrożnie wyjrzał zza firanki na dwór. Czekał cierpliwie. Pięć minut... Dziesięć... Piętnaście... Aż wreszcie dostrzegł ruch w kępie bzów.
Przeżegnał się i splunął przez lewe ramię trzy razy. Potem sięgnął po stojącą nieopodal gromnicę i postawił ją na parapecie okna. Skrzesał zapałkę. Nigdy dotąd nie trzęsła mu się ręka.
Pamięć przywróciła poranek dnia następnego po tym, jak Gębulec opowiedział w gospodzie o spotkaniu z Onym. Zobaczył wówczas nad sobą odrapaną gębę brata. W pierwszej chwili się wystraszył, ale kiedy przyszło otrzeźwienie, pomyślał, że najpewniej żonka znowu obrobiła Jędrka pazurami za przesiadywanie nad kuflem i kazała iść precz z chałupy.
- Co się tak na mnie ślepisz? - Odepchnął stojącego przy łóżku. Jednocześnie przyszło mu do głowy, że dobrze mu w kawalerskim stanie. Nikt nigdy nie mendził mu nad uchem, że znowu wraca z gospody pijany.
- Stary Gębulec się obwiesił - wydusił Jędrek przez ściśnięte gardło.
W pierwszej chwili nie zrozumiał sensu usłyszanych słów.
- Kto?
- Przecie gadam. Gębulec!
Odrzucił pierzynę. Usiadł na łóżku, starł z oczu resztki snu i nałożył spodnie.
- Podaj koszulę.
- A gdzie ona?
- Ślepy? Obok, na zydlu.
Naciągnął ją przez głowę.
- Szybciej. - Jędrek nerwowo przestępował z nogi na nogę.
- Pali się? Jak wisi, to już mu nic nie poradzimy. Kto z wioski jest przy nieboszczyku?
- Będziemy tylko my dwaj. No i baba Gębulca. Zakazałem jej ryczeć na wioskę, coby ludzi nie budzić. Przyjdzie czas, to się dowiedzą.
Na podwórku Walica wsunął koszulę za pasek spodni i podszedł do studni. Wyciągnął wiadro i szybko obmył twarz lodowatą wodą. Wyszli na drogę i skierowali się na koniec wioski.
Przy płocie zobaczyli Wiśka w kusym kubraku i przydługich spodniach, których nogawki podwinął aż do kolan. Wystawały z nich bose brudne stopy.
- A ty tu czego?
Walica chciał przepędzić głupka, ale Jędrek go powstrzymał.
- Przyda się.
- Niby komu i na co?
- Przyda się. Doktor Morawski jest we wsi, trzeba go wezwać, coby wystawił stosowny papierek
Jędrek kazał biec Wiśkowi na plebanię po organistę. Niech ten zbudzi doktora, który poprzedniego dnia zjechał do Szremli Małych. Kiedy matołek zniknął za zakrętem drogi, pociągnął brata za rękaw koszuli w stronę stodoły.
- Chodź, obaczysz starego.
W pewnym momencie chwycił Walicę za rękę i spojrzał mu niepewnie w oczy.
- Myślisz, że Hamerykana prawdę gadała?
- Niby z czym?
- Że jak kto obaczy Onego, to już jakby dał na mszę za zbawienie duszy?
- Głupiś!
Stary wisiał na żerdzi, wysuniętej ze szczytu stodoły. Wokół śmierdziało Gębulcowym sfajdaniem, co to mu przed skonaniem wyleciało z nogawki i prasnęło o ziemię.
JÓZWA WBIEGŁ pod daszek osłaniający drzwi do chaty organisty, stojącej nieopodal księżowskiej plebanii. Mimo skończonych sześćdziesięciu lat trzymał się prosto. Mocny, szeroki w barach, dałby radę niejednemu młokosowi. Na głowie miał gęstą czuprynę, choć włosy obsypała już siwizna. Można byłoby go wziąć za pełnego życia, gdyby nie oczy zamknięte w sieci zmarszczek, przygaszone i niespokojnie rozglądające się na boki.
Góral strzepnął krople wody ze skórzanego kożuszka. Wsunął dłoń do kieszeni i wymacał zwitek banknotów. Ostatecznie podjął już decyzję, którą międlił w sobie od tygodnia. Wyjął banknoty i podzielił je na dwie części. Jedną wsunął do prawej, drugą do lewej kieszeni spodni. Lepiej naraz wszystkich nie pokazywać. Jesteś gotów dać dwieście złotych, wyciągnij najpierw pięćdziesiąt i po długich targach daj się przymusić do wyłożenia kolejnej setki. Niech wtedy uznają cię za naiwnego, z którego dało się wydusić większy grosz. Tak, niech Czernik uważa go za głupca, który nie ma innego wyjścia, jak za pieniądze kupić jego milczenie.
W oknie chaty paliło się światło. Przez firankę zobaczył przesuwający się po izbie cień. Organista na pewno już na niego czeka. Czeka i liczy, ile z niego wyszarpie. Jak wściekły pies, co to boi się podejść, ale w każdej chwili gotów jest doskoczyć i wyrwać kawał mięsa z zadu zagonionego dzika.
Zagoniony dzik... Tak właśnie się czuł. W wiosce jeszcze go szanowali, ale już obstępowali z daleka, wypatrywali chwili nieuwagi. Niby to życzliwie zagadywali i zaglądali z troską w oczy. Niedoczekanie wasze!... Uniósł dłoń, żeby zapukać...
Dlaczego właśnie jego spotkała ta krzywda? Przecież co niedziela przykładnie chodził do kościoła. Na tacę dawał nie mniej niż inni. Jak było trzeba, to odłożył własne sprawy, żeby pomóc w naprawie dachu domu bożego. I co dostał w zamian? Córkę z brzuchem?
Odkąd żyje, nigdy jeszcze nie doświadczył takiej niegodziwości. I jak mu teraz dawać na tacę? Jak patrzeć w umęczoną twarz Pana Jezusa? Jak chylić przed nim głowę, kiedy tak niesprawiedliwie się z nim obszedł? A przecież jako gospodarski syn miał swoją ławkę blisko ołtarza. Bliżej był ucha pańskiego, które przecież musiało słyszeć jego prośby. Ale coś Pan Jezus ogłuchł na jego modlitwy. Jeśli tak, niech deszcz kapie przez zmurszały dach do wnętrza kapliczki stojącej w księżowskim ogrodzie. On nie da już gontu na załatanie dziury.
Przeżegnał się, by odpędzić złe myśli. To nie wina Najwyższego. Powinien dziewkę ukatrupić, jak tylko wróciła. Czemu tego nie zrobił? Chciał, jak Bóg na niebie. Ale przecież to jego ukochana córka, oczko w głowie. Klęczał potem długo w kościele, przepraszał udręczonego na krzyżu, że grzech do domu wpuścił, że winnej nie pokarał. Ale nie potrafił...
Serce mu pękło, kiedy dowiedział się, z czym wróciła do wioski. Nie słyszał płaczu żony i córki. Nie miał siły odepchnąć ich od siebie. Tkwił nieporuszony na ławie, jakby go w zimny kamień obróciło. Siedział tak w ciemności przez cały wieczór i noc, aż do rana. Przez głowę przelatywały dziesiątki myśli, wątpliwości i setki pytań, na które nie znajdował odpowiedzi. Jednak wiedział, co wioskowi powiedzą. Już słyszał te szepty pokątne, ten śmiech drwiący za plecami. Bękartowy dziadek. Dlaczego jedynaczka coś takiego mu zrobiła? Czyż nie wychował jej w wierze i bojaźni bożej? Od momentu gdy dowiedział się o jej ciąży, już nie była jego Martusią. O Jezu Najsłodszy, czemu jej wtedy za próg nie wygnał i psami nie poszczuł, jak przykładny chrześcijanin?
Kiedy nadszedł ranek, miał już wszystko ułożone w głowie. Postanowił łgać, że zięć ostał się w mieście. To samo nakazał babom. Kiedy Martusia urodziła bękarta, kazał jej co jakiś czas jechać do Krakowa. Zostawała tam na kilka dni na stancji, żeby wszyscy w wiosce myśleli, że do męża jeździ, a u rodziców chwilowo dzieciaka wychowuje. Ale po kilku tygodniach zaczęto go podpytywać, czemu zięć nie przyjeżdża. Brnął więc dalej w kłamstwa.
Wiadomo, wzdychał nieszczerze, na ulicy łóżka nie postawisz, a mieszkania drogie. Zachciało się młodym iść pod kołdrę, zamiast wcześniej pomyśleć o własnym kącie, więc muszą na to zarobić. Taki jest już świat i nic się na to nie poradzi. Ojca nie pytali się o zgodę, więc niech cudzych pieniędzy nie wypatrują, tylko sami zakasują rękawy po łokcie i biorą się do roboty.
Nakazał Marcie nabyć w mieście grubą złotą obrączkę i nosić tak, żeby wszyscy widzieli. Ludzie szeptali po katach, że nie uchodzi, żeby weseliska we wsi nie było. Zasłaniał się nowymi obyczajami i sam udawał obrażonego, że młodzi wzięli ślub, jakby rodziców nigdy nie mieli. Ech, Jasna Panienko, zwodził, jakby w życiu nic innego nie robił, tylko zaprzaństwem i matactwem się parał. W Szremlach jeszcze mają przed nim respekt, uśmiechają się, po sąsiedzku życzliwość okazują. Ale w ich spojrzeniach Józwa już widział, że czekają tylko okazji, by wyszperać coś i cisnąć mu w oczy jego krętactwem.
Nie mógł na to pozwolić. Szremle były jego wioską! On był tu sołtysem. Walczył o tę godność długie lata. Najdłużej mocował się z Bartłomiejem. Teraz jego na wierzchu, ale jak długo?... Hycel organista już się czegoś dowąchał. Czernik niby życzliwie zagadywał, ale dawał znać, że coś mu świta w głowie i długo nie zamierza trzymać języka za zębami.
Myśląc o tym wszystkim, stał przed drzwiami organisty i miał wrażenie, że zamiast deszczu ogień z nieba leje mu się na głowę.
Zakołatał w drzwi raz i drugi.
- A kogo tam Pan Jezus prowadzi?
Józwa zacisnął zęby, słysząc głos gospodarza. Jakby nie wiedział, kozi dzyndzel, kto stoi za progiem. Splunął na ziemię, nim rozległ się zgrzyt odsuwanej zasuwy.
- A, to wy. - Pięćdziesięcioletni suchotnik, na którym ubranie wisiało niczym na kiju, udał zdziwienie.
- Ano ja. Porozmawiać przyszedłem.
- Pora późna... - Czernik postąpił krok do tyłu, robiąc obok siebie przejście. - Ale jak swój chce pogadać, to musowo trzeba go wysłuchać. - Wskazał ręką otwarte drzwi do izby. Na stole paliła się naftowa lampa. - Kiedy burza przychodzi, to elektryka odchodzi. - Spojrzał bezradnie na telewizor. - Cóż robić. Takie to uroki tej nowoczesności.
- Ano, takie uroki... - Józwa przytaknął.
Usiedli za stołem naprzeciw siebie. W niewielkim kręgu światła widoczne były tylko ich dłonie. Józwy spracowane, o grubych, mocnych paluchach. W spękanej skórze brud osadził się ciemnymi kreskami. Wrósł w nie, dodając dłoniom gospodarskiej powagi. Palce organisty były wąskie, jedwabiste. Czysto wyszorowane i delikatne niczym bibułka, którą byle smarknięciem można rozerwać na pół. Paznokcie różowiutkie, przypiłowane, jak u dziewuchy, co to szykuje się do zamążpójścia.
Reszta postaci siedzących tonęła w półmroku.
- Z czym to, kumie, przychodzita? - W głosie gospodarza dało się słyszeć fałszywe zaciekawienie. - Bo to my kumy...
- Ano prawda.
- Więc w czym mogę pomóc?
Spracowane buły rąk Józwy rozchyliły się na sekundę i ponownie zacisnęły w dwa kułaki.
- Powiedzta, organisto, księdzu, że ochrzcić trzeba.
- Kogo?
- Dziecko mojej córki.
- Bez ojca?
- Wy jej ojciec chrzestny, staniecie obok.
Nim padła odpowiedź, rozległo się ciężkie westchnienie. Bieluchne palce Czernika zatrzepotały niczym ćmy rwące się do światła.
- I co ja rzeknę wielebnemu...? - W pytaniu było nabożne zmartwienie i niemal dziecięca nieporadność.
Ćmy opadły na stół bezradne i znieruchomiałe, jakby w jednej sekundzie uszło z nich całe życie.
- Chłopak w mieście na rodzinę tyra. Nie dadzą mu urlopu.
- A wierzący on chociaż?
- Jak każdy prawy chrześcijanin. - Palce Józwy zakrzywiły się w szpony, jakby góral chciał tym powiedzieć, że do swojego domu nie wpuściłby odszczepieńca, tylko prędzej by go zadusił.
- Ale co ludzie powiedzą?
- Powiedzą tyle, co wiedzą. - A w myślach Józwa dodał, że jak się cudzego na uroczystym przyjęciu napiją i najedzą, to im zaraz chęć do gadania odejdzie.
- Mówicie, że bez ojca chceta?
Jedna z dłoni Józwy zniknęła w mroku. Rozległ się szelest i w światło wsunęły się dwa tysiące złotych.
- Bez! - Gruby palec z czarną kreską pod zrogowaciałym paznokciem stuknął w banknoty położone na środku obrusa.
Dłonie organisty nawet nie drgnęły. Strzeliły tylko ocierane o siebie różowiutkie paznokcie, jakby się chciały upewnić, czy pyłku za nimi nie ma jakiego. Tym razem z mroku napłynęła ostra nagana.
- Dobrodziej bolał, że chodziłeś do Onego, żeby popsuł dziecko Martusi, ziołami spędził nienarodzonego.
- Nie chodziłem. - Pięść Józwy uderzyła zdecydowanie w stół, jakby bił się nią w pierś. Jednak w głosie nie było tej samej mocy.
Organista zaśmiał się drwiąco.
- I kogo ty chcesz, Józwa, oszukać? Dobrodzieja naszego? Drzewa i skały, co to oczy mają i zaraz Stwórcy doniosą. A Pan Jezus mądry jest. Poduma i nie omieszka proboszczowi szepnąć na ucho co trzeba w czasie nieszporów. - Tym razem ton głosu Czernika był ostry i pogardliwy. - Nie wypieraj się, bo tu wokół święte obrazy. Poszedłeś, ale dziad kazał ci iść precz. - Dłoń organisty pogardliwie odsunęła od siebie dwa tysiące. - Ludzie wszystko widzą i głupie nie są.
Znowu w mroku rozległ się szelest pieniędzy. Tym razem na stole pojawiło się pięć stuzłotowych papierków.
- Psiekrwie, baczą tylko cudzej krzywdy.
- No, nie wiem - delikatne palce zatrzepotały spłoszone - czy słusznie gadacie.
Dłonie Józwy ponownie zniknęły w mroku i do leżącej kupki góral dołożył jeszcze drugie pięćset złotych.
Na chwilę w pokoju zapadło długie milczenie. Narastało i pęczniało, aż wreszcie pękło, gdy palce organisty rozchyliły się i biała dłoń przykryła banknoty.
- Jakby tak dłużej podumać... Jak zwykle, sołtysie, macie rację. Ludzie tylko patrzą krzywdy u innego. Ale Pan nasz Najlitościwszy wskrzeszał błądzących swym niepokalanym cierpieniem, coby do złego nie chodzić.
- Amen.
Ćmy zatrzepotały łapczywie, wciągając w mrok pieniądze. Podobnie w ciemności skryły się kułaki Józwy, które zacisnęły się z bezsilnej wściekłości.
- Za dwie niedziele. - Organista podniósł się pierwszy. - I jako ojciec chrzestny stanę przy Martusi, coby ją od złych spojrzeń osłonić.
- Niech tam będzie, za dwie niedziele.
- Może do tego czasu ojciec się znajdzie? - Czernik westchnął z ukrytą kpiną.
- Nie ma się co znajdować. Mówiłem, że w mieście tyra.
- To może choć na świętą uroczystość zjedzie?
- Może i zjedzie. Ja dziadkuję, nie ojcuję, na moje sumienie tego brać nie będę.
- Toć wiadomo, wiadomo - westchnął Czernik i złożył nabożnie dłonie na piersiach.
Przeszli do sieni. Józwa przekroczył próg domu, mamrocząc słowa pożegnania. Nim doszedł do swojej chałupy, był przemoczony do suchej nitki. Gdyby zimny deszcz nie zsiekł go po rozpalonej głowie, jak nic po powrocie do chałupy chwyciłby siekierę i zabił sukę, co mu wstyd pod dach przyniosła.