Rozdział czwarty
Bunt wybuchł tego straszliwego poranka, gdy spojrzeliśmy na wschód i przez gęstą mgłę, która nękała nas od dziesięciu dni, ujrzeliśmy na
horyzoncie smoki, ogromne i niezliczone. Były za duże, by można to było
ogarnąć umysłem. Ich głowy sięgały ponad słońce, a złożone skrzydła
rzucały cienie tak rozległe, że mogłyby pochłonąć całe Drene. To okazało
się zbyt przerażające nawet dla najbardziej doświadczonych żołnierzy w naszym oddziale, albowiem ciemne oczy smoków skierowały się ku nam. Od
ich obcego spojrzenia krew odpłynęła nam z serc, a nasze miecze i włócznie utraciły twardość.
Nawet największy wojownik Pierwszego Imperium obawiałby się wejść w te
cienie. Nie potrafiliśmy sprostać podobnemu wyzwaniu, i choć dałem
głośno wyraz gniewowi i trwodze, była to jedynie demonstracja, jakiej
oczekuje się od wodza ekspedycji. Nie miałem zamiaru żądać od towarzyszy
odwagi, której mnie samemu brakowało. Podobne demonstracje są
niebezpieczne, mogą się bowiem zakończyć niechcianym sukcesem. Dlatego
powściągnąłem gniew. Być może uczyniłem to zbyt łatwo, ale nikt nie
protestował. Wszyscy się ucieszyli, gdy zwinęliśmy obóz, objuczyliśmy
muły i zawróciliśmy na zachód.
Cztery dni drogi na pustkowia
Thrydis Addanict
W większości przypadków wygnanie równało się karze śmierci. Świat
zewnętrzny był bezlitosny dla tych, którzy nie mogli zapłacić za
przetrwanie monetą wzajemnej pomocy. Plemiona nie znały surowszej kary,
czy to Awle, czy D'rhasilhani, czy Kerynowie. To jednak sama struktura
klanów była przyczyną straszliwego nieprzejednania, a także rozpaczy,
która nadchodziła, gdy wygnaniec zostawał sam, pozbawiony wszystkiego,
co nadawało życiu sens. Ofiary załamywały się, zapominały o wszystkich
umiejętnościach, które mogły im zapewnić przetrwanie, a potem gasły
powoli.
Na Letheryjczykach, z ich wielkimi miastami i kłębowiskiem niezliczonych
twarzy, wygnanie nie robiło niemal żadnego wrażenia, pomijając łańcuchy
wiążące się z zadłużeniem. Co prawda, nawet dla nich idea duchowej kary
nie była czymś zupełnie obcym - w końcu żyli w rodzinach, jak wszyscy
ludzie - ale rany zadane przez rozłąkę można było przeżyć. Zawsze była
inna wioska, inne miasto. Zaczynanie od nowa nie było zadaniem
przekraczającym ludzkie możliwości. Dla wielu przerodziło się nawet w nałóg, sposób unikania odpowiedzialności.
Choć Czerwona Maska wiódł życie godne Awla o nieskalanej od pokoleń
krwi, zrodziło się w nim podejrzenie, że wpływy najbardziej
znienawidzonych wrogów, Letheryjczyków, skaziły jego ducha. Wygnanie nie
stało się dlań karą śmierci. Okazało się darem, gdyż dzięki niemu poznał
znaczenie wolności. Tej samej wolności, której wabik przyciągał tak
wielu młodych wojowników do Imperium Letheryjskiego, gdzie anonimowość
była zarówno przekleństwem, jak i wyzwoleniem.
Po wypędzeniu zawędrował daleko i nie sądził wówczas, że kiedykolwiek
powróci. Nie był już tym człowiekiem, co ongiś, synem swojego ojca. Kim
jednak się stał, nawet dla niego pozostawało tajemnicą.
Nad głową miał bezchmurne niebo. Nadeszły upały; zające przemykały od
jednej kryjówki do drugiej, pierzchając przed jego letheryjskim
wierzchowcem. Czerwona Maska podążał za wędrującym na północny wschód
stadem. Zwrócił uwagę, że nie było ono zbyt liczne, a na pograniczu
szlaku widziało się niewiele oblazłych muchami plam porodowych. Byki
rodar zwykły otaczać kręgiem takie miejsca, by osłaniać cielę, nim
będzie w stanie poruszać się na własnych nogach. Pędzący stado klan
zapewne również był mały.
Nigdzie nie widział swych strażników, ale nie było w tym nic
nadzwyczajnego. Olbrzymie gady miały nienasycony apetyt. O tej porze
roku dzikie bhederin, które zimowały w niewielkich laskach - to była
inna odmiana niż ta występująca na południowych równinach, większa i żyjąca samotnie - wychodziły z ukrycia w poszukiwaniu partnerów. Ponad
dwukrotnie cięższe od letheryjskich wołów byki były odważne i wojownicze. Atakowały wszystko, co podeszło zbyt blisko, poza samicą
swego gatunku. Samiec K'Chain Che'Malle, Sag'Churok, uwielbiał stawiać
czoło ich szarży. Czerwona Maska dostrzegał przyjemność - zdradzały ją
wężowate ruchy ogona - z jaką Łowca K'ell stawał na drodze atakującego
byka, wysoko unosząc miecze. Bhederin były szybkie, ale K'Chain
Che'Malle był szybszy. Po zabiciu zwierzęcia samiec ustępował
pierwszeństwa Gunth Mach, pozwalając jej najeść się do syta.
Czerwona Maska jechał przez cały dzień. Nie śpieszył się, nie chcąc
przeciążać konia, a gdy chmury burzowe na horyzoncie rozbłysły blaskiem
zachodzącego słońca, ujrzał obóz Awli położony na prastarej wyspie w zakolu zniszczonego erozją koryta wyschniętej rzeki. Stada zgromadziły
się na stokach doliny po obu jej stronach, a pośrodku ustawiono
kopulaste chaty z pozszywanych, niewyprawionych skór. Nad doliną unosiły
się kłęby dymu z ognisk.
Nie wysłali zwiadowców. Nie wystawili straży. A obóz był zdecydowanie za
duży na tak nieliczne stada.
Czerwona Maska ściągnął wodze na wzgórzu i przyjrzał się uważnie
obozowisku. Gdzieniegdzie było słychać głosy wyśpiewujące rytualną
żałobę. Między chatami przemykała garstka dzieci.
Siedział nieruchomo w wysokim letheryjskim siodle i po dłuższej chwili
wreszcie go zauważono. Rozległy się krzyki, w półmroku coś nagle się
poruszyło i pojawiło się sześciu wojowników, którzy ruszyli ku niemu
truchtem.
Za ich plecami zaczęto już panicznie zwijać obóz. Zasypywane ogniska
strzelały w górę iskrami. Skórzane ściany chat zaczęły się zapadać.
Za wojownikami popędziła grupa psów pasterskich i pociągowych.
Gdy Awle podeszli bliżej, Czerwona Maska zauważył, że wszyscy są młodzi.
Od nocy ich śmierci mógł minąć najwyżej rok. Może dwa. Nie dostrzegł
wśród nich ani jednego weterana. Gdzie się podziali starcy? I gnaciarze?
Wojownicy zatrzymali się piętnaście kroków poniżej szczytu i wymienili
kilka słów syczącym szeptem. Potem jeden odwrócił się ku obozowi i wydał
przenikliwy okrzyk. Ruch na dole ustał nagle.
Wszyscy wojownicy spoglądali na niego, ale żaden nie odważył się podejść
bliżej.
Psy nie dały się tak łatwo zastraszyć samotnemu intruzowi. Zjeżyły
sierść i warcząc, ustawiły się w półokrąg. Nagle jednak poczuły
nieoczekiwany zapach i cofnęły się trwożnie, podkulając ogony. Z ich
gardeł wyrwało się skomlenie.
W końcu jeden z młodych wojowników ośmielił się zbliżyć o krok.
- Nie możesz być nim - oznajmił.
- Gdzie wasz wódz wojenny? - zapytał z westchnieniem Czerwona Maska.
Młodzieniec wypiął pierś i się wyprostował.
- Jestem Masarch, syn Nayruda, wódz wojenny tego klanu.
- Kiedy przeszedłeś noc śmierci?
- To przestarzały zwyczaj - odparł Masarch, obnażając zęby w gniewnym
grymasie. - Wyrzekliśmy się takich głupot.
- Dawne zwyczaje nas zawiodły! - odezwał się inny młodzieniec,
przemawiając zza pleców wodza. - Dlatego je odrzuciliśmy!
- Zdejmij maskę - zażądał Masarch. - Nie masz do niej prawa. Próbujesz
nas oszukać. Jeździsz na letheryjskim koniu. Jesteś szpiegiem faktora!
Czerwona Maska nie odpowiadał przez dłuższą chwilę. Przeniósł spojrzenie
na położony za plecami wodza i jego ludzi obóz. Na jego bliższym skraju
zebrał się tłum, który gapił się na niego z uwagą. Czerwona Maska
milczał jeszcze przez dwadzieścia uderzeń serca.
- Nie wystawiliście straży - oznajmił wreszcie. - Pluton Letheryjczyków
mógłby ustawić się na tym wzgórzu i uderzyć na wasz obóz, a wy nie
bylibyście przygotowani. Wasze kobiety głośnymi krzykami dają wyraz
żałobie. W cichą noc, taką jak dzisiejsza, ich głosy niosą się na wiele
mil. Twoi ludzie głodują, wodzu wojenny, a mimo to palą przesadnie wiele
ognisk. Ich dym unosi się nad obozowiskiem, tworząc chmurę, w której
odbija się blask ognia. Zabijaliście nowo narodzone cielęta rodar i myridów, zamiast starych byków i krów, które nie mogą się już cielić. Z pewnością nie macie gnaciarzy, bo gdybyście ich mieli, pochowaliby was w ziemi i zmusili do odbycia nocy śmierci. Wyszlibyście na powierzchnię
narodzeni na nowo i być może zyskalibyście też nową mądrość, której tak
bardzo wam brakuje.
Masarch nie odpowiedział na to ani słowem. W końcu zauważył broń
Czerwonej Maski.
- Naprawdę jesteś nim - wyszeptał. - Wróciłeś do Awl'danu.
- Co to za klan?
- Czerwona Masko - odparł wódz wojenny, wskazując za siebie. - Ten
klan... należy do ciebie.
- Nie pozostał nikt oprócz nas - ciągnął Masarch, gdy konny wojownik
milczał. - Nie mamy gnaciarzy, Czerwona Masko. Nie mamy czarownic. -
Wskazał na stada. - Nie mamy też żadnych zwierząt oprócz tych, które tu
widzisz. - Zawahał się, po czym znowu się wyprostował. - Czerwona Masko,
wróciłeś... na próżno. Twoje milczenie mówi mi, że dostrzegasz prawdę.
Wielki wojowniku, już jest za późno.
Nawet te słowa nie przerwały milczenia Czerwonej Maski. Przybysz zsunął
się powoli z siodła. Psy, które do tej pory czaiły się w bezpiecznej
odległości, podkulając ogony, poczuły intensywniejszy zapach albo
usłyszały coś w rozpościerającym się za jego plecami półmroku, gdyż
wszystkie pierzchły nagle i skryły się w obozie. Panika zwierząt nie
pozostała bez wpływu na młodych wojowników, lecz żaden nie uciekł, choć
na ich twarzach malowały się strach i niepewność.
- Czerwona Masko, Letheryjczycy wkrótce nas zniszczą - podjął Masarch,
oblizując wargi. - Atakują pograniczne obozy, mordują wszystkich
mieszkańców i zagarniają stada. Klan Aendinarów już nie istnieje.
Niedobitki Sevondów i Nirithów doczołgały się do Ganetoków. Tylko oni
nadal są silni, gdyż ich ziemie leżą najdalej na wschód i jako urodzeni
tchórze zawarli pakt z cudzoziemcami...
- Cudzoziemcami. - Czerwona Maska przymrużył widoczne w szczelinach
maski oczy. - Najemnikami.
Masarch skinął głową.
- Doszło do wielkiej bitwy. Rok temu. I wszyscy cudzoziemcy zginęli. -
Skinął dłonią. - To były szare czary.
- A czy zwycięzcy Letheryjczycy nie pomaszerowali potem na obozy
Ganetoków?
- Nie, Czerwona Masko. Za mało ich zostało. Cudzoziemcy bili się
dzielnie.
- Czegoś nie rozumiem, Masarch - rzekł Czerwona Maska. - Czy Ganetokowie
nie walczyli u boku najemników?
Młodzieniec splunął.
- Ich wódz wojenny zwołał piętnaście tysięcy klanowych wojowników. Kiedy
przybyli Letheryjczycy, uciekł, a wojownicy podążyli za nim. Porzucił
cudzoziemców! Pozwolił ich wyrżnąć!
- Zwińcie ten obóz - rozkazał Czerwona Maska. - Wy obejmijcie straż na
wzgórzach, tutaj i na zachodzie - dodał, wskazując na wojowników, którzy
przystanęli za plecami Masarcha. - Teraz ja jestem wodzem wojennym klanu
Renfayarów. Masarch, gdzie się ukrywają Ganetokowie?
- Siedem dni drogi na wschód stąd. Do nich należą ostatnie wielkie stada
Awli.
- Masarch, czy chcesz rzucić wyzwanie mojemu prawu zwania siebie wodzem
wojennym?
Młodzieniec pokręcił głową.
- Jesteś Czerwoną Maską. Żaden z twoich wrogów spośród renfayarskiej
starszyzny już nie żyje. Ich synowie również.
- Ilu wojowników pozostało wśród Renfayarów?
Masarch zmarszczył brwi, a potem skinął dłonią.
- Widzisz nas, wodzu wojenny.
- Sześciu.
Młodzieniec skinął głową.
Czerwona Maska zauważył samotnego psa pociągowego, który przysiadł na
skraju obozu. Miał wrażenie, że zwierzę przygląda mu się uważnie. Uniósł
lewą rękę i wtedy pies poderwał się do ruchu. Po chwili potężny brytan
dobiegł do niego i położył się na ziemi, opierając wielki, naznaczony
bliznami łeb na ziemi między jego stopami. Czerwona Maska pochylił się i pogłaskał go po pysku. Większości ludzi groziłoby to utratą palców. Pies
nawet nie drgnął.
Masarch wybałuszył oczy na ten widok.
- On jeden ocalał z pogranicznego obozu - powiedział - Nie pozwalał nam
się zbliżyć.
- Czy cudzoziemcy mieli psy bojowe? - zapytał cicho Czerwona Maska.
- Nie. Ale byli zaprzysiężonymi wyznawcami Wilków Wojny. Wodzu wojenny,
te wstrętne, zdradliwe bestie zaiste za nimi podążały. Zawsze trzymały
się na dystans, ale było ich mnóstwo. Jednakże w końcu starcy Ganetoków
odpędzili je swą magią. - Masarch zawahał się. - Czerwona Masko, wódz
wojenny Ganetoków...
Niepostrzeżenie dla nikogo pod maską powoli uformował się uśmiech.
- Hadralt, pierworodny syn Capalaha.
- Skąd wiesz?
- Jutro popędzimy stada na północ, Masarch. Do Ganetoków. Chciałbym się
dowiedzieć czegoś więcej o tych nieszczęsnych cudzoziemcach, którzy
zgodzili się walczyć za nas. Którzy zginęli za ludzi z Awl'danu.
- Mamy przyczołgać się do Ganetoków na brzuchach, jak Sevondowie i Nirithowie?
- Giniecie z głodu. Stada są zbyt osłabione. Dowodzę sześcioma
młodzieńcami, z których żaden nie odbył nocy śmierci. Czy mamy w siedmiu
wyruszyć na wojnę przeciwko Letheryjczykom?
Choć Masarch był młody, nie ulegało wątpliwości, że nie jest głupcem.
- Chcesz wyzwać Hadralta? Czerwona Masko, twoi wojownicy... wszyscy
zginiemy. Nie zdołamy sprostać setkom wyzwań, które nam rzucą, a po
naszej śmierci będziesz musiał sam walczyć ze wszystkimi, zanim uznają
cię za godnego walki z samym Hadraltem.
- Nie zginiecie - zapewnił Czerwona Maska. - Nikt was nie wyzwie.
- Chcesz w pojedynkę pokonać tysiąc wojowników, żeby móc się zmierzyć z Hadraltem?
- Jaki byłby w tym sens, Masarch? Potrzebuję tych wojowników. Zabijanie
ich byłoby marnotrawstwem. Nie... - Przerwał na chwilę. - Mam swoich
strażników, Masarch. Wątpię, by choć jeden wojownik Ganetoków odważył
się rzucić im wyzwanie. Hadralt będzie musiał sam zmierzyć się ze mną w kręgu. Poza tym nie mamy czasu na całą resztę.
- Ganetokowie trzymają się starych zwyczajów, wodzu wojenny. Odprawią
rytuały. Minie wiele dni, nim sporządzą krąg...
- Masarch, musimy ruszać na wojnę z Letheryjczykami. Każdy wojownik w Awl'danie...
- Wodzu wojenny! Nie pójdą za tobą! Nawet Hadralt rozkazuje zaledwie
jednej trzeciej z nich, a za posłuszeństwo musiał im zapłacić połową
swych stad rodar i myridów. - Masarch wskazał na zdziesiątkowane stada
odpoczywające na stokach. - My... my nie mamy nic! Nie mógłbyś opłacić
nawet stu wojowników!
- Kto ma największe stada, Masarch?
- Sami Ganetokowie...
- Nie, zapytam cię jeszcze raz. Kto ma największe stada?
Młodzieniec zmarszczył brwi.
- Letheryjczycy.
- Trzej wojownicy wyruszą z resztą Renfayarów do Ganetoków. Wybierz
dwóch, którzy będą nam towarzyszyć. - Pies pociągowy wstał i przesunął
się na bok. Czerwona Maska wziął wodze swojego wierzchowca i poprowadził
go w stronę obozu. Pies podążał za jego lewą nogą. - Pojedziemy na
zachód, Masarch, i znajdziemy stada.
- Mamy zaatakować Letheryjczyków? Wodzu wojenny, czy przed chwilą nie
drwiłeś z tego, że siedmiu wojowników mogłoby toczyć wojnę z nimi? A teraz mówisz...
- Czas na wojnę przyjdzie później - odparł Czerwona Maska. - Jak
mówiłeś, potrzebujemy stad, żeby opłacić usługi wojowników. - Obejrzał
się na idącego za nim młodzieńca. - Skąd Letheryjczycy mają zwierzęta?
- Odebrali je Awlom! Nam!
- Tak jest. Ukradli je. A teraz my ukradniemy je z powrotem.
- Nas czterech, wodzu wojenny?
- Razem z jednym psem pociągowym i moimi strażnikami.
- Jakimi strażnikami?
Czerwona Maska ponownie ruszył przed siebie.
- Musisz się nauczyć okazywać szacunek, Masarch. Sądzę, że dziś czeka
cię noc śmierci.
- Dawne zwyczaje nie mają sensu! Nie zrobię tego!
Czerwona Maska zadał cios błyskawicznie. Nie było pewne, czy Masarch
zdążył zauważyć w półmroku jego pięść, zanim trafiła go w szczękę.
Nieprzytomny młodzieniec padł na ziemię. Czerwona Maska chwycił go za
skórzany kaftan i pociągnął w stronę obozu.
Masarch ocknie się zamknięty w trumnie, przysypany warstwą ziemi i kamieni grubą na długość ramienia mężczyzny. Niestety nie będzie miał
okazji odbyć tradycyjnych poprzedzających noc śmierci rytuałów,
przygotowujących wybranego młodzieńca na pochówek. Rzecz jasna, Masarch
nie potrafił trzymać języka za zębami. Okazał niewiarygodny brak
szacunku, co wystarczyło, by odmówić mu daru miłosierdzia, którym w rzeczywistości były owe rytuały.
Otrzyma surową nauczkę, ale bez podobnych lekcji nie można zostać
dorosłym.
Czerwona Maska spodziewał się, że pozostałych wojowników również trzeba
będzie zmusić do posłuszeństwa biciem. Czekała go długa noc.
Ich również...
Podejrzewał jednak, że obozowe staruchy ucieszą się z tego zamieszania.
Zawsze to lepsze niż zawodzenie przez całą noc.
***
Najwyższe piętro podziemnego miasta okazało się najciekawsze,
przynajmniej w opinii Udinaasa. Miał już serdecznie dość ciągłych
słownych utarczek, które stały się plagą nieszczęsnej zgrai zbiegów,
jaką tworzyli. Wszyscy byli coraz bardziej poirytowani, zwłaszcza Fear
Sengar. Były niewolnik wiedział, że Tiste Edur pragnie go zamordować.
Jeśli zaś chodzi o szczegóły jego rozstania z Rhuladem, z których jasno
wynikało, że Udinaas nie miał w tej sprawie wyboru, że on również był
ofiarą... no cóż, nie był nimi zainteresowany. Okoliczności łagodzące
nie zmniejszały jego nieprzejednania, bezlitosnego poczucia tego, co
słuszne, a co nie. Owo poczucie najwyraźniej jednak nie dotyczyło jego
własnych czynów. W końcu to Fear świadomie opuścił Rhulada.
Jego zdaniem po odzyskaniu przytomności Udinaas powinien był wrócić do
cesarza.
Po co? Żeby zginąć straszliwą śmiercią z jego rąk? To prawda, byliśmy
prawie przyjaciółmi - o ile to możliwe w przypadku pana i niewolnika,
zwłaszcza że pan zawsze uważa się za szlachetniejszego i bardziej
szczodrego niż niewolnik - ale nie prosiłem o to, by znaleźć się u boku
szaleńca, nie zgłaszałem się na ochotnika, by prowadzić go wąskim mostem
zdrowych zmysłów, podczas gdy on przy każdym kroku pragnął skoczyć na
łeb na szyję w przepaść.
Mimo to jakoś sobie poradził i dzięki odrobinie współczucia zrobił dla
Rhulada więcej niż którykolwiek z Sengarów: bracia, matka czy ojciec.
Więcej niż jakikolwiek Tiste Edur.
Cóż dziwnego w tym, że żaden z was nie zaznał szczęścia, Fearze Sengar?
Wszyscy jesteście wypaczonymi konarami tego samego chorego drzewa.
Rzecz jasna, nie było sensu mówić tego na głos. Seren Pedac mogłaby go
zrozumieć, a nawet zgodzić się ze wszystkim, co miał do powiedzenia, ale
ona nie pragnęła stać się jedną z nich. Trzymała się roli poręczycielki,
przewodniczki, zazdrośnie strzegącej wszystkich cennych map, które
nosiła w głowie. Czuła się zadowolona, gdy nie musiała wybierać, a szczególnie wtedy, gdy nie musiała się angażować.
Była dziwną kobietą. Zawsze trzymała się na dystans.
Nie ma przyjaciół... ale nosi miecz Tiste Edur. Miecz Trulla Sengara.
Imbryk mówi, że włożył go w jej dłonie. Czy ona rozumie znaczenie tego
gestu? Z pewnością tak.
Potem Trull Sengar wrócił do cesarza. Być może jemu jednemu spośród
braci Rhulad nie był obojętny.
Co się z nim teraz dzieje? Zapewne nie żyje.
Szli szeroką rampą. Z góry napływało rześkie, ochłodzone przez noc
powietrze, wpadające ze świstem przez drzwi, ulokowane co około
dziesięciu kroków po obu stronach. Byli już blisko powierzchni. Wyjdą na
nią gdzieś na przełęczy, ale po której stronie fortu i jego garnizonu?
Jeśli po niewłaściwej, miecze Silchasa Ruina zaśpiewają długą i głośną
pieśń. Ten białoskóry, czerwonooki koszmar zostawiał za sobą sterty
trupów. Ścigający zbliżyli się do nich już kilkakrotnie i choć zapłacili
za to życiem, wciąż nadchodzili następni. Nie dostrzegał w tym sensu.
To prawie tak samo niedorzeczne, jak ta mozaika na podłodze z jej
błyszczącymi armiami.
Obrazy jaszczurczych wojowników ścierających się ze sobą w walce.
Długoogonowi walczyli z krótkoogonowymi, ale ci pierwsi ginęli znacznie
częściej, o ile był w stanie się zorientować. Dziwaczną rzeź
przedstawiono również w sąsiednich salach. Każdą najwyraźniej poświęcono
heroicznej śmierci jakiegoś bohatera. "Plugawi K'ell, Naw'rhuk A'dat i matrony" - mówił Silchas Ruin, gdy badał sąsiednie komnaty, jedną po
drugiej, spowity w czarodziejskie światło. Jego zainteresowanie było
jednak co najwyżej zdawkowe. Udinaas potrafił wyczytać w barwnych
scenach wystarczająco wiele, by się zorientować, że była to kampania
wzajemnej eksterminacji. Na każdy triumf krótkoogonowych odpowiedzią był
czarodziejski pożar matrony. Zwycięzcy nie mogli wygrać, ponieważ
pokonani odmawiali zaakceptowania porażki.
To była wojna szaleńców.
Seren Pedac szła przodem, dwadzieścia kroków przed nim. Nagle zatrzymała
się i przykucnęła, unosząc rękę. W powietrzu wisiała woń gliny i drzewnego pyłu. Wylot tunelu był mały i zarośnięty zielskiem. Częściowo
zasłaniały go ostre odłamki bazaltu, pozostałości po łuku bramy. Dalej
była ciemność.
Seren Pedac skinęła dłonią, nakazując pozostałym podejść bliżej.
- Pójdę na zwiady - wyszeptała, gdy zebrali się tuż za wylotem jaskini.
- Czy ktoś zauważył, że na ostatnim odcinku nie było nietoperzy?
Posadzka jest tu czysta.
- Istnieją dźwięki, których ludzie nie słyszą - wyjaśnił Silchas Ruin. -
Powietrze napływa przez otwory wentylacyjne do ukrytych w ścianach rur,
powodując odgłosy, które płoszą nietoperze, owady, gryzonie i tak dalej.
Krótkoogonowi mieli zdolności do takich rzeczy.
- A więc to nie magia? - zapytała Seren Pedac. - Nie ma tu żadnych osłon
ani klątw?
- Nie ma.
Udinaas potarł twarz. Brodę miał straszliwie brudną, a w jej gęstych
kłakach gnieździły się żywe stworzenia.
- Sprawdź tylko, czy jesteśmy po właściwej stronie tego cholernego
fortu, poręczycielko.
- Chciałam się upewnić, czy wychodząc na zewnątrz, nie uruchomię jakiejś
starożytnej osłony. Wszystkie te rozbite głazy sugerują, że to się już
tutaj zdarzało. Chyba że sam chcesz wyjść pierwszy, zadłużony.
- Niby czemu miałbym to robić? - zapytał Udinaas. - Ruin udzielił ci
odpowiedzi, Seren Pedac. Na co czekasz?
- Może chce, żebyś się uciszył - zasugerował Fear Sengar. - Podejrzewam,
że tego nigdy się nie doczekamy.
- Dręczenie ciebie to dla mnie jedyna przyjemność w życiu, Fear.
- To zaiste smutne - wyszeptała Seren Pedac.
Ruszyła przed siebie, wdrapała się na skruszone głazy i zniknęła w mroku.
Udinaas zdjął plecak i postawił go na powierzchni pokrytej suchymi
liśćmi, które chrzęściły pod jego stopami. Potem usiadł oparty o pochyłą
kamienną płytę i rozprostował nogi.
Fear przykucnął przy samym wylocie jaskini.
Imbryk poszła do bocznej komnaty, nucąc coś pod nosem.
Silchas Ruin przystanął nad Udinaasem.
- Zastanawiam się, co nadaje twojemu życiu znaczenie, Letheryjczyku.
- To dziwne. Właśnie myślałem to samo o tobie, Tiste Andii.
- Skoro tak mówisz.
- Dlaczego miałbym kłamać?
- A czemu by nie?
- Dobra - przyznał Udinaas. - Masz trochę racji.
- A więc nie odpowiesz na moje pytanie?
- Ty pierwszy.
- Nie kryję, czego pragnę.
- Zemsty? No cóż, zawsze to jakaś motywacja. Przynajmniej w krótkiej
perspektywie. Być może długa perspektywa cię nie interesuje, ale bądźmy
szczerzy, Silchasie Ruin, jako jedyny cel w życiu to raczej kiepskie i żałosne.
- Ty zaś twierdzisz, że żyjesz tylko po to, by dręczyć Feara Sengara.
- Och, z tym zadaniem świetnie radzi sobie sam. - Udinaas wzruszył
ramionami. - Problem z podobnymi pytaniami polega na tym, że z reguły
udaje nam się zrozumieć znaczenie naszych uczynków dopiero po fakcie.
Wtedy potrafimy znaleźć nie jedno, ale tysiące powodów, usprawiedliwień,
wyjaśnień i szczerych obron. Znaczenie? Doprawdy, Silchasie Ruin.
Zapytaj mnie o coś interesującego.
- Proszę bardzo. Zastanawiam się nad rzuceniem wyzwania tym, którzy nas
ścigają. Mam już dość tego zbytecznego ukrywania się. Prawdę mówiąc, to
zniewaga dla mojej natury.
Czekający u wylotu tunelu Fear odwrócił się i spojrzał na Tiste Andii.
- Tylko podrażniłbyś gniazdo szerszeni, Silchasie Ruin. Co gorsza, jeśli
za mocą Rhulada rzeczywiście kryje się ten upadły bóg, możesz się
narazić na los znacznie gorszy niż tysiąclecia pochowania w ziemi.
- Na naszych oczach Fear zmienia się w starca - zadrwił Udinaas. - Boi
się własnego cienia. Jeśli chcesz stanąć do walki z Rhuladem, Hannanem
Mosagiem i jego k'risnanami, masz moje błogosławieństwo, Silchasie Ruin.
Złap Zbłąkanego za gardło i rozerwij to imperium na strzępy. Obróć
wszystko w popioły. Spustosz cały cholerny kontynent, Tiste Andii. My
posiedzimy sobie w tej jaskini. Wpadnij po nas, kiedy skończysz.
Fear obnażył zęby w gniewnym grymasie.
- Czemu miałby nas oszczędzić?
- Nie mam pojęcia - odparł były niewolnik, unosząc brwi. - Może z litości?
- Dlaczego nikt tu nikogo nie lubi? - zapytała stojąca w wejściu do
bocznej komnaty Imbryk. - Ja lubię was wszystkich. Nawet Withera.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Dramatis Personae
Letheryjczycy
Tehol Beddict: zubożały mieszkaniec
Bugg: lokaj Tehola
Shurq Elalle: wędrowna piratka
Skorgen Kaban: pierwszy oficer na statku Shurq
Ublala Pung: bezrobotny półkrwi Tarthenal
Ormly: członek Cechu Szczurołapów
Rucket: główny śledczy z Cechu Szczurołapów
Karos Invictad: inwigilator Obrońców Ojczyzny
Tanal Yathvanar: osobisty asystent Karosa
Rautos Hivanar: przewodniczący Kupieckiego Powiernictwa Wolności
Venitt Sathad: najbardziej zaufany agent Rautosa
Triban Gnol: kanclerz Nowego Imperium
Nisall: pierwsza konkubina dawnego cesarza
Janall: obalona cesarzowa
Turudal Brizad: były konkubent
Janath Anar: więźniarka polityczna
Sirryn Kanar: strażnik pałacowy
Brullyg (Shake): nominalny zarządca Drugiego Fortu Dziewiczego
Yedan Derryg (Wachta)
Orbyn Poszukiwacz Prawdy: dowódca sekcji Obrońców Ojczyzny
Letur Anict: faktor Drene
Bivatt: atri-preda Armii Wschodniej
Piórkowa Wiedźma: letheryjska niewolnica Uruth
Tiste Edur
Rhulad: władca Nowego Imperium
Hannan Mosag: cesarski ceda
Uruth: matriarchini cesarza i żona Tomada Sengara
k'risnani: cesarscy czarnoksiężnicy
Bruthen Trana: Edur z pałacu
Brohl Handar: nadzorca wschodu rezydujący w Drene
Przybywający z flotą Edur
Yan Tovis (Pomroka): atri-preda w letheryjskiej armii
Varat Taun: jej porucznik
Taralack Veed: Gral, agent Bezimiennych
Icarium: broń Taralacka
Hanradi Khalag: czarnoksiężnik Tiste Edur
Tomad Sengar: patriarcha cesarza
Samar Dev: uczona i czarownica z Siedmiu Miast
Karsa Orlong: wojownik Toblakai
taxilanin: tłumacz
Awl'dan
Czerwona Maska: wygnaniec, który powrócił
Masarch: wojownik z klanu Renfayarów
Hadralt: wódz wojenny klanu Ganetoków
Sag'Churok: osobisty strażnik Czerwonej Maski
Gunth Mach: osobista strażniczka Czerwonej Maski
Nurt: miedzianolicy
Natarkas: miedzianolicy
Ścigani
Seren Pedac: letheryjska poręczycielka
Fear Sengar: Tiste Edur
Imbryk: letheryjska sierota
Udinaas: zbiegły letheryjski niewolnik
Wither: widmo cienia
Silchas Ruin: Ascendent Tiste Andii
Refugium
Ulshun Pral: Imass
Rud Elalle: adoptowany znajda
Hostille Rator: T'lan Imass
Til'Aras Benok: T'lan Imass
Gr'istanas Ish'Ilm: T'lan Imass
Malazańczycy
Łowcy Kości
Tavore Paran: głównodowodząca Łowców Kości
Lostara Yil: zastępczyni Tavore
Keneb: pięść w Łowcach Kości
Blistig: pięść w Łowcach Kości
Faradan Sort: kapitan
Madan'tul Rada: porucznik służący pod rozkazami Faradan Sort
Pędrak: adoptowany syn Keneba
Dziób: mag przydzielony kapitan Faradan Sort
Ósmy Legion, Dziewiąta Kompania
Czwarta Drużyna
Skrzypek: sierżant
Tarcz: kapral
Koryk: półkrwi Seti, piechota morska
Śmieszka: kobieta z Itko Kan, piechota morska
Mątwa: saper
Flaszka: mag drużyny
Corabb Bhilan Thenu'alas: żołnierz
Piąta Drużyna
Gesler: sierżant
Chmura: kapral
Piasek: piechota morska
Krótkonos: ciężka piechota
Mądrala: ciężka piechota
Uru Hela: ciężka piechota
Jętka: ciężka piechota
Siódma Drużyna
Postronek: sierżant
Odprysk: kapral
Kulas: piechota morska
Ebron: mag drużyny
Okruch (Jamber Pień): saper
Sinn: mag
Ósma Drużyna
Hellian: sierżant
Obrażalski: kapral # 1
Bezdech: kapral # 2
Balgrid: mag drużyny
Tavos Pond: piechota morska
Możliwe: saper
Lutnia: uzdrowiciel drużyny
Dziewiąta Drużyna
Balsam: sierżant
Trupismród: kapral
Rzezigardzioł: piechota morska
Galt: piechota morska
Płatek: piechota morska
Opak: mag drużyny
Dwunasta Drużyna
Thom Tissy: sierżant
Tulipan: kapral
Rampa: ciężka piechota
Jibb: średniozbrojna piechota
Mewiślad: średniozbrojna piechota
Bellig Harn: ciężka piechota
Trzynasta Drużyna
Urb: sierżant
Reem: kapral
Masan Gilani: piechota morska
Micha: ciężka piechota
Hanno: ciężka piechota
Solanka: ciężka piechota
Nikły: ciężka piechota
Ósmy Legion, Trzecia Kompania
Czwarta Drużyna
Pravalak Rim: kapral
Miodzik: saper
Strap Mull: saper
Ławica: ciężka piechota
Zerkacz: ciężka piechota
Piąta Drużyna
Badan Gruk: sierżant
Kryza: piechota morska
Zgarniaczka: piechota morska
Nep Bruzda: mag
Reliko: ciężka piechota
Całkiem Nieprzytomny: ciężka piechota
Dziesiąta Drużyna
Porządnicki: sierżant
Obława: kapral
Mulvan Straszny: mag
Neller: saper
Czaszkośmierć: piechota morska
Mieczobłysk: ciężka piechota
Inni
Banaschar: ostatni kapłan D'rek
Withal: meckroski płatnerz
Sandalath Drukorlat: Tiste Andii, żona Withala
Nimander Golit: Tiste Andii, potomek Anomandera Rake'a
Phaed: Tiste Andii, potomkini Anomandera Rake'a
Serwatka: opętany szkielet gada
Telorast: opętany szkielet gada
Onrack: T'lan Imass, niezwiązany
Trull Sengar: renegat Tiste Edur
Ben Adaephon Delat: czarodziej
Menandore: jednopochwycona (Siostra Brzask)
Sheltatha Lore: jednopochwycona (Siostra Zmierzch)
Sukul Ankhadu: jednopochwycona (Siostra Cętka)
Kilmandaros: pradawna bogini
Klips: Tiste Andii
Kotylion: Sznur, bóg patron skrytobójców
Imroth: strzaskana, T'lan Imass
Płot: duch
Stary Garbus Arbat: Tarthenal
Zwięzła: była oszustka
Treściwa: była oszustka
Pully: czarownica Shake'ów
Skwish: czarownica Shake'ów
Prolog
Pradawna grota Kurald EmurlahnWiek rozerwania
Rozdartą żalem panoramę skalały trupy sześciu smoków leżące na równinie
w nieuporządkowanym szeregu długości co najmniej tysiąca kroków. Z rozerwanych ciał sterczały połamane kości; paszcze były otwarte, a oczy
wyschnięte. Tam, gdzie krew wylała się na ziemię, widma zleciały się do
niej jak muchy do soku i wpadły w pułapkę. Gdy krew ciemniała, łącząc
się z martwą glebą, duchy miotały się i krzyczały słabymi, pełnymi
rozpaczy głosikami. Kiedy wreszcie stwardniała, przeistaczając się w szklisty kamień, zostały na wieki zamknięte w owym mrocznym więzieniu.
Naga istota wędrująca ścieżką utworzoną przez zabite smoki nie
ustępowała im masą, ale nie potrafiła się wzbić ponad ziemię. Poruszała
się na dwóch krzywych nogach o udach grubych jak tysiącletnie drzewa.
Szerokość jej barów dorównywała wzrostowi Tartheno Toblakai, gruba szyja
kryła się pod grzywą czarnych, lśniących włosów, przednia część głowy -
czoło, kości policzkowe i szczęki - była wysunięta do przodu, w głęboko
osadzonych oczach widniały zaś czarne źrenice otoczone opalizującą
bielą. Potężne ramiona były nieproporcjonalnie długie, ogromne dłonie
niemal sięgały ziemi. Wielkie, jasne piersi kołysały się miarowo. Stwór
szedł obok zmasakrowanych, gnijących trupów dziwnie płynnym krokiem, w którym nie było nic ociężałego. We wszystkich kończynach miał dodatkowe
stawy.
Skóra koloru wyblakłej na słońcu kości pociemniała na końcach rąk do
barwy poprzeszywanej żyłkami czerwieni, wokół kostek dłoni widniały
siniaki, a tu i ówdzie siateczka pęknięć odsłaniała kości - dłonie
istoty doznały uszkodzeń, z pewnością zadając potężne ciosy.
Stworzenie zatrzymało się i uniosło głowę, spoglądając na trzy smoki,
które się unosiły wysoko pośród skłębionych chmur, to pojawiając się, to
znowu niknąc w obłokach dymu wypełniającego umierające królestwo.
Dłonie chodzącej po ziemi istoty zadrżały nerwowo. Z jej gardła wyrwało
się niskie warknięcie.
Po dłuższej chwili ruszyła w dalszą drogę.
Minąwszy ostatniego smoka, dotarła do miejsca, gdzie wznosił się szereg
wzgórz. Największe z nich było rozszczepione, jakby jakiś ogromny szpon
wyszarpnął serce wzniesienia. W owej rozpadlinie było widać rozdarcie,
szczelinę w przestrzeni. Płynęły z niej strumienie martwiczej energii,
tak toksycznej, że strawiła boki pęknięcia, rozpuszczając niczym kwas
skały i głazy starożytnego wału.
Rozdarcie wkrótce się zasklepi. Ten, kto przez nie ostatnio przeszedł,
pragnął zamknąć drzwi za sobą. Podobne uzdrawianie nie mogło jednak
dokonywać się w pośpiechu. Rana znowu zacznie krwawić.
Istota podeszła bliżej, ignorując emanującą z rozdarcia jadowitą moc. Na
progu zatrzymała się ponownie i spojrzała za siebie.
Smocza krew twardniała, zamieniając się w kamień. Jego poziome płyty
oddzielały się już od ziemi, unosiły po bokach, przeradzając się w tworzące dziwną plątaninę ściany. Niektóre zaczęły się zapadać, znikając
z tego królestwa. Spadały przez kolejne światy, by wreszcie pojawić się
na nowo, solidne i nieprzepuszczalne, w innych królestwach, zgodnych z aspektem krwi. Tych praw nie sposób było podważyć. Starvald Demelain,
krew smoków i śmierć krwi.
W dali za istotą Kurald Emurlahn, Królestwo Cieni, pierwsze, które
zrodziło się ze związku Ciemności i Światła, miotało się w śmiertelnych
konwulsjach. Daleko stąd nadal trwały bratobójcze wojny, natomiast w innych okolicach zaczęła się już fragmentacja. Potężne odpryski tkanki
świata oderwały się od reszty, straciły z nią kontakt, przerodziły w niezależne całości, które albo się zagoją, albo zginą. A mimo to intruzi
przybyli tutaj niczym padlinożercy gromadzący się wokół martwego
lewiatana. Próbowali wyrwać dla siebie fragmenty ginącego królestwa,
zabijając się nawzajem w zaciekłych walkach o ochłapy.
Nikt nawet sobie nie wyobrażał, że całe królestwo może zginąć w taki
sposób. Że okrutne czyny jego mieszkańców są w stanie wszystko
zniszczyć. Światy żyją dalej bez względu na poczynania tych, którzy je
zamieszkują. Wszyscy w to wierzyli. Przyjmowali takie założenie. Rany
się goją, niebo rozpogadza, a z morskiego mułu wypełza coś nowego.
Ale nie tym razem.
Zbyt wiele mocy, za dużo zdrad, nazbyt straszliwe, wszechpochłaniające
zbrodnie.
Istota ponownie zwróciła się ku bramie.
Kilmandaros, pradawna bogini, przeszła na drugą stronę.
Ruiny domostwa K'Chain Che'MallePo upadku Silchasa Ruina
Drzewa pękały z trzaskiem od gwałtownego chłodu, który opadł niczym
całun, niewidoczny, lecz dotykalny, na spustoszony las.
Gothos podążał bez trudu za śladem bitwy, tropem kolejnych starć dwojga
pradawnych bogów z jednopochwyconym smokiem. Wędrującemu szlakiem
zniszczenia Jaghutowi towarzyszył porażający mróz Omtose Phellack, Groty
Lodu.
Zachowałem wszystko, tak jak mnie prosiłeś, Maelu. Uwięziłem w tym
miejscu prawdę, by stała się czymś więcej niż tylko wspomnieniem. Aż po
dzień roztrzaskania samej Omtose Phellack.
Gothos zastanowił się machinalnie, czy był kiedyś czas, gdy wierzył, że
to się nigdy nie stanie. Że Jaghuci, w całej swej wystudiowanej
doskonałości, są wyjątkiem i ich triumfalna dominacja będzie trwała
wiecznie. Że ich cywilizacja jest nieśmiertelna, a tylko wszystkie inne
muszą kiedyś umrzeć.
No cóż, niewykluczone. W końcu niegdyś wierzył nawet w to, że nad całym
bytem panuje wszechmocna, dobroczynna istota. A świerszcze grają po to,
by pomóc nam zasnąć. Nie sposób odgadnąć, jakie jeszcze głupoty mogły
się zakraść do jego młodej, naiwnej głowy przed tymi wszystkimi
tysiącleciami.
Rzecz jasna, nie ulegał już podobnym złudzeniom. Wszystko się kończy.
Gatunki wymierają. Przekonanie, że jest inaczej, było tylko
zarozumiałością, produktem wybujałego ego, przekleństwem nadmiernego
poczucia własnej wartości.
W co więc wierzę teraz?
Nie mógł sobie pozwolić, by odpowiedzieć na to pytanie melodramatycznym
śmiechem. Jaki byłby w tym sens? W pobliżu nie było nikogo, kto
doceniłby jego ironię. Wliczając jego samego.
Tak jest. Jestem skazany na życie we własnym towarzystwie.
To moja osobista klątwa.
Takie są najlepsze.
Wszedł na rozdarte, pęknięte wzgórze. Skała macierzysta uniosła się tu
gwałtownie, tworząc ogromną szczelinę. Gdy Gothos zatrzymał się nad nią
i zajrzał do środka, pionowe ściany pokrył już szron. Gdzieś w mroku
było słychać dwie kłócące się osoby.
Jaghut rozciągnął usta w uśmiechu.
Otworzył swoją grotę i zaczerpnął z niej ułamek mocy, by opaść powoli na
dno rozpadliny. Kiedy się zbliżał, głosy umilkły. Ciszę mącił tylko
ochrypły, syczący dźwięk, który pulsował lekko - oddech wciągany w płuca
pośród fal bólu. Słyszał też, nieco z boku, zgrzyt łusek trących o kamień.
Wylądował na stercie skalnych odłamków, kilka kroków od miejsca, w którym stał Mael. Dziesięć kroków dalej majaczyła potężna sylwetka
Kilmandaros. Od jej skóry biła lekka, niezdrowa poświata. Bogini
zaciskała dłonie w pięści, a jej zwierzęca twarz miała wojowniczy wyraz.
Scabandariego, jednopochwyconego smoka, zapędzono w zagłębienie ściany
urwiska. Tkwił w nim teraz skulony, strzaskane żebra z pewnością
sprawiały, że każdy oddech był męczarnią. Jedno skrzydło się złamało,
było w połowie oderwane. Tylną nogę również miał strzaskaną, z ciała
sterczały kości. To był koniec jego ucieczki. Dwoje pradawnych
skierowało spojrzenia na Gothosa.
- Zawsze mnie zachwyca, gdy zdrajca pada ofiarą zdrady - rzekł Jaghut,
podchodząc bliżej. - W tym przypadku zdradziła go własna głupota, a to
jest jeszcze lepsze.
- Rytuał... skończyłeś go, Gothosie? - zapytał Mael, pradawny bóg mórz.
- Można tak powiedzieć. - Jaghut wbił wzrok w Kilmandaros. - Pradawna
bogini, twoje dzieci w tym królestwie zgubiły drogę.
Potężna, półzwierzęca kobieta wzruszyła ramionami.
- Zawsze ją gubią, Jaghucie - odparła cichym, melodyjnym głosem.
- To czemu czegoś z tym nie zrobisz?
- A ty?
Gothos uniósł cienką brew, a potem odsłonił kły w uśmiechu.
- Czy to zaproszenie, Kilmandaros?
Zerknęła na smoka.
- Nie mam na to czasu. Muszę wracać do Kurald Emurlahn. Zabiję go...
Podeszła bliżej.
- Nie możesz tego zrobić - powstrzymał ją Mael.
Spojrzała na niego, otwierając i zaciskając potężne pięści.
- Ciągle mi to powtarzasz, ty gotowany krabie.
Bóg morza wzruszył ramionami, spoglądając na Gothosa.
- Wytłumacz jej to, proszę.
- Ile długów chcesz u mnie zaciągnąć? - zainteresował się Jaghut.
- Och, doprawdy, Gothosie!
- Proszę bardzo. Kilmandaros, wewnątrz rytuału, który opada teraz na tę
okolicę, na pole bitwy i te brzydkie lasy, sama śmierć nie ma mocy.
Gdybyś zabiła tu Tiste Edur, jego dusza uwolni się z ciała, ale
pozostanie na miejscu, a jej moc zmniejszy się tylko nieznacznie.
- Zamierzam go zabić - upierała się Kilmandaros łagodnym tonem.
- W takim razie będziesz potrzebowała mojej pomocy - oznajmił Gothos,
uśmiechając się szerzej.
Mael prychnął pogardliwie.
- A do czego? - zapytała bogini.
Jaghut wzruszył ramionami.
- Trzeba przygotować Finnest. Dom, który uwięzi duszę jednopochwyconego.
- No to zrób to.
- Jako przysługę dla was dwojga? Nie sądzę, pradawna bogini. Niestety,
podobnie jak Mael, będziesz musiała uznać się za moją dłużniczkę.
- Mam lepszy pomysł - sprzeciwiła się Kilmandaros. - Zmiażdżę twoją
czaszkę między kciukiem a palcem wskazującym, a potem wepchnę twe
przemądrzałe ścierwo do gardła Scabandariemu, żeby się nim zadławił. To
będzie odpowiedni kres dla was obu.
- Bogini, na starość zrobiłaś się zgorzkniała i gderliwa - odparł
Gothos.
- I nic w tym dziwnego. Popełniłam błąd, próbując uratować Kurald
Emurlahn.
- Po co się trudzić? - zainteresował się Mael.
Kilmandaros obnażyła wyszczerbione zęby.
- Ten precedens jest... niepożądany. Możesz z powrotem schować głowę w piasek, Maelu, ale ostrzegam cię: śmierć jednego królestwa to zapowiedź
takiego samego losu całej reszty.
- Skoro tak mówisz - rzekł po dłuższej chwili pradawny bóg. - Przyznaję,
że taka możliwość istnieje. Tak czy inaczej, Gothos domaga się zapłaty.
Kilmandaros rozluźniła pięści i znowu je zacisnęła.
- Zgoda. A teraz zrób ten Finnest, Jaghucie.
- To będzie w sam raz - oznajmił Gothos, wyciągając jakiś przedmiot z dziury w wystrzępionej koszuli.
Dwoje pradawnych gapiło się przez chwilę na obiekt. Wreszcie Mael
chrząknął.
- Tak, teraz rozumiem. To dość dziwny wybór, Gothosie.
- Nie zwykłem dokonywać innych. No dobra, Kilmandaros, zakończ w swój
subtelny sposób żałosną egzystencję jednopochwyconego.
Smok syknął przeraźliwie z wściekłości i strachu, gdy pradawna bogini
podeszła bliżej.
Uderzyła pięścią w sam środek czaszki Scabandariego, tuż nad smoczymi
oczami. Gruba kość pękła z trzaskiem, który wypełnił rozpadlinę niczym
tren. Z kostek dłoni bogini trysnęła krew.
Smocza głowa uderzyła z ciężkim łoskotem o spękaną skałę. Z bezwładnego
ciała wyciekły płyny.
Kilmandaros odwróciła się, spoglądając na Gothosa.
Jaghut skinął głową.
- Mam biednego skurczybyka.
Mael podszedł do niego i wyciągnął rękę.
- W takim razie wezmę Finnest...
- Nie.
Oboje pradawnych spojrzało na Gothosa, który uśmiechnął się po raz
kolejny.
- To spłata długu. Dla was obojga. Zabieram Finnest z duszą
Scabandariego. Nie jesteście mi już nic winni. Nie cieszycie się?
- Co zamierzasz z nim zrobić? - zapytał Mael.
- Jeszcze nie zdecydowałem, ale mogę cię zapewnić, że to będzie coś
osobliwie nieprzyjemnego.
Kilmandaros ponownie zacisnęła pięści, uniosła nieco ręce.
- Korci mnie, żeby wysłać w pogoń za tobą moje dzieci, Jaghucie.
- Szkoda, że zgubiły drogę.
Żadne z pradawnych nie odezwało się już ani słowem. Gothos opuścił
szczelinę. Zawsze sprawiało mu przyjemność przechytrzenie takich
zgrzybiałych wraków z całą ich starożytną, bezlitosną mocą. Przynajmniej
chwilową przyjemność.
Takie są najlepsze.
***
Gdy Kilmandaros opuściła szczelinę, czekała na nią inna postać.
Mężczyzna miał czarny płaszcz i białe włosy, wpatrywał się w rozdarcie z wyrazem żartobliwej kontemplacji na twarzy.
Chciał wejść do bramy czy czekał na Kilmandaros? Skrzywiła się ze
złością.
- Nie jesteś mile widziany w Kurald Emurlahn - oznajmiła.
Anomandaris Purake zatrzymał chłodne spojrzenie na monstrualnej istocie.
- Wydaje ci się, że zamierzam zagarnąć tron dla siebie?
- Nie byłbyś pierwszy.
Ponownie spojrzał na szczelinę.
- Wrogowie oblegają cię ze wszystkich stron, Kilmandaros. Oferuję pomoc.
- Niełatwo ci będzie zasłużyć na moje zaufanie, Tiste Andii.
- Jesteś niesprawiedliwa - odparł. - W przeciwieństwie do wielu swych
pobratymców uznaję fakt, że korzyści płynące ze zdrady nigdy nie
równoważą jej kosztów. W Kurald Emurlahn walczą teraz ze sobą nie tylko
zdziczałe smoki, lecz również jednopochwyceni.
- Gdzie Osserc? - zapytała pradawna bogini. - Mael mówił mi, że on
zamierza...
- Znowu wejść mi w drogę? Osserc wyobrażał sobie, że wezmę udział w zabójstwie Scabandariego. Po co miałbym to robić? Ty i Mael
poradziliście sobie z łatwością. - Chrząknął. - Wyobrażam go sobie, jak
lata wkoło, żeby mnie znaleźć. Idiota.
- Scabandari zdradził twojego brata. Nie pragniesz go pomścić?
Anomandaris zerknął na nią, a potem uśmiechnął się blado.
- Korzyści płynące ze zdrady. Dla Scabandariego koszty okazały się
wysokie, nieprawdaż? A jeśli chodzi o Silchasa, no cóż, nawet Azath nie
trwa wiecznie. Niemal mu zazdroszczę izolacji od wszystkiego, co czeka
nas w następnych tysiącleciach.
- Zaiste. A czy zamierzasz podążyć za jego przykładem i skryć się w podobnym kurhanie?
- Nie sądzę.
- W takim razie podejrzewam, że Silchas Ruin raczej nie będzie skłonny
wybaczyć ci obojętności, gdy już odzyska wolność.
- Możesz się zdziwić, Kilmandaros.
- Ty i twój rodzaj jesteście dla mnie tajemnicą, Anomandarisie Purake.
- Wiem o tym. A więc umowa stoi, bogini?
Uniosła głowę.
- Zamierzam przegnać pretendentów z królestwa. Jeśli Kurald Emurlahn
musi umrzeć, niech umrze w spokoju.
- Innymi słowy, chcesz, żeby Tron Cieni pozostał pusty.
- Tak.
Po chwili zastanowienia skinął głową.
- Zgoda.
- Nie próbuj mnie oszukać, jednopochwycony.
- Nie zrobię tego. Jesteś gotowa, Kilmandaros?
- Zawrą przeciwko nam sojusze - zauważyła. - Wyruszą na wojnę z nami.
Anomandaris wzruszył ramionami.
- Nie mam dziś nic lepszego do roboty.
Dwoje Ascendentów przeszło przez bramę i zamknęło za sobą rozdarcie. W końcu do królestwa wiodły też inne ścieżki. Ścieżki, które nie były
ranami.
Gdy znaleźli się w Kurald Emurlahn, ujrzeli przed sobą spustoszony
świat.
I przystąpili do oczyszczania tego, co zeń zostało.
Awl'dan, w ostatnich dniach panowania króla Diskanara
Preda Bivatt, kapitan dreńskiego garnizonu, była daleko od domu.
Dwadzieścia jeden dni drogi wozem. Dowodziła ekspedycją złożoną z dwustu
żołnierzy z Armii Wystrzępionej Chorągwi, trzydziestoosobowego oddziału
lekkiej jazdy z Niebieskiej Róży oraz czterystu osób obsługi, w tym
również cywilów. Rozkazała rozbić obóz, zsunęła się z konia i ruszyła ku
odległej o pięćdziesiąt parę kroków krawędzi urwiska.
Gdy dotarła na skraj, wiatr uderzył ją w pierś z siłą młota, jakby
chciał odrzucić ją do tyłu, zerwać z tego ostatniego skrawka lądu.
Leżący w dole ocean był wizją zrodzoną w koszmarze artysty: wzburzone,
spienione morze, a nad nim ciężkie chmury rozdzierane na strzępy przez
wicher. Woda była raczej biała niż niebieskozielona. Piana pokrywała
grzbiety fal, tryskała spomiędzy kamieni, kiedy bałwany tłukły o brzeg.
Uświadomiła sobie, że to właśnie to miejsce, i przeszył ją sięgający
szpiku kości dreszcz.
Rybacka łódź, zniesiona daleko z kursu w śmiercionośną kipiel, jaką była
ta część oceanu. Nawet największe kupieckie statki nie zapuszczały się
tu z własnej woli. Przed osiemdziesięciu laty kipiel pochwyciła miasto
Meckrosów i rozbiła je na kawałki, wciągając w odmęty co najmniej
dwadzieścia tysięcy mieszkańców pływającej osady.
Załoga łodzi przeżyła jednak i zdołała dopłynąć na płyciznę, a potem
dostać się na odległy o jakieś trzydzieści kroków brzeg, brodząc w sięgającej pasa wodzie. Nieubłagane fale roztrzaskały ich łódź na
szczapy, ale czterej letheryjscy rozbitkowie wyszli bezpiecznie na suchy
ląd.
I znaleźli tam... to.
Preda Bivatt zaciągnęła rzemień hełmu, żeby wiatr nie zerwał go jej
razem z głową. Nie przestawała się przyglądać leżącym na brzegu
pozostałościom. Fale podmyły wzgórze, na którym stała. Trzy długości
ciała mężczyzny na dole znajdowała się biała, piaszczysta plaża zasłana
sznurami zeschłych wodorostów, wyrwanymi z korzeniami drzewami oraz
szczątkami meckroskiego miasta sprzed osiemdziesięciu lat. Było tam
jednak coś więcej. Coś bardziej niespodziewanego.
Czółna wojenne. Morskie łodzie, każda długa jak wieloryb koralowy. Miały
wysokie dzioby i były dłuższe i szersze niż okręty Tiste Edur. Nie były
to też wyrzucone przez fale wraki. Nie dostrzegała na nich żadnych
śladów uszkodzeń. Wyciągnięto je wysoko na brzeg i ułożono w szeregi,
choć łatwo było zauważyć, że zdarzyło się to dość dawno temu - miesiące,
być może lata.
Ktoś przystanął obok niej. Kupiec z Drene, który zaopatrzył ich wyprawę.
Miał bladą cerę i jasne, prawie białe włosy. Jego okrągła twarz
poczerwieniała od wiatru, preda widziała jednak, że powiódł spojrzeniem
bladoniebieskich oczu wzdłuż szeregu czółen, najpierw na zachód, a potem
na wschód.
- Mam odrobinę talentu! - pochwalił się, przekrzykując wichurę.
Bivatt milczała. Kupiec z pewnością potrafił rachować. Można to było
nazwać talentem, ale jako oficer letheryjskiej armii potrafiła bez jego
pomocy ocenić, ile osób mieściło się w każdej z ogromnych łodzi. Sto, z marginesem błędu wynoszącym dwadzieścia.
- Predo?
- Słucham?
Kupiec machnął bezradnie dłonią.
- Te czółna. - Wskazał ręką w jedną, a potem w drugą stronę. - Muszą
być...
Zabrakło mu słów.
Ale i tak go zrozumiała.
Całe szeregi czółen wyciągniętych na niegościnny brzeg. Drene,
najbliższe miasto w królestwie leżało trzy tygodnie drogi na południowy
zachód stąd. Na południu ciągnęły się ziemie Awl'danu i trasy wędrówek
plemion z ich ogromnymi stadami były bardzo dobrze znane. W końcu
Letheryjczycy właśnie podbijali te okolice. Nie dotarły do nich żadne
meldunki o pojawieniu się obcych.
Przed dwoma, trzema laty do brzegu przybiła tu wielka flota. Przybysze
wyszli na brzeg, zabierając ze sobą wszystko, co mieli, i zapewne
ruszyli w głąb lądu.
Powinny być jakieś znaki, pogłoski, jakieś echa wśród plemion Awli.
Powinniśmy coś o tym usłyszeć.
Ale tak się nie stało. Nieznani intruzi po prostu... zniknęli.
To niemożliwe. Jak mogło do tego dojść?
Ponownie przesunęła wzrokiem wzdłuż szeregów łodzi, jakby miała
nadzieję, że odkryje jakiś szczegół o fundamentalnym znaczeniu, który
uspokoi jej tłukące serce i zdejmie z kończyn przeszywający chłodem
ciężar.
- Predo...
Tak jest. Po stu na czółno. A tu widzimy... po cztery, pięć w szeregu...
Ile? Cztery, może pięć tysięcy?
Niemal tak daleko, jak okiem sięgnąć na wschód i na zachód, północny
brzeg pokrywała gęsta masa wojennych czółen z szarego drewna.
Wyciągnięto je tu na ląd i porzucono. Leżały na plaży jak zwalony las.
- Z górą pół miliona - odezwał się kupiec. - Według mojej oceny. Predo,
gdzie oni wszyscy się podziali, na Zbłąkanego?
Skrzywiła się.
- Kopnij to swoje gniazdo magów, Leturze Anict. Niech zarobią na swe
wygórowane wynagrodzenie. Król musi poznać prawdę. Każdy szczegół.
Wszystko.
- Już się robi - odparł mężczyzna.
Ona uczyni to samo z ekipą akolitów cedy. Dublowanie się było w tym
przypadku konieczne. Gdyby nie obecność wybranych uczniów Kuru Qana,
nigdy by się nie dowiedziała wszystkiego, co Letur Anict zataił w ostatecznym raporcie, nie zdołałaby wydobyć prawdy z szeregu półprawd i pełnych kłamstw. Na tym polegał uporczywy problem z prywatnymi
kontrahentami. Wszyscy kierowali się własnym interesem, a dla kreatur
takich jak Letur Anict, nowy faktor Drene, lojalność wobec korony zawsze
miała drugorzędne znaczenie.
Bivatt rozejrzała się w poszukiwaniu zejścia na plażę. Chciała lepiej
się przyjrzeć tym czółnom, zwłaszcza że wyglądało na to, że fragmenty
ich dziobów zdemontowano. To wydawało się dziwne, ale z taką tajemnicą
jakoś sobie poradzi. Pomoże jej ona zapomnieć o całej reszcie.
Z górą pół miliona.
Zbłąkany, błogosław, kto przybył pomiędzy nas?
Awl'dan, po podboju Letheru przez Edur
Wilki się zjawiły, a potem odeszły. W miejscach, gdzie wywlekły trupy z gęstego kłębowiska na wzgórzu, na którym nieznani żołnierze stoczyli swą
ostatnią walkę, ślady ich żerowania były wyraźnie widoczne.
Ten szczegół przyciągnął uwagę samotnego jeźdźca, który prowadził konia
pośród nieruchomych ciał. To było... niespotykane. Rzecz jasna,
zamieszkujące tę równinę wilki o brązowym futrze nie gardziły padliną,
podobnie jak wszystkie drapieżniki w Awl'danie, ale od dawna już znały
ludzi i powinny były uciec, gdy tylko poczuły ich kwaśną woń, nawet
jeśli mieszała się ona z zapachem krwi. Co więc zwabiło je na to
milczące pole bitwy?
Samotny jeździec o twarzy zasłoniętej maską z karmazynowej łuski
ściągnął wodze u podstawy niskiego wzgórza. Jego wierzchowiec konał,
targały nim drgawki. Nim słońce zajdzie, mężczyzna będzie musiał iść na
piechotę. Gdy o świcie rozbijał obóz, skubiące kępę trawy na skraju
parowu zwierzę ukąsiła żmija rogata. Jad działał powoli, lecz
nieubłaganie. Nie mogły go zneutralizować żadne zioła ani lekarstwa,
jakie wędrowiec miał ze sobą. Strata była bolesna, ale nie
katastrofalna. Nigdzie mu się nie śpieszyło.
W górze krążyły kruki, żaden jednak nie chciał wylądować. To nie jego
przybycie je spłoszyło. Wprost przeciwnie, widok kołujących nad
wzgórzami ptaków przyciągnął go w to miejsce. Krakały rzadko, a ich
głosy brzmiały dziwnie cicho, nawet żałośnie.
Dreńskie legiony zabrały własnych poległych, zostawiając tylko swe
ofiary, by karmiły trawę równin. Na pociemniałej po śmierci skórze było
jeszcze widać błyszczące ślady porannego szronu, ale wszystkie zaczęły
już topnieć. Wyglądało to tak, jakby z nieruchomych twarzy, otwartych
oczu i śmiertelnych ran zabitych żołnierzy spływały łzy.
Stanął w strzemionach i powiódł wzrokiem po horyzoncie, wypatrując swych
dwóch towarzyszy. Straszliwe stworzenia nie wróciły jeszcze z łowów.
Zastanawiał się, czy nie znalazły gdzieś na zachodzie nowego,
atrakcyjniejszego tropu. Letheryjskich żołnierzy, którzy wracali do
Drene, triumfujący i syci. Jeśli tak, dzisiejszy dzień będzie dniem
rzezi. Nie chodziło tu jednak o żądzę zemsty. Podobne sentymenty były
obce jego towarzyszom. Sprawili wrażenie, że zabijają dla przyjemności.
Zemsta jako powód zagłady Letheryjczyków istniała wyłącznie w jego
umyśle. To była istotna różnica.
Ale przyjemnie było o tym pomyśleć.
Ofiary, ci żołnierze w szaro-czarnych mundurach, były tu jednak obce.
Zabrano im broń i zbroje, a także chorągwie jako trofea. Mimo to ich
obecność w Awl'danie - w samym sercu ojczyzny jeźdźca - budziła
niepokój.
Letheryjskich najeźdźców znał. Niezliczone legiony z ich dziwacznymi
nazwami i zaciekłą rywalizacją, a także nieustraszoną konnicę z Niebieskiej Róży. Znał też nadal wolne królestwa i terytoria graniczące
z Awl'danem: ich rywali, D'rhasilhani, Kerynów, królestwo Bolkando i państwo Saphinand. Przed laty paktował albo krzyżował miecze z nimi
wszystkimi i nikt tam nie przypominał tych żołnierzy.
Mieli jasną cerę, a włosy koloru słomy albo rdzy. Oczy niebieskie bądź
szare. I... tak wiele kobiet.
Zatrzymał spojrzenie na jednej z żołnierek leżącej pod szczytem wzgórza.
Zmasakrowane przez czary ciało stopiło się ze zbroją, na której nadal
było widać znaki.
Zsiadł z konia i wszedł na wzgórze, omijając leżące ciała. Jego mokasyny
ślizgały się po krwawym błocie. Po chwili przykucnął nad trupem kobiety.
Na poczernianej kolczudze z brązu wymalowano dwie wilcze głowy. Jeden
wilk był biały i jednooki, drugi srebrno-czarny. Nigdy dotąd nie widział
takiego herbu.
To rzeczywiście byli obcy.
Cudzoziemcy. Tutaj, w kraju jego narodzin.
Wykrzywił skrytą pod maską twarz. Nie było go zbyt długo. Czy teraz to
on stał się obcym? Ziemia zadrżała pod miarowym łoskotem kroków. Jego
towarzysze wracali.
A więc nie było zemsty.
No cóż, przyjdzie jeszcze na nią czas.
Rankiem obudziło go żałobne wycie wilków. To ich zew zwabił go w to
miejsce, jakby szukały świadka, jakby rzeczywiście go tu wezwały. Nie
widział ich jednak. Nawet jednego.
Niemniej nie ulegało wątpliwości, że rankiem wilki tu ucztowały.
Wyciągały ciała ze stosu.
Schodząc w dół, z każdą chwilą zwalniał kroku, aż wreszcie się
zatrzymał, zaczerpnął tchu i wstrzymał oddech. Przyjrzał się uważniej
otaczającym go ze wszystkich stron ciałom.
Wilki ucztowały... ale nie tak, jak zwykły to robić... nie w ten sposób.
Rozdarte klatki piersiowe, sterczące żebra... pożarły serca. Nic więcej.
Tylko serca.
Tętent był coraz bliższy, było słychać świst przeszywających trawę
szponów. Kruki zakrzyknęły głośno i rozpierzchły się we wszystkie
strony.
Rozdział pierwszy
Dwie siły, ongiś toczące zaciekły bój, stały się nagle kochankami, choć
żadna nie potrafiła zdecydować, która pierwsza rozłożyła nogi przed
drugą. Proste fakty wyglądały tak: pierwotna hierarchiczna struktura
plemion Tiste Edur znakomicie pasowała do letheryjskiego systemu, w którym źródłem władzy było bogactwo. Edur stali się koroną spoczywającą
swobodnie na głowie opasłego cielska Letheru. Czy jednak korona ma
własną wolę? Czy ten, kto ją nosi, ugina się pod jej ciężarem?
Spoglądając wstecz, dostrzeżemy, że prawda jest oczywista. Choć unia
wydawała się całkowita, pod powierzchnią doszło do innego, znacznie
groźniejszego zespolenia. Wady obu systemów się połączyły, tworząc
nadzwyczaj wybuchową mieszankę.
Dynastia Hirothów (Tom XVII).
Kolonia, historia Letheru, Dinith Arnara
- Skąd to pochodzi?
Tanal Yathvanar przyglądał się, jak inwigilator powoli obraca w pulchnych dłoniach niezwykły przedmiot. Onyksy, wprawione w liczne
pierścienie, które nosił na krótkich palcach, błyszczały w snopach
słonecznego światła wpadających przez otwarte okno. Przedmiot był
dziwacznym zestawem powyginanych szpil z brązu splecionych w sztywną
klatkę.
- Chyba z Niebieskiej Róży - odparł Tanal. - Robota Senorba. Przeciętny
czas na rozwiązanie łamigłówki to trzy dni, choć rekord wynosi nieco
poniżej dwóch...
- U kogo ją znaleziono? - zapytał siedzący za biurkiem Karos, unosząc
wzrok.
- U półkrwi Tarthenala, jeśli potrafisz w to uwierzyć. Tutaj, w Letheras. Ponoć to przygłup, ale ma wrodzony talent do łamigłówek.
- A zadanie polega na tym, żeby ustawić szpilki tak, by wszystko się
rozsypało?
- Tak jest. Cała klatka robi się płaska. Słyszałem, że liczba
potrzebnych manipulacji wynosi...
- Nie, Tanal, nie mów mi. Powinieneś już się nauczyć. - Inwigilator,
przełożony Obrońców Ojczyzny, odłożył przedmiot na biurko. - Dziękuję za
ten podarunek. - Uśmiechnął się. - A teraz powiedz mi, czy uważasz, że
już wystarczająco długo uprzykrzamy życie Bruthenowi Tranie?
Karos wstał, poprawił jedwabny, karmazynowy strój - jedyny kolor i materiał, jaki uznawał - a potem wskazał na drzwi krótkim berłem, które
uczynił symbolem swego urzędu. Wykonano je z czarnego krwawego drewna z ojczyzny Edur, a w srebrne okucia wprawiono szlifowane onyksy.
Tanal pokłonił się i pierwszy opuścił pomieszczenie. Potem ruszył
szerokimi schodami na parter i wyszedł przez dwuskrzydłowe drzwi na
dziedziniec.
Pod jego zachodnią ścianą czekał w blasku słońca szereg więźniów.
Wyprowadzono ich z cel dzwon przed świtem, a niedawno minęło południe.
Brak wody i żywności, palący upał oraz brutalne przesłuchiwania, jakim
poddawano ich przez cały tydzień, sprawiły, że z górą połowa z osiemnastu aresztowanych straciła przytomność.
Inwigilator zmarszczył brwi na widok nieruchomych, skutych łańcuchami
ciał.
Łącznik z Tiste Edur, Bruthen Trana z plemienia Den-Rathów, stał bez
słowa w cieniu naprzeciwko więźniów. Wysoki mężczyzna zwrócił się ku
Tanalowi i Karosowi.
- Witam serdecznie, Bruthenie Trana - odezwał się Karos Invictad. -
Dobrze się czujesz?
- Przejdźmy do rzeczy, inwigilatorze - rzekł szaroskóry wojownik.
- Proszę bardzo. Jeśli zechcesz mi towarzyszyć, sprawdzimy wszystkich tu
obecnych więźniów. Szczegóły...
- Nie mam zamiaru podchodzić do nich bliżej - odparł Bruthen. -
Pokrywają ich nieczystości, a pogoda jest prawie bezwietrzna.
- Rozumiem, Bruthen - rzekł z uśmiechem Karos. Wsparł berło na ramieniu
i spojrzał na więźniów. - Nie musimy się do nich zbliżać. Zacznę od tego
na lewym końcu...
- Jest nieprzytomny czy martwy?
- Jak mam rozpoznać z tej odległości?
Tanal zauważył, że Edur skrzywił się ze złością. Pokłonił się obu
rozmówcom, podszedł do oddalonego o piętnaście kroków więźnia,
przykucnął obok niego i przyjrzał się mu uważnie.
- Żyje - oznajmił, prostując się.
- To go obudź! - rozkazał Karos.
Kiedy przemawiał głośniej, jego głos brzmiał piskliwie i ludzie nieraz
się krzywili, gdy go usłyszeli. Jednakże pozwolenie, by inwigilator
zauważył tę instynktowną reakcję, było głupotą. Tego rodzaju błędy
popełniało się tylko raz.
Ranal kopał więźnia, aż z ust ofiary wyrwało się suche, ochrypłe łkanie.
- Wstawaj, zdrajco - powiedział cicho. - Tak kazał inwigilator. Wstawaj,
bo zacznę łamać kości w tym twoim plugawym cielsku.
Więzień podźwignął się ciężko.
- Wody...
- Zamknij się. Pora odpowiedzieć za zbrodnie. Jesteś Letheryjczykiem,
tak? Pokaż Edur, który jest naszym gościem, co to oznacza.
Tanal wrócił do Karosa i Bruthena.
- ...Przyznał się do związków z dysydentami z Kolegium Lekarzy - mówił
inwigilator. - Chociaż nie można go oskarżyć o żadną konkretną zbrodnię,
nie ulega wątpliwości...
- Następny - przerwał mu Bruthen Trana.
Karos zamknął usta, po czym uśmiechnął się, nie odsłaniając zębów.
- Oczywiście. To poeta, który napisał i rozpowszechniał wezwanie do
rewolucji. Niczemu nie zaprzecza. Nawet z tej odległości widać jego
stoicki spokój.
- A trzeci?
- Właściciel gospody, w której spotykały się niepożądane elementy.
Niezadowoleni żołnierze. Dwóch z nich również jest wśród więźniów. O ich
działalności poinformowała nas czcigodna kurwa...
- Czcigodna kurwa, inwigilatorze? - zapytał z bladym uśmieszkiem Edur.
Karos zamrugał.
- Jak najbardziej, Bruthenie Trana.
- Ponieważ doniosła na oberżystę.
- Oberżystę, który dopuścił się zdrady.
- Chyba raczej żądał zbyt wysokiej działki. Przejdźmy do następnych, ale
streszczaj się, proszę.
- Oczywiście.
Karos Invictad stukał się miarowo berłem po pulchnym ramieniu, jakby
odmierzał batutą rytm powolnego marsza.
Tanal stał na baczność u boku szefa, gdy ten wyliczał zbrodnie, jakich
dopuścili się zebrani na dziedzińcu Letheryjczycy. Osiemnastu więźniów
stanowiło reprezentacyjną próbkę z górą trzystu, którzy siedzieli w lochach zakuci w łańcuchy. Tanal pomyślał, że w tym tygodniu aresztowali
całkiem sporą grupę. Najgorszych zdrajców czekały topienia. Mniej więcej
jedna trzecia z trzystu dwudziestu zatrzymanych będzie musiała odbyć
spacer po dnie kanału, obciążona przygniatającym ciężarem. Bukmacherzy
skarżyli się, że nikt już nie wychodzi żywy z tej próby. Rzecz jasna,
nie robili tego zbyt głośno, bo agitatorów również skazywano na
topienia. Wystarczyło kilka przykładów i szybko nauczyli się trzymać
język za zębami.
Tanal potrafił docenić te metody. To było jedno ze sformułowanych przez
Karosa Invictada praw przymusu i panowania, wielokrotnie wymieniane w obszernym traktacie, jaki inwigilator pisał na najbliższy swemu sercu
temat.
"Weźmy dowolną grupę ludności, zdefiniujmy ściśle jej cechy
charakterystyczne, a potem zmuśmy ją do posłuszeństwa. Przekupmy
słabych, by wydali nam silnych. Zabijmy silnych, a reszta będzie
należała do nas. Przejdźmy do następnej grupy".
Bukmacherzy byli łatwym celem, gdyż większość ludzi ich nie lubiła -
szczególnie niepoprawni hazardziści, a tych z każdym dniem przybywało.
Karos Invictad zakończył swą litanię. Bruthen Trana skinął głową,
odwrócił się i opuścił dziedziniec.
Gdy tylko Edur zniknął, inwigilator spojrzał na Tanala.
- Ci nieprzytomni przynieśli nam wstyd.
- Tak jest.
- Trzeba zmienić głowy na zewnętrznym murze.
- Już się robi.
- Najpierw musisz pójść ze mną, Tanalu Yathvanar. To potrwa tylko
chwilkę. Potem będziesz mógł wrócić do bieżących zadań.
Wrócili do budynku. Inwigilator posuwał się naprzód maleńkimi kroczkami
i Tanal musiał co chwila zwalniać.
Najpotężniejszy po cesarzu człowiek w imperium zasiadł za biurkiem,
wziął w rękę klatkę ze szpilek i przesunął kilkanaście z nich szybkimi,
precyzyjnymi ruchami. Klatka zapadła się nagle. Karos Invictad
uśmiechnął się do Tanala i cisnął przedmiot na biurko.
- Wyślij pismo do Senorba w Niebieskiej Róży. Zawiadom go, ile czasu
potrzebowałem, żeby rozwiązać łamigłówkę, a potem dodaj ode mnie, że
chyba traci zdolności.
- Tak jest.
Karos Invictad sięgnął po zwój.
- Jaki procent miałem otrzymywać od mojej inwestycji w gospodę "Pod
Zdechłym Wężem"?
- Rautos chyba wspominał o czterdziestu pięciu, inwigilatorze.
- Świetnie. Niemniej uważam, że pora już na spotkanie z przewodniczącym
Powiernictwa Wolności. Może być pod koniec tygodnia. Pomimo naszych
sukcesów nadal w obiegu jest dziwnie mało pieniędzy. Chcę się dowiedzieć
dlaczego.
- Wiesz, co podejrzewa Rautos Hivanar, inwigilatorze.
- W przybliżeniu. Z pewnością się ucieszy na wieść, że jestem gotowy
wysłuchać tych podejrzeń z większą uwagą. Masz więc dwa zadania. Ustal
czas spotkania na jeden dzwon. Aha, jeszcze jedno, Tanal.
- Słucham?
- Bruthen Trana. Te jego cotygodniowe wizyty. Chcę się dowiedzieć, czy
przypadkiem nie jest do nich zmuszany. Czy to nie jest jakaś typowa dla
Tiste Edur kara albo sposób okazywania cesarskiego niezadowolenia. A może skurwysyny naprawdę interesują się, co tu robimy? Bruthen nic nigdy
nie mówi. Nawet nie pyta, jakie kary wymierzamy aresztowanym. Co więcej,
męczą mnie jego niecierpliwość i nieuprzejme zachowanie. Może warto by
było go sprawdzić.
- Sprawdzić Tiste Edur? - zapytał Tanal, unosząc brwi.
- Po cichu, rzecz jasna. Przyznaję, że przed nami demonstrują
niezachwianą lojalność, ale trudno nie zadawać sobie pytania, czy
rzeczywiście nie zdarzają się wśród nich buntownicze wystąpienia.
- Z całym szacunkiem, inwigilatorze, nawet jeśli się zdarzają, to czy
Obrońcy Ojczyzny są odpowiednią organizacją...?
- Tanalu Yathvanar - przerwał mu Karos ostrym tonem. - Cesarz zlecił
Obrońcom Ojczyzny utrzymanie porządku w imperium. Nie jest naszym
zadaniem dzielenie mieszkańców na Edur i Letheryjczyków, tylko na
lojalnych i nielojalnych.
- Tak jest.
- Mam wrażenie, że czeka cię wiele zadań.
Tanal Yathvanar pokłonił się i opuścił gabinet.
***
Posiadłość zajmowała znaczny fragment północnego brzegu Letheru, cztery
przecznice na zachód od Kanału Quillasa. Otaczające ją schodkowe mury
zanurzały się w rzece, kończąc się z górą dwie długości łodzi od brzegu.
Wspierały je paliki łagodzące działanie prądu. Nieco dalej wznosiły się
dwa słupki cumownicze. Ostatnio zdarzyło się kilka powodzi. Przeglądając
Kompendium Posiadłości - tom rodzinnych notatek i map zdający
sprawozdanie z ośmiuset lat gospodarowania rodziny Hivanarów - Rautos
Hivanar uświadomił sobie, że w minionym stuleciu były one rzadkością.
Zapadł w wyściełany fotel i dopił balatową herbatę, pogrążając się w leniwej kontemplacji.
Zarządca domu i główny agent Rautosa, Venitt Sathad, podszedł do stolika
mapowego i umieścił kompendium z powrotem w drewnianej skrzyni z żelaznymi okuciami ukrytej pod podłogą. Zasunął deski podłogowe i nakrył
je dywanem, po czym wrócił na miejsce w pobliżu drzwi.
Rautos Hivanar był potężnie zbudowanym mężczyzną o rumianej twarzy i grubych rysach. Dominował w każdym pomieszczeniu, w którym się znalazł,
nawet największym. W tej chwili przebywał w bibliotece, gdzie wszystkie
ściany aż po sufit zajmowały regały. Wszędzie walały się zwoje, gliniane
tabliczki i oprawne księgi, dzieła chyba tysiąca uczonych. Wielu nosiło
nazwisko Hivanar.
Jako głowa rodziny i zarządca jej potężnego finansowego imperium Rautos
miał wiele zajęć. Od czasu podboju Letheru przez Tiste Edur musiał
wytężać intelekt ze zdwojoną siłą. Powołano wówczas do życia
Powiernictwo Wolności, stowarzyszenie najbogatszych rodzin w Imperium
Letheryjskim. Rautos miałby trudności z wytłumaczeniem, dlaczego
wszystko to wydaje mu się teraz nudne i bezsensowne. Owo uczucie
zawładnęło nim od chwili, gdy jego podejrzenia zaczęły bardzo powoli
przeradzać się w pewność. Gdzieś rzeczywiście ukrywał się wróg - albo
wrogowie - stawiający sobie za cel ekonomiczny sabotaż. Nie chodziło o zwykłe malwersacje, które Rautos Hivanar znał doskonale, lecz o coś
znacznie głębszego, zakrojonego na szerszą skalę. Atak na wszystko, co
stanowiło podstawę bytu Rautosa Hivanara i Powiernictwa Wolności,
którego był przewodniczącym, a nawet podstawę bytu samego imperium - bez
względu na to, że na jego tronie zasiadał najeźdźca, a najwyższe
szczeble hierarchii zajęli okropni barbarzyńcy, stroszący piórka niczym
szare kawki przycupnięte na stosie błyskotek.
W dawnych czasach Rautos Hivanar zareagowałby bardzo stanowczo.
Natychmiast wszcząłby intensywne poszukiwania winnego, a myśl, że ktoś
stworzył tak diaboliczny - a musiał przyznać, że również subtelny i genialny - plan, sprawiłaby, że pościg stałby się jego obsesją.
Teraz jednak wolał studiować stare księgi w poszukiwaniu wzmianek o dawnych powodziach. To była znacznie bardziej prozaiczna zagadka i z pewnością nie interesowała nikogo poza garstką stetryczałych uczonych.
Musiał przyznać, że zachowuje się dziwnie, ale obsesja wciąż przybierała
na sile. Nocami, gdy leżał obok spoconego, tłustego cielska kobiety,
która od trzydziestu trzech lat była jego żoną, rozmyślał nieustannie o cyklach czasu, starając się pojąć sposób myślenia minionych epok. Szukał
czegoś...
Odstawił z westchnieniem pustą filiżankę i wstał z fotela.
Gdy podszedł do drzwi, Venitt Stahad, którego rodzina była zadłużona u Hivanarów już od sześciu pokoleń, zabrał z blatu kruchą filiżankę, a potem podążył za nim.
Wyszli na nadrzeczny dziedziniec, przecięli mozaikę przedstawiającą
nadanie Skovalowi Hivanarowi tytułu imperialnego cedy, co wydarzyło się
przed trzema stuleciami, i zeszli po niskich schodkach na dolny taras,
gdzie w bardziej suchych czasach mieścił się ogród. Teraz jednak zalała
go rzeka i woda wypłukała glebę oraz rośliny, odsłaniając głazy ułożone
w niezwykły sposób, przywodzący na myśl brukowaną ulicę. Prostokątny
placyk otaczała palisada, z której zostały jedynie zbutwiałe kikuty,
ledwie wystające nad powierzchnię wody.
Na brzegu górnego tarasu trudzili się robotnicy, wznoszący na rozkaz
Rautosa drewniane umocnienie mające zapobiec podmyciu. Nieco z boku
stała taczka wypełniona licznymi osobliwymi przedmiotami znalezionymi na
odsłoniętym przez powódź bruku.
Wszystko to było jedną wielką tajemnicą. Nie zachowały się żadne zapiski
świadczące, że ogród na dolnym tarasie pełnił kiedyś inną funkcję. Z notatek projektanta, sporządzonych wkrótce po zbudowaniu rezydencji,
wynikało, że był tam zwykły, mulisty brzeg.
Glina dobrze konserwowała drewno, nie sposób więc było określić, z jak
dawnych czasów pochodzi niezwykła konstrukcja. Wszystkie znalezione na
dziedzińcu przedmioty wykonano jednak z brązu albo z miedzi, co
sugerowało starożytne pochodzenie. Nie było wśród nich broni, którą z reguły znajdowało się w kurhanach, a jeśli niektóre z obiektów były
narzędziami, musiały służyć do jakichś dawno zapomnianych czynności.
Żaden z robotników, którym pokazywał je Rautos, nie potrafił określić
ich przeznaczenia. Nie przypominały znanych instrumentów służących do
obróbki drewna bądź kamienia, ani przyborów kuchennych.
Wziął jedno ze znalezisk i przyjrzał się mu już chyba po raz setny.
Przedmiot odlany z brązu w glinianej formie - wyraźnie widział ślady -
był długi i okrągławy, ale zginał się pod niemal prostym kątem. W miejscu zgięcia metal naznaczono krzyżującymi się ze sobą nacięciami. Na
końcach nie było widać żadnych połączeń, nie była to więc część jakiegoś
większego mechanizmu. Rautos podrzucił w ręce masywny przedmiot. Choć
zagięcie umieszczono pośrodku, wydawał się wyraźnie niewyważony. Rautos
odłożył go i wziął okrągły płat miedzianej blachy, cieńszej niż
warstewka wosku pokrywająca tabliczkę skryby. Metal poczerniał od
kontaktu z gliną, ale na brzegach dopiero zaczynały się pojawiać
pierwsze plamki śniedzi. W blasze wybito niezliczone dziury. Wszystkie
wyglądały tak samo - idealnie okrągłe i pozbawione zadr umożliwiających
odgadnięcie, z której strony je zrobiono. Mimo to nie układały się w żaden regularny wzór.
- Venitt - odezwał się kupiec. - Czy mamy mapę dziedzińca z zaznaczonymi
miejscami, w których znaleziono te przedmioty?
- Zaiste, panie. Jest tylko kilka wyjątków. Oglądałeś ją w zeszłym
tygodniu.
- Naprawdę? Skoro tak mówisz. Po południu przynieś mi ją znowu do
biblioteki.
Obaj mężczyźni spojrzeli na odźwierną, która wyłoniła się z wąskiego
przejścia biegnącego po lewej stronie rezydencji. Kobieta przystanęła w odległości dziesięciu kroków od Rautosa i pokłoniła się nisko.
- Panie, dostarczono wiadomość od inwigilatora Karosa Invictada.
- Znakomicie - odparł z roztargnieniem w głosie właściciel rezydencji. -
Zaraz się tym zajmę. Czy posłaniec czeka na odpowiedź?
- Tak, panie. Stoi na dziedzińcu.
- Każ go czymś poczęstować.
Odźwierna pokłoniła się i odeszła.
- Venitt, chyba czeka cię podróż.
- Słucham, panie?
- Inwigilator w końcu uświadomił sobie powagę groźby.
Venitt Sathad milczał.
- Pojedziesz do Drene - mówił Rautos, ponownie spoglądając na tajemniczą
konstrukcję zajmującą dolny taras. - Powiernictwo musi otrzymać
szczegółowy raport o prowadzonych tam przygotowaniach. Niestety,
meldunki przysyłane przez faktora nie są satysfakcjonujące. Muszę mieć
pewność, co tam się dzieje, jeśli mam skupić uwagę na bliższym
zagrożeniu.
Venitt Sathad nadal się nie odzywał.
Rautos spojrzał na rzekę. W zatoce u drugiego brzegu zebrały się łodzie
rybackie, a do głównego portu zmierzały dwa kupieckie statki. Jeden,
płynący pod flagą rodziny Esterrictów, wyglądał na uszkodzony, być może
przez pożar. Rautos strzepnął pył z dłoni, odwrócił się i ruszył w stronę budynku. Sługa podążał krok za nim.
- Ciekawe, co się kryje pod tymi kamieniami.
- Panie?
- Nieważne, Venitt. Tylko głośno myślałem.
***
O świcie atri-preda Bivatt rzuciła na obóz Awli dwa plutony kawalerii z Niebieskiej Róży. Dwustu świetnie wyszkolonych lansjerów wpadło między
namioty z niewyprawionych skór. Spanikowani ludzie wybiegli na zewnątrz.
Chwilę przed jeźdźcami zjawiły się dreńskie psy bojowe, które rzuciły
się z wściekłością na awl'dańskie psy pasterskie i pociągowe. Trzy rasy
zwarły się ze sobą w zaciętym boju.
Wojownicy Awli dali się całkowicie zaskoczyć. Tylko nieliczni zdążyli
chwycić za broń. Po paru chwilach rzeź objęła również starców i dzieci.
Większość kobiet walczyła u boku mężczyzn - żony przelewały krew razem z mężami, siostry z braćmi.
Walka między Letheryjczykami a Awlami trwała zaledwie dwieście uderzeń
serca. Bój toczony przez zwierzęta ciągnął się dłużej, jako że psy
pasterskie - choć mniejsze i bardziej krępe od napastników - były
szybkie i zawzięte, a psy pociągowe, latem zaprzęgane do wozów, a zimą
do sań, nie ustępowały rozmiarami dreńskim mastifom. Cętkowane bestie
szkolone do zabijania wilków potrafiły sobie poradzić z bojowymi
brytanami i fala bitwy odwróciłaby się, gdyby nie zjawili się lansjerzy.
Broniąca obozu sfora poszła w rozsypkę. Ocalałe zwierzęta uciekły na
wschód. Garstka dreńskich psów próbowała je ścigać, ale odwołali je
treserzy.
Część lansjerów zsiadła z koni, żeby się upewnić, że nikt z Awli nie
ocalał, pozostali zaś pojechali do sąsiedniej doliny, gdzie czekały
stada myridów i rodar.
Atri-preda Bivatt miała kłopoty z zapanowaniem nad podekscytowanym
intensywnym odorem krwi ogierem. Brohl Handar, Tiste Edur niedawno
mianowany nadzorcą miasta Drene, zatrzymał się obok niej. Siedział
niezgrabnie na końskim grzbiecie, nie czując się pewnie w siodle, do
którego nie był przyzwyczajony. Brohl obserwował, jak Letheryjczycy
systematycznie plądrują obozowisko. Gdy już rozebrali zwłoki do naga,
wyciągnęli noże. Awle wplatali biżuterię - przeważnie złotą - głęboko w warkocze i zwycięzcy byli zmuszeni wycinać fragmenty skalpów, żeby
zdobyć łup. Rzecz jasna, okaleczanie zwłok służyło też innym celom.
Letheryjczycy zbierali również fragmenty skóry, ozdobione
charakterystycznymi dla Awli tatuażami - wielobarwnymi i często
wyszywanymi złotą nicią. Wielu lansjerów zdobiło tymi trofeami swe
okrągłe tarcze.
Zdobyte w bitwie stada stanowiły teraz własność faktora Drene, Letura
Anicta. Zza wzgórza wyłoniły się setki myridów. Czarne, wełniste okrycia
nadawały im wygląd staczających się ze stoku głazów. Nie ulegało
wątpliwości, że bogactwo faktora wyraźnie wzrosło. Dalej szły wyższe od
myridów rodary o niebieskawych grzbietach i długich szyjach. Zwierzęta
zamiatały trwożnie długimi ogonami, gdy psy bojowe zaganiały stado,
pozorując ataki z flank.
Atri-preda wypuściła z sykiem powietrze przez zęby.
- Gdzie się podział człowiek faktora? Te cholerne rodary zaraz wpadną w panikę. Poruczniku! Każ treserom odwołać psy! Szybko! - Kobieta zdjęła
hełm i zawiesiła go na kuli siodła. - Sam widzisz, nadzorco.
- A więc to są Awle.
Odwróciła wzrok z gniewnym grymasem.
- To był mały obóz. Tylko siedemdziesięciu paru dorosłych.
- Ale stada mieli wielkie.
Grymas się pogłębił.
- Kiedyś były większe, nadzorco. Znacznie większe.
- To znaczy, że twoja kampania zakończyła się powodzeniem. Udało się
przegnać intruzów.
- To nie jest moja kampania. - Nagle najwyraźniej wyczytała coś z twarzy
Tiste Edur. - Oczywiście, nadzorco. Ja dowodzę korpusem ekspedycyjnym,
ale rozkazy wydaje mi faktor. Ściśle mówiąc, Awle nie są też intruzami.
- Faktor jest innego zdania.
- Letur Anict to wpływowy członek Powiernictwa Wolności.
Przez chwilę Brohl Handar przyglądał się z uwagą kobiecie.
- Nie wszystkie wojny toczy się o ziemię i bogactwa, atri-predo -
stwierdził wreszcie.
- Nie mogę się z tobą zgodzić, nadzorco. Czyż inwazja Tiste Edur nie
miała charakteru prewencyjnego? Czy nie obawialiście się utraty ziem i zasobów? Kulturowej asymilacji, końca niezależności. Nie mam
wątpliwości, że faktycznie zamierzaliśmy unicestwić waszą cywilizację,
jak zrobiliśmy to już z Tarthenalami i z wieloma innymi ludami. To była
wojna toczona z przyczyn ekonomicznych.
- Nie dziwi mnie, że twoi rodacy tak na to patrzą, atri-predo. Nie
wątpię też, że król-czarnoksiężnik brał pod uwagę te wszystkie czynniki.
Czy podbiliśmy was tylko po to, by przetrwać? Być może.
Brohl chciał jeszcze coś dodać, ale tylko pokręcił głową, obserwując,
jak cztery dreńskie brytany otoczyły rannego psa pasterskiego.
Okulawione zwierzę próbowało się bronić, ale wkrótce napastnicy obalili
je na ziemię i rozerwali mu brzuch.
- Czy zadajesz sobie czasem pytanie, kto naprawdę wygrał tę wojnę? -
zainteresowała się atri-preda.
Obrzucił ją złowrogim spojrzeniem.
- Nie zadaję. Jak rozumiem, twoi zwiadowcy nie znaleźli w tej okolicy
innych śladów obecności Awli. Czy faktor zamierza utrwalić letheryjskie
panowanie w zwyczajowy sposób?
Skinęła głową.
- Placówki, forty, biegnące na podwyższeniu trakty. Potem nadejdą
osadnicy.
- A faktor przeniesie swe chciwe spojrzenie dalej na wschód.
- W rzeczy samej, nadzorco. Z pewnością jednak rozumiesz, że Tiste Edur
również na tym skorzystają. Imperium się powiększy. Jestem pewna, że
cesarz się ucieszy.
Brohl Handar został gubernatorem Drene dopiero w zeszłym tygodniu. W tym
odległym zakątku imperium Rhulada mieszkało niewielu Tiste Edur, w sumie
niespełna setka, a tylko trzej członkowie sztabu Brohla pochodzili z jego plemienia, Arapayów. Aneksja Awl'danu, której towarzyszyła niemal
całkowita eksterminacja jego mieszkańców, rozpoczęła się przed wielu
laty, na długo przed podbojem Letheru przez Edur. Dla toczonej tu
militarnej kampanii nie miało wielkiego znaczenia, kto sprawuje rządy w odległym Letheras. Brohl Handar, patriarcha klanu utrzymującego się z polowań na długozębe foki, nie po raz pierwszy zadał sobie pytanie, co
właściwie tu robi.
Tytularna ranga nadzorcy wymagała od niego właściwie tylko obserwacji.
Faktyczną władzę sprawował Letur Anict, faktor Drene, "wpływowy członek
Powiernictwa Wolności". Brohl słyszał, że to coś w rodzaju gildii
kupieckiej, nie miał jednak pojęcia, co właściwie ta tajemnicza
organizacja ma wspólnego z wolnością. Chyba że chodziło o to, że jej
członkom wszystko było wolno, rzecz jasna. Nawet wykorzystywać cesarskie
armie dla pomnożenia osobistych bogactw.
- Atri-predo?
- Słucham, nadzorco.
- Czy Awle stawiają jakiś opór? Nie taki jak dzisiaj. Czy dokonują
wypadów na terytorium imperium? Gromadzą wojowników przed otwartą wojną?
- Nadzorco, ta kwestia ma dwa... hmm, poziomy - odparła z wyraźnie
zakłopotaną miną Bevitt.
- Poziomy? Nie rozumiem.
- Oficjalny i... nieoficjalny. Wszystko zależy od punktu widzenia.
- Wyjaśnij mi to.
- Szarzy obywatele dali się przekonać imperialnym agentom, że Awle
sprzymierzyli się z mieszkającymi na południu Ak'rynami, a także z D'rhasilhani i z dwoma królestwami, Bolkando oraz Saphinandem. Krótko
mówiąc, wszystkie graniczące z Imperium Letheryjskim ludy stworzyły
razem wojowniczy, agresywny i potencjalnie bardzo potężny związek zwany
Sprzysiężeniem Bolkandyjskim, który może zagrozić wschodnim terytoriom
Letheru. Jest tylko kwestią czasu, kiedy horda zbierze swe siły i pomaszeruje na nas. Dlatego każda akcja letheryjskich wojsk, która
zmniejsza liczebność Awli, jest dla nas użyteczna, a utrata stad
dodatkowo osłabia dzikusów. Głód może osiągnąć to, czego nie mogły
zdziałać miecze. Doprowadzić do zagłady całego ludu.
- Rozumiem. A jak brzmi nieoficjalna wersja?
Spojrzała na niego.
- Nie ma żadnego sprzysiężenia, nadzorco. Żadnego sojuszu. Prawda
wygląda tak, że Awle nie przestają walczyć między sobą. W końcu obszary
ich pastwisk wciąż się zmniejszają. Co więcej, wszyscy nienawidzą
Ak'rynów i D'rhasilhani, a ludzi z Bolkando czy Saphinandu zapewne nigdy
nawet nie widzieli. - Zawahała się. - Przed dwoma miesiącami starliśmy
się z jakąś kompanią najemników. Przypuszczam, że właśnie ta
katastrofalna bitwa stała się przyczyną twojej nominacji. Było ich może
z siedmiuset. Po kilku potyczkach wyruszyłam w pościg za nimi z sześcioma tysiącami letheryjskich żołnierzy. Nadzorco, ta ostatnia bitwa
kosztowała nas prawie trzy tysiące ofiar. Gdyby nie nasi magowie... -
Potrząsnęła głową. - I nadal nie mamy pojęcia, kim byli ci ludzie.
Brohl przyjrzał się uważnie kobiecie. Nigdy dotąd nie słyszał o tej
bitwie. Czy rzeczywiście przyczyniła się do jego nominacji?
Niewykluczone.
- Ta oficjalna wersja, o której mówiłaś przedtem, to kłamstwo,
usprawiedliwia rzeź Awli w oczach plebsu i służy faktorowi, który
pragnie stać się jeszcze bogatszy. Powiedz mi, atri-predo, po co
faktorowi tyle złota? Co zamierza z nim zrobić?
Wzruszyła ramionami.
- Złoto to władza.
- Władza nad kim?
- Nad wszystkim i wszystkimi.
- Oprócz Tiste Edur, którym letheryjskie pojęcie bogactwa jest obojętne.
- Naprawdę, nadzorco? - zapytała z uśmiechem. - Nadal?
- Nie rozumiem.
- W Drene są Hirothowie, wiem, że ich tam spotkałeś. Każdy z nich podaje
się za kuzyna cesarza. Pozwoliło im to zagarnąć najlepsze rezydencje i ziemie. Setki zadłużonych służą im jako niewolnicy. Niewykluczone, że
wkrótce pierwsi Tiste Edur zostaną członkami Powiernictwa Wolności.
Brohl Handar zmarszczył brwi. Na odległym wzniesieniu stały trzy psy:
dwa pociągowe i jeden mniejszy, pasterski. Zwierzęta przyglądały się
stadom pędzonym przez zniszczony obóz. Zadał sobie pytanie, dokąd teraz
pójdą.
- Dość już widziałem - oznajmił nagle i zawrócił wierzchowca. Za mocno
pociągnął za wodze i zwierzę szarpnęło łbem z głośnym parsknięciem, a potem wierzgnęło. Brohl z trudem zdołał utrzymać równowagę.
Jeśli nawet rozbawiło to atri-predę, była wystarczająco rozsądna, by
tego nie okazać.
Na niebie pojawiły się pierwsze padlinożerne ptaki.
***
Wzdłuż południowego brzegu Jaspu Południowego, jednego z czterech
dopływów Letheru spływających z gór Niebieskiej Róży, poprowadzono po
nasypie trakt, który niedaleko stąd zaczynał się wspinać ku przełęczy.
Za nią leżało starożytne królestwo, któremu góry zawdzięczały swą nazwę,
obecnie podbite przez Imperium Letheryjskie. Nurt był tu wartki, nie
spowolniła go jeszcze rozległa równina, na którą rzeka właśnie
wypływała. Lodowata woda omywała potężne głazy przyniesione przez
starożytne lodowce, wypełniając powietrze nad traktem dotkliwie zimną
mgiełką.
Samotny mężczyzna czekający na sześciu wojowników Tiste Edur i towarzyszącą im świtę przerastał wzrostem najwyższych spośród nich. Był
jednak chudy i spowijało go czarne focze futro z uniesionym kapturem. Na
jego piersi krzyżowały się dwa pendenty, z których zwisały długie
letheryjskie miecze. Do kołnierza przylepiło się kilka wilgotnych
kosmyków białych włosów wysuwających się spod kaptura.
Zbliżającym się Edur z plemienia Merudów twarz pod kapturem wydała się
śmiertelnie blada, jakby z przeraźliwie zimnej rzeki wygramolił się
trup, który od dawna już leżał zamarznięty gdzieś w górskich śniegach
przed nimi.
Pierwszy z wojowników, weteran podboju Letheras, skinął na towarzyszy,
nakazując im się zatrzymać, i pojechał porozmawiać z nieznajomym.
- Szukasz towarzyszy do wspinaczki na przełęcz? - zapytał Merude,
starając się dokładniej przyjrzeć skrytej w cieniu kaptura twarzy. - W górach ponoć nadal grasują bandyci i renegaci.
- Sam jestem dla siebie towarzystwem.
Głos mężczyzny brzmiał ochryple, a jego akcent był archaiczny.
Merude zatrzymał się w odległości trzech kroków. Widział już wyraźniej
nieznajomego. Rysy jego twarzy przypominały rysy Edur, ale była biała
jak śnieg, a czerwone jak krew oczy budziły lęk.
- W takim razie czemu stoisz nam na drodze?
- Przed dwoma dniami pojmaliście dwoje Letheryjczyków. Oni należą do
mnie.
Merude wzruszył ramionami.
- Trzeba ich było przykuć na noc łańcuchami, przyjacielu. Zadłużeni
próbują ucieczki przy każdej sposobności. Masz szczęście, że ich
złapaliśmy. Oddamy ci ich, oczywiście. Przynajmniej dziewczynkę.
Mężczyzna jest zbiegłym niewolnikiem Hirothów. Świadczą o tym jego
tatuaże. Niestety czekają go topienia. Być może zaoferuję ci innego w zamian. Tak czy inaczej, dziewczynka jest młoda i w związku z tym sporo
warta. Mam nadzieję, że możesz sobie pozwolić na ten wydatek.
- Zabiorę oboje i nie zapłacę wam ani grosza.
Merude zmarszczył brwi.
- Postąpiłeś nieostrożnie, dopuszczając do ich ucieczki. My zaś
wykazaliśmy się czujnością i ich schwytaliśmy. W związku z tym należy
nam się nagroda za nasze wysiłki, natomiast ty powinieneś ponieść karę
za lekkomyślność.
- Zdejmijcie im łańcuchy - rozkazał nieznajomy.
- Nie. Z jakiego plemienia pochodzisz? - Oczy mężczyzny spoglądały
nieruchomo na Merude'a. Wydawały się zupełnie... martwe. - Co się stało
z twoją skórą? - Martwe jak oczy cesarza. - Jak się nazywasz?
- Uwolnijcie ich natychmiast.
Merude potrząsnął głową, a potem wybuchnął śmiechem, który jednak
zabrzmiał odrobinę niepewnie. Wezwał skinieniem towarzyszy i chwycił za
kordelas.
Wyzwanie rzucone przez nieznajomego było tak absurdalne, że spowolniło
to ruchy wojownika. Zdążył wydobyć broń zaledwie do połowy, gdy jeden z mieczy bladoskórego wysunął się z pochwy i przeciął mu gardło.
Pięciu pozostałych Merudów wyciągnęło miecze i pognało z wrzaskiem do
ataku. Dziesięciu letheryjskich żołnierzy podążyło za nimi.
Dowódca Edur zwalił się na ziemię. Trysnęła czerwona krew.
Nieznajomy wyciągnął drugi miecz i ruszył na spotkanie pięciu Merudów.
Szczęknęło żelazo, a potem zabrzmiał śpiew dwóch letheryjskich mieczy.
Jego tonacja stawała się coraz wyższa z każdym zatrzymanym uderzeniem.
Dwaj Edur zatoczyli się jednocześnie do tyłu, śmiertelnie ranieni. Jeden
otrzymał pchnięcie w pierś, a drugi stracił jedną trzecią czaszki. Ten
ostatni odwrócił się, schylił po fragment głowy i odszedł, zataczając
się jak pijany. Padł kolejny Edur. Miecz przeciął mu lewą nogę. Dwaj
ostatni cofnęli się pośpiesznie, wrzeszcząc na Letheryjczyków, którzy
zatrzymali się trwożnie trzy kroki za nimi.
Nieznajomy nie zaprzestał ataku. Sparował lewym mieczem pchnięcie Edur z prawej strony, przesunął miecz pod klingą przeciwnika, a potem nagłym
ruchem nadgarstka wyrwał mu broń z ręki i pchnął sztychem w jego gardło.
W tej samej chwili uderzył wysoko prawym mieczem. Ostatni Edur odchylił
się, by uniknąć ataku, i spróbował ciąć nieznajomego w nadgarstek.
Bladoskóry mężczyzna pochylił zgrabnie miecz, odbił kordelas w bok i wepchnął sztych w prawy oczodół wojownika. Stal przebiła delikatne
kości, docierając do mózgu.
Nieznajomy przeszedł między padającymi na ziemię Edur i zaatakował dwóch
najbliższych Letheryjczyków. Ośmiu pozostałych rzuciło się do ucieczki,
mijając wozy - woźnice również złazili pośpiesznie z kozłów, gotowi
czmychnąć - a potem szereg przyglądających się temu ze zdumieniem
jeńców. Rzucali w panice broń na drogę.
Nagle jeden z niewolników podstawił nogę upatrzonemu żołnierzowi. Gdy
uciekający zwalił się na ziemię, łączący jeńców łańcuch zakołysał się
gwałtownie. Niewolnik skoczył na nieszczęsnego Letheryjczyka, owinął mu
luźny łańcuch wokół szyi i napiął go mocno. Żołnierz wierzgał, szarpał
się i próbował drapać, ale niewolnik nie dawał za wygraną. W końcu
strażnik przestał się wyrywać.
Ściskający w rękach zawodzące jękliwie miecze Silchas Ruin podszedł do
Udinaasa, który nie przestawał dusić trupa.
- Możesz już przestać - oznajmił albinos Tiste Andii.
- Mogę - wykrztusił przez zaciśnięte zęby Udinaas. - Ale nie chcę. Ten
skurwysyn był z nich najgorszy. Najgorszy.
- Jego dusza już tonie we mgle - zapewnił Silchas Ruin. Odwrócił się,
spoglądając na dwie sylwetki wychodzące z krzaków rosnących w rowie na
południe od traktu.
- Duś go dalej - poparła Udinaasa przykuta za nim Imbryk. - On mnie
skrzywdził.
- Wiem - wychrypiał Udinaas. - Wiem.
- W jaki sposób? - zapytał Silchas Ruin, podchodząc do dziewczynki.
- Zwyczajnie - odparła. - Tym, co miał między nogami.
- A inni Letheryjczycy?
Pokręciła głową.
- Tylko na to patrzyli. I śmiali się, zawsze się śmiali.
Silchas Ruin odwrócił się nagle. Przyszła Seren Pedac.
Wyraz, jaki ujrzała w jego niezwykłych oczach, zmroził jej krew w żyłach.
- Ruszę w pościg za tymi, którzy uciekli, poręczycielko - oznajmił Tiste
Andii. - Dołączę do was przed zmierzchem.
Odwróciła wzrok, zerkając kącikiem oka na Feara Sengara, który
przystanął nad trupami Merudów. Przeniosła pośpiesznie spojrzenie na
usianą kamieniami równinę na południu. Ten widok jednak również okazał
się zbyt bolesny, gdyż nadal krążył tam pozbawiony kawałka czaszki Edur.
- Proszę bardzo - zgodziła się, patrząc na wozy i zaprzężone do nich
konie. - Będziemy dalej zmierzać tą drogą.
Udinaasa w końcu opuścił gniew. Mężczyzna zostawił ciało Letheryjczyka,
wstał i spojrzał na nią.
- Seren Pedac, a co z pozostałymi niewolnikami? Musimy uwolnić
wszystkich.
Zmarszczyła brwi. Z powodu zmęczenia trudno jej było myśleć. Uciekała
już od wielu miesięcy, ukrywając się zarówno przed Edur, jak i Letheryjczykami. Raz po raz zagradzano im drogę na wschód, zmuszano do
kierowania się na północ. Nieustanne przerażenie pozbawiło ją bystrości
umysłu.
Uwolnić ich... tak jest. Ale...
- To będą jedynie kolejne pogłoski - uspokoił ją Udinaas, jakby czytał w jej myślach, zanim jeszcze zdołała je sformułować. - Krąży ich całe
mnóstwo. Tylko dezorientują ścigających. Posłuchaj, Seren, oni i tak
wiedzą, gdzie w przybliżeniu przebywamy. A ci niewolnicy zrobią
wszystko, żeby uniknąć ponownego schwytania. Nie musimy się o nich
zbytnio niepokoić.
- Jesteś gotowy poręczyć za towarzyszy niedoli, Udinaas? - zapytała,
unosząc brwi. - Czy żaden z nich nie skorzystałby z szansy kupienia
wolności w zamian za kluczowe informacje?
- Jedyna alternatywa to zabić wszystkich - stwierdził Udinaas, patrząc
jej prosto w oczy.
Ci, którzy przysłuchiwali się ich rozmowie, których bicie nie zamieniło
jeszcze w bezmyślne automaty, zasypali Seren głośnymi zapewnieniami i obietnicami. Wyciągali ku niej ręce, grzechocząc łańcuchami. Inni
unieśli przerażone spojrzenia niczym myrid, który nagle zwietrzył
niewidocznego wilka. Niektórzy krzyczeli głośno, padając na kamieniste
błoto traktu.
- Klucze ma pierwszy z zabitych Edur - oznajmił Udinaas.
Silchas Ruin oddalił się tymczasem kawałek traktem, aż mgła zamazała
jego sylwetkę. Następnie zmienił się w coś wielkiego i skrzydlatego, po
czym zerwał się do lotu. Seren zerknęła na szereg niewolników i przekonała się z ulgą, że żaden z nich tego nie zauważył.
- Zgoda - odpowiedziała Udinaasowi i ruszyła w stronę Feara Sengara,
który stał przy zwłokach zabitych Edur.
- Muszę zabrać klucze - oznajmiła, kucając przy pierwszym z ciał.
- Nie dotykaj go - sprzeciwił się Fear.
Uniosła wzrok.
- Klucze... łańcuchy...
- Ja je znajdę.
Skinęła głową, wyprostowała się i odsunęła nieco. Fear odmówił bezgłośną
modlitwę, a potem opadł na kolana przy trupie. Znalazł klucze w skórzanym mieszku przytroczonym do pasa wojownika. Była tam też garstka
gładkich kamyków. Fear wziął klucze w lewą dłoń, a kamyki zatrzymał w prawej.
- Pochodzą z wybrzeża Merudów - oznajmił. - Zapewne zebrał je tam, kiedy
był dzieckiem.
- Dzieci z czasem dorastają - zauważyła Seren. - Nawet z prostych drzew
wyrastają krzywe konary.
- A co było złego w tym wojowniku? - zapytał Fear, spoglądając na nią ze
złością. - Wykonywał rozkazy mojego brata, jak wszyscy wojownicy z plemion.
- Niektórzy z czasem go porzucili, Fear. Jak ty.
- To, co porzuciłem, jest tylko cieniem tego, do czego zmierzam,
poręczycielko. Czy to znaczy, że zdradziłem Tiste Edur? Swoich rodaków?
Bynajmniej. Wszyscy wciąż o tym zapominacie, bo tak jest wam wygodniej.
Zrozum, poręczycielko, jeśli trzeba, będę się ukrywał, ale nie zamierzam
zabijać rodaków. Mamy pieniądze, mogliśmy ich wykupić...
- Nie Udinaasa.
Obnażył zęby, ale nie odezwał się ani słowem.
Tak jest. Udinaas. Człowiek, którego pragniesz zabić. Gdyby nie Silchas
Ruin...
- Fearze Sengar - zaczęła. - Postanowiłeś przyłączyć się do nas, a nie
może być najmniejszych wątpliwości, że dowódcą naszej grupki jest
Silchas Ruin. Jego metody nie muszą ci się podobać, ale z pewnością
wiesz, że tylko on może nam umożliwić dotarcie do celu.
Wojownik Hirothów odwrócił wzrok, spoglądając na trakt. Zamrugał, by
usunąć wilgoć z oczu.
- Z każdym krokiem koszt mojej misji rośnie. Powinnaś zrozumieć
charakter tego długu, poręczycielko. To letheryjski sposób życia,
brzemiona, przed którymi nie można uciec. Ani się od nich wykupić.
Sięgnęła po klucze.
Włożył je w dłoń kobiety, starając się nie patrzeć jej w oczy.
Niczym się nie różnimy od tych niewolników, pomyślała, ważąc w dłoni
brzęczące żelazo. Łączą nas łańcuchy. Ale... kto ma klucze do naszej
wolności?
- Dokąd się wybrał? - zapytał Fear.
- Chce dopaść zbiegłych Letheryjczyków. Mam nadzieję, że przeciwko temu
nic nie masz.
- Ja nie, ale ty powinnaś mieć, poręczycielko.
Pewnie masz rację, pomyślała i ruszyła ku czekającym niewolnikom.
Mężczyzna przykuty obok Udinaasa podczołgał się do niego.
- Ten wysoki zabójca... Czy to Biała Wrona? To on, prawda? Słyszałem...
- O niczym nie słyszałeś - przerwał mu Udinaas, wyciągając rękę do
nadchodzącej Seren. - Ten z trzema ząbkami - powiedział do niej. - Tak,
to on. Niech nas Zbłąkany, nie śpieszyło ci się.
Obróciła klucz i pierwsza obręcz otworzyła się z trzaskiem.
- Mieliście ukraść z gospodarstwa coś do jedzenia, nie dać się złapać
łowcom niewolników.
- Łowcy obozowali w cholernym gospodarstwie. Nikt się do nas nie
uśmiechnął tamtej nocy.
Seren otworzyła drugą obręcz i Udinaas wystąpił z szeregu, pocierając
czerwone pręgi na nadgarstkach.
- Fear starał się powstrzymać Silchasa - oznajmiła poręczycielka. -
Jeśli ci dwaj są typowi, nie dziwię się, że Edur i Andii toczyli ze sobą
dziesięć tysięcy wojen.
Udinaas stęknął głośno i oboje ruszyli w stronę Imbryk.
- Fear jest niezadowolony, że stracił dowództwo - wyjaśnił. - A fakt, że
musi słuchać Tiste Andii, jeszcze pogarsza sprawę. Nadal nie jest
przekonany, że przed tymi wszystkimi tysiącleciami to Scabandari
pierwszy wyciągnął nóż.
Seren Pedac milczała. Przechodząc obok Imbryk, spojrzała w jej umorusaną
buzię. Dziewczynka powoli uniosła wzrok.
- Tęskniłam za tobą - oznajmiła z uśmiechem Imbryk.
- Czy bardzo cię boli? - zapytała Seren, zdejmując wielkie, żelazne
okowy.
- Mogę chodzić. I już nie krwawię. To dobry znak, prawda?
- Zapewne. - Rozmowa o gwałcie nie była dla niej łatwa. Miała własne
wspomnienia, które nawet na moment nie przestawały jej prześladować. -
Będziesz miała blizny, Imbryk.
- Trudno jest być żywym. Ciągle jestem głodna i bolą mnie stopy.
Nie znoszę dzieci mających tajemnice. Zwłaszcza takie, o których nawet
nie wiedzą. Muszę znaleźć odpowiednie pytania. Nie ma innego sposobu.
- Co jeszcze przeszkadza ci w byciu żywą, Imbryk?
- Czuję się mała.
Stojący obok niewolnik chwycił Seren za ramię. Staruszek wyciągnął rękę
po klucze, z nadzieją w oczach. Wręczyła mu je.
- Uwolnij pozostałych - rozkazała.
Pokiwał energicznie głową i zaczął gmerać kluczem w zamku.
- Z tym poczuciem wszyscy musimy się pogodzić - wyjaśniła dziewczynce. -
Świat zbyt często sprzeciwia się naszym wysiłkom nadania mu postaci,
która by nam odpowiadała. Żyć znaczy znać niezadowolenie i frustrację.
- Nadal pragnę rozrywać gardła, Seren. Czy to źle? Na pewno tak.
Usłyszawszy te słowa, staruszek skulił się trwożnie i ze zdwojonym
wysiłkiem zaczął się szarpać z zamkiem. Stojąca za nim kobieta zaklęła z niecierpliwości.
Udinaas wszedł do pierwszego wozu, żeby znaleźć zapasy, których mogli
potrzebować. Imbryk wdrapała się tam za nim.
- Musimy wyleźć z tej mgły - mruknęła Seren. - Przemokłam do suchej
nitki. - Ruszyła w stronę wozu. - Pośpieszcie się, dobra? Jeśli ktoś nas
tu znajdzie, możemy mieć kłopoty.
Zwłaszcza że nie ma z nami Silchasa Ruina.
Przetrwanie zawdzięczali wyłącznie Tiste Andii. Gdy nie mogli się już
dłużej ukrywać przed ścigającymi, dwa miecze zaczynały śpiewać
niesamowitą pieśń zniszczenia.
Biała Wrona.
Minął tydzień, odkąd ostatnio widzieli Edur i Letheryjczyków, którzy ich
ścigali. Szukali renegata Feara Sengara. Pragnęli dopaść zdrajcę
Udinaasa. Seren Pedac czuła się zdumiona. Powinni byli wysłać za nimi
całe armie. Pościg wydawał się nieustępliwy, choć raczej uporczywy niż
intensywny. Silchas wspomniał kiedyś mimochodem, że cesarscy k'risnani
odprawiają rytualne czary mające zwabić ich w pułapkę. Zasadzki
zastawiono na wschodzie i wokół samego Letheras. Te pierwsze rozumiała.
To pustkowia położone na wschód od imperium były ich celem. Fear - z jakiegoś powodu, którego nie chciał wyjawić - był przekonany, że tam
właśnie znajdzie to, czego szuka. Silchas Ruin nie twierdził, że jest
inaczej. Seren nie potrafiła jednak pojąć, dlaczego otoczono
zabezpieczeniami stolicę.
Można by pomyśleć, że Rhulad boi się brata.
Udinaas zeskoczył z pierwszego wozu i ruszył do drugiego.
- Znalazłem pieniądze! - zawołał. - Mnóstwo pieniędzy. Powinniśmy też
zabrać konie. Za przełęczą będziemy mogli je sprzedać.
- Na przełęczy jest fort - przypomniała mu Seren. - Być może nie ma w nim garnizonu, ale nie możemy być tego pewni, Udinaas. Jeśli rozpoznają
konie...
- Ominiemy fort - odparł. - Przemkniemy nocą, niepostrzeżenie.
Zmarszczyła brwi, ocierając wilgoć z oczu.
- Łatwiej byłoby to zrobić bez koni. Poza tym wszystkie są stare i sterane. Nie dostaniemy za nie dużo, zwłaszcza w Niebieskiej Róży. A kiedy wróci Wyval, zapewne padną ze strachu.
- Wyval nie wróci - zapewnił ochrypłym głosem Udinaas. - Już go więcej
nie zobaczymy.
Wiedziała, że nie powinna wątpić w jego słowa. W końcu to w nim
zamieszkał duch smoczego pomiotu. Niemniej jednak Udinaas nie potrafił -
bądź nie chciał - wyjaśnić przyczyn nagłego zniknięcia skrzydlatej
bestii. Wyvala nie było z nimi już od z górą miesiąca.
Były niewolnik rozejrzał się po wnętrzu krytego wozu i zaklął.
- Tu jest tylko broń.
- Broń?
- Miecze, tarcze i zbroje.
- Letheryjskie?
- Tak. Kiepskiej jakości.
- Dlaczego łowcy niewolników ciągnęli cały wóz broni?
Wzruszył ramionami, zeskoczył na ziemię, ominął Seren i poszedł wyprząc
konie.
- Trudno by im było wdrapać się na przełęcz - stwierdził.
- Wraca Silchas Ruin - odezwała się Imbryk, wskazując na trakt.
- Szybko się z nimi rozprawił.
Udinaas roześmiał się ochryple.
- Durnie powinni byli się rozproszyć, zmusić go, żeby ścigał każdego z osobna. Ale oni zapewne się przegrupowali, jak przystało dobrym, głupim
żołnierzom.
- Krew w twoich żyłach jest bardzo rzadka, prawda, Udinaas? - odezwał
się stojący przy pierwszym wozie Fear Sengar.
- Jak woda - potwierdził były niewolnik.
Na Zbłąkanego, Fear, on nie opuścił twojego brata z własnej woli. Wiesz
o tym. Nie spowodował też szaleństwa Rhulada. Jak wielka część twojej
nienawiści do niego bierze się z poczucia winy? Kto jest naprawdę
winien? Przez kogo Rhulad stał się Cesarzem Tysiąca Śmierci?
Białoskóry Tiste Andii wyłonił się z mgły niczym zjawa. Jego czarny
płaszcz lśnił jak skóra węża. Silchas schował miecze, tłumiąc ich śpiew,
ale głos żelaza nie chciał umilknąć tak łatwo. Jego echo będzie się
utrzymywało przez całe dni.
Jakże nienawidziła tego dźwięku.
***
Tanal Yathvanar spoglądał z góry na leżącą na łożu nagą kobietę.
Przesłuchujący nieźle się natrudzili w poszukiwaniu odpowiedzi. Odniosła
poważne obrażenia. Jej skórę pokrywały rany i oparzenia, a stawy miała
obrzękłe i posiniaczone. Kiedy wczoraj ją wykorzystał, była ledwie
przytomna. To było łatwiejsze niż korzystanie z usług kurew i do tego
nic nie kosztowało. Nie interesowało go bicie kobiet, lubił tylko, żeby
były pobite. Zdawał sobie sprawę, że to zboczenie, ale tę organizację -
Obrońców Ojczyzny - stworzono dla ludzi takich jak on. Władza i bezkarność. To była śmiercionośna kombinacja. Podejrzewał, że Karos
Invictad świetnie wie o jego nocnych eskapadach i trzyma tę wiedzę w zanadrzu niczym ukryty nóż.
Ale w końcu jej nie zabiłem. Nie będzie nawet o tym pamiętać. Tak czy
inaczej, czekają ją topienia. Co to ma za znaczenie, jeśli przedtem
zażyję z nią trochę przyjemności? Żołnierze postępują tak samo.
Kiedyś, przed wielu laty, marzył o tym, że zostanie żołnierzem. Był
naiwnym, romantycznym młodzieńcem, wierzył w bohaterstwo i niczym
nieograniczoną wolność, jakby to pierwsze było usprawiedliwieniem tego
drugiego. W historii Letheru nie brakowało szlachetnych zabójców. Jednym
z nich był Gerun Eberict. Zamordował tysiące złodziei, zbirów i nierobów, ludzi zdeprawowanych i żyjących w nędzy. Oczyścił ulice
Letheras i wszyscy mieszkańcy miasta na tym skorzystali. Teraz widziało
się tutaj mniej żebraków i kieszonkowców, mniej bezdomnych i innych
nędzarzy, którzy nie potrafili sprostać wymogom współczesności. Tanal
podziwiał go za to. Gerun Eberict był wielkim człowiekiem, ale zginął z rąk zwykłego zbira, który roztrzaskał mu czaszkę. Tragiczna, bezsensowna
i okrutna śmierć.
Pewnego dnia złapiemy jego zabójcę.
Odwrócił się od nieprzytomnej kobiety, poprawił lekką bluzę, żeby szwy
na ramionach ułożyły się symetrycznie, a potem zapiął pas z bronią.
Jedno z wydanych przez inwigilatora zarządzeń przewidywało, że wszyscy
oficerowie Obrońców Ojczyzny muszą nosić u pasa sztylet i krótki miecz.
Tanal lubił ciężar broni, a także przywilej, jakim było prawo jej
noszenia. Cesarski dekret zabraniał tego wszystkim pozostałym
Letheryjczykom poza żołnierzami.
Jak moglibyśmy się zbuntować. Ten cholerny dureń myśli, że to on wygrał
wojnę. Oni wszyscy tak myślą. Tępogłowi barbarzyńcy.
Tanal Yathvanar wyszedł z celi i ruszył do gabinetu inwigilatora. Chwilę
przed tym, nim zapukał do drzwi, zabrzmiał drugi dzwon po południu.
Potem usłyszał szept nakazujący mu wejść.
Rautos Hivanar, przewodniczący Powiernictwa Wolności, siedział już
naprzeciwko Karosa Invictada. Potężnie zbudowany mężczyzna wyglądał,
jakby wypełniał połowę pokoju. Tanal zauważył, że inwigilator odsunął
swoje krzesło tak daleko, jak tylko się dało, opierając je o parapet.
Siedział jednak na nim swobodnie i nie okazywał niepokoju.
- Tanal, nasz gość uporczywie zapewnia, że jego podejrzenia nie są
bezpodstawne. Udało mu się mnie przekonać, że powinniśmy dołożyć starań,
by odnaleźć źródło groźby.
- Inwigilatorze, czy to antypaństwowy spisek, czy mamy do czynienia ze
zwykłym złodziejem?
- Sądzę, że to drugie - odparł Karos, spoglądając na Rautosa Hivanara.
Potężnie zbudowany mężczyzna wydął policzki i westchnął przeciągle.
- Nie byłbym tego taki pewien. Z pozoru wydawałoby się, że nasz
przeciwnik to obsesyjnie chciwy człowiek, który próbuje zgromadzić
olbrzymi majątek. Ale tylko w gotówce. Dlatego tak trudno trafić na jego
ślad. Nie nabył żadnych nieruchomości, nie popisuje się bogactwem ani
przywilejami. A niedostatek pieniądza w obiegu dał się w końcu zauważyć.
Co prawda, finansowe podstawy imperium jak dotąd nie ucierpiały, ale...
- Pokręcił głową. - Jeśli ten trend się utrzyma, wkrótce wszyscy
odczujemy skutki.
Tanal odchrząknął.
- Czy zleciłeś zbadanie sprawy własnym agentom, przewodniczący? -
zapytał.
Rautos zmarszczył brwi.
- Powiernictwo Wolności funkcjonuje znakomicie właśnie dzięki temu, że
jego członkowie żywią przekonanie, że są najpotężniejszymi graczami w systemie, którego nie sposób obalić. Pewność siebie załamuje się bardzo
łatwo, Tanalu Yathvanar. Co prawda, kilku członków Powiernictwa, którzy
bezpośrednio zajmują się finansami, podzieliło się ze mną swoimi
obawami. Na przykład Druz Thennict albo Barrakta Ilk. Nikt jak dotąd nie
wyraził oficjalnie podejrzeń, że coś jest nie w porządku, ale ci dwaj
nie są głupcami. - Wyjrzał przez okno, które miał za plecami Karos
Invictad. - To Obrońcy Ojczyzny muszą przeprowadzić śledztwo. Konieczne
jest zachowanie najściślejszej tajemnicy. - Popatrzył spod opadających
powiek na inwigilatora. - Jak rozumiem, wasze działania skupiają się
ostatnio na uczonych różnego rodzaju.
Karos Invictad wzruszył skromnie ramionami.
- Wiele jest ścieżek wiodących do zdrady.
- Niektórzy z nich należą do szanowanych i wpływowych rodzin.
- Nie, Rautos, nie ci, których aresztowaliśmy.
- To prawda, inwigilatorze, ale nieszczęsne ofiary mają przyjaciół,
którzy z kolei zwrócili się do mnie.
- No cóż, przyjacielu, to nader delikatna sytuacja. Kroczysz po bardzo
cienkiej skorupie, pod którą kryje się jedynie błoto. - Karos Invictad
wyprostował się i splótł dłonie na biurku. - Ale przyjrzę się tej
sprawie. Być może niedawne aresztowania zdołały położyć kres
niezadowoleniu wśród uczonych, a przynajmniej wyeliminowały z ich
szeregów najbardziej niepożądane elementy.
- Dziękuję, inwigilatorze. Kto będzie prowadził śledztwo?
- Zajmę się tym osobiście.
- Venitt Sathad, mój asystent, który czeka na dziedzińcu, będzie mógł w tym tygodniu służyć jako łącznik między mną a twoją organizacją. Potem
wyznaczę kogoś innego.
- Proszę bardzo. Cotygodniowe raporty powinny wystarczyć, przynajmniej
na początku.
- Zgoda.
Rautos Hivanar wstał. Po chwili Karos Invictad podążył za jego
przykładem.
W gabinecie nagle zrobiło się bardzo ciasno. Tanal odsunął się, zły na
siebie za lęk, który go ogarnął.
Nie mam powodów bać się Rautosa Hivanara. Karosa też nie. Jestem
zaufanym człowiekiem ich obu.
Rautos Hivanar otworzył drzwi i wyszedł na korytarz. Karos Invictad
podążał krok za nim, wspierając dłoń na jego plecach. Gdy tylko gość
znalazł się na korytarzu, Karos powiedział do niego z uśmiechem kilka
słów. Rautos mruknął coś w odpowiedzi. Inwigilator zamknął za nim drzwi
i spojrzał na Tanala.
- Z jedną z tych szanowanych uczonych zabawiałeś się dzisiejszej nocy,
Yathvanar.
Tanal zamrugał.
- Inwigilatorze, skazano ją na topienia...
- Odwołuję wyrok. Doprowadź ją do porządku...
- Inwigilatorze, ona może pamiętać...
- Wymaga się od ciebie pewnej dozy panowania nad sobą - oznajmił zimnym
tonem Karos Invictad. - Aresztuj parę córek tych, którzy i tak już
siedzą w lochach, do cholery, i zadowól się nimi. Zrozumiano?
- T... tak jest. Jeśli będzie pamiętała...
- Trzeba będzie wypłacić rekompensatę, czyż nie tak? Mam nadzieję, że
twoje finanse są w dobrym stanie, Yathvanar. A teraz zejdź mi z oczu.
Tanal zamknął za sobą drzwi i z wysiłkiem zaczerpnął tchu.
Co za skurwysyn. Nie ostrzegał mnie, że nie wolno jej ruszać, tak? No to
kto popełnił błąd? Wydaje mu się, że zdoła zwalić całą winę na mnie.
Niech cię miecz i topór wezmą, Invictad. Nie będę cierpiał sam.
Nie będę.
***
- Nieprawość jest raczej fascynująca, nie sądzisz?
- Nie.
- W końcu, im bardziej zgniła dusza, tym słodsza jest czekająca ją kara.
- Pod warunkiem, że do niej dojdzie.
- Jestem pewien, że punkt centralny istnieje. Zgodnie z moimi
obliczeniami powinien znajdować się pośrodku jego długości. Być może
podpórka jest niedoskonała.
- Jakimi obliczeniami?
- Tymi, które miałeś dla mnie wykonać, oczywiście. Gdzie one są?
- Na mojej liście zadań.
- A w jaki sposób obliczasz kolejność na tej liście?
- To nie jest jedno z obliczeń, o które prosiłeś.
- Masz trochę racji. Gdyby tylko zatrzymał na moment wszystkie nogi,
moglibyśmy sprawdzić moją hipotezę.
- Ale on nie chce tego zrobić i świetnie rozumiem dlaczego. Chcesz go
zrównoważyć, podpierając w połowie długości ciała, ale on ma te
wszystkie nogi po to, żeby unosić tę część ku górze.
- Czy to potwierdzone spostrzeżenia? Jeśli tak, sporządź notatki.
- Na czym? Tabliczkę woskową zjedliśmy na obiad.
- Nic dziwnego, że czuję się, jakbym mógł połknąć krowę i nawet nie
czknąć. Patrz! Ha! Jest podparty! Idealnie podparty!
Obaj mężczyźni pochylili się, by obejrzeć Ezgara, owada z głowami na obu
końcach ciała. Nie był rzecz jasna niczym wyjątkowym. Ostatnio pojawiło
się ich mnóstwo. Wypełniły jakąś tajemniczą niszę w skomplikowanych
miazmatach natury, pustą od niezliczonych tysiącleci. Stworzenie machało
bezradnie przypominającymi połamane gałązki nóżkami.
- Dręczysz go - zauważył Bugg. - To świadczy o nieprawości, Tehol.
- To jedynie pozory.
- Nie, to rzeczywistość.
- No dobra. - Tehol wyciągnął rękę i zdjął nieszczęsnego owada z podpórki. Stworzonko obróciło obie głowy. - Zresztą nie o tę nieprawość
mi chodziło - ciągnął Tehol, przyglądając się mu uważnie. - Jak idą
interesy w branży budowlanej?
- Szybko opadają na dno.
- Ach, czy słyszę radość, czy żal nad nadchodzącą nędzą?
- Zaczyna nam brakować nabywców. W obiegu jest za mało gotówki, a skończyłem już z udzielaniem kredytów, zwłaszcza jeśli się okazuje, że
deweloperzy nie mogą sprzedać nieruchomości. Dlatego wysłałem wszystkich
na przymusowy urlop bezpłatny. Siebie również.
- Kiedy to się wydarzyło?
- Jutro.
- Typowe. Zawsze dowiaduję się o wszystkim ostatni. Myślisz, że Ezgara
jest głodny?
- Zjadł więcej od ciebie. Jak myślisz, gdzie się podziewają wszystkie
odchody?
- Jego czy moje?
- Panie, wiem, gdzie trafiają twoje. Jeśli Biri kiedyś się dowie...
- Ani słowa więcej, Bugg. Według moich obserwacji i zgodnie z notatkami,
których nie sporządziłeś, Ezgara spożył ilość żywności dorównującą wagą
utopionemu kotu. A mimo to nadal jest maleńki, żwawy i sprawny. Co
więcej, dzięki woskowemu obiadowi, który dziś spożyliśmy, jego głowy nie
piszczą już, kiedy się obracają. Uważam, że to dobry znak, bo nie będzie
nas już budził sto razy każdej nocy.
- Panie.
- Słucham?
- Skąd wiesz, ile waży utopiony kot?
- Od Selush, oczywiście.
- Nie rozumiem.
- Musisz to pamiętać. Trzy lata. W posiadłości Rinnesictów złapano w sieć zdziczałego kocura, który zgwałcił ozdobną kaczkę nielota. Zwierzę
skazano na topienia.
- To straszliwa śmierć dla kota. Tak, teraz sobie przypominam.
Miauczenie niosło się po całym mieście.
- Zgadza się. Jakiś bezimienny dobroczyńca ulitował się nad mokrym kocim
trupkiem i zapłacił Selush małą fortunę za przygotowanie zwierzęcia do
porządnego pochówku.
- Chyba oszalałeś. Kto mógł to zrobić i dlaczego?
- Z pewnością w grę wchodziły ukryte motywy. Chciałem się dowiedzieć,
ile waży utopiony kot, oczywiście. W przeciwnym razie, ile byłoby warte
takie porównanie? A pragnąłem go użyć już od wielu lat.
- Od trzech.
- Nie, znacznie dłużej. To właśnie zrodzona z tego pragnienia ciekawość
kazała mi wykorzystać okazję. Przed podwodną śmiercią kota obawiałem
się, że używając porównania z wartością, której nie znam, narażę się na
śmieszność.
- Jesteś raczej wrażliwy, tak?
- Nie mów o tym nikomu.
- Panie, chciałem porozmawiać o tych kryptach.
- Co z nimi?
- Chyba trzeba będzie je powiększyć.
Tehol przesunął koniuszkiem prawego palca po grzbiecie owada - z włosem
albo pod włos, zależnie od punktu widzenia.
- Tak szybko? Jak daleko pod rzekę już dotarłeś?
- Ponad połowę szerokości.
- To ile ich jest?
- Krypt? Szesnaście. Każda ma rozmiar trzrch długości ciała mężczyzny na
dwie.
- I wszystkie są już pełne?
- Tak.
- Zapewne skutki zaczną w końcu być odczuwalne.
- Roboty Budowlane Bugga będą pierwszą większą firmą, która splajtuje.
- A ile innych pociągnie za sobą?
- Trudno powiedzieć. Trzy, może cztery.
- Zdawało mi się, że mówiłeś, że trudno powiedzieć.
- To nikomu nie mów.
- Świetny pomysł. Bugg, chcę, żebyś zrobił mi szkatułkę. Musi być
wykonana zgodnie z bardzo dokładną specyfikacją, którą dostarczę ci
później.
- Szkatułkę, panie? Może z drewna?
- Co ty wygadujesz? Morze jest z wody.
- Nie, pytałem, czy może być zrobiona z drewna.
- Aha. Niech będzie.
- Rozmiar?
- Koniecznie. Ale nie rób pokrywy.
- Wreszcie powiedziałeś coś konkretnego.
- Mówiłem, że to zrobię.
- A do czego ona ma służyć, panie?
- Niestety nie mogę ci tego powiedzieć. Nie ze szczegółami. Ale będzie
mi potrzebna już niedługo.
- A co z kryptami...?
- Zrób dziesięć dodatkowych, Bugg. Dwukrotnie większe. A jeśli chodzi o Roboty Budowlane Bugga, postaraj się wytrzymać jeszcze chwilę.
Powiększaj dług, unikaj wierzycieli, nadal kupuj materiały i gromadź je
w magazynach pobierających skandalicznie wysoki czynsz. Aha, i defrauduj, ile tylko możesz.
- Stracę od tego głowę.
- Nie przejmuj się, Ezgara ma zapasową.
- Bardzo dziękuję.
- I nawet już nie piszczy.
- Bardzo mi ulżyło. Co robisz, panie?
- A jak myślisz?
- Wracasz do łóżka.
- A ty musisz zrobić mi szkatułkę, Bugg. Bardzo zmyślną szkatułkę. Tylko
pamiętaj, bez pokrywy.
- A czy mogę chociaż zapytać, do czego ma służyć?
Tehol położył się na łóżku i przez chwilę wpatrywał się w błękitne
niebo. Potem uśmiechnął się do swego lokaja, który przypadkowo był też
pradawnym bogiem.
- Ależ do wymierzenia kary, oczywiście.
Rozdział drugi
Chwila przebudzenia czeka na nas wszystkich,
na progu albo w miejscu, gdzie droga zakręca,
jeśli życie ciągnie się dalej, skry ulatują jak ćmy
ku odpryskowi czasu, który lśni niczym blask słońca
odbijający się w wodzie, gdzie skupimy się
w maleńką masę pełną strachów i poprzeszywaną
wszystkim, co nagle stało się drogie, i chwila obecna
niknie pod miażdżącym ciężarem jaźni,
tego dnia, gdy droga zakręca,
nadchodzi chwila przebudzenia.
Refleksje zimowe
Corara z Drene
Droga wiodąca na szczyt zaczynała się tam, gdzie się kończył zbudowany
przez Letheryjczyków trakt. Piętnaście kroków na lewo od nich rzeka
toczyła swe wody z nieustannym hukiem, a grubo ciosane kamienie traktu
niknęły pod czarnym usypiskiem u podstawy moreny. Rumowisko pokrywały
wyrwane drzewa. Powyginane, ociekające wodą korzenie sterczały w górę.
Stok na północy, po drugiej stronie rzeki, porastały połacie lasu.
Strome urwiska górujące nad wartkim nurtem były zielone od mchu.
Piętrząca się po drugiej stronie turnia wyglądała zupełnie inaczej. Było
na niej pełno skalnych szczelin i żlebów i tylko gdzieniegdzie rosły
pojedyncze drzewa. Na jej usianej pęknięciami fasadzie cienie układały
się jednak w dziwnie regularne wzory, a na samej ścieżce od czasu do
czasu trafiały się szerokie stopnie, wytarte w ciągu stuleci przez
spływającą wodę i stopy niezliczonych wędrowców.
Seren Pedac była przekonana, że cały stok zajmowało niegdyś miasto,
pionowa forteca wykuta w kamieniu. Dostrzegała wysoko pośród mgły
kształty, które mogły być prostokątami okien oraz fragmentami odłamanych
balkonów. W górę uderzyło jednak coś przerażającego w swym ogromie i większa część miasta w jednej chwili uległa zagładzie. Seren potrafiła
niemal dostrzec ślady owej kolizji, ale ciągnące się u podstawy stoku
osypiska składały się wyłącznie z kamieni pochodzących z samej góry.
Zatrzymali się na początku ścieżki i Tiste Andii powoli przeniósł martwe
spojrzenie w górę.
- I co? - zapytała Seren.
Silchas Ruin pokręcił głową.
- To nie był mój lud. K'Chain Che'Malle.
- Ofiary twojej wojny?
Zerknął na nią, jakby chciał przeniknąć kryjące się za tym pytaniem
uczucia.
- Większość gór, z których K'Chain Che'Malle wyrzeźbili swe latające
fortece, skrywają morskie głębiny. Morze zalało je po załamaniu się
Omtose Phellack. Te miasta wydrążono w skale, ale tylko najwcześniejsze
wersje zbudowano pod gołym niebem, jak to tutaj, zamiast ukryć je
głęboko w bezkształtnym kamieniu.
- Ta zmiana sugeruje, że nagle pojawiła się potrzeba obrony.
Silchas Ruin skinął głową.
Fear Sengar wyprzedził ich i ruszył pod górę. Po chwili Udinaas i Imbryk
podążyli za nim. Seren udało się przekonać towarzyszy, że powinni
zostawić konie. Na polanie po prawej stały cztery kryte brezentem wozy.
Nie ulegało wątpliwości, że nie mogłyby one wjechać na górę i od tego
punktu wszelki transport odbywa się pieszo. Jeśli zaś chodzi o broń i zbroje, zapewne miały tu zaczekać na przybycie ekipy robotników albo
dotrzeć na miejsce przeznaczenia na plecach objuczonych jak muły
niewolników.
- Nigdy tędy nie wędrowałam - przyznała Seren. - Chociaż widziałam tę
górę z daleka. Już wtedy miałam wrażenie, że dostrzegam ślady budowy.
Kiedyś zapytałam o to Hulla Beddicta, ale nic mi nie potrafił
powiedzieć. Mam jednak wrażenie, że ścieżka w pewnym momencie zaprowadzi
nas do środka.
- Do zniszczenia tego miasta użyto potężnych czarów - odezwał się
Silchas Ruin.
- Może to była jakaś naturalna siła...
- Nie, poręczycielko. Starvald Demelain. To robota smoków. Eleintów
czystej krwi. Było ich przynajmniej dwanaście. Współdziałały ze sobą i razem otworzyły swe groty. To niezwykłe.
- Który element jest niezwykły?
- Po pierwsze, tak liczny sojusz. Po drugie, skala ich gniewu.
Zastanawiam się, jaką zbrodnię popełnili K'Chain Che'Malle, że zasłużyli
na taką karę.
- Znam odpowiedź na to pytanie - dobiegł zza ich pleców syczący szept.
Seren odwróciła się i przymrużyła powieki, by wypatrzyć niematerialne
widmo, które tam przycupnęło.
- Wither. Zastanawiałam się, gdzie się podziałeś.
- Podróżowałem do serca kamienia, Seren Pedac. Do zamarzniętej krwi.
Pytasz, na czym polegała ich zbrodnia, Silchasie Ruin? Ni mniej, ni
więcej, skazali wszystko, co istnieje, na zagładę. Jeśli sami musieli
zginąć, chcieli, by wszystkich spotkał ten sam los. Desperacja czy zła
wola? Być może ani jedno, ani drugie. Być może ta rana zadana ośrodkowi
wszechrzeczy była jedynie straszliwym przypadkiem. Co to ma dla nas za
znaczenie? Nim to się stanie, wszyscy obrócimy się już w pył i nie
będziemy nic czuć.
- Strzeż się zamarzniętej krwi, Wither - powiedział Silchas Ruin, nie
odwracając się. - Nadal może cię pochłonąć.
Z ust widma wyrwał się syczący śmiech.
- Jak żywica mrówkę, tak jest. Ale to takie kuszące, panie.
- Ostrzegłem cię. Jeśli wpadniesz w pułapkę, nie zdołam cię uwolnić.
Widmo wyprzedziło ich, sunąc w górę po wyszczerbionych stopniach.
Seren poprawiła na plecach skórzany tornister.
- Fentowie nosili zapasy na głowach. Szkoda, że ja tak nie potrafię.
- Kręgi szyjne wbijają się w siebie, co prowadzi do chronicznych bólów -
zauważył Silchas Ruin.
- Mnie i tak już paskudnie bolą, więc co to za różnica? - Ruszyła w górę. - No wiesz, jako jednopochwycony mógłbyś po prostu...
- Nie - odparł, ruszając za nią. - Zmiana budzi zbyt silną żądzę krwi.
To smoczy głód jest źródłem mojego gniewu i ten gniew trudno jest
powstrzymać.
Parsknęła lekceważąco. Nie mogła się powstrzymać.
- Bawi cię to, poręczycielko?
- Scabandari nie żyje. Fear widział jego rozbitą czaszkę. Wbił ci nóż w plecy, a potem cię uwięził, ale teraz jesteś wolny. Mimo to przepełnia
cię żądza zemsty. Na kim? Na jakiejś bezcielesnej duszy? Czymś mniej
materialnym niż widmo? Co mogło zostać ze Scabandariego? Silchasie Ruin,
twoja obsesja jest żałosna. Fear Sengar przynajmniej pragnie czegoś
pozytywnego. Co prawda, i tak nic nie osiągnie, bo zapewne unicestwisz
to, co zostało ze Scabandariego, zanim Fear zdąży z nim porozmawiać.
Zakładając, że to w ogóle możliwe. - Tiste Andii milczał. - Wygląda na
to, że jest mi przeznaczone być przewodniczką podobnych wypraw -
ciągnęła Seren. - To całkiem jak podczas mojej poprzedniej podróży,
która zawiodła mnie na ziemie Tiste Edur. Wszyscy nienawidzą się
nawzajem, skrywają przed sobą sprzeczne motywy. Moje zadanie było
wówczas proste. Doprowadzić głupców na miejsce, a potem odsunąć się na
bok, kiedy wyciągną noże.
- Poręczycielko, mój gniew jest czymś bardziej skomplikowanym, niż ci
się zdaje.
- A co to znaczy?
- Przyszłość, jaką widzisz przed nami, jest zbyt prosta. Zawiera za mało
możliwości. Podejrzewam, że gdy dotrzemy do celu, nic nie rozegra się
zgodnie z twoimi przewidywaniami. - Chrząknęła.
- Potrafię w to uwierzyć. W wiosce króla-czarnoksiężnika z pewnością tak
właśnie się stało. W końcu konsekwencją tych wydarzeń był podbój Letheru
przez Edur.
- Poczuwasz się do odpowiedzialności za to?
- Poczuwam się do odpowiedzialności za bardzo niewiele, Silchasie Ruin.
Tyle przynajmniej powinno już być oczywiste.
Schody były strome, brzegi stopni wytarte i zdradzieckie. W miarę jak
się wspinali, powietrze stawało się coraz rzadsze. Po ich lewej stronie
unosiła się mgiełka wzbijająca się znad wodospadu. Huk spadającej wody
odbijał się od kamieni niezliczonymi echami. Potem starożytne stopnie
zniknęły, ustępując miejsca drewnianej konstrukcji tworzącej coś w rodzaju drabiny wspartej na pochyłej skale.
Pokonawszy jedną trzecią drogi, dotarli do skalnej półki, gdzie mogli
chwilę odpocząć. Pośród gruzu znaleźli tam szczątki metop, gzymsów
wieńczących i fryzów, ozdobionych płaskorzeźbami rozbitymi na tak drobne
odłamki, że nie sposób było określić, co na nich wyobrażono. Sugerowało
to, że nad nimi wznosiła się ongiś cała fasada. Wyżej drewniane stopnie
przechodziły w prawdziwą drabinę, a po prawej, trzy długości ciała
mężczyzny nad nimi, ział prostokątny wylot jaskini przypominający
kształtem drzwi.
Udinaas wpatrywał się przez chwilę w ten mroczny otwór. Potem odwrócił
się ku towarzyszom.
- Uważam, że powinniśmy tam wejść.
- Nie ma potrzeby, niewolniku - sprzeciwił się Fear Sengar. - Droga jest
pewna i prosta...
- Ale im wyżej wchodzimy, tym więcej na niej lodu. - Zadłużony skrzywił
się, a potem wybuchnął śmiechem. - Ach, widzisz w tym materiał na pieśń,
nieprawdaż, Fear? Niebezpieczeństwa, wyrzeczenia i chwalebne cierpienie,
które doprowadzi cię do heroicznego triumfu. Pragniesz, by starcy,
którzy byli ongiś twoimi wnukami, zbierali cały klan wokół ogniska, by
opowiedzieć historię o samotnym wojowniku, który szukał swego boga.
Prawie już słyszę ich słowa. Mówią o tym, jak dzielny Fear Sengar z Hirothów wyruszył w drogę ze świtą pomocników: sierotą, upartą
letheryjską przewodniczką, duchem, niewolnikiem i oczywiście ze swym
białoskórym wrogiem. Biała Wrona o srebrnym języku i jej niezliczone
kłamstwa. To będzie pełen zestaw archetypów, nieprawdaż? - Wyjął z tornistra bukłak z wodą, pociągnął długi łyk i otarł usta grzbietem
dłoni. - Wyobraź sobie jednak, że wszystkie twoje wysiłki pójdą na
marne, jeśli spadniesz ze śliskiego szczebla w przepaść głęboką na
pięćset długości ciała mężczyzny i znajdziesz haniebną śmierć. Opowieść
nie tak miała wyglądać, ale przecież życie nie jest opowieścią. -
Schował bukłak i włożył plecak z powrotem na grzbiet. - Rozgoryczony
niewolnik wybiera inną drogę na szczyt. To głupiec, ale... - Uśmiechnął
się do Feara. - W tym eposie musi być jakiś morał, tak?
Udinaas ruszył po szczeblach na górę. Gdy dotarł do wylotu jaskini,
wyciągnął rękę i złapał za kamienną krawędź. Za ręką podążyła noga. Były
niewolnik zbadał ostrożnie skalny brzeg czubkiem obutej w mokasyn stopy,
po czym odepchnął się od drabiny, obrócił szybkim ruchem wokół wspartej
na brzegu nodze i stanął pewnie na skale. Cofnął się o krok, pociągnięty
przez ciężar plecaka, i zniknął w mroku.
- Nieźle to zrobił - zauważył Silchas Ruin z nutą wesołości w głosie.
Najwyraźniej rozbawiło go, że niewolnik stroi sobie żarty z zarozumiałego Tiste Edur, co nadawało jego stwierdzeniu dodatkowy sens.
- Chyba podążę za jego przykładem.
- Ja też - poparła go Imbryk.
- Zgoda - rzekła z westchnieniem Seren Pedac. - Sugeruję jednak, żebyśmy
użyli lin. Nie musimy wszyscy się popisywać jak Udinaas.
***
Okazało się, że jaskinia była ongiś korytarzem, zapewne prowadzącym na
balkon. Z chwilą odpadnięcia fasady potężne fragmenty ścian popękały i poprzesuwały się, zastygłszy pod najrozmaitszymi kątami. A we wszystkich
szczelinach, które widziała Seren, roiło się od włochatych nietoperzy.
Wędrowcy obudzili zwierzęta i te skrzeczały teraz głośno bliskie paniki.
Seren odstawiła tornister i Udinaas podszedł do niej. W zimnym powietrzu
jego oddech zamieniał się w obłoki pary.
- Zapal lampę, poręczycielko - poprosił. - Kiedy temperatura spada,
dłonie mi drętwieją.
Zerknęła nań pytająco.
- Zbyt długo musiałem je zanurzać w lodowatej wodzie - wyjaśnił,
spoglądając na Feara Sengara. - Niewolnik Edur nie ma lekkiego życia.
- Dawano ci jeść - odparł Fear Sengar.
- Kiedy w lesie przewróciło się krwawe drzewo, kazano nam przywlec je do
wioski - zaczął Udinaas. - Pamiętasz te czasy, Fear? Zdarzało się, że
pień przesunął się nagle, pośliznął w błocie albo coś w tym rodzaju i miażdżył niewolnika. Jeden z zabitych służył w twoim domu. Nie pamiętasz
go, prawda? Cóż znaczy jeden martwy niewolnik więcej? Gdy coś takiego
się zdarzyło, Edur krzyczeli głośno, że duch drzewa był spragniony
letheryjskiej krwi.
- Dość już tego, Udinaas - odezwała się Seren, której w końcu udało się
zapalić lampę.
Gdy tylko rozbłysło światło, nietoperze zerwały się do lotu. Wędrowców
otoczyła chmura łopoczących gwałtownie skrzydeł. Po kilkunastu
uderzeniach serca wszystkie stworzenia uciekły.
Poręczycielka wyprostowała się, unosząc lampę nad głowę.
Podłoże pokrywała gruba warstwa cuchnącej, pokrytej pleśnią mazi. W guanie roiło się od czerwi i chrząszczy.
- Lepiej stąd chodźmy - powiedziała. - Są takie choroby...
***
Mężczyzna krzyczał głośno, gdy strażnicy ciągnęli go za łańcuchy pod mur
okalający dziedziniec. Jego zmiażdżone stopy zostawiały krwawe ślady na
kamiennej nawierzchni. Z ust więźnia wyrywały się oskarżenia, słowa
bezsilnego oburzenia na porządek świata. Letheryjskiego świata.
Tanal Yathvanar prychnął pogardliwie.
- Posłuchaj go. Cóż za naiwność.
Karos Invictad, który stał obok na balkonie, przeszył go ostrym
spojrzeniem.
- Jesteś głupcem, Tanalu Yathvanar.
- Słucham inwigilatorze?
Karos Invictad oparł przedramiona na poręczy, spoglądając z góry na
więźnia. Splótł powoli palce, grube jak tłuste robaki rzeczne. Rozległ
się śmiech krążącej w górze mewy.
- Kto jest najpoważniejszą groźbą dla imperium, Yathvanar?
- Fanatycy - odparł po chwili Tanal. - Tacy jak ten.
- Nieprawda. Wsłuchaj się w jego słowa. Jest pewien swych racji. Wierzy
w bezpieczną wizję świata, jest przekonany, że zna wszystkie prawidłowe
odpowiedzi. To, że pytania, na które odpowiadają, były właściwie
sformułowane, jest dla niego oczywiste samo przez się. Obywatela, który
jest pewien swych racji, można przekonać, uczynić zeń gorliwego
sojusznika naszej sprawy. Wystarczy się dowiedzieć, co go najbardziej
przeraża, a potem podsycić ogień tego strachu, by strawił fundamenty
jego pewności, i podsunąć mu alternatywny, równie jednoznaczny sposób
patrzenia na świat. Uczepi się go ze wszystkich sił, choćby nawet był
zupełnie różny od jego dotychczasowych poglądów. Nie, ci, którzy mają
pewność, nie są naszymi wrogami. Być może zbłądzili na manowce, jak ten
na dole, ale zawsze można do nich dotrzeć strachem. Trzeba tylko
pozbawić ich oparcia, jakie znajdują w swych wierzeniach, i podsunąć im
inne, z pozoru równie wiarygodne przekonania, które służą naszym
interesom. Prędzej czy później z pewnością uznają je za swoje.
- Rozumiem.
- Tanalu Yathvanar, najgroźniejszymi wrogami są ci, którzy nie mają
pewności. Którzy zadają pytania i reagują na nasze zgrabne odpowiedzi
niepowstrzymanym sceptycyzmem. Ich pytania zagrażają nam, podważają
naszą pozycję. Przeradzają się w... agitację. Zrozum, ci niebezpieczni
obywatele zdają sobie sprawę, że nic nie jest proste. Ich światopogląd
jest przeciwieństwem naiwności. Wieloznaczność, jaką wokół siebie
obserwują, nauczyła ich pokory i dlatego sprzeciwiają się naszej
prostej, bezpiecznej wizji czarno-białego świata. Yathvanar, nie mógłbyś
znieważyć takiego obywatela dotkliwiej, niż nazywając go naiwnym.
Wpadnie wtedy w furię, wręcz zaniemówi... ale po chwili zacznie się
zastanawiać, a z jego twarzy będziesz mógł wyczytać, że zadaje sobie
pytanie: "Kto właściwie zwie mnie naiwnym?". Po chwili odpowiedź stanie
się dla niego oczywista. Musi to być ktoś, kto jest pewny swej
słuszności, i z tej pewności rodzi się arogancja, pewność siebie, która
pozwala wygłaszać podobne osądy, lekceważenie płynące z wyniosłego
szczytu niezachwianych przekonań. Wtedy właśnie w oczach twej ofiary
rozbłyśnie światło zrozumienia. Uświadomi sobie, że ma przed sobą swego
najprawdziwszego wroga. I wówczas pozna strach. A nawet przerażenie.
- Inwigilatorze, nasuwa mi się pytanie...
- Czy sam jestem pewien słuszności swych przekonań? Czy może mnie
również dręczą pytania i wątpliwości, czy miotają mną szalone prądy
złożoności? - Karos Invictad milczał przez chwilę. - Jestem pewien tylko
jednego. Władza kształtuje oblicze świata. Sama w sobie nie jest ani
dobra, ani zła. To tylko narzędzie, za pomocą którego ten, kto się nim
posługuje, przekształca otoczenie stosownie do swych... pragnień. Rzecz
jasna, korzystanie z władzy oznacza wcielanie w życie tyranii, która
może być bardzo subtelna i delikatna albo okrutna i brutalna. Każda
władza, przywódcy politycznego, głowy rodziny i tak dalej, opiera się na
groźbie użycia przymusu wobec wszystkich, którzy spróbują stawiać opór.
Dowiedz się też, że jeśli przymus jest możliwy, z pewnością będzie
zastosowany. - Skinął dłonią. - Posłuchaj tego człowieka. Wykonuje za
mnie moją pracę. Kiedy siedzi w lochu, współwięźniowie słuchają jego
bredzenia, a niektórzy przyłączają się do chóru. Strażnicy zapisują
wszystkich, którzy to zrobią. Codziennie sprawdzam tę listę, to bowiem
są ci, których mogę pozyskać. Natomiast ci, którzy nic nie mówią albo
odwracają się od niego, muszą umrzeć.
- Dlatego pozwalamy mu wrzeszczeć - zrozumiał Tanal.
- Tak jest. Ironia polega na tym, że on rzeczywiście jest naiwny, choć,
rzecz jasna, nie w tym sensie, w jakim użyłeś tego słowa na początku. To
właśnie pewność, którą czuje, świadczy o jego beztroskiej ignorancji.
Dodatkowa ironia tkwi w tym, że oba ekstrema politycznego spektrum
cechują się takim samym podejściem i posługują identycznymi metodami,
charakterystycznymi dla tych, którzy naprawdę wierzą. Są bezlitośni dla
przeciwników, nie wahają się przed przelewem krwi w obronie swej sprawy,
swej wersji rzeczywistości. Nienawidzą tych, którzy głośno wypowiadają
wątpliwości. W końcu sceptycyzm jest maską pogardy, a nic nie rani
dotkliwiej niż pogarda wyrażana przez tych, którzy nie wierzą w nic.
Dlatego my, zwolennicy pewności, szybko przekonujemy się, że naszym
zadaniem jest unicestwienie tych, którzy zadają pytania. A jest to
bardzo przyjemne zadanie...
Tanal Yathvanar nie odzywał się ani słowem. Zalał go strumień podejrzeń,
ale żadnego z nich nie potrafił wyizolować, określić dokładnie.
- Szybko go osądziłeś, nieprawdaż? - ciągnął Karos Invictad. - Ach,
twoje pełne pogardy słowa zdradziły bardzo wiele. Przyznaję, że
rozbawiła mnie własna instynktowna reakcja na to, co powiedziałeś.
"Naiwność". Niech mnie Zbłąkany, miałem ochotę urwać ci głowę gołymi
rękami, zdekapitować cię jak bagienną muchę. Pragnąłem ci pokazać, jak
wygląda prawdziwa pogarda. Moja pogarda dla ciebie i takich jak ty.
Chciałem przepuścić tę twoją naznaczoną lekceważeniem gębę przez
maszynkę do mięsa. Wydaje ci się, że znasz wszystkie odpowiedzi? Z pewnością, bo inaczej nie osądzałbyś tak pośpiesznie. Ty żałosna
kreaturo, pewnego dnia niepewność wróci pod twoje drzwi, wlezie ci do
gardła i zacznie się wyścig o to, co zjawi się pierwsze, pokora czy
śmierć. Tak czy inaczej, będę przez krótką chwilę ci współczuł. Tym
właśnie się różnimy, nieprawdaż? Dostarczono dziś przesyłkę, tak?
Tanal zamrugał. To ciekawe, że wszyscy znamy żądzę krwi, pomyślał i skinął głową.
- Tak, inwigilatorze. To nowa łamigłówka dla ciebie.
- Znakomicie. A od kogo?
- Od anonimowego nadawcy.
- To bardzo ciekawe. Czy to część zagadki, czy obawa przed ośmieszeniem,
kiedy rozwiążę ją po chwili zastanowienia? No cóż, skąd miałbyś to
wiedzieć? Gdzie ona jest?
- Powinni już ją zanieść do twojego gabinetu, inwigilatorze.
- Znakomicie. Daj więźniowi pokrzyczeć przez resztę popołudnia, a potem
odeślij go z powrotem do lochu.
Tanal pokłonił się odchodzącemu Karosowi, odczekał sto uderzeń serca i również opuścił balkon.
***
Po krótkiej chwili zszedł już po krętych, kamiennych schodach na
najniższy poziom starożytnych lochów, do korytarzy i cel, których od
stuleci właściwie nie używano. Niedawne powodzie zalały ten poziom, a także drugi od dołu. Choć wodę wypompowano, pozostały po niej gruba
warstwa iłu oraz silny odór stęchlizny. Tanal Yathvanar ruszył w dół
pochyłym korytarzem, trzymając w ręku lampę, aż wreszcie dotarł do
pomieszczenia, które było ongiś główną salą przesłuchań. Pełno tu było
zagadkowych, przerdzewiałych mechanizmów, ustawionych na kamiennej
posadzce albo przytwierdzonych do ścian. Jedną wielką klatkę,
przypominającą ramę łoża, zawieszono pod sufitem na grubych łańcuchach.
Naprzeciwko wejścia ulokowano klinowate ustrojstwo wyposażone w kajdany
i łańcuchy - można było je naciągać za pomocą zębatki zamontowanej w ścianie z boku. Pochyłe łoże zwracało się ku środkowi pomieszczenia.
Leżała na nim skuta łańcuchami kobieta, którą rozkazano mu uwolnić.
Była przytomna. Oślepiona nagłym blaskiem odwróciła głowę.
Tanal postawił lampę na stole obok licznych narzędzi tortur.
- Pora na karmienie - oznajmił.
Kobieta milczała.
Szanowana uczona. Gdybyś zobaczył ją teraz...
- Wszystkie te twoje szumne słowa w ostatecznym rozrachunku znaczną
mniej niż pył na wietrze - dodał.
- Obyś któregoś dnia udławił się tym pyłem, mały człowieczku -
wychrypiała słabym głosem.
- "Mały" - powtórzył z uśmiechem Tanal. - Chcesz mnie w ten sposób
zranić. To żałosne.
Podszedł do skrzyni ustawionej pod ścianą po prawej. Kiedyś
przechowywano w niej zgniatacze głowy, ale Tanal wyjął wszystkie,
zastępując je manierkami z wodą oraz suszonym prowiantem.
- Będę musiał przynieść kilka wiader z wodą z mydłem - oznajmił,
przygotowując powoli kolację. - To zrozumiałe, że musisz się wypróżniać,
ale smród i plamy robią bardzo nieprzyjemne wrażenie.
- Och, a więc to cię razi?
Spojrzał na nią z uśmiechem.
- Janath Anar, starszy wykładowca w Imperialnej Akademii Nauk. Niestety
nie nauczyłaś się tam niczego o prawach rządzących imperium, choć
zapewne zmieniło się to po twoim przybyciu tutaj.
Spojrzała na niego z dziwnie ciężkim wyrazem w podbitych oczach.
- Okresy jawnej tyranii zdarzały się na przestrzeni całej historii, od
czasów Pierwszego Imperium aż do dziś, mały człowieczku. Fakt, że
ciemiężycielami są obecnie Tiste Edur, właściwie nie zasługuje na uwagę.
W końcu to wy jesteście prawdziwymi oprawcami. Letheryjczycy przeciw
Letheryjczykom. Co więcej...
- Co więcej, Obrońcy Ojczyzny są dla Letheryjczyków błogosławieństwem -
przerwał jej drwiącym głosem Tanal. - Lepiej my niż Edur. My nie
aresztujemy obywateli na oślep, nie kierujemy się ignorancją, nasze
poczynania nie są bezładne.
- Błogosławieństwem? Naprawdę w to wierzysz? - zapytała, nie spuszczając
z niego wzroku. - Edur zupełnie o to nie dbają. Ich wodza nie można
zabić, a to znaczy, że nikt nie podważy ich panowania.
- Wysoki rangą Tiste Edur odwiedza nas prawie codziennie.
- Po to, żeby trzymać was w ryzach. Was, Tanalu Yathvanar, nie waszych
więźniów. Ciebie i tego szaleńca, Karosa Invictada. - Uniosła głowę. -
Ciekawe, dlaczego organizacjami takimi jak wasza zawsze kierują żałośni
nieudacznicy. Małostkowi psychotycy i zboczeńcy. Rzecz jasna, wszystkich
w dzieciństwie prześladowali koledzy albo dręczyli wypaczeni rodzice.
Jestem pewna, że mógłbyś mi opowiedzieć straszliwe historie o swej
nieszczęśliwej młodości. A teraz ty masz w rękach władzę i to inni będą
cierpieli.
Tanal podszedł do kobiety z jedzeniem i manierką wypełnioną wodą.
- Na Zbłąkanego, uwolnij mi chociaż jedną rękę, żebym mogła jeść sama.
- Nie, wolę to robić w ten sposób. Czy czujesz się upokorzona, kiedy
karmię cię jak dziecko?
- Czego ode mnie chcesz? - zapytała Janath, gdy wyciągnął zatyczkę.
Przystawił manierkę do jej spękanych warg i przyglądał się, jak kobieta
przełyka wodę.
- Nie przypominam sobie, żebym powiedział, że czegoś chcę - odparł.
Odwróciła głowę, kaszląc gwałtownie. Woda spłynęła na jej piersi.
- Przyznałam się do wszystkiego - stwierdziła po chwili. - Masz
wszystkie moje notatki, wszystkie zdradzieckie wykłady o osobistej
odpowiedzialności i konieczności współczucia...
- Tak jest, twój moralny relatywizm.
- Odrzucam wszelki relatywizm, mały człowieczku. Wiedziałbyś o tym,
gdyby chciało ci się przeczytać te notatki. Specyficzne cechy danej
kultury nie są usprawiedliwieniem dla oczywistej niesprawiedliwości bądź
nierówności. Status quo nie jest świętością. Nie jest ołtarzem, który
należy zlewać rzekami krwi. Tradycja i obyczaje nie stanowią
argumentów...
- Na Białą Wronę, kobieto, widać, że jesteś wykładowcą. Wolałem, kiedy
byłaś nieprzytomna.
- To zbij mnie do nieprzytomności po raz kolejny.
- Niestety nie mogę tego zrobić. Rozkazano mi cię uwolnić.
Przyjrzała mu się uważnie, a potem odwróciła trwożnie wzrok.
- Byłam nieostrożna - mruknęła.
- Dlaczego?
- O mały włos dałabym się nabrać. Przynęta nadziei. Gdybyś miał mnie
uwolnić, nigdy byś mnie tu nie przyprowadził. Nie, mam być twoją
prywatną ofiarą, a ty moim osobistym koszmarem. Z czasem łańcuchy skują
cię równie mocno jak mnie.
- Psychologia ludzkiego umysłu - mruknął Tanal, wpychając jej do ust
nasiąknięty tłuszczem chleb. - To twoja specjalność. Potrafisz wyczytać
treść mojego życia z równą łatwością, z jaką czytałabyś zwój. Chcesz
mnie w ten sposób przestraszyć?
Przeżuła kęs i przełknęła go z wysiłkiem.
- Władam znacznie groźniejszą bronią, mały człowieczku.
- A mianowicie jaką?
- Zakradam się do twojej głowy. Spoglądam na świat twoimi oczyma. Pływam
w strumieniach twoich myśli. Stoję nad tym łożem gwałtu i widzę przykute
do niego, uwalane odchodami stworzenie. Stopniowo zaczynam cię rozumieć.
To kontakt bardziej intymny niż akt miłosny, mały człowieczku. Wszystkie
twoje tajemnice znikają. Jeśli chcesz wiedzieć, robię to również teraz.
Słucham własnych słów razem z tobą, czuję ucisk w twojej piersi, dziwny
dreszcz, który przeszywa twoją skórę, choć przecież się pocisz. Nagły
strach, gdy sobie uświadamiasz, jak bardzo się przede mną odsłoniłeś...
Uderzył ją tak mocno, że głowa odskoczyła na bok, a z ust popłynęła
krew. Janath kaszlnęła i splunęła raz, a potem drugi. Oddech miała
płytki i chrapliwy.
- Wznowimy posiłek później - oznajmił Tanal, starając się, by jego głos
niczego nie wyrażał. - W najbliższych dniach i tygodniach będziesz miała
okazję sobie pokrzyczeć, Janath, ale zapewniam cię, że twoich krzyków
nikt nie usłyszy.
Z jej ust wyrwał się dziwny, urywany dźwięk.
Po chwili Tanal uświadomił sobie, że to śmiech.
- Potrafisz okazać odwagę - przyznał ze szczerym uznaniem. - Być może z czasem rzeczywiście cię uwolnię. Jeszcze nie podjąłem decyzji. Jestem
pewien, że to rozumiesz.
Skinęła głową.
- Ty arogancka suko - warknął.
Znowu się roześmiała.
Ruszył ku drzwiom.
- Niech ci się nie zdaje, że zostawię lampę.
Ścigał go jej śmiech, ostry jak rozbite szkło.
***
Piękna karoca zdobiona polerowanym krwawym drewnem zatrzymała się z boku
głównej alei Drene. Między jej wysokimi kołami płynęły w otwartym
rynsztoku nieczystości. Cztery białe jak śnieg konie stały ze smętnie
zwieszonymi łbami, zmęczone niezwykłym o tej porze roku upałem. Na
wprost przed nimi znajdował się łuk bramy, a dalej ciągnął się labirynt
Wielkiego Rynku, ogromnego bulwaru wypełnionego straganami, wozami,
zwierzętami gospodarskimi oraz tłumami ludzi.
Przepływ bogactw, kakofonia głosów, niezliczone, wyciągnięte chciwie
ręce - wszystko to przeciążało swym naporem zmysły Brohla Handara, który
siedział w bezpiecznej, luksusowej karecie. Dobiegający z rynku zgiełk
oraz zmierzające w obie strony tłumy kojarzyły się nadzorcy z religijnym
ferworem. Czuł się jak na bardziej szalonej wersji pogrzebu Tiste Edur.
Zamiast kobiet wyrażających rytmicznym stękaniem swą żałobę byli tu
poganiacze pędzący przez tłum porykujące zwierzęta. Zamiast krzyków
młodzieńców, którzy brodziliby w zabarwionym krwią przyboju, okładając
fale pagajami, było słychać stukot kół wozów oraz przenikliwe
nawoływania handlarzy. Unoszący się nad wioską Edur dym stosu
pogrzebowego i palonych na nim ofiar zastępował gęsty odór złożony z tysiąca rozmaitych elementów. Odchody, koński mocz, pieczone mięso,
jarzyny i ryby, niewyprawione skóry myridów i garbowane skóry rodar,
gnijące resztki oraz środki odurzające o mdłym, słodkawym zapachu.
Letheryjczycy nie mieli zwyczaju rzucać do morza cennych ofiar. Kły
długozębych fok stały oparte o półki niczym zęby jakichś drewnianych
narzędzi tortur. Na innych straganach można było znaleźć te same kły
wyrzeźbione w tysiące różnych kształtów, często naśladujących przedmioty
kultu Edur, Jhecków albo Fentów. Wykonywano z nich też pionki do
rozmaitych gier. Gładzony bursztyn był ozdobą, nie świętymi łzami
uwięzionego zmierzchu, z krwawego drewna produkowano zaś miski, kubki i przybory kuchenne.
Albo zdobiono nim ekstrawaganckie karety.
Nadzorca obserwował przez szparę między zasłonami krążące po ulicy
tłumy. Od czasu do czasu pojawiali się wśród nich Tiste Edur,
przerastający o głowę większość Letheryjczyków. Brohl odnosił wrażenie,
że dostrzega w ich butnych, nieprzeniknionych obliczach wyraz lekkiego
zdziwienia. W oczach pewnego członka plemiennej starszyzny - ubranego z ekstrawaganckim przepychem i noszącego na palcach mnóstwo pierścieni -
którego znał osobiście, zauważył jednak błysk chciwości.
Zmianę rzadko wybiera się świadomie. Na ogół przybywa ona powoli i niepostrzeżenie. Co prawda, Letheryjczyków spotkał szok, jakim była
klęska ich armii, śmierć króla oraz pojawienie się nowej klasy
rządzącej, ale nawet te niespodziewane niepowodzenia bynajmniej nie
okazały się tak katastrofalne, jak można by przypuszczać. Więzi
utrzymujące Lether w całości były wytrzymałe. Brohl uświadamiał sobie
teraz, że są one znacznie silniejsze, niżby się zdawało. Najbardziej
niepokoiła go jednak łatwość, z jaką owa pajęczyna oplatała wszystkich,
którzy znaleźli się w jej zasięgu.
Ten dotyk jest zatruty, ale trucizna nie zabija od razu, jedynie
oszałamia. Jest słodka, lecz z czasem może się okazać śmiertelna. Tak
właśnie działa... wygoda.
Dostrzegał jednak wyraźnie, że nie jest ona dostępna dla wszystkich. W gruncie rzeczy mogła sobie na nią pozwolić niepokojąco mała garstka. Ci,
którzy posiadali bogactwa, chętnie się nimi popisywali, ale ta
ostentacja podkreślała dodatkowo fakt, że stanowią zdecydowaną
mniejszość. Uświadomił sobie jednak, że podobny brak równowagi jest
konieczny. Nie wszyscy mogli być bogaci. System by na to nie pozwolił,
gdyż władza i przywileje, które zapewniał, z natury rzeczy przypadały
tylko nielicznym.
Nierówność jest konieczna. W przeciwnym razie, któż ceniłby władzę, któż
pragnąłby przywilejów? Żeby mogli istnieć bogaci, potrzebni są ubodzy. W dodatku tych drugich musi być więcej.
To były proste zasady i, żeby je pojąć, wystarczała zwykła obserwacja.
Brohl Handar nie był obdarzony wybitnym intelektem. Od chwili przybycia
do Drene codziennie coś przypominało mu o tym niedostatku. Nie miał też
doświadczenia w sprawowaniu władzy i nie posiadał zbyt wielu
umiejętności przydatnych na jego nowym stanowisku.
Faktor, Letur Anict, prowadził nieoficjalną wojnę z plemionami
mieszkającymi za granicą imperium. Wykorzystywał imperialne wojska, by
ukraść tubylcom ziemie i utrwalić swe panowanie nad nimi. Cały ten
przelew krwi nie miał żadnego uzasadnienia. Chodziło wyłącznie o zysk.
Brohl Handar nie wiedział jednak, co właściwie mógłby w tej sprawie
zrobić. Napisał dla cesarza długi raport, opisujący ze szczegółami
sytuację w Drene. Raport ów nadal pozostawał w jego posiadaniu, Brohl
zaczął bowiem podejrzewać, że gdyby wysłał go do Letheras, list nie
dotarłby do Rhulada ani do żadnego z doradzających mu Edur. Letheryjski
kanclerz, Triban Gnol, najwyraźniej wiedział o poczynaniach Letura
Anicta i być może nawet pozostawał z nim w zmowie. Sugerowało to
istnienie rozległej pajęczyny ukrytych powiązań, której nie zaszkodziły
rządy Edur. Na razie Brohl Handar miał tylko podejrzenia, wskazówki
sugerujące istnienie owej szarej sieci władzy. Jednym z jej elementów z pewnością było stowarzyszenie bogatych letheryjskich rodzin,
Powiernictwo Wolności. Niewykluczone, że owa organizacja była nawet
sercem ukrytej pajęczyny, nie mógł jednak być tego pewien.
Brohl Handar, drobny szlachcic Tiste Edur, niedawno mianowany nadzorcą
niewielkiego miasta położonego w odległym zakątku imperium, świetnie
zdawał sobie sprawę, że nie może rzucić wyzwania organizacji tak
potężnej, jak Powiernictwo Wolności. Zrodziło się w nim nawet
podejrzenie, że wszystkie plemiona Tiste Edur rozproszone po rozległej
krainie są jedynie pianą niesioną obojętnym nurtem głębokiej, ospałej
rzeki.
Ale był jeszcze cesarz.
Prawdopodobnie obłąkany.
Brohl nie wiedział, do kogo się zwrócić. Nie potrafił nawet odgadnąć czy
to, co odkrył, rzeczywiście jest tak niebezpieczne, jak się wydaje.
Nagle zaskoczyło go jakieś poruszenie przy bramie. Pochylił się i wyjrzał przez szczelinę między zasłonami.
Kogoś aresztowano. Ludzie pośpiesznie umykali od dwóch niepozornych
Letheryjczyków, którzy oparli ofiarę twarzą o jeden z filarów bramy. Nie
było słychać głośnych oskarżeń ani rozpaczliwych zaprzeczeń. Milczenie
agentów Obrońców Ojczyzny oraz więźnia dziwnie wstrząsnęło nadzorcą.
Mogłoby się wydawać, że szczegóły są dla nich obojętne.
Jeden z agentów zrewidował zatrzymanego, szukając broni, a gdy jej nie
znalazł, odpiął od pasa nieszczęśnika skórzany mieszek i zaczął grzebać
w jego zawartości. Drugi cały czas przyciskał więźnia do zdobnej
kolumny. Policzek zatrzymanego rozpłaszczył się na pokrywającej szeroki
słup o kwadratowym przekroju płaskorzeźbie, przedstawiającej jakieś
dawne triumfy Imperium Letheryjskiego. Brohl Handar podejrzewał, że
żaden z trzech mężczyzn nie dostrzega zawartej w tym ironii.
Z pewnością oskarżą go o nawoływanie do buntu. Tak działo się zawsze.
Ale buntu przeciwko czemu? Nie przeciwko obecności Tiste Edur. To byłoby
bezprzedmiotowe, a poza tym właściwie nie było żadnych ataków na nich.
Przynajmniej Brohl Handar nic o tym nie słyszał. A więc... przeciwko
czemu? Czy raczej komu? Zadłużeni istnieli zawsze. Niektórym udawało się
uwolnić od długu, ale było ich niewielu. Istniały sekty skupiające się
na przyczynach politycznego bądź społecznego niezadowolenia. Wiele z nich rekrutowało członków spośród wydziedziczonych resztek podbitych
plemion: Fentów, Nereków, Tarthenali i tak dalej. Jednakże po podboju
przez Edur większość tych sekt się rozpadła albo ich wyznawcy uciekli za
granicę. Nawoływanie do buntu. To oskarżenie miało za zadanie uciszyć
debatę. Gdzieś musiała się znajdować lista akceptowanych przekonań,
składających się na ortodoksyjną doktrynę. A może działał tu jakiś
bardziej podstępny mechanizm?
Ktoś zadrapał w drzwi karety, które zaraz potem się otworzyły.
Brohl Handar przyjrzał się stojącej na stopniu postaci. Cały wehikuł
przechylił się na bok od ciężaru przybysza.
- Proszę, Orbyn, wejdź.
Mięśnie Orbyna zwanego Poszukiwaczem Prawdy osłabły od lat lenistwa,
twarz miał pulchną, a policzki ciężkie i obwisłe. Pocił się nieustannie,
bez względu na temperaturę, jakby jakieś wewnętrzne ciśnienie sprawiało,
że zawarte w jego umyśle toksyny wypływały na zewnątrz przez skórę.
Dowódca miejscowego oddziału Obrońców Ojczyzny był najpodlejszą,
najnędzniejszą kreaturą, jaką Brohl Handar kiedykolwiek spotkał.
- Zjawiłeś się w samą porę - powiedział Tiste Edur, gdy Orbyn wszedł do
karety i usiadł naprzeciwko niego. Wnętrze wypełnił ostry odór potu. -
Nie miałem pojęcia, że osobiście nadzorujesz codzienne poczynania swych
agentów.
Orbyn rozciągnął w uśmiechu wąskie wargi.
- Odkryliśmy pewne informacje, które mogą cię zainteresować, nadzorco.
- Kolejny z twoich nieistniejących spisków?
Uśmiech na mgnienie oka stał się szerszy.
- Jeśli mówisz o Sprzysiężeniu Bolkandyjskim, to, niestety, odpowiada za
nie Powiernictwo Wolności. Ta informacja dotyczy twojego ludu.
Mojego ludu.
- Mów.
Brohl Handar czekał cierpliwie. Agenci odprowadzali już więźnia. Tłum
znowu ruszył ulicą, omijając ich ostrożnie.
- Na zachód od Niebieskiej Róży zauważono grupę uciekinierów. Dwóch
Tiste Edur, jeden z nich jest białoskóry. Mam wrażenie, że to ktoś, kogo
zwą Biała Wrona. Swoją drogą to dla Letheryjczyków bardzo niepokojący
pseudonim. - Zamrugał ospale. - Towarzyszy im troje Letheryjczyków, dwie
kobiety oraz zbiegły niewolnik z tatuażami wskazującymi na to, że był
własnością plemienia Hirothów.
Brohl poczuł nagły ucisk w piersi, ale pilnował się, by jego twarz
niczego nie wyrażała.
To nie twój interes.
- Czy wiesz, gdzie dokładnie się znajdują?
- Zmierzali na wschód, w stronę gór. Są tam trzy przełęcze, ale o tak
wczesnej porze można przejść tylko przez dwie z nich.
Brohl Handar skinął z namysłem głową.
- Cesarscy k'risnani również są w stanie w przybliżeniu określić ich
położenie. Wszystkie przełęcze są strzeżone. - Przerwał na chwilę. -
Sytuacja rozwija się zgodnie z przewidywaniami Hannana Mosaga.
Ciemne oczy Orbyna spoglądały na Brohla spod zwałów tłuszczu.
- To przypomina mi, jak skuteczne są działania Edur.
I bardzo dobrze.
- Obrońcy Ojczyzny chcieliby zadać kilka pytań dotyczących białoskórego
Tiste Edur zwanego Białą Wroną - ciągnął Poszukiwacz Prawdy. - Z jakiego
plemienia pochodzi?
- Z żadnego. Nie jest Tiste Edur.
- Ach, to mnie dziwi. Jego opis...
Brohl Handar milczał.
- Nadzorco, czy możemy w czymś pomóc?
- W tej chwili nie jest to konieczne - odparł Brohl.
- Bardzo mnie ciekawi, dlaczego do tej pory nie zatrzymaliście zbiegów.
Moje źródła sugerują, że ten Tiste Edur to nie kto inny, jak Fear
Sengar, brat cesarza.
- Jak już mówiłem, przełęcze są strzeżone.
- Ach, więc zaciskacie już sieć.
Brohl Handar się uśmiechnął.
- Orbyn, wspominałeś przedtem, że sprawą Sprzysiężenia Bolkandyjskiego
zajmuje się Powiernictwo Wolności. Czyżbyś chciał mnie przekonać, że
Obrońcy Ojczyzny nie są nią zainteresowani?
- Bynajmniej. Powiernictwo regularnie korzysta z naszej sieci agentów...
- I z pewnością was za to wynagradza.
- Oczywiście.
- Mam wrażenie...
Orbyn uniósł rękę, przechylając głowę.
- Będę cię musiał przeprosić, nadzorco. Słyszę alarmy.
Wstał z głośnym stęknięciem i wysiadł z karety.
Zdziwiony Brohl nie odezwał się ani słowem. Gdy Letheryjczyk zamknął za
sobą drzwiczki, nadzorca sięgnął do skrytki, wyjął z niej tkany woreczek
wypełniony wonnymi trawami i przycisnął go do twarzy. Pociągnął sznurek,
każąc woźnicy złapać za lejce. Kareta ruszyła z nagłym szarpnięciem.
Brohl także już słyszał rozbrzmiewające gorączkową kakofonią alarmy.
Pochylił się do tuby głosowej.
- Jedź do tych dzwonów, woźnico - rozkazał. - Ale bez pośpiechu - dodał
po chwili wahania.
***
Na dreński garnizon składał się pełen tuzin kamiennych budynków
wzniesionych na niskim wzgórzu na północ od centrum miasta. Zbrojownia,
stajnie, koszary i kwatera główna były silnie ufortyfikowane, choć
całego kompleksu nie otaczał mur. Przed stuleciami Drene było
państwem-miastem, ale w trakcie długotrwałej wojny z Awlami znękany król
wezwał na pomoc letheryjskie wojska, które pokonały koczowników. Po
kilku dziesięcioleciach odkryto dowody, że cały konflikt był rezultatem
letheryjskich manipulacji. Tak czy inaczej, letheryjskie oddziały nie
opuściły już miasta. Król przyjął tytuł wezyra, ale potem i on sam, i cała jego dynastia zginęli w serii tragicznych wypadków. Wszystko to
było już jednak historią i nie obchodziło nikogo.
Od placu apelowego odchodziły cztery główne aleje. Ta, która biegła na
północ, łączyła się z Drogą Bramną, prowadzącą do murów miejskich i Północnego Traktu Przybrzeżnego, najmniej uczęszczanego z trzech
lądowych szlaków wiodących do miasta.
W chłodnym cieniu balkonu wspaniałej rezydencji usytuowanej przy
północnej alei tuż za zbrojownią przystanęła niska, gibka postać.
Rozpościerał się stamtąd wspaniały widok na wszystkie strony. Oblicze
nieznajomego skrywał kaptur z samodziału, ale gdyby komuś chciało
przyjrzeć mu się uważniej, zauważyłby ze zdumieniem karmazynowe łuski
widoczne tam, gdzie powinna być twarz, oraz oczy ukryte w czarnych
szczelinach. Postać miała jednak w sobie coś, co sprawiało, że nie
przyciągała uwagi. Przechodnie odwracali spojrzenia, z reguły nawet nie
zauważając, że w cieniu ktoś stoi.
Mężczyzna zjawił się tam tuż przed świtem, a było już późne popołudnie.
Cały czas obserwował z uwagą garnizon. Posłańcy wchodzili do budynku
dowództwa i opuszczali go, zjawiło się też kilku szlachetnie urodzonych
kupców, którzy kupowali konie, złom, siodła oraz inne towary. Przyglądał
się skórom zdobiącym okrągłe tarcze lansjerów. Rozpłaszczone twarze
pociemniały, nabierając fioletowo-ochrowego koloru. Tatuaże zrobiły się
od tego subtelne i dziwnie piękne.
Późnym popołudniem, gdy cienie stawały się coraz dłuższe, mężczyzna
zauważył dwóch Letheryjczyków, którzy po raz drugi pojawili się w jego
polu widzenia. Ich obojętność przyciągnęła jego uwagę. Coś powiedziało
zakapturzonemu mężczyźnie, że pora opuścić to miejsce.
Gdy tylko go minęli, zmierzając ulicą na zachód, wyszedł z cienia i podążył za nimi, szybko i bezszelestnie. Wyczuwał ich nagle skupioną
uwagę i być może również coś przypominającego niepokój. Nim zdążył ich
dogonić, skręcił w prawo, w zaułek prowadzący na północ.
Po piętnastu krokach znalazł ciemną niszę, w której mógł się schować.
Zsunął płaszcz i owiązał go sobie wokół pasa, uwalniając ręce.
Po kilkunastu uderzeniach serca usłyszał ich kroki.
Minęli go, posuwając się ostrożnie naprzód. Trzymali w rękach noże.
Jeden szepnął coś do drugiego i obaj zwolnili.
Wychodząc z kryjówki, mężczyzna celowo zaszurał prawą nogą.
Obaj Letheryjczycy odwrócili się błyskawicznie.
Awl'dański bicz zwany cadaranem rozwinął się z cichym świstem. Gruby
rzemień nabijany na całej długości ostrymi jak sztylety sierpowatymi
ostrzami wielkości monet przeszył powietrze, muskając gardła obu
Letheryjczyków. Trysnęła krew.
Obaj osunęli się na ziemię. Krew zbrukała brudne kocie łby. Z tego po
lewej wypływało jej więcej. Mężczyzna podszedł do drugiej ofiary, wyjął
nóż i wbił go sztychem w gardło. Następnie wprawnym ruchem zdarł z Letheryjczyka twarz razem z mięśniami, skórą i włosami. Potem powtórzył
ten sam makabryczny rytuał z pierwszym zabitym.
Dwóch agentów Obrońców Ojczyzny mniej.
Rzecz jasna, oni zawsze pracowali trójkami. Trzeci podążał za pierwszymi
dwoma, trzymając się na dystans.
W garnizonie wszczęto alarm. W przesyconym pyłem powietrzu nad budynkami
poniósł się przenikliwy dźwięk dzwonów.
Mężczyzna ukrył okropne trofea pod luźną koszulą z wełny rodar, którą
nosił na kolczudze, i ruszył w stronę północnej bramy.
U wylotu zaułka pojawiła się drużyna straży miejskiej, pięciu
letheryjskich żołnierzy w zbrojach i hełmach. Wszyscy mieli krótkie
miecze i tarcze.
Ujrzawszy ich, mężczyzna zerwał się do biegu. W lewej ręce trzymał
cadaran, a prawą uwolnił rygthę - topór o sierpowatych ostrzach - którą
miał przytroczoną rzemieniami do pasa. Do obu końców grubego jak kość
udowa dorosłego mężczyzny trzonka przytwierdzono sierpowate żelazne
ostrza długości trzech czwartych okręgu, umieszczone pod kątem prostym
do siebie. Cadaran i rygtha: starożytne bronie Awli. Już od z górą
stulecia nikt w plemionach nie potrafił się nimi posługiwać.
To znaczyło, że strażnicy nigdy dotąd nie zetknęli się z taką bronią.
W odległości dziesięciu kroków od pierwszych trzech zbrojnych mężczyzna
strzelił z bicza. Rzemień błyskawicznie zakreślił poziomą ósemkę.
Rozległy się krzyki. Trysnęła krew, która w ciemnym zaułku wydawała się
niemal czarna. Dwaj Letheryjczycy zatoczyli się do tyłu.
Gibki, żylasty mężczyzna dopadł ostatniego ze strażników biegnących w pierwszym szeregu. Przesunął prawą dłonią wzdłuż trzonka, wsuwając go
pod przedramię, a potem uniósł broń, blokując desperackie cięcie
mieczem. Następnie Awl uniósł gwałtownie łokieć i prawe ostrze topora
wbiło się w twarz żołnierza tuż pod krawędzią hełmu, przebijając nos i kość czołową, nim dotarło do miękkiego mózgu. Ostro zakończona broń
wysunęła się z łatwością na zewnątrz. Awl przeskoczył nad padającym
przeciwnikiem i zamachnął się biczem nad głową. Rzemień przeszył ze
świstem powietrze i owinął się wokół szyi czwartego Letheryjczyka.
Zbrojny krzyknął i wypuścił miecz z rąk, próbując zerwać śmiercionośne
sploty. Awl przykucnął, przesunął dłoń wzdłuż trzonka ku podstawie
prawego ostrza i ciął gwałtownie piątego strażnika. Ten uniósł tarczę,
ale było już za późno. Topór trafił go między oczy.
Awl szarpnął biczem, dekapitując poprzedniego Letheryjczyka.
Potem wypuścił rączkę cadaranu, wziął rygthę w obie ręce, podszedł do
ostatniego ze zbrojnych i zmiażdżył mu trzonkiem tchawicę.
Podniósł bicz i ruszył przed siebie.
Po prawej było słychać nadjeżdżających lansjerów. Po lewej, w odległości
pięćdziesięciu kroków, miał bramę. Roiło się tam od strażników i wszyscy
zwracali głowy ku niemu.
Pobiegł prosto w ich stronę.
***
Atri-preda Bivatt osobiście przejęła dowództwo nad plutonem lansjerów.
Spięła konia do galopu i ruszyła tropem rzezi. Dwudziestu jeźdźców
podążało za nią.
Dwaj agenci Obrońców Ojczyzny w zaułku. Pięciu strażników miejskich u jego wylotu.
Wyjechała na ulicę i skierowała wierzchowca w lewo. Zbliżając się do
bramy, wyciągnęła miecz.
Wszędzie walały się ciała. Co najmniej dwudziestu żołnierzy i tylko
dwóch wyglądało na jeszcze żywych. Bivatt gapiła się na to ze
zdumieniem. Pod zbroją zlewał ją zimny pot. Było tu pełno krwi. Na
bruku, na murach i na samej bramie. Odcięte kończyny. Smród opróżnionych
kiszek, wyprute wnętrzności. Jeden z rannych wrzeszczał przeraźliwie,
miotając głową na boki. Odcięto mu obie dłonie.
Tuż za bramą leżały cztery konie z jeźdźcami. Obłoki pyłu sugerowały, że
reszta plutonu ściga nieprzyjaciela.
Drugi z ocalałych żołnierzy powlókł się ku niej. Oberwał w głowę. Hełm
miał wgnieciony, a po twarzy i szyi spływała mu krew. Jego oczy
przepełniała groza. Otworzył usta, ale nie był w stanie nic powiedzieć.
Bivatt ponownie rozejrzała się po okolicy.
- Weź pluton i ruszaj w pościg za nimi - rozkazała swemu finaddowi. -
Wyciągnijcie broń, do cholery! - Spojrzała ze złością na rannego. - Ilu
ich było?
Mężczyzna rozdziawił usta.
Zjawili się kolejni strażnicy. Do wrzeszczącego mężczyzny, który stracił
ręce, podbiegł cyrulik.
- Słyszałeś moje pytanie? - wysyczała Bivatt.
Skinął głową.
- Jeden - odparł. - To był tylko jeden człowiek, atri-predo.
Jeden? To śmieszne.
- Opisz go!
- Łuski. Na twarzy miał łuski. Czerwone jak krew!
Jeździec z jej oddziału wrócił z wieściami.
- Wszyscy żołnierze z pierwszego plutonu nie żyją, atri-predo - oznajmił
wysokim głosem. Był wyraźnie wstrząśnięty. - Leżą na drodze, niedaleko
stąd. Ocalał tylko jeden koń. Atri-predo, czy mamy ścigać
nieprzyjaciela?
- Czy macie go ścigać? Pewnie, ty cholerny durniu! Nie straćcie jego
tropu.
- Atri-predo, ten opis... - rozległ się czyjś głos za jej plecami.
Odwróciła się w siodle.
Pośród trupów stał zlany potem Orbyn Poszukiwacz Prawdy. Jego małe oczka
wpatrywały się w nią z uwagą.
Bivatt obnażyła zęby w gniewnym grymasie.
- Wiem - warknęła.
To był Czerwona Maska. Nie kto inny.
Dowódca Obrońców Ojczyzny w Drene wydął wargi, spoglądając na zabitych.
- Wygląda na to, że jego wygnanie z plemion dobiegło końca.
To prawda.
Niech nas Zbłąkany ma w swojej opiece.
***
Brohl Handar wysiadł z karety i rozejrzał się po pobojowisku. Nie
potrafił sobie wyobrazić, jakiego rodzaju bronią posługiwali się
napastnicy. Atri-preda przejęła dowództwo, wciąż zjawiali się nowi
żołnierze, a Orbyn Poszukiwacz Prawdy stał w cieniu bramy, przypatrując
się wszystkiemu bez słowa.
Nadzorca podszedł do Bivatt.
- Atri-predo, widzę wśród zabitych wyłącznie twoich ludzi.
Przeszyła go spojrzeniem, w którym kryło się coś więcej niż zwykła
złość. Dostrzegał w jej oczach również strach.
- Do miasta zakradł się wojownik Awli - wyjaśniła.
- To wszystko robota jednego człowieka?
- I to tylko najmniej istotny z jego talentów.
- Ach, więc wiesz, kim on jest.
- Nadzorco, jestem zajęta...
- Opowiedz mi o nim.
Bivatt skrzywiła się ze złością i skinęła na niego dłonią. Oboje ruszyli
na bok, przechodząc ostrożnie nad walającymi się po śliskim bruku
trupami.
- Chyba właśnie wysłałam pluton lansjerów na pewną śmierć. Nie jestem w nastroju na długie pogawędki.
- Odpowiedz mi. Jeśli oddział wojowników Awli dotarł do miasta,
potrzebna jest zorganizowana reakcja... - Widząc jej pełne urazy
spojrzenie, dodał: - Obejmująca nie tylko twoje oddziały, lecz również
Tiste Edur.
Po chwili skinęła głową.
- Czerwona Maska. To jedyne imię, pod jakim go znamy. Nawet wśród Awli
istnieją jedynie legendy o jego pochodzeniu...
- I co one mówią?
- Letur Anict...
Brohl Handar syknął ze złością, przeszywając złowrogim spojrzeniem
Orbyna, który podszedł bliżej, by ich podsłuchiwać.
- Dlaczego relacja z każdej katastrofy zaczyna się od tego nazwiska?
- Przed wielu laty doszło do starć między faktorem a bogatym plemieniem
Awli - podjęła Bivatt. - Krótko mówiąc, Letur Anict chciał zagarnąć
należące do nich ogromne stada. Wysłał agentów, którzy pewnej nocy
zakradli się do ich obozu i porwali młodą kobietę, jedną z córek wodza.
Rozumiesz, Awle mieli w zwyczaju kraść letheryjskie dzieci. Rzecz w tym,
że dziewczyna miała brata.
- Czerwoną Maskę.
Atri-preda skinęła głową.
- To był młodszy brat. Tak czy inaczej, faktor adoptował dziewczynę,
która zamieszkała w jego domu. Wkrótce stała się zadłużona...
- Z pewnością bez własnej wiedzy. Rozumiem. I w zamian za ten dług oraz
wolność dziewczyny Letur zażądał stad jej ojca.
- Tak to w przybliżeniu wyglądało. A wódz klanu się zgodził. Niestety,
gdy oddziały faktora zbliżały się do obozu Awli ze swym cennym
ładunkiem, dziewczyna wbiła sobie nóż w serce. Nie jest jasne, co
wydarzyło się później. Żołnierze Letura Anicta zaatakowali obóz i zabili
wszystkich...
- Faktor zdecydował, że i tak weźmie sobie stada.
- Tak. Ale okazało się, że jeden z Awli ocalał. Po kilku latach walki
stały się bardziej zaciekłe i siły faktora przegrywały jedną potyczkę po
drugiej. Nieprzyjaciel potrafił przejrzeć wszystkie zastawione przez
nich zasadzki. Wtedy właśnie po raz pierwszy pojawiło się imię Czerwonej
Maski, nowego wodza wojennego. O tym, co się wydarzyło później, wiemy
jeszcze mniej. Wygląda na to, że odbyło się zgromadzenie klanów, na
którym Czerwona Maska wdał się w spór ze starszyzną. Chciał zjednoczyć
klany, by przeciwstawić się letheryjskiemu zagrożeniu, ale starców nie
udało się przekonać. Rozgniewany wódz wypowiedział nierozsądne słowa.
Starcy zażądali, by je odwołał, ale on odmówił. Dlatego został wygnany.
Ponoć udał się na wschód, na pustkowia dzielące Awl'dan od Kolanse.
- A co oznacza ta maska?
Bivatt pokręciła głową.
- Nie mam pojęcia. Jedna z legend mówi, że wkrótce po wymordowaniu jego
rodziny zabił smoka. Był wówczas jeszcze dzieckiem, więc ta opowieść nie
wydaje się zbyt prawdopodobna - zakończyła, wzruszając ramionami.
- A teraz wrócił - stwierdził Brohl Handar. - Albo jakiś inny wojownik
przywdział czerwoną maskę, by wypełnić wasze serca strachem.
- Nie, to on. Używa bicza z nożami i topora z dwiema głowniami. Nawet
same te bronie są właściwie mityczne.
Nadzorca zmarszczył brwi.
- Mityczne?
- Legendy Awli opowiadają, że kiedy mieszkali na wschodnich pustkowiach,
toczyli zażartą wojnę. Cadaran i rygthę wynaleziono specjalnie do walki
z tamtym nieprzyjacielem. Nie potrafię ci powiedzieć na ten temat nic
więcej poza tym, że owi wrogowie najwyraźniej nie byli ludźmi.
- Wszystkie plemiona mają opowieści o dawnych wojnach, o wieku
bohaterów...
- Nadzorco, te legendy są inne.
- Czyżby?
- Tak. Przede wszystkim Awle przegrali tę wojnę. Dlatego uciekli na
zachód.
- A czy Letheryjczycy wysyłali jakieś ekspedycje na te pustkowia?
- Już od dziesięcioleci nie podejmowano takich prób, nadzorco. W końcu
ciągle się ścieramy z różnymi plemionami i królestwami po drugiej
stronie granicy. Z ostatniej ekspedycji wróciła tylko jedna kobieta, a to, co widziała, doprowadziło ją do obłędu. Opowiadała o czymś, co zwała
Nocą Syków. Najwyraźniej był to głos śmierci. Jej obłęd okazał się
nieuleczalny, więc skazano ją na śmierć.
Brohl Handar zastanawiał się przez chwilę nad tymi słowami. Pojawił się
oficer, który chciał pomówić z atri-predą.
- Dziękuję - powiedział nadzorca i odwrócił się do niej plecami.
- Nadzorco.
- Słucham? - odparł, ponownie zwracając się ku niej.
- Jeśli tym razem Czerwonej Masce się uda... mówię o zjednoczeniu
plemion... rzeczywiście będziemy potrzebowali pomocy Tiste Edur.
- Oczywiście - zapewnił, unosząc brwi.
Może dzięki temu wreszcie uda mi się dotrzeć do cesarza i Hannana
Mosaga. Niech szlag trafi Letura Anicta. Jakie nieszczęście ściągnął na
nas tym razem?
***
Zjechał z północnego traktu, popędzając bezlitośnie letheryjskiego
konia, i popędził na wschód, przez świeżo zaorane pola, które ongiś były
pastwiskami Awli. Jego ucieczka przyciągnęła uwagę wieśniaków, a w ostatnim przysiółku również trzech żołnierzy, którzy osiodłali
wierzchowce i ruszyli w pościg.
W najniżej położonym punkcie doliny, którą Czerwona Maska właśnie
opuszczał, spotkała ich śmierć. Ludzie krzyczeli, a konie kwiczały
przeraźliwie, ale ich głosy szybko umilkły.
Nad głową wojownika Awli krążyło stadko wrzaskliwych rhizanów. Spłoszone
nagłym wybuchem przemocy zwierzęta porzuciły ulubionych gospodarzy.
Wszystkie poruszały zawzięcie skrzydełkami, a ich długie, ząbkowane
ogony przeszywały ze świstem powietrze. Czerwona Maska już dawno
przyzwyczaił się do ich nieustannej obecności. Małe jak łasice latające
gady pochodziły ze wschodnich pustkowi i znalazły się daleko od domu,
chyba żeby za dom uznać ich gospodarzy, którzy czekali w pobliskiej
dolinie, zapewne przygotowując kolejną zasadzkę.
Zwolnił i poprawił się w niewygodnym letheryjskim siodle. Wiedział, że
nikt go już nie doścignie, i nie było sensu zajeżdżać konia.
Nieprzyjaciel wierzył w siłę swego garnizonu, bez obaw obnosił się z trofeami. Tyle przynajmniej dowiedział się dzięki całodobowej
obserwacji. Lansjerzy z Niebieskiej Róży, którzy używali porządnych
strzemion i w siodłach siedzieli pewnie, byli znacznie groźniejsi od
piechoty z minionych lat.
Od chwili powrotu napotkał tylko porzucone obozowiska rodaków, ślady
nielicznych stad oraz zapomniane kręgi tipi. Wyglądało na to, że
plemiona zdziesiątkowano, a wszyscy ocalali Awle uciekli. Na jedynym
pobojowisku, jakie widział, znalazł wyłącznie trupy cudzoziemców.
Gdy dotarł do pierwszego spalonego obozu, słońce wisiało już nisko nad
horyzontem za jego plecami. Nadciągał zmierzch. Od chwili zagłady minął
rok, być może więcej. Z trawy sterczały białe kości i poczerniałe
szczątki chat. W powietrzu unosił się odór rozkładu. Nikt nie przybył po
ciała poległych, nikt nie umieścił ich na podwyższeniach, nie uwolnił
dusz, by mogły tańczyć z padlinożernymi ptakami. Ten widok budził
złowrogie wspomnienia.
Ruszył w dalszą drogę. Gdy zapadła ciemność, rhizany oddaliły się
powoli. Czerwona Maska usłyszał podwójny tętent, dobiegający z obu
stron. Jego towarzysze wykonali krwawą robotę i zajęli pozycje na
flankach. Ich sylwetki słabo rysowały się w mroku.
Pozwolił, by powieki opadły mu nieco. Nie spał od blisko dwóch dni.
Sag'Churok, potężnie zbudowany samiec, mknął po jego prawej stronie, a Gunth Mach, młody bezpłciowy osobnik przeradzający się powoli w samicę,
posuwał się po lewej, nie mógłby więc być bardziej bezpieczny.
Podobnie jak rhizany, dwaj K'Chain Che'Malle czuli się całkiem dobrze w tej niezwykłej dla nich krainie, tak daleko od domu.
Podążali za Czerwoną Maską, żeby go chronić i zabijać Letheryjczyków.
A on nie miał pojęcia, dlaczego to robią.
***
Oczy Silchasa Ruina przypominały w blasku lamp gadzie ślepia. Seren
Pedac pomyślała, że to doskonale pasuje do komory, w której się
znaleźli. Kamienne ściany, które zakrzywiały się ku górze, tworząc
kopulaste sklepienie, wyrzeźbiono na kształt zachodzących na siebie
łusek. Ten jednolity wzór przyprawiał ją o dezorientację, a nawet
wywoływał lekkie mdłości. Usiadła na podłodze, mrugając ze zmęczenia.
Przyszło jej do głowy, że zapewne zbliża się już ranek. Przez większą
część nocy wędrowali tunelami, wdrapywali się na pochyłe stoki i spiralne rampy. Dobiegający z góry powiew cuchnął stęchlizną, jakby
niósł ze sobą duchy ze wszystkich komór i korytarzy.
Odwróciła wzrok od Silchasa Ruina, poirytowana fascynacją, jaką budził w niej gwałtowny, nieziemski wojownik. Potrafił zapaść w bezruch tak
całkowity, że ledwie było widać, że oddycha. Był pochowany przez
tysiąclecia i mimo to przeżył. W jego żyłach płynęła krew, a głowę
wypełniały pokryte pyłem wieków myśli. Kiedy mówił, słyszała w jego
głosie ciężar kamieni kurhanu. Nie potrafiła sobie wyobrazić, jak ktoś,
kto wycierpiał tak wiele, mógł uniknąć szaleństwa.
Być może jednak był szalony. Być może obłęd czaił się gdzieś w nim,
uwięziony przez wymogi sytuacji albo po prostu czekający na chwilę
uwolnienia. Jako zabójca był metodyczny i obojętny, jakby życie
śmiertelników można było pozbawić znaczenia, zredukować do
chirurgicznego osądu: przeszkoda albo sojusznik. Nic innego nie było
ważne.
Zdawała sobie sprawę, że takie podejście ma swoje zalety. Podobna
prostota ułatwiała życie, ale dla niej była nieosiągalna. Nie można
zamykać oczu na złożoność świata. Niemniej dla Silchasa Ruina owa
złożoność najwyraźniej nie miała znaczenia. Odnalazł niewzruszoną
pewność.
Niestety, Fear Sengar nie potrafił się pogodzić z faktem, że jego
nieustanne ataki na Silchasa Ruina są skazane na niepowodzenie. Tiste
Edur stał przy trójkątnej bramie, przez którą mieli przejść, jakby
niecierpliwił go ten krótki postój.
- Wydaje ci się, że nic właściwie nie wiem o tej starożytnej wojnie, o inwazji na to królestwo - mówił do Silchasa Ruina.
Albinos Tiste Andii przesunął spojrzenie, zatrzymując je na Fearze, ale
nie odpowiedział.
- Kobiety pamiętały - ciągnął Fear Sengar. - Przekazywały opowieści
córkom. Pokolenie po pokoleniu. Tak, wiem, że Scabandari wbił ci nóż w plecy na wzgórzu, z którego rozciągał się widok na pole bitwy. Ale czy
to była pierwsza zdrada?
Jeśli liczył na jakąś reakcję, spotkało go rozczarowanie.
Udinaas, który siedział oparty plecami o łuskowatą ścianę, roześmiał się
cicho.
- Obaj jesteście beznadziejni - stwierdził. - Co to ma za znaczenie, kto
kogo zdradził? W końcu to nie zaufanie jest spoiwem naszej grupy.
Powiedz mi, Fearze Sengar, mój były panie, czy twój brat się domyśla,
kim jest Ruin? I skąd przybył? Nie sądzę. W przeciwnym razie osobiście
ruszyłby w pościg za nami, prowadząc dziesięć tysięcy wojowników. A tymczasem oni tylko się z nami bawią. Czy nie zadajesz sobie pytania,
dlaczego?
Przez kilka uderzeń serca nikt się nie odzywał. Potem Imbryk
zachichotała, przyciągając spojrzenia wszystkich. Dziewczynka zamrugała
z nieśmiałą miną.
- Chcą, żebyśmy najpierw znaleźli to, czego szukamy, oczywiście.
- To dlaczego blokują nam drogę w głąb lądu? - zapytała Seren.
- Dlatego że wiedzą, że zmierzamy w niewłaściwym kierunku.
- A skąd?
Małe, brudne od pyłu dłonie Imbryk poruszyły się w mroku szybko jak
nietoperze.
- Od Okaleczonego Boga. To on im powiedział, że jeszcze za wcześnie, by
iść na wschód. Nie jest na razie przygotowany do otwartej wojny. Nie
chce, żebyśmy dotarli na pustkowia, gdzie czekają wszystkie tajemnice.
Seren Pedac wytrzeszczyła oczy.
- Kto to jest Okaleczony Bóg, na Zbłąkanego?
- To on dał Rhuladowi miecz, poręczycielko. To on jest mocą, która kryje
się za Tiste Edur. - Dziewczynka uniosła ręce nad głowę. - Scabandari
nie żyje. Hannan Mosag dobił targu z Okaleczonym Bogiem, a Rhulad Sengar
był zapłatą.
Fear obnażył zęby, spoglądając na Imbryk z bliskim przerażenia wyrazem w oczach.
- Skąd o tym wiesz?
- Umarli mi powiedzieli. Mówili mi bardzo wiele. Ci pod drzewami
również, ci, którzy byli uwięzieni. Powiedzieli mi też coś jeszcze.
Olbrzymie koło obróci się jeszcze raz, nim się zatrzyma. Musi się
zatrzymać, ponieważ tak właśnie je skonstruował. Ma mu powiedzieć
wszystko, co musi wiedzieć. Powiedzieć mu prawdę.
- Komu? - zapytała ze zdziwieniem Seren, krzywiąc się.
- Temu, który nadchodzi. Zobaczysz. - Podbiegła do Feara, złapała go za
rękę i zaczęła ciągnąć. - Musimy się śpieszyć, bo inaczej nas dogonią. A wtedy Silchas Ruin będzie musiał wszystkich zabić.
Mogłabym udusić to dziecko.
Stłumiła jednak tę myśl i podniosła się z wysiłkiem.
Udinaas wybuchnął śmiechem.
Jego również miała ochotę udusić.
- Silchas - odezwała się, podchodząc do Tiste Andii - masz pojęcie, o czym mówiła Imbryk?
- Nie, poręczycielko. Ale zamierzam słuchać jej uważnie.
Rozdział trzeci
Znaleźliśmy biesa na wschodnim stoku Grzbietu Radagar. Leżał w płytkim
parowie pozostałym po nagłej powodzi. W upalnym powietrzu unosił się
fetor gnijącego mięsa i po oględzinach przeprowadzonych z najwyższą
ostrożnością - wcześniej tego samego dnia nasz obóz zaatakowali nieznani
wrogowie - przekonaliśmy się, że choć stwór żyje, odniósł śmiertelne obrażenia.
Jak opisać tego rodzaju demoniczną istotę? Z pewnością poruszała się na
dwóch potężnie umięśnionych tylnych nogach niczym shaba, ptak spotykany
na wyspach Archipelagu Smoków, była jednak od niej znacznie większa.
Staw biodrowy stojącego biesa znajdowałby się na wysokości oczu
dorosłego mężczyzny. Stwór miał długi ogon, a równie długą szyję i łeb
wysuwał do przodu, balansując na nogach. Podczas ruchu kręgosłup trzymał
poziomo. Dwie długie przednie kończyny, potężnie umięśnione i pokryte
twardą łuską tworzącą naturalną zbroję, były zakończone nie szponami czy
dłońmi, lecz olbrzymimi, żelaznymi mieczami. Wyglądało to tak, jakby
metal był połączony z kością w nadgarstkach. Głowa kończyła się
wydłużonym pyskiem, jak u krokodyli występujących na błotnistych,
południowych brzegach Morza Niebieskiej Róży, znacznie jednak większym.
Wysuszone wargi podkuliły się, odsłaniając szeregi długich jak sztylety
kłów. Choć oczy zasnuła mgła nadchodzącej śmierci, nadal miały
niesamowity, obcy dla naszych zmysłów wyraz.
Atri-preda, śmiały jak zawsze, podszedł do biesa, by skrócić jego
męczarnie ciosem miecza w miękkie podgardle. Otrzymawszy śmiertelną
ranę, stwór wydał krzyk, który sprawił nam wszystkim ból. Choć dźwięk
wykraczał poza zasięg ludzkiego słuchu, wypełnił nam czaszki
gwałtownością tak wielką, że z naszych nozdrzy, oczu i uszu odpłynęła
krew.
Nim przejdę do opisu wyżej wymienionych obrażeń, warto wspomnieć jeszcze
jeden szczegół. Zadane biesowi rany wyglądały niezwykle. Podłużne,
biegnące po łuku szramy mogły być spowodowane przez jakiegoś rodzaju
macki, wyposażone jednak w ostre zęby, inne rany były natomiast krótsze,
ale głębsze. Zadano je w miejscach mających kluczowe znaczenie dla
ruchu, przecinając ścięgna i tak dalej...
Faktor Breneda Anict, Wyprawa na pustkowia
Oficjalne Roczniki Pufanana Ibyrisa
Nie był w łożu mężczyzną. Och, jego męskie części funkcjonowały, jak
należy, ale pod każdym innym względem Cesarz Tysiąca Śmierci był
dzieckiem. Nisall doszła jednak do wniosku, że najgorsze było to, co
działo się później, gdy Rhulad zapadał w stan, który w połowie był snem,
a w połowie czymś innym. Poruszał spazmatycznie kończynami, a z jego ust
płynął nieprzerwany potok słów, błagalna litania przerywana rozpaczliwym
łkaniem niosącym się w wonnym powietrzu komnaty. Po krótkiej chwili, gdy
już uciekła z łoża, owinąwszy się szlafrokiem, i zajęła miejsce przy
malowanej scenie w fałszywym oknie, pięć kroków od niego, staczał się na
podłogę i czołgał - jakby uszkodzenie kręgosłupa uczyniło go kaleką - do
kąta, wlokąc za sobą nieodłączny miecz. Zwijał się tam w kłębek i czekał
do rana uwięziony w wiecznym koszmarze.
Tysiąc śmierci, które co noc przeżywał na nowo. Tysiąc.
To oczywiście przesada. Było ich najwyżej kilkaset.
Cierpienia cesarza Rhulada nie były rezultatem nadpobudliwej wyobraźni
ani dręczących go lęków. Prześladowały go prawdy o przeszłości. Nisall
rozumiała niektóre z mamrotanych przezeń zdań, zwłaszcza jedno, które
dominowało nad jego koszmarami. Była obecna w sali tronowej, gdy łkał na
zbroczonej własną krwią podłodze, nie mogąc umrzeć; na tronie siedział
trup, a zabójca Rhulada leżał wsparty o podwyższenie. Powaliła go
trucizna.
Hannan Mosag czołgał się już do tego tronu, lecz powstrzymał go demon,
który przyszedł po ciało Brysa Beddicta. Zanim zniknął, dobił Rhulada
zadanym niemal od niechcenia ciosem miecza.
Wrzask wracającego do życia cesarza skuł jej serce mrozem. Był tak
przerażający, że wypełnił jej gardło swym ogniem.
Ale prawdziwym koszmarem, prześladującym Rhulada wspomnieniem tysiąca
ociekających krwią ostrzy, było to, co wydarzyło się zaraz po powrocie.
Umierał tylko po to, by wrócić, a to znaczyło, że nie mógł uciec...
przed niczym.
Rany się zamykały, Rhulad wstawał na ręce i kolana, nadal ściskając
przeklęty miecz, od którego nie był w stanie się uwolnić. Łkając i dysząc spazmatycznie, czołgał się ku tronowi, by opaść na niego po raz
kolejny.
Gdy zrobił to wówczas, Nisall wysunęła się z kryjówki, w której schowała
się chwilę przedtem. Była zupełnie odrętwiała. Król - jej kochanek - i eunuch Nifadas popełnili przed chwilą samobójstwo; przeżyła w tej
straszliwej sali tronowej całą serię szoków. Ludzie padali jak nagrobki
na zatłoczonym cmentarzu podczas powodzi. Triban Gnol, który zawsze był
pragmatykiem, klęknął przed cesarzem i poprzysiągł mu wierność równie
swobodnie jak węgorz wślizgujący się do nowej kryjówki. Pierwsza
konkubina była świadkiem tego wszystkiego, ale Turudal Brizad gdzieś
zniknął. Po chwili pokryty lśniącymi od krwi monetami Rhulad obrócił się
na stopniach podwyższenia i obnażył zęby.
- On nie należy do ciebie - oznajmił Hannanowi Mosagowi.
- Rhulad...
- Cesarzu! A ty, Hannanie Mosag, zostaniesz moim cedą. Nie jesteś już
królem-czarnoksiężnikiem. Cedą. Tak jest.
- Twoja żona...
- Nie żyje. Wiem.
Rhulad podciągnął się na podwyższenie, a potem wstał, spoglądając na
martwego letheryjskiego króla, Ezgarę Diskanara. Wyprostował wolną rękę,
złapał trupa za przód wyszywanej brokatem bluzy i ściągnął go z tronu.
Zwłoki padły na bok, uderzając z chrzęstem głową o posadzkę. Rhulad
zadrżał. Następnie zasiadł na tronie i spojrzał na Hannana Mosaga.
- Cedo - rzekł. - W tej komnacie zawsze będziesz podchodził do nas,
czołgając się na brzuchu, tak jak teraz.
W cieniach na końcu sali tronowej rozległ się flegmatyczny chichot.
Rhulad wzdrygnął się.
- Zostaw nas teraz, cedo - rozkazał. - Zabierz ze sobą tę jędzę Janall i jej syna.
- Cesarzu, proszę, musisz zrozumieć...
- Wynoś się!
Jego krzyk wyrwał Nisall z transu. Kobieta zawahała się, tłumiąc
pragnienie ucieczki. Ucieczki z tego dworu, tego miasta. Ucieczki od
wszystkiego.
Nagle Rhulad złapał ją wolną ręką.
- Nie ty, kurwo. Ty zostaniesz.
Nazwał mnie kurwą.
- To nie jest właściwe określenie - sprzeciwiła się. Zesztywniała ze
strachu, zaskoczona własną śmiałością.
Wbił w nią rozgorączkowane spojrzenie i nieoczekiwanie machnął
lekceważąco ręką.
- Oczywiście - zgodził się z nagłym znużeniem w głosie. - Przepraszamy,
cesarska konkubino... - Rozciągnął usta w słabym uśmieszku. - Twój król
powinien był zabrać cię ze sobą. Zachował się samolubnie. Albo kochał
cię zbyt mocno, by móc ofiarować ci śmierć.
Milczała. Prawdę mówiąc, nie wiedziała, co mu odpowiedzieć.
- Ach, dostrzegamy zwątpienie w twych oczach. Konkubino, współczujemy
ci. Dowiedz się, że nie wykorzystamy cię okrutnie.
Umilkł, obserwując Hannana Mosaga, wyczołgującego się z sali przez
wspaniałe wejście. Pojawiło się kilku nowych Tiste Edur, którzy
okazywali wyraźną trwogę, nie wiedząc, czego właściwie są świadkami.
Hannan Mosag wysyczał rozkaz i dwaj z nich wpadli do komnaty, by
załadować Janall i jej syna Quillasa do worków. Chrzęst, z jakim
ciągnęli je potem po posadzce, był dla Nisall najstraszliwszym
dźwiękiem, jaki słyszała tego okropnego dnia.
- Jednakże tytuł i wiążące się z nim przywileje pozostaną twoje, jeśli
tego pragniesz - podjął po chwili cesarz.
Zamrugała, czując się tak, jakby stąpała po ruchomych piaskach.
- Pozwalasz mi wybrać swobodnie, cesarzu?
Skinął głową, nie spuszczając wzroku przekrwionych oczu z wejścia do
komnaty.
- Udinaas - wyszeptał. - Ty zdrajco. Tobie nie pozwoliłem na wybór.
Byłeś niewolnikiem. Moim niewolnikiem. Nie powinienem ufać ciemności...
nie powinienem. - Znowu się wzdrygnął. W jego oczach pojawił się nagły
błysk. - Nadchodzi.
Nisall nie miała pojęcia, o kim mówił Rhulad, ale gwałtowny ton jego
głosu ponownie wzbudził w niej strach. Co jeszcze mogło się wydarzyć
tego straszliwego dnia?
Na zewnątrz rozległy się głosy. W jednym brzmiało rozgoryczenie, które
nagle przerodziło się w nieśmiałość.
Do komnaty wszedł wojownik Tiste Edur. Brat Rhulada. Jeden z jego braci.
Ten, który wcześniej zostawił go na posadzce. Był przystojny na sposób
Edur - obcy i zarazem nieskazitelny. Nisall próbowała sobie przypomnieć,
czy słyszała kiedyś jego imię...
- Trull - wychrypiał cesarz. - Gdzie on jest? Gdzie Fear?
- Odszedł.
- Odszedł? Opuścił nas.
- "Nas". Tak, Rhulad... czy może żądasz, żebym cię tytułował cesarzem?
Wyraz pokrytej monetami twarzy Rhulada zmienił się kilkakrotnie.
Wreszcie cesarz skrzywił się ze złością.
- Ty również mnie opuściłeś, bracie. Zostawiłeś mnie, gdy leżałem,
krwawiąc, na podłodze. Myślisz, że czymś się różnisz od Udinaasa? Że
jesteś mniejszym zdrajcą niż mój letheryjski niewolnik?
- Rhulad, gdybyś był moim dawnym bratem...
- Tym, na którego spoglądałeś z góry?
- Jeśli odnosiłeś takie wrażenie, to przepraszam.
- Tak, teraz dostrzegasz taką potrzebę, prawda?
Trull Sengar podszedł bliżej.
- To przez ten miecz, Rhulad. On jest przeklęty. Proszę, odrzuć go.
Zniszcz. Zdobyłeś tron, już go nie potrzebujesz...
- Mylisz się. - Wyszczerzył zęby, jakby wypełniała go nienawiść do
samego siebie. - Bez niego jestem tylko Rhuladem, najmłodszym synem
Tomada. Bez niego jestem niczym, bracie.
Trull uniósł głowę.
- Ty dowodziłeś podbojem. Będę stał u twego boku. Binadas i ojciec
również. Zdobyłeś ten tron i nie musisz się bać Hannana Mosaga...
- Tego nędznego robaka? Myślisz, że się go boję? - Sztych miecza oderwał
się z trzaskiem od posadzki. Rhulad wymierzył go wprost w pierś brata. -
Jestem cesarzem!
- Nieprawda - sprzeciwił się Trull. - To twój miecz nim jest. On i moc,
która się za nim kryje.
- Kłamiesz! - wrzasnął Rhulad.
Trull odsunął się trwożnie, ale natychmiast stłumił strach.
- Udowodnij to.
Cesarz wybałuszył oczy.
- Skrusz miecz. Siostro, błogosław, pozwól tylko, żeby wypadł ci z dłoni. Zrób choć tyle, Rhulad. Wypuść go!
- Nie! Wiem, czego pragniesz, bracie. Chcesz mi go odebrać. Widzę, jak
naprężasz mięśnie gotowy go podnieść. Widzę prawdę!
Miecz drżał między nimi spragniony krwi, wszystko jedno czyjej.
Trull potrząsnął głową.
- Pragnę, żeby go zniszczono, Rhulad.
- Nie możesz stać u mojego boku - wysyczał cesarz. - To za blisko. Widzę
zdradę w twoich oczach. Porzuciłeś mnie! Okaleczonego na podłodze! Gdzie
moi wojownicy?! - zawołał. - Chodźcie do komnaty! Cesarz was wzywa!
Do pomieszczenia wpadło sześciu wojowników Edur z bronią w ręku.
- Trull - wyszeptał Rhulad. - Widzę, że nie masz miecza. Oddaj teraz swą
ulubioną broń, włócznię. I noże. Co? Boisz się, że cię zabiję? Okaż mi
zaufanie, którego ode mnie żądasz. Daj mi przykład honoru, bracie.
Za mało jeszcze wówczas wiedziała, nie rozumiała w wystarczającym
stopniu zwyczajów Edur, dostrzegła jednak coś w twarzy Trulla, coś
przypominającego kapitulację, tyle że dotyczyła ona czegoś bardziej
skomplikowanego niż zwykłe rozbrojenie się przed bratem. Całe poziomy
rezygnacji, jeden nad drugim, niemożliwe do podźwignięcia brzemiona oraz
wspólna dla obu braci świadomość, jaki jest sens owej kapitulacji. Nie
zdawała sobie jeszcze sprawy, co znaczy odpowiedź Trulla, fakt, że
udzielił jej nie we własnym imieniu, ale w imieniu Feara. Przede
wszystkim w imieniu Feara Sengara. Nie wiedziała, jak ogromnym
poświęceniem było to dla niego, gdy zdjął włócznię i cisnął ją na
posadzkę, a potem odpiął pas i odrzucił na bok.
W udręczonych oczach Rhulada powinien się wówczas pojawić błysk triumfu.
Tak się jednak nie stało. Zmieszany cesarz odwrócił spojrzenie, jakby
szukał pomocy. Potem zatrzymał wzrok na sześciu wojownikach. Wezwał ich
skinieniem miecza.
- Trull Sengar ma zostać odcięty. Przestanie istnieć dla nas i dla
wszystkich Edur. Zatrzymajcie go. Zwiążcie. Zabierzcie stąd.
Nisall nie uświadamiała sobie również, jak wiele ten osąd, ta decyzja,
kosztował samego Rhulada.
Mogła wybierać swobodnie i postanowiła zostać, choć nie potrafiłaby
wyjaśnić powodów tej decyzji, nawet sobie samej. Czy w grę wchodziła
litość? Być może. Ambicja? Z pewnością. Nisall wyczuła, w sposób
charakterystyczny dla przywykłych do życia na dworze drapieżników, że ma
szansę dotrzeć do Rhulada, zastąpić mu tych, których nie było już u jego
boku, unikając jednocześnie obciążeń związanych z ich przeszłością.
Otaczający go wojownicy byli bezwartościowymi pochlebcami i wiedziała,
że Rhulad świetnie zdaje sobie z tego sprawę. W ostatecznym rozrachunku
nie mógł liczyć na nikogo. Nie na swego brata Binadasa, który - podobnie
jak Trull - był zbyt bliski cesarzowi i w związku z tym nazbyt
niebezpieczny. Dlatego Rhulad go odesłał, rozkazał wyruszyć na
poszukiwania zaginionych krewniaków plemion Edur oraz wielkich
wojowników, którzy mieli zostać jego przeciwnikami. Jeśli zaś chodzi o ojca cesarza, Tomada, podporządkowana pozycja była w jego przypadku zbyt
niezręczna. Rhulad wysłał z Tomadem i Binadasem połowę ocalałych
k'risnanów Hannana Mosaga, chcąc osłabić nowego cedę.
Przez cały ten czas, odkąd podjęto owe decyzje, dokonano odcięcia z dala
od oczu Letheryjczyków, a Nisall wśliznęła się do cesarskiego łoża,
Triban Gnol obserwował wszystko uważnie, jak drapieżny ptak.
Konkubent, Turudal Brizad, zniknął, choć Nisall słyszała krążące wśród
nadwornych służących plotki, że nie uciekł daleko. Snuł się podobno po
rzadko odwiedzanych korytarzach i tajemniczych podziemiach starego
pałacu, ledwie widoczny niczym duch. Nisall nie potrafiła zdecydować,
czy wierzy w te opowieści, ale gdyby rzeczywiście ukrywał się w starym
pałacu, nie zaskoczyłoby to jej nawet w najmniejszym stopniu. Nie miało
to jednak znaczenia, bo Rhulad nie miał żony.
Rola kochanki cesarza nie była dla niej niczym nowym, ale Nisall
odnosiła wrażenie, że jest inaczej. Rhulad był bardzo młody i w niczym
nie przypominał Ezgary Diskanara. Jego duchowe rany były zbyt głębokie,
by mógł je uleczyć jej dotyk. Choć zdobyła wysoką, bliską tronu pozycję,
czuła się bezradna. I osamotniona.
Przyglądała się, jak cesarz Letheru zwija się w kącie w ciasny kłębek.
Pośród jego jęków, stęknięć i westchnień było słychać urywki rozmowy z Trullem, bratem, którego się wyrzekł. Raz po raz błagał go ochrypłym
szeptem o wybaczenie.
Tłumaczyła sobie jednak, że przed nimi kolejny dzień. Zobaczy, jak ten
złamany mężczyzna wstanie, weźmie się w garść i zasiądzie na cesarskim
tronie, rozglądając się wokół przekrwionymi oczyma. Jego spękana zbroja
z monet zalśni matowo w blasku tradycyjnie oświetlających salę tronową
pochodni. W miejscach, gdzie monety odpadły, nie było niczego poza
bliznami, poczerwieniałymi pręgami wypaczonego ciała. Niemniej w ciągu
dnia ta upiorna zjawa z pewnością nieraz ją zaskoczy.
Cesarz Tysiąca Śmierci odrzucił stare dworskie protokoły. Osobiście
odbierał petycje od coraz liczniejszych obywateli imperium, biednych i bogatych, którzy się zdecydowali przyjąć Cesarskie Zaproszenie, zdobyli
się na odwagę, by spotkać się z cudzoziemskim władcą. Dzwon po dzwonie
Rhulad wymierzał im sprawiedliwość najlepiej, jak potrafił. Jego próby
zrozumienia życia Letheryjczyków niespodziewanie ją wzruszały. Doszła do
wniosku, że pod warstwami tych przeklętych urazów ukrywa się dobro.
Wtedy właśnie Nisall była mu najbardziej potrzebna, choć ostatnio
udzielanie rad w coraz większym stopniu stawało się domeną kanclerza.
Uświadomiła sobie, że Triban Gnol widzi w niej rywalkę. To on
organizował przyjmowanie petycji, był filtrem ograniczającym liczbę
penitentów do znośnych rozmiarów. W związku z tym jego urząd rozrósł się
znacznie. Nie ulegało wątpliwości, że liczny personel tego urzędu tworzy
jednocześnie wszechobecną sieć szpiegów.
Nisall obserwowała, jak cesarz, który zdobył tron, brodząc w strumieniach krwi, stara się zostać dobrotliwym władcą. Jego wysiłki
były zbyt jawne i nieporadne, by mogły nie być autentyczne. To jej
rozdzierało serce.
Władza nie interesowała się uczciwością. Nawet Ezgara Diskanar, który w młodych latach był bardzo obiecujący, w ostatnim dziesięcioleciu rządów
zaczął się odgradzać murem od poddanych. Uczciwość była zbyt podatna na
nadużycia, a Ezgara raz po raz padał ofiarą zdrady. Być może największy
ból sprawiła mu ta, której dopuściła się jego żona, Janall, wraz z ich
synem.
Zbyt łatwo było zlekceważyć ciężar tego brzemienia, głębokość podobnych
ran.
Rhulada, najmłodszego syna szlacheckiej rodziny Edur, zdradził zaś
niewolnik Udinaas, którego z pewnością uważał za prawdziwego
przyjaciela, a także bracia, związani z nim więzami krwi.
Mimo to codziennie podnosił się po cierpieniach minionej nocy. Nisall
zadawała sobie pytanie, jak długo jeszcze wytrzyma. Była jedynym
świadkiem jego wewnętrznych triumfów, wojny, jaką toczył co ranek z samym sobą. Choć kanclerz miał wielu szpiegów, Nisall była pewna, że o tym nic nie wie. Owa ignorancja czyniła go niebezpiecznym.
Musiała porozmawiać z Tribanem Gnolem, naprawić most między nimi.
Ale nie będę dla niego szpiegować.
To będzie bardzo wąski most, po którym można chodzić tylko z najwyższą
ostrożnością.
Rhulad poruszył się w półmroku.
- Wiem, czego pragniesz, bracie... - wyszeptał. - Daj mi przykład
honoru.
Ach, Trullu Sengar, gdziekolwiek przebywa teraz twój duch, czy ten widok
sprawia ci radość? Czy cieszysz się na myśl, że Rhulad nie zdołał cię
odciąć?
Że wróciłeś, by go prześladować.
- Daj mi przykład - wychrypiał cesarz.
Dźwięk zgrzytającego o kamienie mozaiki miecza brzmiał jak zimny śmiech.
***
- Obawiam się, że to nie jest możliwe.
Bruthen Trana przez długą chwilę przyglądał się bez słowa stojącemu
przed nim Letheryjczykowi.
Kanclerz odwrócił wzrok, jakby się pogrążył w myślach. Wydawało się, że
po prostu zlekceważy wojownika Edur, ale być może doszedł do wniosku, że
to nie byłoby rozsądne. Odchrząknął.
- Jak świetnie ci wiadomo, cesarz uparł się, by wysłuchiwać petycji, i to zajmuje mu cały czas niepoświęcony na sen - oznajmił z nutą
współczucia. - Wybacz, ale to stało się jego obsesją. - Uniósł nieco
brwi. - Jak wierny poddany mógłby krytykować jego miłość do
sprawiedliwości? Obywatele kochają go za to. Uważają go za prawdziwie
honorowego władcę. Przyznaję, że wymagało to sporo czasu i ogromnych
wysiłków z naszej strony.
- Chcę porozmawiać z cesarzem - powtórzył Bruthen dokładnie takim samym
tonem jak poprzednio.
- Zapewne pragniesz osobiście przedstawić mu swój raport dotyczący
inwigilatora Karosa Invictada i jego Obrońców Ojczyzny - stwierdził z westchnieniem Triban Gnol. - Zapewniam cię, że przekażę ten dokument
cesarzowi. - Zmarszczył brwi, spoglądając na Tiste Edur, po czym skinął
głową. - Proszę bardzo. Przekażę twoje życzenia jego wysokości,
Bruthenie Trana.
- Jeśli nie ma innego sposobu, umieść mnie na liście penitentów.
- To nie będzie konieczne.
Tiste Edur patrzył na kanclerza jeszcze przez kilka uderzeń serca. Potem
odwrócił się i wyszedł z gabinetu. W większym pomieszczeniu na zewnątrz
czekał tłum Letheryjczyków. Gdy Bruthen przepychał się ku wyjściu,
zwróciło się ku niemu około dwudziestu twarzy naznaczonych niepokojem i skrywanym strachem. Pozostali mieli nieodgadnione spojrzenia. To byli
agenci kanclerza. Bruthen podejrzewał, że przychodzą tu co rano, żeby
pouczyć penitentów, co mają mówić cesarzowi.
Wyszedł na korytarz, ignorując rozstępujących się przed nim
Letheryjczyków, a potem ruszył labiryntem komnat, przedpokojów i przejść, jakim był pałac. Spotkał tu bardzo niewielu Tiste Edur, w tym
jednego z k'risnanów Hannana Mosaga. Gdy zgarbiony, utykający
czarnoksiężnik mijał Bruthena, muskając barkiem ścianę, w jego ciemnych
oczach pojawił się błysk.
Bruthen Trana dotarł do skrzydła pałacu położonego najbliżej rzeki.
Panowała tu wilgoć, a w korytarzach spotykało się bardzo niewiele osób.
We wczesnej fazie budowy gmach zalewała woda, i choć sytuację naprawiono
dzięki pomysłowemu systemowi ukrytych pod powierzchnią podpór, nie udało
się zmniejszyć wilgotności. W zewnętrznych murach wybito dziury mające
ułatwić przepływ powietrza, ale to niewiele pomogło. Ciemne korytarze
wypełniła tylko woń rzeki i gnijącej roślinności.
Bruthen wyszedł przez jeden z tych otworów na pokrytą potłuczonym
brukiem ścieżkę. W wysokiej trawie z lewej strony leżały zwalone drzewa,
po prawej zaś widział fundamenty niewielkiego budynku. Aura opuszczenia
wisiała w nieruchomym powietrzu na podobieństwo pyłku kwiatów. Bruthen
był tu sam. Wspiął się po stoku na brzeg płaskiego obszaru, na którego
drugim końcu wznosiły się mniejsze budowle Jaghutów oraz starożytna
wieża Azath. Plac wypełniały liczne, rozmieszczone bez ładu i składu
groby. Z zagrzebanych do połowy w ziemi, zapieczętowanych lakiem urn
sterczała broń. Miecze, złamane włócznie, topory, buzdygany - trofea
klęski, karłowaty, żelazny las.
Pokonani Wojownicy, rezydenci najbardziej prestiżowego ze wszystkich
cmentarzy. Każdy zabił Rhulada co najmniej raz, niektórzy wiele razy.
Najlepszy z nich, Tarthenal niemal czystej krwi, pozbawił go życia
siedem razy. Bruthen bardzo wyraźnie pamiętał wyraz narastającej
wściekłości i przerażenia na dzikiej twarzy Tarthenala, gdy jego
przeciwnik raz po raz wstawał z martwych, silniejszy i groźniejszy niż
jeszcze przed chwilą.
Wszedł na teren dziwacznej nekropolii, omiatając spojrzeniem
najrozmaitszą broń. Ongiś dbano o nią z wielką czułością, często
nadawano jej imiona, a teraz trawiła ją rdza. Na samym końcu, w pewnym
oddaleniu od pozostałych, umieszczono pustą urnę. Przed kilkoma
miesiącami, z czystej ciekawości, wsadził do niej rękę i znalazł srebrny
kielich. Ongiś zawierał on truciznę, która zabiła w sali tronowej trzech
Letheryjczyków, w tym również Brysa Beddicta.
Nie pozostały po nim popioły. Nawet jego miecz zniknął.
Bruthen Trana podejrzewał, że gdyby Brys Beddict wrócił, ponownie
stanąłby do walki z Rhuladem i zrobiłby to samo co przedtem. Nie, to
było coś więcej niż podejrzenie. To była pewność.
Bruthen zakradł się wówczas do komnaty, niepostrzeżenie dla nowego
cesarza, który leżał na podłodze, brocząc krwią. Przeraziła go precyzja,
z jaką Brys Beddict poszatkował Rhulada. Zrobił to od niechcenia, jak
uczony obalający słaby argument. Włożył w to tylko tyle wysiłku, ile w zawiązanie mokasynów.
Bardzo żałował, że nie był świadkiem samego pojedynku, nie ujrzał
artyzmu podstępnie zamordowanego letheryjskiego szermierza.
Przystanął na chwilę, spoglądając na zakurzoną, pokrytą pajęczynami
urnę.
I odmówił modlitwę o powrót Brysa Beddicta.
***
Stopniowo, lecz nieubłaganie, pojawiały się regularności, ale Zbłąkany,
znany ongiś jako Turudal Brizad, konkubent królowej Janall, nie potrafił
odgadnąć ich znaczenia. Wypełnił go niepokój, nawet lęk, który był dlań
zupełnie nowym odczuciem. Przemknęła mu przez głowę myśl, że trudno by
było sobie wyobrazić bardziej dziwaczny stan umysłu dla boga
znajdującego się w samym sercu własnego królestwa.
Och, pamiętał czasy przemocy, wędrował po popiołach martwych imperiów,
ale jego poczucie przeznaczenia pozostawało nieskalane, niewzruszone i absolutne. Co gorsza, regularności były jego osobistą obsesją. Uważał,
że nie ma sobie równych w opanowaniu owego tajemniczego języka.
W takim razie, kto teraz ze mną gra?
Stał w półmroku, nasłuchując szumu wody spływającej po jakiejś
niewidocznej ścianie, i spoglądał z góry na Cedanię, kamienne płytki
Twierdz, układankę stanowiącą podstawę jego królestwa.
Cedania. Moje płytki. Moje. Ja jestem Zbłąkanym. To moja gra.
Wzór układał się przed nim powoli. Łoskot poruszających się kamieni był
zbyt cichy i niski, by mógł go usłyszeć, wypełniał jednak jego kości
wibracją.
Różne elementy stykają się ze sobą. Ruchem ukrytym aż do ostatniej
chwili, gdy droga ucieczki jest już zamknięta.
Myślisz, że zachowam bierność? Nie jestem po prostu kolejną z twoich
ofiar. Jestem Zbłąkanym. To moja udręka kieruje losem wszystkich.
Wszystko, co wydaje się przypadkowe, jest efektem mojego planu. Tak
brzmi niewzruszona prawda. Zawsze tak było i zawsze będzie.
Nadal jednak czuł na języku posmak strachu, jakby dzień po dniu ssał
brudne monety, jakby przez jego usta przeszedł cały skarbiec imperium.
Czy ów gorzki strumień płynął do środka, czy na zewnątrz?
Wszystkie obrazy na płytkach zniknęły. Żadna z Twierdz nie chciała się
ujawnić.
Cedania wyglądała tak od chwili śmierci Ezgary Diskanara. Zbłąkany byłby
głupcem, gdyby zlekceważył ów związek, ale ścieżka dedukcji nie
zaprowadziła go jeszcze donikąd. Być może ważna była nie śmierć Ezgary,
ale cedy.
Nigdy mnie zbytnio nie lubił. A ja przyglądałem się obojętnie, gdy Tiste
Edur cisnął włócznią i przeszył Kuru Qana, największego cedę od czasów
Pierwszego Imperium. To moja gra. Tak wówczas sądziłem. Teraz jednak
zaczynam się zastanawiać...
Być może to była gra Kuru Qana. I z jakiegoś powodu jeszcze się nie
skończyła. Nie ostrzegłem go przed śmiertelnym niebezpieczeństwem. Z pewnością zdał sobie sprawę z tego... zaniedbania, zanim wyzionął ducha.
Czy ten cholerny śmiertelnik rzucił na mnie klątwę? Na boga!
Podobna klątwa nie powinna być trudna do zdjęcia. Nawet Kuru Qan nie
zdołałby stworzyć czegoś, czego Zbłąkany nie potrafiłby rozebrać na
czynniki pierwsze. Musi tylko zrozumieć jej strukturę, uświadomić sobie,
co ją podtrzymuje, zlokalizować ukryte kolce kierujące ruchami płytek.
Co się teraz wydarzy? Imperium narodziło się na nowo, odzyskało siły,
starożytne proroctwo się spełniło. Wszystko rozgrywa się zgodnie z moimi
przewidywaniami.
Wbił pełne złości spojrzenie w zamazane płytki i syknął sfrustrowany.
Jego oddech zamieniał się w parę w zimnym powietrzu.
Nieznana transformacja, w której nie dostrzegam niczego poza lodem
własnej irytacji. Widzę, ale jestem ślepy, ślepy na wszystko.
Zimno również było nowym zjawiskiem. Ciepło mocy stąd odpłynęło. Nic nie
wyglądało tak, jak powinno.
Być może w którymś momencie będzie musiał przyznać się do porażki.
A wtedy z pewnością złożę wizytę małemu zrzędliwemu staruszkowi, który
pracuje jako sługa bezwartościowego głupca. Pokornie poproszę o odpowiedzi. Pozwoliłem Teholowi żyć, prawda? To z pewnością coś znaczy.
Maelu, poprzednio się wtrąciłeś. Z całkowitą pogardą dla obowiązujących
zasad. Moich zasad. Ale wybaczyłem ci, i to również z pewnością coś
znaczy.
Pokora smakowała jeszcze gorzej niż strach. Na razie nie czuł się na to
gotowy.
Odzyska władzę nad Cedanią. Ale żeby przejąć kontrolę nad
regularnościami, musi najpierw poznać ich autora. Czy był nim Kuru Qan?
Nie miał pewności.
Doszło do zaburzeń w panteonach, nowym i starym. Chaos, smród przemocy.
Tak jest, to ingerencja jakiegoś boga. Być może znowu Mael jest
odpowiedzialny... nie, to inne wrażenie. Najprawdopodobniej o niczym nie
wie, żyje w beztroskiej nieświadomości. Czy opłacałoby się go
zawiadomić, że coś tu nie gra?
Imperium narodziło się na nowo. Co prawda, Tiste Edur mieli swoje
tajemnice i byli przekonani, że nikt ich nie zna. Mylili się jednak.
Podporządkował ich sobie obcy bóg, który uczynił z młodego wojownika
Edur swego reprezentanta, swój awatar. Ułomność cesarza stanowiła
makabryczny hołd dla żałosnych niedostatków owego boga. Moc zrodzona z bólu, chwała czerpana z poniżenia, jedność przeciwieństw. Odrodzone
imperium niosło obietnicę wigoru, ekspansji i długowieczności, Zbłąkany
musiał jednak przyznać, że nic z tego nie jest pewne.
Tak zawsze bywa z obietnicami.
Bóg zadrżał gwałtownie w lodowatym powietrzu ogromnej podziemnej
komnaty. Dygotał z zimna na przejściu nad tajemniczą otchłanią.
Pojawiały się regularności.
Gdy już się ukształtują, będzie za późno.
***
- Już jest za późno.
- Ale z pewnością możemy coś zrobić.
- Obawiam się, że nie. Ona zdycha, panie. Jeśli natychmiast nie
wykorzystamy jej zgonu, zrobi to ktoś inny.
Capabara wpełzła na ścianę kanału za pomocą macek, wylazła na chodnik i leżała tam dziwnie rozpłaszczona. Rozwarła szeroko paszczę oraz skrzela
i wpatrywała się w mglisty poranek, gdy nadeszła śmierć. Ryba miała
długość wzrostu mężczyzny, była tłusta jak sprzedawca baraniny z Wysp
Wewnętrznych i jeszcze brzydsza od niego, co zdumiało Tehola.
- Serce mi pęka.
Bugg podrapał się z westchnieniem po prawie całkowicie łysej głowie.
- Woda jest bardzo zimna. One lubią ciepły muł.
- Woda jest zimna? Nie możesz jakoś temu zaradzić?
- Roboty Podwodne Bugga.
- Powołałeś do życia filię?
- Nie, chciałem tylko wypróbować nazwę.
- Jak się prowadzi roboty podwodne?
- Nie mam pojęcia. To znaczy mam, ale to nie jest do końca legalne
zajęcie.
- Chcesz powiedzieć, że należy do królestwa bogów.
- W przeważającej części. - Nagle się rozpromienił. - Aczkolwiek
niedawna seria powodzi i moje doświadczenie we wznoszeniu suchych
fundamentów otwierają przede mną pewne możliwości.
- Możesz zalać inwestorów?
Bugg się skrzywił.
- Zawsze dostrzegasz tylko destrukcyjną stronę, panie.
- To przez moją wyrachowaną naturę. Większość ludzi uznałaby to za
zaletę. Naprawdę chcesz mi powiedzieć, że nie potrafisz uratować tej
nieszczęsnej ryby?
- Panie, ona już nie żyje.
- Doprawdy? No cóż. Chyba będziemy mieli kolację.
- Raczej piętnaście kolacji.
- Tak czy inaczej, muszę iść na spotkanie. Zanieś rybę do domu.
- Serdecznie dziękuję, panie.
- A nie mówiłem, że poranna przechadzka zawsze się opłaca?
- Capabarze się niestety nie opłaciła.
- To prawda. Aha, chcę, żebyś zrobił listę.
- Czego?
- Hmm, powiem ci później. Jak już wspomniałem, jestem spóźniony na
spotkanie. Coś mi przyszło do głowy. Czy ta ryba nie jest za duża, żebyś
niósł ją sam?
- No cóż - odparł Bugg, spoglądając na ścierwo. - Jak na capabarę jest
raczej niewielka. Pamiętasz tę, która próbowała się parzyć z galerą?
- Stawki w zakładach były jeszcze wyższe niż na topieniach. Przegrałem
wtedy wszystko, co miałem.
- Wszystko?
- Tak, trzy miedziane doki.
- Jaki rezultat przewidywałeś?
- Małe łódki poruszane wielkimi, płetwowatymi wiosłami.
- Spóźnisz się na spotkanie, panie.
- Chwileczkę! Nie patrz! Muszę zrobić coś nieprzyzwoitego.
- Och, panie, doprawdy.
***
Na skrzyżowaniach ulic stali szpiedzy. Grupki odzianych w szare peleryny
przeciwdeszczowe Obrońców Ojczyzny wędrowały pośród rozstępujących się
przed nimi trwożnie tłumów. Urękawicznione dłonie agentów spoczywały na
zatkniętych za pasy pałkach, a na ich twarzach malowała się tępa
arogancja zbirów. Tehol Beddict, owinięty kocem jak sarongiem, kroczył z błogą miną ascety wyznającego jakiś mało znany, ale nieszkodliwy kult.
Przynajmniej miał nadzieję, że tak to wygląda. W dzisiejszych czasach
chodzenie po ulicach Letheras było znacznie bardziej ryzykowne niż za
cechujących się sympatyczną niedbałością rządów króla Ezgary Diskanara.
Z jednej strony przydawało to każdej wyprawie - nawet na targ po
przejrzałe jarzyny - aury niebezpieczeństwa i intrygi, ale z drugiej
trudno mu było uspokoić sterane nerwy, bez względu na to, jak wiele
nadpleśniałych rzep taszczył ze sobą.
Sprawę dodatkowo komplikował fakt, że rzeczywiście miał dzisiaj
wywrotowe zamiary. Jedną z pierwszych ofiar nowego reżimu był Cech
Szczurołapów. Karos Invictad, inwigilator Obrońców Ojczyzny, już
pierwszego dnia urzędowania wysłał setkę agentów do Domu Łusek, skromnej
siedziby cechu. Aresztowali tam wówczas kilkudziesięciu szczurołapów,
okazało się jednak, że każdy był iluzją. Rzecz jasna, tego faktu nie
podano do publicznej wiadomości, by nie narazić budzących grozę Obrońców
Ojczyzny na śmieszność. To byłoby niedopuszczalne.
Tyrania nie ma poczucia humoru. Jest zbyt drażliwa, zanadto przepełniona
poczuciem własnej wartości. Dlatego właśnie stanowi tak kuszący cel.
Któż mógłby się powstrzymać przed sporadyczną drwiną?
Niestety, Obrońcom Ojczyzny brakowało w tej sprawie elastyczności.
Najskuteczniejszą bronią przeciwko nim był wzgardliwy śmiech i doskonale
o tym wiedzieli.
Przeszedł na drugi brzeg Kanału Quillasa po jednym z mniejszych mostów,
dotarł do mniej pretensjonalnej dzielnicy północnej i po chwili znalazł
się w krętym, cienistym zaułku, który kiedyś - przed wynalezieniem
czterokołowych wozów i dwurzędowych chomąt - był niebrukowaną ulicą.
Zamiast ruder i tylnych wejść, których można by się spodziewać w podobnym miejscu, znajdowały się tu jednak sklepy, które w żaden istotny
sposób nie zmieniły się od jakichś siedmiu stuleci. Pierwszym budynkiem
po prawej była Świątynia Ziół Półjędzy, śmierdząca jak bajoro na
bagnach. Można było tam spotkać mieszkającą w stawie czarownicę o pomarszczonej twarzy. Wszystkie jej drogocenne rośliny tłoczyły się na
brzegach albo rosły w samej sadzawce, na której powierzchni roiło się od
owadów. Opowiadano, że urodziła się w bagiennym mule i jest tylko w połowie człowiekiem. Jej matka przyszła ponoć na świat w tym samym
miejscu, a przed nią matka jej matki i tak dalej. Nie ulegało
wątpliwości, że były to niepokalane poczęcia, ponieważ Tehol nie
potrafił sobie wyobrazić, by jakikolwiek rozsądny - czy nawet
nierozsądny - mężczyzna odważył się zanurzyć w tej szczególnej wodzie.
Naprzeciwko Półjędzy znajdowało się wąskie wejście do sklepu oferującego
wyłącznie krótkie odcinki sznura oraz drewniane tyczki wysokie na
półtorej długości ciała mężczyzny. Tehol nie miał pojęcia, w jaki sposób
tak wąsko wyspecjalizowany interes mógł przetrwać, zwłaszcza w warunkach
kryzysu na rynku, ale drzwi sklepu otwierano codziennie od prawie
sześciuset lat. Na noc zamykano je za pomocą krótkiego odcinka sznura i drewnianej tyczki.
Następne sklepy były równie osobliwe. W jednym oferowano na sprzedaż
drewniane kołki i paliki, w innym rzemienie do sandałów - nie sandały,
tylko same rzemienie. W jeszcze innym sprzedawano dziurawe naczynia. Nie
było to dowodem niekompetencji. Celowo konstruowano je tak, by
przeciekały w ściśle określonym tempie. Były też sklepy oferujące
niemożliwe do otworzenia skrzynki albo toksyczne barwniki. Ceramiczne
zęby, butelki z moczem ciężarnych kobiet, olbrzymie amfory z martwymi
ciężarnymi kobietami, wydaliny otyłych świń oraz miniaturowe zwierzęta:
psy, koty, ptaki i najrozmaitsze gryzonie zmniejszone dzięki selekcji
prowadzonej w ciągu niezliczonych pokoleń. Tehol widział psy stróżujące
sięgające mu do kostek. Choć wyglądały ślicznie i były imponująco
jazgotliwe, raczej powątpiewał w ich skuteczność, aczkolwiek zapewne
budziły grozę w myszach wielkości paznokci i kotach, które mogły jeździć
wierzchem na wielkim palcu nogi staruszki, zabezpieczone pomysłową pętlą
w rzemieniu sandała.
Od czasu wyjęcia spod prawa Cechu Szczurołapów Zaułek Przygód zyskał
nową funkcję, której Tehol oddawał się z niefrasobliwością typową dla
wtajemniczonych. Najpierw wszedł do Półjędzy, przedarł się przez pnącza
rosnące tuż za wejściem i zatrzymał w ostatniej chwili, unikając
wpadnięcia głową naprzód w błotniste bajoro.
Rozległ się głośny plusk i pośród otaczających sadzawkę wysokich traw
pojawiła się ciemna, pomarszczona twarz.
- To ty.
Czarownica skrzywiła się, a potem wysunęła nadmiernie długi język,
demonstrując wszystkie przyczepione do niego pijawki.
- I ty - odparł Tehol.
Czerwona wypustka zniknęła w jamie ustnej razem z licznymi
przyjaciółkami.
- Chodź popływać, brzydalu.
- Wyłaź z wody i daj skórze odpocząć, Munuga. Przecież wiem, że masz
tylko trzydzieści lat.
- Jestem mapą mądrości.
- Chyba jako ostrzeżenie przed nadużywaniem kąpieli. Gdzie jest tym
razem gruby korzeń?
- Najpierw powiedz, co masz dla mnie.
- To co zawsze. Chcesz ode mnie tylko jednej rzeczy, Munuga.
- Chciałeś powiedzieć, że jedynej, jakiej nigdy mi nie dasz?
Tehol wyciągnął z westchnieniem spod prowizorycznego sarongu małą fiolkę
i pokazał ją czarownicy.
Kobieta oblizała wargi, co okazało się niepokojąco skomplikowanym
zadaniem.
- Jaki rodzaj?
- Mlecz capobary.
- Ale ja pragnę twojego.
- Ja nie produkuję mlecza.
- Wiesz, o co mi chodzi, Teholu Beddict.
- Niestety, skutki nędzy nie ograniczają się do powierzchni. Co więcej,
nie mam już motywacji, by być produkcyjnym, w każdym znaczeniu tego
słowa. W końcu, któż chciałby wydać dziecko na taki świat?
- Teholu Beddict, ty nie możesz wydać na świat dziecka. Jesteś
mężczyzną. Zostaw to zadanie mnie.
- Coś ci powiem. Wyleź z tej zupy, wytrzyj się porządnie, pokaż mi, jak
naprawdę powinnaś wyglądać... I kto wie? Mogą się wydarzyć nadzwyczajne
rzeczy.
Skrzywiła się i podała mu jakiś przedmiot.
- Masz swój gruby korzeń. A teraz dawaj fiolkę i idź sobie.
- Z niecierpliwością oczekuję następnej okazji...
- Teholu Beddict, czy wiesz, do czego służy gruby korzeń?
W jej oczach pojawił się błysk. Tehol uświadomił sobie, że gdyby
rzeczywiście wyschła, mogłaby się okazać całkiem atrakcyjna, na nieco
płazi sposób.
- Nie. Dlaczego pytasz?
- Czy jesteś zmuszony zażywać go w jakiś dziwaczny sposób?
Pokręcił głową.
- Jesteś pewien? Nie piłeś ostatnio niezwykłej herbaty o żółtym zapachu?
- Żółtym zapachu? Co to znaczy?
- Wiedziałbyś, gdybyś go poczuł. Najwyraźniej nigdy nie poczułeś. To
dobrze. A teraz idź już, będę się marszczyć.
***
Pośpiesznie opuścił Półjędzę i ruszył ku wejściu do Niewymiernych
Garnków Groola. To określenie zapewne miało podkreślać ich niezrównaną
jakość albo coś w tym rodzaju, jako że tych naczyń używano głównie jako
zegarów, albo do eksperymentów alchemicznych, i ich użyteczność opierała
się na stałej szybkości wypływu.
Wszedł do ciasnego, wilgotnego sklepu.
- Zawsze masz zasępioną minę, kiedy tu przychodzisz, Teholu Beddict.
- Dzień dobry, Chwalebny Groolu.
- Ten szary, tak jest, ten tutaj.
- Piękny garnek...
- To nie garnek tylko zlewka.
- Oczywiście.
- Cena jak zwykle.
- Dlaczego zawsze się chowasz za tymi wszystkimi garnkami, Chwalebny
Groolu? Nigdy nie widziałem żadnej części twojego ciała poza dłońmi.
- Dłonie to jedyne części mojego ciała, które się liczą.
- No dobra. - Tehol wyciągnął niedawno odciętą płetwę grzbietową. - Cały
szereg kolców capobary, o stopniowo zmniejszających się średnicach...
- Skąd wiesz?
- To widać, nie? Są coraz mniejsze.
- Ale co z precyzją?
- To już sam musisz określić. Żądasz ode mnie przedmiotów mogących
służyć do robienia dziur. Tu masz ich... ile... dwanaście. Jak możesz
być niezadowolony?
- A kto powiedział, że jestem? Połóż je na ladzie. Weź zlewkę. I zabieraj stąd ten cholerny gruby korzeń.
Potem udał się do sklepu z małymi zwierzętami. Prowadziła go Shill,
otyła kobieta nieustannie biegająca wzdłuż szeregu maleńkich klatek.
Podążał za nią piskliwy rój maleńkich stworzonek. Jak zwykle pisnęła z radości na widok prezentów, którymi były zlewka i gruby korzeń. Okazało
się, że tego drugiego najczęściej używają mściwe żony pragnące
doprowadzić do zmniejszenia jąder swych mężów. Shill zapewniła jednak,
że po pewnych delikatnych modyfikacjach może wykorzystać zmniejszające
właściwości korzenia do celów hodowlanych. Wydzielała herbatę o żółtym
zapachu w precyzyjnych dawkach, do czego potrzebowała dziurawej zlewki.
Jej nastrój zwarzył się jednak, gdy Tehol zabił komara, który usiadł mu
na szyi. Shill poinformowała go, że przed chwilą uśmiercił miniaturowego
nietoperza krwiopijcę. Gdy jej odpowiedział, że nie widzi żadnej
różnicy, nie przyjęła tego zbyt dobrze. Otworzyła jednak zapadnię w podłodze na zapleczu i Tehol zszedł po dwudziestu sześciu wąskich,
stromych, kamiennych stopniach do krzywego korytarza długości dwudziestu
jeden kroków. Wiódł on do starożytnego grobowca ulowego, którego ściany
rozebrano w trzech miejscach, by stworzyć wejścia do niskich, wijących
się jak węże tuneli. Dwa kończyły się śmiertelnymi pułapkami, trzeci zaś
po pewnym czasie przechodził w długą komorę, gdzie mieszkało kilkunastu
obdartych uchodźców, których większość w tej chwili spała.
Na szczęście główny śledczy Rucket nie była jedną z osób, które uległy
senności. Na widok Tehola uniosła brwi, a na jej godnej podziwu twarzy
pojawił się wyraz szczerej ulgi. Wezwała go skinieniem do swego stołu.
Blat pokrywały płachty papieru przedstawiające plany pięter oraz
schematy konstrukcyjne.
- Siadaj, Teholu Beddict! Masz trochę wina. Pij. Na Zbłąkanego,
nareszcie nowa twarz. Nie masz pojęcia, jak już się zmęczyłam
towarzystwem, które mam w tej norze.
- Chyba powinnaś częściej wychodzić - odparł, siadając.
- Niestety, ostatnio większość dochodzeń muszę prowadzić w archiwach.
- Ach, mówisz o tej wielkiej tajemnicy, którą odkryłaś. Zbliżyłaś się do
rozwiązania?
- Wielkiej tajemnicy? Chyba raczej przeklętej. Nie, nadal nic nie wiem,
mimo że moja mapa rośnie z każdym mijającym dniem. Ale wystarczy już o tym. Moi agenci donoszą, że szczeliny w fundamentach powiększają się
niepowstrzymanie. Dobra robota, Tehol. Zawsze uważałam, że jesteś
mądrzejszy, niżby się zdawało.
- Serdecznie dziękuję, Rucket. Masz te lakierowane płytki, o które
prosiłem?
- Dziś rano Onyks skończyła ostatnią. Miało ich być szesnaście, zgadza
się?
- Doskonale. Fazowane krawędzie?
- Oczywiście. Dokładnie wykonaliśmy wszystkie twoje polecenia.
- Znakomicie. A teraz, jeśli chodzi o to niepowstrzymane powiększanie...
- Chcesz przejść do mojego prywatnego pokoju?
- Hmm, nie w tej chwili, Rucket. Potrzebuję trochę grosza. Chodzi o wsparcie inwestycji o kluczowym znaczeniu.
- Ile?
- Pięćdziesiąt tysięcy.
- Czy odzyskamy tę sumę?
- Nie, stracicie wszystko.
- Tehol, nie ulega wątpliwości, że traktujesz zemstę bardzo poważnie.
Jaką będziemy mieli z tego korzyść?
- Cech Szczurołapów odzyska dawne znaczenie oczywiście.
Jej rozmarzone oczy rozwarły się nagle.
- Koniec Obrońców Ojczyzny? Tylko pięćdziesiąt tysięcy? Może chcesz
siedemdziesiąt pięć? Albo sto?
- Nie. Pięćdziesiąt w zupełności wystarczy.
- Nie sądzę, by pozostali cechmistrze mieli się sprzeciwiać.
- Cudownie.
Splótł dłonie i wstał.
- Dokąd się wybierasz? - zapytała, marszcząc brwi.
- Do twojego prywatnego pokoju oczywiście.
- Och, to bardzo miło z twojej strony.
Przyjrzał się jej uważnie.
- Nie pójdziesz ze mną?
- A po co? No wiesz, nazwa "gruby korzeń" to żart ukuty przez kobiety.
- Nie piłem żadnej herbaty o żółtym zapachu!
- Na przyszłość radzę używać rękawiczek.
- Gdzie twój pokój, Rucket?
- Chcesz czegoś dowieść? - zapytała, unosząc brew.
- Nie. Muszę... coś sprawdzić.
- A po co? - powtórzyła. - Teraz, gdy twoja wyobraźnia się przebudziła,
z pewnością przekonasz sam siebie, że wszystko masz mniejsze, Teholu
Beddict. To leży w ludzkiej naturze. Co gorsza, jesteś mężczyzną. -
Wstała. - Ja natomiast potrafię być obiektywna, choć niekiedy bywa to
bardzo nieprzyjemne. Ośmielisz się poddać moim oględzinom?
Skrzywił się.
- No dobra, chodźmy. Ale następnym razem obejdziemy się bez tego
zaproszenia do twojego pokoju, dobra?
- Nieszczęścia tkwią w szczegółach, Teholu Beddict. Wkrótce się o tym
przekonasz.
***
Venitt Sathad rozwinął mapę i przycisnął jej rogi płaskimi kamieniami.
- Jak widzisz, panie, całość składa się z sześciu odrębnych budynków. -
Wskazywał je kolejno. - Dwie stajnie. Lodownia. Magazyn z piwnicą.
Kwatera dla służby. I, oczywiście, właściwa gospoda...
- A ten kwadratowy budynek? - zapytał Rautos Hivanar.
Venitt zmarszczył brwi.
- O ile dobrze to rozumiem, wnętrze niemal całkowicie wypełnia jakiś
obiekt religijny. Budynek jest starszy od samej gospody. Próby zburzenia
go zakończyły się niepowodzeniem. Niewielką wolną przestrzeń
wykorzystuje się jako dodatkowy magazyn.
Rautos Hivanar rozparł się wygodnie w fotelu.
- A czy ten lokal jest wypłacalny?
- W takim samym stopniu, jak inne gospody, panie. Być może warto omówić
kwestię inwestycji w jego odnowienie z innymi udziałowcami, w tym
również Karosem Invictadem.
- Hmm, zastanowię się nad tym. - Wstał. - Ułóż nowe znaleziska na stole
na tarasie.
- Już się robi, panie.
***
Nad oceanem, czterdzieści parę mil na zachód od Wysp Smoków, zapanowała
cisza morska. Tafla wody wyglądała jak brudne, spatynowane szkło, a przesycone wilgocią powietrze było całkowicie nieruchome. Oglądany przez
lunetę samotny okręt wyglądał na opuszczony. Czarny kadłub zanurzał się
głęboko w wodzie. Grotmaszt był złamany, całe olinowanie zniknęło. Ktoś
zawiesił fok, ale płótno zwisało smętnie. Wiosło sterowe przywiązano, a na pokładzie nie było widać żadnego ruchu.
Skorgen Kaban, znany jako Śliczny, opuścił powoli lunetę, nadal jednak
wpatrywał się jedynym okiem w odległy okręt. Podrapał się po jednej z dziur, jakie pozostały po wielkim, orlim nosie, i skrzywił się, gdy
paznokieć wbił się we wrażliwą tkankę bliznowatą. Nic go nie swędziało,
ale wielkie otwory nozdrzy często sączyły, więc udawał, że się drapie,
żeby w porę wyczuć wilgoć. To był jeden z wielu jego gestów, które
zapewne uważał za subtelne.
Niestety, kapitan statku była za bystra, by dać się na to nabrać.
Oderwała wzrok od Skorgena i popatrzyła na czekającą załogę. To była
żałosna, ale wojownicza zgraja. Cisza, rzecz jasna, zmęczyła wszystkich,
ale w ładowni mieli pełno łupów. Szczęście Zbłąkanego nie przestawało
się do nich uśmiechać.
A teraz znaleźli kolejną ofiarę.
Skorgen odetchnął ze świstem.
- Tak jest, to Edur - stwierdził. - Podejrzewam, że odłączyli się od
floty podczas tego sztormu, który widzieliśmy wczoraj na zachodzie.
Załoga pewnie jest chora albo nie żyje. Możliwe też, że opuścili okręt w jednej z tych swoich knarri. W takim przypadku zabrali ze sobą wszystkie
wartościowe przedmioty. Ale jeśli tego nie zrobili... - Uśmiechnął się
do niej, odsłaniając poczerniałe zęby. - Dokończymy to, co zaczął
sztorm.
- Przynajmniej się temu przyjrzyjmy - zdecydowała kapitan, pociągając
nosem. - Może coś nam przyjdzie z tego, że zniosło nas w ciszę. Każ
wysunąć wiosła, Skorgen, ale niech człowiek na oku cały czas rozgląda
się uważnie.
- Myślisz, że może ich być więcej? - zapytał Skorgen, zerkając na nią.
Skrzywiła się.
- Ile okrętów wysłał cesarz?
Wybałuszył oko, a potem znowu przyjrzał się przez lunetę porzuconemu
statkowi.
- Myślisz, że to jeden z tych? W dupę Zbłąkanego, kapitanie, jeśli masz
rację...
- Wydałam ci wyraźne rozkazy, pierwszy oficerze, ale chyba muszę ci o nich przypomnieć. Na tym statku się nie przeklina.
- Przepraszam, kapitanie.
Oddalił się pośpiesznie, by przekazać rozkazy załodze.
Cisza uspokoiła przesądnych marynarzy, którzy starali się nie robić
hałasu, jakby zbyt głośny dźwięk mógł stłuc zwierciadło morza.
Słuchała, jak zanurzają w wodzie dwadzieścia cztery wiosła. Po chwili
rozległ się stłumiony krzyk sternika i Pozgonna Wdzięczność ruszyła z jękiem naprzód. Gdy ruch statku zmącił przejrzystą powierzchnię mórz, do
lotu zerwały się chmary much śpiochów. Cholerne stworzonka miały zwyczaj
szukać ciemnych schronień, gdy coś je spłoszyło, wszyscy marynarze
zaczęli więc kaszleć i spluwać.
Ci to mają szczęście, pomyślała kapitan, gdy bzycząca chmura otoczyła
jej głowę i do nosa, uszu oraz oczu zaczęły się wciskać niezliczone
insekty. Słońce i morze były wystarczająco nieprzyjemnym atakiem na jej
godność i resztki próżności, jakie zdołała zachować po śmierci, ale
muchy stały się dla Shurq Elalle źródłem niezliczonych cierpień.
Piratka, boska nieumarła, nienasycona nierządnica, wiedźma głębokich wód
- od chwili gdy opuściła port Letheras i popłynęła długą, szeroką rzeką
ku zachodnim morzom, spotkało ją wiele miłych wrażeń. Pierwsza galera -
smukła i szybka - stała się dla niej przepustką do sławy. Shurq nadal
ubolewała nad jej utratą. Statek spłonął w starciu z kobylańską eskortą
w Końcu Śmiechu. Była jednak zadowolona z Pozgonnej Wdzięczności. Co
prawda, statek był trochę za duży dla jej załogi, ale po powrocie do
Letheras z łatwością rozwiąże ten problem. Najbardziej jednak żałowała
odejścia Karmazynowej Gwardii. Żelazna Krata już na samym początku
oznajmił jej, że on i jego ludzie tylko odpracowują przewóz. Niemniej
jednak Karmazynowi Gwardziści okazali się bardzo użyteczni podczas
szalonego rejsu przez ocean. Zostawiali za sobą szeroki, krwawy trop,
zdobywając jeden kupiecki statek po drugim. Po złupieniu z reguły
wysyłali je w morskie odmęty. Nie chodziło tylko o ich niosące śmierć
miecze, lecz również o magię Corlosa, znacznie bardziej wyrafinowaną i inteligentną niż wszystko, co Shurq widziała do tej pory.
Podobne szczegóły otwierały jej oczy, poszerzały horyzonty. Świat był
wielki. Lether, dziecko Pierwszego Imperium, był zacofanym krajem pod
wieloma ważnymi względami dotyczącymi sposobu myślenia oraz zasad
sprawowania rządów. To mogło nauczyć pokory.
Shurq Elalle nie przeżyła rozstania z Żelazną Kratą i jego drużyną tak
bardzo, jak reszta załogi. Prawdę mówiąc, czuła się w ich towarzystwie
coraz bardziej niepewnie. Żelazna Krata nie należał do ludzi, którzy
potrafią podporządkowywać się komuś przez dłuższy czas. Och, z pewnością
wyglądało to inaczej, gdy chodziło o innych Zaprzysiężonych z Karmazynowej Gwardii albo ich legendarnego dowódcę, księcia K'azza.
Shurq jednak nie była Zaprzysiężoną ani nawet żołnierzem Gwardii. Dopóki
ich cele pozostawały zbieżne, wszystko układało się dobrze. Shurq
starannie unikała wszelkich sprzeczności, które mogłyby doprowadzić do
konfrontacji.
Wysadzili najemników na kamienistym wybrzeżu we wschodniej części lądu
zwanego Jacuruku. Z nieba lały się strugi deszczu, ale, niestety,
lądowanie nie obyło się bez świadków. Kiedy po raz ostatni widziała
Żelazną Kratę i jego żołnierzy, wszyscy zwrócili się w stronę lądu, ku
kilkunastu zakutym w zbroje postaciom, które schodziły z osypującego się
urwiska, opuściwszy zasłony hełmów. Robiły groźne wrażenie, ale Shurq
miała nadzieję, że ta wojowniczość jest tylko na pokaz. Szare strumienie
ulewy wkrótce przesłoniły im widok na brzeg, gdy łódź zbliżała się do
Pozgonnej Wdzięczności.
Skorgen zarzekał się, że usłyszał swym zdrowym uchem słaby szczęk
mieczy, Shurq jednak nie słyszała nic.
Tak czy inaczej, umknęli pośpiesznie z tamtych wód, jak zwykli to robić
piraci, gdy istnieje niebezpieczeństwo zorganizowanego oporu. Shurq
pocieszyła swe znękane sumienie myślą, że Żelazna Krata najwyraźniej
wiedział co nieco o Jacuruku, a przynajmniej znał jego nazwę. Co prawda,
Corlos odprawiał głośne modły do kilkudziesięciu różnych bóstw, ale mag
miał skłonności do melodramatycznego zachowania. Kilkunastu rycerzy to
za mało, by zatrzymać Żelazną Kratę i jego Karmazynowych Gwardzistów,
jeśli ci byli zdeterminowani osiągnąć cel, którym w tym przypadku było
przejście w poprzek Jacuruku celem znalezienia kolejnego statku.
Świat rzeczywiście był wielki.
Wioślarze unieśli wiosła i wciągnęli je cicho na pokład. Pozgonna
Wdzięczność zatrzymała się obok wraku. Shurq Elalle podeszła do relingu
i przyjrzała się pokładowi wykonanego z czarnodrewna okrętu.
- Zanurza się głęboko - mruknął Skorgen.
Na pokładzie nie było ciał, ale walało się tam mnóstwo rozmaitych
przedmiotów.
- Nie opuścili okrętu w zorganizowany sposób - zauważyła Shurq Elalle,
gdy haki abordażowe wbiły się w deski, a liny napięły mocno. - Sześciu
idzie z nami. Wyjmijcie broń - rozkazała, po czym wyciągnęła rapier i wskoczyła na reling.
Wylądowała gładko na śródokręciu, w odległości dwóch kroków od kikuta
grotmasztu. Po chwili dołączył do niej Skorgen, który stęknął głośno, a potem zaklął, uraziwszy się w chorą nogę.
- Zaatakowano ich - stwierdził, rozglądając się wokół.
Pokuśtykał do relingu i wyrwał z niego rozszczepione drzewce strzały.
Przyjrzał się jej ze skwaszoną miną.
- Cholernie krótka i gruba. Spójrz na ten grot. Mógłby przebić okutą
brązem tarczę. A lotki są skórzane. Wyglądają jak płetwy.
Gdzie się podziały ciała? Shurq Elalle zmarszczyła brwi i podeszła do
luku. Zatrzymała się w wejściu, widząc, że drzwi są roztrzaskane.
Odsunęła szczątki stopą na bok, pochyliła się i zajrzała do ciemnej
ładowni.
Ujrzała błysk wody, w której pływały rozmaite przedmioty.
- Skorgen, mamy tu łupy. Wyciągnij jedną z tych amfor.
- Kapitanie! - zawołał z pokładu Pozgonnej Wdzięczności drugi oficer,
Męka. - Wrak coraz bardziej się zanurza.
Usłyszała ciche skrzypienie kadłuba.
Skorgen wsunął zdrową rękę w ucho amfory. Syknął z wysiłku, uniósł
sięgające mu do biodra naczynie i wytoczył je na pokład między sobą a Shurq.
To była naprawdę piękna amfora cudzoziemskiej roboty. Kremowa glazura
pokrywała ją aż do podstawy, której zwoje zdobiły czarne geometryczne
wzory na czysto białym tle. To jednak obraz przedstawiony na korpusie
przyciągnął jej uwagę. Na dole wyobrażono ludzką postać przybitą do
krzyża w kształcie litery X. Z jej zwróconej ku górze głowy wylatywały -
czy może zlatywały się ku niej - setki wron. Każdą przedstawiono z najdrobniejszymi szczegółami. Ptaki skupiały się na szerokich ramionach
amfory, otaczając ją kręgiem. Zlatywały się do nieszczęśnika, żeby go
rozdziobać? Czy może umykały od niego jak ostatnie, przedśmiertne myśli?
Skorgen wyciągnął nóż i zabrał się do zdrapywania grubej warstwy laku
pokrywającej zatyczkę. Po chwili udało mu się ją wyciągnąć. Odskoczył
nagle, gdy na pokład trysnęła gęsta krew.
Wyglądała na świeżą. Bił od niej zapach kwiatów, intensywny i przesadnie
słodki.
- To kagenzowy pyłek - wyjaśnił Skorgen. - Zapobiega krzepnięciu krwi.
Edur używają jej do malowania świątyń w lesie. No wiesz, na drzewach.
Krew uświęca. To oczywiście nie są prawdziwe świątynie. Nie ma tam murów
ani dachu, tylko gaj...
- Nie lubię pierwszych oficerów, którzy za dużo gadają - przerwała mu
Shurq, prostując się. - Każ reszcie wracać. Te naczynia wystarczą, by
uczynić nas bogatymi na miesiąc albo dwa.
Ruszyła do kajuty kapitana.
Korytarz był pusty, a wyważone drzwi kajuty zwisały na jednym skórzanym
zawiasie. Idąc w tamtą stronę, zaglądała do bocznych nisz, w których
znajdowały się piętrowe koje dla załogi. Wszystkie były puste, choć
panujący na nich nieład sugerował, że je przeszukano.
Samą kajutę również ograbiono. Na podłodze leżał z rozpostartymi
kończynami trup Edur. Dłonie i stopy przybito mu gwoździami do podłogi.
Ktoś metodycznie torturował go nożem. Pomieszczenie wypełniał smród
odchodów, a twarz zabitego była wykrzywioną maską cierpienia. Oczy
wpatrywały się w pustkę niczym świadectwo utraconej wiary, straszliwego
objawienia w obliczu śmierci.
Usłyszała, że ktoś wchodzi do kajuty. Pierwszy oficer zaklął cicho na
widok ciała.
- Torturowali go - stwierdził. - Torturowali kapitana. To był Merude,
bliski wiekiem starszyźnie. Niech nas Zbłąkany ma w swojej opiece,
kapitanie. Jeśli ktoś znajdzie ten okręt, nim zatonie, obciążą winą nas.
Tortury, nie rozumiem dlaczego...
- To proste - przerwała. - Potrzebowali informacji.
- Na jaki temat?
Shurq Elalle rozejrzała się.
- Zabrali dziennik pokładowy i mapy. Piraci mogliby to zrobić, gdyby nie
znali Letheru, ale nie potrzebowaliby torturować biednego skurczybyka.
Poza tym piraci wszystko by złupili. Nie, ci, którzy to zrobili, chcieli
zdobyć więcej informacji. Nie wystarczało im to, co można znaleźć na
mapach. Co więcej, łupy nic ich nie obchodziły.
- To musiały być wredne skurwysyny.
Shurq pomyślała o amforze i jej makabrycznej zawartości. Odwróciła wzrok
od trupa.
- Może mieli powód. Zrób dziurę w kadłubie, Skorgen. Ale zaczekamy tu
chwilę, bo czarnodrewno nie lubi tonąć. Możemy być zmuszeni go podpalić.
- Taki stos przyciągnie wszystkich w okolicy, kapitanie.
- Zdaję sobie sprawę z ryzyka. Bierz się do roboty.
Shurq Elalle wróciła na pokład, weszła na kasztel dziobowy i wpatrzyła
się w horyzont. Skorgen i marynarze zabrali się do niszczycielskiej
roboty.
Po morzach pływają obcy.
Nie lubią Tiste Edur, ale mimo to chyba wolałabym ich nie spotkać.
Spojrzała na śródokręcie.
- Skorgen! Kiedy z tym skończymy, łapcie za wiosła. Płyniemy w stronę
lądu.
- Do Letheras? - zapytał, unosząc naznaczone bliznami brwi.
- Czemu by nie? Będziemy mogli sprzedać towar i zaokrętować nowych
ludzi.
Ułomny mężczyzna wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Tak jest, wracamy do Letheras. I to szybko.