Wicehrabia de Bragelonne - Aleksander Dumas

Kup ebooka

17.99 zł
14.39 zł (4,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ XI. POLITYKA MAZARINIEGO.

Zamiast wahania, z jakiem król przed kwadransem przedstawił prośbę swą kardynałowi, obecnie w oczach monarchy można było wyczytać silną wolę, przeciwko której można walczyć, którą można nawet złamać, lecz która w głębi serca zachowa na zawsze wspomnienie poniesionej porażki.

- Tym razem, panie kardynale, rozchodzi się o rzecz o wiele łatwiejszą, niż o miljon.

- Tak sądzisz. Najjaśniejszy Panie - rzekł Mazarini, spoglądając na króla wzrokiem chytrym, przenikliwym, czytającym w głębi duszy.

- Tak sądzę, i gdy poznasz, kardynale, przedmiot mej prośby...

- I myślisz, Najjaśniejszy Panie, że jej nie znam?..

- Jakto?.. wiesz, o co chcę prosić?

- Jeśli Wasza Królewska Mość pozwoli, mogę powtórzyć własne słowa króla Karola.

- Słucham.

- Gdyby zaś ten włoch, ten tchórz, ten sknera...

- O!.. panie kardynale.

- Jeżeli nie powiedział stów takich, miał je pewno na myśli... zresztą... Boże kochany... nie mam do niego najmniejszej urazy... Każdy patrzy oczyma własnych namiętności... A więc mówił on: "gdyby ten sknera odmówił miljona, jakiego żądamy, Najjaśniejszy Panie, gdybyśmy z powodu braku pieniędzy, musieli wyrzec się sposobów dyplomatycznych, w takim razie poprosimy go o pięciuset szlachty".

Król zadrżał. Kardynał omylił się tylko co do liczby.

- Nieprawdaż, Najjaśniejszy Panie, że tak mówił?.. - zawołał minister z miną triumfatora - później zaś przybrał to wszystko w pięknie brzmiące słówka: "mam przyjaciół po drugiej stronie cieśniny, przyjaciołom tym brak tylko wodza i chorągwi. Gdy mnie ujrzą, gdy ujrzą chorągiew Francji, połączą się ze mną, gdyż przekonani będą, iż mam wasza pomoc za sobą. Barwy mundurów francuskich warte będą w mem otoczeniu przynajmiej tyle, co milion, którego pan Mazarini z pewnością nam odmówi... wiedział on bowiem zgóry, że odmówię owego miljona... Z owymi pięciuset szlachty zwyciężę, a zaszczyt tego zwycięstwa na ciebie spadnie, Najjaśnieiszy Panie..." Oto co powiedział król Karol, lub w każdym razie coś bardzo podobnego... nieprawdaż?.. Być może. iż przyozdobił swa mowę wspaniałemi przenośniami, świetnem obrazowaniem... o!.. bo oni lubią gadać... lubią!.. Ojciec gadał nawet na szafocie.

Czoło Ludwika zrosiło się gęstemi kroplami potu. Czuł, że godność jego nie pozwala mu słuchać podobnych obelg, miotanych przeciwko krewnemu. Nie wiedział jednak jak postąpić sobie z tym, przed którym wszystko się uginało, nawet królowa matka.

Nareszcie zdobył się na wysiłek.

- Ależ, panie kardynale... nie o pięciuset szlachty się rozchodzi, ale o dwustu...

- Więc widzisz Najjaśniejszy Panie, że zgadłem, czego żądał.

- Nie zaprzeczam ci, panie kardynale, przenikliwości... i właśnie dlatego myślałem, iż nie odmówisz bratu memu Karolowi rzeczy tak prostej, tak łatwej do spełnienia, o którą proszę w jego imieniu a raczej we własnem.

- Najjaśniejszy Panie - odrzekł Mazarini - oto trzydzieści lat upływa, jak zajmuję się polityką... Z początku pracowałem z panem kardynałem Richeulieu, później sam... Polityka moja nie zawsze była zbyt uczciwa... trzeba to przyznać... lecz nigdy nie była niezręczna. Ta zaś, jaka mi Wasza Królewska Mość proponuje, jest nieuczciwa i niezręczna równocześnie.

- Nieuczciwa?.. jakto?...

- Najjaśniejszy Panie... wszakże zawarłeś traktat z Kromwellem.

- Tak jest... nawet na traktacie tym Kromwell podpisał się nade mną.

- Ha... dlaczegóż Najjaśniejszy Pan podpisywał tak nisko?... Pan Kromwell znalazł dobre dla siebie miejsce, zabrał je, jak swoje... To już taki jego zwyczaj. Powracam więc do Kromwella. Zawarłeś, Najjaśniejszy Panie, traktat z nim, to jest z Anglia; bo w chwili podpisywania traktatu, pan Kromwell reprezentował Anglję.

- Kromwell umarł.

- Czy naprawdę?...

- Bezwątpienia... przecież nastąpił po nim syn jego, Ryszard... a nawet i ten już abdykował.

- Właśnie!... Ryszard dziedziczył po śmierci Kromwella, Anglia po abdykacji Ryszarda. Traktat jest częścią spadku, bez względu na to, czy spadek ów znajduje się w rękach Ryszarda czy Anglji... i wartość zawsze ma jednakową, tak dobrą dziś jak i dawniej... Pocóż go łamać?... Czy się dzisiaj co zmieniło?... Jesteś, Najjaśniejszy Panie, sprzymierzeńcem Anglji, a nie Karola... Być może, iż z punktu widzenia rodzinnego nie było to bardzo uczciwe sprzymierzać się z ludźmi, co ścięli głowę wujowi Waszej Królewskiej Mości, ale było to bardzo zręczne, bo nas uwolniło od kłopotów wojny zewnętrznej, która w czasie frondy byłaby bardzo niepożądana. Dziś, wysyłając posiłki, narazilibyśmy się także najniepotrzebniej, zawikłalibyśmy się tylko... i dlatego to nazywam zmianę obecnego naszego trzymania się na uboczu niezręczna i nieuczciwą.

- Nie mogę przecież zabronić szlachcie mojej, aby udała się do Anglji, gdy taka będzie jej wola!..

- Przeciwnie!... należy zabronić... a przynajmniej zastrzec się, iż podobny wypadek stał się pomimo woli, a nawet wbrew woli twojej, Najjaśniejszy Panie!...

- Ależ wreszcie... panie kardynale... ty, genjusz tak wielki, mógłbyś znaleźć sposób dopomożenia biednemu Karolowi, nie kompromitując się otwarcie.

- Ależ właśnie... ja tego nie chcę, Najjaśniejszy Panie... Pomagać Karolowi?... po co?... W Anglji dzieje się teraz wszystko jak najlepiej dla nas... Pod rządem obecnym jest ona dla Europy gniazdem wszelkich rozterek... a tego nam właśnie potrzeba!... Holandja proteguje Karola. Owszem!... niech go proteguje. Pogniewają się... pobiją... Doskonale!... To jedyne dwie potęgi morskie. Niechaj sobie wzajemnie zniszczą całą marynarkę... my ze szczątków, pozostałych po ich okrętach, zbudujemy naszą własną, i to kosztem kupienia gwoździ na zbicie desek, rozrzuconych po morzu.

- Jakież to wszystko niskie i podłe, panie kardynale!...

- Być może!... ale za to jakie prawdziwe!... Idźmy dalej... Przypuszczam, że słowo i traktat zostały złamane... Trafia się to często, iż wypada złamać dane stówo i traktat podpisany, należy to jednak robić wówczas, gdy ma się jakiś świetny interes na widoku, lub gdy się ma traktat, zanadto krępujący... Przypuszczam tedy, iż Najjaśniejszy Pan zgodzisz się na żądanie Karola II-go... Francja, czy tam jej chorągiew w otoczeniu kilkuset lub kilkunastu łudzi, bo to zresztą wszystko jedno.. Francja więc przekracza granicę i bije się... no i Francja zostaje zwyciężoną!...

- Dlaczego?...

- Dlaczego?.. Znakomity dowódca... ten Karol II-gi... a bitwa pod Worcester także daje nam wyborną gwarancję!..

- Ale zabraknie też i Kromwella, panie kardynale...

- Tak... lecz za to będzie Monk, a ten jest jeszcze niebezpieczniejszy, choć w innym rodzaju. To nie jest wódz, to nieprzenikniony polityk. Od lat dziesięciu ma on oczy zwrócone na jeden cel, a nikt nie może odgadnąć, na jaki. A gdy plan swój, powoli obmyślony i dojrzały należycie, rozwinie, może być najpewniejszy zwycięstwa. Wasza Królewska Mość oświadczył sam, iż oddałem pewne przysługi koronie francuskiej; otóż oświadczam, że gdybym na drodze mej spotkał był Monka zamiast panów, de Beaufort, de Retz lub Kondeusza, bylibyśmy zgubieni i nie pomogłyby moje zdolności, zręczność lub spryt, o których to przymiotach tak wiele opowiadają. Monk to głowa, przed którą ja się chylę, Najjaśniejszy Panie.

- Cóż powinienem - według pana, panie kardynale - odpowiedzieć memu bratu, Karolowi II?

- Jedno tylko, Najjaśniejszy Panie, że traktatem zobowiązaliśmy się nie dozwolić mu pobytu we Francji.

- Dosyć, panie kardynale - rzekł Ludwik, podnosząc się z krzesła. - Gdy odmawiasz miljona, masz prawo... sprawy skarbowe do ciebie należą. Odmawiasz mi dwustu szlachty.. jeszcze masz prawo, bo jesteś pierwszym ministrem, i w oczach Francji jesteś odpowiedzialny za pokój i wojnę. Ale zabraniać mnie, królowi, bym udzielił gościnności wnukowi Henryka IV-go, mojemu krewnemu, towarzyszowi mych zabaw dziecięcych... daruj pan... tu już kończy się twoja władza... tu się zaczyna wola moja!...

- Najjaśniejszy Panie - odparł minister, zachwycony, że pozbędzie się Ludwika tak tanim kosztem, - przed wolą króla mojego zawsze chylę głowę. Niech Wasza Królewska Mość zatrzyma w którym z zamków króla Anglji... Mazarini może o tem wiedzieć, lecz niechże się nigdy nie dowie minister.

- Dobranoc, monsiniorze; odchodzę zrozpaczony...

- Ale przekonany, a o to mi tylko chodziło.

Król nic nie odrzekł i wyszedł zamyślony, przekonany nie o tem, czego mu dowodził Mazarini, lecz o tem, czego sam strzegł się powiedzieć, a mianowicie, iż należy mu pilniej badać sprawy własne i Europy, bo dokoła widzi tylko ciemności i trudności. Ludwik XIV zastał króla Anglji na tem samem miejscu, gdzie go pozostawił.

Spostrzegłszy Ludwika, Karol podniósł się i jednem rzutem oka odczytał wyrok na siebie, ponurami literami wypisany na cole kuzyna.

Aby ułatwić mu smutne wyznanie, odezwał się pierwszy:

- Cokolwiek bądź się stanie, nie zapomnę nigdy dobroci twojej, Najjaśniejszy Panie, życzliwości, jaka względem mnie okazałeś.

- Niestety - odrzekł głucho Ludwik - nie na wiele zda się dobra wola, mój bracie.

Karol II-gi pobladł nadzwyczajnie, otarł zimna ręką spotniałe czoło i z wyraźnym wysiłkiem odrzekł:

- Serdeczne dzięki składam ci, Najjaśniejszy Panie. Prosiłem daremnie o pomoc największego z królów ziemi, teraz będę prosił Boga, aby raczył zlitować się nade inna.

I, nie chcąc słyszeć więcej, wyszedł, z czołem dumnie wzniesionem, z ręka drżącą, a na jego bladej twarzy malowała się rozpacz.

Oficer muszkieterów, ujrzawszy te bladość, skłonił mu się, przyklękając prawie na kolano.

Wziął następnie pochodnie, przywołał dwóch muszkieterów i sprowadził nieszczęśliwego monarchę ze schodów, trzymając w prawem ręku kapelusz, którego pióro wlokło się po kamiennych stopniach.

Przybywszy do bramy, oficer spytał króla, w którą stronę udaje się, aby mógł tam wysłać przodem muszkieterów.

- Panie - odrzekł Karol II-gi półgłosem - ty, co znałeś mojego ojca, może czasem modliłeś się za niego. Jeżeli tak, nie zapomnij i o mnie w swych modlitwach. Obecnie idę sam i proszę, aby mi nie towarzyszono.

Oficer skłonił się i odesłał muszkieterów do pałacu.

Sam jednak pozostał jeszcze przez chwilę pod sklepieniem przedsieni, dopóki Karol II-gi nie zniknął mu z oczu na zakręcie ulicy.

- Do tego, tak sarno jak dawniej do jego ojca - mruknął - Athos, gdyby tu był, odezwałby się słusznie: "Cześć upadłemu majestatowi!"

Później zaś, idąc po schodach:

- A!... podła służba - powtarzał na każdym stopniu. - Znikła już wspaniałomyślność, niema energji!... Mordioux!...

już tego nie wytrzymam!... No!... - mówił dalej, wchodząc do przedpokoju. - Czegóż się tak na mnie gapicie?... zagaście pochodnie... zajmijcie swe stanowiska!... Niech się dzieje, co chce!... jutro rzucam mój mundur pomiędzy pokrzywy - zakończył cicho.

Potem, jakby ożywiając się:

- Nie!... - dodał. - Jeszcze nie!... jeszcze zrobię jednę próbę... ale ta będzie ostatnia... Mordioux!...

Jeszcze nie skończył tych słów, gdy z pokoju królewskiego głos się odezwał:

- Panie poruczniku!...

- Jestem.

- Król chce z panem pomówić.

- Służę. - I dodał pocichu: - Czyżby odgadł moje myśli?... kto wie?...

I wszedł do króla.

ROZDZIAŁ II. POSŁANIEC .

Panna de Motalais miała zupełna słuszność. Warto było popatrzeć na młodego kawalera.

Mógł on liczyć lat dwadzieścia cztery do pięciu, smukły, dobrze zbudowany, ubrany zgrabnie w mundur wojskowy ówczesnej mody.

Jedną ręką powstrzymał zgrabnie konia na środku podwórza, a druga zdjął kapelusz, przybrany długiemi piórami, odsłaniając w ten sposób twarz poważna i równocześnie prawie dziecięcą.

Strażnicy, zbudzeni hałasem, zerwali się na nogi.

Jeden z nich podszedł ku jeźdźcowi, a młodzieniec, przechylając się, rzekł głosem dźwięcznym, wyraźnie dolatującym do okna, gdzie ukryte były dziewczęta:

- Posłaniec do Jego królewskiej wysokości!...

- Przepraszam... jak godność pańska?...

- Wicehrabia de Bragelonne, wysłany od Jego wysokości księcia Kondeusza.

Żołnierz oddał ukłon głęboki, i, jak gdyby nazwisko zwycięzcy z pod Rocroy i Lens skrzydeł mu dodało, pomknął żywo przez trawnik, aby jak najprędzej dostać się na przedpokoje.

Pan de Bragelonne nie zdążył jeszcze przywiązać konia swego do sztachet, okalających trawnik, gdy nadbiegł marszałek dworu, pan de Saint-Remy, zadyszany, podtrzymując jedną ręką tłusty brzuch, a drugą przecinając powietrze, tak, jak rybak przecina wiosłem fale wody.

- Pan wiechrabia!... w Blois!... - zawołał - ależ to cud prawdziwy!... Dzień dobry, panie Raulu, dzień dobry!...

- Moje uszanowanie, panie de Saint-Remy.

- Jakże się ucieszy pani de la Vall... to jest, chciałem powiedziec pani de Saint-Remy, gdy pana ujrzy. Ale chodź pan. Jego królewska wysokość siedzi właśnie przy śniadaniu... Może należy go zaraz zawiadomić; czy sprawa bardzo ważna?...

- Tak i nie, panie de Saint-Remy; w każdym razie opóźnienie sprawiłoby, jak sadze, przykrość Jego królewskiej wysokości.

- W takim razie chodźmy prędko, bardzo prędko - zawołał poczciwiec i puścił się przodem.

Raul szedł za nim z kapeluszem w reku, przestraszony nieco odgłosem, jaki wydawały jego ostrogi na posadzkach tych olbrzymich sal.

Odgłos kroków przyśpieszonych, zapach wina i mięsa, dźwięk kryształów i talerzy uprzedził go, iż wkrótce znajdzie się u celu swej podróży.

Paziowie, lokaje i oficerowie, zgromadzeni w pokoju, poprzedzającym jadalnie, przyjęli nowoprzybyłego z grzecznością, przysłowiową w tym kraju. Niektórzy znali Raula osobiście, wszyscy zaś wiedzieli, iż przybywa z Paryża. Zdawałoby się, że przybycie jego powstrzymało na chwile zwykły bieg służby.

Jeden z paziów, który właśnie napełniał winem kielich Jego królewskiej wysokości, z dziecięcą ciekawością odwrócił się, nie przestając jednak wcale nalewać dalej wina, nie do kielicha wprawdzie, lecz na obrus.

Księżna pani, nie będąc tak zajętą, jak jej dostojny małżonek, dostrzegła roztargnienie pazia.

- Co tam?... - spytała.

- Co tam?... - powtórzył książę - co się stało?...

Pan de Saint-Remy, wsunąwszy głowę przez drzwi, uważał za stosowne skorzystać z tej chwili.

- Ośmielam się niepokoić Waszą wysokość.

- Dlaczego?... - zapytał książę Gaston, nakładając sobie na talerz kawałek łososia.

- Przybył posłaniec z Paryża; ale może poczekać, aż Wasza wysokość skończy śniadanie.

- Z Paryża - wykrzyknął książę, a widelec wypadł mu z ręki. - Posłaniec z Paryża, powiadasz, a od kogo przybywa?

- Od księcia Kondeusza - pośpieszył z odpowiedzią Marszałek.

- Od księcia?... - powtórzył Gaston, z zaniepokojeniem zbyt widocznem, aby ujść miało uwagi obecnych. Zdwoiło ono jeszcze ogólną ciekawość.

Książe Gaston odsunął żywo talerz z przed siebie.

- Czy ma zaczekać?... - zapytał pan de Saint-Remy.

- Nie... nie!... niech wejdzie natychmiast. A kto to taki?

- Szlachcic z tych okolic, pan wicehrabia de Bragelonne.

- Tak?... doskonale... Wprowadź go zaraz, de Saint-Remy, wprowadź go natychmiast.

Wyrzekłszy te słowa z powagą mu właściwą, książę przypatrywał się, jak cała służba, paziowie, oficerowie, koniuszy i wszyscy inni, odsunąwszy talerze, noże i kubki, wynosili się do drugiej izby szybko i bezładnie.

Mała ta armja ustawiło się w dwa szeregi, w chwili, gdy Raul de Bragelonne, wszedł do jadalni, poprzedzony przez pana de Saint-Remy.

Książę Gaston skorzystał z krótkiej chwili i przybrał minę dyplomaty. Nie odwracał się wcale, aż marszałek dworu przyprowadził posłańca przed jego oblicze.

Raul zatrzymał się przy końcu stołu, tak, aby mógł się znaleźć pomiędzy księciem i księżną. Stąd złożył głęboki ukłon Ich wysokościom i czekał, aż książę raczy się odezwać.

Książę zaś czekał, aż drzwi zostaną szczelnie zamknięte. Nie chciał się obrócić, aby się o tem przekonać, bo to ubliżałoby jego godności, ale słuchał zatrzaśnięcia klamki, oo obiecywało przynajmniej utrzymać pozór tajemnicy.

Gdy drzwi się zamknęły, książę podniósł oczy na wicehrabiego i rzekł:

- Zdaje się, że pan przybyłeś z Paryża?

- Przed chwilą, Wasza wysokość.

- Jakże się król miewa?

- Jego królewska mość cieszy się najlepszem zdrowiem.

- A moja bratowa?

- Jej królewska mość królowa matka skarży się ciągle na ból w piersiach. W każdym razie od miesiąca znacznie się jej polepszyło.

- Mówiono mi, że pan przebywasz od księcia Kondeusza. Zapewne się omylono?

- Nie omylono się wcale. Książę polecił mi doręczyć Waszej wysokości ten oto list, na który mam oczekiwać odpowiedzi.

Raula wzruszyło cokolwiek to przyjęcie zimne, prawie bojaźliwe. Głos jego pomimowoli spadł do diapazonu niespokojnej mowy księcia, tak, że obaj prawie szeptem mówili.

Książę nie zwrócił uwagi na to, iż sam wywołał ten tajemniczy chód i zaczął się nie na żarty trwożyć.

Spojrzał ponuro na list księcia Kondeusza, odpieczętował go w sposób, w jaki zwykle rozpieczętowuje się listy podejrzane i, aby nikt nie mógł dostrzec wyrazu jego twarzy w czasie czytania, odwrócił się.

Księżna pani, strwożona równie jak i książę, ścigała wzrokiem każdy ruch dostojnego swego małżonka.

Raul, stropiony podobnem przyjęciem, spoglądał, nie ruszając się z miejsca w okno, poza którem widać było ogród, przyozdobiony licznemi posągami.

- Ależ!... - zawołał nagle książę, uśmiechając się rozkosz nie - ależ to przyjemna niespodzianka... Bardzo miły... bardzo miły jest ten list księcia Kondeusza. Służę ci, księżno.

Stół był za szeroki, aby książę mógł sięgnąć aż do wyciągniętej ręki swej małżonki.

Raul pośpieszył z pomocą i podał list księżnej tak zręcznie, iż zjednał sobie jako podziękowanie skinienie głową i łaskawy uśmiech.

- Treść listu jest panu znaną zapewne - rzekł Gaston do Raula.

- Istotnie. Książę pierwotnie chciał, ażebym ustnie załatwił me posłannictwo, dopiero później uznał za właściwe list ten napisać.

- Śliczne pismo, ale nie mogę odczytać - odezwała się księżna.

- Czy nie byłbyś łaskaw odczytać tego listu księżnej pani, panie wicehrabio de Bragelonne?

- O tak, przeczytaj pan, proszę.

Raul zabrał się do czytania, a książę jeszcze raz skupił całą swa uwagę.

List zawierał następujące słowa:

"Wasza Wysokość!

Król wyjeżdża zagranicę. Zapewne wiadomo Waszej wysokości, iż małżeństwo Jego królewskiej mości jest już postanowione. Król zrobił mi zaszczyt, mianując mnie marszałkiem-kwatermistrzem w czasie tej podróży; ponieważ zaś jestem przekonany, iż Jego królewska mość spędziłby z przyjemnością dzień jeden w Blois, udaję się więc do Waszej wysokości z prośba o pozwolenie wyznaczenia tej miejscowości, jako punktu wypoczynku w drodze. Gdyby propozycja moja narażać miała Waszą wysokość na jakiekolwiek trudy lub przykrości, natenczas proszę udzielić odpowiedzi oddawcy niniejszego listu, panu wicehrabiemu de Bragelonne, należącemu do mojego orszaku. Oznaczenie dalszego kierunku podróży zależy od woli Waszej wysokości i zamiast zwrócić się na Blois, wskazałbym Vendome lub Romorantin. Ośmielam się cieszyć nadzieją, iż Wasza wysokość przyjmie propozycję moją, jako wyraz bezgranicznego przywiązania, i usłużności".

- A! jakie to dla nas przyjemne - odezwała się księżna, która w ciągu odczytywania listu kilkakrotnie porozumiewała się wzrokiem z dostojnym swym małżonkiem. - Król tutaj!.. - zawołała głośniej nieco, niżby tego wymagało utrzymanie tajemnicy.

- Wicehrabio,.. - zabrał głos książę Gaston - podziękujesz księciu Kondeuszowi i wyrazisz mu słowa wdzięczności za przyjemność, jaką mi sprawia.

Raul skłonił się głową.

- Którego dnia Jego królewska mość ma zamiar przybyć?... - mówił dalej książę.

- Według wszelkiego prawdopodobieństwa, król stanie tu dziś wieczorem.

- W jakiż więc sposób otrzymanoby moja odpowiedź, gdyby ta była odmowną?

- Miałem polecenie powrócić jak najśpieszniej do Beaugency i doręczyć tam rozkaz kurjerowi, któryby zawiózł go lotem strzały do księcia.

- Więc Jego królewska mość znajduje się w Orleanie?

- Bliżej... Wasza wysokość!... Jego królewska mość powinienby przybyć w tej chwili do Meung.

- Czy dwór mu towarzyszy?

- Tak.

- A!., a propos... Zapomniałem zapytać się o pana kardynała.

- Jego Eminencja wygląda doskonale.

- Siostrzenice pewno mu towarzyszą?...

- Nie, Wasza wysokość, Jego Eminencja rozkazał pannom Mancini wyjechać do Brouage. Jadą lewym brzegiem Loary, gdy tymczasem dwór posuwa się prawym.

- Co?... I panna Marja Mancini także dwór opuszcza?... - zapytał książę, pozbywając się powoli ospałości i powagi.

- Panna Marja Mancini przedewszytkiem - odparł Raul dyskretnie.

Przelotny uśmiech, zaledwie dostrzegalny ślad chętki do zawikłanych intryg, jakie książę Gaston dawniej z zamiłowaniem uprawiał, przemknął się po jego ustach.

- Dziękuję; panie de Bragelonne!... - odrzekł książę - nie przyjąłbyś zapewne polecenia, jakiembym cię chętnie obdarzył, a mianowicie, abyś wyraził księciu Kondeuszowi, iż posłaniec jego bardzo mi się podoba... ale ja mu to powiem osobiście.

Raul podziękował głębokim ukłonem za zaszczyt, jaki go spotkał.

Książę dał znak księżnej, a ta ujęła za dzwonek, stojący obok na stole.

W tej chwili pojawił się pan de Saint-Remy, a za nim wkrótce cały pokój zapełnił się mieszkańcami zamku.

- Panowie!... - rzekł książę - Jego królewska mość uczynił mi ten zaszczyt, iż raczy spędzić dzień jeden w Blois. Mam nadzieję, iż król, mój bratanek, nie będzie żałował łaski, która mi wyświadcza.

- Niech żyje król!.... - zawołał z frenetycznym entuzjazmem cały tłum z panem de Saint Remy na czele.

Księżna pierwsza pomyślała o zajęciu się niezbędnemi przygotowaniami i wezwała pana de Saint-Remy.

- Nie czas na gawędy, ale na robotę - odezwała się tonem zagniewanej gospodyni.

- Spodziewam się, że szlachcic ten nie poskarży się na niewygodę - dodała, zwracając się do pana Saint-Remy.

Poczciwiec pobiegł natychmiast za Raulem.

- Księżna pani włożyła na nas obowiązek starania się, aby pan wicehrabia odpoczął u nas jak należy. Apartament dla pana jest przygotowany w zamku.

- Dziękuję, panie Saint-Remy - odrzekł Bragelonne. - Pojmujesz zapewne jak mi śpieszno zobaczyć czemprędzej ojca mego.

- To prawda... to prawda... panie Raulu... proszę mu złożyć przy tej sposobności wyrazy mego uszanowania.

Raul pozbył się nareszcie starego szlachcica i, ująwszy konia za uzdę, wyszedł z zamku.

Właśnie przechodził pod sklepieniem przedsionka, gdy naraz do uszu jego dobiegi z głębi ciemnej alei głosik dźwięczny.

- Panie Raulu!...

Raul odwrócił się zdumiony i ujrzał młodą brunetkę, która, palec przyłożywszy do ust, nakazywała mu milczenie, a równocześnie wyciągnęła drugą rękę na powitanie.

Nie znał jej wcale.

ROZDZIAŁ XII. KRÓL I PORUCZNIK.

Gdy król ujrzał wchodzącego porucznika, skinieniem głowy pożegnał pokojowca.

- Kto będzie jutro rano na służbie?... - zapytał.

Porucznik skłonił się po żołniersku i odrzekł:

- Ja, Najjaśniejszy Panie.

- Jakto?.. jeszcze pan?

- Zawsze ja.

- Jakimże to się dzieje sposobem?...

- Najjaśniejszy Panie... w czasie podróży muszkieterowie zajmują wszystkie stanowiska służbowe około Waszej Królewskiej Mości.

- A zastępstwa?...

- Niema zastępstwa, Najjaśniejszy Panie. Na stu dwudziestu muszkieterów odpoczywa trzydziestu. W Luwrze co innego... gdybym był w Luwrze, mógłbym zdać służbę na mego brygadiera... ale w drodze, Najjaśniejszy Panie, niewiadomo, co się stać może... dlatego też wolę sam pełnić służbę.

- W takim razie jesteś pan na straży po całych dniach.

- I po całych nocach, Najjaśniejszy Panie!...

- Nie mogę na to pozwolić, chcę, abyś pan cokolwiek odpoczął.

- Bardzo dobrze... ale ja nie chcę, Najjaśniejszy Panie...

- Co?... - zawołał król, nie mogąc zrozumieć oporu muszkietera.

- Mówią, Najjaśniejszy Panie, iż nie chcę narażać się na jakikolwiek wypadek. Gdyby djabeł chciał mi wyplatać figla, to, wiedząc, z kim ma do czynienia, wyszukałby naumyślnie chwili, gdy mnie nie będzie. Służba moja przedewszystkiem zadawalnia moje własne sumienie.

- Ależ w takim razie ta służba pana zabije.

- Najjaśniejszy Panie, od lat trzydziestu pięciu pełnię służbę i jestem najzdrowszym człowiekiem we Francji i Nawarze. Zresztą proszę, Najjaśniejszy Panie, nie kłopotać się o mnie. Wydałoby mi się to dziwnem, tem bardziej, iż nie jestem do tego przyzwyczajony.

Król przerwał rozmowę innem pytaniem.

- Więc jutro rano będziesz pan także na służbie?... - zapytał.

- Tak samo, jak i teraz, Najjaśniejszy Panie.

Król kilka razy przeszedł się po pokoju. Łatwo można było dostrzec, iż chciał koniecznie coś powiedzieć, a jednak powstrzymywała go jakaś niewytłomaczona obawa.

Porucznik stał nieruchomy z kapeluszem w jednej ręce, drugą oparłszy na biodrze, przyglądał się tym wszystkim obrotom monarchy i pomrukiwał, przygryzając wąsa.

- Nawet za pól pistola niema w nim stanowczości!... doprawdy, do rozpaczy może człowieka doprowadzić... Słowo honoru... Gotówbym się założyć, że nie przemówi ani słowa.

Król chodził wciąż, rzucając od czasu do czasu spojrzenie na porucznika.

- Ojciec!... wykapany ojciec!... - monologował dalej porucznik tajemniczo - i dumny... i skąpy... i bojaźliwy...wszystko razem... Powiesić się chyba przy takim panu!...

Ludwik zatrzymał się.

- Poruczniku!...

- Do usług Waszej Królewskiej Mości.

- Dlaczego dziś wieczorem zawołałeś: "Służba Jego Królewskiej Mości!..."?

- Dlatego, że Najjaśniejszy Pan dał mi taki rozkaz.

- Ja?

- Tak jest, Najjaśniejszy Panie.

- O ile sobie przypominam, nic podobnego nie mówiłem.

- Najjaśniejszy Panie... rozkazy wydaje się tak samo znakiem, ruchem, skinieniem, mrugnięciem oka, jak i słowami, pomimo to niemniej są jasne i zrozumiałe. Nietęgi to byłby służący, któryby jedynie uchem słuchać umiał rozkazów.

Król odwrócił się, chcqc ukryć uśmiech, mimowolnie cisnący się na usta.

Po chwili skierował wzrok swój na te twarz tak śmiała, tak inteligentną, a tak zarazem stanowczą.

- Dobrze już, dobrze!... - odezwał się po chwili milczenia, w czasie której usiłował nadaremnie zmusić oficera do spuszczenia oczu, wpatrując się w niego uporczywie.

Porucznik, widząc, że król nic więcej nie mówi, wykręcił się po żołniersku na pięcie i cofnął się ku drzwiom trzy kroki mrucząc:

- Nie powie nic... mordioux!... nic nie powie!...

- Dziękuję - dorzucił król raz jeszcze.

Oficer, skłoniwszy się monarsze, zwrócił się ku drzwiom.

Stanąwszy jednak na progu, uczuł, że wzrok Ludwika ściga go, że król chciałby, aby się zatrzymał.

Odwrócił się więc raz jeszcze.

- Czy Wasza Królewska Mość wszystko już mi powiedział?... - zapytał tonem trudnym do określenia, bo, nie wdzierając się w granice poufałości, ton ów brzmiał tak szczerze, tak serdecznie, że król odrzekł natychmiast:

- Istotnie... nie wszystko jeszcze... Zbliż się, poruczniku.

- No... nareszcie - mruknął oficer.

- Proszę słuchać uważnie.

- Nie tracę ani słowa, Najjaśniejszy Panie.

- Jutro koło piątej zrana siądziesz na koń, poruczniku i każesz osiodłać dla mnie wierzchowca.

- Ze stajni Waszej Królewskiej Mości?...

- Nie... muszkieterskiego.

- Dobrze, Najjaśniejszy Panie... Czy to już wszystko?

- Będziesz mi towarzyszył.

- Sam?

- Sam.

- Czy mam przyjść po Najjaśniejszego Pana, czy zaczekać?

- Zaczekasz na mnie, poruczniku.

- Gdzie, Najjaśniejszy Panie?

- Przy małej furtce w parku.

Porucznik skłonił się, zrozumiawszy, iż król powiedział już wszystko, co miał do powiedzenia.

Ludwik XIV-ty pożegnał go uprzejmym ruchem reki.

Oficer opuścił pokój królewski i zasiadł znów w swoim fotelu.

ROZDZIAŁ I. LIST.

W połowie miesiąca maja, roku 1660, o godzinie dziewiątej z rana, gdy słońce osuszyło już rosę na trawnikach, otaczających zamek Blois, mały orszak, złożony z trzech osób i dwóch paziów, wjeżdżał przez most do miasta.

Nieliczni przechodnie nie zwracali nań uwagi, każdy tylko skłaniał lekko głowę na znak powitania i szeptał zcicha:

- Acha!... to książę pan wraca z polowania.

I nic więcej.

Dopiero gdy konie weszły na drogę, prowadzącą po stromym pagórku od rzeki do zamku, kilku krępych sklepikarzy zbliżyło się do ostatniego z jeźdźców i przyglądało się różnego rodzaju ptakom, zawieszonym za dzioby u łęku siodła.

Zaspokoiwszy ciekawość, wzruszali ramionami, objawiając w sposób szczery, prawdziwie wieśniaczy, lekceważenie dla tak nędznego rezultatu łowów i powracali do swych zajęć.

Książę tymczasem jechał dalej z miną melancholijną, a zarazem tak majestatyczną, że byłby stanowczo wzbudził podziw wśród widzów, gdyby ich miał tylko.

Lecz mieszczanie Blois nie mogli nigdy wybaczyć księciu, że wybrał sobie ich wesołe miasto, aby tu nudzić się dowoli, i za każdym razem, gdy tylko go ujrzeli, umykali, poziewając, lub wsuwali głowy w okna swych pomieszczeń, aby uniknąć wpływu usypiającego, jaki wywierała ta twarz długa, blada, te oczy zamglone i wogóle cała ta postać omdlała.

Co prawda, widoczny ów brak uszanowania ze strony mieszkańców Blois, był karygodnym, bo ten, kogo mieszkańcy Blois zwali Księciem Panem, był po królu, a może nawet i przed królem, największym magnatem królestwa. Jeżeli bowiem Ludwik XIV-ty, podówczas panujący, miał szczęście być synem Ludwika XIII-go, to "Książę Pan" miał za to zaszczyt być synem Henryka IV-go.

To też mieszkańcy Blois byli, a właściwie powinni byli być dumnymi z tego odznaczenia, jakie ich spotkało. Książę Gaston Orleański wybrał to miasto na swą siedzibę i otoczył się dworem na starodawnym zamku.

Widocznie jednak było przeznaczeniem tego wielkiego księcia, że nigdzie i nigdy nie wzbudzał większego zainteresowania ani podziwu, występując publicznie. Zdaje się, że nawet przyzwyczajony był do tego.

Niewesoło też upływało mu życie.

Po małem polowaniu na brzegach rzeczki Beuvron, albo w lasach Chiverny, książę pan przebywał Loarę, siadał do śniadania w Chambord z apetytem, lub bez apetytu, i znów miasto Blois nie słyszało aż do przyszłego polowania o swym panu i władcy.

Tak się przedstawiała nuda extra muros. Jeśli zaś czytelnik chce poznać, w jaki sposób nudzono się wewnątrz, to może osiągnąć o tem niejakie pojęcie, gdy zechce pofatygować się za orszakiem aż do samych przedsionków wspaniałego zamku.

Książe pan dosiadł konia płowego, niezbyt wysokiej miary, przybranego w siodło z czerwonego aksamitu flandryjskiego ze strzemionami, mającemi kształt sabotów. Kaftan szkarłatny niknął pod płaszczem tejże samej barwy, co uprząż konia, i jedynie po tym kolorze czerwonym odróżnić można było księcia od dwóch jego towarzyszy, z których jeden ubrany był fjoletowo a drugi zielono. Towarzysz z prawej strony, ubrany fjoletowo, był koniuszym; z lewej, zielony, to wielki łowczy.

Jeden z paziów trzymał dwa sokoły na dużem kółku, drugi miał w ręku róg myśliwski, na którym właśnie zatrąbił niedbale, gdy orszak zbliżył się na dwadzieścia kroków do zamku. Całe otoczenie zaniedbanego księcia robiło wszystko, co miało do roboty, niedbale.

Na odgłos rogu myśliwskiego, ośmiu strażników, spacerujących niedbale w blasku słonecznym po kwadratowym dziedzińcu, pochwyciło prędko za halabardy i uszykowało się w przedsionku, a książę pan odbył uroczysty wjazd do zamku.

Książę pan zsiadł z konia, nie mówiąc ani słowa, przeszedł do pokoi, gdzie służący czekał nań ze świeżem ubraniem, a ponieważ księżna pani nie przysłała jeszcze wezwania na śniadanie, wyciągnął się w fotelu i zasnął w najlepsze, jak gdyby to była jedenasta w nocy.

Ośmiu strażników, wiedząc, że służba ich na cały dzień już się skończyła, porozkładało się w słońcu na kamiennych ławkach; masztalerze poznikali wraz z końmi w stajniach. Gdyby nie kilka ptaków, wesoło szczebioczących w krzaczkach lewkonij, możnaby sądzić, iż wszystko, co żyło, zasnęło w zamku za przykładem pańskim.

Nagle wśród tej słodkiej ciszy rozległ się śmiech głośny, nerwowy i zbudził kilku halabardników, pogrążonych w spoczynku.

Śmiech ten pochodził z okienka, umieszczonego na drugiem piętrze a oświetlonego w tej chwili promieniami słońca, które rzucało na ścianę długi cień od komina, łączący się z oknem i niknący aż przy samej ziemi.

Dokoła okienka biegł balkonik wąziuchny, otoczony żelazną barjerą. Na balkoniku tym stało kilka wazoników z lewkonją, pierwiosnkiem i wczesną różą, co nie zdążyła jeszcze rozwinąć kwiatów, lecz już była pokryta mnóstwem pączków.

W pokoju, oświetlonym promieniami słońca, wpadającemi przez okno, skromnie umeblowanym, przy stole, pokrytym serwetą, w kwiaty haftowaną, siedziały dwie dziewczęta.

Obie wyglądały na pensjonarki, które dopiero co zdołały wymknąć się z klasztoru. Jedna z nich, oparłszy łokcie na stole, trzymała pióro w ręce i kreśliła litery na pięknym papierze holenderskim. Druga, ukląkłszy na krześle z przeciwnej strony stołu, przyglądała się z góry temu, co pisała, a właściwie, co zamierzała pisać, jej towarzyszka.

Skoro jesteśmy już w pokoju, musimy przyjrzeć się bliżej dziewczętom. Pierwsza, ta, co klęczała na krześle, wesoła, śmiejąca się, była dziewczyna piękną, mogącą mieć lat dziewiętnaście do dwudziestu, smagła, brunetka, odznaczająca się cudownie pięknemi, żywemi oczyma, błyskającemi z pod brwi, śmiało zarysowanych, oraz zębami białemi jak perły, kryjącemi się pod wargami, jakby utoczonemi z koralu.

W każdym jej ruchu zdradzało się usposobienie ruchliwe; mówiąc, śmiejąc się, nie siedziała, a właściwie nie klęczała spokojnie, lecz wiła się, wyginała, jakby przy grze w piłkę.

Druga, zajęta pasaniem, spoglądała na swą burzliwą towarzyszkę oczyma niebieskiemi, czystemi, jasnemi jak niebo. Włosy jej koloru blond popielatego spadały w jedwabistych splotach na ramiona i na policzki, zabarwione jak wnętrze muszli perłowej. Ręka jej, spoczywająca na papierze, delikatna, lecz drobna, zdradzała wiek młody. Za każdym wybuchem śmiechu swej przyjaciółki wzruszała, niby nieco zagniewana, ramionami białemi, kształtnemi, którym jednak brakowało jeszcze owej siły, owego wykończenia, jakieby chętnie chciało ujrzeć oko znawcy.

- Montalais, Montalais - odezwała się nareszcie głosem dźwięcznym, śpiewnym - śmiejesz się za głośno... i nie dosłyszysz dzwonka księżnej pani, gdy wezwie cię do siebie.

Młoda dziewczyna, którą nazwano Montalais, nie wzięła sobie widocznie do serca owej admonicji, bo wybuchnęła jeszcze głośniejszym śmiechem i jeszcze żywiej się poruszała i wyginała. Uspokoiwszy się nareszcie, odrzekła:

- Ludwiko... nie mówisz, moja droga, tego, co myślisz... a właściwie myślisz inaczej, niż mówisz. Wiesz dobrze, że dzwonek księżnej pani słychać doskonale nawet na moście w Blois, a więc tembardziej usłyszę go tu, w tym pokoju, gdy mnie księżna pani przywoła. Nie trudno to jednak zgadnąć, o co ci idzie... Gniewasz się, że ja śmiechem moim przeszkadzam ci w pisaniu... Boisz się, aby tu nie przybiegła pani de Saint-Remy, matka twoja... aby nas nie przyłapała na gorącym uczynku, aby nie ujrzała tego olbrzymiego arkusza papieru, na którym od kwadransa zdążyłaś zaledwie napisać: "Panie Raulu!". I aby nie wystąpiła natychmiast z całym za pasem swych gromów i błyskawic. No?... powiedz sama... czy nie mam racji?...

I Montalais rozpoczęła na nowo, a nawet bardziej jeszcze śmiać się i swawolić.

Blondynka nadąsała się na dobre. Schwyciła arkusz papieru, na którym istotnie wypisane były tylko pięknemi literami wyrazy "Panie Raulu!", rozdarła go i wyrzuciła przez okno.

- No! no!... patrzcie... - odezwała się Montalais - nasz baranek, nasz jezusek, nasza gołąbka, rozgniewała się naprawdę!... Nie bój się, Ludwiko, pani de Saint-Remy nie przyjdzie tutaj, a gdyby zresztą szła, uprzedziłabym cię o tem, wiesz bowiem, że mam słuch dobry. Zresztą przecież to nic złego pisać do starego przyjaciela, do znajomego od lat dwunastu, zwłaszcza, gdy list zaczyna się od słów "Drogi Raulu!..."

- Mniejsza o to, i tak już pisać nie będę - odrzekła druga.

- A!... patrzajże!... toś dopiero ukarała tę biedną Montalais - wykrzyknęła, śmiejąc się ciągle, wesoła brunetka. - Cóż znowu... to niema sensu!... prędzej... bierz drugi arkusz papieru i pisz dalej ten list nieszczęsny... Na!... masz!... teraz znowu księżna pani dzwoni... doskonałą sobie porę wybrała!... Ha!... tem gorzej dla niej... Księżna pani albo poczeka, albo też zmuszoną będzie wyrzec się na dziś widoku swej pierwszej panny honorowej.

W istocie głośny dźwięk dzwonu rozlegał się po całym zamku. Oznaczało to, iż księżna jest już ubrana i oczekuje małżonka, który na znak ten przychodził do salonu, podawał jej ramię i prowadził do jadalni.

Po dokonaniu tej formalności zasiadali do śniadania, po spożyciu którego rozchodzili się i nie spotykali się już, aż przy obiedzie, którego pora raz na zawsze naznaczoną była na drugą godzinę.

Na odgłos dzwonu otwarły się drzwi oficyny, stojącej po prawej stronie podwórza, i ukazali się w nich paź i dwóch marszałków, za którymi szło ośmiu kuchcików, niosących na dużych tacach potrawy, przykryte srebrnemi pokrywami. Orszak ten przeszedł przez całe podwórze, a strażnicy wstawali i przed jedzeniem broń prezentowali.

Panna Montalais i jej towarzyszka zajęły się znów zaczętym listem.

- No, dalej, zabieraj się do roboty... wolała wesoło Montalais. Pisz jeszcze raz owe piękne "Panie Raulu", co już raz błyszczało na nagłówku podartego listu.

I, śmiejąc się, włożyła jej pióro w rękę.

- A teraz?... - zapytała młodsza.

- Teraz, Ludwiko, pisz, co myślisz - odrzekła Montalais.

- Czyś pewną, że myślę o czemś?

- Myślisz o kimś, a to na jedno wyjdzie... a nawet to podobno gorzej.

- A wiec skoro umiesz czytać w mych myślach, powiedz mi, co ja myślę, Montalais?...

- Przedewszystkiem nie myślisz wcale: "Panie Raulu!", ale masz na myśli: "Kochany Raulu!"

- O!...

- Nie potrzebujesz się rumienić o taka drobnostkę... A zatem dalej: "kochany Raulu!... Prosisz mnie, abym pisała do Paryża, do ciebie, któremu służba nie pozwala ruszyć się z miejsca. Musisz się bardzo nudzić, jeśli rozrywki szukasz we wspomnieniach wieśniaczki...

Ludwika podniosła się nagle.

- Nie, Montalais - rzekła - nie!... ani jednego słowa nie myślę z tego, coś powiedziała... Chcesz wiedzieć, co naprawdę myślę?... patrz!

I, ująwszy śmiało za pióro, wprawną ręką nakreśliła następujące słowa.

"Czułabym się bardzo nieszczęśliwą, gdyby prośba pańska o jakąkolwiek pamiątkę chwil minionych znalazła mniejszy oddźwięk w mem sercu, niż go znalazła istotnie. Wszystko tutaj szepcze mi o pierwszych latach naszych, co tak szybko upłynęły, tak słodko minęły, zostawiając jednak ślad czarowny, którego nic zetrzeć nie zdoła".

Montalais śledziła szybkie poruszenia pióra i czytała z odwrotnej strony to, co pisała Ludwika. Naraz przerwała jej, klasnąwszy w dłonie.

- O!... to rozumiem!... to się nazywa prawdziwa szczerość... to serce... to styl... Tak... tak!.. pokażmy tym paryżanom, że tu, w Blois, umiemy się wyrażać jak należy... niech nie myślą, że Blois to niby nic..

- O!... wie on dobrze - odrzekła młodsza - że Blois było dla mnie rajem.

- To... to... to!.... Właśnie to chciałam powiedzieć... Ah!... moja złota... jak ty to ładnie umiesz nazwać... wyrażasz się jak anioł.

- Pozwól Montalais... niech skończę.

I pisała dalej:

- "Piszesz, panie Raulu, iż myślisz ciągle o mnie!.. Dziękuję za te pamięć, lecz nie dziwi ona mnie wcale... mnie, która wiem, ile razy serca nasze biły jedno obok drugiego..."

- O!., o!.. - zauważyła Montalais - uważaj, moja kochana... czy to nie za śmiało...

Ludwika już miała odpowiedzieć, gdy nagle do uszu ich doleciał odgłos kopyt końskich, rozlegających się pod sklepieniem przedsieni.

- A to kto?... - zapytała Montalais, podbiegłszy do okna - śliczny kawaler, słowo daje!...

- Raul!... - wykrzyknęła Ludwika, która także zaciekawiona przybyciem nieoczekiwanego gościa, spojrzała przez okno. Ujrzawszy jeźdźca zbladła, i drżąca, bezsilna, usiadła na krześle tuż obok niedokończonego listu.

- To kochanek jak należy - zawołała Montalais - w najodpowiedniejszej chwili przybywa.

- Odejdź... odejdź... od okna... proszę cię - błagała Ludwika głosem stłumionym.

- Dlaczego?... przecież on mnie nie zna!... Pozwól, moja drogo, niech się dowiem, po co on tu przyjechał!...

ROZDZIAŁ IV. OJCIEC I SYN.

Raul jechał drogą, znana mu dobrze, pamiętną, prowadzącą z Blois do domu hrabiego de la Fere.

Rok już przeszło minął, od kiedy Raul nie widział swego ojca. Przez ten czas pozostawał ciągła u boku księcia Kondeusza.

Kilka listów ukoiło ból tej rozłąki, lecz nie uleczyło go wcale. To też Raul, pędząc na koniu, myślał o spotkaniu z najukochańszym przyjacielem i nie byłby zatrzymał się, choóby nawet zobaczył ramiona Ludwiki, wyciągnięte ku sobie.

Ujrzawszy otwarte wrota ogrodu, puścił się wprost przez aleje, nie zważając, że koń jego tu i owdzie naruszał piękne stokrocie i niezapominajki, nie widząc nawet, jak to zżymał się starzec jakiś białowłosy, któremu zapewne po raz pierwszy zdarzyło się ujrzeć konia, pędzącego po tej pięknej alei wygracowanej i wysypanej żółtym piaskiem.

Ujrzawszy twarz Raula, starzec wyprostował się i popędził ku domowi, wyrażając jakiemś niezrozumiałem mruczeniem szaloną radość.

Raul zajechał do stajni, oddał konia chłopcu, a sam szybko podążył na ganek z radością i żywością, która ucieszyłaby serce rodzica, gdyby to był widział.

Przebył przedpokój, sale jadalną i salon, nie spotkawszy nikogo. Nareszcie doszedł do drzwi gabinetu hrabiego i, zapukawszy, wszedł, nie czekając na słowo "proszę", wyrzeczone głosem poważnym a pełnym słodyczy.

Hrabia siedział przy stole pokrytym papierami i książkami. Był tak samo piękny, szlachetny, jak i dawniej, lecz czas nadal szlachetności jego cechę dystynkcji i powagi. Czoło białe, bez zmarszczek pod włosami więcej siwemi, niż czarnemi, oczy przenikliwe a niezwykle przyjemne, ocienione rzęsami długiemi, gęstemi, jak u młodzieńca, was delikatny, zlekka tylko siwiejący, otaczający wargi o kształtach jasnych, czystych, jak gdyby nigdy nie wykrzywił ich ból lub namiętność; postawa prosta, ręka bez zarzutu, choć nieco wychudła, oto jak znajdujemy tego, którego sławiło tyle znakomitych ust, nadając mu imię Athosa. Zajęty był poprawianiem zeszytu, zapisanego własny ręką.

Raul pochwycił ojca w swe ramiona i ściskał go, jak mógł, całując tak szybko, tak prędko, tak gwałtownie, że hrabia nie miał ani siły, ani czasu zapanować nad swem wzruszeniem ojcowskiem.

- Ty tutaj?... tutaj? Raulu?... - zawołał - czy to możebne?...

- Tak... to ja... o!... jakżem szczęśliwy, że cię znów ujrzałem, panie hrabio!...

- Nie odpowiadasz mi, wicehrabio?.. Czyś otrzymał urlop na wyjazd do Blois... a może w Paryżu stało się jakie nieszczęście?...

- Nie... nie... Bogu dzięki... - odrzekł Raul, uspakajając się powoli - jak najlepsze nowiny... król żeni się, jak to miałem już zaszczyt napisać w ostatnim liście... i w tym celu wyjeżdża do Hiszpanji. Jego Królewska Mość przejeżdżać będzie przez Blois...

- Chce zapewne odwiedzić księcia stryja?...

- Tak jest, panie hrabio.... To też, bojąc się, aby wizyta nie spadła niespodzianie, czy też chcąc się przypodobać, książę Kondeusz wysłał mnie, bym uprzedził księcia pana o przybyciu Jego Królewskiej Mości.

- Więc widziałeś już księcia pana?...

- Miałem już ten zaszczyt.

- Zapewne widziałeś i kogoś więcej jeszcze w Blois?

- Tak jest, panie hrabio... Widziałem Jej wysokość księżnę panią.

- Bardzo pięknie... ale nie o niej myślałem.

Raul poczerwieniał mocno i nie odpowiedział wcale.

- Nie słyszysz mnie, jak się zdaje, wicehrabio - dodał hrabia de la Fere, nie kładąc większego nacisku na słowa, lecz dodając wyrazom siły spojrzeniem nieco surowszem.

- Owszem... słyszę, panie hrabio - odrzekł Raul - a jeżeli zawahałem się z odpowiedzią, to bynajmniej nie dlatego, abym chciał kłamać.

- Wiem, że nie kłamiesz nigdy, i jestem zdziwiony, iż tyle czasu potrzebujesz na wypowiedzenie "tak" lub "nie".

- Nie chciałem odpowiedzieć ci, panie hrabio, odrazu, gdyż, jak sądzę, źle przyjąłbyś pierwsze moje wyrazy; nie spodoba, ci się bezwątpienia, iż widziałem...

- Pannę de la Valliere, czy tak?..

- O niej myślałeś, panie hrabio, wiem dobrze - rzekł Raul z niewysłowioną słodyczą.

- I pytałem, czy ją widziałeś?...

- Panie hrabio, nie wiedziałem, wchodząc do zamku, iż spotkam tam pannę de la Valliere. Po spełnieniu mojego posłannictwa już miałem wsiąść na koń i przyjechać tutaj, gdy przypadek zrządził, iż znalazłem się wobec niej. Złożyłem jej moje uszanowanie.

- Cóż to za przypadek?...

- Panna de Montalais, panie hrabio.

- Panna de Montalais?... kto to taki?...

- Młoda panienka, którą ujrzałem poraź pierwszy w życiu. Jest panną honorową na dworze księżnej pani.

- Wicehrabio, nie chce przedłużać tej rozmowy, która i tak już trwa zadługo. Poleciłem ci, abyś unikał panny de la Valliere, i nie spotykał się z nią bez mojego upoważnienia. Przypominam dawniejsze moje polecenie. Pannie de la Valliere nie mam nic do zarzucenia, Bóg mi świadkiem. Zamiary jednak moje na przyszłość wymagają, abyś nie uczęszczał do jej domu. Jeszcze raz; proszę cię, drogi Raulu, zapamiętaj sobie dobrze moje polecenie.

Jasne spojrzenie Raula zamgliło się na chwile tajemnym smutkiem.

- A teraz, mój przyjacielu - ciągnął dalej hrabia swym zwykłym głosem, z uśmiechem na ustach - mówmy o czem innem. Czy powracasz natychmiast na swe stanowisko?...

- Nie, panie, zostanę tutaj dzień cały; książę sam wydał mi to polecenie, tak zgodne z mojemi życzeniami.

ROZDZIAŁ X. ARYTMETYKA PANA MAZARINIEGO.

W chwili gdy król w towarzystwie jednego tylko pokojowca kierował szybko swoje kroki ku skrzydłu zamkowemu, gdzie mieszkał chwilowo kardynał, z małego gabinetu, o którym wspominaliśmy, wychodził porucznik muszkieterów, oddychając głęboko, jak człowiek, co długo musiał powstrzymywać oddech. Gabinet ten dawniej stanowił widocznie jednę całość z pokojem, zajętym przez króla, bo oddzielony był tylko cieniuchną przegrodą z desek. Z tego też powodu przegroda owa, istniejąca jedynie dla oczu, pozwalała uchu najmniej nawet niedyskretnemu słyszeć wszystko, co się działo w pokoju.

Nie ulega też najmniejszej wątpliwości, iż porucznik muszkieterów słyszał całą rozmowę pomiędzy królami Francji i Anglji.

Uprzedzony ostatniemi słowami Ludwika XIV, zdążył wyjść na czas, skłonić się w przejściu monarsze i towarzyszyć mu wzrokiem, aż do chwili, gdy zniknął w głębi korytarza.

Potem zaś, potrząsnąwszy głową w sposób, jemu tylko właściwy, odezwał się głosem, w którym pomimo lat czterdziestu, spędzonych za granicami Gaskonji, przebijał zawsze akcent gaskoński:

- Smutna służba!.. - rzekł - pan także niewesoły.

Ciekawa scena także rozegrała się w tym czasie u p. Mazariniego.

Jego Eminencja położył się do łóżka, zmęczony małym atakiem podagry. Ponieważ jednak nie odstępował on nigdy od raz wyznaczonego porządku, choćby mu to przykroić lub ból sprawiać miało, kazał wiec Bernouinowi, pokojowcowi swojemu przynieść mały pulpit podróżny, aby mógł pisać leżąc. Podagra jednak nie jest przeciwnikiem łatwym do pokonania. Za każdem poruszeniem ból, głuchy dotychczas, stawał się zaraz dotkliwym.

- Czy jest Brienne?.. - zapytał Bernouina.

- Niema go, monsignorze - odrzekł pokojowiec. - Pan de Brienne, zwolniony przez Waszą Eminencję poszedł spać. Jeżeli jednak Wasza Eminencja życzy sobie, można go obudzić.

- Nie... warto... a!.. - syknął z bólu - przeklęte cyfry!..

I kardynał zamyślił się, licząc coś na palcach.

- Cyfry!.. ładna historja - odezwał się Bernouin. - Jeżeli Wasza Eminencja nie przestanie zagłębiać się w tych rachunkach, mogę mu na jutro przepowiedzieć piękną migrenę. A na dobitek złego brak nam pana Guenaud.

- Masz słuszność, Bernouin... A więc mi zastąpisz Brienna, mój przyjacielu... Co prawda, powinienem był wziąć ze sobą p. Colberta. Ten młodzieniec podoba mi się bardzo... Chodzący porządek... nieprawdaż, Bernouin?..

- Nie wiem - odrzekł pokojowiec - ale mnie jakoś nie podoba się wcale jego postać...

- Dobrze już... dobrze, Bernouin!.. Twoje zdanie jest najzupełniej zbyteczne... siadaj tam, bierz pióro i pisz.

- Już siedzę, monsiniorze... a co mam pisać?..

- Ot tu - rzekł Mazarini, podając mu arkusz papieru - w dalszym ciągu tych dwóch linij, już zapisanych. To rachunek pieniędzy królewskich.

- Rozumiem.

- Pisz. Siedemset sześćdziesiąt tysięcy liwrów...

- Już.

- Lyon...

Kardynał widocznie się zawahał.

- Lyon... - powtórzył Bernouin.

- Trzy miljony dziewięćset tysięcy.

- Dobrze... monsiniorze.

- Bordeaux siedem miljonów.

- Dochody główne siedem miljonów... Nieruchomości dziewięć miljonów... tak... napisałeś już, Bernouin?..

- Już, monsiniorze.

- W gotówce sześćset tysięcy liwrów... wartości rozmaite dwa miljony... a!... zapomniałem, ruchomości rozmaitych zamków...

- Zamków... czy dodać koronnych?.. - zapytał Bernouin.

- Nie trzeba... to się samo przez się rozumie. Napisałeś już, Bernouin?..

- Już, monsiniorze.

- No a cyfry?..

- Podpisane jedna pod druga.

- Bobrze. Teraz dodaj je razem...

- Nie, monsiniorze, brak jeszcze siedmiuset czterdziestu tysięcy liwrów.

- A!.. - zawołał Mazarini ze źle ukryta złością. - Niema jeszcze czterdziestu miljonów?..

Bernouin raz jeszcze przerachował cyfry.

- Nie, monsiniorze, brak jeszcze siedmiuset czterdziestu tysięcy!..

Mararini kazał podać sobie rachunek i przeglądał go uważnie.

- Wszystko jedno - wtrącił Bernouin - trzydzieści dziewięć miljonów, dwieście sześćdziesiąt tysięcy liwrów... zawsze to ładny grosz!..

- Ah, Bernouin... chciałbym to widzieć w szkatule królewskiej..

- Wasza Eminencja mówił przecież przed chwila, iż pieniądze te należą do króla...

- No, naturalnie... to przecież jasne... to oczywiste... ale te trzydzieści dziewięć miljonów maja już swoje przeznaczenie, nawet brak nam jeszcze dużo!..

Bernouin uśmiechnął się po swojemu, to jest jak ten, kto wierzy w to tylko, w co chce wierzyć, i zajął się przyrządzaniem napoju na noc dla kardynała, poczem poprawił jeszcze poduszkę i wyszedł.

- O! źle!.. zawołał kardynał sam do siebie - źle!., a jednak muszę mieć całe czterdzieści pięć... tyle sobie oznaczyłem i ani na grosa odstąpić nie mogę... Ale kto wie, czy mi starczy czasu... Pochylam się coraz bardziej ku ziemi... a jak raz odejdę, to już nie powrócę... A może jeszcze uda mi się wyciągnąć jakie dwa lub trzy miljoniki z kieszeni tych kochanych Hiszpanów... Cóż u djabła?.. odkryli przecież Peru... musiało im tam coś pozostać.

Gdy tak sam ze sobą rozmawiał, zajęty rachunkiem do tego stopnia, iż nie czuł nawet ataków podagry, nagle do pokoju wpadł Bernouin, niezwykle pomieszany.

- No?.. - odezwał się kardynał - co tam takiego?..

- Król!.. monsiniorze - król!..

- Jakto król?.. - zapytał, chowając szybko pod poduszkę zapisany papier - król tu?.. król o tej godzinie?.. myślałem, że już śpi oddawna... Cóż się to mogło stać?...

Ludwik XIV wszedł na te ostatnie słowa, i zauważył nawet, jak kardynał ukrył coś koło siebie, a następnie wyprostował się na łóżku.

- Nic... nic... panie kardynale... a przynajmniej nic takiego, coby pana miało zatrważać. Wiadomość ważna, której chciałem udzielić Waszej Eminencji jeszcze dziś wieczorem, oto i wszystko.

Mazariniemu przyszło zaraz na myśl zaniepokojenie króla, wywołane wzmianką, uczynioną w czasie prezentacji o pannie Mancini, i zdawało mu się, iż owa ważna wiadomość z tego właśnie pochodzi źródła. Zaraz też twarz jego wypogodziła się, tak, że król wyczytał z niej radość najwyższą.

Gdy Ludwik usiadł na krześle koło łóżka, kardynał odezwał się pierwszy:

- Najjaśniejszy Panie, powinienbym wysłuchać Waszej Królewskiej Mości, stojąc... lecz ból gwałtowny...

- Etykieta zupełnie jest zbyteczną pomiędzy nami, kochany kardynale - odparł Ludwik XIV uprzejmie - jestem twym uczniem a nie królem, wiesz o tem dobrze, tembardzdej zaś dziś, gdy przychodzę do ciebie z prośba, a chciałbym, aby profba ta została wysłuchaną.

Mazarini, ujrzawszy rumieniec monarchy, utrwalił się w przekonaniu, iż pod wszystkiemi temi słówkami kryje się sprawa miłosna. A jednak tym razem omylił się, jakkolwiek biegłym był politykiem. Rumieńca tego nie wywołało wstydliwe uniesienie młodzieńczej namiętności, lecz bolesne stłumienie dumy królewskiej. Jako dobry wuj, dbający o swe siostrzenice, Mazarin starał się ułatwić monarsze wyznanie.

- Proszę mówić, Najjaśniejszy Panie - rzekł - a ponieważ Wasza Królewska Mość raczył łaskawie zapomnieć, że jestem jego poddanym, a nazwał mnie swym nauczycielem, swym mistrzem, ja też z mej strony składam Waszej Królewskiej Mości zapewnienie najgłębszego mego przywiązania.

- Dziękuję, panie kardynale - odrzekł król. - Zresztą to, czego chcę żądać, nie jest znów tak wielką rzeczą...

- Tem gorzej... tem gorzej, Najjaśniejszy Panie. Chciałbym, aby Wasza Królewska Mość zażądał czegoś wielkiego, choćby nawet ofiary, poświęcenia z mej strony. Bądź cobądź, chociaż nie wiem, o co idzie, gotów jednak jestem zgóry przyzwolić, aby tylko ukoić troskę Waszej Królewskiej Mości.

- A więc posłuchaj, panie kardynale, o co chodzi - odezwał się król, a serce biło mu tak silnie, iż chyba tylko serce kardynała w tej chwili równie silnie bić mogło. - Przed chwila odwiedził mnie mój brat, król Anglji.

Mazarini podskoczył na łóżku, jak gdyby dotknął butelki lejdejskiej, lub stosu Volty.

Równocześnie na twarzy jego odbiło się takie zdziwienie, a właściwie takie rozczarowanie, iż Ludwik XIV-sty. jakkolwiek niezbyt biegły dyplomata, poznał jednak w tej chwili, iż kardynał co innego spodziewał się usłyszeć.

- Karol II-gi!.. - zawołał głosem ostrym i, wydymając pogardliwie wargi - Waszą Królewską Mość odwiedził Karol II-gi!..

- Król Karol II-gi - powtórzył Ludwik, kładąc nacisk na tytuł należny wnukowi Henryka IV-go, o którym Mazarini zapomniał. - Tak, panie kardynale; nieszczęśliwy ten monarcha wzruszył bardzo serce moje, opowiadając o swych nieszczęściach. Upadek jego jest wielki, a ja to dobrze rozumiem, ja, któremu także omal nie zaprzeczono praw do tronu, ja, który musiałem w czasie rozruchów porzucić stolicę i szukać schronienia w Saint-Germain, ja wreszcie, który pojmuję dobrze obowiązki względem brata wydziedziczonego i wygnańca.

- Dlaczegóż niema on obok siebie Juljusza Mazarini?... Korona jego byłaby cała i nienaruszona.

- Wiem dobrze, ile rodzina moja winna Waszej Eminencji - odparł król dumnie - i wierz mi, panie kardynale, że nigdy o tem nie zapomnę. Właśnie zaś dlatego, że brat mój, król Anglji, nie ma u boku genjusza, który mnie ocalił, właśnie dlatego, powiadam, chciałbym mu zjednać pomoc tegoż samego genjusza, i prosić, aby twoje ramię, panie kardynale, rozciągnęło się nad jego głową; przekonany bowiem jestem, że ręka twoja, dotykając go tylko, potrafi przyozdobić jego głowę koroną, spadłą u stóp szafotu, na którym zginął jego ojciec.

- Najjaśniejszy Panie - rzekł Mazarini - dziękuję za dobrą o mnie opinję... ale... my tam nie mamy nic do roboty... Tam są szaleńcy jacyś wściekli, co zaprzeczają istnieniu Boga i ucinają głowy swym królom. Niebezpiecznie ich nawet dotknąć, tak są zbrukani krwią monarszą... Ta polityka angielska nigdy mi się nie podobała i ze wstrętem ją odrzucam.

- Właśnie też mógłbyś, panie kardynale, pomóc do wprowadzenia innej.

- Jakiej?...

- Jakiej?... Chociażby przywrócenia Karola II-go na tron ojcowski.

- O!... mój Boże - zawołał Mazarini - czyżby biedny Karol marzył jeszcze, że to się da zrobić?...

- Ależ tak... naturalnie - odparł król, przestraszony trudnościami, jakie w tej sprawie dostrzegało wprawne oko ministra. - Nie żąda więcej na ten cel, jak tylko miljona.

- Tylko tyle?... miliona?... maleńkiego miljonika!... No, no... proszę - rzekł Mazarini ironicznie, nie mogąc tym razem ukryć włoskiego akcentu mowy, który uwidoczniał sio zawsze w chwilach, gdy kardynał wpadał w złość. - Daj bracie miljonik... maleńki miljonik!... oh!... rodzina żebraków!... - dodał z wyrazem najgłębszej pogardy.

- Kardynale - ozwał się Ludwik, podnosząc głowę ta rodzina żebraków jest gałęzią mej rodziny!...

- Czy Wasza Królewska mość jest dość bogatym, aby mógł rozdawać miljony?... Czy masz, Najjaśniejszy Panie, ów żądany miljon do rozporządzenia?

- O!... - odrzekł Ludwik z odcieniem najwyższej boleści, którą jednak siłą woli stłumił w głębi swego serca. - O!... tak, panie kardynale, wiem, że jestem biednym... ale korona Francji warta przecie miljon... na wykonanie zaś dobrego uczynku zastawiłbym w razie potrzeby moją koronę... Przypuszczam, ze znajdą się żydzi, co dadzą na nią miljon.

- Wiec powiadasz, Najjaśniejszy Panie, iż ci potrzeba miliona?... - zapytał Mazarini.

- Tak, panie, powiedziałem to.

- A jednak myli się Wasza Królewska Mość bardzo... nie miljona nam potrzeba, ale więcej... dużo więcej!... Bernouin!... Zobaczysz, Najjaśniejszy Panie, ile nam naprawdę potrzeba... Bernouin!..

- Jakto, kardynale, czyżbyś chciał zasięgać w tych sprawach rady lokaja?...

- Beruouin!.. - wołał kardynał, nie zwracając uwagi na upokorzenie młodego monarchy - zbliż się i wymień mi sumę, o jakiej przed chwilą mówiliśmy...

- Kardynale!... kardynale!... nie zrozumiałeś mnie widocznie - przerwał Ludwik, blady z oburzenia.

- Najjaśniejszy Panie, proszę się nie gniewać, ja otwarcie prowadzę interesy Waszej Królewskiej Mości. Cała Francja, cały świat zna je dobrze. Książki i rachunki moje otwarte są dla wszystkich. Bernouin!... czego to ja od ciebie żądałem przed chwilą?

- Wasza Ekscelencja kazał mi robić dodawanie.

- I zrobiłeś?... co?...

- Tak, monsiniorze.

- Aby obliczyć sumę, jakiej Jego Królewska Mość potrzebuje w tej chwili. Czy ci tego nie mówiłem?... No?... bądź otwartym, przyjacielu.

- Tak jest. Wasza Eminencja raczył mi to powiedzieć.

- A wiec, jakaż to była suma?... ile, mówiłem, potrzeba Najjaśniejszemu Panu?...

- Czterdzieści pięć miljonów.

- A ile "znalazło się na to, gdyśmy dodali dochody ze wszystkich możliwych źródeł?...

- Trzydzieści dziewięć miljonów, dwieście sześćdziesiąt tysięcy franków.

- Dobrze, mój Bernouin, właśnie to chciałem wiedzieć. Zostaw nas teraz, proszę cie - dodał kardynał, wpatrując się w młodego monarchę, oniemiałego ze zdziwienia.

- A!... Wasza Królewska Mość jeszcze wątpi?... oto dowód tego, co mówiłem.

I wyciągnął z pod poduszki papier, zapisany liczbami, podał go królowi, lecz ten odwrócił głowę, nie chcąc zdradzić się z boleścią, wyraźnie malującą się na jego twarzy.

- Ponieważ zatem Wasza Królewska Mość potrzebuje koniecznie miljona, który tu jeszcze nie został wciągnięty, a wiec razem będziemy mieli czterdzieści sześć miljonów... Takiej sumy nie da nam żaden żyd na świecie, nawet na koronę Francji.

Król, zaciskając kurczowo ręce, ukryte w szerokich mankietach, powstał i odepchnął fotel.

- A wiec - rzekł - mój brat, król Anglji, umrze z głodu!...

- Najjaśniejszy Panie - odpowiedział kardynał tym samym tonem - proszę zapamiętać sobie przysłowie, będące wyrazem najzdrowszej polityki: "Gdyś biedny, pocieszaj się myślą, że twój sąsiad także jest biedny".

Ludwik zamyślił się na chwile, rzucając ciekawe spojrzenia na papier, którego jeden różek wyglądał z pod poduszki.

- A więc - rzekł nareszcie - nie możesz - panie kardynale, w żaden sposób uczynić zadość mej prośbie?...

- W żaden sposób, Najjaśniejszy Panie.

- Pomyśl, że będę miał w Karolu wroga, gdy wstąpi na tron, słusznie mu przynależny.

- O!... jeżeli Wasza Królewska Mość o to tylko się obawia - zawołał żywo Mazarini - to proszę się uspokoić. Z tej strony nie zagraża nam najmniejsze niebezpieczeństwo.

- Ha!... więc nie nalegam już więcej - rzekł Ludwik XIV.

- Czy przynajmniej przekonałem Waszą Królewską Mość?.. zapytał Mazarini, kładąc rękę na dłoń monarchy.

- Najzupełniej.

- Zażądaj czego innego, Najjaśniejszy Panie, a szczęśliwym będę, mogąc wynagrodzić tę moją odmowę. Wszystko, czego Wasza Królewska Mość żąda... byle nie miljona...

- Wszystko?... panie kardynale.

- Naturalnie!... Czyż nie jestem duszą i ciałem oddany na usługi Waszej Królewskiej Mości?.. Hola!.. Bernouin, pochodnie!... Straże dla Najjaśniejszego Pana!.. Jego Królewska Mość powraca na swe pokoje.

- Nie jeszcze, panie kardynale, a ponieważ oświadczyłeś się, monsiniorze, z dobremi chęciami, a więc chce z nich skorzystać.

- Dla siebie?.. - zapytał kardynał, uradowany nadzieja, iż nareszcie król poruszy sprawę panny Marcini.

- Nie, monsiniorze, nie dla mnie... jeszcze dla mojego brata Karola.

Twarz Mazariniego znów się zasępiła.

Mruknął zcicha coś, czego król nie dosłyszał.

ROZDZIAŁ IX. NIEZNAJOMY Z HOTELU DE MEDICI TRACI SWE INCOGNITO.

Na poruczniku owym, śpiącym, czy też pragnącym zasnąć, pomimo całego jego spokoju, ciężyła wielka odpowiedzialność. Jako porucznik muszkieterów królewskich, miał on pod rozkazami swemi całą kompanję, przybyłą z Paryża, a liczącą stu dwudziestu ludni. Z wyjątkiem jednak dwudziestu, o których wspominaliśmy, wszyscy pozostawali na usługach królowej matki, a przedewszystkiem pana kardynała. Monsignor Giulio Mazarini oszczędzał na kosztach utrzymania swej gwardji w czasie podróży, dlatego więc korzystał z usług muszkieterów i to korzystał w całem tego słowa znaczeniu, bo wziął ich dla siebie aż pięćdziesięciu, gdy król zadawalniać się musiał dwudziestoma.

Dwudziestu ludzi pełniło służbę u królowej matki, trzydziestu zaś wypoczywało, mając nazajutrz zastąpić w służbie swych towarzyszy.

W stronie pokojów królewskich panowała ciemność, cisza i pustka. Gdy drzwi zamknęły się za Ludwikiem XIV, znikł wszelki nawet pozór królewskości. Cała służba też niknęła powoli.

O tej porze, młodzieniec, którego widzieliśmy w hotelu de Medici, śpieszył do zamku, otuliwszy się czarnym płaszczem.

Przybywszy tu, kręcił się dokoła pałacu, a widząc, że nikt nie strzeże głównej bramy, ani przedsieni, zwłaszcza, że żołnierze królewscy prędko pobratali się przy butelce wina z żołnierzami księcia pana, nieznajomy przecisnął się przez tłumy służby, przybył przed dwór i wszedł aż na schody, prowadzące do pokojów kardynała.

Według wszelkiego prawdopodobieństwa, ruch licznej służby i paziów oraz mnóstwo świateł, błyszczących w oknach, sprowadziły go tutaj.

Na pierwszym zaraz stopniu zatrzymał go głos muszkietera, stojącego na straży.

- Hej!... dokądże to, przyjacielu?

- Do króla - odrzekł nieznajomy dumnie i spokojnie.

Muszkieter przywoła! jednego z oficerów Jego Eminencji, który tonem, używanym przez urzędników biurowych, względem ludzi, zgłaszających się z prośbami, raczył wyrzec słowa:

- Drugie schody, naprzeciwko.

I, nie zajmując się więcej nieznajomym, dalej prowadził przerwaną na chwilę pogadankę z kolegami. Nieznajomy, nie odpowiadając nic, skierował się ku wskazanym schodom. Po tej stronie nie było ani wrzawy, ani świateł. W ciemności dostrzec można było żołnierza na straży, przesuwającego się jak cień, powoli i spokojnie.

Panowała tu taka cisza, iż można było słyszeć wyraźnie jego kroki, oraz odgłos ostróg, szczekających na posadzce, ułożonej z tafli kamiennych. Żołnierzem tym był jeden z owych dwudziestu muszkieterów, pełniących służbę przy królu.

- Kto idzie?... - zawołał muszkieter.

- Przyjaciel - odrzekł nieznajomy.

- Czego żąda?...

- Widzieć się z królem.

- Król się już spać położył.

- Nic nie szkodzi, muszę z nim mówić!...

- A ja powiadam, że to niemożebne.

Muszkieter poparł słowa swoje groźnem dobyciem szpady: nieznajomy jednak nie ruszył się z miejsca, jakby mu nogi wrosły w ziemię.

- Panie muszkieterze... - rzekł - jesteś szlachcicem?...

- Mam ten zaszczyt.

- A więc... i ja nim jestem... Pomiędzy szlachta powinny być pewne względy zachowane.

Szyldwach opuścił broń, zwyciężony godnością, z jaka słowa powyższe zostały wypowiedziane.

- Proszę., mów pan - odrzekł - jeśli pan żądasz czegoś, co będzie w mej mocy...

- Dziękuję. Musi tu być zapewne jakiś oficer, nieprawdaż?...

- Nasz porucznik... tak, panie.

- Chciałbym z nim pomówić.

- A!... to co innego... proszę, wejdź pan.

Nieznajomy skłonił się szyldwachowi wyniośle i wszedł na schody, poprzedzony wołaniem: "poruczniku, wizyta"!... przebiegającem od straży do straży, i niedającem usnąć oficerowi, który już zamknął oczy.

Zerwawszy się z fotelu i przetarłszy oczy, porucznik postąpił trzy kroki naprzeciw nieznajomemu.

- Czem panu mogę służyć?...

- Pan jesteś oficerem służbowym, porucznikiem muszkieterów?...

- Tak, panie - odrzekł oficer.

- Panie, muszę koniecznie widzieć się z królem.

Porucznik przyjrzał się bacznie nieznajomemu, i jednym rzutem oka, chociaż bardzo krótkim, ocenił to, co chciał ocenić, a mianowicie, iż nowo-przybyły był człowiekiem niezmiernie wyróżniającym się dystynkcja i obejściem, ukrywającem się pod skromnem, zwyczajnem ubraniem.

- Nie przypuszczam, abyś pan był szalonym, a jednak podobna myśl nasunąćby mi się łatwo mogła. Czy pan nie wiesz, iż do króla nie wchodzi się, póki on na to nie zezwoli?

- Zezwoli... panie!

- Pozwoli pan, iż będę przeciwnego zdania. Król powrócił przed kwadransem i zapewne w tej chwili już się rozbiera. Zresztą otrzymałem rozkaz nie wpuszczać nikogo.

- Gdy dowie się, kto pragnie z nim mówić - rzekł nieznajomy, podnosząc głowę - odwoła ten rozkaz.

Nowoprzybyły coraz bardziej zadziwiał porucznika, lecz zarazem coraz więcej zjednywał sobie jego życzliwość.

- Jeśli przychylę się do pańskiego życzenia, czy mogę przynajmniej wiedzieć, kogo mam zaanonsować?

- Zaanonsujesz pan Jego Królewska Mość Karola II-go, króla Anglji, Szkocji i Irlandji!...

Oficer krzyknął zadziwiony, a na twarzy jego, nagie pobladłej, wyryło się wrażenie, którego nigdy nie stara się ukryć mężczyzna prawdziwie odważny.

- O!... tak... istotnie... Najjaśniejszy Panie - rzekł - powinienem był cię poznać natychmiast.

- Widziałeś więc mój portret?...

- Nie... Najjaśniejszy panie.

- A więc mnie samego widziałeś dawniej, nim mnie wygnano z Francji.

- I to jeszcze nie... Najjaśniejszy panie!...

- Jakże więc mógłbyś mnie poznać, nie widząc nigdy ani mnie samego, ani mojego portretu?

- Najjaśniejszy panie... widziałem Jego Królewska Mość Waszego ojca w chwili najstraszniejszej...

- W dniu...

- Tak...

Cień smutku zasępił wzrok nieszczęśliwego monarchy. Po chwili milczenia, ocierając czoło, jak gdyby chciał odpędzić przykrą myśl.

- I cóż - rzekł - czy jeszcze masz pan co do powiedzenia przeciwko mojemu widzeniu się z królem Ludwikiem XIV-ym?

- Najjaśniejszy panie, przebacz mi - odrzekł oficer - lecz nie mogłem odgadnąć króla pod tem skromnem przebraniem. A jednak, jak to już miałem zaszczyt powiedzieć Waszej królewskiej mości, widziałem króla Karola I-go... Lecz przepraszam... biegnę uprzedzić monarchę.

I porucznik podbiegi do drzwi, które mu otworzył pokojowiec królewski.

- Jego Królewska Mość król Anglji - zawołał oficer.

- Jego Królewska Mość król Anglji - powtórzył pokojowiec.

Na te słowa jeden z dworzan otworzył na oścież oba skrzydła drzwi, prowadzących do pokoju króla.

Ludwik XXV-ty bez kapelusza i szpady, w kaftanie rozpiętym postępował naprzeciw przybywającemu, nie ukrywając wcale zdziwienia.

- Ty?... mój bracie...ty tutaj?... w Blois?... - zawołał, dając znak dworzaninowi i pokojowcowi, aby przeszli do sąsiedniej izby.

- Tak jest, Najjaśniejszy panie... jechałem do Paryża w nadziei, że cię tam zobaczą. Dowiedziawszy się jednak o przybyciu twem do Blois, zatrzymałem się tu, chcąc pomówić z tobą o rzeczach szczególnej dla mnie wagi.

- Czy możemy tu mówić, mój bracie?

- Doskonale... zdaje mi się bowiem, że nikt nie będzie nas podsłuchiwać.

- A wiec, mów, mój bracie, słucham.

- Zaczynam i proszę Waszą Królewska Mość o zlitowanie się nad nieszczęściami, dotykającemi naszą rodzinę.

Król Francji poczerwieniał i przysunął swe krzesło do krzesła, na którem usiadł król angielski.

- Najjaśniejszy Panie, nie mam chyba potrzeby pytać, czy Wasza królewska mość zna szczegóły mojej smutnej historji...

Ludwik XIV-ty poczerwieniał jeszcze bardziej, niż za pierwszym razem, poczem, ujmując rękę króla Anglji, rzekł:

- Mój bracie, wstyd mi doprawdy powiedzieć, lecz pan kardynał tak rzadko rozmawia ze mną o polityce. Co więcej nawet... dawniej Laporte, mój pokojowiec, odczytywał mi wypadki historyczne, lecz pan kardynał zabronił tych wykładów i zabrał mi Laporta. A zatem, mój bracie, proszę cię, mów tak, jak gdybyś mówił do kogoś, co o tych rzeczach najmniejszego niema pojęcia.

- A więc, Najjaśniejszy panie, tem lepiej, bo zaczynając od dawniejszych nieco czasów, mogę mieć nadzieję, iż więcej wzruszę twe serce.

- Mów, mój bracie, mów!...

- Wiadomo ci, Najjaśniejszy panie, iż wezwany w roku 1650-ym do Edynburga, w czasie wyprawy Kromwela do Irlandji, zostałem koronowany w Stone. W rok później Kromwel, zraniony w jednej z prowincji, zabranych samowolnie, powrócił do Anglji. Spotkać się z nim było moim celem, opuścić Szkocje, było mojem marzeniem.

- A przecież - wtrącił Ludwik - Szkocja jest jakby rodzinnym twoim krajem, mój bracie.

- Tak... lecz Szkoci strasznymi dla mnie okazali się rodakami!... zmusili mnie do wyrzeczenia się religji ojców moich; powiesili najwierniejszego sługo mego, lorda Montrose, dlatego, że nie zgadzał się z rozkazami konwentu. Biedny męczennik!... Śmiałym marszem przebiłem się przez armję Kromwela i dostałem się do Anglji. Protektor zaczął ścigać mnie w tej dziwnej pogoni, której celem była korona. Gdybym był pierwej, niż on, przybył do Londynu, wygrana byłaby po mojej stronie. Niestety, doścignął mnie pod Worcester. Genjusz Anglji był nie przy nas, lecz przy nim. W rocznicę walki pod Dunber, tak fatalnej dla Szkotów, dnia 3-go września 1851 roku zostałem zwyciężony. Dwa tysiące ludzi padło dokoła mnie, zanim pomyślałem o odwrocie. W końcu nie było innej rady... należało uciekać. Od tej chwili historja moja zaczyna snuć się jakby w jakim romansie. Ścigany z zaciekłością, ostrzygłem włosy, przebrałem się za drwala. Jeden dzień cały spędzić musiałem na gałęziach dębu, który od tego czasu zowią dębem królewskim. Wypadki moje w hrabstwie Stafforrt, skąd umknąłem, niosąc na grzbiecie córkę mojego gospodarza, są obecnie treścią opowiadań wieczornych przy ogniskach rodzinnych, a kiedyś bezwątpienia przyjmą formę ballady. Opiszę to wszystko ku nauce królów, braci moich.

- Lecz powiedz mi, proszę, mój bracie - zapytał Ludwik - jakim sposobem, będąc tak okrutnie przyjmowany w Anglji, możesz jeszcze mieć jakiekolwiek nadzieje względem tego nieszczęśliwego kraju i tego ludu zbuntowanego?

- O!... Najjaśniejszy panie!... Od czasu bitwy pod Worcester wszystko się tam zmieniło. Kromwel umarł, podpisawszy traktat z Francją, w którym nazwisko swe umieścił nad twojem imieniem. Umarł 3-go września 1658 roku, w nową rocznicę bitew pod Warcester i Dunbar.

- Syn po nim nastąpił.

- Są ludzie, Najjaśniejszy panie, mający rodzinę, a nie mający wcale spadkobierców. Spadek Olmera zbyt ciężkim był dla Ryszarda. Ryszard zrzekł się protektoratu 22-go kwietnia 1659-go roku. Rok prawie dobiega, Najjaśniejszy panie, od tego czasu. Dziś Anglja jest niby stołem, na którym każdy gra w kości o koronę ojca mojego. Najzacieklejszymi graczami są Lambert i Monk... A więc, Najjaśniejszy panie, i ja chciałbym się przyłączyć do gry, w której stawka jest rzucona na mój płaszcz królewski. Dziś potrzebuję miljona, aby przekupić któregokolwiek z graczy i zrobić sobie zeń sprzymierzeńca, lub też dwustu szlachty, na której czele wygnałbym, ich z mego pałacu White-Hall, jak Chrystus wygnał kupczących ze świątyni...

- Przychodzisz więc - przerwał Ludwik - prosić mnie...

- O pomoc... proszę o nią nietylko jako król, wzywający pomocy innego króla, ale jako chrześcijanin, szukający poparcia u chrześcijanina... Pomocy błagam w pieniądzach lub ludziach. Pomocy żebrzę, Najjaśniejszy Panie, a za miesiąc odzyskam dziedzictwo ojcowskie.

- Bracie mój - odrzekł Ludwik - prosisz mnie o miljon!... mnie!... ależ ja nie mam czwartej części tej sumy, ja nic nie mam. Jestem takim samym królem Francji, jak ty Anglji... Jestem imieniem, cyfrą monarszą, przybraną w strój aksamitny... Oto wszystko... Siedzę na tronie widzialnym... to cała różnica pomiędzy mną a Waszą Królewska Mością... Ja nic nie mam, ja nic zrobić nie mogę...

- Czyż to możebne?... - zawołał Karol II-gi.

- Słuchaj mnie, bracie - mówił Ludwik, zniżając głos - znosiłem nędzę, jakiej nie doświadczył najuboższy z mojej szlachty!... Gdyby mój biedny Laporte był tutaj, onby ci opowiedział, jak łóżko moje zaścielano prześcieradłem, w którem były takie dziury, iż nogi mi przez nie wychodziły... Powiedziałby ci, że później, kiedy zażądałem karety, sprowadzono mi powóz na pól przez szczury zjedzony... powiedziałby ci, iż, gdy prosiłem, aby mi dano co do zjedzenia, udawano się do kuchni kardynała z zapytaniem: "czy zostało tam co na obiad dla króla?"... A dziś jeszcze... dziś, gdy mam już lat dwadzieścia dwa, dziś gdy dobiegam lat pełnoletności królewskiej, dziś, gdy ode mnie powinien zależeć kierunek polityki, ostatnie słowo w sprawach wojny i pokoju, spojrzyj tylko dokoła mnie... Przypatrz się, co mi zostawiają, na co mi pozwalają... Zobacz te pustkę, te cisze, te pogardę... gdy tam... o!... spojrzyj tylko przez okno... tam ruch... tam światła... tam hołdy!... Tam... tam jest prawdziwy król Francji, mój bracie!

- Kardynał?...

- Kardynał... tak.

- A wiec jestem potępiony!...

Ludwik XIV nic nie odpowiedział.

- A wiec - mówił dalej król Anglji - ten biedny Karol II-gi, zarówno jak i ty, Najjaśniejszy panie, wnuk Henryka IV, ton nędzarz, nie mając parlamentu ani kardynała de Reta, umrze z głodu, jak to się omal nie stało z jego matką i siostrą.

Ludwik zmarszczył brwi i szarpnął gwałtownie koronki u rękawów kaftana.

Ta niemoc, ta pozorna nieruchomość, mająca służyć za maskę wrażeniu zbyt widocznemu, nie uszły uwagi króla Karola. Ujął za rękę monarchę Francji.

- Dziękuję ci - rzekł - bracie!.. współczujesz mej niedoli... oto wszystko, czego mógłbym wymagać od ciebie w położeniu, w jakiem się sam znajdujesz.

- Najjaśniejszy panie - odezwał się nagle Ludwik XIV podnosząc dumnie głowę - więc potrzeba ci miljona lub dwustu szlachty?..

- Miljon mi wystarczy.

- Nie jest to zbyt wiele.

- Jak dla jednego człowieka to dużo. Wiem, że nieraz taniej... o wiele taniej płacono za zmianę przekonań. Ja będę miał do czynienia tylko ze sprzedajnością.

- Dwustu szlachty!.. także niewiele!.. zaledwie cokolwiek więcej niż jedna kompania.

- Najjaśniejszy panie!.. W naszym rodzie przechowuje się pewna tradycja, a mianowicie, iż czterech szlachciców francuskich, oddanych mojemu ojcu, omal go nie ocaliło, pomimo iż skazany był przez parlament, strzeżony przez armję, otoczony niechętnym narodem.

- A więc, gdybym ci dostarczył miljon liwrów lub dwustu szlachty, byłbyś zadowolony i uważałbyś mnie za dobrego brata?..

- Uważałbym cię za zbawcę!.. a jeżeli kiedykolwiek wstąpię na tron ojca mojego, Anglja będzie, przynajmniej tak długo, jak długo ja będę panował, siostrą Francji, tak jak ty mi jesteś bratem.

- A zatem, mój bracie - rzekł Ludwik, wstając z krzesła - o co ty wahasz cię prosić, o to ja poproszę... tak... ja... Czego nie chciałem nigdy zrobić dla siebie, zrobię dla ciebie. Idę do króla Francji, drugiego, bogatego, potężnego, i będę prosił, błagał... tak... ja... aby mi dał albo miljon, albo dwustu szlachty. Zobaczymy!..

- O!.. - wykrzyknął Karol. - Jesteś najszlachetniejszym przyjacielem, Najjaśniejszy panie... Ty mnie uratujesz... a gdyby kiedy potrzeba było, abym życie moje oddał za ciebie, zażądaj tylko...

- Ciszej, mój bracie, ciszej - rzekł prawie szeptem Ludwik - uważaj by nas nie podsłuchano... Nie jesteśmy jeszcze u celu!.. Prosić Mazariniego o pieniądze to gorzej i trudniej, niż przejść przez zaczarowany las, w którym każde drzewo kryje przeistoczonego djabła... to trudniej, niż wybrać się na podbój całego świata. Lecz mimo to - będę się starał ubłagać go. Idę do pana kardynała. Za chwilę wrócę. Poczekaj na mnie mój bracie!

ROZDZIAŁ XIV. KRÓL I PORUCZNIK SKŁADAJĄ DOWODY PAMIĘCI.

Ludwik XIV-ty, jak wszyscy zakochani, wpatrywał się długo i uważnie, dopóki kareta, unosząca jego ukochana, nie zniknęła mu z widnokręgu, wreszcie, uspokoiwszy nieco przyśpieszony bieg swych myśli i bicie serca, przypomniał sobie, że nie jest sam tutaj.

Porucznik trzymał konia za uzdę i ciągle cieszył się nadzieją, iż król zmieni swoje postanowienie.

- Jeszcze ma czas wsiąść na konia i popędzić za karetą... - myślał - nic nie straci na tem opóźnieniu.

Wyobraźnia porucznika, za bogata i za jaskrawa, wyprzedziła o wiele wyobraźnię monarchy, który nie chciał sobie pozwolić na podobny zbytek.

Poprzestał tylko na zbliżeniu się do porucznika i na słowach:

- No, już się skończyło!... jedźmy.

Porucznik przybrał tę samą minę powolną, smutną, co i monarcha. Powoli poprawił siodła, z westchnieniem podtrzymał strzemię monarsze i sam siadł na konia z wyrazem najgłębszego smutku na twarzy. Król ruszył pierwszy, porucznik podążył za nim.

Ludwik wjechał w ulicę, prowadzącą do zamku, i właśnie siódma biła na wieży zamkowej, gdy wchodził do swego pokoju.

W chwili właśnie, kiedy król wchodził do siebie, porucznik dojrzał, bo on wszystko dojrzeć musiał, jak w rogu okna kardynalskiego uniosła się na chwilę firanką.

Ludwik westchnął głęboko, jak człowiek, któremu zdjęto krepujące go więzy i rzekł do siebie półgłosem:

- Tymczasem chyba już skończone.

Po chwili przywołał pokojowca.

- Nie wpuszczać nikogo, aż za dwie godziny.

- Najjaśniejszy Panie - odrzekł pokojowier - właśnie jest ktoś, co prosi o pozwolenie wejścia.

- Kto taki?...

- Porucznik muszkieterów.

- Ten, który mi towarzyszył?...

- Tak, Najjaśniejszy Panie!...

- A... on?... Niech wejdzie.

Porucznik wszedł.

Król dał znak ręka, pokojowfec ukłonił się i wyszedł.

Ludwik XIV-ty powiódł za nim wzrokiem, dopóki nie zniknął za drzwiami, a gdy już portjery zapadły, odwrócił się i rzekł do porucznika:

- Obecnością swoją przypominasz; mi pan, iż nie poleciłem ci zachowania najściślejszej tajemnicy o tem, co się dziś stało.

- O!... Najjaśniejszy Pan zbytecznie trudzi się podobnem przypomnieniem. Zaraz widać, że Wasza Królewska Mość mnie nie zna.

- Tak, to prawda - odparł król - wiem, że pan jesteś dyskretny, ale ponieważ nie żądałem tajemnicy...

Porucznik skłonił się głęboko.

- Czy Wasza Królewska Mość nie ma nic więcej do powiedzenia?... - zapytał.

- Nie, panie, możesz odejść.

- A czy mogę prosić Waszą Królewską Mość o łaskawe pozwolenie wypowiedzenia słów kilku.

- Cóż to takiego?... - proszę się wytłomaczyć.

- Najjaśniejszy Panie, rzecz bardzo małej wagi dla Waszej Królewskiej Mości, mnie jednak obchodząca do najwyższego stopnia. Dlatego też proszę Waszą Królewską Mość, o wybacz"nie mi, iż śmiem trudzić cię, Najjaśniejszy Panie. Gdyby to nie była rzecz nagła, konieczna, nie ośmieliłbym się nigdy i zniknąłbym, niemy, mały, taki, jaki zawsze byłem.

- Co?... zniknął?... nie rozumiem cię, poruczniku.

- Krótko mówiąc, przychodzę prosić o zwolnienie mnie, Najjaśniejszy Panie!...

Król poruszył się gwałtownie, nie mogąc ukryć zdziwienia; porucznik stał, jak posąg kamienny.

- Zwolnienie?... ciebie?... A na jak długo, proszę?...

- Na zawsze, Najjaśniejszy panie.

- Co?... co?... Chcesz opuścić służbę, poruczniku?... - zawołał król z ruchem znaczącym więcej nieco niż zdziwienie.

- Niestety, Najjaśniejszy Panie.

- Niemożliwe!...

- Najjaśniejszy Panie... starzeję się, trzydzieści cztery, czy trzydzieści pięć lat noszę zbroję... moje biedne ramiona już się zmęczyły... Czuję, iż trzeba ustąpić miejsca młodszym. Nie z tego ja wieku jestem, Najjaśniejszy Panie... jedną nogą stoję w ubiegłym... dlatego też wszystko oczom moim wydaje się dziwne... wszystko sprawia mi zawrót głowy... Krótko i węzłowato, mam zaszczyt prosić Waszą Królewską Mość o zwolnienie mnie ze służby.

- Poruczniku... - odezwał się król, spoglądając na oficera, na którym mundur leżał tak zgrabnie, tak swobodnie, że mógłby mu tego pozazdrościć niejeden młodzik - jesteś zdrów, silny, silniejszy ode mnie nawet...

- O! - odrzekł porucznik z uśmiechem fałszywej skromności - Wasza Królewska Mość mówi mi to, ponieważ oko mam jeszcze dość wprawne, nogę dość pewną, ponieważ nieźle jakoś trzymam się na siodle, a i wąs mam jeszcze czarny... Ale, Najjaśniejszy Panie!... wszystko to marność nad marnościami... złudzenie... pozór... dym... Najjaśniejszy Panie. Wyglądam dość młodo, to prawda, ale w głębi jestem stary... a za jakie sześć miesięcy, jestem tego najpewniejszy, będę już złamany, bezsilny, do niczego... a więc, Najjaśniejszy Panie...

- Poruczniku - przerwał król - proszę przypomnieć sobie swe własne słowa, wczoraj wypowiedziane... mówiłeś mi tu, w tem miejscu, żeś jest najzdrowszym człowiekiem w całej Francji, że zmęczenie jest ci obcem, że najmniejszej różnicy nie robi ci spędzanie całych dni i nocy na służbie... Czyś mi to mówił, poruczniku?... proszę sobie przypomnieć.

Porucznik westchnął.

- Najjaśniejszy Panie, starość lubi przechwałki... proszę wybaczyć starcowi, gdy sam się chwali, kiedy nikt go już chwalić nie chce. Mówiłem... to prawda... faktem jednak jest, iż czuję się bardzo zmęczonym i proszę o dymisję.

- Panie - rzekł król, postępując majestatycznie ku oficerowi - nie podajesz mi przyczyny właściwej. Chcesz opuścić mą służbę, to prawda, lecz ukrywasz przede mną prawdziwy powód tego żądania.

- Najjaśniejszy Panie, proszę mi wierzyć...

- Wierzę temu, co widzę, poruczniku! Widzę przed sobą człowieka energicznego, silnego, bystrego, może nawet najlepszego żołnierza w całej Francji, a to wszystko w żaden sposób nie tłomaczy potrzeby spoczynku.

- A!... Najjaśniejszy Panie - odrzekł porucznik z goryczą - cóż za pochwały!... Wasza Królewska Mość zawstydza mnie, doprawdy!... Silny, dzielny, bystry, najlepszy żołnierz w armji... Ależ Wasza Królewska Mość przechwala tę trochę moich przymiotów... i to do tego stopnia, że jakkolwiek sam niezła o sobie mam opinię, a jednak gotów jestem się nie poznać... Gdybym był próżnym i uwierzył w połowę pochwał Waszej Królewskiej Mości, uważałbym się za człowieka nieocenionego, bez którego obejść się nie można... powiedziałbym sobie, że człowiek, łączący w sobie tyle przymiotów, to skarb chyba... Niestety, Najjaśniejszy Panie!... przez całe życie moje z wyjątkiem chwili obecnej, byłem zawsze oceniany, według mojego przynajmniej zdania, o wiele... wiele niżej, aniżeli istotnie wart jestem... Powtarzam jednak, że Wasza Królewska Mość przesadza.

Król zmarszczył brwi, czuł bowiem, że w słowach porucznika ukrywa się jakieś gorzkie szyderstwo.

- Poruczniku - rzekł - poruszmy sprawę otwarcie. Czy służba przy mnie nie podoba ci się może?.. proszę powiedzieć.. No... bez ogródek, śmiało, otwarcie... chce tego.

Porucznik, który od kilku chwil widocznie zakłopotany, miał w ręku swój pilśniowy kapelusz, podniósł głowę na te słowa.

- O!.. Najjaśniejszy Panie... otóż to mi się podoba!.. to mnie ośmiela przed Wasza Królewska Mością... Na pytanie tak otwarcie postawione i ja odpowiem otwarcie. Powiedzieć prawdę to dobra rzecz... człowiek ma przyjemność, że może ulżyć trochę sercu, a zresztą to się tak rzadko zdarza. Powiem więc prawdę mojemu panu, prosząc go zgóry, aby wybaczył otwartość staremu wojakowi.

Ludwik spoglądał na porucznika z zaniepokojeniem, objawiającem się żywością ruchów.

- A więc... - rzekł - proszę mówić... z niecierpliwością oczekuję owej prawdy, jaką mam usłyszeć.

Porucznik rzucił kapelusz swój na stół, a twarz jego, zawsze inteligentna i marsowa, przybrała teraz wyraz wielkości i powagi.

- Najjaśniejszy Panie - przemówił - porzucam służbę, gdyż jestem niezadowolony. Służący może zbliżyć się z uszanowaniem do swego pana, jak ja to czynię w tej chwili, zdać mu wydział swej pracy, zwrócić narzędzia, zdać rachunek z funduszów, jakie mu zostały powierzone i powiedzieć: "Panie, mój dzień się skończył, proszę mi zapłacić i pożegnajmy się!"

- Panie! Panie!... - zawołał król, czerwony z gniewu.

- O!.. Najjaśniejszy Panie - odrzekł porucznik, uginając na chwilę kolano - nigdy służący nie znajdował się wobec pana z większym szacunkiem, niż ja to czynię wobec Waszej Królewskiej Mości... Ale sam, Najjaśniejszy Panie, kazałeś mi mówić prawdę. Teraz, kiedym już zaczął, prawda cała musi być wypowiedzianą, choćby mi nawet Wasza Królewska Mość nakazał milczenie.

I umilkł na chwilę.

Na marsowej twarzy oficera widać było taką stanowczość, iż Ludwik XIV nie miał potrzeby nakazywać mu, aby mówił dalej. Król spoglądał nań tylko z wyrazem zaciekawienia i podziwu.

- Najjaśniejszy Panie!.. Oto trzydzieści pięć lat, jak to już mówiłem, dobiega od czasu, gdy wstąpiłem do służby królewskiej. Mało ludzi zużyło w służbie tej tyle szpad co ja... a dobre to były szpady, Najjaśniejszy Panie. Byłem dzieckiem... nic za mną jeszcze nie przemawiało, prócz odwagi a ojciec Waszej Królewskiej Mości odgadł we mnie mężczyznę. Byłem mężczyzną, Najjaśniejszy Panie, gdy kardynał de Richelieu, który znał się nad tem, odgadł we mnie nieprzyjaciela. Historja tej nieprzyjaźni, to historja lwa i mrówki... Można o niej dowiedzieć się, Najjaśniejszy Panie, z archiwów tajemnych rodziny królewskiej; jest ona tam zapisana od pierwszej chwili do ostatniej. Przez lat pięć byłym bezustannie bohaterem dnia... tak mi przynajmniej mówiły osoby znakomite i zasłużone... To dosyć długo, Najjaśniejszy Panie... pięć lat całych. A jednali wierzę tym, co to mówili, bo byli to ludzie, umiejący oceniać innych; nazywano ich panami: de Richelieu, de Buckingham, de Beaufort, de Retz... Nareszcie król Ludwik XIII, a nawet królowa, dostojna matka Waszej Królewskiej Mości, raczyła mi pewnego dnia powiedzieć "Dzięki!" Już nawet nie przypominam sobie, jaką to usługę zdarzyło mi się wypełnić. Daruj mi, Najjaśniejszy Panie, że mówię tak śmiało... ale to, co opowiadam, jak to już miałem zaszczyt powiedzieć Waszej Królewskiej Mości, należy do historji.

Król przygryzł wargi i usiadł gwałtownie na fotelu.

- Naprzykrzam się Waszej Królewskiej Mości - rzekł porucznik Tak... tak... Taką jest zawsze prawda, Najjaśniejszy Panie!.. To cierpka towarzyszka... najeżona ostrzami... nieraz rani tego, co jej słucha, czasami też i tego, co ją wypowiada.

- Nie, panie - odparł król - prosiłem cię sam, poruczniku, byś mówił, mów więc dalej.

- Po służbie dla króła-nieboszczyka i kardynała, także nieboszczyka, przyszła służba dla regencji... I wówczas biłem się dobrze podczas frondy... ale już nie tak dobrze, jak za pierwszym razem... Ludzie coś zaczęli być mniejsi... Pomimo to kilkakrotnie dowodziłem muszkieterami Waszej Królewskiej Mości w okazjach niebezpiecznych, zapisanych w rozkazach dziennych. Piękny los był wówczas moim udziałem. Byłem ulubieńcem pana Mazariniego, "Poruczniku, tu! poruczniku tam! poruczniku, na prawo! poruczniku, na lewo! Gdzie tylko rozdawano kułaki, tam zawsze najpokorniejszy sługa Waszej Królewskiej Mości miał polecenie ich rozdawania. Wkrótce jednak panu kardynałowi zamało było mych usług we Francji... posłał mnie do Anglji... na rachunek Kromwella. Jeszcze jeden pan niezbyt czuły, zapewniam Waszą Królewską Mość. Miałem zaszczyt znać go i mogłem ocenić należycie. Obiecano mi dużo za spełnienie tego posłannictwa. A chociaż tam zrobiłem zupełnie co innego, niż mi polecono, zostałem jednak wspaniałomyślnie wynagrodzony, gdyż nareszcie zostałem mianowany kapitanem muszkieterów. Otrzymałem stopień najwyższy na dworze, skąd krok jeden do buławy marszałkowskiej. Stopień najbardziej ceniony i słusznie, bo, gdy ktoś jest kapitanem muszkieterów, tem samem jest kwiatem najpiękniejszym armji, królem najdzielniejszych!...

- Kapitanem?.. pan się mylisz prawdopodobnie... - odezwał się król - chciałeś zapewne powiedzieć: porucznikiem.

- Nie, Najjaśniejszy Tanie... ja się nigdy nie mylę... niech Wasza Królewska Mość zda się pod tym względem na mnie... Pan Mazarini wydał mi dyplom na kapitana, dyplom z podpisem królowej-regentki.

- No i...

- I pan Mazarini... Wasza Królewska Mość wie o tem lepiej niż ktokolwiek inny... pan Mazarini bardzo rzadko coś daje, a często nawet to, co już dał, odbiera. Tak się i ze mną stało. Pan Mazarini odebrał mi ten dyplom, gdy zawarto pokój, i gdy mu już byłem zbyteczny. Być może, iż nie byłem godzien zastąpić pana Treville... świetnej pamięci... ale ostatecznie obiecano mi ów dyplom i dano mi go... nie należało więc odbierać rzeczy raz danej.

- Więc z tego jesteś niezadowolony, poruczniku?.. Dobrze, rozpatrzę tę sprawę... Twoja skarga, jakkolwiek złożona po wojskowemu, podoba mi się bardzo.

- O!.. Najjaśniejszy Panie!.. - rzekł oficer - Wasza Królewska Mość mnie nie rozumie!... Ja się na nic nie uskarżam.

- Zbytek delikatności, poruczniku... ja jednak dopilnuje tej sprawy... i później...

- Piękne słowo!... Najjaśniejszy Panie!... "później"! Lat trzydzieści słyszę je wypowiadane przez mnóstwo osób wielkich, znakomitych, a teraz znów pada z ust Waszej Królewskiej Mości!.. Później!.. Oto w jaki sposób otrzymałem dwadzieścia ran i dożyłem pięćdziesiątego czwartego roku, nie mając nigdy luidora w kieszeni, nie znalazłszy na mej drodze obrońcy, choć sam obroniłem tylu ludzi... Później!.. To też dziś zmieniam formułkę i gdy mi kto mówi: "później", odpowiadam: "natychmiast". Żądam spoczynku, Najjaśniejszy Panie... Tego można mi udzielić... bo to nikogo nic kosztować nie będzie.

- Nie spodziewałem się usłyszeć podobnej mowy, mój panie, a szczególnie od człowieka, co żył obok wielkich. Zapominasz pan. iż mówisz do króla, do szlachcica tak dobrego rodu, jak i pan, przypuszczam: gdy ja mówię "później", to można mi wierzyć napewno.

- Nie wątpię o tem, Najjaśniejszy Panie... Lecz oto koniec tej strasznej prawdy, którą chciałem powiedzieć: gdybym ujrzał tu, na tym stole, buławę marszałkowską, szpadę konetabla, a chociażby nawet koronę jakiegokolwiek księstwa, zamiast "później", przysięgam, Najjaśniejszy Panie, odpowiedziałbym jeszcze raz "natychmiast"!... O! proszę mi wybaczyć!... pochodzę z kraju, z którego pochodził dziad Waszej Królewskiej Mości, król Henryk IV-ty... mówię rzadko, lecz mówię wszystko, gdy raz mówić zacznę!...

- Jak widzę, panowanie moje nie nęci cię, poruczniku... - odezwał się Ludwik wyniośle.

- Zapomnienie!... zapomnienie!... wszędzie zapomnienie!...~ zawołał oficer ze szlachetnem oburzeniem. - Pan zapomniał sługi swego, i otóż sługa zmuszony jest zapomnieć pana. Żyję w czasach, nieszczęśliwych, Najjaśniejszy Panie. Przed oczyma mam młodzież pełna zniechęcenia i obawy, widzę ją burzliwą, biedną, gay powinna być bogata i potężną. Wczoraj naprzykład, otwieram drzwi króla Francji przed królem Angiji, któremu ja, chudopachołek, omal nie ocaliłem ojca, gdyby Bóg nie wdał się w tę sprawę i nie natchnął wybrańca swego, Kromwela... Otwieram, mówię, drzwi, to jest pałac brata dla brata, i widzę... o! Najjaśniejszy Panie, serce ściska się na to wspomnienie... i widzę, jak minister owego króla wypędza wygnańca koronowanego i upakarza swojego władcę, skazując na cierpienia i nędzę monarchę... wydziedziczonego, lecz zawsze monarchę!... widzę nareszcie, jak pan mój, młody, piękny, dzielny, mający w sercu odwagę, a w oczach błyskawice, drży przed księdzem, śmiejącym się, szydzącym z niego za firankami alkowy, gdzie, leżąc w łóżku, przetrawia złoto całej Francji, jakie zagarnął do swoich skrzyń i kufrów. O!... rozumiem twoje spojrzenie, Najjaśniejszy Panie! śmiałość moja graniczy z szaleństwem... Cóż robić?... jam żołnierz stary i opowiadam królowi mojemu rzeczy, którebym wpakował napowrót w gardło temu, coby odważył się je wobec mnie opowiadać. Zresztą, Najjaśniejszy Panie, kazałeś mi otworzyć przed sobą serce, ja też, korzystając z tego pozwolenia, rozlewam u stóp Waszej Królewskiej Mości całą żółć, jaka się we mnie nagromadziła od lat trzydziestu, tak samo, jak gotów jestem przelać całą krew moją na rozkaz Waszej Królewskiej Mości!...

Ludwik XIV, nie mówiąc ani słowa, ocierał pot zimny, gęstemi kroplami występujący mu na czoło.

Chwila milczenia, jaka nastąpiła po tej gwałtownej przemowie, była wiekiem cierpień zarówno dla tego, co mówił, jak i dla tego, co słuchał.

- Panie - odezwał się król nareszcie - rzuciłeś słowo: "zapomnienie". Z tego, co mówiłeś, to tylko jedno słowo słyszałem... i na nie chcę odpowiedzieć... Inni, być może... zapominali i zapominają łatwo... ja jednak nie zapominam nigdy! A oto dowód mej pamięci: byt dzień rozruchu, dzień, w którym lud rozwścieczony, rozszalały, wyjący jak wzburzone morze, opanował Pałac Królewski... W dniu tym udawałem, iż śpię w łóżku, a jeden jedyny człowiek, ze szpadą obnażoną, kryjąc się u wezgłowia, strzegł mego życia... gotów w każdej chwili narazić swoje, aby tylko moje ocalić, tak je narażał już ze dwadzieścia razy dla dobra mej rodziny. Szlachcie ów, którego wówczas zapytałem o nazwisko, nazywał się d'Artagnan. Nieprawdaż, panie?...

- Wasza Królewska Mość dobrą ma pamięć - odparł chłodno porucznik.

- A więc, jeżeli tak dobrze pamiętam chwile z moich lat dziecięcych, niemniej też pamiętać będę, co zaszło za lat dojrzałych.

- Nie wątpię, Najjaśniejszy Panie... Bóg hojnie obdarzył cię przymiotami - odrzekł porucznik tym samym tonem.

- Panie d'Artagnan... czyż więc nie będziesz przynajmniej tak cierpliwym, jak ja,. czy nie możesz tego robić, co ja robię?...

- A co Wasza Królewska Mość robi?...

- Czekam!...

- Wasza Królewska Mość może czekać; bo jest młodym... lecz ja, Najjaśniejszy Panie, ja nie mam na to czasu... Starość zagląda już przez uchylone drzwi, a śmierć za nią... i wkrótce wcisną się obie do mego domu. Wasza Królewska Mość rozpoczyna dopiero życie, pełne nadziei... śmiało oczekiwać może dni szczęśliwych. lecz ja, Najjaśniejszy Panie, stoję na drugim krańcu widnokręgu i tak wielka przestrzeń nas od siebie rozdziela, że nigdy nie miałbym czasu doczekać się chwili, w którejby Wasza Królewska Mość doszedł aż do mnie.

Król przeszedł kilka razy po pokoju, ocierając wciąż czoło, zroszone potem, któryby przestraszył lekarzy, gdyby lekarze mogli widzieć monarchę w podobnym stanie.

- Dobrze, panie!... - odezwał się wreszcie krótko. - Żądasz zwolnienia... podajesz się do dymisji ze stopnia porucznika muszkieterów.

- Składam ja najpokorniej u stóp Waszej Królewskiej Mości.

- Dosyć. Każe zaraz wypłacić panu pensje...

- Wielce będę za to obowiązany Waszej Królewskiej Mości.

- Jeszcze słowo, panie - dodał król, zdobywając się na gwałtowny wysiłek - sądzę, że tracisz dobrego pana.

- Jestem tego najpewniejszy, Najjaśniejszy Panie.

- I masa nadzieje znaleźć podobnego?...

- O!... Najjaśniejszy Panie!... wiem, że jesteś jedynym w świecie, dlatego też nie przyjmę służby u żadnego z królów ziemskich... od tej chwili sam sobie będę panem.

- Stanowczo?...

- Przysięgam to Waszej Królewskiej Mości!...

- A ja przyjmuje te przysięgę.

D'Artagnan skłonił się w milczeniu.

- A wiesz, poruczniku, że dobrą mam pamięć - dodał Ludwik XIV-ty.

- Tak jest, Najjaśniejszy Panie... A jednak chciałbym, aby pamięć ta zawiodła w tej chwili Waszą Królewska Mość... Chciałbym, abyś, Najjaśniejszy Panie, zapomniał o tym nędznym obrazie, jaki musiałem roztoczyć przed oczyma mojego monarchy. Zresztą, mam nadzieję, iż życzenie moje spełni się. Wasza Królewska Mość za wysoko znajduje się ponad maluczkimi i ubogimi.

- Moja królewska mość, panie, będzie jako słońce, co widzi wszystkich, bogatych i nędzarzy, udzielając blasku jednym, a ciepła drugim, wszystkim zaś razem: życia!... Bądź zdrów, panie d'Artagnan, bądź zdrów!... Jesteś wolny!...

I król, tłumiąc gwałtowne łkanie, duszące go za gardło, wyszedł szybko do sąsiedniego pokoju.

D'Artagnan wziął kapelusz ze stołu, gdzie go był rzucił, i wyszedł.

ROZDZIAŁ VIII. CZEM BYŁ LUDWIK XIV W DWUDZIESTYM DRUGIM ROKU ŻYCIA.

Znamy już z opowiadania wjazd Ludwika XIV do miasta Blois. Wjazd ten wypadł świetnie, wspaniale. To też młody monarcha wydawał się zupełnie zadowolony.

Pod sklepieniem przedsieni król spotkał stryja swego, księcia Gastona Orleańskiego, którego postać, zawsze majestatyczna, dziś stosownie do okoliczności jeszcze bardziej była uroczysta. Księżna pani, przybrana w suknie, ceremonialna, oczekiwała swego bratanka na jednym z balkonów wewnętrznych. Wszystkie okna całego zamku, posępne i puste zazwyczaj, dziś pełne były świateł i głów ludzkich.

Król, królowa oraz kardynał Mazarini, zostali wprowadzeni do pokojów. Kolejno przedstawiono Ich królewskim mościom i panu kardynałowi zebrana szlachtę i damy.

Król zauważył, że ani on, ani matka jego, nie znali nikogo z osób przedstawionych im, gdy tymczasem kardynał wspomniał każdemu to o dobrach jego, to o przodkach, to znów o dzieciach. których nawet imiona wymieniał, tak dobra miał pamięć. Zachwycało to poczciwa szlachtę i wpajało w nią przekonanie, że ten jest jedynym i prawdziwym królem, kto zna swoich poddanych, tak samo jak słońce nie ma rywala, bo ono jedno tylko ogrzewa i oświeca.

Podano kolację. Król, nie Śmiejąc dopytywać się o nią, oddawna już jej oczekiwał.. Tym razem nie minęły go honory, należne nie tyle jego stanowisku, ile apetytowi. Kardynał ledwie dotknął ustami buljonu, podanego w złotej filiżance; wszechmocny minister, zabrawszy królowi rządy i blask królewski nie mógł zabrać dobrego apetytu. Anna Austrjacka, cierpiąca już wówczas na raka, na którego w sześć czy osiem lat pózniej umarła, jadła prawie tyle, co i kardynał. Co do księcia pana, ten, wzburzony jeszcze niezwykłym wypadkiem, jaki go niespodzianie spotkał w tem ustroniu, nie jadł zupełnie. Jedna tylko księżna pani, jako pochodząca z Lotaryngji, dotrzymywała towarzystwa Jego Królewskiej Mości, za co też Ludwik XIV bardzo jej był wdzięcznym, inaczej musiałby jeść sam, lub też z jednym tylko panem de Saint-Remy, marszałkiem dworu, który wcale nie pogardzał jedzeniem. Po skończonej kolacji król, na znak pana kardynała, powstał od stołu, a na zaproszenie ciotki raczył uczynić przegląd zgromadzonych osób.

Ludwik XIV-sty odbył już większą część przeglądu, gdy naraz do uszu jego dobiegł wyraz, wymówiony przez Jego Eminencję pana kardynała, który na boku rozmawiał z księciem Gastonem. Wyrazem tym było imię kobiety. Usłyszawszy ów wyraz, król nie słyszał a właściwie nie słuchał już niczego więcej lecz szybko załatwił się z resztą obecnych, przechodząc tylko i witając skinieniem głowy.

Książę Gaston, doskonały i wprawny dworak, pytał Jego Eminencję o zdrowie jego siostrzenic. Rzeczywiście pięć czy sześć lat temu przybyły do kardynała z Włoch trzy jego siostrzenice. Były to panny; Hortensja, Olimpja i Marja Mancini.

- Panny Mancini - odpowiedział kardynał - muszą jeszcze ukończyć edukację i nauki. Pobyt na dworze młodym, świetnym, zanadto odrywa ich umysł od obowiązków.

- Spodziewam się jednak - mówił książę Gaston - że Wasza Eminencja nie ma zamiaru zamknąć ich w klasztorze, lub skazać na życie mieszczańskie?...

- O... bynajmniej - odrzekł kardynał wymuszonym tonem - bynajmniej!... chciałbym z całej duszy wydać je za mąż, i to jak będę mógł najlepiej.

- Sadzę, że im partyj dobrych nie zabraknie - odrzekł książę pan z dobrodusznością kupca, który życzy powodzenia swemu koledze.

- I ja mam tę błoga nadzieję, tembardziej że Bóg je obdarzył hojnie wdziękami, rozumem i pięknością.

W czasie tej rozmowy, król Ludwik w towarzystwie księżnej-ciotki, jak to już mówiliśmy, dopełniał przeglądu obecnych, nadsłuchując zresztą ciągle, co mówią pan Mazarini i książę Gaston.

- Proszę cię, ciotko - rzeki wreszcie, śmiejąc się - mój nauczyciel geografji nigdy mnie nie objaśniał, że Blois tak szalenie daleko leży od Paryża.

- Jakto. Najjaśniejszy panie?... - zapytała księżna.

- Zdaje się, iż potrzeba kilku lat, aby moda mogła przebyć tę przestrzeń. Spojrzyj, proszę, na te panny.

- Znam je dobrze...

- Niektóre z nich wcale ładne...

- O!... nie mów tego, Najjaśniejszy Panie, głośno, bo gotowe oszaleć z radości.

- Zaraz, zaraz, moja ciotko - mówił król dalej, śmiejąc się - bo druga część zdania nie będzie dla nich tak pochlebna... Otóż, moja ciotko, wyglądają jak stare lub brzydkie, a to dzięki modzie, wyszłej przed dziesięciu laty z użycia.

- A jednak Blois odległem jest od Paryża tylko o pięć dni drogi.

- A... właśnie... moda więc tu spóźnia się o dwa lata na dzień.

- Ale czy naprawdę tak sądzisz, Najjaśniejszy Panie, bo co do mnie nie zauważyłam tego...

- Przypatrz się sama, moja ciotko - mówił Ludwik XIV, zbliżając się do Mazariniego, pod pozorem, że szuka najlepszego punktu, z którego mógłby się przypatrzeć - spojrzyj, jak obok tych starych fioków, tych pretensjonalnych koafiur, wygląda owa skromna biała sukienka. Prawdopodobnie jest to któraś z panien honorowych mojej matki. Chociaż jej nie znam, a jednak poznałem odrazu. Spojrzyj, jaka naturalna postawa, jaki niewymuszony wdzięk. To rozumiem... to jest przynajmniej kobieta, gdy cała tamta reszta to tylko wystrojone lalki.

- Ależ, kochany mój siostrzeńcze, pozwól sobie powiedzieć - odrzekła księżna pani, śmiejąc się - że tym razem twoja umiejętność odgadywania znajduje się na mylnej drodze. Osoba, którą tak wychwalasz, nie jest wcale paryżanką, pochodzi ona z Blois.

- O... moja ciotko!... - rzeki król z miną powątpiewającą.

- Ludwiko!.. zbliż się - zawołała księżna pani.

Młoda dziewczyna, którą poznaliśmy już pod tem imieniem, zbliżyła się strwożona, zarumieniona, i prawie ugięta pod spojrzeniem królewskiem.

- Panna Ludwika Franciszka de la Baume-Leblanc, córka margrabiego de la Valliere - przedstawiła ceremonjalnie księżna pani.

Młoda dziewczyna skłoniła się z takim wdziękiem, pomimo bojaźliwości, jaką natchnęła ją obecność króla, że ten, spoglądając na nią, stracił kilka słów z rozmowy, prowadzonej pomiędzy księciem Gastonem a panem kardynałem.

- Wychowanica - ciągnęła dalej księżna pani - pana de Saint-Remy, marszałka mojego dworu, który prezydował przy spożyciu tej wybornej indyczki z truflami, tak wielce wychwalanej przez Waszą królewską mość.

Żaden wdzięk, piękność, młodość nie mogłyby wytrzymać podobnej prezentacji.

Król uśmiechnął się.

Czy księżna pani rzuciła owe słowa, jako żart, czy też w naiwności ducha je wypowiedziała, dość, że było to pogrzebaniem wszystkiego, co król Ludwik znalazł miłem i poetycznem w młodem dziewczęciu.

Panna de la Valliere była chwilowo dla księżnej pani, a tem samem i dla króla, niczem więcej, jak tylko wychowanicą człowieka objawiającego znakomity talent w spożywaniu indyczek z truflami.

Na szczęście, Ludwika była tak zgięta w ukłonie, że nie słyszała słów księżnej pani i nie widziała uśmiechu króla. Król zaś, mając już dosyć prezentacji, zbliżył się do kardynała i księcia pana, aby usłyszeć zakończenie interesującej go rozmowy.

- Maria tak samo jak i jej siostry, jedzie w tej chwili do Brouage. Kazałem im jechać drugą stroną Loary i, jeżeli dobrze obliczyłem wydane rozkazy, jutro zrana będą koło mostu Blois.

Słowa te wypowiedziane były z tą miarą, pewnością siebie, wyrazistością, jakie czyniły z siniora Giulio Mazarini najpierwszego komedjanta na ziemi. Zdawało się, iż po wysłuchaniu powyższych słów, serce królewskie dotknął pocisk zatruty. Nie mógł już ustać na miejscu, kręcił się tu i owdzie, rzucając spojrzenia niepewne, gasnące po całem zgromadzeniu. Zapytywał po dwadzieścia razy wzrokiem królowe matkę, czyby nie czas było udać się na spoczynek. Królowa jednak zatopiona w rozmowie z księżną panią, a zarazem powstrzymana skinieniem pana kardynała, udawała, iż nie rozumie tych błagalnych spojrzeń swego syna. Zacząwszy od tej chwili, muzyka, kwiaty, światła, piękne kobiety, wszystko to stało się dla Ludwika XIV-go przykre, prawie wstrętne.

Wysławszy raz jeszcze błagalne spojrzenie ku matce i kardynałowi i przekonawszy się, że to nic nie pomoże, zwrócił wzrok swój ku drzwiom, niby ku miejscu, gdzie była jego wolność. Wzrok monarchy padł przedewszystkiem na postać człowieka, opartego o ramę rzeźbionych drzwi.

Człowiek ten był prawdziwym typem żołnierza i to żołnierza pięknego a doświadczonego. Budowa, zdradzająca siłę, twarz smagła, wyrazista, nos orli, wzrok surowy, a błyszczący, siwiejące długie włosy, czarny wąs, prawdziwa piękność męska. Kołnierz jego munduru, złotem haftowany, błyszczał jak lustro, przyjmował promienie świateł, licznie porozrzucanych po sali, odbijał je z powrotem. Oficer ten miał na głowie pilśniowy kapelusz, szary, z długiem czerwonem piórem. Dowód to, iż znajdował się tu na służbie a nie dla przyjemności.

Stał właśnie, jak to już mówiliśmy, oparty o rzeźbioną ramę drzwi, gdy wzrok króla, smutny i znudzony, spotkał się przypadkowo z jego spojrzeniem. Nie po raz pierwszy, jak się zdaje, oficer ów spotykał się ze spojrzeniem królewskiem, i umiał czytać w niem aż do głębi, bo, rzuciwszy tylko okiem na twarz Ludwika XIV, zrozumiał wszystko, co się dzieje w głębi jego serca, zrozumiał to znudzenie, tę chęć pożegnania obecnych, którą jednak młody monarcha bał się głośno wypowiedzieć; zrozumiał, iż należy królowi oddać przysługę, choć jej nie żądał, oddać mu ją nawet pomimo jego woli. To też, nie wahając się długo, zawołał donośnym głosem:

- Służba królewska!...

Słowa te wywarły wrażenie grzmotu, zagłuszającego dźwięki muzyczne, śpiew, gwar uliczny. Kardynał i królowa matka patrzyli z zadziwieniem na Jego Królewską Mość.

Ludwik XIV, blady, lecz zdecydowany i podtrzymywany śmiałością oficera, który tak łatwo odgadł jego myśli, powstał z fotelu, na którym w ciągu kilku ostatnich chwil siedział i postąpił ku drzwiom.

- Odchodzisz, mój synu?... - odezwała się królowa, gdy tymczasem Mazarini zadowolnił się zapytaniem, wyrażonem w spojrzeniu, które mogłoby uchodzić za łagodne, gdyby nie było przenikliwe.

- Tak jest - odrzekł król - czuję się nadzwyczaj znużonym, a chciałbym jeszcze dziś kilka listów napisać.

Król skłonił się wszystkim głową, przeszedł salę i zbliżył się do drzwi. We drzwiach podwójny szereg, utworzony z dwudziestu muszkieterów, oczekiwał na Jego Królewską Mość. Na końcu szeregu stał oficer, z obnażoną szpadą w ręce. Król przeszedł pomiędzy muszkieterami, a cały tłum dworzan i szlachty, stojący poza szeregiem, wspinał się na palce, aby raz jeszcze ujrzeć oblicze monarchy.

Książę Gaston na czele dworu odprowadził króla do jego apartamentów.

Przybywszy do pokoi, przeznaczonych na pobyt monarchy, które łączyły się z zamkiem za pumocą szerokich schodów, książę Gaston odezwał się:

- Racz, Najjaśniejszy panie, rozgościć się w tych pokojach, jakkolwiek nie są one odpowiednie dla tak dostojnego gościa.

- Dziękuje ci, stryju - odrzekł młody monarcha - za serdeczną gościnność, jaką tu spotykam.

Książę Gaston skłonił się bratankowi, który go na dobranoc uścisnął, i wyszedł.

Z dwudziestu muszkieterów, towarzyszących królowi, dziesięciu powróciło z księciem-stryjem, odprowadzając go aż do sali przyjęć, która dotychczas jeszcze się nie opróżniła, pomimo iż monarcha dawno ja opuścił.

Dzisięciu innym oficer kazał zająć stanowiska, zbadawszy w ciągu pięciu minut małą miejscowość, spojrzeniem spokojnem, zimnem, doświadczonem.

Rozstawiwszy swych ludzi, obrał dla siebie główną kwaterę w przedpokoju, w którym znalazł wygodny fotel, a na stole butelkę wina, dzbanek wody i parę sucharków.

Napełnił szklankę winem, wychylił ją do połowy, skrzywił usta w uśmiechu, pełnym znaczenia, ulokował się wygodnie w fotelu, z widocznym zamiarem spędzenia w ten sposób całej nocy.

ROZDZIAŁ VII. PARRY.

Wkrótce do pokoju nieznajomego znów zapukał Cropol. Zbliżył się do swego gościa i tajemniczo szepnął mu do ucha:

- Diament został oszacowany.

- Tak?.. a więc...

- A wiec... proszę pana, jubiler Jego wysokości księcia pana daje zań dwieście osiemdziesiąt pistolów.

- Masz je pan?..

- Uważałem za stosowne zgodzić się na te cenę; chociaż postawiłem warunek, że, gdyby pan chciał djament swój odebrać, w razie otrzymania pieniędzy z majątków swoich...

- To zbyteczne... powiedziałem, żebyś go pan sprzedał.

- W takim razie stało się to, czego pan żąda... nie sprzedawszy ostatecznie, wziąłem ofiarowana sumę.

- Niechaj pan sobie potrąci, co się panu należy.

- Ha!.. jeśli pan koniecznie chce tego...

Na smutnych ustach szlachcica zjawił się przelotny uśmiech.

- A resztę połóż pan tam na kominku - i odwrócił głowę, jakby go to nic nie obchodziło.

Cropol złożył na wskazanem miejscu dosyć duży worek, z którego wyjął kilka sztuk złota, należnych mu za mieszkanie.

- A teraz - rzekł - pan nie wyrządzi mi chyba tej przykrości, odmawiając wieczerzy... Już i tak pan nie jadł obiadu. To obrażające dla hotelu de Medici. Proszę pana!.. o.. stół już nakryty i ośmielę się dodać, iż wcale dobrze wygląda.

Nieznajomy poprosił o szklankę wina, ułamał kawałek chleba i nie ruszył się od okna.

Wkrótce na ulicach rozległ się odgłos fanfar i trąbek. Wrzawa niewyraźna dochodziła do uszu nieznajomego z dolnych uliczek miasta.

Za chwilę słychać było tętent kopyt końskich, zbliżających się ku miastu.

- Król!.. król!.. wolał tłum, gromadząc się coraz liczniej na ulicach.

- Król!.. - powtarzał Cropol, porzuciwszy swego gościa i pojęcia o delikatności, zadawalając jedynie swa ciekawość.

Orszak zbliżał się powoli, oświetlony tysiącami pochodni i świateł z ulicy i okien. Za oddziałem muszkieterów i skupiona garstka szlachty postępowała lektyka pana kardynała Mazariniego. zaprzężona jak kareta w cztery czarne konie. Paziowie i służba kardynała szli ztylu. Następnie jechała kareta królowej matki z pannami honorowemi u drzwiczek, otoczona licznym pocztem szlachty na koniach.

Za tem wszystkiem ukazał się król na pięknym koniu saksońskim o długiej grzywie.

Młody monarcha kłaniał się głowa ku oknom, z których dolatywać gromkie okrzyki, przyczem twarz jego, oświetlona pochodniami paziów, wyglądała szlachetnie i sympatycznie. U boku króla, o dwa kroki z tyłu jechał książę Kondeusz; za nim pan Dangeau i ze dwudziestu dworzan z licznym pocztem służby zamykało pochód prawdziwie triumfalny. Cały orszak wyglądał zbrojnie, wojskowo. Zaledwie kilku dworzan ubranych było w suknie podróżne; zresztą wszędzie prawie widać było same mundury; wielu nawet miało wysokie kołnierze, lub kryzy, jak za czasów Henryka IV-go, lub Ludwika XIII-go. Gdy król przechodził przed hotelem de Medici, nieznajomy wychylił się nieco, aby go lepiej zobaczyć, lecz ukrył twarz w dłoniach, oparłszy się łokciami o okno. Czuł, jak mu serce biło, jak w piersiach budziło się bolesna uczucie. Odgłos trąbek odurzał go, okrzyki tłumów myśl mu mieszały.

- On jest królem... on!... - szepnął tonem rozpaczy i męczarni, który pobiegł w przestworza i chyba oparł się aż o stopnie tronu Przedwiecznego.

Gdy obudził się z ponurego marzenia, cały ten hałas, cała ta świetność, okazałość, zniknęły z przed jego oczów. Tylko tłum pospólstwa zalegał ulicę. Nagle młodzieniec zauważył, jak jakiś starzec, idący pieszo, lecz prowadzący za uzdę małego irlandzkiego konia starał się przecisnąć przez tłum, zgromadzony przed bramą hotelu de Medici.

W tejże chwili nieznajomy odezwał się głośno z okna na pierwszem piętrze.

- Gospodarzu!... zrób no cośkolwiek, aby się można było dostać do twego domu.

Crapol odwrócił się i teraz dopiero dostrzegł starca. Tłum ustąpił miejsca przybyłemu.

Okno na piętrze zamknęło się tymczasem.

Nieznajomy oczekiwał starca na schodach, otworzył ramiona, uścisnął go z synowskiem przywiązaniem, wprowadził do pokoju i podsunął mu krzesło.

Starzec nie chciał jednak usiąść i stał, w milczeniu patrząc na młodzieńca.

- A więc... - mówił nieznajomy - nie ukrywaj nic przede mną... Cóż się stało?

- Opowiadanie moje krótkie... ale, milordzie... na miłość boską... proszę tak nie drżeć...

- To z niecierpliwości, Parry... a więc cóż powiedział generał?...

- Napierw nie chciał mnie przyjąć.

- Podejrzewał zapewne, że jesteś szpiegiem?

- Tak, milordzie, lecz napisałem do niego list.

- I cóż?...

- Odebrał go... przeczytał, milordzie...

- W liście tym wyraziłeś moje życzenia, opisałeś moje położenie?...

- O tak... odrzekł Parry gorzko - odmalowałem wiernie myśli twoje, milordzie.

- Cóż on na to?...

- General zwrócił mi list mój przez adiutanta, z zawiadomieniom, że, jeśli znajdę się nazajutrz w obwodzie jego dowództwa, każe mnie zaaresztować...

- Zaaresztować!... ciebie!... najwierniejszego mego sługę!...

- Tak, milordzie.

- Na liście podpisałeś się wyraźnie "Parry"?

- Wszystkiemi literami, milordzie! zresztą adjutant znał mnie dobrze dawniej w Saint-James... - dorzucił starzec z westchnieniem... - znał mnie i w White-Hall!...

Nieznajomy pochylił głowę pochmurny, zadumany.

- I cóż więcej?... - zapytał po chwili.

- Niestety, milordzie, przysłano czterech jeźdźców; ci dali mi konia, na którym przyjechałem. Jeźdźcy odprowadzili mnie w największym pędzie do portu Tenby, wrzucili mnie na statek, płynący do Bretanji i oto jestem...

- O!... - westchnął nieznajomy, ściskając ręką drżącą konwulsyjnie gardło, aby powstrzymać dobywające się łkanie - Parry!... czy to już wszystko?... zupełnie wszystko?

- Tak, milordzie, to wszystko!

Po tej krótkiej odpowiedzi Parryego nastąpiła długa chwila milczenia.

ROZDZIAŁ XVII. ODPOCZYNEK D'ARTAGNANA.

Gdyby Ludwik XIX wiedział, jak d'Artagnan skorzystał z otrzymanego zwolnienia, powtórzyłby raz jeszcze, że tłomaczenie się starością i brakiem sił wywołane było tylko chęcią uniknięcia podania rzeczywistych przyczyn prośby o zwolnienie. Boć nie był dowodem braku sił fakt, iż d'Artagnan popędził co koń wyskoczy do zamku Athosa, a nie zastawszy tam nikogo i nie otrzymawszy informacyj co do miejsca jego pobytu, zawrócił konia i z tym samym pośpiechem udał się do Melun, probostwa Aramisa. I tu jednak spotkał go zawód. Zastał tylko Bazina, Bazina, którego zapewne pamiętają czytelnicy, wiernego sługę, i od niego dowiedział się, iż Aramis otrzymał infułę biskupia i rezyduje w Vannes, w Bretanji. Musiał tedy zrezygnować z prób porozumienia się z tymi dwoma przyjaciółmi, na których początkowo liczył. Pozostawał jeden jeszcze: zacny i kochany Porthos. To też D'Artagnan powiedział sobie:

- Jedźmy dalej, w Pierrefonds znajdę najlepszego człowieka i najlepiej zaopatrzoną kasę. Niczego innego nie potrzeba mi zresztą... Na dobre pomysły stać mnie samego...

Lecz Porthosa nie było w Pierrefonds. Mousqueton przyjął d'Artagnana i objaśnił go, iż przed paroma dniami Porthos wyjechał, wezwany listem przez Aramisa.

Melancholja opanowała d'Artagnana. Był więc sam, więzy dawnej przyjaźni zostały stargane, nie mógł już tak, jak ongi liczyć w każdej sprawie na pomoc trzech ludzi - wiernych, dzielnych i pewnych.

Lecz d'Artagnan nie należał do ludzi, łatwo się zniechęcających. Widząc, iż dalszy popyt w Pierrefonds do niczego nie prowadzi, na drugi zaraz dzień udał się do Paryża. Po dwóch dniach śpiesznej podróży zsiadł z konia przy ul. Lombardów, przed sklepem pod "Złotym tłuczkiem".

Człowiek, doskonale wyglądający, przybrany w duży biały fartuch, i gładzący siwy wąs zgrabną, tłustą ręką, krzyknął z radości, ujrzawszy srokatego konia.

- Pan kawaler d'Artagnan?... - zawołał - to pan?...

- Dzień dobry, kochany Planchet, dzień dobry - odrzekł d'Artagnan, wchodząc do sklepu z miną wielkopańską.

- Prędzej... prędzej!... - wolał Planchet - niech tam który zajmie się koniem pana d'Artagnan, inny pokojem, a ty - dodał, zwracając się do najbliższego z chłopców - pobiegnij do kuchni, niech przygotują kolację.

- Dziękuję, Planchet... Jak się macie, chłopcy - rzekł d'Artagnan do uwijających się na wyścigi.

Sklep był doskonale zaopatrzony. W powietrzu unosiła się silna woń imbiru, cynamonu i pieprzu tłuczonego. D'Artagnan, nieprzyzwyczajony do tej woni, kichnął kilka razy.

Chłopcy uszczęśliwieni, że znajdują się w obecności tak słynnego rycerza, porucznika muszkieterów, człowieka, który mógł widzieć króla, ile razy mu się podobało, zabrali się do pracy z zapałem, graniczącym z szaleństwem, i usługiwali kupującym z szybkością i wprawą, ale zarazem z pewnego rodzaju wyższością nad całym tym tłumem, przybywającym do sklepu.

Planchet odbierał pieniądze i wydawał rachunki, przerywając pracę swą komplementami, pod adresem dawnego swego pana.

D'Artagnan skorzystał ze stosownej chwili i przypatrzył się twarzy Plancheta, którego już od roku nie widział. Dawnemu jego służącemu urósł brzuszek, lecz twarz jeszcze nie stłuściała. Wzrok jego błyszczał jak dawniej, bystro i żywo, otyłość, zakrywająca wszelkie wydatności twarzy ludzkiej, nie dotknęła jeszcze jego kości policzkowych, wystających, a będących oznaką chytrości i chciwości, ani też ostro zakończonego podbródka, odradzającego spryt i wytrwałość.

Planchet zachowywał się w sali jadalnej tak sarno majestatycznie, jak i w sklepie. Dawnego pana swego poczęstował kolacją skromna, lecz prawdziwie paryską: pieczyste przygotowane było u piekarza, jarzyna, sałata i deser przyniesiony ze sklepu. D'Artagnan z przyjemnością zauważył, jak Planchet wyciągnął z kąta butelkę wina andegaweńskiego, które od najdawniejszych czasów było najulubieńszym napojem muszkietera.

- Dawniej - odezwał się Planchet z uśmiechem poczciwca - ja pijałem pańskie wino, dziś mam ten zaszczyt, że pan mojego spróbuje.

- Nie tylko spróbuję, mój przyjacielu, lecz zdaje się, że je długo pić będę, bo jestem już zupełnie wolny, swobodny.

- Swobodny?... dostałeś pan urlop?...

- Nieograniczony.

- Jakto?... Porzuciłeś pan służbę?... zapytał Planchet zdumiony.

- Tak jest, chcę trochę odpocząć.

- A król?... - zawołał Planchet, który nie mógł zrozumieć, iż król może obejść się bez usług takiego człowieka, jak d'Artagnan.

- Król poszuka sobie szczęścia gdzieindziej... No a teraz, kiedyśmy zjedli dobrą kolację, a tobie nie brak jak widzę ochoty, do pogawędki, czem naturalnie i mnie pobudzasz do zwierzeń, otwieraj uszy i słuchaj.

- Otwieram...

I Planchet z uśmiechem, dobrodusznym raczej niż złośliwym, odkorkował butelkę białego wina.

- Tylko ostrożnie z głową...

- O!... zanim pan straci głowę...

- Teraz do mnie ona należy, i bardziej mi o nią chodzi, niż kiedykolwiek. Pomówmy najsamprzód o finansach. Co słychać z mojemi pieniędzmi?...

- Świetnie!... Dwadzieścia tysięcy liwrów, które mi pan dałeś, ciągle są w obrocie i przynoszą dziewięć od sta. Oddaję panu z tego siedem, na czysto więc zarabiam na panu.

- I jesteś zawsze zadowolony?...

- Zachwycony!... Czy pan przynosi więcej?...

- Lepiej jeszcze!... ale czy ci potrzeba?...

- Niebardzo. Dziś każdy chętnieby złożył u mnie swe kapitały. Chociaż niby rozszerzam ciągle interes.

- To był twój dawny projekt.

- Bawię się trochę w bank... Odkupuję towar od moich kolegów, znajdujących się chwilowo w potrzebie... pożyczam pieniędzy tym, co nie maja czem wypłat dopełnić...

- Bez lichwy?...

- O!... proszę pana... w zeszłym tygodniu miałem dwa rendez-vous za to słowo, któreś pan w tej chwili wymówił.

- Jakto?...

- Zaraz to panu opowiem. Chodziło o pożyczkę... Pożyczający daje mi w zastaw cukier nierafinowany, z warunkiem, że będę go mógł sprzedać, jeśli wypłata nie zostanie uskutecznioną w oznaczonym dniu. Pożyczam tysiąc liwrów. On nie płaci, ja melassę sprzedaję za tysiąc trzysta. On dowiaduje się o tem, i żąda zwrotu stu dukatów. Ja naturalnie odmawiam, utrzymując, że mógłbym był sprzedać za dziewięćset. On mi na to powiada, że ja jestem lichwiarzem. Poprosiłem go, żeby mi to powtórzył za bulwarami. On, jako dawny gwardzista, przyszedł... wpakowałem mu pańską szpadę w lewe udo.

- Ładny bank!... niema co mówić!... zauważył d'Artagnan...

- Ha!... trudno, proszę pana... powyżej trzynastu od sta biję się - odparł Planchet - takie już moje usposobienie.

- Więc bierz tylko dwanaście - rzekł d'Artagnan - a resztę nazywaj asekuracją i kurtażem.

- I to prawda!... No... ale pański interes?...

- A!... Planchet... kiedy to długie i trudne do powiedzenia.

- W każdym razie niech pan próbuje.

D'Artagnan pogładził wąsa, jak człowiek, co zwierza, się niechętnie i niezbyt ufa powiernikowi.

- Czy idzie o ulokowanie kapitału?...

- Właśnie.

- Procent dobry?

- Niezły... czterysta od sta.

Planchet uderzył pięścią w stół, tak, że wszystkie butelki zachwiały się.

- Czy możebne?...

- Może i trochę więcej - odrzekł, d'Artagnan spokojnie - ale ja zawsze wolę jak najmniej rachować.

- O, do djabła!... - rzekł Planchet, zbliżając się do d'Artagnana. - Ależ to, panie, wspaniały interes!... A dużo można włożyć pieniędzy?...

- Po dwadzieścia tysięcy.

- To cały pański majątek. A na długo?..

- Na miesiąc.

- I to nam przyniesie?...

- Po pięćdziesiąt tysięcy każdemu z nas... porachuj!...

- Pięćdziesiąt tysięcy!... kolosalny interes!... ileż to człowiek musi się natłuc, zanimby doszedł do takiej sumy.

- A i mnie się zdaje, że i w tem trzeba się natłuc - odparł d'Artagnan z najzimniejszą krwią. - Tym razem jednak, kochany Planehecie, jest nas dwóch, ale tłuc to ja się sam będę.

- O, proszę pana, jabym na to nie pozwolił...

- Nie, nie; ty nie możesz się tam znajdować, musiałbyś porzucić handel...

- A więc interes nie w Paryżu?

- Nie.

- Aha!... za granicą...

- W Anglji.

- W Anglji... tak, tak, to kraj spekulacyj... to prawda - rzekł Planchet. - Ja znam dobrze ten kraj. A co za interes, panie, jeśli ciekawość moja nie jest zbyteczną?

- Idzie o restaurację.

- Jakto?... o taki zakład jadłodajny?...

- Ależ nie!...

- Aha!... już wiem... o restaurację... niby o odnowienie. - Właśnie.

- Pomnika?...

- Coś podobnego... odnowimy Whitehall.

- To wielki gmach... i pan sadzi, że w przeciągu miesiąca...

- Tak, to moja rzecz... znam się na tem dobrze... chociaż posłucham chętnie i twojej rady.

- O!... proszę pana... za wiele zaszczytu... zresztą ja-bo nie tego znam się na architekturze...

- Planchet!... mylisz się... jesteś doskonałym architektem, a przynajmniej tak dobrym jak i ja... w interesie, o który chodzi.

- Dziękuję panu...

- Miałem zamiar, przyznaje, przedstawić rzecz całą tamtym panom, wiesz... Ale nie znalazłem żadnego. Gniewa mnie to trochę, bo nie znam na świecie ludzi śmielszych, ani zręczniejszych.

- Aha!... rozumiem... będzie prawdopodobnie duża konkurencja... i rozprawy, komu oddać przedsiębiorstwo.

- Tak, tak... Planchecie, tak.

- Nie uwierzy pan, jak jestem zaciekawiony... chciałbym jak najprędzej poznać szczegóły.

- I owszem... mogę ci je opowiedzieć. Zamknij dobrze drzwi.

Planchet pozamykał wszystkie drzwi na klucz.

- Dobrze... a teraz zbliż się do mnie...

- A przedewszystkiem otwórz okna, bo gwar uliczny i turkot powozów zagłuszy naszą rozmowę, gdyby kto chciał nas podsłuchać.

Planchet otworzył okno, jak mu polecono, i wnet niby tuman wrzawy wdarł się do pokoju. Krzyki, turkot kół, szczekanie, odgłos kroków, wszystko to ogłuszyło na chwile nawet d'Artagnana. Tego sobie jednak właśnie życzył.

Po chwili wypił szklankę wina i zaczął:

- Planchet!... mam myśl!

- Poznaję pana!... - odrzekł kupiec, zaciekawiony i wzruszony.

ROZDZIAŁ V. HOTEL DE MEDICI.

Niezwykíy ruch panował w Blois.

Blois, ciche i spokojne jeszcze zrana, obecnie, dowiedziawszy się o przyjeździe Jego królewskiej mości, zawrzało.

Cala służba zamkowa pod dozorem oficerów przybyła do miasta po prowizje, a prócz tego dziesięciu kurjerów konnych pojechało do Chambord po zwierzynę, do rybaków, zamieszkałych nad Beuvron, po ryby, do ogrodników w Chaverny po kwiaty i owoce.

Wyciągano z magazynów meble, lustra, cała armja biedaków zamiatała podwórza lub myła stopnie kamienne przy bramach, a żony ich tymczasem zbierały na łąkach i w lasach sąsiednich kwiaty polne i gałęzie zielone. Całe miasto odświeżało się, używając do pomocy szczotek, mioteł i wody.

W dolnej części miasta, przy ulicy dość ładnej, zwanej wówczas ulica Starą, a która istotnie starą być musiała, wznosił się poważny budynek z niezmiernie wysokim dachem. Na pierwszem piętrze od ulicy były trzy okna, na drugiem dwa a na trzecim jedno, okrągłe. Dom cały od podstawy do szczytu miał kształt trójkąta.

Z boku tego trójkąta zbudowano świeżo obszerny dom czworoboczny, który frontem występował znacznie na ulicę.

Obiegało podanie, iż w owym domu z frontem w kształcie trójkąta mieszkał za czasów Henryka III-go jakiś radca stanu, do którego przybyła Katarzyna Medici, jak jedni powiadają a wizytą, drudzy zaś - z zamiarem zamordowania go, czego też jakoby dokonała. Tak, czy owak, zawsze podejrzenie jakieś padało na obecność owej damy w tym domu.

Po śmierci radcy, zamordowanego czy też zmarłego w sposób zwykły, mniejsza o to... dom został sprzedany, później opustoszał, wreszcie oddzielony został od innych domostw ulicą.

Dopiero za czasów Ludwika XIII-go włoch pewien, zwany Cropoli, który uciekł z kuchni marszałka d'Ancre, osiedlił się w tym domu. Założył tu maleńki zajazd, w którym przyrządzał makaron tak znakomity, że z kilku mil dookoła przychodzono tu kupować ten przysmak włoski, lub raczyć się nim na miejscu.

Sławę domu powiększyła jeszcze królowa Marja Medici, uwięziona, jak wiadomo, w Blois, która raz jeden zażądała owego makaronu.

Z powodu tego podwójnego zaszczytu, jaki członkowie rodziny Medici wyrządzili trójkątnemu domowi, raz przez morderstwo, drugi raz wskutek makaronu, biednemu Cropoli przyszła myśl nadać zajazdowi swojemu jakiejś szumnej nazwy.

Postanowił więc obstalować szyld z portretami Marji i Katarzyny Medici i napisem:

HOTEL DE MEDICI

Nie zdążył tego dokonać, dopiero syn jego wziął się do dzieła, wymarzonego przez ojca.

Przedewszystkiem należało wyszukać malarza, któryby znak nad bramą wymalował.

Malarz znalazł się wkrótce.

Był to stary włoch, nazwiskiem Pittrino.

Jakże wielką była jego radość, gdy wezwany raz przez pana Cropol, dowiedział się o pianie zmarłego Cropoli, i że nań spada zaszczyt wymalowania znaku nad bramą. Z zapałem zabrał się do przetrząśnięcia swej starej skrzynki, w której znalazł pędzle, nadgryzione nieco przez szczury, ale jeszcze możliwe, farby prawie zeschnięte, oliwę w małej buteleczce i paletę. Z zapałem wziął się do pracy i, idąc w ślady Rafaela, wymalował dwie postacie podobniejsze do bogiń, niż do królowych. Dwie dostojne te osoby miały tyle wdzięku i syreniego powabu, że urzędnik miejski, przypuszczony do tajemnicy, oświadczył, iż są za piękne, aby figurować mogły na znaku nad bramą w oczach całego miejskiego pospólstwa.

- Jego królewska wysokość książę pan - rzekł do Pittrina - pogniewałby się, ujrzawszy dostojna matkę swoja tak niedostatecznie ubrana, i wysłałby pana do ciemnicy.

Nie było na to co powiedzieć... należało tylko podziękować urzędnikowi za ostrzeżenie. Tak też Cropol uczynił.

Oblicze Pittrina zasępiło się okropnie. Przeczuwał on, co z tego wyniknie. Zaledwie urzędnik wyszedł z zajazdu, Cropol, skrzyżowawszy ręce odezwał się do Pittrina:

- No?., i cóż zrobimy mistrzu?..

- A cóż?.. trzeba będzie zamazać napis... mam doskonała czarna farbę, to się zrobi od ręki... a na miejscu "Medici" napisze się: "Pod syrenami", albo "Pod nimfami", stosownie do waszej woli.

- Nie... nie... - odrzekł Cropol - toby się sprzeciwiało woli mojego ojca... Jemu wyraźnie zależało na tym podpisie.

- No.. ale cóż zrobić z temi figurami?.. Zostawić je? - zawołał zrozpaczony Pittrino.

- Ależ ja nie chcę, mój mistrzu, aby ciebie wpakowano do ciemnicy, a mnie do więzienia.

- Wymażmy napis - błagał Pittrino.

- Nie... - odrzekł stanowczo Cropol - A!... mam myśl znakomita... wszystko da się pogodzić... i twoja praca będzie jaśniała na widocznem miejscu i mój napis pozostanie.

- W jaki sposób!..

- Przecież "Medici" znaczy po włosku: lekarze?..

- Tak... w liczbie mnogiej...

- A więc postaramy się o nowa blachę... ty namalujesz sześciu lekarzy i podpiszemy pod tem.

HOTEL DE MEDICI.

To będzie zgodnie z wola ojca a zarazem dowcipnie... uważasz... bo to niby gra słów.

- Sześciu lekarzy?.. ależ to niemożebne!.. a układ, a kompozycja?...

- To już twoja rzecz... tak jednak być musi... ja tak chcę.. tak trzeba...

Odpowiedź ta była tak stanowcza, iż Pittrino musiał być posłusznym.

I wymalował sześciu lekarzy, a pod nimi żądany podpis, urzędnik miejski ujrzawszy nowy znak, pochwalił kompozycję i dal zezwolenie swoje na umieszczenie go nad bramą domu.

ROZDZIAŁ XIII. MARJA MANCINI.

Słońce oświetlało zaledwie pierwszemi promieniami wielkie drzewa w parku i wysokie wieżyczki zamkowe, gdy miody król, zbudziwszy się już przed dwiema godzinami, miłość bowiem spać mu nie pozwalała, otworzył sam okiennice i rzucił ciekawe spojrzenie na podwórze zamku, pogrążonego we śnie. Widział, że nadchodzi godzina umówiona. Wielki zegar zamkowy wskazywał kwadrans na piątą. Nie wezwał wcale pokojowca, śpiącego smacznie w pobliżu, ubrał się sam.

Następnie zszedł małemi schodkami, potem przez bramę boczną i spostrzegł pod murem parkowym jeźdźca na koniu, trzymającego drugiego konia za cugle. Jeźdźca nie można było poznać, tak zawinął się w płaszcz i przysłonił twarz kapeluszem. Co do konia, osiodłanego na sposób mieszczański, ten nie przedstawiał nic szczególnego dla oka znawcy. Ludwik ujął konia za cugle; oficer przytrzymał mu strzemiona, nie zsiadając wcale z konia, a następnie przyciszonym głosem spytał o rozkazy Jego Królewskiej Mości.

- Proszę za mną - odparł Ludwik XIV-ty.

Oficer puścił konia truchtem za koniem swego pana i w ten sposób zbliżali się do mostu.

Gdy znaleźli się już po drugiej stronie Loary. -

- Poruczniku - rzekł król - bądź łaskaw puścić się przodem i jechać tak długo, dopóki nie dostrzeżesz karety. Potem powrócisz i uprzedzisz mnie o tem. Ja tutaj zaczekam.

- Wasza Królewska Mość raczy dać mi bliższe jakieś szczegóły co do owej karety, którą mam spotkać.

- Będą w niej siedziały dwie kobiety... prawdopodobnie druga kareta ze służbą znajdzie się w tyle.

- Najjaśniejszy panie... nie chciałbym się pomylić!... Czy Wasza Królewska Mość nie mógłby mi dać jeszcze jakiego wyraźniejszego znaku?

- Być może, iż na karecie będą herby pana kardynała.

- Dobrze, Najjaśniejszy Panie - odrzekł oficer, należycie już objaśniony.

Puścił konia krótkim galopem i jechał drogą, wskazaną przez króla.

Nie ujechał nawet pięciuset kroków, gdy ujrzał tuż za pagórkiem karetę, zaprzężony w cztery muły. Za tą karetą szła druga.

Jednym rzutem oka przekonał się, iż były to właśnie powozy, których szukał.

Zawrócił i pędem podjechał do monarchy.

- Najjaśniejszy Panie - rzekł - karety nadjeżdżają. W pierwszej istotnie siedzą dwie panie z pokojowemi. Druga mieści służących i kufry podróżne.

- Dobrze... dobrze - odrzekł król, głosem bardzo wzruszonym. - A więc, poruczniku, proszę cię, oświadcz tym paniom, iż ktoś z dworu pragnie im złożyć swe hołdy, ale im tylko samym.

Oficer popędził galopem.

- Mordioux... - mówił jadąc. - Mam więc nowe stanowisko!... i zaszczytne!.. skarżyłem się, iż jestem niczem, a otóż zostałem powiernikiem królewskim... Muszkieter!... A doprawdy, możnaby umrzeć z radości i dumy!...

Zbliżył się do karety i wywiązał się z polecenia, jak posłaniec elegancki i sprytny.

W karecie siedziały dwie kobiety, z których jedna bardzo ładna, chociaż troszkę za szczupła, druga zaś obdarzona mniej hojnie od natury, lecz za to żywa i zgrabna.

Do tej drugiej właśnie zwrócił się d'Artagnan i nie omylił się wcale, chociaż, jak to już powiedzieliśmy, pierwsza była o wiele piękniejszą.

- Pani - rzekł - jestem porucznikiem muszkieterów. Tam na drodze oczekuje młodzieniec, należący do dworu, a pragnący złożyć paniom swe hołdy.

Na te słowa dama z czarnemi oczami wydala okrzyk radości, wychyliła się przez drzwiczki i, widząc młodzieńca nadbiegającego, wyciągnęła ku niemu ramiona, wołając:

- A!... najdroższy!...

I łzy wytrysnęły z jej oczu.

Woźnica zatrzymał konie, pokojowe cofnęły się w głąb karety, a druga z dam złożyła przybyłemu ukłon pełen szacunku, uśmiechając się przytem ironicznie, w oczach jej błyszczał płomień zazdrości.

- Marjo!... najdroższa Marjo!... - zawołał król, chwytając w swe dłonie obie ręce damy z czarnemi oczami.

I, otworzywszy drzwiczki karety, pochwycił ją w ramiona lekko, zgrabnie i zatrzymał przez chwile w swem objęciu.

Porucznik stał po drugiej stronie karety, i niedostrzeżony przez nikogo, widział i słyszał wszystko, co się działo.

Król ofiarował ramie swoje pannie Mancini i dał znak woźnicy i lokajom, aby zwolna jechali dalej.

Powietrze poranne było świeże, przyjemne. Na gałęziach i liściach drzew błyszczały krople rosy, niby drobne djamenty, mieniące się w promieniach wschodzącego słońca. Trawy i kwiaty polne rozkwitały po bokach drogi. Jaskółki, przybyłe przed kilkoma dniami, zakreślały wdzięczne koła pomiędzy niebem a ziemią. Lekki wietrzyk niósł balsamiczna woń z pobliskich lasów i muskał delikatnie gładką powierzchnie rzeki, płynącej wolno. Wszystkie te piękności dnia, te zapachy roślin, te westchnienia ziemi, wysyłane ku niebu, upajały dwoje zakochanych, idących obok siebie, ręka w rękę, patrzących sobie w oczy i milczących, choć tyle mieli sobie do powiedzenia.

Porucznik dostrzegł, że koń, swobodnie puszczony, błąkał się tu i owdzie i nabawiał strachu pannę Mancini. Skorzystał tedy ze sposobności, podszedł do konia, pochwycił go źa uzdę i, postępując pieszo pomiędzy dworna rumakami, nie stracił ani jednego słowa z rozmowy dwojga młodych.

Panna Mancini pierwsza się odezwała:

- Najdroższy!... naujkochańszy!... więc mnie nie opuszczasz?...

- Nie... - odrzekł król - widzisz to sama przecież, Marjo.

- A jednak tyle mi nagadano, że, gdy tylko się rozłączymy, już nie pomyślisz o mnie.

- Droga Marjo, czyż to dziś dopiero zauważyłaś, iż jesteśmy otoczeni ludźmi, którym zależy na tem, aby nas okłamywać...

- Ależ ta podróż... to przymierze z Hiszpania... Maja cię ożenić?

Ludwik pochylił głowę.

Równocześnie porucznik dostrzegł błyszczące, przelotne spojrzenie Marji.

- I nic nie uczyniłeś dla naszej miłości?... - zapytała Marja po krótkiej chwili milczenia.

- Czyż możesz w to uwierzyć?... Rzuciłem się na kolana przed matka moja, prosiłem, błagałem, powiedziałem, że tylko przy tobie mogę być szczęśliwy... posunąłem się nawet do groźby...

- No i co?... - zawołała żywo Marja.

- Królowa-matka napisała w tej chwili do Rzymu, i odpowiedziano jej, że małżeństwo nasze, zawarte wbrew jej woli, nie miałoby znaczenia i zostałoby unieważnione przez Ojca Świętego. Widząc nareszcie, że nie pozostaje nam już żadna nadzieja, prosiłem, aby odłożono małżeństwo moje z infantka.

- Co jednak nie przeszkadza, iż teraz właśnie jedziesz do niej.

- Cóż chcesz, na moje prośby, na me błagania, na łzy moje, odpowiedziano mi względami na dobro kraju.

- A więc?

- A więc... cóż miałem robić, skoro tyle sił jednoczy się przeciwko mnie jednemu.

Tym razem Marja spuściła głowę.

- Więc trzeba nam się nazawsze pożegnać!... - rzekła. - Wiesz przecie, iż mnie wypędzają, skazują na wygnanie, żywcem wtrącają mnie do grobu... wiesz, że gorzej nawet ze mną postępują, bo i mnie chcą wydać zamąż... tak jest... i mnie także!...

Ludwik pobladł i przycisnął rękę do serca.

- Gdyby to chodziło tylko o moje życie... o!... i ja byłam bardzo prześladowana... tak bardzo, iż byłabym ustąpiła... ale udawało mi się, że tu rozchodzi się o ciebie... walczyłam więc do ostatka, myśląc, że czynię to dla twojego dobra.

- O tak!... skarbie mój najdroższy!... - dziękował król grzecznie raczej, niż namiętnie.

- Kardynał byłby ustąpił, gdybyś był zwrócił się do niego, gdybyś nastawał koniecznie. Rozumiesz przecie... jakiżby to był zaszczyt dla niego, gdyby króla Francji mógł nazwać swym synowcem... Co onby dał za to... gotówby nawet prowadzić wojnę. Mając pewność, iż będzie mógł rządzić sam, pod podwójnym pretekstem, bo wychował króla i dał mu za żonę swą siostrzenicę, zwyciężyłby on wszystkirh, zniósłby wszelkie przeszkody... O!... jestem tego najpewniejszą... Jestem kobietą, widzę jasno wszystko, co dotyczy miłości.

Słowa te wywarły na królu dziwne wrażenie. Zamiast ożywić go, zdawało się, iż, mroziły jego namiętność. Zwolnił kroku, milczał przez chwilę i wreszcie odezwał się szybko, jakby zdeterminowany:

- Ha!... cóż robić... próbowałem wszystkich środków...

- Prócz woli stanowczej... nieprawdaż?...

- Niestety - odparł król, rumieniąc się - czyż ja mam wolę?

- O!... - westchnęła Marja, którą boleśnie dotknęły te słowa.

- Król może mieć taką tylko wolę, jaką dyktuje mu polityka, jaką narzuca mu dobro państwa.

- To znaczy, Najjaśniejszy Panie, iż mnie nie kochasz... o!... nie tłomacz się... gdybyś mnie kochał, zdobyłbyś się na krok stanowczy.

Mówiąc te słowa, Marja podniosła wzrok na swego kochanka, i ujrzała twarz jego bladą, znękaną, jak twarz wygnańca, który na wieki żegna swój kraj rodzinny.

- Oskarżaj mnie - odrzekł król pocichu - lecz nie mów, iż cię nie kocham.

- Nie chce nawet przypuścić - odezwała się panna Mancini, czyniąc ostatni wysiłek - iż jutro lub pojutrze nie ujrzę cie już więcej, że nie ujrzę cię nigdy. Nie mogę pomyśleć, że spędzać mam dni moje w smutku, zdala od Paryża, że wargi jakiegoś starca, jakiegoś nieznajomego dotykać będą reki, którą trzymasz w twej dłoni... nie... nie... nie chce myśleć o tem wszystkiem, bo czuje, że serce pękłoby mi z rozpaczy.

Istotnie Marja Mancini zalała się łzami.

I król także otarł łzy chustką i stłumił łkanie, gwałtownie dobywające się z piersi.

- Widzisz - rzekła - powozy zatrzymały się, siostra czeka na mnie... już czas najwyższy... To, co postanowisz teraz, postanowisz na całe życie... O!... Najjaśniejszy Panie, czyż chcesz, Ludwiku, aby ta, do której tyle razy mówiłeś: "kocham cię", należała do innego., nie do swego króla, do swego pana, do swego kochanka?... Odwagi!... Ludwiku, słowo!... przemów tylko jedno słowo!... Powiedz tylko "chcę", a całe życie moje przykułem zostanie na zawsze do twego, całe serce moje należeć będzie do ciebie na zawsze.

Król nic nie odpowiedział.

- Żegnaj wiec - rzekła Marja - żegnaj mi, życie!... żegnaj miłości!... żegnaj mi niebo moje!...

I postąpiła krok, oddalając się. Król ją zatrzymał, pochwycił ją za rękę, przycisnął do ust, i jak gdyby rozpacz brała górę nad postanowieniem powziętem w myśli, z oczu jego pociekła na rękę Marji łza gorąca.

Panna Mancini zadrżała, jak gdyby istotnie łza ta ją sparzyła. Widziała wilgotne oczy króla, widziała czoło jego blade, wargi konwulsyjnie wykrzywione i zawołała głosom, którego żadne pióro nie byłoby w stanie opisać:

- O!... Najjaśniejszy Panie!... Tyś królem... płaczesz... a ja odjeżdżam!...

Król za całą odpowiedź ukrył twarz w chustce. Porucznik mruknął coś tak głośno, że nawet konie się przestraszyły.

Panna Mancini opuściła króla, wskoczyła szybko do karety i krzyknęła na woźnicę:

- Jedź!... jedź prędzej!...

ROZDZIAŁ XVI. REMEMBER.

W pół godziny później wyminął naszych podróżnych jakiś jeździec, pędzący galopem drogą do Blois, i pomimo, że spieszno mu było widocznie, nie omieszkał pozdrowić ich uchyleniem kapelusza. Król Karol nie zwrócił prawie uwagi na owego młodego jeźdźca, ten bowiem, co ich wyminął, był młodzieńcem dwudziesto-cztero lub piecioletnim.

Odwrócił on się kilkakrotnie i dawał przyjacielskie znaki starcowi, stojącemu przy bramie pięknego domu, białego i czerwonego, zbudowanego z cegły i kamieni, pokrytego łupkowym dachem, a stojącego po prawej stronie drogi, którą jechali podróżni.

Człowiek ów, starzec wysoki, chudy, z białemi włosami - mówimy o tym, który stał przy bramie - odpowiadał również znakami pożegnania, a tak czułemi, tak pełnemi przywiązania, iż możnaby posądzić, że to ojciec żegna się z synem.

Młody jeździec zniknął na pierwszym zakręcie drogi, gęsto wysadzanej drzewami, a starzec już miał wejść do domu, gdy uwagę jego zwrócili dwaj podróżni, zbliżający się po drodze. Król Karol, bardzo przygnębiony, jechał spuściwszy głowę, zdając się na chód, a nawet na kaprysy konia. Parry, chcąc nacieszyć się ciepłemi promieniami słońca, zrzucił kapelusz i rozglądał sie po drodze na prawo i na lewo.

Naraz wzrok jego spotkał się ze wzrokiem starca, opartego o bramę, który, jak gdyby uderzony jakimś niezwykłym widokiem, wydał okrzyk i postąpił kilka kroków ku podróżnym.

Z twarzy Parryego spojrzenie starca przeniosło się zaraz na twarz monarchy i zatrzymało się na niej przez chwilę.

Zaledwie poznał młodszego z podróżnych - mówimy, poznał, - gdyż tylko poznanie mogłoby wytłomaczyć jego znalezienie się - zaledwie go więc poznał, złożył ręce z wyrazem najwyższego podziwu, a następnie, zdjąwszy kapelusz, skłonił się z szacunkiem tak nisko, iż możnaby powiedzieć, że przyklęknął na jedno kolano.

Podobny objaw szacunku zwrócił uwagę Karola, jakkolwiek był zamyślony, a raczej głęboko zadumany.

Król Anglji zatrzymał konia i, odwróciwszy się do Parryego, zapytał:

- Mój Boże... Parry... co to za człowiek tak mnie pozdrawia?... Czyżby mnie znał przypadkiem?...

Parry, wzruszony, blady, już pomknął ku bramie.

- Najjaśniejszy Panie - odrzekł, zatrzymując się o pięć czy sześć kroków od klęczącego wciąż starca.. - Najjaśniejszy Panie!... widzisz moje zdziwienie, zdaje mi się bowiem, iż poznaję tego dzielnego człowieka.... Ależ tak! nie mylę się... to on!... Czy Wasza Królewska Mość pozwoli mi, bym do niego przemówił?...

- Naturalnie.

- Czy to ty?... panie Grimaud?... - zapytał Parry.

- Tak, to ja - odrzekł starzec, prostując się, lecz nie tracąc postawy pełnej szacunku.

- Najjaśniejszy Panie - rzekł wtedy Parry - ten człowiek jest służącym hrabiego de La Fere, a hrabia de La Fere, jest, jeżeli sobie Wasza Królewska Mość przypomina, owym szlachcicem, o którym mówiłem tak często, a którego nazwisko nieraz zapewne dźwięczy w głowie i sercu Waszej Królewskiej Mości.

- To ten, co był obecny przy śmierci mego ojca?... - zapytał Karol.

Król Anglji zadrżał widocznie na to smutne wspomnienie.

- Ten sam, Najjaśniejszy Panie.

- Niestety!... - rzeki Karol.

Potem, zwracając się do Grimauda, którego oczy żywe i inteligentne starały się odgadnąć myśl królewską, zapytał:

- Mój przyjacielu, czy twój pan, hrabia de La Fere, mieszka w tych okolicach?

- Tam - odrzekł Grimaud, wskazując ręką wyciągniętą na dom za bramą....

- A czy pan hrabia jest w tej chwili w domu?...

- W głębi pod kasztanami.

- Parry - rzekł król - nie mogę zaniedbać sposobności, tak dla mnie przyjemnej, i nie podziękować temu szlachcicowi za poświęcenie i wspaniałomyślność, jaką okazał względem mej rodziny. Potrzymaj mi konia, mój przyjacielu!...

I, rzuciwszy cugle do rąk Grimauda, wszedł sam do Athosa, jak równy do równego.

Karol, objaśniony zwięzłą odpowiedzią: "w głębi pod kasztanami", wyminął dom na lewo i udał się na prawo w wskazaną aleję. Nietrudno mu było zresztą trafić; zdaleka już widniał szczyt drzewa, przewyższającego inne, a okrytego wcześnie rozwiniętem liściem i kwieciem.

Na odgłos jego kroków, hrabia de La Fere odwrócił głowę i, widząc nieznajomego o postawie pięknej i szlachetnej, zbliżającego się ku niemu, zdjął kapelusz z głowy i czekał. O kilka kroków Karol również zdjął kapelusz, poczem, jak gdyby odpowiadając na nieme zapytanie hrabiego, rzekł:

- Panie hrabio, przychodzę spełnić obowiązek mój względem pana. Oddawna już winien jestem złożyć ci wyrazy najgłębszej wdzięczności. Jestem Karol Stuart, syn Karola I-go, który panował nad Anglją i zginął na szafocie.

Na dźwięk tego dostojnego imienia, Athos poczuł jak dreszcz przebiegł mu po żyłach a widok, jak młody monarcha stał przed nim z odkrytą głową i dłoń swą doń wyciągał, wycisnął mu dwie łzy, co na chwilę zmąciły pogodny lazur jego oczu i szybko stoczyły się po policzkach.

Opuścił głowę i skłonił się z szacunkiem.

Młody król ujął go za rękę i rzekł:

- Widzisz jak jestem nieszczęśliwy, panie hrabio... potrzeba było dopiero przypadku, abym mógł zbliżyć się do ciebie!... Niestety... czyż nie powinienem mieć koło siebie ludzi, których kocham i czczę, gdy tymczasem ograniczyć się muszę jedynie na zachowaniu imion oraz ich przysług w sercu mem i pamięci. I oto tak dalece, że gdyby służący twój nie poznał mojego, przejechałbym koło domu tego jak obcy, jak nieznajomy.

- To prawda - odpowiedział Athos głosem na pierwsza część zdania, wypowiedzianego przez Karola, a ukłonem na druga. - To prawda!.. Wasza Królewska Mość przebył bardzo ciężkie czasy...

- A cięższe może jeszcze niestety... - odparł król - czekają mnie w przyszłości.

- Najjaśniejszy Panie!.. miejmy nadzieję...

- Hrabio!.. Hrabio!.. - mówił dalej Karol, wstrząsając głowa - miałem nadzieję aż do wczorajszego wieczora... a była to nadzieja, jak na dobrego chrześcijanina przystało... przysięgam...

Athos patrzył na króla Anglji, jakby chciał go zapytać o znaczenie tych słów.

- O!., rzecz łatwa do opowiedzenia - rzekł Karol - wygnany, wydziedziczony, wzgardzony, postanowiłem pomimo wszelkich zawodów jeszcze raz popróbować szczęścia... Czyż nie jest zapisane tam na górze, że dla rodziny naszej wszystkie szczęścia i nieszczęścia pochodzić będą z Francji?.. Wiesz o tem cokolwiek, hrabio, ty, co jesteś jednym z francuzów, których ojciec mój nieszczęśliwy znalazł u stóp szafotu w dniu śmierci, spotkawszy ich pierwej obok siebie w dniu walki.

- Najjaśniejszy Panie - odrzekł Athos skromnie - nie byłem sam, a towarzysze moi i ja spełniliśmy tylko przy tej sposobności obowiązek, jaki szlachcie spełnić najeżało... oto wszystko... Lecz Wasza Królewska Mość raczył mi wspomnieć...

- To prawda... miałem... protekcję... wybacz mi to wahanie, hrabio, lecz ty, co wszystko rozumiesz, zrozumiesz i to, jak ciężko przychodzi Stuartowi wymówić to słowo. Miałem powiadam protekcję kuzyna mojego, stadhoudera Holandji... lecz bez wtrącenia się Francji, albo co najmniej bez upoważnienia z jej strony, stadhouder nie chce zacząć pierwszy... Przybyłem więc prosić o owo upoważnienie króla Francji. Odmówiono mi.

- Król odmówił, Najjaśniejszy Panie?..

- O!.. nie on, trzeba oddać tę sprawiedliwość mojemu bratu Ludwikowi... Odmówił mi pan Mazarini.

Athos przygryzł wargi.

- Powiesz mi może, iż powinienem był spodziewać się tej odmowy?.. - zapytał Karol, widząc ten ruch Athosa.

- Istotnie to miałem na myśli - odrzekł z szacunkiem hrabia. - Znam tego włocha na wylot.

- Postanowiłem tedy doprowadzić rzeczy do ostatka i dowiedzieć się o ostatniem słowie mego przeznaczenia. Powiedziałem bratu memu Ludwikowi, iż, aby nie kompromitować Francji lub Holandji, sam osobiście jeszcze popróbuję szczęścia, jak już próbowałem, na czele dwustu szlachty, gdyby mi ich użyczył, lub za pomocą miljona, gdyby mi go pożyczył...

- I...

- I uczuwam w tej chwili, hrabio, coś dziwnego... jest to zadowolenie rozpaczy. Niektóre dusze, a widzę, że i moja do ich liczby należy, odczuwają pewnego rodzaju prawdziwe zadowolenie, gdy mają już pewność, że wszystko stracone, że nadeszła godzina zupełnego upadku!..

- O!.. mam nadzieję - rzekł Athos - iż Wasza Królewska Mość nie doszedł jeszcze do tej ostateczności.

- Jeżeli tak mówisz, panie hrabio, jeżeli próbujesz w mem sercu obudzić choćby iskrę nadziei, to widocznie nie zrozumiałeś tego, com ci powiedział. Przybyłem do Blois, chcąc wyżebrać u brata mojego Ludwika XIV-go ów miljon, za pomocą którego miałem nadzieję odzyskać tron mój i koronę... mój brat Ludwik odmówił mi. Widzisz więc, że wszystko stracono.

- Czy Wasza Królewska Mość pozwoli mi odpowiedzieć przeciwnem zdaniem?..

- Jakto, hrabio, sądzisz chyba, że jestem tak ograniczony, iż nie umiem sobie zdać sprawy z położenia.

- Najjaśniejszy Panie, daleki jestem od podobnej myśli, lecą widziałem nieraz a nawet prawie zawsze, jak z położenia prawdziwie rozpaczliwego wytryskało nagle wielkie szczęście.

- Dziękuje ci, hrabio!.. Dobrze to jest odnaleźć serce podobne do twego, ufające w pomoc Bożą i nierozpaczające nigdy nad dola królewska, choćby ona nawet była zupełnie już upadła. Niestety, słowa twoje, kochany hrabio, są zupełnie jak owe lekarstwa, uważane za cudowne, co choć są w stanie uzdrowić bolesna ranę, lecz śmierci się jednak oprzeć nie potrafią. Dziękuję ci za pociechę, jaką pragniesz wlać w serce, dziękuję za życzliwość... lecz wiem, co mam sądzić o sobie samym. Dziś już mnie nic nie zbawi. Jestem tak dalece o tem przekonany, że w drogę na wygnanie wybrałem się ze starym Parrym... Jedziemy rozkoszować się ciągłemi a dotkliwemi przykrościami i nieustannym bólem w maleńkim klasztorze, jaki ofiarowano mi na pobyt w Holandji. Tam, wierz mi, hrabio, tam wszystko wkrótce się skończy, śmierć szybko nadejdzie... przybędzie ona na wezwanie ciała, toczącego duszę, i na wezwanie duszy, wzdychającej ku niebu.

- Wasza Królewska Mość ma przecież matkę, siostrę, braci... Wasza Królewska Mość jest głową rodziny... Należy więc prosić Boga o życie jak najdłuższe, a nie o śmierć szybką. Wasza Królewska Mość jest zbiegiem, jest wygnańcem, lecz ma jednak słuszne prawa... Stawać w obronie tych praw, walczyć, śmiało stawiać czoło niebezpieczeństwom... oto obowiązek Waszej Królewskiej Mości... nie zaś wzdychać o jak najprędszy spoczynek w niebie.

- Hrabio - rzekł Karol z wyrazem smutku nie do opisania - czyś słyszał kiedy, aby król odzyskał swe królestwo przy pomocy sługi, starego jak Parry, i z trzydziestu dukatami, jakie sługa ów ma przy sobie?

- Nie, Najjaśniejszy Panie, czegoś podobnego, co prawda nie słyszałem, lecz za to słyszałem i to nieraz, że król wydziedziczony odzyskiwał tron swój przy woli silnej, wytrwałości, a pomocą przyjaciół i miljona, dobrze użytego.

- Widocznie, hrabio, nie chcesz mnie zrozumieć!... Ależ właśnie o ów miljon prosiłem Ludwika XIV-go a on odmówił mej prośbie!..

- Najjaśniejszy Panie, - rzekł Athos. - Czy Wasza Królewska Mość poświęci mi kilka minut i posłucha tego, co mam do powiedzenia?

Karol wpatrzył się w Athosa.

- Chętnie, hrabio... słucham!..

- W takim razie wskażę drogę Waszej Królewskiej Mości - rzekł Athos, zwracając się ku swemu domowi.

I zaprowadził Karola II-go do swego gabinetu.

- Najjaśniejszy Panie - rzekł - Wasza Królewska Mość wspomniał przed chwilą, że przy obecnym stanie rzeczy w Anglji miljon wystarczy na odzyskanie tronu.

- Za tę sumę możnaby przynajmniej spróbować coś podobnego, a w razie nieudania się umrzeć po królewsku.

- A więc, Najjaśniejszy Panie, proszę o łaskawe wysłuchanie tego, co powiem.

Karol dał znak przyzwolenia skinieniem głowy.

Athos podszedł do drzwi, zobaczył, czy nikogo niema w drugim pokoju, następnie zamknął je na zasuwkę.

- Wasza Królewska Mość raczył wspomnieć, że byłem w pobliżu szlachetnego, lecz nieszczęśliwego Karola I-go w chwili, gdy kat prowadził go z Saint-James do White-Hall.

- Tego nigdy nie zapomnę.

- Smutna to historja, Najjaśniejszy Panie, dla uszu synowskich, które ją zresztą nieraz słyszały. Raz jeszcze musisz jej wysłuchać, Najjaśniejszy Panie, a to z powodu szczegółów, dotąd ci nieznanych.

- Mów, hrabio, proszę.

- Gdy król, ojciec Waszej Królewskiej Mości, wstąpił na rusztowanie, a właściwie przeszedł z izby na szafot, wzniesiony tuż pod jego oknem, wszystko było przygotowane do jego ucieczki. Kat został usunięty, w podłodze pokoju, w którym król spędził ostatnie chwile, przygotowany już był odpowiedni otwór. Ja sam byłem pod tem strasznem sklepieniem, trzeszczącem nad moją głowią.

- Wszystkie te straszne szczegóły już mi Parry opowiadał.

Athos skłonił się i dodał:

- Nie mógł jednak opowiedzieć tego, co zaszło miedzy Bogiem, a ojcem Waszej Królewskiej Mości, i mną, gdyż ja sam nigdy o tem nie wspominałem nawet najbliższym moim przyjaciołom. "Oddal się - rzekł dostojny skazaniec do swego kata, osłoniętego maską - tylko na chwile... wiesz przecie, że i tak głowa moja do ciebie należy... Pamiętaj jednak nie uderzać wcześniej, aż dam ci znak. Chce tymczasem sie swobodnie pomodlić".

- Przepraszam cie, hrabio - rzekł Karol II-gi blednąc - lecz znając wszelkie szczegóły tego strasznego, krwawego wypadku, szczegóły, których nie wyjawiłeś, jak sam powiadasz nikomu, czy wiesz, jak się nazywał ten kat piekielny, ten nędznik, co ukrył swą twarz, aby bezkarnie zabić króla.

Athos pobladł nieznacznie.

- Jego nazwisko?.. - rzekł - tak jest... znam je, lecz nie mogę wyjawić.

- Co się z nim stało, nikt bowiem w Anglji nie wie o jego losie?

- Umarł!..

- Lecz nie umarł na łożu?... nie umarł przecież śmiercią spokojną, słodką, śmiercią ludzi uczciwych?...

- Umarł śmiercią gwałtowną, podczas nocy strasznej, burzliwej, wśród objawów najstraszniejszego gniewu Boga i ludzi!... Ciało jego, przeszyte sztyletem, pochłonęły fale oceanu... Niechaj Bóg wybaczy jego zabójcy.

- Pomińmy to - przerwał Karol, widząc, że hrabia nie chce więcej rozmawiać o tym przedmiocie.

- Król Anglji, przemówiwszy w sposób, jak to już wspomniałem do zamaskowanego kata, dodał: uderzysz, rozumiesz mnie?... uderzysz, gdy wyciągnę ręce i powiem słowo: REMEMBER".

- Istotnie... - odrzekł Karol - wiem, że to było ostatnie słowo, wymówione przez mego ojca. Do dziś dnia jednak nie wiem, dlaczego wymówił to słowo, do kogo je zwrócił?

- Do szlachcica francuskiego, znajdującego się wówczas pod szafotem.

- A więc do ciebie, panie hrabio!...

- Tak jest, Najjaśniejszy Panie, a każde słowo, jakie wówczas usłyszałem przez deski, nakryte czarnem suknem, dźwięczy dotychczas w moich uszach. Król, przyklęknąwszy na jedno kolano, zapytał: "Czy jesteś tam, hrabio de la Fere?..." - "Jestem, Najjaśniejszy Panie'" - odpowiedziałem. Wówczas król pochylił się ku podłodze.

I Karol również nachylił się, chcąc usłyszeć każde słowo, każdy wyraz, wypowiedziany przez ojca swego w ostatniej chwili życia. Głowa jego dotykała głowy Athosa.

- Król pochylił się ku podłodze, jak gdyby się modlił. "Hrabio de La Fere - rzekł - nie mogłem być uratowany, pomimo twych zabiegów... widocznie nie zasłużyłem na to... Teraz jednak, choćbym miał popełnić świętokradztwo, chcę ci coś powiedzieć... Tak... rozmawiałem już z ludźmi... rozmawiałem już z Bogiem... do ciebie zwracam ostatnie me słowa... Dla podtrzymania sprawy, według mojego pojęcia, świętej, straciłem tron ojców i naraziłem na utratę spadku dzieci moje".

Karol II-go ukrył twarz w dłoniach, a kilka łez pociekło pomiędzy palce białej, wychudłej ręki.

- "Mam jeszcze miljon w złocie - mówił król dalej. - Miljon ten zakopałem w piwnicy zamku Newcastle, w chwili, gdym opuszczał to miasto".

Karol podniósł głowę z wyrazem bolesnej radości, która zmusiłaby każdego, znającego dzieje tych strasznych nieszczęść do płaczu.

- Miljon?... - szepnął król Karol.

- "Ty jeden wiesz, gdzie są te pieniądze... Zrób z nich użytek wówczas, gdy zobaczysz, że są koniecznie potrzebne dla mego ukochanego najstarszego syna... A teraz, hrabio de La Fere, pożegnaj mnie!..." - "Żegnaj!... Żegnaj mi, Najjaśniejszy Panie!..." - zawołałem.

- Wtenczas to król wymówił słowo:

"REMEMBER"

zwrócone do mnie. Widzisz, Najjaśniejszy Panie, jak dobrze pamiętam ostatnie jego słowa.

Król nie mógł oprzeć się wzruszeniu. Athos widział, jak ramiona jego poruszały się konwulsyjnie. Siła woli tłumił gwałtowne łkanie, wydobywające się z piersi.

Athos umilkł, bo i jego dusiły te wspomnienia gorzkie, których z przykrością dotknąć musiał w obecności Karola II-go.

Król, zdobywszy się na wysiłek, odszedł od okna, połknął łzy, gwałtem cisnące się do oczu, i powrócił do Athosa.

- Najjaśniejszy Panie - rzekł hrabia de La Fere - do dzisiejszego dnia nie zdawało mi się, aby nadeszła godzina, stosowna na użycie tego ostatniego środka; widziałem jednak, iż godzina ta się zbliża. Jutro właśnie chciałem rozpytać, gdzie Wasza Królewska Mość przebywa, i pójść do ciebie, Najjaśniejszy Panie... Tymczasem dziś Wasza Królewska Mość sam do mnie przybywa; widoczna to wskazówka, iż Bóg jest z nami.

- Panie - rzekł Karol głosem stłumionym jeszcze wskutek - wzruszenia - jesteś dla mnie tem, czem byłby anioł, przez Boga zesłany, jesteś zbawcą mym, wskrzeszonym z grobu ojca mego... wierzaj mi jednak: przez lat dziesięć, ileż to wojen domowych przeszło przez Anglję... prawdopodobnie niema już owego złota we wnętrzu ziemi, jak niema miłości w sercach mych poddanych.

- Najjaśniejszy Panie... miejsce, w którem król Karol I-y zakopał ów miljon, mnie jednemu tylko jest znane, i nikt nie mógł go odkryć, jestem najpewniejszy. Zresztą czyż zamek Newcastle jest zupełnie zniszczony?... Czyż nie zostawiono kamienia na kamieniu, czyż przekopano każdy kawałek ziemi?

- Nie... zamek stoi dotychczas, lecz w tej chwili zajmuje go generał Monk, który tam rozłożył swój obóz. Jedyne miejsce, skądbym mógł mieć pomoc, miejsce, gdzie ostatnie me środki się znajdują, zajęte jest, jak widzisz, przez wrogów moich.

- General Monk, Najjaśniejszy Panie, nie mógł odkryć skarbu, o którym mówię.

- Tak... być może... lecz czyż pójdę tam, czyż oddam się w ręce Monka, aby odzyskać ów skarb?... A!... widzisz, hrabio, że przeznaczenie jest silniejsze... Stawia ono zapory wszędzie, gdzie się ruszę... przybija mnie natychmiast, gdy się podniosę. Cóż zrobię, mając do pomocy Parrego... którego Monk już raz wypędził. Nie... nie... hrabio kochany... to już cios ostatni.

- To, czego Wasza Królewska Mość nie może uczynić, czego Parry nawet próbować nie może, czy sadzisz, Najjaśniejszy Panie, że mógłbym ja wykonać?...

- Jakto, hrabio, ty byś poszedł?...

- Jeżeli Wasza Królewska Mość pozwoli - rzekł Athos, kłaniając się - pójdę, Najjaśniejszy Panie, pójdę...

- Ty, hrabio, tak szczęśliwy tutaj?

- Nigdy nie jestem szczęśliwy, Najjaśniejszy Panie, dopóki mam jakiś obowiązek do spełnienia.... a obowiązek to najszczytniejszy, jaki zostawił mi ojciec Waszej Królewskiej Mości, czuwania nad twym majątkiem, Najjaśniejszy Panie, i użycia go w razie potrzeby.

- Panie hrabio - zawołał król, zapominając o wszelkiej etykiecie i rzucając się na szyję Athosowi - tyś mi dowodem, że jest Bóg w niebie, i że ten Bóg zsyła czasami wysłańców na pociechę nieszczęśliwym, co jęczą na tym padole płaczu.

Athos, wzruszony tym wybuchem, podziękował głębokim ukłonem i przybliżając się do okna, zawołał:

- Grimaud!... konie!...

Po chwili przed gankiem domu stanęły dwa konie osiodłane; trzymał je za cugle Grimaud, również gotowy do podróży.

- Blaisois... ten list prześlesz wicehrabiemu de Bragelonne. Gdyby kto pytał o mnie, powiesz, że wyjechałem do Paryża. Zostawiam dom cały na twojej opiece, Blaisois. Blaisois skłonił się, uścisnął Grimauda, i zamknął bramę.

ROZDZIAŁ III. ROZMOWA .

Raul postąpił kilka kroków ku dziewczęciu, przywołującemu go w tak dziwny sposób.

- Ależ, mój koń, panienko - oderwał się zaambarasowany.

- Masz się pan czem kłopotać!... W pierwszem podwórzu jest stajnia; przywiąż tam pan swojego konia i chodź pan, tylko prędko...

- Jestem posłuszny, panienko.

W kilku chwilach załatwił to, czego od niego żądano, i powrócił do małych drzwi, gdzie spostrzegł w pół-cieniu swoją przewodniczko na pierwszym stopniu kręconych schodów.

- Czy masz pan dość odwagi, aby pójść za mną, mości kawalerze błędny? - odezwało się dziewczę, widząc wahanie Raula.

Zamiast odpowiedzi Raul puścił się po ciemnych schodach. Przebyli trzy piętra, ona pierwsza, on za nią, dotykając ręka co chwila jedwabnej sukienki, gdy po ciemku szukał poręczy.

Za każdem głośniejszem stąpnięciem, lub krokiem, fałszywie postawionym, przewodniczka jego wołała cichutko:

- Psst!...

I podawała mu rękę drobną, aksamitną, wonną.

- Możnaby dojść w ten sposób aż na sam szczyt wieży zamkowej, nie czując zmęcenia - szepnął Raul.

- To niby znaczy, żeś pan strasznie zmęczony, strasznie ciekawy i strasznie niespokojny. Ale uspokój się pan... jesteśmy już an miejscu.

Dziewczę otworzyło drzwi, wiodące wprost do pokoju, z którego wydobywający się snop światła dziennego oświetlił sień dosyć długą, na końcu której stał Raul, trzymając się ręką poręczy.

Brunetka szła ciągle, on postępował za nią. Wkrótce weszli do pokoju.

Zaledwie znalazł się tam, usłyszał okrzyk, odwrócił się i ujrzał o dwa kroki od siebie młodziutką, śliczną blondynkę z włosami jasno-płowemi, oczyma niebieskimi, ramionami białemi, która, złożywszy ręce i przymknąwszy powieki, zakończone długiemi ciemnemi rzęsami, wykrzyknęła tylko:

- Raul!?...

W okrzyku tym tyle kryło się miłości, przymknięte oczy tyle wyrażały szczęścia, że Raul, pociągnięty mimo woli tym urokiem, upadł na kolana na środku izby i szeptał imię Ludwiki.

- No... - odezwała się Montalais - Ludwika nie ma, do mnie żalu, że pana tu sprowadziłam; proszę też pana, abyś się na mnie nie gniewał, żeś musiał iść za mną, by ją zobaczyć... tak... a teraz skoro pokój już zawarty, mówmy jak starzy przyjaciele. - Ludwiko, proszę cię przedstaw mnie panu de Bragelonne.

- Panie wicehrabio - odezwała się Ludwika z wdziękiem poważnym i skromnym uśmieszkiem - mam zaszczyt przedstawić ci pannę Aurore de Montalais, młodziutką damę dworu Jej królewskiej wysokości księżnej pani, a moją przyjaciółkę, moją serdeczną przyjaciółkę.

Raul skłonił się ceremonialnie.

- A mnie, Ludwiko - odezwał się - nie przedstawisz pannie do Montalais?...

- O!... ona wie, kto jesteś... ona wie wszystko!....

To naiwne "wszystko" wywołało uśmiech na usta Montalais, a westchnienie, wyrażające szczęście, z piersi Raula; w owem słowie zrozumiał on: całą miłość.

- Grzeczności zostały już wymienione, panie wicehrabio - odezwała się Montalais - więc oto fotel, siadaj pan i opowiadaj nowiny, z jakiemi tu przybyłeś.

- O!... niema już w tem żadnej tajemnicy. Król, jad dąco Poitiers, zatrzyma się w Blois, gdyż chce odwiedzić Jego królewska wysokość stryja swego.

- Król tutaj?... - zawołała Motalais, uderzając rekami. - Ujrzymy dwór!... Pojmujesz ty to, Ludwiko?... Dwór!... prawdziwy dwór paryski!... Mój Boże!... ale kiedy?... kiedy?...

- Być może, dziś wieczorem, a najdalej jutro zrana.

- I panny Mancini tu będą?

- Nie, napewno nie!...

- Ależ powiadają, że król nawet na chwile nie może się wyrzec towarzystwa panny Marji.

- Będzie się musiał wyrzec... Pan kardynał tego chce... Wygnał swoją siostrzenice do Brouage.

- On?.. hipokryta!..

- Ba.. - szepnęła Ludwika, przykładając palec do różowych ust.

- Psst... przecież tu mnie nikt słyszeć nie może... Mowie, że stary Mazarino. Mazarini jest hipokrytą... aż ginie z chęci ujrzenia swej siostrzenicy na tronie francuskim.

- Ależ przeciwnie... Pan kardynał pragnie koniecznie, aby Jego królewska mość poślubił infantkę Marję-Teresę... To już dawny jego projekt.

Montalais spojrzała w oczy Raulowi.

- I pan wierzysz w te bajki?.. pan? paryżanin!.. no, to my tu, w Blois, jesteśmy dowcipniejsi.

- Jeżeli król przejeżdża przez Poitiers, udając się do Hiszpanji, jeżeli warunki kontraktu ślubnego już zostały ułożone pomiędzy don Ludwikiem de Haro i Jego Eminencja, wiec chyba pani zgodzisz się, iż nie są to igraszki dziecinne.

- Tak... ale król jest królem, przypuszczam...

- Bez wątpienia, ale kardynał jest kardynałem.

- To chyba król nie jest mężczyzną... albo może nie kocha Marji Mancini?..

- Uwielbia ją!..

- A wiec ją poślubi... będziemy mieli wojnę z Hiszpanją, pan Mazarini wyda parę miljonów, które sobie uciułał, nasza szlachta złoży dowody męstwa i powróci przyozdobiona wieńcami wawrzynu, a my w dodatku przyozdobimy niektórych mirtem... i tak się skończy cała sprawa... przynajmniej ja tak rozumiem politykę.

- Ależ zrozumiej, Montalais - dowodziła Ludwika - że królowa matka życzy sobie związku z infantka... czyż król może być nieposłusznym matce, czyż może dawać taki zły przykład... Gdy rodzice zabraniają miłości, należy jej się wyrzec.

Ludwika westchnęła; Raul spuścił oczy z miną wymuszoną. Montalais śmiała się w najlepsze.

- Ja nie mam rodziców - zauważyła.

- Zapewne masz pan wiadomości o zdrowiu hrabiego de La Fere, - rzekła Ludwika, jakby w dalszym ciągu owego westchnienia, kryjącego smutek wewnętrzny.

- Nie, jeszcze go nie widniałem. Właśnie wybierałem się do domu, gdy panna de Montalais mnie zatrzymała. Mam jednak nadzieję, iż zastanę pana hrabiego w dobrem zdrowiu. Nie słychać przynajmniej nic złego, nieprawdaż.

- Nic, panie Raulu, Bogu dzięki.

Przez chwilę panowało milczenie, w którem te dwie dusze doskonale się porozumiewały; nie wzywając nawet wzroku do pomocy.

- A!.. mój Boże!.. ktoś nadchodzi!.. - zawołała nagle Montalais.

- Kto to może być?.. to pewno p. Malicorne... Jeśli to on, nie mamy się czem niepokoić.

Ludwika i Raul pytali wzrokiem, co to za jeden ten pan Malicorne.

Montadais zrozumiała to pytanie.

- O!.. on nie jest zazdrosny.. ale za to bardzo dyskretny...

- Boże!.. - zawołała Ludwika, która tymczasem podsłuchiwała przez drzwi nieco uchylone... - Poznaje chód mojej matki!...

- Pani de Saint-Remy?.. gdzież je się skryję...

- Tak tak... to nasza kochana mama... słyszę odgłos jej pantofli... dodała Montalais, tracąc także głowę. - Panie wicehrabio... żałuję, że okno jest wysokie na pięćdziesiąt stóp, i że wychodzi na podwórze, zabrukowane kamieniami.

Raul bezmyślnie wyjrzał przez okno, jakby się chciał o tem przekonać. Ludwika chwyciła go za ramię.

- Jakaż ja jestem szalona - zawołała nagle Montalais, - przecież jest szafa na suknie.. zupełnie, jakby na to stworzona...

Czas już był najwyższy... Pani de Saint Remy szła prędzej, niż zwykłe. Weszła na górę właśnie w tej chwili, gdy Montalais zamykała drzwi szafy, i w obawie, aby się nie otworzyły oparła się o nie plecami.

- A!... - zawołała pani de Saint-Remy - Jesteś tu, Ludwiko!...

- Tak... jestem - odrzekła bledsza, niżby ja pochwycano na zbrodni.

- Dobrze, dobrze!..

- Może pani będzie łaskawa spocząć - wtrąciła Montalais, podsuwając fotel i, ustawiając go tak, że pani de Saint-Remy musiała usiąść tyłem do szafy.

- Dziękuję, panno Auroro, dziękuję... Chodź prędzej, moja córko...

- Dokąd mam pójść, pani?..

- Do domu, trzeba przecież przygotować ubranie.

- Co?.. - wtrąciła Montalais, udając zdziwienie i nie chcąc dopuścić do słowa Ludwiki, z obawy, aby ta nie powiedziała jakiego głupstwa.

- Jakto?.. więc nic nie wiecie?.. - zapytała pani de Saint-Remy.

- O czem?..

- Nowina!.. wielka nowina!..

- Jakże pani chcesz, abyśmy wiedziały o wielkich nowinach, siedząc w tym gołębniku.

- Co?... nie widziałyście nikogo?...

- Mówi pani zagadkami i każesz nam umierać na wolnym ogniu - zawołała Montalais, która, widząc jak Ludwika blednie zoraz bardziej, nie wiedziała któremu świętemu oddać się w opiekę.

Nareszcie dostrzegła spojrzenie swej towarzyszki, spojrzenie tak wymowne, że nawet mur mógłby je zrozumieć. Ludwika wskazywała swej przyjaciółce nieszczęsny kapelusz Raula, leżący na stole wprost przed oczami pani de Saint-Remy.

Montalais poskoczyła i zasłoniła go sobą, wzięła w rękę poza piecami, i, zręcznie manewrując, zdołała nareszcie ukryć go gdzieś w kacie.

- Otóż - mówiła pani de Saint-Remy - przybył właśnie kurjer z zawiadomieniem, iż Jego królewska mość przyjeżdża do naszego zamku. Trzeba się ładnie pokazać, moje panny.

- Nie może być!... - zawołała Montalais - prędzej... prędzej, Ludwiko... śpiesz za panią Saint-Remy... i ja także muszę dla siebie ubranie przygotować.

Ludwika wstała.

Pani de Saint-Remy ujęła ja za rękę i poprowadziła na schody.

- Chodźmy...

Będąc już na schodach, dodała cicho:

- Dlaczego chodzisz do tej Montalais, kiedy ci tego zabroniłam?...

- To moja przyjaciółka, pani... Zresztą dopiero co tam weszłam.

- Nikogo przed tobą nie ukryto?...

- Jakto, pani?...

- Widziałam na stole kapelusz męski... pewnie tego hultaja... nicponia!.. Tego lenia Malicorna!.. fi!.. młoda panienka, dama honorowa, żeby się tak prowadziła... a!.. coś strasznego!..

Głosy ich umilkły wreszcie na niższych schodach.

Montalais słyszała wszystko, bo echo odbijało się głośno wśród okrągłych murów, niby w tubie.

Wzruszyła ramionami i, widząc Raula, który opuściwszy swą kryjówkę, również wszystko słyszał:

- Biedna Montalais - rzekła - ofiara przyjaźni!.. Biedny Malicome... ofiara miłości.

I już miała roześmiać się głośno, lecz powstrzymała Ja od tego tragi-komiczna mina Raula, zagniewanego na siebie, i w jednym dniu mimowoli podchwycił tyle sekretów...

- Panno Montalais... doprawdy nie wiem, jak odwdzięczyć się za tyle dobroci.

- Przyjdzie czas, że się policzymy, a tymczasem umykaj pan co tchu, panie wicehrabio, bo pani Saint-Remy nie jest wcale pobłażliwa i mogłaby nam tu nasłać kogoś w odwiedziny, niezbyt wesołe dla nas wszystkich... Do widzenia!...

I z temi słowami wypchnęła prawie Raula, który, przekradłszy się nieznacznie przez podwórze, dosiadł konia i popędził tak, jak gdyby miał na karku wszystkich ośmiu strażników księcia pana.

ROZDZIAŁ VI. NIEZNAJOMY.

Założony w sposób powyżej opisany i polecający się wspaniałym smakiem nad bramą, zajazd pana Cropol rozwijał się pomyślnie.

Cropol chciwy był zysku, wieje też wiadomość o przybyciu da Blois Jego królewskiej mości Ludwika XIV-go wzbudziła w nim radość szaloną. On sam, żona jego, Pittrino i dwóch kuchcików, wszyscy zabrali się ostry do pracy.

W zajeździe mieszkał w tej chwili jeden tylko podróżny. Mógł on mieć lat trzydzieści najwyżej, piękny, wysoki, poważny, a raczej melancholijny w każdym ruchu i w każdem spojrzeniu. Ubrany był w kaftan czarny, aksamitny, wyszywany czarnemi paciorkami. Kołnierz biały, gładki, jakiego używali najsurowsi purytanie, okalał szyję białą, zgrabną, pełną siły młodzieńczej. Maleńki, jasny wąsik ledwie zakrywał zgrabną wargę. Rozmawiając, patrzył zawsze prosto w twarz, bez przesady, co prawda, lecz i bez ceremonji, a nieraz jego oczy niebieskie wydawały się tak przenikające, iż niekażdy mógł wytrzymać siłę tego wzroku. W owych czasach, gdy ludzi, równych w obliczu Boga, dzielono na dwie kasty: szlachtę i chłopów, ten, o którym mówimy, na pierwszy rzut oka musiał być zaliczonym do kasty szlacheckiej i to najlepszej. Dość było spojrzeć na jego budowę i sposób trzymania się lub chodzenia. Szlachcic ten przybył sam jeden do zajazdu Cropola. Zajął bez najmniejszego wahania najwspanialszy apartament, jaki mu wskazał Cropol, w chęci jak największego zarobku.

Apartament ów składał się z salonu o dwóch oknach na pierwszem piętrze, z pokoju tuż obok i drugiego, ztyłu domu pomieszczonego. Rozgościwszy się, przybysz zaledwie dotknął kolacii, jaką kazał zastawić Cropol, i w kilku słowach objaśnił, że wkrótce przybędzie tu podróżny, nazwiskiem Parry, którego należy wpuścić natychmiast.

W dniu, w którym historia nasza się zaczyna, szlachcic ów zbudził się zrana i ubrawszy się śpiesznie, usiadł przy oknie, wyglądając nieustannie na ulice, zapewne w oczekiwaniu przybycia owego podróżnego, o którym wczoraj wspominał. Siedząc tak ciągle, widział mały orszak księcia pana, powracający z polowania, poczem pogrążył się w bezmyślnom oczekiwaniu.

Nagle zadziwił go gwałtowny ruch, jaki ni stad ni zowąd powstał w mieście. Zamiatacze porządkowali ulice, posłańcy piesi i konni przebiegali w różne strony, słowem ruch i wrzawa niezwykła.

Nieznajomy wstał od okna, chcąc zapytać o powód tego nagłego ruchu, gdy nagle drzwi się otworzyły; przypuszczał, że przyprowadzają podróżnego, na którego z takiem upragnieniem oczekiwał. Postąpił kilka kroków na spotkanie, lecz zamiast postaci, jaką miał nadzieje zobaczyć, ujrzał w otwartych drzwiach pana Cropol, a za nim małżonkę jego, która, korzystając z chwili, chciała choć w przelocie przyjrzeć się twarzy nieznajomego, którego dotychczas nie widziała. Cropol zbliżył się z uśmiechem na ustach i z czapka w reku.

- Przyszedłem prosić pana... nie wiem jak... jak mam nazywać... pana hrabiego... czy pana margrabiego...

- Proszę mówić bez tytułów a prędko - odrzekł nieznajomy tonem wyniosłym, niedozwalającym ani dysputy ani na niepotrzebne słowa.

- Przyszedłem zapytać się... jak pan spędził noc dzisiejszą i czy pan nadal zatrzymuje to mieszkanie?

- Tak.

- Doskonale!.. ale czy pan zatrzyma całe mieszkanie?..

- Nie rozumiem!.. Dlaczego miałbym dziś mieć mniejsze mieszkanie, niż wczoraj?..

- Ponieważ... pan pozwoli sobie powiedzieć... że wczoraj, kiedy pan wybrał to mieszkanie, ja nie oznaczałem żadnej ceny... nie chcąc budzić podejrzenia, iż nie dowierzam... to jest właściwie... że przesądzam dochody pańskie... gdy tymczasem dziś... dowiedziawszy się, że przybywa do Blois król...

Nieznajomy pokraśniał. Z niezbyt jasnych słów właściciela zajazdu pojmował to tylko, iż ten go uważa za ubogiego. Wydało mu się to obrażającem.

- Co to wszystko znaczy? Pytam!

- Pan chyba jest wyrozumiałym, aby pojąć, iż nasze miasteczko małe, szczupłe, zalane zostanie przez dwór królewski.

Ludzie tłoczyć się będą w domach... no i co za tem idzie, ceny mieszkań znacznie się podwyższą.

Nieznajomy poczerwieniał jeszcze bardziej.

- Podaj pan swoje warunki... - rzekł. - Ile należy się za wczoraj?

- Jednego luidora z jedzeniem i utrzymaniem konia.

- Dobrze... a dziś?...

- O... właśnie... w tem cała trudność. Dziś to jest dzień przybycia króla... Jeżeli dwór przyjedzie, chociażby nawet w nocy... to już za dzień dzisiejszy, muszę liczyć inaczej... to jest niby właśnie... trzy pokoje po dwa luidory to razem sześć luidorów. Dwa luidory to niewielka suma, ale sześć, to już są pieniądze!

Nieznajomy z brawura wyciągnął z kieszeni haftowaną sakiewko. Herb wyszyty z jednej strony ukrył starannie. Sakiewka była niezbyt wypełniona, co nie uszło uwagi pana Cropol. Nieznajomy wypróżnił zawartość całej sakiewki. Zawierała ona trzy podwójne luidory, właśnie tyle żądał właściciel zajazdu. Ale to jeszcze nie wszystko. Cropolowi należało się wraz z opłatą za dzień ubiegły siedem luidorów. Patrzył wiec na nieznajomego wzrokiem, w którym wyraźnie można było wyczytać:

- A reszta?..

- Należy się jeszcze jeden luidor, nieprawdaż, panie gospodarzu?..

- Tak, panie, lecz...

Nieznajomy przetrząsnął kieszeń od spodni i wyjął z niej wszystko. Był tam maleńki notatnik, zloty kluczyk i nieco drobnej monety. Z całej tej monety złożył się zaledwie jeden luidor.

- Dziękuje panu - rzekł Cropol. - Teraz idzie tylko o to, czy pan i na jutro jeszcze zatrzyma to pomieszkanie, bo jeżeli nie, w takim razie przyrzekłbym je ludziom Jego Królewskiej Mości, którzy tu lada chwila mogż nadjechać.

- Słusznie - odrzekł nieznajomy po dosyć długiem milczeniu - ale ponieważ nie mam więcej pieniędzy, jak pan to mogłeś zauważyć, a z drugiej strony, ponieważ pragnę mieszkanie to zatrzymać i na dzień jutrzejszy, potrzeba więc koniecznie, ażebyś pan sprzedał lub zastawił ten oto djament.

Cropol przyglądał się bacznie pierścieniowi, jaki nieznajomy, mówiąc powyższe słowa, zdjął z palca.

- Wolałbym - dodał szybko nieznajomy - abyś pan pierścień ten sprzedał. Wart on jest trzysta pistolów. Żyd jaki - zapewne jest jaki żyd w Blois - da panu może dwieście, może sto pięćdziesiąt; bierz pan, co panu da, choćby dawał tyle, ile wynosiła cena pańskiego mieszkania.

- O!., panie - odpowiedział Cropol, zawstydzony tą bezinteresownością i cierpliwem zachowaniem się, pomimo wszelkich przykrych podejrzeń, - o!.. panie mam nadzieję, że w Blois nikt nie zechce pańskiej szkody i krzywdy, choćby się panu tak miało zdawać... a ponieważ djament wart tyle, ile pan mówisz...

Nieznajomy raz jeszcze rzucił na Cropola piorunujące spojrzenie.

- Ja się na tem nie znam... panie... proszę mi wierzyć - tłomaczył się gospodarz.

- Ale jubilerzy się znają... niech się pan ich zapyta - odparł nieznajomy. - A teraz zdaje mi się, mój panie, że rachunki nasze już zostały załatwione... nieprawdaż?...

- Tak jest, proszę pana... czego nawet mi żal niewymownie... gdyż obawiam się, że pana obraziłem...

- O nie!... bynajmniej - odrzekł nieznajomy tonem poważnym i niezwykle wyniosłym.

Cropol skłonił się głęboko i odszedł zmieszany.

ROZDZIAŁ XVIII. O SPÓŁCE, CO UTWORZYŁA SIĘ PRZY ULICY LOMBARDÓW, POD "ZŁOTYM TŁUCZKIEM", MAJĄCEJ NA CELU EKSPLOATACJĘ POMYSŁU D'ARTAGNANA.

Po chwili milczenia, podczas którego zdawało się, że d'Artagnan zbiera nie myśl, lecz wszystkie myśli:

- Musiałeś zapewne - rzekł - słyszeć o Jego Królewskiej Mości Karolu I-ym, królu angielskim.

- Niestety... tak, proszę pana... pan sam przecie wraz z tamtymi panami, opuściliście Francję, chcąc nieść mu pomoc; lecz pomimo tej pomocy, upadł on, i omal was w tym upadku za sobą nie pociągnął.

- Doskonale. Widzę, żet masz wyborną pamięć, kochany Planchecie.

- Bardzo żleby było, proszę pana, gdybym miał stracić pamięć, a przynajmniej w tym wypadku... Grimaud, jak panu wiadomo, nie bardzo lubi opowiadać... a jednak odstąpił od swej reguły i opowiedział nam, jak spadła głowa króla Karola. O!... tej historji nigdy w życiu nie zapomnę!.. A potem, jak pan z tamtymi panami jechaliście przez pół nocy na statku podminowanym... jak ujrzeliście panowie owego Mordaunta, wypływającego z głębi morza, ze sztyletem w piersiach... Tych rzeczy nigdy się nie zapomina...

- A jednak są ludzie, co o tem wszystkiem zapomnieli - przerwał d'Artagnan z westchnieniem.

- To chyba ci tylko, co tego nie widzieli, lub nie słyszeli opowiadania Grimauda.

- Mniejsza o nich!... Jeżeli wiec pamiętasz to wszystko, tem lepiej, nie potrzebuje bowiem przypominać ci jeszcze jednej rzeczy, a mianowicie, że król Karol I-szy miał syna.

- Miał nawet dwóch, proszę pana - wtrącił Planchet, zadowolony, iż może popisać się znajomością tych szczegółów.

- Tak, tak, tego drugiego, co go nazywają księciem Yorku, widziałem na własne oczy tu, w Paryżu, w chwili kiedy jechał do Pałacu Królewskiego, i wtenczas to mówiono mi, że to jest młodszy syn nieboszczyka króla angielskiego. Starszego nie miałem zaszczytu widzieć, słyszałem tylko o nim.

- Otóż właśnie chodzi o tamtego, kochany Planchet... o tego pierwszego, który dawniej nosił tytuł księcia Walji, dziś zaś jest królem angielskim i nazywa się Karol Il-gi.

- Król bez królestwa!... - zauważył Planchet z melancholijnem westchnieniem.

- Tak... możesz nawet dodać: nieszczęśliwy monarcha!... nieszczęśliwszy, niż ostatni nędzarz, zamieszkały na przedmieściu Paryża.

Planchet uczynił ruch, mający wyrażać politowanie, jakie odczuwa się wobec osób obcych, z któremi nigdy niema się żadnej styczności.

Nie mógł zresztą zrozumieć, co może mieć wspólnego to opowiadanie sentymentalno-polityczne, z interesem handlowym, o którym zaczął mówić d'Artagnan, a o który Planchetowi najwięcej chodziło. D'Artagan, umiejący z łatwością czytać w spojrzeniu ludzkiem, zrozumiał te myśl Piancheta.

- Otóż wracam do interesu - rzekł - ten młody książę Walji, król bez królestwa, jak go dobrze nazwałeś, zainteresował mnie niezwykle. Widziałem, jak żebrał poparcia u Mazariniego, który jest sknerą, i pomocy u króla Francji, który jest jeszcze dzieckiem prawie, i wydało mi sie, mnie, co dobrze znam się na tem, że w inteligentnem oku upadłego monarchy, w szlachetnej jego postawie, która nie zatarła się pomimo wszelkich nieszczęść, kryje się wielkie i zacne serce człowieka i monarchy.

Planchet milczał, jakby chciał milczeniem tem dać do zrozumienia, iż nie ma nic przeciwko domysłom d'Artagnana. Pomimo to jednak nie mógł zrozumieć, do czego to wszystko prowadzi.

D'Artagnan mówił dalej:

- I otóż do jakiego przekonania przyszedłem po długiem zastanowieniu. Słuchaj uważnie, bo zbliżamy się do końca.

- Słucham.

- Królowie nie są zasiani tak gęsto na ziemi, aby ich można było znaleźć wszędzie, gdzie się komu spodoba. Otóż, według mojego zdania, ten król bez królestwa jest ziarnem, które ślicznie może wyróść i zakwitnąć, byleby je zasiała ręka zręczna i silna, wybierając stosowną ziemię i odpowiedni czas.

Planchet ciągle potakiwał głową, co znaczyło najwidoczniej, że nic a nic nie rozumiał.

- Biedne ziarnko królewskie, powiedziałem sobie, i naprawdę się rozczuliłem. Rozczulenie to jednak nasunęło mi myśl, czy czasem nie zamierzam palnąć jakiego głupstwa. Otóż dlatego przyszedłem do ciebie, chcąc zasięgnąć twej rady.

Planchet poczerwieniał z zadowolenia i dumy.

- Biedne ziarnko królewskie!... ja cię podniosę i rzucę cię na ziemię urodzajną.

- O!... - krzyknął Planchet, wpatrując się w d'Artagnana szeroko otwartemi oczami, jak gdyby zaczął się czegoś domyślać.

- Hę? co?... co ci to?... - zapytał d'Artagnan.

- Mnie?... nic!...

- Powiedziałeś: O!...

- Tak pan sądzi?

- Ależ na pewno... czyżbyś już zrozumiał?...

- Przyznaję, iż boję się właśnie...

- Czy dobrze zrozumiałeś...

- Tak.

- Że mam zamiar przywrócić na tron Karola II-go, króla bez królestwa?... Czy tak?...

Planchet aż podskoczył na krześle.

- A!... a!... to pan to nazywa restauracja?... - zapytał oszołomiony.

- Tak; przecież tak się ta rzecz nazywa.

- Prawda!... prawda!... Ale czyś się pan dobrze zastanowi!?...

- Nad czem?...

- Nad tem, co się tam dzieje.

- Przedewszystkiem ja pana przepraszam bardzo, że mieszam siej do tego, na czem się nie rozumiem, bo to nie jest sprawa handlowa... ale ponieważ pan sam wystąpił z propozycja... nieprawdaż?... bo pan mi zaproponował interes...

- I to doskonały.

- A więc to mnie niby ma obchodzić... zatem mam prawo dyskusji...

- Owszem... owszem - odparł d'Aitagnan - dyskutujmy... Ścieranie się zdań jest matka światła i jasności.

- A więc, skoro pan pozwala, przypomnę panu, że tam, w Anglji, jest najsamprzód parlament...

- Aha!... najsamprzód... a potem?...

- Armja!...

- Dobrze... może jeszcze co?...

- No, i naród.

- Czy to już wszystko?...

- Naród, który zgodził się na upadek i śmierć nieboszczyka króla... no i... i tego wyprzeć się nie może.

- Planchet, mój przyjacielu - odezwał się d'Artagnan - rozumujesz, jak ser szwajcarski!... Naród!... Naród już jest zmęczony i ma dosyć tych panów, co noszą jakieś nazwiska barbarzyńskie i śpiewają psalmy. Zresztą, mój kochany, śpiewać, a śpiewać, to wielka różnica. Zauważyłem ja już dobrze, iż lud woli śpiewać fraszki, piosenki ulotne, niż poważne. Przypomnij sobie Frondę... i wówczas śpiewano... nawet wiele... Dobre to były czasy!...

- No!... niebardzo!... o mało mnie nie powieszono!...

- Ale zdaje mi się, że cię nie powieszono?...

- Nie.

- I właśnie wśród tych śpiewaków zacząłeś się dorabiać majątku.

- To prawda.

- A zatem nie masz nic do powiedzenia!... naród nic nam nie przeszkadza.

- Przypuśćmy... ale zostaje jeszcze armja i parlament.

- Pożyczam dwadzieścia tysięcy liwrów od pana Planchet, dodaję do tego moje własne dwadzieścia tysięcy i za czterdzieści tysięcy formuję armję.

- A jak liczna będzie ta armja, proszę pana? - zapytał Planchet.

- Czterdziestu ludzi.

- Czterdziestu. A czy trochę to nie zamało przeciw czterdziestu tysiącom?... Pan sam, panie d'Artagnan, wart jesteś przynajmniej tyle co tysiąc... wiem o tem dobrze... ale gdzie pan znajdziesz trzydziestu dziewięciu takich, jak pan?... Albo też, jeżeli ich pan nawet znajdzie, kto panu da pieniędzy na opłacenie takich bohaterów?...

- Nieźle!... nieźle, mój kochany Planchet!... Jak widzę, przerobiłeś się na pochlebcę?...

- Nie, proszę pana, mówię tylko to, co myślę... I właśnie boję się, że przy pierwszej walce, jaką pan stoczysz na czele swych czterdziestu...

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

ROZDZIAŁ XV. WYGNANIE.

D'Artagnan nie zdążył jeszcze zejść ze schodów, gdy król przywołał dworzanina, będącego na służbie.

- Mam panu coś polecić...

- Jestem na rozkazy Waszej Królewskiej Mości.

- Zaczekaj pan!

I król zasiadł do napisania listu, który kosztował go niejedno westchnienie, chociaż równocześnie wzrok monarchy błyszczał uczuciem zwycięstwa.

List zawierał następujące słowa:

Panie Kardynale!..

Dzięki twym dobrym radom, a przedewszystkiem dzięki twej stanowczości, zdołałem zwyciężyć i ujarzmić słabość, niegodną króla. Zanadto zręcznie kierowałeś mym losem, abym, wywdzięczając ci się, w ostatniej chwili miał zniszczyć całe twoje dzieło. Zrozumiałem nareszcie, iż niesłusznie chciałem zboczyć z drogi, jaką mi nakreśliłeś. Zboczenie to mogłoby ściągnąć nieszczęścia na Francję i na moją rodzinę, gdyby jakiekolwiek nieporozumienie miało wybuchnąć pomiędzy mną a moim ministrem.

A stałoby się to z pewnością, gdybym był pojął za żonę twoją siostrzenicę. Rozumiem to doskonale i odtąd nie uchylam się od spełnienia projektów, przez ciebie, panie kardynale, rozpoczętych. Jestem więc gotów poślubić infantkę Marję-Teresę. Od tej chwili możesz, panie kardynale, rozpocząć stosowne rokowania.

Najżyczliwszy Ludwik".

Król odczytał list ten raz jeszcze, poczem własnoręcznie go zapieczętował.

- Proszę to doręczyć panu kardynałowi.

Dworzanin odszedł.

W bramie, prowadzącej do pokojów Mazariniego, spotkał Bernouina, z niepokojem oczekującego już wiadomości od króla.

- No i cóż?... - zapytał pokojowiec ministra.

- Oto list do Jego Eminencji - odrzekł dworzanin.

- List?... he, he... spodziewaliśmy się tego po dzisiejszej rannej wycieczce...

- Jakto?... wiedziano więc, że Jego Królewska Mość...

- Ba!.. obowiązkiem pierwszego ministra jest wiedzieć o wszystkiem... Jego Królewska Mość błaga nas pewno...

- Nie wiem, ale to wiem, że wzdychał, pisząc ten list.

- Tak, tak, wiadomo, co to znaczy... wzdycha się zarówno ze szczęścia, jak i ze zmartwienia.

- A jednak król nie miał wcale miny uszczęśliwionego, gdy powracał.

- Boś pan musiał źle patrzeć. Zresztą widziałeś króla dopiero za powrotem, gdyż Jego Królewska Mość wyjechał tylko w towarzystwie oficera muszkieterów. Ale ja miałem w ręku teleskop Jego Eminencji i przyglądałem się, gdy pan kardynał się zmęczył. Wiem napewno, że oboje płakali!..

- Czy także ze zbytku szczęścia?..

- Nie, ale z miłości, i przysięgali sobie po tysiąc razy. Król przysięgi dotrzyma... Ten list to jego pierwszy krok.

- A cóż Jego Eminencja myśli o tej miłości, która zresztą dla nikogo nie jest tajemnicą?

Bernouin ujął pod ramię dworzanina króla Ludwika i, wchodząc na schody:

- Mówiąc między nami - odrzekł półgłosem - Jego Eminencja ma nadzieje, iż sprawa cała zakończy się doskonale. Wiem dobrze, że bodziemy mieli wojnę z Hiszpanią... ale ba!.. wojna zadowoli szlachtę; pan kardynał wyposaży zresztą siostrzenice swą po królewsku, a może nawet bardziej niż po królewsku... Pieniędzy nam nie zabraknie; potem uroczystości, święta... o! wszyscy bedą zadowoleni.

- A mnie się zdaje... - rzekł dworzanin, wstrząsając głową - że ten list jest coś za lekki, za krótki, aby mógł zawierać to wszystko.

- Mój przyjacielu - mówił Bernouin - już my wiemy, co mówimy... Zresztą pan d'Artagnan przed chwilą wszystko mi opowiedział.

- No?.. cóż takiego?..

- Naumyślnie go zatrzymałem, aby wypytać, co tam słychać z kardynałem... naturalnie nie zdradzając naszych zamiarów i projektów... a pan d'Artagnan ma węch dobry!

- I cóż powiedział pan d'Artagnan?

- "Mój kochany panie Bernouin - odpowiedział - król zakochany jest w pannie Mancini do szaleństwa! Oto wszystko, co ci mogę powiedzieć". - "E?.. zapytałem... czyżby aż do tego stopnia, że byłby zdolny oprzeć się zamiarom Jego Eminencji?.." - "O!., nie pytaj pan nic więcej... Mnie się zdaje, że Jego Królewska Mość zdolny jest do wszystkiego. Jeżeli sobie nabił głowę myślą, że musi zaślubić pannę Mancini, to ją zaślubi niezawodnie. To żelazna głowa!... co zechce to zrobi!.." - I z temi słowami pożegnał mnie, poszedł do stajni, osiodłał sobie konia i popędził gdzieś, jakby go djabli nieśli.

- I zdaje się panu...

- Zdaje mi się, że pan d'Artagnan wie więcej, niż chciał powiedzieć.

- Podług pańskiego zdania zatem, pan d'Artagnan...

- Pędzi, według wszelkiego prawdopodobieństwa, za wygnanemi, aby porobić wszelkie kroki, potrzebne do uwieńczenia miłości królewskiej powodzeniem.

Rozmawiając w ten sposób, przybyli obaj do drzwi gabinetu Jego Eminencji.

Panu kardynałowi nie dokuczała jakoś podagra; chodził niespokojnie po pokoju, co chwilę podsłuchując przy drzwiach, lub zaglądając do okien.

Bernouin wszedł, a za nim dworzanin z listem, jaki miał oddać do własnych rąk Jego Eminencji.

Mazarini odebrał pismo, lecz, przed rozpieczętowaniem, przybrał na twarz uśmiech okolicznościowy, niezmiernie wygodny do ukrycia wszelkich wzruszeń. W ten sposób nie było można odgadnąć wrażenia, jakie na nim zrobił list królewski.

- Doskonale!... doskonale!... - odezwał się wreszcie, przeczytawszy dwukrotnie od początku do końca. - Doskonale!.. Panie - dodał do dworzanina - powiedz królowi, iż najwdzięczniejszy mu jestem, za jego posłuszeństwo dla życzeń królowej-matki, i że natychmiast spełnię jego wolę.

Dworzanin wyszedł z tą odpowiedzią.

Zaledwie drzwi się za nim zamknęły, kardynał, który, wobec Bernouina nie zwykł nosić maski, pozbył się uśmiechu, który przez tak długi czas musiał utrzymywać i ponurym głosem rzekł do pokojowca:

- Proszę przywołać pana Brienne.

Sekretarz powrócił po pięciu minutach.

- Panie - odezwał się Mazarini - oddałem w tej chwili jednę a największych przysług monarchji. Zaniesiesz ten list, który właśnie jest dowodem owej przysługi, do królowej-matki, a gdy ci go zwróci, schowasz go do kartonu B, pełnego dokumentów i spraw, dotyczących mych usług.

Brienne odszedł, a ponieważ list był odpieczętowany, nie omieszkał go przeczytać. Ma się rozumieć, że Bernouin, żyjący w przyjaźni ze wszystkimi, a przytem bardzo ciekawy, pośpieszył za sekretarzem i, ująwszy go pod ramię, również zajrzał do listu.

Wkrótce nowina rozeszła się po zamku z taką szybkością, że Mazarini przeląkł się na chwilę, iż dojdzie ona do uszu Jej Królewskiej Mości, zanim list zostanie jej doręczony. W chwilę potem wydano rozkazy do odjazdu, a książę Kondeusz, przyszedłszy do króla Ludwika powitać go przy wstawaniu, oznajmił, iż najbliższem miejscem odpoczynku w dalszej podróży będzie miasto Poitiers.

W ten sposób rozwiązana została intryga, zajmująca przez długi czas wszystkich dyplomatów Europy. Ostatecznym jej wynikiem, widocznym i dotykalnym, była utrata stopnia i pensji, odebranych biednemu porucznikowi muszkieterów.

Karol II, po wyjściu z zamku, podążył do oberży, gdzie oczekiwał nań wiemy Parry. Zmęczony, zrozpaczony rzucił się na loże, aby we śnie znaleźć chwilę wytchnienia.

O świcie zerwał się, kazał Parry'emu załatwić rachunki z Cropolem, dosiadł konia, aby opuścić miasto, w którem spotkało go jedno jeszcze upokorzenie, miasto, gdzie stracił ostatnią nadzieję.