Wiatrołomy - Robert Małecki

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (21,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Ma­ria Her­man nie od­czu­wa­ła stra­chu przed si­ła­mi na­tu­ry, pa­trząc na ci­ągnące się po ho­ry­zont hek­ta­ry po­ła­ma­nych drzew i sze­ro­ką dro­gę znisz­cze­nia, któ­rą wy­dep­ta­ło nie­daw­ne tor­na­do.

Wci­ąż bar­dziej bała się lu­dzi.

Nie­mal ka­żde­go dnia po­li­cyj­nej słu­żby do­cie­ra­ło do niej, że za­ra­bia na ży­cie dzi­ęki temu, że czło­wiek na­dal jest czło­wie­ko­wi wil­kiem. Że jest zdol­ny do za­bi­ja­nia.

Dzień po dniu za­nu­rza­ła się w nie­wy­ja­śnio­nych zbrod­niach i do­sko­na­le wie­dzia­ła, że trud­no o coś bar­dziej kru­che­go i de­li­kat­ne­go niż ludz­kie ży­cie. Ktoś, chy­ba Bla­ise Pas­cal, traf­nie przy­rów­nał je do trzci­ny na wie­trze, cho­ciaż me­ta­fo­ra fran­cu­skie­go fi­lo­zo­fa mia­ła znacz­nie głęb­szy sens i od­no­si­ła się do miej­sca czło­wie­ka we wszech­świe­cie. Gdy­by jed­nak spły­cić to po­rów­na­nie, rów­nie do­brze za­miast o trzci­nie mo­żna by­ło­by mó­wić o le­sie ro­snącym na dro­dze trąby po­wietrz­nej.

To tyl­ko kwe­stia ska­li.

Za­ci­ągnęła się pa­pie­ro­sem, a chwi­lę pó­źniej dym w ko­lo­rze gęstych chmur su­nących po nie­bie roz­wiał się i znik­nął.

Przy­mru­ży­ła oczy i wo­dzi­ła wzro­kiem po sta­rych brzo­zach i smu­kłych so­snach, po­ła­ma­nych jak za­pa­łki.

Wrze­sień przy­nió­sł zim­ne noce i nie­przy­jem­ne desz­cze. Wiatr gnał po wia­tro­ło­mach, szar­pi­ąc ko­ro­na­mi drzew, któ­re za­miast piąć się w górę, ku nie­bu, w ago­nii chło­sta­ły zie­mię.

Przy­trzy­mu­jąc pa­pie­ros w ustach, po­li­cjant­ka pró­bo­wa­ła za­pi­ąć kurt­kę na su­wak, ale za­po­mnia­ła, że za­mek się po­psuł. Od­pu­ści­ła. Opa­tu­li­ła się szczel­niej po­ła­mi kurt­ki i opa­rła o ka­ro­se­rię wy­słu­żo­nej to­yo­ty co­rol­li w wer­sji kom­bi, nie­ozna­ko­wa­ne­go ra­dio­wo­zu. Spoj­rza­ła na Ol­gier­da Bo­re­wi­cza.

Ksy­wa "Zero Sie­dem" przy­lgnęła do nie­go na ko­men­dzie ze względu na na­zwi­sko, któ­re za­pi­sa­ło się zło­tą czcion­ką w PRL-owskiej po­pkul­tu­rze. W ni­czym jed­nak nie przy­po­mi­nał swe­go se­ria­lo­we­go od­po­wied­ni­ka.

Roz­ma­wiał z le­śni­kiem ubra­nym w oliw­ko­wą kurt­kę. Mężczy­zna trzy­mał w dło­niach żó­łty kask ochron­ny. Bo­re­wicz po­ki­wał ze zro­zu­mie­niem łysą gło­wą. Jed­ną rękę opa­rł na bio­drze, w dru­giej trzy­mał ener­ge­ty­ka, któ­re­go ku­pił na sta­cji w Byd­gosz­czy, za­nim skręci­li w wy­lo­tów­kę na Olsz­tyn. Po­pi­jał go z ko­lo­ro­wej pusz­ki. Wi­docz­na oty­ło­ść brzusz­na i die­ta Ol­gier­da zwia­sto­wa­ły ko­niecz­no­ść ry­chłe­go, dłu­go­tr­wa­łe­go le­cze­nia.

Kie­dy zbli­ży­li się do mia­sta, Her­man zwró­ci­ła uwa­gę na znaj­du­jące się po le­wej stro­nie wy­so­kie ce­gla­ne spi­chrze ze spa­dzi­sty­mi da­cha­mi i wy­so­ki­mi przy­po­ra­mi, któ­re ni­czym że­bra chro­ni­ły wnętrze Gru­dzi­ądza. Chcia­ła zo­ba­czyć je z bli­ska, ale nie wie­dzia­ła, czy znaj­dzie na to czas.

Czer­wo­ne świa­tło za­trzy­ma­ło ich na skrzy­żo­wa­niu i wte­dy po­li­cjant­ka usły­sza­ła dzwo­nek te­le­fo­nu. Pro­sta me­lo­dia wy­słu­żo­nej no­kii 6310i. Nie była mi­ło­śnicz­ką apa­ra­tów re­tro, ale od roku mia­ła po­wód, by ko­rzy­stać ze sta­rej ko­mór­ki, będącej je­dy­ną pa­mi­ąt­ką po zma­rłym ojcu.

Skręci­li w re­mon­to­wa­ną Che­łmi­ńską, gdzie po le­wej stra­szy­ły ru­iny daw­nych za­kła­dów mi­ęsnych. Mie­li naj­pierw po­je­chać do ko­men­dy po­li­cji, zo­sta­wić do­ku­men­ty, któ­re Bo­re­wicz za­brał ze sobą z se­kre­ta­ria­tu.

Wy­czu­ła na so­bie spoj­rze­nie ko­le­gi.

- Nie od­bie­rzesz? - zdzi­wił się.

Wes­tchnęła. Bała się nie­zna­nych nu­me­rów. Za­zwy­czaj ozna­cza­ły kło­po­ty.

W ko­ńcu wci­snęła przy­cisk ozna­czo­ny zie­lo­ną słu­chaw­ką.

- Halo? - rzu­ci­ła.

- Pani ko­mi­sarz Ma­ria Her­man? - roz­le­gł się mo­no­ton­ny głos star­szej ko­bie­ty.

- Tak, to ja. O co cho­dzi?

- Lu­cy­na Wit­berg z tej stro­ny. Nie zna­my się - za­strze­gła, ale Her­man wie­dzia­ła już, że ma do czy­nie­nia z mat­ką, któ­rej w lip­cu ty­si­ąc dzie­wi­ęćset dzie­wi­ęćdzie­si­ąte­go dru­gie­go roku po­rwa­no dziec­ko. Nie­mal dwu­mie­si­ęcz­ne nie­mow­lę. W tej spra­wie przy­je­cha­li do Gru­dzi­ądza. - Była pani umó­wio­na z moim mężem, An­drze­jem Wit­ber­giem.

- To praw­da - od­pa­rła po­li­cjant­ka. Bo­re­wicz zer­k­nął na nią i zmarsz­czył czo­ło, jak­by chciał za­py­tać, kto dzwo­ni i cze­go chce.

- Oba­wiam się, że to nie­mo­żli­we - usły­sza­ła Her­man w gło­śni­ku. Mia­ła wra­że­nie, że roz­ma­wia z fleg­ma­tycz­nym bo­tem.

- Dla­cze­go? - zdzi­wi­ła się. - Prze­cież za­le­ża­ło mu na tym spo­tka­niu. Poza tym je­ste­śmy już w mie­ście - do­da­ła, tak­su­jąc wzro­kiem nie­wy­so­kie ka­mie­ni­ce wzdłuż dro­gi. Je­cha­li wol­no w dłu­gim sznu­rze aut, bo dwa pasy jezd­ni zwęża­ły się do jed­ne­go. Środ­kiem bie­gło re­mon­to­wa­ne to­ro­wi­sko tram­wa­jo­we. Ter­kot ma­szy­ny roz­łu­pu­jącej as­falt za­głu­szał głos w te­le­fo­nie.

- Cho­dzi o to... - kon­ty­nu­owa­ła ko­bie­ta - że mo­je­go męża nie ma...

- Ale prze­cież umó­wił się z nami! - Her­man we­szła jej w sło­wo, nie kry­jąc zło­ści.

- Nie dała mi pani do­ko­ńczyć - skar­ci­ła ją roz­mów­czy­ni. - Mo­je­go męża, pro­szę pani, nie ma od wczo­raj.

- Co to zna­czy? Wy­je­chał? - skrzy­wi­ła się po­li­cjant­ka.

- Nie. Za­gi­nął - wes­tchnęła Lu­cy­na Wit­berg i jej głos się za­ła­mał. - Tak jak moje uko­cha­ne dziec­ko.

2

Po­przed­nie­go wie­czo­ra Lu­cy­na Wit­berg sie­dzia­ła w sy­pial­ni na ta­bo­re­cie przy bia­łej to­a­let­ce z nie­wiel­kim lu­strem i wpa­try­wa­ła się w swo­je pod­krążo­ne oczy.

Ma­chi­nal­nie roz­cze­sy­wa­ła przed snem dłu­gie wło­sy, któ­re opa­da­ły na jej lewe ra­mię. Po­far­bo­wa­ła je nie­daw­no na blond. Jed­ną ręką przy­trzy­my­wa­ła ich ko­ńców­ki, a pal­ce dru­giej dło­ni za­ci­ska­ły się na prze­tar­tej drew­nia­nej ręko­je­ści szczot­ki.

- Wy­cho­dzę z psem! - Usły­sza­ła głos męża do­bie­ga­jący z dołu i chro­bot psich pa­zu­rów na ka­flach, a za­raz po­tem drzwi wy­jścio­we za­trza­snęły się gło­śno.

To­a­let­ka za­drża­ła. Przez kil­ka se­kund Lu­cy­na wi­dzia­ła swo­je od­bi­cie ni­czym za­kłó­ce­nia w te­le­wi­zyj­nej trans­mi­sji. Lek­ko po­ru­szo­ny, roz­my­ty ob­raz.

Odło­ży­ła szczot­kę i zga­si­ła lamp­kę. W ciem­no­ściach wsu­nęła się pod zim­ną ko­łdrę. Przy­jęła po­zy­cję em­brio­nal­ną i dy­go­ta­ła przez chwi­lę, do­pó­ki jej cia­ło nie od­da­ło cie­pła i nie wy­grza­ło po­ście­li.

Chcia­ła jak naj­szyb­ciej za­snąć i nie cze­kać na po­wrót męża i Klu­ski, sied­mio­let­nie­go żó­łte­go la­bra­do­ra. Obie­ca­ła so­bie, że nie będzie już roz­ma­wiać z An­drze­jem, bo to i tak nie mia­ło sen­su. Mu­sia­ła­by mu wy­krzy­czeć w twarz, że tak nie mo­żna, że wszyst­ko po­win­no się zmie­nić, że ona już dłu­żej tego nie wy­trzy­ma.

Kil­ka go­dzin wcze­śniej się po­kłó­ci­li. Jak za­wsze - o to samo. Roz­dra­py­wa­li na nowo wci­ąż tę samą ranę, za­da­wa­li so­bie ból, jak­by bez tego mo­gli za­po­mnieć o tam­tym lip­co­wym pi­ąt­ku przed laty, kie­dy ktoś po­rwał ich uko­cha­ne­go dwu­mie­si­ęcz­ne­go Fi­lip­ka.

Ich je­dy­ne dziec­ko.

Po­szew­ka po­dusz­ki wchło­nęła kil­ka łez, a Lu­cy­na mi­mo­wol­nie wró­ci­ła pa­mi­ęcią do trau­ma­tycz­nych zda­rzeń. Cho­ciaż tak wie­le się zmie­ni­ło, tam­ten strach no­si­ła w so­bie co­dzien­nie.

Z bie­giem lat wy­ra­źne ob­ra­zy, któ­re po­ja­wia­ły się pod po­wie­ka­mi, tra­ci­ły ko­lo­ry, bla­kły, roz­my­wa­ły się jak świe­ża akwa­re­la po­la­na wodą. Z tru­dem już od­dzie­la­ła praw­dę od ułu­dy. Nie­mniej kil­ku rze­czy była pew­na.

Fi­lip był nad­zwy­czaj spo­koj­nym dziec­kiem. Łap­czy­wie ssał pie­rś i po­tem dłu­go spał, a Lu­cy­na wy­ko­rzy­sty­wa­ła ten czas na nie­sie­nie ulgi bo­lącym sut­kom. Kła­dła się na łó­żku obok syna, od­kry­wa­ła de­kolt i ro­bi­ła let­nie okła­dy z sza­łwii lub na­giet­ka. Wpa­try­wa­ła się wte­dy w pulch­ną bu­źkę chłop­czy­ka, a kie­dy się prze­bu­dzał, ob­ser­wo­wa­ła jego ciem­no­nie­bie­skie oczy i po­da­wa­ła mu pa­lec, na któ­rym za­ci­skał pi­ąst­kę.

Któ­re­goś dnia, uśmie­cha­jąc się do nie­go, śpie­wa­ła dzie­ci­ęcą pio­sen­kę o Woj­tu­siu, na któ­re­go mru­ga­ła iskier­ka z po­piel­ni­ka, jej sy­nek zaś wy­krzy­wił pe­łne usta, jak­by spra­wi­ła mu w ten spo­sób ra­do­ść. A po­tem była już pew­na, że chłop­czyk się cie­szy, ile­kroć się nad nim po­chy­la­ła. Drob­ny­mi pa­lusz­ka­mi pró­bo­wał si­ęgać do jej ust i nosa, a ona ła­pa­ła go za rącz­ki i ob­sy­py­wa­ła je po­ca­łun­ka­mi, po czym czub­kiem nosa ła­sko­ta­ła go w brzu­szek. Chi­cho­tał roz­kosz­nie.

Ko­cha­ła swo­je­go syna.

Chłop­czyk był spe­łnie­niem jej ży­cio­wych ma­rzeń. Chcia­ła mieć ko­cha­jące­go męża, dwój­kę dzie­ci i dom z ogro­dem, w któ­rym bie­ga­łby pies. Wów­czas, w ty­si­ąc dzie­wi­ęćset dzie­wi­ęćdzie­si­ątym dru­gim, do pe­łni szczęścia bra­ko­wa­ło jej jesz­cze jed­ne­go dziec­ka i czwo­ro­no­ga. Kie­dy kąpa­ła ma­łe­go Fi­lip­ka, my­śla­ła o po­now­nym za­jściu w ci­ążę, żeby po­tem już nie wra­cać do uci­ążli­we­go pra­nia te­tro­wych pie­luch i ich ci­ągłe­go pra­so­wa­nia. Mieć to z gło­wy raz, a do­brze. Cho­ciaż już wte­dy jej ma­łże­ństwo mia­ło za sobą po­wa­żne tąp­ni­ęcia i ko­bie­ta co­raz częściej oba­wia­ła się, że sko­ńczy się roz­wo­dem. Jed­nak trau­ma, któ­ra ich do­tknęła, o dzi­wo sca­li­ła ich zwi­ązek. Lu­cy­na Wit­berg o to za­dba­ła.

Tam­te­go dnia, w pi­ątek dzie­si­ąte­go lip­ca ty­si­ąc dzie­wi­ęćset dzie­wi­ęćdzie­si­ąte­go dru­gie­go roku, krót­ko po go­dzi­nie osiem­na­stej jej mąż, An­drzej Wit­berg, za­mknął ko­mis sa­mo­cho­do­wy. I tak jak nie­mal w ka­żdy week­end - wy­je­chał do Mo­na­chium, by spro­wa­dzić ko­lej­ne auta na sprze­daż.

Zo­sta­ła w domu sama z dziec­kiem. W po­rze obia­do­wej, kie­dy sło­ńce scho­wa­ło się za chmu­ra­mi, po­sta­wi­ła wó­zek z Fi­lip­kiem w ogro­dzie w cie­niu ja­bło­ni i ko­ńczy­ła pra­cę w kuch­ni. Co ja­kiś czas wy­cho­dzi­ła na ta­ras i na­słu­chi­wa­ła, czy sy­nek się nie obu­dził, ale po­nie­waż spał w naj­lep­sze, wra­ca­ła do domu. Za trze­cim ra­zem po­de­szła do wóz­ka i spoj­rza­ła na dziec­ko. Za­ci­śni­ęte pi­ąst­ki spo­czy­wa­ły obok gło­wy, oczy po­zo­sta­wa­ły za­mkni­ęte. Usta po­ru­sza­ły się ryt­micz­nie. Chcia­ła go po­ca­ło­wać, ale zre­zy­gno­wa­ła, bo mały mógł się obu­dzić. A po­nie­waż zno­wu się prze­ja­śni­ło, uzna­ła, że zo­sta­wi wó­zek w ogro­dzie jesz­cze na kwa­drans.

Szczęśli­wa wró­ci­ła do domu.

Kie­dy szła ko­ry­ta­rzem w kie­run­ku kuch­ni, od­nio­sła wra­że­nie, że wiatr za­wiał moc­niej, bo drzwi ta­ra­so­we za­skrzy­pia­ły gło­śniej niż po­przed­nio. Ale nie prze­jęła się tym za bar­dzo. Mu­sia­ła tyl­ko pa­mi­ętać, by przy naj­bli­ższej oka­zji po­pro­sić An­drze­ja o na­oli­wie­nie za­wia­sów.

I wte­dy kątem oka do­strze­gła ruch po pra­wej stro­nie. Nie zdąży­ła się jed­nak od­wró­cić, bo sil­ne ude­rze­nie w gło­wę rzu­ci­ło ją na ko­la­na i po­ciem­nia­ło jej przed ocza­mi. Bez­wład­nie osu­nęła się na podło­gę.

Tyl­ko tyle za­pa­mi­ęta­ła.

Ock­nęła się oszo­ło­mio­na i prze­ra­żo­na jed­no­cze­śnie, cho­ciaż nie krwa­wi­ła. Pod gęsty­mi wło­sa­mi wy­czu­ła na po­ty­li­cy du­że­go guza, któ­ry bo­lał przy naj­de­li­kat­niej­szym na­wet do­ty­ku. Kręci­ło jej się w gło­wie, świat wi­ro­wał. Wszyst­ko wi­dzia­ła jak w ka­lej­do­sko­pie - ob­ra­zy na­kła­da­ły się na sie­bie i roz­je­żdża­ły. Ci­śnie­nie roz­sa­dza­ło czasz­kę. W ko­ńcu się pod­nio­sła i ru­szy­ła chwiej­nym kro­kiem w stro­nę ogro­du. Gdy z ta­ra­su ze­szła na tra­wę, zie­mia roz­ko­ły­sa­ła się ni­czym oce­an w trak­cie sztor­mu. Przy­sta­nęła i roz­ło­ży­ła ręce, żeby zła­pać rów­no­wa­gę, po czym z ser­cem tłu­kącym się w klat­ce pier­sio­wej po­de­szła do wóz­ka.

I wte­dy za­bra­kło jej tchu.

Se­kun­dę pó­źniej w nie­bo wzbił się prze­ra­źli­wy wrzask.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki