Znów jestem w podróży. Nic mnie tu już nie zatrzymuje. Tam też nikt na mnie nie czeka, przynajmniej nie tak, jak pragnie się być oczekiwanym. Otworzę drzwi i wsunę się pomiędzy ściany, od których nie odbije się echo niczyich kroków spieszących mi na powitanie. Na tę myśl znów ogarnia mnie smutek. By go odegnać, próbuję skupić się na pojedynczych czynnościach, drobnych, pozornie niewiele znaczących, a jednak pozwalających mi zachować łączność z trwającą właśnie chwilą, zanim przeszłość wciśnie mnie w objęcia rozpaczy.
Układam walizkę na półce, starannie wieszam płaszcz, rozsiadam się wcale wygodnie. Po chwili jednak wstaję i zmieniam miejsce. Mogę pozwolić sobie na ten luksus, przedział jest pusty. Tylko ja i sześć niezajętych przez nikogo siedzeń. Wszechotaczająca samotność.
Zerkam na zegarek; do odjazdu pozostało zaledwie kilka minut. Nagle opada mnie myśl, że być może właśnie nadeszła chwila, gdy wyruszam w podróż po raz ostatni. Przypominam sobie jednak, że podobne myśli towarzyszyły mi zawsze, ilekroć los nakazał mi dokądś się udać czy skądkolwiek wrócić, nieważne, czy droga miała być daleka, czy całkiem krótka, ani na który moment życia przypadała owa wyprawa.
Pod pewnymi względami podróż przypomina życie. Możesz poświęcić wiele czasu na przygotowania, wszystko dokładnie przemyśleć, rozważnie wybrać trasę, skompletować odpowiedni ekwipunek, starannie się spakować, nie zapominając o niczym, sporządzić listę miejsc do odwiedzenia i zadań przypisanych każdemu postojowi, spożytkować czas na zgromadzenie odpowiedniego zapasu jedzenia i napitków, na wypadek gdyby po drodze złapał cię głód... Zakupić idealny strój podróżny, wygodny, nieprzesadnie swobodny ani nie nazbyt elegancki, przewiewny, łatwy do uprania. Możesz zrobić to i tysiące innych rzeczy, a jednak gdy nadchodzi czas, by wyruszyć, tak samo jak inni doznajesz wrażenia, że coś pominąłeś, niechybnie o czymś zapomniałeś. Patrzysz, jak stojące wokół ciebie kobiety przeszukują nerwowo torebki, upewniając się, czy zabrały wszystko. Mężczyźni klepią się po kieszeniach marynarek i spodni, kolejno wymacując portfele, dokumenty podróżne, chustki, zapalniczki, papierośnice, drobne monety na napiwki. Oddychają z ulgą, gdy wszystko jest tam, gdzie być powinno, a ty wraz z nimi, ale uczucie dziwnego niepokoju nie odpuszcza. Trzyma za gardło, gdy przez twoją głowę przebiegają kolejne dziesiątki niemal panicznych myśli.
Podenerwowany strachem, na który nie możesz nic poradzić, bo nie zdołałeś ustalić jego przyczyny, w ostatniej chwili przeskakujesz tę nieprzyjemną szczelinę, w której czerni się otchłań torowiska, dzielącą peron od stopni pociągu. Chwytasz się poręczy i doznajesz namiastki ulgi, że znów ci się udało. Gramolisz się między pasażerami, ze zniecierpliwieniem wypatrujesz miejsca, które mógłbyś zająć, by stało się twoim azylem i przez ten krótki czas należało tylko do ciebie.
Aż wreszcie pociąg rusza, statek odbija od przystani, powóz pokonuje pierwszy zakręt, samochód osiąga właściwą prędkość. Potem jest już tylko pęd. Nie czujesz jednak tej szybkości; z miejsca, na którym siedzisz, nie sposób jej poczuć. Zauważasz jedynie stacje - co pięć, dziesięć, piętnaście lat. Orientujesz się, że kolejny odcinek drogi jest za tobą, gdy ktoś się urodzi, umrze, obroni dyplom, weźmie ślub. Za oknami zmieniają się pory roku, a ty tylko się dziwisz, że to już, że znów jest wiosna. Czasem targnie tobą ostrzejszy zakręt, most czy wysiłek, z którym pokonywane jest wzniesienie, ale wiesz, że nie ma już odwrotu, musisz jechać dalej aż do kresu.
Nie potrafię przypomnieć sobie, na jakim etapie życia nauczono mnie doceniać poezję, ale paradoksalnie to właśnie ona pomaga mi teraz przetrwać. Niegdysiejszy wróg nie wiedzieć kiedy stał się przyjacielem, ostatnim, jaki mi pozostał. Przyznam szczerze, że z początku wydawało mi się to niemożliwym. Wymyślne strofy pełne niezrozumiałych obrazów nużyły mnie niemiłosiernie. Czytanie było jak smakowanie wykwintnych dań, początkowo bez uznania wartości - kosztowanie z przymusu, grzeczności lub jakiejkolwiek innej motywacji, która zazwyczaj nie wychodzi człowiekowi na zdrowie - z czasem jednak odkrywało się w nim kolejne zaskakujące doznania, a apetyt rósł. Powoli słowa odsłaniały przede mną swoje tajemnice, poruszały struny mojego serca, układając się w coraz to nowe konstelacje, niczym gwiazdy na niebie. Wreszcie jednak, tyle razy mamrotane niezbyt chętnie, słowa wryły się w moją duszę, zapisując się trudnymi do usunięcia zgłoskami. Wśród zabiegania dnia i ciszy bezsennych nocy powracały do mnie nieodmiennie akuratne, pasujące do nastroju chwili.
Napisano gdzieś, że Achmatowa była głosem rosyjskiej duszy Srebrnego Wieku. Nie potrafię ostatecznie osądzić, ile w tym prawdy, a ile bajdurzenia krytyków literackich, którzy nierzadko doszukują się sensu tam, gdzie go nie ma, i celu tam, gdzie od początku brakło założeń.
Wiem tylko, że pewnego dnia moja samotność stałaby się nieznośna bez jej subtelnych fraz, w których niczym salwy armatnie rozbrzmiewała hukiem rozpacz. Zdawało mi się, że tylko ona rozumie to, co dzieje się we mnie, choć przecież nawet nie zdawała sobie sprawy, że w ogóle istnieję.
Powiadano, że gdy Achmatowa uznawała utwór za skończony, uczyła się go na pamięć, a potem paliła jedyny zapis. Ginął fizyczny ślad, pozostawała pamięć. Tylko jej poetka gotowa była zawierzyć swój największy skarb, tylko na niej polegała, tylko jej nikt nie zdołałby odebrać Achmatowej ani wykorzystać przeciwko niej. To był wybór powodowany rozpaczliwym pragnieniem wolności. Zaufała pamięci, by ocalić pamięć.
Od dnia pogrzebu w moich myślach kołacze się wciąż kilka tych samych strof, jakby inne nigdy nie istniały, nie miały żadnego znaczenia.
"Wiatr szarpnął, odsłonił - i stało się samo, że wszyscy pojęli: to kończy się dramat, to nie trzecia jesień, to śmierć".
Czasem zmienia się tylko język szeptu, ale słowa pozostają te same. Nie potrafię przypomnieć sobie innych wierszy, a przecież było ich tak wiele. Wciąż od nowa rozważam, czemu moja pamięć uparcie przywołuje te same słowa; czy to aby nie znak? Ostrzeżenie? Stojąc niemal na progu wieczności, człowiek nareszcie zyskuje prawo, by stać się przesądnym. A może nie ma to nic wspólnego z zabobonem, ze swej definicji oznaczającym coś bezzasadnego i od korzeni błędnego. Może taki jest właśnie odwieczny porządek wszechświata.
Może i mnie słowa zdołają ocalić. Wyrwać z otchłani niepamięci.
Dziwne, że do starego człowieka powracają czasem wspomnienia chwil, które pozostawały uśpione przez kilkadziesiąt lat. W szybie pędzącego na tle ciemniejących łąk pociągu odbiła się moja twarz. Nagle cofam się myślą do dnia, w którym ta twarz ukazała mi się po raz pierwszy w odbiciu wypolerowanego do czysta lustra. Pamiętam dobrze tamto uczucie. Dokądś bardzo mi się spieszyło, ale na ten widok pęd życia wstrzymał swój bieg. Wszystko zastygło w bezruchu. Ta twarz nie budziła mojego lęku, raczej ciekawość.
Nie wiem, kim jesteś - rozbrzmiało w mojej głowie.
Ogarnęło mnie niejasne przeczucie, że znam tego kogoś, choć był mi niewątpliwie obcy. Trudno właściwie oddać to, co wydarzyło się w trakcie tych kilkunastu sekund, nim życie pognało dalej. Ten moment, w którym przyglądasz się komuś, jeszcze nie wiedząc, że to ty, pozostał jednak ze mną, towarzyszył mi przez całe życie, choć przez tyle lat pozostawał zapomniany. Dziś już wiem, że było to jedno jedyne spojrzenie - wejrzenie w przyszłość, odbicie, zarys czegoś, co miało się dopiero wydarzyć. Ten ułamek wieczności, gdy nagle jesteś sobą, ale jeszcze nie wiesz, co cię czeka i kim się staniesz, gdy przestaniesz być wyłącznie odbiciem.
Lecz choć moje życie dobiega końca, to przecież "nie trzecia jesień, to śmierć" będzie moją następną stacją, wciąż nie wiem. Nie zdołam już niczego dodać ani odjąć z zapisków mojego losu, zostanie postawiona ostatnia kropka przed wielką ciszą i pytania na zawsze pozostaną bez odpowiedzi.
Nagle ogarnia mnie zniecierpliwienie, podobne do tego, którego doświadczają dzieci, gdy nagle zrywają się do biegu, choć mogłyby przecież iść spokojnie. Czuję, że coś mnie przynagla, coś, czego nie potrafię nazwać. Pod tym względem starcy i dzieci są do siebie bardzo podobni, bardzo im się spieszy. Dzieciom, bo są spragnione poznania, starcom, bo boją się, że zbraknie im czasu na coś ważnego.
Muszę dokończyć. Muszę pozwolić wybrzmieć tym jeszcze kilku pozostałym słowom, po raz ostatni rozwibrować się opowieści minionego życia, naszego życia. Inaczej nie pozbędę się jej z siebie, a nie opowiedziawszy jej do końca, nie zdołam odejść, choć przecież dobrze wiem, że już czas.
Wiatr wiejący od wschodu kołysze drzewami rosnącymi wzdłuż drogi. Wiatr ze wschodu niesie wspomnienia, lecz pomiędzy nimi w powietrzu wyczuwam już wyraźnie łagodne muśnięcia wieczności, tak jak niegdyś wśród powiewów jesieni nieomylnie wyczuwaliśmy nadchodzący śnieg. Gdy tylko skończę, nadejdzie kres. Taki jest porządek rzeczy. Nie lękam się niczego poza tym, że nie zdążę. Niedopowiedziane historie zbyt szybko bledną, ulegają wypaczeniu, skręcają się niczym nadpalona kartka i jak ona zmieniają się w popiół. Nikt nie przechowuje niedokończonych opowieści.
Poprzez odbicie własnej twarzy przyglądam się światu i widzę, że znów się zmienia. Pod powierzchnią codzienności coś niebezpiecznie buzuje. Znaki są wyraźne, niemal krzykliwe, ale ludzie ich nie dostrzegają, nie słyszą ostrzegawczych podszeptów historii - a może zwyczajnie nie chcą widzieć ani słyszeć. Chcą po prostu żyć. Błądzą? Czy może mają rację, skupiając się na tym, co trwa, na jedynym, co mogą uchwycić? Potem, jak mnie, zostaną im tylko wspomnienia, pyły przeszłości i prochy najbliższych zagrzebane w obcej ziemi. Widma dawnych marzeń, cienie pragnień, ostatnie echa słów, których przecież tak wiele wypełniało naszą codzienność. Jeszcze wczoraj były wszystkim, dziś są cichsze od liści spadających z miotanych wiatrem drzew, jutro umilkną zupełnie. Jeśli mnie zabraknie, nie będzie komu opowiedzieć końca.
Niezwykła jest myśl, że może nas nie być, przerażająca i ekscytująca zarazem, póki wciąż jesteśmy, póki jeszcze o czymkolwiek możemy zadecydować. Mnie zabraknie, a drzewami przy drodze znów zakołysze wiatr ze wschodu.
Nie mogę nic na to poradzić. Nikt nie może zmieniać reguł w trakcie gry. Podczas partii masz tylko te karty, które dostałeś. Musisz rozegrać wszystko tymi na ręku. Niczego nie dobierzesz, niczego nie oddasz. Masz, co zostało ci dane. Od ciebie jednak zależy, jak będziesz grał. To jest twoja wolność, to jest twoja siła. Twoja odpowiedzialność. Pora zdjąć brzemię ze świata, to twoja gra i nikt nie rozegra żadnej partii za ciebie. Tego nauczyło mnie życie. Z pozoru niewiele, jak na tyle dziesięcioleci.
Moja opowieść o rozegranym już życiu domaga się uwagi. Odrywam wzrok od świata, zamykam oczy. Pod powiekami widzę wciąż tę samą twarz.
Miłość to przedziwna materia, o tak wielu obliczach, smakach, zapachach, kolorach, odcieniach, że aż dziw, iż ktoś pokusił się na określenie tego wszystkiego tylko jednym słowem. Miłość jest przecież nieopisana.
Ktokolwiek sądzi, że zgłębił naturę miłości, jest głupcem. Choć tylu ludzi w historii świata już kochało, miłość wciąż pozostaje przestrzenią niezgłębioną, niedefiniowalną, równie tajemniczą jak to, co naprawdę dzieje się z duszą człowieka po śmierci.
Jest pytaniem, na które nie ma prostej, jednoznacznej odpowiedzi. Każda miłość ma własną opowieść.