Wiatr ze Wschodu (Tom 4). Za zasłoną chmur - Maria Paszyńska, Maria Paszyńska

Kup ebooka

32.00 zł
24.96 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
Za­pra­sza­my na www.pu­bli­cat.pl
Pro­jekt se­rii i okład­ki ANNA SLO­TORSZ / ART­NO­VO.PL
Fo­to­gra­fie na okład­ce Cre­dit Line ? Mark Owen/Tre­vil­lion Ima­ges ? Ja­g_cz/Shut­ter­stock ? lkur­gan­skaya/Shut­ter­stock Na­ro­do­we Ar­chi­wum Cy­fro­we
Ko­or­dy­na­cja pro­jek­tuALEK­SAN­DRA CHY­TROŃ-KO­CHA­NIEC
Re­dak­cjaSZTAM­BO­OK - KA­RO­LI­NA BO­RO­WIEC-PIE­NIAK
Ko­rek­taUR­SZU­LA WŁO­DAR­SKA
SkładKRZYSZ­TOF CHO­DO­ROW­SKI
Po­lish edi­tion ? Ma­ria Pa­szyń­ska, Pu­bli­cat S.A. MMXXI (wy­da­nie elek­tro­nicz­ne)
Wy­ko­rzy­sty­wa­nie e-bo­oka nie­zgod­ne z re­gu­la­mi­nem dys­try­bu­to­ra, w tym nie­le­gal­ne jego ko­pio­wa­nie i roz­po­wszech­nia­nie, jest za­bro­nio­ne.
All ri­ghts re­se­rved
Mot­ta cy­to­wa­ne za: Anna Ach­ma­to­wa, Księ­życ w ze­ni­cie, tłum. Gina Gieysz­tor; Wy­rok, tłum. Eu­ge­nia Sie­masz­kie­wicz, w: tej­że, Po­ezje, wy­bór i po­sło­wie Ja­dwi­ga Szy­mak-Re­ife­ro­wa, Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, Kra­ków 1981.
ISBN 978-83-271-6150-5
Kon­wer­sja: eLi­te­ra s.c.
jest zna­kiem to­wa­ro­wym Pu­bli­cat S.A.
PU­BLI­CAT S.A.
61-003 Po­znań, ul. Chle­bo­wa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: of­fi­ce@pu­bli­cat.pl, www.pu­bli­cat.pl
Od­dział we Wro­cła­wiu 50-010 Wro­cław, ul. Pod­wa­le 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: ksia­zni­ca@pu­bli­cat.pl

Roz­dział 1

Było póź­ne po­po­łu­dnie. Ta­tia­na Fi­li­pow­na Sta­wic­ka wsu­nę­ła klucz w dziur­kę bocz­nych drzwi wej­ścio­wych, któ­rych nie uży­wał nie­mal nikt. Były bo­wiem cał­ko­wi­cie nie­prak­tycz­ne, za­nad­to od­da­lo­ne od kuch­ni, by chcia­ła ko­rzy­stać z nich służ­ba, zbyt cia­sne i wą­skie, sło­wem: nie dość wy­god­ne, co gor­sza, nie dość re­pre­zen­ta­tyw­ne, by peł­nić funk­cję wej­ścia co­dzien­ne­go dla do­mow­ni­ków i go­ści. W do­dat­ku, aby zna­leźć się we­wnątrz domu, naj­pierw trze­ba było zejść dwa schod­ki na ze­wnątrz, a po­tem wspiąć się po trzech już we­wnątrz - i nikt nie mógł dojść przy­czy­ny za­sto­so­wa­nia po­dob­ne­go roz­wią­za­nia. Oj­ciec Ta­tia­ny, Fi­lip Birsz­tejn, nie­jed­no­krot­nie żar­to­wał, że kto­kol­wiek pro­jek­to­wał ten dom, z pew­no­ścią otrzy­mał za­pła­tę przed wy­ko­na­niem pra­cy.

- Upił się z ra­do­ści tak bar­dzo, że pew­ne szcze­gó­ły, ot, choć­by te nie­szczę­sne drzwi, do­ry­so­wy­wał za­pew­ne w pi­jac­kim wi­dzie.

- Albo wy­chy­la­jąc szklan­kę wody z ogór­ków ki­szo­nych dnia na­stęp­ne­go... - do­po­wie­dział pew­ne­go razu Bo­rys. - Po­czuł, że nie­na­wi­dzi lu­dzi tak bar­dzo, że do dość zgrab­nej ca­ło­ści do­ło­ży okrut­nie wą­skie i cał­ko­wi­cie zbęd­ne scho­dy. To mia­ła być za­pew­ne jego oso­bi­sta ze­msta na pe­ters­bur­ża­nach za nie­zno­śny ból gło­wy, su­chość w ustach i tra­wią­ce go mdło­ści.

Bog­da­now wy­wo­łał tym sal­wę śmie­chu. Naj­gło­śniej ze wszyst­kich śmiał się sta­ry Birsz­tejn. Ta­tia­na wzdry­gnę­ła się na to wspo­mnie­nie, nie­pew­na, czy jesz­cze kie­dy­kol­wiek usły­szy ten wspa­nia­ły śmiech. Czym prę­dzej od­su­nę­ła od sie­bie tę myśl. Oj­ciec, ow­szem, cho­ro­wał, ale wciąż żył, a póki żył, mógł jesz­cze od­zy­skać zdro­wie.

Po­krze­pio­na tą my­ślą spró­bo­wa­ła prze­krę­cić klucz w zam­ku, ale me­cha­nizm nie chciał ustą­pić. Nie­na­oli­wio­ne za­su­wy od­ma­wia­ły po­słu­szeń­stwa, a Ta­tia­na jęła za­sta­na­wiać się, co też przy­szło jej do gło­wy, żeby się z nimi mo­co­wać. Była jed­nak zbyt roz­draż­nio­na, żeby te­raz się pod­dać. Po­trze­bo­wa­ła ja­kie­go­kol­wiek zwy­cię­stwa, choć­by naj­mniej­sze­go, a to, choć nie­do­rzecz­ne, było rów­nie do­bre jak inne. Po­zwa­la­ło za­jąć ręce i od­cią­gnąć my­śli od wy­pad­ków tego dnia, sku­pić się na czymś in­nym niż wy­obra­ża­nie so­bie, jak Ana­sta­zja wpa­da na dwor­cu w ra­mio­na Ka­zi­mie­rza. Wi­dzia­ła pięk­ne mie­dzia­ne wło­sy mu­ska­ją­ce twarz jej męża. Wie­lo­ko­lo­ro­we oczy wpa­trzo­ne z mi­ło­ścią w tego, któ­ry prze­cież to jej obie­cy­wał do­cho­wać wier­no­ści, był oj­cem jej dziec­ka.

Szarp­nę­ła za klam­kę. Coś chrup­nę­ło, ale drzwi na­dal po­zo­sta­wa­ły za­mknię­te. Ta­tia­na mia­ła ocho­tę kop­nąć je z wście­kło­ści. I tym ra­zem zdo­ła­ła się jed­nak opa­no­wać.

W tym jed­nym je­stem na­praw­dę do­bra - po­my­śla­ła z go­ry­czą. - W by­ciu opa­no­wa­ną.

Pod­czas roz­mo­wy z Ana­sta­zją wła­śnie taka była: spo­koj­na i zrów­no­wa­żo­na, choć prze­cież w tej sa­mej chwi­li w jej wnę­trzu coś umie­ra­ło. Po­tem po­bie­gła do domu. Mu­sia­ła wy­cho­dzić złość, li­czy­ła, że wiatr roz­wie­je łzy, któ­re ci­snę­ły się jej do oczu. Chcia­ła raz na za­wsze za­trza­snąć za sobą te drzwi. Za­po­mnieć o wszyst­kim. O wia­ro­łom­nym mężu, o jego ko­chan­ce, o wła­snych pla­nach i ma­rze­niach. Za­to­pić się w te­raź­niej­szo­ści.

Coś jed­nak nie da­wa­ło jej spo­ko­ju. Nie mo­gąc za­pa­no­wać nad od­ru­cho­wym zer­ka­niem na zło­ty ze­ga­rek, kon­se­kwent­nie od­mie­rza­ją­cy mi­nu­ty do od­jaz­du po­cią­gu Ka­zi­mie­rza, w przy­pły­wie de­ter­mi­na­cji od­pię­ła go z nad­garst­ka i wsu­nę­ła w dłoń że­bra­ka pro­szą­ce­go o da­tek. Nie obej­rza­ła się, gdy ob­da­ro­wa­ny za­czął wo­łać za nią, dzię­ku­jąc wy­lew­nie za taką hoj­ność. Nie zwa­ża­ła na ni­ko­go i na nic. Nie czu­ła tę­sk­no­ty czy bólu, a przy­naj­mniej ro­bi­ła wszyst­ko, by nie do­pu­ścić ich do gło­su. Nie po­zo­sta­wio­no jej wy­bo­ru. Za­de­cy­do­wa­no za nią.

Po­stą­pi­ła tak, jak na­le­ża­ło. Wy­peł­ni­ła już za­da­ną jej rolę w opo­wie­ści o mi­ło­ści tych dwoj­ga, te­raz chcia­ła tyl­ko za­po­mnieć, wró­cić do domu i sku­pić się na tych, któ­rzy jej po­trze­bo­wa­li, cho­rym ojcu, za­gu­bio­nej mat­ce, uko­cha­nym syn­ku. Je­dy­ne, cze­go nie by­ła­by w sta­nie te­raz znieść, to roz­mo­wa z kim­kol­wiek. Ko­niecz­ność od­po­wie­dze­nia na ja­kie­kol­wiek, choć­by naj­prost­sze py­ta­nie wy­da­wa­ła się jej za­da­niem po­nad siły. Dla­te­go sta­ła, sza­mo­cząc się z tymi nie­szczę­sny­mi drzwia­mi. Naj­wi­docz­niej jed­nak i one po­sta­no­wi­ły sta­wić jej opór. Ta­tia­na po­czu­ła, że coś gnie­cie ją w środ­ku.

Lek­ki po­wiew wio­sen­ne­go wia­tru starł z jej po­licz­ka sa­mot­ną łzę, choć zda­wa­ło jej się, że tego ran­ka wy­pła­ka­ła już wszyst­kie.

- Chcę tyl­ko wejść do środ­ka - wy­szep­ta­ła przez za­ci­śnię­te zęby, jak­by rzu­ca­ła czar lub prze­kleń­stwo.

Po­nie­waż była to pora po­obied­niej drzem­ki Ka­ro­la, Ta­tia­na za­mie­rza­ła nie­zau­wa­żo­na przez ni­ko­go wśli­zgnąć się do domu, prze­mknąć wą­ską klat­ką scho­do­wą dla służ­by do po­ko­ju nie­przy­tom­ne­go ojca i spę­dzić ten czas, sie­dząc przy nim, w mil­cze­niu, któ­re­go tak bar­dzo po­trze­bo­wa­ła. Za­sta­no­wić się nad kro­ka­mi, któ­re bę­dzie mu­sia­ła pod­jąć po odej­ściu Ka­zi­mie­rza. Nie mia­ła żad­nych wąt­pli­wo­ści, że było ono osta­tecz­ne.

Na­ci­snę­ła klam­kę, opar­ła się ra­mie­niem o sta­re drew­no i pchnę­ła moc­no. Za­wia­sy jęk­nę­ły prze­cią­gle, ża­ło­śnie jak du­sze czyść­co­we, i drzwi ustą­pi­ły.

Ta­tia­na po­pra­wi­ła wło­sy, któ­re wy­su­nę­ły się jej z upię­cia, strzep­nę­ła nie­wi­dzial­ne pył­ki z ubra­nia i po­stą­pi­ła krok do przo­du, lecz na­raz za­trzy­ma­ła się z dło­nią opar­tą na klam­ce i nie mo­gła zde­cy­do­wać się, by wejść do środ­ka. Ogar­nął ją pa­lą­cy nie­po­kój, tak strasz­ny, że żad­ny­mi ra­cjo­nal­ny­mi ar­gu­men­ta­mi nie szło go uci­szyć. Mia­ła wra­że­nie, że coś prze­oczy­ła, gdzieś po­peł­ni­ła błąd, któ­ry wciąż jesz­cze mo­gła na­pra­wić. Za­drża­ła z emo­cji i cof­nę­ła się. Za­mknę­ła drzwi, nie zwa­ża­jąc na to, że wciąż trzy­ma­ny w dło­ni klucz prze­śli­zgnął się jej mię­dzy pal­ca­mi i z brzdę­kiem ude­rzył o ka­mien­ny scho­dek. Nie usły­sza­ła tego, po­nie­waż ze­rwa­ła się już do bie­gu. Wy­pa­dła za róg uli­cy i za­ma­cha­ła na prze­jeż­dża­ją­cy wła­śnie sa­mo­chód. Kie­row­ca, czło­wiek nie­mło­dy, ale i nie cał­kiem jesz­cze sta­ry, choć wo­kół jego oczu utwo­rzy­ła się już sia­tecz­ka zmarsz­czek, a gę­stą czu­pry­nę nie­gdyś ciem­nych wło­sów tu i ów­dzie przy­pró­szy­ła si­wi­zna, był wy­raź­nie zszo­ko­wa­ny. Jed­nak to wła­śnie to uczu­cie nie­chyb­nie zmu­si­ło go do za­trzy­ma­nia się obok nie­zwy­kle ele­ganc­kiej ko­bie­ty o kru­czo­czar­nych wło­sach i moc­no za­czer­wie­nio­nych po­licz­kach, któ­rej oczy lśni­ły nie­zdro­wym bla­skiem.

- Czy mógł­by pan mnie za­wieźć na Dwo­rzec War­szaw­ski? - spy­ta­ła, gdy po­spiesz­nie opu­ścił szy­bę. - To bar­dzo, bar­dzo waż­ne. Za­pła­cę. Każ­dą cenę. Mu­szę tyl­ko do­stać się na Dwo­rzec War­szaw­ski.

Męż­czy­zna, któ­re­mu od tych nie­co­dzien­nych wy­pad­ków aż za­schło w gar­dle, po­czuł na­gle zew emo­cji. Coś po­dob­ne­go nie zda­rzy­ło mu się ni­g­dy przed­tem, lecz żył do­sta­tecz­nie dłu­go, by zdą­żyć się już na­uczyć, że cza­sem nie­zwy­kłe zaj­ścia by­wa­ją przy­czyn­kiem tra­ge­dii lub prze­ciw­nie, wiel­kie­go szczę­ścia, a on nie chciał być od­po­wie­dzial­ny za tę pierw­szą oko­licz­ność ani za nie­do­pusz­cze­nie do za­ist­nie­nia dru­giej. W za­my­śle­niu po­tarł na­zbyt sze­ro­ką szczę­kę.

- Cho­dzi o mo­je­go męża - wy­zna­ła Ta­tia­na, nie­świa­do­mie ści­sza­jąc głos, nim męż­czy­zna zdą­żył się ode­zwać. Sło­wa wy­pły­wa­ły z jej ust rwą­cym po­to­kiem. - Po­win­nam była wal­czyć, spró­bo­wać... Na Boga, po­win­nam mu po­wie­dzieć... Mu­szę mu po­wie­dzieć... On musi wie­dzieć.

Kie­row­ca bez sło­wa ski­nął gło­wą. Ta­tia­na umil­kła w jed­nej chwi­li, jak­by za­sko­czo­na tym ge­stem.

- Pro­szę wsia­dać - rzu­cił, a do­strze­gł­szy wa­ha­nie ko­bie­ty, czym prę­dzej wy­siadł i otwo­rzył przed nią drzwi.

Ukrad­kiem prze­że­gnał się jesz­cze, wzy­wa­jąc wszyst­kich świę­tych, by par­tyj­ne spo­tka­nie, z któ­re­go miał wkrót­ce ode­brać wła­ści­cie­la sa­mo­cho­du, prze­dłu­ży­ło się przy­naj­mniej o dwa kwa­dran­se. Żona nie wy­ba­czy­ła­by mu, gdy­by stra­cił tę pra­cę.

- Pre­swia­ta­ja Troj­ce, po­mi­łuj nas - szep­nął bez­gło­śnie.

Za­trza­snął drzwicz­ki, siadł za kie­row­ni­cą i ru­szył w stro­nę dwor­ca. Raz po raz zer­kał w lu­ster­ku na sie­dzą­cą za nim ko­bie­tę. Pierw­sze wra­że­nie nie zmy­li­ło go, była to praw­dzi­wa pięk­ność i z pew­no­ścią wiel­ka dama. Za­sty­gła te­raz w peł­nej gra­cji po­zie, ide­al­nie wy­pro­sto­wa­na. Z gło­wą lek­ko po­chy­lo­ną w pra­wo spo­glą­da­ła przez okno nie­wi­dzą­cym wzro­kiem.

- Nie wiem, czy kie­dy­kol­wiek zdo­łam się panu od­wdzię­czyć - ode­zwa­ła się po raz pierw­szy, od­kąd ru­szy­li, gdy w od­da­li za­ma­ja­czy­ły kon­tu­ry dwor­ca. Ro­zej­rza­ła się wo­ko­ło, do­pie­ro te­raz orien­tu­jąc się, że nie ma przy so­bie to­reb­ki. Odło­ży­ła ją na scho­dek przy wej­ściu, gdy mo­co­wa­ła się z drzwia­mi. - Ale nie za­po­mnę. Ni­g­dy panu tego nie za­po­mnę.

Męż­czy­zna za­mru­czał coś nie­wy­raź­nie, na­gle onie­śmie­lo­ny jej peł­nym do­sto­jeń­stwa gło­sem i wy­po­wia­da­ny­mi przez nią sło­wa­mi, z któ­rych biła dziw­na siła.

- Na­zy­wam się Ta­tia­na Sta­wi... - za­wa­ha­ła się. - Gdy­by kie­dy­kol­wiek po­trze­bo­wał pan ja­kiej­kol­wiek po­mo­cy, pro­szę py­tać o cór­kę Fi­li­pa Birsz­tej­na.

Nie po­wie­dzia­ła nic wię­cej. Wy­sia­dła, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie je­dy­nie de­li­kat­ną woń per­fum uno­szą­cych się w ka­bi­nie sa­mo­cho­du.

Kie­row­ca zdjął czap­kę i otarł pot z czo­ła. Chciał od­je­chać, lecz nie­opo­dal do­strzegł tęgą ko­bie­ci­nę sie­dzą­cą na ni­skim sto­łecz­ku, mimo cie­płe­go dnia opa­tu­lo­ną w ko­lo­ro­wą weł­nia­ną chu­s­tę. Obok niej sta­ła duża me­ta­lo­wa bań­ka, przed któ­rą ufor­mo­wa­ła się pręd­ko ko­lej­ka spra­gnio­nych orzeź­wie­nia po­dróż­nych. Męż­czy­zna prze­łknął śli­nę. Po­czuł pa­lą­ce pra­gnie­nie, któ­re - jak mu się w owej chwi­li zda­wa­ło - uga­sić mo­gła tyl­ko szklan­ka świe­że­go mle­ka. Przez chwi­lę po­ku­sa wal­czy­ła z po­czu­ciem obo­wiąz­ku za­pra­wio­nym stra­chem przed gnie­wem żony. Wresz­cie uznał, że i tak zmi­trę­żył już dość cza­su i na­giął obo­wią­zu­ją­ce go za­sa­dy. Je­śli ma po­nieść kon­se­kwen­cje, po­nie­sie je, wszyst­ko się wyda i z pew­no­ścią nie unik­nie kary. Kil­ka do­dat­ko­wych mi­nut nie zro­bi już więc żad­nej róż­ni­cy. Po­krze­pio­ny tą my­ślą, wy­siadł z sa­mo­cho­du i sta­nął na koń­cu ogon­ka.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu peł­nej wer­sji książ­ki
.

Znów je­stem w po­dró­ży. Nic mnie tu już nie za­trzy­mu­je. Tam też nikt na mnie nie cze­ka, przy­naj­mniej nie tak, jak pra­gnie się być ocze­ki­wa­nym. Otwo­rzę drzwi i wsu­nę się po­mię­dzy ścia­ny, od któ­rych nie od­bi­je się echo ni­czy­ich kro­ków spie­szą­cych mi na po­wi­ta­nie. Na tę myśl znów ogar­nia mnie smu­tek. By go ode­gnać, pró­bu­ję sku­pić się na po­je­dyn­czych czyn­no­ściach, drob­nych, po­zor­nie nie­wie­le zna­czą­cych, a jed­nak po­zwa­la­ją­cych mi za­cho­wać łącz­ność z trwa­ją­cą wła­śnie chwi­lą, za­nim prze­szłość wci­śnie mnie w ob­ję­cia roz­pa­czy.

Ukła­dam wa­liz­kę na pół­ce, sta­ran­nie wie­szam płaszcz, roz­sia­dam się wca­le wy­god­nie. Po chwi­li jed­nak wsta­ję i zmie­niam miej­sce. Mogę po­zwo­lić so­bie na ten luk­sus, prze­dział jest pu­sty. Tyl­ko ja i sześć nie­za­ję­tych przez ni­ko­go sie­dzeń. Wszech­ota­cza­ją­ca sa­mot­ność.

Zer­kam na ze­ga­rek; do od­jaz­du po­zo­sta­ło za­le­d­wie kil­ka mi­nut. Na­gle opa­da mnie myśl, że być może wła­śnie na­de­szła chwi­la, gdy wy­ru­szam w po­dróż po raz ostat­ni. Przy­po­mi­nam so­bie jed­nak, że po­dob­ne my­śli to­wa­rzy­szy­ły mi za­wsze, ile­kroć los na­ka­zał mi do­kądś się udać czy skąd­kol­wiek wró­cić, nie­waż­ne, czy dro­ga mia­ła być da­le­ka, czy cał­kiem krót­ka, ani na któ­ry mo­ment ży­cia przy­pa­da­ła owa wy­pra­wa.

Pod pew­ny­mi wzglę­da­mi po­dróż przy­po­mi­na ży­cie. Mo­żesz po­świę­cić wie­le cza­su na przy­go­to­wa­nia, wszyst­ko do­kład­nie prze­my­śleć, roz­waż­nie wy­brać tra­sę, skom­ple­to­wać od­po­wied­ni ekwi­pu­nek, sta­ran­nie się spa­ko­wać, nie za­po­mi­na­jąc o ni­czym, spo­rzą­dzić li­stę miejsc do od­wie­dze­nia i za­dań przy­pi­sa­nych każ­de­mu po­sto­jo­wi, spo­żyt­ko­wać czas na zgro­ma­dze­nie od­po­wied­nie­go za­pa­su je­dze­nia i na­pit­ków, na wy­pa­dek gdy­by po dro­dze zła­pał cię głód... Za­ku­pić ide­al­ny strój po­dróż­ny, wy­god­ny, nie­prze­sad­nie swo­bod­ny ani nie na­zbyt ele­ganc­ki, prze­wiew­ny, ła­twy do upra­nia. Mo­żesz zro­bić to i ty­sią­ce in­nych rze­czy, a jed­nak gdy nad­cho­dzi czas, by wy­ru­szyć, tak samo jak inni do­zna­jesz wra­że­nia, że coś po­mi­ną­łeś, nie­chyb­nie o czymś za­po­mnia­łeś. Pa­trzysz, jak sto­ją­ce wo­kół cie­bie ko­bie­ty prze­szu­ku­ją ner­wo­wo to­reb­ki, upew­nia­jąc się, czy za­bra­ły wszyst­ko. Męż­czyź­ni kle­pią się po kie­sze­niach ma­ry­na­rek i spodni, ko­lej­no wy­ma­cu­jąc port­fe­le, do­ku­men­ty po­dróż­ne, chust­ki, za­pal­nicz­ki, pa­pie­ro­śni­ce, drob­ne mo­ne­ty na na­piw­ki. Od­dy­cha­ją z ulgą, gdy wszyst­ko jest tam, gdzie być po­win­no, a ty wraz z nimi, ale uczu­cie dziw­ne­go nie­po­ko­ju nie od­pusz­cza. Trzy­ma za gar­dło, gdy przez two­ją gło­wę prze­bie­ga­ją ko­lej­ne dzie­siąt­ki nie­mal pa­nicz­nych my­śli.

Po­de­ner­wo­wa­ny stra­chem, na któ­ry nie mo­żesz nic po­ra­dzić, bo nie zdo­ła­łeś usta­lić jego przy­czy­ny, w ostat­niej chwi­li prze­ska­ku­jesz tę nie­przy­jem­ną szcze­li­nę, w któ­rej czer­ni się ot­chłań to­ro­wi­ska, dzie­lą­cą pe­ron od stop­ni po­cią­gu. Chwy­tasz się po­rę­czy i do­zna­jesz na­miast­ki ulgi, że znów ci się uda­ło. Gra­mo­lisz się mię­dzy pa­sa­że­ra­mi, ze znie­cier­pli­wie­niem wy­pa­tru­jesz miej­sca, któ­re mógł­byś za­jąć, by sta­ło się two­im azy­lem i przez ten krót­ki czas na­le­ża­ło tyl­ko do cie­bie.

Aż wresz­cie po­ciąg ru­sza, sta­tek od­bi­ja od przy­sta­ni, po­wóz po­ko­nu­je pierw­szy za­kręt, sa­mo­chód osią­ga wła­ści­wą pręd­kość. Po­tem jest już tyl­ko pęd. Nie czu­jesz jed­nak tej szyb­ko­ści; z miej­sca, na któ­rym sie­dzisz, nie spo­sób jej po­czuć. Za­uwa­żasz je­dy­nie sta­cje - co pięć, dzie­sięć, pięt­na­ście lat. Orien­tu­jesz się, że ko­lej­ny od­ci­nek dro­gi jest za tobą, gdy ktoś się uro­dzi, umrze, obro­ni dy­plom, weź­mie ślub. Za okna­mi zmie­nia­ją się pory roku, a ty tyl­ko się dzi­wisz, że to już, że znów jest wio­sna. Cza­sem tar­gnie tobą ostrzej­szy za­kręt, most czy wy­si­łek, z któ­rym po­ko­ny­wa­ne jest wznie­sie­nie, ale wiesz, że nie ma już od­wro­tu, mu­sisz je­chać da­lej aż do kre­su.

Nie po­tra­fię przy­po­mnieć so­bie, na ja­kim eta­pie ży­cia na­uczo­no mnie do­ce­niać po­ezję, ale pa­ra­dok­sal­nie to wła­śnie ona po­ma­ga mi te­raz prze­trwać. Nie­gdy­siej­szy wróg nie wie­dzieć kie­dy stał się przy­ja­cie­lem, ostat­nim, jaki mi po­zo­stał. Przy­znam szcze­rze, że z po­cząt­ku wy­da­wa­ło mi się to nie­moż­li­wym. Wy­myśl­ne stro­fy peł­ne nie­zro­zu­mia­łych ob­ra­zów nu­ży­ły mnie nie­mi­ło­sier­nie. Czy­ta­nie było jak sma­ko­wa­nie wy­kwint­nych dań, po­cząt­ko­wo bez uzna­nia war­to­ści - kosz­to­wa­nie z przy­mu­su, grzecz­no­ści lub ja­kiej­kol­wiek in­nej mo­ty­wa­cji, któ­ra za­zwy­czaj nie wy­cho­dzi czło­wie­ko­wi na zdro­wie - z cza­sem jed­nak od­kry­wa­ło się w nim ko­lej­ne za­ska­ku­ją­ce do­zna­nia, a ape­tyt rósł. Po­wo­li sło­wa od­sła­nia­ły przede mną swo­je ta­jem­ni­ce, po­ru­sza­ły stru­ny mo­je­go ser­ca, ukła­da­jąc się w co­raz to nowe kon­ste­la­cje, ni­czym gwiaz­dy na nie­bie. Wresz­cie jed­nak, tyle razy mam­ro­ta­ne nie­zbyt chęt­nie, sło­wa wry­ły się w moją du­szę, za­pi­su­jąc się trud­ny­mi do usu­nię­cia zgło­ska­mi. Wśród za­bie­ga­nia dnia i ci­szy bez­sen­nych nocy po­wra­ca­ły do mnie nie­odmien­nie aku­rat­ne, pa­su­ją­ce do na­stro­ju chwi­li.

Na­pi­sa­no gdzieś, że Ach­ma­to­wa była gło­sem ro­syj­skiej du­szy Srebr­ne­go Wie­ku. Nie po­tra­fię osta­tecz­nie osą­dzić, ile w tym praw­dy, a ile baj­du­rze­nia kry­ty­ków li­te­rac­kich, któ­rzy nie­rzad­ko do­szu­ku­ją się sen­su tam, gdzie go nie ma, i celu tam, gdzie od po­cząt­ku bra­kło za­ło­żeń.

Wiem tyl­ko, że pew­ne­go dnia moja sa­mot­ność sta­ła­by się nie­zno­śna bez jej sub­tel­nych fraz, w któ­rych ni­czym sal­wy ar­mat­nie roz­brzmie­wa­ła hu­kiem roz­pacz. Zda­wa­ło mi się, że tyl­ko ona ro­zu­mie to, co dzie­je się we mnie, choć prze­cież na­wet nie zda­wa­ła so­bie spra­wy, że w ogó­le ist­nie­ję.

Po­wia­da­no, że gdy Ach­ma­to­wa uzna­wa­ła utwór za skoń­czo­ny, uczy­ła się go na pa­mięć, a po­tem pa­li­ła je­dy­ny za­pis. Gi­nął fi­zycz­ny ślad, po­zo­sta­wa­ła pa­mięć. Tyl­ko jej po­et­ka go­to­wa była za­wie­rzyć swój naj­więk­szy skarb, tyl­ko na niej po­le­ga­ła, tyl­ko jej nikt nie zdo­łał­by ode­brać Ach­ma­to­wej ani wy­ko­rzy­stać prze­ciw­ko niej. To był wy­bór po­wo­do­wa­ny roz­pacz­li­wym pra­gnie­niem wol­no­ści. Za­ufa­ła pa­mię­ci, by oca­lić pa­mięć.

Od dnia po­grze­bu w mo­ich my­ślach ko­ła­cze się wciąż kil­ka tych sa­mych strof, jak­by inne ni­g­dy nie ist­nia­ły, nie mia­ły żad­ne­go zna­cze­nia.

"Wiatr szarp­nął, od­sło­nił - i sta­ło się samo, że wszy­scy po­ję­li: to koń­czy się dra­mat, to nie trze­cia je­sień, to śmierć".

Cza­sem zmie­nia się tyl­ko ję­zyk szep­tu, ale sło­wa po­zo­sta­ją te same. Nie po­tra­fię przy­po­mnieć so­bie in­nych wier­szy, a prze­cież było ich tak wie­le. Wciąż od nowa roz­wa­żam, cze­mu moja pa­mięć upar­cie przy­wo­łu­je te same sło­wa; czy to aby nie znak? Ostrze­że­nie? Sto­jąc nie­mal na pro­gu wiecz­no­ści, czło­wiek na­resz­cie zy­sku­je pra­wo, by stać się prze­sąd­nym. A może nie ma to nic wspól­ne­go z za­bo­bo­nem, ze swej de­fi­ni­cji ozna­cza­ją­cym coś bez­za­sad­ne­go i od ko­rze­ni błęd­ne­go. Może taki jest wła­śnie od­wiecz­ny po­rzą­dek wszech­świa­ta.

Może i mnie sło­wa zdo­ła­ją oca­lić. Wy­rwać z ot­chła­ni nie­pa­mię­ci.

Dziw­ne, że do sta­re­go czło­wie­ka po­wra­ca­ją cza­sem wspo­mnie­nia chwil, któ­re po­zo­sta­wa­ły uśpio­ne przez kil­ka­dzie­siąt lat. W szy­bie pę­dzą­ce­go na tle ciem­nie­ją­cych łąk po­cią­gu od­bi­ła się moja twarz. Na­gle co­fam się my­ślą do dnia, w któ­rym ta twarz uka­za­ła mi się po raz pierw­szy w od­bi­ciu wy­po­le­ro­wa­ne­go do czy­sta lu­stra. Pa­mię­tam do­brze tam­to uczu­cie. Do­kądś bar­dzo mi się spie­szy­ło, ale na ten wi­dok pęd ży­cia wstrzy­mał swój bieg. Wszyst­ko za­sty­gło w bez­ru­chu. Ta twarz nie bu­dzi­ła mo­je­go lęku, ra­czej cie­ka­wość.

Nie wiem, kim je­steś - roz­brzmia­ło w mo­jej gło­wie.

Ogar­nę­ło mnie nie­ja­sne prze­czu­cie, że znam tego ko­goś, choć był mi nie­wąt­pli­wie obcy. Trud­no wła­ści­wie od­dać to, co wy­da­rzy­ło się w trak­cie tych kil­ku­na­stu se­kund, nim ży­cie po­gna­ło da­lej. Ten mo­ment, w któ­rym przy­glą­dasz się ko­muś, jesz­cze nie wie­dząc, że to ty, po­zo­stał jed­nak ze mną, to­wa­rzy­szył mi przez całe ży­cie, choć przez tyle lat po­zo­sta­wał za­po­mnia­ny. Dziś już wiem, że było to jed­no je­dy­ne spoj­rze­nie - wej­rze­nie w przy­szłość, od­bi­cie, za­rys cze­goś, co mia­ło się do­pie­ro wy­da­rzyć. Ten uła­mek wiecz­no­ści, gdy na­gle je­steś sobą, ale jesz­cze nie wiesz, co cię cze­ka i kim się sta­niesz, gdy prze­sta­niesz być wy­łącz­nie od­bi­ciem.

Lecz choć moje ży­cie do­bie­ga koń­ca, to prze­cież "nie trze­cia je­sień, to śmierć" bę­dzie moją na­stęp­ną sta­cją, wciąż nie wiem. Nie zdo­łam już ni­cze­go do­dać ani od­jąć z za­pi­sków mo­je­go losu, zo­sta­nie po­sta­wio­na ostat­nia krop­ka przed wiel­ką ci­szą i py­ta­nia na za­wsze po­zo­sta­ną bez od­po­wie­dzi.

Na­gle ogar­nia mnie znie­cier­pli­wie­nie, po­dob­ne do tego, któ­re­go do­świad­cza­ją dzie­ci, gdy na­gle zry­wa­ją się do bie­gu, choć mo­gły­by prze­cież iść spo­koj­nie. Czu­ję, że coś mnie przy­na­gla, coś, cze­go nie po­tra­fię na­zwać. Pod tym wzglę­dem star­cy i dzie­ci są do sie­bie bar­dzo po­dob­ni, bar­dzo im się spie­szy. Dzie­ciom, bo są spra­gnio­ne po­zna­nia, star­com, bo boją się, że zbrak­nie im cza­su na coś waż­ne­go.

Mu­szę do­koń­czyć. Mu­szę po­zwo­lić wy­brzmieć tym jesz­cze kil­ku po­zo­sta­łym sło­wom, po raz ostat­ni roz­wi­bro­wać się opo­wie­ści mi­nio­ne­go ży­cia, na­sze­go ży­cia. Ina­czej nie po­zbę­dę się jej z sie­bie, a nie opo­wie­dziaw­szy jej do koń­ca, nie zdo­łam odejść, choć prze­cież do­brze wiem, że już czas.

Wiatr wie­ją­cy od wscho­du ko­ły­sze drze­wa­mi ro­sną­cy­mi wzdłuż dro­gi. Wiatr ze wscho­du nie­sie wspo­mnie­nia, lecz po­mię­dzy nimi w po­wie­trzu wy­czu­wam już wy­raź­nie ła­god­ne mu­śnię­cia wiecz­no­ści, tak jak nie­gdyś wśród po­wie­wów je­sie­ni nie­omyl­nie wy­czu­wa­li­śmy nad­cho­dzą­cy śnieg. Gdy tyl­ko skoń­czę, na­dej­dzie kres. Taki jest po­rzą­dek rze­czy. Nie lę­kam się ni­cze­go poza tym, że nie zdą­żę. Nie­do­po­wie­dzia­ne hi­sto­rie zbyt szyb­ko bled­ną, ule­ga­ją wy­pa­cze­niu, skrę­ca­ją się ni­czym nad­pa­lo­na kart­ka i jak ona zmie­nia­ją się w po­piół. Nikt nie prze­cho­wu­je nie­do­koń­czo­nych opo­wie­ści.

Po­przez od­bi­cie wła­snej twa­rzy przy­glą­dam się świa­tu i wi­dzę, że znów się zmie­nia. Pod po­wierzch­nią co­dzien­no­ści coś nie­bez­piecz­nie bu­zu­je. Zna­ki są wy­raź­ne, nie­mal krzy­kli­we, ale lu­dzie ich nie do­strze­ga­ją, nie sły­szą ostrze­gaw­czych pod­szep­tów hi­sto­rii - a może zwy­czaj­nie nie chcą wi­dzieć ani sły­szeć. Chcą po pro­stu żyć. Błą­dzą? Czy może mają ra­cję, sku­pia­jąc się na tym, co trwa, na je­dy­nym, co mogą uchwy­cić? Po­tem, jak mnie, zo­sta­ną im tyl­ko wspo­mnie­nia, pyły prze­szło­ści i pro­chy naj­bliż­szych za­grze­ba­ne w ob­cej zie­mi. Wid­ma daw­nych ma­rzeń, cie­nie pra­gnień, ostat­nie echa słów, któ­rych prze­cież tak wie­le wy­peł­nia­ło na­szą co­dzien­ność. Jesz­cze wczo­raj były wszyst­kim, dziś są cich­sze od li­ści spa­da­ją­cych z mio­ta­nych wia­trem drzew, ju­tro umilk­ną zu­peł­nie. Je­śli mnie za­brak­nie, nie bę­dzie komu opo­wie­dzieć koń­ca.

Nie­zwy­kła jest myśl, że może nas nie być, prze­ra­ża­ją­ca i eks­cy­tu­ją­ca za­ra­zem, póki wciąż je­ste­śmy, póki jesz­cze o czym­kol­wiek mo­że­my za­de­cy­do­wać. Mnie za­brak­nie, a drze­wa­mi przy dro­dze znów za­ko­ły­sze wiatr ze wscho­du.

Nie mogę nic na to po­ra­dzić. Nikt nie może zmie­niać re­guł w trak­cie gry. Pod­czas par­tii masz tyl­ko te kar­ty, któ­re do­sta­łeś. Mu­sisz ro­ze­grać wszyst­ko tymi na ręku. Ni­cze­go nie do­bie­rzesz, ni­cze­go nie od­dasz. Masz, co zo­sta­ło ci dane. Od cie­bie jed­nak za­le­ży, jak bę­dziesz grał. To jest two­ja wol­ność, to jest two­ja siła. Two­ja od­po­wie­dzial­ność. Pora zdjąć brze­mię ze świa­ta, to two­ja gra i nikt nie ro­ze­gra żad­nej par­tii za cie­bie. Tego na­uczy­ło mnie ży­cie. Z po­zo­ru nie­wie­le, jak na tyle dzie­się­cio­le­ci.

Moja opo­wieść o ro­ze­gra­nym już ży­ciu do­ma­ga się uwa­gi. Od­ry­wam wzrok od świa­ta, za­my­kam oczy. Pod po­wie­ka­mi wi­dzę wciąż tę samą twarz.

Mi­łość to prze­dziw­na ma­te­ria, o tak wie­lu ob­li­czach, sma­kach, za­pa­chach, ko­lo­rach, od­cie­niach, że aż dziw, iż ktoś po­ku­sił się na okre­śle­nie tego wszyst­kie­go tyl­ko jed­nym sło­wem. Mi­łość jest prze­cież nie­opi­sa­na.

Kto­kol­wiek są­dzi, że zgłę­bił na­tu­rę mi­ło­ści, jest głup­cem. Choć tylu lu­dzi w hi­sto­rii świa­ta już ko­cha­ło, mi­łość wciąż po­zo­sta­je prze­strze­nią nie­zgłę­bio­ną, nie­de­fi­nio­wal­ną, rów­nie ta­jem­ni­czą jak to, co na­praw­dę dzie­je się z du­szą czło­wie­ka po śmier­ci.

Jest py­ta­niem, na któ­re nie ma pro­stej, jed­no­znacz­nej od­po­wie­dzi. Każ­da mi­łość ma wła­sną opo­wieść.