Od majowego z południa
powiewu morze stawało się bławe, niby oczy kobiece. Wody jego snuły
się same w sobie i bezwładem fał, ciężarem opadania wygładzały
piaski wybrzeża, poorane od lodów. Gorący oddech dalekich stron
południa kołysał się w gęsiach tych i przybijał do wyziębłych
brzegów. Piaski były nieustępliwe, niemal twarte, jak skrzyżale
kamienne. Mięka kidzena, zielonawa powłoka zwiędłych wodorostów,
wypchnięta z toni, rozpościerała się na wzór kobierca, żeby snadź
ostre kamyki, z głębokiego wymiecione odmętu, bosej stopy nie
skrzywdziły. Równe, powłoczyste, ciężkie morze, na rewach i
mieliznach żółte, na głębinach ciemnomodre, w cieniu obłoków
zielone, przeistaczało się w przystań cichą, w rozkosz spojrzenia.
Wysnuwało się z błękitu niewidzialne dotychczas, dalekie, jasne
pasmo międzymorza. Naprzeciwko niego miłościwym łukiem zaznaczał
się szlak mierzei jeszcze mniej znaczny, - ni to plama podłużna w
źrenicy, - ląd, który wielka rzeka z ziem swoich przez wieki wieków
wynosi. Zataczały się ku sobie w źrenicy patrzącej te dwie krzywe
linie, jakgdyby rzęsa górna i rzęsa dolna nad okiem niewysłowionej
piękności. I otwierało się ku wiosennemu słońcu oko morza wiosenne,
nieobjęte, nienapatrzone, samo w sobie doskonałe. Błękit niebieski
i światło niebieskie przeniknęły wody i ziemie dalekie, czyniąc z
nich jedyną istność piękności. Nad ziemią sunęły białe i śniade
obłoki. Gdy obłok płynął nad kolebskiemi wzgórzami, wątły cień
przesuwał się po zieleni lasów. Tam między jedną a drugą duną gajem
sosnowym obrosłą, otwierała się cicha dolina. A za doliną wznosiła
się duna osobna, którą od podnóża do szczytu pokrył żarnowiec sam,
jedyny. Witeczki jego z korzeni twardych, jak róg pędzące nagiemi
rózgami, nie miały jeszcze liści. Sam jeno jasnożółty,
płomiennobarwny kwiat od korzenia do najwyższego pędu je okrył. I
wszystka góra od podnóża do okrągłego, najwyższego wierzchołka
stała, jako jeden krzak ognisty, jasnożółta, na wzór słońca
płomieniejąc. Zapach traw młodych niósł się z poprzecznych łąk
między górami, gdzie Kaczy strumień po kamieniach z lasów spada,
ażeby potem cichym błądzikiem zataczać się między wierzbami i
niepostrzeżenie w żółtych piaskach przelewać swe leśne wody. Daleki
odgłos morza uderzał w ciche doliny między górami. Jakby usiłując
naśladować piękność i nieskończoną melodyę morskiego szumu,
zanosiły się od śpiewu słowiki i kosy, przelewając melodye w
melodye swoje. A jakgdyby na skutek śpiewu kosów i słowików,
wzruszała się śniada i żółta ziemia, gliny i piaski, a z łona jej
wonne konwalje tryskały.
Czarny łowiec, który jako skald z orszakami normannów przybiegł
był na tę ziemię, błąkał się w tych oto stronach. Mieszkał wśród
tego plemienia. Na koźle lub dziku przebiegał niezbrodzone puszcze,
polując na dzieciobójczynie. Widywali go drwale pod Budowem i
pasterze po Rziszczem, gdy przychodził do ogniska w nocy, prosząc o
pozwolenie upieczenia sarniego uda w głowniach sosnowych. Na
przesmykach i polanach niezmiernych puszcz między Odrą a Wisłą,
ponad wysokobrzeżnemi jeziorami, z których stężyczyńskiej głębiny
czarownym wężem obok Babidołu Radunia się snuje, gdziekolwiek na
wschód i zachód od Wieżycy mowa jednako brzmiała pod dymem bud
leśnych i checz na polanach, trwoga padała na ludzi przed czarnym
myśliwym. Nadano mu wszędy Smętka imię, tropił bowiem chytrze młode
dziewczyny ponad brzegami głębokich strumieni i nie przepuścił ani
jednej, gdy się wśród bólu strasznego i w trwodze większej od bólu
słaniała u stromych urwisk czarnego jeziora, szukając dogodnego
odmętu, ażeby z kamieniem nieudźwignionym u kruchej szyjeczki
cisnąć weń płód, zrodzony sekretnie, wbrew prawom i naprzekór
ustawom, świadectwo hańby niezmytej, zbrodni największej, owoc
miłości niezwalczonej i nieodpartej męskiej przemocy Chodził ślad w
ślad, - smętny tropiciel, - za ojcobójcami, gryzącymi w sobie na
miejscach samotnych wiekuiście nie do-zgryzienia zabójczy jad
wspomnień o ciosie. Rozżarzał aż do szaleństwa oczywistości pamięć
uczynku, podpowiadał fenomeny wydarzenia, postokroć, potysiąckroć
przyprowadzał widzenie sprawy w tosamo miejsce, w tęsamą godzinę i
wtedy sekretnym kluczem otwierał w duszy przeklęte drzwi jaskini
nieposkromionej żałości, w której się wieczny ogień pali. Stawał
niewidoczny a obecny, - sam, - nad legowiskiem synobójców. Nanowo
rozdmuchiwał swym mieszkiem węgle piekielnego gniewu, od długości
czasu perzynę okryte, - przygasłe. Podnosił nawowo rękę, która w
furyi zamordowała i łagodnie naciskał powieki, żeby oczy płakały
straszliwszem ponad wszystko, sennem płakaniem nad zaklęsłą, ohydną
ziemię, w której leży syn, sekretnie ojcowską ręką zabity.
Rozsyłał z krzaków bzu, gdzie przebywały, podwładne mu
krośnięta, karzełki na pół łokcia wysokie, z wielkiemi głowami,
czerwonemi nosy i w modrem obleczeniu, ażeby po nocy, przy blasku
księżyca zamieniały w kołyskach dzieci, podrzucając swe własne
potwory matkom, co się wymykały skrycie po za węgły checz dla
tajemnej, poksiężycowej rozpusty.
Sam zaś podrzucał mory w ciała bladolicych dziewcząt, które
odtąd przy świetle księżyca wałęsać się musiały, błąkać się po
brzegach wód, po dachach i płotach, po stajniach końskich i oborach
krów, po zaroślach tarniny, męczyć siebie i męczyć ciężkiemi
ponocnemi morzyskami ludzi, zwierzęta i rośliny. Sunęły tedy pod
powiekami zdrowych i tęgich młokosów, jako ciała nadobne, omdlałe z
żądzy, jako rozkoszne nagie omony, widziadła, wyciągające
kusicielskie objęcia. Nie było ustawy, nie było zakazu, nie było
prawa, któreby przed ich pięknością zaporę postawić mogło.
Mocniejsze było niezwalczone widzenie ich urody, niż sam lęk
przedeśmiercią.
Podchodził skrycie pod progi i nastawiał miski z jedzeniem,
zaprawionem dyablim pomiotem, ażeby baby chutliwe zjadały zadaną
strawę i przeistaczały się w czarownice. Gdy zaś którą tak
podstępnie zawładnął, gnał ją z checzy do checzy, by urzekała ludzi
i zwierzęta, szkodziła na zdrowiu maleńkim dzieciom i uwodziła
niewinnych młodzianków. Gdy księżyc ubywający odchodził w gorzki
nocny mrok, w głuchą nicość, gdy wicher jesienny jęczał w gałęziach
drzew prastarych, siadały przy po posłaniach kobiet schorzałych,
ciężarnych, nie mogących spać, u łoża matek, co potraciły małe
dziateczki, wskutek zamachów przedziwnych i ciosów bezlitosnych
tajnych chorób, rzucając z głębi nocy bez końca, nocy boleści, na
ich łona łkające wciąż nowe, nieudźwignione ciężary.
Jako chłopiec przecudnooki, jako knop pięknolicy, przewijał
się przed oczyma, w myślach i w pożądaniu, które nigdy nie gaśnie,
rozkwitających dziewcząt i kwitnących kobiet, wabiąc je w tajne
skrytki sekretnej miłości, ukazując poza wszystkiemi ustawami
świata i związkami rodu kwieciste i woniejące schadzki zacisze.
Oplatały się wokół niego wszystkiemi pomyśleniami, wszystkiem
czuciem, zachceniem i przyzwoleniem, zaprzedawały mu się po dniu i
w nocy ciągłym uśmiechem, szukały go niechcący przez sen nagiem
ramieniem, wzdychającemi piersiami i bezwładem nóg rozchylonych.
Gdy księżyc w pełni swem czarodziejskiem światłem przenikał mgły
wiotkie jezior i głębie lasów, gdzie mieszka trwoga, - gdy daleki
śpiew słowiczy napełniał bugaje, piękne jego przezgrzechy kusiły do
marzeń o zakazanej miłości wszystkie serca kobiece, straszyły je
widokiem szybkiego ubywania młodości, przygasania czaru,
odchodzenia raz nazawsze miłosnego wdzięku, - ukazywały
niebezpieczeństwo zaniedbania w rzeczy szczęścia i ze wszech sił,
wszelkiemi sztukami pobudzały żądzę.
Popędzał straszydła w skórze jeżowej, żeby o ciemnej nocy
wpadały z sieni do niskich, czarnych izb, żeby naciskały odymione
belki aż do trzaskania - trzask - trzask - trzask, żeby ciężkiemi
kopytami tupały po powale tup - tup - tup, - żeby chodziły popod
okna i czaiły się za węgłami - szur - szur - szur, - żeby gdy spać
nie można, zaglądały do pieca i wymiatały na ziemię rozżarzone
węgielki. Nasycał się wówczas trwogą, padającą na wycieńczone
położnice, na młode mężatki, którym mężowie zgniłą jakowąś niemoc
wtrącili do wnętrza, od czego gasły z dnia na dzień, z nocy na noc,
- na samotne dziewczyny za czemś własnem wciąż wzdychające w
zaduchu kominów rozpalonych i wśród męczarni nocy nieskończonej.
Wcielał swych wupich, strzygoniów w ciała ludzkie i posyłał
ich na chybił-trafił, to tu, to tam, między naród człowieczy.
Wybierał między dziewczętami na chybił-trafił, to tę, to ową i
czynił z niej stworę wieszczą, upiora, który po śmierci cielesnej
nie sztywnieje, lecz czerwony jest i mięki, jak człowiek za życia.
Patrzył z pociechą, jak rój wupich i wieszczych wyciąga ze świata i
wlecze na cerkwiszcze rodzeństwo, braci, siostry, najbliższych
krewnych i przyjaciół, aż do najdalszego pokolenia, dopóki
przerażeni ludzie nie wywleką trupa z mogiły, gdzie leży z
otwartemi oczami, łypiąc chytrą źrenicą, z koszulą i wszelkiem
ruchnem po pas zżartem z głodu, - ażeby mu głowę odrąbać wielkim
toporem. Sam zasię najchętniej przemieniał się w stolema,
wielkoluda, który stojąc na Zamczatej górze ponad Żarnowskiem
jeziorem, ciska olbrzymi głaz o ćwierć mili w ludzkie siedziby.
Nosił na łańcuchu niezmierną skałę z dalekich gór na drodze do
Cząstkowa z zamiarem, żeby ją cisnąć w Gdańska bramy, - gdyby go -
ba! na tej to drodze pianie kura nie zastało. Tak tedy cisnął
skrzyżal na lewą stronę drogi między chojaki - i uciekł. Stojąc
kędyś na kępie Oxywia miotał głazy w radłowskie góry, lecz
chybiwszy, trafił w morze, gdzie dotąd leżą w pobliżu brzegu, iżby
się na nich rybackie łodzie roztrącały.
Mieszkał zasie to tu, to tam, w zamkach zaklętych, - na
granicy między Lebkową a Kortoszeną, w Glincy pode wsią Korne, lub
w wielkiem zamkowiszczu pod Gniewinem. Do ludzi ponad jeziorami,
którzy starym obyczajem siedzieli w wysokich nad wodą paliszczach,
przybywał w gości, niosąc im pokusę, spustoszenie siły, złe i
strach. Do dzikich i śmiałych karczowników, którzy prapradziadowską
bronzową lub z cudzoziemską żelazną siekierą w dłoni rzucali się w
tajne ostępy, ażeby je trzebić, a na polanach wyłuskiwać z ziemi
kamienie, wyrywać pniaki, równać i do góry spodem leśną glebą
odwracać, - ażeby ziarno prosa i owsa zasiewać, - przychodził jako
kupiec, obcokrajowy "gość", czarno odziany w niewidziane i
niesłychane suknie z tkaniny. Okryci dwiema skórami zdartemi z
zabitego barana, które łykiem lipy zeszywali, otwartemi z boków i z
dziurą u góry dla wdziewania przez głowę, patrzyli, jako na
niezwalczoną pokusę, gdy się mienił przed nimi. Mienił się zaś i
przewijał, jak kuna, jak kraska, jak wiwilga, jak węgorz w głębinie
od lśniącego chińskiego atłasu, którego używanie śmiercią było
przez bogdychanów karane, a wartość ze złotem się równała poza
chińskim murem. Lśnił od zielonego aksamitu, którego ojczyzną były
Indje, - od jedwabnego adamaszku z Damaszku i Babilonu rodem.
Stowarzyszał się z łowcami, idącymi pod wrzesień ponurą i
niezbadaną bytowską puszczą na rykowiska jeleni. Gdy trwożne łanie
zbijały się w gromadki po ośm i dziesięć, kryjąc się w zaroślach
przed krasnym trzydziestoletnim rogaczem, ozdobionym koroną rogów
rzeźbionych, co biegał wokół z nozdrzami spuszczonemi ku ziemi, -
czarny łowiec z rozkoszą śledził igrzysko. Zaczajony w zaroślach
pękał ze śmiechu, gdy dwa najtęższe byki, walcząc samowtór o prawo
dostępu do stadka cichych i nadobnych łań, spuściwszy łby, z
szaloną wściekłością wieńcami na się trzaskały. Radował się
doskonale, gdy każdy z zapaśników odtrącał ciosy przeciwnika z
niewidzianą zręcznością, a uderzał w odwet z furyą niesłychaną
gałęziami ocznemi, ażeby wroga rozedrzeć. A rozkosz widza dosięgała
zenitu, śmiech jegu brzmiał na całą puszczę, jakoby hukanie
puchacza i jakoby pisk kani, skoro walczący rywale tak splątywali
się wśród uderzeń wieńcami, iż żadna już na ziemi siła nie mogłaby
rozwikłać i rozłączyć obłych odrośli, pokrytych zahaczeniami
drobnych pereł. Stojąc tak pod cieniem milczących dębów, bez
możności schylania pysków do trawy, która u kolan ich pachniała,
połyskiwali na się ocznemi świecami, miotającemi nienawiść za dnia
i w nocy, walczyli rykiem, aż póki wycieńczenie zupełne po dniach i
tygodniach nie zwaliło obudwu zalotników na ziemię i śmierć
straszliwa z miłości i głodu nie zakończyła ich boju. Czarny łowiec
wdzierał się z towarzyszami w najgłębsze mateczniki, gdzie w mroku
leśnym śniły wody posępnych wdzydzkich, sumińskich i kruszyńskich
jezior, nad których brzegami, wśród ostrowów i długich zalewisk,
idących w kraj, - w niskich zaroślach, przebywały rogacze,
oczekujące na stwardnienie wieńców, karmiąc się bukwią i
żołędziami, wrzosem, mchem i zieleniną pędów. Łanie, przewodniczki
stada i młode jelonki, które jeszcze nie widywały ludzi, nie
uczuwały lęku na widok dwunogów o bladych twarzach. Zbliżały się
ufnie i z ciekawością, spoglądając na przybyszów naiwnemi
cud-oczyma. Dopiero gdy ostro zacięte pocioski, niechybiającą
rzucone prawicą, gasiły ich ufne oczy, wykłuwając jasne płomienie
podłużnych źrenic, a okrutna sulica przebijała grotem nawylot serce
przeczyste, rzucały się z nad Czarnej wody do ucieczki zarówno
stare, samotnie żyjące wielkorogi, jak białoplamiste cielęta i
tkliwe matki, które zwykły na mocy wrodzonego im geniuszu
bohatersko za potomstwo umierać. Gdy stado uchodziło co siły z
rodzinnej ostoi, czarny łowiec pędził za niem na czele szczwaczów,
spuszczających srogie psy ze smyczy. Zawziętość jego rosła w biegu,
gdy pędzący myśliwce mijali wzgórza i doliny, okrążali jeziora,
wskok przebiegali lasy, przepływali rzeki i przesadzali strumienie.
Ludzie przeistaczali się w psy zaciekłe, a psy zapożyczały
wściekłości od ludzi. Jedni i drudzy nie pierwej spoczywali, aż
dymiące od żaru jelita i krwawe narogi wydarli z rozszarpanego
brzucha wielkiego jelenia, a czarny łowiec potężnemi rękami
wyszarpał serce łani. ażeby patrzeć w nie ze wzgardą, miłością do
potomstwa nawet po skonie bijące.
Zimową porą, w tęgie mrozy, gdy stada turów po czterdzieści
i pięćdziesiąt w gromadzie wychodziły z mokradeł na miejsca suche i
bardziej wyniosłe, ażeby szukać paszy pod śniegiem, wygryzać
korzonki roślin, głodzić pąkowie jesionów, korę i gałązki drzew
liściastych, czarny łowiec sunął zcicha na łyżach za towarzyszami
wyprawy, dla podpatrywania potężnych łowów zimowych. Czając się za
pniakami, lub ukryci, w widłach i wśród konarów dębów i buków,
trzymali kusze w pogotowiu. Otrok wstępował w strzemię kuszy ze
drżeniem serca, wciągał korbą lub hakiem cięciwę grubą na palec,
skręconą z jelit baranich, czy splątanego rzemienia, zakładał ją na
chwyt i trzymał łoże w pogotowiu do strzału. Szły bowiem stadem
niemałem płowe brodacze i potężne krowy, wstrząsając grzywami i
wietrząc nieprzyjaciela. Ze drżeniem kładła dłoń łowcy bełt o
grocie w widły rozdartym na osadzie kuszy i brała na oko cisowe
łoże samostrzału. Gdy gruby byk, przodownik stada, zbliżył się na
dwieście kroków, chciwe palce pociągały za spust kuszy i miotały, w
ślepia ukryte pod grzywą, w schylone łby i garb karków niechybny
pocisk, który deskę na wylot przebijał. Trafione szeregiem pocisków
zwierzęta tarzały się po ziemi, krwią zalewając jasne śniegi, albo
z bólu szalone gnały, oślep ku kryjówkom człowieczym.
Lecz sława podniecała junaków do walki sam na sam ze starym
turoniem, czterdziestoletnim pojedynkiem, w samotności zdziczałym,
który sunął osobno, nie znosząc obok siebie tworów żywych.
Samotrzeć wychodziły na byka młokosy z napiętemi kuszami z
oszczepem i zegadłem. Patrzyli spokojnie, gdy ryczał na smugu
jasno-bury, a ciemny po boku, do graba i buka podobny, jak dąb
obwieszony kudłami. Czekali w milczeniu, cierpliwie, gdy się
jurzył, darł ziemię kopytem, a schylał w zagaju łeb gruby i rogi
skrzywione nastawiał. Patrzyli spokojnie na brodę, zwisającą z
podgarla, jak trzęsła się w furyi, na grzywę, co na piersiach, na
łbie, na ramionach jeżyła się wściekle. Patrzyli, jak ciapał
żuchwami, i czarnego zadzierał ogona. Podnosili wraz kusze i,
wytrwale zmierzywszy, miotali wraz groty, ze świstem cięciwy w złe
ślepia. A gdy runął z kopyta i gnał z rykiem, w nich, prosto,
przecwałem, uchylali się skokiem za drzewa. Miotali weń oszczep z
żelaznym na końcu dzirytem. Podbiegając doń z boku, uderzali go po
łbie maczugą, nabijaną krzemieniem. Gdy prawego doścignął w
podskokach i zajechał po kożuchu porożem, gdy go wrzucił na siebie,
w powietrzu zawinął, o ziemię roztrącił z wysoka, gdy tratować go
zaczął kopytem, kopać racią poślednią, podrzucać i znowu kości
łamać deptaniem, a rogiem, rozdarłszy mu wnętrze, wywłóczyć jelita,
- jęk puszczę przeszywał. Lewy rzucał się skokiem, do boku turowi
przylegał, szpony dłoni, zapuszczał mu w kudły na karku garbatym, z
nim razem pomykał w podskokach, lewą dłonią dziesięćkroć bił w
serce zegadłem. Wlókł go turoń przy sobie, po chróstach i dołach, o
pnie buków rozbijał. Trzeci stał mu na drodze z rogaciną, w grudę
ziemi zabitą. Przyczajony za ostrzem niezłomnem, przyklękły, na
skok czekał szalony, ostatni. Zjuszony od walki, narzucał się
mężnie tur zwyższa. I wbijało się ostrze rogacze we włochatą pierś
zwierza. Krew bujnemi wybuchy zalewała cne śniegi, a wielkiemi
soplami oblepiała mu brodę prastarą. Wówczas lewy ostatnie, po
rękojeść zatapiał zegadło.
Chwiał się turoń na widłach rogatych, motał głową w
szaleństwie.
Nie mogąc racicami ziemi dostać, nabijał się na ożóg coraz
głębiej, całym cielska ciężarem. Ślepia mu bielmem zachodziły.
Umierał.
Z głębokich ostępów Smętek wychodził w puszczę ciepłą,
pomiędzy bartniki i zasiewał wśród nich niezgodę, kłótnię, swar,
bitwę na śmierć, ucząc ich swoimi sposoby łamać prawa, łączące ich
od prawieku w społeczność. Przybywał, jako bartnik wędrowny, z
obcej i dalekiej strony, posiadający, jak się patrzy, długo
bartnicze, leziwo splecione z lipowego łyka, uzysk do siadania na
bartnej sośnie i lęgło kształtu podkowy. Nikt z najwprawniejszych
lepiej od niego nie pachał dookoła drzewa, nikt zmyślniej nie
tworzył strzemion, w które nogą wstępując, bartnik wznosi się w
górę, nikt wprawniej nie zwisał na wbitym chmalu, nie zakładał
kurzyska, nie wyrabiał doskonałej czterostopowej dzieni, w
stuletniej sośnicy, - nie umiał celniej wygotować oka i snozy dla
wejścia i wylotu pszczelnego owadu. Lecz nikt też, oprócz niego,
nie śmiał i nie umiał złośliwiej ośmieszać prawa o nałożonych
klejmach prastarych, herbach bartniczych, z ojca na syna nauką i
zwyczajem idących, a rytych na wypracowanych podkłodach. Kędy ten
przeszedł prastaremi barciami, niszczyli sobie nawzajem znaki
klejmowe, kradli robotę woskową, tajemnie psuli farbę dzieni,
palili barci i mordowali same nawet czcigodne, pracowite roje.
Zadziwiająca to była sprawa, - zdumienie prastarych wodzów
rodowych, - iż ów z końca świata przybłęda znajdował zawsze i
wszędzie sojusznika w młodzieży. Umiał w szczególniejszy sposób
trafić do ucha nadchodzącego po starem pokolenia. W ogień by byli
szli za nim, gdy ich podszczuwał przeciwko starych powadze, przeciw
prawom, zasadom, uchwałom, obyczajom, mądrym przepisom i
wypróbowanym, stokroć sprawdzonym, zestarzałym przesądom. Nie było
pomysłu przewrotności, któregoby nie wmówił młodzieńcom. Nie było
bluźnierstwa, świętokradztwa, głupstwa, któregoby za nim nie
powtarzali z zaciekłem uniesieniem, twierdząc, że to jest właśnie
odrodzenie, nowina, wyzwalająca ze starej zgnilizny. Uczył tych
młodych bartników nowych sposobów omamiania bezgrzesznej pszczoły,
pokazywał, jak wyrąbywać dzienie z kłód i umieszczać je na jasnych,
miodem płynących łąkach W postaci stojaków, lub leżaków. Uczył, jak
na łakomego niedźwiedzia zastawiać dzwon, czyli samobitnię, - gruby
i ciężki kloc, uwieszony na dębowej wici w tem miejscu, którędy
niedźwiedź jedynie może się ku barci podbierać. Zaczajony z
towarzyszami w gęstwinie, tarzał się ze śmiechu po ziemi, gdy
niedźwiedź, wlazłszy na drzewo, i chcąc zatwor odemknąć, odpychał
kloc łapą jaknajdalej, a to ciężkie drewno, wracając na swe miejsce
z chyżością wzmożoną ku środkowi, waliło go po łbie i po łapach.
Zabawa się zwiększała, gdy zwierz, nie znający praw wychylenia i
powrotu wahadła w ruch puszczonego pod działaniem siły ciężkości,
walczył z natrętnym klocem coraz zacieklej, uparciej, gniewniej,
odpychał go precz coraz mocniej i dalej, wreszcie z całej siły od
siebie, a martwa kłada, zapożyczywszy właśnie tyleż złości i potęgi
ciosu od rabusia, ile on jej wyładowywał, coraz mocniej go prała w
łeb, w kufę, w zębce wyszczerzone i w jarzące się ślepia. Aż nie
mogąc pokonać szatańskiego prawa mechaniki, ze zwieruszonym
mózgiem, wybitemi zębami i oślepiony na dobre, walił się łbem na
dół, nie skosztowawszy miodu.
Nie mniej zabawne widowisko czynił bartnik Smętek,
zastawiając na niedźwiedzia kolebkę, to znaczy kosz lipowy,
umocowany na silnym i sprężystym drągu, przygiętym tak do barci,
ażeby kobiałka znajdowała się tuż przy zatworze. Niedźwiedź,
dolazłszy do barci, siadał z uciechą w napotkanej, wygodnej
koszałce, lecz skoro tylko zatwór odrzucił, drąg siłą sprężystości
swej unosił go wysoko w górę i daleko od drzewa. Ponieważ grunt
dookoła barci nabity był kołami zaostrzonemi, sterczącemi złowrogo,
niedźwiedź, nie widząc nigdzie miejsca do skoku, siedział
bezradnie, zawieszony wysoko w powietrzu, zastanawiając się nad
łotrowstwem bartniczem, - aż go młodzieńcy, uzbrojeni w ostre dzidy
wydobywali z koszałki. Smętek czynił to wszystko, ażeby między
starszyzną i młodzieżą wytworzyć przepaść, ośmieszyć starych,
którzy z rogaczem wychodzili starym obyczajem na śmiertelny bój z
misiem - ażeby rozdąć pychę młokosów, złość i mściwość starców,
ażeby zasiać burzę w rodach, która częstokroć na synobójstwie lub
ojcobójstwie się kończyła. Sam szedł dalej. W wielkich lasach, pod
cieniem niebotycznych drzew śniły błękitne powierzchnie wód, a
beztrwożne ryby, jeszcze nie zaznawszy, co może znaczyć złowieszczy
ponad brzegiem kształt dwunoga, wesoło pląsały w toni, nim
śmiercionośne doświadczenie strach i popłoch przed tym cieniem,
jako instynkt wrodzony potomnym przekazało. W strugach i potokach
leśnych na nieprzemierzonych niecieczach i zasiąklach Noteci, gdzie
drzewa z korzeniami wyrwane i wpoprzek strychu wodnego rzucone
stawiska wieczne i nieprzerwane stworzyły, towarzystwa bobrów
budowały pracowicie swe wymyślne żeromienia. Smętek podchodził,
czaił się i podpatrywał ich pracę, ażeby je chwytać w żelaza i
niewody, Nad nim zaś plamisty ostrowidz, ryś, przytulony do konara
i upodobniony do pstrej kory drzewa, czyhał na wędrowne sarny i
łanie jeleni, pięlęgnujące swe małe. Ciszę głuchą tych łowów
przerywało ciapanie odyńców, żrących żołędzie i bukiew w
oparzeliskach i gozdach.
Podczas wietrznych dni marca zjawiał się w postaci
wędrownego otroka na piasczystem międzymorzu, gdy cały lud rybacki
z żonami i niedorostkami uroczyście wyciągnął na strąd z toni
wielki niewód kołowrotny. Ciągnął i on linę, zarzuciwszy szlę przez
ramię i podnosił wraz z innymi okrzyk radosny, gdy
dwudziestofuntowe łososie rzucały się w ciężkiem matni brzemieniu.
Zajadlej, niż ktokolwiek, dobijał karkulicami wielkie ryby,
skaczące po piasku wybrzeża. Lecz gdy, prastarym obyczajem,
następował podział rybitwy na party, - rybak dorosły - cały part,
niewiasta dostawiająca sieci - pół partu, dorosły chłopiec i
dorosłe dziewczę - ćwierć partu, a dziecina - pół ćwierci, wdowy
zaś, chorzy i starcy, którzy żadnego w połowie nie brali udziału,
również ich część połowu, - otrok przychodni podnosił głowę,
wyśmiewał stare, dziwaczne prawo i zwał je krzywdą tęgich chłopów,
którzy całą rzecz wykonali. Podniecał chciwość ich, dziedziców toni
na wielkiem i na małem morzu, ażeby dla siebie samych całki połów
zagarniali. Czerwcowe i lipcowe noce trawił z rybakami na czółnie w
odległości morza dla połowu wielkich storni i mniejszych gładys
bańtek. Zapuszczał wraz z innymi włok z matnią po gruncie chodzącą.
Gdy ciemne żagle leniwie zwisały, a w gwiaździstem niebie powłoki
nieruchome chmurek tkwiły niezmienione, jakgdyby ucieleśnienia
tchnień górnego powiewu, mówił tym zasłuchanym prostakom, ciemnym
zjadaczom ryby, co życie trawią na swym jałowym, przez burze
potarganym przylądku, o dalekich ziemiach, cesarstwach, ludach
czarnych i żółtych. Mówił im o straszliwych oceanach, cichych
fiordach, niebotycznych górach, na których wieczny lód leży i śnią
czarujące, modrowode jeziora, - o gorących pustyniach, poprzez
które brną karawany dwugarbnych zwierząt, depcąc kości, zasypane
przez piaski latające. Mówił im o prastarych, wielkich miastach, o
wojskach, zakutych w żelazo, o bitwach tak straszliwych, iż rzeki
krwi z nich wypływają w niziny, - o bogach wszechpotężnych i
królach, usiłujących boską władzę uzyskać. Lecz oni, poczytując te
gadaniny za baśnie wymyślone przez łgorza, i mało sobie ważąc bogów
albo i królów dalekich, pustynie i góry, dwugarbne zwierzęta i
bitwy, - pytali, co jest za temi oto zamglonemi cyplami, co jest
tam, za ostatnią smugą ziemi, czego już w najczystszy dzień jesieni
oko ująć nie zdoła. Mówił im tedy o przecudnem ostrowisku Rany,
które kredowemi ścianami spada w błękity morza. Mówił im o Stopnicy
kamiennej, górze podziurawionej przez ptactwo, które sobie w niej
gniazda wykuwa: - białogłowe mewy, jaskółki i morskie wrony,
normandzkie kaczki i rybne orlice. Opowiadał, iż tam jak daleko
wzrok zasięgnie bałwani się wokół ptactwo i wszędy stoi w oczach,
ni to chmura - w uszach zaś trwa nieustanny pokrzyk, klangor, pisk
i szelest ptasi, jak gdyby odgłos morskiego przypływu. Tam to,
wśród rojów pierzastych, na półwyspie witowskim, w dąbrowie świętej
od wieków stoi chram boga Swantowita, czterogłowego syna
słonecznego. Ten ci to bóg daje przepowiednie, czy w listopadzie
obfity będzie połów śledzi u brzegów, i głosi wyrocznie, kiedy z
przystani na zbój szczęśliwy należy wypadać. Rozpowiadał, iż tam
daleko, za tamtą oto mgłą nadwodną leżą miasta prastare Stargard w
ziemi Wągrów, Weligrad i Raróg, prześwietny Wolin, pełen Jutów,
Słowian ze wschodu, modlących się żarliwie i czołem bijących przed
złotolitemi ikonostasy, i rozmaitych barbarzyńców z południa
świata. Tam leżą miasta: Dymin, Kamin, Szczecin, Kołobrzeg... Mówił
im, iż za górami, za lasami, w południowej stronie urodzajnej Polan
krainy, skąd przywożą zawżdy sól i chleb biały, stoją wzdłuż rzeki
Wisły świątynie bogini Izydy i cerkwy bożyszcza Mithry, wzniesione
przez rycerzy z południa przybyłych. Naszeptywał im wraz, tym
pracowitym i ciemnym nędzarzom dobre, przyjacielskie rady, żeby
samym te wszystkie cuda zobaczyć. Gdy burza zimowa na haki ich
brzegu wyrzuci korab przejeżdżających barbarzyńców, - rozbitków nie
ratować, a jeśli wywłóczyć na strąd to po to, żeby ich dobić,
obedrzeć i wraz z ciężkim głazem u szyi na niezgłębione zepchnąć
przepadlisko morza, - samym sudno opanować, szaty jego potargane
naprawić, dziury w kadłubie załatać, smołą zalepić, oręż
przysposobić i na zbój morski bieżeć.
Gdy się najstraszliwsza z burz zimowych rozpęta, zachodnim
wichrem gnana na piaski wysokie Helu, wzdęte morze w prysk pójdzie,
stanie się, jak żelazo i, jak żelazo, zbieleje, - bałwan wielkości
jastrzębiej góry za bałwanem pobiegnie poprzez cieśniny trójwyspu,
- gdy siła niepojęta ode dna wody zacznie wymiatać, bełty
zwierzchnie ponad brzegi ponosić, piaski denne wygarniać, skrętem
wiry zawijać nad niedosięgłemi zdradami, - wtedy właśnie cichaczem
wyjechać. Płyną ze wschodu na zachód, od Nowgorodu do Stargardu i z
Wolina do Gdańska kupieckie okręty, pełne cudnych futer,
srebrzystych i białych, niebieskich i czarnych, kożuchów owczych,
miodu i wosku, chmielu, wina, czarujących wyrobów ze złota i
srebra, z żelaza i bronzu, broni dziwnej i pieniędzy okrągłych, z
rytym po dwu stronach obrazem, - pełne koni i zwierząt, - pełne
najcudniejszych kobiet - na sprzedaż. Po nocy, w ślepą wichurę i
nieszczędną ulewę na pokład się wedrzeć, straż milczkiem zasiec i
wykłuć, płócienne skrzydła i szaty zdziurawić, żeby korab nie
uszedł, i do swego brzegu wielki kadłub przyciągnąć.
Gdy rankiem w milczeniu, rozmyślający wracali, żegnał ich
skinieniem głowy, pewien, że nie zapomną nauki. Szedł do
rozkopująch ławice piaskowe i brodzących wśród mielizn, żeby na
bryłę bladego jantaru natrafić. Ludzie obleczeni w skóry brnęli po
pas i po szyję z sieciami w kształcie czerpaków, łowiąc morską
kidzenę, żeby ją pilnie przepatrywać, czy wśród traw i porostów nie
widać cennej zdobyczy. Trafiali bowiem na różnoforemne, płaskie i
podłużne bryły, wielkie, jak dwie pięście dorosłego mężczyzny, a
nawet na olbrzymie, o stopie średnicy, - na okazy doskonałej formy,
kształtu i rozmiarów dojrzałej gruszki-panny, lub na kule, podobne
do kropel stężałych na wzór owocu morela. Jedne z tych znalezisk
miały na sobie powłokę, chropawy nalot z piasku czy gliny,
przywarły na głucho, który dla przejrzystości wewnętrznej stanowił
szatę złotawą, - inne były całkiem nagie, jakby odłamane od
znacznie większej calizny, a w złamaniu swem gładkie i aż do dna
czyste, dające się przejrzeć na wylot. Barwa tych dziwotwornych
darów morza była przerozmaita: wiśniowa, jak przeczysty miód młody,
albo niemal czarna, jako miód prastary, - żółta, niby wosk, lub
bława, jako obar żywy, ciekący z sosen na wiosnę. Niektóre
odszczepy i ułamki były w kolorze zamglone, mleczne, zielonkawe,
brunatne, - niektóre zaś miały w sobie niby naśladownictwo kłębów
dymu. Jeszcze inne w nieskalanem swem przezroczu, taiły nikle,
białawe żyłeczki, przypominające do złudzenia, w szczególnem
zmniejszeniu odnóżki i prążki kapuścianego liścia.
Smętek, dostawszy w swe ręce te lekkie kamienie, siadał na
brzegu i przepatrywał ich wnętrza. Zawierały w swej głębi
krynicznej komary, muchy, mole skrzydełka ważek, nogi pajączków,
mrówki, maleńkie niewidzialne chrząszczyki, ćmy, szczątki kory i
gałązek, kwiatuszki, okruchy szyszek, igły przedziwnych sosen,
jakich już nie posiada ta ziemia nigdzie, na całym swoim obszarze,
kępki mchu, krople wody, ziarenka piaskowe. Nabywca uśmiechał się,
patrząc w całkowitą postać łątki nadwodnej, tak nikłą i małą, iż w
przezroczystym bursztynie nawskróś przezroczyste było jej subtelne
ciałeczko, niczem obszar powietrza określony pewnym kształtem
nadobnym. Dumał, iż oto od prawieku, od zamierzchłych dni tego
globu mumia jej istnieje i istnieć będzie, łamliwa tak i krucha, -
aż do skończenia świata. Przemieniły miejsca swego pobytu łańcuchy
gór, oceany i morza, - przesunęły się do innych okolic moreny,
wiecznemi borami okryte, - pędziły z gór w niziny rzeki
nieistniejące już dzisiaj, - przesunęły się wybrzeża potężne, -
lodowce pełzały w ciągu lat tysięcy w niże dalekie, - a mała ważka
przetrwała. Bystre potoki niosły bryłę bursztynu, tłukąc ją o głazy
chropawe, obrabiając w kształt kuli, nurzając ją w glinach i iłach,
każąc jej zwiedzać pokłady szlamów głębokich, płókać się w głębiach
morza, ocierać o paszcze potworów i kołysać wiekami w burzach
wielkiego Bałtyku. Mała bryła bursztynu szła może w popławach
Prawisły, gdy ku zachodowi zmierzała, Odrą będąc zarazem i Wisłą, w
żłobowisku ku morzu niemieckiemu zwróconem, które w miejscu Łaby
dzisiejszej wywalało się w morze.
Mała bryła bursztynu kąpała się może w falach tych wielkich
wód pradawnych, które przebiegały niezmierne polskie lasy i pola,
rozdoły i niziny, - w jeziorach podłużnych, niby rzeki urwane, bez
początku i końca, gdzie reszty przedwiecznych wiseł zostały. Mała
bryła bursztynu wyciekła z łona sosny, nieznanej nam i obcej, obok
której rosły palmy wszelkiego rodzaju i kształtu, słodkie kasztany,
eukaliptus i magnolia, dęby, jałowce i buki.
Gdy ciepła ojczyzna bursztynowej sosny z jej morzami
zastygła, zziębła i wymarzła pod lodowcem straszliwej grubości, on
tylko sam ocalał, żywy płyn drzewa dawno zmarłego. Do obcej ziemi i
do cudzych brzegów przybijał teraz oto, rozbitek ze światów
słonecznych, pogrzebionych na wieki. Smętek pozdrawiał
wiecznotrwałość łątki małej. Lubował się postacią towarzyszki w
nieszkończonem trwaniu. Żałował jej, iż, tak urocza i zwiewna, nie
ma prawa do ruchu, prawa do rozpostarcia skrzydełek, ażeby z
więzienia wyfrunąć i narówni z nim samym przestwory wieczności
przemierzać. Pocieszał ją jednak pewnem sekretnem wskazaniem. Mówił
jej, iż w ludzkiem plemieniu, co się za potężne poczytuje nad
wyraz, mocarz niejeden, - sam syn Kambizesa, król nad króle, Cyrus
wielki, który potęgę Persów ufundował i nad całą Azyą skinienie
swoje rozpostarł, - sam król Dawid, pastuch i monarcha, znawca
serca ludzi i wieszczbiarz, - sam margraf Gero, nieubłagany plemion
tępiciel i budowniczy nowej potęgi na gruzach, - oddałby połowę
państwa i połowę życia, gdyby mógł patrzeć tak oto w kształt
najdroższy, nawet zagasły i znieruchomiały, - ten umiłowanej
małżonki Kassadany, a tamten w postać syna, przełożonego w miłości
ojcowskiej ponad zdobycz i władzę, ponad złoty tron i prawo
przemocy nad ludami, - umiłowanego bardziej, niż życie. Któryż z
mocarzów nie odrzuciłby berła i korony, byleby mieć przed źrenicą
cień nieruchomy skarbu duszy swojej, zamurowany a widoczny w
przezroczystem polu czterech ścianek czarodziejskiego bursztynu?
Smętek zachwycał się nieskazitelnością pewnych rodzajów jantaru,
która była tak niedościgła, jak czystość wody morskiej w dalekich
okręgach żywiołu, - jak jasność słoneczna, - która była tak
nieposzlakowana, jak miłość siostry rodzonej dla rodzonego brata,
jak miłość sióstr Heliad dla Faetona, rażonego piorunem. Sami to
bowiem bogowie, litością zdjęci, przemienili siostry, lamentujące
po stracie, w topole, a strumienie ich łez w sok płynny, z którego
bursztyn się rodzi.
Ważąc na dłoni czułej ten obraz miłości serca siostry dla
brata, Smętek, kiwając głową, pocieszał zewłok łątki małej, iż,
jeśli nie ona sama, to ten wiążący ją przedziwny kamień Bałtyku, ta
niby to martwa bryła, jest istotą żyjącą i czułą posiada duszę.
Uśmiechał się, wrzucając do sakwy swej ten kamień bez wagi, ten
martwy złom, obdarzony, - jak mniemał grecki filozof, - sercem
czującem. Ściskał w dłoni swej tajemniczy kamień Bałtyku, nie
życząc sobie, ażeby ludzie posiedli go i poznali sekret jego duszy
nieznane elektron bytu. Nabywał za drogie pieniądze ten widomy znak
zniszczonych lądów i zaginionych potoków wody, pamiątkę czasów, o
których sama baśń zgasła, oczywisty i dotykalny płód tamtej ziemi,
-
genitum terrae, - którego nazwę oni po swojemu, w
prostactwie swem, na swe własne słowo -
jantar - przerobili. Jako kupiec z greckiej, czy italskiej
krainy południa obdarzał tych ludzi narzędziem morderczem z bronzu,
połyskującą mieszaniną miedzi i cyny, do którego oczy ich śmiały
się z radosnem pożądaniem. Płacił im również pieniądzem srebrnym,
obrączkowym, z rytym obrazem wozu czterokonnego, albo czoła okrętu,
z postacią Janusa, Aretuzy, Mitrydatesa z Pontu, Jowisza, Apollina,
Herkulesa. Pieniądze te chciwie chwytali i pracowicie, pod sekretem
przed czyjemkolwiek spojrzeniem, zakopywali wnet w ziemię, A gdy
pieniądze na miejsce jantaru w ziemi ukryli, poświęcali je czartu
na przechowanie. Tedy strzegł pilnie srebrnych denarów, a ciemnemi
nocami przesuszał je i przepalał. Kto zaś z ludzi ujrzał ogień
przepalających się skarbów, rzucał nożem, albo krypciem z prawej
nogi, gdyż wtedy zostawały tuż pod wierzchem. Inaczej na siedem
sążni zapadały się w ziemię i sam jeno czart mógł wiedzieć, gdzie
się znajdują.
Teraz, w tym przecudnym dniu wiosny Smętek sam jeden
wędrował. Brodził po kolana w trawach, w kwiatach się nurzał. Minął
dolinę między dwiema siostrzanemi wydmami. Wszedł na wyniosły
szczyt radłowski, gdzie jeszcze ziemia wywrócona leżała na
prastarem cerkwisku przy poszukiwaniu przez najeźdźców skarbu
praszczurów. Zstąpił w dolinę, zmierzającą ku morzu. Rosła tam iwa
nad ponikiem, który z boku góry wyciekał, pojąc brzozy, jaskry i
sitowie. Smętek uciął pławinę wierzby młodocianej, oprawił ją,
starannie ostukał i wykręcił fujarkę sponad sęczków przyciętych.
Zagrał samemu sobie śpiewankę wiośnianą. Słońce napełniło to
najpiękniejsze uroczysko ziemi światłem życiodajnem i niknącemi
cieniami polotnych obłoków. Równa łąka dno doliny zasłała. Przykre
góry ze wszech stron ją obiegły, a las ciemny, prastary rozpostarł
się na górach. Tysiąc ptaków śpiewał w gajach, a nad trawami, niby
fruwające kwiaty, polatywał tysiąc wielobarwnych motylów. Smętek
miał za sobą żółtą górę żarnowca, płonącą jakgdyby stos ognisty, -
przed sobą, jakby w objęciu dwu wyniosłych pagórów, miał lazurowe
wody morza. Śmiały się migotliwem lśnieniem, mełgały się iskrami
żywemi te fijołkowe przepaście. Pochwycony przez melodyę
szczęśliwą, która z jego ligawki, jak śpiew ze słowiczej gardzieli
wionęła, zakołysał się, zaniósł od melodyjnego pląsania. Zatańczył.
Od pobrzeża do pobrzeża lasu z prawej i lasu z lewej, wpoprzek
niewysłowionej doliny unaszał się w dźwiękach szczęśliwej piosenki,
na sprężystych i giętkich kolanach. Zakołysały się nie od podmuchu
wietrzyków, lecz od toniki jego uniesionej melodyi drzewa prastare,
- dęby i buki, graby i lipy, - słały się w ślad jego pląsów poszumy
sosen zielonych. Zakołysały się złote głowy brzóz białych,
stojących rzędem na leśnym skraju, osnute zwieszonemi baziami.
Pochylały się za nim głowiny różane i niebieskie młodocianych
kwiatów i wysmukłych ziół. Rojem pofrunęły żółte i błękitne, białe
i wielobarwne motyle. Tam się w swym locie rzucały ciężkie
pszczoły, dźwigając w wolach przełykowych brzemiona woniejącej
żywicy i pyłów, zlizanych na dnie kwietnych kielichów, których
subtelne narządy zdruzgotały nogami, gdzie doskonale piękny rzut
jego stopy migał nad zielenią trawy, rosą zmoczonej. Zatoczył nad
nim strzeliście krąg doskonale okrągły, świszczący w czystym
lazurze jastrząb płomykowany brunatno, który właśnie opił się był
ciepłej krwi i nażarł drgających piersi gołębicy, a teraz czuł
szczęście siły niezwyciężonej, potęgę zasilonej dumy i moc
szerzenia śmiercionośnego postrachu, łaskę panowania i prawo swe
święte do mordu, dane mu w lenno zwyższa, - jako wzmożoną
doskonałość szponów i czarownie lekką, weselną moc skrzydeł.
Wysunął się z pachnącego bugaju wilk rudy, który był właśnie dopadł
kotnej zajęczycy, ociężałej w ucieczce, i pochłonął ją wraz z
płodem, w smaku rozkosznym, drgającym od żaru matczynego łona. Syk
uwielbienia posyłały mu ze swych dziupli jarzębiate sowy,
morderczynie makolągw, dzierlatek, strzyżyków i sikorek.
Wykrzykiwały na cześć jego tańca zgiełkliwe pochwały krasnopióre
żołny, które w lot zabijają lekkoskrzydłe motyle i ociężałe żuki.
Szybowały za nim jaskółki loty niedościgłemi dla spojrzenia,
naśladującemi jego taniec, wesoło i wśród świegotu pożerając
niewidzialny świat muszek i nikłych komarów. Wysunął się z nory lis
rdzawy, który miękkiemi kroki zaniósł był dzieciom matkę kuropatwę
i potłukł ciepłe jej jaja. Wypełza ze swej szczeliny śmiercionośna
żmija, która dopiero co nacisnęła pęcherz podzębny o różane,
opalone ciałko i z rozkoszą przedziwną nasączyła jadu w ranę nóżki
dziewczyneczki radosnej, zrywającej żółte kaczeńce w tym czarującym
rozdole. Płowa łasica wymknęła się na światło z wypróchniałego pnia
wierzby, gdzie potargała piersi i przegryzła gardziołko
świętobliwego skowronka, schwytanego w nieomylne pazury, gdy po
ukończeniu natchnionej pieśni w niebiesiech, przypadł do grudki
zimnej ziemi, ciałeczkiem jego przygrzanej, aby uciszyć serce
rozkoszą wznoszenia hymnu ponad miarę strudzone. Brunatny
niedźwiedź bartnik podźwignął się na swych szerokich podstawach,
stanął pionowo i na wzór Smętka zatańczył, doświadczając wysokiej,
a rozkosznej złudy i najżywszej swojej radości, jakby w tej właśnie
chwili pod osłoną gęstego kożucha, wpośród dzikiej podniety
załamywania się w jego skórze zajadłych żądeł i kolców, wydzierał
całkowitą barć, mieszał prawą łapą miód, wosk i rojące się
pszczoły, a chciwie żywą, gorącą masę połykał.
Wzrok Smętka tak straszliwie płomienny i zapamiętały, jakby
w nim zawarła się w tej chwili moc wszystkich drapieżnych zwierząt,
mordujących ptaków, zabójczych gadów, skorupiaków i ryb, jadowitych
komarów, trujących jagód, roślin i grzybów w jedno zestrzelona,
potęga trucicieli i morderców, gdy zdobycz swą rozszarpują,
zabijają ukąszeniem, ciosem, podstępem, lub zdradzieckiem
czyhaniem, - miotał się w górę i na strony, po powierzchni ziemi i
morza, padał w głąb utwierdzenia i w nadobłoczne wyżyny. Zewsząd
niósł się ku niemu poklask tajemniczy, sekretna pochwała, hymn
jednej jedynej zgody, zarazem czucia, myśli, żądzy, wysiłku i
dokonania w skutku śmiercionośnym. Łamanie stawów, chłeptanie krwi,
rozkosz, gdy od zadanego ciosu, lub jadu serce drży, szamoce się i
przestaje uderzać, wzrok zagasa i moc życia się kończy, - owiewało
jego słuch we wszechistnienie wydany. Pląs jego stał się
arcydoskonały w obliczu dokonywującej się śmierci. Lędźwie jego
same się niosły wśród kwiatów zdeptanych. Ruch jego każdy był
celowo nieomylny, jako rzut skrzydła jastrzębia, rylcem
doskonałości we wklęsłych cyrklowany niebiesiech, - jako uderzenie
płetwy rekina w morzu, - jako przebiegłe stąpanie gromady wilków,
gdy na czyjąś nagłą śmierć dybiąc, następny wkracza w ślady
poprzednika tak umiejętnie, iż tylko jednego trop zostaje, - jako
świadomie trafne lisa pomknienie i jako prześliczne wywijanie się
skrętów żmii.