Wiatr, który szeptał - Piotr Jakub Karcz

Kup ebooka

30.00 zł
25.50 zł (19,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Lipiec 1986

Chłopiec wszedł na najwyższe piętro klatki schodowej. Podekscytowany i lekko przestraszony, upewnił się, że wejście na strych nadal jest otwarte.

Delikatnie pchnął drewniane drzwi i z najwyższego stopnia wszedł prosto w mrok. Z każdym krokiem robiło się ciemniej, a serce zaczynało bić szybciej.

Oddychał powoli, delektując się zapachem staroci. Bał się, ale ciekawość była silniejsza. Im ciemniej robiło się wokół, tym bardziej chciał iść dalej.

Minął porozrzucane na podłodze kukiełki, które w jego wyobraźni przybierały karykaturalne kształty. Tym razem kierował się ku dalszej części strychu, odgrodzonej zbutwiałymi drzwiami. Zrobił kilkanaście kroków. Przez skrzypiące deski każdy z nich wydawał się trwać dłużej, niż powinien.

Nagle silniejszy podmuch wiatru poruszył starymi zasłonami. Materiał zafalował leniwie, a przez szczeliny okien przedarł się cienki, nierówny świst.

Ośmiolatek zatrzymał się. Poczuł chłód na karku, a na rękach pojawiła się gęsia skórka. Potrzebował kilkunastu sekund, by upewnić się, że nic mu nie grozi. Wtedy zauważył jasny słup światła wpadający przez okno. Na podłodze układał się w kształt przypominający strzałkę. Przyjął to za dobry omen i zgodnie ze wskazówką podążył w głąb strychu.

Po chwili dostrzegł niewielkie drewniane pudełko, częściowo przykryte rupieciami i grubą warstwą kurzu. Leżało pod samą ścianą, jakby ktoś dawno temu wsunął je tam w pośpiechu i już nigdy po nie nie wrócił.

Adam uklęknął ostrożnie i odsunął z wieka kawałek starej szmaty. Drewno było spękane, ciemne od wilgoci, a zardzewiały zatrzask ustąpił dopiero po mocniejszym szarpnięciu.

W środku nie było monet ani biżuterii, choć przez sekundę właśnie tego się spodziewał. Leżało tam pióro.

Czarne, smukłe. Cięższe, niż powinno. Na skuwce miało wąski srebrny pierścień, a pod warstwą kurzu połyskiwały delikatne, niemal starte zdobienia. Stalówka była srebrna, lekko porysowana, z ciemną plamką zaschniętego atramentu przy samym końcu. Na pierścieniu Adam dostrzegł drobne litery, ale nie potrafił ich odczytać.

Wyglądało jak rzecz należąca do dorosłego świata. Do tajemnicy.

"To skarb" - pomyślał.

Gdy tylko jego palce musnęły pióro, spróchniałe deski podłogi nagle zapadły się pod nim, pociągając go w dół. Chłopiec zdołał w ostatniej chwili chwycić się krawędzi, rozpaczliwie machając nogami w poszukiwaniu oparcia. Przez krótką chwilę wisiał nad ciemnością, z palcami wbitymi w kruszące się drewno.

Próbował się wspiąć - nadaremnie.

Spadł. Krzyknął, a jego głos po chwili odbił się od ścian. A jednak... to nie było echo. Zaraz potem rozległ się drugi wrzask - krzyczał chłopiec, w którego pokoju Adam właśnie wylądował. W półmroku dostrzegł znajomą twarz. To był jego kolega ze szkoły.

*

Wrzesień 1991

Przez następne pięć lat Adam i Grzegorz byli nierozłączni. Nietypowe okoliczności ich spotkania stworzyły między nimi więź, której nie dało się łatwo wytłumaczyć. Byli nie tylko przyjaciółmi, ale wspólnikami wszystkich dziecięcych wypraw. Rozumieli się bez słów.

Janczary, choć na pierwszy rzut oka wydawały się senne i zapomniane przez świat, były miejscem pełnym tajemnic. W miasteczku od pokoleń krążyły opowieści o Wędrowcu. Oficjalnie nikt z dorosłych nie wierzył w te historie, ale dzieci unikały jak ognia okolic, w których podobno można było go spotkać.

Najwięcej szeptano o kaplicy na wzgórzu, stojącej pośrodku starego cmentarza. To tam Adam i Grzegorz postanowili wybrać się pewnego jesiennego wieczoru. Kilka dni wcześniej wujek Mieczysław opowiedział Grzegorzowi starą legendę, która od pokoleń krążyła wśród mieszkańców Janczar.

- Wędrowiec - zaczął Mieczysław, siedząc przy stole z gorącym kubkiem herbaty w dłoni - to postać, która pojawia się tylko w nocy. Ludzie mówią, że to nie jest zwykły człowiek. Raczej cień tego, czego inni nie chcą pamiętać.

Zaintrygowany Grzegorz spojrzał na wuja.

- A co dokładnie ma wspólnego z Janczarami?

Mieczysław uśmiechnął się lekko, zaciągając się dymem z papierosa.

- Mówi się, że Wędrowiec zawsze pojawia się tam, gdzie jest niesprawiedliwość albo gdzie prawda została zniekształcona. To cień spraw, które nigdy nie zostały naprawdę pogrzebane.

Grzegorz wpatrywał się w płomienie świecy, myśląc o słowach wuja.

*

Późnym wrześniowym popołudniem chłopcy wyruszyli w stronę wzgórza. Droga prowadziła przez gęsty park, w którym panował chłód i cisza. Cisza wisiała między drzewami ciężko i sprawiała, że każdy krok brzmiał zbyt głośno.

Niosący latarkę Grzegorz próbował rozładować napięcie żartami, ale Adam był niespokojny. Gdy dotarli do kaplicy, księżyc rzucał blade światło na zniszczone nagrobki.

- Myślisz, że ten Wędrowiec naprawdę istnieje? - zapytał Grzegorz, przystając na chwilę, by poprawić plecak.

Adam wzruszył ramionami, wpatrując się w gęstniejący mrok.

- Nie wiem. Ale coś mnie tutaj ciągnie. Jakby to miejsce chciało, żebyśmy przyszli.

Grzegorz spojrzał na niego z lekkim niepokojem, ale postanowił nie drążyć tematu. Chłopcy dotarli na miejsce, gdy ostatnie promienie słońca ginęły między konarami pożółkłych drzew.

Kaplica była mała, nadgryziona zębem czasu. Jej drewniane drzwi skrzypiały na wietrze, a przez wybite okna wpadał księżycowy blask. Wokół rozsiane były nagrobki porośnięte mchem i niemal wtopione w ziemię.

Adam zadrżał, gdy podszedł bliżej ze specjalnie przyniesionym prętem. Patrzył na metalowy skobel, który zabezpieczał wejście do podziemi.

Grzegorz zerknął na Adama trzymającego narzędzie w gotowości. Obaj wiedzieli, że po tym nie będzie już odwrotu. Nie mogli się cofnąć.

- Gotowy? - zapytał Adam, choć w jego głosie brzmiała raczej pewność niż pytanie.

Grzegorz tylko skinął głową. Adam zamachnął się i całym ciężarem ciała naparł na prowizoryczną dźwignię. Dźwięk zgrzytającego metalu przeszył powietrze. Z każdym ruchem skobel poddawał się coraz bardziej, aż w końcu odskoczył, a drzwi stanęły otworem, ukazując ciemny korytarz. Z wnętrza powiało zimnem, które nie pasowało do wrześniowego wieczoru.

Przez chwilę żaden z chłopców się nie poruszył. Kaplica, która jeszcze przed momentem była tylko miejscem dziecięcej wyprawy, nagle stała się obca i groźna.

Grzegorz zapalił latarkę. Światło zadrżało na ścianach. Adam odwrócił głowę.

- To tu - mruknął, wskazując na schody. Szli powoli, krok za krokiem. Światło ich latarek przesuwało się po kamieniach, odsłaniając kolejne fragmenty korytarza. Każdy krok wydawał się głośniejszy, a cisza wokół nich tylko potęgowała wrażenie, że ktoś ich obserwuje.

Ich cienie zlewały się z ciemnością. W powietrzu unosił się zapach wilgoci, pleśni i czegoś, co przypominało aptekę. Adam czuł podekscytowanie, a każdy ruch wydawał się spowolniony. Im dalej szli, tym bardziej tracili pewność, czy sami wybrali tę drogę.

Nagle Adam się zatrzymał. Coś w głębi korytarza przykuło jego uwagę.

- Zobacz! - wykrzyknął.

Grzegorz skierował latarkę tam, gdzie patrzył Adam. Zobaczyli pomieszczenie przypominające gabinet lekarski. Na środku stał ogromny stół. Wzdłuż ścian ciągnęły się blaty, a na nich równo ustawione fiolki i metalowe narzędzia.

- Dlaczego to wygląda tak, jakby ktoś tu niedawno był? I czemu jest tak czysto? - zapytał Adam, rozglądając się po pomieszczeniu, w którym wszystko stało zbyt równo.

Chłopcy poczuli nagły lęk. Nie taki, który przychodzi po skrzypnięciu deski albo cieniu na ścianie. Ten był głębszy, obcy, trudny do nazwania. Nie umówili się na ucieczkę. Po prostu obaj ruszyli naraz.

- Ktoś tu jest - szepnął Adam. Jego głos drżał, gdy spojrzał w kierunku drzew.

Zamarli, bacznie rozglądając się wokół. Każdy dźwięk wydawał się wyolbrzymiony. Serca biły im szybciej, a oddechy były płytkie i nierówne. Przez kilka sekund nie robili nic, tylko nasłuchiwali.

Adam miał wrażenie, że ciemność między drzewami gęstnieje i układa się w kształt postaci. Z jego ust uniosła się para, choć jeszcze chwilę wcześniej wieczór nie wydawał się aż tak zimny. Mógł się mylić. W mroku wszystko łatwo przybierało cudze kształty. Nagle między drzewami przeszedł wiatr. Poruszył suche liście i przyniósł ze sobą dźwięk podobny do szeptu. Adam zacisnął palce na latarce tak mocno, że zabolały go knykcie. Gdy w panice odwrócił na chwilę głowę, kształt, który widział przed momentem, zniknął, a wiatr nagle ucichł. Grzegorz spojrzał na niego. Był blady jak ściana.

- Widziałeś to? - zapytał.

Adam tylko skinął głową. Minęło kilkanaście minut, zanim był w stanie ruszyć dalej.

Droga powrotna upływała w milczeniu. Chłopcy czuli, że coś się zmieniło, choć nie potrafili tego opisać. Na rozstaju ulic, gdzie mieli się rozejść, nie padło ani jedno słowo.

Gdy Grzegorz zbliżał się do domu, dochodziła pierwsza w nocy. Z daleka dostrzegł migające niebieskie światła. Stojąca przy klatce schodowej karetka nie wróżyła nic dobrego. Wchodząc po schodach, usłyszał ciche szmery, coraz wyraźniejsze z każdym piętrem. Na górze zastał ojca siedzącego w milczeniu z twarzą ukrytą w dłoniach.

- Co się stało? - zapytał z niepewnością w głosie.

Ojciec podniósł wzrok, a w jego oczach odbijał się ból i łzy.

- Mama... - powiedział cicho, łamiącym się głosem. - Grzesiu, mama nie żyje.

*

Sierpień 2003

Reflektory samochodu jasną smugą rozcinały mrok, rzucając ostre światło na nierówną, dziurawą nawierzchnię drogi. Jechał nieco ponad sto kilometrów na godzinę - wystarczająco szybko, by poczuć przypływ adrenaliny, ale na tyle wolno, by nie ryzykować utraty kontroli na zakrętach. Palce zaciśnięte na kierownicy lekko drżały, choć sam nie wiedział, czy to zmęczenie, czy napięcie.

Silnik warczał równomiernie. Ten monotonny dźwięk uspokajał go bardziej niż cisza. Grzegorz milczał, wsłuchany w jednostajny pomruk spod maski i szum opon.

Co jakiś czas pochylał się nad kierownicą, zerkając na gwiazdy rozświetlające niebo. Błyszczały tak jasno, że wydawały się wręcz na wyciągnięcie ręki. Noc była bezchmurna, a krystaliczne powietrze czyniło nieboskłon jeszcze bardziej imponującym. Gwiazdy wyglądały tak samo jak wtedy, gdy miał osiem lat i leżał na polu za domem, wpatrując się w nieskończoność, marząc o...

"Nieważne" - pomyślał, potrząsając głową, jakby chciał odgonić wspomnienie, które na moment wciągnęło go w przeszłość. Zwolnił lekko przed kolejnym zakrętem, czując, jak chłód przenika do wnętrza samochodu.

Nagle w odległości kilkudziesięciu metrów przed nim coś pojawiło się na środku drogi. Ciemny kształt, ledwo widoczny w słabym świetle reflektorów, przypominał zarysem człowieka, choć zdawał się nienaturalnie statyczny. Grzegorz zadrżał, a palce same zacisnęły się mocniej na kierownicy. Odruchowo wcisnął hamulec, a opony zapiszczały, szukając przyczepności na wilgotnej nawierzchni.

Samochód zwolnił gwałtownie, zatrzymując się tuż przed sylwetką. Grzegorz przez kilka sekund patrzył na kształt przed maską, nie mogąc oderwać dłoni od kierownicy.

Na środku drogi stał ktoś zwrócony w jego stronę. Reflektory wydobyły z ciemności niewyraźne szczegóły - ciemny płaszcz, który zdawał się falować na wietrze, i kaptur okalający głowę. Przez ułamek sekundy był pewien, że pod kapturem nie ma twarzy. Tylko ciemność. Nieznajomy nie poruszył się ani o krok, mimo że samochód zatrzymał się niecałe pięć metrów przed nim. Grzegorz z trudem przełknął ślinę, czując, jak zimny pot spływa mu po karku.

- Co, do cholery... - wyszeptał, choć jego głos był ledwo słyszalny.

Sięgnął do przycisku blokady drzwi, niemal instynktownie upewniając się, że samochód jest zamknięty. Sylwetka wciąż stała nieruchomo, a cisza wokół zdawała się cięższa niż wcześniej.

I wtedy postać zrobiła krok w jego stronę.

*

Anna obudziła się z lekkim uczuciem niepokoju, choć tłumaczyła je sobie ekscytacją. Była już pewna - tej nocy sen nie wróci. Przewróciła się na bok i spojrzała na zegar. Było kilka minut po czwartej i z każdą chwilą niebo zaczynało rozjaśniać się bladoniebieską poświatą.

Grzegorz miał przyjechać tuż przed świtem. Zawsze dotrzymywał słowa. Nigdy się nie spóźniał, co do tej pory Anna uważała za jedną z jego najbardziej niezawodnych cech. Leżąc na plecach, patrzyła na sufit i wsłuchiwała się w odgłosy budzącego się miasta.

Sięgnęła po ciepły szlafrok, zarzuciła go na ramiona i podeszła do okna. Wschodzące słońce rozjaśniało krajobraz miękkim różem i błękitem. Gwiazdy niemal całkowicie zniknęły, ustępując miejsca nowemu dniu. Spojrzała na zegarek. "Zaraz będzie" - pomyślała z uśmiechem.

Kiedy usłyszała ciche przekręcenie klucza w zamku, jej serce zabiło szybciej. Wiedziała, że Grzegorz zawsze próbuje wejść najciszej, jak to możliwe. "Nie chcę cię budzić" - powtarzał, choć wiedział, że ona nigdy nie śpi, gdy na niego czeka.

Szybko ruszyła w stronę korytarza, niemal biegła, by go przywitać. Nagle zatrzymała się jak sparaliżowana.

Stał w progu z torbą w ręku, choć zwykle od razu zostawiał ją przy drzwiach. Ale tym razem coś było nie tak. W jego oczach było coś obcego. Były szeroko otwarte, przestraszone, a jednocześnie dziwnie puste. Anna zatrzymała się krok od niego.

- Grzesiu? - zapytała ostrożnie, niemal szeptem.

Nie odpowiedział od razu. Stał nieruchomo. Wyglądał na człowieka, który za chwilę może się rozsypać. Jego twarz wydawała się napięta, zmęczona, a na czole błyszczały krople potu, mimo chłodnego poranka.

- Wszystko w porządku? - zapytała ponownie, nie mogąc znieść ciszy.

Grzegorz w końcu drgnął, jak po nagłym przebudzeniu. Odstawił torbę na podłogę, wciąż unikając jej wzroku.

- Tak, wszystko dobrze - odpowiedział, ale jego głos był niski, niemal chrapliwy, jakby z trudem przeciskał się przez gardło.

Anna zrobiła krok w jego stronę, jednak coś ją powstrzymało. W jego spojrzeniu było coś, czego wcześniej nie znała.

- Co się stało? - zapytała raz jeszcze, tym razem bardziej stanowczo.

Grzegorz odetchnął głęboko i w końcu spojrzał jej w oczy.

- Musimy porozmawiać - powiedział krótko.

Anna nie zapytała już o nic. Wystarczyło, że zobaczyła jego twarz.

Rozdział pierwszyZ dala od świateł

Czerwiec 1998

Powietrze było ciepłe i lepkie. Adam Wojtacki siedział na przewróconym drzewie i patrzył w gwiazdy. Obok niego, na tym samym pniu, siedział Grzegorz - jego najlepszy przyjaciel.

Adam obracał w palcach puszkę taniego piwa, która dawno straciła chłód i teraz była ciepła, wilgotna od jego dłoni. Gwiazdy rozsypały się po niebie jak okruchy szkła. Każda zdawała się pulsować własnym życiem, a między nimi Adam widział wzory, które tylko on potrafił odczytać. W tej nocnej scenerii było coś uspokajającego.

Było upalne lato, a ciepło dnia wciąż unosiło się z ziemi, mieszając się z zapachem wilgotnej trawy i sosen z pobliskiego parku. Z oddali dało się słyszeć cykanie świerszczy - ich monotonny koncert wypełniał ciszę.

- Czasem mam wrażenie, że wszystko to jest snem - odezwał się w końcu Adam, nie odrywając wzroku od nieba.

Grzegorz nie odpowiedział od razu. Sięgnął po swoją puszkę, uniósł ją do ust i upił duży łyk. Dopiero po chwili odparł:

- Może jest. Ale jeśli tak, to co z tego?

Adam spojrzał na niego z ukosa. W mroku jego sylwetka była zaledwie zarysem, ale spojrzenie przyjaciela zdawało się mieć własne światło.

- Gdyby to był sen, chciałbym, żeby trwał wiecznie - powiedział cicho.

Grzegorz wzruszył ramionami, dając do zrozumienia, że odpowiedź była zbyt oczywista, by ją komentować.

W oddali migotały światła osiedla. Adam zmrużył oczy, wpatrując się w nie. Pomyślał, że każdy taki punkt to czyjeś mieszkanie, w którym spotykają się troski i marzenia. Świat pełen jest takich punktów - miejsc, gdzie rzeczywistość styka się z czymś większym, ważniejszym. Alkohol, ciepło i gwiazdy sprawiały, że każdy taki letni wieczór wydawał się obietnicą cudu.

- Zacząłem pisać powieść życia - pochwalił się.

- Znowu? - odparł ironicznie Grzegorz. - To już trzecia powieść życia, człowieku!

- Tym razem serio! Mam świetny pomysł. Poza tym, dlaczego ty zawsze podcinasz mi skrzydła?

- Gdyby nie ja, już dawno byś zwariował i zapomniałbyś o rzeczach przyziemnych, takich jak jedzenie...

- Mnie nie interesują zwykłe rzeczy. - Adam nie ustępował.

- Rozumiem cię, ale świat składa się też z małych rzeczy. Zębów do umycia, zakupów, rachunków. Ktoś musi o tym pamiętać. Nikt za nas tego nie zrobi. Ale nie mam zamiaru prawić ci morałów. Powiedz lepiej, o czym ta powieść.

- Pamiętasz nasze wejście do starej krypty?

- Zrobiłbym wszystko, żeby zapomnieć ten dzień. To było wtedy, gdy moja mama... - urwał, spuszczając głowę.

Adam poklepał przyjaciela po ramieniu, gestem przepraszając go za rozdrapanie rany, która jeszcze nie zdążyła się zabliźnić.

- To będzie kilka poprzeplatanych historii, których bohaterowie w różnych momentach życia zobaczą w najmniej oczekiwanym momencie... Wędrowca. Oczywiście nie będzie do końca wiadomo, czy im się przywidziało, czy działo się to naprawdę.

- Trochę oklepane - podsumował Grzegorz.

- Chcę dodać tej opowieści klimatu. Wiesz, takiej tajemniczej otoczki. Ten Wędrowiec nie zawsze będzie zwiastował zbliżającą się tragedię. Po prostu jego pojawienie się będzie podsuwało bohaterom odpowiedzi na najtrudniejsze pytania, zwiastowało zmiany lub konfrontowało postacie z ich wewnętrznymi lękami.

- No, w twoim stylu. Mam nadzieję, że będę pierwszym czytelnikiem.

- Jak zawsze. Nie bez powodu spadłem ci z nieba - zaśmiał się Adam.

- Nie przesadzaj. Nie z nieba, tylko z sufitu - sprostował z uśmiechem Grzegorz.

- Myślę też, aby dla bezpieczeństwa wydać to pod pseudonimem.

- Brzmi sensownie. Masz już jakiś pomysł?

*

Zapadał wieczór. Ciepłe światło lampy biurkowej rozlewało się po pokoju, rzucając miękkie cienie na książki i papiery, które spoczywały na solidnym ciemnobrązowym biurku. W powietrzu unosił się zapach starego papieru i atramentu - mieszanka, którą Cezary Jędrzyński uwielbiał od dzieciństwa.

Nie miał jeszcze czterdziestki, choć gęsta broda i okulary w grubej oprawie dodawały mu powagi. Twarz miał łagodną, niemal dobroduszną - taką, której łatwo było zaufać.

Usiadł przy biurku, pochylił się nad stertą korespondencji i zaczął powoli porządkować otrzymane koperty, oddając się rytuałowi, który miał w sobie coś uspokajającego. Od razu wrzucił do śmietnika reklamy. Rachunki włożył do odrębnej przegrody w szufladzie. Na końcu został list od czytelnika. Ten zaintrygował go od razu.

Kiedy wieczne pióro dotknęło papieru, mężczyzna zamarł na moment, zastanawiając się, jak rozpocząć odpowiedź. Nie była to pierwsza wiadomość od początkującego pisarza, która dotarła na jego adres - wręcz przeciwnie, jako redaktor i krytyk literacki otrzymywał ich dziesiątki. Ale tym razem było inaczej.

Cezary lubił takie wyznania. Było w nich zaufanie, które dopiero szukało właściciela. Styl autora - zapewne młodego człowieka, sądząc po nieco naiwnym entuzjazmie - miał w sobie coś, co od razu przykuło uwagę Cezarego. Czuł, że w tych słowach kryje się iskra, coś, co mogło rozkwitnąć pod odpowiednim ukierunkowaniem. Poza tym było w tej wiadomości coś osobistego: autor nie tylko szukał rady, ale także zrozumienia - aprobaty, której dotąd nikt mu nie udzielił.

Cezary zaczął pisać. Słowa płynęły, jakby same układały się na papierze. Pozwolił sobie na kilka pochwał, ale też subtelnie zasugerował, gdzie widzi pole do poprawy. Znał zbyt dobrze pułapki przesadnego entuzjazmu - wiedział, jak łatwo można zrazić młodego autora nieodpowiednim tonem krytyki. Chciał go zainspirować, a jednocześnie nadać kierunek, który pomógłby mu się rozwijać.

Kiedy skończył pierwszą stronę, zatrzymał się na chwilę. Spojrzał na zegar wiszący na ścianie. Była już prawie dziesiąta. Beckett wskoczył na biurko i zaczął ostentacyjnie miauczeć. Zwierzak najwyraźniej upominał się o kolację.

- Jeszcze chwila - mruknął pod nosem mężczyzna, po czym wrócił do pisania.

Druga strona odpowiedzi była bardziej praktyczna. Cezary opisał proces, przez który przechodzi każda książka - od pierwszego szkicu aż po wydanie. Dorzucił kilka anegdot ze swojej pracy redaktorskiej, które mogły zarówno rozbawić, jak i nauczyć. Na koniec dodał, że chętnie przeczytałby próbkę twórczości autora, jeśli ten zechciałby się nią podzielić. "Proszę, nie przestawaj pisać" - zakończył. "Sądzę, że masz coś do powiedzenia światu, a to już pierwszy krok ku temu, by stać się prawdziwym pisarzem."

Złożył starannie kartkę, włożył ją do koperty i zaadresował. Wiedział, że odpowiedź wyśle rano - teraz jednak poczuł satysfakcję, jaką daje dobrze wykonana praca. Beckett znowu miauknął, tym razem głośniej.

- No dobrze, już dobrze, idziemy - powiedział Cezary, podnosząc się z krzesła.

Pracownia pogrążyła się w półmroku, kiedy zgasił lampę. Zawsze lubił ten moment - chwilę, gdy dzień powoli ustępował nocy, a świat wydawał się na moment zatrzymać. W głowie wciąż miał słowa młodego autora i myśl, że być może właśnie teraz pomaga narodzić się kolejnej literackiej karierze.

*

Gosia była filigranową brunetką o długich włosach i szczupłej, pociągłej twarzy. Sprawiała wrażenie wiecznie nieobecnej, jakby większą część dnia spędzała we własnej głowie, a nie w świecie wokół. Koleżanki często śmiały się, że nosi ciuchy jak po starszej siostrze.

Właśnie pracowała nad kolejnym obrazem. Zazwyczaj brała z codzienności tylko punkt wyjścia; resztę podsuwało jej to, co drzemało głęboko w podświadomości. Najczęściej malowała rzeczy, których nie potrafiła powiedzieć na głos. Na co dzień uchodziła za pogodną, trochę chaotyczną dziewczynę. Przy sztaludze stawała się kimś innym.

Nie usłyszała nawet, jak Adam pojawił się w progu jej pokoju. Wykorzystywał każdą sposobność, aby zrobić jej niespodziankę. Nie inaczej było tym razem. Wsunął się cicho i wręczył jej czerwoną różę.

- Kuku! - wykrzyknął, gdy odwróciła głowę w jego stronę.

- Nastraszyłeś mnie, czubku!

- Oj tam, oj tam! - odparł, uśmiechając się. - Najpiękniejszy kwiat dla mojej najpiękniejszej dziewczyny.

Gosia kochała jego uroczy, szczery uśmiech. Przytuliła go, po czym powiedziała, wracając myślami do rzeczywistości:

- Domyśl się, jaki tytuł ma ten obraz.

Praca przedstawiała ciemną postać na czerwonym tle. Twarz była wychudzona, prawie martwa, ale usta układały się w spokojny, trudny do zniesienia uśmiech. Właśnie ten uśmiech przyciągał wzrok najmocniej. Nie wyglądał na kpinę ani grymas bólu. Było w nim coś, co przypominało ulgę.

- Niesamowite - zachwycał się Adam. - Co to jest, szczęśliwa śmierć?

- Ech! Jesteś bezbłędny - przyznała szczerze autorka. - Mógłbyś zostać krytykiem sztuki. To, co widzisz przed sobą, zatytułowałam "Oczekiwana Śmierć".

- "Oczekiwana Śmierć" - powtórzył Adam niemal szeptem, wciąż wpatrując się w obraz.

Jego oczy przesuwały się po każdym szczególe. Tło wydawało się ciemnieć, im dłużej na nie patrzył. Uśmiech postaci nie zmieniał się, a jednak Adam miał wrażenie, że widzi w nim coraz więcej spokoju. I właśnie to było najtrudniejsze do zniesienia.

- Co cię zainspirowało? - zapytał, próbując brzmieć neutralnie, choć głos na moment uwiązł mu w gardle.

Gosia wzruszyła ramionami, zasiadając na stołku obok sztalug. Jej umazane ciemną farbą dłonie zaczęły machinalnie porządkować pędzle w słoiku.

- Sama nie wiem. Przychodzi do mnie samo. Te obrazy, te twarze... Pojawiają się w mojej głowie, jakby czekały, aż dam im życie na płótnie - odpowiedziała, nie patrząc na niego.

Adam milczał, czując narastające napięcie. Wiedział, że Gosia miała w sobie coś nieuchwytnego, coś, co fascynowało go od pierwszej chwili, ale teraz poczuł się przytłoczony.

- To nie jest tylko sztuka, prawda? - zapytał nagle. Jego głos był cichy, niemal stłumiony przez ciężką atmosferę w pokoju.

Gosia podniosła na niego wzrok. Jej spojrzenie było jasne, a jednocześnie pełne czegoś, czego Adam nie potrafił nazwać.

- Każdy artysta maluje to, co nosi w sobie. Ja... - zawahała się, bawiąc się pędzlem, który trzymała w ręce. - Maluję to, czego się boję, co mnie prześladuje. Może to jakiś rodzaj terapii, może sposób na oswojenie lęku.

- Ale... śmierć? - Adam podszedł bliżej, wskazując na obraz. - Ona cię fascynuje?

Gosia zaśmiała się cicho, ale jej śmiech brzmiał bardziej jak westchnienie.

- Może. Albo po prostu próbuję ją zrozumieć. Ludzie boją się śmierci, bo nie wiedzą, czym jest. A może, jeśli nada się jej twarz, uśmiech, emocje, stanie się mniej straszna?

Adam przyglądał się jej przez chwilę, czując, że nie rozumie do końca tego, co mówi. Ale w jej oczach dostrzegł coś głębszego - mieszankę samotności, niepokoju i determinacji, jakiej wcześniej nie zauważał.

- Ty naprawdę jesteś niesamowita - powiedział w końcu, choć w jego głosie zabrzmiała niepewność.

Gosia wstała i podeszła do niego, delikatnie kładąc dłoń na jego ramieniu.

- Nie bój się tego, co widzisz. To tylko obraz. - Jej głos był łagodny, niemal matczyny. - Nie musisz wszystkiego rozumieć.

Adam kiwnął głową, choć w jego wnętrzu kłębiły się sprzeczne emocje. Czuł, że każdy obraz Gosi był czymś więcej niż tylko farbą na płótnie. Było w nich coś, czego nie umiał objąć słowami - coś, co jednocześnie go przyciągało i odpychało. Ostatecznie spuścił wzrok, a ona przytuliła go lekko.

- Chodźmy na herbatę - powiedziała nagle. - Potrzebujesz czegoś, co wyrwie cię z tych myśli.

Adam zgodził się, ale zanim wyszli z pracowni, jeszcze raz spojrzał na "Oczekiwaną Śmierć". Miał nieodparte wrażenie, że postać z obrazu patrzy na niego inaczej niż wcześniej.

*

Gdy Adam wracał do siebie, było już szaro. Na jednym z podwórek nieopodal domu, wyglądającym niczym wymarłe westernowe miasteczko, na ziemi siedziało stado wron. Kiedy je mijał, gwałtownie poderwały się i odleciały, jak gdyby coś je wystraszyło. Wówczas poczuł silny powiew wiatru, a wywieszone na zewnątrz pranie zaczęło szybciej się poruszać. Wydawało mu się, że w szumie wiatru słyszy głos. Jakby ktoś szeptał: "Chodź, chodź...".

Zadrżał i w pierwszej chwili chciał uciekać. Zebrał się w sobie i spojrzał w stronę podwórka. W tumanie kurzu dostrzegł kształt przypominający człowieka. Odwrócił się i pobiegł do domu. Dopiero po kilku minutach zatrzymał się, z dłońmi opartymi na kolanach. Nie miał pojęcia, co właściwie zobaczył. Wiedział tylko, że nie chciał oglądać tego drugi raz.

Po chwili był już pod swoją klatką schodową. Otworzył ciężkie, skrzypiące drzwi i wszedł do środka. Mrok wewnątrz budynku był nieprzyjemny, a światło jednej żarówki zawieszonej pod sufitem migotało. Wspinając się po schodach, czuł, jak napięcie w jego ciele powoli opada.

Gdy dotarł do drzwi swojego mieszkania, odetchnął z ulgą. Otworzył je szybko, obawiając się, że ktoś - lub coś - może być tuż za nim. Wszedł do środka i zamknął drzwi na klucz, a potem dodatkowo zabezpieczył wejście zasuwą. Dopiero wtedy poczuł się odrobinę bezpieczniej.

Sięgnął po szklankę wody i usiadł na kanapie, starając się uporządkować myśli. Przypomniał sobie tamten szept, tak wyraźny, że niemal mógł poczuć oddech na karku. "Chodź, chodź..." - te słowa wciąż dźwięczały mu w uszach.

Wziął głęboki wdech i próbował znaleźć zwyczajne wyjaśnienie. Może to był tylko wiatr, który poruszał kurzem i gałęziami? Może kształt, który widział, był przypadkowym układem cieni? Jednak coś w środku nie pozwalało mu odrzucić myśli, że to, co zobaczył, było czymś więcej. Tym bardziej że to nie zdarzyło się pierwszy raz. Od kilku dni miał wrażenie, że jest obserwowany - na ulicy, w autobusie, a nawet tutaj, w swoim mieszkaniu.

Spojrzał na zegar. Była 19:23. Niebo za oknem było już ciemne, a światła latarni rzucały długie, drgające cienie na ściany kamienic. Adam wstał i podszedł do okna. Uchylił lekko zasłonę. Spojrzał na podwórko, które widział wcześniej. Znowu było puste. Tylko lekki podmuch wiatru poruszał wywieszonym praniem. A jednak coś nie dawało mu spokoju - miał wrażenie, że w jednym z ciemnych zakamarków podwórka coś się poruszyło.

Nagle usłyszał cichy dźwięk za sobą, jakby coś przesunęło się po podłodze. Odwrócił się gwałtownie, jego oddech przyspieszył. W pierwszym momencie nic nie zauważył. Wszystko w pokoju wyglądało tak, jak powinno. Wtedy spojrzał w kierunku korytarza prowadzącego do łazienki. Tam, w półmroku, zobaczył cień. Nie swój.

Nie rzucał go też żaden z przedmiotów znajdujących się w pokoju. Wyglądał jak smukła postać stojąca nieruchomo. Zdawał się patrzeć na niego.

*

Grzegorz wyjechał z wujkiem daleko poza Janczary. Trochę stresował się, bo jego rower nie miał żadnej lampki, jedynie odblaski, o czym nie omieszkał wspomnieć.

- Trzymaj się blisko prawej krawędzi i wyluzuj - powiedział wujek Mieczysław. - Jesteśmy już naprawdę blisko.

Zatrzymali jednoślady na ogromnej polanie, z dala od świateł miasta. Grzegorz wyciągnął zawartość plecaka i, zgodnie ze wskazówkami wujka, na masywnym statywie zmontował teleskop.

- Ale dzisiaj czyściutkie niebo - podsumował, gdy wujek kierował obiektyw w stronę Drogi Mlecznej.

- Czyste jak twoje życie - powiedział Mieczysław. - Zdałeś maturę, niedługo wyjedziesz na studia. Teraz wszystko wydaje się proste. Ale taki spokój nie trwa wiecznie. Ciesz się nim, póki jest. Potem lata zaczną mijać szybciej, niż myślisz.

Grzegorz zastygł na chwilę, wciąż wpatrzony w obraz Drogi Mlecznej przez okular teleskopu. Choć rozumiał, że słowa wujka miały głęboki sens, coś w jego młodym umyśle nie mogło tego w pełni przyjąć. Zbyt wiele pytań, zbyt wiele pragnień i niewiadomych wkrótce miało zderzyć się z rzeczywistością dorosłego życia, a te filozoficzne dywagacje o przestrzeni i czasie wciąż wydawały mu się zbyt abstrakcyjne.

- Ciągle poznajemy kolejne galaktyki z bardzo odległych rejonów kosmosu - kontynuował starszy mężczyzna. - Ich zdjęcia mnożą się w prasie naukowej i tak naprawdę robią coraz mniejsze wrażenie. Kiedy Hubble pokazał, że poza naszą galaktyką istnieją miliony innych, wszechświat nagle stał się niewyobrażalnie większy. A człowiek - jeszcze mniejszy.

- Czy można zatem coś zrobić, aby nie być właśnie takim małym? - przerwał ten długi monolog Grzegorz.

- Dla świata zawsze będziesz tylko okruchem. Pyłkiem na tle galaktyk. Wiedz jednak, że dla kogoś możesz być całym światem. Gdy spotkasz na swej drodze taką osobę, zrób wszystko, aby tak się stało.

- Ale... jak mam to rozumieć? Jak mam znaleźć tę osobę, o której mówisz? - zapytał w końcu, nie odrywając wzroku od gwiezdnego nieba. Słowa jego wujka, choć mądre, wydawały się odległe, jakby dotyczyły kogoś zupełnie innego, nie jego.

Mieczysław nie odpowiedział od razu. Poprawił teleskop, kierując go teraz na jedną z jaśniejszych gwiazd, które rozświetlały ciemne niebo, a potem usiadł obok Grzegorza na trawie. Wiatr muskał ich twarze, a w ciszy nocy poza ich rozmową jedynym dźwiękiem był szum drzew i szept wiatru, rozchodzące się po bezkresnej przestrzeni.

- Czasami w życiu trzeba po prostu żyć, Grzegorzu - odpowiedział wujek w końcu, z lekkim uśmiechem, ale także z powagą, która biła z jego głosu. - Być, robić to, co się kocha, nie szukać na siłę i nie wyobrażać sobie, że to wszystko przyjdzie w jednej chwili. Wiesz, co mówią o dobrym czasie? Że przychodzi wtedy, kiedy przestajesz go gonić.

Grzegorz zaczął z niecierpliwością kręcić głową. Mieczysław, widząc jego reakcję, dodał szybko:

- I nie chodzi tu o to, żebyś stał się kimś wielkim w oczach innych. Wiesz, co się liczy? Żebyś znalazł przestrzeń, w której możesz być sobą. Nie tylko w związku, w sferze miłości. Czasami wystarczy, że człowiek poczuje, iż jest w miejscu, w którym chce być.

Grzegorz opuścił teleskop i usiadł obok wujka. Obserwował przez chwilę rozgwieżdżone niebo, a potem spojrzał na starszego mężczyznę. W oczach Mieczysława było coś, co przyciągało uwagę.

- Wujku, co masz na myśli, mówiąc, że mam przestać gonić czas? Jak to wygląda w praktyce? - zapytał nieśmiało, starając się zrozumieć.

Mieczysław oparł ręce na kolanach i przez chwilę milczał. Jego wzrok błądził gdzieś po ciemnym horyzoncie, jak gdyby sam szukał odpowiedzi, której nie potrafił wyrazić.

- Czas nie jest tylko czymś, co ucieka. To coś, czego trzeba się nauczyć używać. Dzień po dniu. Pamiętaj, że największe skarby często nie są tymi, których można dotknąć. To raczej drobne momenty. Czasem wystarczy jedno spojrzenie, jedno spotkanie. I wiesz co? Właśnie wtedy, kiedy przestajesz się martwić o przyszłość i nie przejmujesz się przeszłością, zaczynasz dostrzegać te małe rzeczy, które wcześniej były niewidoczne.

Grzegorz poczuł się, jakby wszystko, o czym mówił wujek, nagle znalazło sens. Patrzył na tę nieskończoną przestrzeń przed sobą, na miliony gwiazd, które rozświetlały niebo, i poczuł, jak coś zmienia się w nim samym. Może nie musiał szukać na siłę? Może nie wszystko w życiu polegało na tym, by zdobywać i gonić za sukcesem?

- Wiesz, wujku, chyba zaczynam rozumieć - powiedział powoli, patrząc na gwiazdy. - Czasami trzeba po prostu odnaleźć spokój w tym, co już jest.

Mieczysław uśmiechnął się, a potem spojrzał na Grzegorza z zadowoleniem.

- Właśnie tak. I pamiętaj - życie to nie wyścig. To coś, co trzeba po prostu przeżyć z otwartymi oczami i sercem.

*

Matka Gosi miała zwyczaj otwierać okna zaraz po przebudzeniu, nawet jeśli na zewnątrz padało, wiało albo świat wyglądał tak, jakby przez całą noc ktoś moczył go w brudnej wodzie. Twierdziła, że mieszkanie musi oddychać, bo inaczej człowiek zaczyna kisić się razem ze swoimi myślami. Gosia nie wiedziała, czy to prawda, ale lubiła ten poranny rytuał. Skrzypienie zawiasów, chłodny powiew wpadający przez firanki, zapach mokrego betonu, odległe odgłosy pierwszych autobusów i głosy kobiet idących po bułki - wszystko to miało w sobie coś znajomego, zwyczajnego, bezpiecznego.

Tego ranka obudziła się wcześniej niż zwykle. Przez chwilę leżała nieruchomo, patrząc w sufit, na którym światło prześwitywało przez cienką firankę i układało się w drżące plamy. Drżały na suficie jak blade ryby pod taflą wody. Przymknęła oczy, ale obraz nie zniknął od razu. Przeciwnie - stał się wyraźniejszy. Biała plama wydłużyła się, zarysowała, uformowała w coś przypominającego twarz. Nie znała jej. To był raczej ślad niż oblicze.

Gosia gwałtownie usiadła na łóżku. Przez kilka sekund oddychała szybko, za szybko, czując, że serce tłucze jej się w piersi jak ptak zamknięty w pudełku. Potem odwróciła głowę w stronę okna. Firanka poruszała się lekko. Za nią było podwórko, trzepak, kilka krzywych drzew i szare ściany sąsiednich kamienic. Wszystko zwyczajne. Wszystko na swoim miejscu.

- Znowu? - szepnęła do siebie.

Wstała, narzuciła na ramiona rozciągnięty sweter i podeszła do sztalugi ustawionej przy ścianie. Wczoraj wieczorem zostawiła na sztaludze niedokończony obraz. Miał być martwą naturą: kilka jabłek, stary nóż, pognieciona serwetka. Proste ćwiczenie koloru, które sama sobie wymyśliła, aby udowodnić, że potrafi namalować coś normalnego.

Rano kompozycja wyglądała już inaczej. Czerwień tła zgęstniała, cień noża przeciął płótno zbyt ostro, a serwetka, zamiast leżeć na stole, zaczęła przypominać zarys skulonej postaci. Nad nią majaczył kontur głowy.

Pochyliła się nad obrazem.

- Kim ty jesteś? - zapytała cicho.

Oczywiście obraz milczał. Obrazy zawsze milczały. Właśnie dlatego łatwiej było z nimi rozmawiać niż z ludźmi.

Z kuchni dobiegł dźwięk czajnika stawianego na gazie. Matka poruszała się po mieszkaniu ostrożnie, jak ktoś, kto przez całe życie nauczył się nie robić hałasu, nawet kiedy nie miał już przed kim go unikać. Gosia przez moment patrzyła na drzwi swojego pokoju, wahając się, czy powinna wyjść od razu, czy najpierw schować obraz. Nie lubiła, kiedy matka oglądała jej prace zbyt wcześnie. Nie dlatego, że krytykowała - przeciwnie, prawie nigdy tego nie robiła. Problem polegał na tym, że patrzyła z troską, a troska matki bolała Gosię bardziej niż najostrzejsza ocena.

W końcu zostawiła płótno na sztaludze i wyszła do kuchni. Matka stała przy oknie w cienkiej, niebieskiej podomce, którą nosiła od lat. Jej włosy, jeszcze nieuczesane, były spięte niedbale klamrą. Wyglądała na zmęczoną, choć dzień dopiero się zaczynał. Na stole leżał chleb, masło, słoik dżemu i dwa wyszczerbione kubki. Jeden z nich należał do Gosi od dzieciństwa. Był biały, z wyblakłym rysunkiem kota, któremu dawno temu odpadło ucho namalowane po lewej stronie głowy.

- Nie śpisz już? - zapytała matka, nie odwracając się.

- Nie mogłam.

- Znowu malowałaś do nocy?

Gosia usiadła przy stole i podciągnęła kolana pod brodę, choć matka zawsze powtarzała, że przy jedzeniu siedzi się normalnie.

- Trochę.

- Trochę to znaczy do której?

- Nie wiem. Może do drugiej.

Matka westchnęła, ale nie był to wyrzut. Bardziej coś pomiędzy zmęczeniem a rezygnacją. Zalała herbatę wrzątkiem i postawiła kubek przed córką.

- Ty się kiedyś wykończysz tymi obrazami.

- Obrazami nikt się jeszcze nie wykończył.

- Nie bądź taka pewna.

Gosia spojrzała na nią uważniej. Było w tym zdaniu coś dziwnego. Niepokojącego. Jakby matka nie mówiła ogólnie, tylko o czymś konkretnym. O kimś, kogo znała. Albo o czymś, co sama kiedyś widziała.

- Co masz na myśli?

Matka zaczęła smarować kromkę chleba masłem. Robiła to powoli, dokładnie, aż za dokładnie.

- Nic. Po prostu widzę, jak cię to pochłania.

- To dobrze. Sztuka powinna pochłaniać.

- Sztuka powinna też zostawić człowiekowi trochę powietrza.

Gosia uśmiechnęła się blado.

- Mamo, ty czasem mówisz jak wujek Grześka. Tylko zamiast gwiazd masz firanki i zupę pomidorową.

Matka spojrzała na nią z ukosa, ale kąciki jej ust drgnęły.

- Firanki i zupa pomidorowa są bardziej potrzebne do życia niż gwiazdy.

- Adam by się z tobą nie zgodził.

- Adam z wieloma rzeczami by się nie zgodził, bo Adam żyje trzy centymetry nad ziemią.

Gosia odruchowo się wyprostowała.

- Nie mów tak.

- A jak mam mówić? Że jest praktyczny? Że stąpa twardo po ziemi? Że potrafi kupić ziemniaki i nie zapomnieć, po co wyszedł z domu?

- Potrafi.

Matka spojrzała na nią tak, jak patrzy się na dziecko próbujące udowodnić coś, w co samo nie do końca wierzy.

- Gosiu.

W tym jednym słowie było tyle czułości, że dziewczyna natychmiast poczuła złość. Nie chciała czułości. Nie teraz. Czułość matki często zdejmowała z niej skórę skuteczniej niż krzyk.

- On jest dobry - powiedziała.

- Wiem.

- I zdolny.

- Wiem.

- I kiedyś będzie kimś.

Matka usiadła naprzeciwko niej.

- A ty?

Gosia zamrugała.

- Co ja?

- Ty też kiedyś będziesz kimś?

Pytanie zabrzmiało spokojnie, ale trafiło ją w samo miejsce, którego najbardziej pilnowała. Od dziecka miała wrażenie, że jest dodatkiem do czyichś opowieści. Córką swojej matki, dziewczyną Adama, koleżanką tych ładniejszych i pewniejszych siebie dziewczyn ze szkoły, tą dziwną, co maluje trupy i ubiera się, jakby wyciągała rzeczy z dna szafy. Nawet kiedy ktoś chwalił jej obrazy, najczęściej robił to tonem, którym mówi się do dziecka układającego wieżę z klocków: "ładnie, naprawdę ładnie, a teraz chodź na obiad".

- Chcę - powiedziała po chwili.

- To dobrze.

- Chcę mieć kiedyś własną pracownię. Taką prawdziwą. Duże okno, podłogę poplamioną farbą, półki pełne szkicowników. Chcę robić wystawy. Nie tylko tutaj. Nie tylko w domu kultury, gdzie przyjdą trzy nauczycielki, bibliotekarka i pani od polskiego, która będzie udawała, że rozumie moje obrazy.

Matka słuchała bez przerywania.

- Chcę, żeby ktoś kiedyś stanął przed moim obrazem i nie powiedział: "ładne" albo "brzydkie". Chcę, żeby nie mógł odejść. Żeby musiał patrzeć. Żeby coś go zatrzymało.

- A co?

Gosia zacisnęła palce na kubku.

- Nie wiem. Prawda może.

Matka długo milczała.

- Prawda czasami jest nie do wytrzymania.

- Może dlatego trzeba ją malować. Na płótnie przynajmniej nie krzyczy.

- Jesteś tego pewna?

Gosia chciała odpowiedzieć, ale nagle przypomniała sobie poranną twarz na suficie. Białą plamę, która nie powinna niczego przypominać, a jednak przypominała. I obraz, który miał być martwą naturą, ale przestał nią być, jakby ktoś w nocy położył na nim własny cień.

Nie powiedziała tego matce. Nie umiała.

- Czasem się boję - przyznała zamiast tego.

Matka odsunęła talerz.

- Czego?

Gosia roześmiała się krótko, bez radości.

- Wszystkiego po trochu. Że nie jestem dość dobra. Że Adam kiedyś zauważy, że jestem zwyczajna. Że moje obrazy są tylko dziwactwem. Że wszyscy mają rację, kiedy patrzą na mnie jak na kogoś, kto powinien w końcu znormalnieć.

- Adam patrzy na ciebie jak na zwyczajną?

- Nie.

- To dlaczego tak mówisz?

- Bo on patrzy na mnie jak na tajemnicę. A ja czasem chciałabym, żeby ktoś spojrzał na mnie jak na dziewczynę, która po prostu nie wie, co ze sobą zrobić.

Matka wstała, obeszła stół i położyła jej dłoń na włosach. Gosia nie odsunęła się, choć pierwszym odruchem było uciec. Czuła ciepło matczynej ręki, zapach mydła i herbaty, delikatne drżenie palców. W dzieciństwie ten gest potrafił naprawić cały świat. Teraz nie naprawiał niczego, ale przypominał, że świat kiedyś bywał prostszy.

- Nie musisz być tajemnicą, żeby ktoś cię kochał - powiedziała matka.

Gosia spuściła wzrok.

- A jeśli nie umiem inaczej?

Matka nie odpowiedziała od razu. Za oknem przejechał samochód. Gdzieś niżej ktoś trzepnął drzwiami od klatki. Z sąsiedniego mieszkania dobiegł kaszel starego mężczyzny. Zwykłe dźwięki zwykłego poranka.

- Wtedy musisz najpierw nauczyć się kochać tę część siebie, która nie jest tajemnicą - powiedziała matka cicho. - Tę, która się boi. Tę, która jest zazdrosna. Tę, która czasem chce, żeby ktoś zrobił jej kanapkę i powiedział, że będzie dobrze.

Gosia poczuła, że oczy ją pieką.

- Będzie?

Matka uśmiechnęła się smutno.

- Nie wiem. Ale mogę zrobić kanapkę.

To było tak bardzo matczyne, tak nieporadne i tak czułe, że Gosia parsknęła śmiechem, choć po policzku spłynęła jej łza. Szybko ją otarła, jakby można było udawać, że nic się nie stało.

Po śniadaniu matka poszła do pracy, zostawiając w zlewie dwa kubki i nóż ubrudzony dżemem. Gosia wróciła do pokoju. Przez chwilę stała w progu, patrząc na sztalugę.

Obraz czekał.

Światło padało teraz inaczej, mocniej, ostrzej. Czerwień tła wydawała się głębsza, niemal wilgotna. Ciemna sylwetka była bardziej wyraźna niż rano, choć Gosia była pewna, że od tamtej pory nie dotknęła płótna. Podeszła bliżej. Serce zaczęło jej bić szybciej. W miejscu, gdzie wczoraj nie było nic poza smugą farby, pojawił się zarys ust.

Uśmiech.

Nie był jeszcze pełny. Raczej zapowiedź uśmiechu. Delikatne wygięcie ciemnej linii, które mogło być przypadkiem. Mogło, gdyby Gosia nie wiedziała, że takich przypadków w jej obrazach robi się coraz więcej.

Wzięła pędzel. Zanurzyła go w czarnej farbie. Przez chwilę trzymała dłoń nad płótnem, ale nie potrafiła wykonać ruchu. Miała dziwne wrażenie, że obraz nie potrzebuje jej pomocy. Że ona jest tylko narzędziem, kimś, kto otwiera drzwi, ale nie decyduje, kto przez nie przejdzie.

- Nie - powiedziała stanowczo.

Słowo zabrzmiało śmiesznie w pustym pokoju. Za słabo. Jak dziecięcy protest wobec burzy.

Przyłożyła pędzel do płótna i gwałtownie zamalowała uśmiech. Czarna farba przykryła linię, rozmazała ją, zniszczyła. Gosia odetchnęła z ulgą. Przez kilka minut stała nieruchomo, patrząc na mokrą plamę.

Potem odwróciła się, sięgnęła po szkicownik i usiadła na podłodze. Chciała narysować coś zwyczajnego. Kubek. Dłoń. But. Cokolwiek, co nie miało twarzy, nie szeptało i nie patrzyło.

Otworzyła szkicownik na czystej stronie. Ołówek sam znalazł drogę.

Najpierw powstała cienka linia. Potem druga. Potem łuk, cień, wydłużony kształt głowy. Gosia nie myślała. Rysowała szybko, niemal gorączkowo, jakby bała się, że jeśli przerwie, coś w niej pęknie. Dopiero po kilku minutach zatrzymała rękę.

Na kartce była ta sama twarz. A właściwie nie twarz. Ślad po twarzy. Tym razem uśmiechała się wyraźnie.

Gosia wypuściła ołówek z dłoni. Upadł na podłogę i potoczył się pod łóżko. Dziewczyna cofnęła się, aż plecami uderzyła o ścianę.

W pokoju panowała cisza.

Ale przez uchylone okno wszedł nagle lekki podmuch wiatru. Firanka poruszyła się powoli, niemal leniwie. Przypominała dłoń unoszoną na pożegnanie.

Gosia zamknęła szkicownik z trzaskiem. Po raz pierwszy pomyślała, że jej obrazy mogą nie należeć tylko do niej.

*

Dom kultury w Janczarach wyglądał, jakby zbudowano go z urzędniczego poczucia obowiązku, a potem natychmiast o nim zapomniano. Ściany pomalowane były na kolor, który kiedyś zapewne miał być kremowy, ale z biegiem lat zmienił się w odcień starej kości. Na korytarzach pachniało kurzem, pastą do podłóg i wilgocią. W gablotach wisiały wyblakłe plakaty z dawnych konkursów recytatorskich, występów szkolnego chóru i wystaw malarskich, których tytuły obiecywały znacznie więcej, niż mogły dać same prace.

Gosia lubiła to miejsce.

Nie dlatego, że było piękne. Nie było. Nie dlatego, że czuła się tam doceniana. Nie czuła. Lubiła je, bo mogła tam przez kilka godzin w tygodniu udawać, że jej życie ma profesjonalny kształt. Że chodzi do prawdziwej pracowni. Że sztuka jest czymś więcej niż stolikiem wciśniętym pod okno, poplamioną koszulką i matką pytającą, czy z malowania da się kiedyś zapłacić rachunek za prąd.

Sala plastyczna mieściła się na końcu korytarza. Miała wysokie okna wychodzące na zaniedbany skwer i rzędy starych kasztanowców. W kącie stały sztalugi, część krzywa, część połamana, wszystkie noszące ślady cudzych prób zostania kimś więcej. Na półkach leżały gipsowe głowy, ceramiczne dzbanki, draperie, pudełka z węglem, nadłamane kredki i słoiki po ogórkach, w których myto pędzle.

Gosia przyszła pierwsza. Jak zwykle.

Położyła torbę na krześle i wyjęła szkicownik. Ten sam, którego od kilku dni bała się otwierać. Nosiła go jednak wszędzie, jakby zostawienie go w domu mogło być jeszcze gorsze. W dłoniach wydawał się dziwnie ciężki. Oczywiście wiedziała, że to niemożliwe. Kilkadziesiąt kartek nie mogło nagle ważyć więcej tylko dlatego, że było na nich coś, czego nie rozumiała. A jednak gdy trzymała go w dłoniach, miała wrażenie, że niesie zamknięte pudełko z owadem drapiącym od środka.

Otworzyła go na pierwszej stronie.

Studium dłoni. Nieudane. Palce za długie, nadgarstek zbyt cienki.

Następna.

Szkic twarzy matki. Lepszy, choć oczy wyszły zbyt smutne.

Następna.

Adam, z głową odchyloną do tyłu, śmiejący się z czegoś, co sam powiedział. Ten rysunek lubiła. Udało jej się uchwycić w nim coś prawdziwego - tę jego chłopięcą pewność, że świat, choć dziwny i groźny, ostatecznie musi być po stronie marzycieli.

Przewróciła kartkę dalej i zamarła.

To nie była twarz ze szkicu, który widziała wcześniej. Ta była inna.

Powstała na stronie, której - była tego pewna - nigdy nie używała. Cienkie, poszarpane linie układały się w sylwetkę kobiety stojącej tyłem. Miała długie włosy, tak ciemne, że kreska niemal przecinała papier. Stała przy czymś przypominającym okno albo drzwi. Po drugiej stronie była ciemność. Nie zwykła noc, tylko gęsta, bezkształtna plama. Kobieta miała jedną rękę uniesioną, jakby dotykała szyby.

Pod spodem widniał napis zapisany obcym charakterem pisma.

"Nie patrz, jeśli nie chcesz zobaczyć".

Gosia poczuła, jak robi jej się zimno.

- Ładny rysunek - usłyszała nagle.

Podskoczyła tak gwałtownie, że szkicownik prawie wypadł jej z rąk. W drzwiach stała Ewa, jedna z dziewczyn z zajęć. Wysoka, jasnowłosa, zawsze ubrana tak, jakby wybierała się na spotkanie z kimś ważnym. Miała w sobie naturalną łatwość istnienia, której Gosia jednocześnie zazdrościła i nie znosiła. Ewa potrafiła wejść do pomieszczenia i natychmiast je sobie podporządkować. Gosia wchodziła zawsze tak, jakby przepraszała meble, że musi je minąć.

- Nie strasz mnie - mruknęła, zamykając szkicownik.

- Przepraszam. Myślałam, że mnie słyszałaś.

- Nie.

Ewa podeszła bliżej i położyła teczkę na stole.

- Co to było?

- Nic.

- Nie wyglądało jak nic.

- To tylko szkic.

- Ten napis też twój?

Gosia poczuła ukłucie irytacji.

- A czyj?

Ewa uniosła brwi.

- No właśnie pytam.

Przez moment patrzyły na siebie w milczeniu. Gosia pierwsza odwróciła wzrok. Nie umiała długo wytrzymywać spojrzeń. Zawsze miała wrażenie, że ludzie widzą więcej, niż powinni. Że dostrzegają każdą słabość, każde spięcie ramion, każdy niedopracowany fragment twarzy i duszy.

- Nie wiem, po co tu przychodzę - powiedziała nagle, bardziej do siebie niż do Ewy.

- Jak to?

- Wy wszystkie malujecie tak normalnie.

Ewa parsknęła.

- Normalnie? Widziałaś ostatnio konia Justyny? Wyglądał jak jamnik po przejściach.

Gosia mimo woli się uśmiechnęła.

- Nie o to chodzi.

- A o co?

Gosia usiadła na krześle i przez chwilę przesuwała palcem po krawędzi szkicownika.

- Kiedy ty malujesz portret, to malujesz portret. Kiedy ktoś mówi: martwa natura, to ustawiasz jabłko, wazon, butelkę i malujesz. A ja próbuję namalować jabłko i wychodzi mi coś, co wygląda, jakby chciało mnie zabić.

Ewa roześmiała się, ale widząc twarz Gosi, szybko spoważniała.

- Ty naprawdę tak to czujesz?

Gosia nie odpowiedziała od razu. Wstydziła się własnych słów. Brzmiały teatralnie. Za bardzo jak coś, co powiedziałaby bohaterka taniego horroru, zanim wszyscy uznaliby ją za wariatkę. A ona nie chciała być wariatką. Chciała być artystką. To była delikatna różnica, ale dla niej znaczyła wszystko.

- Czasem mam wrażenie, że obrazy przychodzą skądś - powiedziała w końcu. - Nie wiem skąd. Nie z głowy. Albo może właśnie z głowy, tylko z takiego miejsca, do którego normalnie nie mam dostępu.

Ewa usiadła naprzeciwko.

- Moja ciotka mówi, że artyści są trochę jak radia.

- Radia?

- Łapią sygnały, których inni nie słyszą.

- To bardzo poetyckie.

- I głupie?

- Trochę.

- Ale może prawdziwe?

Gosia spojrzała na nią zaskoczona. Nie spodziewała się zrozumienia. Zwłaszcza od Ewy. Łatwiej było jej zakładać, że ładni, pewni siebie ludzie są płytcy. Ten prosty osąd dawał ulgę. Jeśli Ewa była tylko ładna, Gosia mogła być przynajmniej głęboka. Jeśli jednak Ewa też coś rozumiała, cały ten wewnętrzny układ tracił stabilność.

- Ty się czegoś boisz - powiedziała Ewa.

- Każdy się czegoś boi.

- Nie tak. Ty się boisz tego, co robisz.

Gosia prychnęła.

- Dziękuję za diagnozę.

- Nie obrażaj się. Po prostu widzę.

- Wszyscy ostatnio wszystko widzą.

- Może dlatego, że próbujesz wszystko ukryć.

Gosia zacisnęła usta. Chciała odpowiedzieć ostro, ale do sali weszły kolejne osoby. Justyna z teczką większą od siebie, Marek pachnący papierosami i tanim dezodorantem, pani Halina prowadząca zajęcia, która zawsze nosiła korale tak duże, jakby ktoś nawlekł na sznurek małe owoce.

- Dzień dobry, moi drodzy - powiedziała z teatralnym westchnieniem. - Dzisiaj kompozycja z pamięci. Nie odtwarzamy przedmiotów. Malujemy miejsce, którego nie ma, ale które pamiętamy.

- Jak można pamiętać miejsce, którego nie ma? - zapytał Marek.

Pani Halina uśmiechnęła się.

- Właśnie po to jesteście na zajęciach, żeby się dowiedzieć.

Gosia poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku.

"Miejsce, którego nie ma, ale które pamiętamy." To zdanie weszło w nią zbyt łatwo. Jak klucz w zamek. Rozłożyła papier. Wyjęła węgiel. Przez pierwsze minuty siedziała nieruchomo, patrząc na biel kartki. Inni zaczęli już szkicować. Słychać było szuranie krzeseł, kaszel pani Haliny, skrzypienie węgla, pojedyncze szepty. Gosia próbowała wymyślić coś bezpiecznego. Pokój z dzieciństwa. Kuchnię babci. Łąkę za torami. Cokolwiek.

Ale ręka czekała. W końcu dotknęła kartki.

Najpierw narysowała korytarz. Długi, wąski, zbyt wysoki. Ściany pochyliły się ku sobie, jakby szeptały ponad głową kogoś, kto szedł środkiem. Potem pojawiły się drzwi. Jedne, drugie, trzecie. Wszystkie zamknięte. Na końcu korytarza była smuga światła, ale nie dawała nadziei. Raczej ostrzegała, że za nią znajduje się coś, czego nie wolno dotknąć.

Gosia nie wiedziała, skąd zna to miejsce. A jednak znała je doskonale. Czuła chłód kamiennych ścian. Zapach wilgoci. Metaliczny posmak powietrza. Słyszała kapanie wody. Gdzieś bardzo daleko ktoś oddychał nierówno, jak człowiek po długim biegu albo po przebudzeniu ze snu, z którego nie powinien wrócić.

Rysowała coraz szybciej. Korytarz rozrastał się. Drzwi nabierały szczegółów. Na jednej z nich pojawił się znak, którego nie znała, a jednak narysowała go z precyzją, jakby przepisywała z pamięci. Trzy linie przecinające się pod dziwnym kątem. Potem stół. Nie powinno go tam być, a jednak pojawił się za uchylonymi drzwiami po lewej stronie. Długi, metalowy, zimny. Obok półki. Na półkach fiolki. Cienie. Narzędzia.

- Gosiu?

Głos pani Haliny dobiegł z daleka.

Dziewczyna nie przerywała.

- Gosiu, wystarczy.

Węgiel złamał się w jej palcach. Dopiero wtedy oprzytomniała. Spojrzała na kartkę i poczuła, że robi jej się niedobrze.

Pani Halina stała za nią. Ewa też patrzyła. Marek przestał żartować. Justyna otworzyła usta, ale nic nie powiedziała.

- Skąd to jest? - zapytała pani Halina cicho.

Gosia przełknęła ślinę.

- Nie wiem.

- Widziałaś kiedyś takie miejsce?

- Nie.

Pani Halina pochyliła się nad rysunkiem. Jej twarz, zwykle pogodna i lekko ironiczna, teraz była napięta.

- To bardzo dojrzała praca.

Gosia niemal się roześmiała. Dojrzała. Jak jabłko, które zaczyna gnić od środka.

- Mogę wyjść? - zapytała.

- Źle się czujesz?

- Trochę.

Nie czekając na odpowiedź, wstała, chwyciła szkicownik i wybiegła z sali. Na korytarzu było chłodniej. Oparła się plecami o ścianę i zamknęła oczy. Próbowała oddychać spokojnie, ale nie mogła pozbyć się wrażenia, że pod powiekami nadal widzi narysowany korytarz.

Drzwi. Stół. Fiolki. Znak.

Nie znała tego miejsca. Nie mogła go znać. A jednak kiedy wyobraziła sobie, że idzie tym korytarzem, wiedziała, że trzecie drzwi po prawej stronie są zablokowane od środka. Wiedziała, że za zakrętem leży przewrócone krzesło. Wiedziała, że jeśli pójdzie dalej, znajdzie schody prowadzące w górę.

Do kaplicy.

Otworzyła oczy. Nie wiedziała, skąd przyszło to słowo.

Kaplica.

Przecież nigdy tam nie była. Adam i Grzegorz opowiadali jej kiedyś o starej kaplicy na wzgórzu, ale nigdy tam nie była. Nie widziała podziemi. Nie znała układu korytarzy.

A jednak je znała.

Z sali wyszła Ewa.

- Hej - powiedziała ostrożnie. - Wszystko w porządku?

- Nie.

Szczerość tej odpowiedzi zaskoczyła obie.

Ewa podeszła bliżej, ale nie dotknęła jej. Gosia była jej za to wdzięczna.

- Ten rysunek... - zaczęła.

- Nie chcę o nim mówić.

- Dobrze.

Przez chwilę stały w milczeniu.

- Wiesz - odezwała się Ewa - moja ciotka z tym radiem powiedziała jeszcze jedną rzecz.

- Jaką?

- Że jak za długo łapiesz cudze sygnały, możesz przestać słyszeć swój.

Gosia spojrzała na nią.

- To miało mnie pocieszyć?

- Nie. Ostrzec.

Dziewczyna poczuła dreszcz.

Tego dnia nie wróciła już na zajęcia. Zabrała teczkę, przeprosiła panią Halinę i wyszła z domu kultury tylnym wyjściem. Na dworze było duszno, niebo wisiało nisko nad dachami, jakby zaraz miało pęknąć. Szła szybko, mijając znajome ulice, sklepy, bramy i ludzi, którzy nie mieli pojęcia, że świat właśnie przesunął się o kilka centymetrów w bok.

Kiedy dotarła do domu, matki jeszcze nie było.

Gosia weszła do pokoju, zamknęła drzwi na klucz i wyjęła rysunek. Położyła go na podłodze. Patrzyła długo.

Potem sięgnęła po stare pudełko po butach, w którym trzymała listy, zasuszone liście, bilety z kina i rzeczy zbyt nieważne, by je wyrzucić, a zbyt osobiste, by zostawić na wierzchu. Włożyła rysunek do środka. Na nim położyła szkic z kobietą stojącą przy oknie. Na nim kolejny. I jeszcze jeden.

Zrozumiała nagle, że takich prac jest więcej.

Niektóre pamiętała. Innych nie. Na jednym była twarz mężczyzny bez oczu. Na innym - postać w płaszczu, odwrócona plecami, jakby czekała przy drodze.

Gosia usiadła na łóżku. Nie płakała. Jeszcze nie.

Płacz byłby czymś prostym, ludzkim, możliwym do wytłumaczenia. A to, co czuła, nie mieściło się w żadnym prostym słowie. Było jak stanie przed drzwiami, za którymi ktoś szeptał jej imię.

Wieczorem matka zapukała do pokoju.

- Gosiu? Mogę?

Dziewczyna szybko zamknęła pudełko i wsunęła je pod łóżko.

- Wejdź.

Matka zajrzała do środka.

- Nie jadłaś obiadu.

- Nie jestem głodna.

- To chociaż napij się herbaty.

- Później.

Matka patrzyła na nią uważnie.

- Byłaś dzisiaj na zajęciach?

- Tak.

- Stało się coś?

Gosia chciała powiedzieć: "Nie". To byłoby łatwe. Jedno krótkie słowo, które pozwala ludziom odejść i przestać pytać. Ale spojrzała na matkę i nagle poczuła ogromne zmęczenie udawaniem.

- Mamo, czy ty kiedyś miałaś wrażenie, że coś chce przez ciebie mówić?

Twarz matki zmieniła się niemal niezauważalnie. Ktoś obcy może by tego nie dostrzegł, ale Gosia znała ją zbyt dobrze. Znała każdy skurcz ust, każde zawahanie spojrzenia.

- Co masz na myśli? - zapytała matka zbyt spokojnie.

- Nie wiem. Czasem maluję rzeczy, których nie wymyśliłam. Rysuję miejsca, których nie znam. A potem mam wrażenie, że jednak je pamiętam.

Matka weszła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi.

- Od dawna?

- Nie wiem. Może zawsze. Tylko teraz jest gorzej.

- Gorzej?

Gosia skinęła głową.

Matka usiadła obok niej na łóżku. Przez chwilę milczała, patrząc na swoje dłonie.

- Kiedy byłaś mała - powiedziała w końcu - miałaś taki okres, że budziłaś się w nocy i mówiłaś, że w ścianie chodzi pan.

Gosia zmarszczyła brwi.

- Jaki pan?

- Nie wiem. Nigdy nie umiałaś go opisać. Mówiłaś tylko, że jest smutny i że szuka drzwi.

- Nie pamiętam tego.

- Miałaś cztery, może pięć lat. Potem przeszło.

- I nigdy mi o tym nie mówiłaś?

- A co miałam powiedzieć? Dzieci miewają koszmary.

- A ty myślałaś, że to koszmary?

Matka nie odpowiedziała.

Za oknem zerwał się wiatr. Firanka poruszyła się gwałtownie, choć okno było zamknięte.

Obie spojrzały w tamtą stronę.

- Mamo? - szepnęła Gosia.

Matka wstała i podeszła do okna. Sprawdziła klamkę. Była domknięta.

- To stara kamienica - powiedziała. - Tu zawsze wieje.

Ale jej głos nie brzmiał pewnie.

Tej nocy Gosia długo nie mogła zasnąć. Leżała na boku, nasłuchując oddechu mieszkania. Rury stukały. Podłoga czasem cicho trzaskała. Gdzieś za ścianą sąsiad przesuwał krzesło. Wszystko zwyczajne. Wszystko możliwe do wyjaśnienia.

A potem spod łóżka dobiegł szelest.

Gosia otworzyła oczy.

Pudełko.

Nie poruszyła się. Przez chwilę miała nadzieję, że jeśli będzie leżeć nieruchomo, dźwięk przestanie istnieć. Ale szelest powtórzył się. Cichy, suchy, papierowy.

Powoli wychyliła się z łóżka i spojrzała w dół.

Pudełko leżało dokładnie tam, gdzie je wsunęła. Zamknięte.

A jednak spod pokrywki wystawał róg kartki.

Gosia zapaliła lampkę. Żółte światło przecięło pokój. Sięgnęła po pudełko drżącą ręką, postawiła je na kolanach i otworzyła.

Na wierzchu leżał rysunek korytarza.

Był inny.

Na końcu, tam gdzie wcześniej była tylko smuga światła, teraz ciemniał kształt. Zbyt wysoki, zbyt nieruchomy, żeby mógł być przypadkową plamą.

Pod spodem pojawił się nowy napis. Tym razem pismo było jej.

"On już wie".